- Opowiadanie: Hatmański - Heide

Heide

Artur - człowiek cyniczny, sarkastyczny i odnoszący się z pogardą do innych. A jednak uznał swoje życie, za nie warte kontynuacji. Nieudana próba samobójcza jedynie umocniła go w swoich przekonaniach. Co może skłonić człowieka takiego pokroju do targnięcia się na własne życie?

            Autor nie szczędzi w słowach przedstawiając nam losy bohatera swojego najnowszego dzieła. Postacie tworzące ukazaną nam historię, mimo całkowicie różnorodnych charakterów, są kwintesencją ludzi jakich możemy spotkać w obecnych czasach. Bohaterowie, ich nastawienie do innych oraz relacje jakie tworzą wydają się być żywcem wyjęte z realnego świata. Mroczny, ociekający ciepłą, gęstą krwią klimat towarzyszy nam już od pierwszej strony. Makabra przeplatana z sarkastycznym dowcipem manipulują czytelnikiem niczym bezwładną kukiełką w rękach autora, który poprzez „Heide” pokazuje nam, że czytanie nie jest jedynie przyjemnością, a płynnym dialektem prowadzonym z samym autorem.

Oceny

Heide

 

 

Heide

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Czy znasz strach zasypiania? Ciało ogarnia przerażenie, gdyż ziemia się rozstępuje i zaczyna się sen”.

 Fryderyk Nietzsche

 

 

 

Prolog

 

Artur wszedł do mieszkania, po dłuższej chwili mocowania się z kluczami. Chłopak zachwiał się i oparł o szafę w przedpokoju. Zamknął za sobą drzwi, nie martwiąc się o zamki. Chciał, żeby go znaleźli. Nadal przytrzymując się gładkiego drewna zdjął buty, niemal upadając przy tym trzy razy, po czym powiesił przemoczoną, skórzaną kurtkę na oparciu krzesła w kuchni. Za oknami, naznaczonymi kroplami deszczu, szalała wichura. W radiu, które grało na imprezie, z której wyszedł pospiesznie, równie wyuczonym, co wymuszonym tonem, spiker oznajmił, że nad Łodzią przechodził orkan. Artur, podczas pijackiego spaceru z Widzewa na Śródmieście, nawet nie zauważył szalejącego wiatru, który łamał drzewa i zrywał trakcje tramwajowe. W jego głowie panował o wiele większy zamęt.

Ona nie żyła. Od trzech miesięcy. Jej obecność ograniczała się do cmentarza wspomnień, z którego, jak w dniu Sądu Ostatecznego, wstawały po kolei szkielety wizji przeszłości, oblekające się nieznośnie wyraźnymi ciałami snów. Pijany młodzieniec myślał o Jej ciemnozłotych włosach, które porudziały od zaschniętej krwi, jak jesienne liście, kiedy zadziwiająco pewnie bazgrał ołówkiem na samoprzylepnej kartce. Wyłuskiwał z pamięci szczegóły Jej zielonych tęczówek. Artur wiedział dobrze, co chce zrobić i jakimś cudem, nie rozmyślił się. Być może była to zasługa alkoholu? Ponurej pogody za oknem? Może po prostu zrozumiał, że tak trzeba i nie ma innego wyboru. Jednak było to niemożliwe. Nawet pijany do stopnia zataczania się i bełkotu, chłopak nadal wierzył w to, że nie wierzył w nic. Dla Artura nie było Boga ani przeznaczenia. Życie powstało przez przypadek, jest rządzone przez przypadek, a ten z kolei nie ma przyczyny, więc nie jest niczemu winien. Ona także zginęła przez przypadek. Wszystkie ich wspólne decyzje, splecione takimi, a nie innymi okolicznościami ślepego losu prowadziły do Jej śmierci. Powinno mieć to dobre strony, bo Artur nie czuł się odpowiedzialny za tę tragedię i nie winił za nią nikogo. Umarła w wypadku, zdarzeniu losowym, który nie ma żadnego znaczenia, bo nic nie ma znaczenia ani celu. Jej śmierć miała jednak, w jakiś niewytłumaczalny sposób, znaczenie. Zmieniła wszystko. I tamten właśnie przypadek, doprowadził do tego przypadku. Wszystko wpływa na nasze decyzje. Wszystkie wydarzenia i okoliczności. Wszystko, z czym się stykamy, zmienia nas nieodwracalnie. Bez wyjątku.

Młodzieniec wysunął najwyższą szufladę ładnej, zdobionej szafki i pogrzebał w niej chwilę. W końcu, obok stetoskopu, pęsety i imadła, znalazł niewielką, srebrną folijkę. Z niewzruszoną miną i delikatnym uśmiechem pod nią, Artur przeszedł do łazienki i zapalił światło. Chłopak usiadł ciężko na czarno – białych płytkach, jakby wrócił z wyczerpującej podróży lub po bardzo długim dniu pracy. Etacie, trwającym całe życie. Pijany młody człowiek podwinął lewy rękaw granatowego swetra, po czym wyjął z folijki jednorazowy skalpel i przycisnął ostrze do nadgarstka. Nie zwracał uwagi na wibrujący telefon. Przeciął skórę wzdłuż naczyń. Następnie tkankę podskórną. Z rany zaczęła lać się krew, przyjemnie ciepłą strużką najpiękniejszej czerwieni, jaką Artur widział w swoim życiu. Ciecz nie trysnęła, więc tętnica pozostała nietknięta, jednak rozmiar kałuży, która zaczynała już obejmować jego lewe udo, zadowoliła mężczyznę, który odłożył ostrze i ze zwiewnym, bladym uśmiechem, oparł się o wannę. Czerwony kwiat na posadzce łazienki rozkwitał coraz szerzej, kiedy Artur osunął się na bok, wpadając twarzą we własną krew.

 

Rozdział 1

 

Nie słyszał dźwięku otwieranych drzwi. Dopiero siarczyste „kurwa mać” wyrwało Artura z odrętwienia. Głos należał do Łukasza – sąsiada z mieszkania obok, a zarazem przyjaciela niedoszłego samobójcy oraz, zrządzeniem losu, ratownika medycznego. Kiedy silne ręce potrząsnęły leżącym Arturem, ten skulił się, rozmazując krew na płytkach i brudząc nią ubranie. Nie chciał wracać. Ciemność już prawie ogarnęła jego umysł swoimi miękkimi, wyczekującymi ramionami. Przebudzenie przyniosło jedynie ból i perspektywę dalszego cierpienia.

– Pozwól mi odejść. – Zapłakał drżący chłopak. – Proszę, pozwól mi odejść.

– Nie mogę. – Odparł Łukasz, rozrywając opakowanie z bandażem i biorąc się za opatrywanie rozciętego nadgarstka.

Artur nie walczył. Nie miał sił unieść choćby dłoni, a co dopiero szarpać się z silnym ratownikiem. Młodzieniec domyślił się, że jego znajomi, zaniepokojeni nagłym wyjściem i brakiem odpowiedzi na telefony oraz SMS-y, powiadomili sąsiada, aby sprawdził czy wszystko w porządku.

– Halo? Potrzebna karetka do osoby po próbie samobójczej. – Łukasz mówił do słuchawki telefonu komórkowego zdyszanym, rozedrganym głosem. – Na podłodze jest około litra krwi, opatrzyłem ranę. Tak, jestem pewien. Poszkodowany miał na klatce piersiowej kartkę: „Kochani Rodzice, to nie Wasza wina. Kocham Was bardzo, Artur.”

Półprzytomny młodzieniec dalej drżał, ale już nie od płaczu. Zaakceptował fakt, że ta próba była nieudana. Nie żałował jej. Chociażby dlatego, że w tamtej chwili nie czuł absolutnie nic, oprócz kłucia w rozciętej ręce. Ból ten był znośny i w pewien sposób również oddalał myśli Artura od zabarwionej czerwienią rzeczywistości dookoła niego. Łukasz usiadł na kafelkach obok przyjaciela i położył rękę na jego ramieniu.

– Słyszysz mnie?

– Tak. – Odpowiedział słabo Artur.

– Coś ty zrobił… – Ratownik westchnął ciężko.

Chłopak nie odezwał się. Co mógł odpowiedzieć? Że zrobił dokładnie to, czego chciał? Że nie zgadzał się, aby jego życiem i śmiercią kierowały wydarzenia niezależne od niego? Że od trzech miesięcy, bardziej niż kiedykolwiek, jego życie zamieniło się w powolną agonię, powodowaną własnymi obserwacjami, których nie sposób było zignorować? Że od koszmarnych dni uciekał w jeszcze bardziej koszmarne sny, które co noc były inne, ale zawsze dotyczyły tylko Jej? Pewnie mógł, a nawet powinien to powiedzieć, ale nie miał siły ani ochoty. Krew na podłodze jeszcze nie wystygła i w tej ciepłej kałuży Artur czuł się, w niewytłumaczalny, masochistyczny sposób, dobrze. W końcu z korytarza dobiegł odgłos windy i do mieszkania weszło dwóch ratowników, którzy, niewzruszeni całą sceną, podnieśli zakrwawioną postać, zmienili jej opatrunek na nadgarstku i zaciągnęli do karetki pogotowia. W błyskach kogutów i wyjących syrenach nie było nic dramatycznego ani romantycznego. Sygnały te były jedynie przygnębiającym zwiastunem niechcianego ocalenia.

Światła na izbie przyjęć szpitala drażniły oczy Artura. Chłopak siedział na leżance, czekając aż dwóch chirurgów, którzy pełnili tej nocy dyżur, skończą wypełniać kartę informacyjną i zdecydują się go zszyć.

– On studiuje u nas. Postarajcie się nie robić z tego afery. – Powiedział cicho jeden z ratowników, na co lekarze przytaknęli zmęczonymi głowami.

– No dobra, cerujemy. – Poinformował wreszcie chirurg, po czym razem ze swoim kolegą zabrali Artura do pokoju zabiegowego. – Pokaż, co tam żeś zmajstrował.

Lekarz odwinął bandaż. Skrzep przykleił materiał do rany, a przy jego zrywaniu, chłopak odruchowo się wzdrygnął.

– No nieźle. Dwa i pół centymetra, cięcie wzdłuż torów… Porusz palcami. Dobra, ścięgna są całe, tętnica też. Zestaw do szycia poproszę. – Perorował chirurg, zakładając jałowe rękawiczki.

– Znieczulenie? – Zapytał asystujący.

– Wygląda na znieczulonego. – Zaśmiał się operator. – Wytrzyma.

Szycie rany nie należało do przyjemnych doznań. Każde ukłucie igły i przeciąganie nici przez otwory przyprawiały Artura o grymasy bólu. Proces ten można byłoby porównać do ludzkiego życia, jako całości. Każda nasza decyzja miała swoje konsekwencje, które należało przecierpieć, z godnością lub bez niej, aby w końcu przeszłość mogła się zabliźnić i ustąpić lepszej przyszłości. Powstałe w nas przez lata szramy, nie szpecą, lecz przypominają nam o błędach i wyciągniętych z nich lekcjach, układając się w niepowtarzalną historię, z której nikt nie ma prawa nas rozliczać, oprócz nas samych. – Pierdolenie. – Skarcił się w myślach skrzywiony młodzieniec.

– No dobra, zrobione. – Oświadczył chirurg. – Poczekaj na krześle przy wejściu, chłopaki zabiorą cię do psychiatryka obok.

– Ale… Ja studiuję na Umedzie… Nie mogę iść do psychiatry. – Bąknął Artur.

– Skoro tutaj studiujesz, w dodatku na wydziale lekarskim, powinieneś wiedzieć, że takie są protokoły, w przypadku samookaleczenia. Lekarz chwilę z tobą pogada i pójdziesz do domu.

Chłopak nie spierał się. Znał biurokrację Funduszu Zdrowia, równie znienawidzoną przez lekarzy, co konieczną. Ogarnęła go rezygnacja. I bezsilność. Artur nienawidził bezsilności nawet bardziej niż życia.

– Był już pan kiedyś w szpitalu psychiatrycznym? – Zapytała lekarka w szpitalu psychiatrycznym, wyraźnie niezadowolona z faktu, że musi rozmawiać z podpitym pojebem w środku nocy. Dochodziła godzina trzecia.

– Tylko na zajęciach, na trzecim i czwartym roku.

– Dlaczego jest pan ironiczny? – Odparła kobieta, coraz bardziej zirytowana całą sytuacją.

– Nie jestem ironiczny. – Powiedział Artur, lekko zdziwionym głosem.

– Owszem, jest pan.

– Przepraszam. – Młodzieniec nie czuł wewnętrznej potrzeby tłumaczenia temu babsztylowi, czym jest ironia.

– Proszę współpracować. My również chcemy mieć to już za sobą. – Powiedziała druga lekarka, dużo cieplejszym tonem. – Rozumiem, że nie leczył się pan psychiatrycznie?

– Nie.

– Czy to pierwsze pana samookaleczenie?

– Pierwsze i mam nadzieję, że ostatnie. – Powiedział Artur, przyjmując potulną postawę. Wiedział, co należy odpowiadać, aby jak najszybciej go stąd wypuścili. W całym beznadziejnym świecie, znajdował w tamtej chwili jedno miejsce, w którym mógł poczuć się nieco mniej źle – swoje łóżko, na którym być może znowu znajdzie Jej włos, który zaplecie na gumce do włosów i schowa do szafki.

– Planował pan próbę samobójczą? – Kontynuowała Miła Pani Doktor, podczas gdy Jędzowata Pani Doktor Z Syndromem Niedopchnięcia skrobała coś zawzięcie na karcie obserwacyjnej.

– Nie planowałem. To był impuls.

– Czy uważa pan, że alkohol pełnił jakąś rolę w tym wydarzeniu?

– Na pewno. Trzeźwy nigdy bym czegoś takiego nie zrobił, naprawdę. – Dukał Artur, starając się błądzić wzrokiem po blacie biurka, pomiędzy papierami i pudełkiem spinaczy, sprawiając wrażenie zawstydzonego.

– Czy ma pan w tej chwili myśli samobójcze?

– Nie… Nie, nie mam. Absolutnie nie. Właśnie w tej chwili bardzo chce mi się żyć. Chcę coś zrobić z tą… Sytuacją. Mój znajomy wspominał kiedyś o psychoterapeutce, jutro… To znaczy dzisiaj rano do niej zadzwonię i umówię się na wizytę. – Kłamał jak z nut chłopak. – Pani doktor… Ja chcę kontynuować studia. Czy uczelnia musi wiedzieć o tym… Wypadku? Czy będę mógł dalej się uczyć?

Lekarki spojrzały po sobie, starając się porozumieć bez użycia słów, co wyraźnie im nie wychodziło. Jak to bywa u kobiet. W końcu Jędzowata Pani Doktor napisała coś jeszcze na karcie, a Miła Pani Doktor uśmiechnęła się delikatnie.

– Teraz jest pan pacjentem, nie studentem. Nawet nie tyle pacjentem, co… Poszkodowanym. Obowiązuje nas ochrona danych osobowych, więc uniwersytet nie otrzyma żadnych informacji o tym incydencie.

– Dziękuję… Bardzo dziękuję. – Odpowiedział przekonująco Artur, starając się wzruszyć. Nie był jednak zdolny do takich uniesień.

– Myślę, że to już wszystko. Proszę tylko tu podpisać. – Miła Pani Doktor podsunęła mu kartkę z opisem wywiadu lekarskiego. Artur wziął długopis i oparł lewą rękę na blacie, krzywiąc się przy tym teatralnie. Nawet Jędzowata Pani Doktor zmiękła na widok skruszonego studenta, żałującego swojej głupiej decyzji, niezdarnie bazgrzącego swoje nazwisko.

– Dziękuję bardzo. Czy mogę iść do domu? – Zapytał uprzejmie chłopak.

– Na korytarzu czeka na pana kolega. On pana odwiezie. – Odparła Miła Pani Doktor. – Wszystkiego dobrego.

– Dziękuję bardzo. Do widzenia i dobrej nocy. – Powiedział Artur, wychodząc do czekającego na niego Łukasza, który zabrał go do stojącej przed szpitalem taksówki. Ratownik nie zadawał zbędnych pytań. Oddał przyjacielowi klucze do mieszkania, zastrzegając, że drzwi mają zostać otwarte, przynajmniej tej nocy. Artur zgodził się, podziękował szczerze za wysiłek i pomoc Łukasza, który nie mógł rozumieć, że skazał go na kolejną koszmarną noc i nieokreśloną liczbę równie nieznośnych dni.

 

Rozdział 2 

 

Weekend upłynął Arturowi dość monotonnie. Leżał w łóżku, oglądał filmy i palił papierosy w ogromnych, nawet jak na niego, ilościach. Pierwszego dnia po pamiętnej nocy, Łukasz przyszedł zmienić mu opatrunek, potem chłopak zmieniał je już sam. Nadgarstek bolał jak wściekły przy każdym ruchu, jakby chcą skarcić sprawcę za objaw słabości i głupoty. Młodzieniec miał jednak inny pogląd na doskwierającą ranę, a właściwie, nie miał żadnego. Szczypanie odciągało od Niej myśli, więc było mile widziane. Rodzice Artura uwierzyli w przekazaną przez telefon zmyśloną historyjkę, że chłopak poślizgnął się na płytkach w kuchni, rozbił trzymaną szklankę i zaciął się mocno jednym z ostrych odłamków. Nie mieli zbyt wiele do powiedzenia odnośnie wypadku. Zmartwili się jedynie, aby przez uraz nie narobił sobie zaległości w szkole. Postawa ta była u nich normalna, w swojej nienormalności i młodzieniec wcale o niej nie myślał. Postanowił, że tę samą wersję wydarzeń przedstawi swoim znajomym z grupy dziekańskiej. Wszyscy mieli własne problemy i nie mogło ich zbyt wiele obchodzić, co Artur robił sam w gustownie urządzonym mieszkaniu. Z pewnością jeszcze mniej obchodziły ich problemy umysłowe kolegi.

– To nie problemy… – Powiedział do siebie, oparty o balustradę balkonu, wypuszczając dym z ust, który zaczynał drapać gardło swoim dziennym nadmiarem. – Ludzie inteligentni mają większą skłonność do okresowej niestabilności. Są też bardziej podatni na choroby psychiczne. Efekt uboczny wielkości. Każdy dar ma swoje brzemię. – Perorował zarozumiale Artur. Obserwował przy tym szare nikotynowe kłęby, lecące w górę na spotkanie ze swoimi smogowymi, wielkimi braćmi, którzy zasnuwali Łódzkie niebo, nie chcąc dopuścić promieni słonecznych, które oświetliłyby głupotę stojącego na balkonie bufona.

Zgodnie z przewidywaniami Artura członkowie jego grupy bez najmniejszych wątpliwości łyknęli jego kłamstwa odnośnie bandaża na nadgarstku. Rozmowa o jego wypadku zajęła dokładnie trzy minuty, po czym wszyscy zgodnie przeszli do codziennych, dużo bardziej istotnych spraw – obgadywania kolegów i koleżanek z roku oraz opowiadania niesmacznych żartów, których epicentrum znajdowało się w absurdach i ludzkich genitaliach.

– Ten cukrzyk z pierwszej grupy ma dziewczynę. – Rzucił jeden z chłopaków.

– No słyszałem! Widziałem jak chodzi z tą swoją sraką. Wyglądają razem jak para cyrkowych głupków. – Zaśmiał się inny.

– A niech sobie z nią chodzi. Póki ma stopy! – Wypalił kolejny, wzbudzając salwy śmiechu wśród stojących w okręgu osób.

– Jesteście okropni! – Oburzyła się któraś z dziewczyn, czerwieniąc się jednocześnie od powstrzymywania irytującego chichotu.

Artur uwielbiał swoją grupę. Perwersyjne, wulgarne i rasistowskie żarty były ważnym elementem jego robaczywego życia i śmiał się razem z innymi do rozpuku. Nie czuł się jednak wśród nich… Na miejscu. Zawsze odnosił wrażenie, że w pewien sposób do nich nie pasuje, chociaż nie było ku temu przesłanek. Właściwie zachowywali się, jakby naprawdę go lubili. Młodzieniec nie tłumaczył tego swoją wyższością, bo członkom grupy inteligencji nie można było odmówić. Po prostu czuł się inny. Nie było w tym nawet nic dziwnego, bo Artur nigdzie nie potrafił znaleźć miejsca, w którym wiedziałby, że ma się znajdować. Nigdzie… Tylko obok Niej. Nie jest to przeczucie, które da się z czymkolwiek pomylić – to wrażenie wewnętrznego ciepła i akceptacji, przeświadczenie, że to miejsce należy do niego, zostało mu ofiarowane i nic nie zdoła mu go odebrać. Najbardziej zgubne wrażenie, jakiemu może ulec człowiek, w swojej niezmierzonej naiwności.

Zajęcia, trwające do południa, przebiegły bez większych sensacji. Studenci już przed piątym rokiem zauważyli, że uniwersytet ma ich głęboko w dupie, łącznie z asystentami, adiunktami dydaktycznymi, wykładowcami, dziekanem i rektorem, a nawet ministrami edukacji i zdrowia. Podatki opłacały ich naukę, którą kilka lat temu próbowano skrócić do lat pięciu właśnie, jednak pomysł ten okazał się klęską, wobec ilości wiedzy, którą należało przyswoić, aby zostać lekarzem, który po ukończeniu studiów mógłby mieć szansę nie zabić wszystkich pacjentów na dyżurze, pracując za głodową pensję rezydencką. Drugim czynnikiem skazującym plan ministerstwa na niechybną zagładę, było wrodzone studenckie lenistwo i pijaństwo. Tego jednak nikt otwarcie nie przyznawał. Artur jechał tramwajem, pogrążony w myślach, otoczony przez szary tłum beznadziejnie identycznych ludzi. Chłodne, pozbawione słońca południe jesiennego miasta nie przeszkodziło homogenatowi bzyczących osób w poceniu się jak konie wyścigowe. Otwarte okna pojazdu parowały, co nie umknęło uwadze rozwrzeszczanym gimnazjalistom, którzy zaczęli je ozdabiać wyobrażeniami włochatych penisów. Jakaś pokryta centymetrową warstwą makijażu „kobieta” trajkotała do telefonu komórkowego we wściekle różowym etui, opowiadając swojej psiapsiółce o tym, jak ostatniej nocy jej chłopak ruchał ją na kuchennym stoliku.

– Boże, Gaba, jakie to było zajebiste. – Zachwycała się. – Jeszcze nigdy nikt mnie tak nie grzmocił. Mówię ci, myślałam, że mi cipę rozerwie. Normalnie stolik pierdolnął pod nami. No serio ci mówię!

Artur kątem oka dostrzegł, jak podniecona blondyna poprawiła wielkie szkła okularów przeciwsłonecznych. Siniaki pod oczami wyglądały obrzydliwie spod makijażu, jak gnijące śliwki. Student miał serdecznie dość tej podróży. Na domiar złego, usłyszał nad sobą chrząknięcie. Starsza pani w wełnianym swetrze, który pewnie dostała od swojej prababci, zanim ta wyruszyła jako akuszerka na bole bitwy u boku Napoleona, stała z miną boksera, trzymając w rękach dwie wielkie torby z zakupami. Chłopak spojrzał na wolne miejsce obok siebie i bez słowa ustąpił siedziska staruszce oraz jej umęczonym siatkom z włoszczyzną i salcesonem.

– Co za maniery. – Bąknęła kobieta, sadzając swoje otyłe dupsko na plastikowym krzesełku, które ugięło się wyraźnie.

Student miał naprawdę dość. Chciał jak najszybciej dojechać do szpitala. Od nocy swojego „wypadku” nie mógł spać. Tarzał się po łóżku, zmieniając pozycje tyle razu, że mógłby spokojnie napisać trzytomowe wydanie Kamasutry dla singli. Krótkie drzemki, w które zapadał, wypełniały koszmary tak dotkliwe, że wyrywał się z nich spocony i zdyszany, jedynie gdzieś głęboko w duchu przyznając się, że wolałby umrzeć, niż znowu zasnąć. – Argument „wolałbym umrzeć” jest chyba w moim wydaniu mało znaczący. – Pomyślał Artur, przeciskając się do drzwi tramwaju.

 Chłopak nie spodziewał się wrócić do szpitala psychiatrycznego, a już na pewno nie tak szybko. Nie znał jednak żadnych lekarzy w Łodzi, ojca o receptę poprosić nie mógł, bo to wzbudziłoby niepotrzebne pytania i śledztwa matki. Jedynym ratunkiem był młody asystent, z którym Artur miał zajęcia z psychiatrii. Doktor w dniu zaliczenia przedmiotu powiedział mu, że gdyby czegoś potrzebował, może się z nim kontaktować. Student nie wiedział czy psychiatra wyczuł w nim, w jakiś sobie tylko znany sposób, nutę szaleństwa w jego umyśle, czy był po prostu uprzejmym gościem. Nie zastanawiał się nad tym. Był wykończony i marzył jedynie o jednej nocy bez snów, o ośmiu godzinach nicości, unoszenia się w niebycie pod ciepłą kołdrą. – Kołdrą ciepłą jak krew… – Wszedł więc do budynku, a następnie wdrapał schodami na pierwsze piętro, szukając odpowiedniego napisu na drzwiach. Artur starał się nie zwracać uwagi na błąkające się po korytarzach cienie, mamroczące pod nosem, wodzące chudymi palcami po ścianach lub wpatrujące się w niego spode łba, wypranymi ze świadomości oczami. Napatrzył się na pacjentów podczas zajęć, nasłuchał się przerażających historii tych, którzy byli zdolni rozmawiać. Nie miał ochoty na więcej. Właściwie, nie miał cierpliwości na więcej. Chłopak znalazł w końcu odpowiednie drzwi. Zapukał i nacisnął na klamkę.

– Wejdź, siadaj! – Powiedział z wiecznie przyklejonym uśmiechem doktor Karcz. – Coś słabo wyglądasz. Co cię sprowadza? Chcesz kawy?

– Dzień dobry, panie doktorze. Nie dziękuję. – Odparł Artur, kładąc plecak pod ścianą gabinetu i zajmując miejsce naprzeciwko rozmówcy. – Mam mały problem i pomyślałem, że mógłby mi pan pomóc.

– Postaram się. – Uśmiechnął się Karcz. – Mów śmiało!

– Od dłuższego czasu nie mogę spać. Zaczyna być to widoczne, jak pan doktor zauważył, poza tym, zaczynam mieć trudności ze skupieniem uwagi. Nie sprzyja to nauce, a sam pan doktor rozumie. Piąty rok, robi się poważnie. Nie chciałbym narobić sobie zaległości.

Karcz odchylił się na chwilę, na oparciu fotela, bawiąc się przy tym długopisem, który wirował w jego palcach, rozmywając się w oczach Artura w niewyraźną pomarańczową smugę.

– Próbowałeś liczyć owce? Pić ciepłe mleko? Nie palić przed snem? – Zapytał pół żartem, pół serio psychiatra.

– Próbowałem już chyba wszystkiego. Nic mi nie pomaga… To zaczyna być naprawdę frustrujące. Poza tym, nie poprosiłbym pana doktora o wizytę, gdybym sam mógł sobie z tym poradzić. – Chłopak zasłonił ziewnięcie otwartą dłonią.

– Może melatonina?

– Panie doktorze, melatoninę mogę kupić w Rossmanie. Co prawda tam sprzedawcy też noszą fartuchy, ale… – Artur spuścił głowę, przełykając swój własny, zgryźliwy żart. – Przepraszam. Po prostu chcę się wyspać. Nie proszę o nic mocnego, żadne benzodiazepiny.

Doktor Karcz spojrzał przenikliwie w oczy studenta. Na szczęście, z jego twarzy nie zniknął uśmiech. Lub i nieszczęście, ponieważ młodzieniec nie miał pojęcia, co psychiatra mógł myśleć. Mógł przecież dowiedzieć się o niedawnym „wypadku”. Mógł podejrzewać, że niezrównoważony chłopak szuka innego sposobu na samobójstwo. Oczy lekarza nie wyrażały niczego, jego mimika i gestykulacja również, chociaż spostrzegawczość Artura mogła być przytłumiona przez obezwładniające zmęczenie. Student niemal zadrżał, kiedy Karcz wyciągnął dłoń w kierunku telefonu. Przez moment chciał rzucić się do ucieczki. Wybiec z gabinetu, popędzić do mieszkania, nie zważając na tramwaje i taksówki, po drodze wstąpić do monopolowego i upić się w nadziei, że alkohol przyniesie sen. Nie poruszył się jednak. Zdawał sobie sprawę, że wyczerpane ciało mogło odmówić mu posłuszeństwa, nawet napędzane adrenaliną. Ostatkiem sił Artur powstrzymał się przed odetchnięciem z ulgą, kiedy ręka psychiatry minęła telefon i sięgnęła po bloczek recept.

– Wypiszę ci Zolpidem. Działa szybko, ma mało działań niepożądanych. Pamiętaj tylko, że nie wolno go łączyć z alkoholem, jasne? – Powiedział doktor, tworząc niewyobrażalne hieroglify na białej kartce.

– Oczywiście, pamiętam co nieco z farmakologii. – Uśmiechnął się szczerze młodzieniec. – Dziękuję panu bardzo.

– Trzymaj. – Karcz wręczył Arturowi receptę. – Wykup w aptece i idź spać. Słodkich snów.

 

Sen 1 

 

Otworzył oczy. Zobaczył skraj swojego materaca i strzępy kołdry. Pokój był w ruinie. Ściana z oknem, przy której stało biurko, przestała istnieć, a wraz z nią część podłogi, ukazując położoną poniżej i na lewo klatkę schodową. Połamane deski podłogi pokrywała sadza, a szafka, w której trzymał jej włosy, zaplecione na gumce do włosów, zniknęła. Artur usiadł na łóżku, rozglądając się, oszołomiony. Miasto widoczne przez wyrwę w murze również nie wyglądało najlepiej. Dach supermarketu zapadł się, tworząc zbiornik dla deszczu, który lał niemiłosiernie istną ścianą wody. Połamane drzewa i słupy energetyczne opierały się o bloki mieszkalne, dziurawiąc ich ściany i szperając powyginanymi ramionami przez wybite okna. Na ulicach nie widać było absolutnie nikogo, a oprócz łomotu deszczu, nie słychać było żadnego dźwięku. Chłopak wstał i przeszedł do przedpokoju. Całe mieszkanie wyglądało jak po przejściu huraganu lub grupy pijanych kiboli. Rozbite lustra, potłuczone płytki, urwane szafki w kuchni, leżący na zwęglonym dywanie telewizor w salonie. Artur wiedział, że śni. Musiał śnić, bo przecież nie zwariował. Ze zdziwieniem stwierdził, że ten sen wcale nie był zły. Nie przypominał koszmarów, które zwykle go nawiedzały. Upiorny, postapokaliptyczny klimat niesamowitego miasta napełniał spokojem, wyciszał. Chłopak uśmiechnął się i podszedł do niedziałającej lodówki. W środku znalazł miskę soczewicy z ryżem i sosem słodko – kwaśnym. Potrawa była ciepła, nawet gorąca. Młodzieniec, uzbrojony w łyżkę, przeszedł do salonu i położył… Śniadanie? Obiad? Kolację? Posiłek na ławie, pokrytej kawałkami szklanej tafli, która kiedyś chroniła drewno blatu przed odparzeniami. Następnie postawił telewizor na komodzie i włączył go. Działał. Jeden kanał, to prawda, ale lepsze to, niż nic. Artur nie lubił jeść w ciszy. Tani film sensacyjny skutecznie umilił mu konsumpcję. Po zjedzeniu, w absurdalnym przypływie zapału, umył nawet naczynia, co zwykle mu się nie zdarzało. Student wszedł do łazienki, zdemolowanej równie dokładnie, jak reszta domostwa. Nie mógł przejrzeć się w rozbitym lustrze, co jedynie dodało uroku temu wyśnionemu światu. Artur umył zęby, uczesał się i spryskał perfumami, po czym postanowił wyjść na spacer. Mimo zatrważającej pogody i przeciągu w mieszkaniu, nie czuł zimna, jednak ubrał skórzaną kurtkę na bluzę z kapturem oraz trampki, które delikatnie przykryły ciemne jeansy. Chłopak już miał przekręcić klucz w drzwiach, kiedy zauważył, że lustro w zdobnej ramie, na lewo od wejścia, było nietknięte. Mimowolnie cofnął się o krok i przejrzał w nim. Artur wyglądał zupełnie normalnie – niczym niewyróżniający się dwudziestodwulatek. Wtedy, kątem oka, dostrzegł za sobą ruch. Drgnięcie tak zwiewne i nieuchwytne, że wydawało się wstrząsnąć gruzami miasta, które jęknęły trwożnie pękającym tynkiem i spadającymi cegłami. Młodzieniec odwrócił się i spojrzał w stronę salonu. To, co zobaczył, niemal przyprawiło go o zawał. Serce zaczęło walić mu w piersi, kolana ugięły się pod momentalnie przytłaczającym torsem, spocił się na całym ciele, a oczy zaszły mu łzami.

– Nina..? – chciał krzyknąć, ale z ust zdołał wydusić jedynie łamiący się szept.

Stała przed nim, szczupła i niska. Ciemnozłote włosy opadały jej na ramiona, otulone białym sweterkiem. Cienki, czarny paseczek z okrągłą klamerką przytrzymywał niebieskie jeansy na wąskich biodrach. Drobne stopy miała ubrane w skarpetki z kotkami. Leciutko pyzata twarz uśmiechała się do niego. Wzrok mądrych, zawsze nieco spłoszonych, zielonych oczu hipnotyzował i nie dawał możliwości patrzenia na żaden inny element świata z zachwytem, po spojrzeniu w nie choćby jeden raz. Nikt na świecie nie mógł być tak zwyczajny i jednocześnie tak obezwładniająco piękny. Nikogo wcześniej Artur nie potrafił tak kochać. Właściwie, wcześniej chyba po prostu nie kochał. Czyli to jednak był koszmar. Artur od trzech miesięcy widywał Ninę jedynie w koszmarach. Na jawie zdarzało mu się odwracać za kobietami, które ją przypominały. Zdarzało mu się poczuć jej perfumy, przez co szukał jej usilnie w supermarketach i galeriach handlowych. Wyraźnie widywał ją jednak tylko w koszmarach… Ale nie widział jej w nich takiej. Widział ją, jak siedzi w rozbitym samochodzie, jak leży w trumnie lub jak po prostu odchodzi od niego, głucha na jego wołania, które zawsze przeradzały się w potępieńcze, zwierzęce wycie. Teraz stała przed nim, jak dawniej. Patrzyła na niego, jak dawniej. Była, jak dawniej.

– Nina? – Powtórzył młodzieniec, czując jak łzy spływają mu po policzkach. Nie dbał o swoją dumę. Zrobił ku niej krok. Potem następny.

– Cześć, Arturze. – Powiedziała, a głos ten wypełnił duszę Artura ciepłem, o którego istnieniu już niemal zapomniał. Zawsze mówiła do niego „Arturze”, co u innych ludzi go irytowało, ale Nina potrafiła w pewien magiczny sposób nauczyć go pragnąć tego określenia. Ona cała była magiczna. Chłopak chwycił wyśnioną postać w ramiona, która wtuliła się w niego mocno, chciwie, niemal dziecięco, burząc cały tragizm, fatalny romantyzm i zrezygnowanie młodzieńca. Nina była prawdziwa. Musiała być, bo Artur dobrze wiedział, że tylko dla tego momentu chciał, aby Łukasz go uratował.

– Tęskniłam.

Para leżała, przytulona do siebie, na kanapie. Artur bawił się włosami Niny. Napawał się jej zapachem, kształtem, obecnością, całością jej istnienia. Ona zaś oparła mu głowę na piersi, obejmując go za szyję i słuchała bicia jego serca. Nie rozmawiali. Nie musieli rozmawiać. W tych drobnych gestach, spokojnych oddechach i półprzymkniętych powiekach było wszystko, czego kaleki i ze wszechmiar ubogi język nie byłby w stanie wyrazić, nawet przy wielotygodniowych rozmowach. W pewnym momencie, młodzieniec pomyślał, że mają mało czasu. Sen nie mógł trwać wiecznie. To znaczy mógł, ale ten rodzaj snu był pozbawiony snów. Chłopak nie mógł wiedzieć czy takie nocne spotkanie się kiedyś powtórzy. Zadrżał na tę myśl.

– Co się stało? – Zapytała, unosząc urzekające oczy. – Jestem tutaj. Wszystko już dobrze. – Uśmiechnęła się.

– Wszystko w porządku, Maleństwo. Kocham cię. – Powiedział Artur i pocałował ją delikatnie, jak kwiat o kruchych płatkach. – Zobacz, przestało padać. Chodźmy na spacer. – Zaproponował chłopak.

Po wyjściu z klatki schodowej, młodzieniec bardzo się zdziwił. Nina była nadal jedyną osobą w mieście, łącznie z nim, jednak obraz po niewyjaśnionej katastrofie jakby wyparował. Drzewa wróciły na swoje miejsca, okrywając się zielonymi koronami, dziury w blokach i budynkach wypełniły cegły oraz zaprawa murarska. Murale powróciły na ściany feerią fantastycznych barw. Wszystko było na swoim miejscu. Łącznie z Arturem, który przestał się przejmować wyśnionym światem. Chwycił Ninę za rękę, która szła, jak zwykle, po jego prawej stronie i skierował się do furtki pod wykuszem jednego z bloków. Za nią, para skręciła w lewo, w kierunku parku. Słońce świeciło wysoko, susząc powoli wielkie kałuże na chodniku i jezdni.

– Pamiętasz jak miałam wyrywaną ósemkę? – Zapytała Nina.

– Tak. – Uśmiechnął się Artur. – Przyjechałem do ciebie z kwiatami.

– I lodami czekoladowymi.

– Tak, właśnie! Pamiętam, że przykładałem ci zamrożonego kurczaka do policzka.

– Tak było… Prawie odmroziłeś sobie palce, bo jak puszczałeś to mnie bolało.

– Dla ciebie, mógłbym… – Młodzieniec nie dokończył, ponieważ zza rogu budynku przy prostopadłej ulicy wyłoniła się postać. Istota przypominała drgającą, czarną masę, która gotowała się i przelewała, stale utrzymując jedynie dwa świecące punkty, przypominające oczy. Dziwaczny upiór miał na sobie ubrania Artura.

– Co to jest? Co się dzieje? – Zapytał, ale Nina jakby nie dostrzegła intruza. Skonsternowany student nie wiedział co robić, dopóki mroczna nie postać nie wyciągnęła z kieszeni bluzy pistoletu. Chłopak chciał zasłonić sobą dziewczynę, pchnąć ją za stojący na poboczu samochód, uczynić cokolwiek, aby ją uratować. Jednak to on potrzebował ratunku. Niesamowita istota wycelowała w niego i oddała strzał. Artur chwycił się za pierś. Spomiędzy jego palców zaczęła cieknąć, a następnie kapać krew. Chłopak upadł, nieskończenie zdziwiony, a pod ciemniejącym niebem, zobaczył twarz pochylającej się nad nim Niny.

– Czy to nie dziwne, że nawet twoja podświadomość chce się ciebie pozbyć? – Zapytała lekko zadziornie, niemal uwodzicielsko. Artur nie zdążył odpowiedzieć. Zamknął oczy i uległ ciemności.

Rozdział 3

 

Artur obudził się wypoczęty, pierwszy raz od dłuższego czasu, przez co na jego zaspanej twarzy zagościł szczery uśmiech. Chłopak przypomniał sobie twarz Niny, którą widział we śnie, poczuł na sobie jej dotyk i umykający zapach perfum. Wizja minionego snu wypełniła jego ciało ciepłem pogniecionej kołdry. „Czy to nie dziwne…” – Głos dziewczyny zabrzmiał ponownie w jego głowie, jak huk wystrzału. Artur zerwał się z łóżka i niemal krzyknął, ale zdołał stłumić głos przyciskając dłoń do otwartych szeroko ust. Nie wiedział czy Łukasz i jego dziewczyna są w domu, a nie chciał ich niepokoić. Pierś paliła go straszliwym bólem. Student pospieszył do łazienki i zdjął podkoszulek. Na jego ciele nie było śladu po wyśnionym postrzale. Nie mogło go tam być. Przecież był to tylko sen. Niesamowicie realny, prawie namacalny, ale jednak napędzany lekami sen. Chłopak wziął kilka głębokich wdechów, żeby uspokoić walące serce. Natychmiast odepchnął od siebie wszystkie myśli związane z nocną marą. Bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, że jego analityczny umysł nie dałby mu spokoju, gdyby pozwolił mu swobodnie myśleć. Nie mógł o tym myśleć, bo mógłby nie chcieć do Niej wrócić, a w tamtej chwili oczekiwał tylko kolejnej nocy. Artur poszedł do kuchni, nastawił ekspres do kawy i wyszedł na balkon zapalić papierosa, szykując się, jak co rano, do zajęć na uczelni.

 Niczym nie wyróżniający się, szary dzień, dostarczył Arturowi wystarczająco dużo materiałów do rozmyślań, które skutecznie wyparły wspomnienia o dziwnej postaci, która przeprowadziła nocny zamach na jego wyśnione życie. Chłopak siedział na krześle w korytarzu ponurego szpitala. Obdrapane z mdląco różowej farby ściany, wypełnione nikłym światłem chmurnego poranka, miały w sobie coś klaustrofobicznego, jak jątrząca się rana. Liche łóżka z kroplówkami sączącymi uparcie życie do żył gasnących pacjentów przypominały kościane stelaże, rodem z taniego horroru. Przemęczeni lekarze i pielęgniarki, snujący się wymuszonym, szybkim krokiem przemykali w białych fartuchach, jak opasłe larwy. Artur spoglądał spod grzywki na to robaczywe wnętrze, pachnące cierpieniem, przysłuchując się rozmowom swoich znajomych. Konwersacje zabierały go na pijackie spacery po klubach i podsuwały opakowania chusteczek, których białe stosy służyły za trumny dla złamanych serc i nieprzyznanych stypendiów. Student mimowolnie zaczął masować skronie, przymykając przy tym oczy. Wszystkie słowa wypełniało to samo, do cna próżne, obrzydliwie pospolite i nieznośnie nieuniknione pragnienie bycia ważnym, które infekowało całą ludzkość, bez żadnych wyjątków. Te wszystkie, mniej lub bardziej, ale jednak wybitne jednostki, posiadające subtelne pasje, które realizowały kosztem ocen z kolokwiów i przypłacały upokorzeniami ze strony profesorów, ci błyskotliwi ludzie o perspektywach ograniczonych jedynie własną małostkowością, przyprawiali Artura o mdłości. Z trudem słuchał kolejnych zdań, uśmiechając się przy tym życzliwie. Chciał uniknąć dźwięku ich głosów, schować się przed nimi, ponieważ doskonale wiedział, że tak naprawdę niczym się od nich nie różnił. On również był, w pewnym sensie, twórczy i nie ograniczał swojej inteligencji do studiów. W głębi duszy zdawał sobie jednak sprawę, że stać go było na znacznie więcej. Nie umiał sprecyzować, na co, ale przeczucie niewykorzystanego potencjału nie opuszczało go nigdy. Frustrację pogłębiała pustka w kotle pomysłów. Jak wykorzystać swoje możliwości? Powierzyć się nauce? Nie, to banalne. Zostać wielkim pisarzem? Być może. Tak, to jest coś. No, ale to też już było. Zrewolucjonizować medycynę jakimś przełomowym odkryciem? Jak najbardziej… Tylko po co? W momentach takich jak tamten, Artur dużo bardziej pragnął zagłady ludzkości, masowego mordu, bardziej pragnął krwi, cuchnącej ropy, opadów radioaktywnych i atomowej zimy, niż ratowania życia na bloku operacyjnym lub w ciasnym, pachnącym płynem do dezynfekcji, gabinecie. Wszystkich ludzi w grupie dziekańskiej, łącznie z nim, stać było na tak wiele, a tak niewiele wszyscy robili… Tak mało było ludzi w tych ludziach. Ograniczali się więc do zakuwania podręczników… Ograniczali się do zakuwania baz pytań na egzaminy, wyuzdanych i bezwstydnych marzeń o szczęściu, przede wszystkim jednak, do zalewania się w trupa przy każdej możliwej okazji, które to znajdywali coraz częściej. Artura przerażała przyszłość, ponieważ oni byli przyszłością.

– Ciastko? – Zapytała jedna z koleżanek, przysuwając młodzieńcowi pod nos pachnący czekoladą krążek. Wyrwany z zadumy student uśmiechnął się i wziął do ręki smakołyk. Ugryzł i przeżuł przepyszne ciastko, które jednak stanęło mu w gardle. Ona także piekła mu ciastka. Najwspanialsze na świecie ciastka z nadzieniem, które w przepisie było karmelowe, ale on dobrze wiedział, że Ona wypełniała je miłością. Artur z trudem przełknął kęs. Chciało mu się wyć. Coraz częściej chciało mu się wyć, a społeczne normy, które na publiczne wrzaski zapatrywały się dość niesympatycznie, doprowadzały mężczyznę do furii. Uspokoiła go świadomość, że za jakieś czternaście godzin weźmie tabletkę, położy się do łóżka i zaczeka niecierpliwie na kolejne spotkanie z Nią. Może nawet dostanie od niej ciastko. Młodzieniec zjadł więc do końca wypiek, podziękował jak zawsze rozpromienionej koleżance i zapytał ją o przepis, którego w ogóle nie chciał znać.

Przez resztę zajęć Artur starał się słuchać asystentów, angażować w kolejne, bezsensowne zbieranie wywiadów z pacjentami i unikać rozmów ze znajomymi. Przechodził od jednej sali chorych, do drugiej, witany błagalnymi spojrzeniami staruszek i wyniszczonych alkoholików, spragnionych konwersacji. Student z największym trudem wysłuchiwał dygresji, które pacjenci wtrącali bezustannie, odbiegając od tematu swoich dolegliwości, które, jako jedyne, musiały go interesować.

– Oj kochanieńki, astmę to ja mam od czasu, kiedy urodziła mi się wnusia. Śliczna jest jak kwiatuszek, syneczku! Moja najukochańsza Anusia, duma babci! Jakie dobre studia wybrała… – Tutaj nastąpiła pauza, ponieważ zasuszona kobieta zaczęła kaszleć, rozsiewając bezzębnymi ustami kropelki śliny, przed którymi Artur odruchowo zasłonił się notesem. „Gówno mnie obchodzi twoja pierdolona wnuczka. Pewnie na kolejnym, utworzonym na siłę, kierunku rozdaje choroby weneryczne, jak ty swoją florę bakteryjną, obrzydliwa pierduśnico.” – Młodzieniec przez chwilę nie wiedział czy faktycznie wygarnął pacjentce, czy wulgarna wiązanka pozostała w jego głowie. Był rozdrażniony, zirytowany wlekącym się czasem i gotowy wybuchnąć gniewem, co wzbudziłoby plotki, których nie chciał. Oczywiście nie mógł uchronić się także przed chociaż jedną wymianą zdań z kimś z grupy. Na drugim, ostatnim tamtego dnia seminarium, pochylił się do niego siedzący obok Krzysiek.

– Wszystko u ciebie w porządku, ziomeczku? – Zapytał szeptem wysoki chłopak o przeplatanej siwizną, schludnie przystrzyżonej fryzurze. Jego czoło zdawało się stawać z każdym dniem wyższe, co stanowiło największy kompleks Krzyśka, a zatem i najczęstszy temat żartów jego kolegów.

– Tak, jak najbardziej. Jestem po prostu niewyspany. – Odparł cicho Artur.

– Pewnie zakuwałeś. – Powiedział drwiąco kompan.

– Nie no, co ty. Łukasz wpadł na piwo, graliśmy na konsoli do późna.

– Mhm. – Mruknął Krzysiek. Zdążył przywyknąć do tego, że Artur przynajmniej raz w tygodniu przychodził na zajęcia na kacu. Wytłumaczenie najwyraźniej go zadowoliło, ponieważ odchylił się ponownie na niewygodnym krześle i utkwił nos w ekranie telefonu, patrząc na obrazki psów.

Koniec zajęć Artur przywitał niczym katolicy powtórne przyjście Chrystusa na Ziemię. Prawie biegiem puścił się w stronę przystanku tramwajowego, tłumacząc się, że jest umówiony na siłownię. Grupa pożegnała go entuzjastycznie, jak miała to w zwyczaju, po czym rozeszła się do lekcji tańca, pracy, galerii i sklepów, a być może również i do nauki. Artura nie obchodziło to nic, a nic. Wskoczył przez zamykające się drzwi do tramwaju i zacisnął spoconą dłoń na żółtej poręczy. Uśmiech nie zszedł mu z twarzy, aż do momentu, w którym rzucił kurtkę i buty na podłogę w przedpokoju swojego mieszkania, połknął upragnioną tabletkę i legł na łóżko, osuwając się w miękkie ramiona iluzji i kłamstw.

 

Sen 2 

 

Uderzenie wilgoci i chłodu przyprawiło Artura o dreszcze. Siąpiący deszcz delikatną mgiełką otulał jego twarz. Chłopak otworzył oczy i momentalnie zorientował się co do swojego położenia. Był na Widzewie, w pobliżu bloku, w którym Nina wynajmowała pokój. Czarne, nocne niebo było gęste i ciężkie, pomarańczowe światła lamp sączyły zmęczone promienie przez statyczne powietrze. Młodzieniec naciągnął na głowę kaptur bluzy, którą miał pod kurtką i sięgnął do wewnętrznej kieszeni na piersi. Były w niej papierosy i zapalniczka z napisem „Mała, ale ognista”. Chociaż Nina nie pochwalała jego nałogu, ten slogan zawsze ją rozbrajał. Chłopak zapalił, zaciągnął się głęboko i ruszył przed siebie. Uśpione miasto ponownie pozbawione było ludzi. Artur szedł wolno chodnikiem, napawając się mistyczną scenerią. Pamiętał dokładnie, jak wracał tędy do mieszkania w czasach, gdy jeszcze potrafił czuć radość. Właściwie, umiał wtedy nawet czuć szczęście. Odległe zjawy tego enigmatycznego zjawiska, którego pragnie ludzkość, nagle stały się wyraźne, niemal namacalne, jak kot, który siedział na dachu samochodu. Student zatrzymał się, lekko zdziwiony. Obecność innego, żywego stworzenia była nowością. Okryty cudownie czarną sierścią zwierzak przyglądał się Arturowi jadowicie żółtymi oczami. Chłopak przytrzymał papierosa w ustach i zaczął unosić dłoń, jednak zatrzymał ją w połowie ruchu. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu, nie chciał pogłaskać kota. Wydawało mu się to zabronione, przez jakiś absurdalny dekalog, podarowany śniącym przez Morfeusza, na górze zbawiennych kłamstw. Młodzieniec odwrócił się i kontynuował spacer. Pomiędzy dwoma blokami skręcił w prawo, idąc drogą prowadzącą przez osiedle. Wszystkie okna budynków były ciemne, puste i kojąco pozbawione życia. Artur nie lubił palących się nocą świateł w pokojach. Uświadamiały mu one ilość osób, które pchały swoją ubogą codzienność po stromym zboczu losu, z trudem stawiając każdy krok. Myślał wtedy o wszystkich wylanych łzach, o krzykach i stłuczonych naczyniach, o wyjałowionym przez upływ czasu seksie, oparach alkoholu i rozczarowania, od których parowały te przeklęte szyby. Kolejny pakiet zatrutych myśli, zajmujących stałe miejsce w jego udręczonym mózgu. Z zadumy wyrwał chłopaka widok jednego światła, którego natura była odmienna od całej reszty. Paliło się ono w pokoju Niny. Młodzieniec zapalił drugiego papierosa i podszedł do drzwi klatki schodowej. Palce drżały mu przy wpisywaniu numeru mieszkania, sam nie wiedział czy z zimna, czy z podniecenia. Niemal natychmiast usłyszał ciche piknięcie, otwierające zamek. Artur wyrzucił niedopałek w wyliniałe krzaki, rosnące wzdłuż bloku i zaczął wspinać się na najwyższe piętro.

Czekała na niego za uchylonymi zapraszająco drzwiami. Bosa, w krótkiej chabrowej spódniczce i białej bluzeczce z półksiężycowatym dekoltem, strojna w najcudowniejszy uśmiech i dwa niepewnie płonące ogniki w rozmarzonych oczach. Jedną nogę miała jak zwykle nieco ugiętą, z kolanem skierowanym do środka.

– Cześć, Arturze. – Powiedziała cicho. Artur nie odpowiedział. Zdjął mokre buty i kurtkę, którą powiesił na wieszaku. Chłopak miał, gdzieś z tyłu głowy, ciążącą mu jak ogrom próśb i modlitw na barkach zamęczonego boga, świadomość, że znajduje się we śnie. Nina nie musiała myć podłogi po jego wyjściu. Młodzieniec chciał jednak za wszelką cenę dodać temu lepszemu światu tyle realności, ile tylko mógł. Chciał, aby kiedyś wspomnienia tych snów zlały się ze wspomnieniami jawy, zacierając granicę śmierci, szaleństwa i rozpaczy. Nina przyglądała się ciekawie Arturowi, unosząc leciutko kącik ust. Chłopak pozostał milczący. Chwycił ją w objęcia i pocałował mocno, namiętnie, tęsknie. Złapał wędrujące wzdłuż jego nogi udo i przyciągnął ku górze. Przycisnął jej drobne ciało do ściany i wplótł palce w jej miękkie włosy. Nina westchnęła, poddając się pieszczotom, chłonąc esencję jego istnienia, którym była ona sama. Artur uniósł kobietę i przeniósł ją do pokoju. Już miał rzucić ją na łóżko, ale zamiast tego, położył ukochaną najdelikatniej jak potrafił, jakby była z porcelany. Jakby była tylko snem…

– Nie opuszczaj mnie już. – Szeptała Nina, kiedy kreślił językiem sonety na jej szyi. – Tak bardzo mi cię brakuje. Tu jest tak pusto bez ciebie. Nigdy nie odchodź. Proszę. – Westchnęła, kiedy szlak pocałunków dotarł do jej dekoltu. Artur był cierpliwy, nie spieszył się. Wracał do jej twarzy i szyi, nie mogąc się nimi nasycić. Wtem, chłopaka przeszedł dreszcz. Do jego rozanielonego umysłu wpełzło oślizgłe, natrętne poczucie niebezpieczeństwa i jakiejś nieokreślonej grozy. Nie mógł na nie zareagować. Jej usta pompowały krew w jego żyłach, jej oddech wypełniał mu płuca. Oderwanie się od nich, w celu rozejrzenia się po pokoju, który w tamtej chwili nie istniał poza łóżkiem, wydawało mu się zbrodnią, którą należało karać śmiercią. Ktoś wyręczył Artura, chwytając go za włosy i ściągając brutalnie z Niny, wyrywając przy tym całe ich kępy. Chłopak krzyknął, ale dźwięk ten stłumił chrupot i obrzydliwe mlaśnięcie, kiedy w twarz uderzył go gruby, drewniany kij. Młodzieniec zakrztusił się własnymi połamanymi zębami i zaczął kaszleć. Zdążył zobaczyć jeszcze znajomą, straszną postać w jego ubraniach, zanim kolejny cios go oślepił. Kij długo unosił się i opadał, zanim wśród obezwładniającego bólu, rytmicznych trzasków i chrzęstów, Artur usłyszał rozedrgany, bezsilny głos Niny.

– Wróć do mnie. Potrzebuję cię.

 

Rozdział 4 

 

Kolejny dzień był wolny od zajęć, co bardzo sprzyjało Arturowi, ponieważ obudził się z potwornym bólem głowy. Gniecenie i szarpanie w czaszce oślepiało, wykrzywiało twarz i utrudniało jakikolwiek ruch z pozycji leżącej. Zaciskając zęby, z cichym sykiem chłopak poszedł do łazienki umyć zęby. Białą pianę z pasty do zębów brudziła czerwień krwi, tworząc mięsisty róż. Młodzieniec tłumaczył to podrażnionymi dziąsłami, bo przecież sny nie mogły wpływać na jawę. Nie miał zresztą sił na zastanawianie się, ponieważ ból głowy skutecznie zaburzał mu myśli. Artur w końcu zebrał się w sobie i postanowił wyjść po tabletki przeciwbólowe, żeby jakoś przetrwać niezaplanowany dzień.

Apteka znajdowała się za łukowatym przejściem pod łącznikiem pomiędzy przeludnionym supermarketem, a opustoszałym biurowcem. Przed sklepem, jak zwykle, skulone w kucki kasjerki paliły tanie papierosy, rozprawiając o chujowej pogodzie, szefie – skurwysynie i klientach – debilach. W brudnych kałużach ich twarze przypominały groteskowe, rozmyte maski pracowitych gnomów. Artur czuł bardzo głęboki niesmak, mijając takie osoby. Zdawał sobie sprawę, że okoliczności losu nie zawsze umożliwiają dobrą edukację. Szanował też każdy objaw pracowitości i był daleki od pogardzania jakimkolwiek zawodem. Do szału doprowadzała go jednak świadomość, że ci pozbawieni perspektyw, bezmyślni ludzie, byli o wiele szczęśliwsi od niego. Żmudne wiązanie końca z końcem, polowanie na promocje, aby skromna pensja nie stopniała zbyt szybko, desperackie szukanie wymówek do wieczornego wyjścia z domu, jak najdalej od pijanego męża – wszystko to skutecznie zabijało w człowieku myślenie. Kasjerki nie przejmowały się sensem ludzkiego życia, nie miały potrzeby zrozumienia czegokolwiek, oprócz mechanizmu wydłużania paznokci akrylem i z pewnością nie odczuwały tego przemożnego, paraliżującego bólu kreatywności. Artur wielokrotnie kwestionował słuszność powstania w istocie ludzkiej zmysłu twórczego. Wzbogacanie świata w coś zupełnie nowego, posiadanie analitycznego, spostrzegawczego umysłu oraz pozbawionych klapek oczu, niosło za sobą przekleństwo ciągłego smutku. Umiejętność dostrzegania wad i nieskończonej ułomności rodzaju ludzkiego, skutkująca głęboką pogardą i niechęcią, kontrastowała z potężną potrzebą dzielenia się sobą z tymi właśnie dumnymi i ograniczonymi ludźmi. Chęć bycia zrozumianym i wysłuchanym zawsze zderzała się z głuchotą i brakiem zrozumienia. „Myślenie zabija.” – pomyślał Artur, wchodząc do pachnącej, jak wszystkie inne, apteki.

Uzbrojony w paracetamol, chłopak udał się w drogę powrotną, zapalając papierosa. Niewielkie pudełko, samą obecnością w jego kieszeni, zdawało się ukoić nieco ból głowy. Artur uśmiechnął się lekko, krusząc swoją typową maskę, którą ubierał podczas przechadzek po mieście – wieczny grymas złości i niezadowolenia. Młodzieniec podejrzewał, że ten właśnie wyraz twarzy uchronił go wielokrotnie przed zaczepkami kiboli, meneli i wszelkiego innego robactwa, zamieszkującego nocą łódzkie bramy i podwórka, obok których przechodził, wracając z pubów, klubów i domówek. Artur czasami obawiał się, że czeka go alkoholizm. Strach nasilał się, kiedy chłopak uświadamiał sobie, że jego najszczęśliwsze wspomnienia łączyły się nierozerwalnie z alkoholem. Wszystkie, oprócz tych, związanych z Nią… Student nagle przypomniał sobie wczorajszy sen, którego wizja przebiła się przez kurtynę bólu w jego mózgu. Jak Ona mogła go potrzebować? Przecież mimo najdzikszych pragnień metafizyki i paranormalności, pozostawała wytworem jego umysłu. Łudząco realnym, zbawiennie ciepłym, ale jednak tworem dręczonych poczuciem straty i zagubienia neuronów. „Czy ja w końcu do reszty wariuję?” – Zapytał siebie w myślach Artur. Wtem, za jednym z ogrodzeń przy ulicy prowadzącej do osiedla młodzieńca, dostrzegł on ciemny kształt. W smoliście czarnym kłębku świeciły się jedynie dwa żółte punkty. Chłopak zatrzymał się. Kot przypominał tego ze snu tak bardzo, że Artur zadrżał. Rozejrzał się powoli, chcąc upewnić się, że już nie śni. Samochody jeździły po ulicach. W oddali wyła syrena karetki lub radiowozu. Ludzie spieszyli do swoich spraw. To nie był sen. Chłopak przykucnął, wpatrując się w zwierzę, które spojrzało mu w oczy.

– Kici, kici. – Szepnął niepewnie Artur, wyciągając dłoń. Kot przeciągnął się i ziewnął, po czym miękkim krokiem podszedł do krat ogrodzenia, przecisnął się pomiędzy nimi i położył łepek na ręku studenta. Chłopak pogłaskał zwierzaka. Przyjemny dotyk uspokajał, prostował myśli, a wibrujące mruczenie miało w sobie nawet coś, co można było nazwać przyjemnością. Artur wstał i skierował się w stronę osiedla, oglądając się za siebie. Kot szedł za nim.

– Czy tak zdobywa się kota? – Mruknął do siebie. – Gdyby wszystko było tak proste…

Kot podążał za Arturem do furtki i klatki schodowej, a następnie do windy oraz mieszkania. Chłopak nie zamierzał go przegonić. Rodzice i znajomi wielokrotnie zachęcali go do kupienia lub zaadaptowania czworonożnego towarzysza. W tamtej chwili, ich sugestie wydawały się tak słuszne, jak jeszcze nigdy dotąd. Kocur leżał wygodnie na kanapie, kiedy młodzieniec nalewał mu mleka do jednej miseczki i kroił kiełbasę, którą wrzucił do drugiej. Zwierzak najwyraźniej nie był głodny, bo posiłek nie zainteresował go ani trochę. Za to, kiedy Artur wszedł do salonu i usiadł na kanapie, kot wlepił w niego żółte ślepia.

– Co? – Zapytał idiotycznie Artur. – Chcesz się przytulić? – Powiedział, wyciągając ramię w zapraszającym geście. Zwierzak przyjął ofertę i ostrożnie umościł się na kolanach chłopaka, mrucząc przy tym entuzjastycznie. Student zaczął głaskać kocura, uśmiechając się głupawo. Czuł się nieco zakłopotany obecnością innego żywego stworzenia w swoim mieszkaniu. Zakłopotany, ale w pewien sposób również zadowolony i spokojny.

– Potrzebne ci imię. – Powiedział. Kot uniósł łepek i spojrzał na swojego nowego gospodarza. Koty przecież nie mają właścicieli, a tylko gospodarzy. – Może… Może Jafar? – Zwierzak odwrócił głowę, jakby rozczarowany. – No co? Przecież jesteś czarny. – Usprawiedliwił się Artur, zdając sobie jednocześnie sprawę z ubóstwa humorystycznego tego żartu. – Więc może Fryderyk? – Brak reakcji kota świadczył chyba o nieznajomości osoby i filozofii Nietzschego. – Ciężko cię zadowolić. – Westchnął chłopak i odchylił się na oparciu, przymykając oczy. Przestał przy tym głaskać kota, który wyraźnie niezadowolony, wbił mu lekko pazurki w udo, w ponaglającym geście. – Wiem! – Odezwał się zadowolony młodzieniec. – Nazwę cię Ból! – Kocur spojrzał Arturowi w oczy, zamiauczał i ułożył się wygodniej. – Dobrze. Niech będzie Ból. – Uśmiechnął się chłopak, głaszcząc śpiący na jego kolanach Ból.

 

Rozdział 5 

 

Artur jechał zatłoczonym tramwajem, otoczony zobojętniałym tłumem. Trzymał się kurczowo żółtej poręczy pod sufitem, jakby była jedynym elementem, który zapobiegał utonięciu w cuchnącym gardle tej pospolitej tłuszczy. Przystanek, na którym wysiadał zdał mu się wybawieniem. Świeże powietrze, jeżeli można było o takim mówić w Łodzi, owiało jego twarz, zabierając ze sobą odór trosk, który skraplał się z oddechów podróżujących. Chłopak był przed Manufakturą, do której udał się celem oddania krwi w czerwonym autobusie, nazwanym równie profesjonalnie, co pretensjonalnie, „Mobilnym punktem poboru”. Artur regularnie, co sześć miesięcy oddawał krew. Miało to swoje zalety. Opakowanie pysznych czekolad, czasami baton, napój energetyczny lub nawet ręcznik stanowiły wspaniałą rekompensatę za utracony płyn ustrojowy. Student starał się oddawać swojemu rytuałowi w dniach, w których przypadały imprezy. Dzięki osłabieniu, alkohol szybciej uderzał do głowy, co dawało sporą oszczędność. Dzisiaj wieczorem jego grupa dziekańska była umówiona na wspólną zabawę w klubie, który znajdował się w budynku akademika. Imprezy w środku tygodnia przestały kogokolwiek dziwić już w połowie pierwszego roku studiów. Termin był zatem idealny. Artur szedł szybkim krokiem, zbliżając się do autobusu. Dość wczesna godzina skutecznie zapobiegła długiemu oczekiwaniu w kolejce. Młodzieniec wziął formularz od mężczyzny siedzącego na miejscu kierowcy, odszedł kilka kroków i usiadł na ławce, zabierając się do wypełniania dokumentu. Chłopak oddawał krew z jeszcze jednego powodu, o którym nikomu nie wspominał. Lubił wierzyć w to, że płyn, który sączył się z jego żyły do plastikowego woreczka, zawierał w sobie esencję jego smutku, jakiś tajemniczy związek chemiczny, odpowiedzialny za całą mizantropię, bezsens i wewnętrzną pustkę. Artur zakreślał kolejne kwadraty na kartce papieru, czując znajome podniecenie. Pospiesznie podpisał dokument i wrócił do autobusu. Mężczyzna przyjął pismo i przekazał ochotnika w ręce pielęgniarki, która z profesjonalną, wypraną z uczuć twarzą pobrała od niego próbkę krwi. Student rozglądał się po wnętrzu pojazdu. Na dwóch wygodnych fotelach do pobrań, siedziały blade jak świeży śnieg młode kobiety. Czuwające przy nich członkinie wampirycznego personelu wywracały oczami i ukradkiem podśmiewały się z mdlejących dawczyń. Artur już dawno zauważył, że cudza słabość, nawet usprawiedliwiona, napawa ludzi silnych politowaniem, a nawet pewną odrazą. Uczucie wyższości, na jakimkolwiek polu, zawsze dodaje nam animuszu, chociaż najczęściej staramy się to ukryć, oszukać siebie samych i zatuszować własną próżność. Wynik badania próbki Artura był pomyślny, więc chłopak przeszedł do ciasnego pomieszczenia, stanowiącego gabinet lekarski, przyciskając gazik do zgięcia łokciowego. Młoda pani doktor powitała go szczerym uśmiechem i rozpoczęła wywiad, zakładając mu jednocześnie rękaw ciśnieniomierza.

– To pana pierwszy raz? – Zapytała z entuzjazmem w głosie, świadczącym o jeszcze tylko ukradkiem zbliżającym się wypaleniu zawodowym i rozczarowaniem polską ochroną zdrowia.

– Nie, oddaję co pół roku od osiemnastki. – Odpowiedział student, karcąc się jednocześnie za dumę w swoim głosie. Nie robił przecież tego dla potrzebujących, ale dla własnej ulgi.

– No proszę. – Uśmiechnęła się jeszcze szerzej lekarka. – Szkoda, że więcej młodych ludzi nie jest takich jak pan.

Artur spojrzał na notującą kobietę z politowaniem. Gdyby tylko wiedziała, jaki jest naprawdę, wyrzuciłaby go z autobusu, posyłając kopniaka i siarczyste przekleństwo na drogę do piekła. Następnie pewnie poprosiłaby kierowcę o papierosa, rozpoczynając tym samym dożywotnią batalię między swoim własnym idealizmem, a nieubłaganą rzeczywistością.

– Skoro jest pan stałym klientem, nie będę pana długo męczyć. – Zaśmiała się doktor. – Ciśnienie delikatnie podwyższone. Stresuje się pan jeszcze?

– Nie. Zawsze tak mam przed oddawaniem. Nie wiem z czym to się wiąże. – Odparł krótko młodzieniec.

– Cóż, na fizjologię nic się nie poradzi. Nie zatrzymuję dłużej i zapraszam na fotel. – Podsumowała lekarka.

– Dziękuję. – Odpowiedział uśmiechem Artur. Chłopak przeniósł się na krzesło czekając, aż pielęgniarki podniosą pozieleniałą już krwiodawczynię i przeprowadzą ją na siedzisko przy drzwiach autobusu, na którym miała chwilę ochłonąć.

– Zapraszam. – Usłyszał w swoją stronę student, na co poderwał się ochoczo i zajął miejsce na wygodnym fotelu. – Które ramię? – Zapytała pielęgniarka.

– Lewe. – Powiedział bez zastanowienia Artur i zaczął podwijać rękaw bluzki. Zobaczył wtedy bliznę na nadgarstku, o której kompletnie zapomniał, co jeszcze mu się nie zdarzyło. Zmieszany chłopak zsunął materiał, naciągając go nisko i przytrzymując w zaciśniętej pięści. – Właściwie to pomyślałem, że tym razem może jednak prawe. – Poprawił się, posyłając uzbrojonej w igłę kobiecie rozbrajający uśmiech.

– Jak pan woli. – Odpowiedziała beznamiętnie wampirzyca. – No to zdrowaś Maryjo… – Wyrecytowała pielęgniarka, wkłuwając igłę w żyłę młodzieńca. – I jest. W razie, gdyby się pan źle czuł, proszę mówić. – Artur czuł się cudownie. Patrzył na strumień tej samej, najwspanialszej czerwieni, w której zakochał się dawno temu. Obserwował napełniający się powoli woreczek, wyobrażając sobie wszystkich pacjentów, którym jego krew pomoże lub uratuje życie. Leżał wraz z nimi na szpitalnych łóżkach, odurzony lekami przeciwbólowymi, dziękując swojemu bezimiennemu wybawicielowi. Był wraz z nimi, kiedy trucizna z jego żył zaczynała infekować ich serca i umysły. Poczucie bezsensu we wszystkim, czemu sens nadać się chciało, beznadzieja życia, marność ludzkiego rodzaju, cierpienie, ból, smutek i złość, ta gotująca się, rozlewająca palącym kisielem złość. Wszystko to wypływało z niego, mając zanieść ocalenie (komu?) i zagładę (komu?). Artur podejrzewał, że gdzieś za tym iście szatańskim zachowaniem kryło się jego łkające pragnienie bycia zrozumianym. Chłopak nie chciał być na świecie jedynym, który borykał się z takimi trudnościami. Infekując innych swoim zepsuciem, gdzieś tam na Widzewie, Bałutach lub Polesiu, a może nawet na Stokach lub Chojnach, tworzył sobie towarzysza niedoli. Jeszcze jedno poszarzałe życie, jeszcze jedna zdruzgotana dusza… Student bardzo rzadko łudził się, że jego krew naprawdę ma moc przekazywania jego uczuć. Jeszcze rzadziej wierzył w to, że w końcu znajdzie się ktoś, kto dostrzeże rozwiązanie dla wszystkich jego trosk, że pewnego dnia spotka biorcę swojego zepsucia, a ten poda mu receptę, jakieś remedium, które odmieni jego żałosne życie.

– Niestety, ma pan za niską hemoglobinę. Nie może pan oddać krwi. – Skrzeczący głos pielęgniarki wyrwał Artura z transu. Chłopak spojrzał w jej stronę i uchwycił plecy odrzuconego dawcy. Student wyjrzał przez okno. Młody mężczyzna wyszedł z autobusu i odetchnął głęboko dwa razy, po czym uśmiechnął się i wszedł do centrum handlowego. Wyraźna ulga niedoszłego krwiodawcy, ten mimowolny gest, utwierdził Artura w jego pesymizmie.

– Nie możemy wierzyć w altruizm, jeżeli uniknięcie ukłucia sprawia nam większą radość niż uratowanie życia. – Szepnął student.

Wchodzącego do mieszkania młodzieńca powitał Ból. Kot siedział w przedpokoju, przyglądając się ciekawie swojemu gospodarzowi.

– Witam. – Powiedział ciepło Artur. – Byłeś grzeczny? – Zapytał głupkowato. Zwierzak zatrząsł uszami i poszedł do salonu, zostawiając pytanie bez odpowiedzi. Chłopak zdjął buty i kurtkę, po czym zostawił w kuchni pudełko z czekoladami, wyjmując z niego dwie tabliczki. Mimochodem zauważył, że miseczki z jedzeniem dla Bólu pozostały nietknięte. Kot pewnie nadal czuł się trochę obco, co odbierało mu apetyt. Student rzucił słodycze na łóżko w sypialni i zrobił mały obchód mieszkania, w poszukiwaniu śladów pazurów na meblach. Pobieżnie obejrzał sofę i fotel, drzwiczki szafek i firanki. Ból obserwował go żółtymi oczami, jakby z politowaniem.

– Masz mnie za głupka? – Zapytał chłopak. – Dobra, uznaję, że jesteś dobrze wychowany i nie zniżasz się do poziomu drapania mebli, jak pospolite koty. – Ból miauknął, pewnie zgadzając się ze spostrzeżeniem. Zadowolony Artur wrócił do sypialni i podniósł oparcie łóżka, ustawiając je w pozycji do oglądania filmów na monitorze komputera. Uruchomiwszy maszynę, wybrał w Internecie jedno z dzieł Stanleya Kubricka i położył się, zabierając się jednocześnie za pierwszą czekoladę. Do czasu wyjścia na imprezę w akademiku miał jeszcze cztery godziny. W międzyczasie, dołączył do niego Ból, który położył się po lewej stronie młodzieńca, spoglądając ukradkiem na jego lewą dłoń. Artur zrozumiał aluzję i zaczął głaskać kota, który mruczał przez chwilę, a następnie zasnął.

 Student otworzył oczy. Za oknem było już ciemno. Ból nadal spał pod jego dłonią. Opakowania po czekoladach leżały na jego piersi. Monitor był czarny, głośniki milczały. Artur skonstatował, że musiał zasnąć w trakcie seansu. Spojrzał na zegar na ekranie telefonu. Do imprezy pozostała jedna godzina. Chłopak wstał z łóżka, ziewnął i przeciągnął się. Spokojnie włączył muzykę, która miała akompaniować mu przy przygotowaniach. Młodzieniec zdjął koszulkę i przeszedł do łazienki, zamykając za sobą drzwi. Artur spojrzał na siebie w lustrze. Nie widząc niczego, czym mógłby się zachwycić, sięgnął po szczoteczkę do zębów, jednak w połowie ruchu odwrócił dłoń i spojrzał na różową linię na jego nadgarstku. Blizna zagoiła się niezbyt ładnie. Była przerośnięta, z dwoma prostopadłymi śladami po szwach po każdej stronie. Przy ćwiczeniach na siłowni lub noszeniu zakupów, tkanka siniała brzydko. Czasami także swędziała. Swędziała, kiedy myślał o…

– Jak mam na imię? – Usłyszał Artur za swoimi plecami. Chłopak nie mógł się odwrócić. Chciał to zrobić z całych sił, ale jego ciało nie było zdolne do ruchu, albo było zdolne, lecz wyraźnie go nie słuchało. Chłopak uniósł wzrok. W lustrze zobaczył Ból. Kot siedział na koszu z brudnymi ubraniami. – Jak mam na imię? – Powtórzyło zwierzę. Artur nie wierzył w to, co się działo. Kot wyraźnie poruszał pyskiem, przemawiając do niego głosem młodego chłopca, co jedynie dodawało całej sytuacji grozy. Chłopak nie potrafił wykrztusić z siebie słowa. Głos wiązł mu nie w gardle, ale gdzieś nawet niżej, w samym środku przerażonych trzewi. – Jak mam na imię?! – Zapytał ponownie Ból, przebierając przednimi łapkami. Był wyraźnie zirytowany milczeniem studenta. Artur nie miał pojęcia dlaczego, ale był absolutnie pewien, że musi odpowiedzieć. Musiał dać odpowiedź teraz, w tym momencie, bo inaczej stanie się coś bardzo złego, czego nie potrafił wyrazić. – JAK MAM NA IMIĘ?! – Wrzasnął kot, sycząc przy tym i prychając. Młodzieniec włożył do ust palec wskazujący prawej ręki. Przez moment wahał się, jednak poczuł zaciskające się na nim zęby. Chłopak zwiększał nacisk, walcząc z mdłościami i przeszywającym bólem. W końcu, zazgrzytała kość. Artur nie ustąpił. Gryzł dalej, czując trące o siebie z obrzydliwym chrzęstem powierzchnie, przytrzymując się krawędzi szafki. Krew zalewała mu wargi ciepłymi strużkami. Po długiej jak wieczność chwili, paliczek trzasnął. Student wypluł opuszkę, która wylądowała pomiędzy czerwonymi plamami na bielącej się umywalce. Następnie uniósł drżącą dłoń i zaczął bazgrać piekącym kikutem po lustrze. Kiedy na tafli pojawiło okropne, ociekające lejącą się czerwienią słowo „ból”, Artur opuścił rękę i wziął kilka głębokich wdechów.

– Jak mam na imię? – Usłyszał ponownie młodzieniec. Ponowne pytanie ścięłoby go z nóg i doprowadziło do łez, ale chłopak był jak w transie. Wiedział co musi zrobić i nie miał opcji ratunku. Zdezorientowany, chcąc ponownie napisać imię kota na lustrze, zorientował się, że z okaleczonego palca przestała lecieć krew. Artur spojrzał na odbicie zwierzęcia, w którego jadowitych oczach nie było żadnego śladu współczucia, a jedynie bezlitosne oczekiwanie. Student włożył do ust środkowy palec, który drżąc, obijał się o jego zakrwawione zęby. Ugryzł mocno, zdecydowanie, jednak nie dość mocno. Kość zaprotestowała żałosnym jęknięciem, ale nie ustąpiła. Zrozpaczony młodzieniec zacisnął mocniej usta, szarpiąc przy tym dłonią. Krople krwi kapały dookoła groteskową fontanną. Artur przypominał obłąkany zraszacz do trawy, której właściciel stwierdził, że rośliny potrzebują do wzrostu żelaza, najlepiej pochodzenia ludzkiego. Torturowany paliczek przegrał walkę i chłopak wypluł kolejny palec do umywalki. Targany konwulsjami, drżący od przerażenia i bólu, student ponownie napisał na lustrze słowo „Ból”, tym razem z wielkiej litery.

– Jak mam na imię? – Powtórzył kot. Artur gapił się w oczy zwierzęcia, szukając wskazówki lub odpowiedzi. Czuł się jak zając, który zatrzymał się na środku jezdni, wpatrzony w reflektory pędzącego samochodu. Chłopak potrząsnął głową, zachwiał się i spojrzał ponownie na kota. – Jak mam na imię? – Student uniósł okaleczoną rękę. Po chwili warknął, zaskrzeczał i walnął pięścią w lustro, które zakwitło pajęczyną pęknięć. Młodzieniec zaczął szamotać się przy umywalce, rozmazując krew na gładkiej tafli, rozrzucając przybory toaletowe i rozlewając mydło. Chłopak w dalszym ciągu nie mógł krzyczeć ani wyartykułować żadnego słowa. Z jego ust wydobywały się jedynie niezrozumiałe jęki i gulgoty. W końcu, wycieńczony, Artur osunął się na kolana.

– Dobrze. – Usłyszał za sobą. Student podniósł wzrok do lustra, które bardziej przypominało teraz płótno szaleńca. Odciski trójpalczastej dłoni, niewyraźne i urywane smugi czerwieni, pęknięcia oraz zbłąkane krople tworzyły makabryczny obraz, tworzący powykręcany, schorzały napis „b ó l”. – Słowa nie mają żadnej wartości, dopóki nie nada się im znaczenia. Jeżeli to miałeś na myśli, nadając mi imię Ból, będę je nosił z radością. – Artur w końcu mógł odwrócić głowę. Spojrzał na czarnego kota, którego pyszczek wykrzywiał szeroki od ucha do ucha, przerażająco biały uśmiech.

Artur zerwał się z łóżka, budząc przy tym Ból, który ziewnął i przeciągnął grzbiet. Zdyszany, zlany potem student spojrzał na kota, szukając w jego oczach tego jadowitego, żółtego okrucieństwa, którego stał się ofiarą w łazience. Zwierzę patrzyło na niego zupełnie normalnie. Chłopak odruchowo złapał się za palce prawej dłoni. Wszystkie były na swoim miejscu. Monitor był czarny, głośniki milczały. Za oknem było już ciemno. Młodzieniec spojrzał na zegar na ekranie telefonu. Do imprezy pozostała jedna godzina. Artur usiadł z powrotem na materacu. Po sekundzie wahania wyciągnął dłoń i pogłaskał kota po puchatym łebku.

– Muszę się napić. – Stwierdził student. Ból zamruczał, zgadzając się z tym stwierdzeniem.

 

Rozdział 6 

 

Artur uszykował się w piętnaście minut. Umył zęby, spryskał się wybranymi spośród pięciu flakonów perfumami i zmienił czarną, gładką koszulkę na białą z wyobrażonym szkieletem, pozbawionym kończyn. Nadruk ten skutecznie odstraszał kobiety. Chłopak był świadomy, że po alkoholu do głosu dochodziła jego uwodzicielska i czarująca strona, a w klubie nigdy nie brakowało chętnych panien. Młodzieniec zabezpieczał się więc przed wyjściem, żeby w chwili upojnej słabości Jej nie zdradzić. Artur brzydził się zdradą. Stawiał ją na równi z morderstwem. W końcu osoba zdradzająca mordowała zaufanie, zarzynała opasłą świnię tuczoną zaangażowaniem i uczuciem, rozlewała wiadra krwi agonizujących wspomnień i otwierała rany rozpaczy. Artur traktował zdradę jak morderstwo, bo nie zostawało po niej nic, oprócz nekrologu szczęścia.

Wcześniejsze wyjście z domu i inwestycja w taksówkę skutecznie zapobiegły długiemu czekaniu w kolejce do klubu. Artur już z daleka wypatrzył Krzyśka, który palił papierosa przez wejściem, rozmawiając z grupką znajomych. Gdyby ktoś nie znał tych ludzi, mógłby odnieść bardzo realistyczne złudzenie, że naprawdę są zainteresowani sobą nawzajem. Szyte na miarę, przyklejone uśmiechy, wyćwiczone przed lustrem, dopracowane z aktorską starannością gesty, a wszystko to elegancko upakowane w sztywne kołnierzyki skrępowanej swobody, ustawione na chwiejnych obcasach samozwątpienia i dokładnie ukryte w głębokich dekoltach oraz opinających rękawach. Artur umiał grać w tę grę pozorów, ale szczerze jej nie cierpiał. Nie mógł doczekać się szumu alkoholu w głowie, słodkiego przytępienia myśli, dzięki któremu nie musiał grać, ale dopasowywał się do płynnego otoczenia.

– Elo, Mordo! – Zawołał Krzysiek, dostrzegając szczerzącą się maskę na twarzy kolegi. – Gotowy na najebkę?

– No witam! – Odkrzyknął student, wyciągając papierosa. – Zawsze jestem gotowy.

Jak to zwykle bywało w przypadku Krzyśka, po kurtuazyjnym wstępie, zapadała niezręczna cisza, przerywana kąśliwymi uwagami odnośnie zachowania innych, skrzeczącym śmiechem lub obowiązkowym stwierdzeniem, że musi w końcu przestać palić. Młodzieńcy weszli do klubu i zostawili kurtki w szatni, płatnej dwa złote. Pijani studenci, którzy wychodzili w nocy zapalić, przepuszczali w tym miejscu istne fortuny. Bez zbędnych ogródek koledzy podeszli do baru i zamówili dwie wódki, które po sekundzie zastanowienia zamieniły się w cztery. Barman na każdym kieliszku kładł połyskującymi szczypcami cząstkę pomarańczy o aromatycznej skórce.

– No to zdrówko! – Oświadczył Artur, unosząc zimne naczynie.

– Nie stukasz, nie ruchasz! – Dodał Krzysiek i stuknął kieliszkiem o blat. Towarzysz powtórzył rytuał godowy i oboje wypili. Artur poczuł zimno w przełyku, które po chwili zapłonęło czterdziestoprocentowym płomieniem. Słodycz pomarańczy pomogła mu się nie skrzywić, a wymieszana z alkoholowym jadem, rozlała się po ciele młodzieńca falą, którą nieliczni zgromadzeni w klubie mogli niemal zobaczyć i poczuć. Chłopak uśmiechnął się na myśl o nadchodzącym zawężeniu świadomości. Dryfował teraz w kierunku intelektualnej mielizny. Zbyt wolno. Potrzebował czystego, żytniego wichru w żaglach, które właśnie po kolei stawiał na maszty.

– Jak woda! – Ucieszył się Krzysiek. – To jest mój dzień.

– Dawaj na drugą nóżkę, bo jeszcze mi się ręce trzęsą. – Zakomenderował Artur, chwytając drugi kieliszek i podnosząc go w górę jak osobistą biblię, swój własny kodeks moralny i przewodnik do szczęścia. Po drugiej kolejce studenci zarządzili przerwę na papierosa, póki na dworze nie było na tyle zimno, aby nie dało się wytrzymać bez kurtek. Pogrążeni w kłębach dymu i rozpływających się myślach, młodzieńcy zaczęli witać schodzących się małymi grupkami znajomych. Na czele pierwszej z nich szła średniego wzrostu szatynka o ślicznej, przemiłej twarzy i wydatnych, pełnych ustach. Przy każdym kroku kołysała biodrami, co nie umykało uwadze obecnym wokół samcom.

– Cześć, chłopcy! – Zawołała Basia.

– Siema, siema. – Odpowiedzieli Artur i Krzysiek, wymieniając z dziewczyną buziaki i uściski.

– Co tam? Piliście już coś? – Zapytała, po czym skrzywiła się wyraźnie. – Ja nie wiem jak wy możecie palić.

– Na coś trzeba umrzeć. – Odparł Krzysiek, zaciągając się jeszcze głębiej, na co Basia przewróciła oczami z zażenowaniem.

– Dopiero zaczęliśmy picie. Szybko nadrobisz. – Artur puścił koleżance oczko. Basia należała do najbardziej radosnych osób, jakie znał. Zawsze uśmiechnięta, spontanicznie wybuchająca śmiechem zaraźliwym jak ospa wietrzna, kobieta roztaczała dookoła siebie prawie namacalną aurę dobrego nastroju. Nikt nie mógł oprzeć się temu wpływowi. Nikt, z wyjątkiem Artura.

– Kwitnąco wyglądasz… – Powiedział Krzysiek z szelmowskim uśmiechem.

– Dziękuję! – Rozpromieniła się Basia. – Mam nową…

– …srałaś? – Dokończył student, szczerząc się głupkowato. Artur przywykł do tych żartów i spokojnie palił dalej. Kiedy dwójka znajomych wchodziła w typowe dla siebie sprzeczki, młodzieniec wypatrzył kilka osób, które znał dość blisko. Uniósł ramię i pomachał znajomym, którzy zaczęli iść w jego stronę.

– Witam, mistrzu! – Zawołał Paweł – bliski przyjaciel Artura od pierwszego roku studiów.

– Siemanko! – Rzucił rozpromieniony Kacper, kolega z grupy dziekańskiej.

– Hej. – Powiedziała Karolina, przechodząc obok i kierując się w stronę drzwi.

– Cześć, cześć. – Odpowiedział Artur, witając się. – Co z nią? – Zapytał nowoprzybyłych.

– Nie wiem, może ma okres. – Wzruszył ramionami Paweł.

– Podobno coś z chłopakiem. – Uśmiechnął się Kacper. – Inaczej już by leciała do niego.

– Masz na myśli jej sponsora? – Dołączył się Krzysiek.

– Czy możemy skupić się na tym, po co przyszliśmy? – Przerwał znajomym Artur. Karolina była znana z tego, że związała się z bogatym mężczyzną na jakiejś egzotycznej wyspie, której nazwy nawet nie starał się zapamiętać. Uczelnia aż wrzała, kiedy wyszło na jaw, że czekoladowoskóry partner ufundował jej powiększanie piersi. Artur uczestniczył w plotkowaniu na temat koleżanki, jednak nie miał do niej prywatnej urazy, zapewne podobnie jak cała reszta szepczących za jej plecami. Chłopak był pewien, że Karolinę dało się lubić, jednak wymagało to pewnego wysiłku, na który nie miał zamiaru się zdobywać.

– Cenna inicjatywa. – Zgodził się Kacper. – Do boju! – Niedopałki pofrunęły na beton chodnika i zostały zdeptane lepkimi podeszwami butów. Znajomi weszli do klubu i jak przyciągani magnesem, w rytm dudniącej muzyki, przeszli do baru.

Z nowymi siłami witalnymi i finansowymi, towarzystwo rozpoczęło zabawę. Wódka lała się bezustannie, barman żonglował kieliszkami, wypełniając jedne, zabierając i płucząc drugie. Przezroczysty płyn i pomarańcze znikały w zastraszającym tempie, padając ofiarami młodzieńczego głodu. Basia, Kacper i Krzysiek udali się na parkiet, podczas gdy Paweł i Artur stali przy ladzie obserwując falujący, jak jakiś prymitywny, morski organizm, tłum.

– Jak się trzymasz? – Zapytał Paweł.

– Raz lepiej, raz gorzej, wiesz jak jest. – Odparł Artur. Paweł był jedną z nielicznych osób, które wiedziały o prawdziwym pochodzeniu blizny na nadgarstku młodzieńca. Znał też cała historię pomiędzy nim i Niną. Paweł był niesamowitą osobą. Grał w koszykarskiej drużynie AZS-u, grał na perkusji w dynamicznie rozwijającym się zespole heavymetalowym, ćwiczył na siłowni, na którą zresztą wprowadził Artura i nauczył go wszystkiego, co sam potrafił. Dodatkowo, był oddanym, wiernym przyjacielem, gotowym wysłuchać Artura w środku nocy i udzielić jakiejś rady lub chociaż słowa pociechy, które pomagały przetrwać do rana. – Ostatnio jest właściwie… Nijak.

– No rozumiem. Nie masz już żadnych głupich myśli? – Zapytał blondyn, z trudem przekrzykując muzykę, co brzmiało dość zabawnie, bo jednocześnie starał się mówić półgłosem.

– Nie, nie mam. Trzeba jakoś żyć. Nie mogę uzależniać swojego życia od czyjegoś innego… Nie w takim stopniu.

– Nie możesz. Poza tym, jesteś jednym z najbardziej niesamowitych ludzi, jakich znam. Pamiętasz jak na pierwszym roku siedzieliśmy obok siebie na tym chujowym spotkaniu organizacyjnym?

– Pamiętam. – Uśmiechnął się Artur.

– Usiadłeś i powiedziałeś do mnie: „No i co żeś się tak rozjebał jak Popiełuszko w bagażniku?” Wtedy już wiedziałem, że się dogadamy! – Paweł roześmiał się gromko. Artur nie śmiał się tak mocno. Przypomniał sobie jak tańczył w tym pomieszczeniu z Niną na urodzinach jakiegoś kolegi. Chyba należał do samorządu. Pamiętał jak wirowali, trzymając się w ramionach i całując delikatnie, wzbudzając dookoła zażenowane grymasy zazdrości. Byli wtedy, bezsprzecznie, najszczęśliwszymi osobami, jakie kiedykolwiek bawiły się w tym klubie.

– Dobrze, że jesteś. – Powiedział do Pawła Artur. – Chodź, stawiam następną.

Brzęczące kieliszki i słodkie pomarańcze. Śmiech, słodkie otępienie. Kacper, czytający SMS-a i krzyczący po chwili z radości.

– Chłopaki! Marta dostała okres! – Krzyczy, a czyste szczęście wylewa się zza jego zamglonych oczu.

– Możesz przepić te trzy kafle z funduszu aborcyjnego! – Drze się Artur.

– Kim jest, kurwa, Marta?! – Wrzeszczy Krzysiek. – Znowu zdradzasz Jagodę! – Unoszą się pięści, ale szybko opadają w kierunku wypełnionych pojednaniem naczyń. Basia wyciąga wszystkich do tańca. Nikt nie protestuje. Artur brnie przez szalejący tłum. Pot, ślina, śmiech, śpiew. Pijane kobiety, wyginające i wdzięczące się do wygłodniałych mężczyzn, gotowych rozszarpać zębami dzielącą ich od zdobyczy cienką, koronkową klatkę. Światła błyskają wszystkimi kolorami. Pomieszczenie pachnie seksem, żądzą i bezwstydnym apetytem, opanowując zmysły w nim obecnych i zmuszając do ociekającego perwersją tarła. Świat wiruje, rozmywa się, głosy zlewają ze sobą, ukrywając bardzo głęboko cichy płacz kwaśnego zepsucia, sączącego się przez cały wieczór w każdą pijaną duszę. Artura to nie obchodzi. Tańczy z jakąś dziewczyną. Po chwili z inną. Widzi Basię, Karolinę. Jakąś znajomą twarz. Widzi Krzyśka. Nie, Kacpra. A może Krzyśka… Zimno… Artur stoi przed klubem, w jakiś niewyjaśniony sposób ubrany w swoją własną kurtkę. Chłopak nie może stać. Chwieje się. Pochyla się do przodu i idzie. Pamięta drogę. Potyka się o własne nogi, ale nie upada. Oddycha ciężko. Zapala papierosa. Gdzieś w połowie drogi, chyba na Rondzie Solidarności, zaczyna płakać. Bełkocze, a zniekształcone słowa ulatują w głuchą noc kłębami dymu. Następny obraz jest już przed furtką. Udaje mu się wpisać kod. Chwała organizmowi za pamięć mięśniową. Dobrze, że w windzie są poręcze. Artur walczy z kluczami do drzwi. Toczy zażartą walkę z zamkiem. Stawka jest wysoka. W końcu wchodzi. Walka powtarza się po drugiej stronie drzwi. Znowu się udało. Jest bezpieczny. Jest u siebie. Jest sam. Nie jest sam. Do jego odrętwiałego ciała, o cudownie znieczulonym umyśle, podchodzi miękki, ciepły kształt. Ból kładzie się u boku Artura i oboje zasypiają, równie zadowoleni z wzajemnej obecności.

 

Rozdział 7 

 

Potworny kac znacznie utrudnił Arturowi dotoczenie się na poranne zajęcia. Ból głowy i kwaśna, popielata suchość w ustach, pomimo litra wypitej przed wyjściem wody, przesłaniały świecące Słońce, które oczom innych przechodniów ukazywało subtelne, często niezrozumiałe piękno Łodzi. Student nie dbał o uroki miasta. Obchodziły go jedynie sztorm w żołądku i batalia pod czaszką. Na seminarium połowa grupy Artura również wyglądała jak cienie samych siebie. Podkrążone oczy wciśnięte głęboko w pobladłe twarze nie mogły skupić wzroku na żadnym przedmiocie, gapiąc się gdzieś w przestrzeń, w której czeluściach pogrzebane były strzępki wspomnień ostatniego wieczoru. Niezgrabne, wzbraniające się przed posłuszeństwem dłonie wydawały się drżeniem robić wyrzuty swoim właścicielom, że zostały zmuszone do dostarczania zgubnego płynu do popękanych z odwodnienia ust. Unoszący się w pokoju odór metabolizowanego z trudem alkoholu nie umknął uwadze asystentowi prowadzącemu prelekcję, jednak młody lekarz skwitował stan studentów jedynie uśmiechem, zapewne wracając pamięcią do własnych wybryków sprzed kilku lat. Artur nie miał najmniejszej ochoty słuchać o objawach ostrego odmiedniczkowego zapalenia nerek. Siedział na krześle, owinięty bielą pogniecionego fartucha i pozwalał słowom rozbijać się o jego otamowaną świadomość. W pewnym momencie młodzieniec poczuł wibrację na swoim udzie. Wyjął z kieszeni komórkę i odblokował ekran. Kornelia przysłał mu SMS-a. „Kto to, kurwa, jest Kornelia.” – Zastanawiał się przez chwilę chłopak. W końcu przypomniał sobie seksowną brunetkę, którą poznał… Na jakiejś imprezie? Wycieczce? Przez Internet? Jakoś ją poznał, chyba około roku temu. Dziewczyna była dwa lata młodsza i z jakichś niewiadomych powodów, pałała do niego zwierzęcym pożądaniem. Regularnie wysyłała mu swoje nagie zdjęcia, podpisane zaproszeniami do Torunia, na wspólne spędzenie weekendu. Artur wielokrotnie miewał ochotę zgodzić się na niezobowiązujący ruchaton, jednak pojawiająca się równocześnie w jego umyśle Ona, skutecznie zapobiegała tym impulsom. Poza tym, Kornelia okupiła fizyczne wdzięki zdolnościami umysłowymi. Była żenująco wręcz głupia, zarówno światopoglądowo, jak i życiowo. Na dodatek, była feministką. Artur zawsze kpił z wszelkich haseł na temat jakiejkolwiek równości. Ludzie nigdy nie byli i nie będą równi, w jakimkolwiek sensie czy aspekcie, chyba że ta „humanitarna” i „postępowa” propaganda tak bardzo wymiesza najróżniejsze geny, że wszyscy staną się identycznie głupi. Student odczytał wiadomość.

– Chłopak mnie rzucił. – Ból głowy powstrzymał młodzieńca przed roześmianiem się. Kornelia, w ciągu roku ich znajomości, była w czterech związkach, z których najdłuższy trwał trzy miesiące. W międzyczasie, dziewczyna otwarcie mówiła o swoich jednonocnych przygodach, za każdym razem podkreślając, że teraz kolej Artura na wizytę w jej łóżku. Ewentualnie w jej kuchni, albo salonie. Student nie chciał zwiedzać dziewczyny w żadnym z pomieszczeń, w których każdy możliwy przedmiot, oferujący odrobinę płaskiej powierzchni, został obficie ochrzczony płynami fizjologicznymi.

– Mówiłem Ci, że wytrzymacie najwyżej dwa miesiące. – Odpisał młodzieniec. Odpowiedz pojawiła się niemal natychmiast.

– Wiem. Jaka ja jestem głupia… Rzucił mnie przez telefon. Faceci to chuje. Muszę znaleźć kogoś porządnego. – Artur nie mógł nigdy wyjść z podziwu dla ludzkiej hipokryzji i ignorancji. Kornelia puszczała się bezustannie, do tego stopnia, że musiała przejść operację zszywania ściany pochwy, chodziła na randki z przypadkowymi facetami, którzy zabierali ją do drogich restauracji lub na zakupy. Prezentowała dość dyskusyjną postawę moralną, sama wymagając od innych szlachetności, ciepła i wierności. Trzeba włożyć coś z siebie, aby potem móc coś wyjąć. Dziewczyna prawdopodobnie wyznawała zasadę, że to w nią inni mają wkładać wszystko, co mają do zaoferowania.

– Jesteś, nie przeczę. – Wystukał chłopak na ekranie telefonu. – Powodzenia w poszukiwaniach. – Dopisał jeszcze, zanim nacisnął ikonkę wysłania wiadomości.

– Jesteś okropny. – Oświadczyła komórka zimnymi literami.

– Powinieneś mnie pocieszyć. Przyjedź. – Kolejny SMS przyszedł zaraz po poprzednim, a następnie pojawił się MMS. Artur pobrał zdjęcie, na którym Kornelia leżała naga w wannie, ściskając uda i zakrywając przedramieniem sutki obfitych piersi.

– Mam zajęcia. Trzymaj się. – Odpisał chłopak. Brakowało mu cierpliwości, był kompletnie pozbawiony zrozumienia… Choć czasami podejrzewał, że dziewczyna, spragniona prawdziwej, romantycznej miłości, spotkała się z rzeczywistością, w której taka właśnie miłość już dawno zdechła, opluta, wyśmiana i obdarta ze skóry przez nowoczesny świat, podporządkowany żądzom i perwersyjnym pragnieniom. Świat zmył z siebie prawdziwe uczucia, ubierając się wstydliwie w szaty farbowane wolontariatem i działalnością charytatywną, humanitaryzmem oraz równością, które imitować miały rzeczywistą, rodzinną, a przede wszystkim ludzką, a nie społeczną empatię oraz miłość. Tak czy inaczej, Artur nie miał zamiaru pocieszać Kornelii. Zbyt wiele razy próbował skłonić dziewczynę do zmiany jej postępowania. Dalsze porażki nie wchodziły w grę. Zwłaszcza na kacu.

Grupa studentów dotrwała do końca seminarium i wytoczyła się z zatęchłego pokoju, kierując się do kawiarni. Dwadzieścia minut przerwy przed wejściem na oddział zdawało się umęczonym młodym ludziom odpoczynkiem od wiosłowania na niewolniczej galerze. Po zaopatrzeniu się w papierowe kubki z mocną, czarną kawą, towarzystwo usiadło przy okrągłych stolikach, napawając się trzeźwiącym aromatem. Dopiero kilka minut milczenia i parę długich łyków gorącego napoju umożliwiły studentom wydanie z siebie dźwięku innego niż postękiwania i przypadkowe przekleństwa.

– Ja już nie piję. – Odezwał się Krzysiek, którego zwykle blada cera pozieleniała, nadając mu wygląd goblina.

– Zawsze tak mówisz. – Zauważył Artur, masując skronie.

– Tym razem serio! – Krzysiek zaprotestował nieco głośniej, co spotkało się z grymasami na otaczających go twarzach.

– Nie drzyj mordy. – Jęknął Kacper. Artur już przed rozpoczęciem zajęć dowiedział się, że on i Basia opuścili klub około piątej. Oboje mieszkali na dalekich obrzeżach Łodzi, nie tak daleko od siebie, jednak Kacper, na jednym ze skrzyżowań po drodze, postanowił wysiąść z taksówki i ubrany jedynie w koszulę, dokończył podróż pieszo.

– Mama trochę się zdziwiła, jak padłam na łóżko w ciuchach. Jeszcze lepszą miała minę, kiedy wstałam tak, jak wróciłam i wyszłam na zajęcia. – Zachichotała Basia.

– Alkoholicy. – Pokręcił głową Kamil, który nie dołączył do wczorajszej zabawy i irytował innych swoją rześkością.

– Następnym razem się nie wymigasz. Będziesz cierpiał z nami. – Oświadczyła Basia, unosząc głowę, jako dumna starościna grupy.

– Lepiej porozmawiajmy o ważniejszych sprawach. Ministerstwo nadal ma w dupie protest głodowy medyków. Musimy w ten weekend jechać do Warszawy na manifestację. Wszyscy! – Powiedział Kamil, uciekając od tematu.

– Pojedziemy, pojedziemy. – Mruknęła grupa, wracając do parujących kubków. – Możemy o tym porozmawiać po zajęciach? Albo jutro? Widzisz, w jakim dziś jesteśmy stanie.

– No dobra. Ale nie odpuszczę wam! Manifestacja na Piotrkowskiej się udała, byliśmy tam razem… – Przerwał Kamil, patrząc na Artura. – …ale w Warszawie będzie kilka tysięcy ludzi. Rząd będzie musiał nas wtedy wysłuchać.

Artur już dobrą chwilę wcześniej wyłączył się z rozmowy. Czuł mdłości. Głowa bolała jak wściekła. Młodzieniec miał dziwne poczucie, że jedynie ta sączona przez niego kawa, trzyma go przy życiu. Przedłuża jego wegetację. Chłopak podniósł kubek i przycisnął go do piersi. Ciepło rozlało się przyjemnie po jego ciele, zupełnie jak… Student otworzył przymknięte w rozmarzeniu oczy i rozejrzał się. Kompani byli kompletnie zajęci sobą. Artur zamknął więc powieki ponownie. Upił łyk kawy i przytulił naczynie. Rozgrzewający dotyk, zarówno od zewnątrz, jak i od środka, przypomniał mu Jej ciepło. Zawsze była tak cudownie ciepła. Emanowała tą temperaturą tak, że zimą powietrze wokół niej niemal widocznie wibrowało. W umyśle Artura pojawił się dokładnie widoczny, plastyczny i namacalny moment, kiedy się w Niej zakochał. Wracali z zajęć. On pieszo, Ona tramwajem. Drogę na przystanek pokonywali wspólnie. Padał rzęsisty, zimny deszcz. Artur pożegnał się z Nią i poszedł w swoją stronę. Z jakiegoś powodu, odwrócił się jednak, na ułamek sekundy. Ona również odwróciła głowę. Strugi deszczu na okularach, rozmywające błyszczące oczy, ciężkie od wody kosmyki włosów, przemoczona kurtka… I jedna jedyna kropla, spływająca z Jej nosa. Artur nie wiedział czemu nastąpiło to właśnie wtedy. Być może w tej samotnej kropli deszczu, która zatrzymała się pomiędzy milionami spadających sióstr, zobaczył refleks przyszłego szczęścia? Może ta drobinka wody, zbłąkana wśród równoległych światów nieba i ziemi, niosła ze sobą wiadomość, była drogowskazem, ostatnią łzą żalu i pragnienia przebaczenia, wylaną przez zamęczonego, umierającego boga. Czymkolwiek była, sprawiła, że Artur kochał Ją od tamtej właśnie chwili, nieprzerwanie i niezmiennie.

– Obudź się. Idziemy na oddział. – Głos Krzyśka i dźwięk szurających krzeseł wytrącił chłopaka z zadumy.

– Idę, idę. – Powiedział Artur. Po kilku zatrważających snach, młodzieniec znów bał się nocy. Teraz jednak chciał ponownie wrócić do mieszkania, zażyć tabletkę nasenną i położyć się do łóżka.

 

 

 

 

Sen 3 

 

Ocknął się w mieszkaniu Niny. Stał przy drzwiach, w przemoczonych butach. Najwyraźniej padało, kiedy tu szedł. Albo jego umysł chciał dodać scenie dramatyzmu. Arturowi się to nie podobało. Chłopak rozebrał się i przeszedł do jej pokoju, otwierając półprzymknięte drzwi. Siedziała na łóżku w jeansach i kanarkowo żółtym sweterku, patrząc w ciemne okno, muskając po drodze wzrokiem liście aloesu w doniczce.

– Cześć, Maleństwo. – Zagadnął młodzieniec. Nie odpowiedziała. Artur usiadł obok Niny. Chciał ją przytulić, ale coś go powstrzymało, jakby ten gest był nieodpowiedni. – Wszystko w porządku? – Zapytał niepewnie.

– Dlaczego cię nie było? – Głos dziewczyny był zimny, lodowaciejąc pod wpływem spowijającego go smutku.

– Byłem na imprezie. Po alkoholu nie mam snów. I nie wziąłem tabletki. – Artur nie okłamywał Niny. Zawsze woleli rozmawiać o problemach, niż je ukrywać. Może był to błąd.

– Dobrze wiesz, że jak się upijesz, to nie śnisz. Nie chcesz mnie widzieć? – Chłopak nie odezwał się. Znała odpowiedź. – Tu jest tak pusto i ciemno… Nie chcę być sama. Nie powinnam być sama. Powinnam być wtulona w ciebie, przy butelce wina i filmach z Lesliem Nielsenem. Ale nie przyszedłeś. – Dziewczyna odwróciła gwałtownie twarz, patrząc na studenta wzrokiem pełnym bólu, który momentalnie zalał Artura, wypełnił go po brzegi i napęczniał, jak cierniowe ciasto.

– Nina… Ja potrzebuję czasami przerwy. Odrobiny oddechu…

– Przerwy ode mnie? – Zapytała z wyrzutem.

– Nie, ja…

– Miałeś trzy miesiące przerwy. Teraz, kiedy znowu możemy być razem, ty chlejesz i się ode mnie oddalasz. Znowu. – Artur nie mógł wykrztusić słowa. Nie chciał tego mówić. Chciał objąć Ninę, scałować z niej wszystkie troski, wydobyć smutek jak jad z rany. Wiedział jednak, że to nie pomoże. Czuła jego niepokój. Milczenie tylko zwiększało i tak już nieznośne napięcie między nimi.

– Nie wiesz jakie to trudne. – Zaczął.

– Co jest takie trudne?

– Nie wiesz ile wysiłku kosztuje mnie każdy krok w twoją stronę. Nie wiesz jak trudno jest mi cię kochać.

– Dlaczego? – Szept Niny był słaby, dławiący, niemal płaczliwy.

– Bo pomimo wszystkich starań… – Artur zająknął się i wziął głęboki wdech. – Wiem, że jesteś tylko w mojej głowie. Wiem, że wkrótce się obudzę w świecie, w którym cię nie ma. Każde takie przebudzenie to jak jeszcze jeden cios, kolejne kilogramy, które biorę na swoje barki. Budzę się, czując w powietrzu twój zapach, twój dotyk na mojej skórze… I wiem, że to wszystko iluzja, że tak naprawdę już nigdy nie będziemy razem. To naprawdę nie jest łatwe.

– To po co wracasz?! – Krzyknęła. Rzadko krzyczała. Właściwie, zdarzyło jej się to w przeszłości tylko jeden raz. – Skoro jestem dla ciebie tylko kłamstwem, jakimś cholernym ciężarem, to dlaczego wracasz?!

– Bo jesteś wszystkim, co mam. – Powiedział stanowczo. Nina zaczęła się delikatnie trząść, jak zawsze, kiedy mówił jej, że ją kocha. – Nie potrafię bez ciebie żyć. Próbowałem. Jedyne, czego wtedy pragnąłem, to śmierć. Trudno jest mi cię kochać, ale tylko ty trzymasz mnie przy życiu. Wolę cierpieć z tobą, niż próbować być szczęśliwy bez ciebie. Wiem, że i tak nie będę. – Chłopak chciał brzmieć zdecydowanie, jednak głos mu drżał i z trudem opuszczał pierś, jak spłoszone zwierzę. Młodzieniec rozluźnił napięte w skupieniu mięśnie, co wyglądało, jakby zmalał i lekko rozlał się po pościeli. Nina odwróciła szklący się wzrok, oparła łokcie na kolanach i podłożyła jedną dłoń pod głowę, obejmując policzek. Zawsze tak robiła, gdy coś ją martwiło. Całe małe ciałko napinało się przy tym, koncentrując wszystkie siły na poszukiwaniu rozwiązania problemu. Artur wyciągnął dłoń w kierunku dziewczyny, która jedynie spuściła wzrok i pokręciła lekko głową. Młodzieniec wiedział, że pozostało mu jedynie wyjść. Nina musiała pomyśleć, a on nie mógł jej przeszkadzać. Nawet, jeżeli nie była prawdziwa. Nawet, jeżeli była częścią jego umysłu i to właśnie on teraz nieświadomie myślał. Chłopak musiał użyć całej siły woli, sięgnąć w najgłębsze zakamarki umysłu, poszukując odpowiedniego bodźca, żeby wstać. Odwrócił się w stronę drzwi, jak skazaniec stający tyłem do plutonu egzekucyjnego. Nie potrafił zmusić się do kroku. Zrobił go. Nie wiedział, kiedy wstała. Nie zauważył, jak podeszła i objęła go od tyłu, krzyżując przedramiona na jego piersi i chwytając drobnymi dłońmi za barki. Artur ujął ją za ręce, chłonąc wytęsknione ciepło, którym tak hojnie emanowała.

– Bardzo cię kocham. – Powiedział. Dziewczyna wbiła paznokcie w jego ciało. Nie dbał o to. Była tak ciepła… Tak gorąca… Chłopak zamknął oczy. Spod dłoni Niny nieśmiało wyjrzał pomarańczowy języczek ognia, do którego po chwili dołączyły kolejne, liżąc jej palce. Pokój rozświetlił się, rzucając na ściany tańczące żałobne tango, cienie Wkrótce para płonęła spokojnym płomieniem, który strawił ich oboje, stojących jak posąg, postawiony ku czci miłości. Miłości tak bolesnej, i tak silnej, że nawet śmierć żałowała swojej decyzji. Ogień w końcu zgasł, a Nina i Artur połączyli się w jedną kupkę gorącego, szarego popiołu.

 

 

 

 

 

Rozdział 8 

 

Po przebudzeniu Artura nawiedziło znajome uczucie. Za każdym razem, gdy zdarzyła mu się z Nią sprzeczka, (bo pokłócili się tylko raz) ogarniał go dziwny, upiorny spokój, a w głowie pojawiał się niezmienny pejzaż. Cudownie fioletowe wrzosowisko, gdzieś w Szkocji, falujące delikatnie na wietrze. Przysadzisty las sztywnych roślin kończył się nagle, jak ucięty tytanicznym nożem, przechodząc w urwisko spadające do morza. Z wodnej kipieli w dole wystawały czubki ostrych skał, przypominając wynurzające się w pienistej paszczy połamane zęby. Młodzieniec stał na krawędzi klifu. Kostki omiatały mu gałązki wrzosów. Spokój tego miejsca napawał go przerażeniem, skradającym się w zakamarkach serca, jak tygrys, szykujący się do ataku na kark nieświadomej zagrożenia ofiary. Artur wiedział, że ten rodzaj spokoju, godnego wyłącznie natury zobojętnienia, występuje tylko przed katastrofą. Bezwietrzna chwila przed burzą, moment flauty przed tsunami, mrożąca krew w żyłach cisza przed apokaliptycznym pomrukiem wulkanu. Chłopak podniósł się gwałtownie z łóżka, płosząc przy tym zaspany Ból. Artur poszedł szybko do łazienki i przemył twarz zimną wodą. Następnie włączył ekspres do kawy, wrzucił nową kapsułkę do komory i podstawił filiżankę pod dyszę, wsypawszy wcześniej dwie łyżeczki cukru do naczynia. Zapach ożywczego napoju nieco uspokoił studenta, który założył płaszcz i wyszedł na balkon. Chłopak wyjął papierosa z papierośnicy i zapalił. Spokój wrzosowiska nie runął. Wiatr się nie zerwał, fale nie roztrzaskały ściany klifu, pozbawiając Artura gruntu pod nogami. Kryzys nie nadszedł. Młodzieniec zaciągnął się głęboko i zaczął rozmyślać nad wydarzeniami minionej nocy. Tęskniła za nim. Chciała, by był blisko. Jednocześnie, potrzebowała czasu do rozważenia całej sytuacji, w której się znaleźli. Nie chciał swoją obecnością wpływać na Jej decyzję. Student otworzył szerzej oczy i potrząsnął głową, gorączkowo przystawiając dymiącego papierosa do ust. ”Przecież Ona jest wytworem mojego mózgu. Nie jest odrębnym bytem. Nieważne jak bardzo tego pragnę, Ona nie istnieje samodzielnie. Już nie… Nie potrzebuje czasu na przemyślenia, nie wymaga mojego towarzystwa, bo jest częścią mnie!” Artur odruchowo przygryzł mały palec prawej ręki. Robił tak czasami, gdy intensywnie myślał. Przez umysł przemknęła mu jednak wizja zakrwawionego lustra i odbicia wyszczerzonego kota w nim. Chłopak pospiesznie wyjął palec z ust. Zastanawiał się czy to jego podświadomość przyjęła Jej postać, żeby coś mu zakomunikować. Było to najrozsądniejsze wytłumaczenie, ale pozbawione logiki. Nad czym miał się rozmyślać? Od czasu, kiedy został sam, debatował sam ze sobą jedynie nad sensem dalszego istnienia i sensem własnego cierpienia. Dopiero te sny wprowadziły trochę światła w mrok, którym się okrył, chowając wykrzywioną bolesnym grymasem twarz przed drwiącym z niego światem, w kapturze kata. Musiał brać jednak pod uwagę, że ostatnie wydarzenia są objawami postępującego obłędu. Próba samobójcza, silniejsze niż kiedykolwiek doszukiwanie się beznadziei rzeczywistości i w konsekwencji stworzenie nowych, lepszych realiów… Chociaż przecież jego sny nigdy nie kończyły się dobrze, a wręcz przeciwnie. Artur zorientował się, że palił już trzeciego papierosa. Błądził myślami w labiryncie, prowadzącym krętymi korytarzami ciągle do punktu początkowego.

– To musi mieć jakieś znaczenie. Takie rzeczy nie dzieją się bez powodu. Przecież to by nie miało żadnego sensu. – Powiedział Artur na głos, aby przekonać samego siebie do własnych słów. W głębi serca nadal wiedział, że on sam starał się nadać znaczenie swojemu szaleństwu.

Chłopak postanowił wykorzystać możliwość nieobecności na jednych zajęciach i wydłużyć swój weekend o piątek. Zdecydował także, że pojedzie do domu rodziców. Zawsze zasypiał tam bez problemów, rzadko miewał też sny, więc była to dobra okazja, żeby Ona mogła spokojnie rozważyć ich wzajemne położenie. Artur, mimo racjonalnych argumentów, wolał traktować ją jako nawiedzającego go ducha, niż jako projekcję własnych pragnień. Tak było po prostu łatwiej. I o wiele przyjemniej. Chciał utrzymać ten punkt widzenia tak długo, jak tylko był w stanie. Młodzieniec krzątał się po domu, pakując niewielką walizkę i plecak. W pewnym momencie, jego wzrok spotkał się z żółtymi oczami Bólu. Artur przyklęknął naprzeciwko kota i pogłaskał go po głowie. Zwierzak pochwalił swojego gospodarza głośnym mruczeniem.

– Chcesz jechać na wycieczkę, kolego? – Zapytał student. Kocur przestał się łasić, postawił ogon i poszedł do salonu. – Wygląda na to, że nie… – Artur nie do końca rozumiał dlaczego, ale uszanował decyzję kota. Zostawił mu zapas jedzenia i wody w dwóch miskach, a przed wyjściem z mieszkania długo bawił się z Bólem, głaskał go i przytulał, starając się naładować zwierzęciu akumulator pieszczot. Kot poddawał się dłoniom młodzieńca, nie gryzł i nie drapał, ale wyginał się i wdzięczył, aż w końcu położył się obok swojego gospodarza i zasnął. Artur zorientował się, że obecność zwierzaka w mieszkaniu bardzo go uspokajała. Dotyk czarnego futra w jakiś dziwny sposób przeganiał natrętne myśli, uspokajał sztorm świadomości i kołysał umysł studenta w delikatnych objęciach, zupełnie jak…

– Jak Ona… – Szepnął Artur, patrząc nieobecnym wzrokiem na przeciwległą ścianę. Młodzieniec potrząsnął głową i spojrzał na zegarek. Musiał wychodzić. Jego pociąg odjeżdżał za czterdzieści minut. Chłopak wstał z kanapy, jednak wrócił się i podrapał Ból za uchem. Kot otworzył leniwie jedno oko. – Muszę iść. Wrócę zanim zdążysz zatęsknić. – Zapewnił student. Ból nie przejął się słowami Artura. Przeciągnął się tylko i ułożył wygodniej na poduszkach. Młodzieniec ubrał się pospiesznie, sprawdził czy zamknięte są wszystkie okna oraz czy zabrał wszystkie niezbędne rzeczy, po czym założył plecak, wziął walizkę i wyszedł z mieszkania. Piętro wyżej ktoś również wychodził, przekręcając hałaśliwie zamek. Drzwi już się zamykały pod dłonią Artura, kiedy chłopak usłyszał śmiech. Szyderczy, chrapliwy, jakby dobiegający z gardła wieloletniego palacza, wydawał się dobiegać z salonu. Młodzieniec zdębiał i chciał zajrzeć do środka, ale zza pleców dobiegł do głos sąsiada.

– Dzień dobry! Dokąd to się pan wybiera? – Zapytał wysoki, grubawy brunet o nalanej, przyjaznej twarzy.

– Dzień dobry, witam! – Odpowiedział Artur. – Jadę do domu na weekend. – Dodał chłopak i wdał się w rozmowę z sąsiadem, ignorując omam słuchowy, który zostawił za zamkniętymi dokładnie, grubymi drzwiami antywłamaniowymi.

Pociąg z Łodzi Kaliskiej odjechał punktualnie. Wagony, kontrastujące groteskowo żywym błękitem z szarością i brudem miasta, leniwie zaczęły toczyć się po wyślizganych torach. Artur siedział w jednym z nich, na miejscu przy oknie. Umościwszy się w starannie zaprojektowanym i nadal koszmarnie niewygodnym fotelu, włożył słuchawki do uszu i włączył w telefonie listę odtwarzania z dyskografią Slipknota. Długa podróż w bezczynności sprzyjała jednoczesnym, uciążliwym wędrówkom myśli, które chłopak już jakiś czas temu nauczył się tłumić muzyką. Agresywne gitary, intensywna perkusja oraz wrzaski wokalisty otulały młodzieńca kokonem dźwięków, izolującym jego wnętrze od zewnętrza i odwrotnie. Artur żył teraz życiem piosenkarza, którego pobrzmiewające krwotokiem gardło, wyrażało swoją nienawiść do żałosnego rodzaju ludzkiego, przy akompaniamencie kija baseballowego, uderzającego w beczkę piwa. Student nie zauważał przechodzących obok ludzi. Nie dostrzegł też dziewczyny, która zajęła miejsce naprzeciwko niego. Pasażerka przez kilka minut wpatrywała się ukradkiem w chłopca, trzepocząc przy tym rzęsami i bawiąc się rąbkiem spódniczki. Młodzieniec nie drgnął nawet, zapatrzony w przesuwający się za oknem krajobraz. Kiedy nawet ostentacyjna poprawa miseczek stanika nie wystarczyła do nawiązania konwersacji, dziewczyna wstała z obrażoną miną, zabrała bagaże i przesiadła się. Artur byłby zadowolony ze swojego zwycięstwa nad zwierzęcą stroną człowieka, gdyby nie było mu to tak perfekcyjnie obojętne. Corey Taylor wykrzykiwał właśnie formułę równania, w którym ludzie równali się ekskrementom, kiedy muzykę przerwał SMS. Niezadowolony z nagłej ciszy student spojrzał niecierpliwie na ekran telefonu. Wiadomość pochodziła od Szymona. Artur odczytał ją. „Chcę się zaręczyć.” – Litery uderzyły chłopaka w twarz, jak pięść nasterydowanego kibola. Przez dłuższą chwilę jedynie muzyka wypełniała umysł młodzieńca. Szymon był przyjacielem Artura od czasów gimnazjum. Znali się od podszewki, chociaż spotykali nie częściej niż cztery razy w roku. Znajomość ta jednak była o tyle niezwykła, że kiedy już przyjaciele widzieli się, rozmawiali absolutnie o wszystkim, nadrabiając z nawiązką miesiące milczenia. Przychodzili do siebie ze wszystkimi problemami, każdym zmartwieniem czy sukcesem, śmiali się i marszczyli wspólnie zafrasowane czoła, wypalając kolejne papierosy, by potem nie rozmawiać ze sobą przez pół roku i powtórzyć cały rytuał. Z pewnością skoczyli by za sobą w ogień. Tym bardziej otrzymany SMS dosłownie sparaliżował Artura w fotelu. Chłopak wiedział, że Szymon od czterech lat był w normalnym związku. Normalnym, to znaczy czasami mdląco szczęśliwym, czasami furiacko irytującym, aczkolwiek trwałym, co imponowało młodzieńcowi. Nie mniej jednak, w czasie ostatnich wakacji przyjaciel odwiedził Artura w Łodzi. Przekroczył granice miasta z twardym zamiarem zaliczenia jakiejś gorącej panny. Oboje bawili się w klubach do upadłego, wódka lała się nieustannie, na parkiecie nie mieli sobie równych… Artur oczywiście miał Ją z tyłu głowy, więc nawet kompletnie pijany kontrolował swój popęd. Szymon natomiast nie kontrolował się wcale. Wieczór skończył się na tym, że oboje uciekali z klubu ile sił w nogach, przed napaloną czterdziestolatką, którą przyjaciel młodzieńca najwyraźniej uznał za niewartą swojego krocza. Z tych powodów student nie mógł zrozumieć jego decyzji. Właściwie, domyślał się jej motywacji. Teraźniejsze związki były budowane na miłości. Współczesnej miłości – złudzenia szczęścia, chwilowej rozkoszy obecności, próżnej satysfakcji i zaspokojonego apetytu. Prędzej czy później, uczucie to skazane było na wypalenie, jak każda świeca, ognisko czy nawet ogromny pożar. Coraz słabsze przywiązanie do drugiej osoby w końcu zaczyna martwić partnera, który, napędzany przywiązaniem i iluzją wiecznej emocji, szuka nowego paliwa dla dogasającego żaru. Decyduje się na zaręczyny. Nowy bodziec rozpala obopólnie uczucia, dodaje „czegoś nowego”, jakiejś nowej podniety, odkrycia nieznanych terenów, a także wizji na horyzoncie nieodkrytego lądu odmiennego stanu cywilnego. Połechtana tym niezwykłym wydarzeniem, para decyduje się na ślub. Skoro zaręczyny wniosły aż tyle radości i świeżego, naturalnego lubrykantu w łóżku, to ileż wniesie małżeństwo! Z początku faktycznie, instytucja ta działa jak benzyna dolana do ognia, jak napalm zrzucony na wietnamskie pola. Jednak… Co dalej? Państwo i Kościół nie oferują żadnego dalszego sposobu na podtrzymanie z każdym dniem stygnących emocji, jak talerze zupy pomidorowej, oczekujące na powrót męża z niespodziewanych nadgodzin, jak pościel, kiedy żona wstaje wcześnie i nie ma ochoty na poranne przytulanie. Pozostaje wtedy ostatnia linia obrony – dziecko. Jedyna tarcza, ostateczna broń do walki z chłodem codzienności. Również i ten oręż w końcu zawodzi. Dorastający potomek zaczyna sprawiać kłopoty, podsycane przez kołysanki złożone z chórów kłótni i orkiestr tłuczonej zastawy. Do szarej skorupy małżeństwa wkradają się kochankowie, przypominający żonie o zapomnianych pieszczotach jej wciąż ponętnych dźwięków, a mężowi o ekstazie płynącej z seksu oralnego. Teraźniejsze małżeństwa rozpadają się. Rozwody zapewniają nowy start, wejście w nowy, zamknięty cykl, z góry skazany na klęskę i powtórkę do czasu, aż starość odbierze umysłowi pamięć o potrzebach ciała, a zostawi jedynie samotną agonię w świadomości, że dawne błędy spłodziły potomstwo o identycznej mentalności… Przeświadczenie, że skazało się swoją latorośl na cierpienie nie może być wymarzonym sposobem na spędzenie emerytury. Kto jednak przejmował się tym w młodości? Artur tęsknił do dawnej idei małżeństwa. Idei, w której miłość rodziła się w miarę wspólnego życia, godzenia się z wzajemnymi wadami, dostrzeganiem drobnych radości i wynoszenia ich na piedestał, odrzucając złe wspomnienia w niebyt, jak śmieci do młynka w zlewie na amerykańskich filmach familijnych. Takie małżeństwo stawiało na pierwszym miejscu poczucie obowiązku wobec zakładanego od początku potomstwa. Ludzie łączyli się w pary, biorąc pod uwagę liczne czynniki, spychając uczucia na plan drugi, który stanowił jedynie cudowne tło dla życia codziennego, w którym para wspólnie dążyła do wyznaczonego celu, parła wbrew przeciwnościom naprzód, każdą kłótnią wzmacniając się wzajemnie, budując fundament rodziny. Rodziny, w której miłość była jedynie zwieńczeniem, gorejącą ciepłem gwiazdą, koroną na głowie ojca i diademem na skroni matki. Artur tęsknił za starymi zwyczajami i dawnym wychowaniem. Brzydziły go ideały współczesnego świata, pełnego sztucznej równości i kulturowego homogenatu, który równie łatwo było spożyć, jak i go wyrzygać. Chłopak nie potrafił znaleźć odpowiedzi dla Szymona. Błotnisty, zgniłozielony krajobraz za szybą pociągu nie podsuwał żadnego pomysłu. „W takim razie musimy się spotkać. Przyjeżdżam na weekend.” – Napisał w końcu młodzieniec, po czym westchnął ciężko i zatracił się ponownie w muzyce.

 

Rozdział 9

 

Dworzec kolejowy w mieście rodzinnym Artura został niedawno odnowiony, jednak pozostał równie posępny i dziwnie upiorny, jakim pamiętał go sprzed lat. Samotny budynek z nieubłaganie odmierzającą przeklęty czas tarczą zegara, otoczony zimnym chodnikiem, w który wsiąkały hektolitry łez rozstań, ściany pokryte tynkiem, w którego nierównościach brzmiało echo roześmianych powitań i cichych, żałobnych pożegnań. Młodzieniec nie mógł znieść atmosfery tego ambiwalentnego na wszelkie emocje miejsca. Przeszedł szybko przez most nad torowiskiem i zszedł schodami, mijając szybko obojętny budynek. Chłopakowi przez myśl przemknęła idea, że mógłby się przejść do domu. Droga była długa, jednak nie spieszyło mu się. Student rozejrzał się wokół i przypomniał sobie, dlaczego tak bardzo nienawidził tego miasta. Oprócz rodziny, nie trzymało go tutaj zupełnie nic. Nie potrafił wyłuskać ani jednego pozytywnego wspomnienia z identycznych blokowisk, żadnego zastrzyku adrenaliny z zielonych boisk i wyludnionych parków. Czasami Artur postrzegał siebie jako wygnańca, niezdolnego do znalezienia swojego miejsca. Chłopak uwielbiał kiedyś Łódź, tętniącą życiem i emanującą swoistym, patologicznym klimatem, oraz przyjemnym mrokiem. Kiedyś potrafił znaleźć tam schronienie i anonimowość. Z biegiem lat, zorientował się jednak, że na każdej tablicy z nazwą ulic, w każdym muralu i kamienicy, zapisany był fragment jego życia, jakiś element pamięci, patrzący na niego wzrokiem surowego sędziego. Poza tym… Poza tym w Łodzi była kiedyś Ona. Nie było istotne ile radosnych dni i nocy spędził w tamtym mieście, zawsze to jedno Jej wspomnienie rujnowało cały pozorny porządek, spędzało sen z powiek, psuło smak wódki i papierosów oraz przyprawiało o pragnienie cofnięcia czasu do prawdziwie szczęśliwych dni. Artur wzdrygnął się, wyjął komórkę z kieszeni spodni i wybrał numer do swojej mamy.

Dom rodzinny Artura był piętrowym budynkiem, otynkowanym na biało i pokryty brązową dachówką. Niewielki, wypielęgnowany ogródek otaczały ceglane słupki i czarne przęsła płotu ze spiczastymi zwieńczeniami. Duży taras dawał latem ładny widok na niewielkie oczko wodne z kaskadą ułożoną z piaskowca i nakrapianą przysadzistymi roślinami. Wnętrze domu, utrzymane w eleganckim, klasycznym stylu, zawsze było przytulne, pachnące obiadem i czystością. Młodzieniec siedział w stonowanej, czarno-białej kuchni, przy owalnym stole i jadł zupę grzybową, pod czujnym okiem swojej matki, która w mimice syna szukała opinii o swojej potrawie.

– I jak tam w tej Łodzi? – Zapytała.

– Wszystko po staremu. Nic szczególnie ciekawego. Nauka. – Artur bardzo kochał swoich rodziców, ale nigdy nie nauczył się z nimi rozmawiać. Lub oni nie nauczyli się rozmawiać z nim.

– Masz teraz jakieś zaliczenia?

– Nie. Spokój w tej chwili.

– No i dobrze. Przyda ci się trochę spokoju. Chcesz mięso z zupy? Żeberka. Dobre. – Kobieta uniosła pokrywkę garnka i uzbrojona w chochlę, czekała w gotowości do złowienia drugiego dania w brązowym, aromatycznym wywarze.

– Poproszę. – Chłopak wręczył mamie pusty talerz.

– Jak ręka? – Rodzicielka Artura posiadała niezwykła zdolność inwigilacji. Rzucała pytania mimochodem, tonem idealnie neutralnym. Chłopak długo uczył się zauważania takich sondujących zdań. Kiedyś mam potrafiła serią takich pozornie nieistotnych pytań wydobyć z syna każdą informację i przejrzeć każde kłamstwo.

– W porządku, goi się. Nie boli już. – Odparł młodzieniec, podwijając rękaw powyżej lewego nadgarstka i unosząc rękę do góry. Mama skrzywiła się na widok blizny i wróciła do polowania na pływające żeberka. Artur zorientował się, że trudno okłamać tę kobietę, a próby jedynie pobudzają jej dociekliwość. Wybierał więc pewne niewinne prawdy, a najczęściej zaledwie ich ułamki i prezentował je z rozbrajającą szczerością.

– Dzisiaj piątek… – Powiedziała mam Artura, kładąc przed nim talerz.

– I tak nie pościłem rano. – Odparł chłopak, zabierając się za mięso.

– Co? Nie, nie o to chodzi. Dzisiaj spowiedź w kościele. Jest nowy ksiądz. Podobno ma dość… Filozoficzne podejście do życia. Pomyślałam…

– Dobrze, pójdę. O której? – Artur był przeciwnikiem religii (o czym jego rodzice nie wiedzieli), ale lubił rozmawiać i doszukiwać się braku logiki w rozumowaniu duchownych. Poza tym, zupa i żeberka były pyszne, więc wypadało w podzięce udawać przed mamą choć trochę pobożnego.

Droga do kościoła nie była długa, więc Artur postanowił pójść pieszo, ścieżką prowadzącą wałem przeciwpowodziowym, nad zalewem rzeki. Korzystając z chwili samotności, chłopak zapalił papierosa i skierował swoje kroki w stronę mostu, prowadzącego do starówki. Rzednąca zieleń, przeplatana już gęsto miedzią i brązem, szeleściła na lekkim wietrze po prawej stronie, po lewej zaś nieliczne, zadbane domki wypełniały jakimś nieokreślonym spokojem przechodnia. Oczywiście do czasu, aż zaczął dostrzegać znajome oznaki zepsucia. Puste buteleczki po wódce i denaturacie, zgniecione paczki papierosów i folie po chipsach. Stłumione przez nieszczelne okna pijane krzyki i śmiechy, żałosne ujadanie bitych psów oraz odgłosy dzieci bawiących się na kupach piasku, zmieszanego z gruzem i resztkami cementu. Każde ciche osiedle miało swoje tajemnice. Artur nie oddawał się tym myślom, wchodząc na most i zbliżając się do spadzistego budynku z czerwonej cegły. Gdyby nie wąskie, strzeliste witraże i maleńki krzyż na jego szczycie, kościół ten mógłby równie dobrze pasować na przerośnięty barak dla niewolników. Właściwie, nie było to dalekie od prawdy. Młodzieniec wszedł przez furtę za niski murek, otaczający budynek, a następnie otworzył ładne drewniane drzwi z kolorowymi szybkami. Chłód i zgrzybiała wilgoć momentalnie przyprawiły go o gęsią skórkę. Parafianie zawsze narzekali na ziąb w kościele, szczególnie dotkliwy w czasie zimy, kiedy podczas mszy białe obłoczki pary, dobywające się z ust śpiewających, z powodzeniem zastępowały kadzidło. Artur ominął wmurowaną w ścianę betonową misę z wodą święconą, zszedł po trzech schodkach do głównej nawy i skręcił w prawo, w kierunku cichych odgłosów. Kolejka do konfesjonału składała się z jednej starszej kobiety, przesuwającej w trzęsących się dłoniach paciorki różańca. Chłopak zajął miejsce obok niej, na długiej ławie. Student rozejrzał się po znajomym wnętrzu. Ogromne kolumny, pomalowane we wszystkie możliwe kolory, podtrzymywały łukowate sklepienie, ozdobione biblijnymi scenami. Wpadające przez witraże światło popołudnia, kąpało rzędy siedzeń w żywych, soczystych barwach. Artur pochylił głowę, żeby spojrzeć na granitowy ołtarz, za którym wznosiła się drewniana ściana, ozdobiona mnóstwem figur najróżniejszych świętych. Młodzieniec usłyszał ciche pukanie, a następnie poczuł zapach drzewa różanego, kiedy staruszka siedząca przed chwilą obok niego, szurając ocieplanymi butami przeszła w stronę wyjścia. Chłopak zdziwił się odrobinę, jednak momenty oderwania od rzeczywistości i zaburzenia jej postrzegania, zdarzały mu się często, gdy intensywnie myślał lub coś podziwiał. Artur wstał i uklęknął w konfesjonale, wykonując znak krzyża.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. – Powiedział student. Jego nozdrza uderzyła intensywna woń męskich perfum. Prawdopodobnie był to jeden z fantastycznych i bezbożnie drogich produktów Toma Forda.

– Na wieki wieków, amen. – Odpowiedział miły głos zza drewnianej kratki. – Słucham cię, synu.

– Ojcze… Zgrzeszyłem… – Zaczął Artur, starając się przyjąć pokorny ton, w celu nawiązania rozmowy.

– To chyba oczywiste. Inaczej by cię tutaj nie było. – Odparł ksiądz. Riposta nieco zbiła młodzieńca z pantałyku, ale być może była to właśnie szansa na konwersację z kimś o nieco bardziej otwartym umyśle, niż większość duchownych.

– Zwątpiłem. Nie rozumiem konieczności cierpienia w ludzkim życiu. W moim życiu. To nie ma żadnego sensu. Nie zrobiłem niczego na tyle złego, żeby zasłużyć na to, co mnie spotyka. Nie zasłużyłem na to, co widzę, czego nie mogę zignorować ani zapomnieć. Miłość każe nam chronić kochaną osobę za wszelką cenę. Wątpię… Wątpię, że bóg jest miłością. – Artur zagrał w niemal otwarte karty, starając się wyczuć swojego rozmówcę. Z obecnej pozycji zawsze mógł się wycofać. Chłopak już chciał coś dodać, ponieważ milczenie za kratką zaczynało się dość nieznośnie przedłużać.

– Czy ty w ogóle wierzysz w naszego Ojca? – Zapytał wreszcie głos. Nie było w nim grama złości ani kropli surowości. Pytanie było proste i pozbawione pułapek.

– Nie. Nie wierzę. – Powiedział zdecydowanie młodzieniec.

– Fantastycznie. – Ucieszył się ksiądz, wstając z siedzenia. – W takim razie możemy skończyć z tym pierdoleniem i porozmawiać jak ludzie. – Postać w sutannie mignęła za kratkami, zdejmując fioletową stułę i wieszając ją na haczyku w ścianie konfesjonału. Artur kompletnie zdębiał. Przez moment nie wiedział jak się zachować, jednak absurd całej sytuacji w pewnym sensie mu się podobał. Chłopak wstał z kolan i ujrzał przed sobą wysokiego, stosunkowo przystojnego mężczyznę o długich, kręconych włosach w ciemnym odcieniu brązu. Spomiędzy chaotycznych kosmyków wyglądały błyszczące, brązowe oczy, które tylko po dłuższym przyjrzeniu się, były kompletnie matowe i puste. – Wyjdźmy na zewnątrz. – Powiedział ksiądz i żwawym krokiem pomknął w stronę zakrystii. Student podążył za nim. W małym pomieszczeniu kapłan rozpiął i zdjął sutannę, zostając w czarnej koszuli z podwiniętymi rękawami i kamizelce w tym samym kolorze. Artur dostrzegł, że mężczyzna ma na dłoniach skórzane rękawiczki bez palców. Dwójka wyszła po schodach na zewnątrz i przeszła wokół kościoła w kierunku plebanii. Tuż przed drzwiami budynku, ksiądz odwrócił się i usiadł na schodach, sięgając do kieszeni kamizelki. Dopiero w tym momencie młodzieniec spojrzał na przedramiona kapłana. Były dokładnie pokryte tatuażami. Prawe, po wewnętrznej stronie zajmowała wyszczerzona czaszka, której kręgosłup owijał się wokół kończyny ciasnym splotem kręgów, znikając pod rękawem. Na lewym zaś, setki, a być może i tysiące wychudzonych, szarych ramion o upazurzonych dłoniach wiło się i plotło, falując od łokcia, aż do dłoni.

– Podobają się? – Zapytał kapłan, wyjmując z ust tlącego się papierosa. W jego lewej dłoni błyszczała srebrna papierośnica, wypełniona złotymi Marlboro. Artur wziął jednego i zapalił. Czuł się nieswojo, odrobinę skrępowany całą tą sceną. – Nie stój tak. Mów z czym przychodzisz do księdza, o czym nie możesz porozmawiać z kimś innym. – Student zaciągnął się głęboko. Miał mętlik w głowie. Siedziała przed nim heavymetalowa wersja kapłana, z fajką w zębach, wpatrzona w niego przenikliwym, ale w pewien sposób przyjaznym wzrokiem. Z jakiegoś powodu to właśnie oczy były najbardziej niezwykłe w całej tej oryginalnej postaci. Ich wzrok był gorący, niemal palił, jednak zdecydowanie nie ogniem, a dogasającym, gorejącym w krótkich podmuchach dzikości, żarem. Młodzieniec podjął decyzję już w momencie uklęknięcia w konfesjonale. Postanowił się otworzyć, podzielić swoim nowym, szalonym światem, składającym się z niewyobrażalnych snów i przytłaczającej jawy. W końcu kapłana obejmowała tajemnica spowiedzi. – Gdzie moje maniery! – Ksiądz uderzył się w czoło ze śmiechem. – Jestem ojciec Walenty.

 Artur długo i szczerze opowiadał duchownemu swoją historię. Opowiadał o Niej, o życiu z Nią i Jej śmierci. Z kolejnych niedopałków kreował świat widziany swoimi oczami, popielatą rzeczywistość w jego głowie. Wyłożył słuchającemu w skupieniu Walentemu wszystkie swoje sny, od czasu próby samobójczej, którą opisał dokładnie. Chłopak nie pominął niczego. Czuł, jakby po raz pierwszy w życiu faktycznie się wyspowiadał. Nie bogu, ale człowiekowi. Było w tym coś niezwykle… Odciążającego. Kiedy chłopak skończył mówić i wyjął ostatniego papierosa ze swojej paczki, kapłan bardzo długo się nie odzywał. Siedział ze splecionymi palcami, wpatrzony w czubki skórzanych butów z klamrami. W końcu, mężczyzna zdjął rękawiczki i schował je do kieszeni. Następnie ułożył dłonie tak, że lewy kciuk leżał na prawym. Artur dostrzegł na bliższych paliczkach księdza litery. Były one także na bokach kciuków tak, że ściśnięte razem, jeden nad drugim, tworzyły wspólnie z resztą palców napis „Gott ist tot.”

– Teraz ja ci coś opowiem. – Odezwał się Walenty. – Byłem kiedyś lekarzem. Onkologiem. Przez wiele lat starałem się leczyć ludzi, ratować ich z sytuacji dosłownie beznadziejnych. Patrzyłem jak cierpią, pomimo naćpania opioidami. Obserwowałem jak nikną, jak umierają w oczach… I nie mogłem nic zrobić. Medycyna rozwija się tak szybko, a dalej nie ma lekarstwa na to gówno. Operacje, chemioterapia, radioterapia, eksperymentalne leki, przeciwciała, plątaniny rurek, kabli, igły, elektrody, bandaże… Mimo tego wszystkiego, cały oddział cuchnął śmiercią. Pacjenci przyjeżdżali tam, przekraczali próg oddziału i bledli. Nie mam pojęcia w jaki sposób, ale oni czuli, że prawdopodobnie nigdy stamtąd nie wyjdą, lecz zostaną wywiezieni. W workach. Starałem się jak mogłem, zarywałem noce na dyżurach, pompowałem w tych ludzi okropne ilości leków, walczyłem jak mogłem, żeby przedłużyć im życia. Bez skutku. W końcu zauważyłem, że kiedy medycyna staje się bezsilna, staje się jednocześnie okrutna. Nie mogę zapomnieć ile razy przechodziłem koło łóżek, z których wychudzone ręce chwytały mnie resztkami sił za fartuch i przyciągały do popękanych ust, które szeptały prośby o śmierć. Nie potrafiłem ich zrozumieć. Przecież nie ma nic, poza życiem, prawda? – Walenty przerwał, spoglądając na lewy nadgarstek Artura. – Jednak, kiedy nawet najbliżsi przestawali odwiedzać tych pacjentów, odstraszani smutkiem, smrodem odleżyn i zagęszczającą się z każdym dniem wonią grobu, zacząłem dostrzegać punkt widzenia tych osób. Oni nie mieli perspektyw. Każdy dzień wypełniała biel sufitu, biel pościeli i brud własnego ciała, które buntowało się przeciwko takiemu życiu, spowijało walczący desperacko mózg zniewalającym bólem, od którego pękały zęby. Najgorsze jest to… Najgorsze jest, że cała ta agonia nie miała najmniejszego sensu czy znaczenia. Ci ludzie nie wychodzili ze szpitala szlachetniejsi. Nie zbawiali nikogo swoim cierpieniem. Niczego nie zmieniali… Próbowałem służyć tym najbardziej cierpiącym jako substytut rodziny, spędzać z nimi czas, oferować słowa pociechy, trzymać ich wątłe dłonie… To pomagało. Jednak najczęściej, widząc we mnie przyjaciela, z jeszcze większą ufnością prosili mnie o zakończenie ich życia. Dystans pomiędzy lekarzem, a pacjentem musi być zachowany. Nie możesz się przywiązywać. Tylko jak się nie przywiązać do maleńkiego dziecka, które przez dwadzieścia godzin na dobę krzyczy z bólu, dwie godziny śpi, a pozostałe dwie, ze łzami w jasnych oczach błaga cię, żeby przestało je boleć. Za wszelką cenę. Nie wytrzymałem. Pękłem. Poddałem się. Podałem jej potas. Kiedy gasła, podziękowała mi ostatnim szeptem. Cisza jaka potem zapadła do dziś huczy mi w uszach. Nadal nie wiem czy zrobiłem to, żeby ulżyć jej, czy sobie… Oczywiście nie mogłem tego zatuszować. Dziecko i tak było nieuleczalnie chore, jednak taka eutanazja to poważne przestępstwo. Skończyło się na tym, że koledzy z Sądu Lekarskiego i Rady Lekarskiej zamietli sprawę pod dywan, patomorfolog sfałszował wyniki sekcji i ostatecznie, zamiast pójść do więzienia, dożywotnio straciłem prawo wykonywania zawodu. – Artur zaniemówił. Zdał sobie sprawę, że ma przed sobą człowieka dźwigającego na swoich barkach znacznie więcej niż on. Chłopak próbował znaleźć jakieś słowo pociechy lub zrozumienia dla kapłana, jednak szalejąca w jego umyśle burza uniemożliwiała wyłowienie z niej jakiejś elokwentnej myśli.

– Dlaczego kapłaństwo? – Wykrztusił w końcu młodzieniec.

– Bo nie wszyscy są tacy jak ty i ja. Nie wszyscy dostrzegają świat takim, jaki jest – odartym z przejaskrawionych iluzji, przesłaniających gnijącą prawdę. Ludzie potrzebują pociechy, klapek na oczach, obietnicy miłości, przebaczenia i wiecznego życia. Potrzebują sensu, nadanego im z góry, bo sami go nie znajdą. Nie zaakceptują też bezsensu życia. Przychodzą więc do kościoła, żeby zażyć cotygodniową dawkę tego okrągłego anestetyku, przychodzą zrzucić z siebie ciężar grzechów, oczyścić się. Wybielić przed sobą. Ludzie nie rozumieją, że nie wyplenią z siebie zła, nie pozbywając się wcześniej dobra. Dlatego jestem tu dla nich. Pocieszam ich, podaję im przeciwbólowe kazania. Oślepiam ich. Osiągam tutaj lepsze wyniki niż na oddziale. – Zaśmiał się gorzko Walenty.

– Nie wiem co powiedzieć. – Zająknął się Artur. – Moje problemy naprawdę wydają się teraz błahe…

– Nie pierdol. Twoje problemy są najgorsze, spośród wszystkich na całym świecie, bo są twoje i zawsze jesteś z nimi sam. Nie wierzysz w boga, podobnie jak ja, więc nie zadowolisz się garścią kłamstw. Jako kapłan, nie mogę ci pomóc. – Młodzieniec otworzył usta, ale ksiądz uniósł dłoń w uciszającym geście. – Aczkolwiek, chyba znam sposób, żeby ci nieco ulżyć. Mam jeszcze trochę znajomości wśród lekarskiego grona. Niektórzy po cichu pochwalają moją decyzję… Nie wiem czy to dobrze, bo sam nie jestem z niej dumny. W każdym razie, naltrekson w niskich dawkach ma działanie przeciwdepresyjne. Co ważniejsze jednak, jednym z działań ubocznych są bardzo realistyczne sny. Mam nadzieję, że dość realistyczne, żebyś nie mógł odróżnić Niny wyśnionej, od realnej.

– Czy to na pewno dobry pomysł? – Zawahał się Artur. Nie był pewien czy będzie w stanie znieść jeszcze bardziej realistyczne rozstania z Nią.

– Życie to cierpienie. Kiedy ma się tak otwarte oczy, jak ty, ten ból jest nie do zniesienia. W swoich snach znalazłeś odrobinę szczęścia, która każe ci przeć do przodu przez to egzystencjalne bagno. Nie powinieneś odrzucać takiego daru. Niektórzy go nie doświadczyli. – Walenty uśmiechnął się smutno.

– Rozumiem, że będę potrzebował recepty? – Zapytał ostrożnie młodzieniec.

– To nie jest terapia legalna w Polsce. Tabletki będzie robił zaufany farmaceuta. W tajemnicy.

– Rozumiem. – Powiedział student i podał księdzu swój numer telefonu, aby ten mógł się z nim skontaktować, kiedy leki będą gotowe. – Dziękuję bardzo. Kiedyś jakoś się ojcu odwdzięczę.

– Walenty. – Warknął kapłan, po czym zaśmiał się. – Muszę wracać na plebanię. Obowiązki duszpasterza. Gdyby zabrakło ci twoich nasennych, też możesz na mnie liczyć.

– Oczywiście. Jeszcze raz dziękuję. – Artur podniósł się ze schodów i zsunął butem niedopałki do kratki ściekowej. Miał już odchodzić, kiedy zwrócił się do księdza jeszcze raz. – Przepraszam, ale… Dlaczego Walenty? – Mężczyzna lekko odwrócił twarz od drzwi, które zaczął już otwierać.

– Patron szaleńców. – Odparł kapłan i wszedł do budynku.

Po powrocie do domu, Artur zdjął buty i powiesił kurtkę w pięknej, szerokiej szafie z głęboko brązowego drewna, stojącej w przedpokoju. Wsunął stopy w skórzane kapcie i przeszedł do obszernego salonu. Wielki, cieniutki telewizor był wyłączony. Rodzice młodzieńca siedzieli w, rozdzielonych inkrustowaną ławą, wspaniale zdobionych fotelach z wysokimi oparciami. Oboje mieli na nosach okulary i tablety w dłoniach. Od szkieł odbijały się nagłówki stron internetowych, krytykujące partię rządzącą, komunikujące przełomowe odkrycia w medycynie naturalnej i mieszające z błotem kolejnych celebrytów. Wszystko to gęsto przeplatane jaskrawymi reklamami, pchającymi się co chwila na pierwszy plan ekranów.

– Wróciłem. – Obwieścił oczywistą informację Artur i usiadł na kanapie, pomiędzy swoimi opiekunami.

– Jak było? – Zapytała mama chłopca, odrywając wzrok od urządzenia i zdejmując okulary.

– Sympatycznie. Bardzo cierpliwy kapłan. Dużo zrozumienia. Polecam.

– Dał ci ciężką pokutę?

– Jeszcze czego. On nie ma czasu na pokuty. Uczyć się musi. Sesja niedługo. – Wtrącił tata studenta, nadal wpatrzony w migoczący tablet.

– Dopiero końcówka października… – Zauważyła kobieta.

– Piąty rok to nie przelewki. – Skwitowała głowa rodziny. Mama Artura wzruszyła jedynie ramionami i wróciła do lektury przepisu na zupę krem z cukinii. Młodzieniec nie szukał nowego tematu do rozmowy. Nauczył się, że cisza jest dużo lepsza i o wiele mniej męcząca od wymuszonej konwersacji. Włączył więc telewizor, nie patrząc na kanał i dołączył do rodziców w poszukiwaniu niczego w Internecie, z tą różnicą, że na mniejszym ekranie komórki. Odgłosy programu telewizyjnego skutecznie zapewniały przyjemne tło całej trójce, jednak nagły krzyk, dobiegający z głośników urządzenia, wyrwał wszystkich z elektronicznej hipnozy. Na ekranie, w cudownie przejrzystej rozdzielczości, z ogromną dokładnością detali, upośledzona umysłowo, młoda dziewczyna rodziła dziecko w rzece. Zdezorientowany Artur wziął do ręki pilota i sprawdził nazwę transmitowanego obrzydlistwa.

– „Niezwykłe porody” – przeczytał młodzieniec i szybko przełączył na całodobowy kanał informacyjny.

– Coraz głupsza ta telewizja. – Ogłosił tata Artura.

– Dopiero osiemnasta, przecież to mogą oglądać dzieci. – Oburzyła się mama Artura.

– Szkoda gadać. – Zgodził się Artur, po czym rodzina zgodnie wróciła do swoich multimedialnych zabawek. Młodzieniec solidarnie gapił się w ekran smartfona, jednak jego myśli pobłądziły i nie mogły wrócić na spokojne tory. Idiotyczny program przypomniał mu wszystkie dni bloku zajęciowego z ginekologii, w trakcie których widział porody. Natychmiast powróciła do niego świadomość, że były to jedne z najbardziej depresyjnych chwil, jakie przeżył. Oczyma wyobraźni widział bardzo dokładnie cesarskie cięcia, dłonie lekarzy, zagłębiające się w rozciętą macicę i gmerające w jej wnętrzu, szukając miejsca oparcia dla palców na głowie dziecka. Pamiętał to niewinne, czerwono-fioletowe coś, przytwierdzone do wnętrza ciała pacjentki sinym sznurem pępowinowym. Chłopak niemal słyszał ponownie, z początku słaby i niewiarygodnie szybko nabierający mocy, krzyk. Znów miał przed sobą wierzgający w desperackim proteście owoc egoizmu ludzi, którzy nie potrafili znaleźć lepszego sensu życia, od zwierzęcego powielania się. Student pamiętał również twarze dziewcząt ze swojej grupy, które rozkoszne uśmiechy wykrzywiały tak bardzo, że było to widoczne nawet spod chirurgicznych masek. Widział wtedy w ich oczach, że one również popełnią w przyszłości ten akt okrucieństwa, kierując kolejne niewinne komórki na nieuchronny rozwój do postaci płaczącego nad własnym losem noworodka, skazanego na miliony kolejnych krzyków w ciągu dziesięcioleci rozpoczętego w momencie „cudu narodzin” cierpienia. Nikt nikogo nie pyta czy chce się urodzić, na jakim świecie chciałby żyć, ani czy, rozczarowany zastanym obrazem rzeczywistości, nie chciałby złożyć reklamacji, odebrać zwrotu wylanych łez i zacząć od nowa, na przykład jako pozbawiona abstrakcyjnych trosk szynszyla. – Życie jest do dupy, niezależnie od tego, jak jest dobre. – Pomyślał Artur, błądząc kciukiem po dotykowym ekranie komórki i oczekując na zbliżające się spotkanie z tabletką nasenną.

 

Sen 4 

 

Znajome osiedle na Widzewie powitało Artura styczniowym mrozem. Noc była jasna, z powodu dwudziestu centymetrów śniegu, który odbijał żółtawe światła lamp. Młodzieniec stał przed blokiem Niny, drżąc i szczękając zębami. Pomimo przejmującego zimna, student wyciągnął paczkę papierosów i zapalił jednego. Kłęby dymu i obłoki pary wodnej splatały się w przestrzeni przed twarzą zamyślonej postaci, jak dwie pokrewne istoty, z wyglądu niemal identyczne, a o kompletnie odmiennej naturze. Artur zastanawiał się czy Nina będzie chciała z nim rozmawiać, a jeżeli tak, to co będzie miała mu do powiedzenia. Czy powita go pocałunkiem, czy smutnym spojrzeniem, posłanym ze skraju łóżka. Filtr papierosa zaczął parzyć palce studenta, więc niedopałek wylądował w śniegu, wytapiając sobie tunel w kierunku przeznaczonego mu chodnika. Młodzieniec chciał wpisać numer mieszkania na panelu domofonu, jednak kiedy wyciągnął rękę, poczuł na dłoni ciepły powiew i dostrzegł, że drzwi klatki schodowej są lekko uchylone. Artur wszedł do środka i zaczął wspinać się na najwyższą kondygnację. W połowie drogi, chłopaka minęła kobieta. Średniego wieku blondynka schodziła po schodach w wyraźnym pośpiechu, z chustką przyłożoną do nosa i wzrokiem skierowanym w bok, aby uniknąć studenta, jakby ten mógł jednym spojrzeniem odgadnąć powód jej ucieczki. Artur w pierwszej chwili nie przejął się zbytnio, jednak zatrzymał się kilka stopni dalej. Ta kobieta była pierwszą żywą osobą, którą spotkał we śnie, oprócz Niny i tego… Czegoś, które na niego polowało. Chłopak uznał to zjawisko za akcent dodający realizmu temu światu i przyjął je z przelotnym uśmiechem. Zniknął on bardzo szybko, ponieważ na następnym piętrze, przez niedomknięte, drewniane drzwi, dobiegł go płacz dziecka. Młodzieniec nie zwróciłby na ten dźwięk absolutnie żadnej uwagi, gdyby nie to, że nie był to krzyk głodnego lub kapryśnego oseska. Był to płacz bólu i strachu, nieartykułowane błaganie o pomoc bezbronnego stworzenia. Artur wiedział, że to dziecko, ten blok i całe osiedle nie są prawdziwe. Miał bolesną świadomość fałszu swojej lepszej rzeczywistości i nie powinien się przejmować losem wytworu swojej wyobraźni. Przejmował się. Delikatnie, najciszej jak potrafił, chłopak uchylił drzwi na koszmarnie skrzypiących zawiasach. Krzyk nasilił się. Ciemny korytarz przebiegał przez całe mieszkanie, kończąc się pokojem, z którego dobiegało słabe światło. Pozostałe pomieszczenia, po obu stronach, były zamknięte. Młodzieniec zaczął skradać się bardzo powoli, co w ciężkich glanach stanowiło nie lada wyzwanie. W miarę zbliżania się do źródła hałasu, spazmatycznemu płaczowi zaczęły towarzyszyć ciężkie oddechy, sapanie i chrapliwy warkot. Jednocześnie, zza framugi drzwi powoli wyłaniał się rzucany na ścianę cień masywnej postaci, poruszający się rytmicznie. Jego grube ramiona wznosiły się i upadały z obrzydliwym mlaśnięciem, jakby ktoś tłukł schabowe na niedzielny obiad. Co i rusz dało się słyszeć także subtelne i rozdzierające, jak chóralne vibrato, chrupnięcie. Artur zorientował się, że jest spocony i ciężko dyszy. Jego ciało stało się ciężkie, ledwo mógł się poruszać. Nie mógł jednak się powstrzymać. Wychylił głowę zza framugi i zobaczył wysokiego, łysego mężczyznę w spodniach od dresu i poplamionym podkoszulku. Stał plecami do studenta, pochylony nad stolikiem, na którym leżały puste strzykawki oraz źródło krzyku, który zaczął przyprawiać młodzieńca o mdłości. Artur gapił się jak zahipnotyzowany na książkowy przykład przemocy domowej, niezdolny do żadnej czynności. W pewnym momencie, naćpany osiłek uniósł obie ręce i uderzył nimi potężnie, aż intruz przy drzwiach poczuł wibracje podłogi. Płacz ucichł. Oprawca podniósł coś ze stołu, odwrócił się nagle i rzucił trzymanym przedmiotem. Zapewne celował w ścianę, jednak trafił prosto w twarz Artura. Chłopak cofnął się, równie mocno powodowany szokiem, co uderzeniem. Poczuł ciepło na twarzy, a pocisk, który go trafił upadł z głośnym plaśnięciem na podłogę. Młodzieniec spojrzał w dół i pożałował tej decyzji. Czerwono-różowy kształt tylko w luźnych skojarzeniach przypominał dziecko. Siniaki, zakrzepła i świeża krew sklejająca krótkie jeszcze włoski, nienaturalnie powyginane, spuchnięte kończyny i coś, co powinno być twarzą – wszystko to mieszało się ze sobą w nieprawdopodobne sposoby, próbując nieudolnie stworzyć postać niemowlęcia. Trochę jak polane czerwoną farbą meble z Ikei, składane przez amatorów grzybów halucynogennych. Artur w jednej sekundzie był przy drzwiach mieszkania, w następnej zatrzasnął je za sobą i zaczął gnać w górę schodów. Przyspieszył, słysząc za sobą zbliżające się człapanie skarpet na stopniach. Student przelotnie pomyślał, że w takich chwilach żałuje swojego nikotynizmu, przyprawiającego go właśnie o pogłębiającą się duszność. Na skrzydłach adrenaliny młodzieniec dotarł na najwyższe piętro bloku, dopadł do klamki mieszkania Niny, która, o dziwo, ustąpiła i zamknął się w środku. Chłopak przez chwilę dyszał, oparty plecami o drzwi, w które ktoś zaczął walić z drugiej strony. Artur przekręcił zamek jeszcze jeden raz i założył łańcuch, po czym cofnął się o trzy kroki. Odgłosy po chwili ustąpiły. Student spojrzał jeszcze przez wizjer, upewniając się, że mężczyzna zaniechał swoich agresywnych działań, a następnie zdjął buty i kurtkę. Chciał już wejść do pokoju Niny, kiedy poczuł lekki dyskomfort na swojej twarzy. Przetarł ją dłonią. Krew dziecka już zdążyła zakrzepnąć na jego czole i nosie. Młodzieniec zmył z siebie resztki niemowlęcia w łazience i udał się na spotkanie z ukochaną.

Wychylając się zza drzwi, Artur nie zobaczył Niny. Nie był w tamtym momencie pewien czy światła w pokoju lekko pociemniały, czy to jego oczy przygasły, zduszone rozczarowaniem. Zamiast ślicznej, szczupłej kobiety, na jej łóżku siedział mężczyzna o prezencji bezdomnego. Długie, siwe włosy opadały mu na ramiona, okryte poczerniałą od brudu i dziurawą marynarką. Pomarszczone i pokryte bliznami dłonie łachmaniarza spoczywały na kolanach w poplamionych brunatną cieczą jeansach. Starzec wyraźnie dygotał, zapatrzony w ścianę. Z jego rozwartych ust dobiegał szeptany bełkot, powtarzający się w kółko zlepek niezrozumiałych dźwięków. Zdezorientowany młodzieniec zbliżył się do dziwnej postaci, która nie reagowała na jego obecność, lub też jej nie zauważała.

 – Przepraszam. – Powiedział niepewnie chłopak. – Szukam pewnej kobiety. Nie widział jej pan? – Obszarpaniec odwrócił głowę przerywanym ruchem nienaoliwionej maszyny. Jego kręgi szyjne niemal słyszalnie przy tym zgrzytały. Brązowe oczy starca patrzyły poprzez Artura gdzieś w otchłań, kompletnie nieobecnym wzrokiem. – Naprawdę muszę ją znaleźć. Nie widział jej pan? Ma na imię Nina i… – Młodzieniec nie dokończył zdania, ponieważ twarz łachmaniarza wykrzywił grymas cierpienia tak wielkiego, że student aż zadrżał. Mężczyzna załkał przeciągle, po czym zaczął jęczeć, bujając się w przód i w tył, składając ręce w geście jak do modlitwy. W końcu starzec ukrył spływającą łzami twarz w brudnych dłoniach. Artur chciał podejść do rozpaczającej postaci, zapytać dlaczego imię Niny wywołało taką reakcję, ale obdartus zaorał paznokciami po swoim czole, zostawiając na nim głębokie zadrapania. Karmazynowa krew wielkimi kroplami zaczęła kapać na podłogę. Mężczyzna darł metodycznymi, upartymi ruchami skórę, która zwisała ohydnymi płatami i wyrywał kawały mięśni, bez drgnięcia zdeterminowanych rąk. Kilkakrotnie jego paznokcie zahaczały o kości, łamiąc się przy tym lub odpadając od palców, całkowicie pokrytych jednolitą czerwienią. Artur patrzył na makabryczną scenę, sparaliżowany grozą sytuacji. Nogi ugięły się pod nim i upadł, starając się jednocześnie odsunąć od powiększającej się powoli kałuży krwi. Starzec okaleczał się nie dłużej niż trzy minuty, jednak nim jego dłonie zawisły bezwładnie, student był przekonany, że minęła co najmniej godzina. W końcu, głowa mężczyzny opadła na pierś. I zaczęła się podnosić. Nienaturalnym, wymuszonym, jakby kompletnie niechcianym i przeciwnym woli ruchem upiornej lalki, twarz starca obróciła się w stronę Artura. Chłopak krzyknął, zerwał się na równe nogi, zrobił trzy wielkie susy, mijając makabryczną postać i rzucił się całym ciężarem ciała w kierunku okna. Szyba ustąpiła i młodzieniec zaczął spadać w kierunku pokrytej zmarzniętym śniegiem ziemi. Zanim uderzenie zakończyło sen, chłopak pomyślał jeszcze raz o twarzy, która spojrzała na niego spomiędzy zakrwawionych, siwych włosów, o twarzy niezmierzonego cierpienia i agonii, których źródło nie było fizyczne. O swojej twarzy.

 

Rozdział 10

 

Artur obudził się z krzykiem. Mokra od potu podkoszulka lepiła się do jego drżącego ciała. Obrazy z gwałtownie przerwanego snu wdzierały się lepkim strumieniem do udręczonego umysłu młodzieńca ciężkimi kroplami urwanych wizji, przyprawiając go o torsje przerażenia. Student chwycił się za skronie i skupił głęboko, usiłując uspokoić oddech. Chłopak przestał się trząść. Intensywnie myślał nad sensem pogarszających się koszmarów. Oczywiste było, że stanowiły one projekcje jego lęków, zwłaszcza tego najgłębszego, że do końca swojego nędznego życia będzie Ją opłakiwał, krztusząc się od gęstniejącej tęsknoty i tonąc w bagnach żalu, cuchnących gnijącą nadzieją. Artur rozważał wcześniejsze sny i słowa ojca Walentego. Ważył w duchu szczęście z ponownego Jej spotkania, mając na drugiej szali coraz straszniejsze nocne horrory. Nie mógł tak dalej. Obawiał się, że nie zniesie kolejnego koszmaru i po prostu do reszty oszaleje. Chłopak wstał z łóżka i wygrzebał z plecaka opakowanie tabletek nasennych. Udał się następnie do łazienki i wycisnął ze srebrnych listków pozostałe białe krążki na dłoń. Młodzieniec wahał się. Przez piętnaście wlekących się pogrzebowym korowodem minut Artur stał w ciemności, gapiąc się jak idiota na garść tabletek. – Wybacz mi. – Wyszeptał w końcu, po czym wyrzucił swój ostatni sposób kontaktu z Nią do sedesu i spuścił wodę, która pochłonęła jego ostatnie źródło szczęścia i, być może, największego cierpienia.

Sobotni poranek, wraz ze swoim przyjściem, nie przyniósł nic ekscytującego. Artur zjadł z rodzicami śniadanie, przerywając przeżywanie owsianki zdawkowymi zdaniami, których równie dobrze mogłoby nie być. Do południa młodzieniec przeglądał Facebooka, oglądał telewizję i czytał biografię Vincenta van Gogha. W książce o sławnym malarzu student znajdował wiele podobieństw pomiędzy bohaterem, a sobą samym. Nie były one jednak powodem do dumy, a jedynie źródłem grozy, związanej z prawdopodobieństwem perspektywy tragicznego życia, pełnego rozczarowań i obezwładniającej goryczy. W międzyczasie, Artur umówił się z Szymonem, żeby porozmawiać na temat zaręczyn przyjaciela. Niestety, w sobotę miał on dyżur w karetce, jednak tuż po dwunastej, przysłał koledze SMS-a z informacją, że akurat ma przerwę pomiędzy wezwaniami i mogą się spotkać przy szpitalu. Student pospiesznie zszedł na parter i zaczął się ubierać.

– Idę się spotkać z Szymonem. – Krzyknął Artur w nieokreślonym kierunku.

– Dobrze, o której wrócisz? Niedługo obiad. – Usłyszał głos swojej mamy z kierunku kuchni.

– Nie powinno mi zejść dłużej niż godzinę.

– W porządku. Miłego spotkania, synku.

– Dziękuję. Na razie! – Rzucił młodzieniec, po czym chwycił klucze od domu i wyszedł na zewnątrz, w objęcia wietrznego dnia.

Szpital w rodzinnym mieście Artura znajdował się pół kilometra od jego domu, więc chłopak dotarł tam dość szybko, przemierzając osiedla domów, które różniły się od siebie tak bardzo, że w całym tym miszmaszu wyglądały kompletnie identycznie. Młodzieniec przeszedł wzdłuż wysokiego muru otaczającego ponury budynek, kryty czerwonawą blachą, a następnie przez bramę wjazdową i skierował się do dyżurki ratowników medycznych. Zbliżając się, wysłał Szymonowi wiadomość, że jest pod szpitalem. Zanim Artur zdążył odpalić papierosa, Przyjaciel wyszedł małymi drzwiami w pomarańczowym uniformie z odblaskowymi paskami i powitał go szerokim uśmiechem.

– No witam! – Krzyknął ratownik, przybijając ze studentem piątkę i miażdżąc w szczerym uścisku.

– Siemanko! Jak tam dzisiaj? Dużo roboty?

– Nie ma tragedii. – Odparł Szymon, również zapalając papierosa. – Przywieźliśmy jedną kobitkę w ciężkim stanie, ale już zeszła, także mam chwilę wolnego.

– Miło z jej strony. – Powiedział młodzieniec, zaciągając się głęboko.

– Całkiem sympatycznie, prawda. – Zgodził się ratownik z lekkim uśmieszkiem. – Co u ciebie? Jak ręka?

– W porządku. Brzydko się zagoiła, ale chociaż nie boli. – Odpowiedział wymijająco student. Artur wprowadził Szymona w okoliczności swojego „wypadku” przez telefon, dzień po jego zajściu. Właściwie, miał wielką ochotę porozmawiać z przyjacielem o swoich snach, koszmarach, pogłębiającej się depresji i ogólnym stanie jego umysłu, jednak oparł się pokusie. Znajomy był zbyt zaaferowany swoimi sprawami i choć chłopak wiedział, że zostałby wysłuchany, nie mógł zostać do końca zrozumiany. Dzisiaj to Szymon potrzebował przyjaciela i słuchacza. – No dobrze, ale nie o tym mieliśmy rozmawiać. Zestresowany? Kiedy ci to w ogóle przyszło do głowy?

– Daj spokój, jaram ostatnio jak smok. Nogi mam jak z waty, ręce mi się trzęsą. Cały jestem obsrany. Wiesz co… Któregoś dnia zacząłem oglądać pierścionki w Internecie i tak pomyślałem, że już długo jestem z Beatą, wiele razem przeszliśmy i właściwie, to trzeba się w końcu określić. W jedną, albo w drugą. Wypada się w końcu zalegalizować.

– Jasna sprawa. – Zgodził się Artur. – Generalnie to bardzo się cieszę, że ci się życie układa, ale powiedz mi jedną rzecz, zanim to zrobisz. Jesteś pewien? – Zapytał młodzieniec, patrząc Szymonowi głęboko w oczy. Wzrok ten miał przedzierać się przez nawet nieświadome kłamstwa, wyłapywać wahanie i odsuwać na bok brak powagi. Ratownik dobrze o tym wiedział, jednak wytrzymał to świdrujące spojrzenie.

– Artur… To naprawdę długi czas. Z nikim tyle nie byłem. Wiem, że opowiadałem ci wiele razy jak się kłócimy, jak potrafimy się nie odzywać i tak dalej. Jednak, chyba w każdym związku tak jest. Na pewno w każdym tak jest. Mimo wszystko, jesteśmy razem i nie wygląda na to, żeby coś miało się zmienić. Tak, jestem pewien. – Powiedział stanowczo, ale łagodnie Szymon, wyciągając kolejnego papierosa z paczki.

– Mam nadzieję, że rozumiesz, że ja cię nie chcę sprawdzać czy wpływać na twoją decyzję. Po prostu chcę, żeby wszystko zagrało tak, jak tego chcesz. Wiesz, że jak byłeś u mnie w Łodzi…

– Do niczego przecież nie doszło. – Obruszył się ratownik.

– Wiem, pamiętam. O dziwo. To zero-siedem na wejście zrobiło swoje… Potem jeszcze ta wódka w klubie. – Artur na moment odpłynął w łodzi zadumy, dryfując po gładkiej tafli pamięci, jednak zreflektował się, widząc ponaglający wzrok przyjaciela. – Pamiętam też inne rzeczy. Powiedz mi więc, do niczego nie doszło, dlatego że nie chciałeś, by doszło, czy po prostu ci się nie udało wyciągnąć tej laski z klubu?

Szymon palił przez chwilę w milczeniu, pozwalając kłębom dymu, żeby otoczyły jego zamyśloną twarz szarym całunem. Artur w międzyczasie zapalił następnego papierosa, dając koledze czas. Nie popędzał go. Wiedział, że i tak powiedział za dużo, mówiąc jednocześnie dokładnie tyle, ile było trzeba.

– W klubie, jak w klubie. To, że mam dziewczynę nie znaczy, że miałem stać jak te widły w gnoju, podpierać ściany i patrzeć jak ty się wyginasz na parkiecie. Nic więcej nie zaszło. Nie daje mi to żadnych powodów do wątpliwości. – Młodzieniec wpatrywał się z pewną życzliwością w zaciętą twarz Szymona, który kontynuował swój wywód. – Kocham Beatę, stary. Ja naprawdę ją kocham. To chyba najważniejsze, nie?

Artur uśmiechnął się pod nosem. Nie miał wątpliwości, co do uczuć przyjaciela. Nie miał ich także odnośnie uczuć jego wybranki. Młodzieniec wątpił w uczucia. Szczególnie w miłość. Wszystkie nadużywane na każdym kroku zdania i porzekadła, w stylu „Miłość wszystko zwycięża” lub „Miłość jest najważniejsza” i „Miłość, a reszta jakoś się ułoży”, przysparzały studenta o gorzki, lecz gromki śmiech. Trzeba bardzo wiele zobaczyć i przejść, doświadczyć z otwartymi oczami i bez naiwnych złudzeń, aby przekonać się jak bardzo wątła jest ludzka miłość. Artur głęboko wierzył w rodzicielską odmianę tego uczucia, ponieważ była ona instynktowna, a zatem, w pewnym sensie, zwierzęca. Z wrodzonymi cechami organizmów nie ma sensu się spierać. Z wykształconymi i osobniczo zmiennymi jednak… Młodzieniec zbyt wiele razy słyszał płacz zdradzonych kolegów i koleżanek, za często widział obdukcje i sekcje zwłok zamordowanych małżonków, żeby wierzyć we wszechmocną miłość. Ludzka miłość jest kaleka, słaba i pełna wad. Ugina się pod zazdrością, kaja się przed gniewem i zdycha we własnym gównie, rozszarpana przez strach. Zwłaszcza strach. Jakże często mylimy strach z miłością. To przewracające trzewia przerażenie, które ogarnia nas na myśl o samotności, odrzuceniu i perspektywie poszukiwania kolejnej „drugiej połówki”, która może się nigdy nie znaleźć. Być może z tego powodu część społeczeństwa ucieka w objęcia boga, który to ma być uosobieniem miłości i najdoskonalszą, ostateczną jej formą. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że to człowiek, rozczarowany nędzą swojego uczucia, stworzył jego idealny odpowiednik, jasny płomień na niebie w kształcie serca, w którego promieniach mógł ogrzać swoje, drętwe od mrozu rozczarowania, ciało. Skoro boska miłość jest jedynie sztuczną konstrukcją, pocieszającą, a więc fałszywą, ideą, to na tym żałosnym świecie, szczytem pozostawała ludzka miłość. Krucha, gasnąca, przytłaczająca, kachektyczna, a jednak wznoszona na piedestał. – Dlatego jesteśmy tak beznadziejnie słabi. – Pomyślał Artur, po czym uśmiechnął się do Szymona i poklepał go po plecach.

– Oczywiście, że to najważniejsze, ziomeczku. 

 

Rozdział 11

 

Niedziela w domu rodzinnym Artura, jak zwykle, zaczynała się od mszy o godzinie ósmej. Młodzieniec nie wspominał rodzicom o swoim głębokim ateizmie. Nigdy nie miał ochoty tłumaczyć swoich racji, które i tak nie zostałyby zrozumiane. Poza tym, wzniosłe i pozbawione sensu kazania dostarczały mu kolejnych argumentów za tym, że religia służyła do indoktrynacji spragnionego pocieszenia społeczeństwa. Chłopak siedział więc między swoimi rodzicami w drugim rzędzie drewnianych siedzisk. Przed sobą miał podstarzałe małżeństwo, cuchnące moczem i naftaliną, za sobą zaś parę w średnim wieku, z kwilącym dzieckiem, pięcio lub sześcioletnim. Aranżacja wnętrza kościoła była jedyną ulgą w coraz bardziej doskwierającym studentowi rozdrażnieniu. Ściany i filary pokryto farbą w kolorze świeżej mięty, która ładnie kontrastowała ze złotymi wykończeniami ołtarza i skrzydłami rzeźbionych aniołów. Dość kiczowatym elementem była figura Matki Boskiej, stojącej nad ogromnym tabernakulum. Jej aureolę wykonano z drucianego pierścienia, na który zapleciono choinkowe światełka. Tło za posągiem podświetlono lampą ultrafioletową, co pewnie miało imitować niebo, jednak wyglądało tandetnie. W efekcie, Maryja sprawiała wrażenie ekskluzywnej stripteaserki, wyjętej z szyldu reklamującego ponury klub nocny. W kościele zabrzmiały mosiężne dzwoneczki i do ołtarza podszedł ksiądz, przy akompaniamencie organów i kobiecego głosu, który śpiewał psalm „Bliskie jest Królestwo Boże”. Bachor z tyłu oczywiście zaczął drzeć się wniebogłosy. Zebrani wierni, natomiast, podchwycili pieśń, prezentując jeden z najbardziej irytujących elementów nabożeństwa. Z założenia kościół miał być miejscem, w którym ludzie jednoczyli się w modlitwie i adoracji. Już na samym początku mszy stawało się jasne, że była to kolejna patetyczna bujda. Tłum nie potrafił śpiewać w jednym tempie, więc gdy z przodu świątyni zwrotka kończyła się, z tyłu była dopiero w połowie, w środku natomiast ludzie zupełnie przypadkowo podejmowali rytm jednej z rywalizujących stron. Żadna z nich ani myślała przerwać swój pełen fałszu jazgot, żeby dopasować się do pozostałych. Arogancja i upór znany z codziennego życia nie zamierał w chrześcijańskich sercach nawet w obecności Najświętszego Sakramentu. Artur konsekwentnie milczał, nie chcąc dołączyć do chóru hipokrytów, krzywiąc się co i rusz, na dźwięk szczególnie wysoko i nieudolnie wyciągniętego falsetu jakiegoś zapijaczonego prawnika, lub nieumyślnego vibrato euforycznej babciny, która tłukła po rękach nieposłuszne wnuki. – Na miejscu boga, gdybym to usłyszał, spuściłbym kolejny potop, albo rozpierdolił ten groteskowy grajdołek deszczem ognia i siarki. – Pomyślał młodzieniec, z ulgą przyjmując koniec psalmu.

– Ofiary zbierane podczas dzisiejszej mszy świętej będą przeznaczone na ogrzewanie naszej wspaniałej świątyni. – Oświadczył uroczyście kapłan, szczękając przy tym zębami spod wysokiego kołnierza grubego polaru. Przy każdym wypowiadanym słowie, z jego ust wydostawały się obłoki pary, ulatujące ku owalnemu sklepieniu głównej nawy, jak zaklęte modlitwy o szybkie nadejście wiosny.

Kazanie rozczarowało Artura. Pomarszczony, w połowie łysy, w połowie siwy ksiądz seplenił o zepsuciu współczesnego społeczeństwa, powodowanego pornografią, antykoncepcją i aborcją oraz robieniem zakupów w niedziele. Unosił donośnie głos, ostrzegając, że jedynie powrót w czułe objęcia wyrozumiałego Chrystusa pozwoli przywrócić poprawne moralnie tradycje i dawną kulturę. Głównie jednak, straszył piekłem, które to mniej wyrozumiała część Świętej Trójcy przygotowała dla plugawych grzeszników. Młodzieniec patrzył na pianę toczącą się z ust kapłana, zastanawiając się przy tym, jaką wartość ma dobro czynione ze strachu. Czy można nazwać je jeszcze dobrem, czy już zwykłym tchórzostwem. Oczywiście teoretycznie głównym motywatorem chrześcijanina miała być wizja wiekuistej nagrody w niebie oraz bezgraniczna miłość do bliźniego, ale Artur nie miał złudzeń, że strach przed potępieniem był o wiele skuteczniejszą incentywą. Swoją drogą, Kościół stosował bardzo sprytną sztuczkę, utożsamiając źródło wszelkiego zła z szatanem. Dawało to ludziom wiarę, że faktycznie grzech nie jest ich integralną częścią, nieodzownym fragmentem każdego człowieczego jestestwa, ale że pochodzi z zewnątrz, z jakichś niewyobrażalnych ognistych czeluści, wypełnionych niemilknącymi jękami legionów straconych dusz. Niezbyt wysublimowane, aczkolwiek skuteczne i zgrabne zabiegi psychologiczne, mające przesłonić oczy rozmodlonych idiotów bielmem iluzorycznego przeznaczenia zbawieniu. Artur tak się zamyślił, że dopiero kościelny szeleszcząc banknotami w tacy, wyrwał go z transu. Student jedynie przelotnie pomyślał ile leków na nadciśnienie i cukrzycę ci durni staruszkowie mogliby kupić za wyrzucone pieniądze. Bardzo szybko doszedł do wniosku, że udar i kwasica ketonowa mogą skutecznie podwyższyć średni iloraz inteligencji… Chociaż współczesna mu młodzież obniżała go jeszcze bardziej. – Gdyby tylko Hitler obrał za cel idiotów, a nie Żydów…– Rozmarzył się Artur, dorzucając zmarzniętą dłonią pięć złotych do funduszu grzewczego.

Przez resztę mszy młodzieniec coraz mocniej zaciskał pięści i niemal słyszalnie zgrzytał zębami. Zimno wcale nie zapobiegało rozprzestrzenianiu się smrodu starców z ławki przed nim. W zasadzie, wydawać się mogło, że zaczęli się rozkładać podczas modlitwy „Ojcze nasz”. Przy każdym dźwięku organów dziecko z tyłu prezentowało swój popisowy wrzask. Artur lubił krzyk jako pierwotną formę ekspresji emocji, nieskrępowaną i pełną uczucia, ale bachorowi do Corey’a Taylora wiele brakowało. Chłopak miał wielką ochotę upomnieć rodziców aspirującego wokalisty heavymetalowego, jednak sądząc po ich słodziutkich „Ciiiiii” lub „Nie wolno tak krzyczeć w kościółku, Wojtusiu”, byli oni zwolennikami bezstresowego wychowania, czyli braku wychowania w ogóle. Tuż przed udzieleniem komunii, z kolanami na klęczniku, czując się jak zgarbiony w przepraszającym geście murzyn na polu bawełny, Artur usłyszał za sobą jazgotliwy głos małego Wojtusia.

– Tatusiu, a dlaczego ten pan ma takie długie włosy?

– Bo widocznie takie lubi mieć, synku. – Odparł szeptem ojciec dziecka.

– Wygląda jak dziewczynka. – Zawyrokował bachor.

Młodzieniec przez ułamek sekundy był pewien, że chwyci smarkacza za niewyparzoną mordę i rzuci nim prosto w kamienny ołtarz, powracając do starotestamentalnej tradycji składania żywych ofiar. Oczywiście nie mógł tego zrobić. Uspokoił się więc, przepuścił siedzącą po jego prawej stronie mamę, żeby mogła pójść do najświętszego sakramentu. Ku szczęściu Artura, rodzice Wojtusia również udali się w kierunku kapłana ze złotym kielichem. Student odwrócił się szybko i przeszył bezczelnego smarkacza wzrokiem, który rezerwował jedynie na okazje specjalne. Przelewał wtedy w swoje źrenice cały ból, samotne cierpienie i tęsknotę, a także nienawiść do rodzaju ludzkiego z sobą na czele. Wszystko to gotowało się w jego gałkach ocznych, tworząc żrący roztwór, który niczym magiczny eliksir odstraszał nachalnych rozmówców, odwracał ciekawskie spojrzenia i zamykał zbyt rozentuzjazmowane usta. Małego Wojtusia natomiast, przyprawił o grymas przerażenia, a następnie o rozdzierający płacz, z którym malec, usmarkany nieomal po czubki bucików, popędził do rodziców. Artur zaś, usadowił się wygodnie na swoim miejscu. Co prawda nie poprawił harmonii chóru głosów w kościele, jednak przyprawił go o coś faktycznie prawdziwego w tej, doprawdy, tragikomicznej szopce kłamstw i pozorów.

Po skończonej mszy i wizycie na cmentarzu, Artur wraz z rodzicami wrócił do domu. Młodzieniec, tradycyjnie, włączył czajnik elektryczny i sięgnął do szafki przy lodówce, wybierając przy tym odpowiednią herbatę. Mama studenta w tym czasie smażyła jajka sadzone i krzątała się przy nakrywaniu do stołu. Wspólne śniadanie w niedzielny poranek zawsze stanowił swego rodzaju ceremonię w domu Artura. Chłopak zawsze lubił te posiłki. Miały w sobie coś ulotnie przyjemnego, chociaż zwykle spożywane były w milczeniu. Zapach jajek, świeżych bułek i gorącej herbaty zawsze dawał poczucie bezpieczeństwa i rodzinnego ciepła. Atmosfera ta jednak spływała razem z resztkami jedzenia z talerzy, ponieważ zaraz po śniadaniu Artur myślał już o zbliżającej się konieczności powrotu do Łodzi, a tym samym, do wszystkich wspomnień związanych z tym miastem. Perspektywa ta skutecznie pozbawiała młodzieńca zwiewnego uśmiechu, który pojawiał się nieśmiało na jego twarzy, kiedy wspólnie z tatą oglądał telewizję na kanapie w salonie. Student coraz częściej zastanawiał się nad rzuceniem uczelni i wyprowadzką. Problem w tym, że nie potrafił wyobrazić sobie innej przyszłości, niż związanej z zawodem lekarza. Szkoda mu było też lat już poświęconych tym studiom. Przeniesienie się do innego miasta również nie wchodziło w grę, ponieważ Artur uwielbiał Łódź, nawet mimo wszystkich bolesnych myśli, zapisanych w muralach i rozkładach jazdy na przystankach tramwajowych. Byli tam też jego przyjaciele, których nie był w stanie zostawić. Z tych względów, herbata nagle przybrała gorzki smak w ustach studenta, który odniósł pustą szklankę do kuchni i udał się na piętro, żeby zacząć się pakować.

Pociąg odjeżdżał o godzinie piętnastej trzydzieści, więc Artura przed wyjazdem czekał jeszcze rodzinny obiad. Świadczyły o tym cudowne aromaty, które ulatniały się z bulgoczących garnków i penetrowały każdy zakamarek domu, kusząc jego mieszkańców i pieszcząc ich nozdrza. Goździki, cynamon i ostra papryka łączyły się z rodzynkami w pachnącym sosie wołowym. Marchewka, pietruszka oraz por i seler z odrobiną lubczyku, zapowiadały rosół. Kilka minut po dwunastej przyjechała babcia Artura.

– Dzień dobry! – Powiedziała starsza kobieta, po czym zachichotała głupkowato, czego młodzieniec szczerze nie cierpiał.

– Cześć, babciu. – Odpowiedział młodzieniec, odbierając futrzany płaszcz i wieszając go szafie. Potem wyjął z dolnej szuflady puchate kapcie i podał kobiecie.

– I jak tam? Będą cię czymś męczyć w przyszłym tygodniu na tej uczelni? – Zapytała staruszka, przymilnym głosem, jakby zwracała się do głupawego dziecka, lub wyjątkowo małego psa.

– Mam jakieś zaliczenie w piątek. Nic wielkiego, dam radę. Jak zwykle. – Odparł student.

– No wiem, że świetnie sobie radzisz. Dzięki Bogu! – Podsumowała kobieta, nieomal doprowadzając Artura do furii. Jego rodzina miała w zwyczaju dziękować właśnie bogu za sukcesy młodzieńca. Zupełnie, jakby godziny spędzone na zajęciach w szpitalach i noce zarwane przy opasłych podręcznikach nie miały nic wspólnego z uzyskiwaniem wysokiej średniej. Wystarczyło dzień przed egzaminem zmówić paciorek za łatwe pytania albo dobry humor kadry profesorskiej, a Palec Wszechmogącego naprowadzi długopis w rękach wnuczka na właściwe odpowiedzi. Student nie skomentował tej wypowiedzi i zajął się nakrywaniem do stołu w salonie, żeby zająć czymś ręce, które zaczynały mu drżeć ze złości.

Obiad przebiegał jak zwykle, to znaczy mama Artura uwijała się, biegając pomiędzy kuchnią i salonem, babcia cmokała z zachwytu nad wykwintnymi potrawami, a tata młodzieńca narzekał, że tradycyjne polskie ziemniaki zastąpił jakiś imigrancki kuskus. Student nosił talerze i półmiski, starając się nie myśleć o powtarzalności tej atmosfery, która była znana, swojska i budująca, ale jednocześnie męcząca i dołująca.

– Och, nie musiałaś tyle tego przygotowywać. Kto to wszystko zje? Nie masz nic z tej niedzieli. Od rana tylko przy garnkach! – Ubolewała babcia, chociaż sama, kiedy zapraszała gości, szykowała ilości jedzenia odpowiednie dla drużyny wygłodniałych partyzantów.

– A komu mam gotować, jeśli nie wam? Przecież to sama przyjemność, jak coś zrobię i wam smakuje. – Oponowała mama, nakładając sobie na talerz sałatkę z gruszką.

– No ale w niedzielę powinnaś odpocząć. Cały tydzień praca, a jeszcze dzisiaj gotowanie…

– Dobrze, za tydzień zamówimy pizzę i przestaniesz marudzić. – Ucięła poirytowana gospodyni.

– Nie ma ziemniaków? – Zapytał tata, krojąc apetycznie wyglądający kawałek parującej wołowiny w gęstym sosie.

– Jest kuskus. Nałożyć ci?

– No daj. – Stwierdził mężczyzna z delikatnym grymasem na twarzy.

– Kasza jest zdrowa. Poza tym, mówiłeś, że lubisz kuskus. I pasuje do mięsa. – Ciągnęła mama, racząc męża dużą porcją kaszy.

– No lubię…

– No właśnie.

– …ale wolałbym ziemniaki. – Burknął tata Artura pod nosem. Młodzieniec próbował stłumić śmiech i zakrztusił się kawałkiem papryki z sałatki. Tak było przy każdym obiedzie. Student czasami nawet zastanawiał się czy mógłby w jakiś sposób stłumić u siebie odruch kaszlu i udusić się kawałkiem jedzenia w jednej z takich sytuacji. W końcu śmierć ze śmiechu, chociaż mało wzniosła, wydawała się dużo przyjemniejszą perspektywą niż inne opcje, które rozważał.

Po posiłku, babcia przeniosła się na kanapę i czytała jedną z wielu gazet, leżących pod ławą. Artur wraz z mamą przygotowywali deser owocowy, a tata odpowiadał za parzenie kawy. Mężczyzna nie miał zdolności kulinarnych, które wykraczałyby poza położenie plastra żółtego sera na przekrojoną bułkę, lub przyrządzenie mizerii, jednak kawę robił pierwszorzędną. Student wiele razy robił napój w tej samej kawiarce, z tych samych ziaren i w tych samych proporcjach, ale nigdy nie udało mu się osiągnąć takiego efektu. Idealnie mocna, delikatnie gorzkawa, przełamana niewielką ilością cukru i z perfekcyjnie spienionym mlekiem na wierzchu, wychodziła jedynie z twardych jak drewno dłoni jego ojca. Na co dzień zdystansowany i nawet odrobinę chłodny mężczyzna, okazywał swoją głęboko ukrytą, wrażliwą cząstkę właśnie w takich momentach, kiedy w pełnym skupieniu, z ledwie dostrzegalnym uśmiechem robił coś dla przyjemności swojej rodziny. Niosąc tacę z parującymi filiżankami, zawsze promieniał dumą, jakby boski aromat kawy miał stanowić ucieleśnienie jego uczuć, które nie zawsze potrafił wyrazić. Artur wziął łyk naparu, rozkoszując się wyczekiwanym smakiem i spojrzał przelotnie na zebranych. Babcia, rozparta w fotelu, patrzyła na jedynego wnuka tym denerwującym, rozmarzonym wzrokiem, jakby widziała go po raz ostatni i chciała zapamiętać każdy szczegół. Mama, z pucharkiem pełnym owocowego musu, zastanawiała się na głos czy nie powinna dodać więcej cukru, zupełnie jakby wysiłek i oddanie, z jakim dbała o najbliższych, nie były dość słodkie. Tata, zapatrzony w transmisję skoków narciarskich w telewizji, częścią myśli zapewne odlatywał w kierunku jutrzejszego dnia, wypełnionego pracą. Młodzieniec nabrał w nozdrza mieszaninę domowych zapachów, z którymi wkrótce miał się pożegnać na kolejne dni. „Kocham was.” – Powiedział w myślach do swoich najbliższych, nie chcąc mącić tej przyjemnej, gościnnej ciszy.

 

Rozdział 12

 

Z chwilą ruszenia pociągu z dworca, całe poczucie bezpieczeństwa i domowego komfortu opuściły Artura, zostając za drzwiami wagonu. Sceneria za oknem, przesuwająca się coraz szybciej w rytm nasilającego się hałasu, oblana zimnym, jesiennym światłem, była wyjątkowo przygnębiające. Ogołocone z liści drzewa zdawały się rozczapierzać gałęzie ku niebu w błagalnych gestach, o szybkie nadejście wiosny. Blaknąca zieleń trawy na łąkach również miała w sobie coś dołującego. Świadomość rytmu pór roku zdawała się być bezpodstawnym mitem, jakąś niepewną przesłanką. Świat, na oczach młodzieńca, umierał z braku ciepła i wyglądał zupełnie, jakby miał nigdy się nie odrodzić. Student poczuł jak zalewa go… Właściwie co? Czym było to przyprawiające o dreszcze uczucie? Tęsknota? Artur tęsknił za Nią od dawna i znał bardzo dobrze ten stan udręczonej duszy. Smutek z powodu wyjazdu? To nigdy mu się nie zdarzało. Lubił mieszkać sam, a nieustanna obecność innych osób w zasięgu głosu zawsze zaczynała go w końcu irytować. Melancholia również nie miała wobec młodzieńca ukrytego oblicza. Przez bardzo krótki moment Artur miał ochotę włożyć słuchawki do uszu i zagłuszyć dręczące go myśli, jednak powstrzymał się. Zdawał sobie sprawę, że nie da mu to spokoju i musi się skonfrontować z własnym umysłem. Chłopak czuł… Czuł… Nic. Świadomość, że nie odczuwanie niczego jest najsilniejszym i najstraszniejszym uczuciem, z jakim chłopak się spotkał, uderzyła go z siłą klubowego bramkarza. Młodzieniec wziął kilka głębokich oddechów i uspokoił rozpędzone nagle tętno. Wyrzucił tabletki. Spłukał swój jedyny sposób na spotkania z Nią w kiblu, jak przesycone alkoholem wymiociny. Zachował się jak tchórz, niezdolny do odrobiny poświęcenia, żeby przedrzeć się przez przerażające nocne mary i znaleźć Ją pośród nich. Z drugiej strony… Cóż mógł tak naprawdę zrobić? Życie przeszłością było niemożliwe, a doprowadzające do obłędu próby przemycenia jej do teraźniejszości – po prostu głupie. To było tchórzliwe. Dalsze życie, pochowanie dawnych demonów i próba rozpoczęcia wszystkiego od nowa – tym jest odwaga. „Chciałaby, żebym nie zatrzymał się razem z Nią.” – skonstatował w duchu Artur. Ta właśnie myśl odrobinę poprawiła humor młodzieńca i pozwoliła mu przez resztę podróży na odrobinę relaksu przy muzyce.

Wysiadając z taksówki przed bramą osiedla, Artur mimowolnie uśmiechnął się. W czasie jazdy z dworca w cuchnącym samochodzie, młodzieniec naprawdę zaczął wierzyć, że może uda mu się pogodzić z Jej odejściem. Po raz pierwszy od wielu miesięcy potrafił pomyśleć o przyszłości, zbliżającej się specjalizacji, miejscu, w którym chciałby wybudować dom. Te, dla większości ludzi, zupełnie codzienne rozterki, dla studenta stanowiły odmianę tak wielką, że wydawały mu się nieomal zupełnie nowe. Napędzany świeżą motywacją, Artur chwycił mocniej walizkę, poprawił ułożenie paska plecaka na ramieniu i pomknął w kierunku swojej klatki schodowej. Drogę na czwarte piętro pokonał pieszo, nie zwracając uwagi na windę. Już w połowie drogi nałogowy palacz z trudem łapał oddech, aczkolwiek nie przeszkodziło mu to w ukradkowym śmiechu, którego nie mógł opanować. W końcu, dyszący i uśmiechnięty, Artur dotarł pod drzwi swojego mieszkania i przekręcił klucz w zamku. Za nimi czekał, siedzący na środku korytarza, Ból.

– Hej! – Zawołał wesoło student. – Tęskniłeś za mną? – Dodał, kucając obok kocura i wyciągając ku niemu dłoń.

– Coś ty zrobił? – Zapytał kot spokojnym głosem, w którym wyrzut i gniew były silniejsze od szoku, który ogarnął studenta.

 

Koniec części pierwszej

 

Koniec

Komentarze

Mam nadzieję, Hatmański, że wiesz, iż na tym forum zamieszczamy opowiadania i liczysz się z tym, że tak długi fragment może nie spotkać się ze zbyt dużym zainteresowaniem czytelników?

Zważ także, że nawet dyżurni są zwolnieni z czytania tekstów liczących powyżej 80.000 znaków, tudzież fragmentów dzieł.

 

edycja

Czemu służy pusta przestrzeń pod tytułem?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Liczę się z tymi czynnikami ryzyka. Wierzę też jednak, że tekst może zainteresować i zachęcić do zapoznania się z jego całością. Nawet jedna zadowolona z lektury osoba jest warta dodania fragmentu.

 

edycja

Przestrzeń pod tytułem służy nawiązaniu do otwierającego cytatu. Po przeczytaniu tytułu opuszczamy świat jawy, przechodząc przez, swego rodzaju, pusty stan przejściowy – to uczucie spadania w otchłań przy zasypianiu. Na dnie zaś, trafiamy do odmiennej rzeczywistości, różnej od tej znanej nam na co dzień, choć tak podobnej.

(Tak serio, jest to mój błąd edytorski.) 

Life's a circus. I'm the clown.

OK. Rozumiem i mam nadzieję, że Twój optymizm nie okaże się płonny. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja przeczytam ten tekst, już zaczęłam i od razu wpadły mi w oko takie rzeczy:

A jednak uznał swoje życie[-,] za nie warte kontynuacji.

Makabra przeplatana z sarkastycznym dowcipem manipulują czytelnikiem niczym bezwładną kukiełką w rękach autora, który poprzez „Heide” pokazuje nam, że czytanie nie jest jedynie przyjemnością, a płynnym dialektem prowadzonym z samym autorem.

 Podejrzewam, że chodziło Ci o dialog.

A z samego tekstu na przykład taki fragment:

Życie powstało przez przypadek, jest rządzone przez przypadek, a ten z kolei nie ma przyczyny, więc nie jest niczemu winien. Ona także zginęła przez przypadek. Wszystkie ich wspólne decyzje, splecione takimi, a nie innymi okolicznościami ślepego losu prowadziły do Jej śmierci. Powinno mieć to dobre strony, bo Artur nie czuł się odpowiedzialny za tę tragedię i nie winił za nią nikogo. Umarła w wypadku, zdarzeniu losowym, który nie ma żadnego znaczenia, bo nic nie ma znaczenia ani celu. Jej śmierć miała jednak, w jakiś niewytłumaczalny sposób, znaczenie. Zmieniła wszystko. I tamten właśnie przypadek, doprowadził do tego przypadku.

Pięć razy mamy przypadek. Plus jedno zdarzenie losowe. Rozumiem chęć podkreślenia tego słowa i mam wrażenie, że to celowe powtórzenia, ale w takim nagromadzeniu bardzo rzucają się w oczy i nie wygląda to dobrze.

W ogóle dużo takiego memłania jednej sprawy. Z pierwszego zdania tego akapitu dowiedziałam się, że ktoś ważny dla bohatera nie żyje – i to mi wystarczy. Przyjęłam do wiadomości i w zasadzie dalsza część tego fragmentu niewiele zmienia. Ok, był wypadek, Artur nie czuje się winny i tyle. Nie wiem, czy ma to znaczenie dla dalszej części, zaraz się okaże. Idę czytać ;)

 

Przeczytałam prolog i pierwszy rozdział, i przykro mi to mówić, ale nie zachęciły mnie one do poznania dalszego ciągu, głównie z powodu, delikatnie mówiąc, nie najlepszego wykonania. Bardzo źle czyta się tekst, zawierający liczne błędy, usterki, nielogiczności czy źle zapisane dialogi.

Mam wrażenie, Hatmański, że byłoby lepiej, gdybyś na początek, zamiast tak obszernego i niedokończonego dzieła, zamieścił raczej krótkie opowiadanie. Łatwiej byłoby je sprawdzić i wskazać niedoskonałości. Z pewnością też więcej osób skusiłoby się na lekturę.

O treści Heide nie wypowiem się, bo z fragmentu poświęconego próbie samobójczej trudno wysnuć jakiekolwiek wnioski o dalszym ciągu tej historii.  

 

Artur wszedł do miesz­ka­nia, po dłuż­szej chwi­li mo­co­wa­nia się z klu­cza­mi. –> A nie z zamkiem?

 

Chło­pak za­chwiał się i oparł o szafę w przed­po­ko­ju. […] po czym po­wie­sił prze­mo­czo­ną, skó­rza­ną kurt­kę na opar­ciu krze­sła w kuch­ni. –> Skoro był w przedpokoju, gdzie zdejmował buty, dlaczego nagle znalazł się w kuchni i tam powiesił kurtkę?

 

W radiu, które grało na im­pre­zie, z któ­rej wy­szedł… –> Radio nie gra. Radio może być włączone i nadawać program, także muzyczny.

Powtórzenie.

 

Artur, pod­czas pi­jac­kie­go spa­ce­ru z Wi­dze­wa na Śród­mie­ście… –> Artur, pod­czas pi­jac­kie­go spa­ce­ru z Wi­dze­wa do Śród­mie­ścia

 

nawet nie za­uwa­żył sza­le­ją­ce­go wia­tru, który łamał drze­wa i zry­wał trak­cje tram­wa­jo­we. –> Wydaje mi się, że trakcja jest jedna, więc: …i zry­wał trak­cję tram­wa­jo­wą/ sieć trakcyjną.

 

Pi­ja­ny mło­dzie­niec my­ślał o Jej ciem­no­zło­tych wło­sach, które po­ru­dzia­ły od za­schnię­tej krwi, jak je­sien­ne li­ście, kiedy za­dzi­wia­ją­co pew­nie ba­zgrał ołów­kiem na sa­mo­przy­lep­nej kart­ce. –> Mogę zrozumieć, że zakrwawione włosy mogą kojarzyć się z rudziejącymi liśćmi, ale co ma do tego bazgranie ołówkiem po kartce?

Czy wielka litera jest użyta celowo?

 

Z nie­wzru­szo­ną miną i de­li­kat­nym uśmie­chem pod nią, Artur prze­szedł do ła­zien­ki i za­pa­lił świa­tło. –> Nie bardzo umiem sobie wyobrazić, jak można mieć uśmiech pod miną…

 

Chło­pak usiadł cięż­ko na czar­no – bia­łych płyt­kach… –> Chło­pak usiadł cięż­ko na czar­no-bia­łych płyt­kach

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

męż­czy­znę, który odło­żył ostrze i ze zwiew­nym, bla­dym uśmie­chem… –> Pijany mężczyzna z podciętymi żyłami i zwiewnym uśmiechem – wybacz, ale ten uśmiech rozśmieszył mnie, miast wzbudzić grozę, ewentualnie współczucie.

Na czym polega zwiewność uśmiechu?

 

Do­pie­ro siar­czy­ste „kurwa mać” wy­rwa­ło Ar­tu­ra z odrę­twie­nia. –> Raczej: Do­pie­ro siar­czy­ste „kurwa mać!” wy­rwa­ło Ar­tu­ra z odrę­twie­nia.

 

– Nie mogę.Od­parł Łu­kasz… –> – Nie mogę – od­parł Łu­kasz

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Po­szko­do­wa­ny miał na klat­ce pier­sio­wej kart­kę: „Ko­cha­ni Ro­dzi­ce, to nie Wasza wina. Ko­cham Was bar­dzo, Artur.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

Skąd kartka na piersi Artura? Z wcześniejszego tekstu nie wynika, że ją sobie przypiął.

 

– Coś ty zro­bił… – Ra­tow­nik wes­tchnął cięż­ko. –> – Coś ty zro­bił…? – Ra­tow­nik wes­tchnął cięż­ko.

 

pod­nie­śli za­krwa­wio­ną po­stać, zmie­ni­li jej opa­tru­nek na nad­garst­ku i za­cią­gnę­li do ka­ret­ki po­go­to­wia. –> Podnieśli postać, czy konkretnego Artura? Czy Artur nie powinien został ułożony na noszach i tak dotransportowany do karetki? Nie wyobrażam sobie by ratownicy, w dodatku w obecności przyjaciela-ratownika, mogli pacjenta zaciągać do karetki.

 

Świa­tła na izbie przy­jęć szpi­ta­la draż­ni­ły oczy Ar­tu­ra. –> Świa­tła w izbie przy­jęć szpi­ta­la draż­ni­ły oczy Ar­tu­ra.

 

czekając aż dwóch chi­rur­gów, któ­rzy peł­ni­li tej nocy dyżur, skoń­czą wy­peł­niać… –> …cze­ka­jąc aż dwaj chirurdzy, któ­rzy peł­ni­li tej nocy dyżur, skoń­czą wy­peł­niać

 

– No nie­źle. Dwa i pół cen­ty­me­tra, cię­cie wzdłuż torów… Po­rusz pal­ca­mi. Dobra, ścię­gna są całe, tęt­ni­ca też. Ze­staw do szy­cia po­pro­szę. Pe­ro­ro­wał chi­rurg, za­kła­da­jąc ja­ło­we rę­ka­wicz­ki. – Nie wydaje mi się, aby lekarz perorował. Czy chirurg zakłada rękawiczki przy stole zabiegowym?

Proponuję w ostatnim zdaniu: Ze­staw do szy­cia po­pro­szę  – powiedział chi­rurg

Za SJP PWN: perora  1. «długa i nudna mowa zawierająca napuszone pouczenie» 2. daw. «uroczysta przemowa»

 

– Skoro tutaj stu­diu­jesz, w do­dat­ku na wy­dzia­le le­kar­skim, po­wi­nie­neś wie­dzieć, że takie są pro­to­ko­ły, w przy­pad­ku sa­mo­oka­le­cze­nia. –> Raczej: …takie są procedury, w przy­pad­ku sa­mo­oka­le­cze­nia.

 

Chło­pak nie spie­rał się. Znał biu­ro­kra­cję Fun­du­szu Zdro­wia… –> Obawiam się, że to nie Fundusz Zdrowia odpowiada za te procedury.

 

– Był już pan kie­dyś w szpi­ta­lu psy­chia­trycz­nym? – Za­py­ta­ła le­kar­ka w szpi­ta­lu psy­chia­trycz­nym… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

pod­czas gdy Ję­dzo­wa­ta Pani Dok­tor Z Syn­dro­mem Nie­do­pchnię­cia… –> Skąd wiadomo, co było powodem jędzowatości pani doktor?

 

Le­kar­ki spoj­rza­ły po sobie, sta­ra­jąc się po­ro­zu­mieć bez uży­cia słów, co wy­raź­nie im nie wy­cho­dzi­ło. Jak to bywa u ko­biet. –> Skąd Autor wie, jak to bywa u kobiet?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To ja może streszczę. W ponad stu sześćdziesięciu tysiącach znaków mamy taką historię: bohater stracił ukochaną. Łyka tajemnicze pigułki, po których spotyka się z nią w snach. Przygarnia mówiącego (czasami) kota. Odwiedza rodziców i decyduje się wyrzucić resztę pigułek. Gdy wraca, kot sugeruje, że zrobił coś strasznego.

Gdy wraca, kot sugeruje, że zrobił coś strasznego.

Anet, kto zrobił – Kot czy Artur?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Artur. 

 

A miałam nadzieję, że jednak Kot. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ogólnie powiem tak: w ogromnej ilości słów zawarłeś, autorze, mało treści. Żeby opowiadanie mnie wciągnęło, musi mieć akcję i/albo emocje. Tutaj mam problem również z tym drugim, bo bohater jest przemądrzały i antypatyczny, a przez to mu nie kibicuję i nie wczuwam się.

Może pokażesz coś krótszego, skończonego?

Dziękuję serdecznie za zapoznanie się z treścią, a także za wskazówki :) Odnośnie błędów technicznych, korzę się pokornie i obiecuję poprawę, prosząc jednocześnie o pokutę i rozgrzeszenie.

Odnośnie pozostałych niejasności:

Ukochana Artura, w świecie rzeczywistym, nie jest przywoływana przez niego z imienia, a jedynie jako “Ona”, zawsze z wielkiej litery. 

W kwestii procedur medycznych, mam na co dzień styczność z tą tematyką, więc pozostawiam sobie ich opisywanie, w zgodzie z obserwacjami ;)

Jeżeli zaś chodzi o akcję i emocje, to “Heide” ma być książką, przede wszystkim, nastawioną na dywagacje filozoficzne, skłaniające do refleksji, jak również zgłębiającą mechanizmy ludzkiej psychiki oraz jej projekcję na świat rzeczywisty. Przemądrzałość i antypatia, z kolei, nie są przeszkodą w przyznaniu komuś racji, nawet częściowo :) 

Krótszych utworów nie mam na swoim koncie, gdyż z poziomem Fryderyka Nietzschego nie jestem nawet w tym samym kodzie pocztowym, żeby w jednym zdaniu ująć coś, co innym udaje się zawrzeć w grubej książce, lub nie udaje się wcale.

Podsumowując, zamieszczony fragment jest esencją tego, co staram się osiągnąć. “Heide” nie ma dawać przyjemności z czytania. Wręcz przeciwnie, ma obnażać wygładzony kompromisami świat, pełen zepsucia i cierpienia. Lektura nie zapewnia ucieczki w lepszy świat, ale serwuje kąpiel w bagnie rzeczywistości. Jest to gorzka, krwistoczerwona pigułka, którą można połknąć lub odrzucić, pozostając w komfortowym kokonie obłudy teraźniejszości.

 

Life's a circus. I'm the clown.

Hatmański, to Twoje dzieło i będzie napisane takimi słowami, jakie uznasz za najlepsze.

Jeśli w czymkolwiek pomogłam cieszę się. ;)

 

Na rozgrzeszenie nie licz – uważam bowiem, że skoro przystąpiłeś do pisania tak dużego i ambitnego dzieła, powinieneś wcześniej należycie się do tego przygotować i język polski nie powinien być dla Ciebie wiedzą tajemną. Uważam też, że przyswajanie tej wiedzy nie powinno być pokutą, jeno przyjemnością, więc pokuty też Ci nie zadam. ;)

 

Cóż, choć okazuje się, że moje oczekiwania wobec literatury nie są zbieżne z Twoimi zamiarami twórczymi, życzę aby pisanie dawało Ci mnóstwo satysfakcji. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przemądrzałość i antypatia, z kolei, nie są przeszkodą w przyznaniu komuś racji, nawet częściowo :) 

Jasne, tyle, że muszę chcieć tego kogoś słuchać. Jeśli zanudza mnie swoimi przemyśleniami, nie ma do powiedzenia nic ciekawego czy odkrywczego, a tak to przedstawia, to po co mam się męczyć?

No nic. Idę poszukać czegoś dla siebie.

Usiłowałam przeczytać. Jak już przebrnęłam przez niekończące się entery na początku, to w sumie zaczęłam żałować, że całość się z nich nie składa. Po zapoznaniu się z kawałkami tekstu przeszłam do działu komentarzy i ku mojej wielkiej uldze zobaczyłam tam następujące słowa:

 

Lektura nie zapewnia ucieczki w lepszy świat, ale serwuje kąpiel w bagnie rzeczywistości.

W tej sytuacji wybieram jednak np. Zolę. Przynajmniej umiał pisać.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję za konstruktywną krytykę ???? Dzięki takim opiniom wiem, jak poprawić swój pisarski warsztat ^^

Life's a circus. I'm the clown.

Nowa Fantastyka