- Opowiadanie: ac - Utkarth znaczy upomnieć się

Utkarth znaczy upomnieć się

Debiut.  Liczę, że znajdą się osoby, które zechcą to skomentować. :) Z góry dziękuję za wszelkie uwagi.

 

Podziękowania dla Barniego, który znalazł czas, by wskazać błędy i nanieść poprawki. Mam nadzieję, że tu zajrzysz.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Utkarth znaczy upomnieć się

Świadomość bardzo powoli wracała do Asiera, kolejno i etapami. Z otchłani wybudziły go głosy. Brzmiały jak krzyk w gęstym i starym lesie. Nie potrafił odróżnić słów ani określić, skąd dochodzą. Gdy spróbował się poruszyć, nagły ból z ogromną siłą targnął całym lewem ramieniem, aż zaparło mu dech. Czuł, że zaraz może ponownie stracić przytomność. Ból promieniujący od barku aż po końce palców nie ustępował i doprowadzał go do mdłości. Zagryzł wargi i odetchnął płytko nosem, by uspokoić serce szamoczące się w piersi. Po chwili uświadomił sobie, że leży na wznak, a przed sobą jak za mgłą widzi nisko przybite drewniane belki i słomianą strzechę. Pod nimi coś wisiało. Nie dowidział co, ale węch wracał mu zdecydowanie szybciej niż wzrok i czuł intensywny zapach suszonych ziół. Dźwięki jakby się zbliżyły. Rozpoznawał w nich dwa męskie głosy, z których jeden wydał mu się znajomy. Drugi skrzeczący niczym zardzewiały łańcuch przy studni, pozostawał dla niego zagadką.

– On musi tu na razie zostać, przynajmniej do jutra – monotonnie tłumaczył nieznajomy. Był to głos starca.

– Kiedy będzie w stanie chodzić? – zapytał ktoś o głosie tak znajomym, że Asier miał jego obraz prawie przed oczami. Czuł się tak, jakby w pół zdania zapomniał kluczowego słowa, które miał na końcu języka. Milczał. Bał się, że próba wydobycia z siebie choćby jęku doprowadzi go znowu do utraty przytomności.

– Jeżeli nie na rękach, to pewno jutro. Na jego szczęście kość nie jest złamana – odparł tamten. – Teraz, panie Ezra, niech mi pan powie, kogo mi pan tu przywlokłeś i co wam się, u diabła, stało.

– Rannego. Zranili go.

Ezra, no tak. Asier był pewien, że słyszał to imię i jest znajome jak znoszone buty. Jednak poza przytaknięciem w myślach niewiele mógł zrobić. Z powolnego dryfowania wśród własnych rozważań wyrwał go rozbawiony staruszek.

– Patrzcie no, żartowniś mi się trafił – parsknął. – Połatałem pańskiego druha? Połatałem. To teraz pan opowiadaj, bo ja słuchać lubię, a jak nie, to policzę podwójnie.

– Połatałeś go, to teraz z tą podwójną ceną możesz mnie pocałować w…

– Ty mnie nie ucz kogo i w co ja mogę całować – przerwał mu szybko. – Domyślam się, z kim wam zwada, a jak się nie dowiem, o co chodzi, to mogę ich tu szybko sprowadzić, by dokończyli, co zaczęli.

– Skoro wiesz, z kim nam zwada – wycedził Ezra – to wiesz więcej ode mnie. Co mam ci jeszcze opowiadać, stary konowale?

– Oskar! – krzyknął starzec. Zza węgła wychyliła się dziecięca główka ze strzechą jasnych włosów i umorusanym nosem. – Nasz jegomość jest szalenie niedomyślny. Leć do karczmy i znajdź tam człowieka, na którego wołają Olaf. On odświeży pamięć pana Ezry.

– Siedź na dupie, Oskar – warknął Ezra w stronę chłopca, który zamarł w pół kroku z lękiem na bladej twarzyczce. Ezra palcem pokazał mu mały zydel i kazał na nim usiąść, aby mieć Oskara na oku. Chłopiec podszedł na sztywnych nogach. Ezra zmierzył starca ponurym spojrzeniem.

– Kiedyś za takie gierki ktoś cię o coś skróci, medyku – burknął.

– Ale na razie nikt mnie o nic nie skrócił. Za lekarstwa mało płacą, a za odpowiednio dobrane plotki, to ho, ho. Można sobie dorobić. Nie przedłużaj waść, jegomość ranny się niedługo obudzi.

Ezra skrzyżował ręce na piersi. Asier nawet dostrzegł ten ruch kątem oka, ale nie mógł być tego pewien. Nadal rzeczywistość była dla niego płynna i umowna. Jedyne, co wydawało mu się nadmiernie prawdziwe, to ból. Dużo bólu. Reszta mieniła się różnymi odcieniami niepewności i realizmu. Tych kilka kropel przytomności postanowił skupić na rozmowie odbywającej się w pobliżu.

– Przyjechaliśmy tu wczoraj – zaczął Ezra. – Na wieść o starej świątyni w pobliżu. Mieliśmy się jej przyjrzeć. Musieliśmy popytać chłopów o drogę i tutejsze legendy czy opowieści. Sołtys opowiedział nam nieco o samej budowli. Co kiedyś tam było, co podobno skradziono. Wieczorem popytaliśmy w karczmie. Stare świątynie mają to do siebie, że lubią niemiło zaskakiwać, więc woleliśmy usłyszeć, co mają miejscowi do powiedzenia. Nasłuchaliśmy się o duchach, o nocnych jękach i szczękach, o wyciu i zawodzeniu. Ogólnie wszystko, co można usłyszeć o miejscach, które uważa się za nawiedzone. Nie przyłożyliśmy do tego większej wagi, bo i bajędy nie były zbyt oryginalne. Niestety ktoś widocznie zainteresował się naszym przybyciem i pytaniami. Wnioskuję, że ów Olaf. – Starzec kiwnął nieznacznie głową, popierając domysły Ezry. – Bądź co bądź, wczoraj jak nic poszliśmy spać. Natomiast dzisiaj, gdy świtem wyruszyliśmy w stronę świątyni, kawałek za wsią z lasu wyłonili się konni, w sześciu. Okrążyli nas i na czoło tych obszarpańców wyszedł taki wielki wąsaty. Był w szyszaku, ale widać było źle zagojoną bliznę na brodzie. – Ezra wskazał palcem miejsce, o którym mówił, na swojej twarzy. – Mam nadzieję, że nie ty go zszywałeś, bo jak tak, to ja tu  wrócę po swoje pieniądze.

– Nie, skądże – odparł pospiesznie starzec, strzelając oczami po suficie. – Banda Kaleda sama się łata, gdzieś po lasach. Ja nie wiem gdzie, skąd mnie staremu takie rzeczy wiedzieć. Ale mówcie, co było dalej.

Ezra obdarzył starca wymownym spojrzeniem spod uniesionych brwi i chrząknął cicho. Podjął opowieść.

– Szybko zaczęli stawiać bardzo konkretne pytania. Czyli o czym cennym znajdującym się w świątyni wiemy, a nie chcemy się tą wiedzą podzielić. Jako, że jeszcze nas tam nie było, a cała nasza wiedza o tym miejscu opiera się na kilku wzmiankach w starych zwojach oraz lokalnych przypowiastkach na dobranoc, to nie mieliśmy za wiele do powiedzenia. Niestety banda Kaleda, jak ich nazwałeś, nie uwierzyła nam na słowo. Uznali, że mają kilka argumentów, które pomogą nam sobie przypomnieć, co wiemy. Jak widzisz, mnie drasnęli tylko bełtem po uchu, ale Asier dostał mocno. Nie widziałem czym, bo stał za mną, ale zamach był potężny, więc podejrzewam topór lub jakiś ciężki miecz. Prawie odrąbał mu rękę.

– Nie ma co przesadzać z tym odrąbywaniem, panie Ezra – wtrącił się starzec. – Stracił trochę krwi, owszem. Będzie jakiś czas dochodził do siebie, ale główny impet przyjęła kurtka, która jest w jakiś sposób wzmacniana. Widziałem, że jest jakby podszyta czymś na kształt kolczugi. Sprytne draństwo. A chłop raczej łomotnął o twardy trakt to i wyglądał jak nieżyw.

– Skoro tak mówicie – odparł Ezra, nie do końca przekonany. – W każdym razie padł z konia na ziemię jak rażony piorunem i nie ruszał się, a Kaled i jego ludzie szybko wymierzyli broń we mnie.

– I pozwolili ci tak odejść? – zdziwił się starzec.

– Nie – pokręcił głową Ezra. – Dosłownie znikąd pojawiło się dwóch Strażników. Rozpoznałem ich po czarnych płaszczach. Ten obszar jest pod jurysdykcją Zakonu?

– Jeżeli akurat pan na nich trafisz, gdy jadą gdzieś indziej, to jest. – Starzec, po poprzednim zdziwieniu szybko się zmitygował. Zresztą uważał, że do każdego, kto nosi się zbrojnie, lepiej zwracać się z większą estymą. Choćby dla pozorów.

– No więc Strażnicy, jeden ogolony na łyso, barczysty, a drugi młodzik zupełny, ale patrzył hardo, szybko rozgonili bandę. Znasz ich?

– Nie sądzę, panie. – Pokręcił głową. – Tam co drugi to łysy, tak wychodzą z rekruta. A u nas rzadko są, a jak są, to raczej do mnie nie witają na pogawędki.

– Rozumiem – odpowiedział Ezra i dodał – Nikt im się nie postawił. Nikt nawet nie warknął. Szacunkiem się tu Zakon cieszy. Albo duży strach budzi.

– Jedno i drugie, panie Ezra – odparł medyk. – Tutejsi znają i cenią pomoc Zakonu dla wsi. Zwłaszcza za bezpieczeństwo i w miarę uczciwe sądy, jeżeli są w pobliżu. Tu wiele spraw czeka na rozpatrzenie tygodniami, aż jakiś Strażnik zboczy w te strony. Jednakże tutaj granica blisko. Chłopi mają w pamięci Zakonników idących w bój, o tu, tuż za rzeką Wilgą. Straszne to były czasy dla uznanych za wrogów narodu derońskiego.

Ezra kiwnął głową. Znał pobieżnie historię współczesną zachodnich ziem Deronii i przemarsz Zakonu w okolicy wsi Egen, ale nie był tym zainteresowany. Był zmęczony. Miał jeszcze dużo na głowie, więc skupił się na tym, by dokończyć opowieść.

– Zabrali dwóch ze sobą. Kaleda i takiego z rudą brodą. Wołali go Yahan, czy coś w podobie. Chyba dla świętego spokoju i na wszelki wypadek. Mnie tylko zapytali, czy poradzę sobie jak pojadą. Asiera leżącego na ziemi w kałuży krwi chyba uznali za trupa. Rzuciłem go na koń i wracając, pytałem po chałupach o konowała lub magika i trafiłem do ciebie.

– Czyli Zakon Jedynego uratował wam skórę – mruknął starzec.

– Zawsze ich lubiłem – wystękał Asier, a jego niespodziewany głos poderwał ich obydwu z miejsc.

 

***

 

Gdy udało im się go usadzić, Asier oparł się gołymi plecami o drewnianą ścianę izby. Teraz widział nieco wyraźniej i mógł się przyjrzeć otoczeniu. W pomieszczeniu znajdowało się zbite z sosnowych desek łóżko o wypchanym sianem sienniku, na którym siedział. Zajmowało miejsce w rogu pod oknem. Obok łóżka stał stół i kilka krzeseł. Sam zaś stół był zawalony różnymi roztworami, miskami, bandażami oraz ziołami w kilku kupkach. Pomimo dnia, panował tu półmrok, gdyż okno było małe, a jedyne drzwi wychodziły na sień.

Asier spojrzał na swoje lewe ramię, które pulsowało tępym bólem. Nie mógł mu się dobrze przyjrzeć, bo było grubo owinięte opatrunkami. Nie dostrzegł jednak krwi, co poprawiło mu nastrój. Opatrunek kończył się tuż nad łokciem. Spod bandaży biegły czarne linie tatuaży, układające się w znaki i symbole, których znaczenie nawet Asier znał tylko wybiórczo. Kończyły się na grzbiecie dłoni, zbiegając się do znaku podobnego do poziomej ósemki. Spróbował poruszyć palcami. Drgnęły, ale towarzyszący temu ból wycisnął mu łzy z oczu. Jednak sam fakt sprawił, że odetchnął z ulgą. Ezra stał nad nim i bacznie mu się przyglądał. Asier nadal nieco ogłupiony wywarami uśmierzającymi ból od starego medyka oglądał Ezrę jak stare obrazy, które już kiedyś widział, ale musiał poznać na nowo. Te ostre rysy, ciemne oczy i włosy wygolone po bokach czaszki i na karku aż do gołej skóry, a z góry zebrane starannie w koński ogon. Starzec przedstawił się jako Edfraghar i przyjrzał się krytycznie opatrunkom. Był sędziwym człowiekiem, nieco wykręconym przez reumatyzm, ale żywe oczy spod burzy siwych włosów odmładzały go, pomimo całych dolin zmarszczek znaczących jego kojarzącą się z ptasim dziobem twarz. Oskara nigdzie nie dostrzegał.

– Asier. – Ezra pstryknął mu palcami przed nosem, ale ten tylko mrugnął i z trudem ogniskował spojrzenie. – Ile czasu będzie dochodził do siebie? – zwrócił się do Edfraghara.

– Do pełni zdrowia kilka tygodni. Świadomość wróci mu do wieczora. Dobrze byłoby, gdyby ten czas przespał.

– Dobrze – przytaknął. – Wrócę po niego wieczorem. Jeżeli obudzi się, nim przyjdę, przekaż mu, że poszedłem się czegoś dowiedzieć.

Starzec w milczeniu kiwnął głową i z niemałym trudem położył Asiera z powrotem.

– Jeszcze jedno. – Ezra stał już w progu, gdy zatrzymał się i odwrócił, kładąc dłoń na rękojeści miecza wystającej zza pasa. – Opowiedziałem ci to zgodnie z zapłatą, której zażądałeś. Tutaj jest płatność za twoje milczenie. Nikomu ani słowa. Do dnia, w którym stąd wyjedziemy, nie możesz o tym nikomu paplać. Nie zajmie nam to więcej niż kilka dni. Wytrzymaj, Edfraghar.

Mówiąc to, rzucił mu srebrną monetę z wybitym szlachetnym profilem Saafala Wielkiego, ojca obecnego króla Deronii, Deafala Mądrego. Każdy deroński król był albo Wielki, albo Mądry. Zdarzali się też Wspaniali i Odważni. Podłych i Upartych zachowywano dla pokonanych.

Edfraghar pomimo wieku i sękatych palców, monetę złapał wcale zręcznie.

– Jako gwarant zabieram małego – rzucił za sobą Ezra. – Jak coś chlapniesz, będziesz miał kolejnego pacjenta.

Stary medyk nie zdążył nawet sapnąć, gdy obaj zniknęli za drzwiami.

 

***

 

Niebo na zachodzie skrzyło się pomarańczowym blaskiem, wydłużając cienie drzew i chat we wsi. Pojedyncze chmury leniwie płynęły popędzane lekkim wiatrem. Ezra zasępił się, kierując kroki ku domostwu Edfraghara. Mały Oskar był już zmęczony i marudził, idąc wężykiem za Ezrą. Mężczyzna nie zwracał na niego uwagi, mijając wieś kładącą się do snu. Był cichy wieczór późnego lata, które w zachodniej Deronii nie było ani długie, ani przyjemne. Po prostu mniej szarobure i wietrzne od innych pór roku. Tego dnia jednak lato postanowiło pożegnać się niemal czystym niebem i zachodem słońca niczym nocne ognisko.

W oddali nieliczni chłopi wracali z pól i lasów. Przygarbieni, z koszami w rękach i workami na karkach, zmierzali niespiesznie w stronę wioski przez złote pola upraw. Wiatr szarpał poły ich koszul i słomiane kapelusze na głowach. Do uszu Ezry dolatywały strzępki rozmów i urywane śmiechy. Nie poświęcił temu sielskiemu obrazkowi więcej uwagi niż Oskarowi, który, próbując kopnąć go w łydkę, poślizgnął się na krowim placku i upadł weń zadkiem.

Zbliżając się do chaty medyka, Ezra usłyszał podniesione głosy. Niewiele myśląc, przyspieszył i wpadł do sieni, wywracając stojący przy drzwiach kosz z ziemniakami. Pewnie zapłata za medykamenty dla trzody, przyszło mu do głowy, gdy kartofle potoczyły się po klepisku. Krzyki były już całkiem donośne. Gdy Ezra zajrzał do izby, zobaczył, jak Asier z Edfragharem siedzą przy stole i żywo dyskutują.

– Liść księżycowy i obierki z rzepy? – wrzasnął Asier i zaniósł się histerycznym śmiechem. – Czym ty mnie chciałeś leczyć, staruchu? Siłą wyobraźni?

Edfraghar, widocznie nieprzyzwyczajony do nazywania go staruchem, a tym bardziej do podważania jego umiejętności zrobił się czerwony na twarzy i zaciskał trzymane na stole pięści. Asier siedział na małym zydelku. Rozwalił szeroko nogi w wysokich skórzanych butach i z naciągniętą na jedno ramię koszulą spojrzał w stronę drzwi. Drugą rękę miał na płóciennym temblaku zawiązanym na karku. Jego krótkie, obcięte byle jak, ciemne włosy wciąż błyszczały od potu gorączki. Na sinej od zarostu twarzy gościł szeroki uśmiech a spojrzenie wiecznie podkrążonych oczu skierował na Ezrę.

– Piękny! – krzyknął. – Miło cię widzieć. Do jakiego rzeźnika samouka mnie zaprowadziłeś?

– Do takiego, który był w pobliżu – odpowiedział Ezra. Przydomek nadano mu tak dawno, że nie pamiętał, kiedy nazwano go tak po raz pierwszy. Na początku musiały to być uszczypliwe uwagi związane z tym jak dbał o swój wygląd. Jego nawyki się nie zmieniły i w ciągu dnia zawsze musiał znaleźć czas, by się ogolić. Asier po pewnym czasie zaczął nosić ze sobą składniki do wytwarzania balsamu dla Ezry, bo ten potrafił na swoje zabiegi zużyć całą wodę, którą mieli. Uważał to jednak za odchył w granicach normy. Zawsze mógł trafić na kogoś kto wśród zainteresowań ma wbijanie noża w plecy śpiącym kompanom i zabieranie ich dobytku. Nie brakowało takich na traktach. Ezra zwrócił się do starca. – Oddaję gnojka.

Stary medyk obdarzył chłopca krótkim spojrzeniem i ruchem głowy wskazał mu drewnianą balię. Chłopiec, nieco naburmuszony, ruszył w tamtym kierunku, by się umyć.

– Pański kamrat zdrów – zaskrzeczał Edfraghar. – A raczej na chodzie. Nażarł się własnych specyfików z tej swojej torby, jak tylko pan żeś wyszedł. Możecie panowie już opuścić mój dom.

– Pójdziemy, a jakże. – Asier wstał szybko i zdrową ręką zaczął zbierać swoje, leżące przy łóżku rzeczy. – Jeszcze mi tu sczeznąć przyjdzie od tych obierek i świnie mną nakarmi szarlatan.

Ezra pomógł Asierowi i wziął od niego skórzaną torbę pełną zapięć i kieszeni oraz krótki miecz. Z kaftanem i rękawicami Asier poradził sobie sam. Edfraghar przyglądał się spode łba, zbierającym się do wyjścia mężczyznom. Obaj szczupli i wysocy. O twarzach zaciętych i poznaczonych bliznami. Gdy wychodzili Asier tylko machnął nieznacznie zdrową ręką i zniknął za progiem mamrocząc pod nosem coś ziołach i rzepach. Ezra zatrzymał się podobnie jak poprzednim razem.

– Pamiętaj – powiedział tylko, patrząc starcowi w zapadnięte oczy i wyszedł.

 

***

 

– Dziad powiedział, że wyszedłeś się czegoś wywiedzieć – odezwał się Asier, gdy Ezra dogonił go na ubitej końskimi kopytami drodze. Wskazał mu starą ławeczkę zbitą z dwóch pieńków i deski, stojącą pod pobliską chatą. Księżyc był już bardzo dobrze widoczny, jednak niebo ostatkami sił broniło się przed nocą i wciąż było całkiem jasno. Usiedli obaj, a Asier z cichym sykiem złapał się za lewe ramię. Pochylili się, opierając miecze o ławkę. Zgarbieni wodzili niewidzącym spojrzeniem po wiejskim horyzoncie tonącym powoli w mroku nocy.

– Dziad powiedział też, że zmieniłeś kurację na własną – odparł Ezra. – Długo cię to utrzyma na nogach?

– Mam nadzieję, że do rana – odpowiedział Asier, zdrową ręką przetrząsając torbę, którą rzucił sobie pod nogi. Były tam ciasno zawiązane skórzane worki wielkości pięści i takie niewiele większe od paznokcia. Brzdękały szklane buteleczki, w których błyskały płyny o różnych kolorach. Asier wyciągnął mały kamienny moździerz i położył obok torby. Wyciągnął też dwa nieduże worki z cielęcej skóry i wrzucił je do moździerza. Całość wyciągnął do Ezry.

– Mógłbyś to tam nasypać i zetrzeć na drobno? – zapytał. – Niedużo. W sumie około uncji, do drugiego wyżłobienia na moździerzu. W stosunku dwa do jednego. Tych białych płatków mniej.

– Edfraghar opowiedział ci, co się wydarzyło? – zapytał Ezra, kładąc sobie moździerz na kolanach i delikatnie odmierzając przesypywane składniki.

– Tak – odpowiedział Asier. – Ale słyszałem też, jak ty opowiadałeś. Wolałem to jednak usłyszeć dwa razy.

– Dobrze. – Ezra kiwnął głową. – Strażnicy zajęli tymczasowo chatę sołtysa. Przechodziłem tamtędy. Widziałem, jak młodszy siedział na ganku i pilnował tamtych dwóch. Starszy, łysy musiał być w środku i ustalał coś z sołtysem.

Asier nie odzywał się tylko słuchał. Nikogo nie było w pobliżu ale rozmawiali przyciszonymi głosami. Suszone zioła chrzęściły cicho w rytm ruchów Ezry. Asier zerknął krótko, czy stan już mu odpowiada, ale nie odezwał się.

– Nie jest dobrze – kontynuował Ezra. – Tu nie ma aresztu, a Zakon i tak nie ma powodu, by ich zamykać. – Asier wyprostował się i spojrzał na przyjaciela, przypominając sobie, że uznali go za trupa, ale widocznie nie za wystarczający powód, by kogoś zamknąć. Nikt nie karze za zabicie przybłędy. Ezra zrozumiał spojrzenie, ale zbył to machnięciem ręki.  – Posłuchaj, pewnie ich wypuszczą. Najpóźniej jutro rano, choć podejrzewam, że jeszcze dziś. Nie będą przecież z nimi spać. Reszta bandy na pewno siedzi w karczmie i pijąc, czekają na pół mózgu tego Kaleda. Potem może być różnie. Strażnicy nie zainteresowali się świątynią. Na razie.

– Rozumiem – odpowiedział zamyślony Asier. – Musimy tam iść. Najlepiej zamknąć się jakoś w tej świątyni. Kiedy wyjdzie Kaled od razu tam ruszą. Nawet jak nie wiedzą czego, ani gdzie szukać, rozbiją tam obóz i będą na nas czekać. Mogą minąć tygodnie nim się zniechęcą. Zresztą jak jest tu Zakon, też trzeba się spieszyć. Możliwe, że będą chcieli sami to zbadać. – Podrapał się zdrową ręką po głowie i nachylając się, wyciągnął z torby krzesiwo, które podał kompanowi. – Podpal to i odstaw. Musi się wypalić. Ezra, nie możemy za wiele zrobić. Tamtym osiłkom nie damy teraz rady. Ich jest czterech, a ja jestem pół inwalidą. Zresztą nawet jakbyśmy dali, to Strażnicy powiesiliby nas na najbliższym drzewie za wskazaniem sołtysa. Bandyci bandytami, ale lepszy swój rabuś niż cudzy awanturnik. Musimy zabarykadować się w tej starej świątyni, aż coś tam znajdziemy.

Ezra przytaknął. Nie mieli za wielu innych opcji. Czas uciekał, a oni nie posuwali się do przodu.

– Edfraghar wie – odezwał się w ciszy Asier, który sięgnął po moździerz i grzebał palcem w kupce popiołu. Gdy znajdował małe kryształki brał je na palec razem z popiołem i podstawiał sobie pod dziurkę w nosie. Wciągał je z charakterystycznym dźwiękiem. Znalazł cztery. – Jest ciekawski a nie zapytał o moje tatuaże. Nawet się o nich nie zająknął. Nie sądzę, żeby w tej dziurze często zjawiali się ludzie z takimi znakami na ciele. Gdy obudziłem się po raz drugi w chacie nie było nikogo. Musiał gdzieś się udać.

– Wiem – odezwał się Ezra nieco zmęczony tym przytakiwaniem. – Chyba cię rozpoznał albo wie mniej więcej co zobaczył. To szpicel i na dodatek niezbyt rozgarnięty. Obiecałem małemu miedziaka jeżeli da nam znać, że stary ma za długi jęzor.

– Mamy większy problem – odezwał się w ciszy Asier. – Nie czuję magii w lewej ręce.

 

***

 

– No kurwa – zaklął Asier. – To się żeśmy zabarykadowali.

Po długiej wędrówce, którą musieli odbyć, gdy Asier odmówił jazdy konnej, stanęli przed czymś, co kiedyś mogło być świątynią. Teraz były to tylko marne ruiny. Z podłogi zbudowanej z kwadratowych granitowych płyt wyrastały połamane niczym trzciny na wietrze kamienne graniaste kolumny. Mogły podpierać jedynie niebo, by to przypadkiem nikomu nie spadło na głowę, bo po sklepieniu nie został ślad. Po ścianach zresztą też niewielki. Granitowe bloki podłogi pozostały, widocznie były za ciężkie, by je ukraść. Spomiędzy płyt wyrastała trawa, a resztki ścian, które wyglądały jak uzębienie proszalnego dziada porosły mchem i bluszczem. Asier i Ezra obeszli ruiny dookoła, domyślając się pierwotnego kształtu i odnajdując nawę główną oraz dwie boczne. Znaleźli też miejsce, w którym jak podejrzewali kiedyś musiał znajdować się ołtarz. Wskazywało na to wzniesienie, na które prowadziło kilka stopni. Coś sprawiło, że to właśnie za domniemanym ołtarzem zachowała się prawie cała ściana zewnętrzna. Wystawała z ziemi niczym grot strzały, sterczącej z pleców. Miała wysokość podwójnej kondygnacji i pod oknem, z którego błyskały resztki szkła i które stanowiło jej centralny punkt znajdował się kawałek sufitu oddzielający piętra. Domyślali się, że za ołtarzem znajdowało się miejsce na organy lub relikwie.  

Nie prowadziła tu żadna droga i gdyby nie jasne wskazówki sołtysa nigdy by tu nie trafili. I tak minęli głaz, na który mieli zwrócić uwagę i skręcić przy nim. Musieli się zawracać. Teraz otaczał ich stary las, a ruiny w jego sercu oświetlone blaskiem księżyca nie zachęcały do przekroczenia zniszczonego progu.

– Zobacz. – Ezra wskazał Asierowi cokół ołtarza, pod którym coś majaczyło w cieniu. – Ktoś tu składa ofiary, pewnie chłopi. Nie podoba mi się to. Możemy skończyć z widłami w dupie.

– Tylko się nie rozmarz – odparł Asier i ostrożnie przekroczył wyrwę w murze. Po kilku krokach znalazł się pomiędzy dwoma rzędami kolumn, a raczej tego co z nich zostało, które biegły wzdłuż nawy głównej. Rozejrzał się wokół i uśmiechnął.

– Przypatrz się, Ezro – powiedział. Ezra przypatrywał się usilnie, ale pod swoje nogi, aby w nic nie wdepnąć.– Znajdujemy się właśnie w ruinach dawnej świątyni bóstwa zapisywanego dzisiaj jako Utkarth. Jest to wymarły kult, choć może nie do końca patrząc na dary z plonów. Podejrzewam jednak, że tutejsi chłopi modlą się do wszystkiego, co może ich wysłuchać. Tak na wszelki wypadek.

Mówiąc, chodził między zniszczonymi kolumnami, szturchając butem każdy wystający przedmiot i zaglądał w kąty, o ile się jakieś ostały. Ezra z kwaśną miną wszedł za Asierem i z pochodnią w ręku szukał czegokolwiek, co mogłoby stanowić punkt zaczepienia ich dalszych poszukiwań.

– Zostawiając szczegóły na inną okazję, Utkarth był, lub była, charakterystycznym bóstwem. Bowiem istoty wyższe typowo dla tamtego okresu były ucieleśnieniem sytuacji, emocji, stanów, które przydarzają się ludziom – kontynuował nie zwracając większej uwagi na poczynania Ezry. – Między innymi miłość, smutek, płodność, radość. Długo by wymieniać wszystkie bóstwa z panteonu dawnej Setyrei. Utkarth to bóstwo kary, pokuty, więzienia, egzekucji, a także surowej sprawiedliwości. Jego, lub jej atrybut stanowił łańcuch więzienny, kajdany. Ślady po nich możesz znaleźć na kolumnach. W okresie rozkwitu tego kultu świątynie i kapłani byli zorganizowani militarnie, a świątynie pełniły też rolę stołpu, rzadziej skarbca. W tym czasie na tych terenach religie toczyły ze sobą regularną wojnę na zasadach wszyscy na wszystkich. Podejrzewam, że właśnie dlatego ta jest tak zniszczona. Ktoś musiał ją zdobyć i ograbić, ale to było wiele setek lat temu.

– Więc co my tu właściwie robimy? – zapytał Ezra odwracając się i kierując światło pochodni na Asiera. Cienie kolumn zatańczyły dziko na granitowych płytach, a las wydał się jeszcze ciemniejszy niż przedtem. – Jeżeli chciałeś mi udzielić wykładu, mogłeś to zrobić w karczmie przy piwie. Łatwiej byłoby mi udawać zainteresowanie, a wycieczkę objazdową przełożylibyśmy na porę dnia, w której cokolwiek widać.

– Nie marudź. Nassei chciał, aby sprawdzić to miejsce – odparł Asier, kręcąc się już wkoło. – Z tego co pisał wynika, że ta świątynia została uznana za ograbioną i bezwartościową już grubo ponad sto lat temu. Możliwe, że coś przeoczyli. Parę lat temu odkryto kilka ciekawych dokumentów na temat budowli rytualnych Utkarth. To daje podstawy, by poszukać. Pewnie jest tu coś ukryte.

Ezra wzruszył ramionami i niechętnie wrócił do przetrząsania cegła po cegle starego budynku. Asier odchodząc w przeciwległy kąt, zamyślił się. Oczywiście wiedział, że takie budynki były wznoszone przez różnych mistrzów i architektów, ale trzy, o których czytał, miały pewne punkty wspólne. Ta, w której się znajdowali, nie należała do wyjątków. Charakterystyczna budowla w kształcie krzyża oraz dwa rzędy kolumn po dziewięć w jednym, dając w sumie osiemnaście. A według mitu Utkarth w swojej domenie miał zaplanowane osiemnaście kar głównych, zależne od uczynków. Asier dopatrzył się na dwóch kolumnach znaków, które podejrzewał o opisywanie wyroków, które symbolizują. Nie znał jednak tego języka. Był podobnie wymarły jak kult Utkarth i uczciwe ceny dla przyjezdnych w lokalnej karczmie.

Podszedł do miejsca, w którym zaczynały się kolumny. Patrząc z lotu ptaka, Asier znajdował się na końcu najdłuższego ramienia krzyża i jak zauważył tutaj musiały być niegdyś wrota. Nie pozostały po nich nawet zawiasy.

Zgubił rachubę, który raz to robi, ale rozejrzał się wokół. Działanie substancji, którą zażył słabło powoli. Ramię zaczęło ponownie odzywać się tępym, pulsującym bólem. Asier przypomniał sobie, że ostatni raz jadł poprzedniego dnia. Poklepał się zdrową ręką po biodrze. Zaklął. Zostawił torbę przy koniach. Podniósł głowę. Gdyby było jasno, mógłby dojrzeć każdy element otoczenia, łącznie z lasem. Mury świątyni w najwyższym miejscu sięgały mu łokcia, a całe były dziurawe jak rzeszoto.

Kawałek dalej, za ołtarzem przywiązali konie, które prowadzili tu całą drogę. Nie dały się podprowadzić bliżej. Parskały i ryły kopytami w ziemi. Ezra stwierdził wtedy, że nie jest to dobry znak. Asier przyznał mu rację, ale przypomniał, że dobre znaki zdarzają im się bardzo rzadko, natomiast tych złych zazwyczaj mieli dostatek. Poza tym może konie po prostu nie są zainteresowane architekturą dawnych ludów zamieszkujących te tereny, pomyślał. Próbował dostrzec w ciemności końskie sylwetki lub błysk ślepi, ale równie dobrze mógł marzyć o ciepłej strawie spadającej z nieba. Było ciemno, że oko wykol. Widział tylko tyle, ile zechciał, pokazać mu kapryśny płomień pochodni. Stawiał już pierwsze kroki w stronę wierzchowców, gdy nagle go olśniło. Ołtarz.

Chciał się uderzyć dłonią w czoło ale wybrał złą rękę. Sam skurcz lewego ramienia zabolał tak, że przed oczami zatańczyły mu cienie. Podbiegł do ołtarza, klnąc głośno na czym świat stoi i kucnął, aby mu się lepiej przyjrzeć. Wbił pochodnię między płytki tuż przy swojej nodze. Widział, że do cokołu ołtarza prowadziły trzy kamienne stopnie. Na samym cokole mógł dopatrzyć się śladów, które pozostawiły po sobie zrabowane dobra. Prawdopodobnie sam ołtarz lub posągi, pomyślał. Jednak przed tymi śladami, tuż przy samym najwyższym stopniu znajdowała się kamienna misa. Była idealnie okrągła i miała około łokcia szerokości. Wyglądała na ciężką. Była wypełniona owocami i warzywami, które zostały tu przyniesione w ofierze. Zaczął je wyrzucać za siebie szybkimi ruchami, mając w duchu szczerą nadzieję, że bóstwo, demon czy inna cholera, której się ta ofiara należała, nie będzie miała mu tego za złe. Albo że spała. A najlepiej żeby od dawna była martwa, pomyślał.

– Piękny! – krzyknął przyglądając się kamiennemu naczyniu.

– Idę! – odkrzyknął Ezra, który postanowił właśnie ulżyć pęcherzowi na pobliski parkan. Asier dostrzegł, że misa znajduje się jakby na osobnej płycie niż reszta cokołu. Przetarł dłonią krawędzie i zauważył, że prowadzą przez kolejne stopnie. Tworzyła przypominający poskładany w harmonijkę prostokąt. Spojrzał szybko pod misę, a serce zabiło mu szybciej. Wciągnął powietrze i dmuchnął z całej siły. Wzniósł tym całe tumany kurzu, który możliwe, że znajdował się tam od stuleci i swoim brudnym majestatem domagał się więcej szacunku. Asier uśmiechnął się. Między misą a podłogą, na której stała, dostrzegł maleńką, ale wyraźną szparę. Wydawało się, że miała grubość pergaminu.

– Co jest? – zapytał Ezra, podchodząc i zawiązując niespiesznie spodnie. Brodą przyciskał do szyi poziomo pochodnię, aby ją utrzymać, co było wyczynem iście akrobatycznym.

– Złap tę misę i spróbuj ją przekręcić – powiedział Asier, siadając na piętach. Ezra uniósł brwi, ale nic nie powiedział. Uporawszy się ze spodniami, podał Asierowi swoją pochodnię i zaszedł misę od strony cokołu. Złapał ją szeroko i spojrzał jeszcze na przyjaciela.

– Jesteś pewien? – zapytał patrząc spode łba. – To bardzo stare miejsce. Nawet ja czuję, się tu nieswojo. Tu może coś tylko czekać na takich dwóch durniów jak my, którzy to otworzą.

– Przekonajmy się – odpowiedział Asier, sprawdzając czy ma miecz przy pasie. Chłód stali nieco go uspokoił, a Ezra stęknął cicho i naparł na misę. Przez sekundę wydawało się, że to na nic, gdy ta ustąpiła i poruszyła się. Ezra spróbował jeszcze raz, tylko mocniej i misa zrobiła obrót o kolejnych kilka stopni z głośnym nieprzyjemnym zgrzytem. Pod nimi coś stuknęło cicho, ale wyraźnie. Spojrzeli na siebie i Ezra niewiele myśląc, złapał misę i pociągnął ją z całej siły do góry. Uniosła się kilka cali, a razem z nią wycinek schodów przed nią. Asier złapał krawędź stopnia od spodu zdrową ręką i razem postawili kawałek podłogi z kamiennym naczyniem prostopadle do podłoża. Ezra usiadł dysząc ciężko, a Asier opierając się o schodek, oświetlił sobie widok pochodnią. W nos uderzył go smród zatęchłego wilgotnego powietrza. Jego oczom ukazało się wejście po stromych stopniach, po których pająki szybko pierzchały spod światła płomieni.

– Mówiłem, że jest tu coś ukryte? – zapytał Asier, szczerząc zęby.

 

***

 

– Myślisz, że możemy założyć, że ktoś się zjawi tu tej nocy? – zapytał Asier, siedząc wśród kolumn i przetrząsając torby, które wyciągnął z końskich juków. Były podobnie pękate i pełne kieszeni co poprzednia.

– Myślę, że nie jesteśmy tu bezpieczni – odparł Ezra, zaglądając niechętnie w tajemne przejście, które przed chwilą odkryli. – Nie jestem tylko pewny co, ani w jakiej kolejności nam zagraża.

– Pytam o zgraję Kaleda – sprecyzował Asier. Na Strażników Zakonu Jedynego ani na potencjalne zagrożenia ze strony istot eterycznych nic nie mógł poradzić, więc nie pytał o nich. Nie podzielił się jednak tymi przemyśleniami z Ezrą.

– Jestem gotów się założyć, że są już w drodze.

– Ja też – odpowiedział Asier, który złapał jedną z trzech toreb, które przyniósł i odwrócił ją do góry dnem. Liczne woreczki, koperty i zawiniątka wysypały się na marmurową płytę, tworząc niedużą kupkę bałaganu, silnie pachnącą ziołami.

– Przyjmując ten scenariusz, nie mamy wiele czasu – powiedział Asier, wyciągając z drugiej torby naczynia, w tym moździerz, którego używali wcześniej. Ezra miał złe przeczucia. Znał ten ton i wiedział, że właśnie obowiązki zostaną rozdzielone, słomki wyciągnięte i karty rozdane. Ogólnie decyzje zostaną podjęte, a jego jedyny w tym udział będzie taki, że ich wysłucha. Nie mylił się. – Ja muszę się przygotować. Ty właź tam i przeszukaj miejsce, do którego prowadzą te schody.

– No już lecę – odpowiedział Ezra krzyżując ramiona na piersi. Droga po kamiennych stopniach ginęła w mroku i święcąc pochodnią, nie mogli dostrzec dokąd może ich zaprowadzić. Odór śmierci był aż nadto wyczuwalny. Na wykutych w kamieniu ścianach, ciągnęły się pordzewiałe łańcuchy. Loch był słowem, które samo cisnęło się na usta. Może architektura dawnych świątyń nie była konikiem Ezry, ale wystrój tajemnych schodów pod nimi, które prawdopodobnie prowadzą do czegoś, z czego można już nigdy nie wyjść, interesował go całkiem żywo.

– Powiedzmy, że ja tam pójdę, a ty zostaniesz tutaj – rzucił Asier, przerywając mieszanie składników. – Co zrobisz, gdy przyjdzie ich cała szóstka?

– A ty co zrobisz? – odpowiedział pytaniem na pytanie Ezra. Wydawało mu się całkiem uzasadnione. Ezra co prawda był bardzo dobrym szermierzem. Prawdopodobnie najlepszym jakiego Asier znał. Fachowiec wśród rzeźników można by rzec. Żaden z nich nie sądził jednak, by było to wystarczające

Asier zanucił starą melodię, zamyślony nad umiejętnościami Ezry w robieniu mieczem. – Ja mam pewien pomysł.

– Pomysł?

– Kupię ci trochę czasu – odpowiedział Asier. – Pod ziemią nie może być nie wiadomo ile powierzchni do zbadania. Pójdziesz i raz, dwa wrócisz. A mój plan jest prosty, słuchaj…

 

***

 

Ezra wysłuchał. Plan rzeczywiście był prosty. Wraz z jego zapoznawaniem się, oczy Ezry coraz bardziej wychodziły z orbit, aż w końcu je zamknął, bo bał się, że mu wypadną. Pod koniec niedowierzanie ustąpiło miejsca rozbawieniu, aż w końcu Ezra roześmiał się całkiem na głos. Śmiejąc się, machnął ręką, złapał pochodnię i zaczął schodzić po kamiennych stopniach w ciemność. Echo jego śmiechu Asier słyszał jeszcze dobrą chwilę po tym, jak Ezra zniknął mu z pola widzenia.

 

***

 

Chrzęst ziemi pod ciężkimi buciorami Asier usłyszał, gdy pochylony kończył wysypywać zioła. W ostatniej chwili, pomyślał. Stał w miejscu, w którym kiedyś znajdowały się wrota. Wyprostował się. W jego stronę zmierzało trzech dryblasów. Nie kryli się ani nie skradali. Szli, a w ciemnościach błyszczały ich zęby. Wszyscy trzej byli od niego wyżsi i tężsi. W rękach trzymali miecze. Odziani w płócienne szmaty, na które ponasadzali znaleźne części różnych pancerzy. Dziurawe kolczugi, karwasze, szyszaki. Co komu w ręce wpadło. Pierwszy szedł po środku. Co to za dziwna zasada, że hersztem bandy zawsze musi być ten najbrzydszy, zdążył pomyśleć Asier.

Najbrzydszy, zwany Kaledem szedł przygarbiony i w szerokim, upiornym uśmiechu prezentował braki w uzębieniu. Wyciągnął miecz sztychem w stronę Asiera i już otwierał usta, by coś powiedzieć, gdy ten odwrócił się na pięcie i przyłożył pochodnię do ziemi. Natychmiast buchnął jasny płomień, który wystrzelił na boki. Płomienna pętla szybko okrążyła ruiny świątyni, a Asier znad ognia posłał Kaledowi i jego ludziom spojrzenie, gorejące niezdrowym blaskiem.

 

***

 

– Masz, zjedz to – powiedział Asier, wyciągając palcami ze słoika coś, co wyglądało jak marynowany grzyb.

– Co to jest? – zapytał Ezra, kucając przy Asierze i przyglądając się grzybowi. Nigdy wcześniej takiego nie widział. Był szarawy w buro-czerwone plamki. Zdecydowanie wyglądał na trujący.

– Zniweluje działanie – odparł Asier, wsadzając sobie do ust taki sam.

– Działanie czego? – zapytał Ezra, rzucając podejrzliwe spojrzenie kompanowi.

– Tylko rozgryź – powiedział ten, krzywiąc się znacznie. – Inaczej dostaniesz sraczki.

 

***

 

– Myślisz, że trochę ognia może mnie przestraszyć, psie? – ryknął Kaled. Faktycznie, nie brzmisz jakbyś się bał, ale daj sobie trochę czasu, pomyślał Asier. Płomienie trzaskały, sięgając ludziom Kaleda do opasłych brzuchów. Jednak pas ognia nie był szeroki. Gdyby zdecydowali się go pokonać, mogliby to zrobić jednym krokiem. Gęste, szare kłęby dymu zanurzyły ruiny świątyni w mroku. Ludzie Kaleda krztusili się nim, głośno kaszląc. Asier widział wcześniej kątem oka, dwóch jego ludzi idących po bokach. Brakowało jednego, ale zdradził go silny kaszel i donośny odgłos splunięcia. Był po lewej, na wysokości cokołu ołtarza. Wejście w podziemia było zamknięte.

Asier stanął między kolumnami i odwrócił się w stronę herszta bandy. Rozłożył szeroko ramiona, a światło otaczającego go kręgu ognia, zagrało na jego żylastym, nagim torsie. Cienie podkreśliły blizny. Wyciągnął w stronę Kaleda lewe ramię, pokryte licznymi tatuażami od karku aż do palców. Opatrunków pozbył się wcześniej razem z kurtką i koszulą. W drugiej ręce trzymał miecz, którego ostrze lśniło wśród dymu.

– Wejdź, skoro się nie boisz – krzyknął i mógłby przysiąc, że usłyszał zgrzyt zębów.

 

***

 

– I to ma zadziałać? – zapytał Ezra, wybałuszając oczy, a kąciki ust wyraźnie zadrgały mu do góry.

– Zadziała – powiedział Asier, wsypując wymierzone porcje ziół do większego worka. – Widzisz tę mieszankę? Dym wydobywający się z tego, jest silnie halucynogenny. Da radę. Poza tym stary widział tatuaże. Oni boją się magii, są zabobonni.

– Owszem są zabobonni ale nie są do reszty skretyniali – odparł Ezra. – Poza tym z tego co mówiłeś, nie jesteś w stanie używać magii.

– Nie, nie jestem – przyznał Asier, łapiąc zawiązany worek i machając nim mocno w górę i w dół, by zawartość się wymieszała. – Ale oni o tym nie wiedzą. Nie potrzebuję magii. Ja potrzebuję ich strachu.

 

***

– Chodźta, chłopy – warknął Kaled, patrząc na postać w płomieniach. Jego towarzysze nie kwapili się do tego. Rzucali podejrzliwe spojrzenia w stronę świątyni. Wśród dymu widzieli błyszczące ostrze miecza i oczy Asiera, który patrzył wprost na nich.

– No nie wiem – odparł Haćko, łapiąc pewniej krótki miecz, który wyszarpnął, ze stygnącej dłoni rycerza napadniętego przez nich tydzień temu. – Tamten stary konował mówił, że to jakiś czarownik.

– Kurwa, durniu, ogniska się boisz? Tatuaży? – ryknął herszt, aż nad czarnymi wąsami wykwitły mu ciemne plamy. – Toć nawet Rykiel ma tatuaż gołej baby na ramieniu! Jak łokieć zegnie to i ona się wygina!

Haćko nie był przekonany. Oglądał tatuaż Rykiela w karczmie przy trunku i strawie. Ten tutaj wyglądał inaczej, groźnie. Czuł, że zaczyna mu się  kręcić w głowie.

– Twój brat prawie go zabił jednym uderzeniem, a ty się boisz iść w sześciu chłopa – burknął Kaled. – A pies cię trącał, chodź Daćko. – powiedział do drugiego z towarzyszy, który niechętnie postąpił za nim.

 

***

 

– Jak silne mogą być te halucynacje? – zapytał Ezra.

– Zależy ile się nawdychają – odparł Asier biorąc do ręki, trzy ampułki z płynami opisanymi na etykietach. – To jest też bardzo indywidualne. Podatność jest uzależniona od organizmu, ale za efekt minimum biorę niepokój i trudność w podjęciu decyzji.

– A maksimum? Co ty zamierzasz?

– Panika, krzyk. Może zawał. – Nalał po kilka kropel z każdej ampułki i dosypał tych samych białych płatków co wcześniej. Zaczął ucierać powolnymi ruchami. – Naszprycuję się i postraszę ich jakąś klątwą.

Ezra nie ukrywał już rozbawienia.

 

***

 

Rozdzierający krzyk przeszył ciszę, w której Kaled z Haćko i Daćko walczyli ze sobą aby wejść w płomienie. Rozpoznali Rykiela, tego który posiadał tatuaż tańczącej baby. Zobaczyli, jak oglądając się za siebie, ucieka między drzewa. Kaled zaklął paskudnie i jednym zdecydowanym krokiem znalazł się w ruinach. Ogień nie poparzył go, ale dym gryzł w gardło i wyciskał łzy z oczu. Bracia widocznie bardziej bali się swojego szefa niż dymu i ognia, bo weszli tuż za nim.  Stanowczym krokiem zbliżali się do Asiera. Dwaj kolejni, którzy nie uciekli za Rykielem, także wstąpili w ogień i stanęli po jego bokach. Asier zaś nagłym ruchem wyszarpnął zza pasa skórzany woreczek wielkości kurzego jajka i wyciągnął go przed siebie.

– Hahaha! Skurwysyny! Mam was!  – wrzasnął, a pięciu zbrojnych zamarło. Nawet w oczach Kaleda Asier mógł dojrzeć wątpliwość. Może nawet trochę strachu? – Podejdźcie jeszcze krok, to jak rzucę…

Specyfiki, które zażył Asier, zdecydowanie polepszyły czasowo jego kondycję. Mięśnie miał napięte jak postronki, a w kącikach ust zbierała się piana. Ramię, które wcześniej pełniło rolę, co najwyżej dekoracyjną teraz trzymało niemą groźbę. Był zadowolony z efektów. Mógł ręką poruszać całkiem sprawnie, może nawet utrzymać miecz. Niestety czucie w palcach nie wróciło mu do końca, a on sam trochę za bardzo się podniecił. Było to o jedno machnięcie za daleko. Woreczek wypadł mu z dłoni i wylądował tuż pod nogami Kaleda. Wysypały się drobne kamyczki. Jeden nawet w nagłej ciszy uderzył w czubek jego buta. Zamarli wszyscy, patrząc w zdumieniu na uwolnioną zawartość. Herszt bandy uniósł łeb i posłał Asierowi uśmiech tak drapieżny, że aż przebiegł mu dreszcz po plecach. Asier zamachawszy rękami, odwrócił się na pięcie i klnąc głośno, w kilku susach dopadł do wejścia do podziemi. Podniósł je szybkim ruchem, czując jak kręgosłup zbliża się do granicy wytrzymałości i wskoczył do środka. Słyszał krzyki pościgu i niemal czuł palce zaciskające się na jego krtani. Zatrzaskując za sobą przejście, zwalił się ciężko po schodach, aż wpadł na kogoś kto szedł w przeciwnym kierunku.

 

***

 

Ezra usłyszał krzyki i jak tylko podniósł głowę, poczuł jakby wpadł pod rozpędzonego konia. Koziołkując po schodach, w akompaniamencie głośnych jęków zderzyli się z kamienną podłogą. Ezra stękając głośno, uniósł się na łokciach. Byli w całkowitej ciemności. Pochodnia wypadła mu z ręki i wpadła do kałuży wody, która kapała niemalże z każdego miejsca.

– Co do… – jęknął Ezra. – Asier?

Asier klął, nie wiedząc za co się złapać. Czuł, że po czole płynie mu krew. Czy to ta kapiąca woda? A cholera wie, chyba puściły mi szwy, pomyślał.

– Asier? – ponowił pytanie Ezra, wyciągając w ciemności rękę i wsadzając Asierowi palec w oko.

– Tak, to ja! – krzyknął Asier łapiąc się za twarz.

– Co się stało? – zapytał Ezra, siadając. Masował sobie krzyż, którym wyrżnął porządnie o jeden ze stopni. – Miałeś ich wystraszyć i otworzyć wejście! A potem na koń i daleko stąd!

– Znasz powiedzenie spierdolić coś koncertowo? – odpowiedział pytaniem Asier. Nie wiedząc za co się trzymać, po prostu skrzyżował ręce i uciskał żebra. – Dokładnie to się stało.

– No pięknie. Od czego ci się gały tak świecą?

– Tobie też. To efekt uboczny tego grzyba.

Ezra wstał, czym upewnił się, że nie ma nic złamanego. Ponowił wędrówkę po schodach, wyciągając rękę. Odnalazł właz. Misa stanowiła tylko coś w rodzaju klamki. Sam mechanizm zamka był pod nią odkryty. Mógł go otworzyć, a z pomocą Asiera pewnie unieść. Ale teraz nie stanowiło to najlepszego pomysłu.

– Możemy ich wpuścić. Tu jest wąsko. Nie wejdą wszyscy, a dwójkami damy im radę – odezwał się w ciszy Asier.

– Damy, ale wpakować sobie bełty w brzuch – mruknął cicho Ezra, nasłuchując. – Naradzają się jak to otworzyć. Nie słyszę wyraźnie.

– Po drugiej stronie nie ma wyjścia? – zapytał Asier.

– Nie znalazłem – odpowiedział Ezra. – I ja tam nie wracam – dodał szybko. W ciemności Asier nie mógł dostrzec, jak pobladła jego twarz.

– Świetnie – mruknął. – Znalazłeś coś?

– Tak – szepnął Ezra. – Księgę. Niosłem ją, gdy wpadłeś tu na mnie jak worek kartofli. Musiała mi gdzieś upaść. Nic więcej tam nie było.

Asier nieco podniesiony na duchu, zaczął na czworakach przeszukiwać podłoże. Po kilku kałużach i bliżej niezidentyfikowanych lepiących się wydzielinach wymacał książkę.

– Mam ją! – krzyknął. – Mam księ…

– Cicho! – odkrzyknął Ezra. – Tam się coś dzieje. Oni… wrzeszczą. Bardzo głośno. I… jakby coraz ciszej. Chyba się oddalają.

– Poczekajmy chwilę – odparł zaniepokojony Asier. – Jak przez jakiś czas będzie cicho, wyjdziemy. Mówiłem ci, że Utkarth w tym dawnym języku znaczy upomnieć się?

– Nie. Dlaczego mówisz mi to teraz? – Ezra odwrócił się, jakby miał w ciemności ujrzeć Asiera. Dostrzegł tylko jego przymrużone, rzucający nikły blask oczy.

– Bez powodu – usłyszał.

 

***

 

Cisza przedłużała się, więc postanowili wyjść. Wspólnymi siłami unieśli płytę, aby się wydostać z podziemi. Asier stanął wyprostowany z mieczem w dłoni. Był cały podrapany, a krew ściekała mu z czoła, karku i łokci. Wrzucił księgę do najbliższej torby i pomógł wyjść przyjacielowi. Obaj rozejrzeli się podejrzliwie. Ogień wokół dogasał, a wiatr przerzedzał dym. Nie dostrzegali w pobliżu nikogo.

– Myślisz, że to te halucynacje? – zapytał Ezra, przerywając ciszę, a gwiazdy i las przysłuchiwały się ich rozmowie.

– Nie wiem – odparł szczerze Asier, zarzucając trzy torby na ramię. Nie chciał przebywać tu ani chwili dłużej. Nie czuł się bezpiecznie. Odwracał się już w stronę koni, gdy usłyszał chrząknięcie. Ledwie doleciało jego uszu, ale był środek nocy, a jedynym dźwiękiem poza ich oddechami i dalekim chrapaniem koni był dogasający żar. Spojrzał w stronę wrót, a za nimi dostrzegł dwie osoby. Nie zauważyli ich wcześniej przez kłęby dymu. Jedna postać stała wyprostowana, dumnie zadzierając głowę i gestem nakazywała im, by się zbliżyli. Druga siedziała na powalonym drzewie. Miała oparte na kolanach łokcie i splecione palce. Przypatrywała im się w milczeniu.

Ani Ezra ani Asier nawet nie zaklęli. Westchnęli tylko nieznacznie i spojrzeli na siebie. W tym niemym porozumieniu zgodzili się ze sobą i ruszyli wolnymi krokami w stronę zapraszającej ich do siebie dwójki mężczyzn. Ich podejrzenia się potwierdziły. Obaj byli odziani w obcisłe czarne płaszcze z wysokimi kołnierzami. Nie mieli na sobie żadnych zdobień. Oto Strażnicy Zakonu Jedynego w mundurach podróżnych oczekiwali na nich w ciszy. Zakon Jedynego, czyli prawdopodobnie najbardziej zaawansowana militarnie organizacja państwowa świata. Ich religia istniała już ponad tysiąc lat, ale armią stała się stosunkowo niedawno. Zaczynali jako kapelani w dawnych wojnach. Później ich modlitwy zostały nagrodzone odpowiedzią. A Jedyny, jak go nazywali, odpłacił się tym z czego jest znany. Ogniem. Kapłani i Strażnicy Zakonu są w stanie w różnym stopniu panować nad tym żywiołem, lub być na niego całkowicie niewrażliwym. Stanowili lwią część oficerów wojsk Deronii. Rekruci poprzez modlitwę i medytację uczyli się kontrolować ogień. Byli poddawani lekcjom walki, taktyki czy jazdy konnej. Militarna elita kraju. I dwóch z nich właśnie zaprosiło do rozmowy Asiera z Ezrą.

– W czym możemy pomóc? – zapytał Asier, patrząc to na jednego, to na drugiego. Młodszy miał butę wypisaną na twarzy. Długie, ciemne włosy nosił modnie zaczesane do tyłu. Starszy, siedzący wyglądał na nieco znudzonego, choć twarz miał kamienną.

– Co odnaleźliście w ruinach? – zapytał młodszy.

– Ciebie też miło znów widzieć – odparł Ezra, drapiąc się po nosie. – Jaki niewychowany. A w ruinach nie znaleźliśmy nic ciekawego. Przynajmniej dla Zakonu.

– Wolałbym byś nie poddawał ocenie, co jest dla Zakonu ważne, a co nie – odparł siedzący. Promienie księżyca odbijały się na jego gładko wygolonej głowie. Miał niski, stonowany głos. Asier czuł, że nawet siedząc, patrzy na nich z góry. – Cieszę się, że żyjesz. Jestem jednak zmuszony prosić, byś oddał księgę, która była tam ukryta – zwrócił się do Asiera.

– Skoro chcieliście ją mieć, czemu sami po nią nie poszliście? – zapytał Asier, krzyżując ramiona.

– Nie zdążyliśmy. Ale nie ma to znaczenia – powiedział łysy, dając młodszemu dłonią znak by się nie wtrącał. – To nie podlega dyskusji. Oddaj księgę i idź, dokąd masz iść. Wiedza w niej zawarta może być niebezpieczna.

– Co się stało z tamtymi? – zapytał.

– Uciekli – odparł beznamiętnie starszy, patrząc Asierowi w oczy. – Krzyczeli. Chyba zobaczyli coś w ogniu.

Wyciągnął rękę. Asier niechętnie sięgnął do torby. Ezra wzniósł oczy ku niebu, ale nie odezwał się. Łysy miał w jednym rację. To nie podlegało dyskusji. A nie wiadomo, czy księga zawierała cokolwiek, za co warto by spłonąć żywcem. Asier podał Strażnikowi księgę, która w świetle księżyca nie wydawała się już tak straszna ani opasła, jak Ezra ją zapamiętał. Wyglądała trochę jak stary zeszyt.

– Proszę bardzo – warknął Asier. – I żegnam.

– Co to za język? – zapytał młodszy Strażnik. Asierowi, który zdążył się już odwrócić, serce zabiło szybciej.

– Macie tęgie umysły w Zakonie, to sobie poradzicie.

– Masz rację – powiedział łysy, oglądając księgę. – Zakon sobie poradzi.

Asier odszedł od Zakonników na sztywnych nogach. Ezra podążył za nim.

– To nie była ta księga – powiedział Ezra cicho, gdy oddalili się kawałek.

– Nie – odparł Asier. – Ale też powinni być zadowoleni.

– To co to było? – szepnął Ezra zdziwiony.

– Pamiętasz jak mówiłeś, że stary Edfraghar to szpicel? Tak? A pamiętasz jak wspominałem, że jak wstałem później, to go nie było? Przeszukałem mu chałupę i znalazłem ciekawy dziennik. Dziennik pełen różnych informacji, ludzi i cen. On jest w centrum tej siatki.

– No i co z tego? Zakonowi też donosi.

– Ale w dzienniku miał zapisane różne waluty jako wpływy – odparł Asier, tonując gorączkowe szepty, które mogłyby ich zdradzić. – W tym takie jak korony terwyrskie, a z Terwyrhem Zakonowi i Deronii nie po drodze. Dowiedzą się, że nie jest zbyt lojalnym agentem.

– Ukrócą go – stwierdził Ezra. – Ale jak się dali na to nabrać?

– Zaryzykowałem – odpowiedział Asier. – Liczyłem na to, że jednak trochę się nawdychali tego dymu. Sprawia, że jest się też podatnym na sugestie. Udało się. Ale podejrzewam, że nie zajmie im dużo czasu, żeby się zorientować.

– Czyli musimy wiać? – zapytał Ezra. – Masz księgę?

– Jak najszybciej. Pewnie, że mam.

Gdy nieco spowolnionymi ruchami zaczęli odwiązywać konie Asier, poczuł na sobie czyjeś spojrzenie. Zarzucił kurtkę na plecy i wskakując na siodło karego wierzchowca, odwrócił się w stronę świątyni. Wszystkie włosy stanęły mu dęba i kark zlał zimny pot. Ujrzał jak na środku, między tymi samymi kolumnami, między którymi wcześniej stał on, znajdował się ktoś jeszcze. Była to kobieta w białej podartej sukni, a na szyi, nadgarstkach i nogach miała ciężkie, czarne kajdany. Ciemne włosy opadały kaskadą prawie do ziemi, a oczy bez tęczówek i źrenic wpatrywały się wprost w niego. Twarz, której nie mógł określić, czy była ładna czy brzydka, miała wyraz, którego nie potrafił odgadnąć. Dostrzegł, że była przezroczysta. Zauważył też coś jeszcze. Od obroży na jej szyi biegł w jego stronę łańcuch. Był tak samo widmowy jak ona, ale nie stawał się przez to mniej realny. Dostrzegł jak łańcuch kończy metalową obręczą na jego rękach. Drugi biegł do obroży na karku Ezry. Zamrugał szybko i zamachał rękami a mara znikła.

– Wio! – wrzasnął i obaj pognali między drzewa.

 

Koniec

Komentarze

Czuł, że jego powrót w ciemność i ciszę bezwładności był bliski. 

Autorze, jeśli chodzi o wszelkie metafory, to raczej nie powinnam uchodzić za autorytet, ale ta “cisza bezwładności” zupełnie do mnie nie przemawia.

Świat, który wykreowałeś jest bogaty, jednak nie znając uniwersum, miałam momentami wrażenie, że pada trochę zbyt dużo informacji. Twoje opowiadanie niekiedy mi się dłużyło, jednak nie na tyle bym przerwała czytanie.

Opisujesz rzeczywistość dość szczegółowo, stosujesz metafory. To się chwali, ale przyznam szczerze, że zastanawiałam się niekiedy, czy te wszystkie informacje są potrzebne.

Fajnie, że wykreowałeś swoje uniwersum. Ponieważ lubię fantasy, Twoje opowiadanie tematycznie trafiło w mój gust. 

Jeśli chodzi o sprawy warsztatowe, to trochę brakowało mi rytmu niektórych zdań.

Całkiem zajmująca opowieść. Opisałeś przygodę dwóch przyjaciół, którzy zmierzają dokądś w określonym celu, a po drodze przytrafiają się im różne komplikacje. I wszystko byłoby w porządku, tylko nie mogę się pozbyć wrażenia, że to tylko obszerny fragment czegoś większego.

Nie wiem kim są Ezra i Asier, nie wiem dlaczego zmierzali do ruin świątyni, nie wiem, kto im tę wycieczkę zlecił, nie dowiedziałam się też, dlaczego odnaleziona księga była taka ważna. Same pytania i żadnych odpowiedzi. No, chyba że coś przeoczyłam, rozproszona wyłapywaniem usterek. A tych, co tu dużo mówić, jest od groma.

Szczególną uwagę zwróć na interpunkcję, jako że jest ona, delikatnie mówiąc, nie najlepsza, a to bardzo utrudnia lekturę.

Ac, mam wrażenie, że może zainteresować Cię ten wątek. http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

nieco mo­no­ton­nym gło­sem tłu­ma­czył. Był to głos star­ca.

– Kiedy bę­dzie w sta­nie cho­dzić? – za­py­tał ktoś o gło­sie tak zna­jo­mym… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Czuł się tak, jakby w pół zda­nia za­po­mniał klu­czo­we­go słowa, które miał na końcu ję­zy­ka.. –> Jeśli na końcu zdania miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki.

 

Ezra pal­cem po­ka­zał mu mały zydel i kazał na nim usiąść, aby mieć go na oku. –> Dlaczego Ezra chciał mieć na oku zydel?

 

– Jedno i dru­gie, panie Ezra. – od­parł medyk. –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

W po­miesz­cze­niu znaj­do­wa­ło się zbite z drew­nia­nych desek łóżko… –> Masło maślane. Czy było możliwość, aby lóżko było zbite z innych desek?

 

i od­wró­cił, kła­dąc dłoń rę­ko­je­ści mie­cza wy­sta­ją­cej zza pasa. –> Pewnie miało być: …i od­wró­cił, kła­dąc dłoń na rę­ko­je­ści mie­cza wy­sta­ją­cej zza pasa.

 

Nie zaj­mie nam to dłu­żej niż kilka dni. –> Raczej: Nie zaj­mie nam to więcej niż kilka dni. Lub: Nie potrwa to dłu­żej niż kilka dni.

 

Pod­łych i Upar­tych za­cho­wy­wa­no na po­ko­na­nych. –> Pod­łych i Upar­tych za­cho­wy­wa­no dla po­ko­na­nych.

Zachowujemy coś dla kogoś, nie na kogoś.

 

Ezra za­sę­pił się kie­ru­jąc swoje kroki ku do­mo­stwu Ed­fra­gha­ra. –> Wystarczy: Ezra za­sę­pił się, kie­ru­jąc kroki ku do­mo­stwu Ed­fra­gha­ra.

Czy mógł kierować cudze kroki?

 

Mały Oskar był już zmę­czo­ny i ma­ru­dził, idąc wę­ży­kiem za Ezrą i był bli­ski buntu. […] Był cichy wie­czór póź­ne­go lata, które w za­chod­niej De­ro­nii nie było ani dłu­gie, ani przy­jem­ne. –> Objaw byłozy.

 

a spoj­rze­nie wiecz­nie pod­krą­żo­nych oczy skie­ro­wał na Ezrę. –> Literówka.

 

– Dziad powiedział, że wyszedłeś się czegoś wywiedzieć – odezwał Asier… –> …odezwał się Asier… Lub: …powiedział Asier

 

gdy Ezra do­go­nił na ubi­tej koń­ski­mi ko­py­ta­mi dro­dze. –> Kogo/ co dogonił Ezra?

 

Wska­zał mu drew­nia­ną ła­wecz­kę zbitą z dwóch pień­ków i deski… –> Skoro ławeczka zbito z pieńków i deski, to czy trzeba dodawać, że była drewniana?

 

Asier z ci­chym sy­kiem zła­pał się za lewę ramię. –> Literówka.

 

Nie sądzę żeby w tej dziu­rze czę­sto zja­wia­li się z ta­ki­mi zna­ka­mi na ciele. –> Kto?

 

– Mamy gor­szy pro­blem – ode­zwał się w ciszy Asier. –> – Mamy większy pro­blem – ode­zwał się w ciszy Asier.

 

Mogły pod­pie­rać je­dy­nie niebo, by te przy­pad­kiem ni­ko­mu nie spa­dło na głowę… –> …by to przy­pad­kiem ni­ko­mu nie spa­dło na głowę

 

Wy­sta­wa­ła z ziemi ni­czym grot strza­ły, wy­sta­ją­cej z ple­ców. –> Powtórzenie.

 

miej­sce na or­ga­ny lub re­li­kwia. –> …miej­sce na or­ga­ny lub re­li­kwie.

 

ostroż­nie prze­kro­czył przez wyrwę w murze. –> …ostroż­nie prze­szedł przez wyrwę w murze. Lub: …ostroż­nie prze­kro­czył wyrwę w murze.

 

od­parł Asier, krę­cąc się już w koło. –> …od­parł Asier, krę­cąc się już wkoło.

 

takie bu­dyn­ki były bu­do­wa­ne przez róż­nych mi­strzów… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …takie bu­dyn­ki były wznoszone przez róż­nych mi­strzów

 

Ezra stwier­dził wtedy, że nie jest to dobry. –> Kto/ co nie jest dobry?

 

prze­trzą­sa­jąc torby, które wy­cią­gnął z koń­skich juk. –> …prze­trzą­sa­jąc torby, które wy­cią­gnął z koń­skich juków.

Juk jest rodzaju męskiego.

 

Licz­ne wo­recz­ki, ko­per­ty i za­wi­niąt­ka wy­sy­pa­ły na mar­mu­ro­wą płytę… –> Pewnie miało być:  …wy­sy­pa­ły się na mar­mu­ro­wą płytę

 

Po wy­ku­tych w ka­mie­niu ścia­nach, cią­gnę­ły się po­rdze­wia­łe łań­cu­chy. –> Na wy­ku­tych w ka­mie­niu ścia­nach, cią­gnę­ły się po­rdze­wia­łe łań­cu­chy.

 

oczy Ezry coraz bar­dziej wy­cho­dzi­ły mu z orbit… –> …oczy Ezry coraz bar­dziej wy­cho­dzi­ły z orbit…

Czy oczy Ezry mogły wychodzić z orbit komuś innemu?

 

zła­pał za po­chod­nie i za­czął scho­dzić… –> …zła­pał po­chod­nię i za­czął scho­dzić

 

Co to za dziw­na za­sa­da, że hersz­tem bandy za­wsze musi być ten naj­brzyd­szy, zdą­żył po­my­śleć Asier. –> Tu dowiesz się, jak zapisywać myśli: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/;10328

 

Był sza­ra­wy w buro czer­wo­ne plam­ki. –> Był sza­ra­wy w buro-czer­wo­ne plam­ki.

 

Pło­mie­nie trza­ska­ły, się­ga­jąc lu­dziom Ka­le­da pasa. Jed­nak pas ognia nie był sze­ro­ki. –> Powtórzenie.

 

Wy­cią­gnął lewę ramię po­kry­te licz­ny­mi ta­tu­aża­mi od karku aż do pal­ców w stro­nę Ka­le­da. –> Czy dobrze rozumiem, że Asier miał palce w stronę Kaleda?

Proponuję: Wy­cią­gnął w stro­nę Ka­le­da lewe ramię, po­kry­te licz­ny­mi ta­tu­aża­mi od karku aż do pal­ców.

 

wy­szarp­nął zza sie­bie skó­rza­ny worek wiel­ko­ści ku­rze­go jajka… –> Skoro wielkości kurzego jajka, to chyba woreczek, nie worek.

 

–Po­dejdź­cie jesz­cze krok, to jak rzucę… –> Brak spacji po półpauzie.

 

Ramię, które wcze­śniej peł­ni­ło rolę, co naj­wy­żej de­ko­ra­cyj­ną teraz trzy­ma­ło niemą groź­bę. Był za­do­wo­lo­ny z efek­tów. Mógł nią po­ru­szać cał­kiem spraw­nie, może nawet utrzy­mać miecz. –> Czy dobrze rozumiem, że mógł poruszać niemą groźbą?

 

Wo­re­czek wy­padł mu z dłoni i upadł tuż pod no­ga­mi Ka­le­da. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Po­chod­nia wy­pa­dła mu z ręki i wpa­dła do ka­łu­ży sto­ją­cej wody… –> Nie brzmi to najlepiej.

Czy zdarzają się kałuże bieżącej wody?

 

Był cały ob­dra­pa­ny, a krew ście­ka­ła mu z czoła, karku i łokci. –> Był cały podra­pa­ny

 

Wrzu­cił księ­gę do po­bli­skiej torby… –> Raczej: Wrzu­cił księ­gę do najbliższej torby

 

od­parł szcze­rze Asier, za­rzu­ca­jąc sobie swoje trzy torby na ramię. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

ge­stem ręki wska­zy­wa­ła im, by się zbli­ży­li. –> Masło maślane. Gest jest ruchem ręki.

Proponuję: …i ge­stem naka­zy­wa­ła im, by się zbli­ży­li.

 

Jedna po­stać stała wy­pro­sto­wa­na […] Drugi sie­dział na po­wa­lo­nym drze­wie. Miał opar­te na ko­la­nach łok­cie i sple­cio­ne palce. Przy­pa­try­wał im się w mil­cze­niu. –> Piszesz o postaciach, a te są rodzaju żeńskiego, więc: Druga sie­działa na po­wa­lo­nym drze­wie. Miała opar­te na ko­la­nach łok­cie i sple­cio­ne palce. Przy­pa­try­wała im się w mil­cze­niu.

 

Obaj byli odzia­ni w ob­ci­słe czar­ne płasz­cze z wy­so­kim koł­nie­rzem. –> Dwóch mężczyzn, dwa płaszcze i jeden kołnierz?

 

Młod­szy miał butę wy­pi­sa­ną na twa­rzy. Dłu­gie, ciem­ne włosy miał mod­nie za­cze­sa­ne do tyłu. Star­szy, sie­dzą­cy wy­glą­dał na nieco znu­dzo­ne­go, choć twarz miał ka­mien­ną. –> Objaw miałozy.

 

w świe­tle księ­ży­ca nie wy­da­wa­ła już tak strasz­na ani opa­sła… –> …w świe­tle księ­ży­ca nie wy­da­wa­ła się już tak strasz­na ani opa­sła

 

Uj­rzał jak na samym środ­ku, mię­dzy tymi sa­my­mi ko­lum­na­mi, mię­dzy któ­ry­mi… –> Czy to celowe powtórzenia?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Trochę wolno się rozkręcało jak na opowiadanie. Faktycznie, tekst trochę wygląda jak początek czegoś dłuższego. Zgadzam się z przedpiśczyniami, że zbudowałeś ciekawy i szczegółowy świat, ale dużo kart pozostawiasz zakrytymi.

Jednak lubię, kiedy sprytni zwyciężają nad osiłkami, więc ogólnie mi się podobało.

Z wykonaniem nie jest źle, ale popraw te błędy, które wskazała Reg.

Patrząc z lotu ptaka, znajdował się na końcu najdłuższego ramienia krzyża

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu. Może i to wyjątkowa sytuacja, ale i tak się potknęłam.

Ezra stwierdził wtedy, że nie jest to dobry.

Czegoś tu zabrakło.

Herszt bandy uniósł łeb i posłał Asierowi uśmiech tak drapieżny, że aż przebiegł mu dreszcz po plecach. Zamachawszy rękami, odwrócił się na pięcie i klnąc głośno, w kilku susach dopadł do wejścia do podziemi.

Co jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego herszt?

Babska logika rządzi!

Rossa, cieszę się, że znalazłaś coś, co trafiało w Twój gust. :) Następnym razem przesieję informację, by uniknąć tych niezbyt potrzebnych.

Reg, dzięki za wypisanie błędów. Poprawię je dzisiaj wieczorem. Chyba masz rację, że nie jest to zamknięty utwór, a raczej fragment. Muszę zwrócić na to większą uwagę. Następne opowiadanie trafi na betalistę.

Finkla, dzięki za kolejne uwagi. Wezmę sobie do serca.

 

Dzięki za przeczytanie i zwrócenie uwagi na błędy. Poprawię je dzisiaj, ale dopiero wieczorem będę miał chwilę, by do tego przysiąść. Cieszy mnie, że znalazłyście pozytywy, które przypadły Wam do gustu. :) Wiedząc nad czym pracować, mogę pisać dalej. :)

To co mi się rzuciło w oczy.

 

Nie widziałem czym, bo stał za mną, ale zamach był potężny, więc podejrzewam topór lub jakiś ciężki miecz. – Widział jak wychodzili z lasu, widział jak ich okrążają, widział, jak go drasnęli bełtem, a nie widział czy to był wielki miecz czy topór? Ogólnie nie wiem po co Ezra opowiada dziadkowi całą historię ze szczegółami i motywami ich działania.

Na wieść o starej świątyni w pobliżu. Mieliśmy się jej przyjrzeć. Musieliśmy popytać chłopów o drogę i tutejsze legendy czy opowieści. Sołtys opowiedział nam nieco o samej budowli. Co kiedyś tam było, co podobno skradziono. Wieczorem popytaliśmy w karczmie. – Ja bym obcej osobie tego nie mówił, nawet jak chce.

 

Od:

Podszedł do miejsca, w którym zaczynały się kolumny…

do tego momentu:

A najlepiej żeby od dawna była martwa(-,) (+myślnik) pomyślał. – To jest blok tekstu. Parę akapitów aż kwiczy i czeka.

 

Rozpoznali Rykiela, tego który w asortymencie posiadał tatuaż tańczącej baby.

Asortyment – wybór, zestaw, zestawienie produkowanych wyrobów, świadczonych usług lub oferowanych towarów. Rykiel miał tatuaż żaby na sprzedaż?

 

Asier zaś nagłym ruchem wyszarpnął zza siebie skórzany worek wielkości kurzego jajka i wyciągnął go przed siebie. – powtórzenie.

 

Jej ciemne włosy opadały kaskadą prawie do ziemi, a oczy bez tęczówek i źrenic wpatrywały się wprost w niego. Jej twarz, której nie mógł określić, czy była ładna czy brzydka, miała wyraz, którego nie potrafił odgadnąć. Dostrzegł, że była przezroczysta. Zauważył też coś jeszcze. Od obroży na jej szyi biegł w jego stronę łańcuch. – zbędne zaimki.

 

Historia jest interesująca, zaciekawia, ale rozkręca się bardzo powoli. Gadają, gadają wymieniają informacje i nic się nie dzieje. Świat również ciekawy, ale mam wrażanie że czasem chcesz na siłę przekazać o nim trochę informacji i wychodzą infodumpy nie związane do końca z fabułą – jak ten motyw z mocami inkwizytorów. Skoro ich nie użyli, po co opisywać ścieżkę kariery zakonników?

Czytało się nieźle, ale styl jest do “skompresowania”, bo trafiają się momenty wypełnione watą słowną. Tak jak:

Płomienna pętla szybko okrążyła całe ruiny świątyni, a Asier znad ognia posłał Kaledowi i jego ludziom krótkie spojrzenie oczu, które gorzały (gorejące) niezdrowym blaskiem.

Wiem, bo sam mam z tym problem. :P

 

Ogólnie, spodobało się, więc kliknę za zachętę.

Pozdro!

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Dzięki za odwiedziny, Zalth! Przedstawiam dużo informacji o świecie, bo uważałem, że zdarzenia bez tej otoczki stracą na znaczeniu. Okazuje się, że buduję dłużyzny. :p Muszę ograniczyć lanie wody. Wieczorem poprawię zgrzyty i mam nadzieję, że będzie się to lepiej czytało. :)

Błędy – owszem, ale budowy całego tekstu nie ma co poprawiać – przecież nie startuje w żadnym konkursie. Lepiej wziąć sobie do serca uwagi i napisać jakiś nowy.

Zostaw go sobie na pamiątkę. Za parę lat zajrzysz i się uśmiechniesz. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Oczywiście, że tylko (aż!) błędy. Nie jestem masochistą. :p

Miło mi, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą bardzo zajmujące i znacznie lepiej napisane. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, ja również. :) Naniosłem poprawki, mam nadzieję, że niczego nie pominąłem. 

Dzięki za Wasze uwagi!

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem juz po naniesieniu poprawek, więc ewentualne błędy i niezręczności nie raziły i nie uprzykrzały lektury. Fabularnie do paru rzeczy można się przyczepić – jak pisze Zalth, Ezra opowiada znachorowi wszystko ze szczegółami, tylko po to, by czytelnik mógł również tego się dowiedzieć :-) Ogólnie wszyscy rozmawiają ze sobą szczerze i otwarcie. Ma to sens – lepiej w ten sposób dowiadywać się o przedstawianym świecie, nie za pomocą infodumpów. Ale sprawia wrażenie trochę nienaturalne, czytelnik zaczyna zastanawiać się – po co oni to sobie mówią? Czy naprawdę ktoś tak by się zachował wobec osoby obcej i potencjalnie wrogiej? 

Dalej – czy szpicel, nawet średnio inteligentny, trzymałby w domu, i to nawet niespecjalnie ukryty, obciążającey jego samego i ujawniający mocodawców dziennik? 

Czy misa ofiarna i jej mechanizmy, od lat pod gołym niebem, byłyby pokryte kurzem, który trzeba byłoby zdmuchiwać? 

Czy stosunkowo prosty mechanizm otwierania wejścia do piwnic (ile czasu zajęło im odkrycie i rozpracowanie go?) mógłby pozostać nienaruszony i nieodkryty przez tyle lat?

Cóż, to są jednak drobiazgi. Cały tekst jest jednak napisany dobrze, historia wzbudza zainteresowanie, świat jest bogaty w szczegóły, a postaci, nawet czwartoplanowe (jak Oskar) są charakterystyczne.

Bardzo solidny debiut.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, miło, że wpadłeś. :) Dzięki za komentarz. Jak wypisałeś te wątki, to faktycznie brzmią trochę nawinie. W mojej głowie miały zdecydowanie więcej sensu. :p Myślę jednak, że niektóre z nich mogą się obronić. Wystarczy tylko trochę (lub więcej) dobrej woli. :) Niemniej zwrócę na to w przyszłości większą uwagę.

Eeeeech, tak średnio, moim zdaniem. Z tego co widzę, odebrałeś już solidny feedback, więc będę się powtarzał, ale:

– rzeczywista “akcja” pojawia się dopiero w scenie z misą. Za późno. Te wcześniejsze dywagacje/wprowadzenie napisałeś wprawnie i całkiem zajmująco, ale bym czerpał z tego dużą przyjemność, musiałbym wcześniej znać (i lubić) bohaterów, świat, w którym żyją… U Ciebie oczywiście nie znałem, skoro to debiut ;)

– początek za jaja nie łapie. Próbowałeś zainteresować świątynią czy tatuażami, ale zbytnio to rozwodniłeś opisami/rozmowami.

– fabuła raczej wtórna, a skrytka w świątyni mało pomysłowa. Fantasy rządzi się oczywiście swoimi prawami, ale i w nim da się odszukać jakiś pierwiastek wyjątkowości – ludzki umysł nie zna granic! Więc postaraj się, Ac. Zaskocz czymś, czego Count i inni portalowicze nie mogliby wymyślić! ;D

– zakończenie niedomknięte. Stracili księgę, która nie wiadomo co przedstawiała i odeszli. Liczyłem na jakieś fajne czary, czekałem, by dowiedzieć się, co z tymi tatuażami i dupa blada. Szkoda. Inna sprawa, że miałem Asiera i Ezrę za “profesjonalistów”, a spartaczyli konfrontację z Kaledem.

 

Na plus z pewnością kreacja bohaterów i ich relacja. Fajnie towarzyszyło im się w tej podróży. Dziadek znachor też niczego sobie.

Świat niczym się nie wyróżnia spośród innych standardowych światów fantasy, ale jest wprawnie przedstawiony, bez zamulających infodumpów. Może i dialogi wyszły trochę nienaturalnie, ale i tak wybrałeś lepszą drogę. Liczę, że jeśli będziesz trzymał się tego świata, pokażesz jakieś jego bardziej intrygujące oblicze.

Warsztat też niczego sobie, jedynie interpunkcja kuleje. Zgodzę się z Thargonem, że debiut solidny. Idealny na przetarcie szlaków przed czymś mocarnym :D

 

Tyle ode mnie. Na koniec parę uwag technicznych:

Teraz, panie Ezra, niech mi pan powie, kogo mi pan tu przywlokłeś i co wam się[+,] u diabła[+,] stało.

Bluzgi wszelakie raczej otaczamy przecinkami. Mam też wątpliwości odnośnie przecinka przed “kogo”, no ale… sam już nie wiem.

Chłopi mają w pamięci Zakonników idących w bój, o tu[+,] tuż za rzeką Wilgą.

Drgnęły[+,] ale towarzyszący temu ból wycisnął mu łzy z oczu.

Ale słyszałem też[+,] jak ty opowiadałeś.

Zajrzyj TU. Może Ci się przyda.

Zostawiając szczegóły na inną okazję, Utkarth był, lub była[+,] charakterystycznym bóstwem.

Wtrącenie, więc przecinek konsekwentnie, z obydwu stron.

Ramię zaczęło[-,] ponownie odzywać się tępym, pulsującym bólem.

krzyknął Ezra, który postanowił właśnie[-,] ulżyć pęcherzowi na pobliski parkan.

Tworzyła[-,] przypominający poskładany w harmonijkę prostokąt.

 

Było tego znacznie więcej, ale nie czuję się dostatecznie kompetentny, by uczyć…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Count, dzięki za przeczytanie i komentarz. :) Poprawiłem błędy, które mi wypisałeś. Następnym razem będę betował przed publikacją. Co do fabuły, to wiedziałem, że Ameryki tym nie odkryję i posługiwałem się ogranymi wariantami, ale wydawały mi się w sam raz.

W sprawie zakończenia, to jest troszkę inaczej. Księgę zabrali ze sobą. :) A robotę z Kaledem, czy ja wiem, czy spartaczyli… Powiedziałbym, że wyszli z potyczki obronną ręką fartem, a szczęście, jak wiadomo, sprzyja lepszym. ;)

Nie chciałbym robić offtopu i jeżeli jest już temat, gdzie znalazłbym odpowiedź, to chętnie przytulę link, jednak mam pytanie w kwestii trzymania się świata, właśnie: jak postępować przy kolejnych opowiadaniach zawartych w tym samym świecie? Powtarzanie informacji wydaje mi się bezsensowne, ale zakładanie, że czytelnik zapoznał się z każdym poprzednim, z kolei, trochę naiwne. Jakieś podpowiedzi? Nie chciałbym się porywać w tym momencie na powieść. Jest na to zdecydowanie zbyt wcześnie.

Używając Twojego określenia: mam nadzieję, że następne opowiadanie złapie Cię za jaja. Lub za co tam chcesz. ;)

Nie ma jednego ogólnego przepisu, jak sądzę. Użyj intuicji. Coś tam trzeba Czytelnikom wyjaśnić, ale nie wszystko. Z portalowych twórców – Ocha pisze teksty zazwyczaj z jednego uniwersum. Możesz podpatrzeć, jak Ona to robi.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finkla, na pewno sprawdzę. Obawiam się, że intuicja jest kobiecym atrybutem, ja mogę się posłużyć, co najwyżej instynktem, ale to na mamuty, a nie opowiadania…

Jak postępować przy kolejnych opowiadaniach zawartych w tym samym świecie? Powtarzanie informacji wydaje mi się bezsensowne, ale zakładanie, że czytelnik zapoznał się z każdym poprzednim, z kolei, trochę naiwne. Jakieś podpowiedzi?

Jak Finkla napisała: na czuja. Chyba najlepszym pomysłem jest skupienie się w jednym opowiadaniu na konkretnym aspekcie świata tylko mimochodem nawiązując do innych tekstów.

Na przykładzie twojego opowiadania:

To historia Ezry i Asira (wspominasz o ognistych inkwizytorach) → Ezra i Asir w historii o ognistych inkwizytorach, opisujesz ich moc np. (wspominasz o żółtych żabach) → Ezra i Asir w historii o żółtych żabach (wspominasz o szklanym sedesie) → itd. A później wrzucasz gdzieś tekst: “Pamiętasz Ezra, jak mieliśmy przechlapane u ognistych inkwizytorów?”

Niema pisać obszernych infodumpów jeśli nie jest to istotne dla fabuły. Czytelnicy świetnie rozumieją hasła. Wystarczy “włada mocą ognia” albo “para się alchemią”, a w innym opowiadaniu temat sobie rozwiniesz.

Tak przynajmniej ja to widzę.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Przyjemny tekst fantasy. Zgadzam się z wieloma uwagami poprzednich komentatorów. Tekst czytało mi się przyjemnie, akcja z początku się wlecze, dopiero rusza z kopyta w świątyni. Sądzę, że ukrócenie tamtej częsci mogłoby wyjść na dobre.

Świat nie jest jakiś oryginalny czy szczególnie zapadający w pamięć. Ot, typowe fantasy. Ale główni bohaterowie są nie w ciemię bici, a do tego mi przypadli do gustu :)

Co do pisania w jednym uniwersum, to też to robię w moich tekstach. Szczerze, to najlepiej chyba postawić na charakterystyczne nazwy własne i potem o nich wspominać, co ładnie opisał Zalth. Pewne informacje podstawowe będziesz musiał powtórzyć (niestety nie każdy zapamięta sprawy geopolityczne czy nazewnictwo, zwłaszcza jeśli teksty są co kilka miesięcy, a pomiędzy nimi masa innych opowiadań), ale np. imiona bohaterów zapadają w pamięć, zwłaszcza jeśli są charakterystyczni.

Podsumowując: ciekawy koncert fajerwerków, wart klika. Od siebie dorzucam jeszcze linki, może znajdziesz coś w nich pomocnego ;)

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zalth, będę musiał poszukać złotego środka, aby nie zamulić informacjami i przedstawić zrozumiały teskt. Spróbuję. :)

NoWhereMan, dzięki za przeczytanie i komentarz. :) Bardzo mnie cieszy, że polubiłeś bohaterów. Też ich lubię. ;) Dzięki za linki. Zapoznam się na pewno.

Wydaje mi się, że kwestie opowiadań, rozgrywających się w jednym świecie rozwiąże betowanie. Przy tej okazji wyjdzie, co jest zrozumiałe, a co zostało w pamięci.

W sprawie zakończenia, to jest troszkę inaczej. Księgę zabrali ze sobą.

Tak tak, wiem! Zajarzyłem to, a dlaczego w komentarzu napisałem tak a nie inaczej… Nie mam pojęcia XD

Chodziło mi przede wszystkim o to, że księga pozostaje przez całe opowiadanie taką samą tajemnicą – o jej treści nic nie wiadomo.

 

Co do Twojego pytania – zawsze możesz czerpać nauki z pisarzy, którzy robili coś takiego przed Tobą i wyszli z tego z tarczą. Chociażby Sapkowski ;)

W ogóle, warto czytać książki “świadomie”. Nie tylko czerpiąc z nich przyjemność, ale i analizując strukturę, elementy, w których chciałbyś się poprawić…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Juhu, przygodowe fantasy! Hip hip, hura! Gatunek na tym fantastycznym portalu zdecydowanie niedoreprezentowany. A już takie przygodowe fantasy, które da się czytać, to niemal nie istnieje. (No dobra, przesadzam, ale tylko trochę).

Zaczęłam, na razie się podoba. Ale muszę przerwać, wracam jeszcze dziś, najpóźniej jutro.

ocha, miło, że zajrzałaś. :) Cieszę się, że na razie Ci się podoba i mam nadzieję, że znajdziesz czas, by doczytać do końca. :) Nie ukrywam, że właśnie takie przygodowe fantasy jest, tym co lubię pisać.

Liczę na to, że uda mi się ten gatunek jeszcze doreprezentować. A jak będzie się dało czytać moje opowiadania, to już w ogóle!

Pisz, pisz to przygodowe fantasy, może przestanę się tu czuć taka osamotniona. ;)

 

Chciałam napisać komentarz po przeczytaniu całego opowiadania, ale boję się, że mi umknie to, co teraz bym napisała. Jestem mniej więcej w połowie. Podoba mi się Twoje skupienie na detalu – to jak Ezra pstryka palcami przed nosem oszołomionego Asiera, to jak Oskar ląduje w krowim placku. Wszystkie te szczegóły ożywiają postaci, czynią je żywymi.

 

Większość tekstu nie stylizujesz, co mnie akurat odpowiada. Zdarzają się nawet zdania, które tworzysz używając zdecydowanie współczesnego języka. Aż tu nagle Asier decyduje się używać słów jak “a jakże”, szczeznąć” i stosuje szyk mistrza Yody:

Pójdziemy, a jakże. – Asier wstał szybko i zdrową ręką zaczął zbierać swoje, leżące przy łóżku rzeczy. – Jeszcze mi tu sczeznąć przyjdzie od tych obierek i świnie mną nakarmi szarlatan.

Zdarza się to jednak na tyle rzadko, że ta ostatnia moja uwaga być może jest zwykłym czepialstwem. ;)

EDIT: Chociaż nie, po zastanowieniu stwierdzam, że to nie czepialstwo. Jednak trzeba na tę konsekwencję uważać.

A jakże, rację mieć możesz, iż szyk i słownictwo konsekwencji wymagać powinno. Zwrócę na to większą uwagę. :) Dzięki!

Rzeczywiście, całkiem wciągające opowiadanie.

Do paru rzeczy bym się przyczepiła (jeśli będę powtarzać po poprzednikach – przepraszam, komentarze przejrzałam dość pobieżnie). 

Rozmowa w świątyni o Utkarth – rozumiem, że Ezra nie miał pojęcia na temat bóstwa i dlatego Asier strzelił mu taki wykład. Naturalne, że są elementy świata, które trzeba jakoś wyjaśnić i wstawić mniej lub bardziej dyskretne infodumpy. I dla mnie nie jest problemem, że Asier opowiada Ezrze o Utkarth – problemem jest jednak to, w jaki sposób to robi. Jakby czytał definicję z encyklopedii.

Bardzo szybko bohaterom udało się odkryć mechanizm zamka. Nikt wcześniej go nie szukał? Może warto byłoby w takim przypadku postarać się o jakieś wskazówki, które bohaterowie by mieli. Skądkolwiek. Oczywiście już nie w tym tekście, bo to już nie ma sensu – to tylko uwaga na przyszłość – niech bohaterom nie idzie tak łatwo tam, gdzie tak łatwo iść nie powinno dla dobra wiarygodności opowieści.

No i jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że trudno nazwać to opowiadanie skończoną całością. Nie tłumaczysz kluczowej informacji – co takiego ważnego było w świątyni, dlaczego księga jest tak istotna.

Interpunkcja! O matulu…

 

Co Ci się na pewno udało, to stworzenie pełnokrwistych bohaterów, o których chce się czytać. Tacy bohaterowie to dla mnie już ¾ sukcesu. Podobał mi się też nienachalny humor. 

Bibliotekę klikam bez wątpliwości.

ocha, dzięki za komentarz. Cieszę się, że znalazłaś pozytywy. :)

Rozmowa w świątyni – nie nazwałbym tego infodumpem, ponieważ pojawia się tam sporo informacji zupełnie niepotrzebnych do zrozumienia całego opowiadania (praca nad przedstawianiem przeze mnie informacji, to osobny temat). Asier z charakteru jest przemądrzały i lubi się popisywać, co wydawało mi się, jest widoczne. Może następnym razem podkreślę, to bardziej, bo rzeczywiście łatwo to z infodumpem pomylić. A porównanie z encyklopedią mnie cieszy, bo jest całkowicie zamierzone. :)

Obawiałem się nabijać objętość, co poskutkowało bardzo szybkim rozwiązaniem zagadki. Za argument na obronę wezmę, że Asier czytał o podobnych świątyniach (także z ukrytymi pomieszczeniami), więc przy odrobinie dobrej woli można to uznać za wskazówkę. ;)

Tak, tu się zgadzam. Nie udało mi się zawrzeć pełnej historii w tym opowiadaniu. Muszę nad tym popracować. Pozostaje pytanie, czy opowiadanie, które będzie dotyczyć tego duetu, powinno właśnie być zamknięte (osobna historia), czy kontynuować temat księgi i leczenia ramienia? Muszę nad tym pomyśleć.

Interpunkcja, zgadzam się jeszcze bardziej. Wierzę jednak, że kolejne opowiadanie, na pewno będzie pod tym względem lepsze. ;)

Bardzo mi miło, że były rzeczy, które Ci się podobały. :)

Oczywiście, że były rzeczy, które mi się podobały. Wiarygodni i ciekawi bohaterowie to mój konik, a Twoi tacy są. To jest naprawdę ważna rzecz. I trudna.

Ok, jeśli miało być jak w encyklopedii, to Ci się udało. ;)

 

Natomiast co do zamkniętych opowieści – przyznam, że łączę się z Tobą w bólu. Sama opublikowałam tu kilka opowiadań z cyklu i – chociaż staram się, żeby były całościami – to nie da uniknąć się nawiązań do reszty. I zawsze znajdują się komentujący, którzy na to narzekają i trudno im się dziwić. Przed napisaniem kolejnego opowiadania z cyklu znajduję problem, który chciałabym poruszyć i staram się ten problem opisać, wyjaśnić i zamknąć. To, że są nawiązania i to, że czasem rozwiązanie problemu ewidentnie tworzy kolejny problem, stwarzający nowe pytania i otwiera drzwi do kolejnej historii – no trudno, już się z tym pogodziłam. Inaczej się chyba nie da, jeśli tekst i świat mają być wiarygodne. Ważne jest, żeby w danym opowiadaniu przedstawić od początku do końca to, o co mi w tej konkretnej historii chodziło.

Wiem, że piszę teraz o swoich tekstach, a nie o Twoim, ale może te refleksje chociaż trochę Ci pomogą. I chętnie poobserwuję, jak Ty sobie radzisz z zamykaniem poszczególnych opowiadań cyklu.

Przekonamy się. ;)

Mam podobnie, jak pierwsi komentatorzy. Na tyle wolno rozwijasz akcję, że zacząłem skanować wzrokiem tekst. Nie znaczy to jednak, że jest to słabe opowiadanie. Jest nieźle, ale ta opowieść, to tempo, pasuje bardziej do powieści, albo bardzo długich opowiadań.

Reg znalazła sporo błędów, jednak mi czytało się całkiem dobrze. Piszesz jasnym i zrozumiałym językiem, a nie zawsze jest to normą. ;)

Fajni są też bohaterowie. I Asier i Ezra, a także staruszek, są rozpoznawali. Umiesz też budować klimat, trochę szkoda, że akcja rozgrywa się zbyt wolno.

Pozdrawiam.

 

I jeszcze jedno, jesteś drobiazgowy. :) Poboczni bohaterowie są dopracowani, Kaled i jego banda wypadają bardzo dobrze.

Darcon, dzięki za wizytę i komentarz!

Duża zasługa Reg, że czytało Ci się całkiem dobrze. ;) Teraz zdaję sobie sprawę, że trochę się rozwlekłem, a w głowie siedzi mi materiał na powieść w tym świecie. Muszę, jak ujął to Zalth, skompresować treść.

Bardzo mi miło, że znalazłeś coś, co przypadło Ci do gustu. :) Mam nadzieję, że kolejne opowiadania będą lepsze. A na pewno bardziej dopracowane.

Również pozdrawiam!

Fajne :)

Dzięki za wizytę i komentarz, Anet! :)

Wybacz zapłon. :p

Nowa Fantastyka