- Opowiadanie: Cyano - Ikar

Ikar

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Ikar

Automatyczne, metalowe drzwi otworzyły się, a ja wkroczyłem do jaśniejącego bielą laboratorium. Przywitał mnie zapach chemikaliów oraz wesołe migotanie kolorowych diod skomplikowanych maszyn. Uśmiechnąłem się delikatnie na ten widok, ale prawdziwą radość i dumę w moim sercu wywołał dopiero widok ogromnego, metalowego pierścienia, znajdującego się pośrodku pomieszczenia. Podszedłem do niego i przyjrzałem się nierównej powierzchni, każdemu najmniejszemu zagięciu i wgłębieniu – tak, był już prawie gotowy.

– Och, Tommy! – zawołał jeden z pracowników, odrywając wzrok od komputera. – Dawno cię tu nie było.

– Dokładnie pięć godzin. Pana również miło widzieć, panie Rodd – odparłem beznamiętnym tonem.

– Że też wystarcza ci te pięć godzin snu – westchnął siedzący obok Rodda mężczyzna. – Ja i po siedmiu ledwo funkcjonuję.

Posłałem mu zdawkowy uśmiech, po czym podszedłem do ogromnego ekranu, na którym wyświetlał się szczegółowy projekt pierścienia. Przyjrzałem się poprawkom, które wprowadziłem w nim wczoraj, szukając możliwych błędów, ale wszystko wydawało się w porządku. Przeniosłem wzrok na inną część schematu i dokładnie ją przestudiowałem.

– Tutaj – odezwałem się, wskazując na odpowiedni punkt na rysunku. – Tutaj jest błąd. Nie tak powinny biec przewody.

Rodd stanął koło mnie i również przyjrzał się tej części schematu.

– Jak więc należy je zmienić? – zapytał.

Zamknąłem na chwilę oczy, przywołując w głowie obraz, który wyrył mi się już na stałe w pamięci.

– Niebieski przewód powinien być poprowadzony równolegle z czerwonym, a czarny jest zdecydowanie za blisko tych dwóch. Ma leżeć jakieś dwa centymetry od nich.

Mężczyzna zmrużył oczy i powoli pokiwał głową, po czym wydał technikom odpowiednie polecenia i wrócił na swoje stanowisko przed komputerem.

– Możesz zerknąć na te odczyty? – zapytał.

Skinąłem głową i przesunąłem wzrokiem po wykresach.

– Wszystko w normie.

Rodd uśmiechnął się, zadowolony ze swojej pracy. Był bardzo dobrym, oddanym pracownikiem, zawsze łasym na pochwały i wyróżnienia. Potrafił, tak jak ja, ignorować potrzeby swojego ciała, tylko po to, by zwiększyć wydajność, dzięki czemu miał wypracowaną największą liczbę nadgodzin z całego zespołu. Bardzo ceniłem go za zapał i zaangażowanie, a i umiejętności mu nie brakowało, co czyniło z niego wręcz idealnego pracownika.

– Hej, Tom – odezwał się mężczyzna w zielonym, roboczym kombinezonie, pracujący przy pierścieniu. – Przypomnij mi, dlaczego właściwie tyle pracujemy.

Skrzywiłem się nieznacznie. Mechanik – Peter Gill – był całkowitym przeciwieństwem Rodda. Przychodził do pracy jako ostatni, zawsze spóźniony, w dodatku często wychodził najwcześniej. Ciągle się obijał i nie szczędził narzekań. Gdyby nie to, że był jednak naprawdę dobry w swoim fachu, dawno zwróciłbym się do władz z prośbą o jego zwolnienie.

– Dla przyszłości – odparłem sucho.

Mechanik skrzywił się, niezadowolony.

– No, nie bądź taki! – zawołał. – Chcemy jeszcze raz usłyszeć szczegóły!

Kilku ludzi również oderwało się od pracy i spojrzało na mnie wyczekująco roziskrzonymi z podekscytowania oczami – z jakiejś nie do końca jasnej dla mnie przyczyny wszyscy lubili, gdy im o tym opowiadałem, mimo że zdecydowanie nie miałem daru mówcy. Przesunąłem wzrokiem po wyczekujących twarzach moich współpracowników, po czym westchnąłem cicho. Najwyraźniej nie miałem wyboru.

– Drzewa tak wysokie, że dorównują najwyższym górom – zacząłem przyciszonym, rozmarzonym tonem. – Łąki upstrzone tysiącami najprzeróżniejszych kwiatów, którym te ziemskie mogą jedynie zazdrościć barwy i kształtu. Cudowny śpiew kolorowych ptaków, przy którym trele naszych piskląt przypominają zgrzytanie o siebie dwóch zardzewiałych zębatek. Piękny, piękny świat, zasobny we wszystko, czego zaczyna brakować nam na Ziemi, oraz w to, czego tutaj nie ma.

Spojrzałem po kolei na rozmarzone twarze moich współpracowników, po czym przemówiłem mocniejszym głosem.

– To wszystko będzie nasze, i to już niedługo! Widziałem przyszłość i patrząc na teleport mogę stwierdzić, że wygląda już prawie jak ten, który w mojej wizji zabrał nas do raju. Jest już prawie ukończony! Już tak niewiele zostało do osiągnięcia celu! Dlatego proszę was, byście włożyli w pracę całe swoje serce, całą duszę. Niebo stoi przed nami otworem – nie każmy mu więc czekać!

Pracownicy zaczęli wiwatować, niektórzy klaskali w dłonie, inni gwizdali z aprobatą. Napełnieni nową energią, znów z zapałem przystąpili do przerwanych zajęć. Uwijali się jak mrówki – szybko, ale w określonym porządku.

– Przejdziesz do legendy, Tom! – westchnął Gill, przykręcając śrubkę do pierścienia.

Do legendy? O nie, ja mam większe plany, Gill. Dużo większe.

Od kiedy pierwszy raz zobaczyłem przyszłość wiedziałem, że muszę tę moc jakoś wykorzystać. Nie chciałem jednak marnować jej na błahostki – to musiało być coś wielkiego, coś wspaniałego. Coś, co tylko ja z moim niezwykłym darem mogłem osiągnąć. Długo głowiłem się nad tym, co by to mogło być, ale nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Wszystko, co udawało mi się wymyślić nie wydawało mi się dostatecznie wielkie. W tamtym czasie dręczyła mnie bezsenność – nie mogłem się zrelaksować, zbyt pochłonięty przez narastającą irytację. W pewnym momencie zacząłem nawet wątpić, by było na tym świecie coś mnie godnego. Czy byłem zbyt wspaniały dla tego świata?

Z pomocą przyszli moi rodzice, choć zupełnie nieświadomie. Nie powiedziałem im o moich zdolnościach, myśleli więc, że bezsenne noce były spowodowanie stresem wynikającym z przytłaczających obowiązków szkolnych. Postanowili więc zrobić mi trochę wolnego i zabrali mnie do Ameryki. Tam, trzeciego dnia naszej rodzinnej wycieczki, zobaczyłem cud.

Czerwone skalne ściany, wysokie na kilkaset metrów, ciągnące się daleko, tak że nie mogłem dostrzec, gdzie się kończą. Nade mną stada ptaków, majestatycznie szybujących po czystym, błękitnym niebie, oświetlonych tak jasnym światłem, że aby na nie spojrzeć, musiałem mrużyć oczy. Pode mną zaś szum wody, przepływającej między dwiema pionowymi ścianami, rzeki tak szybkiej, że gdybym spróbował w niej pływać, z pewnością od razu porwałby mnie nurt.

Wielki Kanion Colorado. Najwspanialsze co widziałem w życiu. Wtedy zrozumiałem, że aby zaspokoić moje ambicje, muszę osiągnąć coś równie wielkiego. Kanion jednak nie był dziełem ludzkich rąk, tak samo jak cała piękna Ziemia – stworzyła ją istota dużo wyższa od marnego człowieka. Skoro więc chciałem być tak wielki, musiałem zrównać się z Bogiem. A teraz wreszcie moje marzenia się spełniają. Te wszystkie zarwane noce, te godziny, spędzone na planowaniu nareszcie się opłaciły. Ile mogło jeszcze pozostać? Dzień, może dwa? Im bliżej celu się znajdowałem, tym robiłem się bardziej niecierpliwy – to oczekiwanie doprowadzało mnie niemal do szaleństwa, nieważne jednak ile ślęczałem nad schematem, nie potrafiłem wymyślić, jak przyśpieszyć ten proces. Teraz mogłem jedynie zdać się na los.

Następnego dnia przyszedłem do pracy nawet wcześniej niż zwykle, gdyż nie potrafiłem wysiedzieć w domu, zbyt podekscytowany zbliżającym się finałem. W rezultacie musiałem długo czekać na resztę załogi, nawet na pana Rodda. Ponieważ na tym etapie sam nie mogłem wiele zdziałać, czas spędziłem głównie na nerwowym przechadzaniu się po pomieszczeniu, w tę i z powrotem, co chwila zerkając na wiszący na ścianie zegar. Ledwo powstrzymałem się, by nie nakrzyczeć na Rodda, który przecież przyszedł jak zwykle bardzo punktualnie. Gdy mężczyzna usiadł przy swoim stanowisku zmieniłem zajęcie na ciągłe zaglądanie mu przez ramię i upewnianie się, że niczego nie zepsuje. Rodd początkowo wyglądał na trochę skonsternowanego, ale już po chwili zaczął otwarcie się ze mnie śmiać.

– Podekscytowany, co? – spytał. – Wyglądasz, jakbyś w nocy nie zmrużył oka.

– Spałem – odparłem szorstko. – Trochę.

Rodd pokręcił głową.

– Naprawdę, Tommy, nie powinieneś się tak przeforsowywać.

Spojrzałem na niego jak na idiotę, którym był w moich oczach. Pożytecznym idiotą.

– To dzieło mojego życia. Nie mogę tak po prostu sobie teraz odpuścić.

– Dzieło życia. – Uśmiechnął się. – Mocne słowa jak na kogoś, kto ma jeszcze mleko pod nosem. Spokojnie, myślę że z twoimi zdolnościami dokonasz jeszcze wielu wspanialszych rzeczy.

Przymknąłem oczy, powstrzymując się od pogardliwego parsknięcia. Nic nie rozumiał. Nic a nic.

Kilka godzin później w laboratorium znów zrobiło się tłoczno, co uwolniło Rodda od mojej ciągłej obecności – teraz biegałem pomiędzy stanowiskami, doglądając pracy. Tak naprawdę nie było już dużo do zrobienia, co sprawiło, że większość, zamiast pracować, rozmawiała ze sobą przyciszonymi, podekscytowanymi głosami. Irytowało mnie, że nawet tak wybitni specjaliści nie mogli zrobić już nic więcej. Najgorzej jest móc tylko biernie czekać.

Nagle jedna z pracownic podniosła się, mówiąc, że idzie do automatu po kawę. Spytała koleżanek, czy też chcą, ale tylko jedna odpowiedziała twierdząco. Z bijącym sercem odprowadziłem ją wzrokiem do drzwi, a gdy zniknęła w głębi korytarza ledwo powstrzymałem się, by nie pobiec za nią. Nie mogłem oderwać wzroku od drzwi, jakby miało to magicznie przyśpieszyć jej powrót.

– Tom, wszystko w porządku? – zaniepokoił się Gill, ale zbyłem go chłodnym spojrzeniem.

Nareszcie drzwi znów się rozsunęły a do środka weszła kobieta z dwoma kubkami w rękach. Uśmiechnęła się do znajomych i ruszyła w ich stronę, ale w połowie drogi nagle potknęła się i rozlała gorący napój na białą koszulę innego pracownika.

– Przepraszam! – wykrzyknęła, próbując papierową serwetką zetrzeć ciemne plamy.

– Naprawdę, Tommy, wszystko w porządku? – zapytał niepewnie siedzący najbliżej mnie Rodd.

Nawet na niego nie spojrzałem, wpatrzony w to cudowne zjawisko przede mną.

Na mojej twarzy niekontrolowanie wykwitł szeroki uśmiech, tak różny od mojej zwykle obojętnej miny, że niektórym mógł się wydać przerażający.

– Zaczęło się – wyszeptałem.

Włożyłem rękę do kieszeni fartucha i wymacałem niewielki, metalowy przedmiot. Nie wyjmując go, zacząłem powoli obracać go między palcami, badając jego kształt i fakturę niemal z uwielbieniem. Ostatni element. Nikomu o nim nie powiedziałem – chciałem upewnić się, że samodzielnie dopasuję ostatni i najważniejszy element układanki. Tylko ja byłem godny, by dokończyć to dzieło, nie mogłem pozwolić, by odebrano mi ten zaszczyt. Nareszcie nadeszła chwila, gdy mogłem go użyć i wszystko zakończyć.

Jak człowiek może stać się Bogiem? Nie potrafimy tworzyć tak wspaniałych rzeczy, jak on, nawet ja jestem pozbawiony tej mocy. W jaki więc sposób mogłem osiągnąć coś równie wielkiego, co jego dzieła? To proste: skoro nie mogłem tworzyć, postanowiłem zniszczyć. Zniszczyć wszystko, co On stworzył.

Pojedyncza kropla kawy, która spadła na powierzchnię pierścienia, powoli spływała po metalu. Nikt jej nie zauważył, ich uwaga skupiona była raczej na niezdarnej pracownicy. Pracownicy, którą to ja kazałem zatrudnić, jeden z bardzo ważnych elementów mojej wizji. Tylko moje oczy śledziły wędrówkę ciemnej kropli po pomalowanej na biało powierzchni. Uśmiechnąłem się zwycięsko i wyjąłem metalowy przedmiot z kieszeni – już czas.

Poczułem coś chłodnego, przyciskanego do mojej potylicy. Wstrzymałem powietrze i zacisnąłem mocno palce na ostatnim, najważniejszym elemencie układanki, który teraz, właśnie w tej chwili, powinien znaleźć się na właściwym miejscu.

– Nie ruszaj się – głos mężczyzny, który właśnie przykładał mi do potylicy pistolet odbił się echem w mojej głowie. Metal przebił moją skórę, a spomiędzy palców zaczęła się sączyć krew, ale nie zwracałem na to uwagi. Patrzyłem jedynie na kroplę kawy, która właśnie spłynęła z maszyny na podłogę.

Spomiędzy warg wyrwał mi się okropny, agonalny krzyk.

 

Siedziałem na łóżku w mojej celi ze spuszczoną głową. Nie podniosłem jej nawet, gdy usłyszałem jak drzwi się otwierają, a ktoś wchodzi do środka. Nie interesowało mnie, kto to mógł być i jakie miał zamiary. Nic mnie już nie interesowało. Nic się już nie liczyło. Nie, od kiedy zmarnowałem jedyną szansę na zostanie Bogiem.

Tak myślałem, dopóki przybysz nie postanowił się odezwać.

– Kiepsko wyglądasz.

Poderwałem głowę zaskoczony, słysząc ten sam głos, który śnił mi się ostatnio co noc, który tamtego dnia obijał mi się w czaszce, gdy patrzyłem, jak wszystkie moje plany i marzenia w jednej chwili legły w gruzach.

Przede mną stał człowiek, który był odpowiedzialny za moją porażkę. Był ubrany po cywilnemu w dżinsowe spodnie i skórzaną kurtkę, narzuconą na białą koszulę, mimo że powiedziano mi, że jest policjantem. Co dziwne, nie odczuwałem nienawiści, nawet niechęci. Jedynie zaskoczenie.

– Co pan tu robi? – zapytałem cicho.

Mężczyzna uśmiechnął się i przysunął sobie jedyne krzesło w mojej celi, tak że teraz siedzieliśmy naprzeciw siebie.

– Przyszedłem porozmawiać – odparł.

Usta wciąż rozciągał w przyjaznym uśmiechu, który jednak nie docierał do oczu.

W jego oczach kryło się coś zimnego i oślizgłego, czego nie był w stanie ukryć. Zakładając, że w ogóle się starał.

– O czym tu rozmawiać? – Uśmiechnąłem się gorzko. – Nie udało mi się. Przegrałem. Koniec pieśni.

– Zostałeś legendą – zauważył. – Nauczyciele będą uczyć w szkołach o człowieku, który prawie zniszczył ludzkość. Matki będą straszyć tobą niegrzeczne dzieci. Zyskałeś sobie nieśmiertelną sławę. To chyba nie taka znowu porażka.

– CHCIAŁEM BYĆ BOGIEM!!!

Jego oczy jakby trochę złagodniały, gdy spojrzał na mnie pełnym politowania wzrokiem.

– Mój mały Ikarze, nikt nie nauczył cię, by nie latać zbyt blisko Słońca?

Te słowa uderzyły we mnie jak ogromna fala, zdolna przewrócić statek. Skuliłem się na łóżku, dysząc ciężko po moim krótkim wybuchu. Ikar… Człowiek z głową w chmurach, którego zgubiły własne, nierealne marzenia. Naprawdę byłem do niego podobny? Byłem jedynie marzycielem?

Zmarszczyłem brwi, nagle przypominając sobie pytanie, które od dłuższego czasu chciałem zadać temu człowiekowi.

– Skąd pan wiedział? – Uniosłem na niego wzrok. – Skąd pan wiedział, co planuję? Nie był pan nawet członkiem załogi, nie pracował pan dla tego zakładu. Nie powinien pan wiedzieć nic o teleporcie do nowego świata, a co dopiero o tym, że miał on zniszczyć świat.

Głos załamał mi się lekko, gdy wypowiadałem dwa ostatnie słowa. Przełknąłem ślinę, ale nie odwróciłem wzroku od twarzy policjanta. Ten uśmiechnął się lekko półgębkiem.

– Pamiętasz, jak w przeddzień tych wydarzeń poszedłeś do supermarketu? – zapytał.

Zmarszczka na moim czole jeszcze bardziej się pogłębiła.

– Co to ma do rzeczy?

– Staliśmy razem w kolejce do kasy – odparł, rozpierając się na krześle. – Właściwie ja stałem za tobą i wykładałem zakupy na taśmę. Wtedy to zobaczyłem.

Otworzyłem szerzej oczy ze zdziwienia. „Zobaczył”? Co to miało znaczyć?

Mężczyzna, widząc moją zszokowaną minę, parsknął śmiechem.

– Myślałeś, że jesteś jedynym człowiekiem na świecie, który posiada dar zaglądania w przyszłość? Jesteś bardziej arogancki, niż myślałem.

Spuściłem wzrok. A więc to tak. On również mógł zobaczyć przyszłość. Uśmiechnąłem się gorzko – więc wcale nie byłem taki wyjątkowy, jak mi się wydawało. Faktycznie, byłem zbyt arogancki – czy cokolwiek może przytrafić się tylko jednej osobie na całym, wielkim świecie? To było do przewidzenia, jednak i tak poczułem w piersi ukłucie żalu. Miałem pretensje do Boga, że dał temu mężczyźnie tę samą moc, co i mi.

– Więc ta jedna, przypadkowa wizyta w supermarkecie wszystko zniszczyła.

– Ja bym raczej powiedział, że uratowała – odparł. – Ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, więc ty możesz mieć na ten temat inne zdanie.

Nie mogłem uwierzyć, że mimo tego zimna w oczach może ze mną rozmawiać tak spokojnie, jakbym wcale nie był człowiekiem, któremu niemal udało się zniszczyć ludzkość, a młodzieńcem, na którego błędy patrzy się z politowaniem. W dodatku ten ton nie wydawał się wcale wymuszony, ale przychodził mu równie naturalnie, co oddychanie. Dziwny człowiek.

– Powiedz – zaczął, pochylając się w moją stronę – co byś zyskał przez zniszczenie Ziemi?

– Stałbym się Bogiem – odparłem, uśmiechając się smutno. – Bogiem nowego świata.

– O? – zdziwił się, a ja zachichotałem.

– Portal stałby się tym samym, czym był meteoryt dla dinozaurów – wyjaśniłem. – Zniszczyłby nie tylko całą ludzkość, ale i wszystkie żyjące na Ziemi stworzenia. Kiedy jednak wyginęły dinozaury, Bóg nie pozostawił tej planety samej sobie, ale postanowił stworzyć coś jeszcze wspanialszego niż to, co było. Zastanawiam się, co stworzyłby teraz.

– Nie zobaczyłbyś tego – mruknął cicho. – Zginąłbyś razem z nami.

– Ale miałbym udział w tym dziele – odparłem. – Żeby powstało coś nowego, trzeba zniszczyć to, co istniało do tej pory. Zrealizowanie tego pierwszego etapu uczyniłoby ze mnie ojca nowego świata. Postawiłoby mnie na równi ze Stwórcą.

Mężczyzna milczał przez chwilę w ciszy, po czym parsknął śmiechem i pokręcił głową.

– Dziwny z ciebie człowiek.

– Dziwny? – spytałem zaskoczony. – Czy nie każdy z nas, ludzi, dąży do zrównania się z Bogiem? Nie każdy chce panować nad światem i wszystkimi żyjącymi w nim istotami? Nad życiem i śmiercią? – Zamilkłem na chwilę, po czym dodałem po namyśle. – Świat i tak zmierza do zagłady: globalne ocieplenie, to, jak ludzie niszczą Ziemię i marnują jej zasoby, wszystko zbliża nas do końca.

– Może i tak – przyznał policjant – ale nie widzę powodu, by ten koniec przyspieszać. Bóg chyba też nie.

Zacisnąłem zęby. To wszystko wyglądało na zbyt dobrze zaplanowane – czyżby przez Boga? Może to On zorganizował wizytę w supermarkecie, pokierował nas do jednej kasy niemal w tym samym czasie, objawił temu człowiekowi przyszłość dokładnie w tamtym momencie. Przecież szansa na to, że jedna z wizji, które były całkowicie losowe i tak rzadkie, że własne mógłbym policzyć na palcach jednej ręki, pokaże akurat mnie i to w przełomowym momencie mojego planu była równie niska jak upadek meteorytu w najbliższej okolicy. A jednak meteoryt spadł i to prosto na mnie, roztrzaskując moje kości na milion kawałków. I miałoby w tym nie być ręki Boga? Być może Pan dał mi tę moc tylko po to, by zasiać we mnie ziarenko nadziei, a potem brutalnie wyrwać wyrosłe z niego drzewo. Aby zabawić się moim kosztem.

A może Bóg wcale tego nie planował, być może karał jedynie moją pychę. Nikt nie lubi, gdy ktoś chce zająć jego miejsce, a ja przecież miałem zamiar zrównać się z Nim. Być może, tak jak twierdził ten mężczyzna, byłem zbyt arogancki próbując przyśpieszyć to, czego Bóg przyśpieszać wcale nie chciał.

– Po co tu jesteś? – powtórzyłem pytanie.

Mężczyzna uśmiechnął się, po czym sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki. Poła odchyliła się przy tym nieco i jakiś ukryty za nią przedmiot błysnął metalicznie w mdłym świetle więziennej żarówki, zaraz jednak został z powrotem zakryty. Policjant wyciągnął niewielką buteleczkę wypełnioną płynem, po czym podał mi ją. Zacząłem obracać naczynko między palcami, przyglądając się w zamyśleniu kołyszącej się w nim cieczy. Pomyślałem o tej oślizgłej, zimnej rzeczy, którą dostrzegłem w oczach mężczyzny i nabrałem ogromnej ochoty, by spytać go, jak smakuje nienawiść.

– Nie powinni byli cię przeszukać, zanim tu wszedłeś? – zapytałem zamiast tego uśmiechając się lekko, z jakiegoś powodu nieco rozbawiony tą sytuacją.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Nie tylko ja pragnę twojej śmierci – odparł. – A w Anglii, niestety, taka kara nie funkcjonuje.

– Więc postanowiliście wziąć sprawy w swoje ręce – pokiwałem głową.

– Uważam, że nie można zostawić samemu sobie przestępcy, który może zobaczyć przyszłość. Tym bardziej jeśli potrafi wykorzystać swój dar tak dobrze, że niemal zniszczył świat. – Przetarł ręką czoło. – Ty być może tego nie zrozumiesz, jesteś w końcu jeszcze bardzo młody, ale mam osoby, które muszę za wszelką cenę ochronić. Nie mogę pozwolić ci na zyskanie drugiej szansy.

– Żona? – zacząłem zgadywać.

– I córka – przytaknął.

Potrząsnąłem buteleczką, obserwując jak zamknięty w niej płyn kotłuje się, tworząc miniaturowy wir.

– Koniec świata i tak nadejdzie – powiedziałem obojętnie. – Z moją pomocą lub bez niej, prędzej czy później się go doczekamy.

– Mam nadzieję, że jednak późnej. – zaśmiał się. – Miło byłoby zobaczyć wnuki.

Wir się uspokoił, więc znów potrząsnąłem buteleczką. Powtórzyłem czynność jeszcze kilka razy, zanim znów się odezwałem.

– Jak działa?

– Nie będzie bolało – odparł. – Po prostu zapadniesz w sen, z którego nigdy już się nie zbudzisz. Tej trucizny nie da się wykryć, więc nikt nie dowie się, że ją połknąłeś.

Spojrzałem na jego twarz, po czym przeniosłem wzrok na kurtkę.

– Nie dajesz mi wyboru, zgadza się?

Uśmiechnął się po czym wyjął zza pazuchy długi sztylet i zważył go w dłoni.

W pomarańczowym świetle żarówki ostrze wyglądało jak przeżarte rdzą.

– Masz wybór – powiedział cicho, patrząc mi prosto w oczy. – Daję ci szansę na śmierć godną twojej Legendy.

– To raczej szansa dla ciebie – uśmiechnąłem się krzywo. – Trucizna, której nie da się wykryć.

– Mam rodzinę – Wzruszył ramionami. – Nie chciałbym spędzić reszty życia za kratkami wiedząc, że oni za mną tęsknią.

– Ale byłbyś w stanie się poświęcić.

Skinął głową i mocniej chwycił rękojeść sztyletu. Stalowy błysk w jego oczach podpowiedział mi, że jest zdecydowany ponieść każde konsekwencje.

Jeszcze raz potrząsnąłem buteleczką i obserwowałem, jak wir znikał, a powierzchnia płynu się wygładzała. W tym świetle nawet trucizna miała kolor rdzy – a może faktycznie taka była?

Uśmiechnąłem się krzywo, po czym odkręciłem naczynie i jednym haustem wypiłem jego zawartość. Sądziłem, że trucizna będzie palić w przełyku, jednak płyn był chłodny, jak woda, która jeszcze przed chwilą była lodem. Przesunąłem językiem po zębach, czując metaliczny posmak. Spojrzałem na policjanta – wciąż się uśmiechał, jednak teraz grymas ten był daleki od przyjaznego. Nareszcie pokazał swoją prawdziwą twarz.

– A więc zasnę… – mruknąłem.

– Niczego nie poczujesz – odparł, chowając sztylet z powrotem za pazuchę. – Obiecuję.

– Obietnice składane ludziom, którzy za moment umrą, nie są nic warte.

Przymknąłem oczy i odchyliłem się nieco do tyłu.

– Ile mam czasu?

– Niewiele – przyznał. – Ale możemy jeszcze chwilę porozmawiać, jeśli chcesz.

Pokręciłem przecząco głową. Cisza mi pasowała.

– Powiedz mi tylko, jak masz na imię – powiedziałem. Nikt nie chciał mi tego powiedzieć, nieważne ile razy pytałem.

– Aleksander Morris.

Skinąłem głową. Aleksander Morris – człowiek, który nie tylko powstrzymał mnie przed zniszczeniem świata, ale odpowiada również za moją śmierć. Tak, jakby Bóg stworzył go specjalnie po to, by mnie pokonał.

Moje kończyny zaczynały wydawać mi się niezmiernie ciężkie. Uniosłem powieki i spróbowałem poruszyć ręką, ale ta drgnęła tylko, nie wykonując żadnego ruchu. Początkowo moje ciało stawało się przyjemnie ociężałe, ale w pewnym momencie poczułem się tak, jakby do moich żył wlazło tysiące mrówek, powodując nieznośne swędzenie. Swędzenie nasilało się nasilało, a ja nie mogłem nawet poruszyć palcami, a co dopiero się podrapać. W momencie, gdy wydawało mi się, że zaraz oszaleję, świąd zastąpił ból, jakby ktoś rozerwał wszystkie, nawet najmniejsze naczynia krwionośne w moim ciele. Serce biło mi jak oszalałe, tak głośno, że byłem pewien, że słychać to w całym budynku. Mimo tego zdołałem usłyszeć dźwięk kroków, a po chwili zobaczyłem przed sobą twarz Aleksandra. Nie uśmiechał się już, może nawet wyglądał na trochę smutnego.

„Kłamałeś” chciałem powiedzieć, ale nie byłem w stanie nawet poruszyć wargami. Serce biło mi tak mocno, że niemal połamało mi żebra i wyrwało się poza moje ciało. Zaczęło mi się robić ciemno przed oczami, a świat wydawał mi się coraz bardziej odległy.

– Żegnaj, mój mały Ikarze.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Opowiadanie do mnie nie przemówiło.

Bohater jest antypatycznym idiotą. Słabo wyjaśniasz, na czym polega jego dar. Jeśli na widzeniu przyszłości, to dlaczego nie zobaczył policjanta? Postacie raczej słabo nakreślone, właściwie najwięcej dowiadujemy się o charakterach dwóch pracowników, którzy nie mają większego znaczenia dla historii.

Dzieje się niewiele, ale zostało to rozwleczone, jakbyś starała się dociągnąć do limitu konkursowego.

Legenda się w tekście pojawia, ale i bez niej opowiadanie wyglądałoby tak samo.

Masz mnóstwo zbędnych enterów. Czyżby sztywne spacje się w nie zamieniły? Do tego interpunkcja nieco utyka, gdzieś tam literówka i błędzik w zapisie dialogów.

Babska logika rządzi!

Bardzo subiektywnie – opowiadanie czytało mi się jak szkolne wypracowanie. Czyli – jest opowieść (trochę naciągana), są bohaterowie (niespecjalnie interesujący) i są usterki (te entery strasznie z rytmu wybijają).

Poza tym jakoś logicznie mi się to nie klei. Tommy chce być równy Bogu i zniszczyć świat, a tu okazuje się, że tylko ludzi chce wybić? To raczej potop powtarza, a świat, Boże dzieło, istniał będzie dalej. Gdyby chciał zniszczyć świat, to maszyna mogłaby, dajmy na to, neutrony rozbijać. Dla kogo Tommy chce zostać legendą po eksterminacji rodzaju ludzkiego? Legenda to coś, co się opowiada, a kto będzie ją później opowiadał i komu? Jak maszyna teleportacyjna ma zabić wszystkich ludzi? W próżnię ich przeniesie? Tego się nie dowiadujemy. O paradoksie człowieka widzącego przyszłość, który jest zaskakiwany wydarzeniami, pisała już Finkla.

Zazgrzytał mi “agonalny krzyk”. “Agonalny”, czyli wydany w momencie śmierci. I zdziwiło mnie potem, że bohater żyje. 

 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Entery załatwione, pierwsze poprawki naniesione ;)

Skoro bohater chciał niszczyc, bo nie mógł tworzyć, to raczej stawiał sie na równi z Szatanem, nie Bogiem. Nie moge rozgryźć wieku bohatera. Pracuje w laboratorium, jest uznanym wynalazcą, a jednocześnie zachowuje się jak dziecko, kiedy biega między stanowiskami i nie umie poskromić niecierpliwości. Do Rodda czasem zwraca się per “pan”, a czasem mówią sobie na “ty”. I zgadzam się z Finklą w ocenie bohatera – jest antypatycznym idiotą, niezdolnym do odczuwania emocji, poza zniecierpliwieniem.

Nie bardzo pojęłam co miało być myślą przewodnią tego opowiadania, że butny człowiek, sięgający po boskie przywileje zostanie ukarany? I rzeczywiście, dlaczego nie widział w swoich wizjach policjanta przeszkadzającego mu w wykonaniu planu? Czyżby prztyczek w nos od Boga? Myślę, że byłoby ciekawiej, gdyby on te wizję źle zinterpretował i porażkę przyniosło mu coś, co jemu wydawało się drogą do sukcesu. 

 

Właściwie warsztat jest poprawny, chociaż gdzieś rzuciło mi się w oczy pare wpadek, jednak nie zapisałam sobie zawczasu. 

 

Czepiłabym się jeszcze ekspozycji. Sposób, w jaki zdradzasz plany bohatera, w moim odczuciu wypadł topornie. “No zamęczą mnie… Ale dobrze, opowiem wam, jak już tak bardzo chcecie”. Jego retoryka przypominała mi poprzednią epokę, kiedy światłe umysły przedstawiały ludowi pracującemu wizję socjalistycznego raju. A słuchacze klaskali w łapki z szerokimi uśmiechami, chociaz nie wierzyli w ani jedno słowo, ale gdyby sie to wydało, to czekałaby ich daleka podróż i towarzystwo białych niedźwiedzi do końca życia. Chociaz możliwe, że to właśnie chciałaś osiągnąć. Zastanawia mnie, jak udało mu się przekonać ludzi do swojej wizji, dlaczego mu uwierzyli? 

Dobry pomysł, zabawa w Boga może nie jest nowa, ale też nie czytałem podobnej wizji. Tak od połowy utwór jest lepszy, niż na początku. Rozważania i rozmyślania Tommy’ego brzmią przekonująco, jest to jakiś typ bohatera.

Gorzej niestety z wykonaniem, tu jeszcze sporo drogi przed Tobą. Niedawno pisałem to komuś innemu – masz tendencję do nadmiernego opisywania czynności:

Posłałem mu zdawkowy uśmiech, po czym podszedłem do ogromnego ekranu, na którym wyświetlał się szczegółowy projekt pierścienia. Przyjrzałem się poprawkom, które wprowadziłem w nim wczoraj, szukając możliwych błędów, ale wszystko wydawało się w porządku. Przeniosłem wzrok na inną część schematu i dokładnie ją przestudiowałem.

Te wszystkie zdania”podszedłem” i tak dalej, to zwykłe wypełniacze, jakoś nie specjalnie wpływające na fabułę. Chęć przedstawienia czytelnikowi wszystkiego ze szczegółami to częsty mankament wczesnego pisania. Jest też kilka powtórzeń.

Tutaj – odezwałem się, wskazując na odpowiedni punkt na rysunku – Tutaj jest błąd. Nie tak powinny biec przewody.

Wielki Kanion Colorado. Najwspanialsze co widziałem w życiu. Wtedy zrozumiałem, że aby zaspokoić moje ambicje, muszę osiągnąć coś równie wielkiego. Kanion jednak nie był dziełem ludzkich rąk, tak samo jak cała piękna Ziemia – stworzyła ją istota dużo wyższa od marnego człowieka. Skoro więc chciałem być tak wielki, musiałem zrównać się z Bogiem.

Ostatni element. Nikomu o nim nie powiedziałem – chciałem upewnić się, że samodzielnie dopasuję ostatni i najważniejszy element układanki.

Choć nie są one aż tak rażące.

Jeszcze jedna uwaga co do zagadnień technicznych. Wiesz, jeśli się na czymś nie znasz, po prostu o tym nie pisz. :)

– Niebieski przewód powinien być poprowadzony równolegle z czerwonym, a czarny jest zdecydowanie za blisko tych dwóch. Ma leżeć jakieś dwa centymetry od nich.

Brzmi to zabawnie. :) Elektryk czy elektronik projektuje schemat pod względem funkcji i tak kładzione są kable, a nie względem kolorów. :) Skoro wymyślił taką zaawansowaną maszynę, jego gadka mogłaby być bardziej fachowa.

Podsumowując, szału nie ma, ale przeczytałem całe i byłem ciekawy zakończenia. Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Staruch: Nie wiem skąd wziął się pomysł, że Tommy CHCIAŁ zostać legendą – wyszło mu to raczej przypadkowo. Mierzył przecież dużo, dużo wyżej, a nadanie miana “legendy” uwłaczało mu i oznaczało całkowitą porażkę.

 

Wilczyca: Wydaje mi się, że zaznaczyłam to w tekście: “niszczenie” jest dla Toma pierwszym etapem “tworzenia” – żeby powstało coś nowego, najpierw musi zniknąć to, co stare, tak jak to było z człowiekiem, który nie mógł żyć w jednym czasie razem z dinozaurami.

Bohater faktycznie jest bardzo młody, chociaż już dorosły, no i dziecinny. Nie wiem, dlaczego główny bohater będący “antypatycznym idiotą” tak bardzo wszystkich razi – bynajmniej nie chciałam zrobić z Tommiego, narcystycznego wariata, jakoś specjalnie dającej się lubić postaci. Nawet dobrze, że wywołuje podobne uczucia.

Faktycznie mało napisałam o jego mocy, przyznaję, że jakoś o tym zapomniałam, ale już to poprawiłam. Teraz wszystko powinno mieć sens.

Darcon: Chciałabym wyjaśnić sprawę z kablami, bo faktycznie wyszła mi trochę nie tak, jak chciałam. Tommy wcale nie jest fachowcem, nie zna się na elektronice. On tam tylko nadzoruje prace. Widział, jak to ma wyglądać i pilnuje, by absolutnie nic nie odbiegało od jego wizji. Samo ułożenie kabli mogło nie mieć większego wpływu na mechanizm, ale wiedział, że maja być ułożone tak, a nie inaczej, a każdy, najdrobniejszy szczegół mógł wpłynąć na przyszłość. W końcu ostatecznie koniec świata miał spowodować całkiem przypadkowy wypadek z kawą!

 

Dziękuję za wszystkie komentarze!

 

Wilczyca: Wydaje mi się, że zaznaczyłam to w tekście: “niszczenie” jest dla Toma pierwszym etapem “tworzenia” – żeby powstało coś nowego, najpierw musi zniknąć to, co stare, tak jak to było z człowiekiem, który nie mógł żyć w jednym czasie razem z dinozaurami.

Tak, tylko, że on sam przyznaje, że nie ma boskiej mocy tworzenia, może jedynie zniszczyc, żeby Bógł mógł stworzyć na nowo. Więc niby chce dorównać Bogu, a jednocześnie Jemu zostawia trudniejszą część zadania. Dlatego bardziej skojarzył mi się z księciem ciemności ;)

 

W sumie to mnie nie razi, że jest antypatycznym idiota, bo nigdzie nie jest napisane, że główny bohater koniecznie musi byc sympatyczny. Weźmy na przykład dr. Housa. Z reguły jednak taki bohater dostaje jakąś cechę, która przyciąga uwagę, stoi w opozycji dla jego skurwysyństwa, żeby odbiorca nie zniechęcił się do śledzenia losów. House jest cudotwórcą w kwestii ratowania ludzkiego życia, podobnie jak Dexter wykorzystuje swoje mordercze pasje by eliminować “tych złych”. 

Mogę się podpisać pod opinią Starucha. Jest tu jakiś pomysł, nawet jeśli nienowy, ale wykonanie nie oddaje mu całej chwały. Bohatera do końca nie kupuję – jego jedyną cechą jest pracoholizm i perfekcjonizm, ponad to za bardzo nie potrafię go opisać. Do tego ma jakiś dar, ale jak działa – to już tajemnica. Czy to faktyczne wizje, czy raczej wysłannicy z innego czasu przemawiają do niego? Ciężko mi powiedzieć, to dwie teorie jakie mam w tej chwili i żadna mi w stu procentach nie pasuje.

Jego nemezis wyszło ciekawe, ale znowu – to raczej narzędzie fabularne niż żywa postać. Poza tym, że wspomina rodzinę i cały czas robi nawiązania do Ikara, niewiele więcej o nim pamiętam.

Przypomnij mi, dlaczego właściwie tyle pracujemy.

Unikaj takich rzeczy, że bohaterowie tłumaczą sobie bez powodu rzeczy, które powinni wiedzieć. Inaczej zaczyna to przypominać scenę z komedii.

Aha, i posłuchaj rady Darcona – ja jako człowiek znający się na elektronice trochę zdziwiłem się opisem układu. Czemu to nie są ścieżki drukowane? A jeśli muszą to być kable łączące, to jaką różnicą jest kolor – sygnał to sygnał. Ta część brzmiała dosyć niewiarygodnie.

Podsumowując: jest tu pomysł, ale wykonanie tego koncertu fajerwerków nie czyni mu sprawiedliwości.

Chwytaj przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Niestety, Ikar nie spodobał mi się.

Mam wrażenie, że przeczytałam tylko szkic, zaledwie zarys pomysłu i kilka scen, z których, gdyby nad nimi popracować, mogłoby powstać opowiadanie. W tej chwili, moim zdaniem, nic się tu raczej kupy nie trzyma.

Zastanawiam się, gdzie bohater pracuje i kto finansuje jego zachciankę.

Złego wrażenia dopełnia wykonanie, pozostawiające wiele do życzenia – najbardziej przeszkadzał mi nadmiar zaimków, liczne powtórzenia, źle zapisane dialogi, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę.

 

Pod­sze­dłem do niego i przyj­rza­łem się jego nie­rów­nej po­wierzch­ni… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

po­trze­by swo­je­go ciała, tylko po to, by zwięk­szyć swoją wy­daj­ność… –> Jak wyżej.

 

miał wy­pra­co­wa­ną naj­więk­szą ilość nad­go­dzin… –> Godziny można policzyć, więc: …miał wy­pra­co­wa­ną naj­więk­szą liczbę nad­go­dzin

 

Bar­dzo ce­ni­łem go za jego zapał i za­an­ga­żo­wa­nie, a i umie­jęt­no­ści mu nie bra­ko­wa­ło, co czy­ni­ło z niego wręcz ide­al­ne­go pra­cow­ni­ka. –> Nadmiar zaimków.

 

– Hej , Tom – wes­tchnął męż­czy­zna w zie­lo­nym, ro­bo­czym kom­bi­ne­zo­nie, pra­cu­ją­cy przy pier­ście­niu – Przy­po­mnij mi, dla­cze­go wła­ści­wie tyle pra­cu­je­my. –> Skoro mężczyzna zaczyna wypowiedź od wykrzyknika, to raczej nie wzdycha.

Zbędna spacja przed przecinkiem. Brak kropki po didaskaliach.

Winno być: – Hej, Tom!krzyknął/ zawołał męż­czy­zna w zie­lo­nym, ro­bo­czym kom­bi­ne­zo­nie, pra­cu­ją­cy przy pier­ście­niu. – Przy­po­mnij mi, dla­cze­go wła­ści­wie tyle pra­cu­je­my.

Źle zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Przy­cho­dził do pracy jako ostat­ni, za­wsze spóź­nio­ny, w do­dat­ku czę­sto wy­cho­dził naj­wcze­śniej. Za­wsze się obi­jał… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Kil­ko­ro pra­cow­ni­ków rów­nież ode­rwa­ło się od pracy… –> Jak wyżej.

 

Spoj­rza­łem po kolei na roz­ma­rzo­ne twa­rze moich współ­pra­cow­ni­ków… –> Dlaczego powtarzasz to, co już zostało powiedziane? Wiemy, że mówi do współpracowników.

 

Wi­dzia­łem przy­szłość i pa­trząc

na te­le­port mogę stwier­dzić… –> Zbędny enter.

 

już pra­wie jak ten, który w mojej wizji za­brał nas do raju. Jest już pra­wie ukoń­czo­ny! Już tak nie­wie­le… –> Powtórzenia.

 

Coś, co tylko jamoim nie­zwy­kłym darem mo­głem osią­gnąć. Długo gło­wi­łem się nad tym, co by to mogło być, ale nic sen­sow­ne­go nie przy­cho­dzi­ło mi do głowy. Wszyst­ko, co uda­wa­ło mi się wy­my­ślić nie wy­da­wa­ło mi się do­sta­tecz­nie wiel­kie. W tam­tym cza­sie drę­czy­ła mnie bez­sen­ność… –> Nadmiar zaimków.

 

nie mo­głem się zre­lak­so­wać, zbyt po­chło­nię­ty przez na­ra­sta­ją­cą iry­ta­cję. –> Można być zirytowanym, irytacja może narastać, ale nie wydaje mi się, aby irytacja mogła kogoś pochłonąć.

 

Naj­go­rzej jest móc tylko bier­nie cze­kać. –> Raczej: Najtrudniej jest musieć tylko bier­nie cze­kać.

 

Uśmiech­nę­ła się do zna­jo­mych i ru­szy­ła w ich stro­nę… –> Czy to znaczy, że uśmiechnęła się do wszystkich i ruszyła w stronę wszystkich? Bo moim zdaniem, wszyscy w pomieszczeniu byli znajomymi.

 

spoj­rza­łem, wpa­trzo­ny w to cu­dow­ne zja­wi­sko przede mną.

Na mojej twa­rzy nie­kon­tro­lo­wa­nie wy­kwitł sze­ro­ki uśmiech, tak różny od mojej zwy­kle… –> Nie brzmi to najlepiej. Nadmiar zaimków.

 

Nie wyj­mu­jąc go, za­czą­łem po­wo­li ob­ra­cać go mię­dzy pal­ca­mi, ba­da­jąc jego kształt… –> Jak wyżej.

 

przy­kła­dał mi do głowy pi­sto­let odbił się echem w mojej gło­wie. Metal prze­bił moją skórę… –> Powtórzenia.

 

za­mil­kłem na chwi­le, po czym do­da­łem… –> Literówka.

 

Nikt nie lubi, gdy ktoś chce zając jego miej­sce… –> Literówka.

 

ukry­ty za nią przed­miot bły­snął me­ta­licz­nie w mdłym świe­tle wię­zien­nej ża­rów­ki, zaraz jed­nak zo­sta­ło z po­wro­tem za­kry­te. –> Piszesz o przedmiocie, a ten jest rodzaju męskiego, więc: …zaraz jed­nak zo­sta­ł z po­wro­tem za­kry­ty.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja podpisuję się pod opinią NoWhereMana.

Pod koniec tekst skłonil mnie nawet do skanowania. Całokształt i bohater wydali się naiwni.

Na początku:

– Och, Tommy! – zawołał jeden z pracowników, odrywając wzrok od komputera – Dawno cię tu nie było.

– Dokładnie pięć godzin. Pana również miło widzieć, panie Rodd – odparłem beznamiętnym tonem.

– Że też wystarcza ci te pięć godzin snu – westchnął siedzący obok Rodda mężczyzna – Ja i po siedmiu ledwo funkcjonuję.

Tego nie kupuje wcale.

1 – Nie było go dokladnie pięć godzin czy wystarcza mu nie pięć godzin snu a mniej. Chyba, że śpi pod drzwiami i zasypia też natychmiast i poza tym nie wykonuje innych czynności.

2 – "Ja i po siedmiu ledwo funkcjonuję." – w XXI wieku (czy jakimś zbliżonym) ktoś ledwo funkcjonuje po siedmiu godzinach snu? Nie kupuję tego. Niech się uda do lekarza, bo coś ma organizm wysoce niewydajny.

Dwa lata funkcjonowałem przy 4 godzinach przerywanego snu i 10-12 godzinach fizycznej pracy (6-7 dni w tygodniu), a w i domu pracy przy dzieciach nie brakowało (w tym syn high-need – nikomu nie życzę takiego bobasa) :)

 

Poza tym technicznie opko poszło średnio, i sporo niedomówień. Trochę za dużo.

Ale pisz i nie poddawaj się, bo wcale nie jest źle! Moje pierwsze teksty wypadały dużo bladziej. ;-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dziękuję wszystkim za komentarze i pomocne linki :)

 

Regulatorzy: Przykro mi, że się nie spodobało, ale dziękuję za poświęcony czas i wytknięcie błędów :)

 

Mytrix: Jako, że chodzę jeszcze do liceum nie mam doświadczenia z dziećmi i ich wpływem na sen ;) Za to z własnego doświadczenia wiem, że śpiąc 7-8 godzin baardzo ciężko mi się wstaje z łóżka. Ilość snu potrzebna do zregenerowania sił nie jest stała i zależy od osobistych preferencji człowieka – jednemu wystarczają nawet dwie godziny, inny musi przespać dziewięć, by czuć się wypoczętym. Lekarz nie jest tu potrzebny ;)

Zdrowy człowiek po 8 snu godzinach śmiga jak koń.

A widzisz u Ciebie chodzi pewnie o okres dorastania, burze hormonalne i 1000 innych czynników.

U zdrowego dorosłego (nie starca – choć przeważnie ludzie starzy śpią mniej, za to częąciej drzemią.), który ma zapewnioną codzienną aktywność fizyczną, a tym bardziej mężczyzny, osiem godzin to optimum. A i tak mało kto tyle śpi w dzisiejszych czasach.

Z kolei przesypianie (dobrze ponad dziesięć godzin na dobę) też prowadzi do zmęczenia.

Preferencje osobiste – ok – rozumiem, ale te odbiegające od normy zwykle z czegoś wynikają. U koboety to mogą być hormony związane z cyklem miesiączkowym/ciążą/menopauzą.

Na faceta wpływa nieco mniej czynników. Więc jeżeli w opowiadaniu ktoś nie wysypia się śpiąc siedem godzin dziennie a nie haruj fizycznie jak opętany, warto zaznaczyć z czego to wynika. (Jest śpiochem od urodzenia/ codziennie jest narażony na silny stres/ przepracowanie/ coś innego – używki)

Oczywiście to tylko moja opinia.

A do Liceum też chodziłem, nie aż tak dawno :D A może mi się tylko wydaje, że to było niedawno. Kurde, trzydziestka się zbliża :O

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Cóż, Cyano, mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania dostarczą mi wyłącznie przyjemności. ;)

Przyjrzyj się raz jeszcze dialogom – nie wszystkie są zapisane prawidłowo.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam opowiadanie.

Kilka uwag technicznych:

 

– Och, Tommy! – zawołał jeden z pracowników, odrywając wzrok od komputera(+.) – Dawno cię tu nie było.

– Tutaj – odezwałem się, wskazując na odpowiedni punkt na rysunku(+.) – Tutaj jest błąd. Nie tak powinny biec przewody.

– Hej, Tom – westchnął odezwał się/zawołał mężczyzna w zielonym, roboczym kombinezonie, pracujący przy pierścieniu(+.) – Przypomnij mi, dlaczego właściwie tyle pracujemy.

Z pomocą przyszli moi rodzice, choć zupełnie nieświadomie. Nie powiedziałem immoich zdolnościach, myśleli więc, że moje bezsenne noce były spowodowanie stresem wynikającym z przytłaczających obowiązków szkolnych. Postanowili więc zrobić mi trochę wolnego i zabrali mnie do Ameryki. Tam, trzeciego dnia naszej rodzinnej wycieczki, zobaczyłem cud. 

– Podekscytowany, co? – powiedział spytał(+.) – Wyglądasz, jakbyś w nocy nie zmrużył oka.

– Spałem – odparłem szorstko(+.) – Trochę.

– Dzieło życia(+.)uUśmiechnął się(+.) – Mocne słowa

Jak człowiek może stać się bBogiem?

– Skąd pan wiedział? – uUniosłem na niego wzrok(+.) – Skąd pan wiedział

– odparł, rozpierając się na krześle(+.)

Mężczyzna, widząc moją zszokowaną minę(+,) parsknął śmiechem.

– Stałbym się Bogiem – odparłem, uśmiechając się smutno(+.)

– Nie zobaczyłbyś tego – mruknął cicho(+.) – Zginąłbyś razem z nami.

– Dziwny? – spytałem zaskoczony(+.)

zZamilkłem na chwileę, po czym dodałem po namyśle:

– Może i tak – przyznał policjant – Aale nie widzę powodu, by ten koniec przyspieszać. Bóg chyba też nie.

tylko po to(+,) by zasiać we mnie ziarenko

ogromnej ochoty(+,) by spytać go

– Nie tylko ja pragnę twojej śmierci – odparł(+.) – A w Anglii, niestety, taka kara nie funkcjonuje.

niemal zniszczył świat(+.)pPrzetarł ręką czoło(+.) – Ty być może tego

– Koniec świata i tak nadejdzie – powiedziałem obojętnie(+.) – Z moją pomocą lub bez niej, prędzej czy później się go doczekamy.

– Mam nadzieję, że jednak późnej(+.)zZaśmiał się(+.) – Miło byłoby zobaczyć wnuki.

– Nie będzie bolało – odparł(+.) – Po prostu zapadniesz w sen

– Masz wybór – powiedział cicho, patrząc mi prosto w oczy(+.) – Daję ci szansę na śmierć godną twojej Llegendy.

– To raczej szansa dla ciebie(+.)uUśmiechnąłem się krzywo(+.) – Trucizna, której nie da się wykryć.

– Mam rodzinę – wWzruszył ramionami(+.) – Nie chciałbym spędzić reszty życia za kratkami wiedząc, że oni za mną tęsknią.

Nareszcie pokazał swoją prawdziwą twarz(+.)

– Niewiele – przyznał – Aale

 

Komentarz dotyczący fabuły dodam po głosowaniu.

Co do wymagań konkursowych, opowiadanie się kwalifikuje. Przemyśl jednak, czy nie popracować jeszcze nad problemami, które zasygnalizowali czytelnicy. Opowiadania można modyfikować aż do pierwszego maja.

Bardzo mi miło, że zarejestrowałaś się na portalu i dzielisz się swoją twórczością :)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Niestety opowiadanie mnie nie porwało. Jak na tą ilość znaków strasznie mało się dzieje, w większości tylko gadają i myślę, że to jest podstawowy zarzut dla tekstu. Brak fabuły, która chociaż mogłaby przybliżyć działania Tommy'ego, a tak dostajemy monolog, który później od połowy zmienia się w dialog. Szkoda, bo pomysł mógł zostać lepiej zrealizowany. :(

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Bardzo dużo patosu, te wszystkie rozważania o byciu Bogiem czy Ikarem nie za bardzo mnie zaciekawiły i miałem wrażenie, że bohaterowie się powtarzają. Brakowało mi tez jakiegoś wyjaśnienia, skąd wzięło się to całe jasnowidzenie w przedstawionym świecie. I jak obchodzi paradoks zapobiegania przyszłości, którą się widziało.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Jak w końcu główny bohater wykorzystał swój dar? Co ma widzenie przyszłości do niszczenia świata?

Rozumiem logikę głównego bohatera i jego ideologię oddałeś odpowiednio, co jakiś czas wtrącając wzmianki o Bogu. Pomińmy to, że wizjonerzy są z reguły ateistami ;)

Atmosfera opowiadania wydawała mi się lekko sztuczna. W ogóle nie wczułem się i brakuje mi tu jakiegokolwiek klimatu. 

Pomysł z teleportem też niedopieszczony – jak miał zniszczyć świat, jeśli budowano go w innym celu?

Motyw legendy jest i tutaj nie zamierzam się czepiać.

Końcowa scena też nie zrobiła wrażenia – zabrakło jakiegoś większego zagrania na emocjach czy czegokolwiek innego. 

Podsumowując – opowiadanie ma kilka dziur fabularnych i jest trochę za krótkie. Mogło być lepiej, ale i tak gratuluję debiutu! Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Dobry pomysł na zrobienie narratorem i punktem widzenia de facto czarnego charakteru tej historii. Nie do końca, moim zdaniem, wyszło wykonanie – może podkreślenie amoralności bohatera (dla mnie on jest bardziej jak Herostrates niż jak Ikar, ale ja mam antyczne zboczenie zawodowe). Przydałoby się więcej precyzji w konstrukcji świata (za duży moim zdaniem skrót myślowy z tym teleportem) i podkreślenie konfrontacji między bohaterami (przez podkreślenie nastroju, na przykład). 

Trucizna, której nie da się wykryć… Trochę mi się to zbyt wytrychowate wydało. Całe opowiadanie trochę na skróty – sytuacja pod koniec jest dramatyczna, a jakoś brakło napięcia… Jest potencjał w tej historii, ale może zamiast dość rozwlekłej pierwszej połowy należałoby dać więcej dramatyzmu?

 

Oraz zgadzam się z przedmówczynią, że z mitem akurat Ikara to jakoś to nie współgra.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałam. Jednak nie wiem, czy mogłabym dodać więcej niż poprzedni komentatorzy. Tekst ogólnie nie jest zły, a pomysł ma potencjał, ale trzeba by zastanowić się, jak go bardziej efektownie przedstawić. Tak że przeczytałam bez przykrości, ale też bez jakichś większych emocji.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Po lekturze mam wrażenie, że przeczytałam opowiadanie-wydmuszkę. Jakaś ta skorupka jest, ale w środku, no właśnie. Zgodzę się z opiniami z poprzednich komentarzy, że pomysł nie jest rozwinięty. Wszystko jest zbyt enigmatyczne, a szkoda, bo naprawdę idea tego teleportowania zafrapowała mnie. Na tyle, że sama dla siebie zaczęłam wymyślać różne scenariusze wraz z lekturą, ale niestety, nic takiego nie dałaś w tekście. Szkoda.

Przyznam, że nie było źle. Fajnie się czytało. Aż do momentu zakończenia, bo czuję niedosyt. Nie za bardzo rozwinęłaś swoje opowiadanie, Cyano. Zostawiasz zbyt dużo pytań i niedopowiedzeń czy wręcz błędów logicznych, a to źle. Bo potencjał tego opowiadania jest. Tylko chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej.

Ale ogólnie jakoś tak czytało się całkiem przyjemnie. Niby niezbyt dobre to opowiadanie, ale właśnie wcale nie jest złe. Hmm… może gdyby było dłuższe…? Teraz już nie możesz nic z tym zrobić, ale tak na przyszłość pamiętaj, że za mało to też niedobrze :)

Powodzenia! 

 

Ps. Taki mały błąd, który zdecydowanie zwrócił moją uwagę:

– Dzieło życia. – uśmiechnął się. – skoro wstawiłaś kropkę, to uśmiechnął się powinno być z dużej litery, nie? :) 

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

Widzę, że dzielnie poprawiałaś tekst, choć czasem coś było dla ciebie niejasne. Umknęło ci kilka poprawek dialogów (nie wszystko też zaznaczyłam ci wcześniej), ale większość jest napisana poprawnie i doceniam solidną pracę :) Zaznaczę ci jeszcze tylko kropki/duże litery do uzupełnienia, mam nadzieję, że się nam tu zjawisz i nie porzuciłaś tekstu. Przy ponownej, szybkiej lekturze nie widziałam pozostawionych jakichś poważnych problemów.

 

– Że też wystarcza ci te pięć godzin snu – westchnął siedzący obok Rodda mężczyzna(+.) – Ja i po siedmiu ledwo funkcjonuję.

– No, nie bądź taki! – zawołał(+.) – Chcemy jeszcze raz usłyszeć szczegóły!

– Drzewa tak wysokie, że dorównują najwyższym górom – zacząłem przyciszonym, rozmarzonym tonem(+.) – Łąki upstrzone

– Dzieło życia. – uUśmiechnął się. – Mocne słowa

– O czym tu rozmawiać? – uUśmiechnąłem się gorzko(+.) – Nie udało mi się. Przegrałem. Koniec pieśni.

– Zostałeś legendą – zauważył(+.) – Nauczyciele

– Skąd pan wiedział? – uUniosłem na niego wzrok.

– Ja bym raczej powiedział, że uratowała – odparł(+.) – Ale

– Powiedz – zaczął, pochylając się w moją stronę – Cco byś

meteoryt dla dinozaurów – wyjaśniłem(+.) – Zniszczyłby

– Ale miałbym udział w tym dziele – odparłem(+.) – Żeby

życiem i śmiercią? – zZamilkłem na chwilę, po czym dodałem po namyśle(+:) – Świat

świat(+.)pPrzetarł ręką czoło. – Ty być

– Mam rodzinę – wWzruszył ramionami. – Nie

odparł, chowając sztylet z powrotem za pazuchę(+.) – Obiecuję.

– Niewiele. – przyznał. – Ale

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Dziękuję za komentarze i konstruktywną krytykę! Na pewno pomoże mi to w doskonaleniu rzemiosła ;)

Tekst mnie nie przekonał. Jest tu jakiś pomysł, ale moim zdaniem mało rozwinięty. Wykonanie też pozostawia wiele do życzenia. Bohater jest dość charakterystyczny, ale nużyły mnie jego ciągłe podsumowania wypowiedzi innych postaci. I teraz taka mała subiektywna sugestia: moim zdaniem tytuł prezentowałby się lepiej, gdyby słowo “Ikar” nie pojawiło się w tekście, a raczej wynikało z samej postaci głównego protagonisty :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Obawiam się, że tekst był infantylny i nudny. Myślę, że Autorka jest młoda. 

Życzę powodzenia w dalszym pisaniu.

Ech, nie lubię komentować takich tekstów, bo ani się zachwycać, ani jednoznacznie skrytykować. Jest po prostu… poprawny. Skoncentrowanie się ją psychice głównego bohatera, który okazał się tym złym – nieco naiwne, ale poprawne. Przeciwnik, ktory okazuje się tym dobrym, przedstawiony tak, że trudno czuć dla niego sympatię. I to jest fajne. Styl poprawny, zakończenie też… Czepiałbym sięwłaściwie tylko owego Aleksandra – kim on w ogóle jest? Miał wizję i tylko na podstawie tego pozwolono mu zamknąć wielgachny projekt i aresztować pomysłodawcę?

No ale, jak napisałem, tekst jest po prostu poprawny.I teraz – jeśli jest to Twój setny tekst, jeśli jesteś doswiadczoną autorką, to coś jest ewidentnie nie tak. Może warto zająć się, dajmy na to, modelarstwem. Ale jeśli dopiero zaczynasz, to masz solidny potencjał. Bo jedyne wady tekstu wynikają z braku wprawy. To znaczy, tak to widzę. 

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Poprawne wykonanie, tekst rzeczywiście przypomina nieco szkolne wypracowanie. Trochę efekciarskie w narracji, sztucznie silące się na książkowy język. Problemem nie jest jednak wykonanie, nad tym można popracować. Wiele zdań i fragmentów napisanych jest sprawnie i widać, że autor szlifuje swój styl i język.

Problemem jest fabuła i bohaterowie. A także strasznie napuszona, patetyczna i pompatyczna maniera przenikająca koncept, akcję i motywację postaci. Facet (dzieciak?) chce być równy Bogu, niszczyć świat, tworzyć nowy świat, chce zginąć dla tej idei, chce być legendą (dla kogo?), chce być w sumie bogiem itd. Patos i naiwne pseudofilozofowanie. Patos, który momentami przelewa się nawet do narracji, opisów i didaskaliów.

Fabuła, w której mamy jakiegoś młodziana, obdarzonego mocą zaglądania w przyszłość też niestety naiwna i niewiarygodna. Mamy bohatera, który po wycieczce z rodzicami odkrył jak chce spożytkować swój dar i obmyśla plan dokonania czegoś wielkiego – samobójczej misji zgładzenia ludzkości. Hmm. Służy mu do tego pierścień-portal do nowego świata, który to portal bohater sobie wyobraża z pamięci, rekonstruując jego wygląd. Co do centymetra układając kable według kolorków. Oczywiście nie wie raczej jak to ustrojstwo ma działać, ale pamięta jak wyglądało w wizji. To tak jakby ktoś z XIV wieku zobaczył w wizji przyszłości helikopter, a potem odtworzył z pamięci jego wygląd (nawet konstrukcję) i czekał aż poleci. Do tego realizacja wizji jakiegoś młodziana znajduje sponsorów (rządowych?), którzy fundują laboratorium i grupę wykonawców. Potem okazuje się, że w tej wizji przyszłości liczy się nawet kropla rozlanej kawy, ale zabrakło w niej faceta z podobnym darem, który powstrzymuje naszego bohatera. A chodzi o spotkanego w kolejce do kasy w supermarkecie policjanta… Przy tym supermarkecie się nawet zaśmiałem. Potem mamy niestety dziwną, gadkę-szmatkę w celi, pełną frazesów i jeszcze większej dawki patosu.

Można się zagłębiać w kolejne poziomy naiwności tego tekstu, ale nie ma potrzeby. Autorko, potrafisz pisać. Warsztat wymaga dopracowania, ale widać, że zacięcie pisarskie masz. Problemem jest intryga, fabuła, wiarygodność świata przedstawionego, bohaterów. Po co sięgać po takie ograne i rozbuchane motywy? Po co mieszać inne światy, Boga, zagładę ludzkości, Wielki Kanion w tak prostą fabułkę o nieudanej, nieuzasadnionej, niewiarygodnej i bezsensownej próbie dorównania Bogu poprzez zniszczenie ludzkości? Po co opisywać dokładnie pana Rodda skoro nie odgrywa on żadnej roli w opowiadaniu? Jak czytelnik ma uwierzyć w działanie pierścienia, skoro nawet bohater opisuje go jakby to był jakiś pierścień niewiadomego przeznaczenia, stojący na środku sali? Jak czytelnik ma uwierzyć w resztę historii, skoro bohater pyta sam siebie, czy to może Bóg zaplanował jego spotkanie w supermarkecie? Jak ma uwierzyć w pojawiającego się z d..py policjanta, który najpierw wyskakuje za plecami bohatera w laboratorium, a potem przemyca do celi nóż nasmarowany trucizna i flakon niewykrywalnej trucizny? Jak ma uwierzyć w rozmowę dwóch osób obdarzonych mocą zaglądania w przyszłość, skoro gadają ze sobą jak dwa infodumpoboty? I co w tym wszystkim robi Ikar, który pasuje tutaj jak… Nieważne.

 

 

Niestety, nie jestem usatysfakcjonowany lekturą, chociaż po pierwszych akapitach zapowiadało się nawet sprawnie napisane i ciekawe opowiadanie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Na poziomie zdań dosyć poprawnie, choć razi zaimkoza w przedostatnim akapicie, z “moje kończyny zaczynały wydawać mi się niezmiernie ciężkie” na czele. Kilka fajnych ripost w dialogach.

Nie przekonuje mnie w ogóle idea obsesji zniszczenia ludzkości, sztuczne to jakieś i wydumane, choć często w literaturze spotykane. Kanion Colorado jako katalizator tego pomysłu też do mnie nie przemawia, ale przyznaję, że nie odwiedzałem ;) Sam pomysł na umiejętność spoglądania w przyszłość też jakoś słabo rozegrany, nie wiemy w jakich okolicznościach się pojawił, czego w gruncie rzeczy dotyczy, jego jedynym przejawem jest znajomość właściwego układu kabli na portalu, nie wystarcza jednak do przewidzenia własnej porażki. Taka strzelba, która nie strzela. No i uczepię się jeszcze przemowy motywacyjnej bohatera – musisz przyznać, ze to mało naturalny sposób informowania czytelnika o szczegółach fabuły.

Opowiadanie rozbija mi się na dwie nierówne (!) połowy – ta druga (rozmowa z policjantem) wydaje się ciekawsza, lepsza psychologicznie. Popracuj nad spójnością tekstu i jego dynamiką jako całości – najlepiej to podglądać na klasycznych filmach.

 

Podpisuję się pod poprzednikami – za dużo tu "młodzieżowego" spojrzenia, które przecież doskonale pamiętam, bo i sam podobnie pisałem (na szczęście wszystkie te fanfiki poumierały gdzieś w czeluściach Internetu). Za dużo patosu, takiego emocjonalnego i trochę hormonalnego ciśnienia w tym młodziaku. Myślę, że zabrakło chłodnego spojrzenia na niektóre z fragmentów tekstu i zadania bardzo prostego pytania – po co ? Czy jest to dla opowieści kluczowe?

Pomimo przymykania powiek na fabularne niezręczności, to fabuła nie dla mnie, zdecydowanie nie dla mnie.

Nowa Fantastyka