- Opowiadanie: laneht - Miasto żyło

Miasto żyło

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Miasto żyło

„Miasto żyło”

Był piękny dzień, spokojny, bezwietrzny. Chorągwie falowały, poruszane jedynie moim oddechem. Dzwon na wieży wybijał rytm mojego serca. Miasto żyło. Ja żyłam…

***

Tysiąc gardeł jednocześnie rozbrzmiało szaleńczym rykiem. Amfiteatr drżał od ich krzyków, a powietrze gęstniało od żądzy krwi, jednego z podstawowych uczuć w tym miejscu. W loży stał król, przesuwający wzrokiem po nienasyconych Atlantach. Diogenes uniósł lewę rękę, a wszyscy w jednej chwili zupełnie umilkli. Monarcha wzniósł prawą dłoń, w której trzymał wypełniony winem kielich z rogu Minotaura, rodową pamiątkę po Tezeuszu.

– Ludu Atlantydy! – zaczął władca. – Mój pradziad, Posejdon Władca Mórz, oddał nam to miasto pod opiekę, czyniąc ród Tezeusza panami Atlantydy. Od tamtego dnia naszym obowiązkiem jest dbać o żywe miasto, żywe miasto, które musi jeść i które potrzebuje krwi! – Diogenes na moment urwał, pozwalając poddanym się wykrzyczeć. – Za Atlantydę! – monarcha przechylił kielich, wylewając odrobinę wina. Resztę wypił na chwałę najwspanialszego polis.

Król niespiesznie odwrócił się i podszedł do wspaniałego tronu, otoczonego przez grupę niewolników. Stamtąd dał sygnał, by gladiatorów wpuszczono na arenę. Amfiteatr ponownie zadrżał od głosów Atlantów, tym razem wspieranych przez dźwięk podnoszonych krat. Na piasek wyszło trzech nagich, kudłatych wojowników. Z niekształtnych twarzy spływała im ślina, długie ramiona wisiały nisko przy ziemi, a drobne, czarne oczka spoglądały słabym wzrokiem spod częściowo je zasłaniających, krzaczastych brwi. Takich jak oni, Lemurian, Atlanci nie uznawali za ludzi. Nie uważali ich też za zwierzęta, raczej za coś pomiędzy. Nie wiedzieli co lepszego mogliby z nimi zrobić, więc uczynili ich gladiatorami, walczącymi, by karmić żywe miasto i bawić jego mieszkańców.

Trzech niewolników spotkało się na środku areny i powoli mierzyło się wzrokiem. Żaden nie miał broni, Atlanci pragnęli od nich większego okrucieństwa. Lemurianie nie wyglądali jednak na chętnych do walki. Do ich uszu docierały krzyki mieszkańców polis, żołnierze zgromadzeni na widowni uderzali mieczami o tarcze, rozlegały się odgłosy bębnów i gongów. Powietrze wypełniał dziki hałas, ale oni wciąż się nie ruszali. Diogenes z niecierpliwością spoglądał w stronę areny, ale małpoludy nie zamierzały walczyć.

– Lud się niecierpliwi – syknął monarcha.

Stojący przy loży strażnik wiedział, o co chodzi. Wydobył z kołczanu strzałę i odpalił ją od pochodni. Następnie nałożył ją na cięciwę i wypuścił. Na twarzy nie drgnął mu nawet jeden mięsień, kiedy wbijała się w ziemię pomiędzy Lemurianami. Błysk ognia, nagły ruch, trzask. Małpoludy jednocześnie odskoczyły na kilka metrów. Strach przed płomieniem przypomniał w jakim celu ich tu przywieziono. Jeden z nich dokonał natychmiastowej oceny pozostałych dwóch i rzucił się na tego, który wydawał mu się najsłabszym. W oczach miał pożar trawiący ich wyspę, dziesiątki uzbrojonych Atlantów oraz tygodnie spędzone pod pokładem galery. Nagle przypomniał sobie wszystko, czego doznał odkąd został schwytany. W ranach od bicza znów odezwał się ból, kiedy zrozumiał, że jeśli nie będzie walczyć, król rzuci go lwom. Pierwotny instynkt kazał mu zrobić wszystko, byle przeżyć. Małpolud boleśnie podrapał mniejszego Lemurianina i powalił go na ziemię, rozbijając mu brew. Zajęło mu to zaledwie kilka sekund i już po chwili niewolnik unosił olbrzymie łapy do zabójczego ciosu. Mniejszy obserwował go, przerażonym spojrzeniem, gotowy na śmierć, gdy z tyłu pojawił się trzeci wojownik. Zwiniętymi pięściami uderzył gladiatora między łopatki. Chwilę potem zwycięstwo zaczęło się od niego oddalać. Przeciwnik odwrócił się i wykonał kilka zamaszystych wymachów, wydrapując mu rany pod oczami. Kolejny cios złamał mu szczękę, następny rozbił ucho. Lemurianin nie był w stanie się bronić. Silniejszy gladiator wbił mu długie palce w szyję i w brzuch, a potem uniósł bliskiego omdlenia przeciwnika ku górze, by rzucić nim o ziemię. Obserwował, jak z upadającego ciała ucieka życie. Odwrócił się do drobnego Lemurianina wciąż leżącego na piasku. Dziki uśmiech niewolnika mówił, że znów jest ich tylko dwóch. Stanął nad swoim przeciwnikiem, ponownie uniósł ręce i groźnie wyszczerzył kły. Do jego uszu docierały okrzyki tłumu, spragnionego śmierci. Jego ofiara też to słyszała. W ostatniej chwili zebrała garść piasku i cisnęła w oczy oprawcy. Następnie, korzystając z jego rozproszenia, Lemurianin natychmiastowo wyrzucił do przodu jedną nogę i całą swoją siłą kopnął przeciwnika w kolano. Gdy ten starał się utrzymać równowagę, drugą stopą uderzył go w krocze. Małpolud wydał z siebie wrzask bólu i gniewu, gdy przewrócił się na ranną nogę. Ciężko dysząc przyglądał się mniejszemu wojownikowi, odbiegającemu na drugą stronę areny.

– Nie docenił go – stwierdził jeden z żołnierzy.

– Tak – zgodził się król – ale to może być koniec walki. Ten mały nie zamierza go zabijać. A on może teraz nie dać rady.

– A więc, co robić? – gwardzista zrobił lekko głupawą minę, gdy zorientował się, że monarcha ma rację. – Wypuścić zwierzęta?

– Nie – Diogenes uśmiechnął się w sposób sprawiający, że krew odpływała człowiekowi z twarzy. – Rzuć mu włócznię.

– Na pierwszej walce? – dziwił się strażnik.

– Tak, na pierwszej walce – warknął władca. – Musimy doprowadzić to starcie do końca – tłumaczył – dla Atlantydy.

– Tak jest – jęknął żołnierz, po czym podszedł do krawędzi balkonu, żeby wycelować. Chwilę później oszczep frunął już w kierunku środka areny.

Lemurianin zauważył włócznię wbijającą się w ziemię zaledwie parę metrów od niego. Wyszarpał ją i podpierając się na orężu, ruszył w stronę swojej niedoszłej ofiary. Chciał przybić drobnego małpoluda do ściany, a następnie pozbawić go życia. Ignorując ból, skracał odległość między nimi. Pozostało jeszcze tylko parę metrów, kilka sekund, już podnosił broń, kiedy… mniejszy gladiator znów uderzył go w nogę. Drobny niewolnik wyszarpał mu włócznię oraz odłamał grot. Zacisnął powieki, jakby nie chciał patrzeć na to, co robi, po czym rozciął szyję faworyta ludu. Wytrysnęła posoka. Gdy młody Lemurianin ponownie otworzył oczy wyrzucił zakrwawione ostrze i zaczął powtarzać coś pod nosem w swoim dziwnym, niezrozumiałym języku. Wyglądał, jakby przepraszał za jego śmierć. Nikt tego jednak nie słyszał, po amfiteatrze niosły się krzyki Atlantów. Otrzymali to po co przyszli, emocje i trupy.

– Brawo! – odezwał się Diogenes. – Udowodniłeś coś Atlantydzie. Pokazałeś jej, że może na ciebie liczyć. Pokazałeś, że potrafisz zabijać dla niej i jej ludu – tu zrobił krótką przerwę, gdyż lud i tak by go zagłuszył. – Od dziś nie będziesz już bezimiennym wojownikiem z Lemurii, teraz nosisz imię Kerkopis.

Lud krzyczał, skandował jego nowe imię: Kerkopis.

– Każ opatrzyć jego rany – monarcha zwrócił się do jednego ze sług – nakarm go i daj mu kobietę. Zasłużył – Diogenes powiódł radosnym spojrzeniem po twarzach tłumu.

Atlanci wciąż wrzeszczeli, klaskali, powtarzali imię nowego gladiotara. Małpolud zawył przeciągle, wkładając w to całą siłę swoich potężnych płuc. Mieszkańcy miasta sądzili, że to okrzyk zwycięstwa, że im odpowiada, on jednak krzyczał z przerażenia.

***

Słyszałam krzyki. Czułam tysiące myśli oraz emocji, a także ciepłą krew. Dziś musieli zabić kolejnego, mówią, że to dla mnie, ale to oni pragną śmierci. To oni ciągle muszą zabijać, a winą obarczają mnie. Tylu musiało już zginąć, bo podobno potrzebowałam ich śmierci do życia.

Dzwon na wieży wybił kilka smutnych tonów.

***

– Co tam się dzieje? – Diogenes patrzył niepewnie na tłum zgromadzony pod zamkiem. Nie wyglądał zbyt przyjaźnie.

– Ludzie są głodni – stwierdził sługa. – Wiedzą, że pałacowe spiżarnie są pełne, więc przyszli prosić o jedzenie.

– Żebrzą – skwitował monarcha.

– Zrozum ich panie. W nocy podtopiło kilka sadów, zboże obumiera na polach, kozy przestały dawać mleko, oni nie mają co jeść – tłumaczył podwładny.

– Podtopiło sady? – władca uniósł nieznacznie brwi.

– Tak. Nagle w środku nocy okazało się, że trzy sady są właściwie pod wodą – tłumaczył służący. – Sprawdziliśmy kanały irygacyjne i wszystko z nimi w porządku. Nie było też żadnych sztormów ani burz. Wygląda to tak, jakby woda wylała spod ziemi.

Diogenes potarł czoło w zamyśleniu.

– Przyprowadź tu wyższych kapłanów – rozkazał – i przekaż strażnikom, żeby nie wpuszczali tej dziczy – dodał po chwili.

Sługa pokłonił się i wybiegł z pomieszczenia. Monarcha patrzył przez okno na jego postać i czekał, aż wróci z kapłanami. Goniec prowadził przez tłum trzech brodatych mężczyzn w białych szatach. Atlanci podchodzili do nich, chwytali za togi, błagali o pomoc. Duchowni odprawiali ich krótkimi, niewiele znaczącymi zdaniami lub gestami. Cały czas szli powoli przed siebie do pałacu króla Atlantydy, który chwilę później witał ich w drobnej sali audiencyjnej.

– Wzywałeś nas panie? – odezwał się pierwszy z kapłanów. Wyglądał na najstarszego, jego długa, srebrna broda sięgała mu już niemal do pasa.

– Tak – odparł Diogenes. – Chciałbym, żebyście powiedzieli mi, co bogowie pragną przekazać, niszcząc nasze plony? – warknął władca.

Mędrcy nie odpowiedzieli od razu. Wymienili spojrzenia i wyszeptali coś między sobą, nim zwrócili się do króla:

– Są pewnie czymś wielce zasmuceni. Coś w Atlantydzie im się nie podoba – mówił stary kapłan – ale pamiętajmy, że Atlantyda to żywe miasto, może to ona zniszczyła sady?

– A co waszym zdaniem powinienem teraz zrobić?

Duchowni znowu odczekali chwilę z odpowiedzią.

– Cóż, warto spróbować przebłagać bogów oraz Atlantydę…

– Czym? – przerwał mu władca.

– Może ofiara albo nowa świątynia? Bogom się to spodoba – głos kapłana lekko drżał. – Niech ci sadownicy zaniosą dary na ołtarze.

– I to ma pomóc?

– Tak sądzimy – przyznał mędrzec, a w jego oku pojawił się tajemniczy błysk.

– Dobrze – odparł władca. – Teraz idźcie i powiedzcie to ludziom. Posłuchają was.

Kapłani nie zrobili tego od razu. Król kilka razy musiał powtórzyć rozkaz, ostatnim razem prawie krzyknął. Dopiero wtedy trzej mężczyźni w białych togach skłonili się i wyszli. Diogenes zaś podszedł do okna i obserwował, jak zareagują ludzie. Widział, jak z pewną niechęcią zgadzają się na ofiary. Nie sądzili, że mieli jakieś inne wyjście niż oddać swój majątek dwunastu bogom. Chociaż ofiary pewnie nigdy do nich nie trafią, zatrzymają się gdzieś w pobliżu świątyń i kieszeni kapłanów. Monarcha postanowił też, że wyśle kogoś, by dokładnie obejrzał podtopione sady. Może każe je osuszyć. Niech ludzie myślą, że o nich dba, wtedy nie będzie musiał obawiać się żadnego buntu. Będzie mógł cieszyć się swoim bezpiecznym pałacem.

Władca głośno westchnął. Słyszał echo dzwonu na wieży, brzmiał dość posępnie.

***

– A temu co? – odezwał się śniady gladiator, zabrany kiedyś z dalekiego południa.

Grupa kilku niewolników przyglądała się niedawnemu zwycięzcy. Kudłaty małpolud krążył po pustej arenie i jęczał coś w swoim dziwacznym, zwierzęcym języku.

– Wygrał i mu odbiło – prychnął ciemnoskóry Notyjczyk.

– Nie wygląda, jakby zwariował po zwycięstwie – odparł wysoki, żylasty niewolnik.

Lemurianin przebiegł kilka kółek po amfiteatrze. Wrzeszczał i machał długimi ramionami. Zdawał się być czymś śmiertelnie przerażony.

– To małpolud – stwierdził Toutatis, potężny gladiator z ziem na wschodzie, za morzem – kto by za nim nadążył. On nie myśli jak my, to zwierzę. Lepiej się nawet nie zastanawiać, co z nim.

Niewolnikom wystarczyło takie wyjaśnienie. Wszyscy powoli odwracali się od młodego wojownika z Lemurii i wracali do ćwiczeń. Kerkopis natomiast czuł każdym włosem, każdym mięśniem, każdą kością, że coś się zbliża. Jakieś wielkie niebezpieczeństwo. Jego prawie zwierzęcy instynkt dzwonił mu w głowie na alarm.

***

Marzłam. Byłam głodna. Ci którzy mieli strzec moich dzieci oszukiwali je. Możni bogacili się i bawili, a na mój lud zamykali drzwi i wystawiali straże. Odrzucali ich i kazali oddawać złoto dla bogów, chociaż sami je rozkradali.

Dzwon zabił ponuro. Zapłakałam. Cała się trzęsłam.

***

Makrobiański poseł szeroko się uśmiechnął. Jednym haustem opróżnił kielich najlepszego wina i śmiał się dalej. Przyjacielsko poklepał Diogenesa po plecach. Następnie przeniósł uwagę na grupę młodych Atlantek, należących do podarunku, który tutejszy monarcha składał jego ludowi. Dziewczyny w niewiele kryjących szatach patrzyły na łącznika z obcego królestwa.

– Liczę, że wasz król doceni mój dar – powiedział potomek Tezeusza.

– Doceni, doceni – zapewniał ciemnolicy posłaniec. – Dwie wyspy, złoto i te ślicznotki… Czy jest ktoś, komu nie podobałby się taki prezent? Wiecznotrwali – jak czasem nazywali siebie Makrobowie – przyjmą twój dar i niebawem razem ruszymy na północ, tak?

– Ależ oczywiście – odparł Diogenes, zanim zaproponował toast.

Nim zdążył unieść kielich do ust, coś się jednak stało. Ziemia się zatrzęsła, wino wylało się na podłogę, pałac zadrżał w posadach. Po drugiej stronie zamku potężna wieża runęła z hukiem. Marmurowe odłamki rozsypywały się na ziemi. Kilku atlanckich szlachciców zginęło pod gruzami. Piękny dziedziniec pokryły pęknięcia i fragmenty budowli. Olbrzymi posąg Posejdona przecięła szczelina, od której niemal odpadła mu głowa. Szklane okna rozsypywały się w pył. Dzwon bił wściekle. Po pałacu biegali strażnicy. Drzwi królewskich skarbców wypadały z zawiasów, żołnierze uciekali z posterunków, fontanny wybuchały falami gorącej wody, konie w stajniach rżały przerażone, pękały wrota piwnic i magazynów, a potem wszystko nagle ucichło.

Diogenes przerażonym spojrzeniem wodził po zdemolowanej komnacie. Przerażone niewolnice podnosiły się z podłogi, a poseł Makrobów strzepywał z siebie tynk i kurz. Na zewnątrz słychać było krzyki Atlantów, pustoszących zniszczone spiżarnie. Kilku ze zdumieniem wpatrywało się w zrujnowany pałac oraz krzewy wyrastające na dziedzińcu, ani odrobinę nie pasujące do tego miejsca. Nad wszystkim wciąż pobrzmiewał stary, potężny dzwon.

– Co to było? – odezwał się Wiecznotrwały.

– Nie wiem – przyznał monarcha. – Wcześniej nic takiego się nie zdarzało. Mam nadzieję, że się też nie powtórzy, ale może lepiej by było gdybyś już wyjechał i zabrał nasz podarek do Makrobii.

– Też tak sądzę – jęknął posłaniec.

***

Grupa gladiatorów przyglądała się walce przez kraty. Król zdecydował, że widowisko musi się odbyć. Pewnie chciał oglądając je, uspokoić nerwy po trzęsieniu ziemi pod pałacem. Rozmowy z wróżbitami i wizyty w burdelach nie wystarczały, by zapomnieć o czymś takim i pozbyć się obaw. Widok krwi przelewanej na chwałę Atlantydy i rodu Tezeusza, pozwalał Diogenesowi oderwać myśli od katastrofy. Teraz przyglądał się potyczce na arenie. Rudowłosa wojowniczka ze wschodu, Badb, rozbroiła swoją przeciwniczkę, młodą siepaczkę z gór Mu. Wytrąciła jej miecz i powaliła ją na ziemię. Później, nie czekając aż Muyjka się podniesie, zatopiła ostrze w jej szyi. Lud wiwatował, a Badb nawet nie obdarzyła ich spojrzeniem. Odeszła w stronę siedzib gladiatorów za kratami. Atlanccy możni szeroko otwartymi oczami wodzili za gibkim ciałem zabójczyni, która zdawała się w ogóle nie zwracać na nich uwagi.

Kiedy gladiatorka zniknęła w ciemnym tunelu, Diogenes uciszył lud. Służba usunęła zwłoki i na arenę wpuszczono kolejnych gladiatorów. Po piaskach przeszedł niski Lemurianin, by stanąć przed olbrzymim Toutatisem. Gigantyczny wojownik był od niego prawie dwa razy większy, miał gęstą, brudną i poskręcaną rudą brodę, potężne mięśnie oraz skórę, spaloną słońem i pokrytą bliznami od najróżniejszej broni. Spod krzaczastych brwi wpatrywał się w swojego nowego przeciwnika. Obaj trzymali krótkie miecze, tylko na pierwszej walce nie wolno było używać broni. Jak już udowodnili swoją wartość, dawali im oręż.

– Proszę, nie bierz tego do siebie – syknął cicho Toutatis – nie chciałbym, żeby prześladował mnie twój duch.

Kerkopis zawył przeciągle w odpowiedzi. W jego zwierzęcych oczach widać było przerażenie, ale to nie gladiatora się obawiał. Małpolud pierwotnym instynktem wyczuwał znacznie większe zagrożenie. Niewolnik ze wschodu nie mógł o tym wiedzieć i roześmiał się na widok miny Lemurianina.

Rozbrzmiał sygnał do walki. Toutatis skoczył na przeciwnika, tnąc mieczem. Lemurianin w ostatniej chwili przeturlał się w bok, unikając ciosu. Zabijaka szybko jednak znów stanął przed nim. Ostrze błysnęło między nimi raz i drugi, gladiator ze wschodu nacierał z demoniczną siłą. Za każdym razem, kiedy Kerkopis próbował parować cios, uderzenie odrzucało go na kilka metrów. Atlanci byli już pewni, jak zakończy się to starcie. W chwili, gdy małpolud wypuścił miecz, oczyma wyobraźni widzieli już jego skrwawione ciało padające na ziemię. Toutatis kopnął Lemurianina, pozbawiając go równowagi. Następnie od razu wykonał błyskawiczne pchnięcie. Kilku mieszczan krzyknęło pospiesznie, ale zwłoki nie upadły. Małpolud przetoczył się w bok i uniósł wypuszczone ostrze. Chcąc tylko ratować własne życie, rozciął grzbiet przeciwnika. Toutatis syknął z bólu, krew spłynęła na piasek, a Kerkopis uderzył gladiatora płazem miecza. Szala jednak szybko wróciła do poprzedniej pozycji. Napędzany bitewnym szałem wojownik odwrócił się, czubek jego ostrza rozciął skroń wroga. Pęd powietrza przewrócił małpoluda, a siepacz stanął nad nim, by dobić przeciwnika.

– Coś mi nie pasuje w tym Lemurianinie – odezwał się ktoś na widowni.

– Nie chce walczyć – ktoś mu odpowiedział. – Raz na jakiś czas wykona cięcie, ale potem będzie uciekał. A i tak zanim zdecydował się zrobić użytek z miecza, minęło więcej czasu, niż trwa normalna walka.

– Nie o to mi chodzi – powtórzył głos lekko zagadkowo. – Nie wiem co, ale coś z nim nie tak. On nie może dzisiaj zginąć.

– Za późno – szepnął jego kolega, pokazując na gladiatora, mającego uśmiercić Kerkopisa.

Pierwszy z mężczyzn wstał z ławy. W myślach powtarzał własne słowa „on nie może dzisiaj zginąć”. Nie miał pojęcia, skąd to wie, ale był pewien, że Lemurianin przeżyje to starcie. Zastanawiał się jeszcze tylko, co się stanie. Małpolud nie miał szans w tej walce, ale nie mógł umrzeć.

– No dalej – szepnął.

Gladiator stanął na piersi Kerkopisa, przygniatając go swoim ciężarem do ziemi. Ostrze nieubłaganie sunęło w dół, na spotkanie młodego wojownika. Nigdy jednak się z nim nie zetknęło. Sztych dzieliło od gardła Lemurianina zaledwie kilka cali, kiedy ziemia się poruszyła. Toutatis padł obok małpoluda. Piasek areny okrył ich nieprzeniknionym całunem. Amfiteatr drżał, na powierzchni balkonów i kolumn rysowały się siatki pęknięć. Widownię ogarnęło poruszenie, przerażeni Atlanci przeciskali się do wyjść. Kraty podniosły się z łoskotem, by walczący gladiatorzy schronili się w podziemiach. Wszędzie słychać było krzyki. Loża królewska nagle opustoszała. Z trybun też poznikali ludzie.

***

Moje dzieci bały się mnie. Nie pojmowały, kto za tym stoi. Nie słyszeli mnie, nie mogłam z nimi mówić. A krew wciąż przelewano. Oddawano moje córki w niewolę. Chciałam walczyć, zatrzymać ich oprawców, ale mój lud mnie nie słyszał. Czułam jednak, że w mieście jest ktoś, kto może zrozumieć moje słowa. Drobna, niepozorna iskierka, o której nikt nawet by nie pomyślał mogła usłyszeć mój głos. Nie zamierzałam pozwolić, by zgasła, kiedy moje dzieci cierpią, a moja twarz jest oblewana ludzką krwią. Musiałam z nią porozmawiać, a ta iskierka musiała przekazać Atlantom moje słowa.

***

– Panie, przyszedł Libyjczyk – oświadczył służący. – Chce z wami mówić.

– Wpuść go – monarcha zasiadł za biurkiem, na którym rozłożył jakieś dokumenty, by wyglądać na zajętego.

Sługa skłonił się i wprowadził do pomieszczenia smagłolicego mężczyznę z krótką, ciemną brodą. Nosił długie, barwne szaty, w których zdawał się tonąć.

– Kim jesteś? – odezwał się władca, kiedy Libyjczyk zdążył skłonić mu się na powitanie.

– Nazywam się Chamar Kya – przedstawił się ciemnoskóry.

– Makrob? – Diogenes obdarzył przybysza krótkim spojrzeniem.

– Adyrmachida – powiedział Chamar. – Jestem uczonym z Muamry – dodał, głosem każącym sądzić, że jest to niezwykle ważna informacja.

– Mów, po co przychodzisz? – nakazał król podnosząc jakieś pismo, by pokazać, że nie ma zbyt wiele czasu.

– Chciałbym wykupić jednego z waszych niewolników – przyznał Libyjczyk.

– Którego?

– Lemurianina – odparł uczony.

Na królewskiej twarzy odmalowało się zdziwienie. Monarcha podniósł wzrok i dokładnie przyjrzał się postaci. Delikatne rysy i rozmarzone spojrzenie nie pasowało do miłośnika krwawych walk. Ubrany był jednak bogato, więc monarcha postanowił nie kończyć jeszcze rozmowy.

– Po co uczonemu gladiator?

– To Lemurianin – odpowiedział Adyrmachida – nie człowiek, ale i nie zwierzę. Dla nauki jest wielką zagadką, a jej rozwiązanie ważnym celem. Chciałbym go kupić.

– To dla ciebie ważne – władca wcale nie zadał teraz pytania. – Masz w ogóle czym zapłacić? – uczony powoli i niezbyt pewnie pokiwał głową. – Pomyślę – powiedział monarcha, po czym gestem odprawił Adyrmachidę.

Uczony wyszedł zawiedziony. Nie sądził, żeby król łatwo zgodził się sprzedać tak ciekawego gladiatora, zwłaszcza teraz, kiedy ktoś się nim zaczął interesować. Nie zamierzał jednak się poddać. Musiał tylko trochę poczekać. Był pewien, że ten Lemurianin jest ważniejszy niż się wszystkim wydaje.

***

Od ostatniego trzęsienia ziemi nikt nawet nie zbliżał się do amfiteatru. W ogóle większość osób wolała nie wychodzić z bezpiecznych domów. Arena była niemal zupełnie pusta. Niemal, bo ktoś się tam jednak pojawił.

– Przez tamtą bramę można dojść do kwater gladiatorów – wskazał smagły mężczyzna. – Wejdziemy i go stąd zabierzemy.

– Nie sądzę, żeby to było takie proste – drugi pokręcił głową i zaciągnął kaptur na twarz, bojąc się, że ktoś go tu zobaczy.

– Jak na razie idzie całkiem łatwo – uśmiechnął się pierwszy Adyrmachida.

– Teraz tak mówisz. Jak tam wejdziemy, rzucą się na nas te rębajły albo strażnicy się obudzą i skończymy na szubienicy.

– Daj spokój – Libyjczyk machnął ręką. – Po mandragorze pośpią kilka godzin, tak na pewno nie będzie.

– Tak, pewnie rzucą nas lwom – smagłolicy złapał się za głowę.

– Przestań już marudzić i pomóż mi to otworzyć – uczony podszedł do metalowej kraty i gestem ponaglił swojego towarzysza.

– To się nie może dobrze skończyć – szepnął pod nosem, zbliżając się do przyjaciela. – A jak już go uwolnisz, to co? On przecież nie mówi.

– Coś wymyślę – stwierdził Adyrmachida, wyjmując spod płaszcza jakiś pokrzywiony kawałek metalu. – Za tamtymi drzwiami, powinien być mechanizm podnoszący kratę – uczony wskazał wejście pod trybunami – ty je otwórz i podnieś kratę, a ja spróbuję się porozumieć z Lemurianinem.

– Ja przynajmniej nie ryzykuję, że te potwory rozszarpią mnie na strzępy – Libyjczyk mamrotał cicho, kiedy szedł w stronę drzwi.

– Nie przesadzaj – przyjaciel najwidoczniej usłyszał jego słowa.

Kilka chwil później ciężka krata podniosła się ze zgrzytem, a uczony z Muamry wszedł w ciemny korytarz. Rozbudzeni nagłym hałasem gladiatorzy przyglądali mu się badawczo, a on musiał stłumić lęk i iść naprzód. Wiedział, że to ważne.

***

Wszedł, znalazł go, mógł mnie usłyszeć. Dzwon zabił głośniej.

***

– Masz go?

– Mam – odparł Adyrmachida, pokazując drobną postać zawiniętą w płaszcz, stojącą obok kilku większych wyłaniających się z cienia sylwetek.

– A ci to kto?

– Pozostali gladiatorzy – odparł szybko Libyjczyk.

– Po co ich zabierałeś? – denerwował się smagłoskóry. – Z taką bandą na pewno nas zauważą.

– Przestań narzekać, idziemy – ponaglił go uczony.

Dwóch Libyjczyków wyszło z amfiteatru. Za nimi szło kilkudziesięciu gladiatorów. Chamar trzymał Lemurianina tuż przy sobie, zastanawiając się, jak zrozumieć myśli małpoluda. Wszyscy pozostali martwili się wówczas czymś zupełnie innym, bardziej przyziemnym. Obawiali się strażników, których mogli spotkać w każdej chwili. Te obawy w jednej chwili rozrosły się do poziomu dzikiego przerażenia, kiedy nad miastem rozległy się krzyki i dzwony. Nie dzwony miejskie, alarmowe. Te na wieży zaczęły wybijać rytm ich przestraszonych serc. Wokół rozległy się szybkie kroki. Strażnicy byli coraz bliżej.

***

Król Diogenes stał na zniszczonym rynku z mieczem w dłoni. Poranne słońce odbijało się od klingi. Na twarzy monarchy rysował się gniew. Wściekły władca krążył przed pojmanymi Adyrmachidami i gladiatorami, którzy nie zdążyli się jeszcze nacieszyć wolnością, starannie omijając coraz liczniejsze kałuże i szczeliny, pokrywające ziemię. Dzwon na wieży wybijał powolny rytm, w którym rozbrzmiewało zdenerwowanie.

– Włamaliście się w nocy na moją arenę, wypuściliście moich niewolników i próbowaliście mi ich wykraść – wymieniał król, głośno zgrzytając zębami. – Czy coś może pominąłem – schwytani nie poruszyli się nawet. – Dobrze. Chcielibyście coś powiedzieć? Podać jakiś powód, dla którego nie powinienem skazywać was na śmierć? – Diogenes po kolei wskazywał sztychem miecza na wszystkich oskarżonych.

– Nadchodzi coś strasznego – odezwał się cicho Chamar.

– A co takiego? – potomek Tezeusza stanął nad Adyrmachidą.

– Tego jeszcze nie wiem… – zaczął uczony.

– Nie wiesz? – wtrącił władca. – A może nic nie nadejdzie?! – warknął gniewnie, tnąc mieczem powietrze przed smagłą twarzą Libyjczyka.

W momencie, kiedy klingę i ostry nos Adyrmachidy dzieliły jedynie centymetry, dzwon na wieży zabił potężnie. Kawałek ściany jednego z pobliskich budynków odleciał z hukiem, a rzeźba Posejdona rozpadła się na dwie części. Siedzący obok Kerkopis zawył z przerażenia.

– Milcz, potworze! – ryknął Diogenes, rozcinając policzek Lemurianina.

Monarcha otworzył szeroko oczy. Powietrze wyleciało mu z płuc. Po twarzy małpoluda spływał błękitnozłoty ichor. Oszołomiony władca spojrzał na własną dłoń, ranną od zbyt mocnego ściskania rękojeści. Ślad na niej był najzwyczajniej w świecie czerwony, nie miał w sobie nic boskiego. Krew Lemurianina też przybrała czerwony kolor, ale ta krótka chwila wystarczyła, by pokazać, kim jest król Atlantydy. Dzwon zaczął bić jak szalony, ziemia się poruszyła.

– Ludzie! – wrzasnął Chamar, który jako pierwszy zrozumiał, co się dzieje. – Szybko, do portu! Uciekajcie!

Kiedy potężny dzwon zleciał z wieży i uderzył gdzieś w pobliżu pałacu, nikomu nie było potrzebne jego poganianie. Wszyscy, niczym jeden człowiek, puścili się pędem w kierunku lasu żagli. Biegli jak szaleni, rozpaczliwie pragnąc ocalić życie, a Atlantyda coraz bardziej pokrywała się wodą. Rozstępująca się ziemia oraz fragmenty walących się budowli wielu zatrzymało w mieście. Morze było coraz wyżej, chorągwie urywały się z wież. Grupa oskarżonych zaczęła wstawać i uciekać z rynku. Król wciąż stał oszołomiony z opuszczonym mieczem. Zbyt sparaliżowany, by biec albo chociaż iść. Przed oczami wciąż miał złocistą krew Lemurianina i swoje czerwone dłonie.

***

Wszystko zakończyłam. Dzwon przestał bić, chorągwie nie łopotały już na wietrze, miasto przestawało żyć. Morska woda pokrywała moje ciało. Dziesiątki statków wypływały z moich ramion, drugie tyle, łodzi, których nie zdążono odwiązać, tonęło wraz ze mną. Udało mi się jednak uratować moje dzieci. Ja umierałam, ale one żyły.

Umarłam, ale dzięki nim przetrwam. Umierałam, odchodziłam do legend, stawałam się mitem, opowieścią, tylko legendą.

Koniec

Komentarze

– Każ opatrzyć jego rany – monarcha zwrócił się do jednego ze sług – nakarm go i daj mu kobietę. Zasłużył – Diogenes powiódł radosnym spojrzeniem po twarzach tłumu.

Raz masz dobry zapis dialogów, a potem zły jak tutaj. 

 

Możesz też spokojnie usunąć tytuł z początku. I pododawaj spacje przy “***”.

 

Zaczęłam czytać i sobie czytałam do pewnego momentu. Potem pobieżnie przejrzałam i zapoznałam się z końcówką. Cóż, research by się przydał, bo pomieszanie mitu o Atlantydzie (zresztą wcale nie tak rozwiniętego), greckich polis oraz rzymskich walk gladiatorów nie jest na moje nerwy. I jeszcze ten Minotaur, który był umiejscowionych w mitach po Atlantydzie (o ile da się tę mityczną wyspę umieścić jakoś w miarę chronologicznie). 

Teoretycznie moja bajka, ale jakoś nie działa. Za dużo igrzysk, za mało chleba, a raczej literackiego mięsa. Jest przegląd różnych nacji, trochę bez ładu i składu. Jest jakiś tam pomysł (miasto potrzebujące krwi, hmmm, Aztekowie się troszkę kłaniają), ale zabrakło fabuły, bohaterów i świata.

Wg mitu Atlantyda upadła grubo przed czasami historycznymi, wcześnie w okresie heroicznym, a zatem co tu robią gladiatorzy, których nazwa pochodzi od konkretnej rzymskiej broni. Dlaczego akurat Irlandka (rudowłosa Badb) jest opisana jako “ze wschodu”, skoro wszyscy pozostali z punktu widzenia Atlantydy też są ze wschodu? Cała Europa, o Azji już nie wspominając, Afryka zresztą też, jest na wschód od Atlantydy.

Dzwony w epoce heroicznej też mi jakoś tak nie bardzo, w kulturach klasycznych, a także u ich wschodnich sąsiadów znano oczywiście dzwonki, ale duże dzwony to znacznie późniejszy wynalazek. Z wieżami też bym nie przesadzała, to nie jest typ budowli charakterystyczny dla starożytności. A już zwłaszcza potężnych dzwonów zlatujących z wież po prostu nie może tam być, nawet gdyby to były czasy historyczne, ale starożytność. To nie włoskie miasto średniowieczne.

Imię Diogenes znaczy “syn Zeusa”, a więc średnio pasuje do potomka Posejdona. Poza tym ma pozytywne skojarzenia przez filozofa, więc jakoś mi zgrzyta w tym kontekście antypatycznego króla idioty. Kerkopis to raczej imię kobiece. Makrob brzmi jak mikrob.

 

“Rozstępująca się ziemia oraz fragmenty walących się budowli wielu zatrzymało w mieście.“ To nie ma sensu jako zdanie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

O właśnie, Drakaino, tych słów mi brakowało – okres heroiczny. Wyleciało mi z głowy totalnie. 

Autorze, masz piętnaście lat i cieszy mnie, że podjąłeś się pracy nad takim obszernym materiałem. Ale teraz musisz naprawdę dużo czytać, aby takich wybuchowych mieszanek już nie było. Pracuj, pracuj i jeszcze raz pracuj, bo tlą Ci się w głowie pomysły. Potrzebują tylko nieco czasu, aby wyjść na świat :)

No niby panie mają rację – sporo fragmentów z całkiem różnych bajek. Ale czyż nie tak samo było w Conanie? Czytając “gladiator” nie mamy na myśli “gladiusa”, ale niewolnika, walczącego na śmierć i życie dla przyjemności innych.

Inna sprawa, że jak pomysł mi się podoba (Atlantyda jako legenda nawet bardzo), to już wykonanie – nie porwało. Jakieś takie mało emocjonujące i suche.

I parę błędów:

 – “a na mój lud zamykali drzwi” – przed moim ludem;

– “złoto dla bogów” – złoto bogom;

– “na pierwszej walce” – tak masz kilka razy, a poprawnie to “podczas pierwszej walki”;

– “Jak już udowodnili swoją wartość, dawali im oręż” – gdy udowodnili…; kto dawał? może lepiej “dawano im”?;

– “Pęd powietrza przewrócił małpoluda” – skąd ten pęd powietrza? huragan się zerwał? bo od podmuchu po machnięciu mieczem to najwyżej fryzura się może zdefasonować.

 

Czyli – jest niezły pomysł, ale wykonanie nie nadąża.

 

EDIT: Autor ma 15 lat? Fiu, fiu… To wykonanie jeszcze nadąży :D.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

@gladius/gladiator

Odwieczny problem, czy w fantasy można siadać po turecku, a kolor może być bordowy. Ale tu to jest po prostu element z innej rzeczywistości wrzucony w całkowicie niewłaściwy kontekst, bo to nie jest klasyczna fantasy, tylko próba interpretacji mitu, który z kolei jest osadzony w jakoś tam definiowalnym czasie i rzeczywistości.

Conan to trochę co innego – to jakby zarzucać Newtonowi, że nie znał fizyki kwantowej, a Carterowi, że nie wykonał dokumentacji grobowca Tutanchamona tak jak by się to zrobiło dzisiaj. Wtedy się inaczej pisało, więc na naiwności Howardów tego świata patrzymy też inaczej.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ja bardzo Pana Autora przepraszam, ale nie da się tego łubudu doczytać do końca. Pomieszane, poplątane. Kreta z Atlantydą, Lemuria ze star. Rzymem i Jukatanem, jakieś włochate małpoludy do tego się pałętają, jeszcze tylko zombie i Yeti i byłby komplet. Tymczasrm nawet w fantasy warto czasem spokojniej dawkować erudycję… Bo czytelnik może uciec z krzykiem i rzężeniem…

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Uwagi (przykładowe, wpadki techniczne zdarzyły się w większej liczbie, zwłaszcza musisz przejrzeć dialogi):

 

Oddziel bardziej gwiazdki od tekstu ;)

uniósł lewę rękę, a wszyscy ← literówka

Za Atlantydę! – mMonarcha przechylił ← czynność po wypowiedzi nie dotyczy mówienia, sprawdź w poradniku zapisu dialogów

Mniejszy obserwował go, przerażonym spojrzeniem

– A więc, co robić? – gGwardzista zrobił

Gdy młody Lemurianin ponownie otworzył oczy(+,) wyrzucił zakrwawione ostrze

Zrozum ich(+,) panie. ← wtrącenia/wołacze oddziel od tekstu

– Podtopiło sady? – wWładca uniósł nieznacznie brwi.

Wiecznotrwali, jak czasem nazywali siebie Makrobowie, przyjmą twój dar ← w fantazmatowej formatce wywalamy półpauzy, gdy nie wprowadzają didaskaliów

Diogenes przerażonym spojrzeniem wodził po zdemolowanej komnacie. Przerażone niewolnice

Moje dzieci bały się mnie. Nie pojmowały, kto za tym stoi. Nie słyszeli mnie ← podmiotem są dzieci, a więc nie słyszały (albo podaj nowy podmiot, jeśli nie chodzi o dzieci)

– Przestań już marudzić i pomóż mi to otworzyć(+.)uUczony podszedł do metalowej kraty i gestem ponaglił swojego towarzysza.

Czy coś może pominąłem(+?) – sSchwytani nie poruszyli się nawet.

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Nie mam problemu z mieszaniem różnych, nazwijmy to, składników kultury, również takich występujących w zależnościach chronologicznych – jeśli ma to na celu, coś więcej niż widzimisię autora (np. jaskiniowiec jeżdżący na dinozaurze ma efekt humorystyczny i to jest ok). Słabością tego tekstu jest właśnie to, że właściwie nie wiadomo, dlaczego te składniki zostały zmieszane, poza tym, żeby wcisnąć jak najwięcej legend, a dla mnie to za mało. Poza tym pomysł na samą fabułę jest ok i styl też nie najgorszy, ale wymaga szlifu. Samo zakończenie zbyt łopatologiczne.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Widzę problem z przecinkami i powtórzeniami, na przykład tutaj:

Strach przed płomieniem przypomniał[+,] w jakim celu ich tu przywieziono. Jeden z nich dokonał natychmiastowej oceny pozostałych dwóch i rzucił się na tego, który wydawał mu się najsłabszym. W oczach miał pożar trawiący ich wyspę, dziesiątki uzbrojonych Atlantów oraz tygodnie spędzone pod pokładem galery. Nagle przypomniał sobie wszystko, czego doznał[+,] odkąd został schwytany.

– Zrozum ich[+,] panie.

Ale ogólnie mi się podobało :)

“Dzwon na wieży wybijał powolny rytm, w którym rozbrzmiewało zdenerwowanie”. – dzwon się denerwował?

W opowiadaniu dużo się dzieje, ale emocji nie ma za grosz. Jest okropnie nużące i szablonowe.

Młody autorze, pierwsze koty za płoty. Tekst nie porwał, ale też nie sprawił przykrości. Napisałeś opowiadanie nawet poprawnie (nie licząc wskazanych przez poprzedników błędów). Też nie podobało mi się mieszanie elementów kulturowych, zupełnie do siebie nie przystających, ale sam pomysł uważam za dość ciekawy. Teraz trzeba popracować nad stopniowaniem napięcia i konstruowaniem postaci, które wzbudzają w czytelniku emocje. Sporo pracy przed Tobą, ale niewątpliwie masz talent, który warto rozwijać. Mam nadzieję, zobaczyć tutaj więcej Twoich tekstów. Powodzenia w konkursie. 

Tekst napisany jest przystępnie, przeczytałem bez większych problemów. Natomiast mam problemy z samą konstrukcją fabuły. Pal licho mieszanie elementów z różnych kultur, z odpowiednim wytłumaczeniem bym to łyknął. Jednak potykam się o takie elementy, jak król osobiście sterujący igrzyskami, osobiście sprzedający niewolników – powinien mieć od tego ludzi. Podobnie żąglujesz znanymi nam nazwami w nieznanym kontekście. Przez to ciągle się gubiłem, co to za państwo w Libii, o którym wspominasz itd.

Podsumowując: technicznie przystępnie, ale fabuła i jej prezentacja kuleje w tym koncercie fajerwerków. Jednak pierwsze koty za płoty, poczytaj poniższe linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Interesującą legendę wybrałeś. Niby taka znana, a jednak nikt dotychczas się o nią nie pokusił.

Fabuła nie wydała mi się ciekawa. Wiadomo, że Atlantyda musi zatonąć, więc nie było żadnych zaskoczeń ani fajnych zwrotów akcji. Tym bardziej, że skoncentrowałeś się głównie na walce, a to nigdy mnie nie pociągało.

Bohaterowie też nie rzucają na kolana. Król głupi, kapłani chciwi i kłamliwi… Nie ma nawet komu kibicować.

Legenda mocna i wyraźna. Masz w tekście postać, która naprawdę może powiedzieć “jestem legendą”. To na plus.

Dołączam do chóru osób, którym przeszkadzało pomieszanie epok. Szczególnie znane imiona dodane niepasującym postaciom. Ale rozumiem, że jeszcze Ci brakuje doświadczenia i po prostu wrzuciłeś wszystko, co Ci się kojarzyło ze starożytnością. Do listy zarzutów dodam jeszcze jeden:

Pozostało jeszcze tylko parę metrów,

Metr to stosunkowo nowa miara. Może lepiej w takich wypadkach trzymać się antropogenicznych? Stopy, łokcie, kroki itp. wykorzystywano w różnych kulturach.

Babska logika rządzi!

Muszę przyznać rację Finkli i innym przedmówcom. Pomysł miałeś, legendarna Atlantyda jak najbardziej, ale rzeczywiście aż takie wymieszanie kultur niczemu nie służy. Sama Atlantyda jest tak mitycznym miastem, o którym napisano tyle materiałów, że przystępując do pisania, nawet w wieku 15 lat, miałeś możliwość poszerzyć swoje informacje i bardziej się przygotować. Dużo lepiej by to brzmiało gdybyś nawet stworzył własne ludy, z inną kulturą i nikt by Ci nie mógł tego zarzucić ;)

Inną sprawą jest przedstawienie walk na arenie. Pomijam nazywanie walczących gladiatorami, bo też mi się wydaje że nie jest to aż takim dużym błędem. Ale same sceny potyczek są za mało wiarygodne. Brakowało mi dreszczyka, potu i krwi ;)

Schematyczne przedstawienie kultury Atlantów (o właśnie lepiej by brzmiało Atlantydów) też nie pomaga fabule. A mogłeś wyczarować cuda ;)

Ale nie zniechęcaj się, pierwsze koty za płoty ;)

Wykonanie nie razi, ale błędy niepoprawione, a tu mamy dawno po 1 maja. Zastrzeżenia co do konstrukcji i fabuły masz już wyżej. Siedziałam, czytałam, dumałam, ostatecznie wyszło mi, że tekst nie weźmie udziału w głosowaniu. Ale mam nadzieję, że się tą decyzją nie zrazisz.

 

Jeszcze trochę uwag:

Słyszał echo dzwonu na wieży, brzmiał dość posępnie. ← wydaje mi się, że podmiotem jest echo dzwonu

drugie tyle, łodzi, których nie zdążono odwiązać,

nakarm go i daj mu kobietę. Zasłużył(+.) – Diogenes powiódł

– Nie sądzę, żeby to było takie proste(+.)dDrugi pokręcił głową i znaciągnął kaptur na twarz, bojąc się, że ktoś go tu zobaczy.

– Tak, pewnie rzucą nas lwom(+.)sSmagłolicy złapał się za głowę. ← może nawet lepszy wykrzyknik niż kropka, łapiemy się za głowę w wielkich emocjach.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Był pomysł na legendę, ale sprowadzenie sprawy do walk gladiatorów, z których jeden jest dość szczególny, ale nikt o tym nie wie, to dla mnie stanowczo za mało. Jeśli do tego dodamy mizerię postaci, wątłą fabułę i komplety miszmasz, czyli pomieszaniem wszystkiego ze wszystkim, lektury nie mogę uznać za satysfakcjonującą.

Dziwi mnie też, że Autor, zamieściwszy opowiadanie, zupełnie przestał interesować się jego losem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka