- Opowiadanie: Majkubar - Dzikuska

Dzikuska

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dzikuska

***

 

– Gudrun! – zawołała Ilse z całych sił, nerwowo rozglądając się po pastwisku.

Pejzaż trwał w bezruchu jakby był częścią wielkiego malowidła. W ogrodzie i w obejściu panowała absolutna cisza. Nie było żywej duszy, ani jednego stworzenia, choćby muchy. Kozy, kury, koty, psy – zniknęły wszystkie. Ule, tętniące zazwyczaj życiem, przypominały opuszczone miniaturowe chatki. Mgła wypełniała całą okoliczną przestrzeń.

– Gudrun! – Ilse wrzasnęła ponownie, kierując kroki w stronę furtki, jednak dźwięk jej głosu nie niósł się w przestrzeni, tak jakby krzyczała z zamkniętej beczki.

Kiedy kobieta wybiegła na gościniec i przyjrzała się obu jego końcom zatopionym we mgle jak w nieruchomej nicości, poczuła narastającą bezsilność i przestała nawoływać córkę.

Podeszła na skraj drogi i stanęła przed ścianą lasu. Spojrzała w dół stoku, próbując wyłowić najmniejszy ruch. Nie dostrzegła niczego na zielono-brązowo-szarym tle, za to usłyszała jednostajne szuranie za plecami.

Ilse obróciła gwałtownie głowę i wzdrygnęła się na widok nagiego mężczyzny, wlokącego na barkach duży, drewniany krzyż złożony z grubych, równo ciosanych belek.

– Dokąd idziesz, Panie nasz? – spytała. Była pewna, że Jezus Chrystus zszedł z krzyża, by opuścić Gminę i jej mieszkańców.

Syn Boży zatrzymał się, oparł krzyż na ziemi i odwrócił się w stronę kobiety. Jego jedyne odzienie stanowiła przepaska biodrowa. Na głowie spoczywała korona z cierni. Ciało pokryte było licznymi bliznami. Stał lekko przygarbiony.

Ilse przyglądała się postaci Mesjasza. Był jak obraz, który nie wzbudził w kobiecie żadnych uczuć, towarzyszących jej zazwyczaj na samo wspomnienie o Nim, czy to w modlitwie czy w trakcie codziennych zajęć. Teraz był raczej pozbawionym znaczenia elementem odległego życia, dawnej opowieści przekazywanej z pokolenia na pokolenie.

– Gudrun… Widziałeś może Gudrun? – spytała.

Syn Człowieczy skulił się i padł na kolana. Próbował objąć rękoma swoje dygocące ciało. Spod cierni wypłynęły strugi krwi i rozlały się po twarzy mężczyzny.

– Moją córkę, widziałeś…? – Głos Ilse drżał.

Blizny na ciele Chrystusa pękały, krwawiąc, a On skierował na kobietę nieobecne spojrzenie i z trudem próbował wymówić jedno słowo.

– Nie słyszę… – Ilse szlochała. Z przerażeniem przyglądała się ustom, które powtarzały ten sam niemy wyraz.

– Mamo! – Dotarł do niej ledwie słyszalny krzyk Jezusa, brzmiący jak głos córki.

– Gudrun! – odpowiedziała.

Z nadgarstków Odkupiciela trysnęła krew.

– Mamo! – Agnus Dei wył jak zranione brutalnie zwierzę.

– Gudrun! – Serce kobiety wypełniła trwoga, wynikająca z przeświadczenia, że nie zobaczy już nigdy córki, że straciła ją na zawsze.

 Skowyt Pomazańca zmienił się nagle w chichot, a wkrótce potem w spazmatyczny śmiech.

 

– Mamo!

Ilse otworzyła oczy i wciągnęła łapczywie powietrze. Wydech przybrał formę przewlekłego jęku, który po chwili przeplatał się z histerycznym szlochem.

– Mamo, spokojnie. – Gudrun chwyciła matkę i mocno przytuliła do siebie. – To był zły sen… Tylko zły sen.

 

***

 

Gudrun biegła między drzewami po łagodnie opadającym stoku, przeskakując liczne przeszkody w postaci paproci i krzewinek. Po kolejnym susie uczepiła się młodej brzozy i zakręciła młynka wokół pnia. Odskakując, wykonała serię piruetów. Korony drzew wirowały i migotały promienie słońca, przebijające się przez gałęzie. Rozpostarte ręce pomagały jej zachować równowagę, a gdy tylko poczuła moment krytyczny, pognała między sosny. Z trudem utrzymując równowagę, w szalonym slalomie, trafiła na wcześniej upatrzony cel – niewielką połać mchu, gdzie upadła i poturlała się po runie leśnym, wyjąc ze śmiechu.

Kiedy oddech i zawroty głowy uspokoiły się, Gudrun usiadła pod wielkim bukiem. Zwróciła twarz w stronę słońca i chłonęła jego kojące ciepło. Powoli wdychała aromat lasu. Wspomnienie doświadczonych przykrości ze strony mieszkańców Gminy, wypierał narastający w niej spokój. Miniony tydzień odchodził w niepamięć.

Wydłubywała resztki mchu i runa z rozpuszczonych włosów i spodni. One zwykle były przyczyną drwin i szyderstw, którymi ją obrzucano przy wielu okazjach. „Dziwadło”, mówili. „Chłopczyca”. Tylko dlatego, że miała białe włosy poprzeplatane szarymi i beżowymi pasmami. Albo przez jej wstręt do sukienek i chodzenie w spodniach, które uwielbiała nosić. Czuła się w nich wyśmienicie, swobodnie, tak jakby były drugą skórą. Wyjątki robiła w święta i w każdą niedzielę – zakładała sukienkę na msze i uroczystości, ze względu na matkę, i tylko dla niej.

Ilse była przykładną chrześcijanką. Ponad wszystko ceniła sobie nauki Nowego Testamentu, zwłaszcza w interpretacji pastora Thomasa, z którym, według niektórych osób i samej Gudrun, łączyła ją szczególna więź. Ilse nie opuszczała żadnej mszy i regularnie udzielała się w życiu parafialnym. Uczestniczyła w licznych spotkaniach modlitewnych i pogadankach, a także w przygotowaniach przedświątecznych. Pastor Thomas wielokrotnie wyrażał publicznie wdzięczność za jej pracę na rzecz wspólnoty.

Niestety parafianie nie podzielali entuzjazmu duchownego wobec kobiety, której matka była wiedźmą, mieszkającą w lesie i zajmującą się… „Bóg sam raczy wiedzieć czym”. Zazdrość o względy pastora mąciła spokój ich bogobojnych, pełnych miłości bliźniego serc, rozbudzając jeszcze większą niechęć do Ilse i jej „wynaturzonej dzikuski”.

Gudrun, odkąd skończyła siedem lat, stroniła od innych dzieci. Nie miała ochoty na durne zabawy w ich gronie, wolała raczej włóczyć się po górach, dolinach i lasach w towarzystwie przyjaciół babki Hildy, którą odwiedzała tak często, jak to było możliwe. Najwięcej czasu spędzała z Lennardem Lucanisem i jego siostrzeńcami. Zdobywała wiedzę o świecie Natury, głównie o lesie. Doskonaliła sztukę walki wręcz, fechtowała i jeździła konno.

Izolacja Gudrun oraz jej niepopularny, jak na dziewczynę, sposób bycia sprawiły, że najwięcej uszczypliwości doznawała od rówieśników, głównie chłopców, którzy uganiali się za nią, wykrzykując same bzdury. „Na pewno jesteś dziewczyną, Gudrun?”, wołali. „Pokaż cycki, Gudrun, bo nie uwierzymy!”

Najbardziej dokuczliwy był Bastian Winckler, który wszędzie pojawiał się w otoczeniu trzech najbliższych popleczników: Johannesa – swojego brata, Klausa Fischera i Erika Langera. Czepiał się dziewczyny na okrągło, kiedy tylko opuszczała Gminę po zakończonych sprawunkach. „A wiecie, że Gudrun ma siusiaka? Widziałem jak sika na stojąco!”, darł się pod nieboskłon w miniony czwartek, wywołując salwy śmiechu wśród kolegów i niektórych przechodniów. Nazywała go Świńskim Ryjem, ze względu na charakterystyczną fizjonomię.

Niejednokrotnie zaczepki chłopców przybierały na sile – ciągnęli Gudrun za włosy, koszulę, popychali. Ona jednak nie pozostawała im dłużna. Nauki Lennarda okazały się wyjątkowo przydatne, dlatego z wszystkich potyczek wychodziła zwycięsko, co tylko pogłębiało negatywny stosunek mieszkańców do niej i wzmacniało wizerunek „nieokrzesanej dzikuski”. Urażeni nastolatkowie coraz częściej szukali sposobności do odwetu, a dopóki wszyscy byli podrostkami, ich niesnaski zdawały się być tylko dziecięcą szarpaniną, jakich wiele. Jednakże w ostatnich miesiącach, konflikt przybrał charakter regularnych bójek, które Gudrun toczyła głównie z Bastianem.

Ponadto w oczach społeczności, tętniącej ideałem sakramentalnej czystości, nieślubna córka, o której ojcu niewiele było wiadomo i narosły w związku z tym pewne przypuszczenia („Takie dziecię może być tylko bękartem samego szatana”), była skazą na wizerunku Ilse. Wręcz głęboką bruzdą na chrześcijańskim obliczu matki, która przyjmowała drwiny z uśmiechem i cierpliwością. „Wybacz im, Panie, bo nie wiedzą, co czynią”, myślała zazwyczaj.

Nauki chrystusowe i płynąca z nich mądrość dawały kobiecie siłę do życia we wspólnocie przesiąkniętej jadem moralności. Ale nie tylko mądrość biblijna i osoba pastora dodawały Ilse otuchy. Wśród mieszkańców Gminy nie brakowało też ludzi, którzy przede wszystkim pochłonięci byli wytężoną pracą, więc zwyczajnie nie mieli czasu i ochoty dokuczać komukolwiek, zwłaszcza że nie widzieli ku temu powodów. Stając w obronie matki i córki, niejednokrotnie odwoływali się do miłości bliźniego. Przytaczali słowa Jezusa traktujące o drzazgach w oku, belkach, deszczu padającym na wszystkich jednakowo, dzieciach bożych, i w ogóle o dzieciach, które przecież Mistrz z Nazaretu polecał naśladować. W odpowiedzi słyszeli jedynie, że „naśladować Pan nakazał dzieci boże, a nie szatański pomiot”, a poza tym „gdyby to boski deszcz spadł choć raz jeden, już dawno zmyłby to diabelskie ścierwo pod powierzchnię ziemi, w piekielne czeluści, gdzie jego miejsce”.

Głowa pastora Thomasa pęczniała z dnia na dzień od ilości wysłuchanych relacji, przepełnionych emocjami, od rozstrzygania sporów, zwłaszcza zaś z samej troski o brutalne w słowach kłótnie. Pasterz uświadamiał sobie, że jego owczarnia wyraźnie podzieliła się na dwie zagrody, broniąc założeń tej samej nauki. Najbardziej niepokojąca była myśl, że jej ekumeniczny charakter zatracał się pod naporem, skłonnej do nieuzasadnionych swarów, natury ludzkiej, a pośrodku sporu tkwiła matka z dzieckiem – kobieta, którą kochał, i którą miał nadzieję wkrótce poślubić.

Lecz nie tylko złożona natura ludzka stanowiła przeszkodę w duszpasterskich staraniach pastora i jego planach matrymonialnych. Istniała jeszcze wszechobecna i niewinna w swojej prostocie Natura, pozbawiona jakichkolwiek przekonań, której Thomas nie dostrzegał. Albo zwyczajnie nie rozróżniał…

 

Szelest zbudził Gudrun z błogiego snu, w który zapadła w chwili rozluźnienia. Przeciągnęła się i ziewając, ogarnęła wzrokiem okolicę.

Wilk siedział na zwalonym, dębowym pniu. Przyglądał się dziewczynie. Był piękny, pokryty biało-szarym futrem z bordowym kołnierzem wokół szyi. Drugi, mniejszy wilk, rozłożył się na mchu i oparł łeb na jej udzie.

– Witaj, Till. – Ucałowała wilczka między uszy i pogłaskała miękką sierść.

Duży basior podszedł do Gudrun i zaczął lizać obtarte do krwi przedramię dziewczyny, która dopiero wtedy dostrzegła ranę. Zatopiła palce w gęstym futrze i wtuliła się w szyję wilka.

– Jak zawsze, Lennardzie – wyszeptała. – Zjawiasz się, żeby wylizać moje rany…

Wilk polizał policzki Gudrun i mruknął, dając młodemu sygnał.

Powiodła spojrzeniem za wilkami, dopóki nie zniknęły w gęstwinie lasu. Wreszcie wstała i ruszyła w kierunku babcinego domu.

 

***

 

Domek babci Hildy, wbrew krzywdzącym (zdaniem samej lokatorki) opiniom przedstawicieli lokalnej dewocji, wierszokletów i bajkopisarzy szwendających się po okolicznych gminach Schwarzwaldu, nie stał na kurzej łapie, ani też nie mienił się pokryciem z pierników czy innych lukrowanych przysmaków. Był solidną konstrukcją z drewna, posiadającą okna z okiennicami, taras, murowane palenisko i komin, całość zaś osadzona była na grubych palach.

Gudrun wbiegła po schodach na werandę. Wsunęła głowę przez otwarte drzwi i rozejrzała się po pustej izbie. Następnie rzuciła okiem na okolicę wokół chaty. „Może poszła zbierać zioła”, pomyślała. Wszędzie panowała głucha cisza, nie licząc brzęczenia owadów i…

Usłyszała chrapnięcie, dochodzące od strony szerokiej ławy, stojącej pod oknem. Widocznie leżała na niej nie tylko sterta skór i pledów, jak wcześniej myślała.

Uklęknęła w miejscu, w którym pochrapywanie było słychać najwyraźniej. Uniosła kawałek okrycia i natychmiast zaczęła trząść się ze śmiechu. Połaskotała wilcze ucho, które drgnęło.

– Babciu – wyszeptała dziewczyna i pogłaskała ucho ponownie. – Babciu – powiedziała przeciągle, naśladując wycie wilka. – Jakie ty masz wielkie uszy. – Chichotała bez przerwy.

– Babciu! – krzyknęła wreszcie.

Kłębowisko pledów drgnęło, a po chwili wyłoniła się z niego staruszka, która z trudem dźwignęła ciało do pozycji siedzącej. Nieprzytomnym spojrzeniem zmierzyła wnuczkę, leżącą na deskach. Dziewczyna zanosiła się śmiechem na widok babki.

Hilda sięgnęła po tykwę, stojącą na parapecie okna i skrzywiła się.

– Zamiast naigrywać się z babki, mogłabyś…? – Zamachała znacząco naczyniem.

Gudrun wskoczyła do izby i po chwili zjawiła się z lekarstwem i dzbankiem wody. Babcia wychłeptała całą zawartość dzbana, czemu wnuczka przyglądała się z nieustającym rozbawianiem.

– Uważaj na zębiska, bo pokaleczysz sobie wargi, babciu.

Kobieta skwitowała uwagę gromkim beknięciem i spojrzała na dziewczynę.

– Zdaje mi się, że masz wyjątkowo dobry humor, dziecko. – Pociągnęła łyk z tykwy. – Czyżby błazny z tego niepokalanego cyrku były dla ciebie łaskawe w ostatnim czasie?

Gudrun przywykła do tego, że babka miała cięty język, zwłaszcza gdy wychodziła z wilczej metamorfozy.

– Nie. Nie były – odpowiedziała. – Nie wiem, co by musiało się wydarzyć, żeby… – westchnęła. – Nienawidzą mnie za to, że jestem inna…

– No, o tym, to ja akurat coś wiem. – Hilda podrapała się wilczą łapą po nieco zarośniętym policzku. Tylko jedna ręka dotychczas odzyskała normalny wygląd. – Te łajzy nigdy nie przejdą obok ciebie obojętnie, a wiesz czemu?

Wnuczka pokręciła głową.

– Bo to byłoby zbyt proste. – Babcia zarechotała. – To nic trudnego, tak zwyczajnie ominąć człowieka, ale oni mają nakładzione do pustych łbów, że świat i życie to tak, a nie inaczej powinny wyglądać i gubią się od razu, jak tylko coś nie pasuje do tego ich obrazka. – Pociągnęła łyk z tykwy. – Tak zwane prawa i obyczaje. Urojenia, za które umierają, w imię których zabijają, a jak żyją, to jak te psy na łańcuchu, w nędzy i niedoli, ciasnocie umysłowej… Co ja ci tam będę gadać.

– Ale mama taka nie jest. Gerrard Schone i inni też nie.

– Moje dziecko, Ilse nie ma pusto w głowie, dlatego nauki i modły jej nie szkodzą. Twoja matka to mądra kobieta. I dobra. – Upiła kolejny łyk. – I tym się właśnie zamartwiam najbardziej.

– Czemu, babciu?

– Ano temu, że strażnicy moralności nawet z dobrem ludzkim i mądrością się rozprawią po swojemu, prędzej czy później. Banda pomyleńców, psiakrew… Nie rozpoznaliby dobra, nawet gdyby siedziało na nich okrakiem.

Zapadła ponura cisza.

– Babciu? – Pierwsza odezwała się Gudrun. – Gdzie jest mój ojciec?

– No, masz… – mruknęła Hilda pod nosem. – Zaczyna się.

– Dlaczego nie ma go przy nas? – spytała wnuczka smutnym głosem. – Dlaczego nie spędza ze mną czasu? Tak jak ty czy… Lennard…

– O wilku mowa – rzekła babcia z ulgą w głosie.

Do chaty zbliżał się mężczyzna w szarym płaszczu i cylindrze z bordową lamówką, spod którego wystawały białe włosy, opadające na ramiona. Za nim, w oddali, szedł młody człowiek.

– No idź, przywitaj się. – Staruszka poklepała dziewczynę po plecach.

Gudrun zbiegła na dół i wtuliła się w Lennarda.

– Gotowa? – spytał.

– Jak nigdy dotąd – odpowiedziała i pobiegła do Tilla.

Lennard wszedł na taras.

– Nie mówiłem ci, Hildo, że to nie ma sensu? – Nie krył rozbawienia. – Może jednak każdy powinien żyć zgodnie ze swoją naturą?

– Mądrala się znalazł – obruszyła się. – A może jednak ktoś powinien wytłumaczyć temu dziecku pewne sprawy! – Zagrzebała pod ławką i wyciągnęła flaszkę z winem.

– Nie radzę…

– A w dupie to mam! – odburknęła, wyciągnęła korek zębami  i pociągnęła duży łyk. Poprawiła pled i spojrzała mu w oczy. – Zaczęła pytać, Lennardzie.

Mężczyzna milczał.

– Pomyślałam, że mógłbyś porozmawiać z moją córką. – Hilda westchnęła. – Jakie życie ma to dziecko w tym kur… – ucięła. – Byłaby bardziej bezpieczna, mieszkając z ojcem, a już na pewno szczęśliwsza…

– O ich bezpieczeństwo się nie martw, wielu ma na nie oko. Zapewniam cię. – Mężczyzna uśmiechnął się. – Nie próbuj też wpływać na decyzje Ilse, to nic nie da. Może nawet pogorszy sytuację.

– Lennardzie, wiem od Gudrun, że sytuacja się zaognia – rzuciła stanowczym tonem. – Córka wiedźmy i bękart szatana. Mam ci przypomnieć, co robi z takimi kobietami zidiociała część wyznawców Jezusa? To tylko kwestia czasu.

– Hildo, powtarzam, nie musisz się martwić o ich bezpieczeństwo.

Kobieta siedziała naburmuszona z rękami skrzyżowanymi na piersiach.

– Pij dużo wody – rzucił odchodząc.

 

***

 

Jak w każdą niedzielę, po nabożeństwie Ilse pomogła pastorowi uporządkować kościół. Zawsze przy tej okazji prowadzili długie i żarliwe rozmowy, dotyczące fragmentów Pisma czytanych i komentowanych w trakcie liturgii. Tego dnia Thomas odważył się wyznać kobiecie uczucia, jakie wobec niej żywił, a także złożył jej propozycję małżeństwa.

 

Szli w milczeniu głównym gościńcem Gminy. Pastor był zamyślony. Smutnymi oczami przyglądał się każdemu kamykowi, leżącemu na ziemi. Dostrzegał, jak nigdy dotąd, każdy detal podłoża.

Kiedy mijali gospodę, z zamyślenia wyrwał go burczący głos Horsta Wincklera. Mężczyzna siedział przy stole w towarzystwie Gerta Fischera i Madsa Langera.

– Nauczyła cię już rzucać zaklęcia, pastorze?

Pochyleni nad piwem mężczyźni zaczęli rżeć, a przy pozostałych stolikach ucichł nagle gwar rozmów. Thomas odwrócił się w ich stronę, mimo że Ilse próbowała odwieść go od tego zamiaru. Spojrzał na mężczyznę i uśmiechnął się.

– Tak, Winckler, a ty będziesz pierwszym, którego zamienię w żabę.

Horst Winckler poderwał się od stołu.

– Aż tak ci namieszała we łbie ta wiedźma, księżulku? – Mężczyzna poczerwieniał na twarzy. – Zdaje się, że jesteś sługą bożym, a nie sługusem sza…

– Siadaj, Winckler, jesteś pijany – rzucił karczmarz.

– Ta… Kobieta jest taką samą chrześcijanką jak my wszyscy. – Głos pastora był spokojny.

– Takie suki palono kiedyś na stosie! – krzyknął Winckler. – A nie wpuszczano do domu bożego. – Zbliżył się do Thomasa. – A może ty zwyczajnie wykorzystujesz Jezusa, żeby znaleźć drogę do jej… – Wykonał gest ręką w okolicy przyrodzenia. – Serca…

Horst Winckler opadł na stół, po przyjęciu mocnego ciosu pastora, którego Ilse natychmiast odciągnęła na bok. Mężczyźni, obserwujący zajście, poderwali się z miejsc, żeby przytrzymać  Horsta, Gerta i Madsa i zapobiec dalszej bójce.

Odchodząc, Ilse i Thomas słyszeli cichnącą tyradę Wincklera na temat moralnego upadku pastora, będącego pod wpływem czarów, a także chrześcijańskiego obowiązku mieszkańców Gminy, którzy powinni rozprawić się ze złem…

 

– Teraz rozumiesz, o czym mówiłam? – spytała, gdy stali pod domem. – Moja obecność nie służy twojemu kapłaństwu. Stracisz w ten sposób autorytet, a to byłaby wielka szkoda dla tej wspólnoty.

– Szkoda? A co ja uczyniłem, żeby ci ludzie zrozumieli przesłanie Nowego Testamentu, żeby zaakceptowali…

– Nie mów tak – przerwała mu. – Masz piękne serce i światły umysł, a to jest twoje powołanie. Nie zmienisz wszystkich od razu. Twoja praca jest mozolna i trudna, potrzeba na nią wiele czasu i cierpliwości. Najtrudniej jest zmienić ludzkie serca…

– Kocham cię, Ilse.

– Thomasie…

– A ty? – Spojrzał jej w oczy. – Odpowiedz szczerze.

– Jest kilka spraw związanych z Gudrun, którymi muszę się zająć. Omówić z jej…

– To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

Ilse pokręciła głową.

– Jesteś dla mnie wspaniałym przyjacielem, Thomasie. Bardzo ważnym człowiekiem… Kocham cię, ale…

– Rozumiem. – Ucałował jej rękę i uśmiechnął się. – Do zobaczenia. Z Bogiem.

 

***

 

Po długim i intensywnym treningu, w późnych godzinach popołudniowych, ruszyli do Siedlisk.

Domy ludzi-wilków rozmieszczone były w malowniczym zakątku, pełnym łagodnych wzniesień, potoków i wodospadów. Gudrun uwielbiała odwiedzać rodzinę i sąsiadów Lennarda. Wszyscy okoliczni mieszkańcy żyli ze sobą w zgodzie i przyjaźni, wspierali się, spędzali też wiele czasu razem w dużej gromadzie. Palono ogniska, zawsze toczyły się ciekawe lub zabawne rozmowy, zakrapiane miodem i piwem. Nie brakowało też wyśmienitych potraw, dominowały owoce, warzywa i zioła, ale były też ryby i pieczyste, w małych ilościach.

Po leśnych wojażach Gudrun zazwyczaj miała, można by rzec, wilczy apetyt. Leni, siostra Lennarda, uwielbiała przyglądać się dziewczynie, kiedy pałaszowała wszystko ze smakiem. Mąż Leni – Veit, zwykle po posiłku, sprawdzał siłę Gudrun, mocując się z nią na ręce. Zawsze twierdził, że rośnie z niej tęga baba, na co rodzeństwo Tilla reagowało gromkim śmiechem i odpowiadało licznymi żartami. Nie tylko Till, który towarzyszył jej najczęściej, również Pia, Livia, Finja, Conn, Linus i Fynn traktowali dziewczynę jak siostrę czy kuzynkę. Była szczerze lubiana w Siedliskach.

Jak się z czasem dowiedziała, Leni i Veit stanowili parę alfa swojej watahy. Lennard, który nie miał żony i dzieci, był wśród mieszkańców Siedlisk kimś na wzór pastora Thomasa. Wilczym kapłanem. Till wielokrotnie opowiadał o wuju i jego magicznych zdolnościach, jednak dziewczyna niewiele z tych relacji rozumiała.

Po kolacji Gudrun siedziała z Lennardem na wzniesieniu w pobliżu wodospadu.

– Coś cię gryzie? – spytał.

Dziewczyna dłubała czubkiem noża pod paznokciem.

– Chciałabym się dowiedzieć czegokolwiek o swoim ojcu – powiedziała. – Ale nikt nie chce ze mną rozmawiać.

– Mama też nie?

– Zawsze jak o nim wspominam, mama robi się smutna, potem jest rozdrażniona i zamyka się w sobie.

– Doprawdy? – Spojrzał na nią z wyraźnym zainteresowaniem.

– Raz nawet szlochała, leżąc w łóżku. Myślała, że śpię… Potem odmawiała te swoje pacierze…

– A ty? Nie modlisz się? – Lennard zmienił temat.

Gudrun parsknęła śmiechem.

– Ja…? – Spojrzała na towarzysza. – Ja tego nie rozumiem, Lennardzie. To znaczy… Kiedyś próbowałam. Modliłam się do tego Jezusa i Anioła Stróża, ale nic nie działało.

– Co nie działało?

– No, żadna pomoc nie przyszła, jak mnie bracia Winckler zaczepiali. Jak byłam młodsza, raz cisnęli mnie w błoto i musiałam po gębie dać jednemu i drugiemu. Za każdym razem odczepiali się dopiero, jak sama się za nich wzięłam.

Lennard wybuchnął śmiechem.

– Więc jak to jest? – spytała Gudrun po chwili. – Z tą całą religią? Babcia twierdzi, że religia robi z głupich ludzi jeszcze głupsze i bardziej nienawistne łajzy, a tylko mądrzy i dobrzy ludzie korzystają z jej nauk.

– Jest w tym jakaś prawda – potwierdził Lennard. – Ale sama religia nie jest niczemu winna.

– To czym jest religia, według ciebie?

– Wyobraź sobie, że gnasz na pięknym, silnym koniu. Ten koń to życie. Czujesz się wolna, swobodna i szczęśliwa. Podoba ci się to, co spotykasz po drodze. Nagle za zakrętem pojawia się gałąź, która zrzuca cię z konia. I mimo że z powrotem na niego wsiadasz, to już nie jest taka sama jazda. Niesmak, strach po upadku zaczynają ci towarzyszyć i wciąż uważasz na ewentualne gałęzie i przeszkody. Religia, to właśnie ta gałąź. Niektórzy wiszą na niej od urodzenia, a inni, którzy nie potrafią dostrzec piękna krajobrazu i czerpać prostej przyjemności z jazdy albo boją się podróżować, sami się jej czepiają.

Gudrun pokiwała głową.

– Dlaczego cię to interesuje? – spytał.

– Próbuję zrozumieć, czemu dla mamy religia jest taka ważna. Nie potrafi czerpać przyjemności z życia czy się go boi?

– Myślę, że znajduje w tych naukach jakąś wartość. Może też szukała wspólnoty, ponieważ większość stworzeń szuka współistnienia. Współistnienie z kolei zakłada obecność zasad, a w świecie ludzi skupia się to wszystko wokół religii, z niej płynie tradycja i obyczaj.

– O tym też babcia wspominała. Tyle tylko, że według niej ten obyczaj dzieli, a nie łączy ludzi. Albo nawet zabija. Ja też nie widzę w Gminie wspólnoty. Niby jest, bo ludzie zbierają się w różnych miejscach, pracują razem, ale ja nie czuję w tej wspólnocie miłości, wzajemnej troski czy akceptacji, tak jak w świecie ludzi-wilków. Ludzie zazwyczaj są dla siebie źli, a w najlepszym wypadku są obojętni wobec siebie. To znaczy jest dobrze, ale brakuje… – Szukała odpowiedniego słowa.

– Głębi w relacjach…

– Tak! Głębi. I szczerości. Chęci bycia razem. W Siedliskach czuje się, że ludzie-wilki wiele dla siebie znaczą. – Zasępiła się. – Nie ma u was waśni, bójek, w ogóle przemocy, a przecież zdarza się, że zabijacie.

– W świecie zwierząt i ludzi-wilków zabija się tylko z jednego powodu. Żeby przeżyć. Zdobyć pożywienie albo ocalić życie swoje lub bliskich. Tylko człowiek zabija z wielu innych powodów, a niektóre z nich, widziane oczami Natury, wydają się niezrozumiałym kaprysem.

– Jak to, że jesteś inny. Nie pasujesz do obrazka, bo nie kochasz tego samego Boga.

– Niestety, Gudrun. Przekonania niczego nie ułatwiają, zwykle są przeszkodą dla szczęśliwego, spełnionego życia i współistnienia.

 

***

 

Kolejny tydzień zleciał Gudrun w mgnieniu oka. Więcej niż zwykle angażowała się w prace domowe. Pomagała Ilse zbierać miód, macerować zioła i przygotowywać nalewki. Sporo pracy było zazwyczaj przy inwentarzu, ale nie mniej roboty i czasu poświęcały na wykonanie masła, serów i wypiekanie chleba.

Dziewczyna uwijała się najszybciej jak tylko mogła, żeby wyręczyć matkę w niektórych zadaniach, ponieważ jej stan budził wątpliwości córki. Ilse była jakby nieobecna, złe myśli wyraźnie zaprzątały jej głowę, jednak wielokrotnie pytana, nie chciała powiedzieć córce, co ją tak frasuje.

W piątek rano Gudrun pognała do Gerrarda Schone, kupca, który odbierał towary od mieszkańców i woził je na targi, z informacją, że matka przygotuje wszystko do odbioru w samo południe. Później rozniosła zamówione medykamenty i miód do wskazanych przez Ilse mieszkańców Gminy.

Kiedy wracała do domu, klika Bastiana czekała na nią na leśnym gościńcu, co było pewną nowością w ich praktyce, zwykle szyderstwa i zaczepki miały charakter publiczny.  Chłopcy zastawili dziewczynie drogę. Bastian zaszedł ją od tyłu.

– Teraz sprawdzimy, Dzikusko, czy naprawdę jesteś dziewuchą – wycedził i przywarł do jej pleców. – A może wybrykiem natury? – dodał.

Zanim jego ręce znalazły to, czego szukał, Gudrun uderzyła potylicą na tyle skutecznie, żeby uwolnić się z uścisku. Erik podbiegł do niej pierwszy i zaraz osunął się na kolana, zgięty wpół, po przyjęciu celnego kopniaka w krocze. Klaus, który zamachnął się nieporadnie, za sprawą precyzyjnie wykonanej przez dziewczynę dźwigni, poszybował w pobliskie zarośla. Cios Johanesa był szybki i celny. Zaraz po nim Bastian wbiegł w nią z impetem i oboje runęli na ziemię.

Poczuła w ustach smak krwi z rozciętej wargi. Broniła się zaciekle, rozmazując juchę na twarzy Bastiana, któremu rozkwasiła nos. Satysfakcja jednak nie trwała długo. Pierwszy raz, w długiej historii ich wspólnych bójek, nie mogła sobie poradzić. Musiała uznać przewagę przeciwnika, który najwyraźniej urósł w siłę. Nastolatkowie zmieniali się w mężczyzn, czego właśnie doświadczała boleśnie – poczucie bezsilności narastało, a wraz z nim pojawił się lęk, którego wcześniej nie znała. Przestała rzucać się, wierzgać i szamotać, ryk przeszedł w ciężki oddech – odpuściła, gdy tylko Johannes i Erik przyparli jej ręce do ziemi.

– I co, Świński Ryju, co mi teraz zrobisz? – spytała dysząc. – Wychędożysz jak te swoje lochy, kiedy nikt nie widzi?

Cała kompania zawyła z rozbawieniem i rosnącym podnieceniem.

– Może to i niezły pomysł – wysapał Bastian, siedząc na niej okrakiem. – O ile masz tam, co trzeba, Dzikusko – dodał i wsunął rękę pod jej koszulę.

Gudrun plunęła w wyszczerzoną gębę Wincklera. W odpowiedzi dostała mocny cios głową. Ból nosa rozsadzał jej czaszkę. Przed oczami miała tylko czerń. W uszach piszczało niemiłosiernie. Pierwsza myśl, która wyłoniła się z ciemności, zgiełku i bólu, przyniosła świadomość niebezpieczeństwa w jakim się znalazła. Dotarło do niej, że żarty się skończyły, a niewinne dziecięce przepychanki stały się realnym zagrożeniem.

– Przytrzymajcie jej nogi! – Głos Bastiana huknął jak uderzenie młota o kowadło. W ułamku sekundy zrozumiała, co się dzieje. Otworzyła oczy. Klaus uciekał właśnie do lasu – widocznie sytuacja przerosła nie tylko ofiarę.

Kiedy Świński Ryj mocował się z jej spodniami, Gudrun dostrzegła nagłą zmianę – jej zmysły wyostrzyły się, do tego stopnia, że poczuła znajomy zapach, przebijający się przez odór potu i posmak krwi. Wyprężyła się, żeby odchylić głowę, ale nie mogła nic zobaczyć z tej perspektywy – przydrożne krzaki i trawa zasłaniały jej widok lasu. Jednocześnie słyszała dudnienie końskich kopyt, skrzypienie i terkotanie wozu w oddali, które narastały z każdą chwilą.

Nagle rozległo się nad wyraz głośne wołanie Gerrarda, wizg bata i świdrujący krzyk Bastiana, który odskoczył od niej jak poparzony, dzięki czemu poczuła się swobodnie i mogła skulić się w sobie, zatykając dłońmi uszy.

Handlarz rozgonił nastolatków, złorzecząc im i strasząc konsekwencjami, których większość zakładała męki cielesne i piekielne. Następnie podszedł do pastora, klęczącego przy Gudrun.

– Na Boga. – Gerrard przeżegnał się. – Gnojki za… Czy oni…? – Chciał pobiec za uciekinierami, ale pastor złapał go za rękę.

– Nie teraz. Później się tym zajmę. – Thomas wziął dziewczynę na ręce. – Nie zdążyli, na szczęście. Zawieźmy ją do domu.

Powóz ruszył. Gudrun, siedząca między workami w objęciach pastora, spojrzała w gęstwinę lasu. Był tam, czuła go nadal, wreszcie dostrzegła i patrzyli sobie w oczy. Po chwili zniknął w zaroślach.

 

Kiedy zajechali pod dom, Ilse natychmiast podbiegła do furtki, widząc zakrwawioną twarz córki. Dziewczyna zeskoczyła z furmanki i pognała na podwórko, mijając matkę bez słowa. Kobieta zwróciła przerażone i pytające spojrzenie w stronę mężczyzn.

Gudrun pochyliła się nad beczką i podparła ciało rękami. Przez chwilę przyglądała się odbiciu w wodzie. Wciąż dygotała i czuła lęk, ale nie wywołany przez samo zdarzenie. Przede wszystkim nie rozumiała tego, co się z nią dzieje. Dlaczego czuła wyraźnie zapach potu Gerrarda, pakującego towary matki na wóz? Albo słyszała każde słowo rozmowy bardzo wyraźnie? Od całej trójki dzieliło ją kilkadziesiąt kroków, a zmysły pracowały jakby stała tuż obok.

Pastor najpierw zdał matce relację z tego, co zaszło, następnie próbował ją przekonać, że zajmie się całą sprawą. Ilse protestowała. Była zdania, że publiczne połajanki nasilą nienawiść ludzi, którzy zwyczajnie nie lubią być krytykowani. „Gdyby byli zdolni zrozumieć Słowo Boże, dawno spokój zapanowałby w Gminie”, mówiła. Tymczasem ona zamierza uchronić własne dziecko przed nieszczęściem. Dlatego postanowiła, że Gudrun nie będzie więcej chodzić do ludzi, a dalszy los córki musi omówić z jej ojcem.

Gudrun poczuła uderzenie gorąca jakby żar płynął w jej żyłach, zamiast krwi. Ojciec. Jest tu. Musi być. Gdzieś w pobliżu. Zanurzyła głowę w beczce. Woda spłynęła z włosów po ciele. Doznała chwilowej ulgi, ale niewystarczającej.

Zdjęła buty i podreptała w stronę ogrodzenia za domem. Koszula drażniła skórę, gryzła niemiłosiernie, więc ją zrzuciła. Zerwała wiszące na sznurze prześcieradło i jednym susem przeskoczyła płot.

Biegła szybciej niż zwykle. Słyszała wyraźnie szum wodospadu z oddali. Zanim dobiegła na miejsce, poczuła ściskanie w podbrzuszu. Zlekceważyła je. Stanęła nad brzegiem niecki, wydrążonej przez kaskadę wody, która spływała dalej w dół potokiem. Czym prędzej odwinęła opaskę z piersi i ściągnęła spodnie. Skuliła się – kolejny skurcz w podbrzuszu był silniejszy od poprzedniego. Żar w ciele wzmagał się, a do nozdrzy dotarł wyraźny zapach krwi. Spojrzała na nogi. „Akurat teraz?”, pomyślała. Wiedziała, że to może nastąpić każdego dnia, matka ją uprzedzała, przygotowała córkę na ten moment. „Ale nie w takiej chwili”, ogarnęła ją irytacja.

Powoli weszła do zagłębienia i rozsiadła się wygodnie jak w balii, zanurzona po szyję. Woda, zazwyczaj lodowata, wydawała się ciepła – ostudziła rozpalone ciało i dawała poczucie ulgi. Wzmożona percepcja pozwalała dostrzec, usłyszeć i poczuć każdy ruch, szelest i zapach w promieniu kilkuset kroków. Rejestrowała aktywność dziesiątków stworzeń. Jednocześnie zauważyła, że słabsze bodźce ulegały wzmocnieniu, a na te silniejsze, zmysły reagowały wyciszeniem, dzięki czemu poczuła się bardziej komfortowo. Z każdą chwilą przyzwyczajała się do nowej percepcji zmysłowej.

Po kilku godzinach pojawiło się zupełnie nowe doznanie. Jakby za sprawą innego zmysłu, obejmującego całe ciało, chłonęła wibrujące strumienie energii z całego otoczenia – słońce, powietrze, woda i ziemia oddawały jej siły witalne. Cała Natura zdawała się szeptać: „Jedz, pij i żyj, dziecko. Mój pokarm jest wieczny i nieskończony. Niczego ci nie zabraknie”.

Kiedy unosiła się bezwładnie na powierzchni sadzawki, słowo „ojciec” ponownie pojawiło się w jej myślach. Usiadła i wbiła nieruchome spojrzenie w korony drzew. Umysł pracował szybciej, bardziej intensywnie. Ukazywał jej nie znaną dotąd głębię minionych wydarzeń, oprowadzał po przestrzeniach wszystkich życiowych doświadczeń. W przeciągu kilku zaledwie chwil, wszystkie one połączyły się w jeden spójny obraz – postać Lennarda. Odkryła znaczenie słów, gestów i spojrzeń. Dostrzegła znamię – takie samo znamię na przedramieniu i zapach, kolor, fakturę tkanki identycznej jak jej własna skóra…

Wybuchła płaczem i śmiechem jednocześnie. Śmiech zmienił się w jęk. Nawet nie dostrzegła, kiedy zaczęła wyć. Wyła coraz głośniej. To był zew. Eksplozja szczęścia, bo przecież ziściło się najsilniejsze pragnienie, jakie kiedykolwiek nosiła w sercu.  I zrozumiała, co działo się z jej ciałem oraz kim zawsze była i dlaczego.

Wyła z całych sił. Zew niósł się po okolicy, ogłaszając narodziny młodej wadery.

Stado odpowiedziało.

 

Kiedy okrążyła dom i weszła na podwórze, owinięta w mokre prześcieradło, zobaczyła dokładnie to, co spodziewała się zastać. Lennard czekał na nią w towarzystwie matki, ciotki Leni i wuja Veita. Tuż za płotem stali kuzyni i kuzynki w ludzkiej postaci, a z nimi inne watahy. Wilki wciąż wychodziły z lasu, zbierały się wokół obejścia.

Przyglądała się ojcu. Czuła wyraźnie jego zapach, jeszcze milszy niż zwykle, i wzruszenie, które skierował w jej stronę w mokrym od łez i pełnym miłości spojrzeniu, w którym dostrzegła coś więcej.

– Gudrun…

– Nie, tato – przerwała mu. – Nie potrzebuję wyjaśnienia. – Zbliżyła się do ojca. – Chcę, żebyś mocno mnie przytulił.

Obecność matki i ojca, watahy i wielu innych, sprawiła, że pierwszy raz w życiu poczuła się w pełni kochana, akceptowana i bezpieczna.

– Wciąż jesteś rozpalona – powiedział Lennard, gdy ucałował Gudrun w czoło. Podał jej małą tykwę. – Wypij to. Nie więcej niż połowę. Resztę później.

Obrócił córkę przodem do matki i zdjął z niej wilgotne płótno. Ilse podała jej buty i koszulę. Leni rozwinęła płaszcz z cienkiej, szarej skóry, wykończony paskami wilczego futra.

– Witaj, Gudrun Lucanis. – Veit pomógł dziewczynie założyć nowe odzienie, które okazało się idealnie dopasowane.

Młoda wadera podziękowała parze alfa.

Kiedy Gudrun witała się z gromadą i poznawała kolejne stada, Lennard podszedł do Ilse.

– Masz jej wszystkie ślady? – spytał.

– Wszystko przygotowałam. – Wręczyła mu drewniane pudełko. – Ten najświeższy trzeba wziąć… Najlepiej dzisiaj. – Parsknęła śmiechem na widok jego miny. – Poproś Hildę, zajmie się tym.

– Miałem nadzieję, że będziesz świętować razem z nami.

 

***

 

Ilse siedziała na ławie przy palenisku, wpatrując się w ogień. Z zewnątrz docierały do niej dźwięki muzyki, śpiew ludzi-wilków, śmiech i gwar rozmów. Lennard ułożył nasączone krwią płótno i zamknął pudełko.

– Dziękuję, że zebrałaś je wszystkie. – Uśmiechnął się do niej.

– Do czego potrzebne będą te włosy, paznokcie, skóra i wydzieliny? – spytała.

– Gudrun jest półkrwi człowiekiem-wilkiem… Jeżeli dojrzewanie i mutacja będą przebiegać opornie, użyję tych śladów, żeby ułatwić cały proces. – Okrył pledem ramiona Ilse.

Kobieta chwyciła jego rękę. Usiadł obok.

– Lennardzie…

– Wiem, Ilse. Wiem.

– Mimo wszystko, potrzebuję to powiedzieć.

Przytulił ją.

– Nie żałuję tych wszystkich lat – podjęła. – Musiałam spróbować żyć wśród ludzi. Bałam się, że nie będę pasowała do świata wilków… – Przyłożyła palec do jego ust. – Nie przerywaj…  Wydawało mi się to zupełnie oczywiste. Wiem… Myliłam się. Jednak doświadczyłam wielu pięknych chwil, mimo że szydzono z nas… Mimo że tęskniłam… – Chciała opuścić głowę, ale Lennard złapał ją w obie dłonie.

– Zawsze pragnąłem twojej obecności. To jedyne oczekiwanie jakie miałem wobec ciebie… To jedyne pragnienie, które noszę w sercu od zawsze. Twoje współistnienie, ze wszystkim, co ono ze sobą niesie, włącznie z Bogiem. Nikt w Siedliskach nie będzie ci niczego narzucał. Nikt nie będzie cię w niczym ograniczał. Nikt nie będzie szydził… – Ściszył głos. – Tylko zostań… Proszę…

Patrzyła na niego pytająco.

– Ilse… Wilki nie odkochują się tak łatwo.

Pocałunek wywołał dreszcz w ciele kobiety. Zbliżyła drżące wargi do jego ucha.

– Ludzie też nie, Lennardzie – wyszeptała.

 

Dookoła panowała cisza. Świt zaglądał przez otwarte okna.

Usta Lennarda wędrowały po ciele Ilse. Obudziła się i natychmiast zatopiła palce w jego włosach. Czuła jak zbliża się kolejna fala doznań, których tak bardzo jej brakowało przez kilkanaście lat.

– Dlaczego Natura wydaje się być taka doskonała? Taka oczywista i pociągająca? – spytała.

– Jest doskonała. I oczywista.

– Dlaczego?

– Bo nie wymyślił jej człowiek.

 

***

 

Lato miało się ku końcowi. Ludzie-wilki spędzali w tym okresie większość czasu na zdobywaniu i szykowaniu zapasów na zimę.

Gudrun, w towarzystwie ojca i kuzynostwa, przemierzała las w poszukiwaniu zwierzyny, ziół, owoców i grzybów. Conn zwęszył rannego i słabego jelenia, a ponieważ członkowie stada stosowali prawo selekcji z rozmysłem (wybierali osobniki słabe i zagrożone, kiedy tylko była taka możliwość), ruszył jego tropem, wraz z Fynnem, Linusem i Pią.

Till, Livia i Finja zostali z kuzynką, zbierając zioła i pierwsze w tym roku grzyby. Lennard chadzał zazwyczaj swoimi ścieżkami. Rozglądał się za, jak to określał, „materią niezbędną do pozyskania ingrediencji, używanych w procesach i rytuałach”, o których młodzież nie miała najmniejszego pojęcia.

Gudrun pięła się po łagodnym wzniesieniu, zostawiając rodzeństwo w tyle. Zanim dotarła na szczyt, poczuła wyraźną woń, która nie należała do lasu, jednak wydawała się jej znajoma. Była pewna, że to zapach świni i…

– Świński Ryj? – Parsknęła śmiechem na widok Bastiana, okrytego świńską skórą. – Do twarzy ci w tej szacie. – Poznała obyczaj, który miała okazję nie raz oglądać. – Zatem, szczerze wam winszuję, nareszcie jesteście mężczyznami. – Johannes miał na sobie taką samą pelerynę.

Erik oparł pijanego Klausa o drzewo, ten zaś zsunął się od razu do pozycji siedzącej.

– Zabijmy sukę i wracajmy – wybełkotał i pociągnął z flaszki łyk.

– A to ci kompania – powiedziała Gudrun, kiedy ręce i głowa Klausa opadły bezwładnie. – Prawdziwi zabójcy spod ciemnej gwiazdy. – Odpięła worek i kołczan od pasa i rzuciła na ziemię. Łuk oparła o drzewo. – Który jest wystarczająco rześki, żeby się mierzyć?

Johannes uniósł rapier, a Erik wycelował w nią pistolet. Bastian trzymał w jednej ręce nóż, w drugiej genitalia knura.

– Jesteś aż tak pijany, Świński Ryju? – Skrzywiła się i syknęła. – Musiało boleć.

– To dla ciebie, Dzikusko – oznajmił, szczerząc zęby.

– Będziesz mnie tym chędożył? – spytała chichocząc. – Doceniam intencję, ale wolę…

– Nie zrozumiałaś. Postanowiliśmy cię naprawić. – Wyszczerzył się bardziej. – Będzie idealnie pasował.

Ruszyła w ich stronę.

– A jak chcecie tego dokonać? – Usłyszała trzeszczenie napinanych łuków w zaroślach. – Musielibyście najpierw mnie obezwładnić…

– A kto nam przeszkodzi tym razem? – Johannes oparł ostrze na karku dziewczyny.

– Paru by się znalazło, ale tym razem…  – Spojrzała mu w oczy i krzyknęła: – Poradzę sobie sama!

Chłopcy nerwowo rozejrzeli się po krzakach.

– Blefuje – powiedział niepewnie Erik.

Gudrun wykorzystała moment nieuwagi Johannesa. Strąciła głownię z ramienia, złapała rękę trzymającą rękojeść i wykręciła, tak jak ją uczył ojciec. Prześlizgnęła się pod ramieniem, zrobiła dźwignię, a kiedy Johannes runął na ziemię, przygwoździła jego dłoń klingą do podłoża.

Erik spanikował, słysząc krzyk przyjaciela, i wypalił. Kula drasnęła lewe ramię dziewczyny. Rozległ się świst i chłopak padł na kolana. Darł się i beczał jak dziecko.

– Finjo, nie! – krzyknęła Gudrun, unosząc ręce. – Livio, jest mój!

Bastian spłoszył się na widok Tilla, który podniósł pistolet i wyjął strzałę z uda Erika, a następnie zawiązał mu opaskę na ranę. Chłopak zemdlał i zrobiło się ciszej.

– Nie bój się, Świński Ryju, nikt nam nie będzie przeszkadzał – rzuciła.

– Ostatnim razem dużo ci te sztuczki nie pomogły. – Bastian przyjął pozycję do ataku.

– Dużo się zmieniło od ostatniego razu, knurku. – Rozłożyła ręce i uśmiechnęła się. – No chodź.

 Rzucił się na nią z krzykiem. Zablokowała cios, ale chłopak przyparł ją do drzewa. Wykręciła mu rękę, następnie chwyciła drugą, którą dociskał jej ciało do pnia, i skierowała obie w dół. Nóż upadł na ziemię. Bastian spiął się i wymierzył cios głową.

„Nie tym razem”, pomyślała, robiąc unik.

Uderzył w drzewo. Gudrun wskoczyła na niego, zaciskając nogi na tułowiu. Świński Ryj próbował uwolnić ręce, ale zatoczył się pod ciężarem wiszącej na nim dziewczyny – upadli i poturlali się po nachylonym podłożu.

Bastian był zaskoczony jej siłą. Szamotał się leżąc na niej, jednak bez skutku.

Dziewczyna nie odpuszczała – nogi obejmowały prężące się ciało chłopaka. Trzymała go jedną ręką za włosy i przyglądała się tętnicy wyraźnie zarysowanej i pulsującej pod skórą szyi. Przez chwilę miała nieodpartą ochotę zatopić w niej zęby, ale druga ręka odruchowo powędrowała do cholewy buta.

Przyłożyła ostrze do gardła Bastiana. Był czerwony z wysiłku.

– Spokojnie, Świński Ryju, nie będzie bolało – wyszeptała. – Przykro mi, że tak się kończy nasza mała wojna. – Sztylet wchodził gładko. – Wiedz, że tylko twój upór doprowadził nas do tej chwili.

Krew trysnęła. W gasnących oczach Bastiana dostrzegła niedowierzanie i… Coś jeszcze. Niebieskie źrenice zastygły w szczerym wyznaniu, na które nigdy wcześniej się nie zdobył…

Przerażenie i złość ogarnęły Gudrun, która wyciągnęła nóż i odwróciła głowę, szlochając. Poczuła, jak krew zalewa jej kaptur i poły płaszcza. Po chwili obróciła bezwładne ciało Wincklera. Klęcząc, przymknęła powieki nieboszczyka i wydała z siebie przeraźliwy okrzyk.

Johannes, który w międzyczasie zdołał uwolnić rękę, przyglądał się nieruchomemu ciału brata. Kiedy jego oczy spoczęły na ociekającym czerwienią kapturze dziewczyny, oprzytomniał nagle i poderwał się na nogi. Rzucił się na Gudrun, robiąc zamach klingą.

Rozległo się fuknięcie i wizg. Mglisty pocisk trafił chłopaka, ścinając go z nóg. Jego ciało zawirowało w powietrzu i opadło pod postacią warchlaka, który zatoczył się i pobiegł w dół po zboczu, znikając w zaroślach.

Gudrun spojrzała pytająco na ojca. Trzymał w ręku srebrną dubeltówkę.

– Nic mu nie będzie. – Opuścił broń. – Wróci do swojej postaci o świcie.

 

Znaleźli ich konie w pobliżu gościńca, dokładnie w miejscu, które wskazał Erik. Bracia Tilla ułożyli i przymocowali ciało Bastiana oraz nieprzytomnego Klausa do siodeł, Till zaś pomógł Erikowi zasiąść na grzbiecie karej klaczy.

Odjeżdżając, chłopak odwrócił głowę i przyglądał się Gudrun. Stała między drzewami w zakrwawionym płaszczu. Miała nieobecne, nieruchome oczy. Wyglądała jak posąg albo zjawa. Erik rozpłakał się, gdy tylko wjechał na gościniec.

 

Ojciec zaszedł Gudrun od tyłu i przygarnął do siebie.

– Jak to jest możliwe, tato? – spytała. – Czuję to, co nie zostało wyrażone. Słyszę niewypowiedziane myśli. Widzę coś, czego kiedyś nie potrafiłabym dostrzec.

– Doświadczysz jeszcze więcej, dziecko – wyszeptał. – Dosięgniesz wszystkiego, co istnieje poza światem materii, a co jest jej źródłem… Z czasem.

Gudrun westchnęła.

– Dlaczego Bastian tak mnie traktował? Kochał mnie przecież, wiem to na pewno.

– Każde zjawisko na ziemi, każda rzecz i istota poruszają się po drodze, która ma dwa bieguny. Skoro cię kochał, a nie mógł się w tej miłości spełnić, to siłą rzeczy droga doprowadziła go…

– Do nienawiści.

– Na końcu tej drogi rodzi się potrzeba unicestwienia tego, czego kochać nie wolno.

– Ale można chyba zejść z tej drogi?

– Zawsze, dziecko… Zawsze.

 

***

 

W dniu pogrzebu Bastiana Wincklera padał rzęsisty deszcz.

Gudrun przecisnęła się między tłumem ludzi i złożyła wielki bukiet kwiatów na nagrobku, wśród innych wiązanek. Nie patrząc na rodziców zmarłego ani innych żałobników, odwróciła się zdziwiona brakiem reakcji z ich strony i ruszyła przed siebie.

– Gudrun. – Usłyszała za plecami głos matki Bastiana.

Spojrzała kobiecie w oczy, gdy ta podeszła i położyła dłoń na jej policzku.

– Dziękuję – uśmiechnęła się ze smutkiem w oczach – że próbowałaś im pomóc.

– Podobno zostałaś ranna? – dodał Horst Winckler.

Dziewczyna cofnęła się kilka kroków. Odszukała wzrokiem Erika i Johannesa.

– Pani Winckler, ja im nie pomagałam – powiedziała. – Broniłam się sama.

– Słucham…? – Emma Winckler wyglądała jakby miała zemdleć.

– To oni mnie napadli. – Wyciągnęła rękę w kierunku chłopców.

– Co takiego? – Twarz Wincklera poczerwieniała. Ruszył w stronę Gudrun. – Ty dzika suko, zabiłaś mi syna! – wycedził.

Żałobnicy rozstąpili się, wydając chóralne westchnienie.

Erik i Johannes natychmiast zasłonili dziewczynę.

– To my ją chcieliśmy zabić! – krzyknął Johannes. – Broniła się przed moim mieczem…

– A ja do niej strzeliłem. – Erik spuścił głowę.

– Bastian zaatakował Gudrun nożem… Broniła się! – powtórzył Johann. Patrzył ojcu w oczy.

– Wy kłamliwe szczury! – Winckler rzucił się na nich, ale pastor go powstrzymał.

– Horst, dość tego! – Mężczyźni przepychali się. – To nie jej wina, rozumiesz?!

– Trzeba było się zająć tymi sukami wcześniej, klecho! Zaślepiła cię miłość i kutas! – wrzeszczał Winckler. – Czarami cię omamiły, wiedźmy! A tobie podobało się być warchlakiem?! – zwrócił się do Johanesa. – Nie ona jest winna? Właśnie, że…!

– Przestań! – krzyk Johannesa przerwał tyradę ojca, który stał osłupiały. – To nie jej wina. Bastian zawsze kochał Gudrun. – Wargi chłopaka drżały. – Nie chciał być takim gnojem dla niej. Nikt z nas nie chciał. Ale bał się ojca. Tak. Bał się ciebie, twojej nienawiści do nich, twojej kary i odrzucenia. – Im więcej mówił Johanes, tym bardziej Horst truchlał. – Nikt z nas nie chciał stracić akceptacji matek i ojców…

– Ale…

– Co, ale?! – Johannes zacisnął zęby i pięści. – Nie zadawaj się z tą dziką suką! Ta suka to, a jej stara tamto! Wiedźmy się pali na stosie! I tak całe lata! A twój syn… Zamiast rozmawiać z ojcem o miłości, musiał słuchać tego gówna! Zamiast kochać, mógł tylko nienawidzić! I tam go zaprowadziła ta nienawiść! – Wskazał ręką grób brata. Horst padł na kolana i zaczął szlochać.

Trzęsąc się od emocji, Johannes rozejrzał się po smutnych, zakłopotanych, zawstydzonych i zszokowanych twarzach. Wziął głęboki wdech. – A wy? A wy co zrobiliście, żeby temu zapobiec? Ta sama nienawiść. Tak łatwo było szydzić. Albo być obojętnym. Brzydzę się wami. Brzydzę się sobą! – Ledwo mówił. – I przepraszam… Przepraszam, Gudrun… Za wszystko – zwrócił się do dziewczyny.

– Dziękuję, Johannie. – Uściskała go mocno. – Tak mi przykro… Zrobiłabym wszystko, żeby cofnąć czas, wierz mi. Wszystko…

– Ale wtedy nic by się nie zmieniło, Dzikusko. – Uśmiechnął się do niej. – A tak… Może teraz…?

Ludzie rozchodzili się w ciszy.

Gudrun i Johannes wzięli kuśtykającego Erika pod ramiona i ruszyli za pastorem przez grząskie pole.

 

***

 

Z zamyślenia wyrwało go jednostajne szuranie. Odwrócił się, żeby zerknąć na bagaż, ale wszystko było w jak najlepszym porządku. Zatrzymał konia i zeskoczył z kozła, żeby sprawdzić tył furmanki, następnie rzucił w las sporej wielkości gałąź, która zaczepiła się o tylną oś wozu. W tej samej chwili zauważył, że znajduje się pod domem Ilse. I choć spodziewał się, że nikogo w nim nie zastanie, zdecydował się zajrzeć do środka.

Kiedy tylko przeszedł przez furtkę, wzdrygnął się, a następnie odetchnął z ulgą.

– Na litość… – Skarcił ich spojrzeniem.

Odpowiedział mu tylko rechot. Przyglądał się roześmianym, wymazanym musem jabłkowym i lukrem twarzom. Erik i Gudrun siedzieli w cieniu śliwy, opychając się jabłecznikiem. Klaus leżał na trawie, a Johannes, który zrywał śliwki, oparł się o płot i wyjrzał na gościniec.

– No, no. – Wypluł pestkę. – A jednak prawdę ludziska gadali.

– Oj, nieładnie, nieładnie – wybełkotał Erik i przełknął ciasto. – Nie godzi się, żeby tak pasterz porzucał owczarnię.

Thomas usiadł na ławie. Gudrun przysiadła się do niego.

– To… O co chodzi, pastorze? – Wytarła chustą upaćkaną buzię. – Kryzys wiary? A może nieszczęśliwa miłość?

Chłopcy zachichotali, a pastor wyprężył się i zmierzył dziewczynę pytającym wzrokiem, z którego biło też niedowierzanie. Odruchowo silił się na karcący wyraz twarzy.

– Ale… – zaprotestował nawet.

– Nie, proszę księdza – wtrącił się Johannes i usiadł obok zdezorientowanego Thomasa. – Nie ma żadnych ale. Za to szczerość przystoi dorosłemu mężczyźnie. – Poklepał pastora po plecach. – Zwłaszcza duchownemu. Jak sobie pastor szczerze odpowie na pytanie, to podejmie właściwą decyzję.

Ksiądz zbaraniał, a nastolatkowie nie odpuszczali.

– Muszę uprzedzić, że Johann strasznie się zaczytuje ostatnio w różnych mądrych księgach. – Gudrun przejęła inicjatywę. – I dlatego mądrala taki się z niego zrobił, choć przyznaję, że w pełni się z nim zgadzamy…

– Ale…

– Zresztą… Jak pastor wyjedzie, to jego przyszłość stanie pod znakiem zapytania.

Thomas spojrzał na dziewczynę pytająco.

– Nie wspominałam, że postanowił kształcić się na duchownego? – Zrobiła głupią minę.

– Przydałby mi się zaufany i…

– Kompetentny. – Gudrun zachichotała.

– Właśnie. Kompetentny nauczyciel – dodał Johannes.

Zapadło długie milczenie. Ksiądz siedział nieruchomo wpatrzony w odległy punkt.

– Kiedy próbowałam zrozumieć to całe zdarzenie – zaczęła dziewczyna poważnym tonem – matka opowiedziała mi, jak głębokim przeżyciem było dla niej wspomnienie męczeńskiej śmierci Chrystusa, kiedy celebrowałeś pierwsze misterium po objęciu parafii. Dotarło do niej wtedy znaczenie tej ofiary, znaczenie śmierci w ogóle. Mówiła, że jej nieodwracalność daje możliwość prawdziwego zrozumienia sytuacji, której dotyczy. Zatrzymuje ludzi pogrążonych w obłędzie i otwiera im oczy. Otwiera duszę… Tak rozumiała śmierć i zmartwychwstanie.

– Chciałbym, żeby śmierć mojego brata coś znaczyła, pastorze – powiedział Johannes. – Żeby ktoś przekuł wszystko to, co przyniosła, w trwałe skutki… Tak, aby ludzie zrozumieli, skoro już zdołali się zatrzymać…

– Ktoś im chyba w tym pomógł – stwierdził Thomas i objął nastolatków. – Szkoda by było, żeby taki talent się zmarnował, Johannesie, choć… Mdli mnie na samą myśl o rozpakowywaniu bagaży.

Młodzież wskoczyła na wóz pastora. Thomas zasiadł na koźle obok Gudrun. Spojrzał na gościniec i zdębiał. Ponad sto kroków dalej, leżało zwalone drzewo, na które wcześniej nie zwrócił uwagi. Chichot nastolatków i porozumiewawcze spojrzenia wyjaśniły duchownemu przyczynę takiego stanu rzeczy. Mężczyzna pokręcił głową i uśmiechnął się w duchu.

 

– Skąd wiedziałaś, że chcę zrezygnować z kapłaństwa? – spytał, gdy jechali w kierunku Gminy.

– A chciałeś, pastorze? – Uśmiechnęła się.

– Sam nie wiem… Pomyślałem, że te wszystkie piękne nauki giną w obyczajach i prawach. Kolebią się między nakazami i zakazami jak zagubione dzieci – westchnął.

– To przygarnij je mocno do siebie, Thomasie. To jedyne, czego potrzebują dzieci.

 

***

 

Główna sala gospody świeciła pustkami, nie licząc jednego stołu, przy którym grupka mężczyzn prowadziła ożywioną dyskusję. Mężczyźni mówili głośno, przekrzykiwali się chwilami, a kiedy akurat nic nie mówili, popijali piwo. Siedzący wśród nich młody człowiek, co chwilę robił notatki, poza tym słuchał uważnie i zadawał mnóstwo pytań.

– Najmocniej przepraszam, panie Grimm. – Gospodarz podszedł do młodego mężczyzny.

– W czym rzecz? – Wilhelm niechętnie oderwał się od rozmowy.

– Macie panowie… – Szynkarz pochylił się i ściszył głos. – Gość czeka na panów. W alkierzu.

– Gość? – Grimm wstał i odszedł od stołu, pozostawiając skłóconych ze sobą rozmówców.  

W drodze do małej sali natknął się na brata, wracającego z podwórka.

– Chodź ze mną, Jacobie – rzucił.

Jacob skończył zapinać spodnie, ściągnął brwi i chwiejnym krokiem ruszył za bratem.

W alkierzu, przy stole, na którym leżały karty z rysunkami, księgi i przybory do pisania, siedziała kobieta w szarym, skórzanym płaszczu. Popijała wino pochylona nad otwartym kajetem.

– Czym można służyć? – Wilhelm nerwowo zbierał luźno porozrzucane kartki.

Jacob opadł na ławę, podparł się na łokciach i wlepił w gościa mętne spojrzenie.

– Dobre pióro – powiedziała, nie odrywając oczu od lektury. – Panowie macie… Niebywały talent do opowiadania bajek. – Uśmiechnęła się i cisnęła książeczkę w ogień.

Grimm rzucił się w kierunku kominka i zatrzymał w pół kroku. Zanim wybrzmiał metaliczny dźwięk wyciągniętej z pochwy klingi, kobieta położyła miecz przed sobą i wskazała miejsce naprzeciwko, obok Jacoba, który wyprostował się i sprawiał wrażenie bardziej obecnego niż chwilę temu.

– Usiądź, Wilhelmie. Proszę. – Jej głos brzmiał przyjaźnie. – Chciałabym omówić z panami nową wersję tej opowieści…

– Ale… – Grimm spojrzał na palce, pukające o klingę i usiadł przy stole. – Proszę mi wybaczyć, ale chyba zaszło jakieś nieporozumienie. Zjawia się pani nie wiadomo skąd i do tego jest święcie przekonana, że gwałtem zniweczy miesiące naszej ciężkiej, naznaczonej niebezpieczeństwem pracy!… – Wychylił zawartość kubka do dna. – A póki co, nie raczyła się pani nawet przedstawić!

– Zatem… To ja proszę o wybaczenie za moje naganne maniery. – Kobieta wsunęła miecz do pochwy. – Gudrun Lucanis, zwana przez niektórych Schwarzwaldzkim Wampirem, Upiorem z Doliny, Krwawym Kapturem, Wilkołakiem z…

Wilhelm uniósł rękę na znak, że wystarczy, zaś wielkie oczy Jacoba zdradzały jego szybki powrót do trzeźwości.

– A święcie przekonana jestem tylko o tym – kontynuowała – że nie chciałabym ponownie zaplamić kaptura cudzą krwią. – Napiła się wina i dodała z uśmiechem: – Zwłaszcza niewinnych i utalentowanych bajkopisarzy, których szczerze szanuję.

Na chwilę zapadła głucha cisza, wreszcie odezwał się Jacob.

– Nie rozumiem… – Rozłożył ręce. – Przecież w naszej wersji tej historii nie jesteś uosobieniem upiora, wampira czy innej morderczej istoty z…

– Jacobie, nie chodzi o mnie – przerwała mu. – Nie przyszłam do was ze względu na siebie. Poza tym… – Zawiesiła głos, szukała odpowiednich słów. – Wasze historie nie są w pełni obrazem rzeczywistych zdarzeń, zawierają ich strzępy, zwykle zniekształcone przez ludzi. Są spójne, ale prawdy w nich zawarte spoczywają między słowami i w głębi tych obrazów, którymi pięknie się posługujecie. Dlatego ta opowieść różni się od pozostałych, które tu przeczytałam. Jest bardziej…

– Rzeczywista i szczegółowa? – wtrącił pytająco Wilhelm.

– No właśnie  –  odpowiedziała. – Do tego bardziej brutalna. Nie nadaje się na bajkę dla dzieci. I chciałabym, żeby pamięć o tych wydarzeniach umarła razem z tym pokoleniem.

Bracia popatrzyli na siebie. Jacob wyraźnie posmutniał.

– Jak więc…?

Gudrun rzuciła trzos na blat.

 – Mam pewne sugestie, które z przyjemnością omówię przy obfitym obiedzie. Miewam czasem wilczy apetyt. – Roześmiała się na widok zaskoczonych spojrzeń braci. – To, co zostanie, ofiaruję na poczet waszych dalszych badań.

– Naprawdę, nie… – mruknął Jacob pod nosem.

– Znam też kilka innych ciekawych opowieści. – Zdjęła płaszcz i rzuciła na ławę. – I chętnie się nimi podzielę…

 

Wiele godzin później, tuż przed wieczorem, gospodarz wszedł do sali wypełnionej śmiechem. Pozbierał puste naczynia, a że nikt sobie niczego więcej nie życzył, skłonił się i opuścił alkierz, odebrawszy zapłatę.

– Wspaniale się bawiłam w waszym towarzystwie – powiedziała Gudrun, zakładając płaszcz.

Jacob złapał ją za rękę.

– Zobaczymy się jeszcze kiedyś? – zapytał nieśmiało.

– Nie wydaje mi się. – Uśmiechnęła się i ucałowała Grimma w czoło.

– Uważaj na wilki, Czerwony Kapturku – rzucił Wilhelm i wszyscy parsknęli śmiechem.

Kiedy zniknęła za progiem, Grimm poprzestawiał świece, dolał wina do kubków i usiadł naprzeciwko brata.

– Czerwony kapturek? – Jacob podrapał się po czuprynie i westchnął. – No, dobra…

Pochylił się nad stołem, poprawił binokle i zaczął skrobać piórem w kajecie:

 

Była raz mała, słodka dzieweczka, którą kochał każdy, kto ją tylko ujrzał…*

 

 

*J. Grimm, W. Grimm, Czerwony kapturek, Baśnie braci Grimm, tom 1, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1982, s. 142.

Koniec

Komentarze

Makjku, melduję, że przeczytałam (z bólem głowy ;) ) ale konstruktywny komentarz napiszę później. Teraz tylko: Rewelacja!

Superancko, nie ma pośpiechu. :)

Wszystko, co nastąpi jest moją prywatną opinią. Jeśli się ze mną zgodzisz to bardzo dobrze, a jeśli się ze mną nie zgodzisz, to również bardzo dobrze. Podczas czytania używać własnego mózgu, bądź skonsultować się z uznawanymi przez siebie autorytetami, gdyż każda opinia niewłaściwie stosowana zagraża życiu i zdrowiu.

 

Na plusa masz to, że dość dobrze piszesz – w tekście są babole, ale niedużo, więc nie wypisywałem. A to jest ważne. Skupię się na tym, co mi się dało we znaki. 

 

Nie przeczytałem do końca. Nie dałem rady. Owszem, już na początku spodziewałem się prawdziwie Dickensowskiej opowieści (więc zacząłem czytać z entuzjazmem), jednak nawiązania do owego piętna, które toczy życie Gudrun, były zbyt oczywiste – ciskasz piaskiem w czytelnicze oczy, a to utrudnia mi odczuwanie dramatu bohaterki. Skończyłem lekturę z gorzkim posmakiem dydaktyki w ustach.

 

Myślę sobie, że to wszystko przez nagminne tell zamiast show. Nie mów, że Gudrun była izolowana, pokaż mi jej izolację, żebyś nawet nie musiał nazywać tego stanu. Bo w takich opowieściach – moja opinia – chodzi o to, żeby wywołać odpowiednie uczucie. Gdybyś zmienił relację “Gudrun pokaż cycki” w scenę, zamiast redukować to do zdania, zmieniłaby się wymowa tekstu. Podobnie te wstawki narratora o mądrości nauk Chrystusowych – zmień to w scenę, żebyś nie musiał pouczać czytelnika. Nie mów mi, że one są mądre, pokaż mi w praktyce. O chrześcijaństwie można pisać w taki sposób (patrz “Nędznicy” Victora Hugo – szczególnie pierwszy rozdział, jeśli nie masz czasu przeczytać całości; ale jeśli od kogoś można się nauczyć takiej trzecioosobowej narracji, to od niego).

 Pisanie scen bez dialogów, wymaga niezwykłych umiejętności. Narrator wszechwiedzący, to wyzwanie nawet dla mistrzów.

O co mi chodzi:

Nauki chrystusowe i płynąca z nich mądrość dawały kobiecie siłę do życia we wspólnocie przesiąkniętej jadem moralności.

Zbuduj scenę, w której pokażesz Ilsę, która dzięki swej chrześcijańskiej postawie ma taką siłę, przeciwstawiania się tym “jadom moralności”. Powiedzmy, że pomaga jednemu ze swoich prześladowców (powiedzmy członkowi rady parafialnej, komuś, kto może zrobić mnóstwo problemów pastorowi), a potem on, w niedzielę, podczas mszy, wstaje z ławki i pluje jej w twarz, a ona go przeprasza i obiecuje, że więcej nie przyjdzie do świątyni.

Teraz pastor idzie do Ilsy i wyznaje jej swoje uczucia – ma powód, kocha ją i chce jakoś złagodzić jej cierpienie i tym samym obserwujemy pastora, który wyznaje swoje uczucia, a to ma wielkie konsekwencje, bo przeciwstawia się ważnej personie w swojej społeczności.

Takiego narastania konfliktów tutaj brakuje, a przez to tekst jest mdły i wypełniony watą.

 

Niestety parafianie nie podzielali entuzjazmu duchownego wobec kobiety

Zbuduj scenę, w której to pokażesz. Np.:

Ilse pomaga w Kościele, nie wiem, układać kwiaty. Przychodzą inne kobiety, zauważają ją i wychodzą z Kościoła. Zostaje sama z pastorem. Rozmawiają o jakiejś biblijnej historii, kogoś, kto był tak traktowany. Potem Ilse wraca do domu i słyszy, jak dzieci mówią, że puszcza się z pastorem. Karci dziecko za takie zachowanie, co dostrzega matka tego dziecka. Ilse dostaje w twarz. itd.

 

Fajny pomysł na opowiadanie a jakoś zagadany.

 

Pozdrawiam,

Marlow

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Kolejny ładny retelling bajki. Nie podzielam uwag Marlowa, mnie akurat czytało się wyjątkowo płynnie. Czyli – warsztat (jak dla mnie) bardzo mocny. Postacie, historia, tło – też na plus.

Ale…

Ale jedziesz po kliszach “głębokich”, których mam przesyt. Pseudoekologia – natura cacy, ludzie be. Religia – najgorsze co się ludziom zdarzyło, bo wyzwala w nich najgorsze instynkty.

Mówisz – “przesiąkniętej jadem moralności”. Moralność może zawierać jakiś jad? Nalegając na to, aby dobrze czynić, zarażamy kogoś złem czy co? 

A to mi się podoba – „Gdyby byli zdolni zrozumieć Słowo Boże, dawno spokój zapanowałby w Gminie”. Może zło leży jednak w ludziach, a nie w religii?

Natomiast już kompletną przesadą jest to, że “nasi” mogą zabijać i jakoś nie przejmuje ich to więcej niż zabicie muchy (abstrahując od tego, że kara się Bastianowi należała – ale samosąd?). 

Czyli – z wierzchu bardzo mi się podoba, ale “wnętrze” – jak dla mnie nie do przyjęcia.

Co do byków – chciałeś, masz :):

– “Pejzaż trwał w bezruchu jakby był częścią wielkiego malowidła” – pejzaż jest malowidłem;

– “Ciało pokryte było licznymi bliznami” – Chrystus pokryty był ranami, ale te nie zdążyły się już zabliźnić;

– “postaci paproci, krzewinek i konarów.” – konary na ziemi? albo korzenie, albo uschłe gałęzie;

– “nieuzasadnionych swar” – swarów;

– “Powiodła spojrzenie za wilkami” – spojrzeniem;

– “ulgi, ale nie wystarczającej” – niewystarczającej;

– “wykończony paskami wilczego futra” – kanibale jacyś czy bezcześciciele zwłok? wszak sami wilkami byli;

– “ale ty razem” – tym razem;

– “Oj, nie ładnie, nie ładnie” – nieładnie.

 

Technicznie – bardzo mi się podoba, ale z wymową się nie zgadzam.

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Jeśli zaczynam czytać i tekst mnie wciągnie, zassa, i nie mogę się od niego oderwać, to jest to dla mnie dobry tekst. Twoje opowiadanie (mimo okołoświątecznych dolegliwości ;P) przeczytałam za jednym zamachem, więc, jak napisałam w pierwszym komentarzu, dla mnie rewelacja.

Malując obraz małej społeczności, która nie akceptuje wszelkich przejawów “inności” w zderzeniu z ludźmi-wilkami, chyba rzeczywiście potraktowałeś zbyt skrajnie obie grupy, ale mnie to nie przeszkadza, skoro historia wciąga i skłania do refleksji.

Główna bohaterka wypadła całkiem przekonująco, jednak moją ulubioną postacią jest Thomas.

Warsztatowo jest bardzo dobrze, choć trafiały się malutkie babolki. Początek troszkę przegadany, a i z ilością postaci miałam momentami problem, jednak za całość wystawiam ci piątala, bo to jeden lepszych konkursowych tekstów, jakie dotychczas przeczytałam.

Gdybym potrafiła pisać ładne i bardziej merytoryczne komentarze, to pewnie coś bym jeszcze dodała, a tak pozostanę przy tym, że bardzo mi się podobało. :)

Pięknie Wam dziękuję za wizytę i kapitalne komentarze!

Odniosę się do nich niebawem – chcę jeszcze poczekać na kolejne.

Staruchu, utwierdziłeś mnie w przekonaniu, że trza było łapać za pióro i to, co nim wyskrobałem i gnać ile sił do Mordoru… Ale wtedy nie zebrałbym feedbacku…

Zatem czekam na Nią, niech tnie, kładę głowę na pniu z pokorą. :D

Tekst jak napisała AQQ bardzo wciągający. Przeczytałam z zainteresowaniem. I być może pewne kwestie są zarysowane zbyt mocno i może nie do końca się ze wszystkim zgadzam, ale mi to nie przeszkadzało, żeby cieszyć się lekturą. Pewnie głównie przez silny warsztat. Ładnie nakreśleni bohaterowie, płynny język. Kliczek się należy :) Powodzenia w konkursie.

Z wielką przyjemnością przeczytałam Twój tekst, Majku. Bardzo lubię wszelkie przeróbki baśni, a one nie zawsze wypadają dobrze. Na szczęście Twoja próba, okazała się satysfakcjonująca. Spodobało mi się też Twoje ideowe podejście – religia zawsze dostaje po głowie, a Ty postarałeś nadać temu inny ton. Może dla niektórych czytelników Twoje podejście do Natury wydaje się proeko, albo coś w podobnym stylu – mi to pasuje, bo skłoniło do zupełnie innych refleksji.

A zakończenie, cudne. 

Katiu! Deirdriu! Dziękuję najserdeczniej za czas i komentarze. Utwierdzają mnie w poczuciu, tak jak komentarze poprzedników, że uwagi z pierwszych prób udało się przekuć w jakąś wartość. Pozdrawiam!

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Uwagi:

 

Wybacz im(+,) Panie, bo nie wiedzą

– No, masz… – Hilda mruknęła pod nosem. – Zaczyna się. ← czy ona pomiędzy tymi zdaniami mruczy coś pod nosem, czy mruczy: No masz? Jak pierwszy przypadek, to dorzuć, że mruknęła coś pod nosem, jak drugi, zamień szyk: mruknęła Hilda

Doznała chwilowej ulgi, ale nie wystarczającej. ← już wiesz 

Nie patrząc na rodziców zmarłego, ani innych żałobników

Oj, nie ładnie, nie ładnie ← to też już wiesz ;) I mogłeś to poprawić. Ja to mam rispekt, że się ludzie boją nawet spację usunąć z tekstu… 

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia ;)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

– No, masz – mruknął Majk po przebudzeniu. Uszczypnął się w ucho. – Jednak jawa…

 

Dzięki, Naz. Nie kryję zaskoczenia, bo zauważyłem jakiś czas temu, że błędy są jak stado rozbrykanych i złośliwych Minionków – chowają się przed autorem po najdalszych i najgłębszych zakamarkach tekstu, a potem wyłażą na widok czytelników, żeby się z nimi pobawić. Spodziewałem się, że tradycyjnie będzie ich więcej.

Nie wdrażałem uwag Starucha, bo pojawiły się po terminie poprawkowym. Oczywiście, że rispekt i ferplej. Ogarniam zatem.

Majówka sprzyja powrotom do fajnych rzeczy i po długiej przerwie udało mi się wreszcie trochę tutaj poczytać. Fajnie, że trafiła mi się na początek przyjemna lektura :)

 

Uwaga, mogę spojlerować.

 

Bardzo spodobała mi się otwierająca scena – ten “lokalny” Chrystus, spotkanie, jednoczesna bliskość i dystans, fajnie odrealniona sceneria… No i potem łup, Isle otwiera oczy i ciekawa scena okazuje się dość zużytą kliszą ze snem. To mi się akurat nie spodobało. Ale początek kupił mnie na tyle, że spokojnie czytałam dalej, nawet mimo uwag do kolejnego fragmentu – z grubsza podobnych do tego, o czym pisze Marlow. Trochę tu za dużo sucho podanych informacji. Ja również jestem zwolenniczką pokazywania, nie opowiadania, choć zdaję sobie sprawę, że czasem trzeba zdecydować się na taki zabieg, żeby chociażby zaoszczędzić trochę znaków albo zrównoważyć kompozycję. Tutaj jednak wydaje mi się, że przegadania jest za dużo, cały solidny kawał tekstu, który nie posuwa akcji, tylko zarysowuje tło. Wydaje mi się, że jeśli nie dałoby się zwięźle pokazać tych informacji poprzez sceny (a wiele z nich jednak nieźle oddają kolejne fragmenty, wystarczyłoby może coś niecoś tylko dodać), to dobrze byłoby ten fragment skrócić. W obecnej formie bardzo zamula tempo opowieści, niestety. Co oczywiście jest moją opinią i niekoniecznie trzeba się z tym zgadzać.

Dalej jest fajnie, pojawiają się nawiązania do baśni i przyjemnie się czyta, jak się bawisz znanymi motywami. Świetnie wypada postać babci :) Ale chyba moim ulubionym nawiązaniem do Czerwonego Kapturka jest to najbardziej subtelne: 

– Ale można chyba zejść z tej drogi?

– Zawsze, dziecko… Zawsze.

Super! :)

A skoro już jestem przy ulubionych fragmentach, to strasznie spodobał mi się też ten:

– A chciałeś, pastorze? – Uśmiechnęła się.

– Sam nie wiem… Pomyślałem, że te wszystkie piękne nauki giną w obyczajach i prawach. Kolebią się między nakazami i zakazami jak zagubione dzieci – westchnął.

– To przygarnij je mocno do siebie, Thomasie. To jedyne, czego potrzebują dzieci.

Nie dość, że to bardzo udana metafora, to jeszcze świetnie podsumowuje temat, za który się zabrałeś w tym opowiadaniu. I tu znowu podoba mi się subtelność, której w innych miejscach nieco brakuje, na co zwrócili uwagę przedpiśćcy. Momentami jest rzeczywiście trochę zbyt dydaktycznie, trochę za bardzo czarno-biało.

 W kwestiach religijno-technicznych zastanawia mnie, czy poprawnym jest zamienne stosowanie pojęć “pastor” i “ksiądz” (co ma miejsce pod koniec tekstu) lub innych, jakoś z księdzem powiązanych (księżulek, klecha). Nie wiem, ktoś wie?

 

Główny zarzut mam do sceny kulminacyjnej, czyli walki Gudrun z prześladowcami, już po odkryciu przez nią swojej tożsamości. Zachowanie bohaterki wydaje mi się mało wiarygodne, a scena wyzuta z emocji. Rozumiem, że wiedząc kim jest i będąc wśród swoich krewniaków dziewczyna może czuć się pewniej, jednak zdziwiło mnie, że po tym, jak została jednak pokonana i niemal zgwałcona, nie czuje wobec swoich oprawców ani krztyny lęku, nie ma ani na moment wątpliwości, nim zaangażuje się w walkę i w jej trakcie. Tym bardziej, że czytając to, wciąż miałam w głowie inną fajną metaforę, tę o gałęzi, która gdy raz cię zrzuci z konia powoduje, że strach z tobą zostaje. Jasne, metafora pojawiła się w innym kontekście – ale czy rzeczywiście? W końcu Bastian uosabia tutaj tę pełną ograniczeń religię. Wydaje mi się, że ta scena aż prosi się o wysycenie ją jakimiś emocjami, co nie tylko by ją uwiarygodniło, ale jeszcze dodało jej sporo wymiaru symbolicznego, jako odnośnik i rozwinięcie tej myśli, która pojawia się w metaforze gałęzi.

Pozostając w temacie wiarygodności, zgrzytnął mi potem jeszcze jeden drobiazg – ostatnie zdanie wypowiedzi Johanesa:

– Przestań! – krzyk Johannesa przerwał tyradę ojca, który stał osłupiały. – To nie jej wina. Bastian zawsze kochał Gudrun. – Wargi chłopaka drżały. – Nie chciał być takim gnojem dla niej. Nikt z nas nie chciał. Ale bał się ojca. Tak. Bał się ciebie, twojej nienawiści do nich, twojej kary i odrzucenia. – Im więcej mówił Johanes, tym bardziej Horst truchlał. – Nikt z nas nie chciał stracić akceptacji matek i ojców…

Generalnie podoba mi się ta przemowa, cały patent na pokazanie prawdziwych motywacji chłopaków jest bardzo udany. Stworzyłeś porządnego antagonistę, który nie jest po prostu zły bo jest zły. I trudno się nie zgodzić z tym, że ludzie, zwłaszcza dorastający, bardzo pragną akceptacji swoich rodziców. Problem tylko w tym, że trudno mi sobie wyobrazić akurat takie słowa w ustach młodego człowieka. Ta uwaga dotyczy wyłącznie ostatniego zdania, pozostałą część kupuję ;)

 

Ogólnie, jestem zadowolona z lektury, była dla mnie bardzo przyjemna :)

Nie no na bibliotekę ten tekst z pewnością zasługuje. Melduję, że przeczytałem, klikam i zapowiadam klasyczny marasowy powrót z dłuższym komentarzem w najbliższym czasie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Pięknie dziękuję, Marku! :) Zatem czekam spokojnie.

Werweno! Właściwie powinienem napisać Arweno. :) Poczułem się jak Frodo, kiedy po raz pierwszy ją spotkał. Blask. :) Dziękuję za klika i cudowny, merytoryczny komentarz. Odniosę się do jego poszczególnych części niebawem.

Właściwie Czerwony Kapturek i wilkołaki to rzecz mało zaskakująca, opowiadanie na nowo bajek zresztą również. Udało Ci się jednak na znanym motywie stworzyć bardzo dobry, przekonujący tekst. Głównie za sprawą postaci – to świetnie nakresleni bohaterowie, skomplikowane i prawdopodobne stosunki i zależności między nimi, ich działania i motywy, robią to opowiadanie. Pewną "kanciastość" niezbyt naturalnie brzmiącej (ale potrzebnej fabularnie) przemowy Johannesa w czasie pogrzebu, natychmiast łagodzisz nawiązaniem do kazodziejskich talentów i zapędów chłopaka – jego zachowanie natychmiast zyskuje na prawdopodobności.

Okej, to wszystko jest nieco dydaktyczne. Pewnie skrzywienie zawodowe :-) 

Ale ogólnie – naprawdę udane opowiadanie! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki, Thargone, za wizytę i wspaniały komentarz. Zastanawiałem się, czy ktoś pomyśli o tym zawodowym skrzywieniu – uśmiałem się, i chyba coś w tym jest. :)

Strasznie żałuję, że mi się z czasem taka obsuwa zrobiła, że brakło tygodnia na ułożenie i wyszlifowanie rozmów, tych tekstów odnoszących się do ważnych zagadnień. Sam widzę wiele do poprawy, a mój ułomny kalambur w przedmowie dotyczy właśnie tego, że tekst się nieco przegadał – moja największa wątpliwość, którą kilka osób potwierdza.

Gruba krecha i nadmierny posmak dydaktyki, który poczuli też: Werwena, Marlow, AQQ, Katia, Staruch to kolejny niuans do wyklepania. Nastawiam się w przyszłości na pracę nad balansem między przekazem, a treścią, sposobem podawania tematu.

I tu, w odniesieniu do uwag, potwierdzę: TAK, po stokroć, Werweno, Marlowie (mam wątpliwości czy Twój nick się odmienia?) – pokazywanie w scenach zamiast rozpisywanek, zwłaszcza że uwielbiam tworzyć sceny najbardziej. Jednak chciałem trochę zbliżyć się do sposobu przedstawiania opowieści, jaki towarzyszył braciom Grimm, jest tam więcej opowiadania niż scen, a z drugiej strony zachować przestrzeń na sceny bardziej istotne, bliższe teraźniejszości.

Werweno, cieszę się, że posmakowały Ci nawiązania, a Twoje wątpliwości odnoszące się do sceny walki biorę sobie mocno do serca, ponieważ lubię (i dążę do tego) spójność na poziomie wewnętrznym (emocje, lęki, pasje, uczucia) i zewnętrznym (działanie, zachowanie, które z nich wynika), z jednoczesnym odniesieniem do innych elementów treści (przekaz, wydarzenia). Uwaga przecudowna, dużo z niej wyniknie w przyszłości.

Kwestie formalne związane z nazewnictwem, jeśli dobre źródła znalazłem, przedstawiają się tak, że mamy w tych luterańskich wyznaniach biskupów, księży i diakonów, a pastor zaistniał z czasem. Używa się nawet określenia księże pastorze.

I jeszcze to paskudne zdanie o akceptacji. Gdzieś mi przemknęło, żeby się go pozbyć, ale jakoś się skurczybykowi upiekło i wściekły jestem, bo naprawdę pasuje jak pięść do oka.

 

Staruchu, i Ty podbudowałeś mnie swoim komentarzem, jednak zadrżałem:

Religia – najgorsze co się ludziom zdarzyło, bo wyzwala w nich najgorsze instynkty.

Na szczęście uspokoiła mnie Deirdriu, bo zdecydowanie, w kilku miejscach wyraźnie, próbowałem wskazać na człowieka, a zrzucić ciężar z religii, pokazać jej wielowymiarowe (od złego po dobre) oddziaływanie i źródło ludzkich działań, rozwoju, rozważań. A Natura z zasady jest dobra, nie wymaga poprawek, żadne przekonania tego nie zmienią.

„Nasi” nie mogą zabijać! ;) Jeżeli odniosłeś takie wrażenie, to tylko dlatego, że niedostatecznie dobrze przedstawiłem instynktowny charakter decyzji Gudrun i całą sferę emocjonalną sytuacji, co pomogła mi zrozumieć ostatecznie Werwena.

 

Pejzaż, to część naturalnego krajobrazu, a także przedstawienie krajobrazu w formie obrazu – malowidła, fotografii.

Kanibale? :D Nie. Wilki (nie ludzie-wilki) umierają z przyczyn naturalnych lub jako ofiary, więc pozyskanie ich skór nie wymaga kanibalizmu. :)

Pozostałe błędy poprawiłem – dzięki!;)

 

Z szacunkiem się kłaniam wszystkim i z wdzięcznością, sporo zaczerpnąłem, a i duża garść pozytywnych uwag bardzo mnie motywuje do dalszego pisania i pokazuje mi, gdzie aktualnie się znajduję na tej drodze. :)

Pozdrawiam!

 

Majkubarze – specjalnie przeczytałem Twoje opowiadanie jeszcze raz. Co do przedstawienia religii zdania nie zmieniam, ale takie jest prawo autora – tak chciałeś, tak opisałeś. A różnica podejść do wymowy twojego opowiadania między mną a Deirdriu zależy pewnie od osobistego podejścia do religii. 

Tu zgoda.

Ale…

Cały czas nie siedzi mi ta “pseudoekologia”. “Natura jest z zasady dobra” – hm, a jaki masz właściwie kontakt z naturą? Czy to samo powiedziałbyś, uzbrojony w łuk i nóż, przygotowujący się do zimy gdzieś na Syberii? Nie, Majkubarze. Natura jest – obojętna. Bywa straszliwie zła i okrutna (z naszego punktu widzenia). I tego nie łykam – “Istniała jeszcze wszechobecna i niewinna w swojej prostocie Natura”. Poprawek nie wymaga – ok, ale personifikowanie Natury uważam za błąd.

Wilki to nie pieski pokojowe. Jakże to pięknie, że wybierają stare sztuki. A jeśli takich nie będzie? Głodować przyjdzie? A jeśli ludzie stada wybiją? Korą się będą żywić? Jak wówczas się będą szlachetni ludzie-wilki zachowywać?

I tu dochodzimy do czegoś, co mnie podświadomie gryzło. Przedstawiasz ludzi-wilków jako… lepszych ludzi po prostu. Kochają się, grubych słów nie mówią, pomagają, dzielą się…

Może. Ale oni są po prostu – inni. I tego podkreślenia mi zabrakło. Mówisz “Wilki (nie ludzie-wilki) umierają z przyczyn naturalnych lub jako ofiary, więc pozyskanie ich skór nie wymaga kanibalizmu”. Aha. Czyli – jak babcia umrze, to ją obedrzemy ze skóry i zrobimy frędzle do spodni? Zachowanie Gudrun i jej pomagierów też mi przypomina zachowanie stada – ruszysz naszą palcem, umrzesz.

I jakie byś komunały w usta Johannesa nie wkładał, dla mnie wygląda to tak – wy (ludzie) nie ważcie się nas tknąć, bo każda nawet próba (czyli przestępstwo niedokonane) karana będzie śmiercią.

I ty się dziwisz, że ludzie odnosili się do Ilse i Gudrun z niechęcią? Co by było, gdyby Ilse przyszła do lasu i powiedziała: “Horst złamał mi nos” (nie dodając, że przypadkowo napatoczyła się na machającego cepem wieśniaka). Przecież wszelakie Lucannisy rozerwałyby go na strzępy. Chciałbyś żyć z takimi sąsiadami?

Ufff, rozpisałem się jak Cień ;). A to dlatego, że opko bardzo mi się podobało, ale ma kulawe fundamenty moim zdaniem.

 

EDIT: A blizny, których być nie mogło, zostały :(.

 

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Staruchu, jakiż błąd popełniłem, czytając Twój komentarz w pracy! :) Nosiło mnie przez kilka godzin, ale jestem i spieszę z odpowiedzią, najpierw jednak z przeprosinami, bo biję się w klatę, że tak nieuważnie posłużyłem się słowem w odniesieniu do Twoich wątpliwości.

Oczywiście, że Natura jest pociągająca, doskonała i jak najbardziej neutralna, obojętna, nie uwikłana w przekonania, zwłaszcza oparte na rozważaniach o tym, co dobre, a co złe (błędnie się wyraziłem w komentarzu) i to chciałem w tekście podkreślić.

Teraz zastanawiam się, w którym miejscu opowiadania pokazałem, że Natura jest lepsza i ludzie-wilki są lepszymi ludźmi niż pozostali. Wydaje mi się, że jedyna płaszczyzna, z której może taka myśl się zrodzić, to odczucie dziecka, następnie nastolatki (Gudrun), która tu jest traktowana źle, a w lesie (nie – lepiej) normalnie. Lepiej wynika z kontrastu między tymi dwiema społecznościami i podkreślam fakt, że to punkt widzenia dziecka oparty na doświadczaniu takiego i innego współistnienia. Jej rozważania, którymi się dzieli. I to jest normalne, naturalne, z punktu widzenia, zwłaszcza dziecka, ale też ludzi w ogóle. Gdzie jeszcze? Pokaż mi, proszę. :)

Dlatego odpuszczam (na razie :)) odpowiedź na zagadnienie dotyczące przygotowań do zimy na Syberii. (Czym jest życie w środowisku naturalnym, każdy człowiek o zdrowych zmysłach, który czegoś tam próbował, doskonale zdaje sobie z tego sprawę, ale to nie ma teraz znaczenia, bo ja naprawdę nie twierdzę, że natura jest dobra – “przejęzyczenie”. A łuk mam i sobie strzelam :P)

Podobnie, zastanawiam się, czy wspomnienie prowadzonej selekcji z rozmysłem jest jednoznacznym stwierdzeniem, że jak się nie da słabego i zagrożonego schrupać, to już na innego nie polujemy? Oczywiście, że polujemy, ale nie tylko jako wilki, przede wszystkim ludzie, korzystamy z innych pokarmów (na marginesie – wilki podobno podjadają runo leśne i owoce). Naprawdę zabrzmiało to aż tak jednoznacznie, w połączeniu z akapitem o tym, co oni sobie tam na co dzień jedzą???

I te nieszczęsne skóry. :) Staruchu, jeszcze raz podkreślam, są ludzie-wilki i są po prostu wilki. Mówimy o skórach wilków – tylko, a nie obdzieraniu babki czy ciotki pośmiertnie…

I znowu podobnie, nie chciałem, żeby czytelnik odniósł wrażenie, że stado/społeczność bezmyślnie ogarnie każdego agresora na śmierć. Lucanisy nie rzucali się tu na każdego, konflikt jest konkretny, między konkretnymi osobami i mój ewentualny błąd upatruję w niedostatecznie umiejętnym przedstawieniu sytuacji od strony instynktu i emocjonalności samej Gudrun, o czym wspominałem. A kuzyni chcieli mieć tylko pewność, że “nasza” ocaleje, byli gotowi i nie działali na ślepo. Zauważ, co robi Till w stosunku do Erica. Lennard też nie zabił Johannesa…

 

I jeszcze blizny, umknęły mi niestety, przepraszam.

To muszą być blizny, Staruchu. :) Dlaczego?

W symbolice chrześcijan (konsultowałem, gawędziłem z przyjaciółmi chrześcijanami, teologami nawet) są w sferze snów i “widzeń” dwa wytłumaczenia dla blizn lub braku całkowitego ran w osobie Chrystusa: tak wjeżdża Szmatan – podstępnie podszywając się za Zbawiciela, albo blizny sugerują stosunek/stan wiary człowieka – wątpienie, wygaszenie, kryzys wiary… I stąd moje pytania: na dźwięk czyjego imienia rany się otwierają w tym śnie? Kto jest uosobieniem Chrystusa opuszczającego Gminę? I wreszcie: kto jest główna postacią, dzięki której Pasterz/Jezus wraca do Gminy??? (przytroczyłem mu nawet gałąź do wozu, żeby zaszurała jak w Prologu :))

 

Staruchu, nie odpuszczaj, proszę. Zależy mi na tym, żeby Twoje wątpliwości przegrzebać i przeczesać do spodu. Tylko błagam, spróbuj mi bardziej wskazać palcem momenty w tekście, coś w postaciach, które nie wyszły odpowiednio dobrze i wzbudziły wątpliwości. To trudna materia, dlatego zależy mi na drążeniu, bo chcę o tych sprawach pisać, ale umiejętnie. Naprawdę cieszy mnie fakt, że Ktoś się nad tą sferą tekstu pochylił z takim zaangażowaniem. Dzięki raz jeszcze… I czekam. :)

 

 

 

Dobrze, czyli temat Natury mamy odfajkowany :).

w którym miejscu opowiadania pokazałem, że Natura jest lepsza i ludzie-wilki są lepszymi ludźmi niż pozostali

A tu na przykład – Wszyscy okoliczni mieszkańcy żyli ze sobą w zgodzie i przyjaźni, wspierali się, spędzali też wiele czasu razem w dużej gromadzie. Palono ogniska, zawsze toczyły się ciekawe lub zabawne rozmowy, zakrapiane miodem i piwem. Nie brakowało też wyśmienitych potraw, dominowały owoce, warzywa i zioła, ale były też ryby i pieczyste, w małych ilościach. Jeśli to nie jest Raj na ziemi, to niech zjem swoje kalosze ;). A w Raju kto mieszka? Istoty lepsze, mądrzejsze, czyste itp itd. Stąd moje wrażenie o wyższości ludzi-wilków. Poza tym ludzie-wilki nie mają wad. Babcia coś gdera, Gudrun jest impulsywna, Lucanis dziecko porzucił – ale to są jakieś bzdurki, bo ludzie-wilki to właściwie chodzące anioły!

 czy wspomnienie prowadzonej selekcji z rozmysłem jest jednoznacznym stwierdzeniem, że jak się nie da słabego i zagrożonego schrupać, to już na innego nie polujemy.

Skoro wymieniasz jedynie “polowanie sanitarne”, to tak – wysnułem wniosek, że humanitarnie nie trzebimy nadmiernie zwierzyny, a jakbyśmy nawet z głodu umierali, to człowieka nie tkniemy. Taki sobie podtekścik wykoncypowałem.

I te nieszczęsne skóry.

Ok, to bajka i twój patent. Ale czym się różnią (po metamorfozie) wilki-ludzie i wilki-wilki? Świadomością? Ok. Czy w takim razie robimy sobie abażury ze skóry osób ze śmiercią pnia mózgu? (wiem, przegiąłem, ale nie wiem jak inaczej oddać podobieństwa).

I jeszcze blizny

Tu akurat nic teologicznego czy skomplikowanego nie ma. Kwestia definicji – blizna to zaleczona rana. Otóż (zakładając, że to prawda historyczna), Chrystus został – wychłostany, zraniony koroną cierniową, zraniony wielokrotnymi upadkami, przebito mu ręce, nogi i bok. Tego SAMEGO dnia. Zaraz potem umarł. Czyli – rany nie miały po prostu czasu się zabliźnić (podleczyć). Musiały pozostać ranami. O czym zresztą świadczy historia niewiernego Tomasza, który nie oglądał blizn, a wkładał palce w rany. Stąd mój sprzeciw.

A jak już tak się czepiam, to jeszcze to mi nie pasuje:

Myślę, że znajduje w tych naukach jakąś wartość. Może też szukała wspólnoty, ponieważ większość stworzeń szuka współistnienia. Współistnienie z kolei zakłada obecność zasad, a w świecie ludzi skupia się to wszystko wokół religii, z niej płynie tradycja i obyczaj.

Z religii wypływają obyczaje? Mnie się zdawało, że raczej odwrotnie – z obyczaju i tradycji zrodziła się religia. I nie mówimy tu o chrześcijaństwie akurat.

 

Zadowolony? I cały czas uparcie powtarzam – to jest wyłącznie moja interpretacja Twojego tekstu. Być może – za dużo dopowiadam sam, i być może – czegoś nie łapię.

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Pewno, że zadowolony. :)

Faktycznie, Staruchu, przyglądam się tym kilku zdaniom i dostrzegam w tym trochę przesadnej “słodyczy”, ten i kilka innych fragmentów zdecydowanie biorę pod lupę z myślą o przepisaniu tego na nowo, w odpowiednim czasie, żeby odsączyć nadmiar “eco-terroryzmu”. :) Celne uwagi, a odczucie pojawia się też w innych komentarzach, co tylko utwierdza mnie w słuszności Twoich wątpliwości.

Obyczajowość też będę musiał przerobić, bo po namyśle stwierdzam, że wynika z religii pewien jej zakres, ale rzeczywiście – obyczaj i tradycja ma też swoje pozareligijne źródła, więc popełniłem błąd używając słowa: wszystko. Podumam nad zmianą w tych zdaniach.

 

Nie mówię, że rany Jezusa się zabliźniły, że to możliwe w sensie technicznym, historycznym, symbolicznym nawet w rzeczywistości religijnej. Jest to stały element wierzeń – symbol zmartwychwstania i zwycięstwa nad Szatanem, ale ja go używam w konkretnym celu. Zabliźniam rany, bo to ma coś znaczyć – dokładnie tak jak opisałem.

 

Do “sanitarnych polowań” jednak dopowiedziałeś coś od siebie, w moim odczuciu, co nie zmieni faktu, że i tu podumam nad tym, czy w prosty sposób nie można by czegoś tam bardziej klarownie rozpisać, bo czemu by nie? :)

 

Staruchu, jeszcze raz bardzo Ci dziękuję za mnóstwo poświęconego czasu i energii, wiedz o tym, że wzbogaciłeś mnie wszystkimi swoimi uwagami i wątpliwościami w ogromnym stopniu. Szczegóły są ważne, dlatego bardzo doceniam i pozdrawiam najserdeczniej! ;)

 

Majkubarze – dyskusja pozostawiła mnie w stanie błogiego zadowolenia, bo część kwestii spornych sobie wyjaśniliśmy, a przy części – pozostajemy przy swoich zdaniach.

Czyli przyniosła to, co każda dyskusja przynieść powinna – rozwianie wątpliwości :D!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Retelling bajki. OK.

Piszesz, że pierwsza wersja wyszła zbyt brutalna dla dzieci. Zdaje się, że oryginalne wersje bajek braci Grimm były cholernie krwawe, brutalne i paskudne.

Fabuła niezła, śledziłam z zainteresowaniem. Ale zakończenie mi nie podeszło. Tak od pogrzebu chłopaka. Zrobiło się strasznie słodko i moralizatorsko. Aż do przesytu.

Bohaterowie przez to robią się czarno-biali. Dotychczas dziewczyna miała swoje za uszami, broniła się wprawdzie, ale nie była święta. A potem – nawet brat zabitego przyznaje, że mu się należało i publicznie opitala ojca. Nie kupiłam tego.

Legenda. Hmmm. Właściwie to bajka, nie legenda. Chyba że poszło o wilkołaki.

Wykonanie bardzo przyzwoite.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo, za wizytę i komentarz, no i chyba klika, zdaje się, że dowiozłaś tekst do biblioteki. Dzięki! :)

Zastanawiałem się sam na tą brutalnością u Grimmów, czy ktoś zwróci na nią uwagę, bo faktycznie ona jest, choć nie tak szczegółowo opisywana, i o tą szczegółowość mi chodziło bardziej. Obecnie te baśnie są bardzo wyprane z aktów przemocy, które zawiera jeszcze mój stary egzemplarz, ale czy więcej brutalności w oryginałach było, tego nie wiem. Wiem za to, że ten moment w tekście wymaga doprecyzowania i przerobienia.

A potem – nawet brat zabitego przyznaje, że mu się należało i publicznie opitala ojca.

Nie wiem czy jest to aż tak proste. :) Johannes nie przyznaje, że bratu się należało. Johannes rozumie przyczyny, które doprowadziły do śmierci Bastiana. Pękają w nim nagromadzone w związku z tym emocje. W ten sposób powstrzymuje ojca od dalszych aktów przemocy, bezsensownej zresztą, na ile skutecznie mu uświadamia jego winę/udział w procesie, który do tej śmierci doprowadził…?

 

Tej czerni i bieli, słodyczy również, faktycznie wdarło się trochę dużo. Odkrywałem to wraz z kolejnymi komentarzami i tu sobie spróbuję coś ogarnąć, ale bez większej przesady, myślę, że trzeba łapać nową wiedzę i naukę i lecieć dalej, zbudować na tym doświadczeniu kolejny tekst.

Cieszy mnie przede wszystkim to, co Wasze komentarze ostatecznie mi uświadomiły, że udało się odbić od zakrzaczonego debiutu i parę aspektów pisania ogarnąć, do czegoś lepszego pozostało kilka zakrętów, na szczęście kreślicie mi kolejne mapy i przestudiuję je uważnie. :)

To są baśnie, to prawda, a legendę próbowałem nadać postaci dziewczyny, umiejscawiając ją w “rzeczywistości”, w świecie, z którego bracia czerpią, w przekazach ustnych, przemierzających okolice Schwarzwaldu, gdzie legenda taje się inspiracją dla tych baśni.

Dzięki raz jeszcze, Finklo! Pozdrawiam!

Chyba nie rozumiem, wojtek123123….

Tak, jam ci to doklikała. ;-)

Babska logika rządzi!

Cudnie, pierwsza pełnometrażówka w bibliotece. Dzisiaj szampan zatem i Wasze zdrowie! ;)

 

Zapytam jeszcze, bo widzę, że oblatana jesteś w portalowych sytuacjach: ta wrzutka wojtek 123123, to jakaś akcja reklamowa, spam, czy co?

Taaak, wygląda na spam. Tym bardziej, że kompletnie bez sensu.

Babska logika rządzi!

Jakoś mi w tej bajce zabrakło myśliwego z fuzją ;) Do zarzutów Starucha (zresztą słusznych i logicznych) dołożył bym brak reakcji ludzi. “Życie to nie je bajka”​ i nie widzę tego braku reakcji na zabójstwo syna, nie istotne czy w obronie własnej. Jak to w Biblii napisano idźcie i czyńcie sobie ziemię poddaną, czy jakoś tak ;) I niestety robimy to nie bacząc na konsekwencje. Koegzystencja ludzi i wilkołaków? Nie sądzę by była możliwa. Wszystko się kończy zbyt sielankowo. To dlaczego pastor/ksiądz opuszcza społeczność i swoje owieczki.

Majkubarze, pokusiłeś się o przeróbkę znanej bajki, wcisnąłeś w to symbolikę chrześcijańską i wątki hmm, ekologiczne (to nie do końca to słowo którego pasowało by użyć, ale zabij mnie to się nazywa SKS – starość k…a starość albo skleroza ;))) Zrobiłeś to wszystko w dość przystępnej formie, lekko się czytało, momentami nawet wciągało, ale mnie nie kupiłeś. Być może przesycony jestem historiami o wilkołakach i nawet jakaś tam filmowa przeróbka “Czerwonego Kapturka” była w ostatnich latach w założeniach podobna do Twojej wersji. Podsumuję, warsztat ok, pomysł wtórny.

Zacznę od pochwał. Masz bardzo przyjemny dla czytelnika styl. Język Twojego opowiadania jest bogaty, zdania czyste i klarowne, czasem może nieco kwieciste, ale ta kwiecistość dobrze współgra z klimatem i tematyką opowieści. Całymi fragmentami czyta się Twoje opowiadanie jak publikowaną prozę. Zwłaszcza zakończenie robi doskonałe wrażenie. Nie tylko dlatego, że jest pomysłowe i nawet zaskakujące fabularnie (chociaż mnie naprowadziły już wcześniej na ten trop z niemiecka brzmiące nazwiska), ale także ze względu na to z jaką swadą, luzem i warsztatem zostało napisane. Język dostosowany do fabuły. Subtelny, plastyczny, zręcznie tworzący klimat umownej, XIX wiecznej, protestanckiej parafii na obrzeżach puszczy, gdzieś w Niemczech.

Trochę zaskakuje ta koegzystencja (nawet w obliczu opisanych konfliktów) dobrych i mądrych wilkołaków z protestanckimi parafianami, ale jak wiadomo wiek XIX to czasy, gdy magia dopiero oddawała pole nowoczesności ;)

Z czułością i wprawą kreślisz kilka głównych postaci swojej historii. Być może brakuje wielkiego zaskoczenia zarówno odnośnie prawdziwego dziedzictwa Gudrun, jak i tożsamości Lennarda, ale ta pierwsza jest ciekawie wprowadzona do historii, a ten drugi emanuje odpowiednią tajemniczością.

Można zarzucić tej historii mocno dydaktyczny i moralizatorski charakter, ale przecież finał dodaje odpowiedniej perspektywy – czyż baśnie nie powinny pouczać swoim przesłaniem i morałem?

Drobnymi słabościami tekstu są trzy zachwiania (w mojej opinii): pierwsze dotyczy pewnego zgrzytu w charakterze opowieści. Nie bardzo pasuje mi do obrazu i wymowy całości sen o Jezusie z pierwszych akapitów. Jest jakby z innej bajki. Podobnie nieco kuleje zakończenie wątku Thomasa i jego miłości do Ilse. Gdzieś się to uczucie rozpływa bez wyrazistego zakończenia.

Jednak poważniejszy zarzut mam do pewnych niewiarygodnych zachowań postaci. Najpierw miałem wątpliwości w scenie, gdy Gudrun okrutnie i gwałtownie rozprawia się z Bastianem. Wytłumaczyłem to sobie w ten sposób, że autor świadomie opisał wcześniejszą próbę gwałtu, aby uzasadnić tak okrutne zachowanie pozytywnej i głównej postaci. Poza tym, jak rozumiem, w Gudrun przebudziła się jej półzwierzęca natura (chociaż to nieco kłóci się z wcześniejszym wykładem Lennarda o zabijaniu). Śmierć Bastiana była fabularnie niezbędna jako katalizator przełomu, jaki się dokonuje w społeczności Gminy na pogrzebie. I tutaj właśnie odnajduję największy zgrzyt charakterologiczny. Po prostu trudno mi uwierzyć w tak całkowitą przemianę braci zabitego, którzy biorą całą winę na siebie, potem zwalają jej część na ojca i resztę nietolerancyjnej społeczności, a na koniec bawią się z morderczynią własnego brata i żartują. Zwyczajnie nie przekonuje mnie to do końca, pomimo że zdaję sobie sprawę, jak potrzebna była ta przemiana dla właściwego przekazu opowiadania, poruszonych wcześniej kwestii religijnych, a także wymogów fabularnych.

 

Podsumowując. Naprawdę mocny punkt na konkursowej liście. Bardzo dobrze napisany, urzekający klimatem, trącający lekko poważne kwestie i puszczający oko przesympatycznym i pomysłowym zakończeniem.

Ps. Edit. Oczywiście był jeden brat i dwóch przyjaciół Bastiana.

Po przeczytaniu spalić monitor.

@enderek

 

Na litość… Jak to nie było myśliwego z fuzją?! A Lennard? :D

Oczywiście, że nie. Lenny miał być tylko szybkim mrugnięciem oka w stronę myśliwego z baśni. ;)

Reakcja tłumu… Chciałem, żeby sytuacja skupiła się całkowicie na bohaterach, a tłum postrzegałem jako widownię, którą zamurowało w związku z tym, co się dzieje, obserwującą z naturalną ciekowością i trwogą przebieg sytuacji. Ja bym się chyba zachował powściągliwie…

Ale skoro o tym wspomniałeś, to powiem Ci w „tajemnicy”, że zakończenie tej historii miało wyglądać nieco inaczej, właśnie z udziałem znacznej części tej społeczności.  Johannes miał zginąć z rąk ojca, jako upierdliwy i spanikowany warchlak, który nie dawał mu spokoju, zwłaszcza, że Winckler był mocno pijany, wszak świętowali fakt, że chłopcy stali się mężczyznami. Po śmierci oczom ojca miała się ukazać prawdziwa postać syna. Rozpacz. I tu chciał ruszyć Horst w towarzystwie tłumu na dom Ilse i Hildy, żeby rozprawić się z czarami i ich źródłem. W scenie kulminacyjnej Gudrun miała ogarnąć Wincklera, nie Johannes, itd.

Ale dziwnym trafem Erik (jego reakcja na zabójstwo) powiedział mi: „to nie tak, panie Autorze, ja mam inne zdanie na ten temat”, do czego dołączył się Johannes, bo przecież zostali potraktowani normalnie. Konflikt między Gudrun i Bastianem był tragiczny w skutkach jedynie…

A mi jednak podeszło przełamanie sytuacji ustami i postępowaniem dzieci…

Tej koegzystencji ludzi-wilków raczej tu nie było, bo nikt poza Gudrun i Ilse ich nie znał:

nieślubna córka, o której ojcu niewiele było wiadomo i narosły w związku z tym pewne przypuszczenia („Takie dziecię może być tylko bękartem samego szatana”)

Nie chciałem też, żeby kojarzono ich z wilkołakami, ale tak zwykle ludzie kojarzą metamorfozy, to ciekawe – nie jesteś jedyny (a i w tekście okazuje się, że latami w opowieściach nazywano Gudrun wilkołakiem, między innymi ;)) W moich metamorfozach ci ludzie są po prostu zwykłymi wilkami.

Pastor opuszcza owczarnię, bo jest w nim przekonanie, że zawiódł, nie sprawdził się w tej roli, tym samym przyczynił do całej sytuacji, nie ocalił ich wszystkich, każdego w innym sensie. Zaczął też wątpić w nauki i instytucję, w związku z tym, a i kobieta się dołożyła… :) Może właśnie tu udało mi się uniknąć czerni, bieli i grubych kresek…

To eco (samo określenie) było nie lada zaskoczeniem dla mnie. :) Choć czuję w jakim sensie zostało przytoczone, zrozumiałem dokładnie,  to jednak też majaczy mi inne słowo, którego z racji na postępującego SKSa nie chwytam. Chyba, że ono nie istnieje… ;)

Enderku, dzięki serdeczne, że zechciałeś przeczytać i jeszcze podzielić się wrażeniami i uwagami!

 

@mr.maras

 

Kiedy wróciłem dość mocno zmęczony po wczorajszych wojażach, czytając pierwsze akapity Twojego komentarza, odruchowo obejrzałem się za siebie, czy aby nie stoi za mną ktoś, do kogo te słowa są skierowane. Ale dalszy ciąg utwierdził mnie w przekonaniu, że jednak o mnie chodzi. :D

A tak serio… Zrobię sobie wydruk i tapetę do notebooka z czerwonym dopiskiem: Tego się trzymaj, gamoniu! :)

Może teraz wyjdzie serio (nadal szukam słów)…

 

Jestem Ci wdzięczny, niewymownie zresztą, że zadałeś sobie trochę trudu i poświęciłeś czas, żeby rozłożyć to moje pisanie na wiele szczegółów, czynników, co zdecydowanie pomaga mi zrozumieć dokładniej etap, na którym się obecnie znajduję.

Cieszę się, że ludzie zaczynają czerpać trochę przyjemności z czytania słów, które „kreślę”, fajne uczucie – wiedzieć, że jest jakiś efekt przyjemności, jaką mi daje pisanie.

Twój brak przekonania (tożsamy z niektórymi przedpiścami) co do postępowania bohaterów jest dla mnie zrozumiały (cieszę się, że dostrzegasz wyraźnie uzasadnienie fabularne!). Brakło przestrzeni (przede wszystkim) i doświadczenia, żeby rozpisać te wątki i odpowiednio zbudować podłoże dla tych ważnych momentów metodą show not tell (do or do not, there is no try :))

Jako pierwszy wyraziłeś moje wątpliwości, co do pierwszej sceny. Rozważałem po zakończeniu tekstu jej rzeczywistą zasadność. Byłem za to pewien, że wyleci jak mnie limit dociśnie. :) Ostatecznie została, bo miejsce jest, a nie ukrywam, że podoba mi się jej klimat i symboliczny związek z fabułą.

Z wątkiem miłosnym mnie zaskoczyłeś. Muszę się przyjrzeć. :)

 

Myślę, że mam dzięki Waszym (wszystkim) komentarzom naprawdę klarowny obraz sytuacji i aspektów, które muszą wejść w krew, bo jest dobrze i tych, nad którymi trzeba sobie popracować. Jest dla mnie lekkim szokiem to, że wszystkie komentarze są bardzo spójne w tym, co na plus, jak i w wyrażonych wątpliwościach – to wiele ułatwia. Mam  wyraźnie nakreśloną mapę, znacznik tu jesteś i narysowaną drogę do celu.

Dzięki Dzikusce mam poczucie, że wylazłem z Fantastycznych krzaków na przyjemnie zapowiadający się gościniec, na którym powiało Legendą, a ciekawe co jeszcze ze sobą przyniesie ta podróż, w tak zajebistym towarzystwie. ;)

 

Dzięki serdeczne, Maras, Enderek, za poświęcony czas i merytoryczny wkład w moje, ostatnio chyba ulubione, hobby! Pozdrawiam! :)

Wilk/człowiek, człowiek/wilk – ​wilkołak jak by nie patrzał. Nawet babcia nie do końca się zmieniała, no chociaż nie mieszałeś w to pełni księżyca ;)

Z definicji (samej przemiany ludzkiej) jak najbardziej, zgadzam się. Ale kiedy mówimy wilk i wilkołak widzimy dwa zupełnie inne obrazy przed oczami. Wilkołak, w kulturze masowej, wygląda jak wilk na sterydach i po tuningu. :) Zachowuje cechy obu gatunków. Mało tego, jest żądny krwi ludzkiej i ołowiem go nie położysz, potrzebne srebro. Ogólnie funkcjonuje w zwyczaju i obrazie zupełnie inaczej niż wilk, po prostu wilk. A pamiętaj, że ja jestem eco. :D Choć nie Umberto… :(

Właściwie mogę obiema rękami podpisać się pod oceną Mr.Marasa. Kreślisz bardzo przyjemny klimat XIX wiecznego miasteczka na skraju cywilizacji, do tego fajnie odwracasz znaną treść baśni. Lecz im bliżej końcówki, tym bardziej moralizatorski ton czułem. Nie przeszkadzał cieszyć się opowieścią, ale niestety uwierał, jak gwóźdź w bucie. I wpływał na moje postrzeganie zachowania postaci – przestałem na nich patrzeć jak na ludzi z krwi i kości, a bardziej jak na posągi, mające reprezentować pewne idee.

Technicznie okej, nic nie przeszkadzało.

Podsumowując: bardzo fajnie napisany koncert fajerwerków, jednak z lekko nachalnym jak na mój gust motywem czarno-białego świata pod koniec.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Pięknie dziękuję, NoWhereManie, za wizytę i komentarz. :)

Jak wspominałem wcześniej, widzę wyraźnie zakres plusów i minusów tekstu dzięki spójności w odbiorze wszystkich komentujących. Nadzieję tylko mocną żywię, że i te uwagi i rady uda mi się przekuć odpowiednio i uzyskać jeszcze lepszą jakość opowieści w przyszłości.

Pozdrawiam! ;)

Przyjemna lektura, Majkubarze, zaprawdę przyjemna ;-), zwłaszcza jako luźny retelling bajki. Napisane bardzo sprawnie, więc swobodnie leciałem przez tekst .

Nie zrozumiałem czemu w śnie otwierającym opowiadanie Chrystus na koniec zanosi się spazmatycznym śmiechem. Znaczyłoby to, że sen (jakkolwiek symboliczny), to po prostu zwykły sen albo został zesłany przez Złego?

Podobnie jak innych, trochę zaskoczyła mnie gwałtowność przemiany bohaterów, ale pewnie było to po części spowodowane limitem znaków.

PS. Wydaje mi się, że protestanci (wyłączając prawosławnych i kilka innych ortodoksysjnych denominacji) raczej nie modlą się do Anioła Stróża.

Teofilu, bardzo Ci dziękuję za piękny komentarz! :)

Faktycznie, ta przemiana bohaterów wymagała większego pochylenia się nad szczegółami, lepszego przygotowania, ale teraz już to wiem. :)

Kurczę, co do Anioła muszę się zorientować – dzięki za cenną wątpliwość.

Nie zakładałem, że sen pochodzi od złego, a śmiech, poza emocją, którą wywołuje w Ilse, miał podkreślić fakt, że to Dzikuska jest osią w tej sytuacji i w znacznej mierze przyczynia się do ocalenia/równoważenia wiary w społeczności – do powrotu pastora.

Może trzeba było zastanowić się nad odzyskaniem cennej przestrzeni, kosztem tej sceny, na rzecz wątków związanych z bohaterami. Zastanawiam się nad tym ostatnio i przyjrzę z uwagą, jak przyjdzie czas na zmiany.

Dzięki jeszcze raz, pozdrawiam!;)

Jednakże w ostatnich miesiącach[-,] konflikt przybrał charakter regularnych bójek, które Gudrun toczyła głównie z Bastianem.

Trudno też przyjąć za bardzo wiarygodne, że jedna dziewczynka za każdym razem wygrywa z czterema chłopakami. To nie jest normalne.

Wilk siedział na zwalonym, dębowym pniu. Przyglądał się dziewczynie. Był piękny, pokryty biało-szarym futrem z bordowym kołnierzem wokół szyi. Drugi, mniejszy wilk, rozłożył się na mchu i oparł łeb na jej udzie.

– Witaj, Till. – Ucałowała wilczka między uszy i pogłaskała miękką sierść.

Po co tyle powtórzeń? Drugiego wilka spokojnie można usunąć.

– W świecie zwierząt i ludzi-wilków zabija się tylko z jednego powodu. Żeby przeżyć. Zdobyć pożywienie albo ocalić życie swoje lub bliskich. Tylko człowiek zabija z wielu innych powodów, a niektóre z nich, widziane oczami Natury, wydają się niezrozumiałym kaprysem.

Powtórzenie. Poza tym podajesz dwa powody ;)

Dziewczyna uwijała się najszybciej jak tylko mogła, żeby wyręczyć matkę w niektórych zadaniach, ponieważ jej stan budził wątpliwości córki. Ilse była jakby nieobecna, złe myśli wyraźnie zaprzątały jej głowę, jednak wielokrotnie pytana, nie chciała powiedzieć córce, co ją tak frasuje.

Na początku mi się podobało, ale potem poczułam się rozczarowana. Nie lubię, gdy bohater jest “lepszy” od innych, gdy ci inni zachowują się niewiarygodnie, gdy się mnie moralizuje. No, kurczę, nie.

Ale czytało mi się dobrze :)

Fajnie to wszystko wymyśliłeś, Majkubarze, a i całkiem ładnie opisałeś. Spodobała mi się opowieść osnuta na motywach znanej bajki, ale jednocześnie jakże od niej odbiegająca. Nieźle przedstawiłeś społeczność, odrzucającą inność bohaterek. Zaskoczyło mnie nieco, że jedynym rozumiejącym je i akceptującym, uczyniłeś duchownego, no ale rozumiem, że taki miałeś koncept.

Zbyt idealistyczny zdał mi się natomiast świat ludzi-wilków – żyli sobie tak pięknie, wręcz idyllicznie, że to aż nie do uwierzenia.

Uważam też, że opowiadanie świetnie obeszłoby się bez gdzieniegdzie wykładanej kawy na ławę, a i Jezusa, jak na mój gust, było zbyt wiele.

 

tra­fi­ła na wcze­śniej upa­trzo­ny cel – nie­wiel­ką połać mchu… –> Połać jest duża z definicji.

 

Albo przez jej wstręt do su­kie­nek i cho­dze­nie w spodniach, które uwiel­bia­ła nosić. –> Czy chodziła w spodniach i dodatkowo nosiła je, np. w rękach?

Proponuję: Albo przez jej wstręt do su­kie­nek i cho­dze­nie w spodniach, które uwiel­bia­ła.

 

Ura­że­ni na­sto­lat­ko­wie coraz czę­ściej szu­ka­li spo­sob­no­ści do od­we­tu… –> Skoro deklarujesz, że rzecz dzieje się w XIX wieku, słowo nastolatkowie nie ma tu racji bytu, jako że powstało mniej więcej w połowie XX wieku.

Proponuję: Urażeni młokosi coraz częściej szukali sposobności do odwetu

 

Był solidną konstrukcją z drewna, posiadającą okna z okiennicami, taras, murowane palenisko i komin, całość zaś osadzona była na grubych palach.

Gudrun wbiegła po schodach na werandę. –> Czy na pewno stojący w lesie domek babci Hildy miał i taras, i werandę?

Tarasweranda to nie to samo.

 

Hilda się­gnę­ła po tykwę, sto­ją­cą na pa­ra­pe­cie okna i skrzy­wi­ła się. –> Masło maślane. Czy parapet może być w innym miejscu, nie pod oknem?

Skąd Hilda miała tykwę?

 

a przy po­zo­sta­łych sto­li­kach ucichł nagle gwar roz­mów. –> W gospodzie ustawiano stoły, nie stoliki.

 

Na­sto­lat­ko­wie zmie­nia­li się w męż­czyzn… –> Nieodpowiednie słowo.

Proponuję: Podrostki zmieniali się w mężczyzn

 

Han­dlarz roz­go­nił na­sto­lat­ków, zło­rze­cząc im… –> Jak wyżej.

Proponuję: Handlarz rozgonił młokosów, złorzecząc im

 

Powóz ru­szył. Gu­drun, sie­dzą­ca mię­dzy wor­ka­mi… –> Skoro to pojazd handlarza, wydaje mi się, że był to zwykły wóz, a nie powóz.

 

Dziew­czy­na ze­sko­czy­ła z fur­man­ki… –> Mam wrażenie, że pobita i obolała dziewczyna raczej zeszłaby/ zlazłaby z furmanki, a nie z niej zeskoczyła.

 

przez ka­ska­dę wody, która spły­wa­ła dalej w dół po­to­kiem. –> Masło maślane. Czy woda mogła spływać w górę?

 

Re­je­stro­wa­ła ak­tyw­ność dzie­siąt­ków stwo­rzeń. –> Re­je­stro­wa­ła ak­tyw­ność dzie­siąt­ek stwo­rzeń.

 

Wy­bu­chła pła­czem i śmie­chem jed­no­cze­śnie. –> Wy­bu­chnęła pła­czem i śmie­chem jed­no­cze­śnie.

Obie formy są poprawne, z tym że czasownik wybuchnęła zarezerwowany jest dla istot żywych, natomiast wybuchła dla rzeczowników nieożywionych.

 

zła­pa­ła rękę trzy­ma­ją­cą rę­ko­jeść i wy­krę­ci­ła… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

druga ręka od­ru­cho­wo powę­dro­wa­ła do cho­le­wy buta… –> Masło maślane. Czy coś jeszcze, poza butami, ma cholewę?

 

Nie­bie­skie źre­ni­ce za­sty­gły w szcze­rym wy­zna­niu… –> Niebieskie mogą być tęczówki. Źrenice są czarne.

 

Wy­tar­ła chu­s­tą upać­ka­ną buzię. –> Wy­tar­ła chu­s­tą upać­ka­ną twarz.

Buzię mają dzieci, a Gudrun już nie jest dzieckiem.

 

Nie, pro­szę księ­dza – wtrą­cił się Jo­han­nes… –> Do pastora powiedziałby: Nie, wielebny – wtrą­cił się Jo­han­nes

 

Ksiądz zba­ra­niał, a na­sto­lat­ko­wie nie od­pusz­cza­li. –> Pastor/ Duchowny zba­ra­niał, a młodzi nie od­pusz­cza­li.

 

stwier­dził Tho­mas i objął na­sto­lat­ków. –> Raczej: …stwierdził Thomas i objął młodzież.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Anet, dzięki za wskazanie powtórzeń, szkoda, że nie trafiłem w Twoje gusta i trochę przesmarowałem, ale cieszę się, że czytało się dobrze.:)

Mało wiarygodne nie oznacza niemożliwe. Ja sobie założyłem, że wystarczało jej determinacji, umiejętności, przynajmniej dopóki chłopaki nie nabrali siły/przewagi z wiekiem. Zwykle jest też tak, że nie wszyscy biorą udział w bójkach, tylko się przyglądają (taka odwaga), tu wyraźnie wskazywałem na konflikt z Bastianem.

Wskazałem jeden powód – przeżyć/przetrwać. Dalej jest to, z czego składa się konieczność przetrwania – pokarm i obrona przed śmiertelnym zagrożeniem.

Jeszcze raz dzięki za wizytę i komentarz. Pozdrawiam!:)

 

Reg,

cieszę się, że historyjka przypadła Ci do gustu, mimo niedociągnięć, o których już się przekonałem. Nie można mieć od razu wszystkiego. :) Jeszcze muszę trochę popracować…

Najserdeczniej dziękuję za łapankę i dużo wiedzy przy tej okazji – dokładnie sobie przejrzę i ogarnę wszystko po konkursie. Pozdrawiam! ;)

Wielcem rada, Majkubarze, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo mi się przyjemnie czytało ten tekst – udało ci się zrobić retelling jednego z najbardziej oczywistych tekstów, jakie mogę sobie wyobrazić (historię Czerwonego Kapturka pamiętam z najwcześniejszego dzieciństwa…) z użyciem szalenie popularnego tropu (plus minus wilkołactwo) w intrygujący i nietypowy sposób. Trochę mniej przekonuje mnie zakończenie – zgadzam się z poprzednikami co do zarzutów – ale generalnie przyjemnie spędziłam czas na lekturze tego tekstu, dziękuję!

@ninedin

Dziękuję, cieszę się, że mimo słabych stron tekst daje przyjemność z lektury. :)

Zajrzałem na Twojego bloga i widzę tam sporo ciekawych artykułów, a szczególnie moją uwagę przykuła seria recenzji Sherlocka. Piękne. No i westchnąłem sobie, bo pierwszym moim pomysłem na Legendy byli właśnie Sherlock i Kuba. :) Stwierdziłem jednak, że szkoda mi pomysłu na moje małe doświadczenie i czeka teraz na lepszy czas. Muszę się bardziej wnikliwie zapoznać z lekturą, historycznymi wątkami i odkryć w tym sensowny wątek fantastyczny. 

Jeszcze raz, dzięki i pozdrawiam serdecznie!

Świetny styl, tak świetny, że nawet postanowiłam przymknąć oko na to wredne zagranie z początkiem (czyyli fajna scena, która okazuje się snem, a fe, tego się nie robi czytelnikom!) Reszta cudna, malowniczo, kwieciście, ale bez udziwnień. Potem słabo przekonująca scena z bratem Bastiana na pogrzebie, no szkoda. Zgrzytnęło, ale już byłam wciągnięta. No i mnie się podobała wyrozumiałość pastora, bo wbrew stereotypom, duży plus. Czyli dobra historia z wpadkami, ale napisana cudnie.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Dzięki, Fleur! :) Cieszę się, że zajrzałaś i podzieliłaś się wrażeniami, i to pozytywnymi, lol.

Oczywiście nad niedociągnięciami Autorzyna będzie pracował. :) Mam nadzieję, że skutecznie….

Pozdrawiam!

 

Niestety nie doczytałem do końca, ale przyznaję, że częściowo (choć pewnie nie całkowicie) to moja wina. Jak dla mnie za dużo moralizatorstwa i pogadanki, a za mało akcji i zbyt wolne tempo. W zasadzie mógłbym się podpisać pod większością uwag Marlowa. Przedstawiony świat wydaje się za bardzo czarno-biały, a dydaktyka troszkę zbyt nachalna.

Ale technicznie opisane porządnie i z pewnością spełniłeś większość swoich założeń. Jak widać w komentarzach wyżej, jest wielu zadowolonych czytelników – tutaj dużo zależy od gustu. Akurat mój układ pokarmowy ma wyraźne problemy z trawieniem takich tekstów. Ale pisząc „Dzikuskę” musiałeś mieć świadomość, że jego odbiór będzie bardzo zależał od samego czytelnika.

Ano liczyłem się, zwłaszcza że różnorodność w ramach samej fantastyki, tym samym w upodobaniach czytelniczych jest imponująca, a ja sam miałem poczucie, że tu i ówdzie należałoby się poprzyglądać tekstowi – czas okazał się dla mnie mało łaskawy tym razem. Z drugiej strony pomyślałem, że kiedy, jeśli nie na początku zabawy w pisanie, miałbym się przekonać o tym, gdzie leży granica – teraz mam wystarczająco klarowny obraz sytuacji. Gąbeczka do odsączania zapewne pójdzie w ruch po konkursie, ale przede wszystkim zabieram te cenne uwagi do następnego tekstu – tam będę szukał równowagi. :)

Dzięki, Perruxie, za wizytę i uwagi, niebawem pewnie zjawię się i ja u Ciebie. ;)

Pozdrawiam!

Rasowe opowiadanie fantasy, zapraszające do pełnego emocji i kolorytu wspólnego świata ludzi, natury i… istot z pogranicza. Natura to akurat jedna z moich naczelnych fascynacji, więc tekst nią nasycony i ją doceniający zawsze będzie poruszał odpowiednią strunę w moim sercu. Nawiązanie do bajki niespecjalnie mnie akurat tutaj interesowało i chociaż przyszło mi na myśl, nie zajmowałam się odniesieniami w trakcie lektury (aż do końcówki). Potraktowałam to jako samodzielne, “niehasłowe” opowiadanie. Skoro warunek był spełniony – a był – chyba mnie, jako czytelniczce, wolno odpłynąć od drogowskazu, prawda? ;) Skrzyżowanie człowieka z wilkiem to jest jedna z tych istot fantasy, które – może z racji pewnego dystansu, chłodu, szorstkości – nie odpychają mnie kiczowatością, jak nierzadko stali bywalcy tego gatunku, czyli np. elfy, wróżki, wampiry, czy inne nagminnie ziejące czymś smoki, czasami po prostu nudą… (w gatunku s-f alergię mam z kolei na UFO). Fabuła ciekawie rozwijająca się od wstępu aż do (prawie) zakończenia. Prawie… no właśnie. Wprawdzie doceniam kompatybilność tej głównego trzonu historii i ostatniej sceny tudzież jako puenta ona się sprawdziła, zwłaszcza, że przypieczętowała hasło konkursowe, ale osobiście już nie pierwszy raz zauważam, że kiedy w gęstym emocjonalnie tekście, z określoną atmosferą, którą chłonę, ktoś mnie nagle wyjmuje z nasyconego nią świata i wrzuca w zupełnie inny (nie daj Boże, kontrastująco współczesny, chociaż to nie w tym przypadku), przechodzi z opowieści w swoiste post scriptum… to czuję się trochę, jakby mi wylano przysłowiowy kubeł zimnej wody na głowę. Jest to oczywiście, podkreślam, sprawa subiektywna, więc nie czynię z tego oficjalnego zarzutu.

Oficjalne zarzuty mam dwa, ale nie za duże. Po pierwsze: pewne niezgrabności językowe, jak na przykład scena początkowa… czytałam ją cierpliwie kilka razy i dalej nie potrafię sobie zobrazować, gdzie i w jakich konkretnie „okolicznościach przyrody” stoi bohaterka: co widać przed nią, co za nią, co w lewo i co w prawo. Jest tam chyba za dużo określeń miejsca i pogubiłam się, nie skleiłam tego w jeden obraz. Sprawę pejzażu już wytknięto, zdaje się…

Drugi delikatny minus za trochę zbyt grubymi nićmi szytą ideologię, przesłanie ciut zbyt natarczywe. ALE z drugiej strony: 1) w ogóle jakieś przesłanie jest (co się zdarza według mnie zbyt rzadko, a jest wartością samą w sobie) 2) w sumie jest słuszne – trudno się nie zgodzić, że religia to jest coś, co pomoże mądremu, ale może zgubić głupiego. To samo zresztą z naturą.

Reasumując: klasycznie skonstruowana, gęsta fabuła, nastrojowy, sugestywny emocjonalnie świat, w którym z przyjemnością przebywałam i z którego z żalem wróciłam.

Z tego wszystkiego za najważniejsze uważam właśnie fakt, że to opowiadanie wzbudziło we mnie emocje, za co od razu bardzo je polubiłam. Trzyma się żywo i wyraziście w mojej pamięci :) Na podium też ;)

 

Dziękuję, Blue, za tak nieoczekiwany odbiór. Cieszę się, że to, co napisałem wywołuje emocje i porusza czytelnika – to wspaniałe uczucie. :)

Niestety tekst ma mankamenty, a jeśli chodzi o pierwszą i ostatnią scenę, to faktycznie opowiadanie miałoby się doskonale bez nich. Ostatnia oczywiście ma swoje uzasadnienie ze względu na miejsce, w którym tekst się znalazł.

To zagubienie w okolicznościach pierwszej sceny podoba mi się, bo w pewnym sensie odzwierciedla zagubienie i negatywne odczucia bohaterki. Tak czy siak ostatecznie raczej do wywalenia po konkursie – wykorzystam jeszcze trochę miejsca na poprawienie ważnych rzeczy, które dzięki Wam wszystkim odkryłem. :)

Dzięki też za głos! I pozdrawiam najserdeczniej! ;)

Pierwsza scena zrobiła na mnie duże wrażenie, tak wizją, jak i wykonaniem. Wystarczająco duże, żebym w ogóle nie przejmował się tym, że to formalnie zużyty chwyt. Dalej też jest warsztatowo bardzo porządnie, pomysłowo, inteligentnie i obrazowo. Kręcę nosem na prostą antynomię religia/natura, choć doceniam ucieczkę od prostego schematu, zróżnicowanie ludzkich bohaterów, uczynienie pastora postacią pozytywną i mądrą. Szkoda, że wilki wszystkie takie same. Rozbawił mnie trochę ten ich fakultatywny wegetarianizm, zbieranie grzybów itd. Nie kupuję przemiany Johannesa – musisz się bardziej postarać, żeby mnie do takich wolt przekonać. Końcówka przyjemnie zaskoczyła.

Gdybym miał dziesięć głosów do oddania, znalazłbyś się na mojej liście do głosowania ;)

Coboldzie, cieszę się, że zajrzałeś. :)

Twoje słowa bardzo mocno motywują, utwierdzają też w kilku sprawach, również dotyczących wątpliwości. Tak, w takich tematach potrzeba więcej skupienia, wyczucia, przemyślenia i umiejętnego rozpisania, żeby stworzyć w pełni wiarygodny przekaz, zadać ważne pytania, wzbudzić wątpliwości i rozważania czytelnika. Ale cieszę się, że mam kolejna sferę do przepracowania.

Z tym wegetarianizmem… Uśmiecham się trochę do tego wątku, ponieważ kumpel po lekturze Dzikuski powiedział, że muszę koniecznie obejrzeć serial Grimm. Jest tam blutbaden – ​Monroe, który jest wegetarianinem z wyboru, walczy z naturą, coś zmienia, bo czuje taką potrzebę. :)

Cieszy też wysoka lokata w szrankach – ​pierwsza dycha to jest coś :D, jednak pozycja konkursowa kompletnie mnie nie zajmuje, za to istotne jest tych kilka lub kilkanaście ważnych zdań od każdego z komentujących.

Bardzo Ci dziękuje za Twoje ważne słowa i pozdrawiam serdecznie! ;)

Przez większą część tekstu nic nie przykuwało bardziej mojej uwagi. Przekazywałem przez tę historię, nie angażując się zbytnio. Ale zakończenie już zwróciło moją uwagę. Bracia Grimm byli już bohaterami kilku historii (np. „Nieustraszeni bracia Grimm”), ale i tak pomysł mi się spodobał.

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Dzięki, Pietrku, za wizytę i komcia. Nadrabiam jeszcze zaległości w komentarzach, choć nie wszędzie zostawię pewnie, to u Ciebie z pewnością. ;)

Czekam z gościną ;)

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Nowa Fantastyka