- Opowiadanie: wilk-zimowy - Pudełko wiedźmy

Pudełko wiedźmy

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy, Finkla, Użytkownicy II

Oceny

Pudełko wiedźmy

W młodości byłam zielarką. Taką, jak te stare baby, co to mieszkają w chatynkach oddalonych od ich rodzimych wsi i leczą w zamian za wikt oraz drobne przysługi. Kiedyż to było? Będzie z pięć wieków, a może i jeszcze pół. Świat w tym czasie przeistoczył się po wielokroć. Choć w gruncie rzeczy sami ludzie nic się nie pozmieniali, jak byli tępymi zwierzętami goniącymi za własnymi uwidzeniami, tak im pozostało.

Kwiatami, ziołami, wszystkim co rośnie i da się zebrać w lesie, interesowałam się już od dziecka. Urzekały mnie, przyciągały. Wspomniałam o babie z chatki za wsią? Prawda jest taka, że byłam zafascynowana tym, co robi. Sama jedna pomagała w tym, w czym nawet najroślejszy chłop byłby bezradny. Odpędzała choroby. I jak wtedy myślałam – również złe duchy.

Znosiłam więc w koszyku liście, zrywałam owoce i grzyby, wyszukiwałam orzechy i wykopywałam korzonki. Suszyłam, ubijałam w moździerzu, miażdżyłam kamieniem, warzyłam w małym kociołku. Jak to dziecko. Rodzice tolerowali samo zbieractwo, choć bezwzględnie zakazywali sporządzania naparów, a gdy łamałam zakaz, karcili surowo, czasem i rękę podnosząc. Ja jednak robiłam swoje. Tak uparcie i konsekwentnie, że zaczęli się matula z tatkiem zastanawiać, czy nie porozmawiać z guślarką. Może byłaby skłonna przyjąć mnie na lato do przyuczenia w zamian za pomoc codzienną.

Zobaczy, ile trzeba przy tym nauki, ile trzeba zapamiętać i przejdzie jej – mawiał wtedy tatko, choć widać było, że niechętny oddawać mnie pod skrzydła starej znachorki.

Może przy tym wywie się czegoś cennego – dodawała matka, acz i ona wolała, żebym została w domu.

Oboje się wahali, jednak byli zgodni w jednym. Bali się, że jeśli nie upilnują mnie, to przy pierwszym samodzielnie przygotowanym wywarze, po wypiciu go zaniemogę i odejdę z tego świata. Nie wiedzieli, że robiłam to już wielokrotnie i zawsze kończyło się dobrze. Jak mogłoby być inaczej, skoro wszystkie składniki mówiły mi, czy niosą ze sobą siłę, czy może jednak słabość?

Stara guślarka początkowo była niechętna wzięciu mnie na nauki, ale ostatecznie przystała na to. Szybko zresztą zmieniła o mnie zdanie i nawet zaczęła chwalić za dobre oko – okazało się bowiem, że jestem w stanie wyszukać nawet najrzadsze składniki i na dodatek bezbłędnie je rozpoznać. Śmiała się przy tym, gdy parę razy wspomniałam o tym, jak wyczuwam naturę roślin. Mówiła, iż to tylko dziecięce rojenia. Kiedy zaczęłam samodzielnie szykować maści i dekokty, na przemian pęczniała dumą i dąsała się z zazdrości widząc, jak jej czeladniczka tak szybko wyprzedziła swą mistrzynię. Czasem tylko mruczała pod nosem, za niemożliwe uznając, by nawet najlepiej przyrządzone składniki działały tak szybko i mocno.

Podziw i zazdrość szybko zaczęły przechodzić w lęk, gdy coraz częściej moje wywary i gusła zaczynały działać na przypadłości, które wedle mistrzyni były beznadziejne. Nieraz powtarzała, że śpiewy i zawodzenia były tylko po to, by ludzie potem za wiele nie pytali i żeby poczuli coś wzniosłego. Ja jednak dodawałam gesty, czyniłam znaki. Czułam, iż to wynika z natury rzeczy i sytuacji mnie otaczających. Czego zaś stara guślarka nie wiedziała – niejednokrotnie wprowadzałam drobne zmiany w jej recepturach. Robiłam to intuicyjnie i odruchowo, a efekty zwykle były ciekawe i nieraz wywołujące zdziwienie na twarzy starej kobiety. Aż do czasu, kiedy przygotowałam maść, która po nałożeniu na powieki pozwalała aż do świtu widzieć w ciemności kocim wzrokiem. Tego już nie mogła znieść i wygnała mnie ze swej chaty.

Do rodziców wróciłam tylko na kilka lat. Nie byłam już jednak tą Jagą, co ledwie lato temu. Teraz już byłam zielarką. Szanowaną, lecz i budzącą respekt. To do mnie przychodzono po porady, nie do starej kobiety za wsią. To o mnie mówiono w sąsiednich wsiach. I właśnie to stało się przyczyną, dla której musiałam uciekać, gdy w okolicznym mieście i przylegających do niego siołach rozpoczęły się wyłapywania podejrzanych o konszachty ze złymi siłami.

Przestałam być dla nich zielarką. Zaczęli mnie nazywać służebnicą piekieł. Jedyne, co mi pozostało, to zostać zbiegiem.

To właśnie te wydarzenia sprawiły, że rozwinęłam swoje umiejętności w kierunkach, o których wcześniej nawet nie pomyślałam. To tamten czas sprawił, iż zaczęłam nabierać potęgi. Wtedy jednak byłam śmiertelnie przerażona. A ponieważ jako młoda niewiasta nie mogłam w nieskończoność uciekać pieszo przed inkwizytorami, żołnierzami i zakonnymi rycerzami, zaczęłam szukać połączeń roślin i nieożywionej materii, które pozwoliłyby wpływać na otaczający mnie świat.

Pierwsze, co mi się udało, to stworzenie pyłu, który po posypaniu nim związanych witek, zwykle służących za miotłę, pozwolił mi na niej latać ponad łąkami i lasami. Koszmarnie to było niewygodne, lecz wystarczyło, by w ciągu kilku kolejnych tygodni uciec daleko na południe i ukryć się w górach. Tam też, ledwie raz, po wielu latach, zdarzyło się, że mój ślad wytropił wyjątkowo zaciekły mnich, jednak i jemu ostatecznie umknęłam. A od tego czasu zmieniło się naprawdę wiele…

 

* * * *

 

Jaga, zielarka, służka piekieł. Dzisiaj, po bez mała pół tysiącu lat, ludzie nazywaliby mnie inaczej. Niektórzy, ci kochający historię, użyliby słowa „czarownica”. Inni, ci bardziej religijni, powiedzieliby: wiedźma. Dla tych, którzy snują gawędy przy ogniskach lub wymyślają dziwne historie o snach, baśniach i legendach, jestem miotłocyklistką – dziewoją, co to rzuca proste zaklęcia, piecze pierniki w chacie i lata na miotle. Coś w tym zresztą jest, bo i ostatecznie ten sposób podróży porzuciłam dopiero dwa stulecia temu, gdy wreszcie nauczyłam się sztuki lewitacji.

Unoszenie się w powietrzu bez pomocy żadnych zbędnych rekwizytów było zresztą tylko jedną z wielu umiejętności, jakie przez ten czas nabyłam. Po prawdzie słowo „umiejętność” nie jest tu najwłaściwsze. W rzeczywistości wszystko to, co ludzie nazywają czarami, było tylko odkrywaniem nieznanych praw natury i umiejętnym wywoływaniem zjawisk, które same z siebie zarówno w naturze, jak i w cywilizacji, rzadko występują.

Początkowo działo się to powoli, z czasem jednak pozwanie mocy rządzącej światem było coraz szybsze. Zaczątki wiedzy przychodziły same, gorzej z tym, że skutki musiałam poznawać stopniowo. Wystarczało to jednak, aby na przestrzeni lat nauczyć się nieśmiertelności, przemiany w zwierzęta, stawania się niewidzialną, czy nakazywania domostwu, ażeby samo się uprzątnęło.

Co zabawne, wiedźmą nazwano mnie wtedy, kiedy potrafiłam niewiele więcej, niż leczyć i doskonalić własne zmysły. Wtedy się mnie bano, wtedy mnie ścigano, wtedy chciano mnie wydawać inkwizycji, palić na stosie, torturować. Dziś, kiedy mogę znacznie więcej, a moje możliwości wymykają się pojmowaniu ludzi, nie wierzy się w ogóle w moje istnienie. No bo jak to, czary, zaklęcia? Niemal bezbronne dziewczę ścigali bez litości, kogoś potężnego pomijają, ignorują, aż w końcu zapominają.

 

* * * *

 

Czasami bawiłam się w tworzenie magicznych przedmiotów. Drobiazgów ułatwiających życie, jak miska, która może w każdej chwili napełnić się dowolnym posiłkiem, czy igła z nicią, które same przeprowadzają prace krawieckie. Proste zabawki czyniące życie wygodniejszym.

Pewnego dnia pomyślałam jednak o czymś potężniejszym, czymś bardziej niezwykłym. Przyznać muszę, że myśl ta nie przyszła jednak tak jak wszystkie inne, lecz zrodziła się w chwili, gdy dla rozrywki przyrządziłam wywar ze starannie wyselekcjonowanych gatunków grzybów. Już pierwsze opary z tej mikstury sprawiły, że tonęło się w halucynacjach. A kiedy ogarnęły one całą chatę,  zmysły do końca się pomieszały, kolory stały się inne, a kształty pozmieniały, nagle mnie oświeciło.

Sięgnęłam wtedy po wszystkie składniki, jakie miałam w chacie i zaczęłam je mieszać w proporcjach, o których nigdy wcześniej nie pomyślałam, czyniąc przy tym znaki i wypowiadając formuły, które w stanie trzeźwości umysłu nie miałyby dla mnie sensu.

Wyszukałam w schowku drewniane puzderko, w którym przechowywałam różne drobiazgi. Wydało się odpowiadać temu, co podsuwały wizje, więc wytrząsnęłam z niego całą zawartość, by następnie, z pomocą narzędzi i prostych zaklęć, oddzielić od niego wszystkie ścianki i chwilę później znów je zmontować. Na pozór podobnie, w rzeczywistości jednak drobne szczegóły sprawiały, że cała skrzyneczka nie była już w pełni osadzona w trzech wymiarach.

Przyjrzałam się krytycznie migoczącej konstrukcji i zaczęłam wsmarowywać w jej ścianki przygotowane chwilę wcześniej maści. Nie wiedziałam jak długo wizje utrzymają się w mojej głowie, a chciałam zdążyć je zrealizować.

Sprawdziłam, czy mikstury pokrywają każdy skrawek tworzonego artefaktu i zyskawszy pewność, że owszem, zaczęłam śpiewać formuły magiczne. Zadziałały, widziałam, jak wnętrze kasetki nabiera dodatkowej głębi, aż w końcu wnika w jakąś niezmierzoną otchłań, znika, zwyczajnie przestaje istnieć. Jakby środek przestał mieć dno – nawet gdy z zewnątrz nadal widać je było doskonale. Całość przestała migotać, utrwaliwszy zmiany, jakie zaszły w strukturze materiału, z którego skrzynka została złożona.

Wszystko było gotowe, a z nowego magicznego przedmiotu biła potężna moc. Nadal była to jednak tylko rzecz. Mogła poczekać, a ja poczułam wielką senność. Rzuciłam jeszcze ostatni raz okiem na swoje dzieło i zamknąwszy jego wieko, udałam się na spoczynek. Kładąc się, nawet nie pomyślałam o tym, jak wielkiego odkrycia właśnie dokonałam.

 

* * * *

 

Następnego dnia wstawałam z trudem. Nawet nieśmiertelna może poczuć kaca, nawet czarownica musi czasem sięgnąć po dekokty odtruwające. Jednak wiedźmy mają tę wielką przewagę nad zwykłymi ludźmi, że znają sposoby na błyskawiczne usunięcie bólu. Uporawszy się z tym problemem i zażądawszy od magicznej miski obfitego śniadania, przypomniałam sobie o sporządzonym w nocy artefakcie. Przyniosłam go na stół i zasiadłszy do posiłku, zaczęłam uważnie obserwować przedmiot. Momentami miałam wrażenie, że ze środka dobiegają jakieś głosy, podniesione, acz stłumione przez ścianki pudełka.

Dojadłam danie i sięgnęłam po przedmiot. Zastanowiłam się. Powstał w chwili niemal proroczego natchnienia, jednak w trakcie jego przygotowywania ani przez chwilę nie myślałam, czemu miał służyć. Był to ten rodzaj intuicyjnej inwencji, jaka towarzyszyła mi w początkach mego zainteresowania zielarstwem. Cóż więc tym razem podpowiedziały mi odruchy?

Podniosłam wieko i zajrzałam do środka. Nadal nie było dna, nie potrafiłam nic dostrzec, ale za to wyraźniej usłyszałam dźwięki. To były Głosy. Mówiły, dyskutowały, radziły się nawzajem, czasem przekomarzały. Krzyczały. Żyły wewnątrz artefaktu. Jaka była ich natura? Wtedy jeszcze nie wiedziałam. Wydały się jednak na tyle istotne, że przez następne lata sprawdzałam, czym jest stworzone przeze mnie Krzyczące Pudełko i czego można z jego pomocą dokonać.

 

* * * *

 

Początkowo sądziłam, że Krzyczące Pudełko stwarza Głosy, tak jak ma czarodziejska miska wytwarza każdego dnia nowe posiłki. Jednak im dłużej je badałam, tym bardziej nabierałam pewności, iż stanowi okno do innego świata, którym rządzą odmienne prawa.

Długo obserwowałam same Głosy i słuchałam snutych przez nie opowieści. Jedne były proste i wesołe, inne zaskakiwały swoją powagą. Gdyby je zebrać w jedno miejsce, można by otworzyć całą bibliotekę nowych baśni poruszających niemal każdy temat.

Same obserwacje to jednak mało, więc w końcu przystąpiłam do eksperymentów. Spróbowałam wyciągnąć część Głosów na zewnątrz i sprawdzić jak zareagują.

Krzyczały, wrzeszczały, targały nimi emocje. Szarpały się, próbując objąć nowe realia swoimi zmysłami, przystosowując percepcję do realiów świata poza Pudełkiem. A potem… nagle okazywało się, że ich opowieści w drobny, subtelny, ale widoczny sposób zaczynają zmieniać otoczenie. Nie tylko to bezpośrednie. Zasięg wywoływanych zmian był znacznie szerszy, rozciągający się na całą okolicę, kontynent, świat.

Czasami było to nagłe opatentowanie technologii podobnej do tej, która pojawiała się w opowieściach Głosu. Kiedy indziej nagle wybuchały społeczne niepokoje wokół problemu, wcześniej powszechnie bagatelizowanego, ale z jakiegoś powodu zajmującego inny Głos. Bywało zresztą i odwrotnie – jeśli jeden z Głosów rozważał co by było, gdyby dany problem ignorowano, ten zaczynał powoli obojętnieć społeczeństwu.

Opowieści Głosów przeniesionych do naszego świata oddziaływały na rozwój sztuki, technologii, kierunki polityczne. Jak się niedługo okazało, wpływały nie tylko na myśli. W ograniczonym, jakkolwiek wyraźnym, stopniu wpływały na zmiany klimatyczne i zjawiska geologiczne. Czasami zastanawiałam się nawet, czy przy odpowiednich okolicznościach byłyby w stanie korygować prawa fizyki. I być może nawet to robiły, jeśli porówna się ich opowieści z komunikatami, jakie pojawiały się później w doniesieniach prasy naukowej. Ta zaś ogłaszała co jakiś czas, że dotychczasowe wyliczenia były błędne, natomiast wcześniejsze hipotezy zastąpiono nowymi, uwzględniającymi najnowsze odkrycia. A działo się to w tych dziedzinach, o których wcześniej słyszałam od dawnych mieszkańców Pudełka.

Nauczyłam się wybierać Głosy tak, by zmieniać w otoczeniu to, co chciałam. Było w tym coś obustronnego. Nawet jeśli wtłaczałam je w nieznane, to jednocześnie sprawiałam, iż mogły poczuć, jak tworzą legendy. Jak światy, o których do tej pory tylko mówiły i krzyczały, nagle zaczynają się w jakiejś drobnej cząstce materializować. Jak bohaterowie, do tej pory tylko przez nie wyobrażani, nagle objawiali się w przypadkowych, wcześniej nijakich, ludziach.

Czy Głosy wiedzą, że są kierowane? Początkowo o tym nie myślałam. Właściwie nawet nie wiem, w jaki sposób i w jakim stopniu postrzegają świat spoza swoich baśni. Częściowo na pewno to robią, skoro nawet najbardziej fantazyjne spośród ich historii, mają jakieś nawiązanie do realiów.

Pytanie to prowadzi do kolejnych. Czy Głosy wiedzą o mojej roli w losie, który im przypada? O tym, iż dając im możliwość kreacji, jednocześnie wykorzystuję je do swoich celów? Jeżeli tak, to jak mnie postrzegają? Może jestem dla nich niezrozumiałym demiurgiem, którego nawet nie śmią nazywać legendą? A może przeciwnie, sprowadzają mnie jedynie do roli weny i uważają za najmniej realną w świecie, w jakim je umieszczam i w którym to Głosy stają się legendami?

Wszystkie te rozważania całymi dekadami były problemem czysto teoretycznym. Kimkolwiek byłam dla Głosów – jeśli w ogóle miałam dla nich znaczenie – dla mego własnego świata znów stałam się tylko zwykłą zielarką, mieszkającą gdzieś na odludziu. Ci, którzy wierzą w istnienie mitycznych organizacji, które ustalają kierunek rozwoju cywilizacji, nigdy nie przypisaliby tej roli właśnie mnie.

Mimo wszystkich tych obserwacji, w trakcie korzystania z artefaktu cały czas przegapiałam coś istotnego. Coś, co zauważyłam dopiero niedawno, a co mnie zaniepokoiło. Głosy nadal pozostające w Krzyczącym Pudełku komunikują się z tymi na zewnątrz. Wymieniają ze sobą uwagi na temat swych opowieści, podpowiadają nowe pomysły, czasami ustalają wspólny kierunek zmian. Bywa, że odbiegający od tego, ze względu na który pierwotnie je wybrałam wśród innych obecnych w mej puszce Pandory.

Zrozumiałam, że choć sama sięgam po Głosy, których opowieści pasują do danej chwili, to raz uwolnione, mogą powodować kolejne zmiany w świecie. Do tej pory nie musiałam zawracać sobie tym głowy, bo przecież zawsze mogłam sięgnąć po kolejnych mieszkańców Pudełka, których baśnie pasowałyby do potrzeby chwili. Jeśli jednak byty te dzielą się ze sobą informacjami bez względu na to, w którym świecie akurat przebywają, moje założenia mogą się okazać mylne. Zwłaszcza że Głosów, których inwencja raz została uwolniona, nie da się ponownie zamknąć w ograniczonej przestrzeni.

Ich historii jest coraz więcej. Cokolwiek planują, nie wiem czy zdołam to zmienić.

Rzucałam kamyki, ruszyła lawina.

Tak się kończy każda prawdziwa baśń.

 

 

________

Tytułem posłowia: określenie „miotłocyklistka” stworzył Unfall w opowiadaniu „Źrenica” (http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/19787). 

 

Koniec

Komentarze

Puszce. Puszce Pandory.Muszę przemyśleć treść.Na razie, jak to się mówi: lead jest zagrzebany.A, jeszcze jedno: Inkwizytorzy osobiście nie ścigali. Inkwizytorzy dochodzili, w sposób intelektualnie bardzo nowoczesny, prawdy. W czasie trzystu lat nasilonego działaia Inkwizycji w Europie, władze świeckie paliły co roku na stosach po ok 15-20 osób. W całej Europie. I to w przeważającej większości za a) dzieciobójstwa, b) trucicielstwo. Gębę Imkwizycji przyprawlili protestanci, którzy w zaledwie 50 lat od tez Lutra, spalili na stosach, podczas swoich międzyprotestanckich waśni i wojen, między 150, a 200 tysięcy ludzi. W sumie. Poza tym większych błędów nie zauważyłem pierwszą część czyta się dobrze, w drugiej przydałyby się ze dwa zdania łopatologiczne. Bo trochę finał się rwie.

 

Dzięki za opinię.

 

Z inkwizycją masz sporo racji (parę ekscesów mieli, ale fakt – nie tak znowu wiele i nie na ziemiach polskich). Co do końcówki – sam nie jestem z niej zadowolony, ale łopatologii właśnie chciałem uniknąć, bo często mam tendencję do jej nadużywania. Pomyślę jeszcze o zmodyfikowaniu ostatnich kilku zdań.

Swoja drogą pierwotnie finał miał być zupełnie inny, ale wcześniejszy pomysł był zbyt hermetyczny.

Puszce. Puszce Pandory.

Możesz rozwinąć? Tak właśnie jest napisane.

Edit: już widzę literówkę, dzięki!

Fajne :)

Z cyklu “Dzieła na konkurs legendarny”, pora na “Historię lokatorki chatki na kurzej stopce” :). Inni zwą to dzieło – “jak na haju wynalazłam telewizor” :P.

A poważnie – ciekawie, ale bez bum i wow. Czyli – opowiadanie płynie sobie spokojnie. Zanadto spokojnie. I jak się letnio zaczyna, tak się letnio kończy. Brakuje emocji – i żeby się z bohaterką zżyć, i żeby przejąc jej losem. Natomiast – ładnie napisane!

Uwag kilka:

– “Zaczęli mnie nazywać sługą piekieł” – czemu tak? później już masz “służką” – bądź konsekwentny;

– “pozwanie mocy rządzącej światem” – chyba “przyzwanie” albo “poznanie”;

– “nauczyć się nieśmiertelności” – tego się nie da nauczyć; można ją osiągnąć albo nauczyć zaklęcia, nieśmiertelność dającego;

– “wytrzasnęłam z niego” – literówka: “wytrząsnęłam”;

– “stanie korygować prawa fizyki” – literówka: “praw fizyki”.

 

Moja konkluzja: niezłe, ale zabrakło czegoś, by poruszyć, by dać się zapamiętać.

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Dzięki za komentarze!

 

Staruchu, sługę poprawiam. Natomiast zdecydowanie chodzi o poznanie – wiedźma niejako intuicyjnie odkrywała zależności, a nie przywoływała je :) 

Co do były w stanie korygować prawa fizyki: kogo/co → prawa fizyki. Ale może Reg rozstrzygnie :) 

 

Ok. Z “prawami fizyki” dodałem sobie w głowie “nie” – “czy przy odpowiednich okolicznościach nie byłyby w stanie korygować praw fizyki”.

Aha, i jeszcze jedna rzecz – opowiadanie dzieli się wyraźnie na dwie części – “babajagową” i “światozmieniającą”. Można byłoby je odczepić do siebie i przykleić do innych fabuł. Tę o pudełku do historii o wynalazcy radia np., a tę o czarownicy – do jakiegoś współczesnego urban fantasy. Jak dla mnie – jakoś słabo się kleją.

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Co do legendy, w zamierzeniu właściwą miało nią być Krzyczące Pudełko i jego lokatorzy ;) Widać nie wyszło :) 

Hm, pomysł z dodaniem fabuły o wynalazcach bardzo dobry.

Głupio teraz wycofać tekst, mam nauczkę, żeby jednak korzystać z bety :(  Ale pewnie rozwinę to sam dla siebie, bo jednak takie “nieklejenie” trzeba łatać choćby dla wyrobienia dobrych odruchów.

Pierwsze skojarzenie, jakie miałam to było:

Inni zwą to dzieło – “jak na haju wynalazłam telewizor” :P.

ale Staruch mnie ubiegł. :D Chociaż ja miałam na myśli raczej radio. (Głosy)

Płynnie i spokojnie snułeś swoją opowieść, choć wydaje mi się, że momentami zbyt spokojnie. Wciągnęłam się od samego początku i przyznam, że liczyłam na jakieś mocniejsze łupnięcie na końcu i w rezultacie poczułam niedosyt.

Podsumowując, podobało mi się. Lubię wiedźmy, zwłaszcza tak kreatywne. :)

A tu sobie popraw:

Jednak wiedźmy mająwielką przewagę nad zwykłymi ludźmi,

 

 

Dzięki, literówka poprawiona :)

 

 

(Wiedźma wynalazła szałtboksa i czerpie moc z pomysłów obecnych w nim dyskutantów ;) )

Opowiadanie sprowadzone do sprawy Pudełka.

Rzecz dzieje się na przestrzeni jakichś pięciuset pięćdziesięciu lat, ale upływu tego czasu zupełnie nie zauważyłam. Opowiadanie w zasadzie nie ma tła i choć na początku dowiadujemy się tego i owego o młodziutkiej zielarce z zadatkami na wiedźmę, to im więcej czasu mija, tym bardziej skąpisz wiadomości, skupiając się na misce napełnij się jedzeniem i tytułowym Pudełku.

Przeczytałam bez przykrości, ale i bez satysfakcji.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

stwo­rze­nie pyłu, który po po­sy­pa­niu nim witki zwią­za­ne­go chru­stu, jaka zwy­kle służy za mio­tłę, po­zwo­li­ła mi na niej latać… –> Chrust to suche gałęzie. Mioteł nie robi się z chrustu.

Witka to wiotka gałązka/ rózga. Do robienia mioteł świetnie nadawały się gałązki brzozy, dobre były miotły sporządzone z krzewów żarnowca.

Proponuję: …stwo­rze­nie pyłu, który po po­sy­pa­niu nim związanych witek, zwy­kle służących za mio­tłę, po­zwo­li­ł mi na niej latać

 

miska, która może w każ­dej chwi­li na­peł­nić się do­wol­nym po­sił­kiem, czy igła z nicią, które same prze­pro­wa­dza­ją prace kra­wiec­kie. Pro­ste za­baw­ki, które czy­nią życie wy­god­niej­szym. –> Objaw którozy.

Proponuję: …miska, w każ­dej chwi­li mogąca na­peł­nić się do­wol­nym po­sił­kiem, czy igła z nicią, same potrafiące szyć. Pro­ste za­baw­ki, czy­niące życie wy­god­niej­szym.

 

Już pierw­szy opar z tej mik­stu­ry spra­wił, że to­nę­ło się w ha­lu­cy­na­cjach. A kiedy już całą chatę po­chło­nął ten za­kłó­ca­ją­cy zmy­sły dym… –> Opardym to dwie zupełnie różne rzeczy.

 

zmia­ny, jakie za­szły w struk­tu­rze ma­te­ria­łu, z któ­rej skrzyn­ka zo­sta­ła zło­żo­na. –> …zmia­ny, jakie za­szły w struk­tu­rze ma­te­ria­łu, z któ­rego skrzyn­ka zo­sta­ła zło­żo­na.

 

Wszyst­ko było go­to­we, a z no­we­go ma­gicz­ne­go przed­mio­tu czuć było po­tęż­ną moc. Nadal była to jed­nak tylko rzecz. –> Objaw byłozy.

 

Na­stęp­ne­go dnia wsta­wa­łam cięż­ko. –> Na­stęp­ne­go dnia wsta­wa­łam z trudem.

 

po­dob­nej do tej, która po­ja­wia­ła się w opo­wie­ściach Głosu. Kiedy in­dziej nagle wy­bu­cha­ły spo­łecz­ne nie­po­ko­je wokół pro­ble­mu, który wcze­śniej był ba­ga­te­li­zo­wa­ny, a który z ja­kie­goś po­wo­du zaj­mo­wał inny Głos. By­wa­ło zresz­tą i od­wrot­nie – jeśli któ­ryś Głos roz­wa­żał… –> Kolejny objaw którozy.

 

mogą po­wo­do­wać ko­lej­ne zmia­ny świe­cie. –> …mogą po­wo­do­wać ko­lej­ne zmia­ny w świe­cie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Reg! Jak zwykle jesteś na straży :-)  

Poprawki naniesione (z wyjątkiem dymu – wydaje mi się, że “technicznie” się tu zgadza. choć mogę się mylić).

Pudełko… jak już zasugerowałem wyżej to ono było tu właściwym “bohaterem”, ale biję się w pierś, bo zasadniczo wyszło to daleko od zamierzeń  :(

 

Wilku-zimowy, czy o bardzo gęstej mgle powiesz, że to dym?

Zrozumiałam, że bohaterka przyrządziła z grzybów wywar, z którego unosiła się para. Powstało mnóstwo gęstej pary, ale nie było tam dymu, bo nikt nie spalał grzybów, jeno je gotował. Powtarzam – opar i dym to dwie zupełnie różne substancje.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Racja, zaraz pomyślę jak to zmodyfikować :) 

Wilku, proponuję:

Już pierwszy opar z tej mikstury sprawił, że tonęło się w halucynacjach. A kiedy już całą chatę pochłonęły te zakłócające zmysły wapory…

Za SJP PWN: wapory I daw. «wyziewy, opary»

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze Ci się kojarzy. ;)

Dawniej tak nazywano też atak histerii.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szałtboks stworzony w wyniku ataku histerii… dobre! :D

Reg, Ty niby tylko z korektą, a tak naprawdę inspirację przynosisz :D 

 

Dziękuję, Wilku. Twórz więc, skoro czujesz inspirację. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

z nowego magicznego przedmiotu biła potężną moc.

 

Opowiadania chyba nie zrozumiałem.

Nie wiem czym były głosy z Pudełka, ani ono samo. Zielarka wydała mi się postacią raczej bierną, stworzoną tylko po to aby przywołać do istnienia tajemniczy artefakt. Jak słusznie zauważył ktoś wcześniej, brakowało tła, przez co całość zdała mi się trochę sucha, jak relacja, a nie barwna historia. 

Gdyby opowiadanie było dłuższe, zapewne mocno by mnie zmęczyło. Jako że zakończyło się raczej prędko, stwierdzę tylko, że nie chwyciło. 

Wilku, taka sobie bajeczka, nawet lekka do czytania, całkiem nieźle napisana, ale… Szczerze mówiąc drażnią mnie tak proste założenia jak wszystkowiedzący samouk, natchnienie, rozumienie roślin i to tylko na początek. A potem jeszcze pojechałeś z nieśmiertelnością, miską z jedzeniem, lewitacją i wszystko dzięki ziołolecznictwu. Bo nawet rtv (a’​propos widzę że prawie wszyscy mieli podobne skojarzenia z magicznym pudełkiem;))) powstało po namaszczeniu skrzyneczki na haju wywarami. No z tym to już przegiąłeś, bo po wprowadzeniu sprawiającym z wiedźmy legendę z jej umiejętnościami, sprowadziłeś ją do roli cenzora który wybiera co puścić w eter. Faktycznie można to było rozdzielić bo pewnie nie chciałeś z niej zrobić kolejnej władczyni Ziemi, ale w ten sposób spłyciłeś kompletnie jej znaczenie i zdolności. Jak to wyliczyła Reg 550 lat i czego się dorobiła? Miski z jedzeniem, samo sprzątającego się pokoju i radia ;)

Łukaszu, Enderku – dzięki za komentarze. Literówkę poprawiłem.

 

Co do sedna… cóż mogę powiedzieć… Tak jak już wyżej wspomniałem, najwyraźniej kompletnie nie wyszła mi próba stworzenia historii, w której własnie pozorna główna bohaterka w rzeczywistości jest tłem dla samego artefaktu. Tzn. jej marginalizacja jest, ale z tego, co komentujący zgodnie zgłaszają wynika, że wyszło to inaczej, niż zamierzałem. Pozostaje mi uznać autorską porażkę i wyciągnąć wnioski na przyszłość :) 

 

Bardzo sympatyczny tekst. Zapewne zawdzięcza to głównie nawiązaniom portalowym. Zaczyna się od miotłocyklistki, a kończy na naszym SB.

Słabo zarysowani bohaterowie. No, właściwie jest tylko jedna – och i ach, wspaniała dziewczyna, naturalna moc… Ale nie dałoby się jej rozpoznać w tłumie. Dawajże bohaterom jakieś cechy szczególne. Coś, co by pozwoliło zapamiętać tę wiedźmę spośród tłumu czarownic przewijających się po opowiadaniach.

Fabuła też szału nie robi. Właściwie niewiele się dzieje, dostajemy tylko streszczenie, wspomnienia i przemyślenia na temat odkrycia po pijaku. Może warto byłoby końcówkę pokazać (show, don’t tell) bardziej na bieżąco?

Sama nie wiem, co sądzić o legendzie. Wprawdzie miotłocyklistka na taki tytuł zasługuje (ale to dość hermetyczna postać), jednak jak na legendę – szczyl i tyle. Z drugiej strony – to nasza, portalowa, niemal osobista legenda, która doczekała się uwiecznienia na obrazku-nagrodzie.

Wykonanie przyzwoite, ale gdzieś tam została Ci jakaś literówka i tu się coś posypało:

Kiedy indziej nagle wybuchały społeczne niepokoje wokół problemu, wcześniej powszechnie bagatelizowanego, ale z jakiegoś powodu zajmował inny Głos.

Babska logika rządzi!

a kończy na naszym SB

 

Ahaaaa…..:D

No, wspominałam, że trochę hermetyczne są nasze legendy…

Babska logika rządzi!

Zwyczajnie jestem odludkiem i za mało siedzę na SB ;).

A konkurs o Morskim Oku kojarzysz? Tam pojawiła się miotłocyklistka…

Babska logika rządzi!

Kojarzę, ale nie interesował mnie, więc zupełnie nie znam tekstów :).

No to miałeś marne szanse na wyłapanie smaczków.

Babska logika rządzi!

Łukaszu, rzuć okiem na link umieszczony bezpośrednio pod opowiadaniem – to króciutki szort, tam własnie po raz pierwszy jest mowa o miotłocyklistce. Zdjęcie samej nagrody z konkursu jest w wątku z wynikami, w komentarzach. Krzyczące Pudełko – szałtboks. głosy – wypowiedzi na shoutboksie (tudzież nawiązanie do tego, że swego czasu stwierdziliśmy, że tam jest tylko jedna osoba, która rozmawia z głosami w swojej głowie). Biblioteka nowych baśni – p części portalowa biblioteka, po części antologie z tekstami portalowych autorów.

I tak dalej, jest tego więcej :)

 

Smaczki docelowo miały być umieszczone tak, żeby nie zakłócać odbioru pierwszej warstwy, a jednocześnie być od niej ważniejsze.  To trudna sztuka i niestety nie udało mi się wyłapać odpowiedniego balansu. Efekt jak widać – pierwsza warstwa nie większości nie porwała, ruga warstwa za bardzo schowana.

Ale gdybym nie spróbował, to bym nie wiedział jak wyjdzie :)

 

Finkla – dzięki za uwagi :)

Z cechami postaci słuszna uwaga. Zwykle pisze od strony świata, miejsc i zdarzeń, z opisami postaci strasznie kuleję. Będę się starać coś z tym zrobić.

 

Legenda… częściowo Głosy miały tworzyć legendy, częściowo miała nim być wiedźma (hermetycznie jako miotłocyklistka, ale ale też niehermetycznie jako rodzaj demiurga). Plus w pierwszej wersji pomysłu zastanawiałem się czy nie wrzucić momentu, w którym Głosy nazywają wiedźmę legendarnym wydawcą, ale uznałem, ze to by była przesada, skoro burzyłoby styl wypowiedzi :)

 

Literówkę idę poprawić, dzięki za wyłapanie :)

Niekoniecznie chodzi mi o to, żebyś napisał, jakie miała włosy, oczy i kości policzkowe. Tylko o to, żebyś jej dał jakąś nietypową cechę – leworęczność, zamiłowanie do fioletowych kapeluszy… Cokolwiek.

Babska logika rządzi!

Będę próbować przy kolejnych tekstach :) 

Motyw pudełka jest fajny, ale ma jedną wadę – wchodzi za późno. Czytałem z telefonu, więc wydawało mi się, że tak o nim mówisz dopiero od połowy. Wcześniej zaś pierwsze skrzypce gra bohaterka – raczej niewyraźna, zahaczająca dla mnie z lekka o wszechpotężną (bo taka super, prześcignęła w try miga nauczycielkę itd).

Od połowy, dzięki pudełku, jest lepiej, ale nie zaciera to niestety słabszej pierwszej połowy.

Technicznie czytało się przyzwoicie.

Podsumowując: był pomysł na drugą połowę koncertu. Niestety pierwsza zostawiła niezbyt korzystne wrażenie i pociągnęła całość w dół.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za opinię NoWhereMan.

 

Szkoda, że po publikacji już nie wypada grzebać w fabule – jednak konkurs to konkurs.

Ależ grzeb! Dopóki nie upłynie termin, wszystko wolno.

Babska logika rządzi!

Miałem wrażenie, że wstęp opowiadania był trochę rozciągnięty pod górny limit, ale może mi się wydaje. ;) A co do treści, to niezrozumiałem, do czego służyło to pudełko. Rozumiem, że działało jak jakieś przejście do innego wymiaru, z którego głosy mogły zmieniać świat. Ale niewiele ponadto. Jeśli to jakaś metafora, to mi umknęła.

Po przejrzeniu komentarzy: Telewizor wynalazła? A nie, szałtboks? Ok, już łapię. Żart spoko, choć myślę, że wybrzmiałby lepiej w krótszej formie – początek z zielarką wydaje się zbędny. Te nieszczęsne limity. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Tylko komu będzie się chciało drugi raz czytać do głosowania?

Hm, muszę mocno to przemyśleć. Zwłaszcza jak mocniej zaakcentować, że historia ma dwie warstwy.

No, ja też odnoszę wrażenie, że limit zmusił Cię do kompromisów. Może rozwiń ciekawszą część i tnij pierwszą?

Babska logika rządzi!

Szyszkowy Dziadku, dzięki za komentarz. Pierwsza część była faktycznie pretekstem, ale nie pod limit, a pod wyrwanie się z hermetyczności i stworzenie warstwy dla “osób z zewnątrz” :) Chociaż przyznam, że choć druga warstwa (o szałtboksie była ważniejsza), to sądziłem, ze jednak pierwsza będzie jakoś zrozumiała, nawet jeśli nieco mistyczno-abstrakcyjna. Cóż, każdy autor ma prawo się potknąć przy eksperymentowaniu.

 

 

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Uwagi:

 

“Kwiatami, ziołami, wszystkim co rośnie i da się zebrać w lesie, interesowałam się już od dziecka”. ← co sądzisz o zapisie: Kwiatami, ziołami – wszystkim co rośnie i da się zebrać w lesie – interesowałam się już od dziecka. ? To tylko moja sugestia, nie musi być słuszna.

surowo zakazywali sporządzania naparów, a gdy łamałam zakaz, karcili surowo

“– Zobaczy, ile trzeba przy tym nauki, ile trzeba zapamiętać i przejdzie jej – mawiał wtedy tatko, choć widać było, że niechętny oddawać mnie pod skrzydła starej znachorki.

Może przy tym wywie się czegoś cennego – dodawała matka, acz i ona wolała, żebym została w domu”. ← w tym wypadku nie używałabym kursywy. Przytaczasz konkretny dialog, wypowiedzi, które padły, a nie coś w stylu: ale się najadłam – myślała wtedy bohaterka.

“okazało się bowiem, że jestem w stanie wyszukać nawet najrzadsze składniki i na dodatek bezbłędnie je rozpoznać. Śmiała się przy tym, gdy parę razy wspomniałam o tym, że wyczuwam naturę roślin. Mówiła, że to tylko dziecięce rojenia. Kiedy zaczęłam samodzielnie szykować maści i dekokty, na przemian pęczniała dumą i dąsała się z zazdrości, że jej czeladniczka tak szybko wyprzedziła swą mistrzynię. Czasem tylko mruczała pod nosem, że niemożliwym jest, by nawet najlepiej przyrządzone składniki działały tak szybko i mocno”. ← nie bierz tego do siebie, ale sama to usłyszałam od mojej promotorki, dlatego wiem, że działa: posługiwanie się nadmiarem “że” uznawane jest za prymitywizm językowy :D

To do mnie przychodzono po porady, nie do starej kobiety za wsią. To o mnie mówiono w sąsiednich wsiach. I to właśnie to stało się przyczyną”

“Już pierwsze opary z tej mikstury sprawiły

“Spróbowałam wyciągnąć część Głosów na zewnątrz i sprawdzić(+,) jak zareagują”.

“niepokoje wokół problemu, wcześniej powszechnie bagatelizowanego”

“Jeżeli tak, to jak mnie postrzegają? Może jestem dla nich niezrozumiałym demiurgiem, którego nawet nie śmią nazywać legendą. A może przeciwnie, sprowadzają mnie jedynie do roli weny i uważają za najmniej realną w świecie, w jakim je umieszczam i w którym to Głosy stają się legendami?” ← wydaje mi się, że środkowe zdanie również powinno być pytaniem.

 

Opinia o fabule po głosowaniu.

Życzę powodzenia :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dzięki za wychwycenie problemów, w weekend nad tym siądę.

 

Początek mi się podobał, historia wiedźmy mnie zaciekawiła, napisane też bardzo fajnie. Dalej miałem mieszane uczucia. Sam pomysł z SB zabawny (tak jak i wprowadzenie miotłocyklistki), ale zabrakło mi tam jakiejś fabuły, akcji, w zasadzie podajesz tylko informacje na temat Pudełka. Historia życia wiedźmy nie łączy się też w zasadzie z Pudełkiem (poza tym, że to ona go wynalazła, ale do tego nie trzeba znać całej jej historii). Przydałyby się też jakieś sceny, w których coś się dzieje, nie tylko opis, który, choć interesujący, na dłuższą metę nudzi.

Motyw z SB, jak pisałem, zabawny, ale chyba popsuł fabułę. Byłem wręcz rozczarowany, że nie poznam dalszej historii wiedźmy, bo zaczęła się naprawdę ciekawie.

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Okiem Counta – dobry tekst, ale kiepskie opowiadanie.

Pomysł na Krzyczące Pudełko miałeś naprawdę fajny (choć gdzieś, kieeeedyś, chyba czytałem o czymś podobnym ;P), a akcja płynęła wartko. Burzliwy rozwój bohaterki obiecywał, że w dalszej części stanie się coś interesującego i choć właściwie tak się właśnie stało, to jednak…

…znużyłem się nieco. Mam wrażenie, że piszesz więcej publicystyki niż beletrystyki – wyszło reportażowo. Odnotowałeś kolejne fakty, opisałeś, a jednak nie zawierało to żadnych uczuć. Bohaterka nie miała w sobie głębi tajemniczej istoty, która przeżyła kilkaset lat, stara zielarka i rodzice to ledwie tło, rekwizyty.

Koniec taki na wzruszenie ramion – stało się strasznie dużo, ale w sumie konkretów brak. Jakieś zmiany, jakieś innowacje… A wszystko będzie narastało, napędzało się, będzie…!!! (kurtyna w dół).

Tak więc jestem trochę zawiedziony.

No ale napisane sprawnie.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

El lobo, Count – dzięki za opinie.

 

Co do samej opowieści… Jak już wspomniałem wyżej, zdążyłem już uznać porażkę. Odniosę się jednak do ogólnego pomysłu tekstu, gdzie Jaga wcale nie jest centrum. Gdy pisze opowiadania, bardzo często staram się je tworzyć nie od strony postaci, a od zdarzenia, zjawiska lub świata. Wynika to z czegoś, o czym napisał Count, ale o tym za chwilę. Tym razem jednak trochę przesadziłem, próbując nadać całości ton opowieści, którą Jaga snuje np. przy kominku, wnuczętom, albo przy stole, gościowi, który odwiedził ją w domu. Przyznaję, że brakło pomysłu na “tupnięcie” na końcu tekstu, z drugiej strony zamiast tupnięcia jest tam morał – wielkie zmiany nie zawsze dają się w pełni kontrolować.

 

CountPrimagen – trafiasz bardzo blisko sedna. Zdecydowanie wyrosłem z podejścia dziennikarskiego. Co prawda nie z samej publicystyki, ale i takowa nie jest mi obca i bardzo ją lubię.  No i nie da się ukryć, ma to wpływ na sposób tworzenia tekstów.

 

Odnosząc się do wszystkich komentarzy – postaram się w przyszłości kończyć teksty w inny sposób.

 

Na razie nie miałem jeszcze czasu poprawić błędów wskazanych przez Naz, ale będę musiał nad tym siąść. Myślałem za to nad przebudową tekstu i doszedłem do wniosku, że chyba nie tym razem – jak pociągnę wiedźmę, to Pudełko zejdzie w tło, jak rozwinę Pudełko, to wiedźma będzie “diabli wiedza skąd” – w obu przypadkach trzeba by robić konstrukcję kompletnie od zera.

 

Pierwszą część czytało się płynnie i przyjemnie. Od chwili, gdy akcja skoncentrowała się na pudełku, choć doceniam pomysł, trochę opowiadanie siadło. Więc jestem połowicznie usatysfakcjonowany :)

Hm, tak się jeszcze głowię, czy rozbicie chronologii i przeplatanie pierwszej części z drugą coś by tu pomogło. Problemu z zakończeniem to nie rozwiąże, ale może zlikwiduje rozdźwięk między dwoma częściami historii.

@Naz, część Twoich poprawek wprowadzona. Fragment z powtórzonym “to” jest celowy, ze względu na ton wyliczania (choć i tak jedno “to” za dużo się tam zapodziało). Kursywę tez dałem celowo, żeby symbolizowała inną tonację, takie stylizowanie głosu ze strony narratorki :) 

@Naz – jeszcze odnośnie zaproponowanego wariantu “Kwiatami, ziołami – wszystkim co rośnie i da się zebrać w lesie” zamiast “Kwiatami, ziołami, wszystkim co rośnie i da się zebrać w lesie” – te dwa zapisy różnią się jednak w warstwie znaczeniowej. Przy myślniku jest sugestia, że chodzi o wszelkie kwiaty i zioła, a przy przecinku, że nie tylko (np. korzonki lub grzyby też rosną sobie w lesie).

Tekst całkiem całkiem, ale raczej w formie reportażu niż historii. Pierwsza część stylizowana ma kilka słów, które zaburzają tę stylizację: “respekt”, “intuicja” itd., można bez problemu wystylizować na “poważanie”, “przeczucie”.

Szkoda, że nie ma spójnej fabuły – łączności pomiędzy zawiązaniem akcji i klimaksem, bo przydałaby tekstowi lotności. Rozdźwięk między tymi częściami historii bierze się właśnie z tego, że zawiązanie akcji dotyczy zostania zielarką, a klimaks jest z innej bajki. Innymi słowy motyw “jak na haju wynalazłam telewizor” powinien pojawić się znacznie wcześniej, już w zawiązaniu akcji, np. jako przypadkowa konstrukcja czarownicy, która potem usiłuje to zrozumieć, co udaje jej się dopiero w klimaksie.

 

Tyle mojego mądrowania.

 

Pozdrawiam,

Marlow

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Dzięki za komentarz Marlow. Z tym rozgraniczeniem części sto procent racji – zamiast punktu przełomowego wyszedł rozłam w historii… BTW, słowo "intuicja" na pewno funkcjonowało w średniowieczu.

 

Pewnie, że funkcjonowało, po prostu nie miało tego znaczenia, które ma dzisiaj.

To nie zarzut, takie drobne zgrzyty, które mi się rzuciły na mózg podczas lektury ; D

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Nawet gdyby było zarzutem, to konstruktywnym :-) Możesz rozwinąć kwestię innego znaczenia? Przed chwilą sprawdziłem i historia tego słowa jest co prawda dwojaka, ale jedna z wersji mówi o znaczeniu “przeczucie”.

Wedle mojej najlepszej wiedzy (nie znaczy, że obiektywnie najlepszej):

Podejdę do tego od strony psychologii, a pozostawię lingwistykę na boku:

Intuitio, to po łacinie, coś, co dzisiaj w psychologii niektórzy nazywają “wglądem” – nie tyle świadomym procesem kognitywnym, co jakąś reakcją powstałą w wyniku kojarzenia ze sobą informacji w drodze losowej lub nie – to kwestia sporna. Niektórzy sądzą, że treść marzeń sennych obrazuje w jakiś sposób działanie intuicji, czy wglądu.

 

Co na to średniowiecze? Alchemicy wiązali ten wyraz z czymś w rodzaju podszeptu prywatnego daimoniona, anioła stróża itd. Myślę, że to podstawowa różnica w interpretacji średniowiecze/dzisiaj – tam ten wgląd był efektem jako żywo podszeptu, dzisiaj jest to po prostu jakiś proces, który się dzieje w naszej głowie, bez naszej wiedzy. Trzeba by głęboko wejść w psychologię, żeby to ładnie pokazać – w średniowieczu, sądzę, byłoby to coś z zewnątrz, dzisiaj coś z wewnątrz.

W średniowieczu słabo znano Platona – ta interpretacja z wewnętrzną, wrodzoną wiedzą, to właśnie jego koncepcja anamnezy; ujawnianie się tej wiedzy, można nazwać właśnie intuicją w takiej koncepcji. Dzisiaj intuicję się interpretuje bardziej po platońsku. Myślę, że poza New Age nie spotkasz naukowca, który badałby intuicję, jako wgląd, który przychodzi z zewnątrz. Dzisiaj wszystko jest w nas, dawniej pewne rzeczy mogły być gdzieś dookoła nas.

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Czytało się szybko i lekko, ale mam z tym opowiadaniem kilka problemów.

Przede wszystkim nie rozumiem jak to wszystko miałoby działać. Bohaterka to genialne dziecko, wszystkie odkrywcze rozwiązania spływają na nią same. Przerosła swoją mistrzynię w dziedzinie lecznictwa, potrafi stać się niewidzialna, zamieniać się w zwierzęta, lata na miotle, jest nieśmiertelna… Skąd ona to wszystko wie? Jak się tego nauczyła? Rozumiem, że jest nieprzeciętnie utalentowana, ale mimo wszystko nie przekonuje mnie to. Nie opisałeś za bardzo w jaki sposób posiadła tak ogromne magiczne zdolności. Nie wiadomo też w jaki sposób wyciąga Głosy z Pudełka; nie potrafiłam sobie tego wyobrazić.

Całe życie zielarki (które trwa 500 lat!) zmieściłeś w nieco ponad 15 000 znaków. W rezultacie mam wrażenie, że wątki zostały tylko delikatnie naszkicowane, ale nie rozwinąłeś ich. Po prostu dzieje się to wszystko za szybko. Wydarzeń wystarczyłoby na powieść, a tutaj każde jest opisane w paru zdaniach, co pozostawiło u mnie niedosyt. Na przykład zmiany wywoływane przez Głosy można by opisać trochę bardziej szczegółowo.

Sam pomysł przypadkowo stworzonego artefaktu, którego lokatorzy mieszają w świecie bardzo mi się spodobał, to według mnie najlepsza część opowiadania.

Artefakt jest ciekawy, ale to za mało. Zresztą, i tak późno się pojawia. Podczas czytania naprawdę nie wiedziałam w jakim świecie żyje główna bohaterka. Poza dobrym warsztatem, nie odnajduję w tym opowiadaniu czegokolwiek dla siebie.

Essi, Deirdriu – dzięki za komentarze.

Essi – główna bohaterka ma po prostu dar do odkrywania magii, więc z czasem staje się wiedźma, potem wręcz demiurgiem. No i w zamierzeniu to poznawanie świata miało to przybrać formę trochę samoistną (takie “uczenie się świata”), a trochę mistyczną, nie zaś formę grzebania w księgach. Ale też nie ona, a Pudełko ma być docelowym “bohaterem”, stąd szkic. Choć jak trafnie zauważasz, to i tak zawaliłem, bo w takiej sytuacji zmiany wywoływane przez Głosy powinny być opisane znacznie szerzej :( 

Deirdriu – w świecie bardzo podobnym do naszego. Dobre chociaż, że warsztat się podobał. Przy kolejnych tekstach będę musiał albo nie robić eksperymentów z “ukrytą treścią” albo eksperymentować ostrożniej, bo po większości komentarzy widać, że “coś poszło nie tak”. Cóż, trzeba się uczyć na własnych błędach :) 

wytrzasnęłam z niego całą zawartość  – tak miało być?

 

No, i już wiemy, kto zmontował pierwszego ertefała o szerokim zasięgu. :)

I choć listy przebojów “artefakt” mi nie wyemitował, to jednak jest tu jakiś zamysł i dobrze napisany tekst.

Ja szalenie lubię te eksperymenty głosów zza czarnego lustra (portalowych bytów), odbiegające od klasycznej fabuły z jej konstrukcją i bohaterami, zwłaszcza jak się dobrze czyta. Dlatego tekst mi się spodobał.

Dzięki, Wilku, za lekturę. Powodzenia!

Pozdrawiam!

Przede wszystkim, to historię zabija nieudolna forma. Nie lubię czegoś takiego. Tylko opowiadasz, opowiadasz i opowiadasz. Jedno wielkie streszczenie. Gdzie jakieś rozwój akcji, dialogi, opisy czy jakakolwiek pożal się Boże scena? 

Sama historia jakoś nie powaliła. Dość nudna. Nic z niej nie wynika. 

Jest tu jedna bohaterka, ale w sumie ani trochę nie ma zagłębienia się w jej psychikę.

Podsumowując, raczej jestem na nie :( Nie tym razem…

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Majkubar, Pietrek Lecter – dzięki za komentarze.

Majkubar – to literówka, zaraz poprawię (mam nadzieję, ze zmiana jednej litery w tym terminie jest zgodna z zasadami). W sumie to z eksperymentami tak jest, że nawet jak nie wyjdą, to przynajmniej człek spróbował :) 

Pietrek Lecter – co do treści 100 procent racji, nałożenie dwóch historii (artefakt i shoutbox), z czego jednej hermetyczno-eastereggowej zawaliłem.  Ale co do formy to muszę się zupełnie nie zgodzić. Nigdzie nie jest powiedziane, ze każde opowiadanie koniecznie musi mieć dialogi (zwłaszcza gdy narracja jest prowadzona właśnie przez opowiadającą postać.  Jest bardzo istotna różnica pomiędzy “nie lubię czegoś takiego”, a “nieudolną formą”. Przekładając na gatunki dziennikarskie: czy czytając np. reportaż będziesz oczekiwać dialogów, a w recenzji będziesz wypatrywać akcji?

Tutaj jest konwencja starszej pani, która opowiada o swoim życiu słuchaczowi/czytelnikowi. Może się to nie podobać, może nie być w tym fajerwerków, może nie wzbudzić emocji, bo puenta wyszła zbyt miękka i za mało czytelna (co akurat jest błędem).

Dialogi były tylko przekładem. Tu brakuje innych rzeczy, które powinno zawierać dobre opowiadanie. I nie wiem skąd Twoje przykłady – przecież to nie jest ani reportaż, ani recenzja. Opowiadanie. Sama konwencja opowieści starszej pani mogłaby być fajna. Ale gdybyś wplótł w to jakieś sceny. Brakuje tu akcji i emocji, co nie pozwala czytelnikowi zaangażować się. 

 

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Przykłady stąd, że nie istnieje jedna jedyna droga pisania opowiadań. Tak jak w tym przypadku już we wcześniejszych komentarzach przyznałem, że nie wyszło, tak nie zgadzam się ze stwierdzeniem, ze istnieje gotowy zbiór punktów, które musza być, które trzeba odhaczyć, żeby forma była powyżej “beznadziejnej”. Znam opowiadania, które nie mając wartkiej akcji potrafią wciągać (nie mówię, że to takie jest. Nie wspominając już o tym, że to, o czym piszesz (brak akcji) odnosi się do treści (co do której jak wspomniałem zgadzam się – nie wyszła), a zarzuciłeś beznadziejną formę. Forma to jednak co innego, niż treść.

Oczywiście, nie istnieje jedyna droga. Każdy musi obrać własną. Nie mówiłem o treści, ale o formie. Na dobrą sprawę, to każdą opowieść można przedstawić dobrze lub źle. Wszystko zależy od formy, języka i talentu pisarza. Za przykład wezmę Stephena Kinga – nieważne jak nudną wymyśli fabułę, to i tak przedstawi ją w ciekawy sposób. Mój zarzut polega na tym, że nie przedstawiłeś historii scenami, przez co pozbawiłeś ją akcji i emocji. Tak, jakbyś napisał streszczenie.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

 

Krzyczące Pudełko – szałtboks. głosy – wypowiedzi na shoutboksie (tudzież nawiązanie do tego, że swego czasu stwierdziliśmy, że tam jest tylko jedna osoba, która rozmawia z głosami w swojej głowie).

W pewnym stopniu czuję się ojcem chrzestnym Twojego opowiadania, Wilku-zimowy. Jak bowiem powszechnie wiadomo głosy na SB, są głosami w mojej głowie i dlatego doceniam pomysł. Chociaż, szczerze mówiąc, w powiązania, porównania, odniesienia, zestawienia mojej głowy z Babą Jagą nie będę się wdawał, ponieważ są zbyt abstrakcyjne nawet dla mnie ;).

Legendarny SB, legendarna miotłocyklistka – faktycznie ciut za hermetycznie to wyszło. Powiedziałbym nawet, że opowiadanie bardziej pasowałołby do konkursu Fantaści 2017 niż do Jestem legendą. Sama opowieść może nie porywa treścią ani przedstawioną historią, ani zaskakującymi zwrotami akcji, twistami i przemianą postaci. Brak większych ekscytacji także w formie, która snuje się raczej powoli, głównie jako relacja narratorki. To, co może się podobać, to dobry warsztat (trafiło się kilka powtórzeń, których nie wypisałem niestety), umiejętnie prowadzona narracja pierwszoosobowa oraz motyw przewodni, ale wyraźnie skierowany do zorientowanych portalowiczów. Do mnie znaczy się ;)

Opowiadanie wyraźnie podzielone jest na dwie części. Pierwsza – dosyć ciekawe i dobrze napisane wprowadzenie do trawestacji bajki o Baby(ie?)Jadze. Druga – żart portalowy, składający się z długiego opisu historii tworzenia, a potem działania Krzyczącego Pudełka. Obie części nieco niepasujące do siebie. Pierwsza ciekawsza w formie, ale opowiadająca prostą historię, druga nieco nużąca w formie, ale oparta na oryginalnym pomyśle. Jako całość, ten rozdarty w formie i treści, tekst czytało się z umiarkowanym zainteresowaniem, ale gładko i bez potknięć.

Troszkę zaryzykowałeś, Wilku, z tym pomysłem na legendę, zdając się na przenikliwość portalowych czytelników. Odniosłem też wrażenie, że pewną trudność sprawiło Ci wyjaśnienie nam, o co chodzi tak do końca z tą ideą Krzyczącego Pudełka jako magicznego odpowiednika SB. Jak to Pudełko funkcjonowało i jak to funkcjonowanie ma się do działania SB. To znaczy, ja widzę ten ukryty romantyczny rys, ten komplement dla portalu, widzę to, że starasz się nam powiedzieć, jak pięknie mogą się te nasze głosy, pomysły, wizje portalowe roznieść po świecie i wpłynąć na ten świat (używam skrótów myślowych ale wiemy obaj o co chodzi). Doceniam to i myślę, że każdemu kto przeczytał ze zrozumieniem zrobiło się miło.

Podsumowując. Miałeś intrygujący pomysł, nieco karkołomnie połączyłeś Baby Jagę z ShoutBoxem, ale troszkę ten pomysł przegadałeś zmuszony do rozciągnięcia swojej historii do 15 tys. znaków. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki za komentarz Głosie Głosów ;-)

Z motywów legendarnych oprócz jest jeszcze legendarny demiurg (w tym przypadku jako kobieta), która w którymś momencie orientuje się, że jej narzędzia-istoty nie są w pełni kontrolowane, a raz użyte, dalej działają sowimi torami. Niestety i tego nie udało się odpowiednio wyeksponować – nie chciałem tego robić "na tacy" i… wyszło dla odmiany przegięcie w drugą stronę niezauważalne.

Cóż, masz rację, że 15K to dla mnie wymuszona dłużyzna (co tu gadać, “snucie opowieści” też było dla mnie testowaniem czegoś nowego.

Ale nie żałuję ryzyka, bo już powoli tworzy mi się pewien pomysł zainspirowany niektórymi komentarzami :-)

 

Fajny pomysł. Trochę jakby z serii o fantastach, więc hermetyczny, ale co tam. I tak fajny. Napisane na tyle dobrze, że tekst wciągnął; nawet się nie zorientowałem, że nie ma tam dialogów. Fakt, to jest bardziej żart, niż pełnoprawne, legendowe opowiadanie, ale czytało się znakomicie. Wolałabym oczywiście, żeby sprawa została pociągnięta dalej – ot, choćby dynamiczna konfrontacja Jagi z jakimś pudełkowym antagonistą – niechże stawi czoła stworzonemu przez siebie złu :-) 

Ale widzę, że pisanie długiego, złożonego fabularnie tekstu nie było dla Ciebie celem, więc nie będę marudził.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

[uwaga niedoszły spoiler] Gdzieś tam przez chwilę się zastanawiałem czy nie przeciwstawić Jadze Głosu Regulującego, ale to by było przegięcie hermetyczności ;) [/uwaga niedoszły spoiler]

 

Czy ja wiem? Kto skumał pudełko, skumałby i głos regulujący (chociaż może lepiej dać mu nazwę mniej kojarzącą się z Reg), a byłby konflikt…

Babska logika rządzi!

W sumie… 

Niestety muszę się zgodzić z większością uwag dotyczących zaburzonej kompozycji. Piszesz, Wilku, że chciałeś zaskoczyć czytelnika wskazaniem głównego bohatera, ale przy okazji zmieniłeś w połowie tekstu jego temat, klimat i sposób narracji (z opowiadania na sprawozdanie) i to spowodowało, że pomysł nie wypalił. Druga część opowiadania sprawia wrażenie raczej szkicu niż gotowego dzieła. Myślę, że gdybyś dał sobie ze dwa tygodnie odpoczynku od tekstu przed jego publikacją, to sam wyłapałbyś, ze nie zagrało. Przy okazji – takie zaskoczenie szykowane czytelnikowi wypada najlepiej, kiedy we wcześniejszych partiach opowiadania sprytnie poukrywasz jego zapowiedzi.

Dzięki za opinię Coboldzie. Sporo racji w tej sugestii z zapowiedziami. Powinienem był właśnie albo dać zapowiedzi albo przeplatać te dwa wątki…

 

Swoją drogą gdy próbuję sobie wyobrazić samego siebie jako czytelnika, to chyba bardziej "szkicowo” odebrałbym pierwsza część tekstu ze względu na jej rozwlekłość. Dla mnie to trochę jak materiał “do cięcia” :) Ale to już ta wspomniana we wcześniejszych komentarzach “Dziennikarska” część mnie – a opowiadanie to jednak co innego, niż artykuł :) 

 

Jak dla mnie trochę zbyt flegmatyczny tekst. Zabrakło mi jakiejś dynamiki, bo tekst, jak już wcześniej napisano, snuje się powoli i spokojnie. Gdyby przyspieszyć nieco akcję, to opko prezentowałoby się znacznie lepiej. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Nowa Fantastyka