- Opowiadanie: ido 1977 - ZAWSZE BĘDĘ PRZY TOBIE

ZAWSZE BĘDĘ PRZY TOBIE

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

ZAWSZE BĘDĘ PRZY TOBIE

Tego dnia na podjeździe przed domem wyrosła góra kartonowych pudeł. Zbudowały ją ręce Pauliny; delikatne i miękkie; z długimi palcami i jedwabistą skórą; ręce, których dotyk po raz pierwszy sprawił mi niewyobrażalny ból.

– To już koniec – powiedziała, patrząc na moją nieruchomą twarz; twarz, która tchnęła niezrozumieniem i rozpaczą, a mimo to nie zmieniła jej decyzji.

I kartonowe prostopadłościany zaczęły połykać nasze wspomnienia jak żarłoczne bestie. Paulina jak robot pakowała do nich ostatnie siedem lat życia; porcelanowe słonie z zadartymi do góry trąbami, kupowane przez nią na szczęście; nie doczytanego nigdy do końca Stachurę; dziwaczny bursztyn w kształcie ptaka ze złamanym skrzydłem, znaleziony jednego lata na plaży w Jastarni i nawet pióro, które wręczyła mi na samym początku naszej znajomości.

W jej głosie, łagodnym jak wieczorna morska bryza, zabrzmiało wtedy coś, co nakazało mi podnieść głowę znad sterty rozłożonych na biurku książek. Zazwyczaj tego nie robiłem; starałam się jak najszybciej tylko wypełnić smutną konieczność nawiązania więzi z czytelnikiem, przesuwałem podsuwane pióra, długopisy i ołówki po drugiej lub trzeciej stronie, nie pozwalałem głowie uwolnić się z ochronnego szańca ramion, ale głos Pauliny pokonał palisadę i wdarł się do środka. Do dzisiaj nie wiem, co zadziałało jako pierwsze – lekkie seplenienie, z jakim wymawiała „r”, czy śmiech, brzęczący niczym tysiące poruszonych nagłym porywem wiatru dzwoneczków. Odważyłem się jednak wyjrzeć, do kogo należy tak potężna broń i zobaczyłem przed sobą parę lśniących jadeitem oczu, na których dnie rozbłyskiwały figlarne złote iskierki. Zobaczyłem w nich również pewną zadziorność i ciekawość, kiedy przez sekundę nasze dłonie zetknęły się ze sobą.

Później stykały się jeszcze wiele razy: poznawały tajemnice ciał, splecionych ze sobą tak mocno, że wydawały się wówczas nierozerwalna całością, zapamiętywały wszystkie sekretne wgłębienia i bruzdy ze spływającymi po zboczach słonymi kroplami potu, podzielały westchnienia i rozżarzone powiewy szeptów. Nigdy jednak nie przyciągnęły się do siebie z tak magnetyczną siłą, jak pierwszego dnia. Żartowałem więc zawsze i powtarzałem jej, że rzuciła na mnie wtedy jakiś czar. Magiczny urok, który na siedem lat napełnił nasz świat szczęściem, słońcem i śmiechem.

Dlatego nie potrafiłem i nie umiałem zrozumieć, że tego dnia, bez najmniejszego sygnału powiedziała, że nie może dłużej mnie oszukiwać, że nie czuje tego samego, że musi odnaleźć odpowiedzi na wiele pytań, że nie chce mnie potem jeszcze bardziej zranić, że potrzebuje trochę przestrzeni, której ja już jej nie daję.

I już kwadrans później zaczęła rozstawiać te swoje pudła. Przygotowała je widocznie dużo wcześniej, czekały na nią w samochodzie, milczące beżem i kartonem sześciany, do których po kolei upychała strzępy czegoś, co przez lata wydawało się być naszym wspólnym szczęściem. A kiedy do owiniętych z matczyną troskliwością figurek słoni dołączyła wyrzucona przez fale różowobiała muszla, odwróciła się do mnie z usprawiedliwiającym spojrzeniem. Porcelanowe mieszkanie o perłowych ścianach, pociętych siecią cieńszych od żyłek czerwonych nici, nie pozwalało odgadnąć do kogo należało wcześniej. Wydawało się delikatne i kruche, jak każda muszla przynosiło ze sobą głos podwodnego świata; szmer i szept niezbadanej słonej otchłani, ale nawet jeden z naszych przyjaciół, morski biolog, nie umiał odnaleźć imienia jego poprzedniego właściciela.

Ostre ścianki rozcięły jej rękę. Nie chciała, abym jej pomógł. Gęste krople krwi znaczyły szkarłatnymi stygmatami podłogę. Nie schyliłem się, aby je zetrzeć; moje serce krwawiło bardziej niż delikatna rana na jej dłoni. Stanąłem pod ścianą, nie patrzyłem w stronę Pauliny, nie mogłem znieść widoku słońca znikającego z mojego świata. Nadchodził wieczór, niebo naciągnęło na siebie granatową kołdrę chmur, powietrze naciskało na siebie z siłą hydraulicznej prasy. Było tak gęste, że musiałem zacząć walczyć o oddech. Oszalałe z wysiłku i rozpaczy płuca zmagały się z zawiesiną, połykały ją krótkimi, urywanymi haustami. Próbowałem prosić ją o pomoc, chciałem wyć i krzyczeć, ale ze skurczonej krtani nie wydobywał się żaden dźwięk. Paulina nie patrzyła już w moją stronę, kończyła upychać ostatnie pudła.

– Co ci się stało, tatusiu? – jakiś głos przywrócił mnie na chwilę światu. – Dlaczego jesteś taki czerwony?

Na schodach stał Jakub, nasz syn – mój i Pauliny. Czteroletni chłopiec z zielonymi oczami po matce i kędzierzawymi jasnymi lokami ojca. Chłopiec był ubrany do podróży, miał na sobie zieloną kurteczkę, spodnie i wiązane ponad kostką buty. Nie rozumiał, dlaczego nie jadę z nimi, nie wiedział, że od tej pory nie będziemy się już codziennie widzieć. Podszedł do mnie i wtulił się z ufnością dziecka w kolumnę zdrętwiałej nogi. Musiałem się pochylić, odwzajemnić jego dotyk i spróbować nie przestraszyć bardziej niż mama, która nakazała mu zebrać swoje rzeczy.

– Wszystko będzie dobrze – odpowiedziałem, pocieszając bardziej siebie niż jego. Jest jeszcze mały, i tak nie zrozumiałby wszystkiego. Nie było potrzeby go przerażać. Dorośli zawsze w takich sytuacjach kłamali.

– Chodź z nami, tatusiu – chłopiec nadal stał wczepiony w nogę i spodnie. Nie chciał ich puścić. Mimo usilnych starań wyczuwał, że coś się dzieje. Umysł czterolatka nie obejmował całości, ale nienaturalna cisza, jaka wypełniała dom, obudziła w nim jakieś podejrzenia.

– Tatuś przyjedzie do nas później, kochanie – powiedziała Paulina, która przeniosła już kartonową górę wspomnień i wspólnego życia do bagażnika.

– Nie chcę jechać bez tatusia – powtórzył chłopiec i jeszcze mocniej wtulił się w zdrętwiałą nogę.

Malutka twarz poderwała się do góry, wymuszając na mnie odwzajemnienie spojrzenia. Malowała się na niej niema prośba o potwierdzenie rzuconej przed chwilą obietnicy.

Czasami należy kłamać, gorzka myśl poprzedziła kiwnięcie głową.

– Tatuś zawsze przy tobie będzie, Kubusiu – drewniane usta cedziły kolejne słowa. – Zawsze będę przy tobie.

Potem odsunąłem go od siebie delikatnym, acz stanowczym ruchem. Nie możemy sobie tego utrudniać, pomyślałem, zgodnie z tym, co wcześniej ustaliliśmy z Pauliną. Pozbycie się jednak uścisku małych dłoni było jak odrywanie od kości własnego ciała. Dobrowolna tortura, w której skrywany gdzieś głęboko ból zastępował fałszywy uśmiech.

Zawsze będę przy tobie.

Paulina chwyciła go za rękę i poprowadziła w kierunku frontowych drzwi. Zbita z dębowych desek podłoga skrzypiała pod ciężarem ich kroków; skrzeczące odgłosy odchodzącego szczęścia. Chłopiec nie nadążał za kobietą, która szła dla niego zbyt szybko, jakby ciągnęła za sobą tylko pragnienie jak najszybszej ucieczki. Jakub opierał się jej i grymasił, co zostało skarcone ostrym słowem. Paulina szarpnęła małą rączką, powietrze przeciął urwany krzyk.

Ten widok zmusił kukłę spod ściany do działania, sprawił, że zrobiłem kilka kroków do przodu. Uniesione w uspokajającym geście ręce chciały ich powstrzymać, ale po zobaczeniu wyrazu twarzy Pauliny opadły bezsilnie po bokach.

– Wszystko będzie dobrze. Zawsze będę przy tobie – te słowa poleciały do chłopca, który odwrócił głowę.

Do ciągnącej go za sobą kobiety padły inne.

– Nie musisz tego robić. Przywiozę go jutro.

Dopiero teraz sztuczna powłoka, w którą oboje oblekliśmy nasze rozstanie, roztopiła się jak położona na słońcu kostka lodu. Mokry ślad odbijał jeszcze złote promienie, ale zginęły one szybko, wchłonięte przez nadciągający żywioł.

– Dlaczego? – syknął wypełniony złością i goryczą głos. Głos, który kochałem ranił teraz jak skórzany bat. Każde słowo siekało bez najmniejszej litości. – Dlaczego to utrudniasz, Hubercie?

Druga ręką chwyciła chłopca i przycisnęła go do ciała kobiety. Tak jakby się bała, że pozbawiona kontroli wypuści go lub pozwoli uciec.

– To naprawdę nie jest potrzebne – zacisnąłem usta. Obojętność, którą próbowałem uczynić swoja tarczą, opuściła mnie szybciej niż myślałem. – Nie musimy tego rozgrywać w taki sposób.

– Właśnie dlatego nie zostawiłam ci żadnego wyboru. Nie chciałam, abyś mógł się przygotować.

Dokładnie. Cios zadany z ukrycia, zdradliwie, czynił większe szkody. Szok, niedowierzanie, ból – trzy wrogie armie, które z wyciem i jazgotem wdzierały się do mojego świata. Barbarzyńska dzicz wtargnęła jak powódź, nie dając mi najmniejszej szansy. Mogłem tylko stać i bezwolnie patrzyć się na zagładę własnego życia. Miałem nadzieję, że uległa ofiara mojej miłości skłoni rozwścieczoną hordę do powstrzymania ataku, ale decyzji Pauliny nic już nie było w stanie zmienić.

– Mój adwokat za parę dni przyśle wszystkie papiery – rzuciła w drzwiach. Jej dłoń w niewolniczym uścisku ciągnęła Jakuba za sobą.

Nawet nie drgnąłem. Bezpieczny gmach mojego świata walił się w gruzy; słyszałem łoskot murów, zgrzyt pękającej stali i rozrywanego cierpieniem serca, a ja nie miałem siły się ruszyć.

– Dobrze – wypowiedział głos, którego źródła nie mogłem odnaleźć.

Wtedy widziałem ich po raz ostatni.

Udawany spokój Pauliny zawiódł ją wkrótce po zjechaniu z podjazdu i ruszeniu drogą w dół. Dom, który kupiłem z myślą o oglądanych razem zachodach słońca, stał na samym szczycie góry. Jedyną prowadzącą do niego droga była asfaltowa serpentyna, wijąca się jak wąż tuż nad skrajem kilkusetmetrowej przepaści. Wąska wstążka rzucała nadmorskiemu klifowi śmiałe wyzwanie, cięła go bez litości, wnikała w głąb tunelami i korytarzami. Po przejechaniu jednego z nich skręcała, obdarzając kierowcę złotym odblaskiem słońca, które chowało się za granatową powierzchnią wody.

Policja stwierdziła później, że oślepiona Paulina nie dostrzegła w porę drugiego samochodu. Jechała zbyt szybko, opanowanie znikło zapewne w miarę oddalania się od domu. W ostatniej chwili mogła tylko krzyknąć, szarpnąć kierownicą, próbować zatrzymać samochód. Pozostawione na asfalcie czarne ślady właśnie na to wskazywały; walczyła do samego końca.

Niestety w tym miejscu wąską droga stawała się jeszcze węższa. Kilka metrów pokrytej wilgocią powierzchni nie wystarczyło, aby się uratować. Na filmowej kliszy ta chwila zawsze trwa w nieskończoność; obraz zwalnia, a widz razem z ofiarą wpatruje się w nieubłaganą ostateczność. W rzeczywistości wszystko rozegrało się na przestrzeni sekund; paniczny taniec kilkusetkilogramowej trumny na czterech kołach, dwie wykrzywione przerażeniem, blade twarze, rozszerzone oczy, które z błaganiem i prośbą wpatrują się w rosnącą przed nimi barierkę.

A potem pozostał już tylko krzyk, lot w czarną przepaść, ostre grzbiety skał i woda, która wiele metrów dalej biła się z kamieniem.

Podobno oboje z Jakubem nie żyli już, kiedy pieniąca kipiel wdarła się do samochodu. Podobno, zanim samochód zamienił się w kulę płonącego ognia, oboje byli już nieprzytomni. Podobno już sama siła uderzenia o barierkę obdarzyła ich łaską nieświadomości. Podobno, bo na pogrzebie nie otworzono nawet trumny. To, co udało się wyłowić ratowniczym botom zmieściło się do jednej niewielkiej skrzyni.

Jej wielkość nie różniła się bardzo od kartonów, jakie Paulina zabrała z domu wraz ze swoim życiem.

Kazałem spalić to wszystko, spopielić i zniszczyć, a prochy rozrzucić w tym samym miejscu. Chciałem mieć pewność, że będą tam razem, że dołączę do nich, skacząc w otchłań.

 

***

 

Nigdy nie przypuszczałem, że samotność może okazać się aż tak wielkim ciężarem. Zanim poznałem Paulinę, jeszcze przed stworzeniem naszego wspólnego świata, nie narzekałem na bycie samym. Właściwie odpowiadało mi życie pustelnika; odizolowany od większości codziennych problemów mogłem skupić się na tym, co było dla mnie najważniejsze – na pisaniu. Zagłębianie się we własne myśli, odszukiwanie odpowiednich fraz i poszukiwanie odpowiedzi na nieustające pytania wymagały odosobnienia. Być może dlatego nigdy wcześniej nie zdecydowałem się na stały związek. Nie wyobrażałem sobie budzenia się pod jednym dachem, załatwiania tych wszystkich nie cierpiących zwłoki spraw, myślenia o sobie, jak o jednym z elementów, a nie o całości. Egoistyczny, jednostkowy byt odpowiadał mi w zupełności, nie potrzebowałem nikogo, kto swoim życiem zaburzyłby jego harmonię.

Wszystko zmieniło się z chwilą poznania Pauliny. Nie była zdobyczą na jedną noc, jednorazowym trofeum, któremu na pożegnanie posyłałem kwaśny uśmiech i nic nie znaczącą obietnicę następnego spotkania. Nie zamierzała robić na mnie wrażenia, nie wysyłała żadnych sygnałów, nie próbowała zalać mnie potokiem naprędce wyrzucanych słów. Właściwie, po raz pierwszy od wielu lat, to ja musiałem postarać się, aby przyciągnąć jej uwagę i chociaż poznaliśmy się podczas podpisywania przeze mnie kolejnej książki, nie wydawała się zaciekawiona warsztatowymi tajnikami. Zwykłe pytanie o powiedzenie czegoś o sobie, zamiast opisywania wymyślonych bohaterów, zmieszało mnie i zastanowiło. Gdybym potrafił przewidzieć, jak to wszystko się zakończy, pewnie nigdy nie starałbym się na nie odpowiedzieć.

Ale zdolność przewidywania rzeczywistości nie była wtedy moją najsilniejszą stroną. Nie zastanawiałem się nad stawianiem żadnych prognoz, nie myślałem, że jedna rozmowa, spotkanie i parę wymienionych spojrzeń może wywrócić mój świat do góry nogami.

A potem było już za późno. Nie zdążyłem się nawet obejrzeć, kiedy na półce w łazience pojawiła się dodatkowa szczoteczka do zębów, a obok steków w lodówce wyrosły pojemniki z kilogramami kiełków. Pomimo całej swojej delikatności i kruchości, Paulina wdarła się do mojej pustelni ciężkim buldożerem i zanim zdążyłem zaprotestować, tkwiła tam, jakby była tam od zawsze.

Dlatego, kiedy jej zabrakło, nie umiałem już odnaleźć dawnego spokoju. Samotność nie wydawała mi się już schronieniem, sposobem ucieczki od rzeczywistości, wolnością, której nikt nie mógł mi odebrać. Stała się ciężarem i bólem, codziennym i nieznośnym,, kiedy snułem się po opustoszałych pokojach, gdzie każdy skrawek przypominał mi o niej i Jakubie. Całymi tygodniami po pogrzebie siedziałem w domu, nawoływałem ich po imieniu, nasłuchując echa, które odrzucało mi te krzyki w twarz. Nie zapałem świateł, moje życie pogrążyło się w ciemności, nie rozróżniałem dni ani nocy. Nie zwracałem uwagi na telefony, na początku dzwoniące po kilkanaście razy dziennie, potem coraz rzadsze i rzadsze, aż wyciszone wraz z żalem ludzi, którzy wrócili do swoich spraw i swoich żyć.

Pragnąłem śmierci, która przyniosłaby ze sobą wieczne ukojenie, ale nie odnalazłem w sobie siły na popełnienie samobójstwa. Parę razy ocknąłem się tylko nad skrajem tamtej przepaści, z gardłem wypełnionym gorzką żółcią i słodem, i wrzeszczałem w ciemność swój ból, wygrażając pięścią nieznanemu przeciwnikowi. Starałem się zrobić jeszcze jeden krok, pokonać metr lub dwa i przyjąć zapomnienie, jednak zawsze budziłem się w domu, jeszcze bardziej pijany niż w nocy.

Tak mijały dni, tygodnie i miesiące, bo czas nie miał dla mnie większego znaczenia. Nie zwracałem niego uwagi, tak samo, jak nie przejmowałem się kolejnymi przegapionymi terminami, kurzem na biurku i rozpoczętą na krótko przed ich śmiercią powieścią. Mój wydawca, Grzegorz rozumiał to wszystko i nie naciskał zbytnio. Wiedział, że nie można stworzyć wyimaginowanego świata, kiedy własny legł w gruzach. Byłem mu za to wdzięczny i w krótkich chwilach, kiedy moja świadomość na to pozwalała, zamierzałem zadzwonić do niego z obietnicą powrotu do pracy. Potem jednak patrzyłem w jedno z miejsc, które mi o nich przypominało i musiałem sięgnąć po butelkę.

W końcu nawet on stracił cierpliwość i zadzwonił do mnie. Czekał tak długo, aż natarczywy sygnał przebił się przez zasłonę kaca-giganta, wywiercając mi w głowie dziurę wielkości Wielkiego Kanionu.

– Czego? – warknąłem, kiedy moja ręką wyłowiła ze sterty pustych puszek, śmieci i papierowych opakowań po dowiezionym żarciu telefon. Słowo, które wydusiłem z gardła przypominało przejazd walca po żwirowanej drodze, ale niewiele mnie to obchodziło.

Po drugiej stronie zapadło krótkie milczenie

– No czego, do kurwy nędzy!

– To ty? – z ust Grześka wydobyło się krótkie westchnięcie. – Na miłość boską, Jakub, co się z tobą dzieje?

Grzegorz Turbanowicz był nie tylko moim wydawcą, ale też jednym z nielicznych przyjaciół. Znaliśmy się jeszcze ze studiów, które dla nas obu stanowiły już odległą i zapomnianą galaktykę, jednak pewne rzeczy trudno było zapomnieć. Mieliśmy te same panienki, paliliśmy skręty, a Grzesiek pomógł mi wydać pierwszą powieść. Był też ojcem chrzestnym Jakuba, a mimo to jego pytanie, nie wiedzieć czemu, wydało mi się pełne nieszczerości.

– O co ci chodzi? – potarłem dłonią zarośnięty policzek. Nie pamiętałem, kiedy po raz ostatni się goliłem, ale po długości włosów stwierdziłem, że musiało to być dawno.

– Martwię się – odparł. – Beata też się martwi. Wszyscy się martwimy.

Beata była jego żoną, miłą i ładną trzydziestolatką, ale nie odnajdywałem w swojej pamięci więcej niż paru zamienionych z nią zdawkowo zdań. Nic takiego, aby okazywać taką troskę.

– Nie musicie – powiedziałem. – Daję sobie świetnie radę.

– Naprawdę? – zdziwił się Grzesiek. – Próbuję się do ciebie dodzwonić od tygodnia. Wcześniej też próbowałem.

– Byłem trochę zajęty – naprędce sklecone kłamstwo nie pomogło mi bynajmniej pozbyć się uporczywego pragnienia. Rozmowa ze szczerze lub nie, przejętym przyjacielem była ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebowałem. Zdecydowanie wolałbym od niej łyk czegoś zimnego.

I mocnego.

– Nie musisz przede mną niczego udawać – Grzesiek postanowił nie dawać za wygraną. – Wiem, że ci ciężko.

Dokładnie. A ty dzwonisz do mnie w środku nocy z cholernie troskliwymi pytaniami. Stokrotne dzięki, ale teraz muszę się czegoś napić.

– Było i jest – odpowiedziałem zamiast tego. – Brakuje mi ich, bardzo mi ich brakuje.

Westchnięcie po drugiej stronie dało pokazać, że rozmówca zaczyna się niecierpliwić.

– Siedzenie w pustym i ciemnym domu niczego nie zmieni. Tak samo jak picie na umór. To już dziewięć miesięcy. Musisz wziąć się w garść.

Nagła zmiana troski w wyrzut zaskoczyła mnie tak bardzo, że przez chwilę nie potrafiłem mu odpowiedzieć. Kiedy się odezwałem w moim głosie było słychać jedynie jednak wyłącznie.

– Potrzebuję jeszcze paru dni.

Grzesiek westchnął po raz trzeci.

– Stary, potrzebujesz solidnego kopniaka w tyłek i kilku godzin na trzeźwo. Inaczej obaj będziemy mieli kłopoty.

W słowach mojego przyjaciela było coś, co nakazało mi potrząsnąć głową. Taka decyzja z pewnością nie była zbyt rozsądna, bo razem z większą dozą świadomości obudziłem niewyżytego kowala, który zaczął uderzać stalowym młotem w kowadło. 

– Nie rozumiem – odparłem, zaciskając zęby. Ból stawał się naprawdę nieznośny, ale pomógł mi w pozbieraniu myśli. W oddali coś majaczyło się niewyraźnym obłokiem. Potrzebowałem jakiejś wskazówki, aby zobaczyć to ostrzej. 

Grzesiek nie miał zamiaru mi tego ułatwić.  

– Pamiętasz w ogóle naszą ostatnią rozmowę? – spytał zamiast wyjaśnień. – Tę sprzed trzech tygodni?

Nie pamiętałem nawet tego, co robiłem rano, a trzy tygodnie wydawały mi się prawdziwą wiecznością. Równie dobrze mógłby zapytać o każdy z pozostałych dni z ostatnich miesięcy. Wypełniały je zaciemnione i mgliste obrazy, z których na próżno starałem się ułożyć sensowną całość. W labiryncie otępiałego cierpieniem i wypitym alkoholem umysłu nie sposób było odnaleźć drogi do niczego, oprócz jeszcze większego bólu. Obudzony przed chwilą kowal tłukł się tam tak mocno, ze musiałem zacisnąć zęby, żeby nie wrzeszczeć.

– Niestety, ale nie – odparłem po kolejnej bezskutecznej próbie przypomnienia sobie czegokolwiek.

– Kurwa mać! – krzyk Grześka wdarł mi się do ucha, rozrywając je na strzępy. – Tak nie można, stary. Ja mam tutaj terminy, zobowiązania, umówioną drukarnię, wszystko. Nie mogę tego przesuwać w nieskończoność. Potrzebuję tej powieści, moje wydawnictwo jej potrzebuje. 

Komunikacja na poziomie ryków i wrzasków zupełnie mi nie odpowiadała. Odsunąłem krzyczącą słuchawkę od ucha.

– … jesteś mi to winien, stary – ciągnął dalej Grzesiek. – Podałem ci rękę, kiedy tego najbardziej potrzebowałeś, pamiętasz? A teraz ja potrzebuję twojej pomocy. Wyniki za ostatni kwartał nie są zbyt dobre. Właściwie to od dłuższego czasu jadę pod kreską i muszę mieć tę powieść. Jeżeli szybko nie wydam jakiegoś prawdziwego hitu, mogę zwijać interes.

Kiedy uspokoił się trochę, albo po prostu wystrzelał już całą amunicję, przyłożyłem telefon do ucha i odpowiedziałem.

– Musisz mi dać trochę więcej czasu. Pisanie to nie układanie cegieł, czy kopanie dołów. Wymaga spokoju i skupienia, a tego akurat nie odnajduję ostatnio w swoim życiu.

Przyjaźń kończy się zazwyczaj w chwili, w której zaczynają się interesy, a próbę połączenia obu tych rzeczy wcześniej czy później dotyka totalne fiasko. Tak było i tym razem.

– Dałem ci już wystarczająco dużo czasu – warknął Grzesiek. – Ani ty, ani ja nie mamy go więcej. Potrzebuję jasnej i klarownej decyzji – albo jesteś ze mną, albo…

Przerwałem mu w ostatnim momencie. Niekiedy lepiej jest czegoś nie dokończyć. Odbudowę zaufania zaczyna się bowiem łatwiej, gdy ze wcześniejszego gmachu zostanie chociaż solidny fundament. Na ruinach nie da się zbudować niczego.

– Zaraz usiądę do pisania – zakomunikowałem. – Będziesz miał tę swoją powieść. Do końca następnego miesiąca – dodałem, zadając sobie w myślach jednocześnie pytanie o tempo pisania. Miałem pierwszy rozdział, koncept całości i ogólny zarys, a czekało mnie sześć tygodni wytężonej pracy. Nawet jeżeli zdołałbym pokonać palącą chęć opróżnienia kolejnej butelki, kilka tygodni było stanowczo zbyt krótkim czasem na stworzenie upragnionego przez mojego przyjaciela-wydawcę bestsellera. W moim przypadku przede wszystkim liczyła się swoboda, o której trudno było myśleć, kiedy nad głowa wisiał tykający coraz szybciej zegar.

Ale Grzesiek nie przejmował się takimi szczegółami. Moja deklaracja wystarczyła, aby uratować naszą przyjaźń.

– Ratujesz mi życie, stary – jego głos, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zrobił się słodki jak miód.

– Coś jeszcze?– spytałem w nadziei, że odłoży telefon i pozwoli mi zabrać się do pracy. Tak jak mu obiecałem napiszę tę cholerną książkę, a potem wyjadę na długie i samotne wakacje. Być może wtedy uporam się z pewnymi problemami w postaci martwej dziewczyny i dziecka. Po swoim przyjacielu spodziewałem się trochę więcej zrozumienia.

– Wiem, że nie jest to najlepszy moment, ale dzisiaj wieczorem będzie u mnie w domu takie małe przyjęcie i mógłbyś tutaj przyjechać – powiedział Grzesiek. – Będzie paru znajomych, kilku ludzi, którym mógłbyś uścisnąć rękę, trochę dobrego żarcia…

Przyjęcia były ostatnią z rzeczy, jakich teraz pragnąłem.

– Czego ty właściwie ode mnie chcesz? – spytałem rozzłoszczony. – Zastanów się! Mam napisać tę przeklętą książkę, czy ściskać się z twoimi przyjaciółmi?

– Ci przyjaciele mogą nam pomóc, jeżeli książka nie będzie tak dobra jak inne – odparł zimno Grzesiek. – Większość z nich może nam zapewnić gratisową promocję, która pozwoli mi przeżyć do następnego hitu.

Nie miałem już siły się z nim spierać. Nigdy nie byłem zbyt asertywny, a nadzieja i napięcie, jaki czaiły się w pozornie kuszących słowach sprawiły, że nie potrafiłem powiedzieć „nie”.

– Dobrze – byłem gotów zgodzić się na wszystko, aby tylko już dał mi spokój. – O której jest to przyjęcie?

– O ósmej – niemal słyszałem jak Grzesiek zatarł z radości ręce. – Wyślę po ciebie samochód.

– Nie ma takiej potrzeby. Znam drogę.

– Myślę, że samotna jazda nie jest najlepszym pomysłem – stwierdził Grzesiek. – Bądź gotów za pół godziny. Już dzwonię do kierowcy.

 

***

 

Nigdy nie należałem do lwów towarzystwa, wolałem spędzać wieczory z Pauliną w domu. Tylko we dwoje, może we troje, kiedy na świecie pojawił się Jakub, ale po całym dniu pracy, szperania w bibliotece, wdychania kurzu i odnajdywania światów dla moich bohaterów, nie było dla mnie nic lepszego. Nienawidziłem przyjęć, znoszenia tych wszystkich sztucznych, botoksowych uśmiechów, ściskania rąk, kiwania głowami i tworzenia układów, które miały pozwolić moim książkom na „miękkie lądowanie”. Wolałem skupić się na pisaniu. Jeżeli to, co wyszło spod moich palców było dobre, to potrząsywanie wilgotnymi, rybimi prawicami nie było mi potrzebne. Niestety dziewięć miesięcy od śmierci Pauliny i Jakuba, oraz kilkanaście wcześniejszych, które jeszcze razem z Pauliną postanowiliśmy przeznaczyć na wakacje, oznaczało, że wypadłem z obiegu i musiałem nadrobić pewne zaległości.

Asekuracyjny parasol w postaci rozdania paru nieszczerych uśmiechów i stanięcia do zdjęć, które potem zdobiły kominki niedoszłych twórców i niespełnionych pisarzy mógł zapewnić mi odrobinę spokoju. Nie wiedziałem, czy pomoże Grzegorzowi i jego wydawnictwu, ale mój przyjaciel miał rację – byłem mu to winien. To on, przed dziesięciu laty wyciągnął do mnie rękę, zaryzykował swoją reputację i pieniądze i postanowił, że wyda pierwszą z prób. Książka o mieszkającym na cmentarzu detektywie, którego pomocnikiem jest sześćsetletni duch okazała się sukcesem, a jej kolejne części zapewniły mi miano „niezrównanego mistrza suspensu i dowcipu”, „następcy Agathy Christie i Edgara Allana Poe zmieszanych z Pratchettem i Resnickiem”. Wybuchowa mieszanka fantastycznego kryminału z czarnym jak listopadowa noc humorem zyskała nad wyraz wielkie grono wielbicieli i przyniosła całkiem niezłe pieniądze. W dobie informatycznego analfabetyzmu, który większość ludzi odsyłał do konkretnej strony w sieci i nie stawiał żadnych wymagań, sprzedaż normalnej książki na poziomie kilkuset tysięcy egzemplarzy była wydarzeniem rangi królewskiego ślubu. Podczas nielicznych spotkań z dziennikarzami, pytania o jego tajemnicę przekraczały nawet chęć dowiedzenia się czegoś o nowym tomie przygód Macka Coffina.

Ale kapryśny i niestabilny książkowy rynek nie znosił przerw. Ci, którzy nie nadążali z zaspakajaniem ciekawości swoich czytelników wypadali z obiegu, zmiatani bezlitosną miotłą. W dzisiejszych czasach niewielu decydowało się pozostać wiernym i czekać, aż pisarza opuści chandra, niemoc, czy po prostu zwykłe lenistwo. W nieustannej pogoni za lepszym, łatwiej było wybrać coś nowego, przyciągnąć uwagę ładną okładką, czy zmyślną recenzją. Ludzie, których miałem spotkać tego wieczora mogli mi to zapewnić. Wiedziałem, że obaj, ja i Grzesiek, nie możemy się bez tego obyć i chociaż jedyny posiadany przeze mnie garnitur pachniał jeszcze cmentarzem i pogrzebem, musiałem się z nim przeprosić.

Szofer przyjechał po mnie punktualnie, długą i czarną limuzynę, w środku czekały na mnie skórzane siedzenia i pokaźny barek. Gorzej niestety było z jego zawartością; Grzesiek postarał się, abym dotarł do niego trzeźwy. Nie chciał niepotrzebnie ryzykować. Bełkoczący, zataczający się i wykrzykujący pretensje do całego świata Jakub nie był najlepszym partnerem do rozmów. Przyjazd na przyjęcie oznaczał konieczność spełnienia pewnego rytuału, w którym, jak w dyplomatycznym protokole, na każdą z mijanych po drodze osób przewidywano odpowiednią ilość czasu. Przystawanie, potakiwanie i wsłuchiwanie się w rzeczy, które w rzeczywistości nikogo nie obchodziły należało do dobrego tonu i płaczliwe skargi pijanego pisarza raczej nie wchodziły w rachubę.

Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze złożona Grześkowi obietnica. Nie mogłem pić. Jeżeli od jutra miałem zacząć pisanie, dzisiaj czekała mnie walka z pragnieniem i głosem, podszeptującym mi, abym skłonił kierowcę do zatrzymania się po drodze przy jednej z benzynowych stacji.

Nie zrobiłem tego jednak. Nawet kiedy minęliśmy tamten tunel, odwróciłem głowę i próbowałem nie słyszeć ich krzyku. Czarna asfaltowa droga nie nosiła już żadnych pozostałości tragedii sprzed dziewięciu miesięcy; zygzakowate ślady opon znikły, zmyte deszczem i niosącym morską sól wiatrem. Metalowa barierka wróciła na swoje miejsce, wzmocniona i podwyższona miała nie dopuścić do podobnego wypadku, ale dla mnie nie miało to większego znaczenia. Liczyła się wyłącznie walka Pauliny; walka, w której ani ona, ani mój syn nie dostali najmniejszej szansy.

Nigdy nie byłem specjalnie wierzący, jednak ich wypadek oddalił mnie od Boga jeszcze bardziej. Ksiądz, który nad wykopanym w wilgotnej ziemi grobem odmawiał swoje modlitwy próbował tłumaczyć, że oboje są już w innym, lepszym świecie. Mówił coś o przeznaczeniu i wyższej niż nasza ludzka woli, przekonywał o nieomylności i planie, jaki dla każdego z nas jest gdzieś zapisany. Jego słowa nie mogły mnie przekonać. Z ledwością powstrzymałem się od wrzucenia go do dołu, w którym znikło moje szczęście. Tamtego dnia i przez cały ten czas Bóg, jeżeli w ogóle istniał, był dla mnie jedynie złośliwym i bezlitosnym starcem. Nie umiałem się do niego modlić i o nic nie chciałem prosić. W świecie, z którego znika nadzieja nie ma żadnego Boga, poza gniewem i bólem.

Przestałem zadręczać się myślami dopiero, gdy samochód zwolnił i wjechał na żwirowaną drogę. Nie spostrzegłem nawet, kiedy pokonaliśmy górę i autostradę, która omijała miasto szerokim łukiem. Po jej drugiej stronie położono osiedle, gdzie domy przypominały rezydencje gwiazd Hollywoodu, a cena metra ziemi dorównywała cenie uncji złota. Kiedy Paulina była w ciąży planowaliśmy nawet, że właśnie tutaj stanie nasz dom, ale po zobaczeniu ze szczytu klifu pomarańczowych ramion słońca zmagających się z granatowymi falami postanowiłem, że nie zbudujemy swojego szczęścia za czterometrowym murem. Ceglana przeszkoda, chroniona przez strażników i szlabany odgradzała zielony raj od reszty świata, a ja nie chciałem, żeby nasze dziecko wychowywało się w sztucznym i nierealnym azylu. Liczyła się wolność, a nic nie ograniczało jej tak, jak konieczność oczekiwania aż stojący tuż przy wjeździe na osiedle skaner potwierdzi prawo pobytu.

– Nareszcie jesteś – powitały mnie słowa mojego przyjaciela, ubranego w czarny smoking. Wyglądało na to, że przyjęcie rzeczywiście jest dla niego ważne. Brak kontaktu ze światem przez ostatnie dziewięć miesięcy sprawił, ze nie miałem pojęcia o jego kłopotach.

Najwyższy czas nadrobić te zaległości.

– No to prowadź – powiedziałem, pozwalając otoczyć się ramieniem. Grzegorz wymógł na mnie przyrzeczenie trzeźwości, ale sam zdążył się już pokrzepić, bo jego usta roztaczały wokół twarzy znajomy zapach.

– To tylko dwie lampki szampana – tłumaczył się wesołym tonem. – Goście stawili się dzisiaj nadzwyczaj szybko i licznie. Wszyscy chcą zobaczyć twoje zmartwychwstanie.

Zdziwione spojrzenie, jakie mu posłałem nieco go otrzeźwiło.

– Przepraszam – burknął. – Nie to miałem na myśli.

– Nic się nie stało – skłamałem gładko. – Jak sam mówiłeś, jestem ci winien parę rzeczy.

Teraz to on przystanął i spojrzał na mnie zaskoczony, ale gdy kiwnąłem głową i uśmiechnąłem się, ruszył do przodu. Chciałem mieć ten rytuał jak najszybciej za sobą, a jeżeli miało to pomóc mojemu przyjacielowi, to stać mnie było na więcej niż jeden uśmiech. Od jutra i tak będę stracony dla świata, więc mogę pozwolić sobie na ostatnią ofiarę.

Przeszliśmy przez szklane drzwi do przestronnego patio i ogrodu, z którego dobiegały delikatne dźwięki muzyki. Jak na faceta, który miał problem z utrzymaniem się na powierzchni, Grzesiek nie żałował pieniędzy na dzisiejsze przyjęcie. Ustawione w ogrodzie stoły uginały się od żarcia, wszędzie widać było kelnerów, którzy raz po raz przechadzali się z pełnymi tacami, w lnianym, odkrytym z każdej strony namiocie siedziała niewielka grupa muzyków. Nigdy nie zazdrościłem Grześkowi jego stylu życia, ale jeżeli mnie brakowałoby kasy, to raczej nie wydawałbym jej na przyjęcia. Lodowe rzeźby, nad którymi dzisiaj unosiła się mgiełka sztucznego zachwytu, jutro zamienią się w wodę, a żaden z tych ludzi nie wyciągnie do niego pomocnej dłoni. Kiedyś wiedzieliśmy o tym obaj, jednak czas tylko mnie oszczędził złudzeń.

– Poznaj redaktora Kozłowskiego – Grzesiek podprowadził mnie do pierwszej z większych grupek, przedstawiając wysokiemu, łysemu mężczyźnie.

– Bardzo mi miło – uścisnąłem dłoń o miękkich i delikatnych palcach. Pierwszy z rybich dotyków i uśmiechów został zaliczony. Przede mną jeszcze kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt podobnych. Patrząc na tłumy, które otoczyły stoły z jedzeniem jak sępy padlinę, zastanawiałem się, czy zdążę wrócić do domu przed północą. Już teraz czułem, że ciężko mi będzie wytrwać przy złożonej Grześkowi przysiędze. Piramidy z kieliszków i szklanek, roznoszone przez ubranych na biało kelnerów oddziaływały na moją wyobraźnię bardziej niż odbijanie i przybijanie do następnych grup gości.

Prowadzony ramieniem i śmiechem Grześka dryfowałem jednak posłusznie, rozdając uściski, albo muśnięcia na przypudrowanych policzkach. Widok małżeństw, nawet udających na zewnątrz szczęście sprawiał mi ból, ale nie dawałem tego po sobie poznać. Każdy ma w życiu do odegrania pewną ilość ról, a moja nie należała do zbyt trudnych. Właściwie próba powstrzymania się przed sięgnięciem po jedną z mijających mnie bez przerwy obietnic zapomnienia w oszronionych szklankach była ciekawszym wyzwaniem niż udzielenie kolejnej mechanicznej odpowiedzi.

– Czuję się już lepiej. Dziękuję na pańskie wsparcie. Jestem gotów do rozpoczęcia pracy nad nową książką.

Trzy zdania, kilkanaście słów i dowolnie zmieniana kolejność pozwoliły mi przebrnąć przez ocean obłudy. Zatrzymałem się w cichej i ustronnej przystani, gdzieś w oddali do szepczących bez końca głosów, muzyki i tłumu. Chęć napicia się jeszcze nie znikła, ale bez widoku pokusy nie była już tak silna. Pomyślałem nawet, że przyjazd tutaj nie był takim złym pomysłem. Oderwałem się na chwilę od miejsca, w którym każdy przeżyty eon i minięty w drodze z kuchni do salonu atom przypominał mi o niej, o nich.

– Ucieczka od tego zgiełku i hałasu jest prawdziwym wybawieniem – za moimi plecami rozległ się znienacka jakiś głos. – Od zejścia z drzewa człowiek przeszedł ogromną ewolucję, ale pewnych zachowań nie udało mu się wyplenić do końca. Jak większość z ssaków lubi przebywać w stadzie, nawet gdyby to stado porykiwało jedynie żałośnie, domagając się jedynie kolejnej porcji żeru.

Odwróciłem się i zobaczyłem nieznanego mężczyznę, który stał ukryty w cieniu. Jeden rzut oka wystarczył na ocenienie, że nie jest on raczej jednym z wielkich redaktorów, albo wydawców. Wyglądał bardziej na kogoś zagubionego na co wskazywał jego ubiór. Stary sweter i wyciągnięte spodnie wraz z pozcieranymi brązowymi półbutami z całą pewnością nie należały do obowiązkowego dzisiaj wieczorowego stroju. Nawet mój garnitur, który niemal każdym skrawkiem domagał się wizyty w chemicznej pralni pasował tutaj lepiej niż ubranie nieznanego.

– Nigdy nie miałem głowy od ubrań – wyjaśnił, widząc moje zaskoczenie. – Andrzej Grafowski. Profesor Andrzej Grafowski.

Mógłbym przysiąc, że to nazwisko mi coś mówiło, chociaż przypomnienie sobie w jakich okolicznościach słyszałem je po raz pierwszy przekraczało obecnie moją zdolność percepcji. Dziewięciomiesięczna wyrwa zrobiła swoje i musiałem wyglądać co najmniej głupio, bo mężczyzna podszedł do mnie z przepraszającą miną i wyciągniętą ręką.

– Bardzo mi miło – wydukałem wysuwając swoją dłoń.

Jego uścisk był mocny, w rodzaju tych, które już na samym początku podkreślają indywidualizm i zdecydowanie. Profesor Grafowski różnił się też od większości, być może nawet od wszystkich zgromadzonych w pozostałej części ogrodu gości. Był wysoki i szczupły, z kośćmi twarzy, które rysowały się pod skórą twardą linią. Nadawały mu nawet oblicze pewnej drapieżności, a szare czujne oczy zdawały się czyhać tylko na potknięcie rozmówcy. Nic dziwnego, że ktoś taki nie potrafił odnaleźć tutaj swego miejsca. W morzu nalanych tłuszczem policzków, obłudnych uśmiechów i fałszywej delikatności, taka twarz wyróżniała się niczym albinos. Nie pasowała i odstawała od świata, w którym główną nagrodę zgarniała maska z plasteliny.

– Pan Hubert Nowak, nieprawdaż? – mężczyzna uwolnił moją rękę. – Chociaż nie mam za wiele czasu, musze przyznać, że pańskie powieści czyta się z prawdziwą przyjemnością. Są czymś w rodzaju odtrutki na moją pracę, w której niestety próżno jest poszukiwać chociażby szczypty pańskiego humoru i sarkazmu.

Umysł podsunął mi strzępy pewnych informacji. Nie było ich wiele, ale wystarczyły, aby wyraz zdumienia zamienił się w coś na kształt zrozumienia. Słyszałem o profesorze Grafowskim, w zasadzie chyba w całym kraju nie było nikogo, kto o nim nie słyszał. Mężczyzna, który stał przede mną i obdarzał mnie wnikliwym, analitycznym spojrzeniem był kimś w rodzaju naukowego geniusza. Sam tytuł profesora z pewnością nie oddawał w pełni jego osiągnięć. Wykraczały one bowiem daleko poza jedną, dwie, lub nawet trzy dziedziny i obejmowały naukę pierścieniem błyskotliwych odkryć, które zapewniły mu miejsce w gronie najtęższych umysłów wszechczasów. Mówiło się coś o stworzeniu sztucznej inteligencji, odwracaniu procesów natury, klonowaniu i zabawach w najwyższego z sędziów. Andrzej Grafowski nie wydawał się wprawdzie bogiem, ale jego wizyta w ogrodzie pełnym jednokomórkowych umysłów należała do co najmniej dziwnych.

– Nie wiem zatem, czy nie zawiodę pańskich oczekiwań, bo nie jestem raczej facetem w typie Macka Coffina – odparłem.

– Nie spodziewałem się tego – stwierdził profesor. – Jestem raczej typem realisty i wiem, że nadmierne angażowanie się we własne projekty nie jest rozsądne. Trzeba znać swoje granice. Literatura jest czymś w rodzaju drogowskazu, który pokazuje nam, jakimi ludźmi powinniśmy się stać, ale świat w niej przedstawiony zbyt często odbiega od rzeczywistości.

– Obawiam się, że w moim przypadku rzecz jest trochę bardziej złożona.

– Wnioskując po bladości pańskiej twarzy, podkrążonych oczach i kępce włosów, pozostałych po nieuważnym goleniu, mógłbym stwierdzić, że należy pan do grona radosnych szaleńców, którzy, tak, jak ja nie zwracają raczej uwagi na wygląd zewnętrzny – profesor uśmiechnął się, po czym nagle spoważniał. – Niestety dostrzegam w panu również pewien skryty gdzieś głęboko ból. Nie przynależy pan do tego miejsca. Nie chce pan tutaj być.

Wzruszyłem ramionami.

– No cóż, nie będę zaprzeczał – słowa Profesora sprawiły, ze pragnienie napicią się czegoś mocniejszego powróciło do mnie z dwa razy większą siłą. 

 – Wydaje mi się jednak, że moja obecność budzie o wiele mniejsze zdziwienie niż pańska – dodałem, przełykając ślinę. Alejka w ogrodzie tłumiła odgłosy innych rozmów; śmiech i wznoszone co i rusz toasty. Przyjęcie wchodziło w fazę, w której już nie próbowano nawiązywać nowych znajomości, czy ogrzać się w czyimś blasku. 

– Zaryzykuję stwierdzenie, że jestem tutaj z tego samego powodu, co pan.

– Wątpię.

– Czyżby? – Profesor usiadł na pobliskiej ławce i wskazał, aby zajął miejsce obok niego. Zrobiłem to z ochotą. – Nie należę raczej do typów, które z zapartym tchem śledzą rynek wydawniczy, czyhając na ulubionego autora, ale jak już mówiłem, cenię pańskie dokonania. Nawet ja zauważyłem więc, że przez parę ostatnich miesięcy było o panu dosyć cicho.

Nie mogłem powiedzieć, że jego odkrycie poraziło mnie swą błyskotliwością. Świadomość ciążącego na mnie zobowiązania połączona z uciekającym czasem i pragnieniem, które dręczyło mnie jak zagubionego na środku pustyni podróżnika sprawiły, że stałem się nieco opryskliwy.

– Nie wydaje mi się, aby to pana cokolwiek obchodziło – warknąłem i wstałem z ławki.

– Proszę się nie denerwować, panie Hubercie – Profesor nie wyglądał na obrażonego. Nie był też rozbawiony, a jedynie te dwie rzeczy mogły nastąpić po moim zachowaniu. – Jak już mówiłem, jestem tutaj z tego samego powodu, co pan. Ja również potrzebuję niektórych z tych ludzi, ich przychylnych opinii, artykułów i recenzji mojej pracy.

Jego słowa zdziwiły mnie jeszcze bardziej.

– Pan? – usiadłem z powrotem na ławce. – Pan potrzebuje tych padlinożerców? – Przecież większość z nich nie ma pojęcia, czym się pan zajmuje.

– Brak wiedzy i odpowiednich informacji nigdy nie przeszkadzał rodzajowi ludzkiemu w dokonywaniu ocen – odparł Profesor. – W zasadzie moje ostatnie projekty wzbudziły pewne kontrowersje. 

Spojrzałem na niego, próbując uświadomić sobie o czym mówi, ale akurat ta część wykraczała daleko poza sferę, w której mogłem posługiwać się mglistymi informacjami i paroma przeczytanymi gdzieś linijkami.  

– Od średniowiecza, kiedy wykraczających daleko poza swoje czasy ludzi zwykło się palić na stosie minęły lata, ale niektórzy nadal trzymają w swych rękach pochodnie – Profesor odwrócił się ode mnie. Patrzył teraz w dal, a szare oczy błyszczały, jakby pogrążone w gorączce. – Odkrycie, jakiego dokonałem, może zmienić świat, ale oni zarzucają mi wyłącznie chęć bycia bogiem. Nie rozumieją, że śmierć człowieka nie musi być nieodwracalnym procesem, a nasz system aksjologiczny wymaga dokonania zmian.

Nagły obrót głowy sprawił, że Profesor wlepił we mnie gorejące spojrzenie. Było w nim widać zarówno jego geniusz, jak i szaleństwo.

– Może to pana zdziwi, profesorze, ale ja tak nie uważam – usłyszałem swój głos. – Bardzo chętnie wysłucham wszystkiego o pańskim odkryciu.

 

***

 

Napisałem tamtą powieść w niecałe pięć tygodni. Samotność nie stanowiła już przeszkody; długie, pogrążone w milczeniu i pustce godziny sprzyjały uderzeniom w klawiaturę. Kolejne strony powstawały w nerwowym oczekiwaniu. czułem się, jakbym pisał po raz pierwszy i odkrywał poznany już świat na nowo. Każdy wers zaskakiwał mnie swoją świeżością; odkrywczym powiewem, który zdzierał patynę z zaśniedziałej mocno palety pomysłów. Strach terminów i zobowiązań nie spętał mnie, nie ograniczył wolności i nie opasał niewolniczym przypominaniem upływającego czasu. Wiedziałem, że nie muszę patrzeć na kalendarz. Po prostu zapamiętale, kawałek po kawałku, wydzierałem następną historię. Mack Coffin wrócił do mnie wraz ze swym metafizycznym, nieco zgorzkniałym pomocnikiem i nie stawiał żadnych warunków.

Gdzieś pod koniec piątego tygodnia patrzyłem więc na ostatnią stronę. Wypełniało mnie poczucie zadowolenia, dumy i czegoś, co dla pisarza bywa zdradzieckim, śliskim bagnem; poczucia pewności siebie. Ponad sześćset stron, które składało się na nową powieść nie wymagało dodatkowej korekty, poprawek, usuwania zbędnych powtórzeń, szlifowania i dopracowywania szczegółów. Wiedziałem o tym, chociaż nie potrafiłem odnaleźć źródła tego przekonania. Po raz pierwszy w życiu nie kierowała mną chęć ponownego zagłębienia się w napisaną historię, odnalezienia i eliminacji jej braków. Czułem, że jest doskonała. W jakiś irracjonalny, niewytłumaczalny dla samego siebie sposób nie dostrzegałem w swojej świadomości potrzeby sprawdzenia ewentualnych niedociągnięć. Po blisko dwóch latach nie pisania było to czystym szaleństwem, ale nawet kiedy włączyłem drukarkę i usłyszałem zgrzyt wysuwanych po kolei stron, nie miałem pragnienia porwania ich i gorączkowego poszukiwania błędów.

Nie zrobiłem też żadnej z rzeczy, które wcześniej należały do stałego i niezmiennego od wielu lat rytuału. Nie odkładałem rękopisu do szuflady, gdzie nietknięty leżałby przez kilka tygodni, dojrzewając niczym młode wino. Brakowało już na to czasu, a poza tym nie było takiej potrzeby. Ukończona powieść nie wymagała też ponownego zajrzenia w notatki w poszukiwaniu przegapionych pomysłów, czy zatrzymania ostatniej strony na szczęście. Nie sprawdziłem również parzystości słów, tego, czy ich suma nie dzieli się przypadkiem przez trzynaście, co mogłoby przynieść pecha, nie podpisałem jej nawet kupionym za pierwsze zarobione na pisaniu pieniądze piórem. Po prostu włożyłem kartki do koperty, zakleiłem je i wezwałem kuriera.

Potem zająłem miejsce w fotelu, włączyłem tryb czyszczenia domu i wsłuchując się w szum nanobotów, które zaczęły polować na roztocza, sięgnąłem po szklankę. Należało mi się coś po tylu tygodniach niepicia. Brunatny wodospad potoczył się z łoskotem po kostkach lodu, wypełnił naczynie na trzy palce, a gardło przyjemną goryczą, kiedy pociągnąłem pierwszego łyka.

Powróciłeś do prawdziwego świata, Hubercie!

Telefon zadzwonił już następnego dnia.

– To najlepsza rzecz, jaką od ciebie dostałem – wydyszał do słuchawki zmęczony głos Grzegorza. – Zacząłem czytać ją wczoraj wieczorem i nie mogłem się oderwać. Nie spałem całą noc, żeby ją dokończyć. Jesteśmy uratowani, stary.

Moja odpowiedź była krótka.

– Wiem – odłożyłem słuchawkę i uśmiechnąłem się do siebie. – Wiem o tym doskonale.

Spojrzałem na kalendarz, w którym ktoś zaznaczył dzisiejszy dzień. Czerwona obwódka wyblakła przez ostatnie tygodnie, ale nadal składała kuszącą obietnicę. Do jej spełnienia pozostały zaledwie godziny. Kiedy to sobie uświadomiłem, zerwałem się z łóżka. Nie chciałem, aby mnie zaskoczono. Dom był już przygotowany, lśnił czystością, pachniał wiosną i astrami, jednak jeden z jego elementów stał daleko od doskonałości. Jeżeli chciałem, aby wszystko tego dnia było doskonałe, nie mogłem sobie pozwolić na żadne niedociągnięcie. 

W połowie brania szybkiego prysznica usłyszałem dzwonek do drzwi. Owinięty jedynie ręcznikiem, zostawiłem mokre ślady na podłodze i dobiegłem do nich. Ktoś po drugiej stronie niecierpliwił się już i po raz drugi sięgnął do dzwonka.

Nie czekałem dłużej, nacisnąłem klamkę.

– Witaj, kochanie! – Paulina uśmiechnęła się i zrobiła krok do przodu. – Nie mam pojęcia, jak się to stało, ale znowu zapomniałam kluczy.

 

***

 

Wrócili do mnie tak, jakby tamten dzień nigdy się nie wydarzył. Profesor miał rację; umysły sklonowanych jednostek można było dowolnie modyfikować. Poprosiłem go, aby wypełnił je wyłącznie dobrymi wspomnieniami. Na szczęście mieliśmy w domu wiele zdjęć i filmów, które zaraz po pogrzebie wrzuciłem do jednego pudła. Nie było zatem żadnego problemu, aby Paulina zapamiętała nasz dom, wspólne wakacje, czy pierwsze niezdarne kroki Jakuba. Oczywiście nie wszystko dało się uzupełnić. Profesor ostrzegał mnie, że pewne rzeczy przyjdą z czasem, a zarówno ona, jak i mój syn mogą czuć się odrobinę zagubieni, ale pierwsze tygodnie wcale na to nie wskazywały.

Było wręcz na odwrót. Czułem się cudownie; świat, który wyrokiem przeznaczenia wydawał się być stracony na zawsze, powrócił jeszcze lepszy i pełniejszy niż wcześniej. Klony odnalazły się w nim szybciej niż obaj z profesorem myśleliśmy. Więzi symbiotyczne, jakie wytworzyły się pomiędzy mną a Pauliną były wystarczająco silne. Nie trzeba ich było dodatkowo wspomagać. W zasadzie sam Profesor wydawał się być zaskoczony tak prędką i mocną rekonstrukcją. Wyglądało na to, że jej wcześniejsze odejście było tylko czasowym zachwianiem, bo komórki nie przekazały klonowi żadnych bolesnych wspomnień.

Tego właśnie obawiałem się najbardziej, gdy Profesor zaproponował mi powrót dawnego życia. Nie chciałem raz jeszcze przechodzić przez ból ich odejścia i straty.

– To akurat jest najmniejszym problemem – powiedział wtedy w ogrodzie. – Mózg jest jeszcze jedną z komórek, które możemy uplastycznić. Klony pokochają pana bezwarunkowo i nigdy nie opuszczą.

Zawsze będę przy tobie.

Podniosłem się na łokciach, patrząc na stojącą przy oknie Paulinę. Światło wschodzącego słońca oblało jej szczupłą sylwetkę pomarańczową poświatą, załamywało się na zakrzywieniach i rzucało na podłogę nieregularny cień. Paulina była ubrana jedynie w cienką koszulkę, która z ledwością zakrywała jej długie nogi. Skończyliśmy się właśnie kochać; tutaj także nie zauważyłem żadnych zmian. Jak zawsze spocona wysunęła się spode mnie i podeszła, aby popatrzeć na pomarszczone fale. Zielone oczy błyszczały jeszcze z podniecenia, pierś unosiła się w przyspieszonym oddechu. Zaledwie wczoraj powiedziała mi, że chciałaby mieć jeszcze jedno dziecko. Nie wiedziałem, czy to możliwe w przypadku klona, ale zadzwoniłem do Profesora z prośbą o spotkanie.

– Morze budzi we mnie niepokój – odwróciła się do mnie z zaróżowioną twarzą. pomyślałem, że Profesor mnie nie okłamał. Każda, najmniejsza nawet zmarszczka była doskonałym odbiciem pierwowzoru; delikatne w kącikach oczu, kiedy się uśmiechnęła, krzywizna podbródka, przeciętego niewielką bruzdą, dołeczki w policzkach.

– Czemu? – zapytałem, opuszczając nogi na zimną podłogę. – Czego się boisz, kochanie?

Podeszła do mnie i przytuliła się wraz z lekkim zapachem piżma, który również pomógł mi nie myśleć o pierwszej Paulinie.

– Nie wiem. Po prostu wydaje mi się, jakby coś wciągało mnie pod wodę. Czarna toń zamyka się nade mną, pochłania i nie pozwala wydostać się na powierzchnię. Nie tonę. Mogę w niej pływać, właściwie unoszę się z gardłem wypełnionym wodą.

– To tylko jakiś sen – pocieszyłem ją gładząc po włosach. Były długie i miękkie, falowały łagodnie, opadając na szczupłe ramiona. Wtuliłem w nie swoją twarz i powtórzyłem szeptem. – Ty tylko jakiś zły sen.

– Pewnie masz rację – uśmiechnęła się i przewróciła mnie na łóżko.

Próbowałem protestować.

– Zaraz wstanie Jakub.

Zamknęła mi usta pocałunkiem. Nawet on smakował tak, jakby dawała go Paulina, którą poznałem w tamtej księgarni.

– Mamy jeszcze co najmniej kwadrans – mruknęła, ściągając koszulkę. Piersi były trochę większe niż zapamiętałem i gdy ich dotknąłem momentalnie stwardniały.

– Zawsze będę przy tobie – poczułem jej język w ustach.

To dobrze, pomyślałem i zamknąłem oczy. To bardzo dobrze.

 

***

 

Profesor wytłumaczył mi, że lęk Pauliny przed morzem jest czymś w rodzaju szczątkowego wspomnienia pobytu w komorze klonującej i nie ma nic wspólnego z wypadkiem. Nie mógł mieć nic wspólnego, bo DNA, którego użyto do stworzenia klona pochodziło z kilku starych rzeczy, jakie zostawiła w domu. Profesor twierdził też, że komórki nie mogą przechowywać wspomnień, a dokonane w trakcie klonowania modyfikacje usunęły wszystkie niedociągnięcia. Zostawiły czystą kartę z wyłącznym wskazaniem mnie, jako człowieka zdolnego do jej wypełniania. To ode mnie zależało, co takiego obydwa klony zachowają w swojej pamięci. Zdjęcia i filmy pozwoliły na utworzenia szczątkowego szkieletu; Paulina i Jakub utożsamiały swoje istnienie ze mną, kochały mnie i pragnęły, abym nigdy ich nie opuszczał.

To było nawet w pewien sposób męczące. Nie mogłem wychodzić z domu; kiedy po paru tygodniach zdecydowałem się pojechać do wydawnictwa i spotkać z Grzegorzem, Paulina wpadła w histerię. Zaczęła krzyczeć i błagać mnie, abym ich nie opuszczał, a jej rozpacz była tak przejmująca, że zadzwoniłem i odwołałem spotkanie. Taki stan rzeczy nie mógł jednak trwać w nieskończoność; chociaż pracowałem w domu i nie musiałem za często wyjeżdżać, spędzenie w nim reszty życia nie wchodziło w rachubę.

– Nie może ich pan na razie zostawiać samych – odparł Profesor, kiedy mu o tym powiedziałem. – Z uwagi na ograniczenie procesu wzrostu i modyfikacje, jakich pan zażądał, nie udało się nam w pełni wykształcić mechanizmu samobezpieczeństwa.

– I dopiero teraz mi pan o tym mówi? – spytałem, patrząc na Paulinę, która czytała naszemu synowi jakąś bajkę. – Czy to znaczy, że będę musiał zabierać ich wszędzie ze sobą?

– To akurat nie byłoby za rozsądne – wyjaśnił Profesor. – Większość pańskich znajomych raczej nie zrozumiałaby cudownego powrotu pańskiego szczęścia. Umówiliśmy się poza tym, że przez pewien czas zachowa pan ich istnienie w tajemnicy.

Kiedy Profesor Grafowski roztoczył przede mną wizję odtworzenia Pauliny i Jakuba takie zobowiązanie nie wydawało mi się zbyt trudne, ale w miarę upływu czasu mogło stać się przeszkodą.

– Nie mogę być niewolnikiem we własnym domu – rzuciłem do słuchawki. – Niedługo rusza promocja mojej nowej powieści i wtedy będę musiał wyjechać.

 Po drugiej stronie zapadła wymowna cisza. Profesor zastanawiał się nad odpowiedzią i najwyraźniej postanowił coś zanotować, bo dobiegł do mnie skrzek przesuwanego po papierze długopisu. Kiedy ponownie się odezwał, jego głos brzmiał w nienaturalnie zgodny sposób.

– Dobrze – przytaknął. – Myślę, że będziemy mogli zaradzić temu problemowi. Niech pan odda słuchawkę Paulinie.

Spojrzałem na klona, który stał tuż przy drzwiach do mojej pracowni. Nie słyszałem nawet, kiedy tu weszła i trochę się przestraszyłem. Paulina przyglądała mi się z wyrazem twarzy, którego nie znałem. 

– W jakim celu? – odsunąłem słuchawkę od ucha, ale jeszcze nie oddałem jej klonowi.

Podeszła do mnie i położyła dłoń na ramieniu. 

– Po prostu daj mi ją, kochanie – powiedziała, wyjmując mi telefon z zaciśniętych rąk.

Potem odeszła wraz ze słuchawką parę metrów do tyłu. Nie miałem pojęcia o czym rozmawia z Profesorem i jak możliwe jest, że oboje się znają. Grafowski stworzył zapewne coś w rodzaju mechanizmu komunikacyjnego pomiędzy nim a klonami. W ogrodzie, kiedy rozmawialiśmy o odtworzeniu mojego szczęścia, zdradził, że w przypadku tak zaawansowanych procesów możliwe są pewne komplikacje, których rozwiązanie zależy od jak najszybszego nadzoru. W tym celu do pamięci każdego klona wszczepiano odpowiednie wspomnienie, które łączyło go z klinika Profesora. Jak zapewnił mnie Grafowski podobne rozwiązanie stosował od samego początku i do tej pory nigdy nie pojawiła się potrzeba skorzystania z niego. Wcześniejsze klony rozwijały się prawidłowo, a moduł połączeniowy usuwano w miarę czynionych postępów.

Wyglądało jednak na to, że czas, jaki dałem Paulinie i Jakubowi był stanowczo zbyt krótki na przystosowanie się do nowego życia.

– Tak, panie profesorze. Rozumiem, panie profesorze. Zrobię dokładnie tak jak pan mówi.

Klon kobiety, którą kochałem stał przy telefonie i co chwila powtarzał tylko te trzy zdania. Nie trzeba było wielkiego intelektu, aby domyśleć się, że Grafowski wydawał mu jakieś polecenia. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak bardzo przeszkadza mi, ze Paulina może przyjmować je jak zaprogramowany robot. W końcu była przecież człowiekiem. Może tylko z lekko zmodyfikowanym umysłem i odtworzona z materiału biologicznego, ale kochałem ją i nie mogłem pozwolić, aby pełniła rolę posłusznego narzędzia.

Spojrzała na mnie, wypowiadając do słuchawki kolejne potwierdzenie. Nie spodobał mi się lód, jaki nagle pojawił się w zielonych oczach. Nie wiedziałem, jakie polecenie wydał jej Grafowski, ale w chwili, kiedy odłożyła telefon, zrobiłem krok do tyłu.

– O co chodzi, tatusiu? – dobiegł mnie głos małego chłopca. Hubert objął mnie za nogę i powiedział słowa, które znałem aż za dobrze.

– Zawsze będę przy tobie, tatusiu.

Pogładziłem go niepewnym ruchem po głowie i spróbowałem odsunąć. Jego uścisk był zdumiewająco silny jak na niespełna pięcioletnie dziecko. W dodatku klon stanął w drzwiach, jakby próbując je zablokować. Uśmiechnąłem się do niego i powiedziałem.

– Puść mnie, Hubercie – starałem się, aby drżenie w moim głosie nie przestraszyło go. – Puść mnie.

Prośba odniosła wręcz odwrotny skutek. Klon małego chłopca wpił się rączkami jeszcze mocniej. Hubert przycisnął malutką twarzyczkę do mojej nogi i powtórzył cienkim głosikiem.

– Zawsze będę przy tobie. 

Zauważyłem, że Paulina zaczyna iść w naszą stronę. Jej nogi zastukały o podłogę. Nie dostrzegłem wcześniej, że założyła buty z obcasami, które złowrogo uderzały o twardą dębinę. Przypomniał mi się odgłos jej kroków sprzed paru miesięcy. Te same skrzypnięcia i zgrzyty, które rozrywały wtedy mój świat na strzępy, teraz jedynie przerażały. Paulina nie spuszczała mnie z oczu, szła wolno, ale na jej twarzy nie było uśmiechu. Widniała tam wyłącznie determinacja; wyrachowana i zimna, jakby w jednej chwili z jej serca znikła cała miłość. Nie podobało mi się to, właściwie zacząłem odczuwać pewien lęk.

– O co chodzi, kochanie – zmusiłem usta do wykrzywienia się w nienaturalnym uśmiechu. – Co powiedział ci profesor?

Potrząsnęła głową, rozrzucając dookoła kasztanowe loki. Tchnęła zbyt wielkim zimnem, aby być piękną, a mimo to poczułem, jak zasycha mi w gardle. Kochałem tę kobietę i bałem się jej jednocześnie.

– Zawsze będziemy przy tobie – odparła sztucznym głosem.

Stanęła tuż przede mną i opuściła głowę. Na jej znak klon Huberta ścisnął mnie jeszcze mocniej za nogę. Nie wiedziałem, że jest to w ogóle możliwe, bo już wcześniej jego rączki prawie zmiażdżyły mi udo.

Paulina złapała mnie za bark i boleśnie wbiła w niego palce. Siła i zdecydowanie, z jakimi to uczyniła nie miały za wiele wspólnego z delikatnością. Spojrzałem na nią i syknąłem z bólu. Jeżeli jednak moje cierpienie zrobiło na niej jakiekolwiek wrażenie, to bardzo dobrze się z tym kryła. Jej palce natomiast przesunęły się nieco wyżej i objęły mnie za szyję. Kiedy zwiększyła ich ucisk, zacząłem się trząść.

– Co robisz? – wykrztusiłem przerażony. – Co chcesz zrobić?

Patrzyła na mnie tak, jakbym nie istniał. Zimne palce zaciskały się coraz mocniej. Świat zamglił się, rozmazany cieknącymi z moich oczy łzami. Dlaczego mi to robisz, kochanie? Dlaczego chcesz mnie zabić?

Ostatkiem sił odepchnąłem ją do siebie. Zatoczyła się do tyłu i uderzyła głową o biurko, puszczając moją szyję. Zostawiła na niej bolące i piekące ślady długich palców, które przez lata wydawały mi się uosobieniem delikatności. Próżno jej jednak było doszukiwać się w uchwycie, którego nie powstydziłby się średniowieczny kat.

Hubert wpadł w panikę. Nadal nie puszczał mojej nogi. Musiałem go uderzyć. Trzy razy. Nigdy wcześniej nawet nie podniosłem na niego głosu. Kiedyś, bawiąc się w moim gabinecie, rozlał kawę na rozłożone notatki i komputer. Straciłem w ten sposób cztery miesiące pracy, ale nawet wtedy nie krzyczałem na niego. Był tylko dzieckiem i miał prawo popełniać błędy.

Teraz zamierzyłem się na niego ponownie. Nie przypominał chłopca, za którego byłem gotów oddać własne życie. Nie krzyczał i nie płakał. Obrzucił mnie pustym spojrzeniem, po czym znowu przylgnął do mojej nogi jak zbędny balast.

– Zawsze będę przy tobie, zawsze będę przy tobie, zawsze będę przy tobie – powtarzał bez końca.

Uderzyłem go jeszcze raz i odepchnąłem na próbującą podnieść się Paulinę. Nie sprawdziłem nawet, czy nic im się nie stało. Jedyną myślą, jaka pozostała w mojej głowie był samochód w garażu. Nie pamiętałem, czy kluczyki do niego nadal są w schowku, ale nie mogłem zostać w domu, gdzie dwa niezrównoważone klony najwyraźniej próbowały mnie zabić. Zbiegłem na dół, przeskakując po trzy stopnie naraz. Po drodze nadepnąłem jeszcze na jedną z zabawek zostawionych przez mojego syna. Ale czy on nadal był moim synem? Mój syn, Hubert, którego przyjście na świat była dla mnie największym szczęściem, raczej nie pomagałby mamie zabić tatusia.

Nie zwróciłem więc większej uwagi na trzask łamanego plastiku. Zabawka była sztuczna jak dwa zostawione na górze stworzenia. Jak mogłem myśleć o tym, ze będę w stanie odzyskać swoje szczęście? Ono odeszło tego dnia razem z Pauliną. Tak zdecydowała i umarła, a ja nie miałem prawa tego zmieniać.

Nie oglądałem się do tyłu. Bałem się tego, co mógłbym wtedy dojrzeć. Widok ukochanej twarzy, wypełnionej idealną pustką i dotyk zimnych jak arktyczny lód palców wciąż pozostawał w mojej pamięci. W całym domu panowała nienaturalna cisza, nikt mnie nie gonił, ale nie zwolniłem ani na chwilę.

Samochód stał w garażu, tak, jak zostawiłem go jeszcze przed wypadkiem pierwszej Pauliny. Szybki, sportowy wóz, który jej zdaniem był wyłącznie marnym udowodnieniem męskości. Nie wiedziałem, czy jest zatankowany i czy znajdę te przeklęte kluczyki, więc kiedy moja ręka dotknęła kawałka chłodnego metalu niemal popłakałem się ze szczęścia.

Zawsze będę przy tobie.

Cztery słowa znikły w odgłosie taranowanych drzwi. Bałem się, że wyjazd przez metalową bramę uszkodzi samochód i będę zmuszony uciekać na piechotę, ale metal ustąpił jak zdmuchnięty westchnieniem płomień świecy. Koła zabuksowały tylko na żwirowanym podjeździe, a wciśnięty w podłogę gaz wystrzelił spod nich drobnymi kamykami. Przez krótki moment wydawało mi się, że coś widziałem. Jakby blada twarz, która ze smutkiem spoglądała na moją ucieczkę. Nie próbowałem jednak przekonać się, czy klon zmienił zdanie.

Jechałem szybko, dużo szybciej niż miałem to w zwyczaju i podpowiadałby rozsądek. Chłodne powietrze znad fal uderzało mnie w twarz. Nadchodził wieczór i słońce chowało się już w czarnej krainie morza. Jego pomarańczowe promienie oślepiały mnie, musiałem mrużyć oczy.

Nic dziwnego, że po wyjeździe z tunelu nie dostrzegłem nadjeżdżającego z drugiej strony samochodu. Usłyszałem dźwięk klaksonu, a mechanizm obronny nacisnął hamulec. Czy tak właśnie zginęła pierwsza Paulina i mój prawdziwy syn? Na wilgotnym asfalcie sportowe opony nie miały żadnych szans. W zasadzie mogłem jedynie obserwować bezradnie jak sunę do przodu, w stronę metalowej barierki, która kilkanaście tygodni wcześniej odebrała mi wszystko.

Zawsze będę przy tobie, pomyślałem i puściłem kierownicę.

 

***

 

Obudziłem się w jakimś, nieznanym mi pomieszczeniu, którego charakterystyczną cechą była wszechobecna biel. Leżałem na łóżku, spięty czymś w rodzaju pasów. Podłączono mnie też do szeregu kroplówek, plastikowych rurek i monitorów, na których mogłem obserwować co takiego ze mną się dzieje. Mogło to oznaczać tylko jedno; nie zginąłem w tamtej przepaści. Uratowano mnie i przewieziono najwyraźniej do szpitala.

Chciałem poruszyć się i wezwać pomoc, ale przeszkadzała mi w tym rura w gardle. Całe ciało wydawało mi się czymś obcym, czymś, co tak na dobrą sprawę nie należało już do mnie. Widocznie na skutek wypadku dostałem szoku, bo chociaż nie miałem wrażenia, żebym był ciężko ranny, nie mogłem zmusić się nawet do drgnięcia. Światło, które rozpalono tuż nad moją głową było zbyt jaskrawe, nie byłem w stanie na nie patrzeć. Na całe szczęście przesłonił je rozmazany cień, który pochylił się nade mną.

Poczułem jak zimna, delikatna dłoń dotyka rozpalonego do czerwoności czoła. Druga, o wiele mniejsza pogładziła mnie po przedramieniu, po czym wbiła w nie igłę.

– Zawsze będziemy przy tobie.

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

OK, jest jakiś nowy motyw w klonowaniu. Nawet ciekawy twist.

Mam jednak wrażenie, że konstrukcja tekstu jest mocno zachwiana. O co z grubsza chodzi, dowiadujemy się w dwóch trzecich opowieści. Do dużo za późno, IMO.

Jak poprzednio – wiele rzeczy wydaje mi się niepotrzebnych lub niepotrzebnie rozbudowanych. Naprawdę te kartony i słoniki mają aż takie znaczenie, żeby o nich wspominać więcej niż raz?

Napisane w miarę przyzwoicie.

Na miłość boską, Jakub, co się z tobą dzieje?

Przedtem miał na imię Hubert.

Po prostu włożyłem kartki do koperty, zakleiłem je i wezwałem kuriera.

Nanoboty, cuda na drągu, a nie ma maila?

Paulina i Jakub utożsamiały swoje istnienie ze mną, kochały mnie i pragnęły, abym nigdy ich nie opuszczał.

Dlaczego rodzaj niemęskoosobowy?

Babska logika rządzi!

Czytałam i czytałam, i powoli traciłam cierpliwość, bo opowieść robiła się nudnawa. Rozumiem, że bohatera dotknęła niezwykle bolesna, niepowetowana strata, ale ileż można się nad sobą użalać i pocieszać alkoholem?

A kiedy Hubert postanowił wrócić do świata żywych, historia potoczyła się tak żwawo, że nagle przestałam rozumieć, co tam się działo, co spowodowało niespodziewany atak klonów i jaki był w tym telefoniczny udział profesora.

Tym razem wykonanie jakby nieco lepsze, ale nadal pozostawia sporo do życzenia.

 

– Chodź z nami, ta­tu­siu – chło­piec nadal stał wcze­pio­ny w nogę i spodnie. –> – Chodź z nami, ta­tu­siu.Chło­piec nadal stał wcze­pio­ny w nogę i spodnie.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Mo­głem tylko stać i bez­wol­nie pa­trzyć się na za­gła­dę wła­sne­go życia. –> Mo­głem tylko stać i bez­wol­nie pa­trzyć/ patrzeć na za­gła­dę wła­sne­go życia.

 

Nie za­pa­łem świa­teł, moje życie po­grą­ży­ło się w ciem­no­ści… –> Nie za­pala­łem świa­teł

 

wy­ci­szo­ne wraz z żalem ludzi, któ­rzy wró­ci­li do swo­ich spraw i swo­ich żyć. –> …wró­ci­li do swo­ich spraw i swo­jego życia.

Życie nie ma liczby mnogiej (za wyjątkiem znaczenia odnoszącego się do gier komputerowych).

 

z gar­dłem wy­peł­nio­nym gorz­ką żół­cią i sło­dem… –> Jakim słodem?

 

Nie zwra­ca­łem niego uwagi… –> Nie zwra­ca­łem na niego uwagi

 

wy­wier­ca­jąc mi w gło­wie dziu­rę wiel­ko­ści Wiel­kie­go Ka­nio­nu. –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …wy­wier­ca­jąc mi w gło­wie dziu­rę o rozmiarach Wiel­kie­go Ka­nio­nu.

 

Wes­tchnię­cie po dru­giej stro­nie dało po­ka­zać, że roz­mów­ca za­czy­na się nie­cier­pli­wić. –> Wes­tchnię­cie/ westchnienie po dru­giej stro­nie dało do zrozumienia, że roz­mów­ca za­czy­na się nie­cier­pli­wić.

 

Kiedy się ode­zwa­łem w moim gło­sie było sły­chać je­dy­nie jed­nak wy­łącz­nie. –> Co było słychać w głosie?

 

W od­da­li coś ma­ja­czy­ło się nie­wy­raź­nym ob­ło­kiem. –> W od­da­li coś ma­ja­czy­ło nie­wy­raź­nym ob­ło­kiem.

 

kowal tłukł się tam tak mocno, ze mu­sia­łem za­ci­snąć zęby… –> Literówka.

 

– … je­steś mi to wi­nien, stary – cią­gnął dalej Grze­siek. –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

gdy ze wcze­śniej­sze­go gma­chu zo­sta­nie cho­ciaż so­lid­ny fun­da­ment. –> …gdy z wcze­śniej­sze­go gma­chu

 

– Coś jesz­cze?– spy­ta­łem w na­dziei, że odło­ży te­le­fon… –> Brak spacji po pytajniku.

 

a na­dzie­ja i na­pię­cie, jaki cza­iły się… –> Literówka.

 

Nigdy nie na­le­ża­łem do lwów to­wa­rzy­stwa… –> Nigdy nie byłem lwem salonowym… Lub: Nigdy nie brylowałem w to­wa­rzy­stwie

 

to po­trzą­sy­wa­nie wil­got­ny­mi, ry­bi­mi pra­wi­ca­mi nie było mi po­trzeb­ne. –> …to po­trzą­sa­nie wil­got­ny­mi

 

Beł­ko­czą­cy, za­ta­cza­ją­cy się i wy­krzy­ku­ją­cy pre­ten­sje do ca­łe­go świa­ta Jakub nie był naj­lep­szym part­ne­rem do roz­mów. –> Chyba Hubert.

 

Po jej dru­giej stro­nie po­ło­żo­no osie­dle, gdzie domy przy­po­mi­na­ły re­zy­den­cje gwiazd Hol­ly­wo­odu… –> Osiedli może być ładnie położone, ale osiedli raczej się nie kładzie.

Proponuję: Po jej dru­giej stro­nie zbudowano osie­dle, którego domy przy­po­mi­na­ły re­zy­den­cje gwiazd Hol­ly­wo­odu

 

Na­resz­cie je­steś – po­wi­ta­ły mnie słowa mo­je­go przy­ja­cie­la… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Już teraz czu­łem, że cięż­ko mi bę­dzie wy­trwać przy zło­żo­nej Grześ­ko­wi przy­się­dze. –> …że trudno mi bę­dzie wy­trwać

 

Dzię­ku­ję na pań­skie wspar­cie. –> Literówka.

 

gdzieś w od­da­li do szep­czą­cych bez końca gło­sów, mu­zy­ki i tłumu. –> Literówka.

 

nawet gdyby to stado po­ry­ki­wa­ło je­dy­nie ża­ło­śnie, do­ma­ga­jąc się je­dy­nie ko­lej­nej por­cji żeru. –> Powtórzenie.

 

– No cóż, nie będę za­prze­czał – słowa Pro­fe­so­ra spra­wi­ły… –> Dlaczego wielka litera?

Dlaczego w dalszym ciągu opowiadania profesor jest kilkakrotnie napisany wielka literą?

 

ze pra­gnie­nie na­pi­cią się cze­goś moc­niej­sze­go… –> Literówki.

 

Pro­fe­sor usiadł na po­bli­skiej ławce i wska­zał, aby zajął miej­sce obok niego. –> Literówka.

 

– Nie na­le­żę ra­czej do typów, które z za­par­tym tchem śle­dzą rynek wy­daw­ni­czy… –> – Nie na­le­żę ra­czej do typów, którzy z za­par­tym tchem śle­dzą rynek wy­daw­ni­czy

 

Brak wie­dzy i od­po­wied­nich in­for­ma­cji nigdy nie prze­szka­dzał ro­dza­jo­wi ludz­kie­mu … –> Piszesz o dwóch czynnikach, więc: – Brak wie­dzy i od­po­wied­nich in­for­ma­cji nigdy nie prze­szka­dzały ro­dza­jo­wi ludz­kie­mu

 

w ner­wo­wym ocze­ki­wa­niu. czu­łem się, jak­bym pisał po raz pierw­szy… –> Pewnie zamiast kropki miał być  przecinek.

 

Ponad sześć­set stron, które skła­da­ło się na nową po­wieść… –> Ponad sześć­set stron, które skła­da­ły się na nową po­wieść

 

a gar­dło przy­jem­ną go­ry­czą, kiedy po­cią­gną­łem pierw­sze­go łyka. –> …kiedy po­cią­gną­łem pierw­szy łyk.

 

Dom był już przy­go­to­wa­ny, lśnił czy­sto­ścią, pach­niał wio­sną i astra­mi… –> Astry to jesienne kwiaty, nie pachną wiosną i nie kojarzą się z nią.

 

Pau­li­na była ubra­na je­dy­nie w cien­ką ko­szul­kę, która z le­d­wo­ścią za­kry­wa­ła jej dłu­gie nogi. –> Zrozumiałam, że Paulina miała na sobie nie koszulkę, a długą choć i tak przykrótką koszulę, skoro ta z ledwością zakrywała nogi; mam wrażenie, że sięgała Paulinie w okolice kostek.

 

od­wró­ci­ła się do mnie z za­ró­żo­wio­ną twa­rzą. po­my­śla­łem, że Pro­fe­sor mnie nie okła­mał. –>

Albo przecinek, albo wielka litera.

Dlaczego profesor wielką literą?

 

Po­de­szła do mnie i przy­tu­li­ła się wraz z lek­kim za­pa­chem piżma… –> Czy mam rozumieć, że zapach przytulał się także?

 

Pau­li­na i Jakub utoż­sa­mia­ły swoje ist­nie­nie ze mną, ko­cha­ły mnie i pra­gnę­ły, abym nigdy ich nie opusz­czał. –> Pau­li­na i Jakub utoż­sa­mia­li swoje ist­nie­nie ze mną, ko­cha­li mnie i pra­gnę­li, abym nigdy ich nie opusz­czał.

 

Kiedy po­now­nie się ode­zwał, jego głos brzmiał w nie­na­tu­ral­nie zgod­ny spo­sób. –> Zgodny z czym?

 

– Puść mnie, Hu­ber­cie – sta­ra­łem się, aby drże­nie w moim gło­sie nie prze­stra­szy­ło go. –> – Puść mnie, Jakubie

 

Hu­bert przy­ci­snął ma­lut­ką twa­rzycz­kę do mojej nogi… –> Jakub przy­ci­snął ma­lut­ką twa­rzycz­kę do mojej nogi

 

Po­trzą­snę­ła głową, roz­rzu­ca­jąc do­oko­ła kasz­ta­no­we loki. –> Włosy jej powypadały?

 

Na jej znak klon Hu­ber­ta ści­snął mnie jesz­cze moc­niej za nogę. –> Na jej znak klon Jakuba ści­snął mnie jesz­cze moc­niej za nogę.

 

Świat za­mglił się, roz­ma­za­ny ciek­ną­cy­mi z moich oczy łzami. –> Literówka.

 

Hu­bert wpadł w pa­ni­kę. –> Jakub wpadł w pa­ni­kę.

 

Mój syn, Hu­bert, któ­re­go przyj­ście na świat była dla mnie… –> Mój syn, Jakub, któ­re­go przyj­ście na świat było dla mnie

 

Jak mo­głem my­śleć o tym, ze będę w sta­nie… –> Literówka.

 

Świa­tło, które roz­pa­lo­no tuż nad moją głową było zbyt ja­skra­we… –> Można rozpalić ognisko, ale nie rozpala się światła.

Proponuję: Świa­tło, które paliło się/ zapalono tuż nad moją głową było zbyt ja­skra­we

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka