- Opowiadanie: Perrux - Zakrzywienie czasozefiru

Zakrzywienie czasozefiru

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Zakrzywienie czasozefiru

John „Skrupek” Atton doświadczył Zrywu kilkanaście razy w ciągu trzydziestu sekund; wciąż jednak nie mógł się przebudzić. Profesor Allegor Muls stał tuż obok, ze skupieniem regulując natężenie pola elektromagnetycznego. Zdawało się, że silne środki chemiczne działały prawidłowo, tocząc zażartą bitwę ze Zrywem. Ciemność, efekt spadania, szybki wdech, skurcz i znów ciemność. Ciemność – spadanie – wdech – skurcz – ciemność. Sekwencja ciągnąca się w nieskończoność, jakby cały świat Skrupka nagle stał się pętlą.

W końcu nadeszła zmiana.

 

***

 

Opowiadanie dostępne w antologii Ja, legenda, dostępnej do pobrania za darmo tutaj → https://fantazmaty.pl/projekty/ja-legenda/ 

Koniec

Komentarze

Doskonała profesjonalna robota! Jedno z dwóch, może trzech opowiadań konkursowych, które przeczytałem jednym tchem, a na razie jedyne, które na pewno na długo zapamiętam. Świetnie, bo przekonująco pominięte babranie się w technikaliach “przeskoku”. Ironiczne imię głównego bohatera (jednego z dwóch) – przewrotne nawiązanie erudycyjne do pewnego sporu dwóch wynalazców… I oddanie po dobrym wieku sprawiedliwości temu, który u nas sto lat temu przegrał;). Nawet najważniejszy wynalazek w obcej rzeczywistości alternatywnej do tego z dużym przymrużeniem oka nawiązuje. Oj, ktoś tu chyba uważnie oglądał “Śledztwo National Geographic – Nikola Tesla” – ;D.

Właściwie nie mam uwag, daję od ręki klika i gratuluję zarówno swady narracyjnej, jak i solidnej wiedzy podbudowującej nietuzinkową wyobraźnię.

I tylko jedna uwaga: “Wszyscy w momencie zamarli” – zmień proszę, bo brzmi niezręcznie. Wystarczy: Wszyscy zamarli.

Pozdr.

 

Podpisuję się pod opinią Rybaka. Zaczęłam czytać i wsiąknęłam. Naprawdę wyjątkowo udany tekst. Urzekły mnie plastyczne opisy, zwłaszcza te filetowo-różowe wizje… Udało Ci się tak dobrze nakreślić wykreowany przez Ciebie świat, że nie miałam najmniejszego problemu z wyobrażaniem sobie twojej niesamowitej i mocno oryginalnej alternatywnej rzeczywistości. Do tego solidny warsztat, porządny język, ładne sformułowania i taka… hmm… jakby to określić, dynamika? Tak, jestem bardzo zadowolona z lektury. Gratuluję, klikam i życzę powodzenia w konkursie :)

 

Niebanalne, nowatorskie, interesujące – coś z “Alicji…”, coś z “Robota”, coś ze steampunku. Bardzo ładnie napisane. Acz przeszedłem jednak obok, bo – właściwie o czym to jest?

Trochę różowego pyłu ;):

– “szalony chińczyk opuszczający lekcje kaligrafii” – Chińczyk;

– “pisane na pustych w środku okręgach” – okręgi mają to do siebie, że są puste w środku;

– “plik pergaminu” – tak jakbyś napisał “plik papieru”;

– “Wiatr z każdym krokiem stawał się coraz bardziej porywisty” – a wiatr gdzie kroczył?;

– “z ust Joha natychmiast” – Johna;

– “Wbiła się w plecy na odległość dwóch palców” – skoro wbiła się w coś, to raczej “na głębokość”;

– “„Przysługa za przysługę – głosił napis. Energia za materac” – to napisałbym tak (ale pewny nie jestem) – „Przysługa za przysługę” – głosił napis. “Energia za materac”.

 

Reasumując – prawdziwa maestria, która do mnie nie trafiła.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki za komentarze ;) Cieszę się, że przypadło do gustu.

Rybaku, choć “Śledztwa…” nie oglądałem, wspomniany przez Ciebie konflikt rzeczywiście jest mi bliski, bo też związany z moim wykształceniem. Co do babrania w technikalia przeskoku, masz całkowitą rację. To byłby strzał w stopę. “Wszyscy w momencie zamarli” – już poprawiam.

Katio, szczególnie cieszy mnie, że dynamika się spodobała. Moje ulubione teksty charakteryzują się właśnie dość szybkim tempem, dlatego lepiej się czuję w pisaniu właśnie takich historii. A że udało Ci się wyobrazić rzeczywistość, która pojawiła się w mojej głowie – serce rośnie :)

 

EDIT: Staruchu, dzięki za wizytę i korektę (poprawię jak tylko znajdę chwilę). Szkoda, że opowiadanie przeszło bokiem – mam nadzieję, że przy następnym bardziej trafię w Twój gust ;)

Z pewnością niebanalne, z pewnością niezwykle interesujące. I napisane tak, jak lubię, czyli z pewną, jak to ładnie nazwał Rybak, swadą narracyjną.

Jednak ów drugi świat to nie żadna Nibylandia, Narnia, czy inna Szuflandia, wydaje się rządzić konkretnymi zasadami, konkretną fizyką, choć pokręconą. Rodzą się więc pytania o konsekwentność wizji – czy ów zakrzywiający czasoprzestrzeń element działa na wszystko, czy tylko na ludzi? Wydaje się, że na przestrzeń w ogóle – pojazdy zamierają razem z pasażerami. Ale gdy wiało w warzywnych ogrodach i nie można było ich doglądać, to dlaczego martwiono się suszą? Marchewki nie poddawały się zakrzywieniu czasu? A co z tymi "różowymi okularami"? To tylko jakiś efekt uboczny wdychania pyłku (jak przerost mięśni u Edisona)? Mnie się to kojarzy z przesunięciem fali ku czerwieni, tak można byłoby widzieć relatywnie "wolniejsze" światło. Ale John widział na czerwono również wtedy, gdy rozmawiał z miejscowymi, więc świat nie był względem niego "spowolniony"… 

To normalne, że zmiana parametru, lub parametrów rzeczywistości jest proporcjonalna do kwatratu rodzących się przy tym pytań o logikę tego wszystkiego. I normalne, że autor nie może myśleć o wszystkim. Tu właśnie mam problem z Twoim tekstem – czy jest na tyle fajny i ciekawy, że srał pies fakt, iż wielu spraw nie pojąłem, czy też jednak moje doszukiwanie się dziur w konstrukcji Twego świata psuje mi przyjemność obcowania z Twoim opowiadaniem? 

Jeszcze nie wiem. Ale przemyślę i się dowiem. 

Tak czy owak, gratuluję nietuzinkowego i z pewnością zapamiętywalnego tekstu. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

<>Komentarz zawiera więcej niż śladowe ilości spoilerów<>

Thargone, znalazłeś lukę i już ją poprawiłem (dzięki za czujne oko). Warzywne ogrody rzeczywiście były moją pomyłką. Co więcej, chciałem też opisać sposoby, w jakie mieszkańcy wymiaru potrafią wykorzystywać zakrzywienie dla własnych celów (konkretnie jego działanie na naturę i przedmioty). Niestety nie wystarczyło miejsca, bo za główny cel postawiłem sobie kompletne przedstawienie historii.

Co do „różowych okularów” – tutaj postanowiłem, że za efekt całego zamieszania, jak i skutków ubocznych odpowiedzialny jest pył (nie wgłębiałem się w szczegóły). Granalda w pierwszej części mówi, że gdy wiatr odejdzie, pył jest jeszcze obecny w powietrzu przez jakiś czas (zmieniony kolor jest wynikiem działania pyłu na zmysły „wdychającego” i stąd Granalda znalazła sposób na dostrzeżenie chwili, w której pył opuścił Skrupka). A do zakrzywienia potrzebne jest przekroczenie granicznej prędkości wiatru (nazywanej zefirem).

Tyle z wyjaśnień. Całkowicie rozumiem, że tak wykręcony świat musi rodzić pytania i z pewnością na wszystkie nie znajdę odpowiedzi. Mam jednak nadzieję, że udało się przedstawić wszystko w taki sposób, by logika nie uciekła w niebezpieczne rejony ;)

Cieszę się, że obcowanie z opowiadaniem uznajesz za przyjemne. Dzięki za konkretną opinię.

Bardzo oryginalny pomysł na świat. Wprawdzie nie lubię różowego, ale jakoś łyknęłam opisy. Zefir nie mógł być szafirowy? Optycznie słowa podobne. ;-)

Dzieje się, czytałam z zainteresowaniem. Tyle sposobów wrócenia braciszka do świata, który wybierze bohater? ;-)

Postacie stworzyłeś barwne, dobrze nakreślone.

Ale najfajniejszy jest świat. I samo słowo “czasozefir” jest niezłe. Żeby wietrzyk takie rzeczy wyczyniał…

Podoba mi się, w jaki sposób pograłeś legendą. Nie tylko wykorzystałeś motyw, ale zdążyłeś ją w opowiadaniu stworzyć od zera. Tak ze dwa razy.

Wykonanie całkiem przyzwoite, chociaż jakieś literówki jeszcze zostały.

Babska logika rządzi!

Finklo, fajnie, że mój skrzywiony świat się spodobał, a motyw legendy uznajesz za wyraźnie nakreślony. Opowiadanie powstało od zera z myślą o konkursie, więc mogłem wziąć motyw jako podstawę do pisania. Wiedziałem, że część czytelników zwraca uwagę na stężenie legendy w tekstach (a Ty na pewno do nich należysz), zresztą całkiem słusznie. Dlatego fajnie przeczytać, że w jakimś stopniu udało się zrealizować jedno z ważnych dla mnie założeń ;)

Jeśli chodzi o kolor szafirowy, bardzo kusząca propozycja i na pewno jeszcze nad nią pomyślę. Tyle że o różu pisałem bardziej we fragmentach, w których narrację prowadzę z perspektywy Johna (mimo że narracja 3-os). Dlatego raczej nie chciałbym używać koloru, który nie należy do tych najbardziej powszechnych (według mnie John nazwałby szafirowy po prostu niebieskim ;).

Literówki zostały? Dzięki za informację, przysiądę, przeczytam tekst jeszcze raz i powyrywam chwasty, które najlepiej się zamaskowały.

Dzięki za opinię i niezawodną obecność pod tekstem, no i… gratuluję komentarza nr 24 000 ;D

Widać, że szyte na miarę, a nie przerabiane. ;-)

Z tym szafirowym to żarcik. Ja nie znoszę różowego (nawet mam wrażenie, że jeśli sama go używam w opku, to zawsze w powiązaniu ze złym bohaterem), ale to przecież Twój tekst i nie powinieneś się przejmować moim gustem.

Czyżbyś tak często zaglądał na mój profil? W czerwcu powinno stuknąć ćwierć setki…

Babska logika rządzi!

A widzisz, aż się nabrałem na żarcik, bo sam nie lubię różowego i stwierdziłem, że niektórym rzeczywiście może przeszkadzać ;D To jest jednak dość charakterystyczny kolor.

Czyżbym często zaglądał na profil? Niech będzie, że tak ;) Udajmy, że nie kliknąłem przez przypadek na telefonie w Twój nick, przewijając stronę ;P

Toć dodałam uśmiechajkę z przymrużonym okiem. :-)

A różowy jest pedalski. ;-)

Babska logika rządzi!

Co nie zmienia faktu, że choć rubinowy z pewnych przyczyn tutaj niekoniecznie pasuje, w narracji pewnie wyglądałby ładniej :)

No dzięki, dzięki… Spodziewałbym się wszystkiego, ale nie że ktoś nazwie mój zefirowo-różowy świat pedalskim ;-) (uśmiechajka z przymrużonym okiem).

Dwóch facetów. Kochają się. Każdy próbuje ratować drugiego… OMG, kryptogeje! ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, na Boga, świntuszysz: geje -kazirodki???! ;)

Ja?! To Autor! ;-)

Babska logika rządzi!

To może być po prostu wszystko.

Ciekawe opowiadanie. Podoba mi się pomysł na zagubienie w czasie i przestrzeni. Ładnie pokazany ten obcy świat. Nie rozumiem tylko, dlaczego Granalda tak oszczędnie dawkuje informacje Johnowi, gdy orientuje się, że nie jest Edisonem. W końcu zależy jej, żeby zrobił coś ważnego dla całej społeczności, więc logiczne wydaje mi się powiedzenie wprost: potrzebujemy tego i tego, zrób to i to.

Ogólnie podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki za wizytę, Anet. Fajnie, że opowiadanie przypadło do gustu :)

Co do Twojej uwagi – hmm… dlatego właśnie opublikowałem tekst wcześniej, żeby mieć czas na ewentualne poprawki. Rzeczywiście ominąłem wyjaśnienie oszczędności w odpowiedziach, przez co zachowanie Granaldy mogło wydawać się nielogiczne. Dlatego poprawiłem ten fragment, dopisując kilka zdań wyjaśnienia i zmieniając ostatnie pytanie. To, na które John nie dostał odpowiedzi. Dzięki za celną uwagę!

 

PS. Rybaku, Finklo – gdybym tylko w przedmowie umieścił Wasze komentarze… no, liczba czytelników by wzrosła. Ba, być może ktoś by to zekranizował i dostał Oskara, bo takie tematy są teraz w modzie ;-)

Ale to by chyba nie było proste w ekranizacji… Zawsze możesz spróbować. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzień dobry,

 

Mam do przeniesienia na wielkie ekrany opowieść, którą czytelnicy opisali w następujących słowach:

– Dwóch facetów. Kochają się. Każdy próbuje ratować drugiego… OMG, kryptogeje! 

– Finklo, na Boga, świntuszysz: geje -kazirodki???!

- Ja?! To Autor!

 

Czy byliby Państwo skłonni zainwestować w ekranizację tej, z pewnością kontrowersyjnej i przykuwającej uwagę, historii?

 

Z poważaniem,

Perrux

 

Taki mail rozesłany po producentach z Hollywood mógłby przynieść zaskakujące rezultaty ;P

Taaaa. “WTF! Jak mam pokazać zakrzywienie czegoś, o czym w życiu nie słyszałem? Wywal pan ten wątek w cholerę”. ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo ciekawie stworzony świat i sprawnie opowiedziana historia. Jest parę dziwnych działań postaci (choćby czemu Granalda dawkuje informacje Johnowi), ale poza tym wszystko jest na swoim miejscu.

Jednak to właśnie świat najbardziej przykuwa uwagę i tajemnicy czasozefir. Widać, że przemyślałeś te elementy, które pokazałeś i zaostrzyłeś apetyt na więcej ;)

Tak więc jestem wielce ukontentowany lekturą. Naprawdę dobry koncert fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

O, czekałem na koncert fajerwerków i go dostałem. Nie wiedziałem tylko czy będzie to “obyło się bez fajerwerków”, “całkiem niezły koncert fajerwerków”, czy może “naprawdę dobry koncert fajerwerków” ;) Fajnie, że trafiłem w ostatnią opcję.

Co do motywacji Granaldy, dopisałem (po komentarzu Anet), że dziewczyna nie chce zmienić relacji między braćmi, przedstawiając legendę Johnowi i tym samym zmieniając jego wyobrażenie o Edisonie. A na ostatnie pytanie nie odpowiedziała z dwóch powodów: uznała informację za nieistotną i chciała być konsekwentna w tym co mówi. Ale możesz mieć rację, że wyciągnąłem zbyt słabe argumenty i w takim razie jeszcze pomyślę o lekkiej modyfikacji fragmentu.

Najwięcej czasu zabrało mi pełne wyobrażenie świata (co, uwierzcie, było prawdziwą frajdą), dlatego cieszy mnie, że ten element uznajecie za udany.

I dzięki za nominację! Właśnie zapewniłeś mi dodatkowych czytelników :)

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Uwagi:

 

skutecznie wytrącała rytmu

Strupek ← tak ci się raz napisało w okolicach początku

Naprawdę? – pomyślał John z irytacją. Jestem tu jebaną legendą? ← wszystkim poprawiam format na ten fantazmatowy, to i tu, zwłaszcza że zapisałeś myśli niekonsekwentnie (raz przecinek, raz półpauza): Naprawdę? – pomyślał John z irytacją. Jestem tu jebaną legendą?

Rybie Jezioro wreszcie wolne od wichrów, a ja bawię się w transport wielkiego zdrajcy! – pomyślał

Czas poznać odpowiedzi, – pomyślał John

Tylko nie to, – pomyślał John, spoglądając na rozwścieczonego starca. Koleś rozerwie mnie na strzępy.

między obrońcami Edisona, a tymi

Zdecydowanie nie chce tu być, – pomyślała Granalda.

że opiszę zakrzywienie w ciągu paru lat. ← wkradły się dwie spacje

Tak, plan B, – pomyślał. Zdecydowanie plan B.

Zawsze jest jakiś sposób, – pomyślał Edison, sięgając ręką do kieszeni spodni.

Na zabójcze wichry, – pomyślała Granalda

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

No cóż, Perruksie, przeczytałam opowiadanie z przyjemnością, albowiem spodobał mi się i pomysł, i sposób opisania świata, nie wyłączając przeżyć, których doświadczyli bracia. Nie będę się odnosić do spraw naukowych, bo się na nich nie znam. Nadmienię tylko, że wykonanie mogłoby być nieco lepsze.

 

To może by po pro­stu wszyst­ko. –> Literówka.

 

Stru­pek znaj­do­wał się jed­nak w samym jego cen­trum. –> Literówka.

 

każdy po­czuł na twa­rzy ostre mu­śnię­cie przez nie­wi­dzial­ną siłę pcha­ją­cą po­wie­trze? –> Muśnięcie jest z definicji lekkie/ delikatne, na pewno nie ostre.

Proponuję: …każdy po­czuł na twa­rzy mu­śnię­cie nie­wi­dzial­nej siły pcha­ją­cej po­wie­trze? Lub: każdy po­czuł na twa­rzy ostry dotyk siły pcha­ją­cej po­wie­trze?

 

stali na­prze­ciw­ko Skrup­ka, prze­wier­ca­jąc go wzro­kiem z góry na dół. –> By przewiercać Skrupka z góry na dół, musieliby być znacznie wyżsi od niego.

Może: …stali na­prze­ciw­ko Skrup­ka, prze­wier­ca­jąc go wzro­kiem na wylot.

 

Pierw­sze słowa Johna były rów­nie spon­ta­nicz­ne, co głu­pie. –> Raczej: Pierw­sze słowa Johna były tyleż spon­ta­nicz­ne, co głu­pie.

 

Rybie Je­zio­ro wresz­cie wolne od wi­chrów, a ja bawię się w trans­port wiel­kie­go zdraj­cy! – po­my­ślał ze zło­ścią… –> Tu znajdziesz informacje, jak zapisywać myśli: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/;10328

 

po­prze­ci­na­ne było zu­peł­nie przy­pad­ko­wy­mi wstę­ga­mi bar­dziej doj­rza­łych, bo czer­wo­nych, kwia­tów. –> Kwiaty nie dojrzewają.

 

Ale jak długo można utrzy­my­wać roz­mo­wę o flo­rze? –> Ale jak długo można podtrzy­my­wać/ prowadzić roz­mo­wę o flo­rze?

 

Dziew­czy­na wy­glą­da­ła, jakby nagle objął ją stres. –> Nie wydaje mi się, stres obejmował.

Proponuję: Dziew­czy­na wy­glą­da­ła, jakby nagle doznała szoku.

 

Po chwi­li dwa wozy stały już na ubo­czu drogi… –> Po chwi­li dwa wozy stały już na pobo­czu drogi/ na skraju drogi

Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszej części opowiadania.

Za SJP PWN: ubocze «spokojne miejsce oddalone od osiedli ludzkich, od szlaków komunikacyjnych lub od miejsc, w których jest dużo ludzi»

 

Tylko le­ni­wy ruch tłoka, który po­przed­nio gnał jak opę­ta­ny, dawał sy­gnał, że czas nadal upły­wa. –> Chyba miało być: Tylko le­ni­wy ruch tłoka, który po­przed­nio gnał jak opę­ta­ny, teraz dawał sy­gnał, że czas nadal upły­wa.

 

W mo­men­cie wszyst­ko sta­nę­ło. –> Raczej: W jednej chwili wszyst­ko sta­nę­ło.

 

Dwa ża­kar­do­we fo­te­le błysz­cza­ły teraz w bla­sku słoń­ca, wy­trwa­le dzier­żąc swych wła­ści­cie­li. Jeden ugrzązł gdzieś w gąsz­czu roz­le­głych krze­wów, drugi… Drugi nie miał tyle szczę­ścia. –> Nie bardzo mogę sobie wyobrazić, aby fotele mogły cokolwiek dzierżyć, tak jak nie wydaje mi się możliwe, aby fotel mógł mieć szczęście.

 

Lu­dzie bom­bar­do­wa­li się gra­da­mi cio­sów… –> Lu­dzie bom­bar­do­wa­li się gra­dem cio­sów

Grad nie ma liczby mnogiej.

 

John Ar­ston stwier­dził, że al­fa­bet wul­ga­ry­zmów – za­zwy­czaj bar­dzo sku­tecz­ny – tym razem wcale nie za­dzia­łał uspo­ka­ja­ją­co. Był le­gen­dą, któ­rej nie znał. –> Raczej: John Ar­ston stwier­dził, że repertuar/ zasób wul­ga­ry­zmów…

Czy dobrze rozumiem, że wulgaryzmy były legendą, której John nie znał?

 

Nawet kilka le­d­wie wi­docz­nych pie­gów prze­su­nę­ło bar­dziej się w stro­nę nosa. –> Nawet kilka le­d­wie wi­docz­nych pie­gów prze­su­nę­ło się bar­dziej w stro­nę nosa.

 

„Mo­żesz pod­dać go du­że­mu prze­cią­że­niu. Mo­żesz wy­wo­łać hi­po­ter­mię. Wy­ka­stro­wać, zrzu­cić z kil­ku­dzie­się­ciu me­trów, na­kar­mić czymś pie­kiel­nie ostrym. –> Otworzyłeś cudzysłów, ale go nie zamknąłeś.

 

– In­te­re­su­jesz nauką? Od kiedy? Od­po­wiedź brata padła… –> Brat nie odpowiedział. On zadał pytanie, więc: – In­te­re­su­jesz się nauką? Od kiedy? Pytanie brata padło

 

gład­ki sze­ścian z wy­sta­ją­cym góry za­wo­rem… –> Raczej: …gład­ki sze­ścian z wy­sta­ją­cym u góry za­wo­rem

 

Ze­fi­ro­wy pył roz­lał się z płuc Edi­so­na… –> Skoro zefirowy pył był ciałem lotnym, to czy mógł się rozlać?

 

„Ener­gia za ma­te­rac.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

[…] Niech le­gen­da o nich żyje na wieki.” –> Jak wyżej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uff, przyszedł czas na porządną korektę. Naz, Reg, dziękuję za uwagi i przepraszam, że jest ich tak dużo. Wykonanie mogłoby być nieco lepsze? Jest nieco lepsze – poprawki już wprowadzone ;)

Regulatorko, zdaje się, że czytałaś tekst jeszcze przed moją wczorajszą edycją, ale i tak wczoraj poprawiłem tylko część z wypisanych usterek. Na większość z listy sam nigdy bym nie wpadł, wykonałaś kawał dobrej roboty :)

 

Co do dialogów, osobiście najprzyjemniej czyta mi się bez kursywy i z przecinkiem (oczywiście nie miałem żadnego problemu, żeby dostosować do formatu fantazmatowego), szczególnie kiedy narrator od czasu do czasu zbliża się kwestiami niebezpiecznie blisko myśli bohatera. Ale właśnie, jedna rzecz nie daje mi spokoju… Jeśli zdecydujemy się na oddzielanie myśli przecinkami, jak wygląda sytuacja ze znakami interpunkcyjnymi (? / !)? Nie wiem, czy w ogóle da się to jakoś sensownie zapisać i stąd moja niekonsekwencja w zapisie (swoją drogą, trochę konsekwentna niekonsekwencja – dawałem myślnik tam, gdzie był pytajnik czy wykrzyknik i nie dało się postawić przecinka ;) ).

W każdym razie, przy tym tekście nie mam już tego problemu, zmieniłem format zgodnie z sugestią.

Perruksie, bardzo dziękuję za uznanie i niezmiernie się cieszę, że uważasz uwagi za przydatne. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zawitałem tutaj po nominacji piórkowej i przeczytałem do pierwszych trzech gwiazdek… Czy mogę więc napisać komentarz? Chyba tak, może coś z niego dla siebie wyciągniesz.

Rozumiem i lubię wrzucenie czytelnika na głęboką wodę, w wir akcji i takie tam. Nie lubię jednak dostawać w pysk, nie lubię gdy ktoś kimś jest, gdy tak naprawdę wcale nie wykazuje takich cech osobowościowych.

Czy matka może na wejście powiedzieć “zamknij wreszcie mordę”? Pewnie, mogłaby nawet powiedzieć “zamknij mordę ty głupi chuju”, ale wzruszam na to ramionami. Nie dałeś mi najmniejszego kontekstu by uznać to za okey lub nie. Naukowiec, który nie wie, gdzieś ma rozpisane dowody… i proponuje jako rozwiązanie “nakarmić czymś piekielnie ostrym”. No nie, Perruxie, nie. To nie mój humor i klimaty, a opowiadań konkursowych jest tak wiele.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, ok, przyjmuję opinię do wiadomości.

Rozumiem, że osoba o nieprzyjemnej osobowości, wulgarna i szarpiąca za fartuch profesora nie pasuje Ci na matkę i nie podoba Ci się, jak wykorzystałem ją w scenie zawiązującej akcję mojego (bardziej przygodowego i rozrywkowego niż skłaniającego do refleksji) opowiadania.

Nie pojmuję jednak zupełnie pozostałych uwag. Profesor pracujący nad wielkim projektem, który musi przekartkować teczkę w celu znalezienia konkretnych dowodów i nie ma wszystkiego idealnie uporządkowanego? Jak dla mnie zupełna normalność, zwłaszcza że zdarzało mi się pracować z niejednym naukowcem.

Nakarmić czymś piekielnie ostrym? Tutaj każda z podanych metod wywołuje w mózgu dość specyficzne reakcje. Uznałem to za wystarczający powód, by każdy z tych bodźców potraktować jako coś „trzeźwiącego”, wybudzającego z błędnego wymiaru. Zwłaszcza że zupełnie zrezygnowałem z naukowych wyjaśnień.

Jak widzisz nie przyjmuję uwag z pełnym zrozumieniem, ale mam nadzieję, że nie potraktujesz tego jako atak. Widocznie różnimy się dość mocno pod względem gustu czytelniczego. Każda opinia jest cenna i rozumiem też, że część czytelników może podzielać Twoje spojrzenie na początek tekstu.

Niestety Perruxie mnie nie kupiłeś. Niby wszystko gra, pomysł na świat równoległy jest, postacie zarysowane, co do sposobu przejścia nie będę się czepiał (ale do powrotu już tak), w sumie to ciężko mi zdefiniować co mi nie pasuje. A właśnie powrót poprzez kastrację ? To bym się chyba na taki wypad nie zdecydował ;) Być może jestem skażony przez te wszystkie seriale i książki o światach równoległych (bo co jest złego np.: w budce telefonicznej czy innym portalu), ale Twój sposób przejścia do mnie nie przemawia. No i naukowcy zanim wyślą coś do innego świata to wiedzą coś więcej niż tylko niejasne około tygodnia na powrót, wysyłają króliki doświadczalne, a jak one miały wrócić. No i tydzień na powrót według czyjego czasu, bo w drugim świecie czas płynie inaczej, skoro po wejściu Johna Edison jest już legendą.

Enderek, no szkoda, że nie podeszło. Dzięki za komentarz. Co do wysyłania królików itd… no cóż, tutaj wyobrażałem sobie bardziej indywidualne badania genialnego profesorka i współpracę z zafascynowanym i „odważnym” Edisonem, niż wspólne badania naukowców. Wolałbym nie zestawiać tego z aktualnymi metodami prac naukowych, ale oczywiście czytelnikom tego nie zabronię ;)

No, nie można wymagać zbyt wiele od królika czy myszy. W końcu trzeba posłać człowieka. I wydaje mi się, że wysłanie naukowca jest najbardziej etyczne dla eksperymentatorów.

Babska logika rządzi!

O, dokładnie, zgadzam się. Ogólnie bardzo nie lubię, jeśli komuś zabrania się ryzykować zdrowie czy życie dla czegoś, co jest dla niego naprawdę ważne. Posłać kogoś, kto zna ryzyko, a mimo to wciąż o tym marzy? Jak dla mnie jak najbardziej etyczne.

Wątpię też czy myszy doznają zrywu mioklonicznego i czy mogą funkcjonować w dwóch wymiarach. A może one przełączają się ciągle i w przerwach od biegania po polu łykają zefirowy pyłek, a my o tym nie wiemy? ;)

Podtrzymuje – ​czy Edison wiedział o kastracji??? ;)))

Czy wiedział, czy nie, jak dla mnie to nic nie zmienia. Przecież to tylko jedna z metod. Planując powrót, mógł wybrać jakąkolwiek inną.

“Jak wrócę do naszego wymiaru?”

“Jest kilka sposobów, wybierz sobie: możesz poddać się dużemu przeciążeniu, wywołać hipotermię, rzucić się z kilkudziesięciu metrów, wykastrować albo zjeść coś piekielnie ostrego”.

“Ok, to skoczę sobie z jakiejś góry, ewentualnie zjem coś ostrego”.

Zabiłeś mi ćwieka, Perruksie, w kontekście lożowego głosowania.

Bardzo fajny świat, połączenie steampunku z realizmem magicznym i bajką. Coś z Guliwera i coś (sam nie wiem co) z Czarnoksiężnika z Krainy Oz. Raziły mnie z kolei wulgaryzmy bohatera, nie same w sobie, ale właśnie przez kontrast z tym bajkowym klimatem.

Bardzo też podobało mi się zakończenie – tak w szczegółach, jak i w ogólnej koncepcji – brat, który chciał zostać, powrócił; został ten, który miał tylko wykonać jedno zadanie. Doceniam też kwantowe smaczki, to przesunięcie w barwach, wrzuconą sugestię paradoksu bliźniaków – bardzo lubię takie elementy w bajkowym sosie.

Nie do końca dźwignąłeś pomysł i wizję wykonaniem. To bardzo trudne przedstawić tak oryginalny świat bez infodumpów, stopniowo zanurzając w nim nieświadomego działających wokół mechanizmów bohatera. Wybrałeś drogę trudniejszą, ambitniejszą i momentami miałem jednak odczucie chaosu (np. scena z wypadkiem tłokochodu).

Z drugiej strony – sama wizja rządzi!

Muszę jeszcze chwilę podumać.

Wracam z komentarzem piórkowym.

Światotworzenie, pomysł, realizacja – wszystko się zgrało. Najmocniej samo przedstawienie świata i pomysł na niego. Bohaterowie także są ciekawi, nietuzinkowi.

Co więc dziwnego, że jestem na TAK? :) Bardzo dobra robota, Perruxie :) 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Coboldzie, dzięki za podzielenie się ciekawymi uwagami – na pewno przydadzą się na przyszłość. Myślę, że część wskazanych wad mogłoby wyeliminować betowanie, trochę szkoda że nie wystarczyło czasu na ten proces.

Niezależnie od Twojego piórkowego TAK/NIE, cieszę się, że zainteresowałem wizją. Co do udźwignięcia pomysłu wykonaniem – starałem się jak mogłem i myślę, że zawędrowałem gdzieś w okolice szczytu moich aktualnych możliwości (to mój trzeci tekst powyżej 30 tysięcy znaków). Wiem, że do perfekcji dużo brakuje, ale na ten moment jestem zadowolony z efektu.

 

NoWhereMan, dzięki za nominację i TAKa, które działają mobilizująco do startu z tworzeniem kolejnego świata :)

 

Zaczynam się zastanawiać, czy nie warto byłoby kiedyś wrócić do Smużnego Miasta i osadzić w nim zupełnie niezależną historię. Możliwe, że za jakiś czas jeszcze zdarzy mi się zakrzywić czasozefir.

ze łzami w oczach objął Jona,

Granalda szczerze nienawidziła zostawiać czegokolwiek przypadkowi,

Zostawia się “co”, a nie “czego”, zatem → cokolwiek.

 

nie zasłużył na całą cholerną agresję.

Tę, bo słowo to dotyczy rzeczownika.

 

 

Całkiem udane opowiadanie. Zainteresowała mnie zarówno koncepcja podróży w czasie i przestrzeni, jak również pomysł na poprowadzenie narracji z dwóch perspektyw – przybysza i tubylców. Przez to, że każde z nich miało swoje interesy – w większości sprzeczne – udało się podtrzymywać czytelniczą ciekawość na stałym, satysfakcjonującym poziomie.

Rozczarowała mnie nieco finałowa rozmowa bliźniaków. Nie dlatego, że fabularnie źle skonstruowana. Wypadła dość dziecinnie i nienaturalnie, co kontrastowało z lepszymi dialogami we wcześniejszych fragmentach.

Jeszcze uwaga odnośnie warsztatu. Jest ok, może ze zbyt dużym stężeniem czasownika “być” momentami. Chciałbym jednak zacytować wypowiedź redaktora Cetnarowskiego tutaj z forum, spod wyników konkursu “SF 2015”:

Po pierwsze – na poziomie języka (zdań, bo już niekoniecznie nie konstrukcji), opowiadania, które czytałem (…), były naprawdę solidnie napisane. Od tej strony poziom był rzeczywiście wysoki; choć – z drugiej strony –jednak niewielu autorów pokusiło się o wyraźniejsze nacechowanie narracji swoim stylem, przekroczenie granicy „językowej poprawności”. Ale „rzemieślniczo” – w zasadzie nie było się do czego przyczepić.

I to w sumie dokładnie to, co poniekąd przeszkadzało mi w Czasozefirze. Taką prostą, szkolną narracją nie narazisz się na opinie, że napisane fatalnie, ale świata też nie zawojujesz. Mam wrażenie, że opowiadanie tylko by zyskało, gdybyś nasycił zdania jeśli nie własnym stylem (w którego istnienie niektórzy tu powątpiewają ;), to przynajmniej stylem charakterystycznym dla tego konkretnego opowiadania.

 

Dzięki za opinię, MrBrightside. Kilka ciekawych uwag – na pewno do przemyślenia. Własny styl… no cóż, z pewnością niełatwe zadanie. Ale zgadzam się, że pewnie warto zaryzykować i pokombinować z narracją.

Wizja i dynamika – tym stoi “Zakrzywienie czasozefiru”. Ale widzę tu zbyt wiele niedociągnięć, bym mógł z czystym sumieniem zagłosować za piórkiem. 

 

Po pierwsze – początek trochę od czapy. Tak, jak rzecze Darcon: o co chodzi z tą matką? Okej, później się okazuje, że wulgarność mają we krwi, ale czy postać rodzicielki jest tu niezbędna? Wydaje mi się, że ratowanie brata z własnej woli to rzecz naturalna, choć to też można by jeszcze umotywować. Ale nakaz z zewnątrz? Dlaczego właściwie bohater słucha matki? Zmierzam do tego, że posłuszeństwo wobec rodzica jest czymś tak oczywistym jak lojalność wobec brata. A już wulgarne odzywki do syna czymś oczywistym mi się nie wydają… O tyle to ważne, że krótka scenka na początku buduje całą motywację bohatera. Im lepiej czytelnik zrozumie motywacje bohatera, tym mocniej może mu kibicować. Bo cel protagonisty jest określony jasno (za to duży plus). 

I o co chodzi z tym profesorem? W pierwszej scenie pomijasz jego imię – Stephen King widząc to, dostałby zawału, bo on lubi chrzcić każdą postać, nawet jeśli ta postać tylko nalewa benzyny szwagrowi prawnika drugoplanowego bohatera. Co tam imię – zaniedbujesz nakreślenie relacji, która łączy naukowca z braćmi. A to wszystko jest tak istotne, jak fundament pod budynkiem. I nie do końca się wyjaśnia w dalszej części opowiadania. 

Od drugiej sceny jest lepiej. Dorzucasz coś ciekawego, więc biorę pewne rzeczy na wiarę i siłą rzeczy kibicuję kolesiowi, o którym piszesz najwięcej. 

Dalej jest nieco ryzykownie – pokazujesz drugą perspektywę, perspektywę tubylców. Ale jakoś z tego wybrnąłeś. Są tacy, którzy lubią historie ukazaną z wielu punktów widzenia. Moim zdaniem w opowiadaniach to broń obosieczna. 

Akcja idzie do przodu szybko. Z jednej strony to dobrze, z drugiej przydałaby się chwila na oddech i okiełznanie chaosu. 

Przydałoby się powalczyć z infodumpami. 

Spodobał mi się różowy świat, zabawa z czasem też przypadła do gustu. Nie wiem, ile zrozumiałem, ale to co zrozumiałem – fajne. 

Nie pojąłem tej gierki w trzy pytania. Czemu tylko trzy, choć i tak ostatecznie było ich więcej?

Zazgrzytał mi też materac – wyobraziłem sobie takie sprężynowy, więc zdziwiło mnie, kiedy zaczęło z niego schodzić powietrze. 

Sama końcówka świetna. 

 

Zastanawiam się nad uwagą Jasnej Strony dotyczącą stylu. Wydaje mi się, że stylem nieco wychodzisz ponad poprawność. Zresztą staram się tego nie czepiać, to sprawa mocno indywidualna. Istotna – i w miarę możliwa do oceny – jest płynność języka. A coś więcej? Mam wrażenie, że wielu czytelników nie zwraca na to uwagi; skupiają się na czym innym: pomyśle, akcji, bohaterach. Czytałem wiele książek, których styl był po prostu poprawny. Chyba szczególnie widoczne jest to w fantastyce. Więc trudno nazwać poprawność stylu jakimś grzechem. Jednak walory językowe potrafią podnieść poziom tekstu albo zamaskować mankamenty. 

 

Podsumowując, to dobre opowiadanie z dużym potencjałem, ale nie dość oszlifowane, żebym mógł zagłosować na tak. 

Też czytuję książki z poprawnym stylem, Funie, ale jeśli chodzi o pozycje, które mnie w jakiś sposób urzekły i które pamiętam do dziś, to w większości są to jednak tytuły, które w jakiś tam sposób wyróżniały się warsztatowo. Bez tego trzeba kombinować, żeby zachwycić – pomysłem, historią, bohaterami, czymkolwiek, a to IMO trudniejsze od wyrobienia sobie pióra.

Jednak walory językowe potrafią podnieść poziom tekstu albo zamaskować mankamenty.

Tyle i aż tyle.

Podkreślę jeszcze raz, że w Czasozefirze styl narracji nie przeszkadzał mi jakoś szczególnie – ale i nie zachwycał. Tak tylko mówię, że powinniśmy ciągnąć w górę, a nie równać do średniej. ;)

Ja akurat nie czepiałabym się stylu, bo sam fakt, że opowiadanie zasysa jak odkurzacz i nie można się od niego oderwać, jest między innymi zasługą tego, że styl jest bardzo dobry (przynajmniej według mnie).

A jak do tego dorzucimy niebanalny pomysł, wartką akcję i ciekawych bohaterów, to otrzymujemy wspaniały koncert fajerwerków (jak mawia klasyk. ;) )

Kurczę, dobre to było. Życzę powodzenia w konkursie!

Bez tego trzeba kombinować, żeby zachwycić – pomysłem, historią, bohaterami, czymkolwiek, a to IMO trudniejsze od wyrobienia sobie pióra.

Może. Pewnie w większości przypadków się to sprawdza, ale chodzi mi o to, że bez świetnego pióra też można pisać dobre rzeczy. I mówię to jako ktoś, kto bardzo docenia formę. Analogia: w muzyce można coś osiągnąć bez dobrego głosu, umiejętności. Oczywiście nie w każdym gatunku. W operze nie da rady, ale w hardcore punku już prędzej ;)

Poza tym ktoś może mieć talent do wymyślania historii, ale nie potrafić przełamać barier nawet poprawnego pisania (wtedy, w idealnym świecie, z pomocą przychodzą redaktorzy i korektorzy). 

Nie ma jednej drogi. Ale niewątpliwie warto szlifować wszystko: język, bohaterów, konstruowanie fabuły. I jasne, lepiej ciągnąć w górę. Chciałem tylko się podzielić moimi luźnymi obserwacjami i przemyśleniami, już w oderwaniu od “Zakrzywienia czasozefiru”. 

Wybacz Perruxie, ale nie mogę powiedzieć, że Twoje opowiadanie mi się podobało. Co prawda nie mogę też powiedzieć, że mi się zupełnie nie podobało, ale to chyba niczego nie zmienia.

 

Właściwie, to zraziłem się do tego tekstu już na początku, w momencie, gdy padły słowa:

– Zamknij wreszcie mordę! – Głos dobiegł od strony drzwi.

John odwrócił się i ujrzał stojącą w progu matkę.

To był dla mnie jasny sygnał, że nie bardzo radzisz sobie z dialogami, co późniejsza lektura dobitnie i nieprzyjemnie potwierdziła.

Nie znam – i mam nadzieję, że nie poznam – żadnej matki, która byłaby zdolna powiedzieć tak do swojego dziecka. I to jeszcze na dzień dobry, bez żadnego specjalnego powodu. I nie szkodzi, że owe dziecko to dorosły już, antypatyczny buc – bo tak, niestety, odbieram Twojego bohatera – względem którego rada była, generalnie, słuszna.

Miałem nieprzyjemność zetknąć się z ludźmi, którzy odzywali się w ten sposób do własnych rodziców, ale to jednak zupełnie inna kwestia, tak, jak innego rodzaju są uczucia, którymi dzieci darzą rodziców. Takie przypadki, jakkolwiek potępiam, byłbym w stanie jeszcze zaakceptować (lecz tylko w literaturze). Natomiast w drugą stronę, gdy matka mówi w podobnym tonie do syna, to zaczyna to wszystko trącić totalną patologią; taką w sam raz do programów typu “Pod napięciem”. A w sumie nic, prócz tych właśnie słów – no i może charakteru Johna – nie wskazuje, by w rodzince Arstonów lęgła się patologia.

Sam pomysł na historię w świecie równoległym całkiem interesujący – motyw z Wiatrami Czasu warto by rozwijać – ale położony przez wykonanie. 

Zacznę od tego – choć nie jest to główny mankament tekstu – że drażniły mnie różnego rodzaju niedopowiedzenia i dziury fabularne.

Wrzucasz nas od razu w sam środek jakiejś akcji i nie bardzo wiadomo, co się dzieje i kto jest kim. Wyskakuje jakiś doktorek i wkurzony na niego koleś, i choć w miarę szybko wyjaśnia się, czemu gość jest wkurzony i co się, mniej więcej, dzieje, to jednak brakuje wyjaśnień, dlaczego tak się dzieje. Co to za doktorek, skąd się wziął, jakiego rodzaju prace prowadzi, dlaczego akurat na bliźniakach, jak skonstruował portal, etc.

Człowiek myśli sobie – dobra, jak nie teraz, to potem będzie rozwinięcie tematu.

A tu, niestety, dupa.

Podobnie jest z innymi elementami świata Po Drugiej Stronie; mamy całkiem ciekawy zarys ichniej cywilizacji, ale, w gruncie rzeczy, niewiele więcej. A szkoda, bo pasowałoby opowiedzieć trochę o tych ludziach, o ich cywilizacji, o tym, jak długo Edison przebywał wśród nich (z punktu widzenia naszej rzeczywistości wydaje się, że wyruszył ledwo chwilę przed Johnem, natomiast w drugim świecie przebywał już lata), dlaczego bliźniacy byli odporni na zwichrowania czasu i o co dokładnie chodziło z Zefirem; dlaczego na bliźniaków działał inaczej niż na resztę (po części to ogarnąłem, a po części nie), i tk dalej.

W obecnym stanie wygląda to trochę jak niechlujność, czy może lenistwo Autora, któremu zwyczajnie nie chciało się konstruować świata przedstawionego z należnym pietyzmem.

 

John, jak już mówiłem, był strasznie wkurzający, a to w kółko powtarzanie o jego przeklinaniu wyłącznie męczyło. Nie wiem natomiast, czemu miało służyć? By pokazać różnice między nim a Edisonem – chodzącym ideałem? Jeśli tak, to nie bardzo to działa. Zapewne dlatego, że czytelnik Edisona poznaje dopiero pod koniec opowieści, więc gość zwyczajnie ma za mało czasu i miejsca, by pokazać, że jakoś bardzo różni się od brata.

Jeśli chodzi o finał jako taki, to nie rozumiem, czemu obliczenia doktorka się nie sprawdziły i po upadku chłopacy nie wrócili do naszego wymiaru, tylko utknęli w czasie – kolejna dziura w fabule, która prosi się o załatanie.

Poza tym całość wypada dosyć… płytko – jakoś tak brak mi tutaj prawdziwych relacji, prawdziwego zaangażowania w bohaterów i w ogóle większego autentyzmu w tym wszystkim. Nie przekonuje mnie to opowiadanie na żadnej płaszczyźnie.

Zdarzały się natomiast istne językowe koszmarki, które – przepraszam, że to mówię – po prostu odstręczały. Nie będę może przywoływał do tablicy wszystkich jak leci, ale jeden szczególnie utknął mi w pamięci, więc na nim się skupię.

John Arston powrócił do walki o życie. Bo w końcu co jest bardziej męskie: wyliczanie w myślach wszystkich znanych odcieni fioletu czy ratowanie resztkami sił przemarzniętego organizmu?

W tym momencie, gdyby nie pewne zasady, których z jakiegoś bzdurno-masochistycznego powodu zwykłem się trzymać (a które w sumie nie mają wiele wspólnego z lożańskim obowiązkiem), najprawdopodobniej zakończyłbym lekturę i nigdy więcej do niej nie wrócił.

Rozumiem, że chciałeś jakoś wybrnąć z zamieszczonej powyżej wyliczanki, ale co, na bogów chaosu, męskość ma wspólnego z chęcią ratowania życia; odruchem całkowicie przecież naturalnym, i to nie tylko wśród ociekających testosteronem samców. Mówiąc wprost, bardzo słabe było to porównanie, przynajmniej w moim odczuciu.

Ogólnie rzecz ujmując, poza pomysłem na zwichrowanie świata przedstawionego – również, niestety, niewykorzystanym w pełni – nic w tym opowiadaniu mnie nie chwyciło: bohaterów nie polubiłem (ani jednego w sumie), dialogi ani trochę mnie nie przekonały, akcja podobnie. A i wykonanie, niestety, wyraźnie odbiega od tego, co chciałbym czytać, szczególnie w opowiadaniach nominowanych do piórka.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Kupiłeś mnie koncepcją świata. Motyw podróży między nimi (przywrócenie człowieka do ojczystego świata) też zacny. Wykombinowałeś garść odmiennych sposobów, a jednak mają jakiś wspólny mianownik.

Nie bez znaczenia jest to, że czytało się przyjemnie i ciekawie, bo ciągle coś się dzieje.

Byłam na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Dzięki za komentarze, ludziska. Nieszczęsną kwestię matki z pierwszego fragmentu poprawiłem, myślę że poprawka jednego zdania mieści się w granicach rozsądku, zwłaszcza że nie ma ono żadnego fabularnego znaczenia. Kolejne zmiany, w szczególności eliminacja wulgaryzmów, wprowadzę już po zakończeniu konkursu.

 

Funie, widzę dużo prawdy w Twoim komentarzu. Pierwszą scenę niestety pisałem na sam koniec i jak widać nie przemyślałem jej wystarczająco. Trochę szkoda, bo miało być tylko proste zawiązanie akcji, a wyszedł fragment źle nastawiający czytelników do tekstu.

Jeśli chodzi o pokazanie historii z kilku perspektyw – masz rację, są ludzie, którzy to lubią i akurat ja do nich należę. I właśnie dlatego zdecydowałem się na taki ruch, chociaż zgadzam się, że czasem jest ryzykowny.

 

AQQ, fajnie, że mój odkurzacz wciągnął. Przy tym tekście sporo uwagi poświęciłem „wciągalności”, stąd szybka akcja. Mam już drugi koncert fajerwerków pod tekstem ;D

 

Cieniu, z częścią uwag się oczywiście zgadzam, z częścią już nie. Ale tak solidna porcja wypunktowanych odczuć czytelnika zawsze jest bardzo pomocna. Dzięki, że zdecydowałeś się tyle produkować! Krótko odniosę się tylko do wybranych kwestii:

Co to za doktorek, skąd się wziął, jakiego rodzaju prace prowadzi, dlaczego akurat na bliźniakach, jak skonstruował portal, etc.

Tutaj właśnie pomijanie tych wszystkich szczegółów było absolutnie zamierzone, bo opowiadanie dotyczyło czegoś innego. Ważna była sama historia sprowadzenia brata z powrotem, reszta miała stanowić tło. Gdybym zaczął to wszystko dokładnie opisywać, tak jak mówisz, musiałbym albo wrzucić w tekst sporo infodumpów, albo poucinać inne fragmenty, albo zdecydowanie wyskoczyć poza limit. A każdy z fragmentów historii jest mi potrzebny, cięcia mógłbym zastosować tylko na poziomie zdań.

Podobnie wygląda sytuacja z „niechlujnie” przedstawionym światem. Uwierz, wykreowałem go dużo dokładniej i mógłbym przedstawiać ciekawostki jedna po drugiej, ale nie w tym rozrywkowym opowiadaniu stawiającym na szybką akcję i ograniczonym do 60 tysięcy znaków. I tak nie udało mi się zupełnie pozbyć infodumpów. Chociaż rozumiem, że brakuje Ci więcej konkretów o Drugiej Stronie. W pewnym sensie mi też ich brakuje w tym tekście.

 

..ale co, na bogów chaosu, męskość ma wspólnego z chęcią ratowania życia; odruchem całkowicie przecież naturalnym…

Niestety, ryzyko narracji zbliżającej się czasem niebezpiecznie blisko bohatera. Z zacytowanym stwierdzeniem oczywiście się zgadzam, ale w potocznie odbiór wyliczania kolorów jest mało „męski”, a walki o życie już bardziej. Nie muszę się z tym zgadzać, ale John już mógłby. Zwłaszcza, że jest dość ograniczonym osobnikiem.

 

Jeśli chodzi o finał jako taki, to nie rozumiem, czemu obliczenia doktorka się nie sprawdziły i po upadku chłopacy nie wrócili do naszego wymiaru, tylko utknęli w czasie – kolejna dziura w fabule, która prosi się o załatanie.

Hmm… miałem wrażenie, że pozostali czytelnicy zrozumieli finał (i większości się spodobał). Utknął tylko jeden z braci (Edison wrócił do naszego wymiaru) i to utknięcie w czasie nie ma nic wspólnego z wyliczeniami profesora. To brat go tak załatwił, oczywiście nieumyślnie.

 

Finklo, kreowanie świata pochłonęło trochę czasu, dlatego fajnie, że właśnie ten element jest okej. Dzięki za Taka, czyli.

Świetny tekst, fajny pomysł na odmienny świat. W ogóle lubię takie klimaty z alternatywnymi światami i pokręconą nauką. Już samo słowo czasozefir przykuwa uwagę. Zakończenie z podstawieniem poduszki ciekawe, ładnie wykorzystujące mechanizmy podróży w czasie. Jak dla mnie jeden z konkursowych faworytów.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dzięki, Szyszkowy, za docenienie tekstu. Świat, czasozefir i zakończenie – w komentarzach powtórzyło się kilka razy. Fajnie wiedzieć, które elementy wyszły najlepiej.

Najsilniejszą stroną tekstu jest inny świat, którego opis bardzo mnie przekonał. Ale niestety, antypatyczny bohater i ogólnie relacje międzyludzkie, już nie miały takiej siły przebicia. Naprawdę chciałam, aby próba ratowania brata przez Johna porwała mnie. Ale kurczę, zabrakło tej głębi. Szkoda, bo dobrze się czytało i podkreślam, istny majstersztyk jeśli chodzi o opis alternatywnej rzeczywistości.

O, kolejna osoba, którą świat przekonał :) Super.

Nie porwało m. in. przez relacje międzyludzkie? Rozumiem. Niestety ten element zepchnąłem na dalszy plan i nie mogę się teraz dziwić, że czytelnicy szukający silnych relacji nie są do końca usatysfakcjonowani. W kolejnych opowiadaniach na pewno postaram się podciągnąć ten element.

Wysoko cenię to opowiadanie i uważam, że zasługuje na wysokie miejsce w konkursie “Jestem legendą”.

Cenię ten przede wszystkim tekst za:

a) niezwykle efektowny pomysł na świat i jego konsekwentną realizację;

b) językową i narracyjną sprawność – bardzo dobrze mi się je czytało;

Zamierzam zagłosować na ten tekst w konkursie. 

Dzięki za zwięzłą i konkretną opinię. I za głos, rzecz jasna :)

Nie będzie to odkrywcza i wiele wnosząca opinia:

czytało się dobrze, ale nie ogarnęłam sposobu na powrót do domu – dlaczego kastracja jest ok a przebite płuco nie? jakie przekleństwa obowiązują? Zatrzaśnij zęby, pochmurny szczurze! czy swojskie, którymi rzucał John i od których rumieniła się dziewczyna? Czy może uczą ich i tego w ramach języków obcych? ;)

I would prefer not to.

“Zakrzywienie czasozefiru” robi spore wrażenie. Historia jest niebanalna, pomimo tego że pomysł na bliźniaków zamieniających się rolami nowy nie jest. Szczególnie zakończenie, z ciekawym paradoksem czasowym. Lubię opowieści o podróżach w czasie, ale niestety większa ich część jest bezsensowna i nielogiczna. A Twoje opowiadanie należy do grona tych zacnych historii, które do tematu podchodzą logicznie i są zacne. Szkoda tylko, że tak mało dowiadujemy się o przyczynie wszystkich wydarzeń – jak bracia trafili do tego świata? 

Tekst został napisany bardzo dobrze. Opowiadanie wciąga i czyta się je z przyjemnością. Po prostu “płynie się”.

Kolejne genialne opowiadanie na konkurs – za dużo już tego? Jak będę miał wytypować najlepsze? ;)

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

W mojej klasyfikacji trzecie miejsce.

Przede wszystkim kupiłeś mnie światem – oryginalnym, dziwacznym, który poznawało się z ciekawością. Fajnie było go odwiedzić. Do tego mocny motyw legendy. Na fabułę i bohaterów też nie narzekam – bracia mają osobowości i charakterki.

Gdybyś lepiej doszlifował tekst, pewnie mógłbyś jeszcze urwać jakiś punkcik.

Babska logika rządzi!

Dzięki za kolejne komentarze.

 

Wybranietz, każda opinia coś tam jednak wnosi, bo nawet jeśli powtarzasz po innych, to mam jasny sygnał, że czytelnicy zgadzają się w konkretnych kwestiach :)

Co do różnicy kastracja-przebite płuco. Tutaj przebite płuco potraktowałem jako punkt, którym ucieka z Johna zefirowy pył (pył z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu podtrzymuje odporność na zakrzywienie czasu). Mam nadzieję, że ten pomysł jakoś się broni.

 

Pietrek, super, że udało się wybić z tych mniej zacnych opowieści o podróżach w czasie. Za dużo dobrych opowiadań na konkurs? Sam mam problem z wytypowaniem szóstki, ale wyrównany poziom wcale mnie nie martwi ;)

 

Finklo, dzięki za punkty!

 

Miałam skomentować dawno, ale wyszło tak, że tuż przed końcem głosowania, bo i z tym jestem niemal spóźniona…

 

Bardzo ciekawy świat, mogłabym poczytać więcej o nim, z tym takim trochę steampunkiem, a trochę nie wiem sama czym ;) Nieco mniej porwała mnie fabuła, która w przeciwieństwie do przedpiśców nieco mi się momentami dłużyła i wtedy, kiedy nie napisałam komentarza, i teraz, jak przejrzałam tekst jeszcze raz. Niemniej niewątpliwie jedna z ciekawszych propozycji w konkursie.

 

Dwie uwagi stylistyczne:

nie pasuje mi to”jebany” do całości tekstu

 

“próbując w jakiś sposób wzniecić nienawiść.” – chyba powinno być “w sobie nienawiść”

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki za podzielenie się wrażeniami i trzy punkty w konkursie :)

Uwagi stylistyczne oczywiście trafne – jak widać zawsze można znaleźć jeszcze kilka szczegółów do poprawy.

Jako amator ostrego żarcia, który sięga czasem po naprawdę mocne menu, czuję się skutecznie postraszony. Ewentualne konsekwencje spożywania dań pod szyldem Diavolo, Mexicana, etc. zainspirowały mnie do poszukiwań kulinarnych w krainie łagodności… :D

 

Jestem z komentarzem trochę późno, ale w ostatnie dni przed głosowaniem skupiłem się na tym, żeby wszystkie teksty przeczytać.

A Twoje opko, Perruxie, zrobiło mi niezłe pa-pa-ra-ra tuż przed wrzuceniem listu do skrzynki. Nie ułatwiłeś mi zadania, i choć nie zdecydowałem się na posadzenie go w mojej topsix, to wiedz, że rad jestem Cię widzieć na wysokiej pozycji w konkursie – w pełni zasłużenie, według mnie…

Nie jestem doświadczonym skrybą, tym bardziej recenzentem, więc nie potrafię doszukiwać się w tekstach tych wszystkich mankamentów, drobiażdżków, które według niektórych są (często trudno się nie zgodzić), a mnie omijają szerokim łukiem. Cieszę się, bo chyba mam więcej radochy z lektury, zazwyczaj. :D

Dlatego właśnie, najkrócej jak potrafię, powtórzę za niemal wszystkimi, że to kapitalnie napisane opowiadanie, które łapie czytelnika za brodę (posiadam takową) i trzyma do samego końca, fundując gładki lot z pięknymi widokami.

Poza stylem i naprawdę rzetelnym wykonaniem, i w pełni satysfakcjonującą puentą, doceniam pomysł, jego oryginalność i legendę stworzoną od podstaw, bez nawiązań.

Dzięki za lekturę! Gratuluję miejscówki i publikacji! ;)

Pozdrawiam!

Dzięki za wizytę, Majkubar. Kolejny zadowolony czytelnik zawsze cieszy :)

Też czasami tak mam, że kiedy szybko płynę przez tekst, nie zwracam uwagi na niedoskonałości i drobne mankamenty. I, szczerze mówiąc, lubię to ;)

 

Mimo że swoim tekstem na legendę akurat nie trafiłeś w mój gust, również życzę publikacji ;) W końcu antologie zawsze są różnorodne – nic dziwnego, jeśli nie wszystkie teksty tematycznie trafią w ramy moich preferencji. Pozdrawiam również!

Nowa Fantastyka