- Opowiadanie: wybranietz - Słowarka

Słowarka

Fantasy, ale takie low-key.

Powiedziałabym, że to akurat w przerwach między legendami, od legend wolne, ale chyba tak powiedzieć nie mogę ;)

Zapraszam!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy V

Oceny

Słowarka

 Kiedy jest się w mieście przejazdem, nigdy nie ma czasu na przeszukanie wszystkich barów i restauracji, by odnaleźć gdzieś miejsce dla siebie. Trzeba zdać się na kogoś, kto coś poleci, lub na ślepy traf. Kiedy do obcego miasta przygna rozpacz, strata, zdrada, i człowiek nie chce już więcej wierzyć słowom, w kwestii wyboru lokalu zdaje się na przypadek. Słowom przecież i tak nie można wierzyć, a przypadek przynajmniej nie udaje czegoś celowego. Praca wiążąca się z częstymi wyjazdami pozwala na dużo małych ucieczek, tak przydatnych, kiedy w małżeństwie bariera stołu staje się nieprzekraczalna.

Wyjeżdżam więc do miasta, miasteczka, wioski, gdziekolwiek, gdzie są ludzie i nie ma ciszy. Wybieram lokal, na chybił trafił, czasem trafił, często chybił, od czasu do czasu wspomagając się ogłoszeniem o festynie, czy widokiem orszaku – ślubnego lub żałobnego, okazja jest dla mnie bez znaczenia. Chodzi o słowa, opowieści, w które nie muszę wierzyć. Każdą bzdurę przyjmę z otwartymi ramionami i nawet pięknie zredaguję.

Mówią, że wódka nie sprzyja biesiadowaniu, wódka sprzyja brawurze, działaniu natychmiast, piwo zaś – piwo to co innego. Kufel duży, sączy się z niego powoli, smakuje się napój i słowa, można w spokoju się namyślić nad planowanym działaniem. Bardziej mówi się niż robi, słowa płyną powoli, snuje się wielkie plany, można się wygadać, nagadać i dogadać. A niech no do tego podadzą smażony ser i inne tłuste przekąski, to wszyscy powolnieją jeszcze bardziej, ociężali, zatopieni w bursztynie jak prehistoryczne owady. Łatwo nic nie mówić, słowa są zbyt ciężkie, by wytoczyły się z rozchylonych ust, ale za to kiedy się już zacznie, to trudno skończyć, toczą są jak lawina. Dobrze słucha się takich opowieści, snutych przy sąsiednim stoliku. Nic lepiej nie wyławia tego, co najważniejsze, niż cierpliwe ucho kogoś z zewnątrz.

Kiedy trafię na nową, interesującą historię, piwnym krokiem podchodzę do stolika i dopytuję o szczegóły. Kompania zwykle nie ma nic przeciw, bo nowy biesiadnik, który jeszcze nie słyszał wszystkich historii, to skarb, który trzeba zasypać zdaniami, zalać powodzią słów. Czy to sprawdzonymi anegdotami, tymi które zawsze wszystkich bawią, człowiek cieszy się na zapas, od samego początku bawi go puenta, czy to mniej udanymi, których znajomi już słuchać nie chcą, ale które są wystarczająco dobre, by dać je nieznajomym.

Zbieram te prezenty i troskliwie przechowuję.

Zajmuję się folklorem, bajaniem, legendami miejskimi. Te wszystkie historie, które wydarzyły się znajomemu znajomego, które są zupełnie prawdziwe, które opowiadają matki dzieciom, sprzedawcy kupującym, znajomi znajomym, tubylcy obcym.

Lub obcy tubylcom – mam parę swoich historii, ulubionych, które zawsze staram się po sobie pozostawić, zasiać tam, gdzie ich wcześniej nie było.

Pewnie nie powinienem tego robić – coś na studiach mówili o bezstronności badacza, coś ja sam opowiadam studentom o nieingerowaniu w środowisko, nieskażonym stanie naturalnym – ale przecież, czym są opowieści, które nie są opowiadane? Martwymi eksponatami w gablotach. Niech przyszłe pokolenia zastanawiają się, jak legenda miejska typ 140 – Suknia ślubna z trupim jadem, dostała się w ten region, gdzie nie było zwyczaju kupowania sukien z drugiej ręki.

Miejskie legendy dobitnie pokazują, jak bardzo nie potrafimy przestać się bać. Śmierć panny młodej, dzieci kradzione w supermarketach, wycięte nerki, rakotwórcze wszystko, mordercy w samochodach, nekrofile – wszystko na wyciągniecie ręki. Za to na wyciągnięcie drugiej – odkupienie za śmieciową cenę, bo obiecany wózek inwalidzki, nawet grosza nie trzeba dać, tylko coś, co i tak byśmy wyrzucili, transmutuje w coś niezbędnego do życia, dajemy, nic nie tracąc, cudowne rozmnożenie materii, oburzeni Murzyni walczący z rasizmem starszych pań w autobusach (kibole za zjedzenie biletu pewnie wybiliby zęby, nawet legendy miejskie nie przekraczają pewnych granic realności), matura z polskiego, którą oblałaby sama Szymborska, choć nie Szymborska, a Sokołowski, nie wiersz, a esej i nie oblał, a wynik nie skłaniałby do oblewania, to też zawsze dobry temat, bo potwierdza wady systemu, a nie nasze. Zło czyha na łamiących zakazy, choć jednocześnie chwała czeka na tych, co porzucą rutynę. I jak dawniej faworytem był najsłabszy z braci, tak i dziś kibicujemy matce, której skorumpowany lekarz oddaje przez pomyłkę nie jej kopertę z łapówką.

Niektóre historie są jednak tak zrośnięte ze swoim miejscem, że trudno by je było przeszczepić na inny grunt, delikatne jak egzotyczne kwiaty.

Jak ta historia o browarze – nie mogłaby powstać tam, gdzie nikt piwa nie warzy. Spędziłem w tym mieście trzy noce, każdą z nich przegadałem do rana w innym barze. Opowieść usłyszałem trzy razy. Nie opowiadano jej chętnie, raczej półgębkiem, intymnie, nie przy publiczności. Mówili mi o tym tuż przed świtem, jakbym najpierw długo musiał ich oswajać zainteresowaniem w zwykłych historiach, jakby musieli się upewnić, że z końcem tygodnia wyjadę i nie wrócę, że nie chcę zapuszczać korzeni.

W ich opowieściach była mgła i puste ulice. Wśród tych co zawsze bram i budynków wyrastał nieznany, ale jednak znajomy bar. Zaciekawieni, nie mogli do niego nie wejść. W środku wszystko pokryte patyną czasu, jakby to miejsce czekało tam od zawsze. Za barem stała starsza kobieta, włosy przetykane siwizną miała zwinięte w ciasny kok na karku, niesforne pasmo, jak wspomnienie młodości, wymykało się z upięcia, zapomniane przy skroni. Nie było tam nikogo innego, w ciszy słyszeli szum krwi w żyłach, skrzypienie stawów, młoteczek walił w kowadełko jak w kuźni. To jednak był tylko odgłos kropel nagłej ulewy, które waliły w szyby jak w dzwony na trwogę. Snop złotego światła padał na jeden, jedyny stołek przy barze, pozostawiając resztę pomieszczenia w ciepłej ciemności, jakby utrwalono ich w sepiowej fotografii albo zatopiono na dnie kufla z piwem.

Starsza kobieta stawiała przed nimi szklankę, w której denku zatopiono pączek róży. Nalewała piwa z przykurzonej butelki. W oddali widzieli kadzie i beczułki, widocznie tutaj, jak w wielu innych miejscach, szynk towarzyszył browarowi.

Wraz z pierwszym łykiem zimnego piwa czuli, jak ciemność dookoła traci swoją ciepła barwę, cień staje się chłodny jak strach.

Barmanka nic nie mówiła, widocznie nie miała nic, tylko swoją samotność i tylko tym mogła się z nimi podzielić. Mówili więc oni. Czuli tę jej samotność w sobie, i była taka sama jak ich własna, tylko teraz wreszcie mieli słowa, by ją wyrazić. Piwo zostawiało gorzki posmak na języku i nie wiadomo, czy ta gorycz, to z piwa, czy z ich słów. Im więcej mówią, tym bardziej gorzko i tym bardziej złoto w szklance. Im więcej pili, tym bardziej rozkwitał pąk zatopiony w denku, przekwitał i zawiązywał się w owoc. Mówili coraz szybciej, coraz bardziej gorączkowo, coraz bardziej o wszystkim, czego wcześniej nie umieli wypowiedzieć, jakby wypluwali ciernie z płuc i żołądka. Słowa wypełniały ciemność jak dym, jasnoszare, niebieskawe i białe. Wydawały się wydobywać nie tylko z ust, ale też z oczu, jakby rozplatali białą zasłonę albo watę cukrową i rzucali ją obok siebie. Osuszali kolejne szklanki, aż ta ostatnia była tak pełna płynnego złota i goryczy, że nabierali pewności, że już nic, nigdy, więcej goryczy im nie przyniesie. Tylko twarz odbijała się w płynie, jakby cała reszta zapadła się w pustkę; oczy odbijały się w złocie i złoto barwiło oczy. Wraz z tą ostatnią czarą goryczy na skroniach pojawiały się wieńce siwizny, a wraz z nimi spokój, jaki przychodzi tylko po burzy. Oszołomieni, wychodzili na suche ulice.

I rzeczywiście, wszyscy bajarze mieli włosy przetykane siwizną i złote refleksy w źrenicach, choć równie dobrze mógł to być tylko poranek lub odprysk piwa. Na koniec prosili, by nie mówić o tym w mieście, bo by ich inni za wariatów wzięli.

I tej trzeciej nocy, kiedy opuściłem bar, znalazłem się na cichej, zasnutej mgłą ulicy. Też miałem w sobie morze słów, cały ich ocean i rozpaczliwie potrzebowałem kogoś, kto by mnie wysłuchał, bo musiałem wylać z siebie słowa, które we mnie wezbrały i nie pozostawiły miejsca na nowe. Zacząłem rozglądać się za barem. Oczywiście, niczego nie znalazłem. Może po prostu nie wiedziałem, którego nie powinno być.

 

Koniec

Komentarze

Trochę za mało rozwinięte, ale pewnie tak miało być. Klimacik niezły ;)

Zaczęło się naprawdę nieźle. Zwykle irytuje mnie, gdy autor przesadnie się wymądrza, np. tłumacząc do czego służy wódka, a do czego piwo. Tutaj gawędziarski styl narracji przypadł mi do gustu i z zaciekawieniem czekałem, co będzie dalej. No i co było? Smętna niby-puenta o nieszczęśliwych ludziach, starzejących się z poczuciem niezrozumienia, które zabijają piciem i łapczywym szukaniem kontaktu z drugim człowiekiem. Ludzkie to, nie przeczę, ale rozpisując się o nekrofilach i rakotwórczych nerkach dałaś zajawkę czegoś zgoła innego. I było poczucie niedosytu.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

O, znakomicie to Nevaz ujął. Pozostaje lekki niedosyt, po jakby zbyt pośpiesznej puencie. Ale rzecz napisana jest przepięknie, zdaniami można się delektować. I nastrojem.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Fajne, ciekawe opowiadanie, trochę inne niż inne. Takie melancholijne, na które można zerknąć raz i drugi, i odkryć coś nowego.

Z tym korowodem – …czy widokiem korowodu – ślubnego lub pogrzebowego…

raczej konduktu pogrzebowego, ale do ślubu z kolei nie pasuje.

Dzięki za komentarze.

 

Puenta była pomyślana jako ostatnia z miejskich legend, o których mówił narrator – i nie miała być smętna, raczej oczyszczająca – skoro gorzej/bardziej gorzko już nie będzie, to może już być tylko lepiej; melancholijna o tyle, że narrator nie znajdzie tego miejsca.

I would prefer not to.

nie ma czasu na przeszukanie wszystkich barów i restauracji, po to, by odnaleźć

Pierwszy przecinek zbędny, ale "po to" możesz właściwie wyrzucić. Wynika z kontekstu.

 Praca, wiążąca się z częstymi wyjazdami, pozwala

Jeśli to jest wtrącenie, to sugeruje, że każda praca wiąże się z wyjazdami. Chyba nie o to chodzi.

 kiedy w małżeństwie bariera stołu staje się nieprzekraczalna

Wiem, o co chodzi, ale brzmi komicznie. Wyobraź to sobie.

 że wódka nie sprzyja (…), przy piwie zaś

Myślę, że zgrabniej by było, żeby piwo i wódka miały tę samą formę (gramatyczną).

 ciężko go wypić na raz

Naraz. Albo jednym haustem. (Czy da się wypić cały kufel jednym haustem? Jak oddychać?)

 snuje się wielkie prospekty, można się wygadać, nagadać i dogadać

Wielkie plany, nie prospekty. Ale to "gadanie" dobre, rytmiczne.

 uchylonych ust

Raczej rozchylonych, albo (pół?) otwartych. Niezłe te toczące się słowa, spójne (choć nie z następnym zdaniem).

 piwnym krokiem

Czyli jakim?

 członek biesiady, współbiesiadnik

Po co dwa razy to samo?

 no słowo

No, słowo.

 czym są opowieści, które nie są opowiadane? Martwymi eksponatami w gablotach

Too right.

 w ten region, gdzie nie było w zwyczaju kupowania

W ten region, gdzie nie było zwyczaju kupowania; albo gdzie kupowanie sukien z drugiej ręki nie było w zwyczaju.

 dajemy nic nie tracąc

Dajemy, nic nie tracąc.

 Jak ta historia o browarze nie mogłaby powstać

Trzeba to rozdzielić: Jak ta historia o browarze – nie mogłaby powstać.

 Spędziłem w tym mieście przez trzy noce

Spędziłem w tym mieście trzy noce.

 przed świtaniem

"Przed świtem" pasowałoby chyba lepiej.

jakbym długo musiał ich urabiać zainteresowaniem w zwykłych historiach

Czemu "jakbym"? Ja dałabym tak: długo musiałem ich przekonywać swoim zainteresowaniem innymi, zwyczajnymi historiami.

 czuli, jak ciemność dookoła traci swoją ciepła barwę, cień stawał chłodny jak strach.

Styl – oba podmioty powinny się zgadzać: czuli, jak ciemność dookoła traci swoją ciepła barwę, cień staje się chłodny jak strach.

 widocznie jedyne co miała, to swoją samotność

Styl: widocznie jedyne co miała, to samotność; albo: widocznie nie miała nic, tylko swoją samotność.

 Czuli tą jej samotność

Tę.

 Piwo zostawiało posmak goryczy

Może lepiej: gorzki posmak?

 czy ta gorycz to z piwa czy z ich słów

Czy ta gorycz, to z piwa, czy ze słów.

 różane ciernie

Dałabym raczej "ciernie róży" ("różane" sugeruje raczej kolor).

 wydobywać nie tylko z ust, ale też wypływać z oczu

"Wypływać" możesz wyrzucić, rozmywa obraz.

 pełna płynnego złota i tak pełna goryczy

Dwa razy "pełna".

 Ich twarz odbijała się w płynie

Ich twarze (liczba musi się zgadzać).

 biel przesłaniała ich źrenice

Biel nie przesłania źrenic, chyba, że w zaćmie.

 bo by ich za wariatów wzięli

Kto?

 cichej, zamglonej ulicy

Ulica nie jest zamglona, a raczej zasnuta mgłą.

 słowa, które we mnie przebierały

Literówka psuje efekt. Przybierały, albo lepiej: wzbierały.

 

Ładne i klimatyczne, więcej sugeruje, niż mówi (co bywa zaletą – tu chyba jest). Długość w sam raz. Owszem, mało odkrywcze, ale ja nie zauważyłam jakichś specjalnych obietnic, które miałabyś spełnić – ot, impresja. No, i nie nazwałabym tego stricte fantasy, bo nie pokazałaś nic niemożliwego (element fantastyczny jest legendą w świecie opowiadania, więc się nie liczy).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

No właśnie, gdzie tu fantastyka?

Nastrojowe, ale pozostaję niewrażliwa na nastroje. Czekałam, aż wreszcie zacznie się coś dziać, dowiem się, o co chodzi. Przy legendach się ożywiłam, bo to już za chwileczkę, ale na bajkach się skończyło.

Czasami mi coś w technikaliach zgrzytnęło, a najbardziej to:

Czuli tą jej samotność w sobie,

Tę samotność.

Babska logika rządzi!

słowa, które we mnie przebierały

Literówka psuje efekt. Przybierały, albo lepiej: wzbierały.

Skoro miarki mogą przebierać, to czemu nie słowa? Dzięki za inne wytknięcia.

 

Fantastykę widziałam w spotkaniu ze słowarką i klimacie (że low-key to zaznaczyłam we wstępie); realizm magiczny chyba bardziej pasuje.

I would prefer not to.

Miarki przebierają się. Ale to chyba zwrot tak rzadko używany, że w zestawieniu z innym wyrazem raczej nasuwa myśl o zmienianiu ubrania. Z miarkami ma całkiem inne znaczenie i ono nijak nie pasuje do słów.

Babska logika rządzi!

Zaciekawiło, nieźle się czytało, bo atmosfera okazała się piwna, a tym samym całkiem do pogaduszek stosowna, tyle że brakło fantastyki, a zakończenie jakby nieco zawiodło.

 

nigdy nie ma czasu na prze­szu­ka­nie wszyst­kich barów i re­stau­ra­cji… –> Czy chodzi o brak czasu na przeprowadzenie rewizji w barach i restauracjach?

 

Kufel duży, cięż­ko go wypić naraz… –> Na czym polega picie kufla jednocześnie?

Proponuję: Kufel duży, trudno go wychylić/ opróżnić za jednym razem

 

które opo­wia­da­ją matki dzie­ciom, sprze­daw­cy kup­com… –> Raczej: …które opo­wia­da­ją matki dzie­ciom, sprze­daw­cy kup­ującym

 

że cięż­ko by je było prze­szcze­pić na inny grunt… –> …że trudno by je było prze­szcze­pić na inny grunt

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Budujesz nastrój, niestety z ryzykiem, że nie trafi do czytelnika i całość przejdzie bokiem. Akurat obok mnie przeszło, bo klimat biesiadowania do moich ulubionych nie należy, zwłaszcza z przegadanym narratorem. Jednak słowa układają się w zgrabną całość, tak więc chociaż od strony technicznej nic mnie nie kuło.

Podsumowując: koncert fajerwerków nie w moim klimacie, ale wykonanie w porządku.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nieźle mi się czytało, bardzo to ładnie napisane i dające do refleksji. Tylko że mam wrażenie, że to raczej taka metafantastyka, a nie fantastyka…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zajmuje się folklorem, bajaniem, legendami miejskimi.

Literówka.

Dobrze się czytało :)

 

Znam tylko pięć liter ;)

Woah, toś wygrzebała ;D

Dzięki za wizytę ;)

I would prefer not to.

Droga wybranietz…

Podobał mi się ten tekst. Mały plusik za tytuł, który pobudził moją intuicję metalurgiczną, bo od spawarki do słowarki już tylko dwa kroki.

Fantastyki, można by rzec brak. Ale ja uważam, że dużo, bo miejskie legendy, to, bądź co bądź, głównie zmyślanie, czasami nawet o duchach i innych dziwadłach.

Fajne zdanie, wciągająca narracja, smakowite opisy alkoholi, że aż chce się pić :D

Błędów, literówek, nie zauważywszy.

Tylko zakończenie trochę dziwne, bo wiadomo, czytelnik, nawet ten prawdziwy intelektualista, lubi łupnięcie na zakończenie, jakąś eksplozję, flaki na wierzchu, co najmniej spokojny zgon albo twist a’la “ci od piwa to jednak kosmici byli”.

Ale i tak mi się i za to kliknięcie do biblioteki i ocena.

Z fantastyką to się bohater rozminął – stąd takie zakończenie – bywa i tak, że się życie z przeżyciem rozmija, nie?

Wielkie dzięki za wizytę w tym zapomnianym przez czas tekście ;)

I would prefer not to.

Nowa Fantastyka