- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Pustułka

Pustułka

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

NoWhereMan

Oceny

Pustułka

Nawet jak na wczesną jesień, zapowiadał się wyjątkowo gorący dzień. Leniwe fale, srebrzące się w przedpołudniowym słońcu, kołysały zacumowanymi łodziami i z doskonałą regularnością uderzały w drewniane nabrzeże.

Portowe koty, których gładkie lśniące futra świadczyły o udanym sezonie połowowym, wylegały w coraz to większej liczbie na pomost. Jedne niecierpliwie dreptały między zwojami lin oraz dębowych beczek. Kilka (pewnie tych bardziej doświadczonych) grzało grzbiety na pociemniałych brudem skrzyniach. Uszy miały skierowane na przysłoniętą zakotwiczonym knarem redę, skąd dobiegał już plusk zanurzanych wioseł i – niesłyszalne dla ludzkiego ucha – skąpane w szumie morza i ptasich krzykach rozmowy. Ponad głowami płynących rybaków toczyły koła kocie rywalki – mewy. Łapały w skrzydła nikłe ruchy błękitu i czyhały na rzucane im rybie skrawki.

Z wyślizganego pieńka, leżącego przy jednej z szopek na klifie, wpatrywał się w niewyraźny horyzont chłopiec. Szczególnie często można go było tu zastać, gdy dopisywała pogoda, a w kuźni stryja nie było dla niego akurat nic do roboty. Miejsce to zapewniało rozległe pole widzenia oraz było wystarczająco odległe od fetoru przystani rybackiej. Malcowi parę razy udało się, jako pierwszemu w osadzie, dostrzec zmierzający do brzegu statek, z czego był ogromnie dumny. Marzył, by w przyszłości, gdy dorośnie, wybrać się z mężczyznami na wyprawę podobną do tych, o których tyle słyszał od starego Ragnalda, gdy ten się upijał i zbierało mu się na wspomnienia.

Ciągnącą od zabudowań piaszczystą ścieżką, wijącą się wśród smukłych sosen, nadbiegał zmachany młodzieniec. Ubrany był w przydużą lnianą koszulę, sięgającą mu kolan. Spostrzegłszy zamyślonego braciszka, zwolnił kroku. Uspokoił oddech, podniósł kilka szyszek i począł się skradać. Nieopatrznie nadepnięta sucha gałązka trzasnęła mu pod bosą stopą. Zatrzymał się, by odczekać ździebko i nie zdradzić swej obecności.

– Słyszałem cię już wcześniej, Ulfi – wymamrotał młodszy brat, nie odwracając twarzy od rozpościerającego się przed nim widoku.

– Mhm, jasne – odrzekł z przekorą Ulf, po czym machnął szyszkami w kierunku Izbora, lecz żadna z nich nie doszła celu. Podbiegł, pociągnął brata za ramię i dodał:

– Ten nowy najemnik trenuje! – Obaj pognali co tchu w dół.

Popielate czupryny wyrostków podskakiwały rytmicznie, gdy ci mknęli wzdłuż palisady. Przed budynkiem koszar mieścił się kojec ogarów, które niezmiennie witały ich ujadaniem zza wyślizganych pionowych szczebli. Odbili w prawo i dotarli na grząski dziedziniec. Spod przysadzistego budynku rady dostrzegła ich jedna ze straganiarek – przystojna kobieta około lat trzydziestu. Jej świeżą urodę podkreślał długi jasny warkocz opadający na pierś, opiętą fartuchową sukienką z brzegami zdobionymi wzorzystą krajką.

– Podzielcie się – krzyknęła niebieskooka piękność i znad głów klientów rzuciła Ulfowi dorodne jabłko.

– Dzięki, Unn! Pomożemy ci później ze skrzynkami – odpowiedział starszy z rodzeństwa.

Bracia minęli odbudowywaną karczmę, przy której ziemia wciąż nosiła woń pożogi. Smakując połówki rozłamanego jabłka, przekroczyli bramę na jedynej drodze wiodącej do miasteczka.

Zmagania dwóch mężów o nagich torsach obserwowała zaaferowana czeladka. Mężczyźni skończyli właśnie ćwiczenia z fechtunku. Odłożyli miecze. Ten wyższy starł pot z czoła i poprawił długie włosy spięte z tyłu tasiemką. Przywdział skórzany karwasz na lewe przedramię. Wyjął z pokrowca łęczysko łuku, jakiego w tych stronach nie widywano. Łuk refleksyjny przewyższał swymi osiągami wszelkie konstrukcje klasyczne. We wprawnej dłoni raził przeciwnika na dystansie dwa razy dłuższym niż łuk prosty. Wymagał przy tym wyjątkowej siły i nie nadawał się dla niewyćwiczonego strzelca.

Łucznik zamocował cięciwę na zaczepach gryfów oraz przewiązał kołczan w taki sposób, że wystawał nad jego prawym barkiem. Mężczyzna ruszył. Rozpędził się i zmierzając równo do linii oddalonych o dobre sto pięćdziesiąt kroków, czterech słomianych tarcz, oddał w pełnym biegu, cztery szybkie strzały, a ich kolejną serię, wracając do punktu wyjścia. Jego wyrzeźbione ciało zdawało się tworzyć zwartą całość z dzierżoną bronią. Mimo znacznej odległości i niemożności wzrokowej oceny skuteczności wykonanego ostrzału, nikt ze zgromadzonych nie miał wątpliwości, że każda z tarcz otrzymała po dwa trafienia.

Żołdak, obserwujący popisy z wysokości bramnej baszty, zagadnął prowokująco:

– Może i w locie co ustrzelisz? – Wskazał przy tym frunącą turkawkę.

– Nie zabijam dla zabawy – odmówił krótko najemnik.

Strażnik nie dawał za wygraną. Wyciągnął z kociołka, upieczoną pierś kurczaka i zaproponował jako nowy cel:

– Ten już ukatrupiony.

Tym razem strzelec przystał na propozycję – chętnie korzystał z możliwości pokazania próbki swych nieprzeciętnych umiejętności. Wyjął z futerału pęk swych najcenniejszych strzał o kruczych lotkach i cisnął nimi tak energicznie, że powbijały się w miękki trawiasty grunt. Uniósł jedną z nich. Wzmocnił uścisk na majdanie, spojrzał w kierunku strażnicy i skinął na znak gotowości.

W powietrze poleciał nie jeden, a trzy cele – kompani strażnika postanowili nieco podnieść rangę wyzwania. Pierwsza rzutka rozpadła się niemal natychmiast, druga o mgnienie oka później. Ostatnia była już niewysoko nad ziemią. Mężczyzna chwycił strzałę, przyklęknął, i układając łuk równolegle do podłoża, oddał najdalszy strzał. Zaliczył trzecie trafienie, po którym strzała odeszła jeszcze mocno w górę i poszybowała w stronę pobliskiego boru.

Z góry nikt się nie odezwał, ale już po chwili łucznik musiał łapać, jako dowód uznania, skórzany bukłaczek z nieznaną zawartością. Wziął solidnego łyka. Rozwarł szeroko usta, łapiąc oddech – białka jego oczu stały się jakby wyraźniejsze. Dopiero teraz słychać było zdławiony śmiech żołdaków, a jeden z nich, wyraźnie rozbawiony, przemówił:

– Jeśliś posmakował, zapraszamy do nas.

Obdarowany nie był w stanie wykrztusić słowa przez podrażnione mocnym alkoholem gardło. Kiwnął tylko porozumiewawczo głową i przekazał manierkę swojemu, bardziej podejrzliwemu partnerowi. Ten również golnął i wyglądał na mocno wzruszonego darem, gdyż jego oczy w mig zaszły łzami. Chciał oddać pojemnik towarzyszowi, ale ten wskazał tylko palcem górę strażnicy. Racimir przechylił więc bukłak jeszcze raz, wzdrygnął się i posłał go mocnym rzutem do jego prawowitego właściciela. Po tym zwrócił się do swojego niedawno poznanego druha:

– Niech smarkacze poszukają tej ostatniej strzały. Żal żeby przepadła.

Nadbor zmierzył grupkę małoletnich gapiów i wybrał, jak mu się zdawało, najstarszego. Przystąpił do niego i rzekł:

– Jakie… – Odchrząknął, bo jego głos wybrzmiał chrapliwie, po czym zaczął jeszcze raz. – Jak cię wołają?

– Ulf.

– Odkąd przybyłem, widzę cię tu regularnie. Chciałbyś się uczyć fechtunku?

– Łucznictwa – odrzekł nieśmiało młokos.

– Dobrze, dam ci lekcję, jeśli odszukasz i przyniesiesz mi strzałę, która przeszyła ostatnią rzutkę. – Nadbor celowo nie nazwał jej „kurczakiem”.

– Jestem z bratem. – Ulf położył rękę na barku Izbora.

Mężczyzna przyjrzał się niewysokiemu chuderlakowi o inteligentnych szarych oczach i potwierdził:

– Niech będzie. Szukajcie jej w zasięgu trzystu… albo lepiej między twoim czterechsetnym i pięćsetnym krokiem… Ulf, tak?

Tropiciele bez zwłoki podążyli we wskazanym kierunku. Prędko dotarli do resztek mięsiwa rozrzuconych po łące i kontynuowali marsz. Przemierzyli już ponad trzysta kroków, weszli w mocno zakrzewiony teren, za którym rozciągał się stary sosnowy las z domieszką okazałych dębów. Wkroczyli między rosłe drzewa. Chłopak w przydługiej koszuli spojrzał na brata, który pochylił się nad ściółką i coś podniósł. Było to niewielkie inkrustowane puzderko. W rozchylonym pudełeczku oczom ukazywała się lustrzana powierzchnia polerowanego brązu. Cienkie blaszane wieczko oddzielało ją od części wypełnionej tłustawą, jaskrawoczerwoną mazią.

– To złoto? – spytał młodszy z braci, okazując dłoń ze świecącym przedmiotem.

– Raczej brąz. – Przyjrzał się błyskotce Ulfi. – Musiało należeć do możnej osoby. Mam złe przeczucie, związane z tą rzeczą i miejscem – wyjaśnił wyraźnie przejęty, po czym dodał. – Może znajdziemy coś jeszcze.

Złe przeczucie natychmiast się sprawdziło. Z drugiej strony drzewa starszy z braci natknął się na dziwnie powyginane młodzieńcze ciało – leżało na brzuchu. Głowę i część pleców przysłaniała ciemnozielona peleryna.

Żywo poruszająca główką kawka gmerała dziobem w boku bezwładnie spoczywającej postaci. Zwierzę spostrzegło intruza i zastygło, przyglądając się mu z zaciekawieniem. Chłopak podniósł niewielki patyk i rzucił nim w stronę krukowatego, który zerwał się z trzepotem i wydał z siebie zaskakująco przenikliwy pisk. Słyszalny o wiele dłużej niż rzeczywiście trwał. Młodzian musiał się żwawo uchylić przed odlatującym, z wyciągniętymi agresywnie szponami, ptaszyskiem.

Ulf nieraz widział zwłoki, ale zawsze w obecności dorosłych. Tym razem widok ten przyprawił go o żywsze bicie serca. Chłopak rozejrzał się za bratem. Postanowił oszczędzić mu przykrości i poprosił, by ten trzymał się z dala, póki on sam nie przyjrzy się ciału. Izbor uparł się, by zobaczyć co takiego się przed nim skrywa. Gdy już zobaczył, odwrócił się do martwej postaci plecami i stał jak wryty z miną świadczącą, że bliski jest płaczu.

– Daj mi chwilę i wracamy. Zawiadomimy straż. – Uspokoił chłopaczka Ulf.

Żądza posiadania sztyletu, przypasanego do biodra ofiary, była silniejsza od strachu. Chłopak wiedział, że to jedyna szansa, by go zdobyć. Przycupnął nad trupem, przeciągnął pas, by dostać się do klamry. Otwarł ją, wyszarpnął rzemienną plecionkę wraz z kordzikiem i zapiął już na sobie. Teraz zauważył, że jedna z kieszonek brązowej, pikowanej tuniki, jest uwypuklona. Drżące dłonie sięgnęły do wyraźnie obluzowanego guzika i mocowały się z nim przez moment. Wreszcie udało się go rozpiąć, a palce natrafiły na metaliczny chłód. Był to złoty łańcuszek, zwieńczony medalionem w kształcie łzy z przeźroczystego kamienia.

Chłopak wyczuł, że ciało jest wciąż ciepłe. Wahał się, lecz ostatecznie odkrył zasłoniętą dzianiną twarz. Jego oczom ukazały się wpierw lekko zmierzwione długie czarne włosy. Następnie piękna swą delikatnością, a zarazem upiorna dziewczęca twarz, na której jeden szczegół wyjątkowo się wyróżniał – czerwona krecha barwiczki, biegnąca od górnej wargi aż do podstawy nosa.

Sądząc po nienaturalnym ułożeniu głowy, kark młodej kobiety był skręcony.

„Musiała spaść z drzewa” – pomyślał Ulf.

Chłopak powiódł wzrokiem wzdłuż okorowania pnia ku górze. Wśród koślawych rozłożystych konarów mignęła mu czarna plamka. Wprawiło go to w osłupienie.

– Młody, znalazłem ją. Wbiła się w dąb. Idę po nią i wracamy.

– Dobrze – odpowiedział rozdygotany głos.

Ulfi założył łańcuszek na szyję (ukrywając go pod koszulą), by mieć wolne obie dłonie. Doskoczył do najniżej zwisającej gałęzi i wdrapał się po niej do pnia. Zaparty stopami o chropowatą korę, dźwignął się i złapał gałąź powyżej. Teraz mógł się już wspinać jak po drabinie, więc raźno dotarł do miejsca, gdzie tkwiła poszukiwana strzała. Stał na grubym konarze. Ze skraju lasu, przy którym rosło drzewo, miał nieograniczone spojrzenie na swój rodzimy gród.

„To było jej celem? Dlaczego miałaby obserwować miasto? I wreszcie, co spowodowało jej feralny upadek?” – rozważał w myślach Ulf.

Wtem przyszła mu do głowy myśl i zapytał na głos:

– Czy lusterko było otwarte, gdy je znalazłeś?

– Tak… – odpowiedział chłopiec stojący na ziemi. Po czym dodał ściszonym głosem. – Ktoś jest w pobliżu. Słyszę ich, idą tu…

Przebywający na drzewie chłopak był pełen podejrzeń. Narastała w nim pewność, że agresywne skrzydlate stworzenie, miało swój udział przy śmierci kobiety. Po słowach Izbora wyrwał pospiesznie gwiaździsty grot i z cedrowym drzewcem strzały w zębach zaczął schodzić, opuszczając się z gałęzi na gałąź. Wiedział, że brat posiada wyjątkowo czuły zmysł słuchu, a nie mając pewności kto się zbliża, wolał uniknąć ryzykownej konfrontacji.

– Ulfi… – dało się słyszeć stłumione wołanie, zwieńczone dziecięcym szlochem, który nagle się urwał.

Spośród konarów niewiele udawało się dostrzec – Izbora zasłaniały dwie skrzyżowane narośniętą zielenią gałęzie. Było wszakże oczywistym, że stało się coś niedobrego. Z dołu dobiegły odgłosy rozmowy w jakimś nieznanym narzeczu. Chłopak, mimo lęku, kontynuował osuwanie się. Starał się przy tym pozostać niezauważonym.

– Wyyy… dwa. Gdzie dwa? – zadała pytanie postać skryta za gęstwiną listowia. Nie doczekawszy się odpowiedzi, ten sam szorstki głos rozkazał. – Gada!

Ulf wychylił się zza pnia. Izbor, na którego nogawkach pojawiła się obfita plama, znajdował się między dwoma, odzianymi w zwierzęce skóry, drabami. Brodaty, stojący z tyłu, trzymał w garści jego wątłą szyję. Drugi, z toporem na plecach, przycupnięty, usiłował wydusić z niego informacje. Wszelkie niepowodzenia, wynikające z jego lichej znajomości języka, rekompensował sobie potrząsaniem malcem i wykrzykiwaniem obcych zwrotów. Sądząc po gestach, jakie wykonywał, musiały być groźbami z użyciem najwymyślniejszych przekleństw. Izbor, jednakże milczał.

Ulfi spojrzał na stopę, by poprawić jej ułożenie i dostrzegł kolejnego mężczyznę. Był młodszy i szczuplejszy od pozostałych dwóch, a i oblicze jego wyglądało na rozumniejsze. Trzymał pod pachą płócienną kapotę z kapturem. Stał przy zwłokach dziewczyny; spoglądał w kierunku szczytu dębu. Chłopak był przekonany, że został zauważony. Odruchowo przylgnął do szerokiego pnia i na powrót wspiął się wyżej. Zerknął jeszcze raz w zacienione miejsce gdzie wcześniej stał trzeci z obcych, lecz tamten znikł. Pozostało po nim jedynie, rzucone na dywan mchów, szare nakrycie. Gałęzie zaszeleściły.

Osaczony chłopiec skulił się w rozwidleniu konarów. Za przytartymi wspinaczką kolanami, lśniącymi plamkami wysiąkającej krwi, tkwiła para okrągłych powiększonych strachem oczysk. Ulf skłaniał się już ku myśli, o oddaniu się w łaskę przybyłych ludzi. Wyglądali wrogo, ale znalazł się w potrzasku i może nie było innego wyjścia. Po chwilowym wahaniu postanowił jednak pozostać w ukryciu, mimo, że pamiętał o bracie, którym powinien się był zaopiekować. Łudził się, że młody zostanie uwolniony. A gdyby nawet to nie nastąpiło. Usprawiedliwiał się, że lepiej będzie jeśli, choć jeden z nich dwóch, ujdzie z tego cało.

Nagle, przy prawej stopie chłopaka, pojawiła się dłoń. Palce o pożółkłych zaniedbanych paznokciach zacisnęły się wokół gałęzi. Przestraszony wyrostek, instynktownie puścił się w ucieczkę. Nie był już tak ostrożny, jak uprzednio. Nie zważając na możliwość niebezpiecznego upadku, poruszał się wielkimi susami w dół. Przed ostatnim skokiem zobaczył, kiwającą się obok – na cienkiej gałązce – kawkę. Przysiągłby, że tę samą, która wcześniej próbowała go ugodzić pazurami. Tym razem nie zwracała na niego uwagi i dopiero, gdy po upadku walnął w ziemię, ta zerknęła w jego kierunku, lecz potem znów odwróciła łebek i odleciała. Nie wiedzieć, dokąd.

Ulf nie chciał dać się schwytać. Wolał już sam się oddać w ręce mężczyzn przetrzymujących brata. Wyszedł na otwartą przestrzeń ze spojrzeniem wbitym w grunt. Stał w tej pozie, aż go zauważą. Co nie nastąpiło. Niepewnie podniósł głowę. Na polance nie było nikogo, nawet ciała kobiety.

Pierwsze uczucie ulgi przeszło w gniotącą mu serce obawę o los Izbora, którego uprowadzono w nieznanym kierunku. Było mu wstyd za swoje egoistyczne zachowanie, ale czuł, że następnym razem postąpiłby tak samo, co dodatkowo wzmagało poczucie niegodności. Młodzian uczynił krok i dostrzegł wysłużony płaszcz, wyglądający z bliska na kawał strzępiastej szmaty. Przypomniało mu to o człowieku, któremu ledwo co umknął z drzewa. Podbiegł tam, gdzie ostatnio widział braciszka. Zaintrygowała go odchylona lekko darń. Pod spodem znalazł metalowe pudełeczko.

„Spryciarz” – przyznał w duchu Ulfi i popędził do osady ściskając w dłoni utytłany ziemią przedmiot.

 

***

 

– Pomocy! Pomocy! – Zziajany chłopak zbliżał się do bramy grodu.

Zaalarmowani nawoływaniem strażnicy, wychylali się za częstokół, lecz nikogo nie było na trakcie wiodącym do miasteczka.

– Kogo licho niesie? – odkrzyknął najtrzeźwiejszy z żołdaków.

– W lesie bandyci! Porwali Izbora!

– Kto woła?! – krzyknął drugi, znacznie bardziej pijany strażnik. Nie czekając odpowiedzi dodał. – Psi synu, jak cie dorwe, nogi z zadu powyrywam!

– Ulf, syn Einara!

Zamiast odpowiedzi, jeden ze strażników złamał się wpół na blance, a jego wymiociny spłynęły po drewnianych umocnieniach. Chłopak miał dość. Zrozumiał, że pomocy musi szukać gdzieś indziej. Słone krople bezsilności zwilżyły jego policzki.

– Ulf?! – krzyknął wybiegający z bramy Racimir.

– Proszę, pomóżcie mojemu bratu… – Wzruszony chłopiec przełknął łzy.

– Podejdź. Nie chowaj się i powiedz, co się dokładnie wydarzyło. – Zachęcił go ręką najemnik.

Chłopak nie zrozumiał prośby. – Nie chował się przecież. Przystąpił do Racimira i przemówił:

– W lesie znaleźliśmy…

– Co u diabła!? – przerwał mu mężczyzna, odskakując krok w tył, po czym rozejrzał się dookoła. Obrócił się, spojrzał też w górę. – Co to za sztuczki? – dodał wyraźnie zaniepokojonym głosem.

Chłopiec pomyślał, że i ten jest nadto odurzony (zalatywało od niego gorzałką), by ich rozmowa mogła mieć sens, ale spróbował ostatni raz:

– Panie, znaleźliśmy martwą kobietę w lesie… – Po tych słowach wsunął w dłoń wojaka znalezione puzderko. A w tego jakby piorun trafił.

– Diabeł, diabeł… Ludzie… – wydarł się wstrząśnięty najemnik. Upuścił przekazany mu przedmiot i pobiegł w stronę dziedzińca miasta.

Chłopak ukląkł, przyłożył dłonie do twarzy, lecz nie płakał już więcej. Trwał w tej pozycji, nie zważając na otoczenie. Jego myśli zatrzymały się i nie wiedział, jak wiele czasu minęło, nim usłyszał szept:

– Jak on to zdobył?!

Łucznik, oglądnął zdobione pudełeczko i spytał podniesionym głosem:

– Ulf, jesteś tu?

Młodzieniec zaczynał już podejrzewać samego siebie o szaleństwo. Klęczał zaledwie krok od wołającego, a ten był kolejnym, który traktował go jak powietrze.

– Jestem! – odkrzyknął zniecierpliwiony Ulfi.

– Dobrze – najemnik odpowiedział już ciszej. – Skąd to masz? – Wskazał na blaszany przedmiot.

Chłopiec odnosił wrażenie, że mężczyzna patrzy przez niego na wskroś.

– Izbor znalazł je w lesie, przy dębie, gdzie leżały kobiece zwłoki.

Nadbor potarł się nerwowo po skroni, nic nie odpowiedział. Widać było, że coś go męczy. Przełknął ślinę i zebrał się wreszcie na kolejne pytanie:

– Możesz opisać jej wygląd? Skąd wiesz, że nie żyła?

Najemny woj wysłuchał w skupieniu całej relacji. Słowa wypowiadane przez Ulfa, wydawały się mieć ciężar kamieni, które jeden po drugim wiązane do szyi mężczyzny, ciągnęły go ku zimnym, mrocznym odmętom. Szczególnie silne wrażenie wywarło na nim przekonanie opowiadającego, że to czarny ptak miał się przyczynić do tragicznego upadku. A nie mniejsze, wzmianka o strzale tkwiącej w tym samym drzewie, przy którym spoczywały zwłoki. Nadbor był wyraźnie wstrząśnięty, a gdy odbierał odnalezioną strzałę, poruszał dłońmi jak ślepiec, nie mogąc jej uchwycić.

– Znalazłeś na miejscu jakiś inny przedmiot?

– Tak, ten. – Chłopak uniósł lekko pochwę sztyletu, przypiętą do paska.

– Podaj mi. – Mężczyzna wysunął rękę.

Młodzian niechętnie odpiął pas i położył go wraz ze sztyletem na wyciągniętej ku niemu, otwartej dłoni. Mężczyzna dał do zrozumienia gestem, że młodzieniec może zabrać broń z powrotem, co ten bez wahania uczynił.

– Coś jeszcze? – kontynuował łucznik.

– Nie, nic…

– Jesteś pewny, że nie masz przy sobie innej rzeczy tej kobiety? – mężczyzna spytał niby mimochodem.

– Jestem pewny! Sztylet, tak jak mówiłem, pozostał w miejscu, z którego zabrano zwłoki. Niczego więcej tam nie było. – Chłopak szedł w zaparte.

– Dobrze. Obiecuję, że odnajdziemy twojego brata – zadeklarował dorosły, przy czym podał swą prawicę. – Zachowałeś się dziś jak na męża przystało. Pozwól mi uścisnąć twą rękę.

Chłopak rzeczywiście czuł, że dzisiejsze wydarzenia dużo go nauczyły. Z nieskrywaną dumą przyjął zasłużoną przecież pochwałę i pierwszy raz w życiu, podał dłoń jako mężczyzna.

Uścisk początkowo ciepły, przeszedł w braterski, następnie w uścisk prawdziwie męski, a kolejny etap był chyba poza skalą, gdyż pacholę zapiszczało niewieścim głosem. Oczy mężczyzny nie przejawiały już zrozumienia i szacunku, lecz dziką satysfakcję z zadawania bólu. Łucznik przyciągnął wyrostka do siebie i unieruchomił w stalowym chwycie.

Zbliżający się chłop, pchający wózek wyładowany zakupionymi na targu produktami, popatrzył na najmitę z politowaniem i wyszeptał do idącej obok starszej kobiety:

– Dostanie taki żołd z góry, to i gospody mu nie trza. Bimbrem we łbie namiesza, a później tańczy sam ze sobą po ulicach. Psia jucha!

– Tfu… – dodała od siebie tęgawa kobiecina w wypłowiałej, niegdyś niebieskiej sukience, obdarzając Nadbora spojrzeniem, które starczyło za tuzin obelg.

Łucznik wyszukał po omacku usta szamoczącego się Ulfa i dociskał do nich dłoń, dopóty ludzie z wózkiem nie oddalili się na wystarczającą odległość. Wtedy raźnym ruchem sięgnął za kołnierz koszuli wyrostka i chwycił łańcuszek.

– Ani drgnij – wysyczał gówniarzowi do ucha.

Starannie zdjął wisiorek, przyjrzał się mu badawczo, po czym schował do kieszeni bezrękawnika.

Chłopak stał w milczeniu z zaokrąglonymi plecami i lekko zgiętym karkiem. Otrzymał niespodziewanego kopniaka podeszwą w zadek i upadł na żwirzaste pobocze gościńca.

Łucznik złamał w rękach drzewiec najcenniejszej w swym arsenale strzały. Rzucił jej fragmenty za siebie i odszedł.

Sponiewierany Ulfi usiadł na drodze. Z wnętrza grodu dobiegł go tętent galopujących kopyt. Jeździec w pełnym pędzie przywarł do końskiej grzywy, by nie zawadzić o solidne nadproże bramy.

– Z drogi zasrańcu! – krzyknął Nadbor z dosiądniętej w pospiechu na oklep, klaczy. Ledwo mignął przy usuwającym się w popłochu dzieciaku, wstrzymał gwałtownie wierzchowca. – Prrr… – Odwrócił się i rzekł niedbale. – Oddawaj!

Zaskoczony Ulf rozłożył ręce w geście niezrozumienia.

– No, oddawaj, mówię! – głos mężczyzny znów zabrzmiał groźniej.

Chłopak pojął w porę i ponownie odpiął broń, będącą mu jedyną osłodą po zwieńczonej goryczą przygodzie.

Kasztanka wyrwała z miejsca. Z galopu weszła w cwał. Spod równo nabitych podków sypał piach, ciągnąc za jeźdźcem długi szal kurzu.

 

***

 

Wiatr miarowo gładził opierzenie szybującej pustułki. Silniejsze podmuchy pogwizdywały na lotkach skrzydeł, zwiastując rychłą zmianę aury.

Cwałujący daleko w dole rumak wydawał się tracić kontakt z podłożem. Niósł swego właściciela groblą, przecinającą rozległą łatę porośniętych z rzadka trzciną mokradeł, która następnie rozwidlała się na dwie drogi. Jedna z nich przechodziła w wąską, mało – widać – uczęszczaną dróżkę. I właśnie w tę zarośniętą ścieżynkę został skierowany wodzami zgrzany wierzchowiec. Jego chrapy pracowały ciężko, potrzebował wytchnienia. Nadbor niechętnie, acz widząc pianę powstałą na styku skórzanych spodni i spoconego końskiego grzbietu, przeszedł w kłus. Dotarłszy do brzegu niewielkiej rzeczki napoił konia. Chciał też obmyć jego pokryte już przyschniętą solą boki. Wyręczyła go w tym gwałtowna ulewa, ciągnąca w ślad za chmurami po ołowianym niebie.

Ruszyli dalej, pokonując siekaną deszczem mieliznę. Klacz poślizgnęła się na gliniastej powierzchni stromego brzegu. Zatańczyła, tylnymi pęcinami łapiąc równowagę i z mozołem kontynuowała marsz.

– Jeszcze kawałek koniku i… – powiedział łucznik. – „I właściwie nie wiem co, ale zaraz będziemy na miejscu” – dodał w myślach.

Im bliżej byli celu, mężczyzną targały coraz silniejsze emocje. Wiedział, że zadośćuczynienie jego żądzy zemsty, nie da mu prawdziwej ulgi, po stracie najbliższej osoby.

Po przekroczeniu brodu opad zelżał. Dukt wiódł ich w głąb olsu, którego ponurość podkreślał siąpiący deszcz i odczuwalny coraz silniej chłód. Gdy w oddali zamajaczyła niewyraźna sylwetka, zatrzymali się.

Częstotliwość charakterystycznego dudnienia kopyt uderzających o grunt zmalała. Nadbor rozpoznał w zbliżającym się jeźdźcu swego wiernego druha. Przybyły zrównał się z nim wierzchowcem. Oparł się na łęku i patrzył mu bez słowa w zobojętniałe oczy. W końcu zwrócił się do przyjaciela, używając jego prawdziwego imienia.

– Strasznie mi przykro, Vins.

Nadbor (Vins) nie odpowiedział ani słowem. Poklepał tylko po szyi klaczkę, zaniepokojoną zalotami stojącego obok ogiera.

– Zawróć i odejdź na południe, tam powinieneś być bezpieczny. Inaczej będę cię musiał zatrzymać… – Jekart urwał i dodał. – Rozumiesz?

Nadbor nie reagował na kierowane doń słowa, patrzył przed siebie. Jekart chwycił za uzdę kasztanki i przyciągnął ją mocarnym ramieniem do siebie tak, że znalazł się z Vinsem twarzą w twarz. Kolejny raz spróbował nakłonić go do rozmowy.

– Po co tu przybyłeś? Sofiji życia nie wrócisz…

– Zamilcz – wyszeptał wreszcie Vins, na co Jekart puścił rzemienny pasek ogłowia i zareplikował:

– Koniecznie chcesz umrzeć? Przecież to nie twoja wina i on to rozumie, skoro nadal żyjesz. Nie każ mi brać w tym udziału. Wiesz, co mnie spotka, jeśli każę cię przepuścić.

Nadbor szturchnął klacz piętami, a ta ruszyła stępa.

– Głupiec… Cholerny głupiec! – pożegnał się gniewnie Jekart i nie próbował go już wstrzymywać. Sam pozostał w miejscu, nie chciał być świadkiem tego, co się miało niebawem wydarzyć.

Nadbor znikł już z oczu spoglądającego za nim przyjaciela, gdy z leśnych zarośli wygramoliło się kilku chłopa pod bronią, przyodzianych w futra i skóry. Postawni, o surowych obliczach mężczyźni zagrodzili mu drogę. Ten, wsparty na trzymanym przed sobą dwuręcznym mieczu, dał sygnał dwóm innym, by zbliżyli się do jeźdźca i przemówił:

– Zsiadaj i odrzuć żelastwo, Vins.

Vins powoli wysunął miecz. Chwycił go za sztych z zamiarem przekazania rękojeści nadchodzącemu zbirowi.

– Tylko spokojnie, chłopcy w lesie mają cię na oku – zareagował po tym geście przywódca szajki.

– Przekażcie mu, że przybyłem i chcę z nim rozmawiać – rzucił mężczyzna z grzbietu wierzchowca.

– Hahaha… Czy ty naprawdę myślisz, że on mógł nie wiedzieć, iż tu zmierzasz i że właśnie dotarłeś? – Nie czekając na odpowiedź mówca dodał. – Mistrz wspaniałomyślnie darował ci życie, a ty masz czelność stawać tu z żądaniami. I to po tym wszystkim?! Brać go! – krzyknął wściekle.

Na te słowa Vins machnął głowicą broni w zad klaczy, która wystrzeliła do przodu, tratując stojącego przed nią człowieka. Zaświszczały strzały. Rumak popędził z impetem na pozostałych mężczyzn, którzy w porę się rozstąpili. Posiadacz okazałego mieczyska zamachnął się potężnie i rąbnął tępym brzeszczotem w nogę napierającego rumaka. Kasztanka stanęła dęba, wydając z siebie przeciągłe, pełne bólu rżenie, napawając trwogą zgromadzonych. Obłamana kończyna wisiała na ścięgnach. Zwierzę wierzgnęło spazmatycznie, zrzucając jeźdźca i zwalając się tuż obok niego z łoskotem.

Poturbowany Vins słyszał przedśmiertne rzężenie klaczy, ugodzonej kilkoma dedykowanymi jemu grotami. Rozemocjonowany założył na szyję trzymany dotąd w garści łańcuszek. Odczołgał się kilka metrów. Dopiero teraz dotarło do niego, że i on otrzymał trafienie. Strzała tkwiła w przeszytym na wylot prawym przedramieniu.

– Gdzie on jest? – wrzasnął jeden ze zbrojnych, podnosząc upuszczony przez jeźdźca miecz.

– Zapadł się pod ziemię kurwi syn! – wtórował mu drugi, podczas gdy pierwszy opadał już na ziemię z poderżniętym gardłem. Miecz Nadbora nie zdążył upaść przy trupie, kiedy znikł z pola widzenia zdezorientowanych mężczyzn.

– Wszyscy do mnie! – rozkazał dowodzący. – Zewrzeć szy… – Przerwał mu sztylet wbity po jelec w pierś. Na jego wardze pojawiła się plwocina krwi. Wyglądało, jakoby smakował jej ze zdziwieniem. Dławił się. Wykonał dwa kroki, by upuścić broń. Klęknął i zamknął powieki. Woda sączyła się tłustymi kroplami z kaptura, przysłaniającego jego pociętą szkaradnymi szramami facjatę. W końcu osunął się w kałużę. Nim jej barwa przeszła w żywy szkarłat, pozostali przy życiu członkowie bandy rozpierzchli się po leśnych ostępach.

Nadbor przysiadł obok martwego zwierzęcia i pogładził je po delikatnym ciepłym czole. Zapatrzył się w jego mokre oczodoły, co wzbudziło w nim żal i poczucie winy. „Nie chciałem, by to się tak dla ciebie skończyło” – skierował swe myśli ku oddanej towarzyszce mężczyzna.

Ból w zranionej ręce się wzmagał. Vins oparł się na zdrowym ramieniu i wstał. Z wysokości wierzchołków drzew przyglądało się pobojowisku kilka par ślepiów, a on, niezauważony, ruszył w stronę majaczącego widoku chaty na pobliskiej łące. Im był bliżej, tym więcej zauważał ptactwa przesiadującego w otoczeniu domostwa.

A to, z początku nieruchome, teraz jak gdyby zaczęło reagować na ciche odgłosy „mlaskania” jego stóp na mokrym podłożu. Doszły go pojedyncze odgłosy szczebiotania, które błyskawicznie przeszły w zgiełk o wielości tonacji. Wszystko to zagłuszył hałas wydawany przez setki, a następnie całe tysiące wznoszących się skrzydeł. W rezultacie, leśną polanę zajęła czarna gęsta wirująca chmura, z której osypywały się pióra i truchła poobijanych ptaków. Nadborem targały silne podmuchy – ledwo stał na nogach. Rozłożył ramiona i, uniósłszy je w górę, próbował przekrzyczeć kotłujący się przed nim rój:

– Weź i mnie! – powtórzył to wiele razy, aż w końcu rzucił. – Na co czekasz?!

Wtedy ściana skrzydeł jakby się przerzedziła u dołu. Ujawniając korytarz, po którego łukowatym sklepieniu prześlizgiwały się pióra ptaków w zapamiętaniu zataczających koła. Mężczyzna schylił się i, walcząc z uderzeniami powietrza, bez zastanowienia wszedł do środka – nie był to jego pierwszy raz. Wewnątrz było zupełnie cicho. Po drugiej stronie, długiego na kilkanaście kroków przejścia, jaśniała plama światła.

Tunel prowadził na zieloną połać ponaznaczaną tu i ówdzie wrośniętymi w trawę głazami. Natychmiast po wyjściu na otwartą przestrzeń, oczom Vinsa ukazał się przepastny widok. Stojąc nad urwiskiem napawał się sięgającym po horyzont majestatem wysokich gór. Skaliste turnie były na wyciągnięcie ręki. Silne nasłonecznienie szybko pozwoliło mu opanować drżenie przemokniętego wychłodzonego ciała. Nadbor doskonale wiedział, że wszystko, co widzi, jest iluzją. Mimo to nie umiał się oprzeć zachwytowi, jaki wywarło na nim to miejsce i na chwilę zapomniał o tym, co go tu sprowadziło.

„Prawda, że pięknie?” – rozległ się starczy głos, zdający się nie mieć swego źródła.

Nadbor rozejrzał się zdziwiony. Dostrzegł dwóch chłopców zwróconych do niego plecami. Siedzieli niewiele dalej. Słowa zestarzałego Mistrza znów zadudniły Nadborowi w głowie:

„Tutaj magia medalionu nie działa.”

„Gdzie jesteś bydlaku?” – odrzekł Vins. Instynktownie zrobił to w myślach.

Jeden z chłopców – długowłosy brunet – obrócił się i rzucił dziecięcym głosem:

– Tutaj…

– Skończ tę grę, okaż swą twarz i powiedz, dlaczego… – wykrzyczał zdezorientowany mężczyzna.

Brunet przekazał coś na ucho malcowi siedzącemu obok niego. Tamten wstał. Gdy odchodził, dało się w nim rozpoznać brata Ulfa.

– Izbor?! – zawołał z niedowierzaniem mężczyzna i przestąpił kilka kroków w jego stronę.

Chłopiec przystanął, ale brunet wskazał mu gestem, by się oddalił i ten usłuchał. Nadbora zatrzymała w miejscu transformacja, jaka zaszła w ciele długowłosego chłopaka. Przybrał formę starego człowieka ubranego w białą szatę, a jego włosy momentalnie posiwiały.

– Podejdźże – polecił starzec o pomarszczonej twarzy i rzadkiej, równie długiej i siwej co włosy głowy brodzie.

Vins w odpowiedzi sięgnął po miecz, ale ten stał się tak ciężki, że nim dobrze go uchwycił, wypadł mu z nagiej dłoni. Próby uniesienia go z powrotem spełzły na niczym.

– Tonuj emocje synu! W tym miejscu nie jesteś w stanie mnie choćby zranić – mężczyzna w todze powiedział to ze wzbierającą irytacją, która ostatecznie przeszła w szczere rozbawienie nad bezradnością jego niedoszłego kata.

– Nigdy więcej mnie tak nie nazywaj – wysyczał upokorzony Nadbor i przygryzł wargi. Był gotów skoczyć starcowi do gardła z gołymi rękoma, kiedy ten kontynuował:

– W jakim celu zabiegałeś o mą uwagę? Bardziej stosownym byłoby ci żebrać o przebaczenie. Pozwoliłem byś odszedł, gdy ją przyprowadziłeś. Miałeś o niej zapomnieć miast knuć, jak z nią zbiec. Była mi potrzebna. Choć wciąż nie przygotowałem jej dostatecznie… A teraz, gdyby nie ten dzieciak, który jest na tyle inteligentny, że może ją zastąpić… – Brwi starca zbiegły się zdradzając wzmagające się w nim poczucie gniewu. – Widzisz, do czego doprowadziła twa lekkomyślność. – Po ostatnim zdaniu starzec spojrzał na Vinsa z wyrzutem, lecz jego oblicze prędko powróciło do pierwotnie stoickiego wyrazu.

– Oddaj mi jej ciało. Pozwól ją pochować. – Vins przetarł palcami (wskazującym i kciukiem) wilgoć w kącikach oczu.

Wtem z firmamentu – kończąc lot nurkujący – spadł smukły ptak o silnych szponach. Wyhamował gwałtownie, z wykorzystaniem całej powierzchni brunatnych, cętkowanych skrzydeł i przysiadł zgrabnie na sterczącym pionowo, pokrytym porostami odłamku granitu.

– Za późno… – odrzekł zimno Mistrz.

Nadbor upadł przed głazem na kolana jak przed nagrobnym kamieniem. Docisnął bezsilne pięści do oczu.

– Mogłeś ukarać mnie zamiast niej, gdy się dowiedziałeś. – Był zrozpaczony.

– Ciebie zamiast niej! Cóż za godne podziwu poświęcenie. I mówi to ten, który zwabił niczego niepodejrzewającą młódkę, a później przehandlował, by samemu zaznać wolności. Aczkolwiek niedługo wytrzymałeś. Od początku wiedziałem, że odwiedza cię w mieście, po tym, gdy wróciłeś. – Mistrz zrobił pauzę i dokończył. – Było mi ciebie żal. Ty i te twoje pożałowania godne popisy. Życie ze świadomością, że ją zabiłeś, jest dla ciebie wystarczającą karą.

– O czym bredzisz, stary człowieku? Wiem już, że to jeden z twych ptasich sług ją zepchnął. – Młody mężczyzna był wzburzony. Jego pociągła twarz emanowała wzgardą, gdy patrzył na swego rozmówcę.

– Ty naprawdę nie wiesz! Twe mylne przekonanie jest wręcz zabawne. Mój latający sługa owszem, był tam jako przedłużenie mego wzroku. Usiłował też odzyskać ów medalion, który sobie przywłaszczyłeś, a który twoja ukochana zwyczajnie mi skradła.

Nadbor zerwał łańcuszek z szyi i cisnął nim w przepaść. Mistrz, nie przerywając, oskarżał dalej:

– Głupcze! Wyczekiwała spotkania z tobą, gdy nadleciała strzała. Twoja strzała! Resztę już znasz. Doprawdy, nie wymyśliłbym nic bardziej trywialnego.

– Łżesz, starcze! – Nadbor puścił się z rękami na Mistrza stojącego nad brzegiem przepaści. Wydawało mu się, że porwał mężczyznę i wraz z nim leci w dół, ale przeniknął przez jego sylwetkę i runął samotnie na ukryte głęboko w cieniu góry skały.

 

***

 

Powietrze przeszyło pełne nostalgii kwilenie. Jekart machinalnie podniósł głowę, osłaniając oczy przed znów zacinającym deszczem. Niczego nie dostrzegł. Chwycił urękawiczonymi dłońmi ćwiekowany rękaw kaftana Vinsa i dźwignął ubłoconego przyjaciela. Dwaj jego ludzie pomogli mu przerzucić go przez koński grzbiet. Poinstruował podkomendnych:

– Nie zbliżajcie się zanadto do umocnień. Upewnijcie się tylko, że strażnicy dostrzegli, iż zostawiacie rannego i możecie wracać.

„Stary ma do ciebie niezrozumiałą słabość” – dodał już tylko w duchu Jekart klepnąwszy udziec kobyły, niosącej nieprzytomnego najemnika, na którego plecach bezszelestnie przysiadł niewielki drapieżny ptak.

Koniec

Komentarze

Ciekawa opowieść, pod dosyć standardowym fantasy może się kryć nie lada historia. “Może”, bo niestety miałem wrażenie, że czytam ledwo fragment. Zarys czegoś, co dopiero ma nastąpić. Banda w lesie rozmawia z Vinsem o zaszłościach, ale miast ujawniać historię, tylko ją gmatwa. Jeszcze do tego ten mówiący w myślach “Starzec”. No, sporo tu zagadek, a odpowiedzi żadnej.

Czytało mi się dobrze, ale w niektórych momentach czułem się przegadany. Jednak to raczej efekt mego umiłowania zwięzłych treści, a nie barokowych opisów.

Podsumowując: jest tu coś fajnego, coś za co gotowy jestem dać klika. Jednak szkoda, że to tylko zarys – przydałoby się go rozwinąć.

Ja także mam wrażenie, że przeczytałam zaledwie fragment czegoś większego, a nie skończone opowiadanie. Przedstawiłeś kilka wątków i choć w jakiś sposób łączą się one ze sobą, przenikają, to niczego nie mówisz wprost, niczego nie wyjaśniasz. Czytałam ze sporym zainteresowaniem, z nadzieją, że coś w końcu pojmę, jednak skończywszy lekturę czuję wyłącznie dezorientację i teraz zachodzę w głowę o co tu chodzi, co miałeś nadzieję opowiedzieć…

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

po­pra­wił dłu­gie włosy spię­te z tyłu ta­siem­ką. –> Tasiemką można włosy związać, ale nie spiąć

 

Wy­cią­gnął z ko­cioł­ka, ugo­to­wa­ne­go wraz z łu­pi­ną, ziem­nia­ka i za­pro­po­no­wał jako nowy cel: –> Obawiam się, że w tej opowieści ziemniaki nie maja racji bytu.

 

Wziął so­lid­ne­go łyka. –> Wypił so­lid­ny łyk.

 

prze­ka­zał ma­nier­kę swo­je­mu, bar­dziej po­dejrz­li­we­mu part­ne­ro­wi. –> Wcześniej napisałeś: …łucz­nik mu­siał łapać, jako dowód uzna­nia, skó­rza­ny bu­kła­czek z nie­zna­ną za­war­to­ścią.Manierkabukłak to dwa różne naczynia.

 

Był to złoty łań­cu­szek, zwień­czo­ny me­da­lio­nem w kształ­cie łzy z prze­źro­czy­ste­go ka­mie­nia. –> Łańcuszka nie można zwieńczyć medalionem.

Za SJP PWN: zwieńczenie  1. «element architektoniczny, stanowiący zakończenie najwyższej części budowli, kolumny, ołtarza itp.» 2. «ostatni, najważniejszy etap czyjejś pracy, działalności»

 

Chło­pak po­wiódł wzro­kiem wzdłuż oko­ro­wa­nia ku górze. –> Co to znaczy powieść wzrokiem wzdłuż okorowania?

Za SJP PWN: okorowaćokorowanie «usunąć korę ze ściętego pnia lub z gałęzi drzewa»

 

Stał na gru­bym ko­na­rze. Ze skra­ju lasu, na któ­rym stało drze­wo… –> Powtórzenie.

 

Izbo­ra za­sła­nia­ły dwie skrzy­żo­wa­ne na­ro­śnię­tą zie­le­nią ga­łę­zie. –> Raczej: …Izbo­ra za­sła­nia­ły dwie, skrzy­żo­wa­ne, po­ro­śnię­tą zie­le­nią ga­łę­zie.

 

Chło­pak, mimo lęku, kon­ty­nu­ował osu­wa­nie się w dół. –> Masło maślane. Czy można osuwać się w górę?

 

Łu­dził się , że młody zo­sta­nie uwol­nio­ny. –> Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

Przy­po­mnia­ło mu to o czło­wie­ku, któ­re­mu ledwo co umknął z drze­wa Pod­biegł tam… –> Brak kropki na końcu pierwszego zdania.

 

Wzru­szo­ny chło­piec prze­łknął łzy. –> Myślę, że chłopiec był raczej przerażony/ wystraszony/ strwożony/ przelękniony, ale chyba nie wzruszony.

 

Chło­piec po­my­ślał, że i ten jest nadto odu­rzo­ny(za­la­ty­wa­ło od niego go­rzał­ką)… –> Brak spacji przed otwarciem nawiasu.

Jeśli rzecz, co zaznaczyłeś tagiem, dzieje się w średniowieczu, to gorzałka nie powinna się tu znaleźć.

 

Panie, zna­leź­li­śmy mar­twą ko­bie­tę w lesie… – Po tych sło­wach… –> Brak półpauzy rozpoczynającej wypowiedź.

 

Ani drgnij – wy­sy­czał gów­nia­rzo­wi do ucha. –> Jak wyżej.

 

– Z drogi za­srań­cu! – krzyk­nął Nad­bor z do­siąd­nię­tej – w po­spie­chu – na oklep, kla­czy. –> Raczej: – Z drogi, za­srań­cu! – krzyk­nął Nad­bor z klaczy, której dosiadł w po­spie­chu, na oklep.

Dodatkowe półpauzy sprawiają, że dialog staje się nieczytelny.

 

Spod równo na­bi­tych pod­ków sypał piach… –> Pewnie miało być: Spod równo na­bi­tych pod­ków sypał się piach

 

Do­szły go po­je­dyn­cze od­gło­sy ćwierk­nięć, które bły­ska­wicz­nie prze­szły w zgiełk… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Tunel pro­wa­dził na zie­lo­ną po­ło­ni­nę… –> Za SJP PWN: połonina «łąka leżąca powyżej górnej granicy lasów w Karpatach Wschodnich»

Czy ta opowieść dzieje się w Karpatach Wschodnich?

 

„Tutaj magia me­da­lio­nu nie dzia­ła.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

Zgadzam się z przedpiścami, że bardziej to wygląda na fragment i że nic nie wyjaśniasz. Tu wątek chłopców, tu łucznika, tam trup dziewczyny, tam zbójcy… Jedna postać spotyka drugą, ale jakoś trudno mi je było połączyć w sensowną całość.

Przegadanie nieco wydłużało tekst. Trudno mi się z tego potoku słów wyłuskiwało istotne informacje.

Jak dla mnie – za mało fantastyki. Ot, jakieś tam ptaki jakoby wykonujące polecenia staruszka.

Wykonanie szału nie robi. Do uwag Reg dołożę kulejącą interpunkcję. Na przykład wołacze, Anonimie, oddzielamy przecinkami od reszty zdania.

Dziękuję.

Ucieszy mnie nawet jedna osoba, która przeczyta ten tekst uważnie.

Fabuła jest w pełni do odgadnięcia i w całości przesiąkniętą fantastyką. 

Dwoje moich znajomych pojęło treść od początku do końca, więc jestem waszymi opiniami odrobinę zaskoczony.

Dla mnie niestety też przegadane, do stopnia, w którym zaczęłam skanować wzrokiem tekst zamiast poświęcić mu pełną uwagę. Drugie podejście skończyło się podobnie, więc nie będę komentować fabuły, bo byłoby to dość niesprawiedliwe. Wrażenie chaosu może wynikać z tego, że a) tytuł sugeruje, że najważniejsza będzie pustułka b) potem główną rolę odgrywają Ulf i Izbor c) końcówka opowiada o Vinsie…

Myślę, że wyczyszczenie tekstu z nadmiaru przymiotników i ozdobników i opowiedzenie całej historii z jednego punktu widzenia (albo z kilku, ale zmieniających się w logiczny, kontrolowany sposób) mogłoby pomóc czytelnikowi leniwemu niczym Lola ;-) skoncentrować się na akcji.

Nowa Fantastyka