- Opowiadanie: master-of-orion - Królik na księżycu

Królik na księżycu

Tym razem świeżynka, tekst nigdzie niepublikowany, ale spokojnie, zdążył jakiś czas odleżakować. Z reguły piszę opowiadania w miarę sprawnie i równym tempem, ale to było wyjątkiem i rodziło się po kawałeczku na przestrzeni blisko dwóch lat (!). Mam nadzieję, że tego nie odczujecie. Pierwotnie miało nazywać się po prostu “Wzorzec”, ale stwierdziłem, że to za prosty tytuł.

Aha, i owszem, zdaję sobie sprawę z pewnej dość poważnej dziury w fabule. Odkryłem ją na sam koniec pracy nad tekstem i nijak nie umiałem załatać. Trudno, może nie rzuci się wszystkim w oczy. Ale jakby co, prestiżowy Złoty Klopsik dla pierwszej osoby, która mi ją wytknie :P

(Obiecuję, że kolejne pozycje ze stosiku opowiadań dawniejszych wrzucę dopiero po przerwie :P)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Finkla, Bellatrix, NoWhereMan

Oceny

Królik na księżycu

Wilson był spóźniony. Raptem pięć minut, ale zawsze. Dla Chińczyków, zwłaszcza tych z Instytutu Rozwoju i Wdrażania Nowoczesnych Technologii, to nie do pomyślenia, ale on dostał obywatelstwo niecałe trzy miesiące temu. Potrzebował wprawy w byciu Chińczykiem.

Niosące się po lobby echo przedrzeźniało jego pospieszne kroki. Największe tłumy już się przewaliły. Nadgorliwi – czyli normalni – pracownicy Instytutu od dobrych dwudziestu minut stukali w klawisze i spoglądali w okulary mikroskopów. Tylko nieokrzesani laowai mieli czelność nie zjawiać się kwadrans przed czasem.

Wysupłał z kieszeni identyfikator i podał jednemu ze strażników pilnujących windy do podziemnej części kompleksu. Widzieli go pewnie ze sto razy, ale nadal traktowali jak obcego, z rezerwą i nieufnością. Twarze mieli jak maski z kamerami monitoringu w miejscu oczu – na zewnątrz znudzone, wewnątrz czujne. Powitali go uprzejmym, acz oschłym „dzień dobry”, zeskanowali kod kreskowy i odcisk palca – wszystko w porządku. Wezwali windę.

Numery na wyświetlaczu rosły szybko od -5 do 0, oczywiście z pominięciem pechowej czwórki. Zabawne – pomyślał Wilson – że nawet w jednym z najbardziej innowacyjnych ośrodków badawczych Azji, w dodatku kontrolowanym przez stricte ateistyczny komunistyczny rząd, przesądy brały górę nad rozsądkiem.

Wszedł i wcisnął -3. Zanosiło się na pracowity tydzień. Właśnie układał w głowie plan dnia, kiedy winda przystanęła na minus drugim, a do środka weszła Sylvi. Skinęła Wilsonowi na powitanie, potrząsając końskim ogonem koloru mokrego piasku, i stanęła obok niego twarzą do drzwi. Poczuł zapach jej perfum, nieco zbyt słodki i delikatny jak na wysoką, wysportowaną chłopczycę z genami Wikingów. Winda pisnęła i ruszyła dalej.

– Musimy pogadać – szepnęła Sylvi.

– Coś się stało? Cheng znowu straszy, że obetną nam cykle procesora?

– Yiren zająknął się, że słyszał coś o jakichś naciskach. Zdaje się, że oczekują rezultatów, i to na wczoraj.

Otworzyły się drzwi windy. Podziemne korytarze przywodziły Wilsonowi na myśl drugowojenny bunkier. Reszta kompleksu nie była ciasna – widywał bary mniejsze od ich chillout roomu – ale po wyjściu z windy zawsze czuł dławiący nacisk murów. Minęli z Sylvi szumiącą wentylatorami serwerownię i pakamerę adminów. Któryś z adeptów cyfrowego rzemiosła właśnie niósł przełożonym kawę; ukłonił się im, niepewnie balansując tacą z czterema kubkami.

– Rozmawiał z panem Chengiem za naszymi plecami? – zapytał półgłosem Wilson, kiedy informatyk zniknął za rogiem. – Nie ufają nam?

– To nie tak. – Pokręciła głową. – Może coś podsłuchał. A może Cheng rzucił na razie jakąś aluzję. Tu są Chiny, tu się nie wali prosto z mostu. W każdym razie naciski są i już. Póki co to nic oficjalnego, ale będzie ostrzej.

– Ale z góry? – Zniżył głos. – Samej góry?

– No przecież nie z dołu. Podobno z ministerstwa obrony.

Wilson przez chwilę rozważał jej słowa. W milczeniu przekroczyli próg labu 1. Ustawione w podkowę komputery niewzruszenie mieliły dane, większość stanowisk była pusta.

– Chłopak od robaków! – wykrzyknął Marco, śniady Argentyńczyk z garniturem równych, wybielanych zębów i głosem prezentera radiowego. Wilson uśmiechnął się krzywo. Minęła dekada od jego pierwszych eksperymentów na nicieniach, ale najwidoczniej było mu pisane pozostać wormboyem na wieki wieków, amen.

– Cześć, Marco.

– Gdzie się podziali HuXiLiu? – zapytała Sylvi. Usiadła przy jednym ze stanowisk, zakręciła się na krześle i od niechcenia trąciła myszkę, rozpędzając esy-floresy wygaszacza.

– Liu i Xi są w labie drugim. Hu poszedł dopilnować kalibracji kamer, ale zaraz do nich dołączy. – Marco spochmurniał. – Miałeś rację. Coś jest nie halo z identyfikacją wzorców komunikacji między kolumnami neuronalnymi. Pingowałem do modzelowatego. Idol nie wszystko wyłapuje, coś te pakiety jakby zagłusza. Jakiś… szum? HuXiLiu próbują to rozgryźć. Prosili, żebyś rzucił okiem na wykresy.

– Zaraz zerknę. I nie mówcie tak na nich. – Wilson obejrzał się na korytarz. – Jeszcze usłyszą i się obrażą.

Hu Yiren, Xi Yuanchao i Liu Siquing stanowili Chińską połowę głównego zespołu. Wspólnie z trójką laowai tworzyli dream team młodych, ambitnych ekspertów stojących w rozkroku między informatyką a neurobiologią, śmietankę zgarniętą przez rządowe programy drenażu mózgów.

– Ten z pieprzykiem to Xi, co nie? – zapytał Marco. Wilson spiorunował go wzrokiem. – Hej, tylko żartowałem! Lepiej spójrz na te dane, panie poprawny politycznie…

 

***

 

Na pierwszy rzut oka dane zdawały się bez zarzutu, bo i jakie zarzuty mógłby mieć śmiertelnik – w tym przypadku Wilson – patrzący na misterną pajęczynę ludzkiego konektomu? Kolorowe niteczki ścieżek neuronalnych plątały się jak zawsze, ale 86 bilionów synaps to nie to samo, co mapa 302 neuronów u nicienia z gatunku C. elegans. Nie wystarczyło prześliznąć się wzrokiem po paru wykresach i schematach, by stwierdzić, co obiektowi akurat chodziło po głowie. Robot o umyśle nicienia i ciele z klocków Lego – pierwszy projekt Wilsona – wznosił się na wyżyny swego robaczywego intelektu, gdy poprawnie interpretował sygnał „zapachowy” i turlał się na kółkach w kierunku „pożywienia”. Co innego Drosophila melanogaster, co innego Mus musculus, a przecież i octówki, i gryzonie bledły przy Homo sapiens. Ten przeskok onieśmielał.

– I jak? – spytała Sylvi, czekając na odświeżenie okna interfejsu. Na bocznym monitorze technicy z zegarmistrzowską precyzją korygowali oświetlenie i konfigurację kamer.

– Coś w tym jest… – mruknął enigmatycznie Wilson.

– W tych danych?

– W tym mózgu. Jakiś szum.

– Wyrobi się – zapewniła Sylvi. – Pamiętasz tamtego faceta z kamerką podpiętą do nerwów języka? Tego, co to czekał pół roku, aż wreszcie trybik zaskoczył i zaczął interpretować input wizualnie?

– Ja wiem, że rekonceptualizacja przestrzenna, neuroterapia, te sprawy. Że trzeba czasu. Ja to wszystko wiem, ale chyba nie w tym rzecz. Wcześniej myślałem, że mózg Pacjenta zwyczajnie sobie nie radzi z danymi na wejściu, ale spójrz sama, on chyba przetrawia te dane, rozpoznaje wzory, o tu, rozświetla się jak choinka, tylko… cholera. Jakiś proces wyższego poziomu zakłóca odczyty, a Idol głupieje. Nie może wychwycić wzorca aktywności.

– Spróbujemy wyżebrać od Chenga zasoby komputera, żeby zwiększyć głębię? – zapytała, zmrużonymi oczami wpatrując się w wykresy.

– Chyba tak. Każę chłopakom z dwójki przygotować parametry.

– Mhm. Będą skakać z radości – powiedziała i miała rację. Z pełną premedytacją skazywał szóstkę hiperambitnych młodych Chińczyków z zespołu drugiego na zarwaną noc. Choć z drugiej strony, nie pracowaliby tutaj, gdyby było to dla nich coś nowego.

W międzyczasie technicy na ekranie dali znać, że skończyli. Sylvi kliknęła „Start sekwencji”.

– Idę do Pacjenta – mruknął, ale ona już nie słuchała, pogrążona w pracy.

 

***

 

Procedura trwała.

Jeden z najdonioślejszych projektów neurokognitywistycznych w historii Chińskiej Republiki Ludowej prezentował się dość niepozornie, ale to samo można by powiedzieć o trzech funtach pomarszczonej galaretki w ludzkiej czaszce.

Pośrodku sporawej, wytłumionej jak studio nagraniowe sali znajdował się oczywiście Pacjent – albo raczej jego fizyczna reprezentacja, czyli popiersie z szarego elastycznego plastiku o charakterystyce brzmieniowej ludzkiej głowy. W miejscu uszu – starannie skalibrowane binauralne mikrofony. Zamiast oczu – kamery ze specjalnymi matrycami imitującymi ludzką siatkówkę, pół miliona yuanów za sztukę.

Dookoła najdroższej głowy manekina w kraju precyzyjnie poustawiano całą resztę gratów. Każdego dnia spędzano tyle czasu na kalibracji i sprawdzaniu ułożenia sprzętu, że Wilson aż bał się mocniej odetchnąć, by podmuch powietrza nie przesunął czegoś o milimetr.

Wątpił wprawdzie, by zrobiło to jakąkolwiek różnicę, ale do takich kwestii podchodziło się tutaj bardzo poważnie.

Wilson ostrożnie okrążył popiersie tak, by widzieć twarz, a jednocześnie nie przestąpić nad jaskrawą taśmą, którą technicy zaznaczyli skraj pola widzenia Pacjenta. Szklane oczy kamer wycelowano w zielony, matowy ekran tła z szachownicą kalibracyjną w rogu, równomiernie oświetlony reflektorami, od których powietrze w sali robiło się gorące i przesycone zapachem rozgrzanego metalu. Na tle zielonego prostokąta odcinał się jednolicie czerwony plastikowy klocek przywodzący na myśl trójwymiarowego Tetrisa. Obracał się powoli na uprzęży z żyłek, poruszany serwomechanizmem ukrytym przed wzrokiem kamer. Miał dwie wypustki, dzięki którym, w zależności od kąta patrzenia, przypominał albo literę F, albo kanciaste O.

Interpretacja kształtów. Stereoskopowe postrzeganie głębi. Percepcja kontrastów. Te właśnie wzorce aktywności płata potylicznego usiłował wyodrębnić Idol, z maleńką pomocą siedzącej w laboratorium Sylvi.

Tak go nazywali między sobą: Idol. Oficjalna nazwa brzmiała Yuetu, dwa kanciaste krzaczki znaczące tyle, co „księżycowy królik”. Podobno Chińczycy na tarczy Księżyca nie widzą ludzkiej twarzy jak mieszkańcy Zachodu, tylko królika z moździerzem. Nazwa programu rozpoznającego wzorce odnosiła się do pareidolii, zjawiska każącego ludziom widzieć postacie biblijne na tostach, demony w kłębach dymu i gryzonie z utensyliami kuchennymi na powierzchni ciał niebieskich. Wilsonowi obie nazwy, oficjalna i potoczna, wydawały się dość ironiczne – ostatnie, czego chcieli jako naukowcy, to dopatrywać się wzorców tam, gdzie ich nie ma – ale w sumie jakie to miało znaczenie? Najważniejsze, żeby program robił, co do niego należy.

A na razie robił to z mocno umiarkowanym skutkiem.

Wilson westchnął i przeniósł wzrok na opartego o ścianę przy drzwiach Hu. Młody, ponoć genialny Chińczyk w grubych okularach, ze skrzyżowanymi na piersi rękami i nieodgadnionym wyrazem twarzy, spoglądał na szarą, plastikową łysinę Pacjenta. O czym myślał? Jemu też na pewno nie dawały spokoju mizerne wyniki eksperymentu. Idol miał przecież idealne warunki do pracy. Dane wejściowe wiernie oddające doznania zmysłowe. Najdokładniejszy w historii skan kresomózgowia. Najpotężniejszy superkomputer w ChRL – przynajmniej z tych nieobjętych tajemnicą wojskową – a na nim szczegółową, w pełni konfigurowalną symulację mózgu o regulowanym poziomie głębi. Na krótki czas mogli nawet zasymulować molekuły i potencjały elektryczne w szczelinach synaptycznych jednego płata. W ciągu ostatnich czterech tygodni Idol powinien był już wyodrębnić przynajmniej kilka wzorców, które komputerowcy z zespołu trzeciego, dzięki magii programowania wstecznego, przerobiliby na użyteczne algorytmy. Wycięliby wszystko, co niepotrzebne, zostawiając samo mięsko. Interpretacja danych sensorycznych. Orientacja przestrzenna. Rozpoznawanie twarzy i mowy na poziomie dotychczas niedostępnym dla maszyn.

Prace nad słabą SI posunęłyby się do przodu o co najmniej dekadę. Gdyby tylko to cholerstwo raczyło zadziałać jak powinno.

 

***

 

Cheng, kierownik projektu, zorganizował naradę wojenną w swoim niewielkim biurze na trzydziestym siódmym piętrze. Właśnie tam umieścił szczupłego, lekko garbiącego się Chińczyka ubóstwiający ironię los… czy może raczej nieprzychylnie nastawiony do Hongkończyków przełożony. Wysoko ponad zasnutymi smogiem ulicami Pekinu, a przy tym jedną kondygnację poniżej „potrójnie szczęśliwego” trzydziestego ósmego.

Tak blisko, a tak daleko. Wilson coś o tym wiedział. Idol prawie działał.

– Zaprezentowałem wyniki projektu Yuetu komisji ewaluacyjnej – obwieścił Cheng po chwili zwyczajowego owijania w bawełnę.

Podwładni, gdyby siedzieli, z pewnością siedzieliby jak na szpilkach. Ale nikt nie siedział. Szóstka naukowców z zespołu pierwszego – Sylvi, Marco, Wilson i HuXiLiu – miała do dyspozycji tylko dwa krzesła, lecz nikt nie chciał w takiej chwili pokazać, że jest ważniejszy od pozostałych, a tym samym bardziej upoważniony do zbierania batów. Z kolei kierownik projektu stał chyba dlatego, że go nosiło.

– Muszę przyznać, że usłyszałem wiele pozytywów – wyrecytował jakby z pamięci ze wzrokiem wbitym w mglisty kanion ulicy za oknem. Poprawił okulary o grubych, prostokątnych oprawkach i ledwo słyszalnie westchnął. – O staranności i czasie przygotowania projektu wyrażano się w samych superlatywach…

Wilson zamrugał ze zdziwienia, słuchając tego najdziwniejszego ochrzanu w historii wizyt na dywaniku. Spojrzał na Sylvi, która mieszkała tu od ponad roku. Ledwo zauważalnie wzruszyła ramionami i zrobiła minę w stylu „wiesz jak jest”.

– …nie wspominając już o tym, że niewątpliwie uzyskaliśmy wiele cennych informacji – ciągnął kierownik.

No tak. Cheng nie mógł z marszu przejść do krytyki. W końcu to jego projekt. Ewentualna porażka Yuetu to porażka Chenga, wciąż młodego, wciąż usiłującego udowodnić swoją wartość. A w Chinach nie traci się twarzy. Traci się Twarz, mianzi.

– Jednakże…

Wilson wbił wzrok w podłogę, jakby w szczelinach między panelami kryło się coś niezwykle ciekawego.

– …usłyszałem też, że projekt ma ogromny potencjał… póki co zupełnie niewykorzystany. I że nie spełnia oczekiwań, które w nim pokładano. A nie były one małe, zważywszy że sporządzono nawet listę kolejnych dziesięciu potencjalnych Pacjentów. Jednak na tym etapie inwestycja w drogi i żmudny proces skanowania mózgu byłaby nierozważna.

Cisza się przedłużała. Wilson nie potrafił poznać, czy to jeszcze dramatyczna pauza, czy już oczekiwanie na odpowiedź. Był specem od robaków, a nie chińskiej etykiety.

Chrzanić to.

– Skoro tak im żal marnującego się potencjału – wypalił – to czy zgodzili się na przydział dodatkowych zasobów, o które prosiliśmy? Panie Cheng, gdyby na jeden dzień dali nam pełną moc obliczeniową tego molocha w piwnicy, do jutra mielibyśmy ze dwa algorytmy.

Cheng zamrugał z mieszanką zdziwienia i irytacji. Wyglądał jak człowiek, któremu wiatr porwał kilka stron przemówienia.

– Panie Wilson. Komputer w podziemiach służy całemu Instytutowi, a nie muszę chyba wspominać, że projekty realizowane dla ministerstwa obrony narodowej są traktowane priorytetowo. Szefostwo znajduje się pod nieustannym naciskiem, który ostatnio wzmógł się jeszcze bardziej. Przedstawiłem swoją prośbę komisji… i dosłownie parę chwil temu otrzymałem odpowiedź.

Nagle stało się coś niesłychanego. Pan Cheng się uśmiechnął.

– Mają państwo pełny dostęp na trzy godziny. Okienko zaczyna się pojutrze o piątej rano.

 

***

 

Świt wolno rozpełzał się nad Pekinem – to słońce rozświetlało smog różowopomarańczowym blaskiem. Miasto wprawdzie nigdy do końca nie zasypiało – tak samo jak nigdy nie oddychało pełną piersią – ale w okolicach czwartej trzydzieści chyba się na chwilę zdrzemnęło.

Wilson o niczym innym niż o drzemce nie marzył. Ziewnął, aż trzasnęły zawiasy szczęki, i z narażeniem życia przebiegł przez ulicę w kierunku niebosiężnego gmaszyska Instytutu. Ryk klaksonu dostawczaka, który prawie wcale nie zwolnił pomimo czerwonego światła, zadziałał jak filiżanka espresso. W tym kraju pierwszeństwo ma większy, napomniał się w myślach Wilson. Wciąż o tym zapominał.

Po paru minutach był już w laboratorium numer 1. Znowu przyszedł jako ostatni. Pozostali spiorunowali go wzrokiem, nie tylko HuXiLiu, ale nawet Marco i Sylvi. Oto wielki dzień: być albo nie być całego projektu. Jakże śmiał przyjść tylko dwadzieścia pięć minut przed czasem?

– Wprowadziłam już parametry wyszukiwania – oznajmiła Sylvi. – Jeśli się uda, wreszcie wyodrębnimy i odfiltrujemy ten szum, który ciągle nam przeszkadza.

– Jeśli tak, to wisimy zespołowi drugiemu kolejkę w barze – powiedział Wilson, nieskutecznie maskując ziewnięcie, które rozprzestrzeniło się po sali jak pożar lasu. – Odwalili przez noc kawał dobrej roboty.

– To się dopiero okaże – sprostował Hu Yiren, który najwyraźniej był odporny na zaraźliwe ziewnięcia.

Czas do piątej zleciał im na klepaniu w klawisze i wymienianiu uwag. Niecierpliwie zerkali na zegar. Zaraz miały się rozpocząć decydujące trzy godziny. O ósmej będą albo świętować długo wyczekiwany sukces, albo zastanawiać się nad swoją przyszłością w Instytucie.

5:00. Sylvi wzięła głęboki oddech i kliknęła start.

Wizualizacja na ekranach pokazywała uproszczony schemat konektomu – plątaninę kolorowanych niteczek wypełniających półprzezroczysty model mózgu. Ścieżki neuronalne rozświetlały się po kolei jak sznury lampek choinkowych, o wiele szybciej niż kiedy używali tylko ułamka siły obliczeniowej komputera. Najpierw seria błyśnięć, a potem wszystko gasło z napisem „nie wykryto wzorca”. I znowu, i znowu. Cykl powtarzał się jakieś dwa razy na sekundę. Mijały minuty, jeden kwadrans, drugi, trzeci.

– Chyba coś mamy…! – wykrzyknął w pewnym momencie podekscytowany Marco, gdy konektom za którymś razem zamiast zgasnąć, zaczął rozświetlać kolejne nitki w różnych płatach mózgu.

– Nie wiem, co to za proces, ale jest strasznie rozległy… Obejmuje praktycznie całe kresomózgowie – mruknął Wilson. – Zrobi ktoś zbliżenie? Te „macki” wychodzą chyba z jądra soczewkowatego.

– Nie – powiedziała Sylvi, robiąc najazd na jądra podstawne i okolice. – To przedmurze. Stamtąd wychodzą.

– O kurde. – Wilson wpatrywał się w cienką i niepozorną warstwę tkanki, z której wystrzeliwały kolejne świetliste pręgi połączeń nerwowych. Nagle zaschło mu w gardle. – Pamiętacie tamto odkrycie sprzed kilku lat? Z elektryczną stymulacją przedmurza?

– Ja pamiętam! – powiedział Marco. – Podobno można w ten sposób włączać i wyłączać świadomość jak światło w przedpokoju. Czy ty myślisz, że…

– Sam nie wiem, ale coś mi mówi, że przypadkiem trafiliśmy na coś interesującego. Co jeśli znaleźliśmy kolejny fragment układanki i jesteśmy o krok bliżej do zrozumienia ludzkiej samoświadomości?

– Za to mi coś mówi, że nasi przełożeni oczekują bardziej namacalnych wyników – mruknęła kwaśno Sylvi, choć jej też ewidentnie udzielał się entuzjazm chłopaków.

– Jeśli mamy w garści materiał na Nobla, to chyba nie będą narzekać – rzucił pół żartem, pół serio Wilson.

– Chyba sam w to nie wierzysz? – powiedział sceptycznie Hu Yiren. – Bardzo bym chciał się mylić, ale osobiście uważam, że to nic nieznaczący szum synaptyczny. A może ze skanem było coś nie tak? Tak czy inaczej, jeśli wreszcie odfiltrujemy ten syf, a Yuetu zacznie normalnie funkcjonować, to będzie sukces.

Kolorowe ścieżki połączeń nerwowych rozświetlały się jeszcze przez chwilę, a mózg na ekranie obrastał strzępkami grzybni, która wyrastała z przedmurza i oplatała cienką warstewką całą korę mózgową. Wreszcie animacja zatrzymała się, a komputer wyświetlił napis „wyodrębniono wzorzec”.

Przez chwilę wszyscy w milczeniu wpatrywali się w ekran. Wreszcie ciszę przerwał Hu Yiren.

– Na co czekasz, skopiuj go na nasze komputery – ponaglił Sylvi, która jako jedyna siedziała przy komputerze.

– Okej, już.

W tym samym momencie obraz mózgu zniknął, zastąpiony czarnym ekranem z napisem „nie wykryto konektomu”. W sali rozbrzmiały syknięcia i stłumione przekleństwa.

– Niech to!

– Co się stało?

– Szlag, przepadnie nam okienko!

Liu popędził do adminów, Sylvi sprawdziła kabel sieciowy, Marco z bezsilności klął po hiszpańsku. Blady i spanikowany informatyk wpadł do labu, otworzył okno konsoli systemowej i zaczął stukać w klawisze jak haker w hollywoodzkim filmie.

O dziwo, podziałało.

– Chyba na ułamek sekundy urwało się połączenie – wyjaśnił, powoli odzyskując koloryt. – Nie mam pojęcia, dlaczego, ale już powinno być dobrze; w razie czego wołajcie – dodał i wyszedł.

Ekran znów wyświetlał nieodgadnioną plątaninę konektomu. Liu Siquing głośno odetchnął.

– Możemy kontynuować?

– Zniknął – powiedział enigmatycznie Wilson.

– Ale co?

– Wzorzec. Nie ma tamtego wzorca, który wyodrębnił komputer.

– Ty coś rozumiesz z tego spaghetti na ekranie, wormboy? – zapytał Marco.

Wilson roześmiał się cicho.

– Chciałbym być takim geniuszem, stary. Nie, po prostu wyświetlił się jako numer jeden na liście wykrytych wzorców w tej ramce w rogu. A teraz  znów nic tam nie ma. Zniknął z mózgu Pacjenta.

– Może go po prostu automatycznie odfiltrowało? – zasugerował Yiren.

– Sprawdzę… – powiedziała Sylvi. – Nie. Cholera. Myślicie, że ta awaria jakoś wpłynęła na mózg Pacjenta?

– Skopiował się chociaż? Ten wzorzec? – zapytał Wilson.

– Tak – odpowiedziała z ulgą. – Jest u mnie na dysku. Mam nadzieję, że nieuszkodzony. Wrzucę go na chmurę, rzućcie okiem. Kurwa! – krzyknęła i rąbnęła pięścią w blat biurka, aż HuXiLiu skulili się odruchowo. – Co jest dzisiaj z tymi komputerami?!

Zniknął – powtórzył Wilson, zaglądając jej przez ramię.

– Kurwa, widzę! – syknęła. – …przepraszam.

– Tyle dobrego, że plik nie przepadł, teraz wisi na chmurze – powiedział Marco.

– Nie ruszajcie go. Liu, leć po informatyków – poprosiła zmęczonym głosem Sylvi.

– Albo po egzorcystę – dodał pod nosem Wilson.

 

***

 

Administratorzy systemu nie potrafili rozwikłać tej zagadki. Przerzucali się hipotezami i próbowali wszystkiego, ale bezskutecznie. Ich Twarz, ich mianzi, topniała z każdą chwilą jak lodowa rzeźba w upalny dzień. Plik uparcie nie chciał dać się skopiować. Albo raczej poddawał się temu zabiegowi bez oporu, kopia powstawała, ale oryginał natychmiast kończył swoją cyfrową egzystencję i wyparowywał bez śladu.

Plik z wyodrębnionym wzorcem mógł istnieć tylko w jednym egzemplarzu i nikt nie wiedział dlaczego.

Zostało ponad półtorej godziny bezcennych cykli obliczeniowych superkomputera, więc z powrotem puścili projekt w ruch. Tajemniczy szum, czymkolwiek był, już nie stawał Yuetu na drodze. Uruchomili kamery i mikrofony, pokręcili tetrisoklockami, puścili manekinowi Beethovena, a Idol wychwytywał wzorzec za wzorcem. Tama została przerwana, a przez jej gruzy przelała się od dawna wyczekiwana powódź bitów układających się w pliki, które komputerowcy z zespołu trzeciego mieli przerobić na zalążki wstępnie wytrenowanych sieci neuronowych o niespotykanej dotąd złożoności.

Przełom w pracach zaabsorbował ich uwagę tak mocno, że dopiero po ósmej, kiedy skończyło się trzygodzinne okienko, znów powrócił temat dziwacznego pliku. Nie zdążyli zresztą zbyt długo o tym porozmawiać, bo do piwnicy pofatygował się pan Cheng, aby pogratulować zespołowi. Rozpływał się w pochwałach i sam pęczniał z dumy. Nosiło go po całym labie, tak jakby już szykował się do przeprowadzki na potrójnie szczęśliwe trzydzieste ósme piętro po awansie, który był pewnie tylko kwestią czasu. W pewnej chwili Marco w swojej latynoskiej wylewności wspomniał o pierwszym wzorcu: że jeszcze go nie przesłali zespołowi trzeciemu, bo nie chcieli go stracić, a poza tym może jest uszkodzony albo, kto wie, nawet zawirusowany. Pan Cheng trochę się zmartwił, ale obiecał, że porozmawia z informatykami.

 

***

 

O 12:30 przyszła pora na lunch. Pan Cheng pozwolił zespołowi pierwszemu przedłużyć sobie przerwę do drugiej po południu – w końcu przyszli przed piątą, a poza tym, w trakcie analizy danych nie mieli za wiele do roboty. Trójka laowai po obfitym lunchu zawitała jeszcze do jednego ze Starbucksów, które ostatnio wyrastały w Pekinie jak grzyby po deszczu.

– Wiem, że postanowiliśmy nie gadać o robocie – odezwała się Sylvi znad kubka frappuccino – ale bez przerwy chodzi mi po głowie tamten wzorzec.

– Pacjentowi też chodził, ale potem przestał – zażartował Marco. Nikt się nie roześmiał.

– Tak, załapałem. Bo zniknął – powtórzył po raz trzeci Wilson. – Co o nim wiemy? Mówcie wszystko, co wam przyjdzie na myśl.

– No, był w mózgu Pacjenta – zaczął Marco.

– Był rozległy.

– Wychodził z przedmurza. Mógł mieć związek ze świadomością…?

– Dobrze, co jeszcze? – nalegał Wilson.

– Był trudny do wyodrębnienia.

– Może istnieć tylko jedna jego kopia – powiedziała Sylvi. – Jest unikalny. Znika po skopiowaniu.

– A może wcale nie znika? – zamyślił się Marco.

– Jak to?

– Może on się przenosi. Przestaje istnieć w jednym miejscu na dysku, a zaczyna w innym.

– A co za różnica? To tylko zlepek bitów, niezależny od nośnika. Pomijając nagłówek pliku, nie ma różnicy między kopią a oryginałem.

Marco wzruszył ramionami.

– Sama mówiłaś, że jest unikalny.

– Coś w tym może być – poparł kolegę Wilson. – A zresztą, na razie tylko sobie gdybamy dla zabawy. Co…

W tym momencie pisnęła komórka Sylvi.

– Momencik – powiedziała, zerkając na telefon. – Hm, pan Cheng pisze, żebyśmy nie wracali przed szesnastą, bo i tak nie będziemy mieć nic do roboty. To trochę dziwne. No nic, chyba zacząłeś coś mówić?

– Chciałem zaproponować burzę mózgów – powiedział Wilson. – Pytanie za sto punktów: co spełnia warunki, które wymieniliśmy? Co w ludzkim umyśle jest złożone, trudne do uchwycenia, niemożliwe do skopiowania i ma jakiś związek ze świadomością?

– Ha, może dokopaliśmy się do duszy Pacjenta! – ponownie zażartował Marco. Tym razem nikt się nawet nie uśmiechnął.

Zaległa cisza.

– …co tak patrzycie? Chyba nie myślicie o tym poważnie? Na tym polegał dowcip: jesteśmy neurokognitywistami, my nie wierzymy w dusze… prawda?

– Nie, Marco, nie wierzymy – powiedziała nieobecnym tonem Sylvi. – Ale… wiecie, jaką metodą uzyskano skan kresomózgowia Pacjenta, co nie?

– Metodą destrukcyjną – przytaknął Wilson. – Pokroili mózg na plasterki tak cienkie, że prawie przezroczyste, a potem naświetlili je laserem, który jednocześnie skanował i „przysmażał” próbki. Wzorzec ani przez chwilę nie istniał w dwóch egzemplarzach. Najpierw był w mózgu, potem w cyfrowym konektomie, a na końcu, już wyodrębniony, znalazł się w wewnętrznej chmurze Instytutu. Tak jak powiedziałaś, Sylvi, on jest zlepkiem bitów, czystą informacją, niezależną od nośnika. Na początku nośnikiem była tkanka, a później dyski SSD.

– I cokolwiek to jest, zachowuje się w sposób, który… bardzo niechętnie… określiłabym jako „paranormalny”. Pliki nie powinny tak robić.

– Ale mimo wszystko… Dusza? Serio? – Marco pokręcił głową i upił haust wystygłej w międzyczasie kawy. – Trochę dziwnie się czuję, rozważając taką ewentualność.

– Jest za wcześnie, żeby cokolwiek rozstrzygać, szczególnie w czasie nieoficjalnej starbucksowej narady podczas przerwy na lunch – powiedział spokojnie Wilson. – Ale jakiejś nazwy musimy używać, a „tamten znikający wzorzec” się nie sprawdzi. Zresztą, spełnia kryteria, tak czy nie? Jeśli coś wygląda jak kaczka, pływa jak kaczka i kwacze jak kaczka, to pewnie jest…

– Dusza?

– Tak, Marco – westchnął Wilson. – Właśnie tak to szło.

 

***

 

Lobby Instytutu Rozwoju i Wdrażania Nowoczesnych Technologii – beznamiętne w swoim minimalizmie, ostentacyjne w swoich rozmiarach i nieskazitelne w swoim feng shui – jak zawsze przytłoczyło trójkę laowai, którzy za pięć szesnasta przekroczyli jego próg. Kiedy szli do windy, zdawało się ich bacznie obserwować każdym lustrem i każdą lśniącą taflą polerowanego granitu.

Z podobną uwagą i rezerwą popatrzyli na nich dwaj umundurowani cerberzy, którzy każdego ranka sprawdzali przepustki pracowników podziemnej części kompleksu. Wilson i Marco pozwolili Sylvi w pierwszej kolejności podać im kartę.

– Brak upoważnienia, przykro mi – powiedział strażnik, wskazując na bezsprzecznie czerwoną diodę, która zaświeciła się na czytniku.

– Co? Byłam tam dziś rano!

– To na pewno jakiś błąd – uspokoił ją Marco.

– Sprawdźcie moją – poprosił Wilson ze zmarszczonym czołem.

Tak jak się obawiał, karta została odrzucona. Identyfikator Marco również. Odeszli na stronę.

– Zaraz zadzwonię do Chenga – głośno obwieścił poirytowany Argentyńczyk.

– Psst… – Sylvi dała mu znak, żeby mówił ciszej i sama zniżyła głos. – Chyba nie będziesz musiał. Patrzcie tam.

Dwa filary dalej, w pobliżu windy prowadzącej do podziemnego parkingu, z ożywieniem rozmawiało dwóch mężczyzn w garniturach. Pierwszy, niepozorny i lekko zgarbiony, był ich przełożonym. Twarz drugiego wydawała się Wilsonowi mgliście znajoma, choć nie potrafiłby jej przypisać do żadnego konkretnego nazwiska. W każdym razie musiała należeć do kogoś ważnego, bo przepaść autorytetów widać było jak na dłoni w mowie ciała – dałoby się ją pewnie nawet wyrazić w centymetrach, mierząc głębokość pokłonów, jakie Cheng bił rozmówcy za każdym razem, gdy mu przytakiwał. Dosłownie. Wilson wiedział, że Chińczycy mają fioła na punkcie tego, kto się komu kłania i jak nisko.

– Z kim on gada? – szepnął.

– Naprawdę nie kojarzysz faceta z telewizji? – prychnęła Sylvi.

– Nie jestem miłośnikiem wymierających technologii – mruknął Wilson. – Po prostu odpowiedz.

– Och, to nikt ważny, tylko minister obrony narodowej, Feng Jingwei. Szef szefów naszego szefa.

– Ciekawe, o czym rozmawiają – szepnął Marco.

– Nie gapcie się tak na nich, bo… – zaczęła Sylvi, ale w tej właśnie chwili mężczyźni skończyli rozmawiać. Minister oddalił się w kierunku podziemnego parkingu, a pan Cheng zgiął się w ostatnim pokłonie, odwrócił się i zauważalnie zmieszał na widok swoich zachodnich pupilków.

Podeszli do niego.

– Szefie, coś się stało? – zapytał bezceremonialnie Marco.

– Niech pan nie mówi – wtrąciła się Sylvi – że to jakiś cyberatak na nasze systemy.

– Chociaż to by przynajmniej wyjaśniało „paranormalne” zachowanie niektórych plików – dodał półgłosem Wilson.

Pan Cheng odchrząknął, nerwowo przeskakując wzrokiem z twarzy na twarz. Wyglądał jak człowiek uginający się pod ciężarem odpowiedzialności, która nagle spadła na jego barki, a nie jak ktoś, kto właśnie dokonał przełomu w pracach naukowych.

– Powiem bez ogródek: moja rozmowa z panem ministrem państwa nie dotyczy, ponieważ nie jest w żaden sposób związana z projektem. Zaś jeśli chodzi o… – Zawahał się przez moment, trochę jakby dotarło do niego, że się zagalopował, a potem stwierdził, że musi brnąć dalej. – …o problemy techniczne z państwa identyfikatorami, proszę o cierpliwość. Po tym, co stało się dziś rano… mam na myśli usunięcie szumu… nasi informatycy mają ręce pełne roboty, więc uporanie się z trudnościami może potrwać dzień lub dwa.

Wilson może i był tylko nerdem, który przez pół życia garbił się nad klawiaturą, a przez drugie pół nad terrarium z robakami, ale nawet on potrafił wychwycić tak oczywiste kłamstwo.

– A co dzisiaj właściwie mamy, środę? Proszę sobie zrobić długi weekend, to polecenie służbowe – powiedział pan Cheng, siląc się na żartobliwy ton. Zerknął na popiskujący co chwilę telefon. – Zasłużyli państwo. Dokonaliśmy wspólnie czegoś… interesującego. To znaczy, ważnego. Niezmiernie istotnego. Taaak. Pod koniec tygodnia odezwie się do państwa pani Wang. W międzyczasie wyrobimy nowe identyfikatory. A teraz przepraszam, spieszę się. – I z tymi słowami zniknął w windzie, do której przez cały czas się przysuwał cal za calem.

Trójka naukowców przez chwilę milczała w konsternacji.

– Strasznie dziwnie się zachowywał – przerwał ciszę Wilson. – Podmienili go porywacze ciał czy jak?

– Nie odkryję Ameryki, ale muszę to powiedzieć: coś przed nami ukrywa – stwierdziła Sylvi.

– Nie odkryłaś; kłamie fatalnie.– Marco zaśmiał się, ale zaraz spoważniał. – Coś jest nie tak, i to bardzo.

– Ludzie, słuchajcie – powiedział Wilson i westchnął. – Właśnie do mnie dotarło: on nas odsuwa od projektu.

– Co?!

– Pani Wang jest koordynatorką, przydziela ludzi do projektów. A poza tym on powiedział, że wyrobią nam nowe karty. Czemu nie przeprogramują starych? Bo do podziemnej części kompleksu są inne identyfikatory niż do reszty labów.

– Cholera, ty chyba masz rację – jęknął Marco. – Ale czemu?

– Polityka – powiedziała Sylvi opanowanym, chłodnym tonem. – Nie ufają nam. Obywatelstwo gówno dla nich znaczy. Nadal jesteśmy tylko durnymi laowai.

– A on nie miał odwagi powiedzieć nam o tym prosto w oczy… – dodał Wilson.

– Ciągle nie rozumiem, co się zmieniło – poskarżył się Marco. – Idol wreszcie pozbył się tremy, ale to przecież nikogo nie zaskoczyło; dziwne było raczej to, że tak długo nie chciał działać. Nie bali się nam tego powierzyć.

Sylvi i Wilson wymienili spojrzenia i powiedzieli jednocześnie:

– Wzorzec.

– Ten o kryptonimie „Dusza”, który tak naprawdę nie jest duszą?

– Nazywaj go, jak chcesz, ale to jedyna nieprzewidywalna zmienna w tym równaniu – powiedział Wilson. – Oni ślęczą nad nim od ósmej rano. Badają go. Albo coś w nim odkryli, albo znaleźli dla niego praktyczne zastosowanie.

– Na tyle kuszące, że pofatygował się tutaj minister obrony narodowej – dodała Sylvi. – We własnej osobie, co się zdarza pewnie raz na rok. Dziwny zbieg okoliczności.

Usiedli na ławce między filarami. Byli teraz jak wysepka na rzece Chińczyków zlewających się w jeden zabiegany potok.

– Co robimy?

– Nic – powiedziała Sylvi. – Nadal mamy pracę. Niewykluczone, że równie fascynującą, co do tej pory. Po prostu inną i już nie w piwnicy.

– Pniemy się po szczeblach kariery – mruknął bez cienia wesołości Marco. – Ech, nie mogę w to uwierzyć. Przez ostatnie miesiące żyłem tym projektem, wszyscy nim żyliśmy, a teraz nagle mamy o nim zapomnieć i zająć się czymś kompletnie innym?

– Na to wygląda – szepnęła stoicko Sylvi.

– Ciągle się zastanawiam – powiedział Wilson – co sprawiło, że ministerstwo obrony tak nagle zainteresowało się… „Duszą”.

– Pewnie nigdy się nie dowiemy.

Milczeli, słuchając odgłosów ludzkiej rzeki. Wilson przymknął powieki, żeby dać oczom chwilę odpoczynku. Wyobraził sobie, że opuszcza własne ciało, że unosi się pod sufit lobby, a potem pozwala, by porwała go przelewająca się przez budynek energia qi. Wraz z jej nurtem wzniósł się wyżej, przeniknął przez sufit i wzbił się ponad miasto, ponad smog. Wszystko mu się mieszało; praktycznie zasypiał na siedząco. Bądź co bądź wstał o trzeciej i miał za sobą ciężki, stresujący dzień.

W swoim śnie na jawie zostawił w tyle ludzkie mrowisko i dryfował dalej, ponad polami ryżowymi, lasami i jeziorami. Był wolny jak ptak, wolny jak… dusza, która odrzuciła cielesną powłokę. Ale nie wszystkie dusze są wolne, pomyślał, przelatując nad czymś, co wyglądało na bazę wojskową. Analityczna część umysłu Wilsona ocknęła się z półsnu, choć ta druga, kreatywna, wciąż tworzyła senne krajobrazy.

Co wojskowym po ludzkiej duszy? Jakie znajdą zastosowanie dla pliku, który jest skomplikowany, unikalny, skrajnie trudny do wygenerowania i absolutnie niemożliwy do skopiowania?

No przecież! O Boże…

– To idealne narzędzie kryptograficzne – szepnął. Pozostali nie zareagowali. Może go nie usłyszeli, może też drzemali.

Wilson powoli wypuścił powietrze, gdy przypomniały mu się słowa pana Chenga: „sporządzono nawet listę kolejnych dziesięciu potencjalnych Pacjentów”. A to było jeszcze zanim wyodrębnili wzorzec. Przy odpowiedniej motywacji ze strony ministerstwa obrony dziesiątka mogła zmienić się w setkę. Albo tysiąc.

W swoim dziwacznym śnie na jawie nadal dryfował ponad chmurami, ale jednocześnie widział bazy wojskowe, gdzie setki ludzkich dusz – albo przynajmniej wzorców mózgowych, które wyglądają jak dusza, zachowują się jak dusza i których nie sposób odróżnić od duszy – są wykorzystywane w kryptografii. Gdzie setki mózgów kroi się na plasterki i smaży laserem, żeby potem zaszyfrować za ich pomocą tajne depesze albo wykorzystać je w sekwencjach startowych pocisków balistycznych międzykontynentalnego zasięgu.

Setki ludzkich dusz wykorzystanych ze skrajnym pragmatyzmem, na jaki stać wyłącznie komunistyczne Chiny.

Tylko czemu ten pragmatyzm zaczął mu przeszkadzać akurat teraz? Wcześniej jakoś nie miał oporów natury etycznej – wystarczała mu wiedza, że Pacjent tak czy inaczej by umarł. Może był nieuleczalnie chory, może był skazańcem. Wilson tak się skupił na szansie na udział w pionierskim projekcie naukowym, że nawet nie wnikał w szczegóły. Ale wtedy Pacjent był tylko jeden i stanowił zaledwie suchy konektom, surowe i martwe bity. A teraz…

– Teraz co? – zapytała Sylvi.

– Hmm? – Otworzył oczy i uświadomił sobie, że potomkini Wikingów nim potrząsa.

– Coś mamrotałeś. – Uśmiechnęła się. – Chyba na chwilę przysnąłeś, chociaż w sumie ci się nie dziwię. Idziesz z nami na piwo?

Rozejrzał się, zdezorientowany. Wszędzie wokół nic, tylko ciężki i lśniący granit lobby. Nieprzenikalny dla mistycznej energii qi. I dla dusz.

– Idę.

 

Koniec

Komentarze

Tekst teologiczno-filozoficzny.

Korporacja naprawdę wredna. Fakt, że jest chińska, pewnie o czymś świadczy.

Dziwne, że szef rozmawia z ministrem w holu przy windach. Ale może tylko wyszedł go odprowadzić i pożegnać…

Z tą dziurą w przedmowie to ostro prowokujesz… Chodzi o to, że ludzkie mózgi też coś zapamiętywały i tworzyły jakąś tam kopię wzorca? Czy o to, że skoro zużyli ludzki mózg i wszystko (teoretycznie) przenieśli, to on już dawno powinien rozpoznawać kształty? I mógłby wcale nie mieć ochoty na kooperację…

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finkla. Tak, pan Cheng tylko odprowadzał ministra, a większość rozmowy odbyła się w biurze. Co do proponowanych przez Ciebie teorii co do dziury fabularnej…

 

1. Ludzkie mózgi nie potrafiłyby zapamiętać ani w ogóle ogarnąć czegoś tak skomplikowanego (tak samo jak nie zapamiętają układu nitek spaghetti na talerzu), więc to nie to.

 

2. Z kolei mózg Pacjenta rozpoznawał kształty cały czas, tyle że wzorzec “duszy” mącił obraz, uniemożliwiając programowi Yuetu zauważenie tych procesów. A jeśli chodzi o kooperację, to nawet jeśli Pacjent był świadomy (wyciąłem ten wątek, bo donikąd nie prowadził), i tak nie miałby nic do powiedzenia. Jeśli patrzysz na coś obrzydliwego albo strasznego (albo kwadratowego), “rozświetlają” się odpowiednie obszary Twojego mózgu i nic nie możesz z tym zrobić.

 

Chcesz wiedzieć, o co mi chodziło? (uwaga – spoiler dla wszystkich, którzy chcą zdobyć Złoty Klopsik ;)) Otóż jestem prawie pewien, że żaden komputer nie jest w stanie przetwarzać danych, nie kopiując ich do pamięci tymczasowej (typu RAM, cache procesora, być może inne rzeczy, o których nawet nie mam pojęcia). Tak więc podczas analizy, konektom z wzorcem (przed jego wyodrębnieniem) musiał być i na dyskach SSD, i w innych podzespołach (albo i w innych komputerach sieci?).

Chociaż kiedy o tym teraz myślę… może wzorzec zwany duszą cały czas “przeskakiwał” z miejsca na miejsce, a wcześniej po prostu nikt tego nie zauważał? Może nawet właśnie to dezorientowało program Yuetu?

 

 

Tytuł dobry, przynajmniej mnie skusił do przeczytania :) Na “Wzorzec” raczej bym nie zerknęła, a nawiązanie do japońskiej legendy z księżycowym królikiem mnie przygnało :) Co prawda, okazało się, że to jednak Chiny, ale już zostałam. Zgrabny kawałek, podobało mi się wplątanie azjatyckiej mentalności (pechowe czwarte piętro, szczęśliwe potrójne 8 :)), szkoda, że takie krótkie, chętnie poczytałabym dalej, co z tym fantem zrobili :) no i ciekawe mogłoby być zestawienie podejścia zachodniego (”dusza”) z chińskim.

Uuhh… ciężkie. Emocjonalnie bardziej, niż filozoficznie. Znowu problemy świadomości i chiński pokój, co? Czy nikt już nie czyta Kanta? :) Moniści materii.

Chyba masz rację z tym kopiowaniem danych, wiesz. Z drugiej strony, tu nie mamy do czynienia z sytuacją typową (ten komputer albo ma kogoś w środku, albo prawie), więc nie przejmuj się aż tak. Dziura nie rzuca się w oczy.

Za to język jest przyciężki – może przydałoby się jeszcze raz ten tekst odłożyć i poprawić sam styl, bez grzebania w treści.

Dorzucę jeszcze tylko zadanie domowe – sprawdź, co to jest "reprezentacja" i nie grzesz więcej.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dość porządnie napisane opowiadanie.

Przepraszam, że nie skomentuję, a tylko zaznaczę, że przeczytałam, ale historia wymyka się mojej zdolności pojmowania opisanych zagadnień.

 

za­py­ta­ła, ze zmru­żo­ny­mi ocza­mi wpa­tru­jąc się w wy­kre­sy. –> …za­py­ta­ła, zmru­żo­ny­mi ocza­mi wpa­tru­jąc się w wy­kre­sy.

Patrzymy oczami, nie z nimi.

 

do ta­kich kwe­stii pod­cho­dzi­ło się tutaj bar­dzo, bar­dzo po­waż­nie. –> Dlaczego kursywa?

 

Młody, ponoć ge­nial­ny Chiń­czyk w gru­bych oku­la­rach spo­glą­dał na szarą, pla­sti­ko­wą ły­si­nę Pa­cjen­ta ze skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­si rę­ka­mi i nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy. –> Czy dobrze rozumiem, że plastikowa łysina Pacjenta miała ręce skrzyżowane na piersi i nieodgadnioną twarz?

A może miało być: Młody, ponoć ge­nial­ny Chiń­czyk w gru­bych oku­la­rach, ze skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­si rę­ka­mi i nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy, spo­glą­dał na szarą, pla­sti­ko­wą ły­si­nę Pa­cjen­ta.

 

a przy tym jedną kon­dy­gna­cję po­ni­żej „po­trój­nie szczę­śli­we­go” trzy­dzie­ste­go ósme­go –> Brak kropki na końcu zdania.

 

Po­pra­wił oku­la­ry w gru­bych, pro­sto­kąt­nych opraw­kach… –> Po­pra­wił oku­la­ry o gru­bych, pro­sto­kąt­nych opraw­kach

Okulary to szkła w oprawkach.

 

to słoń­ce roz­świe­tla­ło smog ró­żo­wo-po­ma­rań­czo­wym bla­skiem. –> …to słoń­ce roz­świe­tla­ło smog ró­żo­wopo­ma­rań­czo­wym bla­skiem.

 

gdy kon­tek­tom za któ­rymś razem za­miast zga­snąć… –> Literówka.

 

za­czął stu­kać w kla­wi­sze jak haker w Hol­ly­wo­odz­kim fil­mie. –> …za­czął stu­kać w kla­wi­sze jak haker w hol­ly­wo­odz­kim fil­mie.

 

– Cią­gle się za­sta­na­wiam– po­wie­dział Wil­son… –> Brak spacji po wypowiedzi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na wstępie – chcę wypożyczyć Chińczyków z Twojego opowiadania! Ci pracujący dla mej korporacji nie są ani w ciurka punktualni. Ciągle na ostatni moment albo krótko po terminie. A tak na serio, to pierwszy opis brzmiał dla mnie, jakbyś miał na myśli Japończyków. Na szczęście lista innych cech narodowych jest w miarę zgodna z moimi obserwacjami ;)

Co do treści, to opowiadanie jest raczej statyczne, ale czytało mi się je naprawdę dobrze. Terminologia używana prawidłowo i nie sprawiała mi trudności. No i dziurę niestety spostrzegłem od razu. Ale wiem, że oszukuję, bo z zawodu zajmuję się software’em i hardware’em ;)

Otóż jestem prawie pewien, że żaden komputer nie jest w stanie przetwarzać danych, nie kopiując ich do pamięci tymczasowej (typu RAM, cache procesora, być może inne rzeczy, o których nawet nie mam pojęcia). Tak więc podczas analizy, konektom z wzorcem (przed jego wyodrębnieniem) musiał być i na dyskach SSD, i w innych podzespołach (albo i w innych komputerach sieci?).

To ja ci to “prawie pewien” zamienię na “pewien”. Bo dokładnie tak jest. Nawet najprostszy mikrokontroler ma w sobie tzw. rejestry, w których trzyma wartości do obliczeń. A jak masz dostęp fizyczny do układu, to wystarczą odpowiednie podłączenia do fizycznych ścieżek czy elementów i możesz zacząć zabawę z danymi.

Generalnie dostęp fizyczny do układu oznacza niemal zawsze ominięcie bezpieczeństwa. A tu Chińczycy mają np. dostęp do dysków – wystarczy je wyjąć i zacząć sczytywać usunięte dane (które często tak naprawdę nie są fizycznie usunięte) za pomocą znanych metod wykorzystywanych przez specjalistyczne firmy.

Podsumowując: ciekawy koncert fajerwerków. Babol logiczny jest, ale nie sądzę, by był mocno zauważalny dla ludzi nieobeznanych z elektroniką. Daję klika, bo sam tekst jest dobrze napisany, a treść – wciągająca.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tarnina – o! Kant by to wszystko rozbił ; D

 

Wartko, dobrze napisane, przyjemnie się czytało, jestem zadowolony. I napiszę dłuższy komentarz.

Miło, a teraz do mięsa, do mózgu, bo w temacie siedzę to coś niecoś powiem ; D rozumiem, że tekst jest opaty o metaforę mózg=komputer i hipotezę funkcjonalną i fajnie, to odchodzi w zapomnienie, ale wciąż żyje – trochę jak legendarne przeszczepy głowy ; D ten skrajny redukcjonizm jest w tekście ładnie przedstawiony, ale prawdę ta dziura fabularna z działaniem komputera jest dla mnie niezrozumiała, ale są inne ; D z chwilą, w której użyłeś terminu “pareidolia” aż podskoczyłem z zachwytu, bo myślałem, że wskażesz, że to co robią bohaterowie jest dokładnie pareidolią – szukaniem sensownego, linearnego wzoru aktywacji, tam gdzie go nie ma ; D

  1. Ludzkie mózgi potrafią zapamiętać rzeczy dużo bardziej skomplikowane niż spagetti, ale nie zawsze potrafią to odpamiętywać (czyli świadomie sobie przypominać, przywołać zapamiętany materiał). Patrz sawanci – specyficzne, ale możliwe i coś mówi o możliwościach ogólnych; polecam taką starą książkę Dreyfusa: Alchemy and artificial Intelligence, warto sobie czytnąć w ramach różnych spojrzeń na to, co to jest sztuczna inteligencja.
  2. Otóż teoretycznie nie rozświetlają fragmenty tylko cały mózg i można coś z tym zrobić, np. zinterpretować (czyli użyć tej mistycznej świadomości); obrzydliwość – względne, są tacy, dla których guzik to rzecz obrzydliwa – dlatego ciężko to badać i objąć metaforą komputerową (zmora dla pozytywistów); cokolwiek się dzieje, nie ma cech układów linearnych (które z resztą są tworem naszych mózgów, bo w naturze żaden układ linearny nie występuje); hipoteza funkcjonalna, czyli twierdzenie, że jak widzę coś obrzydliwego, to mi się rozświetla kawałek mózgu, to echo dawnej legendy o tym, że “wykorzystujemy 30% mózgu.” Miłe, jakby nauka, ale nieprawdziwe. Są fajne metaanalizy, które pokazują, że połączenie wyników wszystkich eksperymentów z fMRI np. na temat obszaru odpowiedzialnego za rozpoznawanie kształtów, daje wynik: cały mózg jest odpowiedzialny za rozpoznawanie kształtów. Inne badania wskazują, że jeden neuron może brać udział w około 7k procesach – możliwości nieskończone; stąd nie ma czegoś takiego jak wzorce aktywacji, a co za tym idzie, neurony i ich działanie nie są przekładalne na systemy binarne.

Hermetyczny tekst, ale mam wrażenie, że tu koncepcja jest oparta o szczegół działania komputera, który tylko częściowo łapię. Mimo tych kilku zastrzeżeń (niezobowiązujących, dla potrzeb fabuły mózg powinien działać tak, żeby fabule służyć), tekst mi się podobał, ale jest zbyt hermetyczny, żebym nie zrobił tych kilku uwag ; D Motyw z ziewaniem mnie rozbawił, taka miła wskazówka (nota bene, to też jest mit powiązany z mitem neuronami lustrzanymi).

 

Pozdrawiam,

Marlow

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Bellatrix, dzięki, właśnie o te międzykulturowe różnice w pojmowaniu różnych rzeczy mi chodziło. Księżycowy królik jest metaforą odmiennej interpretacji rzeczy (w tym “duszy”) przez Chińczyków.

 

Tarnina, nie będę udawał, że w 100% rozumiem, co piszesz, bo z filozofią jakoś tak zawsze mi było nie po drodze ;) Ale przynajmniej sprawdzę termin, o którym wspomniałaś.

 

regulatorzy jak zawsze niezawodna w kwestiach korektorsko-redakcyjnych :) Dzięki!

 

NoWhereMan – super, że Ci się podobało i tym bardziej super, że babol nie jest chyba aż tak paskudnie zauważalny, jak myślałem. Mimo wszystko należy Ci się Złoty Klopsik :P

 

Marlow, dzięki za obszerny komentarz. Cieszę się, że tekst może się podobać. “Alchemy and artificial Intelligence” brzmi w równej mierze ciekawie i dziwnie, dodam do listy książek, które chciałbym kiedyś przeczytać :)

 

Miło mi, że zauważasz i dziękujesz, szkoda jednak, że nie poprawiasz usterek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, zajmę się tym dzisiaj hurtowo. Ostatnio skumulowało mi się tyle poprawek, redakcji, bet i innych rzeczy z edycją tekstów, że – przyznaję się bez bicia – już nie mogłem się zmusić do edytowania opowiadań na portalu. Za dużo tego samego w pracy i po. Ale Twoje korekty i tak by nie przepadły, nie bój się :)

Rozumiem. I nie boję się. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka