- Opowiadanie: Realuc - Dar Szczęśliwianki

Dar Szczęśliwianki

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

NoWhereMan

Oceny

Dar Szczęśliwianki

I

 

 

 ŁUP! ŁUP!

– Mówiłam, odejdź! Chcę być sama!

ŁUP! ŁUP!

– Panie, to nie ma sensu. Księżniczka zamknęła się przed dwoma dniami i nikogo nie wpuszcza do swej komnaty.

– To moja córka, więc nie mów mi co ma, a co nie ma sensu, Tigurdzie.

Król uniósł zaciśniętą w pięść dłoń, ale zanim zdążył po raz kolejny załomotać w zaryglowane drzwi, rozbrzmiał kobiecy krzyk:

– ODEJDŹ!

– No dobra, nie ma sensu – skwitował król, opuszczając bezradnie rękę. – W końcu sama wylezie, bo inaczej z głodu pomrze. A wtedy zrobi to, co jej każę. Już zdecydowanie za długo trwa ta cała farsa, jak i moja pobłażliwość.

– Jak uważasz, panie – odpowiedział Tigurd, Pierwszy Strażnik Króla, choć jego mina mówiła, że osobiście uważał coś zgoła innego.

Król odwrócił się na pięcie i ruszył wolnym krokiem przez korytarz. Barwne witraże ozdabiały okna. Słońce już zachodziło i rozbijało swe promienie o kamienne mury Twierdzy Drzewolasu.

Gdy dźwięki kroków ojca i jego przybocznego ucichły już całkiem, księżniczka z trudem wstała ze swego łoża. Podeszła do wysokiego, łukowatego okna i oparłszy się łokciami o zimną skałę, utkwiła wzrok na zalanej czerwienią zachodzącego słońca puszczy. Ta okalała widniejącą w dole wioskę, której centrum stanowił jej dom. Twierdza na niewielkim wzgórzu, otoczona trójkątnym murem o trzech wieżach.

Ile bym oddała, żebyś tu teraz była – pomyślała przeczesując wzrokiem gęsto przytulone do siebie korony drzew. Gdzieś wśród nich, nad małym potokiem, zwanym przez miejscowych Szczęściowianką, rósł najstarszy w puszczy drzewolas. Pod tym wielkim, uważanym za magiczne i dające życie puszczy drzewie, pochowano matkę księżniczki. Spoczęli tam też wszyscy poprzedni królowie i królowe, którzy kiedykolwiek władali tym skrawkiem ziemi.

Zawsze byłaś mądra i roztropna. Twe rady słuszne i z serca. I tym razem wiedziałabyś, co winnam uczynić. Jestem taka zagubiona, samotna i bezradna bez ciebie. Umieram w środku, a przecież zarazem tworzy się tam właśnie nowe życie, będące wszystkiego przyczyną…

Mroźne podmuchy wiatru targały białą, nocną suknią księżniczki. Kamienna posadzka ziębiła bose stopy. Gęsia skórka zawitała na nagich ramionach, po czym szybko rozgościła się na całym ciele.

Księżniczka spuściła jeszcze wzrok na dziedziniec, na którym właśnie zakończył się codzienny trening Rycerzy Drzewolasu. Zgrzyt stali ucichł, choć pogrążona w swoich myślach nawet nie była świadoma jego rozpoczęcia. Wojowie zaczęli dosiadać swoich wierzchowców i przy akompaniamencie stuków końskich kopyt, jeden po drugim znikali za bramą, aby krętą ścieżką zjechać do swych domostw w wiosce. Jeden z nich zatrzymał swą klacz tuż przed bramą, obrócił i uniósł głowę. Utkwił wzrok wprost na wyzierającej przez okno księżniczce. Pomachał jej serdecznie, a ta odwzajemniła pożegnanie. Rycerz Helrud był jedynym przyjacielem, jakiego miała. I choć był od niej młodszy o prawie cztery wiosny, zawsze świetnie się z nim dogadywała. Wspólnie żartowali, kradli jabłka z pobliskich sadów, czy zwierzali się sobie z najskrytszych sekretów. Oczywiście do czasu, kiedy nie utknęła w Twierdzy.

Zamknięta w swym własnym domu. Przez własnego ojca.

Powróciła do łoża. Położyła otwarte dłonie na wypukłym brzuchu, a w głowie rozbrzmiały słowa króla, które wbiły się tam niczym kłujące ciernie, nie chcąc dać się wyrwać.

Nie opuścisz twierdzy dopóty, dopóki nie pozbędziesz się tego dzie… tego potwora! Ludzie nie mogą się dowiedzieć, słyszysz mnie? Nie mogą! Podczas Pierwszych Rozkwitów druidzi mają największą moc, wtedy najpóźniej oddasz się w ich ręce. Mam nadzieję, moja jedyna córko, że dobrowolnie.

Ludzie już wiedzą, gdyż plotki są jak gołębie odchody. Trafią wszędzie. Zaś Święto Pierwszych Rozkwitów nastąpi za niecałe trzy dni.

Nie wiem, co mam czynić. Nie wiem, co czynić…

Zielone oczy wypełniły się łzami. Nie chodziło bowiem o decyzję księżniczki. Ta zapadła już dawno. Chodziło zaś o to, że…

Jestem cholerną damą, córką cholernego króla, która to ponoć musi się liczyć z wolą władcy i poddanego mu ludu. Jak mój własny ojciec może zabraniać mi decydować o tym, co winno być świętym, nienaruszalnym i bezsprzecznym prawem kobiety. Jak może cenić bardziej od mojego zdanie ludzi, którzy zarzucają jego córce, że jest czarownicą, grożąc stosem?

Zanim powieki opadły na dobre, przez głowę przeleciały, niczym kawaleria w szarży, setki pytań, przekleństw i rozpaczliwych myśli.

A potem przyszedł sen. A wraz z nim koszmar. Koszmar przypominający o dniu pełnym szczęścia i rozpaczy, radości i bólu, miłości i krwi.

 

II

 

– Zawrzyj gębę, bucu. Nie dziwota, że przy pasie jeno lichy kordzik nosisz, a miecza żadnego nie posiadasz, jak na rycerza przystało. Pewnikiem jesteś fechmistrzem we władaniu KRÓTKIM ORĘŻEM!

Gromki śmiech rozlał się po całym targowisku. Chwilę później doszło do zwyczajowego mordobicia, jednak księżniczka wraz ze swą świtą nie obejrzała tego spektaklu, gdyż cały tłum gapiów skutecznie zasłonił tańczące od twarzy do twarzy pięści.

– Zawsze, gdzie ludzi chmara, tam komu puści para. Na zeszłorocznym targowisku w Wieczornej Gwieździe, w ostatni dzień, co drugi typ z obitym ryjem chodził.

– Piwo, motłoch i przysłowiowy Palec Czcigodnego Rumyka, święty artefakt, jedyny taki na targu, ba, na świecie, i z góry wiadomo, że będzie się dziać. Ludzie łykają to co im inni wciskają niczym te… no… te z wielkimi dziobami, jak się zwały?

Nad placem targowym w Krzemiennej Małej rozbrzmiały oklaski. Któryś z awanturników musiał wygrać pojedynek, taka kolej rzeczy. Rycerze ochraniający księżniczkę kontynuowali swe wywody:

– Pelipan, ciemnoto.

– Sam żeś jest pelipan. Aleś blisko był. Już se przypomniałem, toż to Perikan jest.

– Pelikan, panowie, pelikan. A teraz udajmy się, jeśli łaska, na interesujące mnie stragany. Przedstawienie się skończyło, a ja zamierzam wykorzystać jeden z tych nielicznych dni w roku, w których ojciec pozwala opuścić mi nasze odludzie. A i mieszek mam nielekki, co i dla was dobrze, jeśli z zakupów zadowolona będę.

– Oczywiście, ruszajmy czym prędzej.

Wszyscy, czyli tuzin Rycerzy Drzewolasu, zawtórowali zgodnie. Sprzeciwić się zresztą nie bardzo mogli, jednak ostatnie zdanie z pewnością dodało im chęci.

I tak wędrowali wśród morza straganów, wypełnionych po brzegi rozmaitymi rozmaitościami z rozmaitych stron świata. Na targ ów bowiem zjeżdżali się ludzie o różnych kolorach skóry, mówiący różnymi językami, ale nie tylko. Nie tylko ludzie. Napotkać można też było tutaj dragenów, człekokształtne wilki z Zapomnianych Dolin, półolbrzymy z mroźnych gór Hravdiru, a nawet niebieskoskóre Dzieci Księżyca, które dla wielu były wyłącznie legendą.

– Najznamienitsze wonności z gorącego Tarantu! Posmarujesz, gdzie trza, a żadna dziewka oprzeć się nie zda!

– Kolczugi z kryształowych ogniw, pancerze ze skór gargolów, miecze wytapiane w ogniu Mogdaru!

– Pierścienie, amulety, fibule! Ze szczerego srebra! Najtaniej!

Przy takim oto koncercie okrzyków ubarwionym zapachami potu, psującego się w upale jedzenia, odchodów i masy bezpańskich, brudnych psów, księżniczka spędziła całe popołudnie. Zgraje nieznośnie upierdliwych much pewnie również przyczyniły się do wcześniejszego zakończenia handlowych wojaczek, przez co wytargowana cena mogła nie być tą najlepszą, jaką można by uzyskać. Tak czy owak, straganowe batalie zakończyły się niczego sobie, przynajmniej dla księżniczki, która zakupionymi rzeczami wypchała juki prawie wszystkich trzynastu koni. Te zostawili, dzięki odpowiedniej opłacie rzecz jasna, w zagrodzie jednego z włodarzy całego tego wydarzenia, a następnie udali się do najbliższej karczmy ,,Pod Wypchaną Kiermaną".

Gospoda pękała w szwach. Podchmielenie udzieliło się już chyba wszystkim, toteż było głośno i wesoło. Księżniczka wraz z wojami zasiedli na jedynej wolnej ławie i niewiele czasu minęło, aż i im zrobiło się radośnie. Pozostałości królewskiej kiesy księżniczka przeznaczyła na dzbany wypełnione ponoć najlepszym tutejszym piwem, zwanym czarnym katem. Rycerze Drzewolasu nie folgowali sobie, zaś córka króla sączyła powoli z wciąż tego samego kubka, gdyż nie miała w zwyczaju przesadzać z trunkami.

– Zabieraj stąd swoją parszywą, nieludzką dupę!

Przy innym stole zaczęło wrzeć. A to za sprawą, a raczej z samego faktu, że siedział przy nim Antronanin. Wyższy o dwie głowy od przeciętnego człowieka jegomość o zwisających uszach i purpurowym odcieniu skóry. Pomijając te wyróżniające cechy, twarz przypominała tę u człowieka. Młodego mężczyzny o całkiem przystojnym licu, z zabarwionymi na czerwono włosami, zaczesanymi na tył głowy. Jednak, jakby nie było, rasa Antronian uważana była przez ludzi za barbarzyńskie wynaturzenie, połączenie człowieka i dzikich zugurów ze stepów. Nie dziwota więc, że znalazła się niemała sfora karczemnych biesiadników, którym towarzystwo takowego osobnika przeszkadzało we wlewaniu do siebie piwska.

– Ta jest, spierdalaj! Bo psami poszczujem i w dupę grabie wsadzim!

Antronanin siedział spokojnie w bezruchu, czekając na rozwój wydarzeń. Księżniczka dostrzegła, że jego dłoń pod stołem obejmuje zdobną rękojeść sztyletu. Odezwała się prędko do swych towarzyszy, którzy wraz z innymi zaczęli podjudzać awanturników:

– Uciszcie się, ale już. A najlepiej to ruszcie swoje rycerskie zadki i pomóżcie temu samotnemu biedakowi.

– Ależ pani…

– Nie ma żadnego ależ. On niczym nie zawinił, a ja nie lubię patrzeć na ludzką, czy nawet nieludzką, jak to pewnie nazwiecie wraz z innymi, krzywdę. Zresztą rycerzami się wołacie, a takim godzi się pomagać potrzebującym i nie tylko szlachetnych dam się to tyczy. I sprawiedliwości stróżami…

– Grabi szkoda, urwę mu ten poczwarny łeb gołymi ręcami! – ryknął jakiś dryblas, po czym rzucił się na siedzącego Antronanina. Ten w mgnieniu oka wyciągnął z pochwy sztylet, drugą ręką zaś złapał napastnika za kark i przywalił jego głową o stół. Prosto w misę wypełnioną kaszą ze skwarkami, która stłukła się doszczętnie. Następnie uniósł łeb barczystego łysola i przystawił ostrzę sztyletu do jego krtani. Ludzie, którzy oblegali wcześniej stół, zaczęli łapać za pobliskie przedmioty, które miały pełnić funkcję broni. Księżniczka krzyknęła do swych rycerzy:

– Ruszyć tyłki, powtarzam ostatni raz, ale już! Podbite oko mniejszą karą dla was będzie, niż gniew mego ojca, gdy mu rzeknę, że mnie nie słuchaliście!

Zerwali się natychmiast. Najstarszy z nich, z siwym już włosem na głowie, Sir Naros, wystąpił naprzód nieco chwiejnym krokiem i krzyknął z nutką niepewności w głosie:

– Hola! Zostawcie tego… zostawcie go!

Wszyscy zwrócili swoją uwagę na tuzin rycerzy. Z pewnością wyróżniali się ubiorem wśród tłumu chłopów i kupców. Zbroje mieli bowiem nieprzeciętne. Wypukły napierśnik zdobiło malowidło rozłożystego drzewa, karbowane naramienniki skutecznie poszerzały bary, a i zielona peleryna spięta fantazyjnymi fibulami o roślinnym motywie mówiła: nie jestem byle kim. Już bowiem dawno temu władcy Doliny Drzewolasu znaleźli nielichy sposób na zapełnianie skarbca. Niby magiczne drzewa, jedyne takie na całe znany świat, i druidzi, którzy korzystając z ich mocy potrafią leczyć wszelkie choróbska i inne cuda czarować, stały się dobrym powodem do licznych pielgrzymek. Oczywiście usługi brodatych magów miały swoją cenę. A to, czy były skuteczne, jedyne w swoim rodzaju i czy rzeczywiście była w nich jakaś magia i moc, było już inną kwestią.

– I kim żeście są, żeby nam rozkazywać, hę? – zapytał jeden z prowodyrów całego zamieszania.

– Rycerzami Drzewolasu, a ta oto pani to nikt inny jak księżniczka Yella, córka samego króla. I jako ten, no…

– I jako głos samego króla nakazuje wam zaprzestać tej zwady – dokończył inny rycerz, gdyż Sir Narosowi napitek wypłukał niezbędne słowa.

Jakiś wąsacz wypuścił z rąk krzesło, którym mierzył wcześniej w stronę ofiary całej awantury i odezwał się ochrypłym głosem:

– Choćby to córka samego Króla Zjednoczonych Ziem była, to gówno nas to obchodzi. To ziemia niczyja, neutralna, nie słyszeć wam dane było? Tutaj ten kto płaci, ten ma. Nie ma strażników i rycerzyków, jeno najemnicy pilnujący dobytku swych zleceniodawców.

Sir Naros popatrzył porozumiewawczo po swych kompanach, po czym sięgnął do pochwy i wszyscy, jak jeden mąż, wyciągnęli miecze.

– A my nie płacimy, ale za to mamy takie coś. Świeżutko ostrzone, ręką całe życie szkoloną prowadzone. A najemników jakoś tu ni słychu ni widu.

Sir Naros zdecydowanie odzyskał pewność w głosie. Ręka zaciśnięta na chłodnej, chropowatej rękojeści dodawała odwagi. I przeganiała nieco przytłumienie po piwie. Antronanin puścił głowę łysola, którą bez problemu obejmował swoją większą niż u człowieka dłonią i nadal bez słów czekał na rozwój zdarzeń. Awanturnicy popatrzyli po sobie. Był moment, w którym zdawać się mogło, że rzucą się na rycerzy z dzbanami, krzesłami, czy wyszczerbionymi nożami w rękach. Jednak zaraz potem wszystkie te ,,bronie", jedna po drugiej, wylądowały na ziemi. Sir Naros uśmiechnął się szeroko.

– Dziękujemy za zachowanie rozsądku. Pijmy więc dalej, w zgodzie i spokoju.

Uniósł kubek wypełniony piwem, wypił trunek do dna i schował miecz do pochwy. Chwilę później wszyscy wrócili do biesiadowania, jakby nic się nie wydarzyło. Rycerze usiedli, a księżniczka Yella rzekła radośnie:

– Brawo. A teraz wybaczcie, ale jestem już znużona po całym dniu w tym zgiełku. Rano ruszamy w powrotną drogę. A, macie cały pokój na górze. Mój jest obok.

– Jak to? Przecież wszystkie były zajęte. Myślałem, że będziemy nocować u tego włodarza…

– U włodarza śmierdzi końskim łajnem, chlewem i zaniedbaną chatą samotnego grubasa. Tutaj jest przyjemniej, a w końcu jestem księżniczką, więc chyba mogę decydować o miejscu spoczynku?

– Ale jak? – dopytywał Sir Naros.

– Ano tak – Yella wstała – że wszystko jest kwestią ceny, a ja znalazłam jeszcze trochę niewykorzystanych monet. Poprzedni najemcy zostali więc, że tak powiem, kulturalnie wyproszeni. Dobrych snów moi bohaterowie.

Cmoknęła w otwartą dłoń i ruszyła w kierunku schodów. Rycerze ruszyli za nią, choć z chęcią pewnie zanurzyliby usta w jeszcze nie jednym kubku wypełnionym piwem. W takim miejscu i po takim zdarzeniu nie mogli jej jednak zostawić samej. Spostrzegła, że Antronanin zniknął gdzieś zaraz po całym zamieszaniu. Kiedy przechodziła wśród stołów, wielu patrzyło na nią kwaśno. Szeptali i pokazywali palcami. Ignorując całą tę zgraję, weszła na górę. Pożegnała swych towarzyszy, nakazując im odpocząć w oddzielnym pokoju, upewniwszy ich, że w razie czego z pewnością usłyszą jej krzyki. Zamknęła za sobą drzwi, rzuciła się na niczego sobie łoże wyściełane skórami i odetchnęła, że w końcu może odpocząć.

Ludzie potrafią być męczący. – stwierdziła Yella.

Ledwo zaczęła myśleć o całym zajściu, które przed chwilą miało miejsce na dole karczmy, a zaraz nad nią pojawiła się postać, która była głównym bohaterem wydarzeń. Pierwsza myśl była oczywista: Pewnie zasnęłam od razu. To sen. Jednak na tyle rzeczywisty, że Yella poderwała się z łóżka jak poparzona rozgrzanymi węglami, otworzyła szeroko usta, aby rozpocząć wołanie o pomoc, jednak nie wiedząc czemu, powstrzymał ją przed tym palec Antronanina, który ten przyłożył sobie do ust. No i był dziwnie spokojny. Nie wyglądał na kogoś, kto chciałby zrobić jej krzywdę.

– To, że uratowałam ci tyłek, nie znaczy jeszcze, że możesz nieproszony włamywać się do mojego pokoju. W ogóle jak się tutaj dostałeś!?

Włamywacz nie odpowiedział, zamiast tego uśmiechnął się szczerze i pochylił nisko, jak to zwykli robić ludzie stojący przed ważnymi osobistościami.

– Ach, no tak. Pewnie nie mówisz w naszym języku. Jeśli w ogóle w jakimś mówisz. Niewiele wiem o… takich jak ty.

Antronanin popatrzył wymownie na drewniane krzesełko stojące pod ścianą. Dopiero teraz Yella zwróciła uwagę na fakt, że jej nieproszony gość musiał nieco się garbić w tym przeznaczonym dla ludzi pokoju. Skinęła potwierdzająco głową.

Co ja najlepszego wyczyniam?

Usiadła nieco wygodniej, podciągnęła nogi i oparła głowę o ścianę. Wciąż jednak trzymała rękę na rękojeści swojego sztyletu, ukrytego pod skórzaną kamizelą. Nie była odziana jak na księżniczkę przystało. Zawsze bowiem bliżej jej było do chłopczycy niż pani dworu. Pod kamizelą widniała biała, lniana koszula, której zawiązane sznureczki zdawały się być mocno naprężone pod wpływem wydatnych, choć młodych piersi. Ciemne włosy, spięte w koński ogon, opadały na plecy. Twarz miała nieco pociągłą, zdobioną paroma pieprzykami. Antronanin też był młody, przynajmniej tak jej się wydawało. Miał na sobie całkiem przeciętny, skórzany strój. Wyróżniał się jedynie szerokim, ozdabianym pasem, który tak się miał do całości jak dziewka lekkich obyczajów do Klasztoru Czystości.

– Dygrith – odezwał się po raz pierwszy gość, dotykając palcem swojej klatki piersiowej. Chwilę później splótł dłonie między nogami i czekał, uśmiechając się nieustannie.

– Ye…Yella. – rzekła księżniczka po chwili zawahania, wskazując na siebie.

Odgłosy karczemnej biesiady powoli cichły. Zza ściany dobiegał jedynie dźwięk chrapania rycerzy Drzewolasu. Dygrith spoważniał nagle, pochylił głowę i powiedział powoli i wyraźnie, akcentując każdą literę:

– D-Z-I-Ę-K-U-J-Ę.

Księżniczka mimowolnie się uśmiechnęła.

Przez najbliższe pół nocy opowiadała mu to i tamto, mimo, iż wiedziała, że jej nie rozumie. Jednak ten kiwał grzecznie głową i uśmiechał się miło, a Yella, jak to kobieta, cieszyła się, że miała się komu wygadać. Nawet jeśli ten ktoś nie miał szans prowadzić z nią wyrównanej konwersacji.

Przez drugie pół nocy wydarzyło się coś, czego w życiu by się nie spodziewała. A była przecież całkowicie trzeźwa. Jednak jakimś cudem ten Antronanin zdołał ją zauroczyć. Swoim spokojnym sposobem bycia, łagodnymi uśmiechami i ciepłym spojrzeniem, nie do końca ludzkich oczu. Nie przeszkadzały jej długie, zwisające, spiczaste uszy, śliwkowy kolor skóry, czy fakt, że był od niej dwa razy większy.

Młode piersi księżniczki uwolniły się w końcu z uścisku koszuli, a wielki pas Antronanina uderzył z łoskotem o posadzkę. I tak umięśnione ciało ,,barbarzyńcy" splotło się wraz z delikatnym, acz naznaczonym paroma bliznami po młodzieńczych wybrykach, ciałem Yelli.

Późną nocą pokój księżniczki z całą pewnością był najgłośniejszym miejscem w karczmie, jednak dźwięków z niego dochodzących nie mogli słyszeć ani zalani w trupa ostatni goście tegoż przybytku, ani słodko i twardo śpiący towarzysze dziewczyny.

 

 

*

 

Kiedy otworzyła oczy, słońce wlewało się już mocno do pokoju przez niewielkie okienko.

Była sama.

Ubrała się prędko, spięła byle jak rozrzucone we wszystkie strony włosy, po czym opuściła pokój. Tego poranka uśmiech był jej nierozłącznym towarzyszem. Kiedy przypomniała sobie pewne obrazy z minionej nocy, omal nie spadła ze schodów po potknięciu.

Rycerze czekali już na nią siedząc przy jednym stole, zastawionym ugotowanymi jajkami, smalcem i świeżo pachnącym bochnem chleba.

– Dzień dobry, pani. Śniadanie czeka, zaraz potem ruszamy, jak nakazałaś. Konie już gotowe. – przywitał ją Sir Naros.

– Nie jestem głodna. Możemy ruszać. – Rozejrzała się po karczmie, ale prócz nich i na wpół śpiącego za ladą karczmarza, w środku nie było nikogo. – Już – dodała i skierowała się w stronę wyjścia.

Nie miała złudzeń, że będzie inaczej.

Myślałaś głupia, że jeszcze pomacha ci na do widzenia chustą, ze łzami w oczach? Przecież gdyby ktoś się dowiedział, że ja… na bogów, przestań o nim myśleć!

Opuściła karczmę, a rycerze tuż za nią. Nie próbowali nawet wdawać się w żadną dyskusję.

Kiedy dosiadła swego czarnego jak noc wierzchowca, który tak jak i pozostałe konie musiał dźwigać nie tylko swego jeźdźca, ale i wypełnione po brzegi juki, doszedł ją jakiś okropny zapach. Ledwo powstrzymała się przed wychyleniem w bok i wydaleniu z siebie śniadania, którego nie zjadła.

– Cóż tak cuchnie?

Rycerze popatrzyli po sobie nerwowo i jak zawsze do odpowiedzi został wyznaczony Sir Naros. Choć z pewnością nie było mu to na rękę.

– Ech, widzisz pani, czasem los bywa przewrotny. Tym razem nasz wczorajszy wysiłek i jak to nazwałaś, bohaterstwo, okazały się zbyteczne. A być może nawet przyniosły gorszy efekt, bo tak mogło się jedynie skończyć na mordobiciu.

– O czym ty mów…

Ale zanim zadała to pytanie, zdążyła już dostrzec źródło przykrego zapachu. Smrodu rozkładającego się na słońcu ciała i jeszcze ciepłych organów, które wylały się z rozciętego brzucha na suchą ziemię. Kruki mocno zmasakrowały już twarz, jednak doskonale poznała oczy, do których ptaszyska nie zdążyły się jeszcze dobrać. Te same oczy, które tak ciepło patrzyły na nią przez całą noc, teraz spoglądały gdzieś w niebo, pusto i beznamiętnie.

– Kto to zrobił…

Chciała powstrzymać łzy za wszelką cenę. I prawie się udało. Prawie, bo jedna przemknęła i powędrowała przez policzek, kończąc swą drogę na otwartych szeroko ustach.

– Pani, trudno orzec. Karczma w szwach pękała, a ów jegomość z odległych krain, nie spodobał się, że tak powiem, pewnie większości z obecnych wczoraj ludzi.

– Kto to zrobił… – powtórzyła pusto Yella patrząc na zmasakrowane ciało.

– Zresztą nie nam w stróżów prawa się tutaj bawić. Tym bardziej, że to ziemia neutralna. Biesiada się skończyła, targ się zawinął, toteż pewnikiem sprawcy są już dawno w drodze. Ruszać nam czas, pani. Nie warto psuć sobie głowy takimi obrazami.

Jednak to właśnie ten obraz budził ją co noc od tego zdarzenia.

 

 

III

 

ŁUP! ŁUP!

Cisza.

– To ja, Helrud. Wpuścisz mnie?

Po chwili zawahania Yella wstała z łoża, otarła pot z czoła, poprawiła szybko nocną suknię, która mocno już opinała pokaźny brzuch i podeszła do drzwi.

Zaskrzypiało. Chwilę później młodziutki rycerz był już w środku. Położył dłonie na ramionach księżniczki i ucałował ją w oba policzki.

– Jak się tutaj dostałeś? – spytała, oddalając się od wejścia do komnaty.

Miała podkrążone oczy, skołtunione, rozpuszczone włosy i… jednym słowem nie wyglądała dobrze. Helrud spuścił głowę i utkwił wzrok w kamiennej podłodze wyściełanej skórami, jak mały chłopiec, który musi się przyznać mamie, że zbił jej drogocenny dzban. W końcu odezwał się niepewnie i cicho:

– Twój ojciec, to znaczy król, to znaczy…

– Mówże wprost. Znamy się nie od dziś, pamiętasz jeszcze? Rozmawiaj ze mną jak zawsze. Nic się nie zmieniło, prócz tego, że w tym stanie ciężko byłoby mi skakać przez te płoty w sadach Kulejnogi.

Oboje się zaśmiali, jednak krótko i nieco nienaturalnie. Helrud uniósł w końcu głowę i rzekł trochę pewniej:

– Twój ojciec mnie tu przysłał. Przybyłem tu z jego rozkazu. Stwierdził, że jestem jedyną osobą, którą możesz chcieć wysłuchać.

– I miał racje. Jednak mam nadzieję, że nie będziesz mi zawracał głowy, podobnie jak on i reszta ludzi…

– Yella…

Helrud podszedł do niej i spojrzał księżniczce prosto w oczy.

– Jako twój przyjaciel chcę cię wspierać i szanować twoje decyzje, jakie by nie były. Bez znaczenia, czy się z nimi zgadzam, czy też nie. Jednak wiedz, że… że jeśli nie ustąpisz, to może się to wszystko źle skończyć. Twój ojciec… kazał mi skłonić cię do dobrowolnego opuszczenia pokoju, rozmowy z nim i poddania się rytuałowi druidów. Jeśli nie zrobisz tego z własnej woli, zawlecze cię tam siłą. Wiem, że to przykre, ale zrobi to…

– Wiem o tym. – odpowiedziała Yella bez emocji. Już w jakiejś tam części, gdzieś w środku, pogodziła się z tym, jaki okazał się jej ojciec. Jak to mówią, przyjaciół poznaje się w potrzebie. I ludzi, którzy naprawdę cię kochają, też. – Dlatego przyszedłeś w samą porę – dodała głaszcząc młodego rycerza po policzku.

Helrud podrapał się po głowie z zakłopotaniem, jednak Yella uprzedziła wszelkie pytania:

– Zaraz pójdę rozmówić się z ojcem, abyś nie miał problemów i mógł w spokoju wszystko przygotować. Oczywiście pod warunkiem, że się zgodzisz. To tylko prośba.

– Przygotować… co?

Yella nałożyła na bose stopy skórzane trzewiki, wciągnęła głośno powietrze i odpowiedziała:

– Przygotowania do rytuału trwają ponoć większy kawał jednego dnia. Więc, gdy nie dojdę dziś do porozumienia z ojcem, a nie dojdę, to jutro z rana będzie chciał zawlec mnie do ich zasranego gaju siłą. Ale rano mnie tu już nie będzie, dzięki tobie, mam nadzieję, choć sama może też sobie jakoś poradzę…

Helrud otworzył szeroko oczy i potrząsnął głową, jakby chciał odpędzić stado much.

– Yella, co ty wygadujesz? W tym stanie? Szczególnie, jeśli rzeczywiście, tak jak mi pisałaś w liście, chcesz urodzić to dziecko, nie możesz robić głupot. Dokąd zamierzałaś uciec?

– Nie zamierzałam, tylko zamierzam. I jeśli rzeczywiście chcę urodzić to dziecko, drogi przyjacielu, to muszę owe głupoty, jak to nazwałeś, uczynić. Gdyż jutro już nie będę miała kogo ratować. Tym bardziej, iż wiem, że już się zbliża. Choć wydaje mi się, że to za wcześnie, to czuję to…

Helrud ochłonął trochę, usiadł na skraju łoża i zapytał, wypinając dumnie pierś:

– Co mam uczynić?

Yella uśmiechnęła się lekko i usiadła obok rycerza.

– Wartownicy na murach i przy bramie wymieniają się ze sobą w nocy dwa razy. Przy drugiej zamianie, ci którzy mają rozpocząć wartę na murach, zawsze się spóźniają, a ich poprzednicy nigdy na nich nie czekają. Natomiast Goldev, ten od bramy, kiedy tylko rozpoczyna wartę, od razu udaje się do pokoju w bramowej wieży i słodko przesypia do świtu, gdyż nikt tego nie sprawdza. Mając to wszystko na względzie…

– Tak, tak, zrozumiałem. Mam skorzystać z powstałej luki, gdzie nikt nie kontroluje bramy, ani dziedzińca. A co potem, pomysłowa księżniczko?

– Potem? – Yella popatrzyła w stronę okiennicy – potem wyrzucę przez ten oto otwór sznur z wochotowego włosia, który plotłam przez trzy miesiące. Chwała bogu, że zawsze zbierałam i kupowałam rzeczy, które pozornie nie były mi potrzebne. Ty zaś będziesz mnie ubezpieczał. A kiedy będę już na dole, wsiądziemy na konia, na którym przybędziesz, zawieziesz mnie w pewne miejsce, zostawisz i wrócisz do własnego życia. A ja, jeśli to wszystko przeżyję, może będę wstanie jeszcze kiedyś ci się jakoś odwdzięczyć. Jedno jest pewne, tutaj już się nie spotkamy. Aaa, tylko zostaw konia za bramą, żeby nie narobił hałasu stukając o bruk na dziedzińcu!

– Wiesz, że to wszystko jest szalone? Gdzie ty na miłość boską chcesz się udać?

Yella wstała z łoża, a jej głowę wypełniły przez moment myśli pełne strachu i wahania. Położyła dłonie na brzuchu i odpowiedziała:

– Do kogoś, kto na pewno mnie zrozumie.

– Ależ ja też cię rozumiem! Może znajdę jakieś…

– Nie. I tak wystarczająco cię już narażam. Poza tym, ty jeszcze żyjesz i chcę żeby tak zostało.

Po dłuższej chwili ciszy i bezruchu oboje opuścili komnatę. Za kamiennymi murami słońce chyliło się już ku zachodowi, a ptaki nerwowo wirowały na czystym jeszcze niebie. Z pewnością przeczuwały już jednak, że ciemne chmurzyska, niosące ze sobą deszcz i pioruny, miały niebawem zawisnąć na dłużej nad Doliną Drzewolasu.

 

 

*

 

– Jutro o świcie stawisz się w Sali Audiencyjnej. Wspólnie udamy się do gaju, druidzi raz dwa zrobią swoje, wrócimy i o wszystkim zapomnimy. Obiecuję cię nawet nie karać za twoją bezczelność, nieposłuszeństwo i tę całą dziecinadę.

Król wyciągnął z kufra zawiązany worek, w którym było coś o kształcie średniej wielkości arbuza.

– O wszystkim zapomnimy?! – oburzyła się Yella. Stała na niedźwiedziej skórze, na środku komnaty ojca. – O tym, że mój własny ojciec nie widzi nic poza czubkiem własnego nosa, też? I poza, jak to nazywa, DOBREM KRAINY?! Bo o tym, że jest jeszcze coś takiego, jak DOBRO córki, to już chyba zapomniał.

– Nie podoba mi się twój ton. Odkąd matka zmarła, stałaś się zaprzeczeniem wszelkich manier i zachowań, które przystają osobie o twoim statusie.

Mówił bez emocji. Szorstko, wolno i wyraźnie. Tak, jakby opowiadał o wczorajszej kolacji. Nie poznawała go. Dopiero co wybuchał złością pod jej drzwiami, tłukł w nie, a ona była pewna, że gdyby je otworzyła, to nie zawahał by się, aby specjalnie nie wyhamować ostatniego ciosu.

– A co do twego dobra, to wciąż nie widzisz, że właśnie o twoje dobro tutaj chodzi? Naprawdę chcesz być matką poczwary, wyklętą przez ludzi? Znienawidzoną wiedźmą? Chcę cię przed tym uchronić.

Yella wybuchnęła:

– Ale ja tego nie chcę! Czuję, że powinnam urodzić to dziecko, rozumiesz!? Tak poradziłaby mi matka, tak radzi mi w snach! A ja wcale nie uważam go…

– Za potwora? Jesteś pewna? Tak się składa, że chciałem ci coś pokazać.

Król zarzucił workiem i po chwili po ziemi potoczyła się… główka małego dziecka, która zatrzymała się u stóp księżniczki. Sina skóra towarzysząca śmierci mieszała się z lekką purpurą charakterystyczną u Antronian. Choć małe uszka były obwisłe i nierówne, włosów było zanadto i za gęsto, jak na tak małe dziecko, to oczy… oczy wyrażające pustkę i śmierć robiły to w taki sam sposób, jak te ludzkie. Śmierć zawsze była śmiercią, zabijanie zabijaniem, a ich ofiara ofiarą.

Bezwzględny skurwiel

– Spokojnie, moja córko. Nie kazałem go zabić, jest znalezione. Przypatrz się dobrze, bo właśnie takie coś chcesz tulić do swej piersi. Oczywiście pod warunkiem, że jakimś cudem przeżyjesz poród, w końcu twój przypadek nie jest powszechny, więc kto wie, co się zdarzy? A, i jeszcze jedno…

Król wbił krótki kordzik w krwiste jabłko i zatopił zęby w owocu. Przeżuł i dodał:

– Wiesz, że zadałem sobie nie lada trudu, aby dowiedzieć się, kim był twój kochanek, który tak nieszczęśliwie skończył? Tak z czystej ciekawości. I wiesz, czego się dowiedziałem?

Choć widok był okropny, Yella nie spuszczała wzroku z główki leżącej pod jej stopami. Zagryzała wargę i powstrzymywała łzy.

– Ano tego, iż twój kochanek był rabusiem i złoczyńcą. Mieszkał w szałasie na obrzeżach Krzemiennej Małej od dłuższego czasu, gdyż jego podobizna zdobiła mury w niejednym mieście. Myślał, że na neutralnej ziemi nie dosięgnie go sprawiedliwość. Ale ta, jak widać, nie uznaje granic.

Yella podniosła wzrok i wbiła ostre niczym brzytwa spojrzenie w szare oczy ojca.

– Nie tobie go oceniać. Nie znasz powodów dla których robił to co robił ani jego historii. A już na pewno nie zasłużył na śmierć z rąk brudnych chłopów, którzy osądzili go jedynie po jego wyglądzie, a niejeden sam miał zapewne więcej za uszami! Gdy nasz wielebny bił żonę, aż zatłukł ją na śmierć, nic się nie stało, bo to ważny człowiek, na dodatek z łaski boga działa! Ale gdy zwykły człek z pola najmniejszą szkodę uczyni, to batów się nie żałuje! Otóż tak wygląda sprawiedliwość. Wsadź ją sobie w swój królewski tyłek i ocenianie to zacznij od samego siebie, mój kochany ojczulku.

Yella ruszyła do wyjścia. Dwóch strażników popatrzyło wymownie na króla, będąc w gotowości uchwycić księżniczkę, ten jednak nie dał żadnego znaku. Przełknął jedynie ostatni kęs jabłka, wytarł ostrzę o karmazynowy kaftan, po czym rzekł do Tigurda, gdy Yella opuściła już komnatę:

– Poślij gońca do druidów. Niech będą gotowi na jutrzejszy dzień.

Pierwszy Strażnik Króla, wraz z dwoma przybocznymi, ruszyli do drzwi, a odprowadzał ich martwy wzrok antronańskiego dziecka.

 

 

*

 

 

Deszcz nieustannie sączył się z nieba. Wielki i dumny drzewolas piętrzył się ponad inne drzewa puszczy. Gałęzie uginały się pod mocnym wiatrem, a szum liści skutecznie zagłuszał płynącą tuż obok rzekę, Szczęśliwiankę.

Yella usiadła pod drzewem, opierając plecy o jego szeroki pień. Helrud, choć wielokrotnie nalegał, że chce zostać przy niej, ostatecznie uległ jej namowom i odjechał. Została sama. W ciemności nocy, przemoknięta i zmarznięta do kości. Nie, nie sama…

Nie wiem, co zrobię, kiedy będzie już po wszystkim. Teraz liczy się tylko chwila. I to, że jesteś przy mnie, matko. Czuję twą obecność. Proszę, wspomóż mnie…

Kiedy bez większych problemów opuściła zamek na grzbiecie wierzchowca swojego przyjaciela, tuż za bramą się zaczęło. Nie zdradziła tego jednak swemu wybawcy.

Czuła ogromny ból i jedyne, czego pragnęła, to żeby nastał już koniec tego wszystkiego. Jakkolwiek miał on wyglądać.

Wszystko zlało się nagle w jedną, nieokreśloną całość.

Grzmoty błyskawic z oddali, ból.

Krew mieszająca się z deszczem, obmywająca wystające z ziemi grube korzenie drzewolasu, ból.

Krzyki, jęki, łzy, ból.

Powiększające się światła pochodni, gdzieś w głębi puszczy, ból.

Dziesiątki ludzi, których sylwetki dostrzegła przez zalane łzami oczy, ból.

– To ona, to ta wiedźma! Spalić czym prędzej maszkarę, zanim urok jaki rzuci!

Przypomniała sobie, jak jeden z pijanych chłopów, szczający w krzakach na obrzeżach wioski, dostrzegł ich, kiedy wjeżdżali w puszczę. Wtedy uznała to za nic. W końcu był pijany, dodatkowo nawet trzeźwemu ciężko byłoby rozpoznać kogoś przy tej pogodzie i ciemności nocy.

Nagle ból ustał.

Płacz dziecka spoczywającego na rękach matki mieszał się z krzykami zbliżających się ludzi.

Yella przecięła pępowinę krótkim sztyletem, spojrzała na małą istotę, którą kurczowo ściskała w ramionach. Maluch był cały we krwi, którą powoli zmywał deszcz. Skupiła się na oczach. Oczach, które już gdzieś widziała. Oczach, które nie mogły należeć do złej, a tym bardziej nieludzkiej istoty.

Dziękuję, matko. Dziękuję za siłę, którą mi dałaś, za twą obecność, za wszystko…

Nie było czasu na żadne namysły. Na kolanach przemieściła się na brzeg rzeki. Zawinięte w suknię, którą z siebie zdarła, dziecko, włożyła do plecionego kosza. Wcześniej miała w nim jedzenie, w razie, gdyby wszystko miało potrwać dłużej.

Ostatnie spojrzenie.

Chwilę później zawiniątko poddało się rzece i popłynęło w raz z jej biegiem. Towarzyszył temu jedynie oddalający się płacz.

– Znajdź swoje szczęście, to moje ostatnie życzenie… – szepnęła Yella.

Tuż po tym poczuła na swym nagim karku ciepło bijące od ognia pochodni.

 

 

 

Epilog

 

 

Friya płakała. Płakała, jak jeszcze nigdy, choć zdarza się jej to dość często.

Po wielu deszczowych dniach chmury w końcu ustąpiły. Słońce przyjemnie ogrzewało, choć dla niektórych nie miało to żadnego znaczenia.

– Kochanie…

Poczuła dłoń swego męża na ramieniu. Jego dotyk działał niczym jakaś magia. Potrafił ją uspokoić w najgorszych chwilach.

– Wiem, wiem, jestem już nudna… – zaczęła Friya pociągając nosem – ale cóż mam począć, kiedy nie potrafię się z tym pogodzić? Kiedy nie mogę sprawić, aby dać swemu mężczyźnie to, czego tak bardzo pragnie?

Alvo przytulił ją mocno do swej piersi.

– Owszem, pragnę mieć dziecko. Jednak to ty jesteś moim największym szczęściem. Mamy siebie, a póki ostatnia z gwiazd na niebie nie zgaśnie na wieki, nic tego nie zmieni, pamiętasz?

– Pamiętam…

Friya uśmiechnęła się przez łzy i mocno wtuliła głowę w pierś mężczyzny.

– Dlaczego znowu płaczesz? – zapytał Alvo kładąc dłoń na policzku żony.

– Tym razem to nie ja…

Oboje wyprostowali się nagle i rozejrzeli po okolicy. Nie musieli długo szukać źródła obcego szlochu. Rzeką, nad którą stali, płynął w ich kierunku unoszący się na powierzchni wody koszyk. Alvo wbiegł do wody po kolana, wyciągnął ręce i czekał. Chwilę później, z koszykiem w dłoni, wrócił na brzeg. Postawił go na trawie, oboje pochylili się nad znaleziskiem i odsłonili przemoczone, zakrwawione szaty.

Płacz nagle ustał.

Popatrzyli po sobie.

– Czy to nie jest przypadkiem An… – zaczęła Friya.

– Nieważne – przerwał Alvo – to jest zupełnie nieważne. To dar, tylko to się liczy. Szczęśliwianka przyniosła nam szczęście.

Friya płakała. Długo i rzewnie, lecz tym razem z nieopisanej radości.

Myśliwy i jego żona udali się polaną w stronę swojej chaty. Z koszyka, który trzymali między sobą, ku bezchmurnemu niebu sięgały malutkie, purpurowe rączki.

Koniec

Komentarze

No, nie uwiodło. Opowieść, jakich wiele – córcia popełniła coś, co król ojciec uważa za głupotę/ mezalians. Fantastyka pełni rolę dekoracji.

Dziwne, że królewna podróżuje bez pokojówki albo innej przyzwoitki. Zazwyczaj lepiej pilnowano ich cnót. Ale to Twój świat.

Z wykonaniem tak sobie. Często coś mi zgrzytało – a to odmiana nie taka, a to wyraz nieodpowiedni… Literówki też się zdarzają. I problemy z pisownią łączną/ rozdzielną.

Król odwrócił się na pięcie i ruszył wolnym krokiem przez korytarz oświetlony barwnymi odcieniami witraży,

Na pewno odcieniami?

że znalazła się nie mała sfora karczemnych biesiadników,

Niemała.

której zawiązane tuż pod szyją sznureczki zdawały się być mocno naprężone pod wpływem wydatnych, choć młodych piersi.

To gdzie ona te piersi miała, pod brodą?

jeśli rzeczywiście, tak jak mi pisałaś w liście, chcesz począć to dziecko,

Zdaje się, że dziecko zostało poczęte. I to dosyć dawno…

Babska logika rządzi!

Choć zazgrzytało w paru miejscach (tak jak z tym, że żadna cnotka nie spała z księżniczką), to jednak przedstawiłeś ciekawy utwór i kiedy zacząłem go traktować jak baśń, to dużo prościej było akceptować pewne motywy fabularne.

Bohaterowie do najbardziej skomplikowanych psychicznie nie należą, ale swoją rolę w historii spełniają dobrze. Końcówka z lekka niedomaga – jest mocno uproszczona. Do baśni może i pasuje, ale i tak pozostaje po niej więcej pytań niż odpowiedzi.

Ostatecznie całość sprawiła mi przyjemność, więc za ten koncert fajerwerków daję klika :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@Finkla dziękuję za opinie, błędy poprawię jutro bo przez święta nie mam dostępu do laptopa. Mam nadzieję, że kolejne opko bardziej Cię uwiedzie ;)

@NoWhereMan Owszem, utwór należy traktować z lekkim przymróżeniem w pewnych kwestiach jako, że właśnie zmierza w kierunku baśni. Choć mimo, iż taką formę ma, to myślę, że porusza trochę poważnych kwestii życiowo-społecznych, przez co nie jest tak zupełnie lekką i przyjemną bajką. Dzięki za punkcik :)

I ja mam taką nadzieję. :-)

Babska logika rządzi!

Rzeczywiście, najlepiej traktować utwór jako baśń, choć typową baśnią nie jest. Trochę za mało jest dla mnie baśniowych cech charakterystycznych, pouczeń, morałów. Czytało się dobrze, ale pierwszy fragment jest niedopracowany. Zgrzytało mi kilka zdań.

– No dobra, nie ma sensu – skwitował król

Czy tak wyraża się król?

 

Księżniczka spuściła jeszcze wzrok na dziedziniec

Księżniczka spojrzała na dziedziniec? Nie każde zdanie musi być kwieciste, a zwłaszcza te, które przekazują suche informacje.

 

Wojowie zaczęli dosiadać swe wierzchowce

Wojowie wsiedli na konie? To dosiadanie zabrzmiało komicznie, może dlatego, że wszyscy dosiedli. ;) Choć wiem, że jest prawidłowo.

 

Od drugiego fragmentu opowieść nabiera tempa i satysfakcja z lektury była większa. Można się przyczepić do wtórności pomysłu, z dzieckiem w koszyku maksymalnie poszedłeś na łatwiznę, podobnie z dialogiem małżeństwa i finałem. "Szkoda, że nie możemy mieć dzieci. Ups. Już jedno jest!" ;) Jednak całościowo jest w opowiadaniu dobry klimat,  ładnie brzmią niektóre opisy, zwłaszcza pobyt na targu, spotkanie dwójki młodych, jest w tym urok, więc za to posyłam punkcik.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

@Darcon Wielkie dzięki za poświęcony na opowiadanie czas i wyrażenie opinii ;) Po pracy przemyślę kwestie o których wspomniałeś i coś pozmieniam :)

Poza tym, że ojcem dziecka księżniczki jest czerwonoskóry i długouchy osobnik, nie będący człowiekiem, nie znajduję w opowiadaniu innej fantastyki, a to, jak dla mnie, trochę za mało.

Cała historia niczym nie zaskoczyła i toczyła się w przewidywalny sposób aż do samego końca.

Nie wykluczam, że do nie najlepszego odbioru przyczyniło się wykonanie, pozostawiające bardzo wiele do życzenia.

 

ko­ry­tarz oświe­tlo­ny barw­ny­mi od­cie­nia­mi wi­tra­ży, które ozda­bia­ły okien­ni­ce. –> Witraże nie są źródłem światła, nie mogą więc oświetlać korytarza. Witraże zazwyczaj są ozdobą okien, ale nie okiennic.

Za SJP PWN: okiennica «ruchoma zasłona w postaci drewnianego skrzydła, zabezpieczająca okno»

 

Wo­jo­wie za­czę­li do­sia­dać swe wierz­chow­ce… –> Wo­jo­wie za­czę­li do­sia­dać swoich wierz­chow­ców

 

Zaś Świę­to Pierw­szych Roz­kwi­tów na­stą­pi za dni nie zgoła trzy. –> Zaś Świę­to Pierw­szych Roz­kwi­tów na­stą­pi za dni trzy/ za niecałe trzy dni.

Poznaj znaczenie słowa zgoła.

 

któ­rzy wy­rzu­ca­ją jego córce od cza­row­nic, gro­żąc sto­sem? –> Można komuś coś zarzucać, czynić wyrzuty, ale nie wydaje mi się, by można komuś wyrzucać od czegoś.

 

Ry­ce­rze ob­sta­wia­ją­cy księż­nicz­kę kon­ty­nu­owa­li swe wy­wo­dy: –> Czy księżniczka uczestniczyła w jakiejś loterii i dlatego rycerze ją obstawiali?

Czy może miało być: Ry­ce­rze ochraniający księż­nicz­kę, kon­ty­nu­owa­li swe wy­wo­dy:

 

A i mie­szek mam nie lekki… –> A i mie­szek mam nielekki

 

a nawet nie­bio­sko­skó­re Dzie­ci Księ­ży­ca… –> Literówka.

 

twarz przy­po­mi­na­ła u czło­wie­ka. –> …twarz przy­po­mi­na­ła u czło­wie­ka.

 

przy­warł ostrzę szty­le­tu do jego krta­ni. –> Coś może przywrzeć do czegoś, np. wystraszone dziecko do nóg matki, potrawa do dnia garnka, można przywrzeć do kogoś w uścisku, ale ostrza do krtani chyba przywrzeć nie można.

Proponuję: …przystawił/ przycisnął/ przytknął ostrze szty­le­tu do jego krta­ni.

 

Lu­dzie, któ­rzy ob­lę­ży­li wcze­śniej stół… –> Lu­dzie, któ­rzy ob­legali wcze­śniej stół

 

Z pew­no­ścią wy­róż­nia­li się wśród tłumu odzia­ne­go w chłop­skie i ku­piec­kie ciusz­ki. –> Wybacz, ale chłopskie i kupieckie ciuszki brzmią śmiesznie i zupełnie nie pasują do opowiadania.

Może wystarczy: Z pew­no­ścią wy­róż­nia­li się ubiorem wśród tłumu chłopów i kupców.

 

Już bo­wiem dawno temu wład­cy Do­li­ny Drze­wo­la­su zna­leź­li nie lichy po­my­ślu­nek na za­peł­nia­nie skarb­ca. –> Pomyślunku się nie znajduje.

Proponuję: …zna­leź­li nielichy sposób na za­peł­nia­nie skarb­ca.

 

– I jako głos sa­me­go króla na­ka­zu­je wam za­prze­stać tej zwady. – do­koń­czył inny ry­cerz… –> Zbędna kropka po wypowiedzi. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Sir Naros po­pa­trzył po­ro­zu­mie­waw­czym spoj­rze­niem po swych kom­pa­nach… –> Masło maślane. Patrzećspojrzeć to synonimy

Wystarczy: Sir Naros po­pa­trzył po­ro­zu­mie­waw­czo po swych kom­pa­nach… Lub: Sir Naros spojrzał po­ro­zu­mie­waw­czo na swych kom­pa­nów

 

i wszy­scy razem, jak jeden mąż, wy­cią­gnę­li swe mie­cze. –> Wystarczy …i wszy­scy, jak jeden mąż, wy­cią­gnę­li mie­cze.

Skoro miecze wyciągnęli wszyscy i zrobili to jak jeden mąż, to znaczy, że wyciągnęli je razem. Czy wyciągaliby cudze miecze?

 

Pijmy wnet dalej, w zgo­dzie i spo­ko­ju. –> Pijmy więc dalej, w zgo­dzie i spo­ko­ju.

Poznaj znaczenie słowa wnet.

 

Ry­ce­rze ru­szy­li za nią, choć z chę­cią pew­nie za­nu­rzy­li by usta w jesz­cze nie jed­nym kubku wy­peł­nio­nym piwem. –> …choć z chę­cią pew­nie za­nu­rzy­liby usta

 

za­miast tego uśmiech­nął się szczo­drze i po­chy­lił nisko… –> Pewnie miało być: …za­miast tego uśmiech­nął się szczerze i po­chy­lił nisko

Poznaj znaczenie słowa szczodrze.

 

Nie wiele wiem o… ta­kich jak ty. –> Niewiele wiem o… ta­kich jak ty.

 

An­tro­na­nin po­pa­trzył wy­mow­nie na drew­nia­ne krze­seł­ko le­żą­ce pod ścia­ną. –> Czy krzesełko było przewrócone? Jeśli nie, to: …na drew­nia­ne krze­seł­ko stojące pod ścia­ną.

 

Ciem­ne włosy, spię­te w koń­ski ogon… –> O ile mi wiadomo, koński ogon, fryzura ze związanych wysoko włosów, powstała i została tak nazwana na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku.

 

Twarz miała nieco po­cią­głą, zdo­bio­ną pa­ro­ma pie­przy­ka­mi i po­zo­sta­ło­ścia­mi po mło­dzień­czym okre­sie. –> Rozumiem, że dziewczyna mogła mieć przydające jej powabu pieprzyki, ale nie rozumiem, czym były zdobiące jej twarz po­zo­sta­ło­ści po mło­dzień­czym okre­sie.

 

Wy­róż­niał się je­dy­nie sze­ro­kim, ozda­bia­nym pasem, który pa­so­wał do ca­ło­ści… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Wy­róż­niał się je­dy­nie sze­ro­kim, ozdobnym pasem, który tak się miał do ca­ło­ści

 

Kiedy wpa­dły jej do głowy pewne ob­ra­zy z mi­nio­nej nocy, omal nie spa­dła ze scho­dów po po­tknię­ciu. –> Nie brzmi to zbyt dobrze.

Może: Kiedy przypomniała sobie pewne ob­ra­zy z mi­nio­nej nocy, potknęła się i omal nie spa­dła ze scho­dów.

 

Ry­ce­rze cze­ka­li już na nią sie­dząc przy jed­nym stole, za­sta­wio­nym ugo­to­wa­ny­mi jaj­ka­mi, smal­cem, wa­rzyw­ną sa­łat­ką i świe­żo pach­ną­cym boch­nem chle­ba. –> Nie bardzo umiem wyobrazić sobie na tym stole warzywną sałatkę, bo i z czego miałby ona być zrobiona i kto w karczmie robił sałatki?

 

– Nie je­stem głod­na. Mo­że­my ru­szać. – ro­zej­rza­ła się po karcz­mie, ale prócz nich i na wpół śpią­ce­go za ladą karcz­ma­rza, w środ­ku nie było ni­ko­go. – już – do­da­ła i skie­ro­wa­ła się w stro­nę wyj­ścia. –> – Nie je­stem głod­na. Mo­że­my ru­szać. – Ro­zej­rza­ła się po karcz­mie, ale prócz nich i na wpół śpią­ce­go za ladą karcz­ma­rza, w środ­ku nie było ni­ko­go. – Już – do­da­ła i skie­ro­wa­ła się w stro­nę wyj­ścia.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

– O czym ty piep… –> Obawiam się, że księżniczka nie użyłaby takiego słowa, choćby i niedokończonego.

 

Ale za nim za­da­ła to py­ta­nie… –> Ale zanim/ nim za­da­ła to py­ta­nie

 

Kruki mocno zma­sa­kro­wa­ły już twarz, jed­nak do­sko­na­le po­zna­ła oczy, do któ­rych pta­szy­ska nie zdą­ży­ły się jesz­cze do­brać. –> Zdawało mi się, że kruki zaczynają ucztę od oczu właśnie, ale mogę się mylić.

 

Te same oczy, które tak cie­pło spo­glą­da­ły na nią przez całą noc, teraz spo­glą­da­ły gdzieś w niebo, pusto i bez­na­mięt­nie. –> Powtórzenie.

Proponuję: Te same oczy, które tak cie­pło patrzyły na nią przez całą noc

 

I pra­wie się udało. Pra­wie, bo jed­nej udało się prze­mknąć… –> Powtórzenie.

Proponuję: I pra­wie się udało. Pra­wie, bo jed­na prze­mknęła

 

– Pani, cięż­ko orzec. –> – Pani, trudno orzec.

 

Karcz­ma w szwach pę­ka­ła, a ów je­go­mość z od­le­głych krain, nie leżał, że tak po­wiem, pew­nie więk­szo­ści z obec­nych wczo­raj lu­dziom. –> Kolokwializm, który nie powinien znaleźć się w tym opowiadaniu.

Proponuję: …a ów je­go­mość z od­le­głych krain, nie spodobał się/ nie przypadł do gustu, że tak po­wiem, pew­nie więk­szo­ści z obec­nych wczo­raj lu­dzi.

 

– Twój oj­ciec po mnie przy­słał. –> Raczej: – Twój oj­ciec mnie tu przysłał

 

Jed­nak mam na­dzie­ję, że nie bę­dziesz mi truł głowy… –> Kolokwializm, który nie ma racji bytu w tym opowiadaniu.

Proponuję: Jed­nak mam na­dzie­ję, że nie bę­dziesz mi zawracał/ suszył głowy

 

Gdzie za­mie­rza­łaś uciec? –> Dokąd za­mie­rza­łaś uciec?

 

I jeśli rze­czy­wi­ście chcę po­cząć to dziec­ko, drogi przy­ja­cie­lu… –> I jeśli rze­czy­wi­ście chcę urodzić to dziec­ko, drogi przy­ja­cie­lu

 

Choć wy­da­ję mi się, że to za wcze­śnie… –> Literówka.

 

usiadł na skra­ju łoża i od­parł wy­pi­na­jąc dum­nie pierś: –> Raczej: …usiadł na skra­ju łoża i zapytał, wy­pi­na­jąc dum­nie pierś:

 

gdyż nikt tego nie spraw­dza. Re­asu­mu­jąc –> Nie wydaje mi się, aby księżniczka użyła tego słowa. Raczej: …gdyż nikt tego nie spraw­dza. Mając to wszystko na względzie

 

wyrzucę przez ten oto otwór sznur z Wo­cho­to­we­go wło­sia… –> Co to jest wochotowe włosie i dlaczego jest napisane wielką literą?

 

– Ależ ja też cię ro­zu­mie! –> – Ależ ja też cię ro­zu­miem!

 

nie­po­słu­szeń­stwo i  całą dzie­ci­na­dę. –> …nie­po­słu­szeń­stwo i  całą dzie­ci­na­dę.

 

w któ­rym było coś po­kro­ju śred­niej wiel­ko­ści ar­bu­za. –> Raczej: …w któ­rym było coś / przypominającego/ o kształcie śred­niej wiel­ko­ści ar­bu­za.

 

Nie ka­za­łem je zabić, jest zna­le­zio­ne. –> Nie ka­za­łem go zabić, jest zna­le­zio­ne.

 

w końcu twój przy­pa­dek nie jest stan­dar­do­wy zbyt po­wszech­ny… –> To słowo nie pasuje do opowiadania. Zwroty nie jest standardowynie jest zbyt powszechny, znaczą to samo.

Proponuję: …w końcu twój przy­pa­dek nie jest powszechny/ częsty/ często spotykany

 

Król wbił krót­ki kor­dzik w krwi­ste jabł­ko i za­to­pił w nim zęby. –> W kordziku czy w jabłku?

 

Yella nie spusz­cza­ła wzro­ku z mar­twej głów­ki le­żą­cej pod jej sto­pa­mi. –> Czy pod jej stopami mogła leżeć żywa główka?

 

– Ano tego, iż twój przy­stoj­niak był ra­bu­siem i zło­czyń­cą. –> To słowo też nie pasuje do opowiadania.

 

gdyż w wielu mia­stach jego po­do­bi­zna zdo­bi­ła miej­skie mury. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …gdyż jego podobizna zdobiła mury w niejednym mieście.

 

nie jeden sam miał za­pew­ne… –> …niejeden sam miał za­pew­ne

 

Gdy nasz Wie­leb­ny bił żonę… –> Dlaczego wielka litera?

 

osta­tecz­nie uległ jej na­mo­wą i od­je­chał. –> …osta­tecz­nie uległ jej na­mo­wom i od­je­chał.

 

małe za­wi­niąt­ko pod­da­ło się rzece i dało się po­nieść…–> Masło maślane. Zawiniątko jest małe z definicji.

Zdanie nie brzmi najlepiej.

Proponuje: Zawiniątko poddało się rzece i popłynęło

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka