- Opowiadanie: wojtas10 - Opowieść o smoku

Opowieść o smoku

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Opowieść o smoku

 

 

Smoczyca buchnęła po raz kolejny płomieniem. Niedobitki Teutonów zmykały w popłochu, porzucając tarcze, broń i rannych towarzyszy. Kruk, puściwszy luźno wodze, śmiał się głośno, strzelając uciekającym w plecy. Zwycięstwo napawało go euforią. Przeleciał nad sporą grupką wojowników, którzy w panice rzucili się na ziemię.

– Daleeeeeej!!! – krzyknął. Smoczyca z trzaskiem złożyła błoniaste skrzydła i wyciągając wężową szyję, zapikowała prosto na bezbronne ofiary. Poprzez świst powietrza Kruk słyszał przerażone wrzaski rozpłaszczonych Teutonów.

– Pal – szepnął, przykładając dłoń do jej szyi. Poczuł przepływające pod suchą skórą gorąco. Jak zawsze przeszył go dreszcz rozkoszy. Moc tego stworzenia nieodmiennie wprawiała go w zachwyt. Ciało gada drgnęło, gdy Smoczyca plunęła przed siebie zagładą. Pęd powietrza zawrócił płomienie, osmalając mu brwi. Wylecieli z gorącej chmury ognia, zostawiając za sobą tarzające się w agonii żywe pochodnie.

Wzbili się wyżej. Kruk ogarnął wzrokiem pole bitwy. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, tryumfowali jego ludzie. Po prawej dostrzegł rydwan Vanty, uwijający się wokół ostatniej grupy walczących. Jego kochanka trzymała lejce, okrążając ciasno stłoczonych Teutonów, a dwie przyboczne szyły z łuków, bezbłędnie odnajdując szczeliny w murze tarcz. Skierował Smoczycę w ich stronę. Ciasny szyk pękł w jednej chwili, Teutoni na łeb, na szyję rzucili się do panicznej ucieczki. Rydwany ruszyły za nimi w pościg, tratując niemal wszystkich.

Kruk wylądował, upewniwszy się wcześniej z góry, że w pobliżu nie ma żadnego żywego najeźdźcy. Niepokonana w powietrzu, na ziemi Smoczyca była łatwym celem. Poruszała się niezdarnymi susami, podpierając się złożonymi skrzydłami, a żeby wystartować, potrzebowała kilku kroków rozbiegu. Kruk nie znosił tego momentu, kiedy dzwoniąc zębami, miotał się po siodle, wybijany jej skokami.

Zsiadł i objął rękami gadzi pysk, tuląc się do gorącej paszczy, która z łatwością mogła odgryźć mu cały tułów. Uwielbiał to stworzenie. W takich chwilach czuł, że kocha ją bardziej niż kogokolwiek, nawet Vantę. Nie, upomniał się w myślach, nie bardziej. Tak samo.

– Leć. – Wycisnął jej pocałunek między nozdrzami. Wolał, żeby była bezpieczna tam, gdzie nikt nie mógł jej dosięgnąć.

Na turkot kół oderwał wzrok od szybującej Smoczycy. Vanta zwolniła nieco, by mógł wskoczyć do środka i od razu popędziła konie do galopu. Jedna z przybocznych, wyciągając się na całą długość, zawieszała właśnie na tyczce gałąź pokoju. Kruk z lubością patrzył na prężące się pod kaftanem piersi dziewczyny. Vanta, nie obracając głowy, szturchnęła go łokciem w żebro. Zaśmiał się radośnie, obejmując ją od tyłu. Po bitwie zawsze czuł żądzę. Naparł na nią mocno, dając jej odczuć swoją napiętą męskość.

– Zostaw! – żachnęła się. – Zaraz dojedziemy.

– Zdążymy – wydyszał, gryząc ją w ucho.

– Zostaw – ucięła zdecydowanie. – Potem – dodała łagodniej. Odsunął się niechętnie, łowiąc rozbawione spojrzenia przybocznych. One nie byłyby przeciwne, ale nie śmiały nic bez pozwolenia Vanty.

Zbliżali się do celu. Na łagodnym wzniesieniu płonęło ognisko, na rożnie obracała się sarna. Na kłodach wokół rozsiadło się kilku teutońskich wodzów. Główny obóz – setki namiotów, wozów, koni – znajdował się za nimi. Straże przepuściły ich bez słowa. Vanta zatrzymała rydwan o kilkadziesiąt metrów od wzgórza i rzuciła lejce przybocznym. We dwoje ruszyli ku ognisku.

– Przybywamy pod gałęzią pokoju – wypowiedział formułę Kruk. – Zwady nie chcemy, strawy nie odmówimy.

– Ja, ja. – Potężny, gruby Teuton machnął ręką lekceważąco. W czarną brodę wplecione były dziesiątki miedzianych i srebrnych pierścieni. – Siadajcie już.

Usiedli naprzeciw. Ten, który ich zaprosił, nalał piwa do rogu, przepił, wychylając jednym haustem niemal połowę, a potem puścił naczynie do nich. Gdy oboje wypili, odkroił nożem dwa kawały mięsa i podał im. Wzięli po kęsie, po czym odłożyli je na bok. Teraz mogli rozmawiać.

– Ja, dobra walka, Kraak – czarnobrody mówił gardłowym, twardym narzeczem, zniekształcając słowa. – Gdzie twój drach?

– Poluje na resztę twoich ludzi, Rydgar. – Kruk wyszczerzył radośnie zęby. – Spaliłem ich dziś z pięć dziesiątek.

– Tchórze. – Rydgar machnął ponownie ręką, po czym dolał sobie piwa. – Mam dużo ludzi. Kilku mniej nie szkodzi. Jutro przyjdziemy znowu.

– Przyjdź i ty – zarżał Kruk. – Jutro Smoczyca też będzie głodna.

– Naa, mi tu dobrze – odparł niemal dobrodusznie olbrzym. – Robię się za stary do walki. Niech młodzi się sprawdzą.

Vanta niedostrzegalnie ucisnęła bok Kruka. Uważaj. Nie daj się zwieść.

– Dziś poszedł jeden z młodych wodzów. Ponoć twoja kobieta go ustrzeliła. – Rydgar przeniósł spojrzenie na Vantę, jakby dopiero teraz ją zauważył. – Podoba mi się. Daj mi ją, to może odejdziemy. Pokażę jej jak to jest z prawdziwym mężczyzną. Może nawet ci ją oddam jak mi się znudzi.

– Nie dałbyś jej rady – śmiał się dalej Kruk. Vanta spokojnie skubała mięso, jakby rozmowa jej nie dotyczyła. – Zajeździłaby cię na śmierć.

Teutonowie ryknęli śmiechem.

– Ja, ja, dobrze! Lubię właśnie takie – wołał Rydgar. – Napijmy się jeszcze!

Rogi ponownie poszły wkoło. Kruk mlasnął, ocierając wąsy.

– Dobre.

– To wasze. Wzięliśmy w jednej z wiosek. Jutro weźmiemy twoje.

– Nie weźmiecie.

– W takim razie walczmy! Tu i teraz! – Rydgar poderwał się chwiejnie z kłody, rozlewając piwo. Pierścienie w jego brodzie zadźwięczały. – Ja i ty! Jeśli wygrasz, odejdziemy. Słowo!

Vanta ledwo dostrzegalnie drgnęła. Kruk pogroził Teutonowi żartobliwie palcem.

– Nie jestem aż tak pijany, chytry lisie. Nie będę z tobą walczył.

– Wolisz chować się na grzbiecie dracha, hę? Boisz się uczciwej walki? No chodź!

Kruk śmiał się beztrosko.

– Daj spokój, Rydgar. Nie obrazisz mnie. Przybyliśmy rozmawiać, nie walczyć.

Teuton usiadł na kłodzie. Choć ruchy miał niezborne, oczy patrzyły bystro.

– Dobrze – powiedział spokojnie. – To nawet lepiej. Wolę zabić i ciebie, i twojego dracha. Wiesz co to jest? – Sięgnął pod kaftan na szyi, wydobywając wiszący na rzemieniu podłużny kieł. – Mój ojciec zabił ostatniego dracha w naszych stronach. Po swojego musiałem przyjść aż tu.

Śmiech zamarł Krukowi w gardle. Patrzył na wirujące leniwie trofeum. Rydgar obnażył zęby w wilczym grymasie.

– Łeb twojego dracha. I twoja kobieta. Wtedy odejdziemy.

 

 

Wracali w milczeniu. Pierwsza odezwała się Vanta.

– W obozie jest ich prawie tysiąc, ale widziałam ruch dalej w lesie. Schowali przed nami część sił.

Kruk odmruknął coś w zamyśleniu.

– Ocknij się – fuknęła. – Kiedy Rydgar chciał zabrać mnie, nie byłeś taki markotny. Dopiero gdy zagroził twojej kochanej… – urwała gwałtownie.

– Daj spokój. Zaskoczył mnie. Nie wiedziałem, że miał już do czynienia ze smokami. To niedobrze.

– Niedobre jest to, że pokazałeś mu swój słaby punkt. Teraz nie odejdą.

– I tak by nie odeszli. Dziś chcieli tylko nas sprawdzić. Wysłali mały podjazd. Prawdziwy atak będzie jutro.

– Nie bądź taki pewny. Rydgar jest chytrzejszy niż myślisz.

– Stary opój.

– Ten stary opój zebrał największą armię jaką widziano na naszych ziemiach od stu lat. Nie lekceważ go. Przy ognisku tylko się drażnił.

– Nie lekceważę. Po prostu wiem, że nie da nam rady.

– Gdyby on też tak myślał, przyjąłby wykup, który proponowałeś.

– Jutro spalę mu kolejnych ludzi. Wtedy przyjmie.

– Nie dasz rady spalić wszystkich.

– Spalę dość.

– Teutonowie niszczą tymczasem nasze wioski.

– Wiem o tym – zniecierpliwił się. – Czego ty chcesz? Jeśli nie masz dla mnie rady, zamilcz!

Zagryzła wargę. Miał rację. Zapomniała się na chwilę i zaczęła narzekać jak zwykła, głupia baba. Przecież wiedziała jak należy z nim postępować. Jeśli czegoś nie wymyśli, jej mężczyzna gotów stanąć do tego głupiego pojedynku, a wtedy Rydgar go zabije.

– Coś poradzimy. – Przytuliła się do niego, niby przypadkowo ocierając piersią o jego ramię. – Na razie pora świętować zwycięstwo.

Kruk zerknął w wycięcie jej koszuli i w jednej chwili uśmiechnął się radośnie. Dobrze. Zbliżali się już do grodu. Ludzie powinni zobaczyć wodza zadowolonego.

Jak dzieciak, pomyślała z rozczuleniem, patrząc na ukochanego. Co on by beze mnie zrobił.

 

 

Rydgar śledził odjeżdżający rydwan ze szczytu wzniesienia. Po jowialnym opoju nie pozostał nawet ślad. Dalej pociągał z rogu, ale tym razem robił to małymi łykami, oszczędnie. Machinalnie gładził brodę, zastanawiając się nad czymś.

– Dają nam dobry trybut – jeden z młodszych wojowników przerwał milczenie wokół ogniska. – Czemu go nie weźmiemy? Dość już tu siedzimy.

– Jeśli sami dają tyle, to znaczy, że naprawdę mogą dać dwa razy więcej – odezwał się inny, starszy. – Ludzie chcą łupów, są głodni.

– Ludzie boją się dracha – odparował pierwszy. – Weźmy złoto i wracajmy.

Rydgar nie zwracał uwagi na rozmawiających. Opróżnił róg do końca i wstał, przeciągając się leniwie.

– Zawołajcie do mnie Drachtiga – powiedział, po czym ociężale ruszył w stronę obozu. Mijając młodszego rozmówcę, okręcił się nagle wężowym ruchem, chwytając go za włosy. Odgiął zaskoczonemu głowę, sprawnie podrzynając gardło.

– Nie chcę słyszeć takiego gadania – powiedział, wycierając nóż w chustę. Ciało miotało się po ziemi w ostatnich drgawkach. Reszta wojowników siedziała nieruchomo, bojąc się zwrócić na siebie uwagę. – Drachtig. Teraz.

Zerwali się i w pośpiechu pognali w dół zbocza. Rydgar patrzył za nimi chwilę, po czym splunął i usiadł z powrotem na kłodzie. Zasępiony sięgnął po róg z piwem. Żaden z nich nie nadawał się na jego następcę. Sami tchórze albo głupcy. Ot, choćby ten chłystek, którego właśnie zaszlachtował. Najpierw próbował podburzyć innych, a potem dał się zaskoczyć jak młódka w zagonie kapusty. Kto poprowadzi Teutonów dalej, gdy jego, Rydgara, zabraknie? Na razie nikt nie ośmielał się rzucić mu wyzwania w twarz, ale przecież nie robił się młodszy. Sama wizja śmierci go nie przerażała. Naczelny wódz powinien ginąć w walce. Stadem powinien rządzić najsilniejszy. Zawsze tak było. Dzięki tej zasadzie Teutonowie od wieków siali przerażenie wśród sąsiadów jak wilki w owczarni. Choć czasem napotykali twardszy orzech. Jak teraz.

Na myśl o Kraaku podwinął wargę, obnażając zęby w drapieżnym grymasie. Dawno nie napotkał takiego przeciwnika. Gdyby był Teutonem, wspaniale nadawałby się na kolejnego wodza. Nie znał litości ani strachu, a jego drach budził paniczne przerażenie wśród wojowników Rydgara.

Zamyślony, dopiero po chwili dostrzegł Drachtiga, siedzącego w kucki. Niewolnik jak zwykle zjawił się niepostrzeżenie i cierpliwie oczekiwał na rozkazy. „Podszedł mnie jak dziecko. Naprawdę się starzeję”. Otrząsnął się szybko, by tamten nie spostrzegł jego słabości. Choć nigdy nie dał mu powodu do zwątpienia w swoją lojalność, był jedynym człowiekiem na świecie, którego Rydgar się obawiał. Drachtig przypominał węża. Poruszał się bezszelestnie, mówił rzadko i mało, twarz nie wyrażała nigdy emocji. Nawet nie mrugał. To samo beznamiętne spojrzenie miał jako dziesięciolatek w płonącej wsi, patrzący jak Rydgar morduje jego ojca i niewoli matkę. Nigdy nie wydał jęku podczas chłosty. Głodzony, nigdy nie błagał o chleb. Choć poddał się zwyczajowej tresurze, ba, był niewolnikiem wręcz wzorowym, Rydgar zawsze miał wrażenie, że pod kamienną maską czai się gotowe wybuchnąć znienacka szaleństwo.

Przez długa chwilę mierzyli się w milczeniu spojrzeniami. W końcu Rydgar przerwał ciszę.

– Zabijesz dla mnie.

 

 

Dworzyszcze trzęsło się od śmiechu i śpiewu. Ze wspólnej hali przez otwarte drzwi buchało gorąco wymieszane z biesiadną wrzawą. Miód lał się gęstymi strugami po skołtunionych brodach, kapał na stół z przewróconych naczyń, oblepiał obnażone piersi kobiet. Śmiech Kruka – mocny, zdrowy śmiech, będący symbolem jego siły, jurności, młodości – wylewał się z niego właśnie jak ten miód, opływał całą halę, zatapiał stłoczonych ludzi aż po czubki głów, a potem wylewał i z nich, potężniejąc, mnożąc się, rozrastając i unosząc pijanych aż pod sklepienie. Dziś była ich noc. Dziś byli niezwyciężeni.

– Kruk! Kruk! Kruk! – huczało wokół do wtóru łomoczących o stoły rogów i dzbanów.

– Aieeeee! – ryknął w odpowiedzi, a potem chwycił Vantę, wpijając się w jej usta i szarpiąc tunikę. Wyrwała mu się ze śmiechem, przewracając go na ławę.

– Poczekaj jeszcze. Muszę iść do komory.

– Teraz? Nie możesz później?

Chwyciła za łokieć stojącą w pobliżu przyboczną i pchnęła mu ją na kolana. Skinęła na drugą. Obie, chichocząc, oplotły go ramionami i zaczęły ciągnąć w stronę alkowy. Poddał się im, rycząc z uciechy.

– Zacznijcie beze mnie. Przyjdę zaraz.

Zostawiła za plecami gwar uczty, zagłębiając się w chłodny korytarz. Nikt tędy nie chodził, to było jej terytorium. Gdy cztery lata temu ich plemiona połączyły się, wymogła na Kruku, by oddał część dworzyszcza jej kobietom. „Mamy swoje sprawy i nic wam do nich” powiedziała mu wtedy, a on, śmiejąc się, oddał jej całe skrzydło. Nie musiał tego robić. I tak była gotowa na wszystko, byle z nim zostać. Jej plemię, a raczej jego resztki, nie miało gdzie się podziać. Teutoni, prąc nieubłaganie na wschód, wybili wszystkich mężczyzn, a te z kobiet, którym nie udało się umknąć na rydwanach, zabrali jako niewolnice. Kruk otworzył przed nimi bramy swego grodu, nie żądając niczego w zamian. Przyszła wtedy do jego alkowy, sądząc, że za cenę swego ciała kupi azyl, a on klepnął ją w pośladek i wygonił za drzwi. „Przyjdź dopiero, gdy naprawdę będziesz tego chciała” powiedział, po czym zamknął się ze swoimi nałożnicami. Wstyd i upokorzenie paliły ją długo, ale równocześnie rosło pożądanie. Dziewki w dworzyszczu opowiadały sobie otwarcie o jego nienasyconym apetycie, a ona już długo była bez mężczyzny. W jej plemieniu to kobiety decydowały kiedy i z kim pójdą do łoża, a mężczyźni rywalizowali o ich względy. Kruk był inny. Choć otoczył ją opieką, nie dbał o nią, a to złościło i podniecało ją jednocześnie.

Któregoś wieczoru po prostu pojawiła się pod jego drzwiami. Weszła śmiało do alkowy i kazała obecnym tam dziewkom się wynosić. Tej nocy, pierwszej z wielu, miała go tylko dla siebie, a rozkosz, którą dali sobie nawzajem, nie miała sobie równych. Spędzili w łożu niemal trzy dni bez przerwy, a gdy w końcu oboje na miękkich nogach wyszli z komnaty, Kruk należał już do niej. I choć z czasem pojawiły się inne – w końcu był tylko mężczyzną i miał swoje potrzeby – to z jej zdaniem się liczył i to jej rad słuchał.

Jednego tylko nie zdołała zmienić – jego miłości do Smoczycy. Sama za nią nie przepadała, a potworzyca odwzajemniała jej niechęć, jakby wyczuwając w niej rywalkę do serca swojego pana. Za każdym razem gdy ją widziała, syczała i stroszyła kolce na grzbiecie. Kruk zaś jak zwykle tylko się śmiał, nie zważając na ich dąsy, a jego śmiech był zbroją nie do przebicia, pozostawiając je obie bezradne. I gotowe zrobić dla niego wszystko.

Otrząsnęła się. Teraz nie czas na takie myśli. Musiała się skupić.

Weszła do komory. Pośrodku, na polepie, płonęło ognisko. Za nim tkwił wbity w ziemię gruby, krótki pal, na którego wierzchołku spoczywała olbrzymia bryła jantaru. Vanta podeszła bliżej, jak zawsze czując chłodny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Wewnątrz bursztynowej masy tkwiła zatopiona czaszka. Układ kości z grubsza przypominał ludzki, ale były tu dziwne kąty, dodatkowe stawy w żuchwie, masywna szczęka ze zbyt dużą ilością zębów. To był ostatni ze skarbów jej ludu, ocalony z wojennej pożogi, okupiony krwią i śmiercią setek jej braci i sióstr. Nawet Kruk nie wiedział o jego istnieniu.

Z woreczka przypiętego do pasa wyjęła odmierzoną porcję ziół i sypnęła w ogień. Kłęby pary spowiły pomieszczenie, przesycając wszystko ostrą wonią. Z drugiej sakwy wyjęła garść czerwonych jagód, odliczyła cztery i rozgryzła je, krzywiąc się od cierpkiego smaku. Przymknęła oczy i czekała. Rytm serca powoli zwalniał, całe ciało ogarniała stopniowo lekkość. Gdy podniosła powieki, komora wypełniona była jaskrawym światłem. Na obrzeżach pola widzenia przemykały rozmyte kształty, ale gdy patrzyła na nie wprost, znikały. Zawsze tak było, a jednak zawsze starała się któryś złowić.

Podeszła do bursztynu, opierając ręce po bokach bryły. Kości wewnątrz lśniły delikatnie miriadami iskier, ale blask nie ranił oczu, wręcz przeciwnie, był ciepły, zapraszający. Wpatrzyła się z natężeniem w relikt pradawnych czasów.

Czaszka drgnęła.

 

 

Owca zameczała żałośnie ostatni raz, zanim nóż poderżnął jej gardło. Kruk podwiesił wierzgające ciało na żerdzi, czekając aż krew spłynie do końca. Nikt inny nie mógł karmić Smoczycy. Gdyby na to pozwolił, ryzykowałby utratę swoich ludzi.

Vanta stała w cieniu u wejścia do pieczary, obserwując ukochanego. Na zewnątrz panowała ciemność. Uczta już dogasła, pijani leżeli pod stołami, kochankowie dawno już skryli się w mroku. Czuwały tylko straże na wałach.

– Jesteś wreszcie – odezwał się Kruk, nie przerywając oprawiania owcy. – Długo cię nie było – nie był to wyrzut, raczej stwierdzenie.

– Spoglądałam w przyszłość.

– Ach tak – mruknął, nie okazując zainteresowania.

– Widziałam nasz gród. Wielki, wspaniały, otoczony murami z kamienia. W jego wnętrzu władcy nakładali na głowy korony. Widziałam też smoka z żelaza, buchającego ogniem.

– Z żelaza?

– Tak mi się wydaje. Było w nim coś dziwnego, nie wiem… widziałam go tylko chwilę.

– A więc mówisz, że wygramy?

– Tego nie wiem.

– Całe to wróżenie jest psu pod ogon. – Odwrócił się do niej. – Człowiek sam tworzy swoją przyszłość. Sam wykuwa swoje zwycięstwa. Spędziłaś u siebie pół nocy, zamiast być ze mną i po co? Przyniosłaś ze sobą tylko rozterki.

– Czasem można coś zobaczyć.

– Coś, coś – przedrzeźnił ją. – Każdy twój obraz można rozumieć dwojako. Czy władcy z twojej wizji byli z naszej krwi?

– Nie wiem…

– Ech… – zamilkł na chwilę, patrząc na nią. W końcu kiwnął głową sam do siebie, podszedł i wziął ją za rękę.

– Pokażę ci prawdziwą przyszłość. Pokażę ci dlaczego wygramy.

Poprowadził ją w głąb leża wąskim korytarzem. Gdy znikli w tunelu, od strony wejścia odkleił się cień. Szybko i bezszelestnie przemknął w stronę wiszącej tuszy.

 

Kruk wprowadził Vantę do właściwej pieczary. Smoczyca leżała zwinięta w kłębek. Na widok kobiety podniosła głowę i zasyczała gniewnie.

– Spokój, spokój maleńka – Kruk przemówił pieszczotliwie, a Vanta poczuła dzikie ukłucie zazdrości. Opanowała się z wysiłkiem. Nie mogła tego okazywać. Już raz próbowała postawić go przed wyborem i omal nie przegrała.

– Spójrz tutaj. – Łagodnie odsunął jedno z otulających Smoczycę skrzydeł. Przy boku gada spoczywały cztery kremowe bryły.

– Co to?

– Jaja. – Uśmiechnął się z dumą, jakby sam był ojcem. – Zniosła je miesiąc temu.

– Jak to?

– Sam do końca nie pojmuję – przyznał. – Kto wie? Może spotkała jakiegoś smoka podczas polowania. Od czasu do czasu lata przecież sama. Wiesz co to oznacza, prawda?

– Powiedz mi.

– Smocza armia. Latający jeźdźcy Kruka. Pobijemy Teutonów, a potem inne plemiona. Staniemy się legendą. Będziemy nieśmiertelni.

Słuchała go oczarowana. Biła z niego moc, ta moc, którą tak kochała. Wyczuł to i przygarnął ją do siebie. Sięgnął do sznurowania koszuli.

– Bądź posłuszna, to może dostaniesz jednego.

– Chodźmy gdzieś indziej – opierała się słabo. Już ją miał, mógł zrobić co chciał. Wybuchnął śmiechem.

– Tutaj! Niech Smoczyca patrzy!

 

 

Drachtig skończył nacierać tuszę owcy trucizną i zdjął ochronne rękawice. Z tunelu dobiegł go kobiecy jęk. Musiał poczekać aż skończą. Potrzebował zdobyć dowód wykonanego zadania. Tego życzył sobie jego pan.

Drachtig nie nienawidził Rydgara. To znaczy, owszem, nienawidził, ale nie jakoś szczególnie mocno. Mordercza tresura, bicie, tortury, głód, to wszystko minęło i rozpłynęło się w przeszłości. Teuton uczynił z niego tego, kim był teraz. Wyzwolił jego naturę. Dał sens istnieniu. Gdyby nie on, pewnie dziś Drachtig siedziałby w swojej wiosce dłubiąc w ziemi i głodując na przednówku. Teraz był przynajmniej po stronie zwycięzców. Rydgara zawsze można zabić, to tylko kwestia odpowiedniej pory, a ta jeszcze nie nadeszła. Drachtig potrafił być cierpliwy.

Wypatrzył pod sufitem pieczary sporą szczelinę i wspiął się do niej bezszelestnie jak pająk. Jego sekretem były specjalne buty, własnoręcznie szyte, natłuszczane i wyprawiane. Zagłębił się w cieniu i znieruchomiał na długie godziny.

 

Żelazna ława Teutonów maszerowała rytmicznie przed siebie. Rydgar jechał przodem na potężnym rumaku, dopasowanym do jego tuszy. Był zadowolony. W nieudanych atakach udało mu się stracić większość młodych, niechętnych mu wodzów. Większości tych głupców wystarczyło zarzucić strach przed drachem, by sami popędzili mu prosto do paszczy. Ta walka, dla odmiany, będzie zwycięska, więc przyszła pora, by on, naczelny wódz stanął na czele armii. „Trzeba wiedzieć, które bitwy toczyć”, pomyślał i spojrzał za siebie. Złowił spojrzenie Drachtiga, wbite w swoje plecy i poczuł nieprzyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Instynkt, dzięki któremu tak długo przetrwał na czele plemienia, ostrzegał przed niebezpieczeństwem. „Trzeba się go jakoś pozbyć”, pomyślał.

 

Vanta wbiegła do pieczary. W grodzie wrzało jak w ulu, z wałów widać już było nieprzyjaciela, rozwijającego szyk za rzeką.

– Kruk! Kruk, gdzie jesteś?

Wbiegła do leża i omal nie zemdlała. Kruk klęczał przy nieruchomym ciele Smoczycy. Po twarzy ciekły mu łzy i ten widok przeraził ją bardziej niż wroga armia. Rozbite skorupy jaj walały się po pieczarze. Przypadła do niego.

– Kruk, kochany. Co ci?

– Zabili mi jąąąą… – Rozbeczał się jak dziecko, głos załamał się, z nosa ciekły smarki. Poczuła, że ogarnia ją panika. – Zobacz… co… jej… zro… bi… bi… bi… liiiii – zachłystywał się własnym szlochem. Ktoś zdjął płat skóry z boku Smoczycy, zostawiając odsłonięte szaroróżowe mięso.

– Kruk, musisz wstać. Teutonowie podchodzą do rzeki. Jeśli ją przejdą, gród padnie – próbowała wyrwać go z rozpaczy. – Ludzie czekają na ciebie, wstań! – Potrząsnęła nim z całej siły, ale był bezwładny jak worek. Kurczowo obejmował łeb martwego potwora. Odsunęła się od niego z odrazą.

– Tak wygląda twoje wykuwanie zwycięstwa? – rzuciła ze wzgardą, ale nie poruszył się. Odwróciła się i wybiegła na zewnątrz. Ogarnęła spojrzeniem gród. Ludzie w pośpiechu ustawiali się w ordynku, popatrując z nadzieją w stronę pieczary.

– Ruszamy za rzekę – oznajmiła donośnie. – Kruk zaraz dołączy. Śmierć Teutonom!

Odpowiedział jej radosny krzyk.

 

Rydgar galopował przez pole bitwy, od niechcenia rozrąbując toporem zastępujących mu drogę wojowników. Kilku przybocznych jechało po jego bokach. Kobieta Kruka zaskoczyła go. Wyprowadziła swoją drużynę z grodu i uderzyła na nieprzygotowanych Teutonów. Na szczęście pospieszyła się. Gdyby poczekała, aż jego skrzydła przeprawią się przez rzekę, walczyłaby z połową sił naraz. Zamiast tego dała się złapać w potrzask, gdy oddziały wysłane do zablokowania grodu zawróciły i okrążyły ją. Teraz umykała rydwanem, tratując zarówno wrogów, jak i swoich.

Dopadła do rzeki i skręciła wzdłuż brzegu, ale konni już zajeżdżali jej drogę z obu stron. Rozejrzała się z rozpaczą. Wszystko było stracone, bitwa dogasała. Przeskoczyła przez burtę rydwanu i rzuciła się do wody. Skórzany kaftan był ciężki, ale ona była dobrą pływaczką. Pomagała prądowi silnymi ruchami ramion, oddalając się od ścigających.

– Grzywna srebra dla tego, kto ją dopadnie! – krzyknął Rydgar. Jeden z Teutonów napiął łuk. – Nie, durniu! Żywą!

Przestraszony łucznik drgnął, puszczając cięciwę. Vanta krzyknęła z bólu, woda wdarła jej się od razu do gardła. Ciało szamotało się jeszcze, nieuchronnie pogrążając się w głębinie.

– Aaaaaargh! – Topór rozrąbał głowę pechowego łucznika aż do barków. Rydgar splunął na trupa i popatrzył ponuro w wodę. Nigdzie nie było śladu kobiety. Wsiadł na konia.

– Jedziemy do grodu.

 

Kruk klęczał przy Rydgarze na środku dziedzińca. Wokół najeźdźcy wynosili łupy z domów, wyrywając sobie nawzajem co cenniejsze przedmioty. Wyciągane z kryjówek kobiety wrzeszczały wniebogłosy, ale każdą opadało kilku Teutonów, rozciągając je na ziemi i kłócąc się o kolejność.

– Szkoda twojej kobiety. Sporo sobie po niej obiecywałem.

Kruk nie zareagował. Patrzył w górę, tam gdzie kilku wojowników wciągało nad bramę łeb Smoczycy.

– Okazała się lepszym wojownikiem niż ty. Bez swojego dracha jesteś niczym. Nawet cię nie zabiję, nie ma po co.

– Więc co teraz będzie? – Kruk uniósł załzawione oczy.

– Odpoczniemy tu trochę, a potem ruszymy dalej. Teutonowie potrzebują ciągle nowych wrogów, nowej walki. Wrócimy na zimę po trybut.

– Trybut? Przecież wszystko zabraliście.

– Uzbieracie nowy. Zboże. Wosk. Miód. Bydło. Na pewno coś jeszcze zostało w wioskach. Zostawię ci kogoś, żebyś pamiętał.

Drachtig wystąpił naprzód. Kruk spojrzał na niego i opuścił głowę aż do jego butów.

Były ze smoczej skóry.

 

Koniec

Komentarze

Tekstom o zabijaniu smoków mówię zdecydowane nie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Znowu fantasy, echhhh…

Na szczęście – całkiem ciekawy retelling baśni o Kraku, Wandzie i Dratewce. A że i pióro sprawne, to czytałem ze sporym zaciekawieniem.

Ale przyczepić się czasem muszę :):

– “Rydwany ruszyły za nimi w pościg, tratując niemal wszystkich” – rydwany nie mają kopyt i nie tratują;

– “upewniwszy się wcześniej z góry”;

 – “odgryźć mu cały tułów” – odgryza się coś od czegoś – od czego można odgryźć tułów?;

– “porcję ziół i sypnęła w ogień. Kłęby pary” – strasznie wilgotne musiały być te zioła, że aż para buchnęła;

– brak kropki na samym końcu aż kłuje w oczy.

Aha, no i tytuł sztampowy jak cała fantasy niestety ;).

 

W każdym razie – jedno z ciekawszych opowiadań fantasy w tym konkursie!

 

EDIT: A właśnie – rydwany (dzięki za przypomnienie, Agroeling). Potrzebują sporo płaskiego miejsca (step, pustynia). A u nas – drzewa i krzaki. Nie pohulałyby!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Zwięźle napisane, więc przyjemnie się czytało. Z zastrzeżeń – na końcu tę bitwę Kruk zbyt łatwo przegrał. No i Rydgar musiałby zdobyć gród, a tego nie ma w tekście. Wreszcie rydwany, nie jestem pewien, czy poza Rzymem ktoś je posiadał. W każdym razie chyba nie jakieś dzikie plemiona.

 

Bardzo dziękuję za merytoryczne uwagi i poprawki!

Co do tytułu, rzeczywiście, muszę uderzyć się w piersi – męczyłem się z wymyśleniem do ostatniej chwili. I nie wymyśliłem, a termin był nieubłagany, więc musiałem się ratować takim.

Stylistyka, brak kropek – mea culpa, będę się starał poprawić na przyszłość.

Co do rydwanów natomiast, to po pierwsze Rzymianie zawojowali na nich pół znanego wówczas świata, toteż mogły zostać zapożyczone przez wielu ( a w świecie fantasy to już przez kogokolwiek ;). Po drugie, używali ich również Persowie, Hetyci, Egipcjanie, a także Celtowie. Postać Vanty natomiast wzorowałem trochę na postaci królowej Brytów, Boudiki, która często przedstawiana jest w rydwanie właśnie. Jako że plemię Vanty ucieka z zachodu przed Teutonami, to mogło również rydwany znać. A nasz kraj ma morze, góry, jeziora, lasy, to i płaskiego terenu na bitwę by się znalazło.

Sama bitwa miała być ciut dłuższa, ale znowu – czas, terminy, w ogóle do ostatniej chwili myślałem, że trzeba będzie się poddać z konkursem. Po bitwie Rydgar zajmuje gród bez oporu, bo już nie bardzo jest komu go bronić.

Pozdrawiam

Właśnie, ponieważ zacięłam się na tym, że nie lubię zabijania smoków (tak już mam, trudno, może za dużo tych zabitych smoków wszędzie, a ja je lubię), że zapomniałam o rydwanach. Też mi nie pasowały. Przyjmuję twoje tłumaczenie odnośnie zapożyczeń, zwłaszcza w fantasy. Choć tu mamy taką fantasy mocno osadzone w realiach świata naszego – za mało jest tych całkowicie fikcyjnych, wymyślonych elementów, jak na mój gust, żeby rydwany pasowały (po twoich wyjaśnieniach troszkę spuszczam pod tym względem z tonu, choć może wolałabym, żeby świadomość autora, że wie, co robi, jakoś uwidoczniła się w tekście). Skądinąd jest bardzo ciekawa teoria (naukowa, nie wariacka), że Wanda to tracka bogini Bendis.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa wersja znanej legendy to nic nowego, ale Tobie udało się zrobić całkiem solidną rzecz. Styl, fabuła, bohaterowie (zwłaszcza bohaterowie) grają pięknie i powodują, że tekst wciąga i nie puszcza, czyta się jednym tchem. 

Minus? Pośpiech, jak sam przyznałeś. Zakończenie jest na chybcika, przez co kompletnie siadł dramatyzm i napięcie. Gdyby nie to, mielibyśmy do czynienia z cholernie dobrym kawałkiem rozrywkowej fantasy. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Przeczytałam opowiadanie. Kolejny raz jestem niezadowolona, że dobry warsztat nie został uzupełniony wiedzą o zapisie dialogów.

 

A oto i wpadki:

 

Poczuł przepływające pod suchą skórą gorąco. Jak zawsze poczuł dreszcz rozkoszy. Moc tego stworzenia nieodmiennie wprawiała go w zachwyt. Poczuł drgnięcie

– Ja, ja(+.)pPotężny, gruby Teuton machnął ręką lekceważąco. 

– Poluje na resztę twoich ludzi, Rydgar(+.) – Kruk wyszczerzył radośnie zęby. 

– Tchórze(+.) – Rydgar machnął ponownie ręką, po czym dolał sobie piwa. – Mam dużo ludzi. Kilku mniej nie szkodzi. Jutro przyjdziemy znowu.

Ponoć twoja kobieta go ustrzeliła(+.) – Rydgar przeniósł spojrzenie na Vantę

Tu i teraz!- Rydgar poderwał się ← spacja, półpauza

Wiesz co to jest? – sSięgnął pod kaftan na szyi,

– Coś poradzimy(+.)pPrzytuliła się do niego

– Całe to wróżenie jest psu pod ogon(+.)oOdwrócił się do niej.

– Ech… – zZamilkł na chwilę, patrząc na nią.

– Spójrz tutaj(+.) – łŁagodnie odsunął jedno z otulających Smoczycę skrzydeł.

– Jaja(+.)uUśmiechnął się z dumą, jakby sam był ojcem.

Mordercza tresura, bicie, tortury, głód(+,) to wszystko minęło i rozpłynęło się w przeszłości.

– Zabili mi jąąąą… – rRozbeczał się jak dziecko

Ludzie czekają na ciebie, wstań! – pPotrząsnęła nim z całej siły, ale był bezwładny jak worek.

– Aaaaaargh! – tTopór rozrąbał głowę pechowego

Były ze smoczej skóry(+.)

 

Po pierwszym maja tekst powinien być wyzbyty wpadek technicznych. W ich obliczu muszę kalkulować. 24K, ten sam wielokrotnie powtarzający się błąd zapisu, zgubiona kropka. Poza tym w miarę, styl w porządku, poprawność, konstrukcja też. Nie wiem, czy kwalifikuję, zastanowię się. Gdyby opowiadanie zostało dodane wcześniej, a poprawki naniesione w terminie, wszystko byłoby ok.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Ajajaj. Dziękuję za krytykę, szkoda, że już za późno na poprawki. Z bijącym sercem czekam zatem na werdykt, któremu posłusznie się poddam. Na obronę dodam, że to mój debiut na łamach portalu.

Kwalifikuję ;) Znalazłby się może przykład wpadki dialogowej, której zapis byś wybronił. Co nie zmienia faktu, że reszty nie. Przede wszystkim warsztat i fabuła bronią tekstu, poprawność innych elementów. Ale jak ci serce zadrżało, to się cieszę ]:->

Czy debiut, to znaczenia nie ma ;) Poprawki wprowadź, zaliczam je do tych, które można (przecinki, kropki, duże/małe litery). Zmiany fabularne/dopiski itp. są niedopuszczalne.

 

„Jak dzieciak” pomyślała z rozczuleniem, patrząc na ukochanego. „Co on by beze mnie zrobił”. ← musi być zastosowany jakiś znak między myślą a “pomyślała”. W Fantazmatach preferujemy kursywę i półpauzy, cudzysłów ujdzie, ale musi być przecinek lub półpauza.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Ufff, dziękuję bardzo :)

Czy jest jakiś termin do którego mam nanieść poprawki? 

Nie ma, ale lepiej poprawić jak najszybciej, żeby głosujący nie widzieli ;) A na zapis myśli zerknij sobie w podlinkowanym w temacie konkursowym poradniku fantazmatowym.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Nie przekonało mnie Twoje opowiadanie, wojtasie. Po prostu kolejna historia fantasy z zamkami, smokami itd. Nieco mnie irytowało nazewnictwo zgodne z rzeczywistością, rydwany w lesie (czyli podobnie jak u przedpiśców). Nie mam za bardzo co dodać, bo po prostu zabrakło tego “czegoś”, co pozwoliłoby mi zobaczyć coś więcej niż sztampowe fantasy.

I też nie lubię zabijania smoków. 

Sympatyczne splecenie kilku baśni. Nie powalające na kolana, ale całkiem przyzwoite. Niezbyt wiele dodajesz od siebie, ale coś jednak jest.

Fabuła – mimo zmian, wiadomo było, jak się te legendy skończą, więc tracisz na suspensie i takich tam.

Bohaterowie – bez szału, ale wstydu też nie ma. Dobrzy nasi, źli Niemcy i tyle.

Legenda jest i to niejedna.

Wykonanie – czytałam już po poprawkach – dość porządne.

Babska logika rządzi!

Dzięki za komentarze i poświęcony czas. Co do rydwanów, to nigdzie nie napisałem, że jeżdżą po lesie ;) W zasadzie słowo “las” nie pada w moim opowiadaniu ani razu.

 

Wiesz, chyba każdy jest przekonany, że w “tamtych czasach” to mieliśmy osady porozrzucane po gęstej kniei, wśród świętych gajów… ;-)

Babska logika rządzi!

Fantasy jakże inne od mojego. Smok, Germanie (w sumie spotkałem się z teorią, że Teutoni byli ludem celtyckim, więc Wanda jako Boudika uciekająca przed nimi troszkę by zgrzytała), brodaci wodzowie, bitwy, herosi i jurni Słowianie.

Powiem szczerze, że naprawdę dobrze się bawiłem podczas lektury, bo bardzo sprawnie, pomysłowo i ciekawie splotłeś te legendy o Kraku, Wandzie i Dratewce. Mamy tu do czynienia z nieco odrealnioną, mityczną i heroiczną wersją naszych pradziejów, coś na kształt howardowskiej Ery Hyboryjskiej, czasu wielkich herosów, mitycznych bestii oraz magii. Umiejętnie pograłeś kilkoma motywami, parę razy puściłeś oko do czytelnika (owca, buty Drachtiga) i w pewien sposób usprawiedliwiłeś dziejową niemoc naszych przodków w walce z zachodnim sąsiadem. Gdyby nam smoków nie wybili, pewnie by nie doszło do kilku historycznych pogromów. Całość naprawdę sympatyczna dla miłośnika heroic fantasy. Może trochę sztampowe w ramach gatunku (witalność i jurność naszego woja, smoki, bardzo źli i podstępni źli i bardzo dobrzy i honorowi dobrzy) ale napisane z odpowiednio wyważoną dawką patosu i maczyzmu. Nawet stereotyp – dobrzy nasi i źli Niemcy nie przeszkadza zupełnie. W końcu to retelling naszych polskich baśni.

Język, styl i warsztat również więcej niż zadowalające i tylko pierwszy akapit jakoś tak nastawił mnie na lekkie braki stylistyczne, którego to nastawienia szybko się jednak pozbyłem. Jedyny zgrzyt warsztatowy dotyczył kompozycji – naprawdę czuć ciśnienie i presję czasu (bo przecież nie limitu) w końcowych momentach, gdy akcja przyspiesza gwałtownie, a wręcz przeskakuje (mało efektowna śmierć Wandy – serio łucznik wycelował i puścił cięciwę przestraszony?; zdobycie grodu; ostatnia scena z Krukiem), a rozdzialiki się kurczą objętościowo, opisowo i fabularnie.

Podsumowując. Debiut na portalu rzeczywiście udany. Fantasy swojskie, ale przy tym oryginalne i mimo że sztampowe to jednak pomysłowe jednocześnie. Paradoks jakiś. Na klika do biblioteki tekst z pewnością zasługuje. 

Ps. Tytuł rzeczywiście słaby jak sik pająka.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo dziękuję, aż czuję jak mi wyrastają skrzydła ;) Presja czasu była istotnie spora, ale jeśli o mnie chodzi, to czasu zawsze jest za mało, choćby termin był za rok.

Podziękowałeś, a teraz poprawiaj, bo Naz wskazała Ci błędy, a one nadal wiszą.

– Pal – szepnął, przykładając dłoń do jej szyi. Poczuł przepływające pod suchą skórą gorąco. Jak zawsze poczuł dreszcz rozkoszy. Moc tego stworzenia nieodmiennie wprawiała go w zachwyt. Poczuł drgnięcie, gdy Smoczyca plunęła przed siebie zagładą. Pęd powietrza zawrócił płomienie, osmalając mu brwi.

Rozumiem radość publikacji, ale popracować nad tekstem też jeszcze warto.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Tego chyba mi nie wolno. Naz napisała: “Poprawki wprowadź, zaliczam je do tych, które można (przecinki, kropki, duże/małe litery). Zmiany fabularne/dopiski itp. są niedopuszczalne”. Zmiana słowa to już chyba dopisek?

Wydaje mi się, że na likwidacje powtórzeń też pozwoliła. Może poczytaj wątki konkursowe.

Babska logika rządzi!

Dobra, raz kozie śmierć, poprawiam. Znalazłem zapis: “Możesz poprawiać drobne usterki techniczne. Większych zmian wprowadzać nie powinieneś, ponieważ na tym etapie użytkownicy powinni móc ocenić takie same teksty”. Mam nadzieję, że powtórzenie kwalifikuje się jako drobna usterka. 

Niby nie ma tu nic szczególnie odkrywczego, ale zawarcie oparcie tego tekstu na znanej legendzie oraz pozamienianie jej elementów wyszło na plus. Czytało mi się też miło i z zaciekawieniem.

Tak więc, choć koncert fajerwerków to nie nowy, to jednak oglądałem go z zaciekawieniem do końca. Masz za to klika :)

Chwytaj też przydatne linki z forum. Pomogą Ci z aspektami technicznymi opowiadań:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wow, wielkie dzięki. Nie miałem pojęcia, że tu takie rzeczy można znaleźć. Mimo, że konto mam od lat, to do czasu konkursu Naz byłem martwą duszą. A powiedzcie tak na szybko o co chodzi z tymi punktami do biblioteki? Trzeba uzbierać jakąś ilość, żeby opowiadanie się tam znalazło?

Potrzeba pięć punktów. Ale jak dobrze poszukasz, to i poradnik o Bibliotece znajdziesz.

Babska logika rządzi!

Ok, dziękuję.

Ej, naprawdę fajnie napisane opowiadanie!

A tytuł tego wcale nie zapowiadał ;)

Końcówka rzeczywiście słabsza, nie wykorzystująca wypracowanego potencjału, liczyłem, że pokażesz, jak to Drachtig rozegrał wszystkich i stał się spełnieniem przepowiedni. 

Czekam na kolejne Twoje opowiadanie, nieskrępowane tematem i limitem czasowym konkursu.

Na razie: klik!

Bardzo dziękuję, cieszę się, że się podobało. Dopiero teraz się zorientowałem, że klik to punkt biblioteczny, więc dziękuję tym bardziej. I jeszcze Finkli, Mr. MarasowiNowhermanowi za pozostałe, bardzo mi miło, że spotkałem się z tak ciepłym i merytorycznym przyjęciem. Co do opowiadania nieskrępowanego limitem i czasem konkursowym to nic nie mogę obiecać – tak się składa, że jak dotąd pisałem tylko i wyłącznie na konkursy, a presja czasu jest w moim przypadku niezbędna, żeby zmusić się do pisania. Ale nigdy nie mów nigdy, więc kto wie… ;)

Spodobała mi się Twoja wersja starej, znanej legendy. Historia napisana żywo i barwnie nie pozwoliła się nudzić ani chwili, nieźle też przedstawiłeś postaci.

Wojtasie, mam nadzieję, że naprawisz usterki, bo chciałabym aby Twoje opowiadanie należycie prezentowało się w Bibliotece. ;)

 

Vanta za­trzy­ma­ła ry­dwan o kil­ka­dzie­siąt me­trów od wzgó­rza i rzu­ci­ła wodze przy­bocz­nym. –> Wodzami kieruje się, jadąc wierzchem, a Vanta powoziła rydwanem, więc mogła rzucić lejce.

 

Pa­trzył na wi­ru­ją­cy le­ni­wie ząb. Ryd­gar ob­na­żył zęby w wil­czym gry­ma­sie. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Kruk zer­k­nął w rowek jej ko­szu­li i w jed­nej chwi­li uśmiech­nął się ra­do­śnie. –> Koszule nie maja rowków.

Proponuję: Kruk zer­k­nął w dekolt/ wycięcie jej ko­szu­li i w jed­nej chwi­li uśmiech­nął się ra­do­śnie.

 

I choć z cza­sem po­ja­wi­ły się inne– w końcu był… –> Brak spacji przed półpauzą.

 

„Trze­ba wie­dzieć, które bitwy to­czyć”, po­my­ślał i obej­rzał się za sie­bie. –> Masło maślane. Czy mógł obejrzeć się przed siebie?

Proponuję: „Trze­ba wie­dzieć, które bitwy to­czyć”, po­my­ślał i spojrzał za sie­bie.

 

– Zo­bacz… co…jej.. zro… bi…bi..bi…liiiii – za­chły­sty­wał się wła­snym szlo­chem. –> Brak spacji po drugim wielokropku, brak jednej kropki w trzecim wielokropku, brak spacji po piątym wielokropku, brak jednej kropki w szóstym wielokropku i spacji po nim, brak spacji po siódmym wielokropku. Wielokropek ma zawsze trzy kropki!

 

Ktoś zdjął połać skóry z boku Smo­czy­cy… –> Raczej: Ktoś zdjął fragment/ kawał/ płat skóry z boku Smo­czy­cy

Za SJP PWN: połać «duża część jakiejś przestrzeni»

 

Kilku przy­bocz­nych gnało po bo­kach. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Wy­cią­ga­ne z kry­jó­wek ko­bie­ty wrzesz­cza­ły w nie­bo­gło­sy… –> Wy­cią­ga­ne z kry­jó­wek ko­bie­ty wrzesz­cza­ły wnie­bo­gło­sy

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I w ten sposób nie zdążyłam ze swoim zgłoszeniem do biblioteki, cóż, gratulacje :)

Mnie tam się podobało. Bohaterowie są w porządku, obie strony są dobrze przedstawione. Motyw ze smokiem i nawiązanie do Dratewki też fajne.

Ogólnie przeczytałam z przyjemnością :)

Znam tylko pięć liter ;)

Tylko tytuł beznadziejny, ale to już wiesz ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Juhuuu!! Dziękuję bardzo za głosy i oddane i nie oddane. Zaraz poprawiam.

 

Anet: Tak, wiem. Już mi się ten tytuł zaczyna śnić po nocach.

Co chcecie od tytułu – jest przecież taki bezpretensjonalny. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy: Poprawione

Reg, no, jesteśmy marudni i lubimy, kiedy po tytule można sobie przypomnieć, o czym było opowiadanie. ;-)

Babska logika rządzi!

OK, Wojtasie, bardzom rada, że uwinąłeś się tak szybko. ;)

 

Finklo, ależ ten tytuł mówi bardzo wiele – zapowiada, że to będzie opowieść o smoku i tak jest w istocie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szczerze mówiąc dla mnie to w ogóle nie jest opowieść o smoku, smok jest tu bardziej narzędziem ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Ale gdyby nie ono narzędzie, opowiadanie, moim zdaniem, nie miałoby racji bytu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dlaczego? Można je zamienić na inną broń, której nie ma druga strona, a której jakaś część jest do czegoś potrzebna. Niemniej smok jest zawsze lepszy niż jakiś karabin czy katapulta, wiadomo ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Jasne, smok jest zdecydowanie najlepszy! ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To prawda, tytuł nie kłamie, bo opowieść faktycznie wspomina o smoku, ale mamy ponad dwie setki tekstów z tagiem “smoki”. Podejrzewam, że ten tytuł pasowałby do olbrzymiej większości z nich.

Babska logika rządzi!

Tak w ogóle, to od początku chciałem, żeby tytuł nawiązywał do “Legendy o Smoku Wawelskim” więc się ten smok w tytule pewnie by znalazł tak czy owak. No ale na pewno można to było sprytniej wymyślić.

Nie przejmuj się, marudzimy, bo lubimy ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Średnio mi się podobało. Napisane całkiem sprawnie, ale bez większych emocji. Zakończenie to już chyba w ogóle było pisane w pośpiechu, ale rozumiem, że chciałeś zdążyć na czas. No, mnie po prostu nie kupiło.

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Bardzo fajne nawiązanie, w którym udało się stworzyć nową historię.

Podobało mi się praktycznie wszystko. Narracja, bohaterowie kapitalnie pokazani, świetne dialogi, naprawdę obrazowo i wiarygodnie wypadli w tej opowieści, która niestety kończy się gwałtownie, jakby oberwała toporem Rydgara. Niby zakończenie spełnia swoją funkcję, ale niedosyt pozostał, zwłaszcza że pozwoliłeś się czytelnikowi wygodnie rozsiąść i posmakować czegoś dobrego.

Dzięki za lekturę, Wojtas, i życzę powodzenia w konkursie! :)

Pozdrawiam!

Dzięki za przeczytanie i za komentarze.  Za pośpiech żałuję i obiecuję poprawę ;) Również życzę powodzenia.

Niezłe to wyszło. Rzadko tutaj można spotkać tak klasyczne fantasy napisane na tyle dobrze, żeby śledzić treść z zainteresowaniem.

Osobiście przeszkadzało mi trochę wrażenie podczas lektury, że to wszystko już czytałem. Jakieś kilkanaście razy. Historia oczywiście ma jakieś indywidualne cechy, ale jednak w każdym miejscu bazuje na klasyce. Czy to źle? Pewnie nie, ale dla mnie czegoś brakuje, żeby opowiadanie mogło zachwycić.

Chyba też za szybko uciąłeś opowieść, zakończenie przyszło w pewnym stopniu niespodziewanie.

Ale ogólnie przeczytałem z przyjemnością.

Wielkie dzięki, cieszę się, że się podobało. 

Dla mnie jednak zbyt sztampowe.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

No cóż, szkoda, ale dzięki za przeczytanie.

Sympatyczna wariacja na temat szewca Dratewki i Wandy, co nie chciała Niemca. Do poziomu podobnych zabaw Sapkowskiego daleko, ale czytało się przyjemnie.

Miło się czytało ;).

Wielkie dzięki :)

Przeczytało się nieźle, takie bardzo klasyczne podejście do fantastycznej fabuły, ale ja z tych, co nie mogą jak się ubija domowe zwierzątka – smok czy pies, wszystko jedno ;(

I would prefer not to.

Klasyczna historia fantasy, która do gatunku nic nie wnosi i niczym się nie wyróżnia. Więc niewiele można o niej powiedzieć. Seks, magia, walka. Gdzie ja to mogłem widzieć…?

Z tego powodu, opowiadanie mnie nie zachwyciło. Niemniej jednak, Twój tekst czyta się dobrze i po lekturze nie pozostaje świadomość zmarnowanego czasu. Chociaż gdyby było dłuższe, to owa świadomość mogłaby się pojawić.

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Nowa Fantastyka