- Opowiadanie: ronja - Gdzie ludzka stopa nie postała

Gdzie ludzka stopa nie postała

Opowiadanie napisane bardziej dla wprawy i zabawy, niż dla poruszania głębokich, poważnych tematów, a zarazem mój pierwszy tekst wrzucony tutaj.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Gdzie ludzka stopa nie postała

Do ostatniego baru wpadli grubo po północy. Nie mieli go na liście, jednak nie potrafili przejść obok obojętnie. Grawitacja już od dłuższego czasu rzucała im ironiczne spojrzenia, stojąc z boku z założonymi rękami, ale perspektywa jeszcze jednej kolejki była wystarczającą zachętą. Wieczór kawalerski nie zdarza się przecież codziennie.

Nie pamiętali, który z ich czwórki wpadł na pomysł wypicia po drinku w każdym barze w mieście. Przygotowali spis wszystkich znanych sobie lokali i bardzo się zdziwili gdy– wracając już do domu – znaleźli jeszcze jeden. Sądząc po tłumie, widocznym przez otwierane co chwilę drzwi, byli jedynymi osobami w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, dla których był kompletnie nieznany. Jak widzicie, nie mogli tak po prostu go minąć.

Weszli więc do środka.

Przeszli pod archaicznym szyldem z rysunkiem stopy, nie poświęcając mu wiele uwagi, a Jonatan, który pierwszy zauważył nowy pub, pchnął drzwi. W twarz uderzyła go fala dusznego powietrza, gęsta od alkoholu i woni potu. Wnętrze było zatłoczone, ale mimo to udało znaleźć się wolny kawałek stołu, dopiero przez kogoś zwolniony – jedynie w rogu siedział mężczyzna, w samotności pijący whisky. Tomek, Maciek i Adam zajęli prędko puste miejsce, podczas gdy Jonatan podjął się trudu wycieczki do baru i powrotu z czterema kuflami piwa. Nie było to zadanie łatwe. Ktoś wbił mu łokieć pod żebra, ktoś inny nadepnął na stopę obcasem buta, z impetem przywodzącym na myśl dzikiego konia. Dzielnie walcząc z nieprzyjaznym tłumem i problemami z równowagą (grawitacja z bezczelną miną oglądała swoje paznokcie), dotarł do kontuaru.

Barman okazał się przysadzistym, acz potężnie zbudowanym mężczyzną, który niedobór wzrostu rekompensował najwyraźniej wieloma godzinami na siłowni. Muskularne ramiona, zdobione licznymi tatuażami, założył w sposób sugerujący, że nie potrzebna mu w pubie ochrona. Ani nawet jakakolwiek broń.

Jonatan swobodnym tonem zamówił cztery ciemne nieznanego mu regionalnego producenta. Barman obrzucił go czujnym spojrzeniem i, równie swobodnie, oświadczył, że za chwilę zamykają. Instynkt samozachowawczy Jonatana wdał się w bardzo interesującą dysputę z grawitacją, więc chłopak oświadczył, że tabliczka na drzwiach twierdzi zupełnie co innego, a poza tym jest na wieczorze kawalerskim. Uważał to za bardzo sprytny i niepodważalny argument. Niestety, nie spotkał się ze zrozumieniem barmana i opowieść bliska była zakończenia się w tym momencie, lecz do rozmowy wtrącił się jeden z gości, siedzący obok.

– Wieczór kawalerski? Świetnie wybraliście. Lepsze piwo wypijecie tylko u mojego ojca. – odgarnął z czoła jasne włosy i wypił potężny łyk ze swojego kufla. – Odpuść mu – zwrócił się do barmana – To dobry powód, a rano – mrugnął do Jonatana – i tak nie będą nic pamiętać. Bardzo lubię wieczory kawalerskie i wesela.

– To piwo nie dla takich, jak oni. Co zaś do wesel, to wszyscy wiemy, że by się dostać, jesteś skłonny nawet przebrać się za pannę młodą. – rzucił drwiąco barman.

Blondynowi w ułamku sekundy spłynął z twarzy szeroki uśmiech, w oczach zagrały opętańczy taniec pioruny. Wstał gwałtownie, a Jonatan zdziwił się, jak bardzo jest potężny. Głową niemal sięgał sufitu.

– Słuchaj…– zaczął gromkim tonem, a rękę oparł na czymś w okolicy pasa, ale w tym momencie spojrzał na Jonatana i opanował się nagle. Powiedział do barmana coś niezrozumiałego, a osiłek zbladł, choć spojrzenie mu nie złagodniało. Nalał piwa do czterech kufli i z hukiem postawił je na kontuarze, pryskając dookoła pianą.

– Bierz i zejdź mi z oczu – warknął. Chłopak zapłacił, odebrał rachunek i czym prędzej się oddalił, balansując czterema ciężkimi szklanicami wśród tłoku. Po dłuższej chwili dotarł do reszty i opowiedział kumplom całą sytuację. Wspólnie uznali, że bogiem marketingu barman zdecydowanie nie jest i dziwili się popularności lokalu. Jonatana, niczym rój malutkich muszek, dręczyło poczucie, że coś mu umyka, ale neurony ogłosiły strajk wobec tak dużej ilości spożywanego etanolu i nie potrafił dojść, o co chodzi. Chwilę później okazało się, że popularność być może wynika z dobrej jakości serwowanych napojów i muszki leniwie odleciały. Ogarnęła go miła błogość.

Próbowali rozmawiać z samotnym jegomościem siedzącym na krańcu ławy, lecz niewiele z tego wynikło. Był mocno pijany – gadał bez sensu i robił głupie żarty. W pewnym momencie Tomek nerwowo oświadczył, że chyba coś go złapało za kostkę, na co ich sąsiad odrzekł ponurym głosem, że to Gerard, potwór spod łóżka siedzący pod stołem. Wszystkich (poza Tomkiem) rozśmieszył niezwykle pomysł, żeby potwór miał na imię Gerard i wpadał na drinka. Tamten zwyzywał ich od rasistów i ksenofobów i odwrócił się plecami. Nie zagadywali więcej.

Jonatan musiał udać się do łazienki, wstał więc i ruszył w losowo wybranym kierunku, lawirując między gośćmi. Wzrokiem szukał oznakowanych drzwi, a uchem łowił fragmenty rozmów toczących się wokół.

– … całej tej roboty mam odciski na dniach – żalił się ktoś zniechęconym głosem.

– Uważam, że smok gorzej trafił.

– Zapytaj Jagę o maść, na pewno…

Wszedł do drugiej sali, w której rozmowy wyparła głośna muzyka. Nigdzie nie było widać toalety, więc spróbował przejść na drugi kraniec pomieszczenia. I tutaj panował tłok, idąc ocierał się o mokre od potu ciała tańczących. Rozglądał się i jego wzrok przykuła jasnowłosa dziewczyna tańcząca na środku parkietu. Zgrabna, poruszała się z wdziękiem, dużo większym niż reszta kobiet na sali. Miała wyczucie rytmu, była zwiewna i delikatna i, co najważniejsze, tańczyła sama. Zapomniał, po co tu przyszedł, wszystko mogło poczekać. Zrobił krok w stronę dziewczyny, a ona podniosła wzrok i spojrzała wprost na niego przez całą długość sali. W niebieskich oczach, jak błędne ognie, migotały radosne iskierki. Uśmiechnęła się i zapraszająco wyciągnęła rękę w jego stronę.

Uśmiechnął się też, czując, że jest wyjątkowym szczęściarzem. Spróbował podbiec do niej, ale gdy tylko oderwał stopę od podłogi ktoś szarpnął go za ramię, boleśnie je ściskając. Spróbował się wyrwać, nie oglądając nawet za siebie. Nie chciał, nie mógł spuścić jej z oczu.

– Chcę z nią zatańczyć. – jęknął, a silna ręka omal nie zwichnęła mu barku. Było mu to obojętne. Liczyły się tylko te oczy…

Wtedy dostał w twarz, mocno, tak, że głowa odskoczyła mu w bok. Stracił pannę z oczu. Czując na policzku gorąco spowodowane zarówno uderzeniem, jak i nagłym gniewem, odwrócił się i zobaczył starszego mężczyznę, uważnie obserwującego go poważnym wzrokiem. Wyglądał jak każdy starszy pan, nie licząc faktu, że wyszedł z domu ubrany w coś w rodzaju postrzępionego prześcieradła.

-Odebrało ci rozum?! – zbeształ go, powoli puszczając rękę Jonatana. Ten tymczasem ze zdziwieniem odkrył, że dziadek ma we włosy wplątany duży, dębowy liść. Powiedzieć mu czy nie?

-Z wiłą chce ci się tańczyć, kretynie? To nie dla śmiertelników, nie… Jeden taniec i oszalejesz do reszty!

Zdecydował, że nie powie. Same świry w tym barze…

Skręcił w pierwszą lepszą stronę i oczywiście od razu znalazł drzwi do toalety. Tuż przy nich stał dębowy stół zajęty przez pochłoniętych dyskusją trzech mężczyzn. Najniższy z nich, podkręcając śmiesznego wąsa tłumaczył coś pozostałym – jeden, mimo gorąca, ubrany był w długi płaszcz i kapelusz, a drugi w zamyśleniu palił staromodną fajkę.

Muszki w głowie Jonatana zaczęły dziko brzęczeć. Uciekała mu jakaś ważna myśl, uparcie wyślizgując się z rąk. Postanowił zignorować ten męczący problem i wszedł do łazienki.

Spotkał tam dwóch mężczyzn, rozmawiających wierszem o duchu pojawiającym się o północy. Muszki przeszły do gryzienia, więc Jonatan uparł się symulować kompletną głuchotę. Zaczął się czuć trochę nieswojo.

W końcu zebrał się na odwagę i zagadnął najnormalniej wyglądającego faceta.

– Nie wiedziałem, że dzisiaj trwa jakiś konwent fantastyczny. – powiedział z szerokim uśmiechem.

Facet spojrzał na niego z niezrozumieniem, w niemym pytaniu unosząc brwi.

– No wie pan, książki, komiksy, gry, śmieszne przebrania i tak dalej…

– Chyba rozumiem, co pan ma na myśli – odrzekł tamten, marszcząc czoło – Ale tutaj zawsze tak jest.

– Zawsze?

– Tak. Nawet nazwa to sugeruje, choć jest trochę niedokładna – zaśmiał się z żartu, który tylko on rozumiał. – Ja też jestem tu nowy, większość mnie jeszcze nie zna i – tak między nami – nie sądzę, żeby to się zmieniło. Nie jestem najlepiej napisany. – Rozłożył bezradnie dłonie. – Rozumie pan, tu trochę za dużo przysłówków, tam kiepska metafora i nagle nikt nie chce spędzać z tobą czasu.

Jonatan pokiwał głową ze zrozumieniem, poklepał faceta po ramieniu i uciekł tak szybko, jak się dało.

 

Mężczyźni przy stole pod toaletą rozmawiali, jeśli dobrze usłyszał, o orangutanie wepchniętym do komina. Minął ich i podążył do własnego stołu, przy którym siedzieli jego właśni kumple. Stuprocentowo normalni. Absolutnie przeciętni. Stali na wierzchołku krzywej Gaussa i radośnie machali do wszystkich ludzi na jej brzegach, maleńkich jak mrówki. Pierwszy raz stanowiło to dla niego pocieszenie. Nie patrząc pod nogi potknął się o coś i wyłożył jak długi na kamiennej podłodze.

– Patrz, jak leziesz, baranie jeden – wrzasnął cieniutkim głosikiem krasnal, wygrażając mu przed nosem pięścią. Drugi, poprawiwszy czerwoną czapeczkę, pokazał Jonatanowi wulgarny gest i pomógł trzeciemu, przewróconemu, stanąć na nogi.

W tym momencie Jonatan osiągnął to, co powszechnie znane jest pod nazwą szczytu ludzkiej wytrzymałości.

 

***

Jakiś czas potem, stojąc pod drzwiami mieszkania nerwowo przetrząsał kieszenie w poszukiwaniu kluczy i solennie obiecywał sobie już nigdy nie brać do ust alkoholu.

 

Kilkanaście godzin później wciąż uważał to za dobrą obietnicę. W głowie, szalała mu burza z piorunami, z którą nieudolnie próbował walczyć kefirem i dużą ilością wody z cytryną. Całą noc śniły mu się koszmary z nieznaną blondynką, która zamiast stóp miała końskie kopyta. Na domiar po głowie snuły mu się szczątki niepokojących wspomnień minionej nocy. Próbując sobie z nimi poradzić, wyciągnął z kieszeni kurtki paragony i przejrzał je uważnie, ale w niczym mu nie pomogły. Zajrzał też do internetu, ale nie pamiętał nazwy ostatniego pubu, a na mapie nie udało się go znaleźć. Czym prędzej wyłączył komputer, niemiło rażący w oczy światłem monitora i po zadzwonił do Maćka. Coś mu bardzo nie grało.

– Cześć, Maciek, coś mi bardzo nie gra. Pamiętasz…co? Eee…prawie trzynasta. Słuchaj, mam pro… aaa, okej, okej, zadzwonię później.

Rozłączył się i po krótkim namyśle wybrał numer Tomka. Z nich wszystkich to on miał najsilniejszą głowę.

Tomek odebrał niemal od razu i, choć mówił ciszej i wolniej niż zwykle, zgodził się na krótką rozmowie.

-Wal stary – powiedział i Jonatan poczuł kiełkującą nadzieję na poukładanie chaosu w jego głowie.

-Mam problem – zaczął. Chodzi o ostatni pub, w którym byliśmy w nocy. Pamiętasz go?

– Ostatni pub? Stary, film mi się urwał chyba po pierwszej. Do tego momentu trzymaliśmy się listy, sprawdź na niej.

– Nie, wydaje mi się, że byliśmy w miejscu spoza planu.

– Serio? A staraliśmy się spisać wszystkie… Sprawdź w necie.

– Sprawdzałem, nie ma go. Nie mam też z niego rachunku.

W telefonie na chwilę zapadła cisza.

– Wiesz, co myślę, stary? Wypiliśmy wczoraj bardzo dużo. Zbyt dużo, żeby pamiętać koniec. Dlaczego tak ci na nim zależy?

-Był trochę… hmm… nietypowy.

-A widzisz – ucieszył się po drugiej stronie Tomek – to alkohol. Nie byliśmy w żadnym barze spoza listy. Jeśli czegoś nie ma w googlach, to to nie istnieje. Przyśniło ci się.

To proste wyjaśnienie. Niewątpliwie prawdziwe.

Jonatan przyjął je z ulgą, ale też z ukłuciem żalu w sercu.

Dobrze było przez chwilę żyć na tym samym świecie, co legendarni bohaterowie i postaci z komiksów.

Zgarnął rachunki z biurka, wyrzucił do kosza i, mimo kaca, wyszedł z domu. Czekał na niego prawdziwy świat.

Na klatce schodowej omal nie wpadł na sprzątaczkę zamiatającą schody. Przywitał się, ominął kupkę zmiecionych śmieci i zbiegł dalej po schodach.

Gdyby przyjrzał się uważniej śmieciom, spostrzegłby niedużą kartkę, leżącą na wierzchu.

Był to rachunek za cztery ciemne piwa, z wytłuszczoną u góry nazwą. Nazwa ta brzmiała: „Gdzie ludzka stopa nie postała”.

Ale nie spojrzał.

Koniec

Komentarze

Jakiś pomysł był, ale został podany w bardzo okrojonej formie. Skoro nie wiem, co sprawiło, że chłopcy trafili do osobliwego baru, pozostaje mi przyjąć, że wypili zbyt wiele, a Jonatan miał zwykłe omamy. Rachuneczek na kupce śmieci to dla mnie trochę za mało, by uznać nocne zdarzenie za fantastyczne.

Wykonanie, co stwierdzam z przykrością, pozostawia sporo do życzenia.

 

bar­dzo się zdzi­wi­li gdy– wra­ca­jąc już do domu… –> Brak spacji przed półpauzą.

 

We­szli więc do środ­ka.

Prze­szli pod ar­cha­icz­nym szyl­dem… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

ktoś inny na­dep­nął na stopę ob­ca­sem buta… –> Masło maślane. Czy istniała możliwość, by nadepnięto go innym obcasem, nie buta?

 

że nie po­trzeb­na mu w pubie ochro­na. –> …że niepo­trzeb­na mu w pubie ochro­na.

 

– Wie­czór ka­wa­ler­ski? Świet­nie wy­bra­li­ście. Lep­sze piwo wy­pi­je­cie tylko u mo­je­go ojca. – od­gar­nął z czoła… –> – Wie­czór ka­wa­ler­ski? Świet­nie wy­bra­li­ście. Lep­sze piwo wy­pi­je­cie tylko u mo­je­go ojca. – Od­gar­nął z czoła

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

– Słu­chaj…– za­czął grom­kim tonem… –> Brak spacji po wielokropku.

 

– … całej tej ro­bo­ty mam od­ci­ski na dniach… –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

-Ode­bra­ło ci rozum?! –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Ten błąd pojawia się jeszcze kilkakrotnie w dalszym ciągu opowiadania.

 

Czym prę­dzej wy­łą­czył kom­pu­ter, nie­mi­ło ra­żą­cy w oczy świa­tłem mo­ni­to­ra i po za­dzwo­nił do Maćka. –> Zbędny grzybek w barszczyku?

 

Pa­mię­tasz…co? Eee…pra­wie trzy­na­sta. –> Brak spacji po wielokropkach.

 

to on miał naj­sil­niej­szą głowę. –> Raczej: …to on miał naj­mocniej­szą głowę.

 

zgo­dził się na krót­ką roz­mo­wie. –> …zgo­dził się na krót­ką roz­mo­wę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A mnie się nawet podobało, chociaż wyjaśnienie rzeczy, o których wspomniała Reg, raczej by tekstowi nie zaszkodziło.

Ujęły mnie wstawki na temat złośliwej grawitacji. :-)

Babska logika rządzi!

Sympatyczne. Widać pratchettowskie inspiracje (te kosmiczne metafory), choć nie do końca nad nimi panujesz i trochę przesadzasz z określnikami – nie musi ich być aż tyle. No, i spróbuj bardziej zróżnicować zdania, bo zwłaszcza początek się wlecze. Uważaj na powtórzenia. Powodzenia!

 jedynymi osobami w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, dla których był kompletnie nieznany

Jedynymi osobami (…), którym był zupełnie nieznany (lepiej – które go nie znały). "Dla których" to rusycyzm.

 nadepnął na stopę obcasem buta, z impetem przywodzącym na myśl dzikiego konia

Hę? Może kopnięcie konia? Nie przekonałaś mnie tutaj – może trochę bardziej opisz, jak chłopak się przeciska przez tłum?

 przysadzistym, acz potężnie zbudowanym

Przysadzisty to już potężny (tyle, że wszerz).

 nie potrzebna

Piszemy razem.

 Ani nawet jakakolwiek broń.

Może mniej abstrakcyjnie: W razie czego rozprawiłby się z uciążliwym klientem gołymi rękami?

 sprytny i niepodważalny argument

Co to jest "sprytny argument"? W następnym zdaniu jest trzy razy "się" – to za dużo. Ja zrobiłabym tak: Instynkt samozachowawczy Jonatana był zajęty bardzo ciekawą dysputą z grawitacją i pewnie dlatego chłopak odparł, że tabliczka na drzwiach twierdzi inaczej, a tak w ogóle, dodał radośnie, jest tu na wieczorze kawalerskim. Logika tego argumentu wydawała mu się nie do odparcia, ale niestety – barman był innego zdania. Byłby to koniec naszej historii, gdyby nie siedzący obok gość, który wtrącił się do rozmowy.

 Co zaś do wesel, to wszyscy wiemy, że by się dostać, jesteś skłonny nawet przebrać się za pannę młodą.

Dziwnie to brzmi: A co do wesel, wszyscy wiedzą, że potrafisz się przebrać za pannę młodą, byle na jakieś wejść.

 Blondynowi w ułamku sekundy spłynął z twarzy szeroki uśmiech, w oczach zagrały opętańczy taniec pioruny.

Ten facet to Thor, zgadłam? "Uśmiech spłynął z twarzy" to bardzo… mmm… nienajlepsza metafora, a tańca się nie gra. Może szeroki uśmiech zgasł, a pioruny zamigotały?

 Powiedział do barmana coś niezrozumiałego, a osiłek zbladł, choć spojrzenie mu nie złagodniało.

Powiedział coś zrozumiałego – tylko Jonatan tego nie usłyszał.

 Po dłuższej chwili dotarł do reszty i opowiedział kumplom całą sytuację.

I nie możesz tego pokazać?

 Był mocno pijany – gadał bez sensu i robił głupie żarty

Rozumiem, skąd to wynika, ale nie zdziwiło ich, że taki ponurak robi im dowcipy?

 Jonatan musiał udać się do łazienki, wstał więc i ruszył w losowo wybranym kierunku, lawirując między gośćmi.

Za wysoki ton. "Udać się"?

 mam odciski na dniach – żalił się ktoś zniechęconym głosem.

Dłoniach. Wystarczy, że się żalił – domyślimy się, jak to brzmi.

 poruszała się z wdziękiem, dużo większym niż reszta kobiet

Troszkę to zgrzyta. Może: poruszała się z nieziemskim wdziękiem?

 była zwiewna i delikatna

Mogła mieć zwiewną sukienkę, ale czy sama była zwiewna?

 Uśmiechnął się też, czując, że jest wyjątkowym szczęściarzem.

Odwzajemnił uśmiech. Rany, ale miał szczęście!

 ktoś szarpnął go za ramię, boleśnie je ściskając

Wystarczy: ktoś szarpnął go za ramię.

Czując na policzku gorąco spowodowane zarówno uderzeniem, jak i nagłym gniewem

Wiemy, czemu jest mu gorąco – wystarczy napisać, że płoną mu policzki.

 uważnie obserwującego go poważnym wzrokiem

Powtarza się dźwięk: przyglądającego mu się badawczo.

 Wyglądał jak każdy starszy pan, nie licząc faktu, że wyszedł z domu ubrany w coś w rodzaju postrzępionego prześcieradła.

Wyglądał jak zupełnie zwyczajny starszy pan, przebrany do występu w amatorskim kółku dramatycznym, wystawiającym jakąś grecką komedię.

 zbeształ go, powoli puszczając rękę Jonatana

Zbeształ Jonatana, trzymając rękę blisko jego ramienia.

 Ten tymczasem ze zdziwieniem odkrył, że dziadek ma we włosy wplątany duży, dębowy liść.

Człowiek z liściem na głowie:): Chłopak ze zdumieniem zauważył w siwej czuprynie rozmówcy duży dębowy liść.

 Najniższy z nich, podkręcając śmiesznego wąsa tłumaczył coś pozostałym

Wtrącenie: "Najniższy z nich, podkręcając śmiesznego wąsa, tłumaczył coś pozostałym". Czemu ten wąs był śmieszny?

 Muszki przeszły do gryzienia

Ta metafora poszła trochę za daleko.

 Facet spojrzał na niego z niezrozumieniem, w niemym pytaniu unosząc brwi.

Nie tłumacz, co mamy myśleć, tylko pokazuj, co się dzieje: Facet spojrzał na niego, unosząc brwi w niemym pytaniu.

 Pierwszy raz stanowiło to dla niego pocieszenie.

Nigdy dotąd tak go to nie uspokajało.

 Jakiś czas potem, stojąc pod drzwiami mieszkania nerwowo przetrząsał kieszenie

Jakiś czas później, pod drzwiami mieszkania, nerwowo przetrząsał…

 Kilkanaście godzin później wciąż uważał to za dobrą obietnicę.

Nie zmienił zdania po kilkunastu godzinach.

 W głowie, szalała mu burza z piorunami, z którą nieudolnie próbował walczyć kefirem i dużą ilością wody z cytryną.

Nie rozdzielaj podmiotu i orzeczenia: W głowie szalała burza z piorunami i nie zamierzała przestać, mimo zalewania sztormowych fal kefirem i wodą z cytryną.

 Całą noc śniły mu się koszmary z nieznaną blondynką, która zamiast stóp miała końskie kopyta. Na domiar po głowie snuły mu się szczątki niepokojących wspomnień minionej nocy.

Całą noc śnił o obcej blondynce z końskimi kopytami zamiast stóp, a w dodatku brzęczały mu w głowie odłamki dziwnych wspomnień minionej nocy.

 Z nich wszystkich to on miał najsilniejszą głowę.

Najmocniejszą.

 Tomek odebrał niemal od razu i, choć mówił ciszej i wolniej niż zwykle, zgodził się na krótką rozmowie.

Tomek odebrał po drugim dzwonku. Mówił ciszej i wolniej, niż zwykle, ale słuchawką nie rzucił.

 Zbyt dużo, żeby pamiętać koniec.

Za dużo (ton!).

 Dobrze było przez chwilę żyć na tym samym świecie, co legendarni bohaterowie i postaci z komiksów.

I musisz to tak łopatą? A było ładnie i subtelnie.

z wytłuszczoną u góry nazwą

Wydrukowaną u góry nazwą, albo nazwą wypisaną tłustym drukiem u góry.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

 

krasnal jest – jest fantastyka

zostałem ostrzeżony, że tekst jest o niczym i faktycznie jest o niczym

rozwijając mysl finkli: pierwsza wstawka o grawitacji była fajna, druga smutna, trzecia rozpaczliwa. 

sprytny i niepodważalny argument – nie słuchaj Tarniny, to jedna z lepszych fraz i idealnie oddaje klimat.

 Ten tymczasem ze zdziwieniem odkrył, że dziadek ma we włosy wplątany duży, dębowy liść. – nie słuchaj Tarniny, Twoja konstrukcja jest lepsza.

Ogólnie jest ok, tylko szkoda, że straciłem czas czytając o niczym.

Dziękuję Wam bardzo za konkretne opinie, bardzo mi pomagają. Właśnie czegoś takiego potrzebowałam.

Tarnina – tak, zgadłaś, Thor :)

Sympatyczny tekst. Parę motywów związanych z personifikacją grawitacji bardzo przypadło mi do gustu.

Całość wymagałaby jeszcze obróbki pod względem technicznym. Zdarzają się źle napisane dialogi i inne błędy. Chwytaj przydatne w tej kwestii linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Mnie też tekst się nawet podobał. Zgadzam się z Regulatorami i Finklą, że kilka zdań objaśnienia, by nie zaszkodziło, ale z drugiej strony łatwo uzupełniłam sobie luki w tekście, zwalając na przypadek, lub jakąś magiczną porę… A może skoro postacie z opowiadań mogły wejść do tego pubu, to Twoi bohaterowie też? (jakby nie patrzeć, też są postaciami z opowiadania). Też podobała mi się złośliwa grawitacja, męczące muchy i kilka innych metafor, ale podobnie jak pozostali uważam, że tekst zasłużył na odrobinę dokładniejszą redakcję. Gdyby zdażyło Ci się poprawić wytłuszczone przez moich poprzedników błędy, chętnie nominowałabym Twój tekst do portalowej biblioteki. 

Całkiem przyjemne, choć przewidywalne niemal od pierwszego akapitu. Dobrze napisane, choć chyba ciekawiej byłoby zostawić niedopowiedzenie na końcu. Zabrakło mi też jakiejś akcji, która byłaby bardziej złożona/ciekawsza od pójścia do kibla, może dało się z tego pomysłu wycisnąć trochę więcej…

Przyjemna, niezobowiązująca lektura.

No nieźle.

Nowa Fantastyka