- Opowiadanie: ido 1977 - DZIEŃ, W KTÓRYM ZGASŁO SŁOŃCE

DZIEŃ, W KTÓRYM ZGASŁO SŁOŃCE

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

DZIEŃ, W KTÓRYM ZGASŁO SŁOŃCE

Dziewczyna, którą mu dzisiaj przyprowadzili, była naprawdę ładna.

Długie, czarne włosy błyszczały w świetle nielicznych świec, drobna twarz z wystającymi kośćmi policzków urzekała niewinnością, zaprzeczoną zarazem przez wydatne i, jak się już zdążył przekonać, cudownie miękkie usta. Nowa zdobycz sięgała mu do piersi; szczupła i bezbronna w mięsistych ramionach, które więziły ją jak sidła sarnę. Od chwili, gdy ją ujrzał, wiedział, że ta noc będzie czymś wyjątkowym.

Odsunął brankę od siebie i otaksował ją pożądliwym spojrzeniem. Pozbawione źrenic onyksowe oczy oczekiwały na jakąś reakcję, ale dziewczyna zatoczyła się tylko i stanęła z opuszczoną głową. Ujął ją za podbródek i wymierzył lekki policzek, po którym ciężkie powieki uniosły się do góry. Kryła się za nimi jedynie pustka. Widocznie podano jej zbyt wiele wywaru z kwiatów dziurawca, który zasłonił umysł i wzrok mgłą nieświadomości. Trudno. Nie dozna tego samego, co odda swemu panu. Nawet wolał, kiedy były bezbronne. Nie musiał wtedy walczyć, a ciała przed nim spełniały wszystkie pragnienia.

Zrobił krok do przodu i złapał dziewczynę za pierś. Jęknęła cicho, gdy zacisnął szeroką dłoń. Bardziej z bólu niż pożądania, ale i tak był zadowolony. Wciąż czuła jego dotyk i odpowiadała szeptami skargi, gdy upierścienione palce badały zakrzywienia i wypukłości młodego ciała.  W końcu ponownie dotarły do piersi i z ledwością zamknęły ją w dłoniach. Jak na wiek dziewczyny, była duża, pełna i miękka jak dojrzała brzoskwinia.

Na poczerwieniałej twarzy wyrósł grymas pełen mściwej lubieżności. Dzisiaj w nocy zerwie ten owoc; dziewczyna doświadczy mocy, z jaką sługa Iramosa napełni jej łono. Nie będzie tego w pełni świadoma, nie opowie nikomu, jaki spotkał ją zaszczyt, nie zdradzi jego sekretu. Jeszcze nie nadszedł odpowiedni czas i nawet on, Wengert Anth-Ylfthar, Wielki Sędzia Świątyni Słońca, musiał skrywać swe żądze. W tę noc, jak i w dziesiątki poprzednich, posunął się do porwania i złamania jej oporu wywarem z Kwiatów Zapomnienia, ale wkrótce nie będzie do tego zmuszany. Już niedługo, zaledwie za jeden dzień, jego władza dorówna boskiej.

Któż wtedy ośmieli się go oskarżyć przed ludźmi?

Pchnął dziewczynę w stronę łoża; ogromne posłanie zajmowało w tej komnacie większość miejsca, a w zakrzywionym, lustrzanym suficie nie pozostawiało go wcale. Położona na nim czerwona tkanina okrywało wszystko jak rozgniewane morze i dziewczyna w pierwszej chwili niemal w nim zatonęła. Pomógł jej jednak, zwalając się tuż obok i przygniatając jednocześnie nogą. W odruchu spóźnionego buntu próbowała się uwolnić, ale wykręcił jej ręce. Puścił ją dopiero, gdy jej ciało zwiotczało, a zielone oczy ponownie pokryły się mgłą.

Poczuł przypływ żądzy, która rozpaliła ogień w lędźwiach. Przetoczył się na bok, a dziewczyna drgnęła i wyrzuciła z siebie kilka błagalnych szeptów. Nie zwracał na nie uwagi. Zaczął ściągać ciężkie złotogłowie. Szata Arcykapłana stawiło mu opór większy niż ciało, leżące tuż obok. Nie było jego niewolnicą i zanim zdołał się oswobodzić, jego płuca zaczęły rzęzić.

Niecierpliwe dłonie rozrywały tkaninę i w końcu odsłoniły białe, trzęsące się cielsko. Mężczyzna przypominał wieloryba, wyrzuconego na piasek przez fale przypływu; zanosił się kaszlem i dyszał, a gdy pozbył się ostatniego z przeszkadzających strzępów, usiadł na brzegu łóżka. Sapał teraz jak kowalski miech; pokryte gąszczem siwych włosów obwisłe piersi unosiły się i opadały w próbie złapania pełniejszego oddechu. Nie był już młody, a powłoka, którą do tej pory opuścił tylko raz, zaczynała go zawodzić.

Spojrzał pomiędzy nogi. Nabrzmiała jeszcze przed chwilą męskość zwiotczała znowu i przypominała przygniecioną kamieniem śliwkę. Sięgnął do niej dłonią i spróbował pobudzić. Nie wątpił, że odpowie na odwieczne wezwanie, ale momenty takiej słabości zdarzały się coraz częściej i wprawiały go w gniew.

Obiecano mu już nowe ciało. Po latach wiernej służby miał otrzymać nagrodę. Jego dusza przeniesie się  do innej cielesnej skorupy. Młodszej, sprężystej i umięśnionej, które czekała na nowego właściciela. Zapewni sobie nieśmiertelność. Całe lata wędrówek i poszukiwań, nieustanne próby okiełznania największego z wrogów człowieka.

Czasu.

To on będzie jednym z pierwszych, którzy zdobędą władzę nad każdym z przesypujących się w klepsydrze ziaren. Pierwszym z garstki najwierniejszych sług Złamanego Boga, pierwszym, który od otrzyma od swego pana jakże zasłużoną nagrodę.

 Wizja nieodległej boskości przyniosła powrót pożądania. Poczuł jak jego męskość sztywnieje i domaga się kolejnej ofiary. Przetoczył się na łoże i zawisł nad dziewczyną jak wygłodniały tygrys. Pokryte zwałami tłuszczu cielsko trzęsło się w lustrzanym suficie, gdy zrywał z niej suknię. Onyksowe oczy gorzały blaskiem gniewu; musiał stoczyć jeszcze jedną walkę. Zapinki, haftki i supły stawiły mu niemal cielesny opór i nie chciały się poddać. Wściekły szarpał i podrzucał bezwładne ciało, wymierzył mu kilka policzków, jakby to dziewczyna była winna kolejnemu upokorzeniu. Bał się, że żądza odejdzie, zanim zdąży obrać tę brzoskwinię z ostatniej ze skórek.

Będziesz moja.

Skrawki materiału wylatywały w górę jak zranione ptaki. Wreszcie je pokonał; dziewczyna leżała przed nim naga i bezbronna. Idealnie gładka skóra nosiła ślady jego niecierpliwości, czerwone pręgi przecinały ją, jakby dopiero została wysmagana. Na jednej z piersi pozostały odciski jego palców i znowu położył na nich rękę. Ścisnął brązową sutkę tak mocno, że dziewczyna załkała. Nie miał wątpliwości, że sprawia jej ból, ale to podnieciło go jeszcze bardziej. Wziął w drugą sutkę w usta i przygryzł ją, aż poczuł słony smak krwi. Potem przejechał językiem po płaskim brzuchu i niżej do płci, w której zanurzył twarz. Nawet tam pachniała jak brzoskwinia.

Zadrżał. To wszystko było tylko dla niego. Dziewczyna, jej dziewiczy kwiat, usta, piersi i ciało, które obdarzył następną porcją bolesnych pieszczot. Uszczypnięcia, pocałunki i ugryzienia pozostawiały stygmaty zniewolenia, ale doprowadził krocze niewolnicy do pozostawienia na grubych palcach śladów wilgoci. Chciał ją przygotować, a lekkie drgawki zdradziły, że ta chwila nadejdzie już wkrótce. Napawał się swoim zwycięstwem. Ciało dziewczyny poddało mu się łatwiej niż wola. Tą pierwszą musiał przełamać narkotykiem.

Jednak nie zrobił tego do końca; nigdy nie odbierał im całej świadomości. Wiedział, że cząstka jaźni niewolnicy odczuwa jego dotyk i wszystko, co nastąpi później. Pragnął, aby to czuła. Zawsze tego pragnął. Była córką Wielkiego Rodu. Córką i siostrą ludzi, którzy niegdyś gardzili nim jak psem. Teraz odpłacał im tym samym, niewolił ich dumę i nadzieję, ujeżdżał je jak najtańszą kurwę. Mścił się, rżnąc je i wypełniając zarówno nasieniem, jak i nienawiścią.

Spojrzał na stękającą dziewczynę, ujął nabrzmiałą męskość w dłonie i rozchylił szerzej szczupłe uda. Zielone oczy patrzyły prosto na niego, spuchnięte od brutalnych pocałunków usta szeptały jakieś modlitwy.

Zadrżał ponownie i wbił się w nią jak młot.

Kochał, gdy zaczynały się modlić. To pokazywało mu przyszłość, gdy będzie prawdziwym bogiem.

 

* * *

 

Miasta przygotowywały się do procesji. Obie stolice Imperium; stara ze swoim tysiącem wież i nowa, która miała sięgnąć nieba, szykowały się na powitania pierwszych promieni słońca. Obchodzone co roku święto wiosny było jednym z ostatnich, łączących przeszłość i przyszłość. Magiczne bariery Fir`n`suel rozstępowały się przed majestatem Cesarza i Arcykapłanów. Pochód ruszał sprzed niekończących się stopni pałacu Władców Powierzchni i podążała słonecznymi alejami aż do murów, które rozdzielały trzy tysiące lat dziejów Imperium Niezachodzącego Słońca.

Przygotowanie trwały od wielu dni; wstrzymano prace, które poszerzały nową stolicę Imperium kosztem starej. Sprzątnięto kamienie i gruz, aleje i ulice po obu stronach magicznego muru przystrojono kwiatami, czyszczono fasady kamienic, pałacyków i rezydencji, polerowano posągi i mosiężne herby cechów, wypełniano dziury w bruku, strzyżono trawniki, a wokół trasy pochodu wbijano słupy z żelaznymi łańcuchami, które miały zatrzymać gapiącą się gawiedź. Robiono też innych rzeczy, który cel był jasny jak twarz pierwszego wiosennego słońca – każdy pragnął oddać Iramosowi i jego Złotej Włóczni należyty hołd.

Dlatego znalezienie ciała młodej dziewczyny, pokrytego śladami ukąszeń i wielokrotnego zniewolenia, nie ucieszył księcia Thelstana  Anth-Dragoneth. Mężczyzna sprawował pieczę nad przygotowaniami do procesji i nie ucieszył się na wiadomość o kolejnej nagiej i okaleczonej ofierze.

Tym bardziej, że była nią przyjaciółka jego ukochanej córki.

– To Sarthena Anth-Nherd, panie – powiedział strażnik, którego patrol natknął się na zwłoki. – Nie ma żadnych wątpliwości. Jej matka rozpoznała ciało.

Książę Thelstan pochylił głowę i zacisnął wydatną szczękę. Ubrany w prostą tunikę, przepasaną pasem z zatkniętym za nim krótkim mieczem legionów, nie przypominał arystokraty. Nie ozdabiał się żadnymi oznakami sprawowanej władzy. Jedynym symbolem jego pozycji był średniej wielkości pierścień w kształcie skrzyżowanych mieczy na palcu prawej dłoni. Zdenerwowany namiestnik zawsze pocierał go i obracał, bo klejnot, ofiarowany mu przez samego cesarza, nigdy dobrze się nie dopasował. Mężczyzna o krótkich, ściętych po żołniersku włosach, nie przywykł jeszcze do swojego nowego stanowiska – bycie namiestnikiem nigdy nie należało do jego marzeń. Przede wszystkim był żołnierzem, zwycięzcą niezliczonych bitew i wojen, które podbiły nowe ziemie i ustanowiły je nowymi, imperialnymi prowincjami. Po latach wrócił do stolicy, dla swojej córki, kończącej niedługo szesnasty Dzień Pierwszego Krzyku. Po śmierci jego ukochanej Thaureen, dziewczyna nie miała nikogo, kto otoczyłby ją należytą opieką.

– Jest taka młoda – usłyszał szept własnych myśli.

– Tak, Wasza Książęca Mość? – strażnik w stopniu porucznika wypiął pierś do przodu. Na jego sercu, wyryte w srebrze napierśnika, widniały trzy trzynastoramienne słońca. Każde z ramion symbolizowało ziemie, które przed wiekami złączyły się i utworzyły Asunthar.

Namiestnik dopiero teraz przypomniał sobie o obecności podwładnego.

– Nie, Merghasie. To nic takiego – odparł. – Po prostu żałuję, że nie jesteśmy gdzieś na rubieżach naszego rozległego Imperium. Tam wszystko bywa dużo bardziej jasne.

Niemłoda już twarz mężczyzny przed nim rozpogodziła się w uśmiechu zrozumienia. Merghas Anth-Ghinw zapewne także wolałby służyć swemu dowódcy w jednym, zapomnianym przez ludzi i bogów, garnizonie. W takich miejscach służba nie sprowadzała się do uspokajania pijaków, a wrogowie nie kryli się za ciałami młodych dziewcząt.

– To już piąta w tym roku – odezwał się drugi ze strażników. Jego pancerz ze skóry jelenia nie nosił żadnych dystynkcji, ale Khaen Arachdan nie był świeżo upieczonym rekrutem. W latach służby dla Imperium przewyższał pozostałych mężczyzn, a jego gladius i wyszczerbiony toporek sprawdziły się w niejednej wojnie. Stopień zwykłego dziesiętnika zawdzięczał wyłącznie dwóm rzeczom. Pierwszą był brak nazwiska, które pozwoliłoby przypiąć do piersi chociaż jedno z pozłacanych słońc, dugą niewyparzony język, nie mający większego szacunku ani dla pokory, ani dyscypliny. Książę Thelstan uratował jego siwą głowę przez legionowym katem i najstarszy z mężczyzn był jego dłużnikiem.

Teraz potarł policzek, na którym kilkanaście szram i blizn toczyło wyrównany pojedynek i zmarszczył czoło. Twarz Khaena przypominała raczej kogoś, przed kim strzegł mieszkańców obu stolic, ale tak wyglądała większość strażników, wybranych przez księcia.

Taki warunek Thelstan Anth-Dragoneth postawił swojemu cesarzowi, gdy zgodził się objąć urząd miejskiego namiestnika.

– Chcę swoich ludzi – uklęknął przed Solmirem Trzecim.

– To twoje prawo – odrzekł cesarz bez cienia uśmiechu.

Od tamtego dnia minęło zaledwie siedem księżyców, ale książę Thelstan miał wrażenie jakby to było siedem lat. Utrzymanie porządku w Starym Mieście, które w końcu miało przejść do przeszłości i stać się częścią magicznego Dachu Świata, przekraczało siły pięciuset strażników. Złodzieje udający żebraków, żebracy, którzy próbowali być złodziejami, pielgrzymi o poglądach heretyków, heretycy, wyznający wiarę w Prawdziwego Boga, uczciwi i kłamliwi kupcy, magowie o zdolnościach alchemików i alchemicy, którym zdarzały się sztuczki magów, zwyczajne kurwy i kurtyzany o szczelnie zakrytych ciałach, czy wreszcie dziesiątki tysięcy normalnych mieszkańców – to było morze spraw, które musiał rozwiązać własnymi siłami.

– Piąte w tym roku, a sześćdziesiąte trzecie od czasów Sigmurda Anth-Largoneth – powiedział namiestnik. – Raporty moich poprzedników mówią, że te morderstwa zaczęły się prawie ćwierć wieku temu. Wszystkie ciała należą do młodych dziewcząt z arystokratycznych domów, wszystkie były przed śmiercią torturowane i wielokrotnie zniewolone.

Dziesiętnik Khaen przestał znęcać się nad okaleczonym policzkiem.

– Wszystkie nie miały też serca – uzupełnił słowa księcia. – To daje nam dość jednoznaczną wskazówkę.

Namiestnik nie zwrócił uwagi na złamanie regulaminu. Podwładny nie miał prawa zabierać głosu, zanim nie udzielono mu pozwolenia. ale on nie przejmował się teraz takimi problemami. Liczył się ze zdaniem każdego ze swoich ludzi, a Khaen urodził się w tym mieście i znał w nim miejsca, w jakich nie bywali żadni szlachcice.

– To dzieło jakiegoś nekromanty – mruknął porucznik Anth-Ghinw. – Dobrze zamaskowanego nekromanty.

Książę Thelstan przeżuwał w szczękach kolejną myśl.

– Wiemy o tym od samego początku – rzekł wreszcie. – To odkrycie w niczym nie pomogło ani mnie, ani żadnemu z moich poprzedników.

– Zgadzam się, Wasza Książęca Mość –  oficer pochylił głowę. – Ale tym razem mamy coś więcej.

Książę obdarzył go przenikliwym spojrzeniem. Zimne, błękitne oczy wydawała się wypełniać obojętność, ale Merghas wiedział, że jego dowódca czeka na wyjaśnienie.

– Zatrzymaliśmy kogoś, kto mógł widzieć sprawcę.

– Albo jednego z jego pomocników – wtrącił się ponownie Khaen. – Jest tylko jedne problem. No może dwa, albo trzy – dodał z kwaśnym uśmiechem.

Jego wzrok powędrował w stronę niewielkiego stolika, gdzie na srebrnej misie stały dzbanki z winem i kilka pucharów. Namiestnik westchnął i kiwnął w przyzwoleniu głową. Jego podwładni mieli wiele zalet, ale wstrzemięźliwość nie była jedną z nich. Chociaż znali się na wojennym rzemiośle jak nikt inny, potrafili robić mieczem, a teraz należeli do najlepszych strażników Thingardu, ich języki rozwiązywały się dopiero po pociągnięciu paru porządnych łyków.

Jako, że sam odczuwał dziwne pragnienie, dał znak staremu dziesiętnikowi, aby ten napełnił puchary.

Pił, jadł, spał i krwawił ze swoimi żołnierzami w błocie i deszczu, na bagnach i lodach, w lasach i na pustyniach. Przeniesienie do komnat z miękkimi dywanami, ścianami, które pokrywały barwne gobeliny i rzeźbionymi w hebanie meblami niczego nie zmieniało.

– Przypominam, że wszyscy jesteśmy dzisiaj na służbie – powiedział, gdy w kielichach ukazało się dno, a obaj mężczyźni nadal nie wyzbyli się swojej tęsknoty.

Ich spojrzenia wyraźnie przygasły, a Merghas zwrócił się do dowódcy.

– To jest pierwszy z tych problemów – powiedział, sięgając za poły czerwonego płaszcza. Wyciągnął stamtąd klejnot wielkości przepiórczego jaja, który mienił się tysiącami odcieni szkarłatu.

Thelstan Anth-Dragoneth wziął kamień do ręki i zaczął go obracać. Klejnotów tej wielkości nie spotykano tak często, a równo oszlifowane boki wskazywały, że nie pochodzi wprost ze skały, czy rzeki.

– Krwawy Diament. Warty co najmniej cztery tysiące aurenów – mruknął do siebie. – Majątek. Człowiek, którego na niego stać musi należeć do któregoś z Wysokich Rodów. Nikt inny nie mógłby sobie pozwolić na noszenie takiego bogactwa.

– To jeszcze nie wszystko, mój panie – podpowiedział porucznik. – Mamy świadka, który widział, a raczej słyszał coś, co pomoże w odnalezieniu mordercy. Odnaleźliśmy też złotnika, który osadził ten kamień w pierścieniu.

Rzeczywiście, na dwóch ściankach diamentu widniały delikatne zadrapania.

– Znaleźliście złotnika…

Dziesiętnik Arachdan wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– A znaleźliśmy, znaleźliśmy – pochwalił się. – Na początku nie chciał nic mówić, ale kiedy powiedziałem mu w ile uderzeń serca mogę zerwać mu skórę z pleców, szybko odzyskał pamięć.

– Z przerw pomiędzy szlochami i zapewnieniami o niewinności wyrzucił parę słów, które są problemem nieco większym niż ten diament – mówił dalej porucznik. – To kamień z pierścienia, jaki zamówił u niego sam Wengert Anth-Ylfthar, Wielki Sędzia Świątyni Słońca.

– I zapłacił nie cztery, a siedem tysięcy złotych monet – dodał Khaen, jakby miało to teraz znaczenie.

Wengert Anth-Ylfthar. Namiestnik zaczerpnął powietrza i w milczeniu podszedł do stolika z winem. Nalał do kielicha, który opróżnił jednym łapczywym łykiem i pozwolił na to samo pozostałym. Nie dziwiła go już ich wcześniejsza małomówność, czy tajemnicze miny, z którymi przyszli zdać raport. Wino, nawet tak dobre, nie było w stanie ugasić ognia, którego pocałunki czuli w sercach.

 Wielki Sędzia Świątyni Słońca. Książę Thelstan zwrócił twarz w stronę jedynego okna w komnacie. Wyjrzał przez nie w poszukiwaniu tarczy, za która krył się morderca, ale Iramos nie chciał jeszcze odsłaniać swego oblicza. Trzymał się z dala od tego miasta i sługi o dłoniach splamionych krwią setek ludzi, chociaż namiestnik nie sądził, aby jego pojawienie się było w stanie zmienić cokolwiek.

Odnalezienie krwawego diamentu, a właściwie jego właściciela prowadziło do jednego – wszyscy, którzy poznali ten sekret stanęli właśnie nad krawędzią przepaści. Teraz każdy nierozważny krok mógł zakończyć się upadkiem, a sama droga na dół oznaczała śmierć nie tylko dla oskarżycieli.

Tak było ze wszystkimi, którzy odważyli się rzucić wyzwanie kapłanom Słonecznego Boga.

Świątynia Słońca dorównywała swą potęgą samemu cesarzowi. Jej kapłani, o oczach czarnych jak węgiel, o których mówiono, że jako jedyne są w stanie oprzeć się spojrzeniu Iramosa, posiadali władzę, ustępującą tylko przed wyrokami Tronu. Świątynia liczyła sobie setki tysięcy wyznawców, była najpotężniejszym kultem w Asuntharze, miała własne sądy, armię i wywiad, a sam cesarz należał do jej żarliwych sług. Jego Imperialna Rada w trzech czwartych składała się z mężczyzn w maskach trzynastoramiennego słońca, co oznaczało, że każde ze stanowionych praw było prawem Świątyni Słońca.

Wyjątki tylko potwierdzały regułę.

Nie zawsze jednak tak było. Kult Iramosa istniał jeszcze przed zjednoczeniem i ogłoszeniem Solthara Anth-Tharane pierwszym cesarzem. Już wtedy liczył sobie ponad tysiąc lat, ale był tylko jedną z wielu religii, jakie wyznawano na ziemiach nowego imperium. Kapłani słońca utrzymywali, że ich władza pochodzi od samego Ojca Bogów, który w Erze Mroku po raz ostatni zszedł na ziemię, aby walczyć ze swoimi dziećmi.

Do dzisiaj jedynie to nie uległo zmianie.

Kapłani, którzy bogactwem dorównywali największym rodom, byli niegdyś skromnymi mnichami. Przemierzali gościńce i trakty Imperium w zgrzebnych szatach, boso i z żebraczą miską, uwieszoną na szyi. Wielu z nich oddawało też Złocistemu Bogu więcej niż ziemskie bogactwo; plemiona barbarzyńców, którzy nie ugięli jeszcze kolan przed legionami, wyznawały innych bogów i witały fałszywych proroków za pomocą naostrzonych pali i ofiarnych stosów. Śmierć z rąk niewiernych nakazywała kolejnym cesarzom podjąć wyprawy odwetowe, na których korzystała zarówno świątynia, jak i Imperium. To polityce kapłanów słońca Asunthar zawdzięczał swoją obecną nazwę.

Imperium Nie Zachodzącego Słońca. Cesarstwo, nad którym zawsze świeciła tarcza Iramosa.

Przez setki i tysiąca lat słudzy Złocistego Boga zbudowali wyznanie, które zepchnęło wszystkie inne. Skromni mnisi zaprzestali swoich wędrówek i zrzucili parciane okrycia. Ich ciała okrywały dzisiaj najwspanialsze aksamity, a nogi nie potrzebowały nawet złoconych trzewików. Zastąpiły je plecy niewolników i lektyki, których zdobienia wystarczyłyby na wyżywienie dziesięciu rodzin przez cały rok. Świątynie, tworzone niegdyś przez zwalone pnie i leśne polany, przeniosły się też do pałaców w kształcie kamiennych piramid i sal, gdzie sklepienie podtrzymywały kolumny z różowego marmuru.

Z kimś takim naprawdę nie można było popełnić żadnego błędu. Jeden błąd i poczują moc ognia, którym słudzy Iramosa karali wszystkich heretyków.

Książę Thelstan rzucił diament stojącemu nieruchomo porucznikowi.

– Wiecie, co to dla nas oznacza?

Merghas Anth-Ghinw odłożył kamień na stolik, jakby jego ciężar wzrósł nagle tysiąckrotnie.

– To, że musimy być cholernie ostrożni.

– A najlepiej zapomnieć o całej sprawie – dodał Khaen.

Obaj mężczyźni obdarzyli go cierpkim spojrzeniem, po którym westchnął i zmełł pod nosem jakieś przekleństwo.

– Nie możemy działać pochopnie – wymamrotał. – Świątynia potrafi chronić swoje sekrety. Nawet te, za które ich bóg nie udzieliłby rozgrzeszenia. Głównie takie – dodał na końcu.

Namiestnik odszedł od okna. Zgadzał się ze starym dziesiętnikiem. Ich trójka poznała tajemnicę Wielkiego Sędziego – człowieka, którego jeden szept wystarczał, aby spopielić całe miasta. Nie można było go oskarżyć bez wyraźniejszego dowodu.

Nawet on, Thelstan Anth-Dragoneth nie mógł sobie na to pozwolić.

– Wszyscy przywykliśmy do innego rodzaju walki – zaczął cichym głosem. – Niestety z tym przeciwnikiem nie wolno nam podjąć otwartego wyzwania. Można mierzyć się z nim tylko w jeden sposób i nie będzie to honorowe starcie. Naszym orężem nie będzie tym razem stal, a rozwaga, i ostrożność.

– Oraz odrobina starego, dobrego podstępu – Khaen podchwycił myśl swego księcia. – Samo znalezienie kamienia nie skłoni bestii w masce słońca do wyznania win.

– Zawsze może powiedzieć, że pierścień mu skradziono, lub po prostu zgubił ten klejnot – dodał Merghas. – Mamy jeszcze tego świadka, ale wątpię, aby zdołał powtórzyć swe oskarżenia przed Wielkim Trybunałem Świątyni.

Książę dopiero teraz przypomniał sobie, od czego zaczęli tę rozmowę.

– Kto nim jest?

– To żebrak z Bagniska, mój panie. Nieco przesadził z winem i trzeźwieje teraz, pilnowany przez moich najlepszych ludzi.

Dziesiętnik Arachdan chrząknął wymownie.

– Niestety jest także ślepy.

Thelstan Anth-Dragoneth poczuł, jak przepływa przez niego fala zdumienia i gniewu. Żebrak i ślepiec?! Wyznanie jego porucznika zabrzmiało jak żart, a on nie miał teraz na nie ochoty.

Spojrzał ostro na Merghasa. Wyraz twarzy mężczyzny zdradził, że nie jest to żaden żart.

– Bezdomny ślepiec? Pijany kaleka? – skóra na wydatnej książęcej szczęce naprężyła się tak, jakby za chwilę miała pęknąć. – To jest wasz świadek? Z kimś takim nie moglibyśmy oskarżyć nawet świniopasa. Cóż takiego mógł on widzieć?!

Khaen pospieszył porucznikowi na ratunek. To on znalazł żebraka w jednej z alejek, które przylegały do miejsca, gdzie porzucono ciało. Nie sądził też, aby słowa kalekiego pijaka wystarczyły do rzucenia oskarżeń Arcykapłanowi Świątyni, ale w Imperium istniały różne rodzaje sądów.

– Nie mówimy chyba o jawnym procesie, mości książę – rzucił.

– Nawet jeżeli, to nie stanę przed cesarzem, mając u boku ślepca. Równie dobrze mógłbym sam wejść na stos.

– Rzecz w tym, mój panie, że nie chodzi nam o to, co on widział, a co słyszał – powiedział Merghas.

– A co takiego słyszał?

– Głos. Głos, którego ktoś taki jak on nie może zapomnieć do końca życia – rzekł Khaen. – Głos, który mógł należeć tylko do jednego człowieka.

– Jak to możliwe?

Dziesiętnik wzruszył ramionami.

– Najlepiej będzie, jak sam to zobaczysz, książę.

Thelstan Anth-Dragoneth zmrużył oczy, rozważając przez chwilę słowa żołnierza.

– Dobrze – skinął głową. – Trwają przygotowania do procesji, więc obecność namiestnika na ulicach Starego Miasta nie powinna wzbudzić zbyt wielu podejrzeń. Zwołajcie ludzi. Wszystkich, którzy o tej sprawie wiedzą więcej niż odnalezienie kolejnego ciała.

 

* * *

 

Nie mylił się. Jego wyjazd z Fir`n`Suel nie wywołał dużej sensacji. W mieście, gdzie ludziom płacono za obserwację każdego niecodziennego zachowania już to było sukcesem. Oczywiście pewne oczy, a potem ręce zanotowały ruch w koszarach straży i pojawienie się na ulicy jej głównego dowódcy, ale bliskość Pierwszego Dnia Wiosny tłumaczyła wiele. Dała okrycie z szarej mgły, dzięki któremu z łatwością mogli zachować cel podróży w tajemnicy.

Orszak, złożony z czterech konnych i piętnastu pieszych, przemierzał aleje i ulice Starego Miasta odprowadzany tylko nielicznymi pozdrowieniami. Książę Thelstan był bohaterem Imperium, jego pomnik stał na jednym z licznych placów, ale ludzie nie darzyli miejskiej straży miłością. Większość z nich wiedziała, że ci sami żołnierze, którzy teraz przystrajają ulice kwiatami i pomagają im w przygotowaniach do najważniejszego ze świąt, po uroczystościach zapukają do ich drzwi, aby następnie wyrzucić z domów.

Stare Miasto przestawało istnieć. Zburzono już trzecią część jego dystryktów, a na pozostałe cieniem kładł się Dach Świata, Fir`n`Suel, którego magiczne bariery przepuszczały nielicznych. Nikt dobrze nie wiedział, co takiego kryje się na ogromnym gmaszyskiem w kształcie wieży, która zdawała się pożerać wszystkie inne z miejskich wież. Ściany, wysokie na trzysta stóp i chronione Magią Żywiołów, miały połknąć całe miasto, ale miejsca za nimi nie było dla każdego z jego mieszkańców. Ci, którzy z racji urodzenia oraz posiadanego złota, nie mieli prawa do zakupu rezydencji w Dachu Świata, musieli opuścić domy i poszukać swojego szczęścia w innym z imperialnych miast.

Strażnicy Thelstana Anth-Dragoneth nie będą ich już wtedy chronić.

Namiestnik wiedział o nastrojach panujących w mieście, dlatego zamienił swoją tunikę na półpancerz ze skóry, na który narzucił lekką kolczugę i srebrny płaszcz. Jego nogi, oprócz skórzanych nogawic, chroniły też cienkie blachy, a na szyi zawiesił sobie łańcuch ze skrzyżowanych ze sobą mieczy, które, jak jego pierścień, symbolizowały władzę. Łańcuch lśnił złotawą poświatą Magii Ziemi, a zaklęty w nim duch golema pozwalał udźwignąć inny z ciężarów – ogromny, dwuręczny miecz, którego ostrze dorównywało wzrostowi księcia i było szerokie jak dwie złączone ze sobą dłonie. Miecz, przymocowany na plecach cesarskiego namiestnika, nosił miano Rozjemcy i służył do wymierzania sprawiedliwości w imieniu tronu, ale książę Thelstan wątpił, aby dane mu było go dzisiaj użyć.

Jego dziesiętnik nie pomylił się, mówiąc, że Arcykapłan Wengert nie stanie przed żadnym z oficjalnych trybunałów. Nawet jeżeli Gwiezdny Tron uzna jego winy, nie postawi go przed cesarskim sądem, bo taki proces mógłby zachwiać podstawami Imperium, które opierało się na władzy Świątyni. Jakimś rozwiązaniem mogłoby być oddanie Wielkiego Sędziego pod sąd świątynnej rady, chociaż książę wątpił, aby zdołała ona wydać szybki wyrok. Wengert Anth-Ylftharr, jako jej główny sędzia, mógłby liczyć na łaskawość, której sam nie okazał żadnej z zamordowanych dziewcząt.

Jedynym rozwiązaniem było uzyskanie Wyroku Cienia, którego wykonanie należało do Mgielnych, cesarskich skrytobójców. Od takiego wyroku nie było odwołania, bo Mgielni byli demonami, przyzywanymi, aby zabić wskazanego człowieka i nie dawało się ich odesłać, dopóki tego nie zrobili. Książę Thelstan, jak wielu jego ludzi, gardził nimi i tymi, którzy przyzywali je z Cienia, ale teraz był pewien, że ich pomoc jest konieczna, aby ukarać innego demona.

W ludzkiej skórze.

Mężczyzna, pogrążony w rozmyślaniach, nie zauważył, kiedy przekroczyli Żabią Bramę i znaleźli się w najbiedniejszym z miejskich dystryktów. To tutaj znaleziono ciało młodej Sartheny, utopione do połowy w błocie i jej własnej krwi. Bagnisko było dzielnicą rodu Anth-Gryhl, pochodzącego z rozmiękłych ziem Regentharu, chociaż namiestnik wątpił, że mieszka tutaj którykolwiek z nich. Potomkowie Pierwszych Rodów już dawno przeprowadzili się za mury Fir`n`Suel, pozostawiając swoje dawne domeny na pastwę dreszczów i wiatrów, które coraz częściej atakowały stolicę.

To była kolejna z cen, jakie płacił Asunthar. Niebo nad miastem, gdzie narodziło się imperium, niemal nie oglądało już słońca. Zastępowały je chmury, z których szarych oczu bez przerwy ciekły łzy.

Teraz także to deszcz był ich jedynym towarzyszem. To w jego strumieniach szli wzdłuż niezbyt wysokich wież, których pierwsze okna znajdowały się na wysokości ziemi i w połowie był zakryte błotem. To w nim zatapiały się kopyta koni i stopy ludzi, którzy postanowili odnaleźć w tych uliczkach sprawiedliwość.

Na razie znajdowali jedynie półmrok, którego cień kładł się na wszystkie myśli i nakazywał dłoniom pieścić rękojeść mieczy. Oprócz ubóstwa, Bagnisko należało do miejsc, w których nawet dwudziestka strażników nie mogła czuć się w pełni bezpiecznie.

Ich niepokój wzrósłby bardziej chyba tylko na Podgórzu, ale ono nigdy nie stało się częścią Miasta Tysiąca Wież.

Patrząc na strugi brunatnej breji, która torowała sobie drogę o wiele sprawniej niż ludzie, książę Thelstan wątpił, aby nadchodzące dni wniosły tutaj coś więcej. Słońce, na które oczekiwano od sześciu długich miesięcy, raczej niczego nie zmieni. Wątpił, aby Iramos mógł jeszcze zmienić cokolwiek w całym mieście.

Może rzeczywiście byli skazani na zagładę? Może przepowiednie wieszczy zwiastowały prawdziwy koniec znanego im świata?

Potrząsnął głową, pozbywając się kropel, które sprawiały wrażenie, jakby płakał. Nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł smak własnych łez, ale miał wrażenie, że to niebo płacze nad zamordowaną dziewczyną.

Nie mógł przestać o niej myśleć. Sarthena była przyjaciółką jego córki i pochodziła z jednego z najstarszych rodów Imperium. Zapewne nigdy wcześniej nie dotarła do tego dystryktu; córki Wielkich Rodów nie opuszczały swoich rezydencji bez osobistych gwardzistów, żaden z nich nie ryzykowałby gardła za zabranie jedynaczki baronowej Anth-Nherd na spacer w takie miejsce. To, że znaleźli jej ciało właściwie zakrawało też na cud. Zwykle Bagnisko strzegło swych sekretów z zazdrością, jakiej nie mogły pokonać ani prośby, ani groźby miejskiej straży.

– Ludzie nie lubią tego dystryktu – powiedział mu jego poprzednik, książę Anth-Ulgren, który odchodził w niełasce cesarza. – Jeżeli musiałbym wybierać pomiędzy tym miejscem, a Podgórzem, czy Zakrzywiem, nie wahałbym się długo. To złe miejsce, nawet jak na śmierć. Mieszkają tam głównie gryhloni , a oni służą tylko sobie.

Thelstan nie do końca się z nim zgadzał. W legionach, w których walczył, służyło wielu żołnierzy o zielonych oczach i podobnym odcieniu skóry. Węże, jak nazywano mieszkańców Regentharu, przelewali swą krew na równi z innymi i nie zauważył, aby ich lojalność czymkolwiek się różniła od innych.

Z drugiej jednak strony nie mógł odmówić staremu księciu racji. Bagniskiem, w odróżnieniu od Podgórza, nie rządziła żadna z gildii. Na przedmieściach zasady wyznaczał Bengar Drewniana Ręka i chociaż nie można było go uznać za sojusznika miejskiej straży, ani on, ani żaden z jego ludzi, nie przekraczali ustalonych granic. Podobnie było na Zakrzywiu, którym panowali czarni magowie i nekromanci. W żadnym z tamtych miejsc morderca nie mógłby czuć się tak bezpiecznie jak tutaj.

A jednak popełnił błąd. Nawet Bagnisko nie chciało chronić zwyrodnialca.

Niedługo nic już go nie ochroni.

– Myślał, że wybiera dobre miejsce – rzucił półgłosem do jadącego tuż obok Merghasa. – Większość ciał znajdowano po wielu dniach, a bezdomne psy i błoto zamazywały wszystkie ślady.

– Cienie Pajęczego Zaułka, Szczurzej Wieży, Alei Węży zbyt długo zapewniały mu schronienie – dobiegł go szept podwładnego. –W końcu nadszedł czas, aby i one nam pomogły.

– Stało się dobrze – powiedział książę, okrywając się szczelniej płaszczem. Zimno stało się dotkliwsze, pomimo, że za kilka dni miała nastać wiosna. – Dopadniemy demona zanim zrobią to Strażnicy Cienia.

Wypowiedział te słowa bez zbytniej pewności. Nadal nie wiedział, czy zeznanie człowieka, do którego go prowadzono wystarczy, aby przekonać cesarza do użycia Kości Przyzwania. Solmir Trzeci był oddanym sługą Świątyni, a jej kapłani niemal nigdy nie pozostawiali go samego. Książę Thelstan już teraz zastanawiał się, kiedy przedstawić swoje oskarżenia. Niemal zaczął się modlić, aby jego imperator nie zechciał zasięgać rady czerwonych kapłanów również i w tej sprawie.

Jeden krok. Wystarczy jeden nierozważny krok.

– Jesteśmy na miejscu, panie – głos Merghasa rozległ się przed pierwszymi słowami modlitwy.

Namiestnik zeskoczył z konia i dołączył do podwładnego, który wskazywał wejście do opuszczonego domu.

Rudera nie wydawała się najlepszym miejscem na schronienie dla ważnego świadka, ale z drugiej strony nikt nie szukałby go w takim miejscu. Dom, jak wiele innych w okolicy, wyglądał ponuro, był brudny i zapuszczony, a kamienie ścian porastał mech, nie różniący się barwą od błota. Książę spojrzał na przegnity dach i drzwi, które ledwo trzymały się na przerdzewiałych gwoździach.

– Mam nadzieję, że nie jechałem tutaj na próżno – mruknął do siebie i dodał nieco głośniej. – Czy twoi ludzie nie powinni pełnić warty na zewnątrz, Khaenie?

Dziesiętnik podbiegł z ręką opartą o trzonek toporka. Jego twarz wypełniała niepewność, co było dość niecodziennym widokiem.

Książę Anth-Dragoneth chciał sięgnąć po miecz, ale przypomniał sobie, że jedynym ostrzem, jakie posiada jest całkowicie bezużyteczny w ciasnych przestrzeniach Rozjemca. Któryś z ludzi oddał mu swoja broń.

– Nie ma ich – rzucił zaniepokojony dziesiętnik. – To dziwne. Kazałem im pilnować wejścia. Mieli tu na nas zaczekać.

Namiestnik nie czekał dłużej. Na jego znak, jeden z żołnierzy otworzył drzwi kopnięciem i strażnicy wbiegli do środka. Skrzesane przez nich pochodnie przegoniły ciemność, robiąc drogę dla księcia.

Przed ich oczami odsłoniła się zadziwiająco przestronna izba z pochylonymi ścianami. Ich barwa, niegdyś jasna, dzisiaj była tylko mieszaniną żółci i brązu, odrzucających wonią zgnilizny i pleśni. Oprócz rozrzuconych wszędzie źdźbeł słomy, której ktoś używał jako posłania, w całej chałupie nie było żadnego innego sprzętu. Jedynie w rogu czerniły się plamy sadzy, wskazujące ślad po palenisku, które także znikło w niewytłumaczalny sposób.

– Ktoś nas ubiegł – dowódca miejskiej straży obszedł izbę, rzucając dookoła uważne spojrzenia. – Zadali sobie wiele trudu, aby to ukryć.

Khaen Arachdan nie odpowiedział. Wykonał tylko gest dłonią, który sprawił, że reszta strażników rzuciła się do szukania śladów. Mężczyźni przyklękli przy zabrudzonych ścianach, badali szczeliny i wnęki, przegnite belki powały oraz piędź po piędzi rozmiękłe klepisko, które służyło tutaj za podłogę.

Nie trwało to długo. Jeden z nich podszedł do Khaena i wręczył mu coś, co mężczyzna przekazał natychmiast księciu.

– Ich trud nie był wystarczająco duży – rzucił spomiędzy zaciśniętych zębów. Jego świadek zniknął, tak samo jak pilnujący go strażnicy i tylko Iramos wiedział, co się z nimi stało.

Świątynia Słońca zawsze dochowywała swoich sekretów.

Namiestnik nie odrywał oczu od małej, metalowej łuski. Czarna stal zdawała się wchłaniać światło pochodni; żółty poblask z wolna zatracał się w mroku.

– To słoneczna stal – powiedział do siebie i zacisnął rękę. Ostre brzegi wbijały się w palce, ale książę Anth-Dragoneth nie zważał na ból. – Chyba już wiem, co stało się z twoimi ludżmi, Khaenie.

Stary dziesiętnik błysnął zębami w grymasie wściekłości.

– Pozwól mi, książę…

– Nie! – uciął dowódca miejskiej straży. – Nie mam zamiaru stracić więcej ludzi. Jutro rusza Procesja Światła. Po niej spotkam się z Imperatorem i przedstawię mu nasze dowody. Myślę, że wysłucha żołnierza, który strzeże Gwiezdnego Tronu ze skutecznością nie mniejszą niż cała świątynia.

* * *

 

Pochód przeszedł pod sklepieniem pierwszego z łuków, a jego uczestnicy pochylili głowy przed wizerunkami bohaterów Imperium. Płaskorzeźby na ogromnych marmurowych kolumnach przedstawiały sceny walk; rzędy włóczników, próbujących powstrzymać półnagich konnych, pojedynki zakutych w stal rycerzy z jednookimi olbrzymami, łuczników, którzy rozpalali groty strzał oddechem smoków, potężne oblężnicze wieże przy murach płonących miast, ofiarne stosy i pale z zakrwawionymi ciałami.

Książę Anth-Dragoneth szedł w dziesiątym rzędzie za cesarzem, razem ze swoją córką Ryanną. Od Władcy Słońca dzieliło ich morze postaci, odzianych w szare, pokutne szaty. Oblicza innych książąt, baronów, palatynów i trybunów wyrażały pokorę i uległość, ale były to tylko niezbyt dobrze przypasowane maski. Nawet gdyby nie znał właścicieli, trudno byłoby mu uwierzyć, że ich uczucia wzbudza wiara. Przyczyna umartwionych twarzy i ciał była dużo prostsza – coroczne Procesja Światła miała zrównać najwyższych z najniższymi. Była również chyba jedyną szansą zobaczenia przez gawiedź, że ludzie, którzy na co dzień chronili się za murami Fir`n`Suel, nadal żyją.

Na czele tego pochodu, ubrany podobnie jak wszyscy pozostali, w szarą płachtę, szedł sam Solmir Anth-Tharane III. Nagie i ubłocone stopy syna Słońca przypominały wszystkim o ostatniej wędrówce Iramosa. Słoneczny bóg odszedł z ziemi zaraz po pokonaniu swego brata-bliźniaka, a jego wędrówkę znaczyły łzy, z których powstał ród Pierwszych Cesarzy.  

Tak przynajmniej głosiła oficjalna doktryna Świątyni, której Arcykapłana chciał oskarżyć o popełnienie kilkudziesięciu morderstw. Wielki Sędzia, podobnie jak pozostali słudzy świątyni, nie brali udziału w procesji. Kapłani czekali na nich, skryci za ścianami starej piramidy, której schody pamiętały początek Asuntharu.

Procesja kończyła właśnie trzecie okrążenie stolicy, o czym przypominał ból w bosych kończynach. Kilkutysięczny tłum miał jeszcze przejść po Polach Chwały, aby oddać cześć poległym żołnierzom i bohaterom. Ich czyny opiewano płaskorzeźbami i triumfalnymi łukami, które zszarzały od nie przestającego padać deszczu. Widać było upływ tysiąca lat, jakie upłynęły od ostatniego wielkiego zwycięstwa imperialnej armii. Świat należał do Asuntharu i nie było już ziem, które opłacałoby się podbijać.

Thelstan Anth-Dragoneth i jego córka pochylili głowy przed szarym kamieniem. Zawsze oddawali hołd poległym, bo większość z uwiecznionych wiktorii okupiono dziesiątkami tysięcy istnień, a utrzymanie tej potęgi kosztowało jeszcze więcej.

Imperium Nie Zachodzącego Słońca. Patrząc na niebo trudno było w to uwierzyć. Sine chmury wciąż zasnuwały sklepienie szczelną kurtyną. Nie przechodziła przez nią nawet jedna złota iskra i namiestnik zaczynał wątpić, że Iramos nagrodzi wiernych swoim spojrzeniem. Być może Słoneczny Bóg zdecydował, że nie okaże swej łaski dopóki on, cesarski namiestnik, nie ukarze winnego.

Mężczyzna w szarej tunice poczuł, że jego ciało drży. Zmęczeni i zimno dawało się we znaki; nie miał już dwudziestu lat, a i trudy służby odcisnęły swoje piętno. Być może powinien pomyśleć o pozostawieniu niektórych obowiązków.

Spojrzał na drobną głowę córki. Miałby dla niej jeszcze więcej czasu. Zanim znajdzie się ktoś, komu jego Ryanna zechce oddać swoje serce.

Zanim się odwrócił dostrzegł, że Ryanna podnosi głowę. Nie zganił jej za ciekawość. Wiedział, że chce zobaczyć jak najwięcej, a właśnie przechodzili przez Lodowy Łuk. Na wieńczących go płaskorzeźbach ludzie walczyli z orłami o głowach lwów, które rodziły się w najwyższych i najdzikszych górach Powierzchni.

Rzędy imperialnej piechoty, ogromne kusze, smoki, które niegdyś służyły kapłanom Słońca, bitewni magowie – Asunthar rzucił wszystko, co miał, aby podbić te ziemie, ale książę nigdy nie przekonał się do potrzeby władania krainą niekończącej się zimy.

 – Skandarith jest piękny – usłyszał obok siebie cichy głos.

Uśmiechnął się do córki.

– To prawda – przyznał. – To wiecznie biała kraina, zamieszkana głównie przez Andarian.

– Oni nigdy nie ugięli kolan przed Imperium – powiedziała Ryanna. – Dlaczego rhyty na tym łuku o tym nie mówią?

Z każdej strony dobiegały do nich strzępy coraz głośniejszych rozmów. Procesja dochodziła do piramidy Słońca. Ogromny pochód przeszedł pod ostatnim z łuków i skręcił w aleję, otoczoną marmurową kolumnadą. Znudzeni arystokraci zastanawiali się teraz nad kolejnością oraz ilością dań, jakie miano podać w pałacu cesarza. Książę Thelstan również nie mógł doczekać się rozpoczęcia uczty, ale jego myśli nie krążyły wokół suto zastawionych stołów. Uroczystości w pałacu dawały mu możliwość rozmowy z Imperatorem i to bez obecności kapłanów, którzy tego dnia pozostawali w świątyni na modłach.

Ryanna wspięła się na palce i szepnęła do ucha ojca.

– Niektórzy mogliby pomyśleć, że cesarz włada nią jak resztą domen.

Słysząc słowa córki, książę poczuł przypływ dumy. Cieszyło go, że Ryanna nie poprzestaje na naukach, przyjętych dla jej płci i pochodzenia. Jak na swój wiek odznaczała się wyjątkowo dużym zmysłem obserwacji i zdolnością wyciągania wniosków w pozornie błahych rzeczy. Od pewnego czasu musiał uważać, aby nie zdradzić się z czymś ważnym w jej obecności, bo jej ciekawość, w połączeniu z pozostałymi zdolnościami, sprawiała, że jedynaczka dowiadywała się o wiele więcej niż powinna.

– Pamiętasz oczywiście, jaka jest dewiza naszego imperium.

– Dziel i rządź – odpowiedziała Ryanna. – Słowa pierwszego cesarza, skierowane do jego najstarszego syna Ghinthara. To dzięki tej radzie młody imperator zdołał utrzymać się na Gwiezdnym Tronie.

Namiestnik uśmiechnął się i dodał od siebie.

– Asunthar rzadko posuwa się do całkowitego zniewolenia podbijanych prowincji i domen. Cesarz pozwala zachować głowy, zwyczaje, nawet wiarę tym, którzy uznają jego zwierzchność, oddadzą hołd Iramosowi i rzecz jasna, będą płacić podatki – powiedział szeptem. – W zamian za lojalność jego legiony strzegą nowych poddanych przed barbarzyńcami i nomadami, a kapłani Słońca chronią ich przed demonami z Cienia.

O ile sami nimi nie są, dodał w myślach. Nie zdradził jeszcze córce, że znaleziono ciało jej zaginionej przyjaciółki i nie wiedział, kiedy to zrobi. Nie chciał, aby już teraz poznała prawdę. Jeszcze zdąży się nauczyć, że świat, który ją otacza kryje również bestie takie jak Wengert Anth-Ylftharr.

– Ale jak każda narzucona prawda, również i ta ma swoje drugie oblicze – przyciągnął Ryannę do siebie. Niegdyś nie okazywał jej zbyt wielu uczuć. Miał żal do żony, że nie obdarzyła go synem, zdolnym do ciągnięcia rodowej tradycji, ale czując pod swoim ramieniem drobne ciało córki, nie czuł nic oprócz miłości.

Musiał ją chronić.

– A jakie to oblicze? – spytała Ryanna.

Odsunął ją od siebie i spojrzał prosto w lśniące ciekawością, olbrzymie brązowe oczy.

– Takie, o którym nie mówią żadne łuki i pergaminy – rzekł. – Asunthar włada Krainą Wiecznego Śniegu, ale nie da tego samego powiedzieć się o plemionach, które tam mieszkają. Tylko kilka z nich uznało zwierzchność Gwiezdnego Tronu. Reszta toleruje naszą obecność, wiedząc, że wojna nie leży ani w ich, ani w naszym interesie.

– Do kogo więc należy tamta Ściana Chwały? – spytała dziewczyna. – Myślałam, że stawia się je jedynie zwycięzcom?

– Hudirg Anth-Tharane – odparł namiestnik. – Cesarz-Zdobywca, jak nazywa się go we wszystkich kronikach, chociaż jak sama już zauważyłaś, trudno mówić o całkowitym zdobyciu Skandarithu. Ten łuk opowiada tylko o jednej bitwie – Polu Gryfów i nie wiem, czy opiewa zwycięstwo, czy porażkę.

– Jak to?

Książę Thelstan przymknął oczy. Wrócił wspomnieniami do wydarzeń sprzed wielu lat, gdy jako młody i niedoświadczony dowódca, został wysłany, aby zdusić bunt jednego z górskich klanów. Od tamtych wydarzeń minęło sporo czasu i dużo się zmieniło, ale on nadal miał przed oczami atakujące jego legion orłolwy. Do dzisiaj miał też w uszach ich ryk; przypominający bojową pieśń okrzyk, z którym spadły na głowy jego żołnierzy. Nigdy nie dowiedział się, jak klany z Lodowych Gór zmusiły te bestie do posłuszeństwa, ale pamiętał łatwość, z jaką ostre dzioby i szpony rozrywają ludzkie ciała. Zaledwie sześć gryfów wystarczyło, aby zmusić ich do odwrotu, który właściwie należałoby nazwać ucieczką.

Na Polu Gryfów cesarz Hudirg pokonał ponad pięćset skrzydlatych bestii. Taki wyczyn, mimo strat i dość wymuszonego pokoju, zasługiwał na Łuk Triumfu.

– Słyszałam, że wybuchła tam nowa rebelia – Ryanna nie czekała na odpowiedź ojca. – Legiony znowu zmierzą się z gryfami i klanami z gór.

Książę Anth-Dragoneth spojrzał zdumiony na córkę. Nie spodziewał się, że Ryanna będzie wiedziała o zbliżającej się wojnie. W całym mieście było może dwudziestu ludzi, którzy posiadali taka wiedzę i nie sądził, że jego córka będzie jednym z nich.

– Słyszałam, jak rozmawiałeś z generałem Anth-Sirthenn – powiedziała z niewinną miną.

Westchnął.

– Podsłuchiwanie tajnych rozmów nie jest zajęciem godnym dobrze urodzonych panien.

Próbował wpleść w swoje słowa upomnienie, ale uśmiech Ryanny mógł roztopić lodową górę, a on ulegał mu z nieco większą łatwością.

– Cieszę się zatem, że zostawiasz mi więcej swobody.

– Przypominaj mi o tym częściej, a naprawię ten błąd.

– Nie sądzę – rzuciła zaczepnie. – Nie chciałbyś chyba, abym zamieniał się w jedną, jak to nazywasz, „dobrze wychowanych panien”.

Książę nie próbował nawet ukryć uśmiechu.

– Nie, nie chciałbym, chociaż jedynie Iramos wie, czy pewnego dnia nie będę tego żałował.

– Przecież wiesz ojcze, że wtedy musiałabym śpiewać pieśni, grać na harfie i czytać poezje – mówiła dalej Ryanna. – Byłoby to dość teraz dość trudne, bo nie nauczyłeś mnie niczego poza trzymaniem łuku i władaniem sztyletem.

Wyznanie córki rozbroiło namiestnika do końca. Nie mógł nawet udawać srogiego.

– Wygrałem cztery dziesiątki bitew, a przegrywam z własną córką – mruknął. – Chyba powinienem przygotować nową strategię.

– Obawiam się, że nie na wiele by się ona przydała – odparła Ryanna. – Jestem twoją najlepszą uczennicą, pamiętasz? Poza tym nie chcę znać żadnych tajnych szczegółów. Zdradź tylko, ile może trwać stłumienie tego buntu. Słyszałam, że wysyłają tam wszystkie legiony Północy. To ponad czterdzieści tysięcy żołnierzy. Czy Imperium naprawdę potrzebuje tam aż takich sił?

Thelstan Anth-Dragoneth zamyślił się i nie odpowiadał przez chwilę. Wyznanie córki nieco go zaskoczyło. Kiedy rozmawiał o nadchodzącej wyprawie, sądził, że wystarczą dwa, może trzy legiony. Konieczność wysłania w Lodowe Góry wszystkich sił Północy oznaczało, że bunt klanów nie jest kolejna ruchawką.

To było coś więcej, ale nie miał teraz czasu, aby się nad tym zastanawiać.

– Sarthena nie powinna zdradzać wszystkiego, o czym rozmawia ze swoim narzeczonym – powiedział i natychmiast tego pożałował. Wymówienie imienia zaginionej przyjaciółki ściągnęło szczupłą twarz jego córki w bólu.

Ponownie przytulił Ryannę. Obawiał się, że jego głos zdradził jej coś więcej niż troskę i przyganę. Potrafiła czytać w nim jak w otwartej księdze, podobnie jak jej matka. Obie były jedynymi kobietami, właściwie jedynymi ludźmi, przed którymi Thelstan Anth-Dragoneth nie mógł mieć żadnych tajemnic.

– Argeas to młody i odważny żołnierz i dobrze służy Imperium – mówił, nie patrząc na córkę. – Obawiam się jednak, że poskromienie górskich klanów będzie wymagać czegoś więcej niż paru batów i widoku uzbrojonych legionów. Wojna w śniegach Skandarithu będzie różniła się od wszystkiego, czego nauczył się w akademii.

Poczuł, że ciało Ryanny drży.

– Rozmawiałam z nim przed dwoma dniami – dobiegło stłumiony głos. – Chciałby zobaczyć się z Sartheną jeszcze przed wymarszem swojego legionu.

Książę zacisnął usta.

– Mam nadzieję, że generał Anth-Pirthes jeszcze mu na to pozwoli.

Obawiał się, że Ryanna zada mu teraz pytanie o zaginioną przyjaciółkę, ale dziewczyna chciała dowiedzieć czego innego.

– Zawsze powtarzałeś, że walki w Lodowych Górach są trudne, ale klany nie mogą ich wygrać. Nie mają jednego przywódcy i są skłócone.

– To prawda.

– A jednak Asunthar wysyła przeciwko nim prawie osiem razy więcej żołnierzy – powiedziała Ryanna, odsuwając się od ojca. – Czy to nie przesada?

 – Nie sądzę – odparł poważnie książę. – Klany rzeczywiście nie mają przywódcy, a do walki jest zdolnych nieco ponad pięć tysięcy wojowników, jednak mają nad nami ogromną przewagę.

– Góry i gryfy.

– Góry i gryfy – namiestnik powtórzył za córką. – Ta kampania zapowiada się dłużej niż większość wojen. Z nadesłanych raportów wynika, że tym razem górscy wojownicy są lepiej zorganizowani. Nie atakują już na ślepo i nie przyjmują walnej bitwy. To będzie raczej seria potyczek i zasadzek. toczonych w wąwozach, na przełęczach i zdradliwych zboczach. Najgorszym wrogiem nie będą też barbarzyńcy w skórach i futrach, a ich nie znająca litości bogini.

– Zima.

– Tak, zima – książę poczuł przejmujący dreszcz. – Zima i to nie taka, jaka pożegnamy dzisiaj rozpalonym ogniem Iramosa. Zima Skandarithu to wiatr zdolny przewrócić bojowe wozy, śnieg, który bije lodowymi kulami i mróz sprawiający, że pęka stal pancerzy.

– Argeas twierdzi, że wrócą najpóźniej za dwanaście księżyców – powiedziała Ryanna. – To niecały rok i będą mieli pomoc od kapłanów Iramosa. Świątynia przekonała cesarza, aby wysłał tam również osiem chorągwi Darmheddinów.

Thelstan Anth-Dragoneth nie odpowiedział córce. Wyglądało na to, że Ryanna wie  o tej rebelii więcej niż on. Narzeczony jej przyjaciółki podzielił się z nią wszystkimi wiadomościami, co nie wróżyło dobrze ani tej wojnie, ani jego dalszej karierze. Powinien nauczyć się, że niektóre rzeczy należy zachowywać tylko dla siebie. Młode dziewczęta, nawet nieco różniące się od swoich rówieśnic, nie są najlepszymi powierniczkami strategii cesarskiej armii.

 Bardziej martwiła go jednak nie przestająca rosnąć rola Świątyni Słońca. Obecność jej zbrojnego ramienia mogła oznaczać tylko jedno – cesarz powierzył kapłanom zwierzchnictwo nad armią, a to nie zdarzyło się od ponad dwóch tysięcy lat. Uczynił tak niegdyś jego poprzednik i Imperium słono za to zapłaciło. Udział rycerzy, odzianych w słoneczną stal, której kawałek wciąż znajdował się w jego domu i miał oskarżyć jednego z Arcykapłanów, nie stanowił dobrej wróżby dla jego rozmowy z Imperatorem.

Może powinien zwrócić się do Solmira Trzeciego o coś więcej niż wymierzenie sprawiedliwości mordercy w czerwonych szatach?

– Ojcze! – Ryanna podniosła głos. – Spójrz! Cesarz zaraz będzie odbierał swoją koronę.

Pogrążony w rozmyślaniach nie zauważył nawet, kiedy pochód zatrzymał się przed schodami, jakie wiodły do Sanktuarium Słońca.

Ogromna, zbudowana w całości z szarego kamienia piramida, składała się z trzech idealnie gładkich ścian i czwartej, na którą składały się dziesiątki i setki nierównych stopni, pokryte złuszczoną czerwoną farbą. Prowadziły one do wejścia, które nikło gdzieś w nieprzeniknionej mgle. Drogi w górę strzegły niezliczone rzędy posągów – bestii, ujarzmionych i pokonanych wolą Iramosa: bazyliszki o grzbietach krytych stalowymi łuskami, skrzydlate wywerny, chimery o wykrzywionych twarzach, , trzygłowe hydry, mantykory , których ogony wieńczyło trujące żądło, siarkowe smoki. Wszystkie potwory zaklęto w kamień, aby odstraszały śmiałków, którzy odważyliby się zakłócić spokój tego miejsca. Namiestnik nie słyszał, aby ktokolwiek się na to ośmielił i nie dziwił się temu. Nawet nie czując leku przed zimnym marmurem, trudno było powstrzymać obrzydzenie.

To właśnie na nie polowali niegdyś kapłani Słońca, kiedy jeszcze ich głównym zajęciem nie była dworska polityka oraz intrygi na dworze cesarza.

Nie wszystkie bestie były martwe. Jedna z nich, z twarzą człowieka i ciałem niedźwiedzia, wyłoniła się z mgły, która zasłaniała szczyt piramidy. Wielki Sędzia Świątyni Słońca, Wengert Anth-Ylftharr zszedł kilka stopni w dół i przystanął w oczekiwaniu na pozostałych Arcykapłanów.

Wychodzili kolejno: okryty złotem Strażnik Kluczy i odziany w szarość Mistrz Mieczy, pięciu Mentorów w jednakowych zielonych szatach oraz czterech Altairów, których czerwone płaszcze pozostawiały za sobą krwawą poświatę. Najważniejszy z nich pojawił się na samym końcu: starzec w zgrzebnej koszuli, która kontrastowała dziwnie z ubraniami pozostałych kapłanów, wyszedł z cienia. Trzymał w rękach poduszkę, na której spoczywała korona z trzynastu sczepionych ze sobą słońc.

Symbol cesarskiej władzy na ten jeden dzień był w posiadaniu świątyni. Raz do roku cesarz oddawał Koronę Słońca jego najwierniejszym sługom i odbierał ją po procesji, aby włożyć na swoje skronie i potwierdzić panowanie dynastii Anth-Tharane. Złośliwi twierdzili, że z roku na rok, kapłani pozbywali się jej coraz bardziej niechętnie, a książę Thelstan po cichu podzielał te opinie. Patrząc na trzynastu mężczyzn, którzy kroczyli w dół, nie potrafił wyzbyć się wrażenia, że nie oddadzą korony jej prawowitemu właścicielowi. Trzynastoramienny klejnot świecił blaskiem, który opromieniał kapłanów i ich bogate odzienie, a szary tłum, na czele z Solmirem Trzecim pochylił przed nim głowę.

– Podejdę bliżej, ojcze – powiedziała Ryanna. – Chcę zobaczyć ceremonię.

Oddanie korony kończyło procesję i zarazem oficjalne obchody Pierwszego Dnia Wiosny. W niewytłumaczalny sposób sprawiało też, że zgromadzone zwykle nad miastem chmury rozstępowały się, ukazując blask Iramosa. Widok złotych włóczni Boga-Słońca, po sześciu długich, zimowych miesiącach był czymś wyjątkowym i namiestnik nie chciał go odmawiać Ryannie.

– Nie chcę, abyś się oddalała.

– Proszę. ojcze – błagała dziewczyna. – Chcę zobaczyć to wszystko z bliska. Będzie tam większość moich przyjaciółek.

Oraz pewien pretorianin, o którym nie jeszcze mi nie powiedziałaś, pomyślał rozbawiony namiestnik. Nie potrafił mieć sekretów przed własną córką, lecz i ona nie skrywała ich zbyt dokładnie. Wiedział o młodym strażniku cesarza, którego pozycja i ród byłby dla jego Ryanny dobrą partią.

Dlaczego one dorastają tak szybko?

– Idź, idź – pozwolił bez większego przekonania. – Tylko uważaj na siebie. Dzisiaj każdy chce się ogrzać w blasku cesarskiego majestatu, a to nie zawsze jest bezpieczne.

– Będę uważała – Ryanna wspięła się na palce i ucałowała szorstki policzek.

Znikła, zanim zdążył ją pożegnać. Zwinność, z jaką pokonywała kolejne szeregi, przypominała łasicę i nie wątpił, że zdoła dostać się do pierwszego rzędu bez większych problemów.

Mimo tego odczuwał niewyjaśniony niepokój. Nie chciał, aby zbliżała się do Wielkiego Sędziego. Nie teraz, gdy miał zażądać od cesarza jego głowy.

Trzynastu zeszło już na ostatni z krwawych stopni. Arcykapłani ustawili się po bokach mężczyzny, którego tęga twarz i szerokie czoło lśniło od potu, po czym kolejno wznosili ręce do góry. Z ich ust popłynęły słowa modlitewnej prośby, a starzec w wystrzępionej koszuli nakazał mężczyźnie ugiąć kolana. Imperator wykonał polecenie i pochylił głowę, aby ukorzyć się przed potęgą słonecznego boga. Moc Iramosa ujawniła się, gdy tylko Wielki Arcykapłan podniósł koronę, a z każdego z tworzących ją słońc wytrysnęły jaskrawe strumienie światła. Złote wstęgi poszybowały we wszystkie strony, przeleciały tuż nad głowami zgromadzonych, zatoczyły koło i powróciły do piramidy, aby przed jej stopniami wystrzelić wysoko w górę. Jeden po drugim ciągnęły za sobą złocistą poświatę, która opromieniała twarze blaskiem i ciepłem. Zebrani na placu przed piramidą zaczęli śpiewać, wielu klękało i pochylając głowę, oddawało Iramosowi należny hołd.

Książę Anth-Darmyth także ugiął jedno z kolan. Jego pokłon nie był zbyt głęboki, bo takie przedstawienia nużyły namiestnika. Czekał z niecierpliwością na zakończenie oficjalnej części obchodów, a gra błysków i migoczącego światła nie robiła na nim większego wrażenia. Widział ją już kilkukrotnie, a w odróżnieniu do wielu uczestników procesji, wiedział, że cała magia opiera się na zręcznej alchemicznej sztuczce. Każdego roku wyglądało to mniej więcej podobnie; złociste włócznie Iramosa spływały z rąk Wielkiego Arcykapłana, aby pobłogosławić cesarza, jego stolicę i wszystkich wiernych. Na samym końcu wyruszały na bitwę z szarymi chmurami zimy. Ich szarża przełamywała stalowe zastępy i uwalniała całą moc Boga-Słońca.

Ale na to, co wydarzyło się dzisiaj, nie był przygotowany.

Rozświetlone wstęgi poszybowały do góry zgodnie z oczekiwaniami; każda a trzynastu włóczni wbiła się w szarą pokrywę chmur, rozrywała ją i odsłaniała złote oblicze Iramosa. Przez wyłomy wyglądało już prawdziwe światło; plac przed piramidą, Ściany Chwały, aleje i kamienice starego miasta, magiczne mury Fir`n`suel – wszystko zostało obdarzone boskim dotykiem. Kiedy ostatnia z włóczni dotknęła nieba, wydawało się, że przeszło ono pod panowanie Iramosa.

Wtedy jednak, na jaśniejącym błękicie ukazał się cień.

Zasłona mroku, jakby nie wiedząc, że właśnie przegrała swą walkę, wpełzła na złotą tarczę. radosne promienie i blask ciepła zaczęły znikać po trzykroć szybciej niż się pojawiły. Namiestnik, czując dotyk chłodu na karku, podniósł głowę i zamarł. Słońce oddawało się mocy mroku bez większego oporu. Chociaż nie zdążyło nawet objąć w posiadanie całego miasta, odchodziło w zachłanną ciemność. To ona zawisła teraz nad głowami, to w niej utkwiono setki niedowierzających spojrzeń, to ona wyrywała z nagle ściśniętych krtani pierwsze westchnienia strachu.

Ciemność.

Książę Anth-Dragoneth usłyszał krzyk, jeszcze zanim zdążył pomyśleć o rozstaniu z córką. Krzyczała jakaś kobieta, a gęstniejąca szarość nie pozwalała dojrzeć, kim była, ale on i tak nie martwił się teraz o pozostałych uczestników procesji. Wyprostował nogi i próbował rozejrzeć się za Ryanną. Mrok narastał z szybkością, która w bardziej bojaźliwych sercach wywołała przypływ trwogi. Krzyki rozlegały się w coraz to nowych miejscach, a przez wielotysięczny tłum przeszedł pierwszy spazm.

Namiestnik wiedział, co takiego może się zdarzyć. Coraz bardziej przerażona ciżba falowała jak wzburzone morze. W każdej chwili mogła runąć przed siebie, a wtedy ani on, ani jego córka nie byliby bezpieczni. Znał ten widok z pola bitwy; tratujący i depczący się nawzajem ludzie, zmiażdżone ciała, połamane kości, pęknięte czaszki.

Rzucił się na rzędy, które torowały mu drogę do Ryanny. Do okrzyków strachu dołączyły teraz głosy oburzenia. Być może obraził jakiegoś barona lub innego księcia, ale niezbyt się tym przejmował. Mógłby przetoczyć się po ich ciałach jak konnica, jeżeli tylko na końcu tej drogi czekała jego córka. Parł przed siebie, pomagając sobie łokciami i doświadczeniem, które pozwalało mu zachować równowagę w największym bitewnym gąszczu. Przewracał i deptał po ciałach potomków rodów o historii sięgającej początków Imperium, nie patrzył, kto przed nim stoi; obalał i popychał kolejnych arystokratów, a błękitne oczy wyglądały jedynie za głową Ryanny. Kilka razy wydawało mu się, że widzi brązowe loki i wtedy rzucał się w ich stronę, lecz po dotarciu okazywało się, że to tylko kolejna przerażona dziewczyna, nie mająca nic wspólnego z jego córką.

Wkrótce musiał walczyć i o własne życie; posiadacze większych i mniejszych tytułów stali się jedną, oszalałą ze strachu tłuszczą, która napierała na niego i pragnęła zgnieść w swoim uścisku. Namiestnik próbował wyłuskać w narastającym zgiełku głos Ryanny, lecz słyszał jedynie jęki, przekleństwa i charkot. Dobiegały do niego prośby o zmiłowanie, ktoś śmiał się jak opętany, jeszcze inny łkał, jakaś zrozpaczona matka krzyczała przez chwilę za swoim dzieckiem, aby umilknąć zaraz po tym, jak przewrócono ją i zadeptano.

Thelstan Anth-Dragoneth nie zważał na nic. Parł do przodu, nie czując uderzeń i ciosów, które starały się go zwalić z nóg, zakrwawione pięści zderzały się z miękkimi przeszkodami ciał, łamały szczęki i rozbijały ciemniejące plamy twarzy, ale nadal nie widział córki. Jego własne ciało zaczynało z wolna poddawać się zmęczeniu i dźgnięciom bólu, które szarpały obitymi żebrami, spuchniętym okiem i porozcinanymi do kości stopami. Jego świat skurczył się do jednej prostej linii i krzyku, który przebijał wszystkie inne.

– Ryanna!

Na próżno. Imię córki rozpływało się i znikało w zgiełku innych imion, wzywanych bogów i błagalnych próśb. Już nikt nie był bezpieczny; arystokraci zapomnieli o swojej błękitnej krwi, pochodzeniu i majestacie. Bili się, kopali i gryźli jak w podrzędnej karczmie, gdzie zgaszone nagle światło skrzętnie skrywało ich upadek. Cień zagarnął wszystko; rozlaną krew, łzy rozpaczy i bólu, jęki i przekleństwa. Tarcza i włócznie Iramosa, który tego dnia miał objąć Asnuthar swoim panowaniem, poddały się mocy ciemności. Szczelny grobowiec z sadzy i węgla zakrywał niemal całe niebo, a świat pod nim pogrążał się w zamęcie.

Serca i umysły ludzi nie mogły przeciwstawić mu niczego, prócz strachu.

Książę Anth-Dragoneth poczuł nagle, że nie musi już z nikim walczyć. Przestrzeń przed nim, za nim i wokół niego zamieniła się w czarną pustkę, gdzie prócz gęstniejącej mgły nie wyczuwał nic więcej. Mężczyzna przystanął i bez większego powodzenia spróbował przebić się przez mgłę wzrokiem. Zrobił jeden niepewny krok, potem następny, lecz przy trzecim poczuł, jak jego nogi toną w niewidzialnym bagnie.

– Proszę, proszę. Generał Thelstan Anth-Dragoneth we własnej osobie – usłyszał głos, który równie dobrze mógł dobiegać z tysiąca mil, jak i rozbrzmiewać tuż przy uchu. Każde z szeleszczących słów zbliżało się i oddalało jak fale przypływu.

Nie musiał widzieć ust, do których należały. Znał ich posiadacza.

– Wydawało ci się, że możesz rzucić mi wyzwanie, generale? – powietrze za plecami namiestnika zadrgało i mężczyzna rzucił się tam z zaciśniętymi pięściami.

Jego ciosy spadły w pustkę, która nagrodziła je szyderczym śmiechem.

– Nie, nie, nie – zakpił głos z oddali. – Nie sądzisz chyba, że mógłbyś wyrządzić mu krzywdę? Jestem kapłanem Iramosa, nie pamiętasz? Jako wierny nie powinieneś nawet myśleć o podniesieniu na mnie ręki. Nie wiesz, że mój bóg zawsze mnie ochroni?

Książę Anth-Dragoneth znieruchomiał i utkwił przekrwione oczy w ciemności. Jej trupi zapach przyprawiał go o mdłości, lecz trzymał głowę prosto. Chciał przejrzeć skrytego w niej demona, który za tarczą smolistej mgły czuł się wyjątkowo bezpiecznie.

– Nie mam pojęcia, jakiemu bogu dzisiaj służysz Wengercie – rzucił przez zaciśnięte zęby. – Nie sądzę jednak, aby to był Iramos.

– Te imiona i nazwy, w których tak się lubują śmiertelnicy – powietrze zawirowało raz jeszcze, ale namiestnik nie ruszył się z miejsca. – Jedynie głupcy wierzą w znaczenie imion. Słoneczny Bóg, Tarcza Światłości,  Ojciec Wszechrzeczy – przecież to tylko słowa, nadane w dodatku przez ludzi. Prawdziwa moc nie kryje się pod żadnym z tych imion.

– A gdzie? – książę Thelsta próbował ukryć niepokój, który targał jego sercem. Nie bał się o siebie, był gotów na walkę na śmierć i życie. Jego strach nosił inne imię i wciąż był gdzieś w tej mgle.

– Chciałbyś wiedzieć?

Namiestnik potrząsnął głową.

– Nie musisz niczego mi zdradzać, morderco – wychrypiał. – Wiem komu służysz. Ciemności, w której usiłujesz chować swoje zbrodnie. Zapłacisz za każdą z nich. Tego jednego możesz być pewien.

Cichy śmiech rozległ się tak blisko, że mężczyzna z szarej tunice znowu rzucił się do ataku na oślep.

I po raz kolejny uderzył jedynie mgłę.

– Och, nie wątpię, że taki strażnik prawa będzie chciał mnie oskarżyć – szyderstwa napływały zewsząd jednocześnie, jakby wypowiadały je dziesiątki ust. – To zrozumiałe. W końcu jesteś cesarskim namiestnikiem, bohaterem spod Gerdannen i Vel Cirith. Postawisz przed naszym cesarzem swoje słowo przeciwko wieczystej przysiędze kapłana słońca? Kto może wygrać w tym starciu? Jak sądzisz?

– Wiem, kto w nim przegra – warknął książę i obrócił głowę. Wydawało mu się, że w jednym miejscu mrok jest bardziej gęsty, a trupia woń silniejsza.

Chciał przynajmniej stanąć z nim twarzą w twarz.

– Nie umkniesz sprawiedliwości, Wengercie – rzucił do czarnej mgły. – Nie postawię cię też przed żadnym sądem.

– A więc wyrok Kości? – szepnął rozbawiony kapłan. – Wyślesz władców wiecznego snu do mojego domu? Ty, który brzydzisz się wszystkimi intrygami, człowiek honoru i powiernik godności wielkiego rodu Anth-Dragoneth? Nie wykonasz wyroku własnymi rękami? Pozwolisz, aby wyręczyły cię wiecznie głodne demony?

Mężczyzna w szarej tunice zesztywniał, gotowy w każdej chwili do ataku.

– Nie przypominaj mi o zasadach i godności, parszywy psie. Nie zasługujesz na nic więcej ponad ostrze utkane z ciemności. Skoro tak ukochałeś mrok, jego synowie pozwolą ci tam pozostać na zawsze.

– Ty naprawdę w to wierzysz – cichy śmiech rozległ się i zgasł jak nagle zdmuchnięta świeca. – Zadziwiająca naiwność, jak na człowieka, który od tylu lat służy naszemu Imperium. Chcesz uzyskac od cesarza wyrok na mnie, czy raczej podpisać go na siebie?

Thelstan Anth-Dragoneth był pewien, że tym razem się nie myli. Chciał sprowokować Arcykapłana, zmusić go do nieuwagi i niemal mu się to udało. Gdy skoczył z rozcapierzonymi palcami, ich końce musnęły grzbiet kapłańskiego okrycia. Jęk zdziwienia i przestrachu zniknął jednak szybko, zastąpiony nowym szyderstwem.

– Wreszcie zająłeś odpowiednią pozycję – głos z oddali uderzył w klęczącego namiestnika. – Nie zapominaj o niej, kiedy staniesz przed Imperatorem ze swoimi oskarżeniami. Pomożesz katu. – dodał z narastającym śmiechem.

Książę powoli prostował nogi. Ból wcześniejszej procesji i walki z rozszalałym tłumem ograbił go z większości sił. Czuł, że kości i mięśnie obezwładnia zmęczenie, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczył. Po raz pierwszy w życiu miał też wrażenie, że przegrywa starcie, nie dotknąwszy nawet swojego przeciwnika.

– Jesteś bardzo pewien siebie, kapłanie – powiedział, gdy znów mógł patrzeć na mrok na prostych nogach. Nie zwracał już uwagi na żadne zwodnicze drgania. Wiedział, że Wengert Anth-Ylftharr manipuluje nim i bawi się jego gniewem.

Nie chciał sprawiać mu dodatkowej radości.

– Przez lata swych zbrodni straciłeś czujność – cedził książę. – Pozostawiłeś zbyt wiele śladów. Możesz być pewien, że nawet łaska cesarza nie zdoła cię uchronić przed jego wyrokiem.

Wybuch przeraźliwego śmiechu zaskoczył go i rozwścieczył jednocześnie.

– Mówisz o dowodach, które tracisz szybciej niż żołnierzy na bitwie? – spytał Wengert. – O starym kapłanie, którego oczy nie służą już żadnemu bogowi, o próbującym chronić go strażnikach, czy kamieniu i zbyt gadatliwym jubilerze? Tak, tak – wiem o nich wszystkich – ciągnął morderca w kapłańskich szatach. – Jak na gracza, który bawi się szachownicą przeznaczenia, nie masz zbyt wielu figur. Zapomniałeś o tych, które potrafią zrobić kilka kroków do przodu i nie muszą przejmować się pionkami. Zająłem się wszystkim jeszcze zanim wyjechałeś z Dachu Świata. Nie pozostawiłem nic przypadkowi. Jako doświadczony żołnierz powinieneś to wiedzieć – nie można wygrać każdej bitwy. Czasami trzeba przegrać, pochylić czoło i wycofać się, zanim dojdzie do ostatecznej klęski.

– Ja się nie poddaję – szepnął namiestnik. – Zapłacisz za swoje zbrodnie. Nawet gdyby miała to być ostatnia z rzeczy, jakie uczynię na swej służbie.

– Poświęcenie godne świętego – w głosie mordercy nie słychać był szyderstwa. – Albo męczennika, co nie wyklucza pierwszego. Szkoda tylko, że obie z tych rzeczy pójdą na marne. Wielki Książę Anth-Dragoneth odejdzie i pozostawi nas w nieutulonym żalu. Cóż wtedy pocznie ta młoda i piękna dziewczyna? Przecież ona tak pragnie napełnić serce ojca dumą. Szkoda, doprawdy szkoda…

Namiestnik poczuł, jakby do gardła wlewano mu roztopiony ołów. Pragnął wyrwać ze swojej piersi krzyk, ale metaliczny posmak dusił słowa i ściskał za krtań.

– Nie… nie odważysz się – wydobył z gardła jedynie bezradne szepty. W zaledwie jednym uderzeniu serca, z żołnierza, namiestnika i bohatera Imperium stał się ojcem.

Bezsilnym ojcem, który nie mógł obronić jedynej córki.

– Tylko nie ona. Nie Ryanna.

Mrok nagrodził jego błagania cichym westchnieniem.

– Jest bardzo ładna – powiedział kapłan. – Podobna do matki, której nigdy nie zdołano przyprowadzić przed moje oblicze. Zresztą ja i tak wolę być ich pierwszym mężczyzną. Ból zawiera się w rozkoszy, a rozkosz w bólu – tak myślę. Może zanim zaprosze piękną Ryannę do swych komnat, pozwolę, aby zobaczyła jak spada głowa jej ojca. Nie wątpię, że odnalazłaby w moich ramionach należyte ukojenie późniejszego bólu.

Thelstan Anth-Dragoneth zdołał zerwać z gardła ołowianą obręcz.

– Zabiję cię, Wengercie, słyszysz? Zabiję cię sam, bez niczyjej pomocy, bez wyroku i zgody cesarza! Nie waż się jej tknąć – padł na kolana. – Nie dotykaj jej. Przysięgam, że nie wyjawię niczego. Tylko ją zostaw.

Przy drżącym ciele rozległ się ostatni z zimnych szeptów.

– Los twej córki zależy wyłącznie od ciebie, mości książę. Nie zerwę tego pięknego kwiatu, chociaż mam na to wielką ochotę. nauczyłem się jednak, że pragnienia i żądze muszą niekiedy ustąpić miejsca rzeczom ważniejszym. Twoja córka pozostanie u mnie do czasu, gdy wypełni się coś, większego niż jej dziewictwo i twoje próby oskarżeń. Zatrzymam ją jako zabezpieczenie, nieco trwalsze od takich przysiąg.

– Błagam…

am…, am…, am…, odpowiadało echo, po którym nastała martwa cisza.

– Błagam…

Jęki wypełniły głowę klęczącego mężczyzny bólem i oślepiającym światłem. Jak mógł być tak ślepy? Jak mógł myśleć, ze zdoła rzucić Arcykapłanowi Słońca otwarte wyzwanie? Żaden człowiek nie miał prawa wygrać w taki sposób. Powinien był uderzyć na samym początku, tuż po tym, gdy dowiedział się prawdy.

– Błagam…

Owionął go przeraźliwie zimy wiatr, który zdusił dalsze słowa i zmroził myśli. Mężczyzna niemal nie poczuł, gdy jego ciało zachwiało się i uderzyło o ziemię. Kiedy głowa zderzyła się z kamieniem, przywitał powrót ciemności jak starego przyjaciela.

 

* * *

 

– Ryanna…

Znał to imię. Nie wiedział skąd, ani do kogo należało, ale pamiętał je z czasów, gdy świat wyglądał zupełnie inaczej. Teraz tworzyły go jedynie dwie barwy; czerń, której fale uderzały w próbę odzyskania sił i biel, niosąca za każdym razem zapomnienie i sen. Chciał się im poddać, zapaść się w nieświadomość i odejść od natarczywego głosu, ale nie mógł tego zrobić. Ta biel nie była jego przyjacielem; towarzyszył jej chłód śmierci, który jedynie z początku dawał rozpalonemu ciału ukojenie. Potem zamieniał się w więzienie; ciasne, pozbawione uprzedniej troski okowy, które zaciskały się wokół gardła, głowy i piersi.

Musiał się uwolnić.

– Ryanna…

To jedno słowo miało siłę, jakiej on nie posiadał. Zrywało wszelkie więzy. Było drogowskazem i chociaż nie wiedział dokąd go zaprowadzi, chciał za nim iść. Przesuwał nogę za nogą, najpierw prawą, potem lewą, jedną za drugą, jak ślepiec, który nigdy nie był pewien następnego kroku. On był tym ślepcem. Nie widział celu, ale czuł, że jest on w tym imieniu. Ryanna. Nikła obietnica świadomości, zamykała się w jednym słowie.

– Ryanna…

Imię znaczyło więcej niż wszystko inne. No lodowym pustkowiu, gdzie każda z myśli zastygała zanim nabrała bardziej wyrazistego kształtu, ono jedno nie chciało się poddać.

I nie pozwalało poddać się jemu.

Zmuszało go do walki, do przeciwstawienia się mrozowi, zimnym wiatrom i śniegowi, ciągnęło go za sobą, gdy opadał z sił, nakazywało podnosić się po upadkach. Nie musiał się go obawiać, czuł, że nie zostawi go samego, że ocali go przed szalejącą śnieżycą i mrokiem. Mógł się go chwycić jak zbawiennej liny, która ratowała przed upadkiem w przepaść, czerpać ciepło niczym w wieczornym ognisku, opierać się jak na kawałku drewna, które pozwalało utrzymać się na powierzchni wzburzonego morza.

To słowo, to imię…

– Ryanna.

Jego córka.

 

* * *

 

Przez długie, wąskie okna w Sali Zgromadzeń, największej w rezydencji rodu Anth-Dragoneth, nie wlewało się światło, mimo, że nadal być dizeń. Tak przynajmniej wskazywała klepsydra, na którą padał blask pochodni. One jedyne rozbijały mrok i odsłaniały zacięte, ponure twarze.

Namiestnik cesarskiej stolicy, książę Thelstan Anth-Dragoneth zajął miejsce na podwyższeniu, na siedzeniu, które, zgodnie z tradycją, było mniejszą wersją Gwiezdnego Tronu. Wykuto je w czarnym kamieniu, pochodzącym z upadłej na ziemię gwiazdy, ale jego barwa i nieprzyjemny chłód przeczył bynajmniej niebiańskiemu pochodzeniu. Świat wokół blisko dwóch setek mężczyzn, którzy wypełniali salę, skurczył się do jej ścian i ogrodu wokół rezydencji, którego strzegła kolejna setka strażników.

Mimo tego żaden z nich nie odrywał dłoni od broni. Palce zaciskały się na rękojeściach mieczy, toporków i maczug, a rozbiegane spojrzenia starały się przeniknąć ciemność. Każdy ruch i każdy szelest mógł nieść za sobą zagrożenie, o czym wielu z nich przekonało się przez ostatnie dni.

Namiestnik nakazał jednak ograniczyć rozpalanie ognia do środka tej Sali. Wszędzie indziej panował mrok, bo książę Thelstan nie chciał, aby dowiedziano się, że zdołał przeżyć.

Przynajmniej na razie. Do chwili, w której zamierzał zrealizować swój plan.

– Miasto oszalało, mój panie – porucznik Anth-Ghinw złożył pierwszy meldunek. Jego głowę, podobnie jak głowy wielu innych strażników, obwiązano grubym płótnem. To z niego tworzono opatrunki dla mężczyzn, którzy próbowali strzec porządku.

Namiestnik powiódł dookoła wzrokiem. Nie miał wątpliwości, że jego ludzie spełnili swój obowiązek. Ponad dwustu z nich pozostało na zawsze na ulicach Starego Miasta, wszyscy pozostali nosili ślady swego poświęcenia; powgniatane napierśniki, rozcięcia na twarzach, ramionach i nogach, poszarpane pancerze, piętna zmęczenia, które wprawiało ciała w drżenie. Mógł być i był z nich dumny.

Ale wciąż potrzebował ich ofiary.

– Ludzie oszaleli – poprawił się porucznik Anth-Ghinw. – Ulice spływają krwią i to bez większych różnic. Giną zarówno szlachcice, jak i ubodzy, bogacze i żebracy, pielgrzymi i kurwy, mój panie. Wszyscy są owładnięci szaleństwem, które kryje się w ciemnościach. Mamy zbyt mało ludzi, a do tego świątynia…

Wśród zgromadzonych rozległy się pomruki gniewu. Dwieście głów podniosło się na dźwięk tego słowa, a pochodnie odsłoniły wyciąganą stal. Książę nie musiał pytać swojego porucznika o przyczynę takiego zachowania. Wiedział, że wielu strażników oddało swe życie w walce nie z ciemnością i oszalałymi ze strachu ludźmi, a z rycerzami Świątyni Słońca.

– Chyba nie możemy wygrać bitwy o to miasto – Merghas pochylił głowę, po czym się zatrząsł. Upadłby, gdyby nie pomoc jednego z podwładnych. Twarze obu mężczyzn miały barwę kredy i tylko oni wiedzieli, jak bardzo są wyczerpani.

Obaj przypominali też bardziej upiora, który siedział na tronie i oczekiwał od nich dalszego poświęcenia.

– Nie każda walka kończy się zwycięstwem, tak samo jak nie każda przegrana kończy walkę – powiedział wyczerpany książę. Znaleziono go zaledwie przed dwoma dniami, półświadomego i mamroczącego bez przerwy imię zaginionej córki. Jego ciało nosiło już ślady pierwszych odmrożeń, bo wraz z nastaniem ciemności do miasta powróciła zima.

Książę Thelstan przegonił słabość, która ponownie chciała objąć we władanie jego ciało. Przez kilkadziesiąt ostatnich klepsydr stoczył własną walkę i wciąż nie był pewien ostatecznego wyniku. Jego głowa przypominała rozbujany dzwon, w który uderzano bez przerwy i wytchnienia.

Mrok. Mrok ogarniał wszystko, a on musiał powstrzymać tego, który go sprowadził.

– Świątynia Słońca jest chroniona przez kilka chorągwi Darmheddinów – mówił dalej porucznik. – Wiemy, że Wielki Sędzia i pozostali Arcykapłani schronili się właśnie tam, ale to jeszcze nie wszystko – mężczyzna przerwał na chwilę. – W ich rękach znajduje się cesarz i większość seniorów Wielkich Rodów.

Wiadomość nie zaskoczyła namiestnika. Spodziewał się jej od samego początku, chociaż utrudniała i tak niełatwą misję. Świątynia porwała Imperatora, aby stanąć za nim jak za żywą tarczą. Nie wątpił, że jej słudzy zabiją Solmira Anth-Tharane z podobną łatwością, z jaką przychodziło im zabijanie mieszkańców miasta.

Dlatego nie mógł dłużej zwlekać.

– Musimy wypełnić nasz obowiązek – podnosił się z wysiłkiem. – Mamy strzec Miasta Tysiąca Wież i właśnie to będziemy czynić.

Zapadła krótka cisza, którą przerwał rumor odsuwanej ławy. Namiestnik spoglądał na twarz jednego ze swoich strażników; pokrytą dziesiątkami blizn i po raz pierwszy wyrażającą wątpliwość.

– Za pozwoleniem, wasza książęca mość – dziesiętnik Arachdan obrócił się do zebranych. – Czyż nie próbowaliśmy walczyć przez ostatnie dni? Czy otwarte starcie z Darmheddinami nie jest szaleństwem? Na ulicach przewyższają nas zarówno liczbą, jak i uzbrojeniem.

Odpowiadały mu zgodne pomruki, w których splatały się złość i gniew.

Książę Anth=Dragoneth szedł z podwyższenia i stanął tuż obok starego żołnierza.

– Nie przypominam sobie, aby sprawiało to nam kiedykolwiek trudność – jego stanowczość uciszyła tłum. – Nie po raz pierwszy przyjdzie nam stawić czoło silniejszemu przeciwnikowi. Nie jesteśmy już imperialnym legionem, ale Asunthar potrzebuje naszych mieczy jak nigdy dotąd. Ja nigdy nie przestanę mu służyć.

Tym razem nikt nie ośmielił się zmacić ciszy, jak zapadła po jego słowach.

– Chyba nie wątpicie dowódcy, który nigdy was nie zawiódł.

Poczuł ruch obok siebie i usłyszał szept, ściskający serce bólem.

– Nigdy w ciebie nie wątpiliśmy, panie – dziesiętnik Arachdan upadł na kolano i pochylił głowę. – Ale świątynia ma jeszcze jednego więźnia. Mówiłeś o niej przez cały czas. Ryanna. Twoja córka.

Książę Thelstan spojrzał na siwą głowę i przymknął oczy. Nie zapomniał o córce, nie mógł tego uczynić. Jej wspomnienie nie pozwoliło mu się poddać, gdy wracał ze świątynnego placu, przedierając się przez mróz, śnieg i ulice, pełne oszalałych bestii w ludzkiej skórze.

„…pragnienia muszą niekiedy ustąpić miejsca chłodnym ocenom” – słowa mordercy wpijały się w wyczerpany umysł i rozpalały go ogniem gniewu. Musiał się z nimi zgodzić. Z jednego powodu. Uwolnienie Ryanny z rąk Wielkiego Sędziego nie było dzisiaj możliwe. Nie wiedział, gdzie Wengert ukrył jego córkę, a nie mógł jej szukać, gdy ulice Thinarden spływały krwią. Jego powinnością była ochrona mieszkańców miasta i nie mógł porzucić tego zadania.

Nawet dla niej.

A może przede wszystkim dla niej?

– Ryanna Anth-Tharane nigdy nie wybaczyłaby, gdybym pozostawił niewinnych w rękach demonów i morderców – mówił do klęczącego Khaena, ale jego słowa słyszano w całej sali. – Dzień, w którym opuścił nas Iramos nie powinien stać się dniem, gdy porzucimy nasz obowiązek.

Obwiązane głowy odpowiadały mu skinieniami. Jego ludzie nie wątpili, byli gotowi raz jeszcze pójść na ulice, aby przelewać krew. W imię prawd, które Świątynia Słońca pogrzebała wraz z zejściem swego boga z błękitnego nieba.

– Podzielimy się na trzy grupy, każda po stu ludzi – książę Thelstan zaczął wyłuszczać swój plan. Nie wiedział, czy ma on wielkie szanse powodzenia, ale wolał zginąć w walce niż czekać. – Pierwsza spróbuje przedrzeć się do miejskiego garnizonu i uwolnić gwardzistów Imperatora. Branczarowie zwykli walczyć tylko na wezwanie cesarza, ale dzisiaj będzie musiało nam wystarczyć przekonanie ich dowódcy. Druga setka spróbuje przejść Zakrzywie i zdobyć dla nas Niską Bramę. Stamtąd będziemy mogli wysłać posłów do dowódców fortów na Śnieżnej Rzece i Orlej Strażnicy. To moi starzy przyjaciele i nie wątpię, że odpowiedzą na wezwanie – przerwał na chwilę. – Oba z tych zadań są trudne i mają niewielkie szanse powodzenia. Jeżeli którykolwiek z was chce zrezygnować, nie powie o tym, zanim wyruszycie.

Nikt nawet nie drgnął. Jego żołnierze wierzyli, a więc i on nie miał powodów, aby wątpić.

– Oddział, który ma przebić się prze Zakrzywie powinien składać się z najszybszych biegaczy – powiedział namiestnik. – Droga nie jest krótka, ale przy odrobinie szczęścia powinniście dotrzeć do pierwszego fortu, jeszcze przed jutrzejszym porankiem.

Ciemność za oknem nie zlękła się jego słów. Szydziła z nich, jakby będąc pewna, że jej panowanie jest wieczne.

– Jutro musi zaświecić słońce – powiedział namiestnik bez zbytniego przekonania i dodał natychmiast. – Jeżeli stałoby się jednak inaczej, w tamtejszych garnizonach są pochodnie, ogniowe świece, petardy i żywosmoła. Weźcie ze sobą wszystko, bo jedynie Iramoas wie, co będzie potrzebne.

Długa przemowa wyczerpywała nadwątlone siły, ale nie dane mu było jeszcze skończyć.

– A jakie zadanie stawiasz przed trzecim oddziałem, panie? – spytał porucznik Anth-Ghinw.

Namiestnik potoczył dookoła wzrokiem.

– Najprostsze – odparł. – Pozostali ruszą pod moim dowództwem na Świątynię Słońca. Zamierzam uwolnić cesarza i oskarżyć przed nim pewnego kapłana.

 

* * *

 

– Chyba się nam nie uda, mój książę – wychrypiał głos za jego plecami. – Nie mamy żadnych szans.

Thelstan Anth-Dragoneth nie odwrócił się do starego dziesiętnika. Nie mógł dłużej patrzeć w twarz człowieka, który po dziesięćkroć spłacił zaciągnięty niegdyś dług. Namiestnik tego nigdy nie oczekiwał, ale Khaen poprzysiągł mu służbę do śmierci i wszystko wskazywało na to, że niedługo dotrzyma słowa. Od nastanie wiecznej nocy walczył bez przerwy, niemal bez pożywienia i snu. Przyspieszony oddech i wyczuwalne w słowach zmęczenie zdradzało, że kres tej walki nieubłaganie zbliża się do niego.

Podobnie jak dla wszystkich pozostałych.

Z setki, która wyruszyła z rezydencji Anth-Tharane, przy księciu pozostała jedna trzecia. Reszta wykrwawiła się na ulicach, zamienionych w lodowe pustkowia i wypełnionych ludźmi, a raczej oszalałymi bestiami.

Ale to nie mieszkańcy miasta, ani rycerze świątyni byli najgorszymi przeciwnikami. Nie był nim również mróz i wiatr, którego wciekłe porywy starały się oderwać ciało od kości.

– Zebrały się tutaj chyba wszystkie demony Cienia – powiedział stary żołnierz, jakby odgadując książęce myśli. – Mogę mierzyć się ze wszystkim, co chodzi na dwóch i czterech nogach, a walczy stalą, zębami lub pazurami, ale starcie z demonami wykracza poza moje umiejętności. Na naszych mieczach nie ma świątynnych rytów, a zresztą nie bardzo wierzyłbym teraz w ich skuteczność.

Szare oczy dowódcy zwęziły się, próbując przebić wszechobecny mrok. Nie na wiele się to zdało, bo ciemność nie zdradzał żadnych tajemnic. Nie chciała powiedzieć, co tym razem w sobie ukryła i jakiej zażąda ofiary.

– Nie możemy się już cofnąć – wyszeptał w odpowiedzi.

– Nie o tym myślę, mój książę – rzucił dziesiętnik. – Mogę umrzeć, ale przed końcem chciałbym zobaczyć jak umiera Wielki Sędzia Wengert.

Ja również, pomyślał mężczyzna przed nim. Nawet nie wiesz jak bardzo tego pragnę. Zrobię wszystko, aby zanieść mu należną sprawiedliwość. Dla wszystkich jego ofiar, dla mojej Ryanny, dla ludzi, którzy umierają na tych ulicach, dla was, moich żołnierzy, którzy nie wahali się, aby oddać za to życie.

Przekroczę każdą z granic.

– Twoja rana znowu krwawi, książę – Khaen wyrównał krok i stanął tuż przy boku dowódcy.

Thelstan dotknął opatrunku na lewym ramieniu. Rzeczywiście, Płotno było lepkie i ciężkie od cieknącej krwi. Rana, zadana przez szpony N`hawy, demona o twarzy i wzroście dziecka, którego odesłał z powrotem do krainy Cienia.

– To nie takiego – odparł, próbując się uśmiechnąć. To sprawiło mu ból i otworzyło rozcięcie, które biegło przez połowę twarzy. Poczuł słony smak własnej krwi.

– Im jej więcej, tym więcej tych pomiotów – powiedział dziesiętnik. – Powinniśmy się zatrzymać i opatrzyć cię, zanim jej zapach ściągnie na nas kłopoty.

Namiestnik pokręcił głową.

– Nie mamy na to czasu – rzekł. – Każda chwila zwłoki zmniejsza nasze szanse – dodał, jakby nie pamiętając, od czego zaczęła się ta rozmowa.

Nie mieli szans. Wiedział o tym. Od świątyni dzieliło ich co najmniej kilkadziesiąt przecznic, zwały kamienia, ogień i wróg, który w każdej chwili mógł opuścić mrok.

– Kapłani nie chcą niczego pozostawić przypadkowi – powiedział bardziej do siebie niż od Khaena. – Prędko spostrzegli, że mają w mieście innego przeciwnika niż przerażeni i bezbronni ludzie.

Dziesiętnik zazgrzytał zębami.

– Nie sądziłem, że posuną się do otwarcia portali Nekromonu. Demonów nie można cały czas kontrolować. W końcu zwrócą się też przeciwko swoim panom.

– Wątpię – namiestnik przyspieszył kroku. Ciemność, w którą zanurzyli się przed paroma uderzeniami serca, budziła jego niepokój. – Demony karmią się strachem i krwią, a słudzy Iramosa zapewnili im wystarczająco dużo pożywienia. Dopóki na niebie rządzi mrok, będą posłuszne nowym panom.

Nie wiedział co stanie się później i nie chciał o tym myśleć. Nie spodziewał się, że świątynia ściągnie na ulice Thinarden sługi Cienia. Lata doświadczeń z bitewnych pól i walk z wrogami Imperium nie wystarczyły, aby domyślić się całej prawdy, mimo, że przez cały czas miał ją przed oczami.

Ciemność skrywała wszystko i udzielała fałszywych wskazówek. Jej słudzy, zarówno ci w cielesnych powłokach, jak i formach, tkanych szarą mgłą, zdołali odwrócić wyroki Iramosa. Słoneczny Bóg przed tysiącami lat zamknął portale podziemnego świata i pozostawił na ich straży ludzi, którzy mieli go nigdy nie zdradzić.

Pomylił się.

Szybko znaleźli się tacy, którzy zbuntowali się przeciwko jego prawom. Nekromanci próbowali odwrócić wyroki Słonecznego Boga i znaleźć sposób na stworzenie przejść pomiędzy Powierzchnią, czyli ich światem, a niezliczonymi domenami Cieni. Ich magia, zakazana stosem świątyni, nadawała moc kościom zmarłych, zamieniając duchy zmarłych w ciągle głodne demony. Przywołane duchy były jednak słabe i nie mogły długo przebywać w świecie żywych.

Tym bardziej, że kapłani Iramosa polowali na nie bez wytchnienia.

Nekromanci zdołali jednak odkryć jeszcze silniejszą magię i wyglądało na to, że to właśnie jej użyto na ulicach Thinarden. Ofiary z żywych służyły do zbudzenia zmarłych i podporządkowania ich woli nowych panów.

Tych, którzy przysięgali chronić ludzi przed demonami.

– Im więcej krwi na ulicach, tym silniejsze jest Przywołanie – powiedział namiestnik. – Za parę klepsydr tymi ulicami będą rządzić wyłącznie demony, a potem…

Nie dokończył. Nie musiał tego robić. Obaj mężczyźni wiedzieli, co stanie się , jeżeli nie zdołają przerwać rytuałów świątyni.

– Musimy się spieszyć – zdecydowany głos przeciął wszystkie rozterki.

Nie było już na nie czasu.

Khaen Arachdan tylko skinął głową. On również czuł, że nie mogą dalej zwlekać. Mimo malejących sił, mimo zmęczenia i przeciwnika, któremu mogli przeciwstawić jedynie swoją odwagę, musieli ruszać.

Krótkie gesty i ruchy dłoni zastąpiły komendy szybszego marszu. Ludzie strzepywali z pancerzy śnieg, przecierali oczy i zmuszali obolałe ciała do jeszcze jednego wysiłku. W ciemnościach nie słychać było żadnego głosu sprzeciwu, żadnych narzekań, czy zwątpienia. Jedynie coraz szybsze oddechy tych, którzy przysięgli służyć swemu imperium.

I dowódcy, który wiódł ich w coraz gęstszy mrok.

Namiestnik przebiegł na drugą stronę ulicy. Kiedy przywarł do muru wysokiej wieży, przeżartej w połowie przez twardy lód, poczuł jak jego ciało zaczyna się trząść. Zastygła krew niechętnie poddawała się kolejnemu wysiłkowi, nie chciała rozgrzewać skostniałych kończyn. Mężczyzna wyciągnął przed siebie dłonie i kilkukrotnie zgiął i rozprostował palce. Kątem oka zobaczył też, ze to samo czyni wielu z jego podwładnych. Nikt nie chciał, aby zziębnięte ręce odmówiły im posłuszeństwa w najmniej odpowiedniej chwili.

Wyciągnął krótki miecz, na którego ostrzu wciąż znajdowały się ślady ostatniej ze stoczonych walk. Wątpił, aby czarna krew demona zdążyła okrzepnąć. Nie wycierał jednak ciężkiej stali. Ograniczył się do zrzucenia śniegu, którego płaty pokrywały szeroką tarczę w lewej ręce. Oba ciężary mocno dały się we znaki ramionom, ale nie mógł ich jeszcze odłożyć. Tej nocy, wiecznej ciemności, po dwakroć uratowały mu już życie i nie wątpił, że zrobią to ponownie.

 Poza tym, gladius i tarcza legionów były wszystkim, co czyniło z nich żołnierzy. Wierne, nie poddające się sługi Imperium Nigdy Nie Zachodzącego Słońca.

Jakby na zaprzeczenie wypowiedzianych w duchu słów, to ciemność wydała z siebie przeciągły jęk.

– Na końcu ulicy – szept Khaena zabrzmiał jak krzyk.

Namiestnik wytężył wzrok, ale nie dostrzegł niczego. Mrok nie odkrywał niczego; tylko noc, która zalegała przed nimi jak rozpostarta czarna tkanina.

Jednak nawet ona nie mogła stłumić skargi śniegu, który skrzypiał pod ciężarem kilkudziesięciu nóg.

– Demony?

– Nie, nie sądzę – szepnął dziesiętnik. – Ich nie byłoby słychać.

Książę zgodził się ze starym żołnierzem, lecz nie odłożył miecza. Mogli natknąć się na Darmheddinów, a to także oznaczało pojedynek na śmierć i życie.

– Regularny oddział?

Khaen wsłuchiwał się w coraz bliższe skrzypnięcia.

Pokręcił głową.

– Nie idą marszem – mruknął. – To jacyś uciekinierzy, albo kolejna z band. Skradają się tak samo jak my.

A więc teraz zostaliśmy bandą, pomyślał ze smutkiem i gniewem książę. Ze wszystkich przeciwników, z którymi przyszło im się tej nocy zmierzyć, zbrojne watahy były najmniejszym zmartwieniem.

Ale budziły też wściekłość. Szczury, które wyszły tej nocy ze swoich legowisk, nie baczyły na zagrożenie. Ich pragnienia nie różniły się też zbytnio od pragnień kapłanów i przyzwanych z Cienia demonów.

Każdy chciał stać się bogiem na ulicach tego miasta. Każdy polował na przerażonych ludzi i nie miał w swoim sercu litości.

Oni także jej nie będą mieli.

– Sformować półkole, tarcze na ziemi i czekać – rozkaz wypowiedziany szeptem wypełniono niemal bezszelestnie. Wkrótce na całej ulicy stanął opancerzony łuk.

Książę stanął przed nim i ścisnął mocniej tarczę. Skrzypnięcia dobiegały już z odległości kilkunastu kroków i wiedział, że za chwilę śnieg nakarmi się krwią.

Hałas był coraz większy. Spośród odgłosów kroków wyławiał już pojedyncze głosy. Głownie jęki, skargi i prośby o zmiłowanie.

Nie będą ich mieli.

– Schować miecze! – usłyszał własny głos. Ciemność przerzedziła się na tyle, że zobaczył wroga.

Na środku ulicy stało kilkadziesiąt postaci w obszarpanych ubraniach. Większość z nich sięgała mu do pasa, a po zatrzymaniu upadała w śnieg.

Książę pierwszy odrzucił tarczę i miecz. W jego ramiona wpadł chłopiec, który mógł mieć nie więcej niż siedem lat. Przerażony malec zadrżał i spróbował się wyrwać, ale dłonie mężczyzny trzymały mocno. Namiestnik poczuł, jak przez skórę zbroi przebija się bicie oszalałego ze strachu serca.

– Już dobrze, dobrze! – zębami ściągnął jedną z rękawic. Nie chciał dodatkowo straszyć chłopca, a skorupa zakrzepłej krwi z pewnością by to uczyniła.

– Już dobrze – powtórzył cicho i przytulił twarz do małej główki. – Nikt cię nie skrzywdzi.

Jego ludzie łamali szyk i wychodzili naprzeciw idących. Z ciemności wyłaniały się jedynie kobiety i dzieci. Głownie dzieci, których bose i zakrwawione nogi brnęły po kolana w śniegu.

– Pomóżcie nam! – wyszeptywał mrok.

Strażnicy nie zwlekali dłużej. Miecze i tarcze, przygotowane do walki, rzucano na ziemię, aby uwolnić ręce. Mężczyźni pomagali dzieciom pokonać ostatnie metry, zrywali płaszcze, aby ogrzać półnagie ciała. Uczestnicy pochodu mieli na sobie jedynie lniane koszule, co przypomniało namiestnikowi Procesję Światła.

Tutaj wysłano ich na marsz mroku. W śnieg, gdzie czekała na nich okrutna śmierć z chłodu i wyczerpania.

– Musimy rozpalić ogień – rozkazał Khaenowi.

Sam ściągnął wełniany płaszcz, aby ochronić chłopca przed zimnem. Malec nie walczył już i nie chciał się uwolnić. Zaufał mu, przylegając drobnym ciałem do pancerza.

– Zaraz zrobi ci się cieplej.

W odpowiedzi usłyszał cichy chichot. Spróbował odsunąć chłopca od siebie, ale zdziwiony spostrzegł, ze nie może tego uczynić. Szczupłe ręce zacisnęły się wokół niego jak kleszcze, a drobna postać śmiała się coraz głośniej.

Z mroku dobiegały podobne odgłosy. Chichot mieszał się w nich ze zdumieniem i przestrachem. Namiestnik ponowił próbę oderwania od siebie przerażonego chłopca.

Poczuł lodowaty powiew, który musnął jego szyję i uderzył w twarz trupim odorem.

– To demony! – dobiegło spóźnione ostrzeżenie.

Zęby chłopca wbiły się w książęcy kark i wyszarpały z niego kawałek mięsa. Mężczyzna krzyknął z bólu i odrzucił od siebie demona. Poczuł, że drobne i bezsilne do tej pory ciało twardnieje, a z jego pleców wyrasta grzebieniasty garb. Na jego końcu pojawił się długi ogon, którego uderzenie posłało próbującego wstać namiestnika z powrotem na ziemię.

N`hawa, pomyślał Thelstan, gdy usłyszał nad swoją głową piskliwy skrzek. Demon rzucił się na jego plecy i zatopił żeby w karku, sprawiając, że okoliczny świat eksplodował bólem. Mężczyzna przetoczył się po śniegu, zostawił na nim szeroki ślad krwi, ale ostre zęby wbiły się tylko mocniej. Demon szarpał podłużnym pyskiem i zatapiał je coraz głębiej.

Zaraz mnie zabije, do zamroczonego bólem umysłu dotarła jaśniejsza myśl. Książę raz jeszcze przetoczył się i usłyszał kolejny pisk. Uwolnił się, lecz przed ucieczką demon wyrwał mu jeszcze kawałek ciała. W plecach widniała już spora dziura, a płynąca przez nią krew zdradzała, że jeśli ta walka potrwa dłużej, to nie Thelstan Anth-Dragoneth będzie jej zwycięzcą.

Dookoła toczyły się podobne pojedynki. Strażnicy mierzyli się z czymś, co przed kilkoma uderzeniami serca przypominało wystraszone kobiety i dzieci. Ręce, które jeszcze przed chwilą tuliły się do ciał mężczyzn, wydłużyły się i kończyły ostrymi szponami. Plecy, drżące z zimna i strachu wyginały się w łuki, a białą skórę przecinały wystające kolce. Znikły te ż przerażone oblicza, a łzy staczały się z gadzich pysków. Ze spłaszczonych szczęk błyskały ostre zęby, gotowe rozrywać gardła i wytaczać krew. Zaskoczeni atakiem strażnicy nie odpowiedzieli od razu; ich krzyki niosły się po całej alei.

Potem zaległa cisza, z rzadka przerywana tylko ostatnią skargą, charczeniem lub piskiem i skrzekiem. Ludzie walczyli gołymi rękami, niewielu zdołało sięgnąć po odrzuconą wcześniej broń. Śmiertelne zapasy toczyły się na całej szerokości alei, w całkowitym mroku, gdzie tylko ciemniejszy cień oznaczał obecność przeciwnika.

Namiestnik rozglądał się za czymś, co wziął za wystraszonego chłopca. Przez cały czas czuł jak wielka była jego pomyłka. Rana na plecach krwawiła coraz mocniej, zaczynał słabnąć, a przed oczami tańczyły już czarne plamy. Wyciągnięta na oślep ręka odnalazła miecz, ale demon uciekł i przyczaił się w mroku.

Mężczyzna wyprostował nogi i podjął próbę zrobienia kilku kroków. W ostatniej chwili dostrzegł, jak ciemność po jego lewej stronie gęstnieje, aby uwolnić niewysoki kształt. Z postaci chłopca pozostał jedynie wzrost, bo n`hawa dokonała całkowitego przekształcenia i w niczym nie przypominała już człowieka. Skoczyła, odbijając się z tylnych łap, które zatapiały się w śniegu trzema zakrzywionymi pazurami. Na przednich widniały dobrze znane księciu szpony, które uderzyły go w bok i twarz. Poczuł się, jakby smagnięto go ognistym biczem, a ból odrzucił go do tyłu.

To uratowało go przed kolejnym ciosem długiego ogona. Rozwścieczony niepowodzeniem demon skoczył ponownie, ale teraz nie zaskoczył księcia. Mężczyzna ciął na ukos i nawet szybkość, z jaką demon zrobił unik nie uratowała go przed uderzeniem. Gniewny pisk oznaczał pierwszą ranę, która naznaczyła śnieg krwią o barwie smoły. Sługa Cienia musiał ratować się ucieczką, bo namiestnik poderwał miecz do góry.

Mrok z powrotem zapewnił mu schronienie, lecz demon poczuł, że tak łatwo nie wygra tego starcia. Zatoczył koło i spróbował skoczyć na plecy mężczyzny. Nadal był zwinny i niebezpieczny jak wąż, jednak namiestnik przygotował się na jego atak. Gwałtowny zwrot ciała pozwolił bestii przelecieć w powietrzu, a gdy demon wyrównał się z nim, ciał na odlew.

Gadzia głowa spadła wraz ze strumieniem smołopodobnej krwi. W twarz księcia uderzył obłok czarnej i gryzącej mgły, a krzyk, przypominający do złudzenia płacz dziecka, oznajmił koniec pojedynku.

Walka kończyła się również w innych częściach lodowej alei. Strażnicy podnosili się z kolan, powietrze przecinały piski odsyłanych demonów. Książę i jego ludzie wiedzieli, ze bestie powrócą, ale mieli nadzieję, że nie nastąpi to zbyt szybko.

Thelstan Anth-Dragoneth dopiero starz mógł ocenić, ile kosztowała go ta wygrana. Oprócz własnych ran: dziury w plecach wielkości pięści, rozerwanego policzka i złamanych dwóch, lub trzech żeber, zobaczył, że blisko jedna druga jego ludzi nie podnosi się już ziemi.

Przymknął oczy i wyszeptał kilka słów modlitwy. Wątpił, czy dotrze ona do właściwego boga, bo wyglądało na to, że Iramos zapomniał o swoich prawdziwych sługach.

Tak to już bywało z bogami.

– Nazwałbym to szaleństwem, ale myślę, że jego granicę już dawno przekroczyliśmy – stęknał Khaen. Dziesiętnik, kulejąc, zbliżył się do księcia.

– Trzynastu – zameldował. – Zostało nas trzynastu. Zupełnie jak w starych legendach, tylko obawiam się, że tej nocy Iramos nie stąpi na ziemię, aby nas ratować.

Namiestnik otworzył szerzej oczy.

– W każdej z legend kryje się ziarno prawdy – odparł. – Mój przodek był jednym z trzynastu, którzy otrzymali pomoc od Słonecznego Boga.

– No to zacznijmy się lepiej modlić, bo chyba nic innego nam nie pozostało.

Obaj mężczyźni uśmiechnęli się, po czym ruszyli w stronę szczeliny, jaka widniała w lodzie. Któryś ze strażników skrzesał pochodnię, nie bacząc, że jej światło może sprowadzić kolejne demony. Książę nie kazał mu jej jednak zgasić. Potrzebowali chwili odpoczynku i jednego, może dwóch cudów.

Niestety musieli zadowolić się zaułkiem, zamienionym przez lód w niewielką jaskinię. Strażnicy otoczyli księcia kołem. Ich twarze, po raz pierwszy, wypełniał strach.

– Nie możemy iść dalej – powiedział jeden z nich.

– I nie możemy tutaj zostać – dodał drugi.

– Umrzemy. Wszyscy – trzeci z głosów stopił się z odgłosami kopyt, które miażdżyły zamarznięty śnieg.

Obie strony alei rozświetlało coraz mocniejsze światło. Jeźdźcy, kilkudziesięciu jeźdźców zbliżało się, nie spiesząc. Na ich przedzie jechał ktoś, na kogo widok miecz namiestnika zaczął unosić się w górę.

Thelstan Anth-Dragoneth zrobił krok do przodu. Wycelował miecz w ciemniejącą plamę szkarłatu. Dostrzegł, że jego dłoń drży, jakby wierna stal zdradziła go i ważyła dziesięć razy więcej.

– Wspaniała walka, warta pieśni – rozległ się głos, zimniejszy niż lód. – Ale teraz odłóżcie broń. Mrok jeszcze zdąży przyjąć waszą ofiarę.

 

* * *

 

Piski i chroboty sprawiły, że rzucił się w ich stronę z rozcapierzonymi palcami. Właściciel pazurów, które drapały po murze w poszukiwaniu drogi ucieczki, nie zamierzał mu jednak ułatwiać zadania. Wykrzesał z wychudzonego ciała energię potrzebną do biegu i przemknął pod ścianą na drugi koniec celi. Zawieszony wysoko kaganek nie dawał zbyt wiele światła; w ciemności widać było jedynie dwa maleńkie paciorki, które błyszczały jak dwie czarne łzy. Szczurze oczka popatrzyły przez chwilę na wysiłki człowieka, a długie siwe wąsy poruszyły się , gdy ich właściciel odwrócił pyszczek.

– To nie ma sensu – mężczyzna w łachmanach osunął się pod ścianą.

Tracił siły na starcie z tym przeklętym szczurem, a przecież będzie ich jeszcze potrzebował. Ze smrodu, który stało się jego niewidzialnym towarzyszem, wnioskował, że w jego rany wdało się zakażenie. Najmniejszy dotyk sprawiał mu ból; przez rozpalone ciało raz po raz przechodziły fale gorąca i zimna. Nie wiedział już, co jest gorsze: pocić się i tracić jeszcze więcej sił, czy drżeć jak w febrze i bezwolnie wyczekiwać nadciągającego końca. Rany po ukąszeniach demona piekły, jakby przypalano je ogniem, czuł, że ropieją się i jątrzą. Ktoś chyba próbował je opatrzyć, nawet nasączył płótno jakimiś ziołami, ale wywar wysechł, a opatrunek zamienił się w cuchnącą skorupę.

Śmierć toczyła z nim pojedynek i to nie on był w nim górą.

A przecież musiał żyć.

Musiał żyć dla wszystkich, których zawiódł: dla swojej córki, dla żołnierzy, których powiódł na pewną śmierć, dla mieszkańców miasta, pogrążonego w wiecznym mroku, dla cesarza, którego słabość sprowadziła to wszystko. Musiał żyć, aby ukarać mordercę w szatach Arcykapłana, musiał zapłacić Wengertowi za wszystkie zbrodnie, za zdradę, za żądzę, która pogrążyła Miasto Tysiąca Wież w szaleństwie i otworzyła jego bramy przed demonami Cienia. Musiał żyć.

I złapać tego cholernego szczura.

Rozgorączkowane spojrzenie powędrowało w ślad za gryzoniem, który czaił się po drugiej stronie celi. Szczur nie kwapił się do opuszczenia schronienia. Wiedział już, że ma do czynienia z przeciwnikiem groźniejszym niż jego wcześniejsze ofiary. W odróżnieniu od tych, którzy zostawiali mu jedynie swoje ciała, ten mężczyzna miał w sobie wolę walki. Wywabił go z tunelu, gdzie zazwyczaj czekał aż mieszkańcy celi zaczerpną swój ostatni oddech, a teraz, jedyną drogę ucieczki zastawiało wiadro. Przeszkoda na drodze do odzyskania wolności, sączącej się ze szczeliny w czarnym kamieniu.

Tak blisko, a zarazem daleko.

Mężczyzna w łachmanach skoczył w jego stronę bez żadnego sygnału. Ataku nie poprzedziło drgnięcie ramion, czy przesunięcie stóp. Był niemal martwy, a ożył. Poruszał się jak kot z Wieży Ślepców, najgroźniejszy z jego wrogów. Nie przeszkadzały mu nierówności posadzki, gdzie każdy krok kończył się wstrząsem i ogniem, na nowo rozpalonym w ranach. Rozcięcia na barkach, plecach i twarzy zakrzyknęły jednym głosem, jakby domagając się łaski.

Ale mężczyzna nie chciał jej okazywać. Nie odnajdywał miłosierdzia ani dla siebie, ani dla starego szczura. Leżał pod ścianą, wydając z siebie ciche jęki. Znowu zawiódł, bo cień gryzonia przesunął się na drugi koniec celi. Mężczyzna obserwował przeciwnika spod przymkniętych powiek. Obaj wiedzieli, że to jeszcze nie koniec, ale każdy potrzebował chwilę czasu na odpoczynek.

Żołądkiem mężczyzny w łachmanach targały mdłości. Miał wrażenie, że ktoś zaciska w nim niezwykle ciasny supeł, ale nie otwierał ust. Nie miał już czego zwrócić; resztki ostatniego posiłku rozlewały się kałużą żółci w miejscu, gdzie zwymiotował je, aby zwabić szczura.

Opanował także i tę słabość. Podniósł się na kolana i podczołgał do wiadra, które cuchnęło chyba gorzej niż on sam. Musiał sprawdzić, czy przypadkiem nie przesunęło się i nie ofiarowało gryzoniowi szansy, jakiej nie zamierzał mu ofiarować.

– Jeden z nas zostanie tutaj na zawsze – wyszeptał do pary lśniących w ciemności oczek.

A może zostaniemy tutaj obaj, dodał w myślach. Nadal nie wiedział, co zamierza zrobić z nim Wielki Łowczy.

Palce mężczyzny przesunęły się po ogniwach łańcucha, który pozostawiono mu w słowach szyderstwa. Wydawało mu się, że od dnia, kiedy odebrał go z rąk cesarza minęły wieki. Czuł się jak starzec, którego u kresu życia dogoniły wspomnienia.

Zadrżał i chwycił mocniej za dwa skrzyżowane miecze. Może i był to kres jego życia, ale z całą pewnością nie dojdzie do tego w tej celi. Miał przed sobą jeszcze jedno zadanie i tym razem nie mógł zawieść.

Palce wyczuły zapadkę, pod którą ukrył narzędzie zemsty. Oręż, którego nie odważyłby się nigdy wcześniej użyć; sześć maleńkich kości, pokrytych rzędami runów Przywołania. Sięgnie po nie, gdy zwiedzie go wszystko inne.

Czyli już niedługo.

Na razie jednak musiał upolować tego przeklętego szczura. Potrzebował ofiary z jego krwi, daru życia, który miał spłacić długi Wengerta Anth-Ylfthara.

– Ofiara z życia zwraca życie – popękane wargi wydały z siebie ciche tchnienie. Słowa należały do rytuału, który liczył sobie tysiące lat i był zakazany w całym imperium. Jeszcze przed kilkoma dniami za samo ich wymówienie groził stos, a chęć przywołania zmarłej duszy mogła kosztować śmiałka coś o wiele gorszego. Jego dusza mogła zostać zesłana do Nekromonu, krainy upadłych, gdzie cień wypaczyłby ją i zmienił w nienasyconego demona.

Mężczyzna poczuł przypływ nowych sił. Myśl o tym, że kapłan zginie od własnej broni, wydawała się należytą zapłatą. Morderca nigdy nie odkupi swoich win, ale jego cierpienia zadość uczyni przynajmniej ostatniej z ofiar.

Zastygł i wsłuchał się w ciszę. Na początku nie dobiegało do niego nic więcej oprócz słabego bicia serca. W jego piersi wciąż tliło się życie; marszowy krok kolejnego oddechu.

Raz, dwa, raz, dwa… głuche odgłosy odbijały się od ścian umysłu, który zamknął przed wszystkim innym. Wyrzucił stamtąd pozostałe myśli, pozostawiając pustkę. Liczyła się tylko zamknięta przestrzeń tej celi i dwa, uwięzione w niej istnienia. Dźwięk pierwszego z nich rozchodził się w nicości, która uwolniła odgłos drugiego.

Drapanie kamienia i czujne drgnięcia źrenic, które zarazem szukały drogi ucieczki i pilnowały śpiącego człowieka. Być może przeciwnik stracił już siły, ale szczur nie chciał ryzykować. Coś nadal ostrzegało go przed leżącym bezwładnie ciałem. Ich pojedynek trwał przez długie klepsydry i zdążył poznać fortele wroga.

Powoli nabierał jednak pewności. Pierś człowieka nie unosiła się już w oddechu, zwiotczałe ciało wydawało się stracić ostatnią iskrę woli. Zaciekawiony szczur opuścił schronienie i ruszył do przodu. Być może wygrał i to starcie.

Przesuwał się w stronę leżącego mężczyzny z coraz większym przekonaniem. Był głodny, a człowiek przed nim, chociaż wychudzony i ranny, wciąż stanowił zdobycz, jakiej nie mógł odrzucić. Poza tym tylko on dzielił go od odzyskania wolności. Czarne oczy dostrzegły, ze wiadro, które uwięziło go w tej celi, odsunęło się wraz z upadkiem mężczyzny.

Zanim spostrzegł swój błąd, było zbyt późno. Pozornie zastygły posąg ożył i rzucił się na niego z szybkością błyskawicy. Jedno uderzenie sprawiło, że znalazł się w uścisku niezwykle silnych palców.

Szczur zatopił zęby w miękkiej skórze, ale mężczyzna nie zwrócił uwagi na ból. Właściwie go nie czuł, wciąż pozostawał w pustce, która oddała tylko kilka słów.

– Śmierć w walce nie przynosi ujmy.

Szybkie ruch dłoni skręcił szczurowi kark. Mężczyzna podniósł truchło do ust i rozerwał futro. Poczuł smak krwi, który ponownie sprowadził falę torsji.

To już nie miało znaczenia.

Miał narzędzie zemsty. Mogli razem wyruszyć na spotkanie śmierci.

 

* * *

 

Przyprowadzono go do komnaty jako ostatniego. Pozostali już tu byli i nie musiał się zastanawiać nad powodem, dzięki któremu zachował życie. Na posadzce ogromnej sali spoczywało dwanaście nieruchomych ciał, ułożonych dookoła wyrytego w kamieniu portalu. Mężczyzna nie wiedział, dokąd prowadzi nieaktywne jeszcze przejście i niewiele go to obchodziło. Najważniejsze było, że po drugiej stronie sali dostrzegł człowieka, któremu poprzysiągł zemstę.

Na wyczerpanym obliczu pojawił się ostatni z uśmiechów; nie zdołał ustrzec przed Wengertem córki i niedługo się z nią połączy, ale zrobi wszytko, aby nie odeszli stad sami.

Rozejrzał się dookoła, po okrągłych ścianach, gdzie w licznych wnękach paliło się czerwonawe światło. Było go wiele, lecz mimo tego w sali panował półmrok. Barwa cienia, gdzie kapłanowi udawało się przez lata skrywać swe zbrodnie. Mężczyzna, który w innym już życiu, był namiestnikiem cesarza, odkrył tajemnicę mordercy i szedł na spotkanie z nim, aby poddać go osądowi.

Światło rozchodziło się z kryształów, które wysuwały się w takt ich kroków. Krwisty blask rozchodził się falą i uciekał do góry, wprost w ciemność, która wisiała nad ich głowami.

Namiestnik opuścił głowę. Mrok nad nią odbierał mu odwagę, a będzie jej potrzebował. Jego oczy spoglądały na posadzkę, która zwężała się do środka, do wnętrza portalu. Dostrzegł, że od wnęk z leżącymi ciałami odchodzą wąskie kanaliki. Posadzka musiała pełnić rolę jakiegoś ołtarza, chociaż nie chciał poznawać boga, któremu oddawała cześć. Tymi kanalikami niedługo spłynie krew, dzięki której świątynni zdrajcy obudzą swego pana, jednak on zrobi wszystko, aby chociaż jeden z nich nie doczekał tej chwili.

– Na kolana, psie! – rzucił chrapliwy głos strażnika. Czterech Darmheddinów strzegło go, jakby nie stracił dawnych sił. Książę wątpił, aby mógł się zmierzyć choćby z jednym z nich, ale rycerze nie zamierzali ryzykować.

Mimo tego nie usłuchał rozkazu.

– Na kolana! – powtórzył strażnik, po czym zakuta w stal pięść uderzyła go w plecy.

Thelstan Anth-Dragoneth poczuł jak z piersi ucieka mu oddech. Nogi ugięły się pod nim i chociaż próbował zmusić je do posłuszeństwa, przyklęknął. Nie wstał już. Ręce strażników przycisnęły mu ramiona i nakazały pozostać w służalczej pozycji.

– Nadal próbujesz walczyć? – dobiegł go cichy głos kapłana. – Zaiste jesteś odważnym człowiekiem. Ktoś taki jak ty będzie dobrze służył mojemu panu.

Książę podniósł głowę. Patrzył na Wielkiego Łowczego, który stąpał ku niemu jak kot.

Bardzo tłusty i wredny kot.

– Zostawcie nas samych! – polecił strażnikom.

Książę poczuł jak uścisk na jego ramionach słabnie. Rycerze oddalili się, ale niezbyt daleko, bo wciąż wyczuwał ich złowrogą obecność.

A więc jednak nadal się go obawiają, pomyślał, nie bez satysfakcji. Cały czas uważali go za kogoś groźnego. Mimo złamania woli torturami, mimo ran i wyczerpania, jakie przyszło po pobycie w ciemnicy.

Wciąż rządził nimi strach. To dlatego armia cesarza nigdy nie miała z nich wielkiego pożytku. Potrafili jedynie wyrzynać bezbronne wsie i miasta.

– Po raz kolejny jesteś na kolanach, Thelstanie Anth-Dragoneth – kapłan stanął w odległości, która nie pozwalała go dosięgnąć. Ochronę przed klęczącym mężczyzną miała mu dodatkowo zapewniać szata, której krój i wszyte w złotogłowie blachy zamieniały w bojowy pancerz.

On też odczuwał strach. Nie umiał się do niego przyznać, wypierał taką myśl z triumfującego umysłu, ale bał się gniewu byłego namiestnika.

– Gdzie jest moja córka? – spytał Thelstan. – Co z nią zrobiłaś, bestio?

Kapłan drgnął, a przez nalana twarz przebiegł grymas gniewu. Chociaż mężczyzna przed nim klęczał i za kilka chwil miał oddać życie, wciąż nie pozbył się buty. Miał czelność rzucać mu wyzwanie, jakby zachowywał dawne prawa.

– To zaprawdę godne  podziwu – taka troska  – wycedził przez zaciśnięte wargi. – Ojciec, który ponad własne istnienie przenosi oddech córki. Przecież jej los nie powinien mieć już dla ciebie żadnego znaczenia.

– Ty tego nigdy nie zrozumiesz – odparł namiestnik i po raz pierwszy spojrzał w czarne źrenice. – Nigdy nie zaznasz choćby cienia tego, co odbierałeś innym.

Dostrzegł, ze twarz kapłana stężała w źle skrywanym gniewie. Chciał go sprowokować, zmusić do błędu, do odsłonięcia się i zyskania szansy, na którą czekał.

Wengert opanował się jednak, a na martwe oblicze powrócił uśmiech.

– Miłość – rzucił słowem jak obelgą. – Uczucie słabych i ułomnych. Uczucie ludzi, które daje im siłę i zarazem sprowadza największą słabość. Coś, co zawsze można przeciwko nim wykorzystać, tak jak ja wykorzystałem twoją córkę.

Kapłan urwał, chcąc dojrzeć w klęczącym posągu żywszą reakcję. Szukał rozpaczy, smutku, gniewu, może nienawiści, ale otrzymał jedynie obojętność. Namiestnik zakrył swoje uczucia i odsłaniał przed nim jedynie pustkę.

– Nie pragniesz odpowiedzi na inne pytania? – zaciekawił się kapłan. – Nie chcesz wiedzieć, dale czego jeszcze żyjesz?

Mężczyzna dopiero teraz zachwiał się i musiał podeprzeć, aby nie upaść na kapłanem na twarz. Wyprostowywał się z wysiłkiem.  Siły opuszczały go szybciej niż myślał. Jeżeli miał doprowadzić swoją sprawę do końca musiał się spieszyć.

Ale najpierw musiał poznać prawdę.

– Los mojej córki jest ważniejszy od wszystkich pytań – wyszeptał. – Poza tym wątpię, czy powiedziałbyś mi prawdę.

– Dlaczego? – kapłan uniósł brwi. – I tak umrzesz, więc nie robi mi różnicy, co usłyszysz przed śmiercią. Nie zdołasz tego wykorzystać.

Namiestnik pokręcił głową.

– Nie obchodzi mnie twoja prawda – rzekł. – Powiedz tylko, co zrobiłeś z Ryanną, a potem możesz mnie zabić.

Wielki Łowczy nagrodził go grymasem, po którym sięgnął za poły swej szaty. Wyciągnął stamtąd srebrny łańcuszek i rzucił z pogardą pod nogi namiestnika.

– Nie mam nawet zamiaru zrozumieć takiej słabości – zaśmiał się głucho. – Uczucie, które nakazuje przekładać cudze życie nad własne…

– To skarb, którego nie nigdy odkryjesz – przerwał mu namiestnik. Mężczyzna schylił się po łańcuszek i mimo bólu, jaki rozrywał mu serce, zamknął go w dłoni.

Małe ogniwa wżynały się w skórę, przypominając o chwili, kiedy wręczał je Ryannie. Nie obdarzył ją zbyt wieloma prezentami, Nie chciał jej rozpieszczać, a teraz tego żałował.

Tego i tysiąca innych rzeczy, których nie zdoła już jej ani dać, ani powiedzieć.

– Powtarzanie prawd, w które wierzysz, nie zdoła wzbudzić mego gniewu – kapłan nie przestawał się napawać jego cierpieniem. – Twoja miłość potrafi cię jedynie rzucać na kolana, a i tak nie pozwoliła na dochowanie przysięgi. To sprzeczność, jakiej nie mam zamiaru zaznawać.

– Pusty jak wydrążony pień, zimny jak lód, twardy jak kamień…

– O nie! – kapłan zrobił krok do przodu. Jeszcze dwa, lub trzy metry, a znajdzie się w zasięgu jego ramion.

Spostrzegł to zanim zdążył popełnić kolejny błąd. Cofnął się i syknął.

– Mylisz się, mój książę i nawet nie wiesz jak bardzo – powiedział. – Noszę w swym sercu setki uczuć. Może i nie są one tak szlachetne jak twa miłość, ale dają mi siłę, której tobie najwyraźniej zaczyna brakować. Siłę do otrzymania nagrody, jakiej nie przewyższa żadna miłość.

Namiestnik walczył z ciałem, które tchnęło już tylko pragnieniem zapomnienia. Z ust kapłana usłyszał prawdę, odbierającą wolę dalszej walki.

Jeszcze nie teraz, jeszcze nie mogę się poddać.

Poderwał głowę.

– Twoja nienawiść  zostanie osądzona. Jeżeli nie na tym, to na tamtym świecie – rzucił prosto w roześmianą twarz. – Gdybym miał przy sobie miecz, nie trwałoby to nawet zbyt długo.

Wengert Anth-Ylfthar kiwnął głową, po czym cofnął się w cień. Wrócił stamtąd już po chwili, wraz z ogromnym mieczem, który z ledwością utrzymywał w dłoni.

– Przypominasz sobie to ostrze? – spytał. – Może i nie lśni srebrem, jak dawniej, ale zapewniam cię, że wciąż jest ostry.

Książę zmrużył oczy. Miecz był ogromny; wielkością dorównywał jego Rozjemcy, jednak brzeszczot przypominał błyskawicę, wokół której roztaczała się krwawa poświata. Rozszczepiała się w kilku miejscach, co miało pewnie pomagać w blokowaniu, bądź złamaniu oręża przeciwnika.

– Naprawdę nie pamiętasz? – kapłan chwycił miecz drugą ręką i nie bez wysiłku uniósł go przed siebie. – Tą stalą Ty i wszyscy Twoi poprzednicy wymierzaliście sprawiedliwość w imieniu władcy gromów. To chyba dobrze, że teraz, na sam koniec, obaj zakosztujecie tej samej stali.

Książę raz jeszcze spojrzał na miecz. Nadal miał wątpliwości, jednak dostrzegał już pewne podobieństwa. Ktoś przekuł jego Rozjemcę, zniszczył symbol władzy, której miało strzec to ostrze. Teraz należał do mordercy i w jego rękach miał siać zniszczenie.

– Obawiam się, że nie mogę spełnić twojego życzenia – odezwał się Wielki Łowczy. – Rozjemca nosi teraz inne miano – kapłan podszedł do więźnia i jednym ruchem przeciął sznury na jego nadgarstkach. Potem, podobnym cięciem rozciął mu skórę.

Obaj patrzyli jak rozszczepione ostrze wchłania krew. Książę poczuł pragnienie miecza, jakby stalc chciała wysączyć z niego ostatnią kroplę krwi.

Kapłan oderwał miecz i odszedł kilka kroków do tyłu.

– Widzę, że nie opuszcza cię żądza walki – powiedział. – Pamiętaj jednak, ze nagie poięscie nie na wiele zdadzą się w starciu z Krwawnikiem.

Oparł miecz o posadzkę i zamknął na nim dłonie. Krwista poświata, która lśniła od samego początku wzdłuż klingi, nabrała teraz innej, bardziej sytej barwy.

– I jak podoba ci się wypaczenie wartości, jaką przysiągłeś strzec za cenę własnego życia – spytał.

Posąg, który klęczał i ze wszelkich sił starał się nie upaść, drgnął.

– Powinienem zabić cię bez żadnego sądu – szepnął książę. – Gdybym wiedział, kim jesteś naprawdę, nie szukałbym zgody cesarza.

Dobiegł go cichy śmiech, po którym kapłan warknął głucho.

– Nie byłeś w stanie mi nic zrobić – przestał się śmiać. – Władam mocami, o których nawet ci się nie śniło.

– Czemu się wciąż się mnie boisz? Dlaczego starałeś się mnie powstrzymać? Zabiłeś strażników, świadków, porwałeś moją córkę. To przeczy tej nadprzyrodzonej władzy.

Wielki Łowczy milczał. Na jego obliczu pojawiło się niezdecydowanie.

– Nie lubię popełniać błędów – mruknął w końcu. – Poza tym, gdyby nie szczęście twojej córki, nigdy nie musiałbym się tobą zajmować.

Wspomnienie Ryanny sprawiło, że posąg ożył. Czyżby się wcześniej pomylił? Czy Ryanna żyje?

– A więc jednak jej nie dostałeś – rzekła Thelstan Anth-Dragoneth, widząc minę kapłana. – Nie splugawiłeś jej swoimi żądzami.

– Na twoim miejscu nie cieszyłbym się z cudownego ocalenia. Świat, do którego moi nieudolni słudzy pozwolili jej uciec, nie musi być bezpieczniejszy od mojego łoża. W mroku wiecznej nocy czają się o wiele większe zagrożenia.

Posąg podnosił głowę. Po raz pierwszy odejścia do tej sali, jego twarz rozświetliła się nadzieją.

– Nic nie może być gorsze od tego, co czekałoby ją w twoich rękach.

– Nie byłby tego taki pewien – kapłan podniósł głos. Ucieczka córki namiestnika wzbudziła jego wściekłość. Po raz pierwszy zdarzyło się, aby zdobycz wymknęła się z jego rąk. I to kiedy, na kilka klepsydr przed sięgnięciem po władzę równą bogom, po ciało, które nie zwiodłoby go jak ta powłoka. Nadal czuł gniew i wstyd, bo nie zdołał posiąść dziewczyny, a pragnął tego ponad wszystko.

Ryanna Anth-Dragoneth pokonała go niemal bez walki.  

I będzie tego żałować.

– Demonom odda wszystko i sama stanie się jednym z nich  – powiedział, kiedy zdołał się uspokoić. – Ja mogłem zabrać jej tylko dziewictwo i może trochę krwi.

Książę uniósł brwi.

– A po co ci krew mojej córki? – rozejrzał się po ciałach wokół portalu. – Do czego świątynia potrzebuje tych ofiar?

Morderca podniósł miecz i zatoczył nim koło, obejmujące całą salę. Światło szkarłatu rozlało się na twarzach najbliższych ciał.

– Wreszcie doczekałem się pytania, godnego namiestnika – powiedział. – Odszedł ojciec, a wrócił miecz cesarza. To dobrze, bo chciałbym, abyś przed spotkaniem z moim władcą wiedział, dlaczego będziesz mu służył po wieczność.

– Twoja łaska mnie obezwładnia – książę nie krył szyderstwa. – Mów proszę tylko zwięźle, bo nie chcę się spóźnić na to spotkanie.

– Kpij, dopóki możesz – kapłan machnął ręką. – Niedługo będziesz żałował każdego z tych słów. Ty i wszyscy, którzy zawiedliście.

Thelstan Anth-Dragoneth kręcił głową.

– Wiedziałem, że jesteś szalony, ale to już lekka przesada – rzucił. – Zabij mnie proszę, bo dłużej tego nie zniosę.

Wielki Łowczy obrzucił go gorejącym spojrzeniem.

– Poznajesz ich, prawda? – raz jeszcze oświetlił twarze lężących mieczem. – Synowi i córki Trzynastu. Potomkowie Wielkich Rodów na czele z Solmirem Anth-Tharane. Krew tych którzy zdradzili jako pierwsi i jako pierwsi ujrzą powrót mego pana.

Książę westchnął.

– Nekromanci zawsze mnie rozbawiali – rzucił do obróconego bokiem kapłana. Zaczynał powoli wierzyć, że nie wszystko jest jeszcze stracone. Wyglądało na to, że Wengert wpadł w jakiś trans, bo zdawał się przestać zwracać na niego uwagę.

– Nekromanci? – kapłan odwrócił się z taką szybkością, że książę musiał opuścić ręce. – Ty myślisz, że mój pan należy do świata zmarłych?

– No żywy przecież nie jest – odparł książę. – Czy w przeciwnym razie odprawiałbyś tutaj swoje rytuały?

Kapłan podszedł do niego i oparł czubek miecz o pierś.

– Nie próbuj mnie sprowokować – warknął. – Umrzesz, podobnie jak twój cesarz, ale najpierw pozwolisz zerwać kajdany mego pana.

– Oświeć więc mnie w końcu, kimże on jest – książę położył rękę na ostrzu. Niemal natychmiast stal przecięła skórę i zaczęła wchłaniać krew. – Zabiliście już tysiące. Kolejne trzynaście istnień niewiele tu zmieni.

Wengert odszedł i znowu odwrócił się bokiem. Jego spojrzenia omiotło poczerniony portal.

– Mylisz się – szepnął. – Twoja niewiedza byłaby obrazą, gdybym nie znał jej źródła. Nie masz pojęcia, komu twój cesarz i twój ród zawdzięcza dzisiejszą władzę. Nie wiesz, kto sprawił, że stanąłeś ponad tysiącami. Świątynia strzegła tego sekretu tak mocno, że nawet wy nie poznaliście prawdy.

 Książę słuchał w milczeniu. Opowieść niewiele go obchodziła, ważniejsze było, że Wengert pragnie mu ofiarować jeszcze trochę czasu.

Nie potrzebował niczego więcej.

– Moi bracia postarali się, aby nikt nie poznał przeszłości – ciągnął kapłan. – Spalono księgi, rozbito Kamienie Wiedzy, a słowa śmiertelników trafiły na ofiarne stosy.  Odkrycie młodego kapłana było prawdziwym zrządzeniem losu.

 Raczej przypadkiem szaleństwa, pomyślał namiestnik, kończąc pierwsze wersy modlitwy. Jej słowa budziły w nim grozę, ale i tak nic nie mogło równać się z tym co czuł na widok mężczyzny przed sobą.

– Minęły wieki, które zamieniły się w ery, odliczane zapomnieniem. Nikt już nie pamiętał o wojnach bogów, o przysięgach, jakie trzynastu władców ludzi złożyło Panu Cienia – kapłan nie dostrzegł, że światła pochodni przygasły.

Jego więzień poruszał bezgłośnie wargami. Odmawiał własną modlitwę. Kolejne wersy przynosiły coraz większy mrok i strach, który po raz pierwszy wkradł się do jego serca.

Nie przestawał jednak.

– Dzisiaj nikt nie pamięta już imienia Dranosa. Powierzchnia nazwała go Bezimiennym, Wyklętym, Zapomnianym. Nikt nie miał odwagi sięgnąć w cień i odnaleźć jego prawdziwego władcę. Nikt, poza mną.

Wengert dopiero teraz spojrzał na swojego więźnia. Chciał mieć pewność, że książę nie uroni z jego opowieści ani jednego słowa. Chciał, aby przynajmniej jeden ze zdrajców jego pana wiedział, za co ponosi karę.

– Tak nazwaliśmy Bezimiennym demona, który panuje w najgłębszym z cieni – powiedział Thelstan. – Wszyscy wiedzą, że schronił się tam przed gniewem Iramosa.

– Wciąż wierzysz w świątynne prawdy? – zdziwił się kapłan. – W czasy wojen bogów, gdy syn podnosił rękę przeciw ojcu, a brat przeciw bratu i tylko jeden sprawiedliwy Iramos miał w swym sercu odwagę, aby położyć temu kres? – zaśmiał się krótko. – To doprawdy wzruszające.

Książę skończył ostatnie z wersów modlitwy Przyzwania. Rytuał, o który oskarżał przed chwilą Wengerta zbliżał się do końca. To, co miało nadejść, z pewnością obdarzy go należytą łaską.

– Ci, którzy ufają słowom innych, mogą stać się ich niewolnikami – morderca powtórzył jedną z nauk świątyni. – Nigdy nie zastanawiało cię, czemu Bezimienny przegrał wygraną wojnę, czemu musiał schronić się w cień przed Iramosem, który przed tą wojną był jedynie posłańcem bogów?

Książę pokręcił głową.

– Moja wiara nie była zbyt silna – odparł. – Widziałem tyle zła, że przestałem spoglądać na słońce.

– A ono tak pragnęło was chronić – zakpił kapłan. – Słoneczny Bóg, Tarcza Światła, Promień Nadziei. Jakże łatwo było nadać imiona kłamstwom, które czas uczynił prawdami. Iramos Nieustraszony, Iramos Zwycięski, Iramos Sprawiedliwy. Bóg, który stawił czoła własnemu bratu, pokonał go i uwięził na wieczność w krainie zapomnienia.

Namiestnik przestał go słuchać. Jego palce zaczęły się przesuwać w stronę zapięcia na łańcuchu. Kiedy dotknęły ukrytych tam kości, poczuł rozchodzące się od nich zimno. Już niedługo wyślę cię na spotkanie z twoim bogiem, pomyślał, zaciskając rękę.

– Zdrada Trzynastu – mówił tymczasem Wengert. – Ona sprawiła, że mój pan musiał uciekać przed nienawiścią własnego brata.  Ludzie, którym ofiarował władze równą niemal sobie samemu, zdradzili go, widząc, ze nigdy mu nie dorównają. Odeszli do niego w dniu chwały, odebrali moc, jakiej nie mógłby przeciwstawić się żaden z innych bogów. Zburzyli jego świątynie, przestali składać ofiary i wygnali z serc. Zapragnęli powrotu słońca, jakby zapominając, że je również zdradzili.

– Czy to cię dziwi? – spytał książę, widząc, że kapłan odwraca ku niemu głowę. Nie mógł się teraz zdradzić. – Ludzie pragnęli dnia, który nie pożera duszy. Pragnęli wybaczenia, ajkiego twój bóg, jakiekolwiek imię nosi, najwyraźniej nie potrafi ofiarować.

– Wybaczenie – prychnął Wengert. – To zawód i kolejna z ludzkich słabości.  Poza tym wasi przodkowie nie byli aż tak szlachetni. Za pomoc, jakiej udzielili Iramosowi otrzymali odkupienie win i władzę nad całą Powierzchnią. Z kart dziejów wiemy, czym była i jest ta władza.

Książę skulił się, modląc o to, aby czarne źrenice nie spostrzegły tego, co trzyma w dłoniach. Czuł coraz większe zimno, a cienie w sali rozrosły się i zdawały pochłaniać większość świateł.

– Nie wierzysz mi? – uśmiechnął się. – To już bez znaczenia. Wiem, jak trudno jest przyjąć, że wszystko, w co wierzyłeś, jest niczym więcej ponad kłamstwo. Poznałem wielu, którzy wypierali się jedynych prawd.

– Czy jesteś jednym z nich? – namiestnik otworzył dłoń. Na posadzkę przed nim wysypało się sześć kości, z których każda potoczyła się w inną stronę.

Kapłan nawet nie drgnął.

– Czy odpychali prawdę, tak jak ty odrzucasz bycie zboczeńcem i mordercą?

Czoło Wielkiego Łowczego zmarszczyło się w odruchu niedowierzaniu.

– Żołnierz, który do końca próbuje walczyć – pokiwał z uznaniem głową. – Będziesz najlepszym ze sług mego pana.

Namiestnik odwdzięczył się spojrzeniem, które sprawiło, że Wengert odrzucił głowę do tyłu.

– Nie będę służył nikomu poza ludowi Asuntharu – rzekł. – Tylko ich przysięgałem chronić i bronić. Przysięgałem dziewczynie, którą zniewoliłeś i zabiłeś. Pamiętasz chociaż jak miała na imię?

Wielki Łowczy drgnął i spojrzał w dół. Dopiero teraz dostrzegł co tak kurczowo ściskały dłonie więźnia. Z rozrzuconych kości rozchodził się czarny dym, który podpełzł pod jego nogi i powoli zaczął się wspinać po zwalistym ciele.

 – Przywołanie – powiedział, jakby nie dowierzając oczom. – Przecież to nie ma najmniejszego znaczenia. Nie w świecie, do którego wkroczę ze swym panem.

– Jeszcze tam nie jesteś – przypomniał mu książę Thelstan. Namiestnik podniósł się z kolan i wycelował w mordercę palcem. – Seleno Anth-Nherd! Przyzywam cię i oddaję tego człowieka twemu sądowi, przyzywam cię i zwracam sprawiedliwość, przyzywam cię, abyś odnalazła spokój, przyzywam cię Seleno Anth-Nherd!

Dym pod nogami Wielkiego Łowczego wzniósł się ponad jego głowę i zawisł nad nim jak czarna skała. Kapłan próbował uciec, ale coś trzymało go w miejscu i nie pozwalało nawet drgnąć. Upierścienione dłonie chciały też podnieść miecz, ale krwawa poświata przygasła, a ostrze poczerniało, jakby straciło w jednym uderzeniu serca wcześniejsza moc.

Nie mogło pożywić się krwią tego przeciwnika.

– To niczego nie zmieni – kapłan zaśmiał się niepewnie i raz jeszcze spróbował ucieczki.

Daremnie. Jego nogi wrosły w posadzkę, a gwałtowne drgnięcia sylwetki zdradzały jedynie coraz większy strach.

– Żądacie imienia?! – ryknął w końcu. – Dam wam imię, które sprawi, ze już nigdy nie otworzycie oczu, dam wam imię, które sprowadzi na ten świat ciemność, jakiej jeszcze nigdy tu nie było, dam wam imię ostatniego z proroctw, dam wam imię…

Kości wybuchły tuż przed nim, uwalniając srebrzyste światło, które zderzyło się z dymem. Obie moce połączyły się w jedność. Obłok szarości i bieli opadł na kapłana i przebił się przez niego jak ostrze miecza. Mężczyzna patrzył jak wypływają z niego kolejne cieniste smugi, po czym zaczał się śmiać.

– A nie mówiłem? – ryknął z triumfem. – Twoje żałosne rytuały nie mogą…

Smugi zawróciły i wbiły się przez otwarte usta. Wengert Anth-Ylfthar połknął je wraz z ostatnimi niewymówionymi już słowami. Zaczynał się dusić; tłuste policzki czerwieniały w pragnieniu chwycenia choćby cienia oddechu, ciało drżało w spazmach, gdy półmrok wnikał w nie coraz głębiej.

Dłonie kapłana przesunęły się w dół, w stronę poczerniałego ostrza i pozostawiły na nim ślady krwi. Miecz przebudził się i wchłonął ofiarę, po czym przyciągnął mężczyznę do siebie. Wengert nie mógł już się od niego oderwać. Obejmował stal jak kochankę, a ta wysysała z niego wolę życia.

– Nie…

Ostatni krzyk przetoczył się po ścianach ogromnej sali jak ryk zranionego zwierzęcia. Wielki Łowczy w niczym już nie przypominał pewnego siebie półboga. Skamlał jak pies, niezrozumiałe błagania rozchodziły się w westchnieniach i jękach. Zaczynał go wchłaniać mrok, połowa sylwetki znalazła się już w cieniu, który rozrastał się z każdym uderzeniem serca i zabierał sługę wprost do jego pana.

– Nie…

Ostatnie słowo było już właściwie szeptem, który również rozpłynął się w mroku. Z ciemności wyszła sylwetka młodej dziewczyny. Selena Anth-Nherd podeszła do księcia i podziękowała mu skinieniem głowy. Potem rozwiała się jak dym z ogniska, a do komnaty powróciło światło.

Namiestnik spojrzał do góry. Widok tego, co zobaczył napełniło jego serce nadzieją. Poczuł za swoimi plecami ruch i wiedział, że za chwilę miecze Darmheddinów odbiorą mu ją na zawsze, ale w tej chwili nie miało to już znaczenia.

Nad szklaną kopułą rodził się bowiem nowy dzień.

Dzień, w którym wstało słońce.

 

Koniec

Komentarze

Ido, wrzuciłeś dziś trzy teksty o łączne liczbie znaków grubo ponad ćwierć miliona. Mam nadzieję, że nie spodziewasz się wielu komentarzy.

Zastanów się, czy nie rozsądniej byłoby opublikować jedno opowiadanie, poczekać na odzew i po pewnym czasie/ po kilku dniach dodać nowy tekst.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ta historia nawet jest ciekawa. Coś się dzieje od samego początku, dajesz czytelnikom powód, żeby opowiedzieli się po jednej ze stron.

Acz ciągle sporo waty słownej, bez której opowiadanie prezentowałoby się lepiej. IMO.

Niestety, pomysł został skrzywdzony wykonaniem. Mnóstwo literówek, błędy w zapisie dialogów, powtórzenia, brakujące przecinki…

ogromny, dwuręczny miecz, którego ostrze dorównywało wzrostowi księcia i było szerokie jak dwie złączone ze sobą dłonie. Miecz, przymocowany na plecach cesarskiego namiestnika,

Jak on wyjmował ten miecz?

Skrzesane przez nich pochodnie

Można krzesać iskry, ale nie pochodnie.

Tą stalą Ty i wszyscy Twoi poprzednicy wymierzaliście sprawiedliwość w imieniu władcy gromów.

Ty, twój, pan itp. w dialogach piszemy małą literą. W listach dużą.

Babska logika rządzi!

Przypominało mi to trochę dawne opowiadania o Conanie, niestety, bohaterowie nie ci, styl nie ten. Te wszystkie Imperia, Cesarstwa, Świątynie Słońca, Gwiezdne Trony, nazwiska typu Tholstan Anth Dragoneth sprawiają, że historia jest okropnie sztampowa. Tak się pisało w latach trzydziestych ubiegłego wieku właśnie. Dałem radę przeczytać jakąś jednączwartą i miałem dość.

Ido, takie teksty niesie się do dobrego wydawnictwa, a nie wrzuca na skromne forum NF.

Treść usiana jest wieloma błędami wynikającymi z niechlujstwa, ale Twój styl, prowadzenie dialogów, bogactwo metafor i złożoność fabuły robią na mnie duże wrażenie. Ach, zapomniałbym o opisach mimiki, emocji, gestów – piękności. Zazdroszczę talentu.

“Pozbawione źrenic onyksowe oczy” – znaczy, jeśli dobrze zrozumiałam, wykonane z onyksu? Bo jeśli chodzi o kolor, to jednak zapewne czarne jak onyks (choć typowy onyks ma warstwy czarne i białe, tak naprawdę, więc może jednak oczy w paski?).

 

Niestety po nudnej i przewidywalnej scenie seksu wymuszonego na nieszczęsnej ofierze przez jakąś mieszankę barona Harkonnena i Jabby the Hutta, a także po pobieżnym zapoznaniu się z onomastyką tego tekstu, zajrzałam na licznik znaków i uznałam, że jednak sobie daruję, mimo opinii Finkli.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka