- Opowiadanie: Wilk który jest - Sejmik gryfi

Sejmik gryfi

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Sejmik gryfi

Nic już nie zostało do powiedzenia. Obaj w zadumie patrzyliśmy gdzieś przed siebie. Serce tłukło się w mojej piersi jak przy szybkim podejściu. Trwoga zawładnęła na chwilę moimi myślami. „A jeśli to koniec czasów? Czy zdołamy dojść do celu i przejść na tę drugą, nieznaną stronę, czy też może kres wszelkiego istnienia dopadnie nas w drodze”? W oberży wciąż było gwarno. Nie wołaliśmy jednak do obecnych, by czynili pokutę i nawracali swe serca. Siedzieliśmy w ciszy i rozważaliśmy prawdę, każdy w swoim wnętrzu.

Poznałem go właściwie dopiero dzisiejszego wieczora. Towarzyszył mi jednak w drodze już od niedzieli. Wtedy to pierwszy raz dostrzegłem w nocy nikły blask ogniska. Zastanawiałem się, czy to nie złudzenie, któremu tak łatwo ulec w trakcie samotnej a długiej wędrówki, gdy człowiek zaczyna już łaknąć towarzystwa. Tego samego dnia po południu, gdy słońce przechyliło się ku Morzu Etiopskiemu i przestało razić, zobaczyłem jednak sylwetkę piechura, który wyprzedzał mnie znacznie w marszu. Szedł szybko i chwilami oddalał się na tyle, że niknął mi całkiem z oczu. Po jakimś czasie dostrzegałem go ponownie i to znacznie bliżej. Najwidoczniej popasał gdzieś, ukryty przed moim wzrokiem. Później znów dystans między nami się zwiększał. Wieczór musiał spędzić bez ognia, albo w jakiejś jamie, gdyż nie widziałem choćby migotliwego płomyka w ciemnościach. W trakcie nowiu poruszanie się było wykluczone, wyszukałem więc sobie i ja wygodną kryjówkę na noc.

Gdy podszedłem wreszcie do podnóża gór, zauważyłem wysoko nad sobą szarą sylwetkę, zbliżającą się do przełęczy. Doszedł tam, gdzie nie było już śladu karłowatych drzewek i traw, ni żadnej innej strawy dla płomieni. Wieczorem zobaczyłem jednak blask małego ogniska. Zrozumiałem, że opał musiał dźwigać ze sobą. Poranek poświęciłem więc na zebranie solidnej wiązki. Tego dnia dotarłem wyżej, niż tamten palił ogień. Stanąłem na przełęczy, ale wiatr okrutnie smagał, przenikając przez złachany kaptur. Zmrok zapadał szybko. Cofnąłem się do najbliższej kotliny i wznieciłem płomienie. Dokoła panowały ciemności. Otuliłem się płaszczem. Prawie pustą torbę ułożyłem pod głową i tak zasnąłem. Przed świtem obudził mnie chłód. Było przedwiośnie. Na najbliższym szczycie widać było bielutki śnieg, który skrzył się w brzasku. Ognisko wygasło, a płomienie strawiły mój chrust do tego stopnia, że został sam popiół. Do zjedzenia został mi już tylko mały podpłomyk, a wody miałem na jeden skromny łyk.

Wiatr nie osłabł, ale słońce przyniosło nieco ciepła. Po porannej modlitwie przekroczyłem przełęcz i ruszyłem w dół. Szczęście zaczęło mi sprzyjać. Promienie musiały powoli roztapiać pokrywę śnieżną. Tuż przy ścieżce płynął teraz wartki strumyczek. Napiłem się lodowatej wody i napełniłem bukłak. Torba na ramieniu znów zaczęła ciążyć, ale poczułem się bezpieczniej, mając ze sobą zapas wody. W południe trafiłem na świeże ślady obozowiska. Tuż obok pozostałości po ognisku na płaskim kamieniu leżała pomarszczona gruszka. Skórę miała twardą, soków już niewiele, bo zerwano ją niechybnie minionej jesieni, a jednak zjadłem ją łapczywie i z wdzięcznością pomodliłem się za tego, który ją tu zgubił, czy zostawił.

Droga wiła się między skałami, omijając żleby. Do końca tego dnia nie dostrzegłem już żadnych śladów ludzkich ni zwierzęcych. Dopiero o świcie, gdy wyruszyłem głodny na szlak, spostrzegłem mojego towarzysza. Musiał popasać nieco dłużej, gdyż sylwetka jawiła się przede mną wyraźniej niż dotychczas. Odróżniłem zarys kapelusza, torby i kija. Szedł więc przede mną pielgrzym, taki sam jak ja, a zatem i cel wyprawy musiał mieć identyczny.

W pierwszym miasteczku, do którego wpadało kilka dróg, stało kamienne dormitorium. Mnisi przyjęli mnie pogodnie i wskazali miejsce do spania. Gdy oparłem kij z bukłakiem o ścianę, podszedł do mnie nieznajomy i ruchem głowy wskazał gdzieś na zewnątrz. Przy przerzuconej przez ramię torbie miał muszlę świętego Jakuba. Z jej otwartego wnętrza wyjął pomarszczoną gruszkę i podał mi ją. Moja sakwa też była stale otwarta. Pielgrzymi informują w ten sposób, że są skłonni przyjąć dar, ale też podzielić się z innymi tym, co mają. Mój darczyńca ruszył w stronę drzwi. Ugryzłem owoc i poszedłem za nim. Nie wiem, czy znał to miejsce, czy też tak świetnie orientował się w każdym terenie, ale bezbłędnie zawiódł nas do oberży. W izbie siedzieli strażnicy, pielgrzymi i pasterze. Łojowe lampki rzucały nikłe światło. Podszedł do kontuaru, wziął dzbanek piwa i baranie mięso z mącznymi plackami. Zapłacił czymś, co błysnęło złotym blaskiem, a po zważeniu w dłoni i próbie ugryzienia, zostało z aprobatą przyjęte przez karczmarza.

Siedliśmy w rogu, z dala od najbardziej hałaśliwych gości. Gestem zaprosił do jedzenia i picia. Po tylu dniach postu była to dla mnie prawdziwa uczta. Gdy zaspokoiliśmy pierwszy głód, obcy odezwał się cicho:

– Prosiłem o towarzystwo w tej długiej drodze i Bóg przysłał mi ciebie.

Otarłem twarz. Nic nie wiedziałem o moim boskim posłannictwie. Nie doświadczyłem żadnych znaków, czy snów profetycznych. Nie wiedząc, co rzec, ukłoniłem się lekko. Uśmiechnął się i zanurzył usta w garncu. Milczeliśmy tak przez chwilę. Czując wdzięczność wobec tego człowieka, wyraziłem swoje podziękowania i za dzisiejszą ucztę godną króla i za owoc pozostawiony na szlaku. Machnął na to ręką i pijąc, zapatrzył się w ciemności, które ogarnęły plac za wąskim oknem. Nakarmił mnie, napoił, podzielił się owocami, skoro chce mieć towarzystwo w milczeniu – niechaj tak będzie. Oderwałem kolejny kawałek baraniego mięsa i zacząłem żuć. Wtedy tamten wyrzekł parę słów. Zrobił to tak cicho, jakby tylko dla siebie ich treść przeznaczał.

– Ciężar dźwigam zbyt potworny, by dojść. Nie mam już sił…

Torbę pielgrzymią faktycznie miał wypchaną. Może dźwigał w niej jakiś potężny kamień, który zwyczajowo zabierali peregrynanci spod swojego domu, by porzucić u kresu wędrówki? Symbolizował on grzechy, które każdy dźwigał aż do momentu oczyszczenia. Oczyszcza spowiedź, oczyszczają woda i ogień, ale oczyszcza i droga. Każdy pielgrzym to wie. Cóż począć? Zaoferować mu pomoc w dźwiganiu? Oceniłem, że był solidniej ode mnie zbudowany, a i chodził szybciej. Postanowiłem jednak wtrącić w jego myśli słowo pokrzepienia.

– Do celu stąd ponoć ledwie pięć dni drogi. Idziesz szybko i pewnie. Dojdziesz! A jeśli gruszki ci są ciężarem, chętnie je od ciebie wezmę – dodałem z mrugnięciem okiem.

Odwzajemnił uśmiech. Z początku jednak nie odezwał się w odpowiedzi. W głównej izbie zaczęto śpiewać jakieś świeckie pieśni o knowaniach złego, grze w kości i przewagach turniejowych, czy łowieckich. Mój towarzysz uniósł głowę. Bezdźwięcznie poruszył ustami, do jednej z melodii. Widać, że słowa znał dobrze. Po chwili machnął ręką, jakby coś od siebie odganiał i rzekł do mnie:

– Też kiedyś taki byłem, buńczuczny i głupi. Dlatego teraz tracę siły i nadzieję.

– Pielgrzymka to stałe oddalania się od miejsc grzesznych i zbliżanie do świętych. Z każdym krokiem jesteś dalej od samego siebie, tego sprzed lat i tego z początku drogi.

Spojrzał bystrym wzrokiem i powiedział:

– A jak ktoś swój grzech dźwiga ze sobą, to przecież się od niego nie oddala.

– Każdy jest grzeszny, ale każdy też może doznać oczyszczenia. Sama droga sprawia, że szlachetniejesz.

– Wiele dni spędziłem, włócząc się po drogach, a żadna mnie nie uszlachetniła, bracie. Wędrowałem nimi dla łupu i zysku.

– W takim razie ta jest inna. Wszedłeś na nią ze świadomością siebie i potrzeby tej wędrówki, nie dla ciała a dla duszy. Nie czujesz tego?

– Może i racja… – Wygładził palcami zapuszczoną brodę. – Dobrze, żeś przyszedł. Obawiam się jednak, że przyłożyłem rękę do śmierci zarówno twojej, jak i wszystkich tu obecnych i innych chodzących po ziemi, choćby i w Państwie Księdza Jana się kryli…

– Niemożliwe, by cała ludzkość przez ciebie jednego pomarła.

– A jednak… – po tych słowach znów zamilkł. Począłem sobie przypominać wykłady z logiki, by udowodnić mu absurdalność tego stwierdzenia. Nim się jednak zdążyłem odezwać, on zaczął swoją opowieść.

– Łaziłem, bracie, po nagich skałach w etiopskiej pustyni. Szukałem złota, a co znalazłem, to spieniężyłem i przehulałem. Najbliższe złoża były już wyczerpane. Chodziłem więc z bandą innych wagabundów coraz dalej. Doszliśmy w końcu do szczytów, w które rzadko kiedy się ktoś zapuszczał, bo okryte były wyjątkowo złą sławą. W miastach Mukurry i Alwy powiadali, że niedawno zaginął w nich liczny i zbrojny oddział. Wyruszyli pewni swego, a nie powrócił żaden z tych pysznych ludzi. Pożądaliśmy jednak złota bardziej niż dbali o swoją skórę. Ufni we własne siły, ruszyliśmy śladem tych przepadłych wojowników. Gdy znaleźliśmy pierwsze drobiny kruszcu, towarzysze postanowili wrócić. Ja zostałem, żeby zobaczyć, co jest za tym czarnym pasmem. Gdy wspiąłem się na wysoką grań, nagle jakiś potworny podmuch strącił mnie w przepaść. Spadałem dość długo, aż łupnąłem grzbietem w gruzowisko zebrane w rogu obszernej półki skalnej. Tu zapadłem w dziwny sen – nie sen.

Zdawało mi się, że nad moją głową przelatują skrzydlate stwory i gromadzą się w kręgu. Podczołgałem się na skraj wału kamieni, który mnie od nich odgradzał i przyjrzałem się stworom bliżej. Stworzenia były wielkości wilków, ale łapy miały lwie, łby orle, a ciała ich pokrywały czarne i czerwone pióra. Choć ich dotąd nie widziałem, poznałem, że to gryfy, których wizerunek zdobił pradawne ruiny świątyń jakichś zapomnianych bogów. Patrzyłem zafascynowany na te potężne istoty. Gdy zleciało ich się tuzin, zaczęły sejmikować. Ku własnemu zdumieniu uświadomiłem sobie, że rozumiem ich słowa. Cała narada przebiegała tak:

– Meldujcie o stratach – rzekł przywódca, odznaczający się wielkością i godną postawą.

– Wszystkie samice zginęły w walce, broniąc młodych. Gniazd najeźdźcy nie zdobyli. Ocalały w nich dwa gryfiątka, w jajach jeszcze ukryte. Nie ma ich jednak kto wysiedzieć, a nawet gdybyśmy zdołali zrobić to sami, któż je potem wykarmi?

– Ludzie wybici?

– Co do jednego. Nie ocaliły ich hełmy ni zbroje – powiedział ten sam głos, który pierwej meldował.

Po nim inny, znać młodszy i zapalczywy, zakrzyknął:

– Zniszczyć plemię ludzkie! Zniszczyć ich! Zniszczyć miasto!

– I cóż nam to da?! – odparł kolejny.

Tu gwar się rozległ taki, że nie dało się słów pojedynczych rozeznać. Domyślałem się tylko, że zdania były podzielone. Wreszcie na środek wyszedł sędziwy gryf. Pióra miał już matowe. Łeb trzymał blisko ziemi, a skrzydłami po niej powłóczył. Usiadł i poczekał, aż reszta zamilknie.

– Karlejemy… – rzekł.

Cisza zapadła taka, że słyszałem swój cichy oddech i bicie serc tych potężnych stworzeń.

– W zasadzie to już skarleliśmy…

Wódz gryfów poruszył się niespokojnie, ale nie przerwał staremu wywodu.

– Na początku, nim powstała atmosfera, jeno dwa gryfy chroniły świat przed spaleniem ogniem nieziemskim z wozu Heliosa. Pierwszy o świcie przyjmował na swoje skrzydła promienie słoneczne, a drugi wędrował wraz z nimi aż do zachodu. Dzięki temu plemię ludzkie mogło rosnąć w siłę. Mnożyliśmy się i my. Liczna armia gryfów strzegła świątyń Apollona. Uważano, że złota pilnujemy, ale myśmy chronili dom bóstwa. Tak, jak skrzydlate smoki w skutych lodem krainach północy i dziś bronią strzelistych świątyń. Gdy odeszli dawni bogowie i świat się znów zmienił, zwolnieni ze służby, znaleźliśmy bezpieczne leże w tych górach czarnych. Tu przez wieki żyliśmy szczęśliwie. Podły głód złota pchał jednak ludzi coraz dalej, aż podeszli po same nasze gniazda. Czy to oni zaatakowali pierwsi? Tego nie wiemy. Trudno z układu trupów wyczytać. Z obu stron zginęli wszyscy.

Tu przerwał wypowiedź i łeb zwiesił, a reszta trwała w milczeniu. Wreszcie z wysiłkiem uniósł głowę i tak powiedział.

– Znacie tu wszyscy przepowiednię o tym, że dwa gryfy ocaleją, by sprawować pieczę nad światem w jego dniach ostatnich? Znów będą potężne i do końca żywota będą chroniły ludzi przed gniewem bożym i zagładą. Czy wobec jej treści uznać za przypadek to, że dwa gryfiątka ocalały? Nie! Musimy jednak znaleźć samice, które zdołają je wysiedzieć i wykarmić, nim samodzielnie zaczną troszczyć się o jadło. Nie ma czasu na beznadziejną walkę z ludźmi. Zbyt się rozrośli. A my w zniszczeniu i zagładzie nie znajdziemy ukojenia, lecz taki sam kres nas spotka, jak i nasze ofiary.

– Co ty na to, wodzu? – zapytał ten, który nawoływał do ataku.

Potężny gryf wyszedł naprzód i stanął obok starego. Majestat taki od niego bił, że reszta pochyliła łby. Ten, jakby to, co usłyszał, w sercu rozważał. W końcu, bez najmniejszego wahania w głosie, tak powiedział:

– Wszyscy musimy wyruszyć, a każdy w odmienną stronę świata. Od wieków nie widzieliśmy innych gryfów, ale to nie oznacza, że takich nie ma. Jeśli nie spotkamy naszych, poprośmy o pomoc wilki, orły i lwy, które są nam gatunkowo najbliższe. Może zechcą nas ocalić? Ruszajmy bez zwłoki, a spotkajmy się tu, gdy Księżyc znów będzie duży!

– Chwila! – krzyknął ten, który meldunek składał – A co z młodymi?! Czyż żaden z nas z nimi nie zostanie?!

– Nie trzeba im opieki, ale matki – odrzekł wódz. – Na tę półkę skalną tylko z powietrza dostać się można, a kamiennych gniazd gryfów żaden ptak, czy gad nie rozgrzebie. Spieszmy się, czasu mamy mało. Jeśli jesteśmy ostatnimi przedstawicielami swojego gatunku na ziemi, to, zgodnie z przepowiednią, chwilę po naszej śmierci i ludzie wymrą i czas się dopełni.

W milczeniu rozpostarły skrzydła i ruszyły, każdy w swoją stronę. Wówczas zapadłem w kamienny sen. Obudziłem się, gdy słońce stało już wysoko. Bolała mnie głowa i plecy. Utraciłem cały prowiant i wodę, a do najbliższego miasta droga była daleka. Usiadłem i rozejrzałem się po półce skalnej. Wśród gruzowiska dostrzegłem dwa duże jaja. Wyciągnąłem je spośród kamieni. Jedno wypiłem od razu. Drugie wziąłem ze sobą, by mieć się czym pożywić w drodze do domu. Po prawie pionowej ścianie wspiąłem się na grań, z której wczoraj spadłem i znaną już sobie ścieżką ruszyłem do domu. Pod wieczór przyciśnięty głodem, wypiłem drugie jajo. Mimo potłuczenia w dobrym humorze wróciłem do miasta. Drzazgi złota miałem ukryte w zanadrzu. Skierowałem więc krok w stronę gospody, by podzielić się niedawną przygodą. Pod kościołem, który mijałem po drodze, zebrała się liczna grupka. Na schodach stał jakiś człowiek w łachmanach, oczy miał zasłonięte opaską i wieszczył. Przystanąłem i ja, posłuchać, co też przychodzień ów ma do powiedzenia.

– Czyńcie pokutę! Nadchodzą dni ostatnie, w których jeno dwa gryfy, chronić nas będą przed gniewem bożym! Czyńcie pokutę! Gdy Pan nadejdzie z wielką mocą i krzyknie, patrząc na ludzkość: „nie znam ich”! One przyjmą te słowa na swoje skrzydła, dając nam szansę na zmianę i nawrócenie. Będą nas chronić, aż do kresu swoich dni. Wtedy świat się skończy, a każdy stanie przed sądem bożym. Czyńcie pokutę!

– Przerażony tą opowieścią uciekłem aż na brzeg Morza Śródziemnego. Zasłyszawszy w porcie o świętości apostoła Jakuba i cudach, jakich można dostąpić przy jego grobie, popłynąłem do Arles. Stamtąd ruszyłem w stronę krańca świata. Z początku szedłem po to, by łaskę dla siebie wybłagać. Dopiero u podnóża gór do mnie dotarło, jak wielką zbrodnię popełniłem. Lepiej mi było zginąć na pustyni, niż tę ostatnią nadzieję dla ludzkości zniweczyć. Gdy Pan wpadnie w gniew, któż się ostoi? Jego mocy nie zdzierży ni kamień, ni żelazna brama. Zginiemy wszyscy! I o łaskę zbawienia dla wszystkich teraz idę prosić, ale rozmiar mej winy, odbiera mi siły. Wciąż myślę o tym, że przeze mnie wszyscy pomrą, nie wyłączając młodzianków w kołyskach… Czuję, że sam zwalniam tempo marszu, a czas ludzkości się dopełnia.

Tu zamilkł i nie odezwał się więcej. Ja też milczałem. Dobrze tę opowieść o dwóch gryfach znałem. Traktowałem ją jako alegorię, ale oto obok mnie siedział człowiek, który utrzymywał, że spotkał te stworzenia i święcie w nią wierzył. Czy droga zdoła zmazać jego winę? Czas pokaże. Jedno pewne, trzeba mu towarzyszyć, by dotarł do celu. Czyjegoś ciężaru nie zarzucisz sobie na plecy, by mu ulżyć, ale zawsze możesz iść w pobliżu i dzielić się swoją wolą marszu w chwilach, w których jemu jej nie starcza. Dobrze też mieć towarzysza w drodze, który ma zapewne niejedną ciekawą historię do opowiedzenia, gruszki i złoto na nocleg i posiłek.

Koniec

Komentarze

Pięknie opowiedziana legenda, zgrabnie wpleciona w klimatyczną scenę z pielgrzymki. Nie wiem co właściwie napisać. Jest spokojnie, niespiesznie, nastrojowo, jednocześnie mądrze, z prosto, lecz celnie podrzuconymi myślami. Klasyczny Wilk ;-) 

Samej legendy nie znałem (a może jeseś jej autorem?) ale z tego co wiem, gryf bywał symbolem Chrystusa. To nawet by fajniejsze pasowało – chronienie ludzi przed gniewem Bożym… 

Cóż, bardzo przyjemna lektura.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Szacunek! :-) Tak, te dwa gryfy to Jezus i Maria. Wizja apokryficzna, wieki starsza ode mnie. :-)

Piękne dzięki za dobre słowo! W kolejnej opowieści zapraszam do Państwa Księdza Jana.

Z pozdrowieniem,

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Opowiadanie bezakcyjne, ale użyty motyw legendy i napisanie jej barwnym językiem na pewno sporo z tego rekompensuje. Nie wszystko niestety – pod koniec już stawałem się znużony dialogami, które nastąpiły po sporych początkowych opisach, ale zdołałem dociągnąć do końca. Gdzieś po wszystkim czułem, że lekkie skrócenie by utworowi nie zaszkodziło.

Podsumowując: ładny, choć lekko przydługi, koncert fajerwerków. Za język i pomysł wart klika bibliotecznego.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zgadzam się z przedpiścami. Ładnie napisane, legenda ciekawa (nie znałam jej), ale skróty by tekstowi nie zaszkodziły, bo trochę się dłuży.

Trochę mi trudno zrozumieć tego pielgrzyma. Przecież słyszał, co mówiły gryfy.

I ciekawiło mnie, czy gryfy są ssakami, że młode koniecznie potrzebują samicy. To rzadkie wśród zwierząt wylęgających się z jaj. Dziobaki? ;-)

Babska logika rządzi!

Z przyjemnością czytałam o wędrówce pielgrzymów dążących do wspólnego celu i cieszę się, że dane mi było posłuchać zajmującej opowieści jednego z nich. Legendy o gryfach również nie znałam, ale jestem Ci wdzięczna, Wilku, że mogłam ją poznać. ;)

 

Trwo­ga za­wład­nę­ła na chwi­lę moimi my­śla­mi. a jeśli to ko­niec cza­sów? –> Albo zbędna kropka, albo potrzebna wielka litera.

 

Sie­dzie­li­śmy w ciszy i roz­wa­ża­li praw­dę… –> Raczej: Sie­dzie­li­śmy w ciszy i roz­wa­ża­liśmy praw­dę… Lub: Sie­dzie­li­śmy w ciszy, rozważając praw­dę

 

Szedł szyb­ko i cza­sem od­da­lał się na tyle, że nik­nął mi cał­kiem z oczu. Po ja­kimś cza­sie do­strze­ga­łem… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

dźwi­gać ze sobą. Po­ra­nek po­świę­ci­łem więc na ze­bra­nie so­lid­nej wiąz­ki, którą za­bra­łem ze sobą. –> Jak wyżej.

 

Choć ich dotąd nie wie­dzia­łem, po­zna­łem, że to gryfy… –> Literówka.

 

Po­tęż­ny gryf wy­szedł na przód i sta­nął obok sta­re­go. –> Po­tęż­ny gryf wy­szedł naprzód i sta­nął obok sta­re­go.

 

– A co z mło­dy­mi! –> To jest pytanie, więc: – A co z mło­dy­mi?!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@NoWhereMan – dzięki za dobre słowa i za uwagi! :-) Biorę je sobie do serca! Droga tak ma do siebie, że czasem się nuży. ;-)

 

@Finkla – nie da się ukryć, że gryf ma w sobie coś ze ssaka i coś z ptaka. :-) Pielgrzym sam dokonał własnej charakterystyki. Wiemy więc, że był pyszałkowaty i miał skłonność do fanfaronady. Nie dbał też o nikogo poza sobą. Spotykamy go już po przemianie, jaką dała mu droga.

 

@Regulatorzy – dziękuję za uwagi! Wykorzystałem wszystkie! :-) Przysiągłbym, że wiem, jak się pisze Klub Sportowy Naprzód Tyłowice, a jednak w tekście zrobiłem z jednego wyrazu dwa. :-) Polecam całego „Fizjologa”. To bardzo udany bestiariusz. :-)

 

Pozdrowienia dla Was i raz jeszcze dziękuję za dobre słowa i celne uwagi!

Wilk który jest

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Jakże mi miło, Wilku, że mogłam być pomocna. ;)

Dziękuję na polecenie bestiariusza. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bestiariusze – o, tak! Są dużo lepsze niż „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. ;-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

W celu spopularyzowania opowieści, dodam teraz (zgodnie z obietnicą) obrazki nagich gryfów!

 

 

Pierwszy widnieje na kartuszu herbowym kieleckiej katedry (AD 1635).

 

 

Drugi pochodzi z archiopactwa cystersów w Jędrzejowie. Zdobi kratę oddzielającą kaplicę błogosławionego Wincentego kadłubka od nawy kościoła. Tak gryf związał się z bajecznymi dziejami Polski Mistrza Wincentego. :-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Bardzo mi się podobało, ale im bliżej początku, tym bardziej. ;)

Przedpiścy piszą, że przydałyby się skróty. A ja znowu uważam inaczej. Najbardziej podobało mi się do momentu opowieści pielgrzyma – ta tajemnica, ten nastrój, to nie wiadomo, do czego to wszystko prowadzi. Potem opowieść przyśpieszyła i trochę mnie to rozczarowało (ale być może też przemawia tu przeze mnie moja niechęć do mitologii wszelakich). Podobnie jak Finkla nie do końca rozumiem zachowania pielgrzyma – rozumiał co mówią gryfy (a właściwie – dlaczego?), co nie uchroniło jaj przed pożarciem. Ok, fanfaronada, egocentryzm. Jednak pielgrzym zmienia front o 180 stopni, kiedy słyszy tę samą legendę z ust człowieka w łachmanach. Jakaś błyskawiczna i całkowita mi się ta przemiana wydała.

Ale to nie zmienia faktu, że lektura była bardzo satysfakcjonująca.

Dziękuję za dobre słowo! :-)

Przemiana – ciekawe zjawisko. :-) Na początku mógł swój stan uznać za sen. To – pomijając inne negatywne cechy bohatera – wpłynęło na jego postawę. Dopiero ten kaznodzieja ludowy dał mu świadectwo prawdziwości całej sprawy. Wcześniej myślał tylko o własnym żołądku, zysku i historyjce do opowiedzenia w tawernie. Po wysłuchaniu proroctwa zwyczajnie się wystraszył. Co typowe, nie poszedł szukać rady, tylko postanowił „problem” rozwiązać sam. Długa droga – obstawiam, że ma za sobą ponad 800 kilometrów (droga z Arles liczy 970 kilometrów, z tego po francuskiej stronie 800, są już za Pirenejami, więc dokładam kilka kilosów) – skłoniła go do wynurzeń.

Pozdrawiam bardzo serdecznie, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Legenda O.K., bez fajerwerków, jak to NWM pisał. :)

Czytało się całkiem nieźle i poza jednym fragmentem uniknąłeś nadmiaru czasowników dokonanych w który można się władować pisząc w 1os.

Gdy podszedłem wreszcie do podnóża gór, zauważyłem wysoko nad sobą szarą sylwetkę, zbliżającą się do przełęczy. Doszedł tam, gdzie nie było już śladu karłowatych drzewek i traw, ni żadnej innej strawy dla płomieni. Wieczorem zobaczyłem jednak blask małego ogniska. Zrozumiałem, że opał musiał dźwigać ze sobą. Poranek poświęciłem więc na zebranie solidnej wiązki. Tego dnia dotarłem wyżej, niż tamten palił ogień. Stanąłem na przełęczy, ale wiatr okrutnie smagał, przenikając przez złachany kaptur. Zmrok zapadał szybko. Cofnąłem się do najbliższej kotliny i wznieciłem płomienie. Dokoła panowały ciemności. Otuliłem się płaszczem. Prawie pustą torbę ułożyłem pod głową i tak zasnąłem.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Piękne dzięki za uwagę! Bez fajerwerków, bo ja jestem wychowany na bajkach Andersena i dobrze wiem, jak się zmarnował „Latający kufer”. ;-)

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Ciekawe i przyjemne w lekturze. Plusem jest nienachalnie podany aspekt religijny opowieści, co sprawia, że można ją odczytywać znacznie szerzej. Masz, autorze, mój głos na Bibliotekę.

Dziękuję za wysoką ocenę i kłaniam się nisko! :-)

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Bardzo ładnie napisane, choć koncepcyjnie nie do końca mi się podoba, bo metafora troszkę się rozjeżdża. Jeśli dwa gryfy to Jezus i Maryja mający obronić ludzkość przed potępieniem… to ludzkość zostanie potępiona, bo jakiś gościu zajumał dwa jajka na pustyni i je zeżarł? Kogo/co w takim układzie miałby symbolizować ów osobnik? Szatana? Też nie pasuje.

No właśnie to opowiadanie jest dużo lepsze, gdy pominie się odniesienia do chrześcijaństwa.

Tyle, że z drugiej strony, jeśli się te odniesienia pominie, to zostanie tekst… O czym? O tym, że głodny wędrowiec zeżarł dwa jaja i skazał ludzkość na zagładę, bo tak? Podtrzymuję zdanie – opowiadanie jest bardzo ładnie napisane, ale nie do końca dobrze przemyślane.

Pozostanie przypowieść o ludzkim losie, który sprawia, że robimy coś bez zastanowienia, albo nawet w dobrej wierze, a skutki tego są takie, jak widać.

To znaczy, w sumie przyszło mi do głowy, że pan zjadacz jaj może symbolizować ogólnie ludzi, którzy ze słabości czy materializmu zaniedbują wartości duchowe i odcinają się od Boga (ale i tak wizja, w której czyn jednego człowieka uniemożliwia “gryfiątkom” uratowanie całej ludzkości przed gniewem Bożym jest niezbyt chrześcijańska… No ale legenda ma być zaczerpnięta z apokryfu, a apokryf może – choć wbrew pozorom, nie musi – zawierać treści sprzeczne z głównonurtowym chrześcijaństwem, więc w sumie nie wiem).

Miesza się tu kilka wizji gryfa z różnych okresów w dziejach: od początków świata ludzi, kiedy gryfy chronią nasz gatunek przed zgubnym skutkiem promieni słonecznych, poprzez ich rolę strażniczą, aż po stopniowe zanikanie, kiedy przestrzeń świata zaczyna się kurczyć. W chrześcijaństwie gryf pojawia się w różnych wersjach i kontekstach, podobnie jak i smok. Wykorzystałem wątek z Jezusem i Marią, bo pasował mi do tych dwóch pierwszych gryfów: alef i tef – początek i koniec. O czym jest ta opowieść? Na pewno dla każdego o czym innym. :-) Ja tu widzę przemianę, jaką daje droga i zgubne skutki młodości, kiedy myśli się tylko o sobie.

Dzięki za interesujacą dyskusje – przeczytałem z wielkim zainteresowaniem!

Pozdrawiam, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Ładne :)

Dziękuję za dobre słowo! :-)

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Nowa Fantastyka