- Opowiadanie: Perrux - Zakrzywienie czasozefiru

Zakrzywienie czasozefiru

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Zakrzywienie czasozefiru

– Mówiłem, że tak to się skończy! – wrzasnął John Arston, patrząc z góry na niższego o głowę profesora. Wybitny naukowiec tym razem wyglądał jak chłopiec łajany za niewłaściwe zachowanie.

– John, zrozum… To naprawdę nie moja wina.

– Co? Wysłałeś mi brata do innego wymiaru i jeszcze śmiesz mówić, że to…

– Zrób coś w końcu, proszę! – Głos dobiegł od strony drzwi.

John odwrócił się i ujrzał stojącą w progu matkę. Błagalne spojrzenie natychmiast wybiło go z rytmu. Podeszła bliżej i kontynuowała:

– Skończcie te dyskusje, trzeba działać! – Odwróciła się w stronę profesora. – Ile mamy czasu, żeby sprowadzić Edisona z powrotem?

Naukowiec wyglądał, jakby ktoś właśnie skazał go na śmierć.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – rzekł słabym głosem. – Wolałbym nie wysyłać tam nikogo więcej. Co pani zrobi, jeśli kolejny syn nie wróci? Jeśli żaden z bliźniaków nie zostanie w naszym świecie?

– Ile mamy czasu? – powtórzyła przez zaciśnięte zęby, chwytając staruszka za fartuch.

– Jakiś tydzień. Później przejście dla Edisona może się zamknąć.

– Brawo – przyklasnął John. – Jednak umiesz mówić konkrety. Co muszę zrobić, żeby go przywlec do naszej… no… rzeczywistości?

– Jest kilka sposobów. Możesz poddać brata dużemu przeciążeniu. Możesz wywołać hipotermię. Wykastrować, zrzucić z kilkudziesięciu metrów, nakarmić czymś piekielnie ostrym.

– Cokolwiek z tego?

– Cokolwiek. Gdzieś tutaj mam rozpisane dowody. – Profesor z entuzjazmem podniósł potężną teczkę i zaczął kartkować. Nagle zatrzymał się i spochmurniał. – Naprawdę tego chcecie? Edisona coś tam wciągnęło. Nie będzie łatwo przekonać go do powrotu. No wiecie… ten jego zapał i…

– To już zostaw mnie – przerwał zniecierpliwiony John. – A teraz do roboty. Czego mogę się spodziewać po tamtej stronie?

– Czy ty mnie w ogóle słuchałeś? Ni cholery nie wiem, co tam będzie. Miasto olbrzymów, zmutowane drzewa-ludzie, inne prawa fizyki, latające zombie, greccy bogowie… To może być po prostu wszystko.

John westchnął i pokręcił głową.

– Pięknie. Po prostu pięknie…

 

***

 

Większość ludzi doświadczyła choć raz nagłego zrywu, który bez uprzedzenia atakuje ciało w chwili przejścia w stan snu. Czujesz się wtedy, jakby ktoś silnym ruchem pchnął cię w przepaść, a senne mięśnie rozpaczliwie szukają ratunku w silnym skurczu.

Dokładnie w ten sposób ciało broni się przed przejściem „na drugą stronę”. Teoretycznie istnieją dwie rzeczywistości, z których każda posiada fazę snu i fazę jawy. Jednak mózg człowieka działa stabilnie i predykcyjnie, przełączając się zawsze w ramach wyłącznie jednej rzeczywistości.

Ale co się stanie, gdy umysł pomyli drogę, kierując nieświadomą istotę wprost do którejś z faz w innym wymiarze? Potrzebny jest ratunek. A kto może pomóc? Zryw miokloniczny. Nasz anioł stróż, który cofa mózg do poprzedniego stanu, dając jeszcze jedną szansę odnalezienia prawidłowej ścieżki.

John „Skrupek” Arston doświadczył Zrywu kilkanaście razy w ciągu trzydziestu sekund; wciąż jednak nie mógł się przebudzić. Profesor Allegor Muls stał tuż obok, ze skupieniem regulując natężenie pola elektromagnetycznego. Zdawało się, że silne środki chemiczne działały prawidłowo, tocząc zażartą bitwę ze Zrywem. Ciemność, efekt spadania, szybki wdech, skurcz i znów ciemność. Ciemność – spadanie – wdech – skurcz – ciemność. Sekwencja ciągnąca się w nieskończoność, jakby cały świat Skrupka nagle stał się zamkniętą pętlą.

W końcu coś się zmieniło. Ciemność, spadanie, skurcz, ciemność. Czegoś brakowało. Niepełny cykl powtórzył się trzykrotnie, z każdym kolejnym razem silniej manifestując swoją niekompletność. Półsen nie pozwolił skupić myśli, dlatego olśnienie przyszło dopiero kolejne dwie sekwencje później. Wdech! – pomyślał John w chwili, gdy zorientował się, że jego ciało znajduje się pod wodą. Oprzytomniał w ułamku sekundy, by zmusić niedotlenione mięśnie do nieustępliwego parcia ku górze. Powierzchnia była całkiem niedaleko, choć lodowata woda skutecznie wytrącała rytmu.

Z każdą kolejną sekundą ciało dopływało, a mózg odpływał.

Udało się. Skrupek z bólem napełnił powietrzem płuca, pozwalając drażnić oczy promieniom stanowczo zbyt różowego słońca. Mogło być gorzej i mogło być lepiej. Nic dziwnego, rzadko kiedy coś jest białe albo czarne. Zbiornik wodny okazał się niezbyt pokaźnym jeziorem. Całkiem nieźle. Skrupek znajdował się jednak w samym jego centrum. Nie najlepiej.

Kolejne kilka minut upłynęło na powolnym parciu w stronę brzegu. Dlaczego wszystko jest tak cholernie fioletowe?! – pomyślał Skrupek w czasie krótkiej przerwy od walki o życie. Trawa ametystowa, krzewy purpurowe, drzewa cyklamenowe, a plaża amarantowa. Zacisnął powieki tak mocno, jakby chciał rozłupać nimi orzecha. Ponownie spojrzał na świat i stwierdził, że niewiele się zmieniło – wszystko jedynie przeszło bardziej w stronę różu.

John Arston powrócił do walki o życie. Bo w końcu co jest bardziej męskie: wyliczanie w myślach wszystkich znanych odcieni fioletu czy ratowanie resztkami sił przemarzniętego organizmu? Okropny kaszel pojawił się w momencie, gdy John zanurzył usta w wodzie. Nie kontrolował oddechu – przepona pracowała tak szybko, że dostrojenie innych mięśni do jej szaleńczego rytmu przestało w końcu być możliwe. Skrupek zamknął oczy, podejmując próbę wejścia w słynny trans geniuszu. Trans geniuszu, z którego znany był jego brat. Tym razem jednak John musiał odnaleźć w sobie ukryte możliwości. Wcale nie potrzebował powietrza w płucach do skupienia całej energii w skuteczny proces poznawczy. Koncentracja, wnioskowanie, kreatywność. Tym razem musiało się udać.

Minęła chwila, nim John odrzucił emocje na bok. Zmusił nogi do pracy w niezmiennym rytmie, by uspokoić ustawione do pionu ciało.

Wdech, wydech.

Wdech, wydech…

Wcale nie trzeba było czekać w nieskończoność, by oddech przestał szaleć. Organizm, popychany niezwykłą siłą instynktu przetrwania, stopniowo zaczął kierować się ku amarantowemu brzegowi.

 

***

 

Wóz Quosinasa, napędzany sprężonym gazem, poruszał się wzdłuż traktu dopiero jako trzeci, dlatego wybór optymalnej lokalizacji musiał tym razem przypaść komuś innemu. Nic dziwnego – Wiatro-protektorzy dopiero co ogłosili, że wichura wreszcie opuściła Rybie Jezioro. Dzisiaj zarobić chcieli wszyscy.

 – Nie ma co narzekać – rzekł Quouo do bratanicy, pocieszając głównie samego siebie. – Zobacz no, Granuś, ilu tam jeszcze za naszym tłokochodem ciągnie. A tak w ogóle, to cztery napełnienia zbiornika i będziemy na miejscu.

Granalda zdawała się nie dostrzegać, że ktoś do niej mówi. Olbrzymie niebieskie oczy wędrowały to w górę, to w dół. W lewo i w prawo. W końcu czekała na ten dzień miesiącami. Już cztery lata tkwiła w bezpiecznych dystryktach Smużnego Miasta, a prawdziwy świat obserwowała wyłącznie w postaci twardych wzorów fizyki. Teraz jednak wykładowcy wydali przepustkę. Wreszcie!

– Pięć. – Granalda poprawiła wuja po dłuższej chwili milczenia. Osobliwy umysł zapamiętywał każdy szczegół i nieustannie coś rachował. Każdy zdążył do tego przywyknąć. – Jeszcze kilkadziesiąt cykli i zejdzie nam ciśnienie – powiedziała zupełnie neutralnym tonem, nie przerywając wnikliwej obserwacji otoczenia.

– Cztery czy pięć, co to za…

Podmuch o niepokojącej sile przeciął trakt ze wschodu na zachód. Wszyscy zamarli.

– Na Smugi Protektorów! – Granalda wzdrygnęła się, wracając ze świata marzeń do rzeczywistości. – Przecież wiatry odeszły! Co to miało być?

Wlepiła w wuja ogromne oczy, daremnie wyczekując wyjaśnienia. Na co liczyła? O ile darzyła go szacunkiem, prosty chłop nie mógł wiedzieć więcej o prawach natury niż ona sama. Zdjęła binokle, by spojrzeć na pomiar zakrzywienia, który na szczęście mieścił się w normie. Ale co z tego, skoro każdy poczuł na twarzy muśnięcie niewidzialnej siły pchającej powietrze?

Wozy jednak z nieustępliwością ciągnęły dalej. Skąpany w południowym słońcu trakt wypełnił się strachem i niepewnością – biły one z każdej strony równie silnie, co zbytecznie. Dalsza podróż przebiegła spokojnie; samotny podmuch nie przyciągnął braci. Prognozy jak zwykle nie kłamały.

 

Trakt biegł łagodnym łukiem, pozwalając zbiornikowi wyłaniać się stopniowo zza morza potężnych kwiatostanów. Nerwowość ustąpiła miejsca radości. Dotarli co celu. Wóz Quosinasa dogonił dwa szybsze pojazdy, stojące teraz obok siebie na skraju Rybiego Jeziora.

– Czemu, do licha, nie zajęliście miejsc do łowów? – wypalił bezpośrednio Quouo.

Jeden z rybaków wskazał ręką sylwetkę nagiego człowieka, który stał jakieś sto kroków dalej i kaszlał, jakby chciał wypluć płuca.

– Przyjechał z wami?

Pozostali z zaprzeczeniem pokręcili głowami.

 

***

 

John Arston wciąż się krztusił, mimo że od wyjścia z wody minął już dobry kwadrans. Nadal nie otrząsnął się z szoku, co zaowocowało zmieszaniem skurczów ścian klatki piersiowej z wibracjami strun głosowych. Duszącego kaszlu z siarczystymi bluzgami. John z uporem recytował wyuczoną specjalnie na takie okazje litanię wulgaryzmów, choć gdzieś w głębi odczuwał wewnętrzną siłę, która starała się przekuć nerwy na dodatkową energię. Całkiem skutecznie – gdzieś z tyłu głowy, w kolejce za bólem, nerwami i złością, pojawił się promyk prawdziwej dumy. Efektywna walka z lodowatą wodą, brakiem tlenu i strachem to nie są rzeczy, które można było znaleźć w rubrykach jego CV. A jednak się udało.

W myślach wciąż narzekał, choć z pewnością nie powinien. Co z tego, że zmaterializował się w środku jeziora, skoro teren był najwyraźniej zamieszkały? Dwie drewniane konstrukcje, różowe jak wszystko inne, wyłoniły się zza potężnych struktur roślinnych, by po chwili znieruchomieć i wypluć z siebie kilku niewysokich osobników. Tak – byli niscy, nawet bardzo, ale wyglądali na stosunkowo normalnych ludzi. Właśnie dołączyła do nich kolejna – różowa, a jakże –  maszyna, a ręka jednego z tubylców powędrowała w kierunku Johna.

To Skrupek wykonał pierwszy ruch w stronę trzyosiowych wozów. Sylwetki początkowo zamarły w bezruchu. Chwilę później zaczęły stawiać pierwsze kroki, by spotkać się z Johnem gdzieś w środku drogi, na amarantowym piasku pokrywającym wąski teren wokół jeziora. Dwóch niskich mężczyzn wciśniętych w sztywne surduty i młoda kobieta w zwiewnej sukience stali naprzeciwko Skrupka, przewiercając go wzrokiem na wylot. On robił to samo, nie przejmując się zupełnie swoją nagością.

– Nie, nie, nie. To niemożliwe… – wydukał z trudem jeden z tubylców. Słowa wypowiedział zupełnie zrozumiale, mimo potwornie wyolbrzymionego brytyjskiego akcentu. – Ty naprawdę wróciłeś!

– Potrzebuję pomocy.

Pierwsze słowa Johna były tyleż spontaniczne, co głupie. Zabrakło mu geniuszu Edisona. Żadna nowość, zapewne ukrył się głęboko pod płaszczem nerwów i zmęczenia, stłumiony jak zwykle ich destrukcyjnym działaniem. Konsternacja wykrzywiła twarze tubylców.

– TY potrzebujesz pomocy od NAS? Przecież jesteś Odpornym! – Młoda kobieta z niezrozumieniem zamrugała wielkimi oczami, choć kąciki ust wciąż pozostawiała lekko uniesione. Ile mogła mieć lat? Siedemnaście? Piorunujące spojrzenie łysiejącego gościa w dziwnych binoklach nie zdjęło uśmiechu z twarzy dziewczyny, ale ozdobiło ją delikatnym rumieńcem. O ile można tak nazwać zmianę koloru policzków z arbuzowego na rubinowy.

– Wybacz jej, Edisonie. Zrozum, że… No, różne słuchy chodzą. Niektórzy mawiają, że nas zdradziłeś. Nawet pieśni już o tym piszą.

– Zdradziłem was? – Skrupek z namysłem podrapał się po brodzie. –  A wy jak sądzicie?

Pachnący aloesem jegomość zbliżył się i ze łzami w oczach objął Johna, rozlewając wokół roztwór konsternacji i niezręczności.

– Jesteś nadal z nami – rzekł jakby ze wzruszeniem. – I wciąż na ciebie liczymy…

 

Naprawdę? – pomyślał John z irytacją. Jestem tu jebaną legendą? Nie mógł jednak zaprzeczyć, że droga do celu teraz wydawała się krótsza. Czy Edison rzeczywiście tu kogoś zdradził? Tak czy inaczej, ważne, że został celebrytą. A status celebryty mógł się przydać.

Skrupek postanowił stać się Edisonem. Choć na kilka dni.

Jeden z niskich mężczyzn położył dłoń na plecach Johna, a drugą ręką wskazał pojazd. To było zaproszenie. Ruszyli w kierunku machiny w akompaniamencie komplementów wypływających z ust Leoleo – tak przedstawił się właściciel kręconych bokobrodów. Dziewczyna z drugim mężczyzną zostali z tyłu.

 

***

 

– Na zabójczy wicher! – wzburzył się Quosinas, z trudem tłumiąc krzyk. – Co ten oszołom wyprawia?!

Granalda przyłożyła palec do ust.

– Mądrze robi. Pomyśl trochę… Kiedy się skończyło? Jak mówili Wiatro-protektorzy?

– No jakoś o brzasku.

– Właśnie. A co z zefirowym pyłem?

– Jak to co? Było go tu pewnie od cholery.

– Było? Nie. On wciąż tu jest. Dam sobie rękę uciąć, że Edison widzi wszystko na różowo.

– Święta racja. Pomyślał, skubany… – Quosinas zastanowił się chwilę, po czym ruszył w stronę tłokochodów. – Tyle lat człowiek przeżył, a wciąż imbecyl z niego. Już chciałem zagruchać Odpornemu ze śliwy. – Spojrzał na zaciśniętą pięść i zaśmiał się. – Ale by mnie koleś zmłócił. Leoleo coś tam jednak w głowie… Hej, on… Co to ma być? Wsiada do mojego wozu?!

Gdy Quouo przyspieszył kroku, poczuł na ramieniu ciepły dotyk bratanicy. Próbowała go uspokoić. I słusznie. Atak na gościa, który nawdychał się właśnie zefirowego pyłu, z pewnością nie był najmądrzejszym pomysłem. Miast tego Quosinas wykrzywił usta, nieudolnie symulując uśmiech. Rybie Jezioro wreszcie wolne od wichrów, a ja bawię się w transport wielkiego zdrajcy! – pomyślał ze złością, próbując wyrzucić z pamięci kosmiczne ceny ryb w Smużnym Mieście. Czy jest coś gorszego od porzucenia takiego zarobku?

Uśmiechnął się jeszcze szerzej i jeszcze żałośniej.

Kiedy Edison z nadzwyczajną niepewnością przyglądał się wnętrzu wozu, Leobusinas szepnął coś do ucha Granaldy. Ta odpowiedziała mrugnięciem, po czym zwinnie wspięła się na żakardowy fotel pojazdu. Leoleo był naprawdę sprytny, ale chyba przeceniał możliwości dziewczyny. Czy zwykły śmiertelnik jest w stanie dostrzec moment, w którym zefirowy pył opuści czyjeś płuca? Jest jeden sposób, ale wymaga… Na zabójczy wicher! Czy rzeczywiście chciała to zrobić? Wdawać się w gierki z samym Edisonem?

 

Quouo odkręcił zawór, wyzwalając posuwiste ruchy tłoka. Pojazd zawrócił z cichym trzaskiem i rozpoczął drogę powrotną w kierunku Smużnego Miasta. Granalda wzięła głęboki oddech i pociągnęła za dźwignię, by obrócić fotel w stronę Edisona.

– Odporny, czy pozwolisz, że zajmę cię rozmową? – spytała nieśmiało.

– Z przyjemnością – Odpowiedź nadeszła natychmiast. Czyżby była szczera?

– Ależ one są piękne.

Arston podążył za wzrokiem Granaldy, by zatrzymać spojrzenie na zbiorowisku kwiatów otulających pobliski głaz. Zakłopotany wyraz twarzy mężczyzny utwierdził ją w przekonaniu, że dla niego wszystko wciąż jest jednobarwne. Kontynuowała:

– Kwiaty… Tak, czasem nie potrafię mówić o czymkolwiek innym. Mogłabym patrzeć na nie godzinami…

– I dostawać codziennie.

– Dostawać? Kwiaty? Oj, chyba nie pojęłam metafory. – Granalda spuściła wzrok. Nieczęsto zdarzało jej się nie zrozumieć czyjejś myśli. Zadrżała, przypominając sobie opowieści o błyskotliwym umyśle Odpornego. – Nigdy nie zrozumiem, dlaczego rosną tak symetrycznie.

– Natura lubi symetrię.

Edison ewidentnie nie zauważył, że białe pasmo płatowców poprzecinane było zupełnie przypadkowymi wstęgami bardziej rozwiniętych, bo czerwonych, kwiatów. To było skuteczne! Ale jak długo można utrzymywać rozmowę o florze? Zefirowy pył przestanie działać nie prędzej niż za dwa napełnienia zbiornika – pomyślała dziewczyna.

 

***

 

John stwierdził, że młoda kobieta jest naprawdę ładna i naprawdę miła, chociaż fiołków czy innych konwalii miał już serdecznie dosyć. Nie wiedział, czy rozmówczyni była tak ograniczona, czy może chciała osiągnąć ukryty cel, pytając ciągle o opinię na temat mijanych roślin. Nie miał też pojęcia, skąd bierze wiedzę o kolorach w tym jednolicie różowym świecie.

Nagle coś się zmieniło. Skrupek miał świadomość, że człowiek mruga ponad pięć milionów razy w trakcie roku. Nie spodziewał się jednak, że to konkretne zmrużenie oczu zapamięta na długi czas. Powieki zwyczajnie opadły, a gdy uniosły się z powrotem, świat zaatakował Johna pełnym spektrum barw. Jedna trzecia sekundy wystarczyła naturze do pomalowania planety. Nie. To nerw wzroku zdawał się wytrzeźwieć w tym czasie. Skrupek skupił się, by nie dać po sobie poznać szoku.

– …Jeszcze kilka dni i te piękne, błękitne liście staną się białe – ciągnęła Granalda, zachwycając się pobliskim krzewem.

– Błękitne? – zapytał mimowolnie John.

– Tfu, czerwone. Ach… za dużo już tych kolorów.

Dziewczyna wyglądała, jakby doznała szoku. Spojrzała na sporych rozmiarów zbiornik – bak nietypowego wehikułu. Czyżby coś było nie tak z pojazdem? Przecież Quosinas dopiero uzupełniał poziom gazu, przykładając do zbiornika syczące urządzenie.

Po chwili dwa wozy stały już na skraju drogi, a wszyscy zgromadzili się przy najpewniej uszkodzonym baku.

– Co się dzieje? – zapytał John.

Spodziewał się odpowiedzi; ale nie takiej, która za chwilę miała nadejść.

Ręka Leoleo sprawnie wystrzeliła w kierunku podbródka Johna. Później wszystko zmieniło się w głęboką czerń.

 

Gdy Skrupek otworzył oczy, znów ujrzał świat w różowych barwach. Niestety, nie w przenośni. Dosłownie. Ręce związane z tyłu grubym sznurem i rzemyk zaciśnięty na kostkach skutecznie ograniczały ruchy, ale nie to było teraz najważniejsze. Świat zwolnił. I nie było to żółwie tempo, nie było to nawet tempo schorowanego ślimaka. W zasadzie ruch pojazdu stał się niewyczuwalny, a zastygłe sylwetki Quosinasa i Granaldy podsycały wrażenie, że wszystko zwyczajnie stanęło w miejscu. Tylko leniwy ruch tłoka, który poprzednio gnał jak opętany, teraz dawał sygnał, że czas nadal upływa.

Wiało.

John mimowolnie napełnił powietrzem płuca niemal pod korek, czując jakby wpuszczał do środka niezwykły narkotyk. W rzeczy samej – nieświadomie wchłonął dziwną substancję. Wydech wywołał potworny skurcz mięśni, a w następstwie trzask rzemyka przy kostkach i rozluźnienie sznura oplatającego nadgarstki. Gdy Skrupek wstał, poczuł się jak niepasujący element umieszczony nagle w nieruchomym, trójwymiarowym obrazie.

Pomyślał o celu tej chorej wyprawy. Wiedział już, że wyznanie tubylcom prawdy mija się z celem – wszyscy najwyraźniej mieli go za mityczną postać, która zaszła lokalnej społeczności za skórę. Ale czy ktoś byłby w stanie uwierzyć, że nią nie jest? Że nie jest Edisonem?

Czas poznać odpowiedzi – pomyślał John, po czym chwycił leżący u stóp sznur. Zbliżył się do przedniej części wozu i złapał za dłoń kierowcy. Koszmarny trzask przeszył powietrze w towarzystwie nieznośnych wibracji. John wrzasnął. Czyżby Quouo przyciągnął na tyle dużo elektronów, by dotyk wywołał spięcie? A może to nie był wcale prąd?

John Arston z wielką ostrożnością przywiązał mężczyznę do fotela, rzucając co jakiś czas siarczystymi bluzgami. Tak na wszelki wypadek, gdyby nieznośny trzask miał się pojawić ponownie. Coś wyraźnie nie pozwalało dotykać zastygłego w bezruchu tubylca.

Następna była Granalda. Nie odważył się jej nawet musnąć; na szczęście nie stawiała oporu. Ale czy można w ogóle mówić o jakiejkolwiek opcji oporu, jeśli ma się do czynienia z żywym posągiem, którego oddech trwa dobre kilka godzin?

Skrupek wyskoczył z wozu, by unieruchomić załogę jadącego z tyłu pojazdu, który gnał w kierunku Smużnego Miasta z zawrotną prędkością dwóch centymetrów na pół roku. Stanął jak wryty, gdy czas obudził się ze snu. Pojazdy wystartowały w ułamku sekundy, pozostawiając bezradnego Johna na poboczu traktu.

 

***

 

Gdy Granalda dostrzegła wibracje miernika zakrzywienia, na reakcję było już za późno. Żywioł nadchodził. Na szczęście wszystko wskazywało na to, że w łagodnej postaci.

Podmuch uderzył w trakt, a wymiar czasu natychmiast uległ ugięciu. Dziewczyna poświęciła całą energię na odfiltrowanie w nozdrzach zefirowego pyłu. Substancja potrafiła czynić cuda, ale kto o zdrowych zmysłach próbowałby ją wdychać? Uzależnienie mogło przecież zniszczyć człowieka w ciągu miesiąca.

Nie minęła dziesiąta część sekundy, kiedy Granalda zorientowała się, że jej ciało oplata gruby sznur, który jeszcze przed chwilą spoczywał na rękach Edisona. Zdążyła dostrzec tylko ciemne plamy rozmazanej materii, gnającej po wnętrzu tłokochodu z niezwykłą szybkością. Sznur po prostu się pojawił, jakby namalowany niewidzialnym pędzlem wiatru.

Serce nie zdążyło wykonać choćby jednego uderzenia, a zefir odszedł w nieznane. Ile czasu minęło? Minuty? Godziny? Dni? Granalda spojrzała na miernik i odetchnęła. Kanciaste urządzenie podawało niewielkie wartości zakrzywienia.

– Na Smugi Protektorów! – wrzasnęła dziewczyna w chwili, gdy zorientowała się, że tłokochód pędzi w stronę łagodnego zbocza wzgórza.

Nie dało się nic zrobić. Wuj Granaldy był równie przerażony – właśnie próbował wyszarpać się z silnego uścisku sznura. Z każdą chwilą ruchy uwięzionych wewnątrz pojazdu stawały się bardziej chaotyczne i rozpaczliwie.

Trakt skręcił, a wóz runął wzdłuż zbocza. Pierwszy był trzask środkowej osi pojazdu, później… Później wszystko zdarzyło się niemal w jednej chwili. Przednie koła gwałtownie skręciły, przenosząc środek ciężkości stanowczo zbyt blisko ściany i w konsekwencji wybijając wóz w powietrze. Nim drewniana konstrukcja całkiem się rozpadła, tłokochód zdążył kilkukrotnie obrócić się wokół własnej osi, uderzając co chwilę o ziemię niczym beczka toczona z nierównego zbocza.

W jednej chwili wszystko stanęło. Dwa żakardowe fotele błyszczały teraz w blasku słońca, przygniecione ciałami swych właścicieli. Jeden zatrzymał się w gąszczu rozległych krzewów, drugi…

Drugi wytracił prędkość nagle i z wielkim hukiem. Okrutne tchnienie chaosu poniosło go wprost na pień samotnego klonu.

 

***

 

Wokół podwyższenia o dwudziestometrowej średnicy zgromadziły się właśnie tysiące mieszkańców Smużnego Miasta. Skrupek wiedział, że jego obecną sytuację najłatwiej opisać zdaniem równie prostym, co wulgarnym: miał przejebane. Przytwierdzony rzemieniami do krzesła, początkowo skupił się na obserwacji wspaniałych smug unoszących się nad miastem. Pasy dymu o różnych odcieniach zieleni układały się w skomplikowane wzory, jakby niebo popisał szalony Chińczyk opuszczający lekcje kaligrafii.

Powietrze było idealnie przejrzyste. Z podwyższenia rozciągał się widok nie tylko na liczne zespoły budynków opisane na okręgach, ale i wyraźnie wyeksponowane granice miasta. Miasta, które wzniesiono wewnątrz gigantycznego krateru, otulonego bujnymi koronami drzew. Czyżby mieszkańcy chronili się przed wiatrem? – pomyślał John, znając już zadziwiające zjawiska towarzyszące ruchom powietrza. Ciekawsze było jednak to, co działo się kilka metrów przed nim.

Łysy mężczyzna ubrany w coś, co Skrupek w myślach nazwał czerwonym workiem, podszedł właśnie do drewnianego pulpitu, po czym zwrócił się w stronę ludzi. Odchrząknął, rozłożył przed sobą kartki papieru i rzekł:

– Edison Arston, nazywany powszechnie Odpornym, wpadł w nasze ręce wczorajszego wieczora. Wniesiono przeciw niemu podwójne oskarżenie.

Na placu zapanowała cisza niemal doskonała. Johnowi zdawało się, że słyszy nie tylko własny oddech, ale i bicie serca muchy przelatującej sto metrów przed nim. Wiedział, że to niemożliwe. Ale próbował wychwycić nawet najcichszy dźwięk, choćby ten powstały wewnątrz umysłu.

– Morderstwo – kontynuował mężczyzna z podręcznikową powagą. – Edison użył powszechnie znanych zdolności, by odebrać życie jednemu z nas. Quosinas, dzielny obywatel, zdolny rybak i wspaniały ojciec, odszedł dzisiejszej nocy. Drugi z zarzucanych mu czynów znamy wszyscy. Jest to…

Na owalnym podwyższeniu pojawił się nagle starszy osobnik w komicznym, obcisłym kombinezonie.

– Cholerny sztywniak – mruknął. – Widowisko miało być, do czternastu wichur…

Gdy uniósł czerwoną z wściekłości twarz na tyle, by spojrzeć w oczy Johna, Skrupek poczuł nieprzyjemny dreszcz. Dreszcz strachu. Giouou – tak głosiła złota tabliczka na piersi mężczyzny – zdawał się warczeć jak rozjuszony pies. Trzy grube żyły na bordowym czole i zaciśnięte kurczowo zęby dopełniały obrazu wściekłości.

Spiker natychmiast uciął sztywną przemowę i wycofał się. Kipiący gniewem starzec zajął miejsce przed pulpitem, po czym ryknął:

– Drugi z zarzucanych mu czynów?! Tak jest, ludzie, patrzycie na Odpornego! Na co on taki odporny? Na współpracę, na współczucie i na dotrzymanie słowa! Wrzód! Mutant! Parszywy zefir! – Z każdym wywrzeszczanym słowem napinał całe ciało i machał ręką w stronę Johna. Żyły na czole zaczynały przypominać wytatuowany labirynt. – Trzeba zgnieść robala póki okazja! Cholera wie, co zrobił z naszą energią…

– Może go po prostu zapytamy? – przerwał z wyraźną irytacją osiłek stojący tuż przed podwyższeniem. Jego łagodny głos nie współgrał z paskudną twarzą, szpeconą krzakami wychodzącymi z nosa. – To wszystko nie trzyma się kupy. Zapomnieliście, wy bałwany chodzące, ile Odporny dla nas zrobił?

– Zatrzaśnij zęby, pochmurny szczurze! – Stojąca obok osiłka brunetka w zielonym gorsecie wyraźnie się oburzyła. John mógłby postawić majątek na to, że wypowiedziane przez nią słowa uznawane były w tutejszym świecie nie tylko za obraźliwe, ale i wulgarne. Potwierdzała to mina tak komicznie wykrzywiona, jakby kobiecina właśnie wgryzła się w cytrynę. – Smużna Maszyna na rezerwie chodzi, a łajdak obiecał naprawić generator. I co tu tłumaczyć? Jeszcze trochę i prognozę wiatrów szlag by jasny trafił. I to przez niego wszystko…

– Nie będziecie mi tu legendy obrażać! – włączył się do rozmowy ktoś z głębi tłumu. – Przynosił nam wszystko z wietrznych terenów, informował o niedostępnych miejscach. Ba! Nawet mapę poprawił, kiedy się wybrał na Zefirowy Płaskowyż. Kto dla nas tyle zrobił? No, kto? Tylko paplać umiecie i oskarżać, a Edison to nasz gość i wara wam od niego. A tylko coś mu spróbujcie zrobić, to…

– To co? – wtrącił jeszcze ktoś inny. – Zaufanie zyskiwał i tyle. A mówiłem, żeby Wiatro-protektorzy zmienili plan i nie dawali mu lokalizacji. Od początku mi śmierdział fałszem ten wasz bohater.

– Sam śmierdzisz, i to nie tylko fałszem! Anioła w diabła byście chcieli przemienić. Samych siebie oszukujecie…

– Zamknąć mordy, skurwysztormy! – wrzasnął w końcu Giouou, wciąż zajmujący miejsce przed pulpitem. Skrupkowi, mimo trudnego położenia, dyskusja wydała się w pewien sposób zabawna. – Dajcie mi go przesłuchać. Nie chcę nic więcej. Spotkanie w cztery oczy i wyśpiewa mi wszystko.

Tylko nie to – pomyślał John, spoglądając na rozwścieczonego starca. Koleś rozerwie mnie na strzępy.

 

***

 

Granalda obserwowała publikację oskarżenia z loży przygotowanej dla dzieci Protektorów, próbując w jakiś sposób wzniecić nienawiść. Nie mogła. Miłość do Edisona wciąż w niej żyła, wypełniając myśli wspomnieniami. Jeszcze niedawno wszyscy go kochali!

Giuobratanas, jeden z ważniejszych członków Rady Miasta, właśnie wniósł o możliwość osobistego przesłuchania. Granaldę przeszedł dreszcz. Dwa lata temu w ramach lekcji bezpieczeństwa odwiedziła z klasą miejską torturownię i, gdyby tylko mogła, zrównałaby to miejsce z ziemią. Czy dla zabójcy wujka nie powinna chcieć najgorszego? Na Smugi Protektorów, Quouo naprawdę nie żyje! – pomyślała, uwalniając z uścisku powiek dwie bliźniacze łzy. Nie miała pojęcia, kiedy tragedia naprawdę do niej dotrze. Nie wiedziała też, dlaczego Odporny spowodował wypadek. I czy naprawdę jest mordercą.

Nie. W głębi duszy wiedziała. Wszystko musiało być dziełem przypadku. Edison z pewnością tego nie chciał.

A może jednak? Może na trakcie stało się coś więcej niż…

Potworny huk dobiegający wprost z podium wyrwał Granaldę z zamyślenia. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Jeden z kipiących gniewem polityków wbiegł na scenę i stalową tablicą roztrzaskał głowę Giuobratanasa. Starzec padł martwy u stóp Odpornego, który – wciąż przywiązany do krzesła – sprawiał wrażenie przerażonego. Jęk ludu przeszył powietrze, po czym ustąpił miejsca ciszy. Napięcie na placu było niemal odczuwalne fizycznie, choć trwało mniej niż chwilę.

Bańka emocji pękła. Tłum oszalał. Ludzie bombardowali się gradem ciosów, szarpali jak walczące o padlinę psoraki, zalewali miasto szaleńczym jazgotem. Przed samym podwyższeniem toczyły się zażarte walki między obrońcami Edisona a tymi, którzy pragnęli natychmiast wymierzyć sprawiedliwość. Ile emocji może wzbudzać jeden człowiek? Dlaczego wszyscy dążą tylko do rozlewu krwi?

Granalda ruszyła nagle, z trudem utrzymując oszalałe serce w piersi. Szans na powodzenie nie dało się w żaden sposób obliczyć. Matematyka mogła tylko usiąść w kącie i obserwować. Tak samo fizyka, biologia, chemia… Wszystkie nauki grzecznie zajęły miejsca na trybunach, oglądając teatr jednego aktora. Aktora o imieniu Ryzyko.

Granalda szczerze nienawidziła zostawiać cokolwiek przypadkowi, ale teraz nie miała wyjścia. Wtargnęła na scenę; oczywiście nikt nie odważył się jej zatrzymać. Chwyciła mikrofon i przeciągnęła go w kierunku Odpornego.

– Stop! – wydarła się najgłośniej jak umiała, przeciągając piskliwe „o” w nieskończoność. Większość ludzi zamarła. Plac zmienił się w wystawę manekinów. – Przesłuchajmy go wszyscy. To proste. Tu i teraz.

Okrzyki walki zmieniły się w szum rozmów. W końcu nieczęsto potomek Protektorów łamie wszelkie możliwe zasady. Publiczna wypowiedź, włączanie w spory, wyrażanie uczuć, aktywność społeczna czy własne stanowisko w jakiejkolwiek kwestii. To wszystko było przecież zakazane! Dzieci Protektorów od zawsze miały w życiu dwa cele: dostojnie wyglądać i pracować w zaciszu nad wielkimi projektami. Mieć wielki umysł i być… nijakim. Do tej pory Granaldzie wychodziło to znakomicie. Tym razem jednak nie zawahała się kontynuować.

– Osądzimy go zaraz po tym, jak wyda oświadczenie. Naprawdę zasługujemy na prawdę, prawda? – Gra słów, choć z pozoru prosta, wymierzona była bezpośrednio w podświadomość Odpornego. Miało utkwić mu w pamięci jedno słowo. – Prawda, Edisonie?

– Dokładnie – odpowiedział oskarżony, choć jego wzrok mówił zupełnie coś innego. – Rozwiążcie mnie, a później wysłuchajcie. To wszystko, czego potrzebuję.

Przecinaniu rzemieni towarzyszyły siarczyste przekleństwa Odpornego. Był wściekły czy zestresowany? Z pewnością jedno i drugie. Granalda od dawna nie słyszała tak brzydkich słów. Zarumieniła się.

 

***

 

Skrupek stwierdził, że repertuar wulgaryzmów – zazwyczaj bardzo skuteczny – tym razem wcale nie zadziałał uspokajająco. John Arston był legendą, której nie znał. Zrobił coś, o czym nie wiedział. Wzbudzał skrajne uczucia, choć nie miał pojęcia dlaczego. Szczątkowe informacje musiały wystarczyć. Nerwowo podsumował zdobytą wiedzę: „Jestem odporny na zabawę czasem, zrobiłem dużo dobrego, wysłali mnie w jakieś miejsce i najwidoczniej narozrabiałem. Ale zdaje się, ze nikt nie wie, co się stało. To dobrze. Ja też nie mam pojęcia”.

Stres przyspieszył bicie serca i spłycił oddech. John przezwyciężył słabość krótką wiązanką wulgarnych epitetów. Pomogło na tyle, by chwycić mikrofon i wydobyć z siebie dwa zdania składające się w przemowę równie krótką, co tajemniczą:

– Tam ktoś był, ledwo uszedłem z życiem. Dajcie mi jeszcze jedną szansę, a nie zawiodę.

– To wszystko? – spytała dziewczyna, unosząc brwi.

– Tak. Wciąż możecie na mnie liczyć.

Granalda pytająco spojrzała w stronę tłumu.

Szepty wypełniły plac, złączając się w szum zbliżony do białego. Dlaczego wszyscy wyglądali na zszokowanych? Co tak naprawdę przerwało szalony zamęt? Jak to możliwe, że dziewczyna z taką łatwością rozrzedziła gęstą jak budyń atmosferę? Skrupek nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Najważniejsze było to, że nikt się nie odezwał, a Granalda wyrzekła zbawienne słowa:

– Sama dopilnuję, by jutro dokończył dzieła.

John Arston uniósł kąciki ust. Był to pierwszy uśmiech po drugiej stronie świata. Jutro dotrze do miejsca, w którym zaginął Edison. Czy miał prawo chcieć czegoś więcej? Teraz skupił myśli tylko na prawdziwym celu – znaleźć brata i sprowadzić do domu w jednym kawałku. Wybijanie z głowy bliźniaka dziwnych pomysłów zawsze było jego mocną stroną.

 

***

 

Od zboczenia z Południowego Traktu minęły już cztery napełniania zbiornika, od prawie trzech podróż mijała w milczeniu. Granalda nie przejmowała się opinią innych – usiadła centralnie naprzeciw Odpornego i wlepiła w niego analityczny wzrok. Przez pewien czas próbował odwzajemnić nieobecne spojrzenie, na siłę utrzymując kontakt wzrokowy. Później zwyczajnie się poddał. Co dziewczyna chciała wyczytać z twarzy Edisona? Sama nie miała pojęcia, jednak trans zamyślenia przyszedł ot tak, jak zwykle nie pytając o zdanie.

Wszystko wokół zniknęło. Teraz całym światem była poprzecinana delikatnymi rysami twarz młodego mężczyzny. Zdecydowanie nie chce tu być – pomyślała Granalda. Coś go trapi, czuje się nieswojo, nerwowe ruchy zdradzają napięcie, mimo że ciągle próbuje maskować niepokój. Nie przypomina tego człowieka, którego ujrzała przed dwoma laty. Człowieka z błyskiem podniecenia w oczach, bez reszty zafascynowanego Smużnym Miastem. Wygląda tak samo, a jednak inaczej. Nawet kilka ledwie widocznych piegów przesunęło się bardziej w stronę nosa.

Zaraz… Czy to… Czy to jest ktoś inny?! Czy nie patrzy w oczy Edisona Arstona?

To oczywiste! Dlaczego nie dostrzegła tego wcześniej? Granalda mimowolnie podskoczyła – właśnie dotarło do niej, że siedzi naprzeciw kompletnie nieznanej osoby. Kogoś do złudzenia przypominającego legendę, na powrót której wszyscy czekali. Ale wewnątrz ciała Edisona z całą pewnością zamknięta była inna osoba. Bardziej tajemnicza, mniej otwarta i przede wszystkim… zagadkowa. Z oczu mężczyzny nie dało się wiele wyczytać.

– Zbiornik pusty! – krzyknął kierowca, obwieszczając przerwę.

Za szybko. Co powiedzieć? Jak poznać prawdę? Granalda zdecydowanie potrzebowała planu, który jeszcze nie ułożył się w jej głowie.

– Poczekaj wewnątrz, proszę – powiedziała najspokojniej jak umiała. – Potrzebuję kilku chwil dla siebie.

– Oczywiście. Nigdzie się nie wybieram. – Odporny Drugi wysilił się na uśmiech.

Był zaskoczony, gdy Granalda wróciła w towarzystwie dwóch strażników mierzących z pneumoletów wprost w jego twarz.

– Koniec gierek – rzekła stanowczo dziewczyna, choć nieposłuszny głos zadrżał. – Kim jesteś? Masz na odpowiedź pięć uderzeń serca.

– Później strzelamy – dodał natychmiast jeden ze strażników.

Odporny Drugi otworzył usta przy czwartym uderzeniu.

– Edison Arston to mój brat. Jestem John. John „Skrupek” Arston.

– John „Kłamca” Arston – poprawiła go dziewczyna. – Zwodziłeś nas od początku jak parszywy zefir. Wiesz, że nie ma wytłumaczenia dla…

– Z całym szacunkiem – rzekł John – ale jest wytłumaczenie. Czy możecie przestać celować we mnie z… tego czegoś? Nie czuję się komfortowo.

– A ja nie czuję się zdrowy umysłowo – odparł strażnik, poprawiając chwyt broni. – I kogo to obchodzi? Zacznij gadać, bo zaraz przestaniesz czuć cokolwiek.

Całkiem bezpośrednia zachęta, stwierdziła Granalda.

– Szukamy tego samego gościa. Tak, dobrze myślisz… Mój braciszek uciekł nie tylko wam. Swoją drogą, całkiem porządny z niego gość, pewnie nie zasłużył na tę całą cholerną agresję. Ale do rzeczy. Pomóżmy sobie. Znajdźmy Edisona razem. Chyba uczciwy układ, co? Kurwa mać! Naprawdę musicie celować we mnie z tego gówna?!

– Wracając do twojego pytania – Granalda zwróciła się w stronę jednego ze strażników – tak, jestem pewna. Czy on w jakimkolwiek stopniu brzmi jak Edison?

Mężczyzna szerzej otworzył oczy i skierował spojrzenie w bok. Po chwili odburknął:

– No… chyba nie.

– Mamy kolejnego Odpornego, dam sobie głowę uci…

– Niech panienka sobie lepiej nic nie da ucinać. – Drugi posiadacz pneumoletu włączył się do rozmowy. – Nic o nim nie wiemy.

Odporny Drugi odchrząknął. Dziewczyna położyła dłoń na jego ramieniu i zbliżyła twarz najbliżej jak się dało. Kontakt wzrokowy był niemal fizyczny.

– Umiem czytać ludzi, nie oszukasz mnie drugi raz. Możemy ci zaufać?

– Możecie – powiedział John bez namysłu.

Granalda nie potrzebowała wiele czasu, by uznać odpowiedź za szczerą. Nie kłamała, naprawdę umiała czytać ludzi jak mało kto. Czy powinna opowiedzieć Johnowi o wszystkim? Nie, z pewnością Odporny Drugi nie musi wiele wiedzieć, stwierdziła. Niech braci łączy dawna więź, jakakolwiek by ona nie była. Więź nie skrzywiona żadną legendą. Ale kilka wskazówek zawsze może się przydać. Jakich? Niech sam zdecyduje.

– Masz trzy pytania. Dostaniesz trzy odpowiedzi. Cokolwiek, co ci się przyda. Nie sześć, nie osiem. Trzy. Później jedziemy prosto do celu.

– Skąd się biorą mity?

– Słucham?

– Legendy. Każdemu się wydaje, że wie najlepiej, kim naprawdę jest mój brat. Ten wasz Odporny, znaczy się. Kto wymyśla te wszystkie historie? I po co?

– Zadałeś dwa pytania – powiedziała metodycznie Granalda – ale dobrze, zostanie ci tylko jedno. Nie da się ujarzmić Edisona, pewnie dobrze to wiesz.

– Za dobrze – wtrącił John.

– Na początku współpraca szła wzorowo. Mieliśmy coś do zrobienia w wietrznych rejonach? Posyłaliśmy Odpornego, a on zawsze z chęcią pomagał. Gorzej było później. Znaczy… no może nie gorzej, ale kontrola padła kompletnie. Edison przestał pytać o zdanie i sam decydował, czego potrzebujemy. W mieście też zaczął się rzadko pojawiać. Raz znad Rybiego Jeziora ze dwa miesiące zefir nie schodził. No i nagle ktoś znalazł pod miastem dwa kosze białych węgorzy.

– Kilka węgorzy na wszystkich mieszkańców? Ładny prezencik – prychnął Skrupek.

– A z czego byś leki na złotą ospę zrobił bez białych węgorzy? – Granalda pokręciła głową z niezrozumieniem. – Innym razem wokół warzywnych ogrodów przez tydzień prognozy były niepewne, a akurat panowała okropna susza. Każdy się bał i nikt ze Smużnego Miasta nie ruszył. Wszystko powinno paść, już liczyliśmy straty. A tu co? Zefir ustał, idziemy zobaczyć, czy coś jeszcze się będzie nadawać, a tu śladu nie ma po suszy. Albo jakieś nagłe deszcze nadeszły, albo ktoś nieźle nawadniał ogrody. W mieście ani kropla nie spadła, więc większość ludzi stawiało na pomoc Odpornego. Ale nie będę tu opowiadać wszystkiego, bo szkoda czasu. Prawdę mówiąc, to później coraz dziwniejsze rzeczy się działy i do dzisiaj nie jest łatwo wyjaśnić niektóre.

– No proszę. – John pokiwał głową ze zrozumieniem. – Czyli później ludzie przypisywali Edisonowi wszystkie anomalie? Mówili „Odporny” jak tylko nie mieli wyjaśnienia?

– Nie wszyscy. Ale nie odpowiem, bo możemy tak gadać i gadać. Miały być trzy pytania. Dokończę za to wyjaśnienia do dwóch pierwszych. Kto wymyśla te wszystkie historie? Zwykli ludzie. Po co? Potrzebowali bohatera i go dostali. Im rzadziej się w mieście pojawiał, tym bardziej się zmieniał w legendę. Wiadomo, jak to jest. Ludzie lubią wymyślać historie, a historie lubią być powtarzane. Tyle. Mity o odpornych wszyscy znali, ale nikt nie wierzył. A Edison pokazał, że to nie tylko opowiastki przodków. Nic dziwnego, że wszyscy byli podnieceni i gadali tylko o nim.

– To zostało mi ostatnie pytanie do złotej rybki? – zagadnął John, chcąc zobaczyć wreszcie uśmiech na twarzy dziewczyny.

Zamiast tego ujrzał grymas niezrozumienia.

– Złotej rybki?

– Hmm… Nieważne. Ale powiedz mi jeszcze, czy…

– Sama sobie zadam ostatnie pytanie. Wiem lepiej, jakiej wiedzy potrzebujesz. A pewnie chcesz zapytać o jakąś głupotę.

– Bingo! – wykrzyknął John, po czym roześmiał się. – Jak ja lubię takich bystrzaków, co wszystko wiedzą najlepiej.

– Nieudana ironia. – Granaldzie nie udzielił się radosny nastrój Johna. – Wydaje mi się, że zadam sobie znacznie lepsze pytanie niż to, które miałeś na końcu języka.

– Dobrze mówisz. Wydaje ci się.

Dziewczyna nie zdecydowała się odpowiedzieć. Uznała, że John za bardzo się rozluźnił. Przeszła zatem do konkretów.

– Powinieneś zadać pytanie: „Dlaczego mam sprowadzić brata z powrotem”?

– Niech będzie.

– Zaraz dotrzesz do źródła energii, które zasila Smużną Maszynę i nie tylko. Nagle, nie wiedzieć czemu, spadła sprawność. Posłaliśmy Odpornego, choć lokalizacja generatora dla bezpieczeństwa jest trzymana w tajemnicy. I nawalił w sposób całkiem spektakularny, trzeba przyznać.

– Edison? Nawalił? Niemożliwe. – John uśmiechnął się krótko, po czym spoważniał. – Sami nie mogliście naprawić?

– Nie. Tam wieje cały rok. Okno pogodowe pojawia się raz na trzy lata, tylko wtedy konserwujemy generator.

– Co więc takiego zrobił mój braciszek?

– Dobre pytanie. – Dziewczyna wskazała palcem na Skrupka. – Dzięki tobie poznamy odpowiedź… Jak tylko dotarł do celu, sprawność spadła o kolejne trzydzieści procent i teraz musimy się wspomagać innymi źródłami energii. Nie wystarcza nawet na zasilanie Smużnej Maszyny. A bez Smużnej Maszyny nici z prognoz pogody. Rozumiesz. Bez wiedzy o wietrze jesteśmy pogrzebani.

– Jesteś tu kimś ważnym? Rozumiesz, o czym mówię. Wszystko przychodzi ci z taką łatwością. Wiem, wiem… Czwarte pytanie. Ale to już naprawdę ostatnie, więc wydaje mi się, że odpowiesz.

– Dobrze mówisz. – Granalda dała sygnał kierowcy, a ten uruchomił silnik. – Wydaje ci się.

 

***

 

John Arston był już zupełnie blisko gigantycznej konstrukcji, choć wcale nie czuł zadowolenia. Gdy wreszcie ujrzał drewniany domek, wzniesiony z wielką starannością tuż przy olbrzymiej wieży, przeszedł go dreszcz. Sam nie był pewien dlaczego. W końcu wszystko wskazywało na to, że zaraz ściągnie brata do domu.

Stres jednak jak zawsze pojawił się nieproszony. Czy to normalne, osiedlać się w obcym świecie, na odludziu, tuż przy zasilaniu całego miasta? Skrupek zaklął. Pomogło tylko w nieznacznym stopniu.

Genarator nie przypominał niczego znajomego – ot, sięgający chmur prostopadłościan, jakby złożony przez olbrzyma w ramach lekcji geometrii. Chatka zbita z wielką dbałością stała jakieś dziesięć metrów obok bryły.

Wiatr stawał się coraz bardziej porywisty. Podmuchy pojawiały się z losowych stron, jakby chciały kąsać przybysza w znanym tylko sobie porządku. Każdy przebijał poprzednika szybkością, która pięćdziesiąt kroków od wieży przekraczała już sto kilometrów na godzinę.

Dalej było tylko gorzej. Podmuch cisnął Skrupka z wielką siłą, zwalając go na ziemię. Ręka, wyrzucona odruchowo w obronnej reakcji, wykręciła się w nienaturalny sposób. Siarczyste przekleństwo wydobyło się z ust Johna natychmiast i tym razem pomogło – ból złagodniał równie szybko, jak się pojawił. Dopiero po chwili Skrupek stwierdził, że uzdrowiło go najpewniej coś zupełnie innego.

Ponownie zobaczył świat przez różowe okulary. Nie, John Arston nigdy nie był optymistą. Po prostu rubinowy filtr znów przysłonił świat, zmieniając kolor wieży, chatki, trawy, chmur i wszystkiego, co tylko znalazło się w zasięgu wzroku. Gdy John wraz z nerwowym sykiem wypuścił powietrze z płuc, nieznana siła wybiła go w górę. Wylądował, ledwie łapiąc równowagę. Walka z podmuchami wyrównała się. Z jakiegoś powodu organizm korygował położenie ciała z niepokojącym wręcz automatyzmem, przeciwstawiając się szaleńczym ruchom powietrza. John stanął naprzeciw drewnianych drzwi do chaty. Może znajdzie ślady Edisona?

Ostrożnie wszedł do środka. Rozejrzał się wokół, pozwoliwszy wichrowi trzasnąć drzwiami. Wewnątrz było całkiem przytulnie – deski co prawda skrzypiały żałośnie pod naporem napastliwych podmuchów, jednak stanowiły całkiem skuteczną barierę przed dudniącym wokół huraganem. Artystyczny nieład matematycznych wzorów pokrywał ściany, sufit, podłogę. Znaki nakreślone kredą były wszędzie, nie oszczędziły nawet najmniejszej deski.

Rysunek wykonany dość starannie w jednym z rogów pomieszczenia szczególnie przykuwał wzrok, ukazując potęgę położonej obok wieży. Liczne wektory i notatki otaczały go z każdej możliwej strony, a całość szkicu – wzięta w grubą na dwie cale ramkę – oznaczona została interesującym tytułem.

Zakrzywienie czasozefiru, głosił napis.

Podłoga wyglądała jakby grecki alfabet rozsypał się na nią w burzliwym rytmie chaosu. Obliczenia były skomplikowane. Zbyt skomplikowane. Skrupek stanął naprzeciw drewnianych drzwi z wypełniającym go uczuciem pustki. Może warto przeszukać okolicę? Tajemnicza energia wciąż biła gdzieś w środku, odrzucając strach przed hulającą wokół wichurą. Czyżby się spóźnił? Co jeśli Edison odszedł, zostawiając pracownię samą sobie? Może trzeba zostać tu kilka dni i poczekać, aż…

Drzwi wystrzeliły z potwornym pędem, przemykając kilka cali przed nosem Skrupka. Ściana gęstego powietrza wpadła do środka z wielką siłą. Po drugiej stronie progu stał uśmiechnięty mężczyzna. Jego rozbudowane do karykaturalnych rozmiarów mięśnie pokryte były na całej powierzchni grubymi żyłami, które wyglądały jak oplatające skórę stado węży. John w pierwszej chwili nie rozpoznał brata.

– Nie wierzę własnym oczom. – Edison uniósł brwi i teatralnie zamrugał. – Naprawdę tu jesteś? Co się stało?

– Wracamy do domu. – John nie zwykł owijać w bawełnę.

– Naprawdę nie widzisz, co to za miejsce?

– Kupa drewna?

– Żadna kupa drewna. – Edison wszedł do środka i zamknął drzwi za sobą. W jego oczach coś zaiskrzyło. – Energii w takiej postaci jeszcze nikt nie widział. Popatrz tylko, co pył zrobił z moim ciałem! – Demonstracyjnie napiął mięśnie, prezentując niewiarygodnie rozbudowaną sylwetkę. – Wyobraź sobie, że to tylko efekt uboczny…

John Arston w skupieniu wysłuchał wykładu brata. O ile z naukowych kwestii niewiele rozumiał, to już wizja wehikułu czasu nie tylko go przekonała, ale i przeraziła. W jaki sposób wiatr mógł stanowić wspólny wymiar z czasem? Coś z tym światem było nie tak. Przekroczenie określonej granicy prędkości wiatru, ponoć z powodów historycznych zwanej przez tubylców zefirem, potrafiło zakrzywić czas jak filmowe maszyny czasu. Trafisz w wir powietrza? Gdyby ktoś przyglądał się z boku, po kilku chwilach zobaczyłby tylko twoje ciało rozpływające się w powietrzu pełnym zefirowego pyłu. Gdyby… Dobre słowo. Widzieć zakrzywienie i nie poddać się jego działaniu. Podobno niemożliwe. W dodatku wszelkie zasłony na nic się zdają, bo jeśli wokół wieje – pył jest wszędzie.

Tak, zefirowy pył. John z początku nie mógł uwierzyć, że to niepozorne dziadostwo odpowiada tak naprawdę za wszystko. Jest jak nowy pierwiastek. Prawo fizyki. Niezbadana moc. Wiązanie cząstek czasu i przestrzeni. Nie, umysł Skrupka zwyczajnie nie był w stanie ogarnąć skomplikowanych wyjaśnień ukazujących siłę tej niezwykłej cząstki.

Edison mówił z przejęciem, jakby nieznana siła wzmacniała entuzjazm do granic możliwości. Wyjaśnił, że mieszkańcy Smużnego Miasta od zawsze bali się wiatru. Nic dziwnego, skoro potężna dawka pyłu mogła roznieść organizm w drobny mak. Choć nie zawsze było tak źle – niewielkie podmuchy przenosiły zazwyczaj o kilka godzin czy dni, zawsze zgodnie z wersorem osi czasu. Bycie odpornym zdawało się nie lada przywilejem.

John przywołał w myślach słowa profesora. „Możesz poddać go dużemu przeciążeniu. Możesz wywołać hipotermię. Wykastrować, zrzucić z kilkudziesięciu metrów, nakarmić czymś piekielnie ostrym”.

– Nie odpuszczę, muszę zobaczyć maszynę z góry – powiedział w końcu, symulując zaciekawienie.

– Interesujesz się nauką? Od kiedy? – Pytanie brata padło z ust wykrzywionych ironicznym uśmiechem.

Czyżby wiedział o prymitywnym planie? Miał świadomość, że spadek z wieży wyrzuci go z tego chorego świata? John mógł się tylko domyślać, dlatego syknął coś niewyraźnie w nieudolnej próbie opanowania stresu. Zostawał jeszcze plan B. John włożył rękę do kieszeni, sprawdzając jej zawartość. Pewne rzeczy zawsze nosi się ze sobą…

Edison nie odmówił. Wyszli na zewnątrz, z trudem opierając się potwornym porywom wichru. Wieża z trzech stron składała się z idealnie płaskich ścian, by skutecznie kierować podmuchy na dół. John znał to działanie wysokich budynków jeszcze z lekcji architektury – nawet w dwudziestym wieku projektowano budowle w taki sposób, by uniknąć zbierania mas powietrza w bliskim otoczeniu konstrukcji. Tutaj było odwrotnie. Najpewniej zakrzywienie stanowiło źródło energii, a sam generator umieszczony został u podnóża wieży.

Czwartą, ostatnią ścianę wypełniała pneumatyczna winda napędzana sprężonym gazem. Potężny zbiornik wyrastał z podłogi – gładki sześcian z wystającym u góry zaworem, odbezpieczanym z pewnością w celu tankowania gazu. Zamontowana wewnątrz mechaniczna dźwignia musiała z kolei służyć jako zasilanie awaryjne. Bracia Arston weszli do środka. Edison pociągnął za sznurek przymocowany do górnej części silnika, inicjując ruchy tłoka. Z początku leniwe, później szalone. Coś trzasnęło, z sufitu posypały się drobiny kurzu, a drewniana winda zaczęła się wznosić.

– Jesteś uzależniony od… tego czegoś – odezwał się John, dotykając dłonią bicepsa brata. Bicepsa o rozmiarze arbuza.

– Szczerze? – Edison przymknął oczy i powoli wciągnął powietrze w płuca. – Jestem. Ale co z tego? Muszę skończyć badania, przecież wiesz…

– Wcale nie musisz.

Edison westchnął i spojrzał bratu w oczy.

– Znasz mnie, John. Nie odpuszczę. To po prostu silniejsze ode mnie.

– Farnowski mówił, że masz wrócić najpóźniej…

– Wiem, co mówił Farnowski! Wiem też, że jest już staruszkiem i że wcale nie muszę go słuchać! Nigdzie się nie ruszam. To miejsce jest zbyt dobre… Tak, mam tu tyle energii, że opiszę zakrzywienie w ciągu paru lat. Rozumiesz to? „Zakrzywienie czasozefiru” Edisona Arstona wstrząśnie całym światem. Dokończę książkę, nawet jeśli będę musiał siedzieć w tym świecie kilka dekad.

Winda zatrzymała się na najwyższym poziomie. Z góry krajobraz wyglądał interesująco, ale Skrupkowi do zachwytu było daleko. Ot, nizina otulona nietypową florą.

John wiedział, że nie zrzuci takiego kolosa z krawędzi. Tak, plan B – pomyślał. Zdecydowanie plan B.

– Nie zrzucisz mnie z krawędzi. – Edison rozwiał wszelkie wątpliwości. Rozszyfrował intencje brata już na samym początku.

– Nie zrzucę.

– A więc dlaczego tu jesteśmy?

John zawahał się. Serce zabiło mocniej niż zwykle, błagając o zmianę decyzji. Nie. Skrupek dobrze wiedział, co należało zrobić. I że nie będzie już odwrotu.

– Dlatego.

Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę i rzucił się w kierunku windy. Z wielką siłą uderzył w zawór zbiornika, a syk ulatniającego się gazu natychmiast przeszył powietrze. Odskoczył, jednocześnie generując iskrę z użyciem zapalniczki.

Zbiornik objęły płomienie.

John nie zdążył nasycić się przerażoną miną brata. Potworny huk wstrząsnął wieżą, dalej wszystko potoczyło się jakby w jednej chwili. Sześcienna konstrukcja nie wytrzymała – pierwsza zapadła się podłoga, później umieszczone pod nią belki. Winda ruszyła w dół, z niszczycielską siłą miażdżąc wszystko na swej drodze.

Edison rzucił się w stronę krawędzi, jakby chciał własnymi rękami ratować rozpadający się szyb. Spojrzał w dół. Winda zapadła się – u podnóża wieży dało się dojrzeć martwy obraz roztrzaskanych belek. Tylko gęsty kurz tańczył szaleńczo, niesiony rytmem wichrowych gwizdów i basów.

– Zabiję! – ryknął Edison i silnym pchnięciem sprowadził brata do parteru. – Zajebię jak psa!

John, jak zwykle, nie potraktował groźby poważnie.

– Podziękujesz później – powiedział na tyle spokojnie, na ile potrafił. – Zapraszam na obiad. W prawdziwym świecie, oczywiście.

Wstał, demonstracyjnie otrzepał kurz z koszulki i postawił pierwszy krok w stronę krawędzi. Chyba nie roztrzaska się pod tą cholerną wieżą? Przypomniał sobie zapewnienia Farnowskiego. Staruszek wyglądał na pewnego siebie. Instynkt przetrwania nie ustawał jednak w próbach wybicia z głowy pomysłu rzucenia się z Wieży Napędu. Ale po co? Przecież nie było już innej drogi na dół. Pozostało tylko zamknąć oczy, postawić kilka pewnych kroków i…

Coś szarpnęło Johnem. Coś dużego i silnego. Graba Edisona zmaterializowała się na barku w jednej chwili, nie pozwalając wykonać choćby jednego dalszego kroku. Co w niego wstąpiło? W różowych jak wszystko inne oczach szalały błyszczące drobinki, jakby gdzieś w środku rozsypał się brokat. Zefirowy pył wydostał się z płuc Edisona i dryfował teraz po całym ciele, wzmacniając targające nim uczucia; sycąc go gniewem i wściekłością.

– Jak zwykle wszystko psujesz! – wyrzucił z wrzaskiem.

– Uspokój się już. To koniec. Wracamy do domu.

– Nie będziesz mi mówił…

– Hej! – John wyrwał się z uścisku i przybrał poważną minę. Teraz był naprawdę przestraszony. Wyraz twarzy sugerował jednak coś zupełnie innego. Pewność siebie i stanowczość. – Dość tego. Wyszalejesz się później.

Edison rozluźnił napiętą do granic możliwości twarz. Czyżby w końcu zrozumiał, że to koniec zabawy? W oczach błysnęła obojętność.

– Idź w cholerę – wymamrotał bezbarwnym tonem.

A później z wielką siłą pchnął brata ku krawędzi.

Ciało Skrupka wykrzywiło się w niezdarnym piruecie, zmuszając nogi do rozpaczliwego biegu za uciekającym tułowiem. Środek ciężkości umknął jednak stopom zbyt daleko – długi wykrok przeniósł energię na wzmocnioną pyłem łydkę, a ta wybiła ciało w powietrze w niezdarnej próbie hamowania.

John Arston wylądował wprost na krawędzi wieży. Choć korpus był już na zewnątrz, kolana i piszczele trzasnęły w podłogę, pchając tułów ku dołowi w bezładnym półobrocie. Ruch zatrzymała dopiero ostra belka wystająca gdzieś ze zniszczonej ściany. Belka, która z cichym mlaśnięciem przyjęła siłę opadającego ciała. Wbiła się w plecy na głębokość dwóch palców, przebijając płuco.

Bolało.

Z rany natychmiast wyciekła fala błyszczących drobinek, zabierając ze sobą tajemniczą energię. Różowe szkła wyparowały w jednej chwili, przywróciwszy wszystkiemu barwy. Belka trzasnęła pod ciężarem Johna, a świat zawirował.

John „Skrupek” Arston zaczął spadać.

W przestrzeni.

I w czasie.

 

***

 

Edison zawył z przerażenia. Poczucie winy uderzyło w chwili, gdy uświadomił sobie, że właśnie zepchnął brata z wieży wprost na wystające ze ściany resztki szybu. Zefirowy pył, który podtrzymywał niezwykłą odporność na zakrzywienie – wyniesioną zapewne z właściwego świata – wypłynął z rany w postaci świetlistej wstęgi.

Dobrze wiedział, że nic nie da się zrobić. Ciało brata znajdowało się teraz w fazie przejściowej – olbrzymie napięcie zatrzyma każdą próbę dotknięcia organizmu poddanego mocy wiatru. Jeszcze kilka minut i John całkiem zniknie, dryfując gdzieś w niewidzialnych strefach czasoprzestrzeni, by finalnie zmaterializować się w odległej przyszłości.

Bardzo odległej. W końcu panujący wokół huragan nie miał wiele wspólnego z zefirem, który gwarantuje kilkuminutowy skok w czasie. Tak, tutaj zakrzywienie było niesamowicie silne.

John przepadł – to było pewne. Ale czy nie było żadnego sposobu na ratunek? Na oszukanie losu, który za kilkaset lat trzaśnie Skrupkiem o ziemię? Zawsze jest jakiś sposób – pomyślał Edison, sięgając ręką do kieszeni spodni. Trzymana w dłoni kreda najpewniej zaświeciłaby bielą, gdyby tylko róż nie przysłaniał całego świata. Kolejną godzinę spędził na sporządzaniu rysunków, opisów i wskazówek.

A potem rzucił się w przestrzeń. Stracił wzrok w połowie wysokości wieży, a gdy go odzyskał, rozpoznał właściwą stronę rzeczywistości. Pozostało trzymać kciuki. Nic więcej nie dało się zrobić.

 

***

 

Granalda stanęła w odbudowanej windzie razem z dwójką inżynierów. Minął już ponad rok od zniknięcia braci Arston i powrotu maszyny do dawnej sprawności. Od przypisania jej wszelkich zasług.

Winda ruszyła w górę, wypychając ciekawość na pierwszy plan i tłumiąc przy tym wszystkie inne myśli. Co znaczyły znaki znalezione na szczycie? To ona była jednym z dzieci Wiatro-protektorów, nic dziwnego, że została wysłana do odczytania niezrozumiałej treści ukrytej na wierzchołku Wieży Napędu. Konstrukcja powolnie przesuwała się ku szczytowi, muskana promieniami upalnego słońca. Liście okolicznych drzew i krzewów trwały w bezruchu, delektując się zupełną ciszą panującą w krótkim okresie pogodowego okna. Najpewniej przygotowywały się na kolejną odsłonę trzyletniego tańca w rytm hulającej wichury.

Gdy Granalda dotarła do celu, nie potrzebowała wiele czasu. Przywitały ją napisy w obcym języku, znanym wyłącznie niektórym dzieciom Wiatro-protektorów. Całe dnie spędzone na nauce tych dziwnych znaków jednak nie poszły na marne.

„Przysługa za przysługę” – głosił napis. „Energia za materac”.

Nie miała pojęcia, co oznacza ostatnie słowo.

Doskonale za to zrozumiała wszechobecne opisy i rysunki. A więc dlatego Odporny kradł energię, stwierdziła z uśmiechem. Pracował nad ulepszeniem maszyny; nad efektywniejszym wykorzystaniem energii niesionej przez zakrzywienie. Wszystkie wzory spisane kredą łączyły się w jeden spójny i logiczny obraz. Obraz zwiększający sprawność generatora ponad trzykrotnie. Nie, to było coś więcej… Odkrycie praw rządzących zakrzywieniem. Ujarzmienie wiatru i czasu; zamknięcie ich w twarde wzory fizyki.

Na zabójcze wichry – pomyślała Granalda, wybiegając myślami w przyszłość. Widziała początek nowej ery.

Przeszła kilka kroków dalej, by przyjrzeć się drugiej części przekazu Odpornego.  By przyjrzeć się jego prośbie. Gigantyczna poduszka wypełniona powietrzem miała stanąć u podnóża wieży, w ściśle określonym miejscu. Dziwne… Do czego była potrzebna? Granalda nie mogła znaleźć racjonalnej odpowiedzi, ale…

Przysługa za przysługę. Energia za materac.

 

***

 

John z przerażeniem zamknął oczy. Ciągle miał nadzieję, że zaraz pojawi się gdzieś w jedynym właściwym wymiarze. Tajemnicza siła odeszła jednak razem ze świetlistą wstęgą sączącą się z przebitego płuca, odbierając resztki pewności siebie.

Kiedy Skrupek kilka sekund później uchylił powieki, wciąż spadał. Tyle że teraz nie leciał już wprost na twardy grunt u podnóża wieży. Otworzył szeroko usta, gdy ujrzał dmuchany materac sięgający dziesiątek metrów. Pojawił się tuż pod Johnem. Ni stąd, ni zowąd.

Materac przyjął cios, by stopniowo wytracać prędkość Johna i amortyzować uderzenie. Żebro zapiekło ciepłem i okropnym bólem, a wszystkie mięśnie napięły się w rozpaczliwym odruchu ratunku. John czuł się jakby tonął w cielsku monstrualnej poduszki.

W końcu ruch ustał, a Skrupek utknął jakieś dziesięć metrów nad ziemią, przytłoczony ciężarem oplatających go materiałów. Niewiele myśląc, sięgnął do kieszeni po składany nóż i wbił go w skórę materaca.

Zaczął powolnie opadać w towarzystwie wściekłego syku powietrza.

 

John Arston nawet nie zauważył, że rana częściowo się zrosła. Gdy uwolnił się już z balastu wciąż tracącej powietrze poduchy, spojrzał na wieżę i padł na kolana. Nie tylko z powodu bólu, który wciąż promieniował gdzieś spomiędzy żeber. Odbudowana winda wyglądała jak nowa, a szczyt ozdobiony został ogromnym napisem: „Muzeum pierwszej Wieży Napędu”.

Jakiś kilometr dalej – w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą rozciągały się połacie lasu – wyrósł teraz kompleks futurystycznych budynków. Miliardy elektronicznych owadów opanowały powietrze, z szaleńczym zapałem łącząc się w rozmaite wzory. Było bezwietrznie.

John podszedł do tablicy pamiątkowej, umieszczonej przed wejściem do drewnianej chaty. Przeczytał wygrawerowane w marmurze litery:

„Tu zakończyła się historia braci Arston.

Odpornych, którzy zmienili bieg historii.

Autorów Prawa Zakrzywienia.

Niech legenda o nich żyje na wieki”.

Koniec

Komentarze

Doskonała profesjonalna robota! Jedno z dwóch, może trzech opowiadań konkursowych, które przeczytałem jednym tchem, a na razie jedyne, które na pewno na długo zapamiętam. Świetnie, bo przekonująco pominięte babranie się w technikaliach “przeskoku”. Ironiczne imię głównego bohatera (jednego z dwóch) – przewrotne nawiązanie erudycyjne do pewnego sporu dwóch wynalazców… I oddanie po dobrym wieku sprawiedliwości temu, który u nas sto lat temu przegrał;). Nawet najważniejszy wynalazek w obcej rzeczywistości alternatywnej do tego z dużym przymrużeniem oka nawiązuje. Oj, ktoś tu chyba uważnie oglądał “Śledztwo National Geographic – Nikola Tesla” – ;D.

Właściwie nie mam uwag, daję od ręki klika i gratuluję zarówno swady narracyjnej, jak i solidnej wiedzy podbudowującej nietuzinkową wyobraźnię.

I tylko jedna uwaga: “Wszyscy w momencie zamarli” – zmień proszę, bo brzmi niezręcznie. Wystarczy: Wszyscy zamarli.

Pozdr.

 

Podpisuję się pod opinią Rybaka. Zaczęłam czytać i wsiąknęłam. Naprawdę wyjątkowo udany tekst. Urzekły mnie plastyczne opisy, zwłaszcza te filetowo-różowe wizje… Udało Ci się tak dobrze nakreślić wykreowany przez Ciebie świat, że nie miałam najmniejszego problemu z wyobrażaniem sobie twojej niesamowitej i mocno oryginalnej alternatywnej rzeczywistości. Do tego solidny warsztat, porządny język, ładne sformułowania i taka… hmm… jakby to określić, dynamika? Tak, jestem bardzo zadowolona z lektury. Gratuluję, klikam i życzę powodzenia w konkursie :)

 

Niebanalne, nowatorskie, interesujące – coś z “Alicji…”, coś z “Robota”, coś ze steampunku. Bardzo ładnie napisane. Acz przeszedłem jednak obok, bo – właściwie o czym to jest?

Trochę różowego pyłu ;):

– “szalony chińczyk opuszczający lekcje kaligrafii” – Chińczyk;

– “pisane na pustych w środku okręgach” – okręgi mają to do siebie, że są puste w środku;

– “plik pergaminu” – tak jakbyś napisał “plik papieru”;

– “Wiatr z każdym krokiem stawał się coraz bardziej porywisty” – a wiatr gdzie kroczył?;

– “z ust Joha natychmiast” – Johna;

– “Wbiła się w plecy na odległość dwóch palców” – skoro wbiła się w coś, to raczej “na głębokość”;

– “„Przysługa za przysługę – głosił napis. Energia za materac” – to napisałbym tak (ale pewny nie jestem) – „Przysługa za przysługę” – głosił napis. “Energia za materac”.

 

Reasumując – prawdziwa maestria, która do mnie nie trafiła.

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Dzięki za komentarze ;) Cieszę się, że przypadło do gustu.

Rybaku, choć “Śledztwa…” nie oglądałem, wspomniany przez Ciebie konflikt rzeczywiście jest mi bliski, bo też związany z moim wykształceniem. Co do babrania w technikalia przeskoku, masz całkowitą rację. To byłby strzał w stopę. “Wszyscy w momencie zamarli” – już poprawiam.

Katio, szczególnie cieszy mnie, że dynamika się spodobała. Moje ulubione teksty charakteryzują się właśnie dość szybkim tempem, dlatego lepiej się czuję w pisaniu właśnie takich historii. A że udało Ci się wyobrazić rzeczywistość, która pojawiła się w mojej głowie – serce rośnie :)

 

EDIT: Staruchu, dzięki za wizytę i korektę (poprawię jak tylko znajdę chwilę). Szkoda, że opowiadanie przeszło bokiem – mam nadzieję, że przy następnym bardziej trafię w Twój gust ;)

Z pewnością niebanalne, z pewnością niezwykle interesujące. I napisane tak, jak lubię, czyli z pewną, jak to ładnie nazwał Rybak, swadą narracyjną.

Jednak ów drugi świat to nie żadna Nibylandia, Narnia, czy inna Szuflandia, wydaje się rządzić konkretnymi zasadami, konkretną fizyką, choć pokręconą. Rodzą się więc pytania o konsekwentność wizji – czy ów zakrzywiający czasoprzestrzeń element działa na wszystko, czy tylko na ludzi? Wydaje się, że na przestrzeń w ogóle – pojazdy zamierają razem z pasażerami. Ale gdy wiało w warzywnych ogrodach i nie można było ich doglądać, to dlaczego martwiono się suszą? Marchewki nie poddawały się zakrzywieniu czasu? A co z tymi "różowymi okularami"? To tylko jakiś efekt uboczny wdychania pyłku (jak przerost mięśni u Edisona)? Mnie się to kojarzy z przesunięciem fali ku czerwieni, tak można byłoby widzieć relatywnie "wolniejsze" światło. Ale John widział na czerwono również wtedy, gdy rozmawiał z miejscowymi, więc świat nie był względem niego "spowolniony"… 

To normalne, że zmiana parametru, lub parametrów rzeczywistości jest proporcjonalna do kwatratu rodzących się przy tym pytań o logikę tego wszystkiego. I normalne, że autor nie może myśleć o wszystkim. Tu właśnie mam problem z Twoim tekstem – czy jest na tyle fajny i ciekawy, że srał pies fakt, iż wielu spraw nie pojąłem, czy też jednak moje doszukiwanie się dziur w konstrukcji Twego świata psuje mi przyjemność obcowania z Twoim opowiadaniem? 

Jeszcze nie wiem. Ale przemyślę i się dowiem. 

Tak czy owak, gratuluję nietuzinkowego i z pewnością zapamiętywalnego tekstu. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

<>Komentarz zawiera więcej niż śladowe ilości spoilerów<>

Thargone, znalazłeś lukę i już ją poprawiłem (dzięki za czujne oko). Warzywne ogrody rzeczywiście były moją pomyłką. Co więcej, chciałem też opisać sposoby, w jakie mieszkańcy wymiaru potrafią wykorzystywać zakrzywienie dla własnych celów (konkretnie jego działanie na naturę i przedmioty). Niestety nie wystarczyło miejsca, bo za główny cel postawiłem sobie kompletne przedstawienie historii.

Co do „różowych okularów” – tutaj postanowiłem, że za efekt całego zamieszania, jak i skutków ubocznych odpowiedzialny jest pył (nie wgłębiałem się w szczegóły). Granalda w pierwszej części mówi, że gdy wiatr odejdzie, pył jest jeszcze obecny w powietrzu przez jakiś czas (zmieniony kolor jest wynikiem działania pyłu na zmysły „wdychającego” i stąd Granalda znalazła sposób na dostrzeżenie chwili, w której pył opuścił Skrupka). A do zakrzywienia potrzebne jest przekroczenie granicznej prędkości wiatru (nazywanej zefirem).

Tyle z wyjaśnień. Całkowicie rozumiem, że tak wykręcony świat musi rodzić pytania i z pewnością na wszystkie nie znajdę odpowiedzi. Mam jednak nadzieję, że udało się przedstawić wszystko w taki sposób, by logika nie uciekła w niebezpieczne rejony ;)

Cieszę się, że obcowanie z opowiadaniem uznajesz za przyjemne. Dzięki za konkretną opinię.

Bardzo oryginalny pomysł na świat. Wprawdzie nie lubię różowego, ale jakoś łyknęłam opisy. Zefir nie mógł być szafirowy? Optycznie słowa podobne. ;-)

Dzieje się, czytałam z zainteresowaniem. Tyle sposobów wrócenia braciszka do świata, który wybierze bohater? ;-)

Postacie stworzyłeś barwne, dobrze nakreślone.

Ale najfajniejszy jest świat. I samo słowo “czasozefir” jest niezłe. Żeby wietrzyk takie rzeczy wyczyniał…

Podoba mi się, w jaki sposób pograłeś legendą. Nie tylko wykorzystałeś motyw, ale zdążyłeś ją w opowiadaniu stworzyć od zera. Tak ze dwa razy.

Wykonanie całkiem przyzwoite, chociaż jakieś literówki jeszcze zostały.

Babska logika rządzi!

Finklo, fajnie, że mój skrzywiony świat się spodobał, a motyw legendy uznajesz za wyraźnie nakreślony. Opowiadanie powstało od zera z myślą o konkursie, więc mogłem wziąć motyw jako podstawę do pisania. Wiedziałem, że część czytelników zwraca uwagę na stężenie legendy w tekstach (a Ty na pewno do nich należysz), zresztą całkiem słusznie. Dlatego fajnie przeczytać, że w jakimś stopniu udało się zrealizować jedno z ważnych dla mnie założeń ;)

Jeśli chodzi o kolor szafirowy, bardzo kusząca propozycja i na pewno jeszcze nad nią pomyślę. Tyle że o różu pisałem bardziej we fragmentach, w których narrację prowadzę z perspektywy Johna (mimo że narracja 3-os). Dlatego raczej nie chciałbym używać koloru, który nie należy do tych najbardziej powszechnych (według mnie John nazwałby szafirowy po prostu niebieskim ;).

Literówki zostały? Dzięki za informację, przysiądę, przeczytam tekst jeszcze raz i powyrywam chwasty, które najlepiej się zamaskowały.

Dzięki za opinię i niezawodną obecność pod tekstem, no i… gratuluję komentarza nr 24 000 ;D

Widać, że szyte na miarę, a nie przerabiane. ;-)

Z tym szafirowym to żarcik. Ja nie znoszę różowego (nawet mam wrażenie, że jeśli sama go używam w opku, to zawsze w powiązaniu ze złym bohaterem), ale to przecież Twój tekst i nie powinieneś się przejmować moim gustem.

Czyżbyś tak często zaglądał na mój profil? W czerwcu powinno stuknąć ćwierć setki…

Babska logika rządzi!

A widzisz, aż się nabrałem na żarcik, bo sam nie lubię różowego i stwierdziłem, że niektórym rzeczywiście może przeszkadzać ;D To jest jednak dość charakterystyczny kolor.

Czyżbym często zaglądał na profil? Niech będzie, że tak ;) Udajmy, że nie kliknąłem przez przypadek na telefonie w Twój nick, przewijając stronę ;P

Toć dodałam uśmiechajkę z przymrużonym okiem. :-)

A różowy jest pedalski. ;-)

Babska logika rządzi!

Co nie zmienia faktu, że choć rubinowy z pewnych przyczyn tutaj niekoniecznie pasuje, w narracji pewnie wyglądałby ładniej :)

No dzięki, dzięki… Spodziewałbym się wszystkiego, ale nie że ktoś nazwie mój zefirowo-różowy świat pedalskim ;-) (uśmiechajka z przymrużonym okiem).

Dwóch facetów. Kochają się. Każdy próbuje ratować drugiego… OMG, kryptogeje! ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, na Boga, świntuszysz: geje -kazirodki???! ;)

Ja?! To Autor! ;-)

Babska logika rządzi!

To może być po prostu wszystko.

Ciekawe opowiadanie. Podoba mi się pomysł na zagubienie w czasie i przestrzeni. Ładnie pokazany ten obcy świat. Nie rozumiem tylko, dlaczego Granalda tak oszczędnie dawkuje informacje Johnowi, gdy orientuje się, że nie jest Edisonem. W końcu zależy jej, żeby zrobił coś ważnego dla całej społeczności, więc logiczne wydaje mi się powiedzenie wprost: potrzebujemy tego i tego, zrób to i to.

Ogólnie podobało mi się :)

Dzięki za wizytę, Anet. Fajnie, że opowiadanie przypadło do gustu :)

Co do Twojej uwagi – hmm… dlatego właśnie opublikowałem tekst wcześniej, żeby mieć czas na ewentualne poprawki. Rzeczywiście ominąłem wyjaśnienie oszczędności w odpowiedziach, przez co zachowanie Granaldy mogło wydawać się nielogiczne. Dlatego poprawiłem ten fragment, dopisując kilka zdań wyjaśnienia i zmieniając ostatnie pytanie. To, na które John nie dostał odpowiedzi. Dzięki za celną uwagę!

 

PS. Rybaku, Finklo – gdybym tylko w przedmowie umieścił Wasze komentarze… no, liczba czytelników by wzrosła. Ba, być może ktoś by to zekranizował i dostał Oskara, bo takie tematy są teraz w modzie ;-)

Ale to by chyba nie było proste w ekranizacji… Zawsze możesz spróbować. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzień dobry,

 

Mam do przeniesienia na wielkie ekrany opowieść, którą czytelnicy opisali w następujących słowach:

– Dwóch facetów. Kochają się. Każdy próbuje ratować drugiego… OMG, kryptogeje! 

– Finklo, na Boga, świntuszysz: geje -kazirodki???!

- Ja?! To Autor!

 

Czy byliby Państwo skłonni zainwestować w ekranizację tej, z pewnością kontrowersyjnej i przykuwającej uwagę, historii?

 

Z poważaniem,

Perrux

 

Taki mail rozesłany po producentach z Hollywood mógłby przynieść zaskakujące rezultaty ;P

Taaaa. “WTF! Jak mam pokazać zakrzywienie czegoś, o czym w życiu nie słyszałem? Wywal pan ten wątek w cholerę”. ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo ciekawie stworzony świat i sprawnie opowiedziana historia. Jest parę dziwnych działań postaci (choćby czemu Granalda dawkuje informacje Johnowi), ale poza tym wszystko jest na swoim miejscu.

Jednak to właśnie świat najbardziej przykuwa uwagę i tajemnicy czasozefir. Widać, że przemyślałeś te elementy, które pokazałeś i zaostrzyłeś apetyt na więcej ;)

Tak więc jestem wielce ukontentowany lekturą. Naprawdę dobry koncert fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

O, czekałem na koncert fajerwerków i go dostałem. Nie wiedziałem tylko czy będzie to “obyło się bez fajerwerków”, “całkiem niezły koncert fajerwerków”, czy może “naprawdę dobry koncert fajerwerków” ;) Fajnie, że trafiłem w ostatnią opcję.

Co do motywacji Granaldy, dopisałem (po komentarzu Anet), że dziewczyna nie chce zmienić relacji między braćmi, przedstawiając legendę Johnowi i tym samym zmieniając jego wyobrażenie o Edisonie. A na ostatnie pytanie nie odpowiedziała z dwóch powodów: uznała informację za nieistotną i chciała być konsekwentna w tym co mówi. Ale możesz mieć rację, że wyciągnąłem zbyt słabe argumenty i w takim razie jeszcze pomyślę o lekkiej modyfikacji fragmentu.

Najwięcej czasu zabrało mi pełne wyobrażenie świata (co, uwierzcie, było prawdziwą frajdą), dlatego cieszy mnie, że ten element uznajecie za udany.

I dzięki za nominację! Właśnie zapewniłeś mi dodatkowych czytelników :)

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Uwagi:

 

skutecznie wytrącała rytmu

Strupek ← tak ci się raz napisało w okolicach początku

Naprawdę? – pomyślał John z irytacją. Jestem tu jebaną legendą? ← wszystkim poprawiam format na ten fantazmatowy, to i tu, zwłaszcza że zapisałeś myśli niekonsekwentnie (raz przecinek, raz półpauza): Naprawdę? – pomyślał John z irytacją. Jestem tu jebaną legendą?

Rybie Jezioro wreszcie wolne od wichrów, a ja bawię się w transport wielkiego zdrajcy! – pomyślał

Czas poznać odpowiedzi, – pomyślał John

Tylko nie to, – pomyślał John, spoglądając na rozwścieczonego starca. Koleś rozerwie mnie na strzępy.

między obrońcami Edisona, a tymi

Zdecydowanie nie chce tu być, – pomyślała Granalda.

że opiszę zakrzywienie w ciągu paru lat. ← wkradły się dwie spacje

Tak, plan B, – pomyślał. Zdecydowanie plan B.

Zawsze jest jakiś sposób, – pomyślał Edison, sięgając ręką do kieszeni spodni.

Na zabójcze wichry, – pomyślała Granalda

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

No cóż, Perruksie, przeczytałam opowiadanie z przyjemnością, albowiem spodobał mi się i pomysł, i sposób opisania świata, nie wyłączając przeżyć, których doświadczyli bracia. Nie będę się odnosić do spraw naukowych, bo się na nich nie znam. Nadmienię tylko, że wykonanie mogłoby być nieco lepsze.

 

To może by po pro­stu wszyst­ko. –> Literówka.

 

Stru­pek znaj­do­wał się jed­nak w samym jego cen­trum. –> Literówka.

 

każdy po­czuł na twa­rzy ostre mu­śnię­cie przez nie­wi­dzial­ną siłę pcha­ją­cą po­wie­trze? –> Muśnięcie jest z definicji lekkie/ delikatne, na pewno nie ostre.

Proponuję: …każdy po­czuł na twa­rzy mu­śnię­cie nie­wi­dzial­nej siły pcha­ją­cej po­wie­trze? Lub: każdy po­czuł na twa­rzy ostry dotyk siły pcha­ją­cej po­wie­trze?

 

stali na­prze­ciw­ko Skrup­ka, prze­wier­ca­jąc go wzro­kiem z góry na dół. –> By przewiercać Skrupka z góry na dół, musieliby być znacznie wyżsi od niego.

Może: …stali na­prze­ciw­ko Skrup­ka, prze­wier­ca­jąc go wzro­kiem na wylot.

 

Pierw­sze słowa Johna były rów­nie spon­ta­nicz­ne, co głu­pie. –> Raczej: Pierw­sze słowa Johna były tyleż spon­ta­nicz­ne, co głu­pie.

 

Rybie Je­zio­ro wresz­cie wolne od wi­chrów, a ja bawię się w trans­port wiel­kie­go zdraj­cy! – po­my­ślał ze zło­ścią… –> Tu znajdziesz informacje, jak zapisywać myśli: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/;10328

 

po­prze­ci­na­ne było zu­peł­nie przy­pad­ko­wy­mi wstę­ga­mi bar­dziej doj­rza­łych, bo czer­wo­nych, kwia­tów. –> Kwiaty nie dojrzewają.

 

Ale jak długo można utrzy­my­wać roz­mo­wę o flo­rze? –> Ale jak długo można podtrzy­my­wać/ prowadzić roz­mo­wę o flo­rze?

 

Dziew­czy­na wy­glą­da­ła, jakby nagle objął ją stres. –> Nie wydaje mi się, stres obejmował.

Proponuję: Dziew­czy­na wy­glą­da­ła, jakby nagle doznała szoku.

 

Po chwi­li dwa wozy stały już na ubo­czu drogi… –> Po chwi­li dwa wozy stały już na pobo­czu drogi/ na skraju drogi

Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszej części opowiadania.

Za SJP PWN: ubocze «spokojne miejsce oddalone od osiedli ludzkich, od szlaków komunikacyjnych lub od miejsc, w których jest dużo ludzi»

 

Tylko le­ni­wy ruch tłoka, który po­przed­nio gnał jak opę­ta­ny, dawał sy­gnał, że czas nadal upły­wa. –> Chyba miało być: Tylko le­ni­wy ruch tłoka, który po­przed­nio gnał jak opę­ta­ny, teraz dawał sy­gnał, że czas nadal upły­wa.

 

W mo­men­cie wszyst­ko sta­nę­ło. –> Raczej: W jednej chwili wszyst­ko sta­nę­ło.

 

Dwa ża­kar­do­we fo­te­le błysz­cza­ły teraz w bla­sku słoń­ca, wy­trwa­le dzier­żąc swych wła­ści­cie­li. Jeden ugrzązł gdzieś w gąsz­czu roz­le­głych krze­wów, drugi… Drugi nie miał tyle szczę­ścia. –> Nie bardzo mogę sobie wyobrazić, aby fotele mogły cokolwiek dzierżyć, tak jak nie wydaje mi się możliwe, aby fotel mógł mieć szczęście.

 

Lu­dzie bom­bar­do­wa­li się gra­da­mi cio­sów… –> Lu­dzie bom­bar­do­wa­li się gra­dem cio­sów

Grad nie ma liczby mnogiej.

 

John Ar­ston stwier­dził, że al­fa­bet wul­ga­ry­zmów – za­zwy­czaj bar­dzo sku­tecz­ny – tym razem wcale nie za­dzia­łał uspo­ka­ja­ją­co. Był le­gen­dą, któ­rej nie znał. –> Raczej: John Ar­ston stwier­dził, że repertuar/ zasób wul­ga­ry­zmów…

Czy dobrze rozumiem, że wulgaryzmy były legendą, której John nie znał?

 

Nawet kilka le­d­wie wi­docz­nych pie­gów prze­su­nę­ło bar­dziej się w stro­nę nosa. –> Nawet kilka le­d­wie wi­docz­nych pie­gów prze­su­nę­ło się bar­dziej w stro­nę nosa.

 

„Mo­żesz pod­dać go du­że­mu prze­cią­że­niu. Mo­żesz wy­wo­łać hi­po­ter­mię. Wy­ka­stro­wać, zrzu­cić z kil­ku­dzie­się­ciu me­trów, na­kar­mić czymś pie­kiel­nie ostrym. –> Otworzyłeś cudzysłów, ale go nie zamknąłeś.

 

– In­te­re­su­jesz nauką? Od kiedy? Od­po­wiedź brata padła… –> Brat nie odpowiedział. On zadał pytanie, więc: – In­te­re­su­jesz się nauką? Od kiedy? Pytanie brata padło

 

gład­ki sze­ścian z wy­sta­ją­cym góry za­wo­rem… –> Raczej: …gład­ki sze­ścian z wy­sta­ją­cym u góry za­wo­rem

 

Ze­fi­ro­wy pył roz­lał się z płuc Edi­so­na… –> Skoro zefirowy pył był ciałem lotnym, to czy mógł się rozlać?

 

„Ener­gia za ma­te­rac.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

[…] Niech le­gen­da o nich żyje na wieki.” –> Jak wyżej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uff, przyszedł czas na porządną korektę. Naz, Reg, dziękuję za uwagi i przepraszam, że jest ich tak dużo. Wykonanie mogłoby być nieco lepsze? Jest nieco lepsze – poprawki już wprowadzone ;)

Regulatorko, zdaje się, że czytałaś tekst jeszcze przed moją wczorajszą edycją, ale i tak wczoraj poprawiłem tylko część z wypisanych usterek. Na większość z listy sam nigdy bym nie wpadł, wykonałaś kawał dobrej roboty :)

 

Co do dialogów, osobiście najprzyjemniej czyta mi się bez kursywy i z przecinkiem (oczywiście nie miałem żadnego problemu, żeby dostosować do formatu fantazmatowego), szczególnie kiedy narrator od czasu do czasu zbliża się kwestiami niebezpiecznie blisko myśli bohatera. Ale właśnie, jedna rzecz nie daje mi spokoju… Jeśli zdecydujemy się na oddzielanie myśli przecinkami, jak wygląda sytuacja ze znakami interpunkcyjnymi (? / !)? Nie wiem, czy w ogóle da się to jakoś sensownie zapisać i stąd moja niekonsekwencja w zapisie (swoją drogą, trochę konsekwentna niekonsekwencja – dawałem myślnik tam, gdzie był pytajnik czy wykrzyknik i nie dało się postawić przecinka ;) ).

W każdym razie, przy tym tekście nie mam już tego problemu, zmieniłem format zgodnie z sugestią.

Perruksie, bardzo dziękuję za uznanie i niezmiernie się cieszę, że uważasz uwagi za przydatne. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zawitałem tutaj po nominacji piórkowej i przeczytałem do pierwszych trzech gwiazdek… Czy mogę więc napisać komentarz? Chyba tak, może coś z niego dla siebie wyciągniesz.

Rozumiem i lubię wrzucenie czytelnika na głęboką wodę, w wir akcji i takie tam. Nie lubię jednak dostawać w pysk, nie lubię gdy ktoś kimś jest, gdy tak naprawdę wcale nie wykazuje takich cech osobowościowych.

Czy matka może na wejście powiedzieć “zamknij wreszcie mordę”? Pewnie, mogłaby nawet powiedzieć “zamknij mordę ty głupi chuju”, ale wzruszam na to ramionami. Nie dałeś mi najmniejszego kontekstu by uznać to za okey lub nie. Naukowiec, który nie wie, gdzieś ma rozpisane dowody… i proponuje jako rozwiązanie “nakarmić czymś piekielnie ostrym”. No nie, Perruxie, nie. To nie mój humor i klimaty, a opowiadań konkursowych jest tak wiele.

Pozdrawiam.

 

Darconie, ok, przyjmuję opinię do wiadomości.

Rozumiem, że osoba o nieprzyjemnej osobowości, wulgarna i szarpiąca za fartuch profesora nie pasuje Ci na matkę i nie podoba Ci się, jak wykorzystałem ją w scenie zawiązującej akcję mojego (bardziej przygodowego i rozrywkowego niż skłaniającego do refleksji) opowiadania.

Nie pojmuję jednak zupełnie pozostałych uwag. Profesor pracujący nad wielkim projektem, który musi przekartkować teczkę w celu znalezienia konkretnych dowodów i nie ma wszystkiego idealnie uporządkowanego? Jak dla mnie zupełna normalność, zwłaszcza że zdarzało mi się pracować z niejednym naukowcem.

Nakarmić czymś piekielnie ostrym? Tutaj każda z podanych metod wywołuje w mózgu dość specyficzne reakcje. Uznałem to za wystarczający powód, by każdy z tych bodźców potraktować jako coś „trzeźwiącego”, wybudzającego z błędnego wymiaru. Zwłaszcza że zupełnie zrezygnowałem z naukowych wyjaśnień.

Jak widzisz nie przyjmuję uwag z pełnym zrozumieniem, ale mam nadzieję, że nie potraktujesz tego jako atak. Widocznie różnimy się dość mocno pod względem gustu czytelniczego. Każda opinia jest cenna i rozumiem też, że część czytelników może podzielać Twoje spojrzenie na początek tekstu.

Niestety Perruxie mnie nie kupiłeś. Niby wszystko gra, pomysł na świat równoległy jest, postacie zarysowane, co do sposobu przejścia nie będę się czepiał (ale do powrotu już tak), w sumie to ciężko mi zdefiniować co mi nie pasuje. A właśnie powrót poprzez kastrację ? To bym się chyba na taki wypad nie zdecydował ;) Być może jestem skażony przez te wszystkie seriale i książki o światach równoległych (bo co jest złego np.: w budce telefonicznej czy innym portalu), ale Twój sposób przejścia do mnie nie przemawia. No i naukowcy zanim wyślą coś do innego świata to wiedzą coś więcej niż tylko niejasne około tygodnia na powrót, wysyłają króliki doświadczalne, a jak one miały wrócić. No i tydzień na powrót według czyjego czasu, bo w drugim świecie czas płynie inaczej, skoro po wejściu Johna Edison jest już legendą.

Enderek, no szkoda, że nie podeszło. Dzięki za komentarz. Co do wysyłania królików itd… no cóż, tutaj wyobrażałem sobie bardziej indywidualne badania genialnego profesorka i współpracę z zafascynowanym i „odważnym” Edisonem, niż wspólne badania naukowców. Wolałbym nie zestawiać tego z aktualnymi metodami prac naukowych, ale oczywiście czytelnikom tego nie zabronię ;)

No, nie można wymagać zbyt wiele od królika czy myszy. W końcu trzeba posłać człowieka. I wydaje mi się, że wysłanie naukowca jest najbardziej etyczne dla eksperymentatorów.

Babska logika rządzi!

O, dokładnie, zgadzam się. Ogólnie bardzo nie lubię, jeśli komuś zabrania się ryzykować zdrowie czy życie dla czegoś, co jest dla niego naprawdę ważne. Posłać kogoś, kto zna ryzyko, a mimo to wciąż o tym marzy? Jak dla mnie jak najbardziej etyczne.

Wątpię też czy myszy doznają zrywu mioklonicznego i czy mogą funkcjonować w dwóch wymiarach. A może one przełączają się ciągle i w przerwach od biegania po polu łykają zefirowy pyłek, a my o tym nie wiemy? ;)

Podtrzymuje – ​czy Edison wiedział o kastracji??? ;)))

Czy wiedział, czy nie, jak dla mnie to nic nie zmienia. Przecież to tylko jedna z metod. Planując powrót, mógł wybrać jakąkolwiek inną.

“Jak wrócę do naszego wymiaru?”

“Jest kilka sposobów, wybierz sobie: możesz poddać się dużemu przeciążeniu, wywołać hipotermię, rzucić się z kilkudziesięciu metrów, wykastrować albo zjeść coś piekielnie ostrego”.

“Ok, to skoczę sobie z jakiejś góry, ewentualnie zjem coś ostrego”.

Zabiłeś mi ćwieka, Perruksie, w kontekście lożowego głosowania.

Bardzo fajny świat, połączenie steampunku z realizmem magicznym i bajką. Coś z Guliwera i coś (sam nie wiem co) z Czarnoksiężnika z Krainy Oz. Raziły mnie z kolei wulgaryzmy bohatera, nie same w sobie, ale właśnie przez kontrast z tym bajkowym klimatem.

Bardzo też podobało mi się zakończenie – tak w szczegółach, jak i w ogólnej koncepcji – brat, który chciał zostać, powrócił; został ten, który miał tylko wykonać jedno zadanie. Doceniam też kwantowe smaczki, to przesunięcie w barwach, wrzuconą sugestię paradoksu bliźniaków – bardzo lubię takie elementy w bajkowym sosie.

Nie do końca dźwignąłeś pomysł i wizję wykonaniem. To bardzo trudne przedstawić tak oryginalny świat bez infodumpów, stopniowo zanurzając w nim nieświadomego działających wokół mechanizmów bohatera. Wybrałeś drogę trudniejszą, ambitniejszą i momentami miałem jednak odczucie chaosu (np. scena z wypadkiem tłokochodu).

Z drugiej strony – sama wizja rządzi!

Muszę jeszcze chwilę podumać.

Wracam z komentarzem piórkowym.

Światotworzenie, pomysł, realizacja – wszystko się zgrało. Najmocniej samo przedstawienie świata i pomysł na niego. Bohaterowie także są ciekawi, nietuzinkowi.

Co więc dziwnego, że jestem na TAK? :) Bardzo dobra robota, Perruxie :) 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Coboldzie, dzięki za podzielenie się ciekawymi uwagami – na pewno przydadzą się na przyszłość. Myślę, że część wskazanych wad mogłoby wyeliminować betowanie, trochę szkoda że nie wystarczyło czasu na ten proces.

Niezależnie od Twojego piórkowego TAK/NIE, cieszę się, że zainteresowałem wizją. Co do udźwignięcia pomysłu wykonaniem – starałem się jak mogłem i myślę, że zawędrowałem gdzieś w okolice szczytu moich aktualnych możliwości (to mój trzeci tekst powyżej 30 tysięcy znaków). Wiem, że do perfekcji dużo brakuje, ale na ten moment jestem zadowolony z efektu.

 

NoWhereMan, dzięki za nominację i TAKa, które działają mobilizująco do startu z tworzeniem kolejnego świata :)

 

Zaczynam się zastanawiać, czy nie warto byłoby kiedyś wrócić do Smużnego Miasta i osadzić w nim zupełnie niezależną historię. Możliwe, że za jakiś czas jeszcze zdarzy mi się zakrzywić czasozefir.

ze łzami w oczach objął Jona,

Granalda szczerze nienawidziła zostawiać czegokolwiek przypadkowi,

Zostawia się “co”, a nie “czego”, zatem → cokolwiek.

 

nie zasłużył na całą cholerną agresję.

Tę, bo słowo to dotyczy rzeczownika.

 

 

Całkiem udane opowiadanie. Zainteresowała mnie zarówno koncepcja podróży w czasie i przestrzeni, jak również pomysł na poprowadzenie narracji z dwóch perspektyw – przybysza i tubylców. Przez to, że każde z nich miało swoje interesy – w większości sprzeczne – udało się podtrzymywać czytelniczą ciekawość na stałym, satysfakcjonującym poziomie.

Rozczarowała mnie nieco finałowa rozmowa bliźniaków. Nie dlatego, że fabularnie źle skonstruowana. Wypadła dość dziecinnie i nienaturalnie, co kontrastowało z lepszymi dialogami we wcześniejszych fragmentach.

Jeszcze uwaga odnośnie warsztatu. Jest ok, może ze zbyt dużym stężeniem czasownika “być” momentami. Chciałbym jednak zacytować wypowiedź redaktora Cetnarowskiego tutaj z forum, spod wyników konkursu “SF 2015”:

Po pierwsze – na poziomie języka (zdań, bo już niekoniecznie nie konstrukcji), opowiadania, które czytałem (…), były naprawdę solidnie napisane. Od tej strony poziom był rzeczywiście wysoki; choć – z drugiej strony –jednak niewielu autorów pokusiło się o wyraźniejsze nacechowanie narracji swoim stylem, przekroczenie granicy „językowej poprawności”. Ale „rzemieślniczo” – w zasadzie nie było się do czego przyczepić.

I to w sumie dokładnie to, co poniekąd przeszkadzało mi w Czasozefirze. Taką prostą, szkolną narracją nie narazisz się na opinie, że napisane fatalnie, ale świata też nie zawojujesz. Mam wrażenie, że opowiadanie tylko by zyskało, gdybyś nasycił zdania jeśli nie własnym stylem (w którego istnienie niektórzy tu powątpiewają ;), to przynajmniej stylem charakterystycznym dla tego konkretnego opowiadania.

 

Dzięki za opinię, MrBrightside. Kilka ciekawych uwag – na pewno do przemyślenia. Własny styl… no cóż, z pewnością niełatwe zadanie. Ale zgadzam się, że pewnie warto zaryzykować i pokombinować z narracją.

Wizja i dynamika – tym stoi “Zakrzywienie czasozefiru”. Ale widzę tu zbyt wiele niedociągnięć, bym mógł z czystym sumieniem zagłosować za piórkiem. 

 

Po pierwsze – początek trochę od czapy. Tak, jak rzecze Darcon: o co chodzi z tą matką? Okej, później się okazuje, że wulgarność mają we krwi, ale czy postać rodzicielki jest tu niezbędna? Wydaje mi się, że ratowanie brata z własnej woli to rzecz naturalna, choć to też można by jeszcze umotywować. Ale nakaz z zewnątrz? Dlaczego właściwie bohater słucha matki? Zmierzam do tego, że posłuszeństwo wobec rodzica jest czymś tak oczywistym jak lojalność wobec brata. A już wulgarne odzywki do syna czymś oczywistym mi się nie wydają… O tyle to ważne, że krótka scenka na początku buduje całą motywację bohatera. Im lepiej czytelnik zrozumie motywacje bohatera, tym mocniej może mu kibicować. Bo cel protagonisty jest określony jasno (za to duży plus). 

I o co chodzi z tym profesorem? W pierwszej scenie pomijasz jego imię – Stephen King widząc to, dostałby zawału, bo on lubi chrzcić każdą postać, nawet jeśli ta postać tylko nalewa benzyny szwagrowi prawnika drugoplanowego bohatera. Co tam imię – zaniedbujesz nakreślenie relacji, która łączy naukowca z braćmi. A to wszystko jest tak istotne, jak fundament pod budynkiem. I nie do końca się wyjaśnia w dalszej części opowiadania. 

Od drugiej sceny jest lepiej. Dorzucasz coś ciekawego, więc biorę pewne rzeczy na wiarę i siłą rzeczy kibicuję kolesiowi, o którym piszesz najwięcej. 

Dalej jest nieco ryzykownie – pokazujesz drugą perspektywę, perspektywę tubylców. Ale jakoś z tego wybrnąłeś. Są tacy, którzy lubią historie ukazaną z wielu punktów widzenia. Moim zdaniem w opowiadaniach to broń obosieczna. 

Akcja idzie do przodu szybko. Z jednej strony to dobrze, z drugiej przydałaby się chwila na oddech i okiełznanie chaosu. 

Przydałoby się powalczyć z infodumpami. 

Spodobał mi się różowy świat, zabawa z czasem też przypadła do gustu. Nie wiem, ile zrozumiałem, ale to co zrozumiałem – fajne. 

Nie pojąłem tej gierki w trzy pytania. Czemu tylko trzy, choć i tak ostatecznie było ich więcej?

Zazgrzytał mi też materac – wyobraziłem sobie takie sprężynowy, więc zdziwiło mnie, kiedy zaczęło z niego schodzić powietrze. 

Sama końcówka świetna. 

 

Zastanawiam się nad uwagą Jasnej Strony dotyczącą stylu. Wydaje mi się, że stylem nieco wychodzisz ponad poprawność. Zresztą staram się tego nie czepiać, to sprawa mocno indywidualna. Istotna – i w miarę możliwa do oceny – jest płynność języka. A coś więcej? Mam wrażenie, że wielu czytelników nie zwraca na to uwagi; skupiają się na czym innym: pomyśle, akcji, bohaterach. Czytałem wiele książek, których styl był po prostu poprawny. Chyba szczególnie widoczne jest to w fantastyce. Więc trudno nazwać poprawność stylu jakimś grzechem. Jednak walory językowe potrafią podnieść poziom tekstu albo zamaskować mankamenty. 

 

Podsumowując, to dobre opowiadanie z dużym potencjałem, ale nie dość oszlifowane, żebym mógł zagłosować na tak. 

Też czytuję książki z poprawnym stylem, Funie, ale jeśli chodzi o pozycje, które mnie w jakiś sposób urzekły i które pamiętam do dziś, to w większości są to jednak tytuły, które w jakiś tam sposób wyróżniały się warsztatowo. Bez tego trzeba kombinować, żeby zachwycić – pomysłem, historią, bohaterami, czymkolwiek, a to IMO trudniejsze od wyrobienia sobie pióra.

Jednak walory językowe potrafią podnieść poziom tekstu albo zamaskować mankamenty.

Tyle i aż tyle.

Podkreślę jeszcze raz, że w Czasozefirze styl narracji nie przeszkadzał mi jakoś szczególnie – ale i nie zachwycał. Tak tylko mówię, że powinniśmy ciągnąć w górę, a nie równać do średniej. ;)

Ja akurat nie czepiałabym się stylu, bo sam fakt, że opowiadanie zasysa jak odkurzacz i nie można się od niego oderwać, jest między innymi zasługą tego, że styl jest bardzo dobry (przynajmniej według mnie).

A jak do tego dorzucimy niebanalny pomysł, wartką akcję i ciekawych bohaterów, to otrzymujemy wspaniały koncert fajerwerków (jak mawia klasyk. ;) )

Kurczę, dobre to było. Życzę powodzenia w konkursie!

Bez tego trzeba kombinować, żeby zachwycić – pomysłem, historią, bohaterami, czymkolwiek, a to IMO trudniejsze od wyrobienia sobie pióra.

Może. Pewnie w większości przypadków się to sprawdza, ale chodzi mi o to, że bez świetnego pióra też można pisać dobre rzeczy. I mówię to jako ktoś, kto bardzo docenia formę. Analogia: w muzyce można coś osiągnąć bez dobrego głosu, umiejętności. Oczywiście nie w każdym gatunku. W operze nie da rady, ale w hardcore punku już prędzej ;)

Poza tym ktoś może mieć talent do wymyślania historii, ale nie potrafić przełamać barier nawet poprawnego pisania (wtedy, w idealnym świecie, z pomocą przychodzą redaktorzy i korektorzy). 

Nie ma jednej drogi. Ale niewątpliwie warto szlifować wszystko: język, bohaterów, konstruowanie fabuły. I jasne, lepiej ciągnąć w górę. Chciałem tylko się podzielić moimi luźnymi obserwacjami i przemyśleniami, już w oderwaniu od “Zakrzywienia czasozefiru”. 

Wybacz Perruxie, ale nie mogę powiedzieć, że Twoje opowiadanie mi się podobało. Co prawda nie mogę też powiedzieć, że mi się zupełnie nie podobało, ale to chyba niczego nie zmienia.

 

Właściwie, to zraziłem się do tego tekstu już na początku, w momencie, gdy padły słowa:

– Zamknij wreszcie mordę! – Głos dobiegł od strony drzwi.

John odwrócił się i ujrzał stojącą w progu matkę.

To był dla mnie jasny sygnał, że nie bardzo radzisz sobie z dialogami, co późniejsza lektura dobitnie i nieprzyjemnie potwierdziła.

Nie znam – i mam nadzieję, że nie poznam – żadnej matki, która byłaby zdolna powiedzieć tak do swojego dziecka. I to jeszcze na dzień dobry, bez żadnego specjalnego powodu. I nie szkodzi, że owe dziecko to dorosły już, antypatyczny buc – bo tak, niestety, odbieram Twojego bohatera – względem którego rada była, generalnie, słuszna.

Miałem nieprzyjemność zetknąć się z ludźmi, którzy odzywali się w ten sposób do własnych rodziców, ale to jednak zupełnie inna kwestia, tak, jak innego rodzaju są uczucia, którymi dzieci darzą rodziców. Takie przypadki, jakkolwiek potępiam, byłbym w stanie jeszcze zaakceptować (lecz tylko w literaturze). Natomiast w drugą stronę, gdy matka mówi w podobnym tonie do syna, to zaczyna to wszystko trącić totalną patologią; taką w sam raz do programów typu “Pod napięciem”. A w sumie nic, prócz tych właśnie słów – no i może charakteru Johna – nie wskazuje, by w rodzince Arstonów lęgła się patologia.

Sam pomysł na historię w świecie równoległym całkiem interesujący – motyw z Wiatrami Czasu warto by rozwijać – ale położony przez wykonanie. 

Zacznę od tego – choć nie jest to główny mankament tekstu – że drażniły mnie różnego rodzaju niedopowiedzenia i dziury fabularne.

Wrzucasz nas od razu w sam środek jakiejś akcji i nie bardzo wiadomo, co się dzieje i kto jest kim. Wyskakuje jakiś doktorek i wkurzony na niego koleś, i choć w miarę szybko wyjaśnia się, czemu gość jest wkurzony i co się, mniej więcej, dzieje, to jednak brakuje wyjaśnień, dlaczego tak się dzieje. Co to za doktorek, skąd się wziął, jakiego rodzaju prace prowadzi, dlaczego akurat na bliźniakach, jak skonstruował portal, etc.

Człowiek myśli sobie – dobra, jak nie teraz, to potem będzie rozwinięcie tematu.

A tu, niestety, dupa.

Podobnie jest z innymi elementami świata Po Drugiej Stronie; mamy całkiem ciekawy zarys ichniej cywilizacji, ale, w gruncie rzeczy, niewiele więcej. A szkoda, bo pasowałoby opowiedzieć trochę o tych ludziach, o ich cywilizacji, o tym, jak długo Edison przebywał wśród nich (z punktu widzenia naszej rzeczywistości wydaje się, że wyruszył ledwo chwilę przed Johnem, natomiast w drugim świecie przebywał już lata), dlaczego bliźniacy byli odporni na zwichrowania czasu i o co dokładnie chodziło z Zefirem; dlaczego na bliźniaków działał inaczej niż na resztę (po części to ogarnąłem, a po części nie), i tk dalej.

W obecnym stanie wygląda to trochę jak niechlujność, czy może lenistwo Autora, któremu zwyczajnie nie chciało się konstruować świata przedstawionego z należnym pietyzmem.

 

John, jak już mówiłem, był strasznie wkurzający, a to w kółko powtarzanie o jego przeklinaniu wyłącznie męczyło. Nie wiem natomiast, czemu miało służyć? By pokazać różnice między nim a Edisonem – chodzącym ideałem? Jeśli tak, to nie bardzo to działa. Zapewne dlatego, że czytelnik Edisona poznaje dopiero pod koniec opowieści, więc gość zwyczajnie ma za mało czasu i miejsca, by pokazać, że jakoś bardzo różni się od brata.

Jeśli chodzi o finał jako taki, to nie rozumiem, czemu obliczenia doktorka się nie sprawdziły i po upadku chłopacy nie wrócili do naszego wymiaru, tylko utknęli w czasie – kolejna dziura w fabule, która prosi się o załatanie.

Poza tym całość wypada dosyć… płytko – jakoś tak brak mi tutaj prawdziwych relacji, prawdziwego zaangażowania w bohaterów i w ogóle większego autentyzmu w tym wszystkim. Nie przekonuje mnie to opowiadanie na żadnej płaszczyźnie.

Zdarzały się natomiast istne językowe koszmarki, które – przepraszam, że to mówię – po prostu odstręczały. Nie będę może przywoływał do tablicy wszystkich jak leci, ale jeden szczególnie utknął mi w pamięci, więc na nim się skupię.

John Arston powrócił do walki o życie. Bo w końcu co jest bardziej męskie: wyliczanie w myślach wszystkich znanych odcieni fioletu czy ratowanie resztkami sił przemarzniętego organizmu?

W tym momencie, gdyby nie pewne zasady, których z jakiegoś bzdurno-masochistycznego powodu zwykłem się trzymać (a które w sumie nie mają wiele wspólnego z lożańskim obowiązkiem), najprawdopodobniej zakończyłbym lekturę i nigdy więcej do niej nie wrócił.

Rozumiem, że chciałeś jakoś wybrnąć z zamieszczonej powyżej wyliczanki, ale co, na bogów chaosu, męskość ma wspólnego z chęcią ratowania życia; odruchem całkowicie przecież naturalnym, i to nie tylko wśród ociekających testosteronem samców. Mówiąc wprost, bardzo słabe było to porównanie, przynajmniej w moim odczuciu.

Ogólnie rzecz ujmując, poza pomysłem na zwichrowanie świata przedstawionego – również, niestety, niewykorzystanym w pełni – nic w tym opowiadaniu mnie nie chwyciło: bohaterów nie polubiłem (ani jednego w sumie), dialogi ani trochę mnie nie przekonały, akcja podobnie. A i wykonanie, niestety, wyraźnie odbiega od tego, co chciałbym czytać, szczególnie w opowiadaniach nominowanych do piórka.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Kupiłeś mnie koncepcją świata. Motyw podróży między nimi (przywrócenie człowieka do ojczystego świata) też zacny. Wykombinowałeś garść odmiennych sposobów, a jednak mają jakiś wspólny mianownik.

Nie bez znaczenia jest to, że czytało się przyjemnie i ciekawie, bo ciągle coś się dzieje.

Byłam na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Dzięki za komentarze, ludziska. Nieszczęsną kwestię matki z pierwszego fragmentu poprawiłem, myślę że poprawka jednego zdania mieści się w granicach rozsądku, zwłaszcza że nie ma ono żadnego fabularnego znaczenia. Kolejne zmiany, w szczególności eliminacja wulgaryzmów, wprowadzę już po zakończeniu konkursu.

 

Funie, widzę dużo prawdy w Twoim komentarzu. Pierwszą scenę niestety pisałem na sam koniec i jak widać nie przemyślałem jej wystarczająco. Trochę szkoda, bo miało być tylko proste zawiązanie akcji, a wyszedł fragment źle nastawiający czytelników do tekstu.

Jeśli chodzi o pokazanie historii z kilku perspektyw – masz rację, są ludzie, którzy to lubią i akurat ja do nich należę. I właśnie dlatego zdecydowałem się na taki ruch, chociaż zgadzam się, że czasem jest ryzykowny.

 

AQQ, fajnie, że mój odkurzacz wciągnął. Przy tym tekście sporo uwagi poświęciłem „wciągalności”, stąd szybka akcja. Mam już drugi koncert fajerwerków pod tekstem ;D

 

Cieniu, z częścią uwag się oczywiście zgadzam, z częścią już nie. Ale tak solidna porcja wypunktowanych odczuć czytelnika zawsze jest bardzo pomocna. Dzięki, że zdecydowałeś się tyle produkować! Krótko odniosę się tylko do wybranych kwestii:

Co to za doktorek, skąd się wziął, jakiego rodzaju prace prowadzi, dlaczego akurat na bliźniakach, jak skonstruował portal, etc.

Tutaj właśnie pomijanie tych wszystkich szczegółów było absolutnie zamierzone, bo opowiadanie dotyczyło czegoś innego. Ważna była sama historia sprowadzenia brata z powrotem, reszta miała stanowić tło. Gdybym zaczął to wszystko dokładnie opisywać, tak jak mówisz, musiałbym albo wrzucić w tekst sporo infodumpów, albo poucinać inne fragmenty, albo zdecydowanie wyskoczyć poza limit. A każdy z fragmentów historii jest mi potrzebny, cięcia mógłbym zastosować tylko na poziomie zdań.

Podobnie wygląda sytuacja z „niechlujnie” przedstawionym światem. Uwierz, wykreowałem go dużo dokładniej i mógłbym przedstawiać ciekawostki jedna po drugiej, ale nie w tym rozrywkowym opowiadaniu stawiającym na szybką akcję i ograniczonym do 60 tysięcy znaków. I tak nie udało mi się zupełnie pozbyć infodumpów. Chociaż rozumiem, że brakuje Ci więcej konkretów o Drugiej Stronie. W pewnym sensie mi też ich brakuje w tym tekście.

 

..ale co, na bogów chaosu, męskość ma wspólnego z chęcią ratowania życia; odruchem całkowicie przecież naturalnym…

Niestety, ryzyko narracji zbliżającej się czasem niebezpiecznie blisko bohatera. Z zacytowanym stwierdzeniem oczywiście się zgadzam, ale w potocznie odbiór wyliczania kolorów jest mało „męski”, a walki o życie już bardziej. Nie muszę się z tym zgadzać, ale John już mógłby. Zwłaszcza, że jest dość ograniczonym osobnikiem.

 

Jeśli chodzi o finał jako taki, to nie rozumiem, czemu obliczenia doktorka się nie sprawdziły i po upadku chłopacy nie wrócili do naszego wymiaru, tylko utknęli w czasie – kolejna dziura w fabule, która prosi się o załatanie.

Hmm… miałem wrażenie, że pozostali czytelnicy zrozumieli finał (i większości się spodobał). Utknął tylko jeden z braci (Edison wrócił do naszego wymiaru) i to utknięcie w czasie nie ma nic wspólnego z wyliczeniami profesora. To brat go tak załatwił, oczywiście nieumyślnie.

 

Finklo, kreowanie świata pochłonęło trochę czasu, dlatego fajnie, że właśnie ten element jest okej. Dzięki za Taka, czyli.

Świetny tekst, fajny pomysł na odmienny świat. W ogóle lubię takie klimaty z alternatywnymi światami i pokręconą nauką. Już samo słowo czasozefir przykuwa uwagę. Zakończenie z podstawieniem poduszki ciekawe, ładnie wykorzystujące mechanizmy podróży w czasie. Jak dla mnie jeden z konkursowych faworytów.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dzięki, Szyszkowy, za docenienie tekstu. Świat, czasozefir i zakończenie – w komentarzach powtórzyło się kilka razy. Fajnie wiedzieć, które elementy wyszły najlepiej.

Najsilniejszą stroną tekstu jest inny świat, którego opis bardzo mnie przekonał. Ale niestety, antypatyczny bohater i ogólnie relacje międzyludzkie, już nie miały takiej siły przebicia. Naprawdę chciałam, aby próba ratowania brata przez Johna porwała mnie. Ale kurczę, zabrakło tej głębi. Szkoda, bo dobrze się czytało i podkreślam, istny majstersztyk jeśli chodzi o opis alternatywnej rzeczywistości.

O, kolejna osoba, którą świat przekonał :) Super.

Nie porwało m. in. przez relacje międzyludzkie? Rozumiem. Niestety ten element zepchnąłem na dalszy plan i nie mogę się teraz dziwić, że czytelnicy szukający silnych relacji nie są do końca usatysfakcjonowani. W kolejnych opowiadaniach na pewno postaram się podciągnąć ten element.

Wysoko cenię to opowiadanie i uważam, że zasługuje na wysokie miejsce w konkursie “Jestem legendą”.

Cenię ten przede wszystkim tekst za:

a) niezwykle efektowny pomysł na świat i jego konsekwentną realizację;

b) językową i narracyjną sprawność – bardzo dobrze mi się je czytało;

Zamierzam zagłosować na ten tekst w konkursie. 

Dzięki za zwięzłą i konkretną opinię. I za głos, rzecz jasna :)

Nie będzie to odkrywcza i wiele wnosząca opinia:

czytało się dobrze, ale nie ogarnęłam sposobu na powrót do domu – dlaczego kastracja jest ok a przebite płuco nie? jakie przekleństwa obowiązują? Zatrzaśnij zęby, pochmurny szczurze! czy swojskie, którymi rzucał John i od których rumieniła się dziewczyna? Czy może uczą ich i tego w ramach języków obcych? ;)

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

“Zakrzywienie czasozefiru” robi spore wrażenie. Historia jest niebanalna, pomimo tego że pomysł na bliźniaków zamieniających się rolami nowy nie jest. Szczególnie zakończenie, z ciekawym paradoksem czasowym. Lubię opowieści o podróżach w czasie, ale niestety większa ich część jest bezsensowna i nielogiczna. A Twoje opowiadanie należy do grona tych zacnych historii, które do tematu podchodzą logicznie i są zacne. Szkoda tylko, że tak mało dowiadujemy się o przyczynie wszystkich wydarzeń – jak bracia trafili do tego świata? 

Tekst został napisany bardzo dobrze. Opowiadanie wciąga i czyta się je z przyjemnością. Po prostu “płynie się”.

Kolejne genialne opowiadanie na konkurs – za dużo już tego? Jak będę miał wytypować najlepsze? ;)

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

W mojej klasyfikacji trzecie miejsce.

Przede wszystkim kupiłeś mnie światem – oryginalnym, dziwacznym, który poznawało się z ciekawością. Fajnie było go odwiedzić. Do tego mocny motyw legendy. Na fabułę i bohaterów też nie narzekam – bracia mają osobowości i charakterki.

Gdybyś lepiej doszlifował tekst, pewnie mógłbyś jeszcze urwać jakiś punkcik.

Babska logika rządzi!

Dzięki za kolejne komentarze.

 

Wybranietz, każda opinia coś tam jednak wnosi, bo nawet jeśli powtarzasz po innych, to mam jasny sygnał, że czytelnicy zgadzają się w konkretnych kwestiach :)

Co do różnicy kastracja-przebite płuco. Tutaj przebite płuco potraktowałem jako punkt, którym ucieka z Johna zefirowy pył (pył z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu podtrzymuje odporność na zakrzywienie czasu). Mam nadzieję, że ten pomysł jakoś się broni.

 

Pietrek, super, że udało się wybić z tych mniej zacnych opowieści o podróżach w czasie. Za dużo dobrych opowiadań na konkurs? Sam mam problem z wytypowaniem szóstki, ale wyrównany poziom wcale mnie nie martwi ;)

 

Finklo, dzięki za punkty!

 

Miałam skomentować dawno, ale wyszło tak, że tuż przed końcem głosowania, bo i z tym jestem niemal spóźniona…

 

Bardzo ciekawy świat, mogłabym poczytać więcej o nim, z tym takim trochę steampunkiem, a trochę nie wiem sama czym ;) Nieco mniej porwała mnie fabuła, która w przeciwieństwie do przedpiśców nieco mi się momentami dłużyła i wtedy, kiedy nie napisałam komentarza, i teraz, jak przejrzałam tekst jeszcze raz. Niemniej niewątpliwie jedna z ciekawszych propozycji w konkursie.

 

Dwie uwagi stylistyczne:

nie pasuje mi to”jebany” do całości tekstu

 

“próbując w jakiś sposób wzniecić nienawiść.” – chyba powinno być “w sobie nienawiść”

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki za podzielenie się wrażeniami i trzy punkty w konkursie :)

Uwagi stylistyczne oczywiście trafne – jak widać zawsze można znaleźć jeszcze kilka szczegółów do poprawy.

Jako amator ostrego żarcia, który sięga czasem po naprawdę mocne menu, czuję się skutecznie postraszony. Ewentualne konsekwencje spożywania dań pod szyldem Diavolo, Mexicana, etc. zainspirowały mnie do poszukiwań kulinarnych w krainie łagodności… :D

 

Jestem z komentarzem trochę późno, ale w ostatnie dni przed głosowaniem skupiłem się na tym, żeby wszystkie teksty przeczytać.

A Twoje opko, Perruxie, zrobiło mi niezłe pa-pa-ra-ra tuż przed wrzuceniem listu do skrzynki. Nie ułatwiłeś mi zadania, i choć nie zdecydowałem się na posadzenie go w mojej topsix, to wiedz, że rad jestem Cię widzieć na wysokiej pozycji w konkursie – w pełni zasłużenie, według mnie…

Nie jestem doświadczonym skrybą, tym bardziej recenzentem, więc nie potrafię doszukiwać się w tekstach tych wszystkich mankamentów, drobiażdżków, które według niektórych są (często trudno się nie zgodzić), a mnie omijają szerokim łukiem. Cieszę się, bo chyba mam więcej radochy z lektury, zazwyczaj. :D

Dlatego właśnie, najkrócej jak potrafię, powtórzę za niemal wszystkimi, że to kapitalnie napisane opowiadanie, które łapie czytelnika za brodę (posiadam takową) i trzyma do samego końca, fundując gładki lot z pięknymi widokami.

Poza stylem i naprawdę rzetelnym wykonaniem, i w pełni satysfakcjonującą puentą, doceniam pomysł, jego oryginalność i legendę stworzoną od podstaw, bez nawiązań.

Dzięki za lekturę! Gratuluję miejscówki i publikacji! ;)

Pozdrawiam!

Dzięki za wizytę, Majkubar. Kolejny zadowolony czytelnik zawsze cieszy :)

Też czasami tak mam, że kiedy szybko płynę przez tekst, nie zwracam uwagi na niedoskonałości i drobne mankamenty. I, szczerze mówiąc, lubię to ;)

 

Mimo że swoim tekstem na legendę akurat nie trafiłeś w mój gust, również życzę publikacji ;) W końcu antologie zawsze są różnorodne – nic dziwnego, jeśli nie wszystkie teksty tematycznie trafią w ramy moich preferencji. Pozdrawiam również!

Nowa Fantastyka