- Opowiadanie: mr.maras - Druga śmierć Kewella

Druga śmierć Kewella

Czas na moją legendę. Podziękowania dla Finkli i Cienia Burzy za betę. Wszelkie babole to moja sprawka i wina. Z kilku sugestii nie skorzystałem. 

Były jak zwykle cięcia i mam nadzieję, że nie pozostały po nich jakieś większe rany i zadraśnięcia.   Wszelkie uwagi i komentarze mile widziane. Miłej (mam nadzieję) lektury.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Druga śmierć Kewella

Be­stie skro­ba­ły pa­zu­ra­mi, sta­ra­jąc się po­więk­szyć szcze­li­nę przy fra­mu­dze i coraz za­pal­czy­wiej na­pie­ra­ły na drzwi. Dziew­czę­ta usa­do­wi­ły się w naj­dal­szym kącie sali i pró­bo­wa­ły nie zwra­cać uwagi na ha­ła­sy do­bie­ga­ją­ce z ko­ry­ta­rza. Bez­sku­tecz­nie.

– Boli? – za­py­ta­ła z tro­ską Eda­ine.

– Tylko tro­chę. – Tara syk­nę­ła, od­kle­ja­jąc sukno le­pią­ce się do cię­cia na ra­mie­niu.

– Kiedy stąd uciek­nie­my, za­bio­rę cię do praw­dzi­we­go me­dy­ka. Nie ja­kie­goś bal­wie­rza.

Tara uśmiech­nę­ła się nie­pew­nie do młod­szej dziew­czy­ny i po­tar­ga­ła kasz­ta­no­wą czu­pry­nę Eda­ine. Mała nie musi wie­dzieć, że jej to­wa­rzysz­ka świet­nie sobie radzi z ta­ki­mi spra­wa­mi i po­tra­fi opa­trzyć nawet po­waż­niej­sze rany.

– Zgoda. Myślę jed­nak, że zwy­kły cy­ru­lik wy­star­czy. A teraz śpij. Mu­si­my od­po­cząć przed ju­trem.

– Tutaj nie ma jutra. Sama tak mó­wi­łaś. – Eda­ine otar­ła łzę i opa­no­wa­ła ostat­ni spazm pła­czu. Było jej zimno. Naj­bar­dziej tam, gdzie zmo­czy­ła ubra­nie. Ze­si­ka­łam się ze stra­chu – przy­po­mnia­ła sobie ze wsty­dem.

Pod­ło­ga była chłod­na i twar­da. W po­miesz­cze­niu bra­ko­wa­ło sprzę­tów, dla­te­go po­ło­ży­ły się z Tarą w rogu sali na gołej, ka­mien­nej po­sadz­ce. Byle jak naj­da­lej od drzwi, za któ­ry­mi zo­sta­wi­ły pogoń.

Dziew­czyn­ka drża­ła. Nie była pewna, czy bar­dziej z prze­ra­że­nia, czy z zimna. Wtu­li­ła się głę­biej w sztyw­ną od brudu su­kien­kę Tary i za­ci­snę­ła po­wie­ki. Zmar­z­nię­te dło­nie zwi­nę­ła w piąst­ki i przy­ło­ży­ła do uszu. Wciąż jed­nak sły­sza­ła skro­ba­nie ostrych pa­zu­rów oraz głu­chy od­głos wa­le­nia łbami o drew­no wzmoc­nio­ne me­ta­lem. Od po­two­rów od­dzie­la­ły je tylko te drzwi. Wy­glą­da­ły so­lid­nie, ale be­stie były nie­stru­dzo­ne i za­wzię­te – za­rów­no we wcze­śniej­szym po­ści­gu, jak i w upar­tych pró­bach prze­do­sta­nia się do kom­na­ty, da­ją­cej schro­nie­nie prze­ra­żo­nym ofia­rom.

Tara ob­ję­ła młod­szą dziew­czy­nę ra­mie­niem i za­nu­ci­ła cicho jedną z ko­ły­sa­nek, które dawno temu śpie­wa­ła przed za­śnię­ciem wraz z in­ny­mi pod­opiecz­ny­mi klasz­tor­ne­go sie­ro­ciń­ca. Przy­po­mnia­ła sobie tamte od­le­głe czasy i nawet tro­chę za­tę­sk­ni­ła za wspól­ną salą sy­pial­ną, za­wszo­nym sien­ni­kiem i miską glu­to­wa­tej, ale cie­płej, stra­wy.

Zaraz jed­nak zga­ni­ła się za te myśli i za­ci­snę­ła usta w za­wzię­tym po­sta­no­wie­niu, które to­wa­rzy­szy­ło jej przez wszyst­kie lata spę­dzo­ne na ulicy, w ciem­nych za­uł­kach mia­sta po­ra­sta­ją­ce­go ruiny sta­ro­żyt­nej me­tro­po­lii ni­czym pleśń. Znów dała o sobie znać de­ter­mi­na­cja, która cią­gnę­ła ją do przo­du i w górę, bez wzglę­du na oko­licz­no­ści i kon­se­kwen­cje. Utrzy­my­wa­ła na po­wierzch­ni i przy życiu, pod­czas gdy inne dzie­cia­ki z sie­ro­ciń­ca koń­czy­ły mar­nie w pod­miej­skiej fosie lub wspól­nych gro­bach dla bie­do­ty. W tym miej­scu prze­rwa­ła nu­ce­nie głu­piej me­lo­dii.

Tak było do spo­tka­nia z Gre­nem. To on od­krył jej ta­lent. Wtedy wszyst­ko się zmie­ni­ło. A przy­naj­mniej z po­cząt­ku tak się Tarze wy­da­wa­ło. Z upły­wem lat uświa­do­mi­ła sobie z żalem, że tak na­praw­dę, w tym, kim była i za kogo uwa­ża­li ją inni, nic się wła­ści­wie nie zmie­ni­ło.

Ale skoro Gren lubił mówić o sobie, że jest spo­sob­no­ścią, to miała za­miar z tej spo­sob­no­ści sko­rzy­stać. 

Jesz­cze zdo­bę­dzie swój zamek.

Za każ­dym razem, gdy o tym roz­my­śla­ła, mocno za­gry­za­ła wargę. Ból i mie­dzia­ny po­smak w ustach jak zwy­kle przy­wo­łały ją do po­rząd­ku. Ode­gna­ła myśli, oczy­ści­ła umysł ze wspo­mnień. Wsłu­cha­ła się w przy­spie­szo­ne bicie serca i szar­pa­ny od­dech dziec­ka, które tu­li­ło się do niej w po­szu­ki­wa­niu cie­pła i bez­pie­czeń­stwa. De­li­kat­nie po­gła­ska­ła kasz­ta­no­we loki.

Nie może tak być. Gren nie bę­dzie za­do­wo­lo­ny z ta­kie­go ob­ro­tu spra­wy. To wszyst­ko trwa­ło już zbyt długo i musi wresz­cie coś z tym zro­bić. Nie było już czasu na ko­lej­ną po­mył­kę. Aż się wzdry­gnę­ła na wspo­mnie­nie Ta­ma­ka.

W końcu obie za­snę­ły, znu­żo­ne nie­ustan­nym na­pię­ciem i wy­czer­pu­ją­cą walką o życie.

 

***

 

– Obro­nię was – obcy po­wie­dział to ci­chym, nie­pew­nym gło­sem. Nie tylko dla­te­go Eda­ine mu nie wie­rzy­ła. Jej zda­niem wy­glą­dał na za­gu­bio­ne­go i nie­zde­cy­do­wa­ne­go. Przez długą chwi­lę, po gwał­tow­nym wtar­gnię­ciu do kom­na­ty, kucał za­my­ślo­ny, wo­dząc nie­przy­tom­nym wzro­kiem po po­miesz­cze­niu: su­fi­cie, z któ­re­go są­czy­ła się dziw­na ja­sność, nie­ludz­kich, mar­twych cia­łach na pod­ło­dze oraz twa­rzach obu dziew­cząt. Marsz­czył przy tym brwi i kle­pał się dło­nią w czoło, co we­dług Tary nie przy­sta­ło tak groź­nie pre­zen­tu­ją­ce­mu się męż­czyź­nie, a zda­niem Eda­ine wy­glą­da­ło nawet za­baw­nie.

A prze­cież nie było nic za­baw­ne­go w tym, jak wpadł tutaj, wśród roz­bry­zgów krwi chla­pią­cej ścia­ny, groź­nych okrzy­ków i sko­wy­tu oka­le­czo­nych, ko­na­ją­cych w cier­pie­niu człe­ko­kształt­nych stwo­rzeń. Bez­li­to­sny i bez­względ­ny, z po­nu­rym wy­ra­zem twa­rzy, nie­zna­jo­my do­bi­jał je ko­lej­no, jedno po dru­gim, oszczęd­ny­mi cio­sa­mi ostrza i zaraz sku­piał uwagę na na­stęp­nym prze­ciw­ni­ku.

Eda­ine nie było żal tych stwo­rów. Ży­czy­ła im śmier­ci, gdy kilka go­dzin wcze­śniej kosz­mar­ne isto­ty ści­ga­ły za­cie­kle parę bez­bron­nych dziew­cząt. Prze­kli­na­ła je, kiedy z okrut­nym bły­skiem w krwa­wych śle­piach i żół­ty­mi kłami w wy­szcze­rzo­nych, jakby pół-świń­skich py­skach, gnały tro­pem ucie­ki­nie­rek przez dłu­gie i kręte ko­ry­ta­rze. Aż do tej pu­stej sali z lo­do­wa­tą pod­ło­gą.

Dwóm prze­ra­żo­nym dziew­czy­nom z tru­dem udało się za­trza­snąć cięż­kie drzwi tuż przed nosem go­nią­cych je be­stii.

Za­pew­ne strach dodał im siły.

I już nie pa­mię­ta­ła, czy drzwi były otwar­te, gdy przy­bysz zja­wił się z mie­czem i dłu­gim szty­le­tem w dło­niach, czy w fer­wo­rze walki któ­ryś z prze­ciw­ni­ków na­parł na nie swoim cię­ża­rem i ustą­pi­ły osła­bio­ne wcze­śniej­szy­mi pró­ba­mi.

Eda­ine nie była pewna, a Tara nie za­sta­na­wia­ła się nad tym nawet przez chwi­lę. Spały głę­bo­kim snem, gdy w progu kom­na­ty roz­go­rza­ła walka po­mię­dzy sa­mot­nym męż­czy­zną w czer­ni a be­stia­mi jak z kosz­mar­nych snów. Roz­bu­dzo­ne ha­ła­sem przy­glą­da­ły się tej po­tycz­ce z boku, sku­lo­ne w swoim kącie – wy­stra­szo­ne i bez­rad­ne.

Jed­nak młod­sza z dziew­czyn mo­gła­by przy­siąc, że wi­dzia­ła, jak wcze­śniej, zanim to wszyst­ko się za­czę­ło, męż­czy­zna w czer­ni stał w pół­mro­ku z kap­tu­rem na­cią­gnię­tym na głowę, wspar­ty o drzwi czo­łem i ko­niusz­ka­mi pal­ców. Jakby cze­goś wy­cze­ki­wał. I nie wie­dzia­ła tylko, kiedy i jak się tam zja­wił, i z któ­rej stro­ny drzwi stał. I czy nie przy­śni­ło jej się to cza­sem, gdy za­snę­ła wy­czer­pa­na dłu­gim bie­giem, stra­chem i wsłu­chi­wa­niem się w od­gło­sy, jakie wy­da­ją ostre szpo­ny dra­pią­ce o twar­dą po­wierzch­nię. 

Wresz­cie nie­zna­jo­my drgnął, jakby prze­bu­dzo­ny. Jego spoj­rze­nie od­zy­ska­ło blask.

– Mała śpi czy udaje? – bar­dziej stwier­dził, niż za­py­tał.

Do­pie­ro teraz Tara za­uwa­ży­ła, że jej pod­opiecz­na wstrzy­ma­ła od­dech. Za­pew­ne od ja­kie­goś czasu podglą­da­ła spod przy­mknię­tych po­wiek, co się dzie­je w kom­na­cie.

– Nie śpię – szep­tem od­po­wie­dzia­ła Eda­ine, zanim star­sza dziew­czy­na zdą­ży­ła otwo­rzyć usta.

Ski­nął głową.

– Je­ste­ście sio­stra­mi? Jak tutaj tra­fi­ły­ście?

Tara nie chcia­ła mówić zbyt wiele na swój temat i nie po­tra­fi­ła szcze­rze od­po­wie­dzieć na dru­gie py­ta­nie, poza tym oba­wia­ła się, że nie­zna­jo­my nie uwie­rzy ani w praw­dę, ani w jej kłam­stwa. Dla­te­go mil­cza­ła. A Eda­ine zwy­czaj­nie bała się ode­zwać.

– W po­rząd­ku – po­wie­dział. – Ja też nie mam po­ję­cia, kim je­stem. I gdzie je­stem. Po­mo­gę wam, a wy po­mo­że­cie mi. Razem po­szu­ka­my wyj­ścia. 

Obie ski­nę­ły gło­wa­mi.

Przy­glą­dał im się dłuż­szą chwi­lę, potem zer­k­nął na uchy­lo­ne drzwi kom­na­ty i na mar­twe ciała dziw­nych istot le­żą­ce w progu.

– Jak udało wam się uciec przed tymi stwo­rze­nia­mi? Nie mam po­ję­cia, co to za be­stie, ale były na­praw­dę szyb­kie i zręcz­ne. Bie­ga­cie chyżo jak za­ją­ce?

Eda­ine spoj­rza­ła py­ta­ją­co na star­szą z dziew­cząt. Tara była wy­raź­nie zmie­sza­na.

– Nie wiem, może mia­ły­śmy szczę­ście? Po pro­stu bie­gły­śmy przed sie­bie ile sił. Jedna z tych be­stii pra­wie mnie do­pa­dła. – Od­chy­li­ła sukno i po­ka­za­ła krwa­wy ślad, za­pew­ne pa­zu­ra, który prze­orał jej ramię.

– One bie­gły tak śmiesz­nie, jakby śli­zga­ły się po pod­ło­dze – do­da­ła Eda­ine. Po raz pierw­szy od dawna w oczach dziec­ka za­świe­ci­ły nie­śmia­łe, ra­do­sne iskier­ki. Tara par­sk­nę­ła śmie­chem.

– Tak wła­śnie było.

Po chwi­li obie gło­śno się śmia­ły, gdy Eda­ine na czwo­ra­kach pró­bo­wa­ła po­ka­zać, jak roz­jeż­dża­ły się na śli­skiej pod­ło­dze łapy stwo­rzeń o świń­skich py­skach.

Męż­czy­zna tylko ski­nął głową, nie po­dzie­la­jąc ich we­so­ło­ści. Znów zmarsz­czył brwi, za­my­ślo­ny i cał­kiem za­gu­bio­ny w tych my­ślach. Jakby w gło­wie na nowo skła­dał świat roz­sy­pa­ny na nie­przy­sta­ją­ce do sie­bie ka­wał­ki. 

Tara nie była prze­ko­na­na, czy ktoś, kto sam wy­glą­da na zdez­o­rien­to­wa­ne­go, może im pomóc i oka­zać się od­po­wie­dzią na ich mo­dli­twy. Ale kiedy jakiś czas póź­niej roz­ło­żył tobół, który nosił pod płasz­czem, prze­wią­za­ny po­przecz­nym rze­mie­niem przez plecy, zer­k­nę­ła z za­in­te­re­so­wa­niem. Jej uwagę na równi przy­cią­gnę­ły błysk me­ta­lu i nie­okre­ślo­ny za­pach. Bagaż nie­zna­jo­me­go oka­zał się skó­rza­nym ru­lo­nem, któ­rego we­wnętrz­na stro­na skry­wa­ła licz­ne prze­gro­dy i kie­sze­nie. Za po­przecz­ny­mi pa­ska­mi tkwi­ły dziw­ne ostrza i szpi­kul­ce – cała śmier­cio­no­śna ko­lek­cja, a z kie­szo­nek wszy­tych w śro­dek zwoju wy­sta­wa­ło kilka za­kor­ko­wa­nych fla­ko­nów z gru­be­go szkła. Męż­czy­zna przyj­rzał się za­war­to­ści rulonu ze sku­pio­ną miną, po czym za­rzu­cił na nią czar­ny płaszcz zdję­ty wcze­śniej z ra­mion. Pod płasz­czem miał kurtę z utwar­dzo­nej i na­bi­tej ćwie­ka­mi skóry. Skó­rza­ny był także sze­ro­ki pas z okrą­głą klam­rą, przy któ­rym wi­siał miecz w pro­stej po­chwie i mały koł­czan z beł­ta­mi. Z boku przy­tro­czo­ną miał nie­wiel­ką kuszę.

Dziew­czy­na zmie­ni­ła zda­nie na temat przy­by­sza – ekwi­pu­nek wy­glą­dał bar­dzo groź­nie, a męż­czy­zna na kogoś, kto po­tra­fi zro­bić z niego uży­tek.

Oto i nasz obroń­ca – po­my­śla­ła z na­dzie­ją, ale nie od­wa­ży­ła się po­wie­dzieć tego na głos. Wy­glą­da­ło na to, że tym razem może się udać, a jeśli nie­zna­jo­my był na­praw­dę dobry w swoim fachu, może zdoła ją oca­lić? I oczy­wi­ście Eda­ine. Prze­cież wła­śnie to obie­cał. Może bez prze­ko­na­nia, ale jed­nak. A gdyby chciał skrzyw­dzić dwie na­po­tka­ne dziew­czy­ny, zro­bił­by to z ła­two­ścią dawno temu.

Eda­ine usia­dła opo­dal i z dzie­cię­cą cie­ka­wo­ścią przy­glą­da­ła się nie­zna­jo­me­mu.

– Co teraz zro­bi­my? – za­py­ta­ła. Wiel­kie, sze­ro­ko otwar­te oczy śle­dzi­ły każdy jego ruch.

Obcy ro­zej­rzał się do­oko­ła i wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Spró­bu­je­my do­wie­dzieć się, co jest dalej i prze­trwać ko­lej­ną noc. Lub coś, co można na­zwać nocą w tym miej­scu. Nie je­stem pe­wien.

– Nie wiesz, jaka jest teraz pora dnia?

– Nie­zu­peł­nie, mała. Ra­czej nie wiem, czyj czas włada tym miej­scem. Jeśli jakiś włada. Wy­glą­da na to, że jest ciem­no, gdy idzie­cie spać i jasno, gdy pora ru­szyć w dal­szą drogę. Ale myślę, że te pory dnia nie­wie­le mają wspól­ne­go z praw­dzi­wym cza­sem, który pły­nie gdzieś obok.

Tara pod­nio­sła się z pod­ło­gi wygładzając po­pla­mio­ną i po­strzę­pio­ną suk­nię.

– Czyli na­praw­dę nie wiesz, kim je­steś i skąd się tutaj wzią­łeś? – upew­ni­ła się.

Przy­bysz roz­ło­żył bez­rad­nie ręce i uśmie­chem za­krył zmie­sza­nie, które po­ja­wi­ło się na nie­ogo­lo­nej twa­rzy.

– Nic a nic. Jakby nie było mnie wczo­raj. Nie mam żad­nych wspo­mnień sprzed po­ja­wie­nia się tutaj.

– A nie za­sta­na­wia­łeś się jak to moż­li­we?

– Nic mi nie przy­cho­dzi do głowy. Może zanim tu tra­fi­łem, do­sta­łem mocno w łeb i na jakiś czas stra­ci­łem pa­mięć? A wy?

Młoda ko­bie­ta przyj­rza­ła mu się uważ­nie, zdaje się oce­nia­jąc, czy mówi praw­dę. Wresz­cie od­wró­ci­ła się i bez słowa ode­szła w kąt, gdzie roz­ło­ży­ły swoje po­sła­nie.

Eda­ine przy­su­nę­ła się bli­żej nie­zna­jo­me­go.

– By­ły­śmy za­mknię­te w pod­ziem­nym lochu i ucie­kły­śmy – wy­szep­ta­ła. – Miesz­ka­łam kie­dyś u mojej ciot­ki, która czę­sto wy­rzu­ca­ła mnie z domu, bo od­wie­dza­li ją różni męż­czyź­ni. A ro­dzi­ców nie pa­mię­tam. Pew­ne­go dnia za­szedł do nas ktoś ze świą­ty­ni i za­brał mnie od ciot­ki. Nie pa­mię­tam, co było potem. Tara za­opie­ko­wa­ła się mną, gdy obu­dzi­łam się w ciem­nym miej­scu bez okien. Miała celę za ścia­ną. Inne cele były puste, ale sły­sza­łam, że są tam też inne dzie­ci. To miej­sce było jak wię­zie­nie i byłam tam na­praw­dę długo. Aż pew­nej nocy Tara za­bra­ła mnie stam­tąd. Wcze­śniej ukra­dła je­dze­nie i klu­cze, sama wszyst­ko przy­go­to­wa­ła…

Męż­czy­zna spoj­rzał z nowym za­in­te­re­so­wa­niem na młodą ko­bie­tę. Tara za­sty­gła w bez­ru­chu, wsłu­chu­jąc się w opo­wieść dziew­czyn­ki.

– Ucie­kły­śmy przed kil­ko­ma dnia­mi. To zna­czy, myślę, że to było kilka dni temu… I myślę, że za­błą­dzi­ły­śmy, bo za­miast do mia­sta, tra­fi­ły­śmy tutaj. A potem zja­wi­ły się po­two­ry.

– Te, które za­bi­łem? – za­py­tał cicho.

– Było ich znacz­nie wię­cej. Przy­cho­dzą wie­czo­rem lub rano. Zza czar­nych drzwi. Za każ­dym razem inne. Te, które za­bi­łeś, nie były naj­gor­sze…

Wstał i bez słowa pod­szedł do uchy­lo­ne­go wej­ścia. Wyj­rzał na ze­wnątrz i chwi­lę na­słu­chi­wał. Na­stęp­nie wcią­gnął do środ­ka ciała za­bi­tych stwo­rzeń. Przyj­rzał im się uważ­nie, a potem sta­ran­nie do­mknął drzwi i wró­cił na drugi ko­niec sali. Zlu­stro­wał mury, sufit i pod­ło­gę. Obej­rzał też do­kład­nie za­mknię­te, czar­ne drzwi, które znaj­do­wa­ły się na ścia­nie za ich ple­ca­mi i praw­do­po­dob­nie pro­wa­dzi­ły na ko­lej­ny ko­ry­tarz i do na­stęp­nej, po­dob­nej kom­na­ty. Potem przy­siadł pod ścia­ną i już się nie ode­zwał. Za­snę­ły, a on czu­wał przez resz­tę „nocy”, aż do chwi­li, gdy z su­fi­tu roz­lał się jasny blask.

 

***

 

Ma­sze­ro­wa­li dłu­gim ko­ry­ta­rzem już od dawna. Być może od wielu go­dzin. Gdy dziew­czę­ta się obu­dzi­ły, nie­zna­jo­my kazał im się zbie­rać do po­dró­ży. Trzy­mał straż przez cały czas gdy spały i kil­ka­krot­nie spraw­dzał czar­ne drzwi, aż za któ­rymś razem ustą­pi­ły. Naj­wi­docz­niej jakaś nie­zna­na siła wła­da­ją­ca tym miej­scem po­zwo­li­ła uwię­zio­nej trój­ce wy­ru­szyć w dal­szą drogę. Nie za­mie­rza­li pro­te­sto­wać. Jeśli było stąd ja­kieś wyj­ście, mu­sia­ło znaj­do­wać się w nie­od­kry­tej czę­ści la­bi­ryn­tu.

Obcy zajął po­zy­cję na czele grupy. Szedł z mie­czem w dłoni, spraw­dza­jąc każdy za­kręt ko­ry­ta­rza. Eda­ine po­dą­ża­ła tuż za nim, a Tara trzy­ma­ła się nieco z tyłu.

– Masz ja­kieś imię? – za­gad­nę­ła nie­spo­dzie­wa­nie młod­sza z dziew­cząt. – Nie wiem nawet, jak mam się do cie­bie zwra­cać.

Po­pa­trzył na nią z dziw­nym wy­ra­zem twa­rzy.

– Nie pa­mię­tam – od­parł cicho.

Eda­ine uśmiech­nę­ła się, wę­sząc oka­zję.

– Po­zwo­lisz, że nadam ci imię? Takie tym­cza­so­we. Do­pó­ki nie przy­po­mnisz sobie praw­dzi­we­go.

Męż­czy­zna mruk­nął coś nie­wy­raź­nie i ru­szył przed sie­bie, uda­jąc obu­rze­nie. Czy ta mała myśli, że zna­la­zła sobie zwie­rza­ka?

Po chwi­li na­my­słu zmie­nił zda­nie. Prze­cież w sy­tu­acji za­gro­że­nia może się oka­zać po­moc­ne, gdy będą po­tra­fi­ły za­wo­łać go ja­kimś imie­niem. Pro­blem w tym, że żadne nie przy­cho­dzi­ło mu do głowy. Po­pa­trzył da­le­ko w przód – przed sobą mieli długi od­ci­nek ko­ry­ta­rza bez żad­nych za­krę­tów i uznał, że to dobry mo­ment na roz­mo­wę.

– No do­brze. Ja­kieś pro­po­zy­cje? – za­py­tał.

Dziew­czyn­ka wy­raź­nie się ucie­szy­ła. Udała za­my­śle­nie i ra­do­snym gło­sem oświad­czy­ła.

– Na moje oko wy­glą­dasz jak Duk­nar. Wi­dzia­łam go na ry­ci­nie w księ­dze.

– Duk­nar? Kim był Duk­nar? – Spoj­rzał na nią zdu­mio­ny. – I w ja­kiej księ­dze?

– W jed­nej z ksiąg, które czy­ta­ła mi Tara, zanim zna­la­zły­śmy się w tym miej­scu – od­par­ła Eda­ine. – Ja też się uczy­łam czy­tać, ale nie umiem jesz­cze zbyt do­brze.

– To chyba nic złego, że się uczysz czy­tać? – Uśmiech­nął się. – Kształ­co­na dziew­czy­na po­win­na mieć ła­twiej­sze życie, praw­da? Jakie księ­gi czy­ta­łaś?

Idąca z nimi Tara par­sk­nę­ła gło­śnym śmie­chem. Eda­ine zer­k­nę­ła za sie­bie i spoj­rza­ła nie­uf­nie na męż­czy­znę, wę­sząc pod­stęp. Co miał na myśli, mó­wiąc o ła­twiej­szym życiu?

– Moja ulu­bio­na to wła­śnie ta o Duk­na­rze. „Le­gen­da o Nie­zde­cy­do­wa­nym Ry­ce­rzu”, ale po­zna­łam też „Ostrza praw­dy Aego­ra” i kilka in­nych – od­rze­kła, wy­raź­nie z sie­bie dumna.

Teraz był na­praw­dę za­sko­czo­ny.

– Czy to na pewno lek­tu­ry dla ta­kich mło­dych pa­nien? O czym opo­wia­da­ją te „Ostrza Praw­dy"?

– O naj­lep­szych wo­jow­ni­kach, ja­kich kie­dy­kol­wiek wi­dzia­no w So­fi­ca­tei.

– A twoja opie­kun­ka czyta te same księ­gi? – za­py­tał nie­win­nym gło­sem.

I zanim Tara zdą­ży­ła prze­rwać roz­mo­wę, mała od­po­wie­dzia­ła.

– Ona czyta tylko strasz­ne hi­sto­rie. O sta­ro­żyt­nych cza­sach, mia­stach, o de­mo­nach i po­two­rach, jakie kie­dyś miesz­ka­ły na świe­cie.

Męż­czy­zna zer­k­nął tylko na po­dą­ża­ją­cą za nimi ko­bie­tę i zmie­nił temat.

– Dla­cze­go na­zwa­li tego Duk­na­ra nie­zde­cy­do­wa­nym?

Dziec­ko naj­wy­raź­niej ucie­szy­ło się, że może po­chwa­lić się swoją wie­dzą.

– Duk­nar był człon­kiem kró­lew­skiej gwar­dii. Pew­ne­go razu zabił w po­je­dyn­ku pew­ne­go sław­ne­go ry­ce­rza, a potem sam nie­mal zgi­nął, bro­niąc jego syna. I już nigdy nie wie­dział, czy jest za­bój­cą, czy obroń­cą. Z tego wszyst­kie­go po­szedł do za­ko­nu Aego­ra. A gdy już sta­nie na polu bitwy bo­ha­te­rów, która była na po­cząt­ku i za­ra­zem bę­dzie na końcu świa­ta, nadal się bę­dzie wahał, po któ­rej stro­nie wal­czyć.

– Waha się, dla kogo wal­czyć w bi­twie bo­ha­te­rów?

Ski­nę­ła głową.

– Tak się wła­śnie koń­czy le­gen­da o Duk­na­rze…

Męż­czy­zna wy­krzy­wił twarz.

– Nie chcę ta­kie­go imie­nia. Strasz­nie głu­pia ta le­gen­da. A ten Duk­nar też wy­da­je się głup­cem. I nie poj­mu­ję, dla­cze­go ktoś spi­sał jego dzie­je w księ­dze.

Eda­ine spoj­rza­ła na niego pio­ru­nu­ją­cym wzor­kiem i wy­dę­ła wargi.

– Ke­well. Bę­dziesz Ke­wel­lem.

Popatrzył na nią nie­uf­nie.

– To jakiś ko­lej­ny głu­piec?

– To wiel­ki bo­ha­ter i obroń­ca kró­le­stwa – od­par­ła z prze­ko­na­niem, ale nie do końca jej uwie­rzył. Po­dej­rza­nie wy­glą­dał rów­nież uśmiech, jaki wy­chwy­cił na twa­rzy idą­cej z tyłu Tary.

Wzru­szył ra­mio­na­mi. Lep­szy Ke­well niż Duk­nar – po­my­ślał.

Szli jesz­cze długo przez pusty ko­ry­tarz, aż do­tar­li do ko­lej­nej kom­na­ty, do któ­rej pro­wa­dzi­ły iden­tycz­ne czar­ne drzwi.

Ke­well nie wie­dział wtedy jesz­cze, że były to ostat­nie chwi­le spo­ko­ju, ja­kich mieli za­znać w naj­bliż­szej przy­szło­ści.

 

***

 

To był dzień, w któ­rym po­peł­nił pierw­szy błąd. Tak jak wcześniej i tym razem do­kład­nie obej­rzał całe po­miesz­cze­nie. Od poprzednie­go róż­ni­ło się jed­nym szcze­gó­łem – nie było puste. Pod ścia­na­mi stały czte­ry cięż­kie, dę­bo­we ławy, a w jed­nym z kątów plu­ska­ła mała fon­tan­na. Męż­czy­zna prze­su­nął w to miej­sce trzy meble, a czwar­tym za­blo­ko­wał drzwi, któ­ry­mi we­szli do kom­na­ty.

Na­ka­zał Tarze na­peł­nić wszyst­kie bu­kła­ki, a potem się­gnął po kuszę i przy­wo­łał Eda­ine.

– Na­uczysz się strze­lać z kuszy.

Dziew­czyn­ka spoj­rza­ła na niego z po­li­to­wa­niem i po­krę­ci­ła głową.

– Ucz Tarę. Ja je­stem za mała i za słaba. Nie po­tra­fi­ła­bym na­ła­do­wać kuszy, nawet gdy­bym była chłop­cem.

Ke­well wes­tchnął cięż­ko.

– Na­cią­gnąć, kuszę się na­cią­ga. I nie mu­sisz. Jak sama wi­dzisz, to mała i lekka broń, z którą z ła­two­ścią sobie po­ra­dzi taka duża dziew­czy­na, która nie jest chłop­cem. Do­sta­niesz już… na­ła­do­wa­ną i bę­dziesz trzy­ma­ła przy sobie. Pod­czas walki Tara może mi pomóc w inny spo­sób, a ty masz się trzy­mać z da­le­ka i ewen­tu­al­nie obro­nić przed na­past­ni­kiem, jeśli ja­kimś cudem wy­wi­nie się spod mo­je­go mie­cza.

Spoj­rza­ła na broń w jego dło­niach i oczy jej się za­świe­ci­ły.

– W co mam ce­lo­wać? Może w śro­dek tam­tych drzwi? Tuż nad ławą? – Dziew­czyn­ka wska­za­ła na czar­ny pro­sto­kąt w prze­ciw­le­głym końcu sali.

Tara, naj­wi­docz­niej za­cie­ka­wio­na tym, co się dzie­je, po­de­szła bli­żej i opar­ła się o ścia­nę, obserwując ich po­czy­na­nia.

Ke­well ostroż­nie wrę­czył kuszę Eda­ine i spoj­rzał nie­pew­nie na wska­za­ny cel.

– Jak sama za­uwa­ży­łaś, ata­ku­ją nas dzi­wacz­ne, ale głu­pie zwie­rzę­ta i za­wsze poja­wia­ją się w drzwiach. Więc może naj­pierw po pro­stu traf w drzwi.

Eda­ine prych­nę­ła i wy­dę­ła wargi. Potem wy­mie­rzy­ła i na­ci­snę­ła spust. Szarpnęło nią do tyłu, aż usia­dła z wrażenia na tyłku. Bełt utkwił po­mię­dzy sko­śny­mi ocza­mi isto­ty za­glą­da­ją­cej do kom­na­ty przez okrą­gły właz w su­fi­cie.

Ke­well spoj­rzał ze zdu­mie­niem na Eda­inę.

– Ce­lo­wa­łaś?!

Dziew­czyn­ka wy­ba­łu­szy­ła oczy ze zdzi­wie­nia.

– Oczy­wi­ście, że ce­lo­wa­łam! – krzyk­nę­ła w od­po­wie­dzi.

Ke­well ro­ze­śmiał się gło­śno, a zaraz potem w jego dłoni po­ja­wił się miecz. Męż­czy­zna ru­szył bie­giem w kie­run­ku dwóch stwo­rzeń, które wła­śnie wy­lą­do­wa­ły na pod­ło­dze. Tym razem to nie były zwie­rzę­ta. Smu­kłe ciała przy­odzia­no w lek­kie kol­czu­gi, a każda z istot trzy­ma­ła w szczu­płej dłoni dłu­gie ostrze. Eda­ine sie­dzia­ła jak ska­mie­nia­ła, wpa­tru­jąc się w krwa­wy ta­niec na środ­ku sali. Z su­fi­tu ze­sko­czy­ło trzech ko­lej­nych na­past­ni­ków, a Ke­well wi­ro­wał mię­dzy nimi, tnąc, sie­kąc i za­da­jąc pchnię­cia, jakby był uoso­bie­niem śmier­ci.

Ale tym razem sam też nie­źle obe­rwał.

A Eda­ine nie dała się wię­cej na­mó­wić na strze­la­nie z kuszy.

 

 

Ko­lej­ne dni-nie-dni i ko­lej­ne kom­na­ty oraz od­cin­ki ko­ry­ta­rza za­pa­mię­ta­ła jak ciąg ob­ra­zów. Przy­po­mi­na­ły jej ry­ci­ny z ksiąg, prze­glą­da­nych z Tarą – Ke­well wal­czą­cy z czterorękimi małpoludami, Ke­well szy­ją­cy z kuszy do nad­bie­ga­ją­ce­go ko­ry­ta­rzem po­two­ra przy­po­mi­na­ją­ce­go skrzy­żo­wa­nie wilka z niedź­wie­dziem, Ke­well do­bi­ja­ją­cy mie­czem wierz­ga­ją­ce­go pod jego butem karła w zbroi.

Ob­ser­wo­wa­ła te ob­ra­zy jakby nie­obec­na du­chem, za­fa­scy­no­wa­na i prze­ję­ta zgro­zą. Za­zwy­czaj wtu­lo­na w Tarę w naj­od­le­glej­szym kącie sali lub pod ścia­ną ko­ry­ta­rza. Zda­rza­ło się też, że w za­mie­sza­niu zo­stawa­ły roz­dzie­lo­ne. Sia­da­ła wów­czas z pod­cią­gnię­ty­mi pod brodę ko­la­na­mi, na któ­rych kła­dła oba przed­ra­mio­na i przez wąską szpa­rę zer­ka­ła jed­nym okiem na to, co dzie­je się do­oko­ła. Cza­sem widok był tak okrut­ny, że tylko za­ci­ska­ła mocno po­wie­ki i za­ty­ka­ła uszy, by nie sły­szeć od­gło­sów walki, nie­ludz­kich dźwię­ków wy­da­wa­nych przez ata­ku­ją­ce, od­pie­ra­ne, ra­nio­ne i wresz­cie umie­ra­ją­ce po­two­ry.

Jed­nak naj­wy­raź­niej za­pa­mię­ta­ła dzień, w któ­rym po gwał­tow­nej i krwa­wej sza­mo­ta­ni­nie za­pa­dła rów­nie gwał­tow­na cisza. Eda­ine po­wie­dzia­ła potem, że była to ko­lej­na po­mył­ka Ke­wel­la, który wcze­śniej gło­śno wy­li­czał sła­bo­ści ata­ku­ją­cych ich istot i śmiał się, że na­past­ni­cy zja­wia­ją się za­wsze wie­czo­rem lub w nocy, kiedy ich wy­cze­ku­je z mie­czem w dłoni. I tym razem atak na­stą­pił w porze, którą na­zy­wa­ły po­łu­dniem.

Tara znik­nę­ła gdzieś zaraz po tym, gdy w drzwiach po­ja­wi­ła się banda ubra­nych w skóry dzi­ku­sów. In­tru­zi na­wo­ły­wa­li się gar­dło­wy­mi wark­nię­cia­mi i wal­czy­li krót­ki­mi mie­cza­mi. A po­słu­gi­wa­li się nimi z wiel­ką wpra­wą, dla­te­go walka była długa i krwa­wa. Gdy nagle za­pa­dła cisza, Eda­ine otwo­rzy­ła oko i spoj­rza­ła przez szpa­rę mię­dzy łok­ciem i nad­garst­kiem dru­giej ręki, do­strze­gła Ke­wel­la z tru­dem czoł­ga­ją­ce­go się przez śro­dek kom­na­ty. Za nim, na pod­ło­dze, cią­gnę­ła się wąska smuga krwi.

Dziew­czyn­ka krzyk­nę­ła prze­ra­żona i ze­rwa­ła się na nogi. Pod­bie­gła do ran­ne­go męż­czy­zny i po­mo­gła mu się pod­nieść. Wsparł się na jej wą­tłym ra­mie­niu i razem do­tar­li do ścia­ny. Spo­czął tam, cięż­ko od­dy­cha­jąc, a Eda­ine chwy­ci­ła go za rękę i płacz­li­wym gło­sem po­wta­rza­ła w kółko jedno zda­nie: „Nie zo­sta­wiaj nas jak Tamak, na pa­stwę po­two­rów…”. Za­mil­kła do­pie­ro, gdy w drzwiach po­ja­wi­ła się Tara.

Dziew­czy­na przy­sta­nę­ła w progu, ro­zej­rza­ła po kom­na­cie i jakby nieco zmie­sza­ła. Zaraz jed­nak ru­szy­ła szyb­kim kro­kiem, omi­ja­jąc sze­ro­kim łu­kiem ciała po­ko­na­nych na­past­ni­ków i z nie­po­ko­jem przy­glą­da­jąc się krwi na po­sadz­ce. Potem od­cią­gnę­ła pła­czą­cą Eda­ine w kąt sali.

– Gdzie byłaś? Mała zo­sta­ła sama. – Ke­well otarł krew z czoła i spoj­rzał z wy­rzu­tem na młodą ko­bie­tę. Mil­cza­ła.

Usiadł pła­sko na pod­ło­dze i oparł się ple­ca­mi o ścia­nę. Z tru­dem zrzu­cił na­bi­ja­ną ćwie­ka­mi kurtę, potem zdjął ko­szu­lę, sy­cząc przy tym i prze­kli­na­jąc. Obie dziew­czy­ny przy­glą­da­ły mu się bez słowa. Eda­ine wy­raź­nie wy­stra­szo­na, a Tara jakby cze­goś wy­cze­ku­jąc.

Przy­cią­gnął le­żą­cy obok skó­rza­ny tobół i wyjął z niego sakwę z przy­bo­ra­mi oraz mały bu­kłak. Cię­cie cią­gnę­ło się od pra­wej pier­si w dół, przez żebra i bok aż na plecy. Się­gnął lewą dło­nią i nie­zdar­nie spró­bo­wał wy­ma­cać ko­niec rany.

Tara zbli­ży­ła się wol­nym kro­kiem i sta­nę­ła nad Ke­wel­lem. Wy­cią­gnę­ła dłoń.

– Po­zwól, że ja to zro­bię.

Bez słowa podał jej igłę z nicią.

– Nie oba­wiaj się. W sie­ro­ciń­cu na­uczy­łam się zszy­wać roz­bi­te głowy, na ulicy ła­ta­łam brzu­chy cięte no­ża­mi i ki­ku­ty rąk, gdy któ­ryś z ma­łych zło­dziei tra­fił w ręce stra­ży miej­skiej.

– Sam dał­bym radę, gdyby to była lewa stro­na.

Ski­nę­ła głową, ale w jej spoj­rze­niu do­strzegł kpinę.

– Oczy­wi­ście. Łyk­nij sobie i oddaj mi tę go­rza­łę. Bę­dzie po­trzeb­na.

Po­cią­gnął spory łyk.

– A teraz unieś wy­so­ko prawą rękę.

Po wszyst­kim, kiedy zde­zyn­fe­ko­wa­ła i zszy­ła ranę, a na­stęp­nie cia­sno owi­nę­ła tors męż­czy­zny pa­sa­mi po­dar­tej ko­szu­li, Ke­well prze­stał za­ci­skać zęby i nawet uśmiech­nął się nie­śmia­ło.

– Dzię­ku­ję.

Od­wza­jem­ni­ła uśmiech.

– Bę­dziesz żył – stwier­dzi­ła. – Je­stem pod wra­że­niem.

Zanim zdą­żył od­po­wie­dzieć, po­ca­ło­wa­ła go w czoło. A po chwi­li, nie­spo­dzie­wa­nie, jej dłoń opa­dła na jego udo. Potem lekko prze­su­nę­ła się w górę.

Wstrzy­mał od­dech i zer­k­nął na nią za­sko­czo­ny.

Tara spo­koj­nie wy­trzy­ma­ła jego wzrok. Na peł­nych ustach dziew­czy­ny wciąż błą­kał się uśmiech, ale w oczach nie było już kpiny, tylko coś zu­peł­nie in­ne­go. De­ter­mi­na­cja?

– Mo­że­my po­cze­kać, aż mała za­śnie – po­wie­dzia­ła to nie­mal zmy­sło­wym szep­tem, na­chy­la­jąc się do jego ucha. Po­czuł jej go­rą­cy od­dech i za­pach skóry. Od­su­nę­ła się nieco, ale jej dłoń po­zo­sta­ła na jego udzie, w mię­dzy­cza­sie za­wę­dro­wa­ła bli­żej pa­chwi­ny.

Oparł głowę o ścia­nę i za­mknął oczy. Ulica na­uczy­ła Tarę nie tylko zszy­wać rany – po­my­ślał z żalem i wsty­dem. Wes­tchnął cięż­ko. Potem raz jesz­cze po­pa­trzył na młodą ko­bie­tę i od­po­wie­dział gło­sem, który sły­chać było pew­nie na końcu dłu­gie­go ko­ry­ta­rza.

– Naj­le­piej bę­dzie, jak obie się po­ło­ży­cie. Ja przy­pil­nu­ję przej­ścia. Ból i tak nie po­zwo­li mi za­snąć.

Pra­wie po­ża­ło­wał swo­ich słów, gdy zo­ba­czył wyraz jej twa­rzy. Tara ze­rwa­ła się jak opa­rzo­na i szyb­kim kro­kiem ode­szła w drugi kąt sali, tam, gdzie le­ża­ła Eda­ine.

Tego dnia nie spoj­rza­ła już w jego stro­nę ani razu.

 

***

 

Kiedy Eda­ine za­snę­ła, wy­czer­pa­na dłu­gim pła­czem, Ke­well zdo­był się na od­wa­gę i pod­szedł ostroż­nie do mło­dej ko­bie­ty, która igno­ro­wa­ła jego obec­ność od ostat­niej roz­mo­wy. Tara cho­wa­ła wła­śnie do sakwy resz­tę pro­wian­tu po­zo­sta­łą po skrom­nej i póź­nej ko­la­cji. Gdy sta­nął nad po­sła­niem dziew­cząt, jej dłoń trzy­ma­ją­ca ćwiartkę sera za­sty­gła w po­ło­wie drogi.

– Nie mu­sisz mnie lubić, ani ze mną roz­ma­wiać. Po­wiedz mi tylko o kim mó­wi­ła mała. Co zna­czy­ły słowa Eda­ine, że od­szedł, zo­sta­wia­jąc was na pa­stwę po­two­rów? Dokąd od­szedł Tamak?

Tara mil­cza­ła. Od­wró­ci­ła się w stro­nę za­mknię­tych drzwi, pro­wa­dzą­cych na ko­ry­tarz, z któ­re­go wczo­raj przy­by­li, i przez dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wa­ła w cięż­kie oście­ża, za­my­ślo­na, jakby po­dej­mo­wa­ła ważną de­cy­zję. A potem spoj­rza­ła na Ke­wel­la. Wy­zy­wa­ją­co i gniew­nie.

– Idź! Prze­ko­naj się na wła­sne oczy.

Wstał bez słowa i ru­szył we wska­za­nym kie­run­ku. Opu­ścił salę i zer­k­nął nie­pew­nie w głąb ko­ry­ta­rza. Co cze­ka­ło tam, gdzie wy­sy­ła­ła go w zło­ści młoda ko­bie­ta, któ­rej uczu­cia zra­nił, i którą naj­wi­docz­niej w jej mnie­ma­niu po­ni­żył? Cie­ka­wość prze­zwy­cię­ży­ła wąt­pli­wo­ści i Ke­well ru­szył przed sie­bie.

Przez pierw­sze kil­ka­set jar­dów szedł bar­dzo ostroż­nie, jakby spa­ra­li­żo­wa­ny stra­chem – bał się tego, co zo­ba­czy na końcu drogi. Potem jego kroki na­bra­ły zde­cy­do­wa­nia. A gdy uświa­do­mił sobie, że bar­dziej niż swo­ich lęków boi się o Eda­ine i Tarę, przy­spie­szył. Nie chciał ich zbyt długo zo­sta­wiać bez opie­ki w ciem­nej kom­na­cie na dru­gim końcu świa­ta, który do­pie­ro po­zna­wał. Po chwi­li biegł truch­tem przez roz­ja­śnio­ny wy­bla­kłym świa­tłem ko­ry­tarz. Miał dziwne wrażenie, że trasa, którą pokonali w ciągu kilku dni, jest teraz znacznie krótsza. W pę­dzie mijał kom­na­ty, w któ­rych wcze­śniej za­trzy­my­wa­li się na po­stój. We wszyst­kich na­ty­kał się na zwło­ki istot uśmier­co­nych we wcze­śniej­szych po­tycz­kach. Minął salę z dę­bo­wy­mi ła­wa­mi, aż wresz­cie do­tarł do po­miesz­cze­nia, w któ­rym po raz pierw­szy spo­tkał parę dziew­cząt – czar­ne drzwi na jego prze­ciw­le­głym końcu wciąż były uchy­lo­ne.

Zwol­nił. Nie miał po­ję­cia, co znaj­du­je się za nimi. Ostroż­nie prze­kro­czył próg i ru­szył w nie­zna­ne. Szedł długo, mijał puste sale oraz dłu­gie od­cin­ki ko­ry­ta­rza. Po trzech za­krę­tach, zza któ­rych ostroż­nie wy­chy­lał głowę, wy­pa­tru­jąc za­sadz­ki, na­tknął się na ko­lej­ne drzwi. Wpił pa­znok­cie w ich kra­wędź i po­cią­gnął z całej siły. Mu­sia­ły być tylko przy­mknię­te, bo dosyć łatwo ustą­pi­ły.

Za nimi znaj­do­wa­ła się po­dłuż­na kom­na­ta po­grą­żo­na w pół­mro­ku – w tych re­jo­nach la­bi­ryn­tu świa­tło ema­nu­ją­ce z su­fi­tu było zde­cy­do­wa­nie słab­sze. Na jej prze­ciw­le­głym końcu do­strzegł kilka cieni le­żą­cych na pod­ło­dze.

I od razu za­uwa­żył, że coś jest z nimi nie tak.

Wyjął miecz. Stą­pa­jąc po­wo­li zbli­żył się do celu. Nagle sta­nął jak wryty, za­sko­czo­ny wi­do­kiem.

Ciała trzech zwa­li­stych stwo­rów, o twa­rzach przy­po­mi­na­ją­cych rybie pyski, wy­glą­da­ły jakby utka­ne były z mgły. Zda­wa­ły się prze­zro­czy­ste i de­li­kat­nie mi­go­ta­ły w sła­bym bla­sku wy­do­by­wa­ją­cym się spod po­wa­ły. Naj­wy­raź­niej zni­ka­ły. Czwar­te ciało róż­ni­ło się od nich wszyst­kim. Było jak naj­bar­dziej ma­te­rial­ne i bez wąt­pie­nia na­le­ża­ło do czło­wie­ka, do­ro­słe­go męż­czy­zny. Leżał zwró­co­ny twa­rzą w dół, mar­twy i dawno osty­gły. W dłoni wciąż ści­skał rę­ko­jeść mie­cza, a zgi­nął naj­praw­do­po­dob­niej od licz­nych ran od­nie­sio­nych w walce, które Ke­well do­strzegł na jego ciele. To mu­siał być Tamak, o któ­rym wspo­mnia­ła Eda­ine. Trą­cił zwło­ki nogą, potem prze­tur­lał je na bok. Do­pie­ro wtedy za­uwa­żył, że trup ma po­de­rżnię­te gar­dło. Kuc­nął za­cie­ka­wio­ny i ob­szu­kał do­kład­nie ubra­nie za­bi­te­go. Zna­lazł nóż, pustą sakwę na pro­wiant i opróż­nio­ny bu­kłak na wodę. O co tu cho­dzi­ło? Kto go uśmier­cił? Stwo­rze­nia, z któ­ry­mi wal­czył, nie po­słu­gi­wa­ły się bro­nią. I co dzia­ło się z tymi isto­ta­mi? Dla­cze­go roz­pły­wa­ły się w po­wie­trzu ni­czym ja­kieś zwidy? Żadne z nich nie mogło mu od­po­wie­dzieć na te py­ta­nia, więc Ke­well wstał i ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. Na ścia­nie za mar­twą czwór­ką do­strzegł ko­lej­ne drzwi. Uchy­lił je ostroż­nie. Bez nie­spo­dzia­nek. W półmroku za nimi cią­gnął się długi ko­ry­tarz. Nie do­strzegł jednak jego końca.

Białe ścia­ny nik­nę­ły w nie­prze­nik­nio­nej czer­ni.

I naraz Ke­well po­czuł strach. Dreszcz prze­biegł mu po ple­cach. Męż­czy­zna za­stygł i wsłu­chał się w dziwne dźwię­ki do­cho­dzą­ce z czar­nej ot­chła­ni. Nie od­wa­żył się wy­ko­nać kroku. Z mroku do­cho­dzi­ły nie­zro­zu­mia­łe szep­ty, a czerń zda­wa­ła się fa­lo­wać. Oblał go zimny pot.

Ke­well za­trza­snął drzwi i ze­rwał się do biegu. Ból szarp­nął jego pra­wym bo­kiem, ale nie zwol­nił. Biegł ile sił, po dro­dze za­my­ka­jąc wszyst­kie na­po­tka­ne drzwi, ale wąt­pił, by ja­kie­kol­wiek drzwi zdo­ła­ły po­wstrzy­mać ciem­ność, którą zo­sta­wił za ple­ca­mi. Strach gnał go i zmu­szał do jesz­cze szyb­szej uciecz­ki. Gdy wresz­cie do­tarł do kom­na­ty, w któ­rej zo­sta­wił Tarę i Eda­ine, zlany był potem i z tru­dem łapał świsz­czą­cy od­dech. Pod­czas biegu na­de­rwał szwy i krew prze­są­czy­ła się przez pro­wi­zo­rycz­ne ban­da­że. Nie zwa­żał na to. Wi­dząc, jak nie­zdar­nie mo­cu­je się z cięż­ki­mi drzwia­mi, obie roz­bu­dzo­ne dziew­czy­ny pod­bie­gły, by pomóc je za­mknąć.

Eda­ine przy­glą­da­ła mu się z prze­ra­że­niem. Tara od­wró­ci­ła się na pię­cie i ode­szła na ko­niec sali. Po dłuż­szej chwi­li uspo­ko­ił od­dech, ale w jego oczach nie było spo­ko­ju.

– Co tam się wy­da­rzy­ło? Kim był Tamak?!

Tara spoj­rza­ła na niego obo­jęt­nym wzro­kiem.

– Nikim. Zu­peł­nie jak ty. Po­wiedz le­piej, co jesz­cze zo­ba­czy­łeś?

– Ciem­ność. Prze­ra­ża­ją­cy mrok, który się o mnie upo­mi­nał.

– Prze­cież to wła­śnie stam­tąd przy­cho­dzi­cie – od­par­ła cicho.

I po­sta­no­wi­ła, że czas już za­koń­czyć to wszyst­ko.

 

***

 

Ko­lej­ne dni, które od­li­cza­li zgod­nie z po­ra­mi ja­sno­ści i ciem­no­ści, za­pa­da­ją­cy­mi w la­bi­ryn­cie sal i ko­ry­ta­rzy, upły­wa­ły mo­no­ton­nie. Wciąż szli przed sie­bie wśród bia­łych ścia­n z na­dzie­ją na od­na­le­zie­nie wyj­ścia. Od jed­nych czar­nych drzwi do na­stęp­nych, od kom­na­ty do kom­na­ty. Ke­well wal­czył, od­po­czy­wał i lizał rany. Dziew­czę­ta po­ma­ga­ły mu trzy­mać warty i wy­peł­nia­ły swój czas za­baw­ny­mi opo­wie­ścia­mi i snem. Wodę uzu­peł­nia­li w na­po­ty­ka­nych co jakiś czas fon­tan­nach, ale koń­czy­ły im się za­pa­sy żyw­no­ści. Po­dob­nie jak za­pa­sy na­dziei na od­na­le­zie­nie wyj­ścia z la­bi­ryn­tu.

Któ­re­goś wie­czo­ru Ke­well po­pę­dził ko­ry­ta­rzem w po­go­ni za ostat­nią z czwór­ki istot o ko­cich twa­rzach, ko­cich ru­chach i dłu­gich, zu­peł­nie nie ko­cich mie­czach.

Gdy po dłuż­szym cza­sie wró­cił do kom­na­ty, w któ­rej obo­zo­wa­li, uj­rzał za­ska­ku­ją­cy widok. Tara trzy­ma­ła śpią­cą Eda­ine za przed­ra­mię, a w dru­giej ręce ści­ska­ła krót­ki nożyk kształ­tem przy­po­mi­na­ją­cy pazur. Zbli­żył się do nich naj­ci­szej jak po­tra­fił i kiedy zna­lazł się tuż za ple­ca­mi mło­dej ko­bie­ty, za­uwa­żył, że krzy­we ostrze po­kry­wa za­sty­gła krew.

– Puść ją, Taro! – na­ka­zał sta­now­czo, a za­sko­czo­na dziewczyna aż pod­sko­czy­ła i ob­rzu­ci­ła go wście­kłym spoj­rze­niem. Gdy jed­nak po chwi­li skie­ro­wa­ła wzrok na za­krwa­wio­ne ostrze trzy­ma­ne w dłoni, zro­zu­mia­ła jak to wy­glą­da. Po­trzą­snę­ła głową i uśmiech­nę­ła się nie­śmia­ło. Ale kiedy do­strze­gła po­nu­ry i po­waż­ny wyraz twa­rzy męż­czy­zny, przez jej ob­li­cze prze­biegł strach.

– Nie zro­bi­łam jej żad­nej krzyw­dy. To prze­cież moja krew… – Urwa­ła w pół zda­nia i za­ci­snę­ła usta, gdy zdała sobie spra­wę, co wła­śnie po­wie­dzia­ła. Zaraz potem ro­ze­śmia­ła się ner­wo­wo i pu­ści­ła rękę dziew­czyn­ki.

Było już za późno. Ke­well wpa­try­wał się uważ­nie w ramię ko­bie­ty. Do­kład­nie w krwa­wą plamę, która dawno już za­schła na sza­rej tka­ni­nie jej sukni. Potem jego wzrok po­wę­dro­wał po­now­nie do sta­lo­we­go pa­zu­ra w jej dłoni, a Tara natychmiast upuściła go na podłogę.

Wszyst­ko jest kłam­stwem – po­my­ślał podnosząc małe ostrze, ale nie ode­zwał się ani sło­wem. Obie­cał sobie, że od tej pory bę­dzie bacz­nie ob­ser­wo­wał za­cho­wa­nie Tary i nie spu­ści oka z Eda­ine. Jed­nak po ob­ję­ciu warty, gdy usiadł pod ścia­ną i otu­lił się płasz­czem, sen za­kpił sobie z jego obiet­nic.

 

Obu­dził się tknię­ty na­głym i chwy­ta­ją­cym za serce stra­chem. Tara i Eda­ine spały, sły­szał wy­raź­nie ich równe, głę­bo­kie od­de­chy. Wstał ostroż­nie i na pal­cach prze­szedł po­grą­żo­ną w pół­mro­ku salę. Wie­dzio­ny nie­po­ko­ją­cym prze­czu­ciem, naj­ci­szej jak po­tra­fił, od­su­nął cięż­kie ławy i uchy­lił drzwi wio­dą­ce na ko­ry­tarz, w któ­rym nie­daw­no sto­czył walkę. Wyj­rzał na ze­wnątrz – ciała o ko­cich ry­sach i smu­kłych kształ­tach nadal tam le­ża­ły. Spoj­rzał w głąb ko­ry­ta­rza i za­marł, wstrzy­mu­jąc od­dech.

Da­le­ko, na końcu dłu­gie­go przej­ścia, koń­czą­ce­go się za­krę­tem w lewo, po­ja­wi­ła się ciem­ność. Nie zwy­kła ciem­ność, jaką two­rzy­ły cie­nie i brak świa­tła, ale ta sama ab­so­lut­na czerń, którą zo­ba­czył i po­czuł całym sobą pod­czas sa­mot­nej wy­pra­wy sprzed kilku dni. Roz­ma­za­na i drżą­ca na kra­wę­dziach. Sły­szał bicie swo­je­go serca, wa­lą­ce­go ni­czym dzwon w pier­siach, sły­szał swój drżą­cy od­dech, ale usły­szał coś jesz­cze. Jakby ciche na­wo­ły­wa­nie. Nie­wy­raź­ne, szep­czą­ce głosy, może la­men­ty, a potem da­le­ki, prze­cią­gły krzyk. Przy­tłu­mio­ny, za­wi­sły na gra­ni­cy sły­szal­no­ści.

Wytężył wzrok. A gdy za­bo­la­ły go wy­schnię­te od wpa­try­wa­nia się w mrok oczy i mru­gnął po­wie­ka­mi, fala stra­chu ude­rzy­ła po­now­nie ze zdwo­jo­ną siłą. Czy tylko mu się zda­wa­ło, czy czerń prze­su­nęła się nie­znacz­nie, zmie­rza­jąc w jego stro­nę? Ke­well za­mru­gał po­now­nie. To mu­sia­ło być wra­że­nie wy­wo­ła­ne łzą, która na­pły­nę­ła do wy­schnię­te­go oka. Tylko mu się zda­wa­ło. Ode­tchnął z ulgą. Mrok trwał na gra­ni­cy pola wi­dze­nia, ale prze­cież się nie przy­bli­żał…

– Przy­bli­ża się. – Głos Eda­ine spra­wił, że Ke­well pod­sko­czył. Sku­pio­ny na tym, co na ze­wnątrz, nie za­uwa­żył, kiedy sta­nę­ła tuż za jego ple­ca­mi.

– Prze­stra­szy­łaś mnie, mała. Po­win­naś spać. Chcia­łem tylko spraw­dzić, czy wszyst­ko w po­rząd­ku. Ale jest ina­czej. – Wska­zał pal­cem czar­ny ko­niec ko­ry­ta­rza. – Świa­tło z su­fi­tu przy­ga­sa. I myślę, że w tej ciem­no­ści coś jest. Też to sły­szysz? – za­py­tał cicho na ko­niec.

Eda­ine wpa­try­wa­ła się przez chwi­lę we wska­za­ny punkt i nad­sta­wi­ła ucha. Potem po­cią­gnę­ła nosem, jakby chcia­ła wy­czuć ja­kieś obce za­pa­chy.

– Ni­cze­go tam nie ma – stwier­dzi­ła z prze­ko­na­niem.

– Masz rację. Ni­cze­go – od­parł i za­drżał, wy­ma­wia­jąc ostat­nie słowo. Przy­po­mniał sobie tę ni­cość, ale nie po­tra­fił okre­ślić, skąd się wzię­ło to wspo­mnie­nie.

Eda­ine za­gry­zła wargę i zro­bi­ła minę, jakby biła się z my­śla­mi. Wresz­cie zde­cy­do­wa­ła.

– Wi­dzia­łeś go?

– Kogo?

– Ta­ma­ka.

Za­wa­hał się. Czy mar­twy męż­czy­zna był dla niej kimś bli­skim?

– Nie żyje, jeśli o to chcia­łaś za­py­tać… – Sta­rał się, by jego słowa za­brzmia­ły de­li­kat­nie.

– Wiem. To Tara go za­bi­ła.

Spoj­rzał na nią za­sko­czo­ny.

– Na two­ich oczach?

– Nie. Ale Tara wszyst­ko mi opo­wie­dzia­ła. Był z nami krótko. Po­kłó­ci­li się. Dwa razy po­ko­nał po­two­ry, a potem chciał mnie skrzyw­dzić. Zro­bi­ła to, gdy spał.

Za­my­ślił się nad tym, co usły­szał. Wiele ele­men­tów, które do tej pory mu umy­ka­ły lub w które upar­cie nie chciał wie­rzyć, ob­ja­wi­ło mu się w tej chwi­li jasno i wy­raź­nie. Wresz­cie się ode­zwał.

– Skoro chciał cię skrzyw­dzić, to do­brze zro­bi­ła.

Eda­ine za­dar­ła głowę i spoj­rza­ła mu w oczy.

– Jeśli mó­wi­ła praw­dę, to tak. Obie­caj mi, że ty nas nie skrzyw­dzisz, tylko obro­nisz, gdy przyj­dą po­two­ry. I nigdy nas nie zo­sta­wisz.

– Nigdy w życiu – od­po­wie­dział z peł­nym prze­ko­na­niem.

Eda­ine ob­ję­ła Ke­wel­la w pasie i przy­ci­snę­ła głowę do jego pier­si. Nie bar­dzo wie­dział co po­cząć z rę­ka­mi, więc po­tar­gał jej kasz­ta­no­wą czu­pry­nę.

– Nigdy w życiu – po­wtó­rzył, wpa­tru­jąc się ponad jej głową w ciem­ność cza­ją­cą się w od­le­głym końcu ko­ry­ta­rza. I za­drżał.

 

***

 

A potem nad­szedł dzień, w któ­rym Ke­well po­peł­nił swój naj­więk­szy błąd i złamał dane słowo. 

Być może zmylił go fakt, że to Edaine poprosiła aby wyszedł z komnaty, w której kącie pluskała mała fontanna. Powiedziała, że ani ona, ani Tara nie wyruszą rankiem w dalszą podróż, jeśli nie pozwoli im się porządnie umyć i uprać ubrań. Nie protestował zbyt długo. Czuł i widział, że odzienie dziewcząt cuchnie potem i moczem, że aż lepi się od brudu, a ich włosy wyglądają jak ptasie gniazda. Sam potrzebuję kąpieli – ​pomyślał, ale zaraz skrzywił się, przypominając sobie o pasach koszuli sklejonych z raną na boku. 

Kiedy wrócił do sali, zastał obie dziewczyny siedzące w kącie. Tara klęczała za plecami Edaine i czesała włosy dziecka prostym, drewnianym grzebieniem. Gdy stanął w progu, spojrzała mu prosto w oczy hardym wzrokiem. A potem, zamiast grzebienia, zobaczył w jej dłoni jeden ze swoich sztyletów, które trzymał ukryte w skórzanym tobole.

Wszedł ostrożnie do komnaty i wyciągnął przed siebie otwartą prawą dłoń. Gest, który wyglądał na uspokajający i powstrzymujący Tarę, w rzeczywistości miał odwrócić jej uwagę od lewej dłoni Kewella, sięgającej za plecy po mały nóż zatknięty za pasem.

Kewell myślał intensywnie, jednocześnie oceniając sytuację, odległość, możliwości i rozwiązania. Ale przede wszystkim był zły. Zły na siebie. Wszystkie jego obawy i podejrzenia okazały się prawdziwe. Poza tym, po­wi­nien to prze­wi­dzieć, gdy wspo­mnia­ła o sie­ro­ciń­cu, o dzie­ciń­stwie na ulicy. Jak widać, życie w dziel­ni­cy bie­do­ty na­uczy­ło ją nie tylko łatać rany i ra­dzić sobie z męż­czy­zna­mi. Tara o licz­nych ta­len­tach to także ulicz­na zło­dziej­ka z szyb­ki­mi i zwin­ny­mi pal­ca­mi.

– Ty to ro­bisz, zga­dza się? Korytarze, potwory, wszystko jest twoim dziełem – po­wie­dział na głos to, czego do­my­ślał się od pew­ne­go czasu. Mówił ci­cho i spo­kojnie. Naj­waż­niej­sze to od­zy­skać kon­tro­lę nad sy­tu­acją i nie pro­wo­ko­wać. Stała zbyt da­le­ko by mógł spró­bo­wać ją obez­wład­nić lub roz­bro­ić.

Tara spoj­rza­ła na niego ze smut­nym uśmie­chem i po­cią­gnę­ła Eda­ine za kasz­ta­no­we włosy, od­chy­la­jąc jej głowę do tyłu i od­kry­wa­jąc ubru­dzo­ną szyję. Ostrze szty­le­tu wbiło się lekko w de­li­kat­ną skórę dziec­ka i zaskoczona Edaine tylko cicho pisnęła. 

– Nie wszystko. Nic nie ro­zu­miesz, praw­da? Nie je­steś żad­nym Na­hu­rem. Nie je­steś też Pe­ry­dem czy Nie­zde­cy­do­wa­nym Ry­ce­rzem. Nie je­steś nawet Ke­wel­lem i na pewno nie je­steś żadną le­gen­dą – Tara aż prychnęła.

– Nie je­stem. – Nawet nie znał wy­po­wie­dzia­nych przez nią imion.

Głos kobiety drżał. Z kolei Ke­wel­la był wy­pra­ny z wszel­kich emo­cji i ema­no­wał spo­ko­jem. Całe na­pię­cie, jakie czuł, sku­mu­lo­wał w lewej dłoni ukry­tej za bio­drem i za­ci­śnię­tej na rę­ko­je­ści krót­kie­go noża.

Dziew­czy­na przy­glą­da­ła mu się z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy.

– My­ślisz, że ży­jesz? Że je­steś na­praw­dę? Na razie je­steś tylko ideą, czy­imś ma­rze­niem uwię­zio­nym w złu­dze­niu.

Na­praw­dę nic nie ro­zu­miał.

– Czyim ma­rze­niem je­stem? W czyim złu­dze­niu uwię­zio­nym?

Przy­glą­da­ła mu się bez słowa. Jej usta drża­ły, jakby miała się roz­pła­kać. Wresz­cie ode­zwa­ła się lo­do­wa­tym tonem.

– Je­steś tylko wy­ima­gi­no­wa­nym bo­ha­te­rem zro­dzo­nym ze stra­chu małej dziew­czyn­ki. 

Na twa­rzy Ke­wel­la po­ja­wi­ło się szcze­re zdzi­wie­nie. Słu­chał słów Tary, ale wpa­try­wał się w oczy Eda­ine. Mała pła­ka­ła, cał­kiem moż­li­we, że ro­zu­mia­ła wię­cej od niego. Tym­cza­sem star­sza z dziew­czyn kon­ty­nu­owa­ła.

– Two­rem ułom­ne­go dziec­ka ska­żo­ne­go mocą Pa­triar­chów. Zlepkiem jej wyobrażeń. I nie, nie ochro­nisz żad­ne­go życia, bo je­dy­ne co po­tra­fisz, to nieść śmierć.

Ke­well nie miał po­ję­cia, o czym mó­wi­ła Tara, ale na dźwięk słowa “Pa­triar­cho­wie” w jego pa­mię­ci otwo­rzy­ła się ukryta szu­fla­da. Z miej­sca przy­po­mniał sobie wszyst­ko, co wie­dział o tych po­tęż­nych isto­tach z prze­szło­ści. Nie spodo­ba­ła mu się ta wie­dza. I był pewny, że za­bi­jał kie­dyś także te isto­ty.

Młoda ko­bie­ta mó­wi­ła dalej.

– Ale ja mogę to zmie­nić. Wiem, co na­le­ży zro­bić. Mogę spra­wić, że bę­dziesz żył praw­dzi­wym ży­ciem. Bę­dziesz czło­wie­kiem z krwi i kości. Bę­dziesz uoso­bie­niem tych wszyst­kich le­gen­dar­nych herosów w jed­nym, żywym ciele. Może wtedy do­ce­nisz pro­stą dziew­czy­nę z ulicy, która wpraw­dzie nie miała ta­kie­go daru jak ta mała, ale po­da­ro­wa­ła ci coś naj­cen­niej­sze­go. Może nawet uznasz, że jest warta nieco wię­cej. Warta, by wy­rwać ją z tego gówna, jakim ob­le­pia­ją ulice w tej dziel­ni­cy i za­brać ze sobą do zamku!

Jej słowa pły­nę­ły wart­kim po­to­kiem. Mó­wi­ła z żalem, jakim na­peł­nia­ją zła­ma­ne obiet­ni­ce i za­wie­dzio­ne na­dzie­je. A za­ra­zem z mocą i gnie­wem. Jakby tu i teraz chcia­ła wy­krzy­czeć całą swoją złość i strach. A może tylko całą nie­na­wiść do świa­ta?

Ke­well nie pró­bo­wał prze­ry­wać i słu­chał w mil­cze­niu. Czy mó­wi­ła na pewno do niego? Co miało zna­czyć, że bę­dzie czło­wie­kiem z krwi i kości? I o jakim zamku na­po­mknę­ła?

Tylko przez chwi­lę za­sta­na­wiał się nad tym, co usłyszał, ale zaraz na po­wrót sku­pił uwagę na swo­jej lewej dłoni. Na celu, sile i pre­cy­zji rzutu. Na za­sko­cze­niu. Do­my­ślał się, że po­wi­nien coś od­po­wie­dzieć. Co­kol­wiek, naj­le­piej to, co chcia­ła usły­szeć, byle tylko od­wró­cić jej uwagę i zde­kon­cen­tro­wać. Jego cios miał po­wstrzy­mać ostrze wbi­ja­ją­ce się coraz głę­biej w skórę na chu­dej szyi dziec­ka. Nie bę­dzie dru­giej szan­sy.

– To się nie musi tak skoń­czyć…

Po­trzą­snę­ła głową. Po szyi Eda­ine po­pły­nę­ła kro­pla krwi.

– A kto mówi o końcu? To może być nasz po­czą­tek. Po­czą­tek wszyst­kie­go dla cie­bie i nowy po­czą­tek dla mnie. – W gło­sie Tary znów za­brzmia­ła na­dzie­ja.

Ke­well wy­rów­nał od­dech, sku­pił się na punk­cie nad jej lewą pier­sią. Słowa same pły­nę­ły z jego ust. Nie­waż­ne. Nie­praw­dzi­we.

– Zgoda, Taro. Wie­rzę, że mo­żesz tego do­ko­nać. Wie­rzę, że zro­bisz, co bę­dzie trze­ba. Jeśli chcesz, za­bio­rę cię do zamku. Tylko wy­puść Eda­ine. Pro­szę.

Jej oczy roz­sze­rzy­ły się, a twa­rzą za­tar­ga­ły emo­cje. Wes­tchnę­ła cięż­ko, jakby przed sko­kiem w zimną bez­den­ną toń.

– Ty na­praw­dę nic nie ro­zu­miesz, Ke­wel­lu? – za­da­ła to py­ta­nie ci­chym i smut­nym gło­sem. Zanim do­tar­ło do niego, co wła­śnie uczy­nił, jak bar­dzo się po­my­lił, jej ręka wy­ko­na­ła po­przecz­ny ruch i do­sko­na­łe ostrze z jego ko­lek­cji głę­bo­kim cię­ciem otwo­rzy­ło szyję Eda­ine.

Nie­mal w tej samej chwi­li krót­sze ostrze z tej samej ko­lek­cji wbiło się jesz­cze głę­biej w serce Tary.

Wszyst­ko za­wi­ro­wa­ło i uto­nę­ło w nie­prze­nik­nio­nej ciem­no­ści.

 

***

 

Pod­niósł się z kolan i ro­zej­rzał zdez­o­rien­to­wa­ny. Znik­nę­ły gład­kie po­sadz­ki i białe ścia­ny. Nie było czar­nych drzwi i świe­cą­cych dziw­nym bla­skiem su­fi­tów. Zde­ma­te­ria­li­zo­wa­ły się także ciała mar­twych, człe­ko­kształt­nych be­stii. Jak stwier­dził po po­bież­nych oglę­dzi­nach, znaj­do­wał się w wy­drą­żo­nej w skale okrą­głej kom­na­cie. Być może po­sze­rzo­nej ja­ski­ni, od któ­rej w czte­rech kie­run­kach roz­bie­ga­ły się nie­re­gu­lar­ne ko­ry­ta­rze. Pod­ło­ga wy­sy­pa­na była sia­nem, od dawna nie­wy­mie­nia­nym. W po­wie­trzu uno­sił się przy­kry za­pach ludz­kich od­cho­dów i wil­go­ci.

Na środ­ku po­miesz­cze­nia stała dra­bi­na pro­wa­dzą­ca do otwo­ru wy­bi­te­go w skal­nym skle­pie­niu. To stam­tąd do­cho­dzi­ło słabe świa­tło roz­pra­sza­ją­ce mrocz­ne cie­nie za­le­ga­ją­ce w kom­na­cie. Jak się do­my­ślał, znaj­do­wał się gdzieś pod zie­mią i droga do góry wy­da­ła mu się naj­sen­sow­niej­szym kie­run­kiem.

Po­pra­wił to­bo­łek na ple­cach i za­czął wspi­nacz­kę po wy­tar­tych szcze­blach dra­bi­ny. Pro­wa­dzi­ła do ob­szer­nej sali wy­cio­sa­nej w ka­mie­niu, w któ­rej ścia­nach wy­ku­to kilka ma­łych cel. Po­mię­dzy otwo­ra­mi wej­ścio­wy­mi, w me­ta­lo­wych uchwy­tach pło­nę­ły po­chod­nie. Dało mu to do my­śle­nia i za­czął po­ru­szać się z jesz­cze więk­szą ostroż­no­ścią.

Po swo­jej lewej za­miast wnęki doj­rzał scho­dy, pro­wa­dzą­ce w górę i nik­ną­ce w cie­niu. Zde­cy­do­wał, że zaj­rzy tam potem. Teraz sku­pił uwagę na ko­mo­rach. Na­li­czył ich osiem. Więk­szość wy­da­ła mu się dawno opusz­czo­na i po­zba­wio­na życia, jed­nak w dwóch tra­fił na ślady czy­jeś nie­daw­nej obec­no­ści.

Gdy sta­nął w drzwiach pierw­szej z nich, za­marł z za­sko­cze­nia. To mu­siał być pokój Tary. Na ławie usta­wio­nej w kącie do­strzegł skromną, me­ta­lo­wą bran­so­le­tę, iden­tycz­ną jak ta, którą wi­dział na prze­gu­bie dziew­czy­ny. Roz­glą­dał się dalej – na ni­skim i wą­skim łóżku le­ża­ła otwar­ta, oprawiona w skórę księ­ga. Uniósł ją i od­czy­tał ozdob­ne li­te­ry na okład­ce: „Be­stia­riusz kom­plet­ny” Do­ro­me­na Star­sze­go. Z ry­ci­ny zdo­bią­cej stro­nę, na któ­rej Tara otwo­rzy­ła spore to­mi­sko, spo­zie­rał dzi­wacz­ny mał­po­lud z czte­re­ma ra­mio­na­mi. Pa­mię­tał te be­stie bar­dzo do­brze. Ubił ich z pół tu­zi­na, zdaje się nie dalej jak trzy noce temu. Prze­wer­to­wał ko­lej­ne karty. Na kilku z nich przed­sta­wio­no inne po­zna­ne nie­daw­no isto­ty, jed­nak fi­gu­ru­ją­ce pod ry­ci­na­mi nazwy nic Ke­wel­lo­wi nie mó­wi­ły. Za­mknął księ­gę i opu­ścił pokój Tary – poza opa­słym wo­lu­mi­nem nie było w nim nic cie­ka­we­go.

Wie­dział już, co znaj­dzie w są­sied­niej celi. Ume­blo­wa­niem nie róż­ni­ła się od po­zo­sta­łych, ale gdy sta­nął w jej progu, żal i smu­tek przy­gnio­tły jego ra­mio­na, a serce Ke­wel­la za­czę­ło walić jak młot. To tutaj miesz­ka­ło dziec­ko, które od­da­ło za niego życie, i któ­re­go nie po­tra­fił oca­lić. Łzy na­bie­gły mu do oczu, gdy spoj­rzał na wąską pry­czę, na któ­rej spo­czy­wa­ła pro­sta, wy­stru­ga­na w drew­nie fi­gur­ka ry­ce­rza z mie­czem w dłoni.

Na stole, obok gru­bej, sto­pio­nej do po­ło­wy świe­cy, le­ża­ły aż czte­ry księ­gi. O jed­nej już sporo sły­szał. “Duk­nar. Le­gen­da o Nie­zde­cy­do­wa­nym Ry­ce­rzu”. Po­zo­sta­łe były dla niego ta­jem­ni­cą, więc otwo­rzył je ko­lej­no i obej­rzał pierw­sze stro­ni­ce. Kunsz­tow­nie wy­ka­li­gra­fo­wa­ne li­te­ry ukła­da­ły się w dłu­gie ty­tu­ły. "Nahur z Be­rven i Tamak Mocny. Z dzie­jów ce­sar­skiej gwar­dii”, „Hi­sto­ria szla­chet­ne­go Pe­ry­da, obroń­cy i wy­ba­wi­cie­la kró­le­stwa”. Przy ostat­niej księ­dze mi­mo­wol­nie się uśmiech­nął: "Ke­well Pa­skud­ny. Le­gen­dy i ba­ja­nia o daw­nych bo­ha­te­rach So­fi­ca­te­i”.

Jesz­cze raz omiótł spoj­rze­niem cia­sny pokój Eda­ine, po czym się­gnął po swoją sakwę i spa­ko­wał do niej pierw­szy z prze­glą­da­nych wo­lu­mi­nów. Po na­my­śle za­tknął za pas drew­nia­ną za­baw­kę.

Gdy opusz­czał celę, do­biegł go przy­tłu­mio­ny ło­skot, do­cho­dzą­cy naj­wi­docz­niej z ja­kie­goś po­miesz­cze­nia nad jego głową.

Wyjął miecz i ru­szył scho­da­mi w górę – ko­lej­ny po­ziom i ko­lej­ny otwór w su­fi­cie pro­wa­dzą­cy na wyż­szą kon­dy­gna­cję. Tym razem za­mknię­ty drew­nia­nym wła­zem. W ścia­nach czar­ne otwo­ry cel i więk­szy otwór w miej­scu, gdzie wy­cio­sa­no scho­dy pro­wa­dzą­ce do góry. W cen­tral­nej sali pa­li­ły się tylko trzy po­chod­nie. Bar­dziej wy­czuł, niż za­uwa­żył ruch w cie­niach za­le­ga­ją­cych poza krę­ga­mi świa­tła. Kilka nie­wiel­kich po­sta­ci prze­mknę­ło na gra­ni­cy pola wi­dze­nia i ledwo za­uwa­żył je kątem oka. To nie mogły być żadne stwo­ry ze sta­rej księ­gi po­two­rów i de­mo­nów. Ke­well scho­wał miecz.

Dzie­ci. W mroku wy­ku­tych w skale cel kryła się spora gro­mad­ka dzie­cia­ków. Są­dząc po wzro­ście, nie­któ­re dużo młod­sze od Eda­ine, a naj­star­sze praw­do­po­dob­nie w zbli­żo­nym do niej wieku. 

Się­gnął po jedną z po­chod­ni i oświe­tlił wnę­trze naj­bliż­sze­go z cia­snych pokoi. Dzie­ci były wy­chu­dzo­ne i odzia­ne w łach­ma­ny. Wpa­try­wa­ły się w Ke­wel­la z prze­ra­że­niem, ocza­mi wiel­ki­mi jak klam­ra jego pasa i ku­li­ły po ką­tach do sie­bie. Był pe­wien, że dzie­je im się tutaj jakaś krzyw­da i wie­dział, że nie może ich tak zo­sta­wić.

Stał tak przez dłuż­szą chwi­lę, za­sta­na­wia­jąc się nad tym, co zo­ba­czył do tej pory, po opusz­cze­niu ilu­zji la­bi­ryn­tu. Co to za miej­sce? Sie­ro­ci­niec? Przy­tu­łek? Czy jest re­al­ne? Czy to wła­śnie tutaj tra­fi­ła Edai­ne? Po­trzą­snął głową. Zaj­mie się tym póź­niej. Naj­pierw mu­siał do­wie­dzieć się, kim jest i kto za tym wszyst­kim stoi. Odło­żył po­chod­nię, po­now­nie wy­cią­gnął miecz i skie­ro­wał się w stro­nę scho­dów. Dzie­ci po­zo­sta­ły w ukry­ciu, gdy wstą­pił na ka­mien­ne stop­nie. Na ich szczy­cie znaj­do­wa­ły się cięż­kie, okute że­la­zem drzwi. Były za­mknię­te. Ke­well usły­szał do­bie­ga­ją­cy zza nich hałas i ostroż­nie przy­ło­żył ucho do dę­bo­wych desek. Nie bar­dzo wie­dział jak je sfor­so­wać, więc po pro­stu za­stu­kał pię­ścią i dalej nad­słu­chi­wał.

Po dłuż­szej chwi­li wy­cze­ki­wa­nia do jego uszu do­biegł dźwięk kro­ków, a na­stęp­nie zgrzyt od­su­wa­nej za­su­wy. Drzwi otwo­rzy­ły się sze­ro­ko i Ke­well uj­rzał sto­ją­ce­go za nimi bro­da­te­go męż­czy­znę. W dłu­giej, luź­nej sza­cie do samej ziemi. Z gład­ko wy­go­lo­ną czasz­ką.

– Kim je­steś? – za­py­tał Ke­well, nie­uf­nie przy­glą­da­jąc się ob­ce­mu.

Tam­ten cof­nął się o kilka kro­ków, wpusz­cza­jąc go­ścia do środ­ka ob­szer­nej, roz­świe­tlo­nej kan­de­la­bra­mi izby. Potem roz­ło­żył ra­mio­na, oka­zu­jąc, że jest nie­uzbro­jo­ny i uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Spo­koj­nie, przy­ja­cie­lu. Na­zy­wam się Gren. Za­pew­niam, że nie mam złych za­mia­rów. Wręcz prze­ciw­nie. Można nawet po­wie­dzieć, że mia­łem swój udział w twoim… po­ja­wie­niu się tutaj. I wy­cze­ki­wa­łem cie­bie od dawna.

– Nie od­po­wie­dzia­łeś na moje py­ta­nie – od­parł Ke­well, wkra­cza­jąc do ja­snej kom­na­ty. Poza łysym męż­czy­zną nie było w niej ni­ko­go.

Gren wahał się tylko przez chwi­lę.

– Racja, racja. Py­tasz, kim je­stem? Hmm. Po­wiedz­my, że je­stem spo­sob­no­ścią.

– Spo­sob­no­ścią?

– Wła­śnie tak. A nawet moż­li­wo­ścią lub me­to­dą. Kimś, kto speł­nia ży­cze­nia. Bar­dzo wy­szu­ka­ne i spe­cjal­ne ży­cze­nia. A nasz klient za­ży­czył sobie aku­rat cie­bie. I w związ­ku z tym mam dla cie­bie nie­zwy­kle atrak­cyj­ną pro­po­zy­cję…

Ke­well po­trzą­snął głową.

– Mnie? A kimże ja je­stem, że ten ktoś chciał wła­śnie mnie? Ja sam nie wiem, kim je­stem.

Łysy uśmiech­nął się po­now­nie i ru­szył w stro­nę ko­mo­dy sto­ją­cej pod ścia­ną. Potem po­cią­gnął za wi­szą­cy nad nią ozdob­ny sznur, któ­re­go drugi ko­niec nik­nął w otwo­rze wy­drą­żo­nym w ścia­nie.

– Wy­bacz, chyba źle się wy­ra­zi­łem. In­te­re­su­je nas ra­czej to, czym, a nie kim je­steś. A na to py­ta­nie znasz już chyba od­po­wiedź?

Ke­well zmarsz­czył czoło.

– Wró­ci­my do tego. Po­wiedz mi, co to za miej­sce.

Uśmiech nie scho­dził z twa­rzy ły­se­go męż­czy­zny, który scho­wał dło­nie w rę­ka­wach luź­nej szaty i ski­nął głową.

– Oczy­wi­ście, na­le­żą ci się wy­ja­śnie­nia. Dla miesz­kań­ców La­cry­mess, jak się na­zy­wa moje mia­sto, to miej­sce jest świą­ty­nią. Po­sta­wio­ną na świę­tym wzgó­rzu świę­tej me­tro­po­lii i na ru­inach o wiele star­szej świą­ty­ni. I przy­znam szcze­rze, że nie­wie­lu mamy wier­nych w tych stro­nach. Nie mar­twi mnie to zbyt­nio, po­nie­waż od dawna nie wy­słu­chu­je­my ich mo­dlitw i nie speł­nia­my próśb kie­ro­wa­nych do żad­ne­go z bogów. Jak już wspo­mnia­łem, re­ali­zu­je­my szcze­gól­ne zle­ce­nia skie­ro­wa­ne do nas. Dla bar­dzo kon­kret­nych i wy­mier­nych ko­rzy­ści, muszę za­zna­czyć. – Przy ostat­nich sło­wach jego oczy za­wę­dro­wa­ły mi­mo­wol­nie w stro­nę kilku niewielkich skrzynek usta­wio­nych pod ścianą kom­na­ty.

– A co ja mam z tym wspól­ne­go?

Brwi ka­pła­na po­wę­dro­wa­ły wy­so­ko, a oczy roz­bły­sły za­do­wo­le­niem.

– Wszyst­ko! Ty je­steś roz­wią­za­niem i za­ra­zem od­po­wie­dzią. W tym przy­pad­ku zle­ce­nie do­ty­czy­ło ide­al­ne­go i do­sko­na­łe­go obroń­cy. Nie­po­ko­na­ne­go opie­ku­na dla bar­dzo waż­ne­go dzie­cia­ka. Za­ufa­ne­go, od­da­ne­go, naj­lep­sze­go w swoim fachu straż­ni­ka dla przy­szłe­go wład­cy tej kra­iny. Kogoś ta­kie­go jak ty. Dla­te­go też cena za to zle­ce­nie była od­po­wied­nio wy­so­ka. Po­wiem nawet, że bar­dzo wy­so­ka. Ale widocznie mały Tudal jest dla kogoś bar­dzo cenny.

– Czy cena była tak wy­so­ka jak ta, którą za­pła­ci­ły Tara i Eda­ine?

Przez twarz ob­ce­go prze­le­ciał gry­mas za­sko­cze­nia. Zaraz jed­nak po­wró­cił uśmiech. Tym razem jed­nak bar­dziej po­wścią­gli­wy.

– Życie za życie. Tak to dzia­ła. Ale za kogoś ta­kie­go po­trze­ba, jak widać, dwóch…

– Zatem wiesz, że obie nie żyją.

Nie­zna­jo­my po­ki­wał głową ze smut­kiem.

– Wiel­ka stra­ta. Muszę przy­znać, że jak zwy­kle Tara spi­sa­ła się zna­ko­mi­cie. Cze­ka­ła na nią na­gro­da, ale w tej sy­tu­acji będę zmu­szo­ny prze­ka­zać ją na cele świą­ty­ni. – Łysy ka­płan znów się uśmie­chał. – Jed­nak, jak się za­pew­ne do­my­śli­łeś, Tara po­tra­fi­ła tylko zwo­dzić nasze zmy­sły i umy­sły. Była jak ko­bie­ta z ja­ło­wym łonem. Two­rzy­ła coś nie­trwa­łe­go, praw­dzi­we­go tylko dla osób za­mknię­tych w jej ułu­dzie. Zaś Eda­ine… – Gren za­wie­sił głos wy­raź­nie pod­eks­cy­to­wa­ny: – Mimo że była le­d­wie dziec­kiem, po­tra­fi­ła stwo­rzyć coś nie­zwy­kłe­go. Przy­wo­łać na świat praw­dzi­we życia. Za­we­zwać i urze­czy­wist­nić ideę le­gen­dar­ne­go bo­ha­te­ra, żywe wcie­le­nie wiel­kich po­sta­ci z prze­szło­ści, o któ­rych czy­ta­ła i za­ma­rzy­ła w chwi­li stra­chu. Nadać kształt i tchnąć ducha w obraz, jaki zro­dził się w jej umy­śle pod wpły­wem po­trze­by i pra­gnie­nia. To praw­dzi­wy cud. Ale taka magia wy­ma­ga po­świę­ce­nia. Ina­czej by cię tu nie było…

Ke­well mil­czał. Na­ra­stał w nim sprze­ciw. Nie chciał dać wiary za­sły­sza­nym sło­wom. Szu­kał w głębi sie­bie do­wo­dów na to, że to wszyst­ko kłam­stwa i bzdu­ry. Lecz za­miast nich zna­lazł ciem­ną pust­kę, w któ­rej uno­si­ły się tylko nie­wy­raź­ne i ulot­ne wspo­mnie­nia. O ży­ją­cych nie­gdyś i umar­łych oneg­daj lu­dziach, któ­rych myśli znał zbyt do­brze. A także da­le­kie echa ich uczuć i dawno wy­ga­słych emo­cji. Strzę­py prze­żyć i wra­żeń. Wy­peł­nia­ły go coraz bar­dziej, odkąd opu­ścił la­bi­rynt Tary. I tylko sie­bie nie zdo­łał od­na­leźć w tej pu­st­ce. Naj­pierw ogar­nął go strach. Potem jed­nak przy­wo­łał swoje pierw­sze wspo­mnie­nie. Pierw­sze wła­sne wspo­mnie­nie.

Było nim przy­wo­ła­nie, a ra­czej proś­ba, jaką z tej bez­den­nej i mrocz­nej pust­ki spro­wa­dzi­ła go kil­ku­let­nia dziew­czyn­ka o kasz­ta­no­wych wło­sach. A potem chłod­ny dotyk me­ta­lu, do któ­re­go przy­ci­skał roz­pa­lo­ne czoło. Kewell przy­po­mniał sobie, że otwo­rzył drzwi, zza któ­rych sły­chać było skro­ba­nie i nie­ludz­kie po­mru­ki. Pa­mię­tał pół­mrok ko­ry­ta­rza. Błysk mie­cza i czer­wo­ne śle­pia be­stii, które rzu­ci­ły się na niego ze sko­wy­tem. Nie wy­da­wa­ły się wtedy złu­dze­niem. Także rana na jego boku pul­so­wa­ła praw­dzi­wym, nie uro­jo­nym, bólem.

I naraz myśli Kewella ogar­nął spo­kój – może nie miał po­ję­cia, kim jest, iloma dawno nie­ży­ją­cy­mi po­sta­cia­mi był i jak bę­dzie dalej żył z tą świa­do­mo­ścią. Ale od­na­lazł punkt, w któ­rym stał się sobą. I punkt od­nie­sie­nia, jakim była dla niego Edai­ne. To mu­sia­ło na razie wy­star­czyć.

Gren przy­glą­dał mu się uważ­nie, śle­dząc każdy gry­mas i zmie­nia­ją­cy się wyraz oczu Ke­wel­la. Wresz­cie uśmiech­nął się za­do­wo­lo­ny.

– A zatem po­go­dzi­łeś się z tym. Muszę przy­znać, że bar­dzo szyb­ko ci to po­szło, Ke­wel­lu. Chyba nie je­steś za­sko­czo­ny tym, że znam twoje imię? Prze­cież to oczy­wi­ste, że Tara zda­wa­ła mi re­la­cję z tego, jak spra­wu­je się moja in­we­sty­cja. Tylko bied­na, mała Eda­ine, nie miała o ni­czym po­ję­cia.

Ke­well drgnął jakby obu­dzo­ny z le­tar­gu i spoj­rzał twar­do w oczy ły­se­go ka­pła­na. 

– Nikt mnie nie za­py­tał, czy zga­dzam się na taką wy­mia­nę. Jej życie za moje…

Gren przy­tak­nął, uda­jąc zro­zu­mie­nie.

– Na­praw­dę szko­da ta­kie­go ta­len­tu. Ale to było ko­niecz­ne, a cena z na­wiąz­ką re­kom­pen­su­je naszą stra­tę. Nie była pierw­szym dzieciakiem z takim darem i nie bę­dzie ostat­nim. Znaj­dzie­my nową Eda­ine, dzie­sięć ta­kich jak ona. Jeśli bę­dzie trze­ba, ku­pi­my lub po­zbie­ra­my z rynsz­to­ku całe ta­bo­ry ba­cho­rów i wy­łu­ska­my spo­mię­dzy nich te z darem. Uwierz mi, w tym mie­ście, zbu­do­wa­nym na gro­bach Pa­triar­chów, spa­czo­nych magią bę­kar­tów nigdy nie za­brak­nie! – Ostat­nie słowa wy­krzy­czał, wy­raź­nie roz­pa­lo­ny swoją wizją.

Żaden ze mnie obroń­ca – prze­mknę­ło przez głowę Ke­wel­la. Je­dy­na osoba, którą pró­bo­wał ochro­nić, sko­na­ła na jego oczach. Mała mu­sia­ła się ­my­lić. To Tara miała rację. Jak do­tych­czas naj­le­piej wy­cho­dzi­ło mu za­bi­ja­nie. W tej samej chwi­li, gdy ta myśl do­tar­ła do niego z pełną mocą, pod­jął de­cy­zję.

– Dosyć ga­da­nia – rzekł krót­ko, za­da­jąc mocne pchnię­cie w górę i w przód. Jego ostrze gład­ko wbiło się w pod­bró­dek i rów­nie gład­ko wy­szło z tyłu łysej czasz­ki. Kiedy wyj­mo­wał że­la­zo, w ga­sną­cych oczach wciąż widać było zdu­mie­nie.

– I nie na­zy­wam się Ke­well tylko Duk­nar – rzu­cił przez ramię.

Potem spoj­rzał na usta­wio­ne pod ścia­ną skrzy­nki i otwo­rzył pierw­szą z nich. Po brze­gi wy­peł­nio­na była zło­tem. Się­gnął po jedną z wiel­kich, lśnią­cych monet. Nie­daw­no wy­bi­tych, jesz­cze nie­wy­tar­tych w dło­niach czy sa­kwach kup­ców i bo­ga­czy. Na jej awer­sie wid­niał pro­fil chłopca. Przyj­rzał mu się uważ­nie, za­pa­mię­tu­jąc każdy szcze­gół. Mo­ne­tę scho­wał za pas obok drew­nia­nej fi­gur­ki ry­ce­rza.

Na­stęp­nie przy­cią­gnął skrzy­nkę na śro­dek sali i uniósł drew­nia­ny właz w pod­ło­dze.

 – Uwaga na głowy! – krzyk­nął, po czym od­cze­kał chwi­lę i prze­wró­cił kuferek, wy­sy­pu­jąc jego za­war­tość przez okrą­gły otwór. Potem po­szu­kał wyj­ścia i tra­fił na drzwi ukry­te za kotarą wi­szą­cą na ścia­nie. Gdy je uchy­lił, uj­rzał sze­ro­ki hol pro­wa­dzą­cy do głów­nej nawy świą­ty­ni. Ru­szył szyb­kim kro­kiem, ale po chwi­li zwol­nił, gdy bar­dziej wy­czuł niż do­strzegł ruch przed sobą i za ple­ca­mi.

Zza ko­lumn usta­wio­nych po obu stro­nach świą­tyn­ne­go ko­ry­ta­rza wy­nu­rzy­ły się dwie po­sta­cie, które za­gro­dzi­ły mu drogę. Ko­lej­ne dwie od­cię­ły od­wrót, sta­jąc w bez­piecz­nej od­le­gło­ści za Duk­na­rem. Czyż­by ostat­ni test? – po­my­ślał. A może to lu­dzie, któ­rzy mieli siłą do­star­czyć go do zamku, gdyby od­rzu­cił ofer­tę Grena? Zaraz przy­po­mniał sobie ły­se­go ka­pła­na ma­ni­pu­lu­ją­ce­go przy sznu­rze w kom­na­cie wy­peł­nio­nej skrzy­nia­mi złota. Za­pa­dła pełna na­pię­cia cisza.

Pierw­szy za­kłó­cił ją bar­czy­sty i przy­sa­dzi­sty ły­sie­lec o by­czym karku, który stał na­prze­ciw Du­k­na­ra po lewej. Jego okrą­gła, po­kry­ta jasną szcze­ci­ną twarz po­kie­re­szo­wa­na była bli­zna­mi. W pra­wi­cy dzier­żył sporą pałkę na­bi­ja­ną że­la­zny­mi ćwie­ka­mi – dla więk­sze­go efek­tu ude­rzał nią w otwar­tą dłoń lewej ręki.

– Da­ruj­my sobie uprzej­mo­ści… – wy­sy­czał i splu­nął pod nogi Duk­na­ra.

Ten sku­pił się na jego kom­pa­nie, chu­dym bro­da­czu z dłu­gi­mi wą­sa­mi, który mie­rzył prze­ciw­ni­ka ciem­ny­mi ocza­mi – ich spoj­rze­nie było bezlitosne i obojętne. Tak spo­glą­da­ją na swoje ofia­ry na­jem­ni­cy zatrudnieni do czar­nej ro­bo­ty. Dla kogoś, kto stał za tym wszyst­kim, to mogła być tylko osta­tecz­na próba, ja­kiej pod­da­je za­mó­wio­ny towar, ale dla nich to było ko­lej­ne zle­ce­nie. Ko­lej­ny trup w ciem­nej ulicz­ce, któ­re­go cia­łem, odar­tym z odzie­ży przez zgra­ję że­bra­ków, zaj­mie się o świ­cie straż miej­ska. Nie tym razem – po­my­ślał Duk­nar, uno­sząc miecz.

– Jak sobie chcesz – wark­nął byczy kark, bły­ska­jąc groź­nie biał­ka­mi. Twarz chu­de­go z pra­wej skur­czy­ła się jakby w uśmie­chu. To on był nie­bez­piecz­ny.

Ten sze­ro­ki bę­dzie ma­chał lagą dla od­wró­ce­nia uwagi, a chudy zrobi mi przy pierw­szej oka­zji głę­bo­kie na­cię­cie w boku krzy­wym ostrzem, które trzy­ma za ple­ca­mi. Co nie zna­czy, że mogę za­po­mnieć o ladze… – Du­k­nar nie cze­kał. In­stynk­ty, o ja­kich nie miał po­ję­cia, po­now­nie prze­ję­ły wła­dzę nad jego cia­łem. Bez uprze­dze­nia ru­szył do pro­ste­go na­tar­cia i wy­pro­wa­dził wy­so­kie pchnię­cie w grubą, od­sło­nię­tą szyję ły­siel­ca. Czy­sty sztych i za­krwa­wio­na klin­ga płyn­nie opa­dła, do pra­wej, blo­ku­jąc rów­nie pod­stęp­ne po­zio­me cię­cie chu­de­go skie­ro­wa­ne w od­kry­ty brzuch Duk­na­ra.

Chu­dzie­lec od­sko­czył wy­raź­nie osłupiały. Wszyst­ko to trwa­ło uła­mek chwi­li. Jego krępy kom­pan upu­ścił ćwie­ko­wa­ną pałkę i za­ci­snął obie dło­nie na szyi, pró­bu­jąc za­ta­mo­wać krwa­wie­nie. Wy­ba­łu­szo­ne oczy wy­ra­ża­ły zdu­mie­nie, strach i za­ra­zem nie­na­wiść. Wszy­scy tak pa­trzą w ob­li­czu gwał­tow­nej śmier­ci. Bez wy­jąt­ku. Czy mają mał­pie, czy pół-świń­skie pyski jak po­two­ry, z któ­ry­mi Du­k­nar wal­czył wcze­śniej, czy zwy­czaj­nie świń­skie, jak ten wy­go­lo­ny na łyso tłu­ścioch.

– Miało być bez uprzej­mo­ści – burk­nął i zer­k­nął przez ramię. Dwój­ki na­past­ni­ków pil­nu­ją­cej tyłów ni­g­dzie nie było. Może jesz­cze raz prze­li­czy­li swoje szan­se i uzna­li, że wynik rów­na­nia prze­stał być oczy­wi­sty?

Chudy wą­sacz skrzy­wił się z nie­chę­cią i uniósł oręż, sta­wia­jąc za­sło­nę. Jego czar­ne oczy zwę­zi­ły się w szpar­ki. Krzy­wym ostrzem, które Duk­nar do­strzegł już wcze­śniej, była sza­bla. Był pewny, że sam nigdy nie wal­czył taką bro­nią.

– Kacyl ostrze­gał nas, że mo­żesz kąsać – wy­ce­dził chu­dzie­lec. A potem obaj ru­szy­li do ataku.

 

Gren, Tudal, Kacyl – Duk­nar skła­dał do kupy bra­ku­ją­ce czę­ści mo­zai­ki, która miała od­sło­nić obraz ca­ło­ści i pomóc roz­wi­kłać wszyst­kie ta­jem­ni­ce. Od chu­de­go wą­sa­cza nie do­wie­dział się ni­cze­go wię­cej, nawet gdy wy­trą­cił mu broń, upu­ścił krwi, ob­ciął wszyst­kie palce i wy­dłu­bał oko. Z sza­cun­ku dla jego od­wa­gi i wy­trzy­ma­ło­ści już po wszyst­kim zadał mu szyb­ką śmierć. Potem scho­wał ostrze i pchnął drzwi świą­ty­ni.

Za nimi uj­rzał mia­sto. Dla niego było to pierw­sze mia­sto, jakie wi­dział w życiu. A może ra­czej pierw­sze w tym życiu, po­da­ro­wa­nym przez Eda­ine?

Świą­ty­nię wy­bu­do­wa­no na wzgó­rzu sto­ją­cym w ob­rę­bie murów miej­skich. Miał stąd do­sko­na­ły widok na pstro­ka­tą pa­no­ra­mę wiel­kie­go grodu. La­cry­mess – tak na­zwał je Gren, ale ta nazwa nic Duk­na­ro­wi nie mó­wi­ła.

Był śro­dek dnia, słoń­ce stało wy­so­ko ma nie­bie i w peł­nym świe­tle obej­rzał mia­sto do­kład­nie. W końcu zmru­żył oczy i spoj­rzał ponad da­cha­mi domów. Da­le­ko na ho­ry­zon­cie ma­ja­czy­ły wy­so­kie wieże zamku.

Po­pra­wił oręż i ru­szył pew­nym kro­kiem na po­szu­ki­wa­nie za­ma­wia­ją­ce­go. Zza ple­ców do­biegł go ra­do­sny krzyk dziec­ka.

Koniec

Komentarze

To ja odganiam klątwę, o której wspomniałem na shoutboxie, zanim ktoś napisze w pierwszym komentarzu, że do dupy.

Po przeczytaniu spalić monitor.

O, znalazłem The Cube w średniowiecznym opakowaniu, jak miło.Tekst interesujący, dobrze napisany, czyta się szybko i łatwo, trzyma poziom i pion ;), ale jedno zmień, proszę. Mężczyzna z cięciem przez pierś i bok naprawdę ma inne zmartwienia niż myśli o seksie. Taka rana zwyczajnie boli jak cholera:D. Już nie mówiąc o masywnym krwawieniu, rozłażeniu się niezszytych brzegów, stanie zapalnym, wstrząsie pourazowym etc. Dziewczyna też powinna o tym wiedzieć, filutka jedna;).

I jeszcze jedno, żebym nie zapomniał: Czy Ty zdajesz sobie sprawę, ILE waży nawet niedużu kuferek pełen złotych monet? Dajmy na to, znacznie mniejszy od Twojego z opowiadania, ot drobniutkie 40x50x70 cm? Prawie TRZYSTA KILOGRAMÓW! Tego nawet kulturysta nie podniesie i nie przechyli.To klasyczny błąd, pojawiający się zwłaszcza w popularnym kinie. Kiedyś był taki film, bodajże któraś szklana pułapka, w którym do ciężarówek wkładali złoczyńcy po 500 TON złota(do każdej;). Bardzom się wtedy uśmiał. Wiesz jaką objętość ma jedynie kilogram złota? 52 cm sześcienne. Dwa pudełka zapałek z tych malutkich, albo jedno klasyczne.Filmowe "rzucanie służbie trzosów złota" nagrodę też jest przezabawne. Trzos, nawet malutki(jak wiesz lasycznym na nie materiałem była e średniowieczu wyprawiona miszna zwierzyny płowrj, od jelenia, po łosia;), zawierał przeciętnie nawet kilka kilo kruszcu. Czyli KILKULETNIE dochody z majątku składającego się z zamku i klucza wsi plus karczmy, fokusza i niedużej huty:).

Przemyślę Twoje uwagi, Rybaku. I ustosunkuję się po pracy. Na spokojnie. Tymczasem bardzo serdecznie dziękuję za lekturę mojego tekstu i miły komentarz.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Generalnie ludzie nie zdają sobie sprawy z wartosci i objętości złota oraz jego WAGI. Dukat złoty (od czasów rzymskich po Franza Josepha) to z małymi odchyłkami ok 3,4 gr złota, malutka monetka wielkości naszej 20 groszówki, ale DWUKROTNIE cieńsza. W takim kuferku, jak podałem powyżej, zmieściłoby się równo, no zgadnij ile? PÓŁ MILIONA dukatów! Dla porównania, król polski Kazinierz wydał ze swej królewskiej kasy na CAŁĄ wojnę 13-letnią z Krzyżakami w połowie XV wieku właśnie pół miliona dukatów .Drugie pół dołożyła CAŁA ówczesna pilska szlachra. Dwa małe kuferki złota. Zatem albo sprowadź te kuferki do rozmiarów trzosów;), albo zamień ich zawartość na monety srebrne, większe, ale o połowę lżejszei 20x tańsze od złota, historycznie ujmując. Bo… nawet jeśli akcja Twej historii toczy się na odległej planecie, tego złota nie może być na niej i w jej skorupie aż tyle, by było warte tyle co miedziaki. Oznaczałoby to bowiem całkiem inną budowę i skład tej planety (metale ciężkie głównie), a zatem jej inną masę i ZUPEŁNIE inne przyciąganie, więc i przebieg ewolucji. Nieduże dziewczęta musiałuby na niej ustąpić sześcionogim żółwiom, w praktyce:). Pozdr..

 

Już nie marudzę, ale jest jeszcze lepsze porównanie standardowego złotego dukata do obecnej polskiej monety obiegowej:to taka o połowę cieńsza i prawie dwukrotnie cięższa pięciogroszówka.:)

 

Bardzo dobre, wciągające. Zaczęłam czytać i mimo, że byłam bardzo zmęczona, i mimo, że nie planowałam, z przyjemnością przeczytałam do końca. Losy sióstr zainteresowały mnie od pierwszego akapitu i z dużym zainteresowaniem śledziłam ich zmagania z różnego rodzaju przeciwnościami, proces tworzenia, kreowania legendy… Dobrze nakreśleni bohaterowie, ciekawa fabuła i naprawdę świetny warsztat. Wyjątkowo satysfakcjonująca lektura. Klik :)

UWAGA SPOJLER 

 

Na początku kręciłem nosem: Ha, Maras odgrażał sie wcześniej, ze wali solidny tekścior na Legendę, a tu wygląda na to, iż powstało sztampowe fantasy w stylu D&D. 

Jednak w trakcie czytania, wraz z kolejnymi tłistami, a w zasadzie odkrywaniem nowych partii obrazu, zmieniłem zdanie – to bardzo dobry kawałek fantasy, sprawnie napisany, przemyślany, dynamiczny gdy trzeba i odpowiednio emocjonalny gdy należy, oszczędnie, ale wystarczająco dozujący informacje o świecie i w ogóle – świetny początek solidnej powieści. Głównie za sprawą bohatera – kogoś w ten sposób wymyślonego można rozwijać w dowolnym kierunku i na dowolną modłę – znakomite pole do popisu.

Kilka łyżek dziegciu:

Dziwne, że Gren, w jakimś maniakalnym przypływie pewności siebie, sam na sam wyłuszcza szczegóły całej akcji uzbrojonemu, skołowanemu i cholernie niebezpiecznemu facetowi, nie zważając, iż na sprawy kluczowe może mieć on diametralnie odmienne zdanie. To proszenie się o szych w podbródek.

Dalej: Wyjaśniasz, że Edaine musiała umrzeć, żeby do końca sprowadzić Duknara do realnego świata. Okej. Ale odniosłem wrażenie, że rolą Tary, poza stworzeniem "poligonu", była również ocena tego, czy obrońca się nadaje, czy nie. Miała wrócić, czekała na nią nagroda. Po co więc zorganizowała taką samobójczą akcję na końcu, skoro mogła ciachnąć Edaine cichaczem i bum – do świątyni? Odbiło jej po prostu? 

Dostaniesz już… naładowaną i będziesz trzymała przy sobie. Podczas walki Tara może mi pomóc w inny sposób, a ty masz się trzymać z daleka i ewentualnie obronić przed napastnikiem, jeśli jakimś cudem wywinie się spod mojego miecza.

Chciał jej dać napiętą kuszę do noszenia? Następny samobójca. 

Skilli bojowych i punktów życia bohatera się nie czepiam – w końcu to trochę superman, poza tym to fantasy.

Aha – Lacrymess – genialna nazwa! 

Ogólnie więc jestem zadowolony. Kawał porządnego, solidnego czytadła, w dodatku z tematem konkursu potraktowanym dosłownie i nierozerwalnie wplecionym w treść. 

Dobra robota! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

W jakimś komentarzu, pod czyimś opowiadaniem (już nie pamiętam czyim) przeczytałam, że poniżej pewnego poziomu się nie schodzi i zgadzam się z tym w stu procentach. Stworzyłeś, Marasie, kawał świetnego tekstu pod względem fabularnym i warsztatowym. Czytałam z zainteresowaniem, choć muszę przyznać, że Twoje opko na Fantastyczne gody zrobiło na mnie większe wrażenie. Odniosłam wrażenie, że niepotrzebnie “przegadałeś” niektóre fragmenty. 

Podpisuję się też pod uwagami Thargnoe dotyczącymi postawy Grena i roli Tary.

Pomysł świetny, choć wtórny. Podobnie jak Rybak miałam skojarzenie z Cube.

Wyraźnie pokazany motyw legendy. Brawo. :D

 

Edit:

– One biegły tak śmiesznie, jakby ślizgały się po podłodze. – dodała Edaine.

Wywal kropkę. :)

Dziękuję Wam :). Jak wrócę do domu to odpowiem na każdą uwagę i komentarz.

Po przeczytaniu spalić monitor.

E tam odczyniłeś…

DO DUPY! FANTASY!

Też mi się skojarzyło z “Cube”. Ale tak ogólnie – kawał dobrego rzemiosła. Niesztampowe, z ciekawymi bohaterami, nieoczywistą akcją. No, takie fantasy to ja mogę czytać!

Ale mam parę uwag:

– “ciężkie ościeża” – ościeża nie są tym, czym ci się wydaje, że są;

– “każdy jego ruch,” – kropa;

– “Zdarzało się też, że w zamieszaniu zostały rozdzielone.” – tu chyba lepiej by brzmiało “zostawały rozdzielone”;

– “Musiały być tylko domknięte” – a nie przymknięte?;

– “wśród białych ścianach” – ścian;

– “punkcie pod jej lewą piersią” – nie wiem jak w twoim świecie, ale u nas pod piersią to może być wątroba, a nie serce;

– “Bo brzegi” – po brzegi.

Niezmiernie mnie też zdziwiła kusza z odrzutem rusznicy przeciwpancernej.

 

Reasumując – ścisła czołówka konkursu. Bardzo mi się podobało!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Rybaku. Nadal myślę nad Twoimi uwagami i mam czas do północy. Odnośnie rany – nie miała to być rana głęboka. Kewell biega, walczy itd. Jako swego rodzaju superhirołs ma być może więcej siły, jako twór Edaine, ma być może większe zdolności regeneracyjne. Myślę jak to ująć. Podobnie z ciężkimi kuframi złota – siła Kewella jest z pewnością ponadprzeciętna. Ale dodam na pewno coś o trudzie, z jakim tego dokonał. Dziękuję za wszystkie uwagi i ogólnie pozytywny (tak go odbieram) komentarz.

Jest tu coś z The Cube, fakt ten dotarł do mnie podczas rozwijania scenerii opowiadania. Ale inaczej tego "poligonu" (jak wyraził się Thargone) nie potrafiłem sobie wyobrazić.

Katia72. Cieszy mnie Twoja opinia, cieszy fakt, że udało mi się Ciebie zainteresować moją historią. Dziękuję za pochwały i bardzo dziękuję z klika.

Thargone. Jeśli ze sztampowej fantasy w stylu D&D wykluł się tak dobry kawałek fantasy, jak powiadasz, to mam ogromną satysfakcję, że udało mi się Ciebie pozytywnie zaskoczyć. Co do Grena. Pierwotnie Tara miała wspomnieć o gadulstwie Grena już na wstępie. Może dodam to zdanie tam, gdzie rozmyśla o swoim dzieciństwie i spotkaniu z kapłanem. Tak jak gdzieś już wspomniałem, ta przedśmiertna gadka złego do dobrego, tłumacząca motywację Grena, to był jedyny sposób, jaki przyszedł mi do głowy na sprawne wyjaśnienie sytuacji w ramach 60 tys. znaków.

Co do Tary. Tara ma cel. Chce wyrwać się z dzielnicy biedoty i spełnić swoje marzenie o "wstąpieniu" na zamek. Najpierw Tamak, potem Kewell byli jej szansą na "ogranie" Grena. |To stąd próba podrywu Kewella. Tara jest zdolna do wszystkiego i w jej pojęciu poświęcenie Edaine w celu "ożywienia" Kewella to dar dla niego, za który powinien być wdzięczny. W pierwotnej wersji Kewell miał być świadkiem nocnego ataku epilepsji Edaine – osoby skażone magią Patriarchów nie znoszą tego najlepiej i odbija się to również na ich psychice. Zabrakło miejsca, by ten wątek pogłębić. Dodam tylko, że bardzo lubię takich czytelników, którzy wszystko kumają i rozszyfrowują intencje autora w trymiga.

AQQ. Dziękuje za tak pozytywną opinię, ale martwi mnie mój zjazd w dół w Twoich oczach;) Pamiętam, że "W Miesiącu Godów" uznałaś za słabszy od "Trzeba czekać", a teraz "Druga śmierć…" jest wg Ciebie słabsza od "W Miesiącu…". Ale serdecznie dziękuję za komplementy i klika :)

Jak pewnie zauważyłaś to opowiadanie wiąże się kilkoma detalami fabularnymi z moim poprzednim tekstem konkursowym.

Staruchu. No skoro takie fantasy możesz czytać to ja się cieszę, że przeczytałeś i że się podobało:) Wszystkie uwagi biorę do serca. Z ościeżami bije się w pierś – chodziło o skrzydło drzwi. Dziękuje! Podobnie z piersią. A kusza… Ona nie miała chodzić z naciągniętą kuszą, tylko otrzymać do samoobrony taką kuszę w sytuacji, gdy zostaną zaatakowani. Może lepiej to podkreślę.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mr. Marasie, nie o to mi chodziło, a o to:

Potem wymierzyła i nacisnęła spust. Odrzuciło ją do tyłu, aż usiadła na tyłku.

Czy ta kusza ma taki sakramencki odrzut?

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Zaraz, zaraz, Panie Maras, toż ja nic podobnego pod W miesiącu godów nie napisałam! Być może pomyliłeś z innym komentującym.

Wcale też nie twierdzę, że masz tendencję zniżkową, chodzi mi tylko o to, że tamto opko jakoś lepiej mi się czytało i bardziej podobało, a nie o to, że to jest słabsze. 

Oczywiście, że zauważyłam powiązania między opowiadaniami. Widać, że wykreowałeś świat, w którym dzieją się te wszystkie historie (wspomniałeś zresztą coś o książce z tego uniwersum), dlatego też w zakończeniu widać, że to część większej historii, chociaż ładnie zamknięta. No. :)

Wybacz, AQQ, rzeczywiście to nie Twoje słowa. Błędnie mi się skojarzyło i nawet nie wiem, kogo miałem na myśli.

 

Staruchu. Edaine to dziecko, umówmy się, że siadła na tyłku bardziej z wrażenia niż siły odrzutu ;) Ale zabrzmiało rzeczywiście sakramencko. Jeśli Naz się nie pogniewa pomyślę nad innym sformułowaniem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Więc jednak nie dopasowałeś skrzyń ze złotem do wydolności herosa ;D. Bo tylko malutki opisany przeze mnie kufereczek to waga 300 kg. Twoja “skrzynia pełna wielkich złotych monet” to nawet około tony, jak mniemam. A skoro około tony, to aż dziw, że takie bęcki twój bohater dostawał po drodze… I robi się problem, bo w takim przypadku coś tu naprawdę na zwykłą logikę nie gra…

Spokojnie, Rybaku. Pracuje nad tym. To nie zmiana fabularna, zaledwie wymiana słowa lub dwóch i Naz mi wybaczy :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

OKI :D

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

Nie było mnie tu wcześniej, wybaczam :)

 

Coś tam udało mi się znaleźć:

 

Kolejne dni, jakie odliczali zgodnie z porami jasności i ciemności, zapadającymi w labiryncie sal i korytarzy, upływały monotonnie. ← zastanawiam się, czy nie które dni, a nie jakie. Sprawdź to proszę w słowniku, bo ja po zerknięciu nadal nie mam pewności, a czasu na głęboką analizę nie mam :(

– Ty to robisz, zgadza się? Korytarze, potwory, wszystko jest twoim dziełem – powiedział na głos to, czego domyślał się od pewnego czasu. Mówił cichym i spokojnym głosem – najważniejsze to odzyskać kontrolę nad sytuacją i nie prowokować. Stała zbyt daleko by mógł spróbować ją obezwładnić lub rozbroić. ← tutaj raz posypał ci się zapis dialogu

Chudzielec odskoczył wyraźnie zaskoczony. ← rzuca się w oczy

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dziękuję, Naz. Uwagi oczywiście biorę do serca i błędy poprawię.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wyglądały solidnie, ale bestie były niestrudzone i zawzięte – zarówno we wcześniejszym pościgu, jak i w upartych próbach przedostania się do komnaty, dającej schronienie przerażonym ofiarom.

Od samego początku powtarzasz, że bohaterki schroniły się w komnacie, więc podkreślanie tego po raz enty nie ma większego sensu. Usuwanie takich fragmentów czyści tekst i upraszcza zdanie; sam się ostatnio łapię na wywalaniu takich kwiatków, gdy czytam coś napisanego w twórczym szale. ;)

 

Z upływem lat uświadomiła sobie z żalem, że tak naprawdę, w tym, kim była i za kogo uważali ją inni, nic się właściwie nie zmieniło.

“W tym, kim była, nic się nie zmieniło”? Dziwnie to brzmi. Pomijając konstrukcję, dlaczego dziewczyna jest “tym”? Chyba, że ma to uzasadnienie fabularne – czytam dalej.

 

Wciąż szli przed siebie wśród białych ściana z nadzieją na odnalezienie wyjścia.

+gdzieś zgubiłeś “się”, ale czytałem ten fragment na telefonie i teraz tego nie znajdę.

 

Kewell nie miał pojęcia[+,] o czym mówiła Tara ale na dźwięk słowa “Patriarchowie” w jego pamięci otworzyła się kolejna szuflada.

Czemu kolejna? Nie było żadnej pierwszej ani poprzedniej.

 

Warta, by wyrwać ją z tego gówna, jakim oblepiają ulice w tej dzielnicy i zabrać ze sobą do zamku!

Kto oblepia? Przy takiej konstrukcji powinno być “gówna oblepiającego ulice”.

 

Mówiła z żalem, jakim napełniają złamane obietnice i zawiedzione nadzieje.

Brakuje mi tu dookreślenia kogo/co napełniają – człowieka, serce, etc.

 

Tylko przez chwilę zastanawiał się nad tym, co powiedziała, ale zaraz na powrót

Cały poprzedni akapit rozmyśla nad tym, co powiedziała, więc nad czym innym mógł się zastanawiać?

 

Cokolwiek, najlepiej to, co chciała usłyszeć, byle tylko odwrócić jej uwagę i [+ją] zdekoncentrować.

 

rozpraszające mroczne cienie zalegające komnatę.

A nie: zalegające w komnacie?

 

Kewelll schował miecz.

Kewelllllllllllll

 

Sądząc po wzroście, niektóre były dużo młodsze od Edaine, a najstarsze prawdopodobnie w zbliżonym do niej wieku. 

Sięgnął po jedną z pochodni i oświetlił wnętrze najbliższego z ciasnych pokoi. Dzieci były wychudzone i odziane w podarte łachmany. Wpatrywały się w Kewella z przerażeniem, oczami wielkimi jak klamra jego pasa i kuliły po kątach do siebie. Był pewien, że dzieje im się tutaj jakaś krzywda i wiedział, że nie może ich tak zostawić.

Trochę zbyt często używasz “być”.

 

Ty jesteś rozwiązaniem i zarazem odpowiedzią.

A nie pytaniem i odpowiedzią? Rozwiązanie i odpowiedź to przecież z grubsza to samo. “Zarazem” nie idzie w parze z synonimami.

 

Znajdziemy nową Edainę

Przez całe opowiadanie to imię się nie odmieniało.

 

 

Ech, ja chyba nie rozumiem fantasy, :< Mam kilka zarzutów. Historia jest bardzo w stylu D&D, do tego stopnia, że nie jestem w stanie powiedzieć, co tam się działo po kolei aż do zamordowania dziewczynek. Bohaterowie po prostu chodzili po korytarzach i komnatach, rozwalali kolejne potwory, które różniły się wyłącznie podobieństwem a to do ryby, a to do kota, a to do świni. Ja rozumiem, że rzecz się dzieje w labiryncie, ale od dobrej historii oczekuję jakichś punktów odniesienia – tutaj niestety wszystko mi się zlało w jeden wielki tunelowo-komnatowy ciąg.

Główny bohater-terminator to również nie jest coś, za czym przepadam. Mógł być na tyle dobry, że radził sobie z potworami – no ok. Tylko po co to wszystko opisywać? Z każdego starcia wychodził bez szwanku, oprócz tego jednego, który rozorał mu bok. Męczyły mnie pojedynki, bo nie wprowadzały napięcia, a miały jedynie podkreślić, że główny bohater jest obrońcą dziewczynek – co dałoby radę wykonać IMO zwięźlej. Co do postaci żeńskich – Elaine wypadła w moich oczach wiarygodnie. Jeśli chodzi o Tarę, nie rozumiem, dlaczego nagle zaczęła się przystawiać do Kewella.

Finałjest zdecydowanie najmocniejszym elementem tekstu. Świetny pomysł na dzieci i ich umiejętności. Podobała mi się też Elaine opowiadająca legendy. Napisane bardzo w porządku, choć doczepiłbym się do nadżywania “być”, jak i przymiotników – nieco mniejsze ich stężenie zrobiłoby opowiadaniu wiele dobrego. Klikałbym, gdyby ktoś mnie bezczelnie nie uprzedził. ;_;

Pozdrawiam!

Ja cię uprzedziłam :P

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Ja w sumie sama nie wiem, czy skojarzyło mi się z Cube samo z siebie, czy dlatego, że przeczytałam to już w komentarzu Rybaka. W każdym razie tekst zaskakujący, dobrze budujesz intrygę. Momentami masz tendencję do przeciągania (szczególnie końcowa walka z drabami wydała mi się przydługa i nawet zbędna, na tym etapie czekałam już na zakończenie, a wciąż nie chciałeś go podać). Ogólnie jednak bardzo fajnie i sprawnie zapisane. Przyszłam dzisiaj do Twojego tekstu, jako do sprawdzonego autora, który na pewno zaoferuje mi satysfakcjonującą lekturę, no i się nie zawiodłam. Powodzenia!

MrBrightside​. Dziękuję za wizytę i obszerny komentarz oraz cenne uwagi. Z części już skorzystałem. Przykro mi, że tak wiele rzeczy Twoim zdaniem kuleje, cieszę się, że doceniasz niektóre pomysły i postacie oraz, że przypadł Ci do gustu finał mojej opowieści.

Rosebelle. Być może nieco przeciągam, taka przywara amatora (podobnie jak nadużywanie przymiotników wskazane przez MrB), ale tak mi się historia ułożyła i końcowa zadyma wydała się logiczna – ​pusta świątynia z jednym kapłanem wydała się dziwna, a wysłańcy zamawiającego są mi potrzebni w dalszym biegu wydarzeń (następnym opowiadaniu). Dziękuję za wszystkie miłe słowa oraz zaufanie jakim mnie darzysz jako autora :)

Naz! Czyli to Twoja “sprawka”​! Miałem zapytać komu zawdzięczam piątego klika i sprawa sama się wyjaśniła. Dziękuję!

Po przeczytaniu spalić monitor.

A ja “Cube” nie oglądałem! Pewnie dlatego skojarzyło mi się raczej z “Księgą Nowego Słońca” Wolfe’a – przez taki klimat inteligentnego fantasy, w którym czytelnik w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że autor go robi w balona i nie pokazuje mu prawdziwych zdarzeń tylko jakieś cienie na ścianie jaskini. Inna sprawa, że, jak na opowiadanie, to uczucie pojawiło się u mnie trochę za późno (dokładnie w scenie nadawania imienia Kewellowi). Początek faktycznie sprawia wrażenie sztampowej fantasy i gdyby nie zaufanie do Autora, nie wiem, czy dałbym się wciągnąć. Co, z kolei, nie jest żadnym zarzutem – po to autor tworzy sobie markę, żeby z niej korzystać ;)

Lubię takie zabawy z siłą wyobraźni i ożywianiem postaci z literatury. Tutaj najbardziej spodobała mi się legenda o Duknarze i powrót do niej w ostatnich scenach. A i pomysł bardzo pasujący do tematu konkursu.

Całość, jak dla mnie nieco zbyt rozciągnięta, końcowa scena walki z najemnikami w świątyni, choć przecież uzasadniona kompozycyjnie już mi się dłużyła.

Stylistycznie bardzo poprawnie. Wiem, jak to brzmi, ale po prostu nie potknąłem się nigdzie specjalnie, czytało się płynnie, ale (jakby napisał NWM) bez fajerwerków. Nadużywasz nieco (a jest to jeden z głównych grzechów fantasy) zdań-komunałów jak np. “Oblał go zimny pot”, “Nie wiedział jeszcze, że były to ostatnie chwile”, “serce walące jak dzwon” itp.

 

Miał dziwne wrażenie, że trasa, którą pokonali w ciągu kilku dni[+,] jest teraz znacznie krótsza.

Wydaje mi się trochę niewiarygodne, że bohater tak biega z poważną (wymagającą szycia) raną. 

Kolejne dni, które odliczali zgodnie z porami jasności i ciemności, zapadającymi w labiryncie sal i korytarzy, upływały monotonnie. Wciąż szli przed siebie wśród białych ścian z nadzieją na odnalezienie wyjścia.

A tutaj jest coś dziwnego. Przy cytowaniu nie widać, ale zajrzyj do tekstu: wyraz ścian został tak dziwnie (w ogóle) podzielony. Chyba edytor zaszalał ;)

Mr.marasie, nie chcę Ci robić przykrości, ale mnie to opowiadanie nie porwało. Bohater (z tych, których nie lubię: wszystko mu się udaje) broni dwóch dziewczyn, żeby potem jedną zabić. Tara zachowuje się nieracjonalnie – ni z tego, ni z owego rzuca się na (wymyślonego) faceta, choć z tekstu nie wynika, żeby jej się w ogóle podobał albo nawet miała straszną potrzebę. Kewell zrzuca dzieciom na głowy jakieś ciężkie pudło, zamiast je wyciągnąć z dziury, w której siedzą i nie wiem, nakarmić?

Ale czytało się całkiem dobrze :)

Na zakończenie :D

W ramach rozrywki fizyczno-matematycznej dla kulturystów: TONA czystego złota zajmuje sześcianik o boku zaledwie 37,5 centymetra.

I już kompletny odlot, jak dla mnie nawet:) :ten kuferek na 300 kg złota, żeby się nie rozpadł pod jego ciężarem przy przenoszeniu, przy podanych przeze mnie wymiarach zewnętrznych (40x50x70 cm) musiałby być zrobiony z dębowych desek o grubości ok. 12,5 cm każda, a następnie solidne okuty. Wiesz, ile ważyłby PUSTY, zakłacając że 1 cm sześcienny suchego dębu to 0,8 grama? Samo drewno na ten kuferek to 106 kilogramów! Plus żelazne okucia jeszcze z 40-50 kilo. Słowem – pusty kuferek to 150 kilo, w nim 300 kilo złota (wspomniane pół miliona dukatów), razem prawie pół tony (450 kg). Także bardzo dobrze, że zmieniłeś skrzynie na skrzynki. Zastanawiam się teraz, czy nie lepiej byłoby – na skrzyneczki:D

Podoba mi się. Jedna z najlepszych fantasy w tym konkursie. Ciekawy świat, dobra fabuła, wszystko w dobrze skonstruowanym nastroju tajemnicy i dobrze dawkowanej grozy; podobieństwo do Cube mi się w oczy nie rzuciło, choć może coś na rzeczy jest. Dobry twist, że nie o to chodzi.

 

Dyskusję o złocie poczytałam tu i na SB i mam wrażenie, że w sumie to złoto jest trochę niepotrzebne. I dla mnie też niewiarygodne, choć z powodów innych niż dla rybaka. Nie piszesz właściwie nic o specyfice tego świata pod względem, powiedzmy, geologicznym, więc możemy zakładać, że złoto występuje w podobnych ilościach jak w świecie realnym, ergo jest luksusem. Bicie wielkich ilości dużych złotych monet (a u ciebie są wielkie) właściwie nie ma sensu, ponieważ ich siła nabywcza jest zbyt duża na obrót takimi sumami. Owszem, zdarzały się okazje, kiedy bito wielkie nominały w złocie (w starożytności, w nowożytności; później to głównie medale, nie monety), ale zazwyczaj miały one znaczenie propagandowe, a nie były przeznaczone do obrotu.

Poza tym zdanie “Niedawno wybitych, jeszcze niewytartych w dłoniach czy sakwach kupców i bogaczy.” nie ma sensu, bo złoto praktycznie się nie wyciera, stąd m.in. jego wartość (chyba że mamy do czynienia ze zdewaluowaną “złotą” monetą, ale to inna bajka). Złote monety mające ponad dwa tysiące lat wyglądają zazwyczaj jakby były wybite wczoraj, chyba że zostały mechanicznie uszkodzone (złamane, porysowane – na to trzeba skądinąd sporej siły, przebite itd.) i nie dotyczy to wyłącznie monet tezauryzowanych, także pojedynczych egzemplarzy zachowanych właściwie w dowolnych warunkach.

Jeśli to miały być skrzynie pieniędzy przeznaczonych do zwykłego obiegu, to jak mają mieć sporą siłę nabywczą i wartość kruszcową, wystarczy srebro. Które się na dodatek wyciera, nie aż tak jak brąz, oczywiście, ale się wyciera.

 

@rzucanie złotem na prawo i lewo (gdzieś wspomniane) – robi to również dla XIX w. Piskorski, co jest okropnie wkurzające

 

podarowała tobie coś najcenniejszego → ci

 

Tylko wypuść Edainę → Edaine, gdzie indziej nie odmieniasz

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Cobold. Bardzo dziękuję za wizytę i komentarz. Skojarzenia z Gene Wolfe biorę za wielki komplement – jestem wielkim miłośnikiem jego prozy. Słowa o marce i zaufaniu do autora też bardzo miło zabrzmiały. Cieszą także pozostałe pochwały, głównie te dotyczące pomysłu. Uwagi o zbytnim rozciągnięciu i stylistycznej (ledwie) poprawności biorę do serca. Nad zdaniami – komunałami muszę popracować, to widać przywara amatora.

Anet. Na ekranie laptopa te "ścian" wygląda normalnie, tyko na telefonie podzieliło niewłaściwie i nie wiem dlaczego. Nie zrobiłaś mi przykrości, Anet. Nie potrafię pisać tak, żeby zadowolić każdego czytelnika. Poza tym i mój styl, warsztat i pomysły oraz sam gatunek, jaki uprawiam tutaj czasami (fantasy) nie każdemu pasuje. Na przykład MrB jest poza targetem wszystkich moich opowiadań i muszę jakoś z tym żyć ;). Co do zabicia jednej z bronionych dziewczyn – wydaje mi się, że jego powody są jakoś uzasadnione w fabule. Czemu Tara go podrywa? Bo probuje go przekabacić na swoją stronę, chce go wykorzystać do spełnienia swojego marzenia – dostania się na wymarzony zamek. Co do dzieci. Liczyłem na to, że czytelnik domyśli się, że Kewell je uwalnia. Zostały po nim otwarte drzwi do poziomu Grena, martwy Gren, a złoto sypane z góry było dla nich pewnym sygnałem po tym jak Kewell wyszedł z podziemi i ruszył przez ich komnatę na powierzchnię. Krzyk dziecka w ostatnim zdaniu miał sugerować, że się wydostały ze świątyni. Jakoś nie wpadłem na takie zakończenie, w którym Kewell zostaje tam i gotuje im kaszę ;). Ale cieszę się, że czytało się nie najgorzej.

Rybaku. Twoje zaangażowanie w kwestię złota bardzo sobie cenię. Rozmowa przeniosła się nawet na SB, padła propozycja konkursu na ten temat :). Tę kwestię mamy już rozwiązaną zamianą skrzyni na skrzynki. Teraz, po komentarzu Drakainy, zastanawiam się nad srebrem, które rozwiązałoby tę sprawę definitywnie.

Drakaina. Cieszę się, że sie spodobało. Dziękuję za lekturę i komentarz. Kwestię srebra poważnie rozważam. Za poprawki też dziękuję.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mr. M.: Powiem Ci, że zamiana tych złotych monet na srebrne nie byłaby głupia. Raz, że wartość pełnego kuferka spadłany 20-krotnie, dwa – że waga zleciałaby dwukrotnie. Poza tym, rzecz W WARTOŚCI złota. W takim kuferku mieści się ok 100 tys.dukatów (jednak mie pół miliona, tyle by byłow skrzyni;). Ale… Wiesz ile byłyby te maluszki wielkości naszej pięciogroszówki warte? Weźmy aureusa, w I wieku nasze ery ważącego prawie tyle co dukat, czyli 3,8 grama. Otóż legionista zarabiał wtedy miesięczmie JEDNĄ taką złotą monetkę (równowartość 20 srebrnych denarów), centurion (ówczesy polivjant-BORowiec – tylko trzy takie monetki, a dopiero centurion – aż 15 aureusów/20 dukatów. Nauczyciel pracował na 1 aureusa 6 tygodni, a skryba – dwa miesiące. 95 procent ludności jednak przez całe życie, aż do ery eksploatacji kopalni złota w Ameryce przez Hiszpanów, nie miała złotego dukata/aureusa w ręku, to była moneta leżąca w skarbcach bankierów, magnaterii, monarchów, a rycerstwu służyła głównie jako pieniądz tezauryzacyjny, albo środek za który kupowano ziemię. Codzienne transakcje, nawet duże (broń, konie, przedmioty zbytku) opędzano srebrem, drobne wydatki miedziakami (w Rzymie nazywały się sestercje). Pozdr.

 

Konkretnie w Rzymie było kilka nominałów brązowych (niektóre niekiedy były bite z miedzi), nie tylko sesterce, a na dodatek system monetarny dość mocno ewoluował między republiką a cesarstwem, a potem za cesarstwa. Podstawową jednostką dla przeliczeń był as (od aes – brąz).

 

Natomiast aureus Augusta (czyli z I w. n.e.) ważył bliżej 8 g i był większy od pięciogroszówki (szczegółowo nie pamiętam, bo metrologia nie jest moją mocną stroną), spadek wagi wiąże się z kolejnymi kryzysami monetarnymi od początku III w. n.e., 3 g to raczej tak tuż przed reformą Dioklecjana na przełomie III/IV w.  Zmniejszała się też drastycznie zawartość złota w złotej monecie: za Augusta było to ponad 90%, a w III w. spadło do kilkunastu procent, jeśli dobrze pamiętam.

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Odkładam „Drugą śmierć Kewella” na prywatną półkę konkursowej czołówki. Mnie w przeciwieństwie do wcześniej komentujących wciągnęło już to początkowe „sztampowe D&D”, a zaciekawienie przyszło dzięki umiejętnemu wprowadzaniu w historię. Uczucie tajemnicy towarzyszy czytelnikowi od początku, do pewnego momentu ciągle się wzmacniając. W końcu poczułem klimat mrocznego labiryntu, niezrozumiałej walki o przetrwanie i nietypowe (może nawet dziwne) emocje garstki ludzi bez pomysłu na dalsze kroki.

No właśnie, garski ludzi. Nie byle jakich ludzi. Cała trójka przypadła mi do gustu, konsekwentnie budujesz bohaterów. Szczególnie Kewell/Dunkar i Edaine wyszli ciekawie. Te nietypowe emocje i z pozoru dziwne działania, o których wcześniej wspomniałem, wynikają właśnie bezpośrednio z cech bohaterów i są uzasadnione. Fajnie.

W trakcie czytania bałem się, że zawiedziesz mnie zakończeniem. Niepotrzebnie. Okazało się, że za historią stoi interesujący pomysł, który mnie po prostu kupił i nie będę na nic kręcił nosem.

Albo będę, żeby nie było zbyt słodko. Mam wrażenie, że objętość opisu walki można byłoby nieco zmniejszyć, bo… w niektórych fragmentach to są takie opisy dla opisów, sam wynik każdej potyczki jest przewidywalny. Szczególnie pod koniec, kiedy odkrywasz karty i przedstawiasz pomysł, chciałem mieć bitkę jak najszybciej za sobą.

Ale nie przeszkadzało mi to szczególnie, wykonałeś kawał dobrej roboty.

Ciekawe, oryginalne podejście do fantasy. Historia opowiedziana bardzo porządnie, dysponujesz solidnym piórem, które nie pozwala czytelnikowi na przerwanie lektury. Najbardziej podobały mi się wiarygodne relacje między bohaterami. Pomysł na imię/imiona protagonisty – bardzo fajny :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Perrux. Bardzo mi miło, Perruxie, i serdecznie dziękuję za miejsce na półce i głos na nominację piórkową. Przez wrodzoną skromność nie zareaguję na twoje pochwały, chociaż lejesz miód na moje uszy (oczy?). Wszak nie o laury, ale o satysfakcję czytelnika w tym moim pisaniu chodzi. Końcowa bitka spowolniła również Cobolda i Rosebelle i może powinienem popracować nad jej skróceniem. Ale to po konkursie. Jeśli tekst przejdzie, to będzie praca z redaktorem, jeśli odpadnie, to sam na własne potrzeby.

Soku1403. Dziękuję za lekturę i miłe słowa, zwłaszcza te o solidnym piórze. I bardzo mnie cieszy, że relacje miedzy postaciami i pomysł na imiona przypadł Tobie do gustu.

Trzymam kciuki za powodzenie w konkursie tekstów wszystkich komentujących moje opowiadanie. Obyśmy spotkali się wszyscy w jednej antologii ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Skrót z opinii podczas betowania:

Tekst nie bardzo w moim stylu – bardzo dużo naparzanki. Nie przepadam za mordobiciami i nieważne, kto ma rację.

W sumie nie wyjaśniasz, o co chodziło z ciemnością. A to ciekawa sprawa.

Rozmowa z kapłanem trochę sztampowa – główny zły wyjaśnia dobremu, o co tu chodzi, zanim zginie.

Bohaterowie w porządku, ale nie rzucający na kolana. Facet stereotypowy, ale taki musiał być.

Legenda. W miarę ciekawie pograłeś motywem konkursowym. Ożywienie archetypu z opowieści to ciekawy pomysł. Być może warto podkreślić archetypiczność, w odróżnieniu od konkretnego bohatera dostosowanego do zamówienia, bo to rzadsza koncepcja.

Wykonanie całkiem przyzwoite.

Babska logika rządzi!

Ciekawy tekst. Nie zaskoczył tylko dlatego, że nie raz i nie dwa na sesjach Warhammera miałem podobne motywy :) Jednak sama idea ciekawa i niewyeksploatowana.

Postacie ukazane wyraźnie, historia toczy się równym tempem. Przeszkadza ta rąbanka przy początku – mam wrażenie, że wydłużyła jedynie tekst, a nie uczyniła go ciekawszym. Końcówka – no czułem tutaj hamowanie się przez limit. Ta rozmowa z Grenem była trochę jak większy infodump, ale rozumiem doskonale, że inaczej byłoby trudno.

Technicznie widać wprawną rękę.

Podsumowując: kawał solidnego fantasy z mocnym motywem. Piękny koncert fajerwerków, choć prywatnie napiszę, że mocniejsze wrażenie zostawiło we mnie “W miesiącu godów” przez zastosowanie szerokiego światotwórstwa. Tutaj nie jest ono na mniejszą skalę, nie zawsze wyjaśnione, ale nadal interesujące.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Finkla. ​Dziękuję raz jeszcze za pomoc przy becie i właśnie cytatem z bety odpowiem na Twoje zapytanie o wątek ciemności. 

Ciemność to domena śmierci. Stamtąd wywołało ideę tych zamierzchłych bohaterów w postaci Kewella przywołanie/błaganie Edaine. Kewell boi sie tej ciemności instynktownie. Ta rozmowa z kapłanem jest zapewne sztampowa. Wiem o tym. Inaczej tych zawiłości nie zdołałbym prościej wytłumaczyć. 

Wiem już, że nie lubisz naparzanek i cieszy chociaż to, że pomysł wydał Ci się interesujący. No i wykonanie całkiem przyzwoite.

NoWhereMan. ​Dzięki za opinię. Nie kierowałem się w żadnym razie RPG, ale starego gracze pewnie niewiele zaskoczy fabularnie. Rąbanka wydała mi się niezbędna, żeby określić sytuację, przyczyny, metody postępowania i zagrożenia dotyczące postaci. Wszak Kewell miał być superaśnym obrońcą Tudala (znanego z przytoczonego “W Miesiącu Godów”). Światotwórstwo rzeczywiście tym razem przygaszone ale wynika to z fabuły i lokalizacji opowieści.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wiem, już wyjaśniałeś. To właściwie komentarz nie tyle dla Ciebie, co dla innych, żeby wiedzieli, co pisałam o tekście. ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo wciągająca historia i rzetelnie napisana, dzięki czemu czytało się gładziutko i sprawnie.

Osobiście lubię, gdy ciekawe i fajnie napisane teksty mają więcej literek i nie kończą się zbyt szybko, dlatego nie poczułem, żeby mnie coś spowalniało czy wybijało z rytmu. Z przyjemnością podążałem z bohaterami korytarzem labiryntu w oczekiwaniu na rozwój wypadków, zastanawiając się (rozbudzona ciekawość) dokąd zmierzamy. Ano do wyśmienitego zakończenia, jak się okazało.

Może to tylko wrażenie, sugestia wynikająca z wiedzy (wspominałeś), ale wydaje mi się, że czuć w tekście pewność z jaką się poruszasz po świecie, że jest już w Tobie głęboko, plan jest szeroki, mimo wąskiego korytarza. A że po tych smakowitych kęsach (Legenda, Gody) zapowiada się obiecujące danie, w moim odczuciu (fantasy zwyczajnie uwielbiam), to będę trzymał kciuki za rozwój pomysłów i finalizację.

I jeszcze jedna ważna myśl, w związku z rozmiarem świata i ilością wątków i zdarzeń zapewne zamieszkujących Twoją głowę – tekst jest w pełni czytelny, nie uwikłany w konteksty w sposób, który rozwalałby treść z punktu widzenia czytelnika, wprowadzał chaos (kardynalny błąd mojego debiutu w Godach) – doświadczenie czuć w tym przypadku wyraźnie.

Może właśnie czas, Panie Marku, przestać myśleć o swoim pisaniu w kategoriach amatorskich…?

Dzięki za świetną lekturę i powodzenia w konkursie!

Pozdrawiam!

Dziękuję, Majkubarze, za wszystkie ciepłe słowa. Niezwykle mi miło, że moja opowieść wydała Ci się wciągająca i dobrze napisana, a zakończenie nie zawiodło oczekiwań. Masz rację, ten świat siedzi głęboko w mojej głowie i mimo, że z pozoru wydaje się dosyć klasycznym (żeby nie powiedzieć sztampowym) to jednak zapewniam, że mam w zanadrzu sporo oryginalnych pomysłów, którymi czytelnika zaskoczę (mam nadzieję). Odkrywanie wszystkich kart przy okazji opowiadań konkursowych nie ma sensu, wszak główna opowieść zawarta w mikropowieści dzieje się w trochę innych rejonach i czasach. Powiedzmy, że gromadzę ekipę postaci i zakreślam pewne tło wydarzeń do głównej historii. Jak powiedziałem, gdy całość (ta spisana) dobije do 400 tys znaków, będę wciskał swoje “dzieło” gdzie się da. A i opowiadania znane z tego portalu mają mieć pełniejsze i nieco dłuższe formy w zamierzeniu. Poza tym, jak pewnie widać, są powiązane i mają mieć swój finał. Jednak zwieńczenia tego tryptyku raczej na portalu nie zamieszczę. 

Obiecuję zapoznać się z Twoim opowiadaniem konkursowym i zrewanżować obszernym komentarzem. Powodzenia, i jak pisałem, do zobaczenia w jednej, pokonkursowej antologii ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

No, no. Brzmi obiecująco. :) Cieszę się, zwłaszcza że Twoje pisanie wyraźnie odznacza się stabilnością, na co więc czekać, skoro wyobraźnia pracuje… Oczywiście zapraszam. Zbieram wciąż uwagi, każda opinia na wagę złota, i próbuję ogarnąć, o co w tej sztuce chodzi. Jeszcze raz, powodzenia!

Stabilność jako cecha pisania, to brzmi jak komplement. Chociaż mam nadzieję, że z czasem będę pisał znacznie lepiej. A z tego co pamiętam, Twoje pisanie, nie wymaga specjalnie ogarniania, bo świetnie tę sztukę już ogarnąłeś, Majkubarze.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki. :) Ale jeszcze dużo pracy… Fakt, doskonalić zawsze można i trzeba. Tu zawsze jest nad czym pracować, więc nich nam duch literatury sprzyja! ;)

Niech nam sprzyja, Majkubarze! 

Zastanawiam się czy zamiana złota na srebro będzie istotna zmianą fabularną, czy Naz potraktuje to jako “korektę techniczną” (w sumie to merytoryczna korekta by była). A może uda się coś ugrać tym opowiadaniem, znajdzie się w dwudziestce wybrańców i takie zmiany już przy redakcji wprowadzę? 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ja nie tykam swojego, choć “parę słów” można by zmienić. Jeżeli dobrze zrozumiałem, to tylko drobne technikalia, a inne zmiany przed publikacją. Albo zwyczajnie po wynikach. :)

To stąd się wzięło zafiksowanie Rybaka na shoutboxie na temat wagi złota i skrzyń nim wypełnionych ;) Mam problem z Twoim opowiadaniem mr.marasie, bo przeważnie czas na komentarz zostawiam sobie na później, żeby przetrawić sobie tekst, przekonać się co po nim zostanie na drugi dzień. O ile w pierwszej chwili oceniałem go wysoko, to jakiejś iskry zabrakło żeby został ze mną na dłużej. Cube w pierwszej części kojarzyło się widzę nie tylko mnie, ale potem zamieszałeś ;) Spodziewałem się w kolejnej komnacie jakiegoś “bossa”​ po coraz trudniejszych przeciwnikach, który dogorywając zdradzi tajemnicę, a tu skończyło się na małej dziewczynce. Końcówkę już niestety spłyciłeś, pewnie gonił Cię limit konkursowy i nie do końca wybrzmiała tak jak powinna.

No dobra, poznęcałem się, ale nie zmienia to faktu że jest to bardzo dobre opowiadanie. Potrafiło wciągnąć i faktycznie oczekiwałem co wymyśliłeś dalej i do czego zmierzasz. Drażnią mnie zaniki pamięci głównych bohaterów, ale w Twoim przypadku były jak najbardziej uzasadnione. Zachowanie dziewcząt nabrało sensu dopiero po ich śmierci. Sprytnie pograłeś legendą i tajemniczym mrokiem/niebytem. Szkoda tylko tej końcówki, ale limit to limit i mogę to zrozumieć. 

Enderek. Tak, dokładnie tutaj Rybak zaczął interesujący wykład na temat ciężaru skrzyń ze złotem.

Bardzo mi miło, że zajrzałeś i zostawiłeś obszerny komentarz. Cieszę się, że w ogólnym rozrachunku opowiadanie zaliczyłeś na plus i nawet oceniłeś wysoko (w pierwszej chwili) :) Jeśli jest jednak "bardzo dobre" w Twojej opinii i potrafiło wciągnąć, to jestem naprawdę zadowolonym autorem.

Co do końcówki. To ciekawe co napiasałeś. Na przykład MrBrightside miał inne wrażenia i nawet stwierdził, że "Finał jest zdecydowanie najmocniejszym elementem tekstu." Niestety, nie potrafię pisać tak, żeby wszyscy byli zadowoleni :)

Powiem szczerze, że scenę wyjścia Duknara "z kopa" ze świątyni w poszukiwaniu "zamawiającego" widziałem w głowie, już pisząc pierwsze słowa opowiadania. Jego ucieczka przed ciemnością/śmiercią/niebytem, droga z nierealnego świata do rzeczywistości, wędrówka z podziemi w górę, na powierzchnię, do słońca, miała być w pewien sposób symboliczna. Coś jakby narodziny na nowo. Miało to współgrać z tytułem. Czytelnicy innego mojego opowiadania (W Miesiącu Godów) domyślą się, kogo poszedł szukać Duknar. A pozostali być może pomyślą, oj ale tamten gość ma przesrane.

Limit uwiera mnie przy każdym konkursie na portalu. Ale jak już pisałem, te opowiadania nabiorą pełniejszych kształtów w przyszłości, gdy stworzą zbiór spleciony w jedną opowieść.

Raz jeszcze dzięki za wizytę i lekturę.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przyszłam tu dość późno, a ponieważ okazuje się, że chyba wszystko już zostało powiedziane, pozostaje mi tylko dołączyć do grona czytelników zadowolonych z lektury i życzyć powodzenia w konkursie. ;)

Czy dobrze rozumiem, że długie błądzenie w labiryncie i walki z kolejnymi potworami były czymś w rodzaju egzaminu, który zdawał Kewell?

 

lub wspól­nych gro­bach dla bie­do­t. –> …lub wspól­nych gro­bach dla bie­do­ty.

Biedota nie ma liczby mnogiej.

 

wo­dząc nie­przy­tom­nym wzro­kiem po po­miesz­cze­niu; su­fi­cie, z któ­re­go są­czy­ła się dziw­na ja­sność, nie­ludz­kich, mar­twych cia­łach na pod­ło­dze oraz twa­rzach obu dziew­cząt. –> Zamiast średnika postawiłabym dwukropek.

 

Za­pew­ne od ja­kie­goś czasu zaglą­da­ła spod przy­mknię­tych po­wiek, co się dzie­je w kom­na­cie. –> Raczej: Za­pew­ne od ja­kie­goś czasu spoglądała/ obserwowała/ podglądała spod przy­mknię­tych po­wiek, co się dzie­je w kom­na­cie.

 

Po raz pierw­szy od dawna w oczach dziec­ka za­świe­ci­ły nie­śmia­łe, ra­do­sne iskier­ki.

Tara par­sk­nę­ła śmie­chem: – Tak wła­śnie było. –> Raczej:

Po raz pierw­szy od dawna w oczach dziec­ka za­świe­ci­ły nie­śmia­łe, ra­do­sne iskier­ki. Tara par­sk­nę­ła śmie­chem.

– Tak wła­śnie było.

 

Bagaż nie­zna­jo­me­go oka­zał się skó­rza­nym ru­lo­nem, któ­rego we­wnętrz­na stro­na skry­wa­ła licz­ne prze­gro­dy i kie­sze­nie. Za po­przecz­ny­mi pa­ska­mi tkwi­ły dziw­ne ostrza i szpi­kul­ce – cała śmier­cio­no­śna ko­lek­cja, a z kie­szo­nek wszy­tych w śro­dek zwoju wy­sta­wa­ło kilka za­kor­ko­wa­nych fla­ko­nów z gru­be­go szkła. Męż­czy­zna przyj­rzał się za­war­to­ści torby… –> Nie wydaje mi się, aby tobół/ rulon mężczyzny można nazwać torbą.

 

Tara pod­nio­sła się z pod­ło­gi na­cią­gając po­pla­mio­ną i po­strzę­pio­ną suk­nię. –> Czy Tara spała bez sukni i teraz, wstając, ubierała się?

A może: Tara pod­nio­sła się z pod­ło­gi, wygładzając po­pla­mio­ną i po­strzę­pio­ną suk­nię.

 

do­kład­nie obej­rzał całe po­miesz­cze­nie. Od wcze­śniej­sze­go róż­ni­ło się jed­nym szcze­gó­łem… –> Raczej: Od poprzedniego róż­ni­ło się jed­nym szcze­gó­łem

 

Pod ścia­na­mi stały czte­ry cięż­kie, dę­bo­we ławy, a w jed­nym z kątów plu­ska­ła mała fon­tan­na. Męż­czy­zna prze­su­nął w to miej­sce trzy stoły, a czwar­tym za­blo­ko­wał drzwi, któ­ry­mi we­szli do kom­na­ty. –> Czy ława i stół znaczą tu to samo? Bo nie wspomniałeś, że w pomieszczeniu były też stoły.

 

Dziew­czyn­ka krzyk­nę­ła prze­ra­żona i ze­rwa­ła na nogi. –> Dziew­czyn­ka krzyk­nę­ła prze­ra­żona i ze­rwa­ła się na nogi.

 

po­wie­dział na głos to, czego do­my­ślał się od pew­ne­go czasu. Mówił ci­chym i spo­koj­nym gło­sem. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

na ni­skim i wą­skim łożu le­ża­ła otwar­ta, obita skórą księ­ga. –> Raczej: …na ni­skim i wą­skim łóżku le­ża­ła otwar­ta, oprawiona w skórę księ­ga.

Łoże jest z definicji szerokie i przestronne.

 

Dzie­ci były wy­chu­dzo­ne i odzia­ne w po­dar­te łach­ma­ny. –> Wystarczy: Dzie­ci były wy­chu­dzo­ne i odzia­ne w łach­ma­ny.

Łachmany z definicji są zniszczone/ porozdzierane/ poszarpane.

 

W dłu­gich, luź­nych sza­tach do samej ziemi. –> Czy miał na sobie kilka szat?

 

klin­ga płyn­nie opa­dła w dół… –> Masło maślane. Czy mogła opaść w górę?

 

Jego czar­ne oczy zwę­zi­ły się w wą­skie szpar­ki. –> Brzmi to fatalnie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wizytę, Reg, komentarz i uwagi. Poprawki, jako że uznaję je za techniczne i drobne, już naniosłem. Mam nadzieję, że nie wylecę za to z konkursu. I bardzo mi miło, że należysz do grona zadowolonych czytelników. 

Oczywiście masz rację. Kewell przechodził swego rodzaju test kwalifikacyjny ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Miło mi, Marasie, że uznałeś poprawki za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Twoje uwagi, Reg, cenię sobie niezmiernie i zawsze uważam za przydatne.

A w biedocie to literówka była, pozostała po cięciu zdania.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję, Marasie. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Swoją drogą, Reg, przeczytać w komentarzu, że wszystko już zostało powiedziane i nie ma co pisać, pozostawia pewien niedosyt ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wybacz, Marasie, że nie zaspokoiłam Twoich oczekiwań, ale wobec konkursowego urodzaju ledwie nadążam z czytaniem. Nawet nie liczę, ile majowych opowiadań czeka w kolejce. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Masz rację, Reg. Nie mogę być aż takim egoistą i megalomanem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, dziękuję, za wyrozumiałość.

I nie wierzę, abyś miał jakiekolwiek zadatki na egoistę i megalomana.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dotarłem do Twojego opowiadania. Lekkie pióro. Sprawnie napisany tekst, ale to mi nie pomogło.

 

Dwie subiektywne komentarze:

 Wydaje mi się, że struktura fabularna zgrzyta. Nie załapałem zawiązania akcji, a przez to nie wiedziałem, co musi się wydarzyć – mogłem tylko przeczuwać, że chodzi o wyjście z labiryntu, ale w zawiązaniu akcji nie wiedziałem dlaczego bohaterowie się w nim znaleźli; drugie zawiązanie akcji zdaje się dotyczyć relacji z “obcym” – wówczas climaksem musiałoby być poznanie obcego, czy zabicie go. Na początku tekstu, nikt nie jest postawiony przed żadnym wyborem; nie miałem o kogo dbać. Tymczasem climaxem opowieści jest śmierć Tary, co sprawia, że opowiadanie nie jest o śmierci Kewella, później w rozwiązaniu akcji, epilogu w tym wypadku, pojawia się Green, który wszystko tłumaczy. Nie wiem, coś mi zgrzyta.

Być może to specyfika gatunku, ale bohaterowie walczący na śmierć i życie, monologujący o heroizmie i jednocześnie śpiący “głębokim snem”, głośno się śmiejący ze “stworzeń o świńskich pyskach” i bojący się ich, sprawili, że jeszcze bardziej pogubiłem się w tym, o co chodzi.

 

Z drugiej strony, po prostu nie jestem wielbicielem tzw. “naparzanek”, a część czytelników była zadowolona, więc istnieją spore szanse, że przemawia przeze mnie mój gust, a nie coś obiektywnego. 

 

Na duży plus jest to, że przeczytałem do końca ; D

 

Pozdrawiam,

Marlow

 

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Dziękuję za wizytę i komentarz, Marlow. Powinienem być chyba umiarkowanie zadowolony z tego, że udało Ci się doczytać moje opowiadanie do końca. Twoje uwagi i zastrzeżenia biorę pod rozwagę, chociaż oczywiście nie ze wszystkimi się zgadzam. W mojej historii na pewno śmierć Tary nie była sednem, a tytułową śmierć Kewella należało potraktować symbolicznie. Oczywiście, jeśli nie jest to jasne dla czytelnika to znaczy, że zawalił autor. Również pozdrawiam.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hmmm… Ciekawe, ciekawe. Trochę inaczej zrozumiałem zakończenie i jedynie tutaj odczuwam mały dysonans poznawczy. Mianowicie ostatnie zdanie (”Zza pleców dobiegł go radosny krzyk dziecka.”) odebrałem jako śmiech Edaine, a poprzedzające go wydarzenia jako ostateczny test i sprawdzenie, jak Kewell zareaguje na próbę przekupstwa i śmierć podopiecznej. Do tej interpretacji popchnęło mnie jeszcze kilka innych stwierdzeń w końcówce, ale skoro mnie poniosło, to nie ma co o tym wspominać.

Doczytałem w komentarzach:

Krzyk dziecka w ostatnim zdaniu miał sugerować, że się wydostały ze świątyni.

Tak czy inaczej, też jest ciekawie. Postać Kewella-Dunkara została bardzo fajnie wykreowana, a całe opowiadanie wciągnęło. 

Reasumująć, lektura bardzo satysfakcjonująca. :-)

Bardzo mi miło, Teofilu, że zajrzałeś, przeczytałeś z satysfakcją i skomentowałeś moje opowiadanie. Twoja interpretacja ciekawa, nie powiem, ale jednak nie było szans na ocalenie Edaine, musiała oddać życie za życie Duknara. Autor był w tym względzie bezlitosny ;)

Cieszę się także z tego, że kreacja Kewella-Duknara przypadła Ci do gustu, a opowieść wciągnęła. 

Pozdrawiam i życzę Tobie powodzenia w konkursie!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Złamany wojownik, który zrozumiał czym jest naprawdę, wyrusza, aby się zemścić. Niby było i podczas czytania myślałam sobie, łeeee, o to chodzi? Nawet końcówka z lekka zachęciła mnie do kręcenia nosem, ale… cała historia jest umiejętnie poprowadzona, zachowania bohaterów nie zawsze są jasne, ale można je wyłuskać z lektury (a lubię takie podejście przedstawiające postacie, bez podawana na tacy). Poza tym, nie ma co ukrywać słabości – lubię motywy, które wykorzystałeś. Zrobiłeś to tak umiejętnie, że mogę się jedynie przyłączyć do zadowolonych głosów.

Deirdriu. Bardzo się cieszę, że ktoś tu jeszcze zagląda. Dziękuję za lekturę i komentarz. Skoro trafiłem z motywami, umiejętnie opowiedziałem swoją historię, a Ty jesteś zadowolona z lektury, to mogę tylko wyrazić swoje zadowolenie. I nie przeszkadza mi zupełnie, że kręciłaś nosem – po to tu jestem, żeby się uczyć pisać lepiej. Każda krytyka to dla mnie nauka. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Piąte miejsce na mojej konkursowej liście. Dlaczego wybrałem „Drugą śmierć Kewella”?

 

– Klasyczne fantasy w stylu „D&D” z bardzo dobrym wykonaniem i interesującym zakończeniem. Początkowe fragmenty tekstu niby niezbyt oryginalne, ale jednocześnie wciągające i skutecznie wprowadzające pewien nastrój tajemnicy. Nastrój wzmacniany nie do końca zrozumiałymi emocjami stopniowo „odkrywanych” bohaterów.

– Każdy z bohaterów ma w sobie coś charakterystycznego. Przede wszystkim Kewell, choć wybór najbardziej sztampowego herosa na jedną z głównych postaci na pewno był ryzykowny. Osobiście to ryzyko, a co za nim idzie – celowo przerysowany bohater, przypadło mi do gustu. Cechy postaci przedstawiane konsekwentnie i wyraźnie.

– Przyjemny styl przyspieszający lekturę. W sam raz do tego typu tekstu.

– Motyw konkursowy wyraźnie pokazany (w zasadzie bez niego opowieść by nie istniała). Podejście też… hmm… sztampowo-oryginalne? ;)

O dzięki Ci Perrux za mój pierwszy i jedyny punkt! Dziękuję za komentarz i pamięć o moim opowiadaniu. Ten punkt naprawdę wiele dla mnie znaczy.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zacznę od tego, co robi największe wrażenie. Czytałem, czytałem i robiłem się coraz bardziej śpiący, bo późna już godzina. Kończę rozdział i chcę iść spać. Patrzę, ile zostało mi do końca. Raz ruszam palcem i już widzę napis „KONIEC”. Aż nie mogłem uwierzyć jak płynnie i wciągająco czyta się Twoje opowiadanie! „Druga śmierć Kewella” (nie rozumiem, skąd ten tytuł) jest napisana ładnie i ma klimat rasowego fantasy, w którym poczułem się dobrze.

Momentami jednak fabuła mi zgrzytała. Opowiadanie trochę za bardzo przypomina grę komputerową. Niepokonany bohater podróżuje po zamkniętej lokacji i siecze kolejne hordy wrogów…  Rozumiem, że wynika to z pomysłu, ale trochę to przeszkadza. Szczególnie, że w gry nie gram, ponieważ nie uważam je za szczególnie ambitne, a czasu zajmują za dużo.

Trasę przemierzaną dniami, Kewell przebiegł potem szybciej, jeśli dobrze zrozumiałem?

Sam pomysł jest niezły, spodobała mi się materializacja obrońcy. Dar dziecka to temat intrygujący, dlatego szkoda, że nie starczyło Ci miejsca na wyjaśnienie, kim są Patriarchowie. 

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Pietrek Lecter. I Tobie dziękuję za lekturę oraz komentarz. Cieszę się, że czytało się gładko i że "zajechało" rasowym fantasy. To dla mnie spory komplement :). Zgrzyty fabularne biorę na klatę. Tak. Kewell przebiegł ten dystans szybko, taki był widać zamiar Tary, albo może przestała się przykładać do materializowania komnat i korytarzy, które bohaterowie mieli za sobą. Wszystko tam było ułudą, umowną rzeczywistością. Tytuł. Hmm. Bohater jest jakby swoistą reinkarnacją czy uosobieniem kilku bohaterów o których czytała dziewczynka. Jednym z nich był Kewell. Ale jednak gdy bohater wybiera Duknara, symbolicznie uśmierca Kewella po raz drugi.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Aaa, teraz rozumiem!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Nowa Fantastyka