- Opowiadanie: DW_R - Miałem sen

Miałem sen

Mytrix - może to nie do końca to, co miałeś na myśli, pisząc o koszmarze i sennej rzeczywistości, ale zainspirowałeś mnie to napisanie tego tekstu. Z góry przepraszam za wszystkie błędy.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Miałem sen

Miałem sen.

Siedziałem sobie wygodnie na bujanym fotelu przed domem, ostatnie promienie zachodzącego słońca delikatnie ogrzewały twarz. Wiatr kołysał słonecznikami rosnącymi wokół domu. Śpiew ptaków umilał mi chwilę, rozmarzony delektowałem się kawą i ciastkiem.

Wtedy zjawił się on, a wraz z nim lodowaty wiatr, który przeszył moje ciało niczym strzała. Ponad dwumetrowy olbrzym swoją posturą zasłaniał słońce. Gęste chmury zaczęły się kłębić na niebie. Setki kruków obsiadły jedyne drzewo w okolicy stając się jego liśćmi, pod ich ciężarem straszliwie trzeszczało, z trudem je utrzymując. Atmosfera stała się tak gęsta i nieprzyjemna, że z ledwością łapałem oddech. Jego świdrujący wzrok przyszpilił mnie do fotela, siedziałem na nim jak szmaciana lalka bez krzty woli i siły. Biała maska zakrywała twarz, lecz mimo to wiedziałem, że uśmiecha się do mnie na swój pokręcony sposób. Dopiero teraz zauważyłem w jego rękach siekierę, ubrany był w biały T-shirt poplamiony krwią, niebieskie wycierusy, kowbojki.

Patrzyłem, jak wyciągał z kieszeni osełkę. Później spokojnym ruchem, nie spiesząc się, ostrzył swoją zabawkę. Podczas tego rytuału rodziły się i umierały tysiące iskier, tak samo, jak wiele istnień zabranych przez tę przeklętą siekierę. W końcu upadły na ziemię, a na ich miejscu pojawił się ogień, najbardziej żarłoczna bestia znana ludzkości, pożerał bez wytchnienia jeszcze zieloną trawę i słoneczniki, dopóki nie odciął nas potężnym kręgiem od reszty świata, byliśmy zamknięci w środku. Wszystko było gotowe, mógł zaczynać zabawę.

Wykonał pierwszy krok i wtedy wróciły mi siły. Rzuciłem się w stronę jedynego bezpiecznego miejsca, jakim był mój dom niczym wystraszone dziecko. Bezmyślnie barykadowałem drzwi, licząc, że to uchroni mnie od niechybnej śmierci. Słyszałem jego kroki, jak powoli podchodził. Nawet nie próbował ich sforsować, dwoma potężnymi ciosami rozwalił znajdujące się obok okno i kawał drewnianej ściany. Odłamki szyby raniły mnie w tułów oraz lewą nogę, uniemożliwiając skutecznie dalszą ucieczkę.

Ranny ruszyłem na czworakach. Zaczynając swoją dramatyczną wspinaczkę na piętro, gdy on usiadł sobie na krześle. Wiem to dobrze, ten drań delektował się każdą chwilą, czułem, że to go bawi. Wyciągnął zza pasa ogromny myśliwski nóż, celnym rzutem przybił moją prawą nogę. Wrzeszczałem z bólu, gdy on delektował się moim cierpieniem i każdym słowem, krzykiem, przekleństwa czy innym wydanym przeze mnie dźwiękiem.

Zapierając się rękami, kontynuowałem wspinaczkę, znacząc drogę własną krwią. W końcu dotarłem na szczyt, wtedy ruszył i on. Słyszałem, a wręcz czułem, jak się zbliża, a wraz z nim moja śmierć.

Dopadł mnie w pobliżu sypialni obok tego przeklętego zegara z kukułką. Złapał lewą ręką i uniósł do góry niczym szmacianą lalkę, uderzył mną o ścianę, łamiąc przy okazji chyba wszystkie żebra. Oplułem go krwią, zacząłem przeklinać na czym świat stoi i zaklinałem na wszystkie świętości, gdy on brał zamach siekierą.

Dopiero za trzecim uderzeniem moja głowa odpadła od tułowia wraz z częścią kręgosłupa. Widziałem jak moim tułowiem, wstrząsają drgawki, a on kawałek po kawałku odcina kończyny, by na końcu wypatroszyć nożem myśliwskim.

Ogień pożerał już dom, gdy skończył zabawę, upewnił się, że wszystko dobrze widziałem, odrzucił to, co zostało i podszedł do mojej głowy, podniósł ją z niesamowitą czułością na wysokość swojej twarzy. Ściągnął maskę, ujrzałem coś, co mnie przeraziło jak nigdy w życiu… On był mną.

Koniec

Komentarze

Opisałeś senny koszmar, ale nie znalazłam w tej opowiastce nic zajmującego. Może dlatego, że wyjątkowo nie lubię, kiedy ktoś opowiada swoje/ czyjeś sny.

Wykonanie, delikatnie mówiąc, pozostawia wiele do życzenia.

 

Sie­dzia­łem sobie wy­god­nie na bu­ja­nym fo­te­lu przed domem mym, ostat­nie pro­mie­nie za­cho­dzą­ce­go słoń­ca de­li­kat­nie ogrze­wa­ły moją twarz. Wiatr ko­ły­sał sło­necz­ni­ka­mi ro­sną­cy­mi wokół mego domu. Śpiew pta­ków umi­lał mi chwi­lę… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne? Nadużywasz zaimków. Powtórzenie.

 

Ponad dwu­me­tro­wy ol­brzym swoją po­sta­wą za­sła­niał słoń­ce. –> Pewnie miało być: Ponad dwu­me­tro­wy ol­brzym swoją posturą za­sła­niał słoń­ce.

 

At­mos­fe­ra stała się tag gęsta… –> Literówka.

 

z le­d­wo­ścią ła­pa­łem od­dech. Jego świ­dru­ją­cy wzrok przy­szpi­lił mnie do fo­te­la… –> Czy dobrze rozumiem, że z trudem złapany oddech przyszpilił narratora do fotela?

 

sie­dzia­łem na nim jak szma­cia­na lalka po­zba­wio­na krzty woli i siły. –> Skoro bohater został pozbawiony tylko krzty woli i siły, czemu czuł się jak szmaciana lalka?

Pewnie miało być: …sie­dzia­łem na nim jak szma­cia­na lalka, bez krzty woli i siły.

 

ubra­ny był biały T-shirt z pla­ma­mi… –> …ubra­ny był w biały T-shirt z pla­ma­mi

 

i spo­koj­nie nie spie­szać się ostrzy swoją za­baw­kę. –> …i spo­koj­nie, nie spie­sząc się, ostrzy swoją za­baw­kę.

 

po­ja­wił się ogień, naj­bar­dziej żar­łocz­ną be­stię znaną ludz­ko­ści… –> …po­ja­wił się ogień, naj­bar­dziej żar­łocz­na be­stia znana ludz­ko­ści

 

gdy on usiadł sobie na krze­sło. –> …gdy on usiadł na krze­śle.

 

Wiem do do­brze, ten drań… –> Literówka.

 

przy­bił do scho­dów moją prawą nogę. […] Za­pie­ra­jąc się rę­ka­mi, kon­ty­nu­owa­łem wspi­nacz­kę… –> Wspinał się z nogą przybitą do schodów?

 

i za­czą­łem prze­kli­nać na wszyst­kie świę­to­ści, jakie zna­łem… –> Jak przeklina się na świętości?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zaiste, nieprzyjemne wydarzenie. Ale jakoś się nim nie przejęłam. A już szczególnie wtedy, kiedy utrata głowy i kręgosłupa nie przeszkodziła narratorowi w kontynuowaniu opowieści.

Wykonanie nie rzuca na kolana. Odnoszę wrażenie, że masz problem z podmiotami domyślnymi. Zbyt rzadko nazywasz jakkolwiek napastnika i przez to sens się sypie.

setki kruków obsiadły jedyne drzewo w okolicy pozbawione liści, trzeszcząc, z trudem utrzymywało ich ciężar.

Co jest podmiotem na końcu? Powinno być drzewo, ale ze zdania to nijak nie wynika.

Atmosfera stała się tak gęsta i nieprzyjemna, że ledwością łapałem oddech. Jego świdrujący wzrok przyszpilił mnie to fotela,

Czyj wzrok, oddechu? Poprzednio był ciężar, który też słabo pasuje.

Babska logika rządzi!

Reg – wybacz, że znowu musiałaś poprawiać wszystkie moje błędy. Już je pozmieniałem i serdecznie dziękuje.

Jest sukces Finkla nie narzeka na brak fantastyki, jupi jaj jej.

:-)

Zawsze jakiś postęp. :-)

Babska logika rządzi!

Ależ, DW_R, nie mam Ci czego wybaczać, bo wcale nie muszę poprawiać byczków. Ale cieszę się, mogłam się przydać. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ponad dwumetrowy olbrzym swoją posturą zasłaniał słońce.

Dwumetrowy olbrzym powiadasz? :D

 

Jego świdrujący wzrok przyszpilił mnie to fotela, siedziałem na nim jak szmaciana lalka bez krzty woli i siły

do fotela

 

…ubrany był w biały T-shirt z plamami wciąż nie skrzepniętą jeszcze krwią, niebieskie wycierusy, kowbojki.

Ja bym zapisał prościej: Ubrany był w biały T-shirt poplamiony krwią, niebieskie wycierusy i kowbojki.

 

Patrzyłem, jak wyciągał z kieszeni osełkę, spokojnym ruchem, nie spiesząc się, ostrzył swoją zabawkę.

Dużo przecinków i mało kropek w całym tekście. Czy dlatego, że to sen i wszystko dzieje się jakby w jednym momencie? Nawet jeśli, to nie przekonuje mnie taki sposób zapisu. A może tak: Patrzyłem, jak wyciągał z kieszeni osełkę. Później spokojnym ruchem, nie spiesząc się, ostrzył swoją zabawkę.

 

 

Na czworakach, zacząłem swoją dramatyczną wspinaczkę na piętro, gdy on usiadł na krześle. Wiem to dobrze, ten drań delektował się każdą chwilą, czułem, że to go bawi, gdy ogromny myśliwski nóż przybił do schodów moją prawą nogę. Z niecierpliwością wyczekiwał każdego krzyku, przekleństwa czy innego głosu, który wydobyłem z siebie.

 

Ależ chaos. Bohater ucieka, olbrzym siada na krześle, żeby się podelektować widokiem. Znikąd pojawia się nóż, który przybija nogę bohatera do schodów. Co ta musiał być za nóż? Aa, i jak olbrzym mógł oczekiwać krzyku, przekleństwa skoro bohater wydobył go z siebie? Tak przynajmniej wynika z zapisu.

 

Zapierając się rękami, kontynuowałem wspinaczkę, rozszarpałem lewą nogę gdy nuż został w schodach, znaczyłem drogę własną krwią, w końcu dotarłem na szczyt, wtedy ruszył i on.

 

Najpierw bohater musiał rozszarpać nogę przybitą do schodów, a dopiero po tym mógł kontynuować wspinaczkę. Nie odwrotnie.

 

Słyszałem a wręcz czułem jak się zbliża a wraz z nim moja śmierć.

Brakuje przecinków. Można prościej: Słyszałem jak olbrzym się zbliża, a wraz z nim moja śmierć.

 

Złapał lewą ręką i uniósł do góry niczym szmacianą lalką

lalkę

 

Całość napisana kiepsko, brak pomysłu. Mnóstwo błędów. Zakończenie nie sprawiło, że krzyknąłem „wow” na cały głos. To tyle. Więcej trenuj i pamiętaj o betaliście na przyszłość.

Pozdrawiam

Puenta trochę broni ten szort, ale to jedyny jasny punkt w utworze. Ja doceniam barwne opisy, ale zgrzytało lub raziło mnie kilka rzeczy. Siedział bez krzty siły i woli, a jednak się zerwał. Ogień odciął ich od reszty świata, ale bohater jednak przez niego przebiegł. I te lewe i prawe nogi i lewe ręce i olbrzyma też chyba lewa ręka (w akcji).

Fajne te drzewo z krukami zamiast liści, ale to za mało, żeby mógł powiedzieć “podobało mi się”. Taka tam, wprawka raczej.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

wojownik cieszy – dzięki za tak pouczające sugestie, to nie tak, że nie korzystam z bety (obecnie mam tam cztery swoje teksty, z czego tylko jeden jest betowany), ale czasami pod wpływem impulsu, zachcianki, czy dla własnego samopoczucia, wrzucam świeżo napisany tekst i na takim przykładzie pobieram sugestie i oceny od wielu osób, ucząc się.

 

Dracon – trochę poprawione, teraz może to lepiej wyglądać. Dziękuje bardzo za opinię.

Zasadniczy problem koszmarów dla mnie jest taki, że nie czuję napięcia. Wiem, że to jest nierzeczywiste, a przez to nie muszę się bać. Nie inaczej było tutaj – tytuł mnie odpowiednio nastroił i klimat od początku nie chwycił. Choć doceniam chwyt z końcówki, ale niestety nie uratował tekstu.

Parę opisów wyszło nawet-nawet (np. ten ostrzenia przez olbrzyma).

Wtedy zjawił się on, lodowaty wiatr przeszył moje ciało niczym strzała.

Kto się zjawił i dlaczego lodowaty wiatr? Ciężkie do zrozumienia zdanie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za spostrzeżenie o wietrze, poprawione. Mimo wszystko dzięki za podzielenie się opinią.

Niestety także mnie nie przekonało. Koszmar jak koszmar. Szkoda, że nic z tego nie wynika poza zabawą tekstem. W pamięci niestety nie zostanie.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nowa Fantastyka