- Opowiadanie: CountPrimagen - Smakołyk dla dżdżownicy

Smakołyk dla dżdżownicy

Dawno dawno temu była sobie straszna wiedźma, która, nie uwierzycie, w imię miłości jadła... robaki. Pewien młodzieniec zamordował ją dla dobra swoich bliskich, nie wiedząc, że wyniknie z tego więcej szkód niż korzyści.

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania tego nostalgicznego gore horroru drogi – wyszło długie, ale starałem się nie zamulać. Wielce się będzie Count radował każdym komentarzem!

 

EDIT: Dla tych, którzy wyświetliliby poniższe plugastwo na telefonie: Smartfon zmienia moje piękne maszynowe emotki i serduszka na jakieś kolorowe paskudztwa. Czytaj więc, drogi Gościu, na ekranie komputera, bo immersja sięgnie dna XD

EDIT2: Droga Reg. Obiecałem Ci ostatnio tekst, który będzie zrozumiały. Oczywiście zamierzeń nie zmieniłem, jednak... wtedy planowałem wrzucić co innego. A zatem – miej się na baczności! Może być różnie! ;)

 

A dla chętnych – po raz pierwszy! premierowo! – opowiadanie w formacie PDF!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Smakołyk dla dżdżownicy

Nie tak to miało wyglądać.

Nie taką przyszłość wyobrażałem sobie, gdy przyciskałem jej rozlazłe cielsko do lodówki, gdy zgniatałem palcami pomarszczoną szyję i krzywiłem się ze wstrętem, czując wilgoć pryskających na moją twarz kropelek śliny.

Bóg mi świadkiem, że miałem jak najlepsze intencje, a morderstwo babci Mii było podyktowane koniecznością. Nie mogliśmy dłużej żyć w ten sposób…

– Marten? I co powiedział lekarz? – Przez drzwi przedarł się pełen troski głos Darji. Zamiast odpowiedzieć, spojrzałem w lustro i westchnąłem na widok swoich pustych, zapadniętych oczu, ziemistej cery, sinych warg. Usta wykrzywiły się w fałszywym uśmiechu, gdy Darja, nie mogąc doczekać się odpowiedzi, weszła do środka.

– Marten… Powiedz mi. – Żona przytuliła się do mnie, jej udręczona twarz zniknęła w fałdach mojej koszuli. Jej stopy, odziane w japonki, pokrywały sine plamy. Widziałem to już w Internecie… Wygląda jak… – przeszło mi przez myśl, jednak zmusiłem się, by przestać. W końcu i tak pozostała już tylko nadzieja.

– Cóż mogę ci powiedzieć… Lekarz osłuchał mnie, pobrał krew na badania i odesłał z kwitkiem. Stała gadka, kochanie. Czy wysypia się pan ostatnio? Czy pije pan odpowiednią ilość płynów? Czy suplementuje pan witaminę C? Nie wiedzą, co nam dolega.

– Ale… Nie możemy tak żyć. Mówiłeś o dzieciach?

– O tobie, o dzieciach… Stwierdził, żebyśmy odczekali jeszcze kilka dni i dużo wypoczywali, unikali stresujących sytuacji – roześmiałem się ponuro. – Nie pomogą nam, Darja. Taka choroba podobno nie istnieje i nawet testy genetyczne, które mogłyby rzucić na sprawę trochę światła, nie wpłyną na leczenie. Bo leczenie nie istnieje.

W miarę jak mówiłem, Darja coraz mocniej do mnie przywierała, coraz bardziej drżała. Pogłaskałem ją po głowie, jednak przestałem, gdy przy dociśnięciu palców wyrwałem żonie kępkę włosów.

 Darja spojrzała w lustro i z nieodgadnionym wyrazem twarzy dotknęła placka białej skóry. Ścisnęła mnie za rękę, jej palce były trupio zimne.

– Mniejsza z nami… Bardziej martwię się o dzieci. Dlaczego babcia Mia musiała zniknąć? Właśnie teraz, gdy tak bardzo jej potrzebujemy?

– Potrzebujemy? Darja, przecież ona… Zamknęła cię w domu i pomiatała tobą, jakbyś była jej służącą! A przecież tak chciałaś otworzyć salon kosmetyczny… Kochanie, ona krzywdziła nasze dzieci!

– Marten. Czyś ty oszalał? Gdyby nie ona, nie mielibyśmy tego wszystkiego! – Rozpostarła ramiona i obróciła się wokół własnej osi. Przez głowę przemknęła mi myśl, że pomimo wyniszczenia wciąż była zgrabna i piękna. – Och, gdzie jesteś, babciu… Od kiedy odeszłaś, czuję się jakby… część mnie umarła.

Słysząc słowa żony zadrżałem, jednak nie powiedziałem ani słowa. Znałem staruchę lepiej niż ktokolwiek inny – w końcu to ona przygarnęła porzucone przez dwójkę nierozważnych nastolatków dziecko i wychowała na człowieka, którym się stałem.

W najodleglejszych wspomnieniach wciąż widziałem przystań, spokojne wody jeziora Pejpus i uśmiechnięte twarze Estończyków z pobliskich wiosek, które szybko zamieniliśmy na pola i lasy północno-wschodniej Polski.

Dlaczego osiedliliśmy się w Zaboryszkach, mieścinie oddalonej o dwadzieścia kilometrów od Suwałk, nie wiedziałem. Faktem jednak pozostawało, że to tutaj spędziłem dzieciństwo i wszedłem w dorosłość.

To tutaj, również za sprawą babci Mii, poznałem Darję, zakochałem się w niej i pojąłem za żonę. Później, gdy okazało się, że tak ja, jak i Darja, jesteśmy bezpłodni, otrzymałem z rąk staruszki dwoje dzieci – Sandrę i Artjona. Skąd pochodziły bliźnięta, tak naprawdę nie wiedziałem. Podejrzewałem, że podobnie jak ja sam, zostały porzucone.

Co tu ukrywać, zawdzięczałem jej wszystko i z tego też względu szanowałem. Ale nigdy nie kochałem. Ilekroć babcia na mnie patrzyła, w jej oczach dostrzegałem odrazę i nieudolnie skrywany niepokój. W dzieciństwie, w ramach kary, zamykała mnie w pokoju i głodziła. Domagała się posłuszeństwa, które nieraz wymuszała skórzanym pasem. Z czasem krwawe pręgi zblakły, jednak ból pozostał.

Podobnie, jeszcze tydzień temu, biła moje dzieci i Darję. Katowała ich fizycznie, jako że pomimo wieku rękę wciąż miała silną, a także psychicznie. I cóż z tego, że robiła to przede wszystkim podczas moich godzin pracy, skoro jedno spojrzenie zmatowiałych oczu żony mówiło mi więcej niż tysiąc słów? Cóż z tego, skoro widok siniaków na ciałkach dwuletnich ledwie dzieci bolał znacznie bardziej niż zadane przed laty razy?

Nie mogę powiedzieć wam prawdy… – pomyślałem, wciąż tuląc do piersi żonę. – Choć uczyniła wam tyle zła, tęsknicie za nią, jakby była najlepszą osobą na świecie. Dlaczego, Darja…? Dlaczego?

Nie chcąc kontynuować tematu, który nas poróżnił, delikatnie objąłem żonę i wróciliśmy do salonu, do dzieci. Maleństwa bawiły się na dywanie, ich ruchy były powolne i nieprecyzyjne. Plamy opadowe znaczyły stópki, kolanka i rączki. Główki nabrzmiały jak u topielców.

– Z jednej strony jestem przerażona. A z drugiej… nic nie czuję – szepnęła Darja, a mnie pozostało tylko bezradnie skinąć głową. Miałem podobnie, choć gdzieś na dnie serca tlił się jeszcze sprzeciw. Ilekroć przypominałem sobie zimną, bezduszną twarz staruchy, gniew powracał, motywując do działania.

– Artjon, synku… Chodź do tatusia… – Chłopiec z trudem uniósł główkę. Z jego oczu popłynęło kilka łez, rozbijając się na klockach lego. Spróbował wstać, ale upadł. Spróbował raczkować, jednak nie miał dość sił. Sandra szczebiotała bezmyślnie, choć jeszcze przed tygodniem wypowiadała proste słowa.

Darja rozpłakała się; ta scena przelała czarę goryczy. Zauważyłem, że w niej również pozostało niewiele łez.

– Moje maleństwa! – zawyła, tuląc do siebie wiotczejące w oczach bliźnięta.

One umierają – pomyślałem. – One umrą, jeśli nic nie zrobię. One… Niewinne… Nie powinno…

(Nad moją głową krążą mewy, przecinając błękitny nieboskłon, a dookoła rozpościerają się kwiatostany łubinu i wyki, grochu i fasoli. Ich zapach jest dojmujący, tak intensywny, że tracę oddech. A może to z powodu bólu? Leżę na miękkim posłaniu z koniczyny, obracam głowę i widzę teraz zieleń jej listków, fiolet kwiatów. Wypatruję czterolistnej, jednak zamiast tego dostrzegam te wijące się, obłe kształty. Segmentowane ciałka strącające z koniczyny poranną rosę. Dżdżownice. A wśród nich palce. Szukające czegokolwiek – pomocy, pocieszenia, a najlepiej śmierci. Moje palce. Dżdżownice i palce, dżdżownice i palce…)

Przetarłem oczy, przerywając wizję. Tak niewiarygodną, jak przed chwilą rzeczywistą. Wariuję… – pomyślałem, w pełni świadom, że nie pierwszy raz widzę tę łąkę i robactwo. Rok temu udałem się nawet do kliniki psychiatrycznej, jednak lekarz nie potrafił wyjaśnić genezy „widzeń”. – Aż dziwne, że nie zalecił witaminy C…

– Ba-babcia. Gdzie babcia? – szepnęła Sandra, z trudem poruszając ustami. Jej drobna twarzyczka powoli tężała, upodabniając się do maski.

Darja przypadła do bliźniąt i przytuliła je mocno, zanosząc się płaczem. Po chwili dołączyłem do nich i trwaliśmy tak, nieświadomi upływającego czasu, nieszczęśliwi.

(Dżdżownice i palce… Dżdżownice i palce…)

 

01.

Za oknami zapadł zmrok, a Darja podniosła się z ziemi, biorąc na ręce wiotką Sandrę. Dołączyłem do niej, tuląc do piersi Artjona. Położyliśmy dzieci do łóżek. W drodze coś jeszcze szeptały, najpewniej nawoływały babcię swymi słabnącymi głosikami, jednak przykryte kołdrami zasnęły natychmiast.

Darja udała się do łazienki celem zmycia z siebie trupiego odoru i przywrócenia choć trochę gładkości zmacerowanej skórze, ja w tym czasie zrobiłem kawę. Bardzo mocną, byleby pobudzić bijące z trudem serce. Przed oczami miałem mroczki.

Usiadłem przy stole i oddychałem powoli, póki nie ustały zawroty głowy. Spojrzałem na lodówkę, ponownie przypominając sobie twarz starej Mii. Jej uważne spojrzenie i skrzeczący głos, którym spytała, gdzie, u diabła, podziewa się Darja i dzieciaki. Ostatnie słowa przed śmiercią.

Decyzję podjąłem już dawno temu, jednak od myśli do czynu przeszedłem dopiero ostatnio, gdy dowiedziałem się, że starucha podczas kąpieli Artjona zaczęła wpychać łapy tam, gdzie nie powinna.

Po powrocie z pracy wysłałem rodzinę do sklepu, a sam zaczaiłem się w kuchni, w której jakiś czas później zjawiła się Mia. Przydusiłem staruchę i trwałem tak, cierpliwie znosząc drapiące po ramionach pazury, nienawistne spojrzenia, miotane bezgłośnie klątwy. Czy to właśnie wtedy ta kobieta nas przeklęła?

Jej brzuch, groteskowo wzdęty, kołysał się z każdym ruchem słabnącego ciała, rósł i malał, jakby toczyło się w nim odrębne, równie plugawe życie, jakby umierało wraz z Mią. Coś się w nim przelewało, burczało i jęczało, jakby mój czyn rozgniewał samego diabła.

To właśnie owo brzuszysko było tym, co najbardziej przerażało mnie w babci. Gdy puchło, miałem koszmary. Metamorfoza nadchodziła okresowo i trwała mniej więcej tydzień – przez ten czas starucha przeobrażała się z surowej kobiety w obrzękniętego potwora. W jej trzewiach coś się poruszało, a babcia głaskała wtedy owo brzuszysko i mruczała uspokajające słowa. Wyglądała jak kobieta w patologicznej ciąży, sprawiała wrażenie cierpiącej, jednak na słowa współczucia, które przynajmniej w dzieciństwie wyrażałem, odpowiadała agresją.

Mówiła, że musi się tylko „wypierdzieć” i znikała w swojej samotni. Gdy ją opuszczała, zwykle było już po wszystkim. Do następnego razu.

Gdy dusiłem staruchę, brzuszysko dopiero zaczęło rosnąć, a jednak już wtedy przecinały je grube jak powrozy, granatowe żyły, gdzieniegdzie stwardniałe na podobieństwo guzów. Zacisnąłem palce jeszcze mocniej i kobieta znieruchomiała. Umieściłem jej ciężkie ciało w samochodzie, obok kanistra z benzyną i przewiozłem do pobliskiego lasu, by pożegnać Mię w blasku ognia.

 W tej chwili babcia była wspomnieniem, choć tak wypatrywane przeze mnie szczęście wcale nie nadchodziło. Spojrzałem na swoje granatowe paznokcie i podważyłem płytkę, która ze wstrętnym dźwiękiem odlepiła się od palca. Zemdliło mnie, tym bardziej, że w ogóle nie czułem bólu.

Wypiłem kawę. Filiżanka Darji stała obok, w domu panowała cisza. Stanąłem w drzwiach sypialni dzieci i trwałem tak, wpatrując się w obejmujące nasze pociechy ciało żony. Tak zimno… Spoglądałem na nich i z każdą chwilą czułem coraz mniej, moje serce zdawało się gnić, umysł pożerało robactwo.

– Ocalę was – złożyłem obietnicę ciemności. Przeszedłem korytarz, zatrzymując się dopiero przed drzwiami do pokoju babci i ująłem klamkę. Po raz pierwszy od kiedy pamiętam, pomieszczenie stało otworem.

 

02.

Pierwsze, co zwróciło moją uwagę, to panujący w pokoju bałagan. Podłoga zasłana była papierami, trocinami i jakimiś dziwacznymi, przypominającymi zeschłe liście łupinami, z sufitu zwisały girlandy pajęczyn. Barłóg, w którym najpewniej Mia spała, ledwie przypominał łóżko, obok niego spoczywało wiadro ze śmierdzącą zawartością, nad którą krążyły roje much. Zakaszlałem, choć bardziej odruchowo niż z potrzeby. Smród zdawał się przytłumiony, jakby stanowił bardziej wspomnienie fetoru, niż coś organicznego.

Z kątów pokoju wpatrywały się we mnie skundlone maskotki i lalki w porozdzieranych sukienkach. Nie byłem pewien, czy w ich szklanych oczach dostrzegam radość czy smutek, poczułem się jednak bardzo nieswojo.

Wiszące na ścianach fotografie szeleściły na wdzierającym się przez uchylone okno wietrze, jakby poruszone obecnością intruza. Najwięcej ich wisiało nad biurkiem, otoczonym przez puste opakowania po żywności. Najwyraźniej to tutaj moja przeklęta babka spędzała większość swojego czasu. Zbliżyłem się i leżącą na blacie zapalniczką przypaliłem knoty stojących tu świec.

– Zawsze bałem się tego miejsca, wiesz? Wciąż się na mnie gniewałaś, patrzyłaś z takim wstrętem, a później znikałaś w pokoju i… wydawałaś te dźwięki – mruknąłem, przypatrując się wypełniającej śmietnik górze chusteczek. Po raz pierwszy pomyślałem, że dobiegające stąd przez tyle lat jęki mogły być po prostu płaczem babci.

Spojrzałem na czarno-białe fotografie, mrużąc oczy, by w rozedrganych płomieniach świec lepiej dojrzeć szczegóły. Na jednej z nich piękna młoda kobieta wychylała się z okna krytego strzechą domu i machała do stojącego u jego frontu fotografa, „do mnie”. Jej uśmiech, lekka sukienka i ołowiana szarość nieboskłonu wskazywały, że lato trwało w najlepsze.

Na innej, mężczyzna o ufnej twarzy i w okularach z grubymi szkłami z dumą opierał się o obsypane kwieciem drzewo. Gatunku nie rozpoznawałem, jednak miałem dziwną pewność, że zaraz po zrobieniu tego zdjęcia mężczyzna zerwie jeden z kwiatów i wsunie go w blond włosy zanoszącej się śmiechem pani fotograf – machającej z okna dziewczyny. Wiedziałem, że zatopi w tych włosach spracowaną rękę i przysunie jej twarz do swojej własnej. Że za chwilę zacznie scałowywać jej uśmiech, spijać z ust słodki sok wiśni, które dziewczyna dopiero co jadła, a z każdym pocałunkiem i jednego i drugiego będzie coraz więcej.

Nie wiem, skąd to wiedziałem, lecz… nie wątpiłem, że tak właśnie wygląda prawda. Tych dwoje kochało się, co potwierdzały wszystkie obwieszające ściany zdjęcia. Żyli szczęśliwie w swym krytym strzechą domku, pracowali ciężko w pobliskiej wiosce, dbali o ogródek i utrzymywali dobre kontakty z sąsiadami. A jednak było coś jeszcze. Tak jak awersowi zawsze towarzyszy rewers, a po burzy nadchodzi słońce, tak i ta para nie pozostała bez skazy.

Ponownie przypatrzyłem się zdjęciom, szukając jakiegoś wspólnego mianownika. Tyle o nich wiedziałem… Kim byli? Dlaczego wydawali mi się tak znajomi i dlaczego zapomniałem? Jakim cudem pamiętałem ich głosy?

I, przede wszystkim – czego brakowało?

(– Dlaczego tak na mnie patrzysz? Dlaczego nic nie mówisz?

Tak teraz, jak i poprzednio, odpowiada mi cisza. Boli.

Czarne kosmyki ruszają się na wietrze, usteczka wygina uśmiech.

Tak strasznie boli…)

– Gdzie ona jest? – rzuciłem gorączkowo i nagle zacząłem trząść się jak w febrze. Zapomniałem o czymś ważnym, czymś strasznym. A teraz, gdy zacząłem sobie przypominać, to coś pokazało kły. Było głodne.

Piękna dziewczyna machała z okna, ale wcale nie do fotografa. Spoglądała nieco bardziej w lewo, prosto na… ścielący się na trawie cień czegoś poza zasięgiem obiektywu. Czy jednak… machała na powitanie czy pożegnanie? A może wcale nie machała, tylko wyciągała tęsknie rękę w kierunku tego obiektu? Czy w jej jasnych oczach nie gościły przypadkiem łzy?

Sympatyczny mężczyzna z dumą opierał się o kwitnące drzewko, czy jednak jego ręka rzeczywiście dotykała pnia? A może raczej sięgała za ten pień, zaciskając palce na kimś tam ukrytym? Czy uśmiech na jego twarzy wyrażał dumę, skoro w spojrzeniu krył się niepokój? Więcej – był skonsternowany. Coś mu się nie podobało, coś go niepokoiło.

Otarłem pot z czoła równie lodowatego co moje palce. Zauważyłem, że od dłuższego czasu już nie oddycham, zaczęło mi się kręcić w głowie. Przysiadłem na krześle i rozgarnąłem zaścielające biurko papierzyska. Listy, notatki… Czego tu nie było. Większość nieczytelna, jednak kilka kartek dałem radę odcyfrować.

 

Przepraszam, najdroższy. Nie chciałam mogłam inaczej. Bałam się, a czerń Twoich oczu… paraliżowała. Nie wiedziałam, że tak to się skończy. Łzami. Znowu.

Czy w życiu nie może spotkać mnie cokolwiek dobrego?

Patrzę w ich twarze, jednak każda, co do jednej, jest fałszywa. Uratuj mnie, najdroższy. Wybacz mi i wróć. Nie mogę dłużej czekać, nie mogę już na nich patrzeć.

To za bardzo  

 

Nie ufam im. Ich uśmiechom, słowom, gestom. Ich sercom.

Wiem, że zależy im jedynie na mojej krzywdzie, nienawidzę ich, a jednak… kocham?

Jutro znowu szkoła. Znów będą na mnie patrzeć, znów będą szeptać. Może lepiej umrzeć zachorować? To mniej boli.

Widzę was. Znów podsłuchujecie.

 

Nowy dom wcale nie jest lepszy. Wcale. Nie wiem, po co tata go wybudował. Tu jest nudno, a sąsiedzi ciągle się gapią i pytają o coś rodziców. O mnie.

Wczoraj, w szkole, zbiłam tę przebrzydłą dziewuchę. Dostała na co zasłużyła, a jednak kiedy wracałam, całe wstrętne Tooni wodziło za mną wzrokiem. Wścibscy ludzie.

Wolę już Saare. Przynajmniej jest blisko wody, w której można utonąć.

 

Widziałam CIĘ! Dlaczego kryjesz się w kwiatach? Dla mnie? Jesteś tam dla mnie? Jesteś moją małą, cichutką tajemnicą?

Ojej, nie wierzę, że spotkało mnie takie szczęście, ojej, jak mi dooooobrze

 

Dlaczego nic nie mówisz, kiedy Mia płacze? Czy już Cię nie obchodzi Twoja Mia? MIA? Wciąż mi nie odpowiedziałeś, najdroższy Martenie, co jest smakołykiem dla dżdżownicy?

 

Zapisków było zdecydowanie więcej – część miała formę listów, pozostałe wyglądały jak urywki dziennika, wszystkie jednak cechował wszechobecny chaos. Niektóre zostały napisane w optymistycznym tonie, inne zapowiadały samobójstwo bądź pozostawały beznamiętną relacją. Nawet gdybym miał na to czas, nie byłbym w stanie uszeregować ich chronologicznie, jedno jednak nie pozostawiało wątpliwości – zapiski odnosiły się do młodości babci Mii. Spojrzałem jeszcze raz na zdjęcia i domyśliłem się, że muszą one przedstawiać rodziców staruchy i świeżo wybudowany dom w estońskim Piiri.

Tylko… Kim był Marten? – zastanowiłem się z niepokojem. Treść listów jasno wskazywała, że Mia zakochała się w tym mężczyźnie i najpewniej właśnie po nim nadała mi imię.

Następne pół godziny spędziłem na jałowych rozmyślaniach i przeszukiwaniu pokoju babci. Na półkach znajdowały się nieruszane od lat książki. Pluszaki oraz lalki pokrywał kurz. Spod łóżka wysypywały się łupiny – brązowe i kruche, przypominały te z cebuli, jednak rozmiar niektórych wskazywał, że mogłyby okryć zdecydowanie większe warzywa.

Zawartość kosza wysypałem na podłogę i pogrzebałem w śmieciach, wśród których dominowały chusteczki. Teraz już suche, wcześniej najpewniej wilgotne od łez i smarków.

– Och… – Przerwałem poszukiwania, dostrzegając fragment rozdartej fotografii. Przedstawiał kwitnącą łąkę, skrawek bezchmurnego nieba i ciemny rząd drzew na horyzoncie. Spokój krajobrazu burzyła jedynie ta wystająca z oddartej części zdjęcia RĘKA. Palce zakrzywiały się na podobieństwo szponów, paznokcie były czarne. Podłużne ślady obok podpowiadały, że chwilę wcześniej rozpaczliwie szarpały zielony kobierzec z koniczyny, wydrapując ziemię, z której… wyłaziły dżdżownice.

Poczułem zgrozę, na ciało wystąpiła gęsia skórka.

– O Boże…

(– Cześć, nazywam się Mia. A ty?

– …

– Ojej, dlaczego nic nie mówisz? Powiedzmy, że nazywasz się Marten, co? Jak chłopak z mojego ulubionego serialu. – Zanosi się histerycznym, obłąkanym śmiechem, a ja z trudem przełykam ślinę. Próbuję sięgnąć ku tej młodej, czarnowłosej dziewczynie, jednak palce tylko bezradnie drapią ziemię.

Nagle czuję coś śliskiego i miękkiego, naciskam mocniej, a to coś pęka.

– Nikt mnie nie rozumie, wiesz, Marten? Nie mam nawet z kim pogadać, kurwa. Pierdoleni rodzice, pierdoleni „koledzy” – mówi tymczasem Mia. Wypowiadając ostatnie słowo, wykonuje palcami gest oznaczający cudzysłów. Usadawia się obok, zamyślona i obojętna, a ja wciąż sięgam. Coś znowu pęka.

Spoglądam w bok – wokół mojej ręki kłębią się dżdżownice.

– …)

Drżącymi palcami obróciłem skrawek zdjęcia, z tyłu ktoś, najpewniej moja babcia, napisał:

 

Najlepsze życzenia z okazji dnia Twojej…

Kochany Martenie! Twoje słodkie oczy…

Twoje słodkie usta już nie zakrzyczą.

Zachowam jednak Twoich pupili jako…

I spróbuję odnaleźć szczęście.

Kocham.

Mia.

!!!KŁAMSTWO!!!

 

Rozmyślając nad słowami, zajrzałem jeszcze do szuflad, w jednej znajdując album ze zdjęciami. Wypełniały go przede wszystkim kopie, czy raczej oryginały fotografii wiszących na ścianach. Jedna z nich sprawiła, że powziąłem natychmiastową decyzję.

– Muszę tam wrócić. Do Piiri – powiedziałem pustemu pokojowi, szeleszczącym łupinom na podłodze i wpatrzonym we mnie plastikowym oczom zabawek. Nasza choroba, czymkolwiek była, wykraczała poza możliwości lekarzy, a wizje, tak uporczywie mnie nachodzące, jasno wskazywały, że istnieje jakiś związek między mną a tym umierającym człowiekiem na łące, którego młoda Mia nazywała Martenem.

Musiałem poznać prawdę.

 

03.

Nie zwlekając spakowałem torbę, wrzucając do środka kilka najpotrzebniejszych drobiazgów i album ze zdjęciami z pokoju babci, po czym zajrzałem do sypialni dzieci. Bliźnięta leżały cichutko, Darja westchnęła przez sen. Pochyliłem się nad nią, pocałowałem lekko drżące, sine powieki. Upuściłem na pościel list, w którym wyjaśniałem decyzję podjęcia samotnej wyprawy. Mnóstwo fałszywych, wcale-nie-wiarygodnych powodów, oby Darja uwierzyła w choćby jeden z nich. Nie mogła poznać prawdy, nie mogła zobaczyć zdjęcia opatrzonego tytułem NOWY POCZĄTEK. To by złamało jej ledwie bijące serce. Zresztą, szczerze wątpiłem, czy w aktualnym stanie ona i dzieciaki wytrzymaliby trudy podróży.

Wrzuciłem torbę na siedzenie pasażera i oparłem się o dach samochodu, kryjąc głowę w ramionach. Nocną ciszę przecinała odgrywana przez świerszcze melodia, pohukiwanie sów, piski krążących w ciemnościach nietoperzy. Szelest targanych wiatrem zbóż i skrzypienie drzew. To dziwne – im gorzej się czuję, tym bardziej moje zmysły… nie, stop. To nie kwestia zmysłów. Czuję się, jakbym był bliżej natury.

Wreszcie wsiadłem za kółko i odpaliłem silnik wiekowej toyoty camry. Samochód, którym niemal dwadzieścia lat temu przyjechaliśmy z Estonii wciąż był na chodzie i nadszedł czas, by wrócił na stare włości. Czekała mnie długa droga,

(do domu. Proszę, zabierz mnie do domu… – mówię jej, jednak dziewczynka nie reaguje. Patrzy na mnie tylko swymi ogromnymi, czarnymi oczyma, tak że sam już nie wiem, czy jest człowiekiem, czy aniołem, czy diabłem.)

jednak księżyc dopiero wschodził, a pracą nie musiałem już się przejmować.

Wyjechałem na główną drogę do Szypliszek, otworzyłem na oścież okno i włączyłem radio. Po kabinie toyoty potoczył się głos Maleńczuka, zabębniłem palcami na kierownicy.

– Oby dla mnie nie była to jednak ostatnia nocka. – Usta drgnęły w pozbawionym humoru uśmiechu.

Kwadrans później bez problemu przekroczyłem granicę. Docisnąłem pedał gazu, z rykiem silnika i w rozbłysku długich świateł przebijając się przez mroki Litwy.

Zwolniłem dopiero w Mariampolu, wyławiając z mgły swojskie litewskie domki i szare bryły bloków; zmęczonym wzrokiem wypatrywałem czatującej policji. W moim aktualnym stanie zatrzymanie byłoby tym bardziej ryzykowne. Z radia dobywały się mistyczne dźwięki liry, kobzy i lutni stanowiące tło dla chórowych zaśpiewów, w których rozpoznałem neopogański, kultywujący Słońce zespół Kūlgrinda. Zadrżałem. W obliczu ostatnich wydarzeń muzyka brzmiała szczególnie posępnie.

Nad ranem dojechałem do Kowna i z niepokojem zatrzymałem się na parkingu przydrożnego motelu. Obraz dwoił mi się przed oczami, mruganie sprawiało ból. Wyjąłem z torby butelkę wody i przemyłem twarz. Pomogło, choć nie do końca. Światło poranka wciąż dokuczało.

Założyłem okulary przeciwsłoneczne, wsunąłem dłonie w rękawiczki i z przewieszoną przez ramię torbą wszedłem do motelu. Recepcjonista spojrzał na mnie ze zdumieniem.

– Choroba oczu – wycharczałem łamanym angielskim. Litwin za ladą skrzywił się nieznacznie. – Poproszę pokój na jedną noc. Zapłacę kartą.

– Miłego pobytu – odparł recepcjonista podając mi klucz. Jego oczy błądziły po mojej skrzywionej sylwetce, dlatego czym prędzej schowałem się w windzie.

Wszedłem do pokoju, jednym ledwie spojrzeniem zaszczycając obite boazerią ściany, przysłonięte roletą okno i koślawy stolik w rogu. Rzuciłem się na łóżko i natychmiast zasnąłem. Moje sny wypełniał płacz Artjona i Sandry oraz przekleństwa rzucane przez Dar…, przepraszam, Sofię.

Zawstydziłem się – jak mogłem pomylić moją Darję z kimś innym? Przecież moja ukochana miała blond włosy, podczas gdy Sofia była ruda. Tylko że… miały te same oczy. I usta. I nosy. I dołki na policzkach, kiedy się uśmiechały – wiedziałem to, choć w tej chwili żadnej z nich z pewnością nie byłoby do śmiechu.

No tak, pomyłka. O tyle dziwna, że… nie znałem żadnej Sofii.

 

04.

(– Tylko z tobą można porozmawiać w tym chorym świecie, Mart – mówi ta mała czarnowłosa dziewczynka i siada obok mnie, na kamieniu. Zrywa piękny, fioletowy kwiat łubinu i mechanicznie urywa kolejne płatki. – Dać mu jeść, nie dać. Dać, nie dać. Dać…

Obserwuję krążące nad łąką mewy i cieszę się, że to nie sępy. Wolne i pełne sił, dlaczego dotrzymują towarzystwa rannemu człowiekowi? Dlaczego nie polecą nad wodę? Dlaczego mnie nie zadziobią?

– Nie dać. – Zapada cisza. Wreszcie Mia unosi głowę i uśmiecha się szeroko. – Przykro mi, Marten. Wróżba powiedziała, że dziś również nie mogę cię nakarmić. Ale nie martw się… Jutro też jest dzień!

Próbuję poruszyć nogami, te jednak są jak dwie spróchniałe kłody. Spoglądam na ręce, lecz palce nie chcą już drapać ziemi, nie chcą sięgnąć do czarnowłosej dziewczynki. Nagle do ust wpełza mi dżdżownica, a ja wciągam ją zachłannie, gryzę, duszę się, sapię, plujęjęczęchrząkamwyjęwciągamsokiadżdżownicjestcorazwięcejcoraz…)

Otworzyłem oczy i spróbowałem krzyknąć, jednak gardło opuścił tylko cichy, zduszony jęk. Chciałem złapać się za szyję, lecz ciało miałem tak zesztywniałe, że ledwie uniosłem z pościeli ręce, zaraz utraciłem strzępy odzyskanych dzięki wypoczynkowi sił i opadłem bezradnie. Moje mięśnie przypominały grudy zmrożonego śniegu; dopiero po kwadransie udało się wpompować w nie trochę ciepła.

– Masakra, ale zesztywniałem… – W całym pokoju śmierdziało zgnilizną, która najwyraźniej ogarniała moje ciało w coraz większym stopniu. Przetarłem zaropiałe oko i z przerażeniem zauważyłem, że jego resztki zostały na opuszkach sinych palców. Nawet nie zabolało.

– Darja… – Imię żony dodało mi trochę sił, więc wstałem i udałem się do łazienki. Prysznic niewiele zmienił, wciąż śmierdziałem. Spryskałem się obficie perfumami i wyszedłem z motelu, kryjąc pod kapturem zniekształconą od poduszki głowę z wyłupanym okiem.

To postępuje szybciej, niż się spodziewałem. Cholera, mogę nie dać rady tam dojechać. Kurwa, kurwa, kurwa… Co ja mam zrobić?

Głodu nie odczuwałem, więc nie tracąc czasu wsiadłem do toyoty i z trudem przekręciłem klucz w stacyjce. Radio zagrzmiało muzyką, jednak moje uszy ledwie już odbierały dźwięki. Z ponurą determinacją postanowiłem, że nie wolno mi ponownie zasnąć. Moje ciało powoli gniło, a bezruch z pewnością przyspieszał rozkład.

Zapragnąłem porozmawiać z żoną, która do tego czasu z pewnością musiała przeczytać tajemniczy, pełen wykrętów liścik. O dziwo nie dzwoniła, choć w głowie przygotowałem nawet odpowiedni monolog.

Wyciągnąłem telefon i uruchomiłem go drżącym palcem. Zero połączeń nieodebranych, zero wiadomości. BRAK SIECI.

No tak, nie mam roamingu… – pomyślałem, przez chwilę czując najprawdziwszy żal. Schowałem telefon i zapaliłem silnik. Otworzyłem na oścież okna i wyjechałem na drogę, byleby tylko o niej nie myśleć. Nie tęsknić.

Z czasem życie wróciło do zaciśniętych na kierownicy palców i wciskających pedały stóp. Do Dyneburga miałem około trzech godzin drogi, zanim jednak tam dotrę, musiałem przekroczyć granicę litewsko-łotewską w Ēģipte.

Jadąc, zastanawiałem się, co słychać u Artjona i Sandry – czy dzieciaki mogą się jeszcze bawić? Czy w ogóle wychodzą z łóżek? Przekląłem się w myślach za zbyt dużą zwłokę. Gdybym tylko wcześniej zrozumiał, że nasz stan po śmierci Mii nie jest czymś naturalnym, gdybym wcześniej wszedł do jej pokoju i zobaczył te zdjęcia, a w szczególności NOWY POCZĄTEK… Niestety.

Przypomniałem sobie senny koszmar i wpełzające do ust dżdżownice. Pamiętałem spojrzenie młodej Mii, jakby to właśnie na mnie wtedy patrzyła i zaśmiewała się, widząc moją udrękę… Stop. Nie moją, tylko tego faceta, Martena. Ciekawe, że listy babci również dotyczyły mężczyzny o tym imieniu. Czyżby to była ta sama osoba? W takim razie dlaczego nawiedzają mnie te obrazy z przeszłości?

Ani się obejrzałem, krajobraz Litwy wzbogaciły granatowe stawy i wartko płynące rzeczułki, nad którymi coraz częściej przejeżdżałem. Dojechałem do Jeziorosów, przez okno podziwiając malownicze jezioro Zarazas. Nad błyszczącą w świetle księżyca taflą wody rozciągały się podniebne chodniki, po których w dzień spacerowały zapewne rzesze Litwinów, podziwiając piękny krajobraz.

 Granicę w Ēģipte przekroczyłem nie niepokojony przez nikogo, co wlało trochę optymizmu w moje niebijące od nocy w Kownie serce. Odetchnąłem z ulgą i mocniej wcisnąłem pedał gazu.

W Dyneburgu, drugim co do wielkości mieście Łotwy, w którym większość mieszkańców stanowili Rosjanie, Białorusini i Polacy, zdecydowanie wypierając rdzenną łotewską ludność, zatrzymałem się na stacji i dotankowałem toyotę. Ekspedient Paweł, jak informowała plakietka na uniformie, spojrzał na mnie podejrzliwie, jednak widząc kartę płatniczą i słysząc polskie pozdrowienie wyraźnie się uspokoił.

Pogadaliśmy chwilę o życiu w Polsce i na Łotwie (stan mojego głosu wyjaśniłem operacją krtani), po czym wróciłem do samochodu i odjechałem w nieco lepszym humorze, pokrzepiony rozmową ze zwykłym człowiekiem.

Widząc rozświetlone bloki i roześmianych ludzi na ulicach, przez chwilę rozważałem spędzenie reszty nocy w Dyneburgu, jednak entuzjazm szybko opadł. Gdyby ktokolwiek zorientował się, że moje ciało ulega rozpadowi, z pewnością do śmierci nie opuściłbym łotewskiej kliniki. Albo jednostki wojskowej.

W Rzeżycy, do której dojechałem godzinę później, mój stan gwałtownie się pogorszył. Zatrzymałem się na poboczu i powstrzymałem targające żołądkiem torsje. Wolałem nie wiedzieć, co tak usilnie próbuje wydostać się z mojego organizmu.

 

05.

Z trudem wcisnąłem pedał gazu, podświadomie godząc się z myślą, że dalej już toyotą nie pojadę. Resztę drogi będę musiał przebyć w inny sposób.

Rzeżyca lśniła w blasku księżyca – osypujące się mury zamków krzyżackich, strzeliste wieżyce kościołów, pomniki bohaterów i powykręcane kształty hali koncertowej przykuwały mój wzrok, jednak myśli krążyły wokół babci Mii i umierającego w moich wizjach człowieka.

(Zawsze utożsamiałem śmierć z czernią, z brakiem światła. A jednak… tutaj jest tyle kolorów. Tyle… odcieni. I tylko ty jesteś ciemnością.)

Często bełkotał bez sensu, wył, a czasem… zdawał się mówić wprost do mnie. Spoglądał wtedy swymi czarnymi oczami

(skąd wiedziałem, że są czarne? Czyżby dlatego, że i moje oczy…?!)

w niebo, w którym zdawał się dostrzegać coś więcej – moją umęczoną twarz. Krzywił się, jakby to nie śmiech młodej Mii, a dźwięk dławiącego się silnika tak mu dokuczał. Po chwili dołączył chrobot wyłamywanych z dziąseł zębów, gdy nieopatrznie zacisnąłem szczęki.

Silnik zgasł, a ja, korzystając już tylko z siły rozpędu, zająłem miejsce parkingowe przed jasnym, schludnym budynkiem rzeżyckiego dworca. Skrzywiłem się i wyplułem kilka zębów. Żołądek ponownie podszedł mi do gardła.

Zapaliłem światło w kabinie i przetrząsnąłem torbę. Mój wzrok prześlizgnął się po albumie ze zdjęciami, jednak powstrzymałem podszytą strachem ciekawość i zamiast tego wyciągnąłem dezodorant.

Cygański prysznic… – Z ponurą determinacją opryskałem szaro-sine ciało. Obejrzałem się w lusterku, przestraszony i nieszczęśliwy. – Artjon, Sandra… Darja… Kocham was. Błagam, żyjcie, wytrwajcie… Ocalę was.

Ostrożnie, by niczego sobie nie uszkodzić, wyszedłem z samochodu, zarzuciłem torbę na ramię i chwilę postałem przy toyocie z ręką na jej dachu. Nie wrócisz do domu, przyjaciółko… Nie jestem już w stanie tobą kierować – pomyślałem, nieoczekiwanie poruszony.

(Przyjaciele to kłamstwo. Bezinteresowność to kłamstwo! Nadzieja to kłamstwo!!!)

– Zamknij się, martwy czubku – wyrzęziłem, a głowę znów wypełniło mi wycie.

Powłóczywszy nogami dotarłem na dworzec i u przysypiającej kasjerki kupiłem bilet do Tartu w Estonii. Konwersacja na szczęście nie trwała długo – kobieta pokazała mi jedynie na schemacie, że trasa obejmuje przesiadkę w rosyjskim Pskowie, po czym zainkasowała należność i przekazała bilet. Los mi chyba sprzyjał – pociąg odjeżdżał za niecałe dwie godziny.

Wyszedłem na peron i przysiadłem na ławce, odruchowo otulając się płaszczem. Noc sprawiała wrażenie chłodnej, wiatr targał koronami rosnących nieopodal drzew. Poza tym panowała cisza.

 

06.

(Wiem, że w jakiś dziwaczny, popieprzony sposób, ona naprawdę mnie kocha. Gdy tak siedzi na kamieniu obok i skubie płatki kwiatów, jej twarz rozjaśnia uśmiech. Początkowo delikatny, wręcz bojaźliwy, później coraz śmielszy. Jest bardzo nieszczęśliwą osobą…)

– Nie tłumacz jej, nie zasługuje na to. Nic nie zmieni faktu, że patrzyła jak umierasz i nic nie zrobiła.

(…a jednak nie potrafi zrozumieć, że wystarczy trochę otwartości, by znaleźć przyjaciół. Trochę zaufania, by dać się pokochać rodzicom. Trochę…)

– …litości, by pozwolić ci umrzeć albo wezwać pomoc. Ale to Mia, Martenie. Całe życie miała serce z kamienia – odparłem, nagle dostrzegając przerażone oczy staruszki z fotela naprzeciwko. Zamilkłem, po czym wydusiłem, zmieszany: – Przepraszam. Jestem chory.

Kobieta oczywiście mnie nie zrozumiała. Zbladła jeszcze bardziej, wstała i opuściła przedział. Znów zostałem sam.

Spojrzałem przez okno, na zostające w tyle pola i lasy wschodniej Łotwy. Sądząc po wykazie stacji, niedługo przekroczymy granicę z Rosją, a mój stan zdawał się coraz gorszy. Dezodorant i perfumy ledwie maskowały woń umierającego ciała. Skóra rąk i stóp dawno spełzła, odsłaniając budyniowatą tkankę gnijącego mięsa. Naczynia popękały, ich światło wypełniały kruszące się skrzepy czarnej krwi, teraz zaścielające większość foteli mojego przedziału. Strawiony przez bakterie gnilne nos odwinął się do góry i częściowo odpadł, upodabniając nozdrza do świńskiego ryjka.

W Rzeżycy wszedłem do przedziału wraz z młodą Łotyszką i dwójką jej synów, gdy jednak dzieci zaczęły płakać, a kobieta poczuła dobywający się ode mnie fetor, szybko przeniosła się na inne miejsca, żegnając mnie pogardliwym spojrzeniem. Choć niewiele już czułem, zrobiło mi się przeraźliwie smutno.

Byłem mordercą, lecz nadal uważałem się za dobrego człowieka. Stanąłem w obronie własnej rodziny, swym czynem przynosząc im zgubę.

(Przynajmniej masz rodzinę. Ja mam tylko te łubiny i koniczynę, i groch, i fasolę, i Mię, i dżdżownice, i dżdżowniceidżdżowniceidżdżowniceidżdżown…)

Po raz nie wiadomo który spojrzałem na bezużyteczny telefon – 0 nowych wiadomości. Schowałem komórkę do kieszeni z płonną nadzieją, że jeszcze kiedyś się przyda.

Czy skoro wciąż żyję… moja dusza gnije razem z moim ciałem? – Niechciana myśl prześlizgnęła się przez głowę, zagłuszając nawet skowyczącego Martena.

Sięgnąłem do torby, wyciągając z niej album ze zdjęciami. Wagon podskakiwał na szynach, koła turkotały miarowo, a ja zagłębiłem się w babcinych wspomnieniach, które, czym dłużej analizowane, tym bardziej zdawały się również moimi własnymi…

 

Pożarłam je. Pożarłam je w…

Smakowały OKROPNIE.

Obyś mi to wynagrodził, dr…

bo inaczej pogniewam się n…

 

Powyższymi słowami została opatrzona na odwrocie kolejna fotografia. Tym razem cała, jednak pewien jej fragment znaczyła plama czegoś czarnego i lepkiego, przysłaniającego brakujące słowa. Spojrzałem na zdjęcie – przedstawiało łąkę i porośnięty bądź pokryty koniczyną kopiec, na który padał cień fotografa. Domyślałem się, co skrywa świeża gleba…

Kolejne zdjęcie – żARłOCZNOść – sprawiło, że przez dłuższy czas nie mogłem zebrać myśli. Moje jedyne, zmętniałe oko obserwowało wylewający się z niego mrok. Ty podła babo… Coś ty zrobiła…

Kobieta i mężczyzna na fotografii, w których rozpoznałem rodziców Mii, leżeli w łóżku zjednoczeni w miłosnym uścisku. Ich usta, niczym na obrazie Klimta, zbliżały się do siebie, by w momencie, w którym fotograf opuści aparat, złączyć się w pocałunku.

Ale. Ale…

(Dżdżownice, dżdżownicedżdżownicedżdżownice – chcę krzyczeć, ale milczę. A ona  stoi nade mną, to pewne. I wreszcie mówi – opowiada mi o swoim smutnym życiu, swoim żalu, frustracji. Ale ja nie widzę jej łez – dżdżownice pożarły mi oczy. Nie słyszę też jej szlochów – dżdżownice pożarły mi uszy. Nie… czu-ję nic.)

…podobnie jak na poprzednim zdjęciu, cień pada na ich nagie ciała. Co znaczy, że w pokoju jest jasno, a przecież nikt nie śpi przy zapalonym świetle. Nie, kiedy kołdra jest rozkopana, kiedy się kochasz z umiłowaną osobą, a w pokoju obok śpi dziecko.

Ich ręce wcale nie obejmują ciała partnera – one zakleszczyły się w jakimś dziwacznym paroksyzmie strachu bądź bólu. Palce wygięły się niczym szpony i szarpały skórę, usta rozwarły się w okrzyku, który nie przedarł się przez zaciśniętą krtań. Było cicho. Tak strasznie cicho.

Z tyłu fotografię znaczyła bezsensowna bazgranina i krótki wierszyk:

 

Tak tu leżąc, moi mali,

Moi rrrodzice kochani.

Tak się cieszą wasze buzie,

Te uśmiechy taaaakie duzie.

Mia puści wszystko płazem.

I będziemy od dziś razem.

 

Schowałem zdjęcie i przerzuciłem kolejne kilka stron w albumie, oglądając codzienne życie Mii. Zdjęcia, które zrobiła jej matka lub ojciec. Było ich wiele, lecz na żadnym nie widziałem samej babci. Co najwyżej jej cień, kilka razy ramię bądź nogę, kosmyk czarnych włosów…

Dziewczynka znajdowała się na jednym tylko zdjęciu, na NOWYM POCZĄTKU. Zatrzasnąłem album, zanim do niego dotarłem. Nie zniósłbym ponownego wejrzenia w ten koszmar.

W Pskowie pociąg zatrzymał się późnym porankiem. Na głowę, z której zaczęły osypywać się włosy, nasunąłem kaptur, oczy ukryłem za szkłami okularów. Rosyjskie niebo przysłaniały ciężkie ołowiane chmury, ale światło i tak raziło.

Mówienie sprawiało mi coraz większą trudność, zaszedłem więc do sklepu i kupiłem zeszyt oraz marker. Spojrzenia otaczających mnie ludzi przepełniał wstręt, odraza, strach. Nienawidzili mnie za sam fakt, jak wyglądałem, jak cierpiałem. Fakt, że potrafiłem kochać i nie chciałem uczynić im krzywdy, nie miał żadnego znaczenia.

Przysiadłem na ławce, zapamiętale gryzmoląc w zeszycie. Musiałem się przygotować, pomyśleć o wszystkim. Niewykluczone, że za kilka godzin nie będę mógł już mówić, a może i stawiać liter.

 

07.

(Nie wiem, czego oczekiwałem, ale nie widzę światełka w tunelu. Minione życie nie przelatuje mi przed oczami, nie ginie w blasku. Po prostu przymykam powieki, a gdy je rozwieram, życie staje się inne. Nie widzę już nieba, mew, koniczyny, czarnowłosej dziewczynki… Widzę za to całą otaczającą mnie materię, a przede wszystkim własne ciało – martwe, a jednak ruchome od kłębiących się dżdżownic.

I tylko jej śmiech uświadamia mi, że to wszystko pozostaje przeraźliwie realne.)

Tym razem już nikt nie chciał się do mnie dosiąść. Do przedziału zawitał tylko przerażony konduktor, który skasował mój bilet i czym prędzej wyszedł. Zapewne najchętniej wyprowadziłby mnie z pociągu, jednak kartka, którą zawiesiłem sobie na szyi korzystając ze sznurowadeł, skutecznie go zniechęciła. W tym rejonie świata nie każdy rozumiał napisane po angielsku słowa, jednak ich znaczenie z każdą minutą podróży docierało do coraz większej ilości pasażerów. Byłem bezpieczny.

CHORUJĘ NA TRĄD. JADĘ DO KLINIKI, KTÓRA OCALI MOJE ŻYCIE. PROSZĘ ZACHOWAĆ DYSTANS – NIE CHCĘ NIKOGO ZARAZIĆ.

Choć to bolesne, informacja okazała się nad wyraz skuteczna – nikt nie wchodził mi w drogę, nikt nie zawracał z obranej trasy. Kłamstwo, gdyby bliżej mu się przyjrzeć, szybko wyszłoby na jaw, jednak oblicze trędowatego skutecznie zniechęcało do rozważań. Lepiej było po prostu zejść mi z oczu.

Coraz częściej łapałem się na tym, że zapominam o doczesności, zamiast tego skupiając się na ostatnich chwilach dogorywającego na łące Martena. Jego wspomnienia mieszały się i mieniły, zachodziły na siebie, a jednak zmierzały do jednego nieuniknionego końca – do śmierci. Widziałem, jak dżdżownice pożerają moje ciało i zastanawiałem się, jak to możliwe. Nie trzeba było doktoratu z biologii, by wiedzieć, że nie są mięsożercami.

Za oknem rozpościerały się pola, łąki i las, horyzont skrywał odległe jezioro Pejpus, ku któremu tak uparcie zmierzałem. Niepokoiłem się – każda chwila zdawała się przybliżać mnie do śmierci, a jednak pociąg, zamiast jechać bezpośrednio ku Tartu, na trasie miał jeszcze dłuższy postój w estońskiej Valdze. Całe szczęście, że nie musiałem zmieniać pociągu – zesztywniałe stawy ledwie pozwalały mi przemieszczać gnijące ciało.

Wpadłem w dziwny, przypominający śmierć stupor, z którego otrząsnąłem się dopiero po sześciu godzinach, gdy przeciągły gwizd oznajmił przybycie pociągu na dworzec w Tartu.

Zebrałem się w sobie i opuściłem wagon czując, że torba z każdym krokiem coraz bardziej kruszy mój obojczyk. Pokrywające go tkanki zniknęły już wiele godzin wcześniej.

 

08.

Informującą o trądzie kartkę wyrzuciłem do śmietnika – jeśli nawet w Estonii znajdowała się klinika zdolna mi pomóc, z pewnością nie postawiono jej w Mehikoormie, do której musiałem się teraz dostać.

W pobliskim kiosku kupiłem mapę prowincji Tartu oraz wyciągnąłem karteczkę z odpowiednim pytaniem. Tym razem napisaną po estońsku – pomimo wielu lat z dala od ojczyzny, babcia dbała, bym nie zapomniał rodzimego języka.

Tak przygotowany poszedłem do informacji, gdzie otyła, żująca gumę Estonka wskazała mi drogę do autobusu. Była tak niezmiernie znudzona, że nawet mój stan nie zrobił na niej żadnego wrażenia.

Pokrzepiony tym faktem ruszyłem na sztywnych nogach ku wyjściu. Kroki stawiałem nieznośnie powoli, a każdy z nich groził upadkiem. Starannie wyperfumowany, wydzielałem drażniącą, mdłą woń. Wolałem nie myśleć, jakie wrażenie zrobię na ludziach w autobusie.

Idąc ulicami Tartu odliczałem kolejne kroki i modliłem się. Budynki, samochody i ludzie zlali się w jedną, bezosobową masę, w której wypatrywałem jedynie przystanku. Szept w głowie nie cichł – teraz należał nie tylko do Martena, ale i samej babci, która uparcie powtarzała nasze imię i prosiła o coś bełkotliwym głosem. Chyba o to, bym wrócił.

 (Jak to możliwe, że chodzisz? Czujesz? Myślisz?)

Trup z estońskiej łąki obrzucił mnie pytaniami, na które mogłem odpowiedzieć co najwyżej wzruszeniem ramion. Próbowałem sformułować jakąś myśl, jednak przychodziło mi to z coraz większym trudem. Przeszłość zaczęła zlewać się z przyszłością, koszmarami i widzeniami. Mózg – moje ostatnie sanktuarium – umierał wraz z resztą ciała.

Jak przez sen pamiętam podjeżdżający autobus i malujące się na twarzach kierowców przerażenie. Kaptur, okulary i zawinięty wokół ust szalik nie ukrywały ropiejącego nosa i dziurawych policzków, a szczelnie zapięty płaszcz wisiał na mnie jak na szkielecie. Spodnie były pełne czegoś, w czym dopatrywałem się własnych… tkanek.

Wyciągnąłem przed siebie odpowiednią kartkę, na której informowałem, że jadę do Piirissaare, by tam umrzeć wśród rodziny. Że jestem chory paliatywnie i nie ma już dla mnie ratunku. Że nikogo nie zarażę. Do karteczki dołączyłem historię choroby z polskiego SOR-u, której, zgodnie z moimi oczekiwaniami, estońscy kierowcy nie potrafili odcyfrować. Ale, co najważniejsze, uwierzyli.

Usiadłem przy oknie na końcu autobusu i zapatrzyłem się w mijany po drodze pejzaż Estonii. Chciało mi się płakać. Tęskniłem.

 

09.

(Nie widzę już nieba. Nie widzę mew. Nie widzę nawet tej łąki, na której powoli umierałem. Widzę tylko Mię. Jest wszędzie, a zarazem nigdzie… Nie rozumiem, czy jest we mnie, czy to ja tkwię w niej.

Mia za mną tęskni. Dużo przeklina. Cieeeekawe… Naszła mnie właśnie taka dziwna myśl – czy jestem dżdżownicą?

Dzisiaj Mia nie przeklina, dzisiaj śpiewa. Właśnie miał miejsce nowy początek, dom lśni już czystością. Zrobiło się jakby ciaśniej, choć zarazem weselej. Poznałem rodziców Mii, poznałem Sofię, rudowłosą pokojówkę, która raz w tygodniu przychodziła sprzątać dom.

Przepraszam, jaka rudowłosa? Widział kto rudowłosą dżdżownicę?)

 

10.

Ocknąłem się, gdy silnik autobusu zgasł. Wyjrzałem przez okno i kilkoma szybkimi mrugnięciami pozbyłem się powidoków; myśli Martena zniknęły sprzed oka, ustępując przystankowi, domkom Mehikoormy oraz granatowemu bezmiarowi jeziora Pejpus. Przy drewnianej kei kołysało się kilka łódeczek. Uśmiech wykrzywił strzęp, będący niegdyś moją twarzą.

Palun härra, võtka veidi vett. – Właściwie byłem już głuchy, gdy jednak znajome dźwięki estońskiego języka rozbrzmiały w uszach, ze zdumieniem spojrzałem na chłopca, wyciągającego w moim kierunku butelkę wody. Na jego zarumienionej twarzy nie dostrzegłem śladu strachu. Odruchowo przyjąłem prezent i zamarłem, boleśnie świadom, że nie przygotowałem stosownej karteczki. Ostatnie, czego się spodziewałem, to ludzka życzliwość.

Aitäh… – wyrzęziłem, jednak chłopiec już wrócił do rodziców, którzy uśmiechnęli się do mnie uprzejmie. Mężczyzna o szerokiej, ufnej twarzy potarmosił syna po włosach.

(Nad moją głową krążą mewy, przecinając błękitny…)

Zamknij się, to już dawno nieprawda – pomyślałem, a Marten o dziwo posłuchał. Silnik autobusu zawarczał, a latarnia morska w Mehikoormie zaczęła się powoli oddalać. Miejscowość była tylko przystankiem na drodze do Laaksaare Sadam, gdzie znajdował się terminal promowy. Moja podróż nieubłaganie zmierzała ku końcowi. Pozostawało pytanie, czy została jeszcze jakakolwiek nadzieja? Darja i dzieciaki znajdują się pewnie w podobnym stanie co ja sam.

 

11.

Dzięki uprzejmości Estończyka, którego syn wręczył mi butelkę wody, ledwie dotarliśmy do celu, ja miałem w ręku bilet i czekałem jako pierwszy w kolejce na nadpływający prom. Historyjka, którą przedstawiłem kierowcy, rozeszła się po autobusie i wywarła efekt, którego w ogóle się nie spodziewałem. Wszyscy mi współczuli, wspierali mnie. Pewien starszy, choć wciąż postawny Estończyk pomógł nieść torbę, jasnowłosa kobieta wsparła mnie podczas uciążliwej drogi po pokładzie. Kilkoro dzieci wskazało ławkę, na której po chwili spocząłem. Zmęczony, ale i szczęśliwy, podziękowałem gestem. Na szczęście wszyscy zrozumieli.

Kiedy zostałem już sam, a prom odbił od brzegu, po raz kolejny sięgnąłem do torby. Nieporadnymi ruchami otworzyłem ją i wyjąłem album.

Był pamiątką, którą babcia postanowiła zabrać z domku na Piirissaare i zawierał przede wszystkim te dobre wspomnienia. Okruchy pamięci, przedstawiające roześmianych rodziców, rozkwitającą przyrodę i oczywiście… ciało Martena. Nieraz podczas tej podróży zastanawiałem się, kim on właściwie jest i dlaczego umiera na łące. Został ugryziony przez węża, którego jad działał paraliżująco? Ta hipoteza zdawała się najbardziej trafna, ale tak czy inaczej – nie wiedziałem.

Pozostawało jeszcze zdjęcie żARłOCZNOść, ukazujące umierających rodziców, no i oczywiście NOWY POCZĄTEK. Czysta zgroza, której moja racjonalność zadawała kłam, a jednak… podświadomie wierzyłem w realność obrazu. Pozostawał dla mnie jedyną nadzieją, dlatego otworzyłem album na odpowiedniej stronie i wlepiłem oko w bluźnierczą fotografię.

Na pierwszym planie znajdowała się Mia. Całkiem ładna, czarnowłosa dziewczynka, z której oczu wyzierało szaleństwo. Uśmiechała się z dziką radością, rozpostartymi ramionami obejmując dwa potwory.

Po raz kolejny przyjrzałem się zmacerowanej, jakby żółwiej skórze, która lśniła w blasku lamp. Zapadłym, pustym oczom. Wiotkim kończynom. Bezkształtnym czaszkom. Stwory siedziały, gdyż ich nogi nie mogły utrzymać ciężaru ciała.

Po prawej znajdowała się jeszcze czwarta postać, w której rozpoznałem Sofię, po lewej spoczywała sterta ciemnych, jajowatych pojemników. Nie wiedziałem, co mogłyby zawierać, jednak pewna mrożąca krew w żyłach myśl podpowiadała mi, że…

Uśmiech Mii, tak piękny i szczery… Po części wywołała go obecność tych zniekształconych ludzi, jednak domyślałem się, że głównym adresatem była osoba fotografa. Piąty człowiek w tym domu.

Ja.

 

12.

Babciu, co ty zrobiłaś? Moje wspomnienia, żARłOCZNOść… Wszystko wskazuje na to, że ich zabiłaś, a jednak… odżyli. Co się wydarzyło w tym domu i dlaczego nie zawarłaś tego w albumie? Choćbyś mnie prześladowała do śmierci, odkryję prawdę i ocalę swoich bliskich – pomyślałem płomiennie, a serce zabiło kilka razy, po czym na powrót zamilkło.

Pokazałem ostatnią z przygotowanych zawczasu kartek, jednocześnie dziękując otaczającym mnie Estończykom skinieniem głowy. Gdy zostałem już sam, przysiadłem na ławce i wpatrzyłem się w błękitne niebo nad Piirissaare Sadam. Mewy przecinały lazur, dookoła szumiał wiatr potrząsając koronami drzew, falując łąkami. Właściwie tego miejsca nie pamiętałem, a jednak jedno spojrzenie na zabudowania pobliskiego Tooni uświadomiło mi, że bez problemu odnajdę drogę do celu. Pod warunkiem, że ciało nie odmówi posłuszeństwa.

Odrzuciłem niepotrzebną już torbę, zdjąłem okulary i szalik, następnie płaszcz oraz spodnie, zostawiając sobie tylko telefon. Tkanki spłynęły z moich ramion i nóg, z brzucha wylała się rzeka jelit.

Poczułem się nagle lekki i świeży, strzępy mięśni opornie wprawiały w ruch stawy. Spojrzałem na swoje kościotrupie dłonie, na stopy, wciąż ukryte w butach. Ich akurat wolałem nie ściągać – byłoby to ryzykowne. Mój nieżywy umysł nie był już w stanie odczuwać strachu czy zgrozy, więc po prostu poszedłem przed siebie.

 

13.

Piiri sprawiało wrażenie miasteczka zamrożonego w czasie; przechodząc wciąż widziałem te same domki, sklepy, ten sam biały masyw prawosławnego kościoła. Nawet ludzkie twarze wydawały się takie same, z tą różnicą, że teraz wykrzywiał je nie uśmiech, a przerażenie. Śledzili mój powolny marsz z chodników i okien – nikt mi nie pomógł, ale i nikt nie przeszkodził. Niektórzy szeptali między sobą.

Drogę, która powinna mi zająć góra kwadrans, przebyłem dopiero po godzinie. Zaniedbane, rozpadające się domostwa zastąpiły pola i łąki, a jezdnia zmieniła się w klepisko, wciąż jednak prowadziła do celu. Zarastające ją chwasty zdawały się sugerować to, co podejrzewałem – po naszej wyprowadzce w domu Mii nikt nie zamieszkał.

(Nie-nie-nie-nie-nie. Nie! To nie ja, czy tego nie widzisz, czy tego nie rozumiesz? MIA! Nie-nie-nie-nie. Skończ z tym, przestań! Nie wchodź tam, to cię tylko zasmuci, tylko zrani, a w niczym nie pomoże, nic nie wskórasz patrząc, nicnieosiągniesznicnie…)

Z każdym przybliżającym mnie do domostwa krokiem, głos stawał się coraz głośniejszy i bardziej rozpaczliwy. Nie byłem nawet pewien, czy zwraca się do mojej babci, czy do mnie.

Gdy przystanąłem, ucichł. Wiatr potrząsnął stojącym w ogródku strachem na wróble, który skłonił głowę w ironicznym pozdrowieniu. Dom POŻERAŁ MNIE czernią pustych okien. Wyglądał na zamieszkały, choć spodziewałem się zastać ruderę z powybijanymi szybami.

(Nie wchodź tam.)

Zrobiłem kolejny krok, a drzwi wejściowe uchyliły się bezgłośnie. Albo po prostu nie usłyszałem skrzypienia nieoliwionych od lat zawiasów.

(Znajdziesz tam tylko smutek.)

Mis on elu, kui mitte kurbus? – szepnąłem po estońsku, nie będąc tego do końca świadom. A może raczej pomyślałem, skoro moje gardło nie przewodziło już dźwięków, a pokruszone płuca wysypywały się przez szczeliny między żebrami.

(Lepszy mniejszy smutek, niż większy. Mia to zrozumiała. Dlatego odeszła.)

Jaki ty nagle zrobiłeś się rozmowny – pomyślałem ironicznie i nic sobie nie robiąc ze słów nieboszczyka, przekroczyłem próg. Odruchowo spojrzałem w wiszące nad szafką z butami lustro. Nie przypominałem już Martena, którym niegdyś byłem. Co więcej, w ogóle nie przypominałem człowieka.

W domu panowała cisza, choć przemożne uczucie, że ktoś mnie obserwuje, nie ustępowało. Po podłodze walały się te same dziwaczne łupiny, co w babcinym pokoju w Zaboryszkach, choć sądząc po usypanych przy ścianach kupkach, ktoś próbował zaprowadzić tu porządek.

Dźwięk tykającego zegara przywiódł mnie do kuchni – szuflady i półki zapełnione były typowym wyposażeniem, w chlebaku leżało spleśniałe pieczywo. Otworzyłem drzwi lodówki i pobieżnie przejrzałem zawartość. Nic ciekawego. Nic godnego uwagi

(O BOŻEBOŻEBOŻE, TRZYMALI TO, TRZYMALITRZYMALITRZY…)

poza

(Tyle lat! To niemożliwe, to nie powinno…)

jajkami. Wziąłem jedno z nich do ręki – miało dziwaczną, elastyczną skorupkę, a barwą przypominało cytrynę. Nabrałem dziwnego przekonania, że gdybym jeszcze żył, w tej chwili mdłości zgięłyby mnie w pół. W tym jajku było coś dziwnego. Nienaturalnego.

Nie mam czasu – uświadomiłem sobie nagle i zamknąłem lodówkę. Mając w pamięci rozkład pokoi, wszedłem po schodach na piętro i zajrzałem do pokoju Mii. Meble i podłogę zaścielała gruba warstwa kurzu – w przeciwieństwie do kuchni czy salonu, wyglądał na opuszczony od wielu lat.

W pierwszej kolejności zajrzałem do biurka, jednak między przyborami szkolnymi i zapomnianymi pamiątkami nie znalazłem niczego interesującego. Więcej szczęścia miałem przetrząsając szafę. W jednym z kartonów znalazłem zapełnione pismem Mii zeszyty, więc podekscytowany wysunąłem pojemnik i jęknąłem cicho, gdy nagle lewa ręka oderwała się od ciała z nieprzyjemnym, zaskakująco głośnym mlaśnięciem.

Moja ręka… – Nie dowierzając, że naprawdę mnie to spotkało, spojrzałem na wyrwaną ze stawu barkowego kończynę. Otrząsnąłem się i wyjąłem pierwszy zeszyt. Usiadłem na podłodze i zacząłem czytać. Kilka godzin później wszystko było już jasne.

(Większy smutek… Mówiłem, że to tylko większy smutek…)

 

14.

Tęsknię za Tobą, ukochany. Martenie, Marti. Smakuję Twe imię i czekam, aż wrócisz. Czy naprawdę nie rozumiesz, JAK BARDZO CIĘ KOCHAM?

Na tym okropnym świecie tylko Ty okazałeś mi zrozumienie, potrafiłeś wysłuchać… Może czasem byłam zbyt oschła zbyt SAMOLUBNA? ale myślałam, że jesteśmy świadomi łączących nas uczuć…

Hihi! Wciąż pamiętam, jak jadłeś dżdżownice! To było takie zabawne! A później te dżdżownice zaczęły jeść CIEBIE! To było jeszcze zabawniejsze – taka ZEMSTA, nie?

Swoją drogą, wczoraj na biologii dowiedziałam się, dlaczego na łące żyje tyle tych robaczków. Ponoć to przez rośliny motylkowate, takie jak łubin, wyka, koniczyna. Pani nauczycielka mówiła, że robaki bardzo lubią się tym żywić, nie zna jednak całej prawdy

Niech pozostanie naszą słodką tajemnicą, co jest PRAWDZIWYM smakołykiem dla dżdżownicy, dobrze, Martenie? Ukochani muszą mieć swoje tajemnice

 

 

Ta kurwa znowu to zrobiła. Nienawidzę jej. Nienawidzę suki. Zapraszała mnie na jakąś imprezę ale wiem że zrobiła to tylko  po to żeby się ze mnie śmiać widzę to w jej oczach.

Na chuj w ogóle o tym piszę

Gdzie jesteś?

Marten?

Kochany?

 

 

Przepraszam. Źle Cię traktowałam, to dlatego te cholerne pierdolone robaki Cię zjadły. To dlatego, prawda???

Dziś ksiądz na religii powiedział: „Z prochu powstajesz, w proch się obrócisz”.

Tak więc sobie myślę… może to dobrze, że odszedłeś właśnie na TEJ ŁĄCE?

 

 

Ojej, wciąż czuję ten dreszczyk emocji, najdroższy, wciąż go czuję!

Wyzbierałam wszystkie dżdżownice i zamknęłam je w słoiku. Zerwałam też koniczyny z Twojej mogiły – te same, na których konałeś!

Siedzę sobie teraz przy biurku, patrzę na robaczki i popijam herbatkę. Czasem wypuszczam jedną czy dwie i pozwalam, by po mnie pełzły. Mmm… Gdy zamykam oczy, mam wrażenie, jakbyś to Ty…

Jedną nawet wsadziłam TAM. Do mojego zakątka miłości. Ojej, jak ona się wierciła! Jaka była śliska! Teraz chyba rozumiem dlaczego tak jęczałeś, gdy wchodziły Ci do buzi. Też to czułeś, prawda? ♥♥

O rany, jakie to głupie, co ja tu pisałam???

 

Przekreślenie, jak i dopisek, najwyraźniej pojawiły się później. Babcia użyła innego długopisu.

 

 

Siedzę w łóżku i z trudem panuję nad żołądkiem. Nie mogę rzygać. Nie mogę, nie mogę, nie mogę! Jaka ja jestem naiwna… Nooo, głuptas!

Znowu wspominałam słowa księdza, myślałam też o tym, co mówiła ostatnio pani z biologii na temat obiegu materii w przyrodzie. Jeśli ich słowa są prawdą, to znaczy, że w tych dżdżownicach naprawdę jesteś Ty, Martenie, TY! Mieszkasz tam sobie cichutko i nic nie mówisz swojej Mii…

 

Okrutny jesteś, wiesz?

 

Ale Cię kocham i na dowód tej miłości ZJADŁAM JE. Wszystkie, co do jednej, większość połykałam. Przyjmę Cię W SIEBIE, najdroższy. Już na zawsze będziemy razem

 

 

To wszystko było prawdą, och jej, wszystko, KAŻDE SŁOWO!

Słyszę Cię w mojej głowie. Słyszę, jak do mnie mówisz.

W najśmielszych marzeniach nie spodziewałam się, że dżdżownice zjedzą również Twoją umiłowaną, piękną duszę. I wszystkie Twoje uśmiechy. Widzę je, jak zamknę oczy, Mart.

 

 

Dzisiaj znowu mnie wkurwiła ta szmata. Co ona wie? Po co szkoła? Sama wiem, co dla mnie dobre, niech się odwali.

Dlaczego wciąż zagląda !! do mojego pokoju !! gapi się !! Kurwa niech idzie sobie stąd!!

znacznie lepiej jakby byli posłuszni. tak ja Ty, MartenieZNACZNIE

LEPIEJ.

 

Wiem, wiem, wiemwiemwiem co zrobię! już na zawsze będziemy razem!

 

 

Ale ładnie mi wyszło.

Nawet zrobiłam dla Ciebie zdjęcie, najdroższy. Nazywa się „Żarłoczność”!

Jeszcze tylko ich porąbię (całe szczęście, że mamusia kupiła taki duuuzi tasak) i zaniosę na łąkę. Będzie więcej smakołyku dla dżdżownicy

 

 

Ledwo to wytrzymałam, ale nie rzygałam.

Dzisiaj odwiedziła nas kochana Sofia i była zdzwiona, gdy powiedziałam, że rodzice chcą się z nią widzieć na łące. Jak zwykle próbowała być dla mnie miła. Nawet ją lubię.

Nie wiem, czy robię dobrze, ale XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Musi być dobrze. Na pewno.

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX (Cokolwiek było tu napisane, babcia starannie to zamazała.)

 

Rozrzucałam ich daleko od Twojego MIEJSCA SPOCZYNKU, najdroższy. Od „Ołtarza naszego uczucia”. Nie chcę, by je kalali. Mam nadzieję, że

 

 

Jestem słońcem.

Świecę tak jasno, promienieję szczęściem, a jednak…

…jestem sama na tym niebie.

Niebie? A może raczej – w PIEKLE? Tam bywam znacznie częściej…

Tu jest tak smutno, tak cicho…

 

Zjadłam więcej dżdżownic. Na łące jest ich teraz naprawdę dużo, szczególnie że ostatnio non stop pada deszcz. Boli mnie brzusio.

 

 

Ten szum jest męczący. Jest. Cały. Czas. A. Ja. Nic. Nie. Mogę. Zrobić.

Brzuch mi rośnie, chociaż nie jem. CUD. JAKIŚ. ???

 

Martenie, chcę się do Ciebie przytulić. Nigdy nie miałam okazji i szalenie tego żałuję.

 

 

☺☺

Nie wierzę. To nie może być prawda.

Trochę to straszne.

 

 

Trzymam je w cieple, choć chyba tego nie potrzebują. Rosną w oczach, jest ich tak dużo, tak strasznie dużo. Moje małe żółte połyskliwe delikatne jajeczka. Musiały rosnąć mi w brzuszku przez cały ten czas

Wyglądają jak jajeczka dżdżownicy, tyle że większe. Największe urosło już do rozmiarów komody! A najmniejsze przypomina jajo kury.

Urodziłam” je wczoraj wieczorem, po długim pobycie w toalecie. Nie spodziewałam się czegoś takiego; chyba dobrze, że łykałam te dżdżownice w całości.

Nie będę się zdradzać z nadziejami, ale są WIELKIE

Czyżby moje życzenie miało się spełnić? ZNOWU CIĘ UJRZĘ?

 

To psychopatka… To… To niemożliwe – pomyślałem skonfundowany, odkładając na bok kolejną kartkę. Przypomniałem sobie skorupki w pokoju babci i okresowo wzdęty brzuch. Jej ciężar, gdy niosłem ciało do samochodu. Ileż jajek musiało w niej wtedy być…

(Większy smutek… Nic, tylko większy smutek…)

Zignorowałem głos w głowie i czytałem dalej. Gdybym nie był głuchy, usłyszałbym zapewne dochodzące z pokoju obok sapanie.

 

 

Jest ich coraz więcej, a pierwsze już się „wykluły”

Och… Martenie. Spełnia się moje życzenie

Choć w najśmielszych snach tego nie oczekiwałam, ON ma Twoje oczy. Ma też niestety włosy tatusia i jego ręce. I… Sama nie wiem. To dziwne.

Są jak dzieci. Nawet te, które rodzą się dorosłe. Biegają po domu, oddychają, żyją. I sama nie wiem, co do nich czuję. Przecież to nie są ludzie?

Ostatnio urodziło się też kilka tych najmniejszych. Postacie wielkości plastusia, hihi

Od razu pomarły, więc wyrzuciłam je do śmietnika.

Brzuch znowu puchnie.

 

 

Niech się odpierdolą. Jest ich za dużo.

A żaden nie jest TOBĄ, najdroższy.

 

 

Nienawidzę ich, nienawidzęnienawidzę…

Ja naprawdę jestem w piekle.

 

 

XXXXXwypierXXXXX XXXXogląXXXXX (Ten fragment, zajmujący kilkanaście linijek, babcia starannie zamazała. Po fragmentach słów wywnioskowałem, że zawierał głównie bluzgi.)

!!!!!!!

Pasożyty. Szkodniki. Robaki.

 

Żaden z nich nie jest Tobą, ukochany. Wciąż słyszę Twój głos, głosy mamusi i tatusia, Sofii… Ale te chodzące kukły, to nie wy. To tylko pozbawione duszy skorupy, dzieci dżdżownic. Dusze…

…zostały we mnie. Zatroszczę się o nie. Obiecuję.

 

 

Próbowałam zacząć nowe życie z kilkorgiem z nich. Wybrałam tych, którzy zdawali się najmądrzejsi, którzy najbardziej przypominali WAS. Rodzinne spotkanie uwieczniłam zdjęciem (mam nadzieję, że kiedyś je zobaczysz; nazywa się „Nowy Początek”).

Ale, powiem Ci skrycie, Martenie – jestem nieszczęśliwa. Minęło kilka długich lat, trochę się uspokoiłam… Żałuję tego wszystkiego. Coś we mnie umarło od kiedy zamordowałam pierwsze z nich, pierwsze z moich dzieci.

Zostawiłam tylko jedno jajeczko, resztę niszczę zaraz po „złożeniu”.

 

 

Muszę odejść. To nie ma już sensu.

Mały Marten jest takim wesołym chłopcem i przypomina Cię jak nikt wcześniej, najdroższy. Okazało się, że po nasmarowaniu skóry oliwką nabiera ona prawidłowej barwy, więc nikt nie będzie postrzegał go jako potwora

Mimo wszystko „moją rodzinę” postanowiłam zamknąć w piwnicy. Nie dopuszczę, by mały Marten ich zobaczył, by poznał prawdę. To zniszczy jego dzieciństwo.

 

 

Spróbuję po raz ostatni. Czuję, że ON może wyrosnąć na CIEBIE.

Zaufam.

Wyjadę stąd (może do Polski? Jest dostatecznie daleko?), a moja rodzina niech sobie żyje. Zostawię te ZŁE rzeczy za sobą, wezmę tylko album, który będzie mi przypominał o Tobie i o tych lepszych czasach.

A Martena zabiorę ze sobą. Starzeję się, nie wyglądam już tak dobrze jak kiedyś, ale czyż miłość zna granice? Gdy chłopiec podrośnie… Wierzę, że ujrzy we mnie dziewczynę, która siedziała przy Tobie, gdy konałeś. Dziewczynę, którą kochałeś.

 

Reszta strony pełna była fantazyjnych rysunków, uśmiechów i zakreśleń. Znalazło się również kilka cytatów, których jednak nie rozpoznałem.

 

15.

Na tym kończyły się zapiski babci. Odłożyłem ostatnią kartkę i wpatrzyłem się bezrozumnie w kąt pokoju. Głosy umilkły, choć czułem, że Marten obserwuje mnie z zainteresowaniem. Czy raczej wspomnienie Martena. Jakaś jego część, którą wchłonęły dżdżownicę, a która za pośrednictwem babci została przekazana mnie.

Dalsza część historii była już jasna – przyjechaliśmy do Zaboryszek, ja chodziłem do szkoły, a babcia pracowała. Najwyraźniej z czasem zobaczyła, że w człowieku, na którego wyrosłem, nie było jednak wiele „tamtego” Martena. Wcale jej nie pokochałem.

Dlaczego więc postanowiła „urodzić” jeszcze kilka jajeczek? Dlaczego dała mi Darję, a później, gdy dowiedziała się, że jesteśmy bezpłodni, również Sandrę i Artjona? Tego nie wiedziałem, choć podświadomie liczyłem, że ostała się w niej jeszcze jakaś ludzka cząstka. Że po prostu chciała dla nas dobrze.

(Chciała dla was dobrze…)

Głos jak echo powtórzył moje myśli. Nie wiedziałem już, do kogo właściwie należał. Do Martena, który zmarł na łące? A może do osoby, która naprawdę kochała Mię – jej ojca?

Zabiłem was, kochani – pomyślałem rozpaczliwie. – Zabijając tę kobietę, skazałem na zagładę całą naszą rodzinę… O Boże, Boże… Ja… Nie chciałem tego…

 Czymkolwiek były zamieszkujące łąkę dżdżownice, nie pozostawiało wątpliwości, że w jakiś sposób musiały przetrwać w ciele babci i zapewniać życie bytom, które rodziła. Paląc Mię, spaliłem również to, co stanowiło istotę mojej witalności.

 

16.

Słońce zaszło nad miasteczkiem Piiri, ustępując miejsca sierpowi księżyca i niezliczonym paciorkom gwiazd. Wiatr ucichł, a zamiast mew w niebo nad Piirissaare wzleciały sowy i nietoperze. Świerszcze cykały wśród traw, a do sapania z pokoju obok dołączyły jęki. Nie usłyszałem ich. Ale zobaczyłem.

Po nie wiadomo jak długim czasie podniosłem się z kolan i wzdrygnąłem, gdy drugie ramię odpadło od tułowia. Nie miało to już żadnego znaczenia, moja misja zakończyła się fiaskiem.

Wyszedłem z pokoju Mii i zatrzymałem się w korytarzu, dostrzegając poruszenie w sypialni obok. Wszedłem tam akurat by zobaczyć, jak cztery skotłowane na łóżku ciała umierają, sporadycznie poruszając kościotrupimi, gnijącymi kończynami. Nie miały już oczu, a ich twarze wyglądały jak rozpływające się maski, jednak widok rudych kobiecych włosów, okularów, a przede wszystkim jakże znajomej sylwetki, którą przez tyle lat widziałem w lustrze uświadomił mi, że patrzę na drugą rodzinę Mii. Tę, której dała życie i go nie odebrała. Tym zająłem się dopiero ja sam.

Przepraszam… – pomyślałem, wychodząc. I na mnie najwyższy czas…

Byłem już bardzo zmęczony. Oko zasnuła mgła, przez którą ledwie dostrzegałem rzeczywistość. Planowałem się położyć w salonie i spokojnie odejść, gdy nagle mój martwy umysł wpadł na ostatni niosący nadzieję pomysł.

Darjo… Artjonie… Sandro… Jeśli to wszystko, co napisała babcia jest prawdą i dla was jest jeszcze szansa. Jesteście przecież również… we mnie.

Nie pozwalając ulecieć tej myśli, wyszedłem z domu i korzystając ze wspomnień Martena-nieboszczyka zagłębiłem się w gąszczu przydomowego boru. Czułem, że moje nogi, ledwie trzymane przez więzadła, niedługo odmówią posłuszeństwa. Na szczęście łąka nie była daleko.

Dotarłem do miejsca, w którym już kiedyś, wiele lat temu, leżałem i spoglądałem w bezchmurne niebo. Obok stał obrośnięty mchem kamień, na którym tak lubiła przesiadywać Mia. Wokół kłębiły się dżdżownice.

Rośliny motylkowate, co? Łubin, wyka, koniczyna… Ale również groch i fasola. Jak mówił ksiądz, babciu? Ach, no tak… „W proch się obróciłeś, z prochu powstaniesz”. Jeśli tylko ktoś się skusi na warzywa. Jeśli kiedyś, za wiele lat, zbierze plon naszych wspomnień i, być może, zostanie nową Mią.

A gdy tak się stanie, przetrwa też…

(…nasza pamięć. Rozkwitnie jak kwiaty na wiosnę, wzniesie się jak mewy, zaszumi niczym drzewa…

 

 

 

 

 

Jeszcze się zobaczymy.)

Koniec

Komentarze

Oooł jeees, nowy horror Hrabiego! 

Zacząłem czytać zaraz po dodaniu, ale zagnano mnie do łóżka i dokończyłem dopiero dzisiaj rano. W sam raz na poniedziałkowy poranek, he he. 

I ten podoba mi się najbardziej z dotychczasowych. Nie ma tu zakręcenia i pewnego "efekciarstwa paskudności" szeptulcowych opowieści, nie ma niedopowiedzeń i niezrozumiałości tego o cygańskim weselu. Jest za to mrok, groza, obrzydliwość, a przede wszystkim okropny smutek, podane prosto, ale w doskonałych proporcjach. I długość – jak najbardziej właściwa, pozwalająca należycie rozwinąć nastrój. I mimo braku szybkiej akcji, nic się nie dłużyło. Być może inni będą twierdzić, że Twoje poprzednie historie, ze swoim pokręceniem, są ciekawsze, ale dla mnie Twa krzywa ciągle rośnie. "Smakołyk dla dżdżownicy" to dokładnie taki horror, jaki lubię.

Bardzo chciałbym się do czegoś przyczepić (naprawdę :-)) ale nie mam do czego. No może – te emotikonki w pamiętnikach Mii. Nie sądzę, by kiedyś pisano w ten sposób. To znaczy z pewnością pojawiały się jakieś serduszka, rysunki, pierdółki, ale emotikony kojarzą się bardzo nowocześnie i (przynajmniej u mnie) wprowadzały lekkie zamieszanie – zaraz, to kto i kiedy to napisał? Babcia? Ktoś z rodziny? Jakaś córka? A nie, no babcia przecież…

No dobra, ogólnie – zajebisty tekst. Dawno nie czytałem tak fajnego horroru.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Fajnie, że widzisz poprawę względem poprzednich opowiadań – staram się wprowadzać w życie zgłaszane uwagi. Smakołyk z pewnością nie jest idealny, ale czuję wielką satysfakcję widząc, że znalazłeś tyle pozytywnych aspektów. Dzięki, Thargone.

A najcenniejsze jest chyba dla mnie to, że usiadłeś zaraz po udostępnieniu i uporałeś się szybko pomimo objętości – nie ma chyba nic milszego dla autora :)

 

Emotki, hmm… Trafna uwaga. Babcia była dziewczynką sporo lat temu, więc chyba rzeczywiście trochę zgrzyta.

A zrozumiałeś fabułę? Albo w drugą stronę – nie wyszło zbyt łopatologicznie? ;P

 

Primagród pozdrawia Cię zwrotnie :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przeczytałam o czwartej rano, w pracy :) Nie mogę napisać, że się przestraszyłam, ale Twój tekst ma w sobie coś przerażającego i dogłębnie poruszającego. Aż tak, że w ciągu dnia przyśniły mi się dżdżownice… :) Brr… Początek bardzo wciągający i taki… Ach, nie jestem za dobra w pisaniu komentarzy, taki naturalistyczny, trochę obrzydliwy, ale jednocześnie bardzo obrazowy. Podobnie z reszta jak reszta tekstu. Emotikonki… Chyba też bym je wyrzuciła. Generalnie jestem bardzo zadowolona z lektury :)

Dla mnie nic nie jest zbyt lopatologiczne, bo mój umysł jest jak machina parowa ;-) 

Ale poważnie, to właśnie (szczególnie w porównaniu do poprzednich tekstów) fabuła była w sam raz. Wystarczająco prosta i zrozumiała, żebym nie musiał zastanawiać się, co poeta miał na myśli i wystarczająco nieoczywista (wszystko przecież odkrywa się po kawałku, po drodze, do końca nie wiadomo co Maarten znajdzie w dawnym domy babci i jak rzecz się zakończy). Być może ktoś będzie kręcił nosem, że zbyt mało zostawiasz w sferze domysłów, ale ja zawsze podkreślałem, że lubię świadomość, iż odebrałem tekst zgodnie z zamiarami autora i nic mi nie uciekło. Nawet, jeśli na końcu miałyby nastąpić wyjaśnienia w stylu Columbo.

Reasumując (fajne słowo) udany balans między tajemnicą a jasnością fabuły.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Uff, no to całe szczęście! Zobaczymy jeszcze, co powiedzą inni, choć Twe słowa wlały otuchę w me hrabiowskie serce, Thargonie.

Trzym się ciepło.

 

A Ciebie, Katiula, to chyba jeszcze nie było dane mi gościć! Bardzo mi miło, żeś wpadła i rad jestem, że opowiadanie dało radę. Jeśli było choć trochę obrzydliwie, cieszę się.

Przeczytałaś w pracy ponad 60 tys. znaków? Oj, nieładnie ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Tak więc, co tu ukrywać, zawdzięczałem jej wszystko i z tego też względu [+ją] szanowałem.

Podobnie, jeszcze tydzień temu, biła moje dzieci i Darję.

Zastanowiłbym się, czy te przecinki są tutaj konieczne.

 

Katowała ich fizycznie, jako że pomimo wieku rękę wciąż miała silną, a także psychicznie – swoimi decyzjami przekreślając ich marzenia. I cóż z tego, że robiła to przede wszystkim podczas moich godzin pracy, skoro jedno spojrzenie zmatowiałych oczu żony mówiło mi więcej niż tysiąc słów? Cóż z tego, skoro widok siniaków na ciałkach dwuletnich ledwie dzieci bolał znacznie bardziej niż zadane przed laty razy?

Jakie marzenia można przekreślić dwulatkowi? O świeżej pielusze? ;D

 

(Nad moją głową krążą mewy, przecinając błękitny nieboskłon, a dookoła rozpościerają się kwiatostany łubinu i wyki, grochu i fasoli. Ich zapach jest dojmujący, tak intensywny, że tracę oddech. A może to z powodu bólu? Leżę na miękkim posłaniu z koniczyny, obracam głowę i widzę teraz zieleń jej listków, fiolet kwiatów. Wypatruję czterolistnej, jednak zamiast tego dostrzegam te wijące się, obłe kształty. Segmentowane ciałka. Obślizgłe odwłoki strącające z koniczyny poranną rosę. Dżdżownice. A wśród nich palce. Szukające czegokolwiek – pomocy, pocieszenia, a najlepiej śmierci. Moje palce. Dżdżownice i palce, dżdżownice i palce…)

Rewelacyjny fragment!

 

Ściany pokrywały przyczepione pinezkami fotografie, falujące na wdzierającym się przez rozszczelnione okno wietrze. Największa ich ilość wisiała nad biurkiem.

Fotografie są policzalne, więc → liczba.

 

jednak jedna z nich sprawiła

Kiepsko to wygląda. → ale jedna?

 

wizje, tak uporczywie mnie nachodzące, jasno wskazywały, że istniej jakiś związek między mną

czy ona i dzieciaki wytrzymaliby trudy podróży. Z takim trudem oddychali…

(Zawsze utożsamiałem śmierć z czernią, z brakiem światła. A jednak… tutaj jest tyle kolorów. Tyle… odcieni. I tylko ty jesteś ciemnością.)

Ładne! <3

 

Skrzywiłem się i wyplułem kilka zębów. Żołądek ponownie podszedł mi do gardła.

Zapaliłem światło w kabinie i skrzywiłem się,

 

Na głowę, z której zaczęły osypywać się włosy, nasunąłem kaptur, oczy ukryłem za szkłami okularów. Rosyjskie niebo przysłaniały ciężkie ołowiane chmury, ale światło i tak raziło.

Tak się zastanawiam, co go raziło, co on oglądał, skoro bodajże w Kownie wypadły mu oczy… XD

 

Faktem pozostawało, że babcia znalazła umierającego człowieka i zamiast mu pomóc, czerpała przyjemność z jego bezradności, patrzyła, jak odchodzi. Aż w końcu pożarły go dżdżownice, co podpowiedziały mi akurat wizje. Na zdjęciach widniał tylko kopiec.

Auć! Zbyt dosłownie. Zastanowiłbym się, czy zachować ten fragment.

 

Poczułem się nagle lekki i świeży, strzępy mięśni opornie wprawiały w ruch stawy, przezwyciężając rigor mortis.

Rigor mortis to przecież cecha względnie świeżych zwłok, gdy skurczonym mięśniom nagle zabraknie ATP. Mięśnie w tak zaawansowanym rozkładzie nie przejawiają najmniejszego napięcia, więc wspominanie w tym momencie historii o rigor jest trochę bez sensu.

 

Drogę, która powinna mi zająć góra kwadrans, przebyłem dopiero do godzinie.

 

Hihi! Wciąż pamiętam, jak jadłeś dżdżownice! To było takie zabawne! A później te dżdżownice zaczęły jeść CIEBIE! To było jeszcze zabawniejsze – taka ZEMSTA, nie?

Jak by mi za 50 lat ktoś pokazał taki fragment, to moim pierwszym skojarzeniem będzie Count Primagen.

 

 

Co za wstrząsająca wizja! Muszę przyznać, że to trochę tekst dla koneserów, to znaczy nie znajdziesz wielu fanów takiego pisania lub inaczej – niewiele osób będzie czerpało z czytania czegoś takiego przyjemność. Niemniej nie sposób odmówić Ci kunsztu, do jakiego doszedłeś w tych swoich słodkich i popierdolonych zarazem horrorach. Nieraz skrzywiłem się podczas lektury; szacun.

Pomysł jest tak odjechany, że nawet nie wiem od czego zacząć chwalić. Postać babki ewoluuje na przestrzeni kolejnych rozdzialików (choć może powinienem powiedzieć – przepoczwarza się), by w finale dowalić taką bombą, że nie wiem czy widziałem tu, na forum, coś równie pokręconego. Finał to majstersztyk zarówno pod względem satysfakcjonujących wyjaśnień etiologii “żywych trupów”, jak i tego, co stało się przed laty. Że bohater i kochanek to jedna osoba, ale w tak chory sposób. I do tego te rodzące się ludzko-dżdżownicze hybrydy, psychotyczna dziewczynka, scena konania oryginalnego ciała… Moc serduszek!

Nie jest to jednak tekst idealny. Przede wszystkim brnie się przez niego, a nie płynie. Jest o wiele za długi. Doceniam, że po raz kolejny serwujesz egzotyczne scenerie, zabierając mnie w wycieczkę bo krajach nadbałtyckich i że opisów krajobrazów w ich liczbie jest w sam raz. Ale sama podróż wlecze się niemiłosiernie, niewiele w sumie wnosząc do historii i gdybyś po podjęciu decyzji o wyruszeniu przerzucił akcję od razu do Estonii, nie wiem, czy tekst by na tym jakkolwiek stracił. Tym bardziej, że bazujesz na notatkach, listach, wspomnieniach, myślach. Nie ma tutaj akcji, więc dodatkowe zamulanie opisem podróży burzy już i tak wątłą równowagę opisy-akcja.

Coś bym też porobił ze zdjęciem “Nowy początek”, bo ze trzy razy się wracałem, szukając tego, jak wygląda, ale nie znalazłem. Jak mniemam, dopiero w finale sprawa się klaruje. Wracając do tego zdjęcia jednak wcześniej i to kilkukrotnie, podkreślając jego istotność, wprawiałeś mnie w konsternację, że coś mi umyka.

Gratuluję bardzo dobrego tekstu!

Zaiste, porąbany horror, chora Mia, nie jestem w stanie jej zrozumieć. Na swój sposób ciągle drążysz temat toksycznej miłości.

Ładnie wykorzystałeś wiadomości medyczne.

Jeśli dobrze zrozumiałam, lepiej jest zakopywać podejrzane trupy niż palić.

Nie, nie sądzę, że jest łopatologicznie. I tak więź między dżdżownicami a rodziną bohatera pozostaje dość mistyczna.

Zgadzam się z Jaśniepanem, że skrócenie podróży wyszłoby tekstowi na dobre.

Masz trochę literówek.

Biła do krwi, pozostawiając na skórze blizny,

Ale pamiętasz, że ta konstrukcja zakłada jednoczesność czynności? A blizny robią się jakiś czas po ranach.

Babska logika rządzi!

Count, ja wszystkie moje opowiadania piszę w pracy, bo w domu nie mam ani czasu, ani natchnienia… :)

I nie jest to Twój pierwszy tekst, który przeczytałam :) A pod “​W tańcu ich cieni nie było radości”​ byłam pewna, że dodałam komentarz, ale sprawdziłam i go nie ma… Czasami, a raczej chyba zawsze, jestem bardzo roztrzepana. Tak czy inaczej bardzo mi się podobało. Głównie klimat i cygańskie motywy…

EDIT2: Droga Reg. Obiecałem Ci ostatnio tekst, który będzie zrozumiały. Oczywiście zamierzeń nie zmieniłem, jednak… wtedy planowałem wrzucić co innego. A zatem – miej się na baczności! Może być różnie! ;)

Drogi Primagenie, miło że pamiętasz o danych obietnicach. ;)

Przystępuję do lektury, siedząc na baczność. Na wszelki wypadek, jako że zapowiadasz, że może być różnie, rozesłałam jednak wokół siebie mnóstwo poduszek. Mam nadzieję, że takie zabezpieczenie wystarczy. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest lepiej, Councie, tekst jest bardziej zrozumiały, niż poprzednie, a to przecież podstawa. Pomysł i warsztat na plus. Bohater wyrazisty, tak samo jak babcia i reszta rodzinki. Bardzo podobał mi się początek, to rasowa powieść, miło rozsiadłem się w fotelu i czytałem aż do momentu, jak zacząłeś podróż… Pomyślałem w końcu, że spędzę przed monitorem tyle samo godzin, co bohater w podróży! Rzadko się zgadzam z Jasną Stroną, ale teraz mu przytakuję. No dłuży się to niemiłosiernie. Nieadekwatnie do całego pomysłu.

Mam jeszcze jedną uwagę. Zastanawiałeś się, jak wyglądałaby realizacja filmowa Twojego opowiadania? Powiem Ci jak, z kosmiczną przeróbką omawianej wyżej podróży. Bo ile można by słuchać lektora, który wypowiada przemyślenia, dywagacje i inne podejrzenia bohatera? Przecież ten gość jedzie całą drogę i MYŚLI. Councie, każdy z nas potrafi myśleć samodzielnie i nie chce czytać albo oglądać myślenia innych ludzi. Chce oglądać zdarzenia i konflikty, które przynosi życie. Na pocieszenie mogę Ci powiedzieć, że połowa bohaterów na tym portalu ciągle myśli i prawie nic nie robi.

A wiesz dlaczego myślenie w opowiadaniach jest takie nudne? Bo nie powiesz "nie myśl tak bohaterze!", wzruszysz co najwyżej ramionami, gość tak myśli i nic z tym zrobić nie możesz. Ale zawsze, ba powinieneś wręcz powiedzieć "NIE RÓB tego!" i ściskać kartki podczas czytania, aż kciuki zbieleją, "Czy on TO ZROBI?".

Nie mówię, że bohater nie może myśleć, ale w konwencji horroru liczy się przede wszystkim akcja i reakcja, myślenie pozostaw czytelnikowi, Councie.

Cóż, początek jest świetny. Zmiany fizyczne bohatera dopieszczone, rozwiązanie zagadki satysfakcjonujące, więc pozostaje tylko pogratulować solidnego tekstu (z dłużyznami :) ).

Pozdrawiam serdecznie.

Rzadko się zgadzam z Jasną Stroną

:C

 

Zabawne, Darconie, że wspomniałeś o adaptacji filmowej, bo i mi przyszła ona na myśl podczas lektury. Tylko wniosek miałem zgoła odmienny – że Count pisze w bardzo filmowy sposób, co tu świetnie widać zwłaszcza we fragmentach, w których stare ciało nasyła myśli do nowego. Jak dla mnie – niezła psychodela wyszła; czułem ten mętlik w głowie bohatera, szybkie ujęcia kamery.

A myślenie w literaturze wcale nie jest takie nudne. Spójrzmy chociażby na głośne niedawno “13 reasons why”, gdzie 2/3 książki to odsłuchiwanie monologu z taśm, a zdecydowana większość z pozostałej części to przemyślenia bohatera na jego temat. I co? Światowy bestseller. Myśli trzeba po prostu umiejętnie sprzedawać, co w środkowej części Dżdżownic, IMO, nie wyszło perfekcyjnie, stąd dłużyzny.

Nie zgadzam się, MrB, to nie jest filmowe opowiadanie. Facet, który podróżuje przed 2/3 filmu i wypowiada w tym czasie kilka nieistotnych kwestii nie jest materiałem na dobre kino. To nie jest, do jasnej strony, opowieść drogi, tylko horror. Kolejna dziedzina, w której się nie zgadzamy. Jeszcze trochę i odnośnie pogody też nie będziemy zgodni. ;)

 

No, dobra. Tu się zgadzamy. :)

Koniec off-topu.

Ależ, Darconie! Przecież to horror drogi – tak stoi w przedmowie ;P

 

[Odnośnie podróży Martena]

A tak serio, to sam miałem wątpliwości odnośnie drogi – tak na etapie projektu, podczas pisania, jak i skończywszy opowiadanie. Wydawało mi się, że przeniesienie bohatera od razu do Estonii już w ogóle zabije akcję (choćby i powolną), a na dodatek zburzy strukturę. Nie byłbym w stanie przedstawić jego przemiany, itd.

Oczywiście można zrobić to inaczej – położyć większy nacisk na dzieciństwo Mii, prowadzić akcję dwutorową i później zlać w jedno… Sam nie wiem. Zrobiłem w ten sposób, a później spytałem pierwszego czytelnika, czy opisywanie tej podróży miało sens. Powiedział, że jego zdaniem tak.

Mówicie, że wyszło nużąco – pozostaje mi wierzyć. Nawet nie jestem tak bardzo zaskoczony, bo też to odczuwałem podczas korekty… Na swój sposób ;)

 

Jak wyglądałby film na podstawie Smakołyku? Heh, to zapewne zależy od reżysera ;P Na pewno nie dałoby się zrobić czegoś w stylu nowego Mad Maxa, za mało wybuchów…

 

Za uwagi bardzo Ci dziękuję. Piszesz do czystej akcji, Darconie, i z pewnością masz rację. Przydałaby się. Fabuły mi się z takową nie zawsze kleją, ale coś napiszę. I mam nadzieję, że wtedy nie znudzę. Tak czy inaczej dzięki, żeś wytrwał i poratował analizą.

Zresztą, jeśli dłużyło Ci się, to po części dobrze – podróż też była dość długa. Czyli immersja w górę, hmm? ;P

 

Bright – Jeśli cokolwiek z tego zapadnie w pamięć, to będę ukontentowany. Za korektę pięknie dziękuję – poprawki wprowadziłem już rano. Z tym rigor mortis, heh… Nieuk ze mnie ;/

Nowy początek specjalnie tylko wspominałem, coby znalazł się jakiś element niepewności.

Uwagi odnośnie drogi – biorę sobie do serca. Jeszcze trochę rzeki w Primazonce pewnie upłynie, zanim zacznę pisać interesująco na nudne tematy…

Dobrze wytypowałeś fragment reprezentatywny ;)

 

Finklo – Fajnie, że dałaś radę takiemu dłuuuuugiemu, na dodatek momentami nudnawemu horrorowi ;)

Jeśli dobrze zrozumiałam, lepiej jest zakopywać podejrzane trupy niż palić.

I jeszcze morał znalazłaś! Pięknie, o to mi właśnie chodziło! ;D

Zdanie przearanżowałem.

 

Katia – Taniec też?! Oż Ty niedobra, słowem nie wspomnisz wujkowi Primagenowi… ;(

Dzięki, cieszę się :)

Hmm, a jakbym mógł jeszcze zadać Ci prywatne pytanie…

…to czym się zajmujesz zawodowo? Ja, w szpitalu, nie miałbym choćby chwili by coś napisać :(

 

Reg – Jeśli są odpowiednio puchate, to jak najbardziej ;D A ja na baczność poleżę, czekając na werdykt. Bright przeczyścił szlaki, usterek jest trochę mniej (a może nie ma ich w ogóle :3 )

(Taaa na pewno…)

Jest lepiej, cicho!

;)

 

 

No i naturalnie wszystkim bardzo dziękuję za lekturę i komentarze – mam nadzieję, że czasu nie uznajecie za straconego. Uwagi z pewnością przeanalizują i wykorzystam w przyszłości.

Dziękuję też za bibliotekę.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Horror drogi… Droga jest potrzebna, dopełnia tekst, ale przydałoby się trochę interakcji w drodze, no i pewne skrócenie.

No, sama przemiana fajna, ale może nie aż tak szczegółowo – kto jechał w przedziale, kto poczęstował wodą. Bo momentami trochę się zastanawiałam, dlaczego bohater wziął się do roboty dopiero, kiedy zaczął się rozpadać. Tydzień wcześniej i dojechałby bez problemów.

Babska logika rządzi!

Tydzień wcześniej chodził po lekarzach, szukał jakiejś naturalnej przyczyny. Najpewniej…

A zresztą – wtedy autor nie mógłby wyżyć się poprzez opisy ;―P

 

Darcon – hmm… Dobra, łapię.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Zgadza się, że z szybkim bohaterem i tanimi liniami lotniczymi nie byłoby tekstu. Ale kiedy nic się nie dzieje i ja mam za dużo czasu na rozmyślania, to jakoś zaczynam kombinować…

Babska logika rządzi!

Count, pracuje jako technik w firmie produkujacej soczewki kontaktowe… I jak sie cos zepsuje biegne ze srubokretem, a czasem nawet z mlotkiem wiekszym ode mnie :) Ale wiekszosc czasu siedze przy komputerze… I czasem cos pisze w huku maszyn :) I mimo ze nigdy sie o to nie podejrzewalam kocham swoja prace… mimo ze z wyksztalcenia jestem psychologiem I ksiegowa…

Ech, a ja w pracy to jeno komentarzyk strzelić mogę, a i to krótki. Pracuję w drukarni, wykańczając. Nie dość, że obydwie ręce ciągle potrzebne, to jeszcze skupionym naokrągło trzeba być. Jeden zły ciach i jurki firmie uciekają… 

Sorry za offtop, ale chciałem się pożalić ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Primagenie, jest mi niewymownie przykro, że to piszę, ale cóż mam począć, skoro czytałam opowiadanie z największym trudem, by nie powiedzieć, z przykrością. Zupełnie nie rozumiem istoty Twojego pomysłu, kompletnie nie pojmuję tego, co działo się między ludźmi i dżdżownicami, a podróż dogorywającego i rozpadającego się Martena nie była w stanie zająć mnie w najmniejszym stopniu, tak jak w żaden sposób nie mogłam wzbudzić w sobie ciekawości dla przyczyny trawiącej jego i rodzinę „choroby”.

Mogę znieść jedną lub dwie dżdżownice, jeśli dostrzegę je w ogrodzie, ale już widok dziesiątek pełzających po mokrych od deszczu chodnikach mierzi mnie okrutnie, a w opowiadaniu opisałeś sceny, które odebrałam jako znacznie bardziej drastyczne.

Dodam jeszcze, że sposób zaprezentowania tekstu wyjątkowo nie przypadł mi do gustu – za bardzo męczące uważam fragmenty pamiętnika i notatek babki – nie dosyć, że pisane szczególną manierą i kursywą, to jeszcze pełne ozdóbek, skreśleń, podkreśleń, urwanych myśli i irytujących wielokropków.

 

Cóż, Primagenie, ciągle nie tracę nadziei na wcześniej obiecany, bardziej zrozumiały tekst. ;)

 

Naj­więk­sza ich licz­ba wi­sia­ła nad biur­kiem. Bio­rąc pod uwagę ota­cza­ją­ce je opa­ko­wa­nia po żyw­no­ści, to wła­śnie tutaj sta­ru­cha spę­dza­ła naj­wię­cej czasu. –> Chyba nie powiedziałabym, że największą liczbę fotografii mam w albumach. Nie rozumiem, w jaki sposób opakowania po żywności otaczały wiszące fotografie. :(

Powtórzenie.

Proponuję: Naj­więcej ich wi­sia­ło nad biur­kiem. Bio­rąc pod uwagę walające się wszędzie opa­ko­wa­nia po żyw­no­ści, to wła­śnie tutaj sta­ru­cha spę­dza­ła gros czasu.

 

Na innej męż­czy­zna o ufnej twa­rzy i w oku­la­rach z gru­by­mi szkła­mi z dumą opie­rał się o ob­sy­pa­ne kwie­ciem drze­wo. […] Że za chwi­lę za­cznie sca­ło­wy­wać jej uśmiech, spi­jać z ust słod­ki sok wiśni, które dziew­czy­na do­pie­ro co jadła… –> Zastanawiam się, jakie drzewo może być obsypane białym kwieciem w czasie, kiedy można jeść dojrzałe wiśnie.

 

Przed­sta­wiał kwit­ną­cą łąkę, […] Po­dłuż­ne ślady obok pod­po­wia­da­ły, że chwi­lę wcze­śniej roz­pacz­li­wie szar­pa­ły zie­lo­ne po­szy­cie z ko­ni­czy­ny, wy­dra­pu­jąc zie­mię… –> Zdaje mi się, że poszycie występuje w lesie, nie na łące.

 

wy­dra­pu­jąc zie­mię, z któ­rej… wy­ła­zi­ły dżdżow­ni­cę. –> Literówka.

 

To dziw­ne – czym go­rzej się czuję, tym bar­dziej moje zmy­sły… –> To dziw­ne – im go­rzej się czuję, tym bar­dziej moje zmy­sły

 

jed­nak gar­dło opu­ścił cichy, zdu­szo­ny jęk. Chcia­łem zła­pać się za gar­dło, jed­nak ciało… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Z tru­dem wci­sną­łem pedał gazu, pod­świa­do­mie go­dząc się ze świa­do­mo­ścią, że dalej już to­yo­tą nie po­ja­dę. Dal­szą drogę…–> Nie brzmi to najlepiej.

 

Po­włó­czyw­szy no­ga­mi do­tar­łem na dwo­rzec… –> Po­włó­cząc no­ga­mi do­tar­łem na dwo­rzec… 

 

za­głę­bi­łem się w bab­ci­nych wspo­mnie­niach, które, czym dłu­żej ana­li­zo­wa­ne, tym bar­dziej zda­wa­ły się rów­nież moimi wła­sny­mi… –> …które, im dłu­żej ana­li­zo­wa­ne

 

ho­ry­zont skry­wał od­le­głe je­zio­ro Pej­pus, ku któ­re­mu tak opar­cie zmie­rza­łem. –> Literówka.

 

żu­ją­ca gumę Es­ton­ka wska­za­ła mi drogę na au­to­bus. –> …żu­ją­ca gumę Es­ton­ka wska­za­ła mi drogę do au­to­busu.

 

Do kar­tecz­ki do­łą­czy­łem hi­sto­rię cho­ro­by z pol­skie­go SORu… –> Do kar­tecz­ki do­łą­czy­łem hi­sto­rię cho­ro­by z pol­skie­go SOR-u

 

szu­fla­dy i półki za­peł­nio­ne były ty­po­wym upo­sa­że­niem, w chle­ba­ku leżał sple­śnia­ły bo­chen chle­ba. –> Obawiam się, że to nie było typowe uposażenie. Powtórzenie.

Proponuję: …szu­fla­dy i półki za­peł­nio­ne były typowym wyposażeniem/ ty­po­wym przedmiotami, w chle­ba­ku leżało sple­śnia­łe pieczywo.

Za SJP PWN: uposażenie «stałe wynagrodzenie za pracę»

 

Coś we mnie umar­ło od kiedy za­mor­do­wa­łem pierw­sze z nich… –> Literówka.

 

że pa­trzę na drugą ro­dzi­nę Mii. , któ­rej dała życie i go nie ode­bra­ła. –> , któ­rej dała życie i go nie ode­bra­ła.

 

i ko­rzy­sta­jąc ze wspo­mnieć Mar­te­na-nie­bosz­czy­ka… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Thargone, to tak dla pocieszenia, ja czasem mam takie stresujące sytuacje w pracy, że tak jak dzisiaj, wracam do domu z bólem głowy i brzucha. Trzy maszyny zepsute, a ja pośrodku przerażona, czy będę w stanie wszystkie naprawić. A jak coś mi nie wychodzi to w ogóle czuję się jak idiotka :(

Miłego dnia :)

Raaany, po co w takim razie się męczyć, Reg? Doceniam, że we mnie wierzysz, ale jeśli Ci ciężko, nie czytaj, proszę. Mnie też przykro.

Tak czy inaczej, dziękuję za opinię i łapankę. Poprawki wprowadziłem.

 

Katia – jaka tam idiotka! Skoro Ci ufają, widać dobrze się sprawujesz :) Co zresztą widać po ilości tekstów – wszystko działa jak należy ;) Ciekawa praca.

Thargone – no taaaak… Drukarnia brzmi prawie tak przerażająco jak furgonetka z lodami ;D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Tak więc, co tu ukrywać, zawdzięczałem jej wszystko

Bez "tak więc", brzmiałoby lepiej. 

 

Z czasem krwawe pręgi zmieniły się w blizny, jednak ból pozostał.

Krwawe pręgi szybko się goją. Więc może lepiej bez "z czasem"? Lub nawet: "szybko się zagoiły" ładniej pasowałby do pozostawionego bólu. 

dostrzegam te wijące się, obłe kształty. Segmentowane ciałka. Obślizgłe odwłoki strącające z koniczyny poranną rosę. Dżdżownice.. 

Dżdżownice nie mają, fachowo rzecz biorąc, odwłoków. Owady i pajeczaki tak. 

 

Napisane do tej pory naprawdę nieźle, znaczy bardzo dobrze.

Tak czepiając się znów: 

To właśnie owo brzuszysko było tym, co najbardziej przerażało mnie w babci.

Czyli to była "babcia" zarówno dla Martena i, nomen omen Darji, jak również i dla ich dzieci!? 

Cóż na szczęście w fantastyce wszystko jest możliwe… ;D 

Choć to dość łatwo wytłumaczalna kwestia nomenklatury. 

 

Bardzo żałosny tekst. W sensie znakomicie żałosny. Hmmm, może lepiej napiszę, że po prostu bardzo dobry. Wybierz, co chcesz :) 

 

 

Wybieram zatem “bardzo”. Póki jest bardzo, to raczej nie jest bezbarwnie.

 

Czyli to była "babcia" zarówno dla Martena i, nomen omen Darji, jak również i dla ich dzieci!?

Mam spojlerować? Akurat po Tobie nie spodziewałbym się takich ograniczeń wyobraźni, by to kwestionować, Lisie ;P

Cóż na szczęście w fantastyce wszystko jest możliwe… ;D 

Na przykład odwłok dżdżownicy? Też się liczy?

 

 

(Kurrr… znalazł się specjalista od odwłoków… Trzeba będzie coś z tym zrobić.)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Khe, khe… :) 

 

Akurat po Tobie nie spodziewałbym się takich ograniczeń wyobraźni, by to kwestionować, Lisie ;P

 

Jesteś godnym namiestnikiem :) 

Przykro mi. 

 

 

Raaany, po co w takim razie się męczyć, Reg?

No cóż, Primagenie, dyżur zobowiązuje. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Count, Ona już tak ma, że lubi się męczyć…. :) 

Zastanówmy się, czy to dobrze, czy źle dla Nas ;D

Jesteś godnym namiestnikiem :) 

Muszę być, skoro król całe życie na banie ;P

Spłynął z prądem Primazonki (prosto do przerębla) i zniknął na bardzo bardzo długo…

 

Reg – oboje dobrze wiemy, że dyżur to nie kwestia życia i śmierci, a Ty i tak czytasz znacznie więcej niż przeciętny użytkownik. Zresztą… Zapoznanie się z częścią tekstu, wyrobienie sobie zdania i skomentowanie wcale nie jest niewłaściwym sposobem dopełnienia dyżuru. Więc luz ;)

Te przekreślenia/emotki/wielokropki i inne środki wyrazu miały urozmaicać tekst. Ostatnio czytałem Dom z liści oraz Strasznie głośno, niesamowicie blisko, gdzie było sporo podobnego kombinowania… Dla mnie jako czytelnika, było to odświeżające.

 

Zastanówmy się, czy to dobrze, czy źle dla Nas ;D

Powiem tylko jedno – odwłok dżdżownicy.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Drogi, dumny Namiestniku, 

 

Pochyl głowę, jak i ja pochylam :) 

I nie denerwuj mnie już, bo się wypaliłem z uprzejmych słów na Twoim tekście :) 

 

Primagenie, nie potrafię zdecydować, w którym momencie miałabym przerwać lekturę, bo wydaje mi się, że to, co jeszcze nie przeczytane, może okazać się ciekawe. ;)

Choć owszem, zdarzały się teksty tak denne i tak fatalnie napisane, że ich nie kończyłam.

 

Count, Ona już tak ma, że lubi się mę­czyć…. :)

Mylisz się, Panie Lisie. Nie lubię, a nawet bardzo nie lubię! ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ekhm, przecież napisałem, że lubisz się męczyć :/

Skąd wniosek, że jednak miałem co innego na myśli :/

:) 

Przez wstęp podchodziłem do tekstu nieufnie, bo fanem gore nie jestem. Ale wbrew wstępowi wyszła, może i makabryczna, ale o wiele bardziej wciągająca tajemnica, która nie pozwoliła mi oderwać się do końca (i przypomniała jedną z lepszych przygód Zewu Cthulhu, które mi poprowadzono, także i przez samo rozwiązanie). Choć fakt, że bohater zamienia się w trupa nie był trudny do odgadnięcia, to jednak budujesz ciekawość jak do tego doszło.

Najmocniej, jak to zawsze u Ciebie, wypada klimat. Gęsty, wzbudzający ciekawość – jest jak ten moment tuż przed “jumpscare” w filmie, w którym wiem, że wyskoczy, ale scena prowadząca jest poprowadzona tak ciekawie, że nie mogę się od niej oderwać.

Przemiana bohatera w trupa wypadła ciekawie, podobnie jak jego rozwiązania, by radzić sobie z pogarszającym się stanem. Początek i sceny z rodziną może i za mocno tkliwe, ale robią swoje i dają bohaterowi dobrą motywację.

Podsumowując: bardzo dobry koncert fajerwerków, nie tak makabryczny, jak zapowiadałeś, ale to dobrze. Dużo lepiej wyszła sama tajemnica :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Fajnie, że tym razem wyszło bardziej zrozumiale i nie znudziłem. Sceny z rodziną zbyt tkliwe? Zapewne masz rację, wciąż nie potrafię “wyczuć” emocjonalności i przesadzam…

Dzięki bardzo, NoWhere, za lekturę, komentarz i nominację – mój fan Cień pewnie tylko na to czekał ;)

 

Ouch, w tej materii podziękowania też dla Thargone’a. Miło :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Sceny z rodziną zbyt tkliwe? Zapewne masz rację,

Tylko co znaczy racja? Według mnie wyszło dokładnie, jak trzeba. Nie dasz rady, Councie, uwzględnić wszystkich uwag bo nic byś więcej nie napisał. ;)

 

Ano nie dam. Ale spokojnie – zawsze analizuję opinie, a później wyciągam z nich średnią oraz te elementy, które szczególnie mnie zainteresują… I przechodzę do realizacji.

Jeśli chodzi o “relacje bohaterów”, to od jakiegoś czasu mam ten temat na tapecie. By opisać ckliwą scenkę trzeba oczywiście coś tam potrafić (im więcej, tym lepiej wyjdzie), ale prawdziwej klasy trzeba chyba szukać gdzie indziej.

Na przykład opis miłości bohatera i jego żony w Domu z liści – autor napisał ledwie kilka prozaicznych zdań o tym, że kobieta ukradkiem wypatruje go przez okno (zerka niby przypadkiem, przechodząc przez pokój), a gdy facet wchodzi, to jest oschła i dość obojętna… I Danielewski zrealizował to w ten sposób, że po prostu czujesz tę więź, że ona tam jest…

Słowa NoWhereMena odnoszę do czegoś podobnego.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Rozumiem, sam nie mam już takich dylematów. Danem Simmonsem nie będę, warsztat za to dobrze się tutaj, na forum, szlifuje. Co do pomysłów i ich realizacji, cóż, nie podzielam panujących tu trendów.

Danem Simmonsem nie będę

Ja też nie.

Kiedyś było inaczej, ale w tej chwili piszę głównie dlatego, że pomysły przychodzą do głowy i po prostu mam ochotę je realizować. Bez spiny, bez jakichś odleglejszych celów… Bez wysyłania gdziekolwiek. Charakter jednak sprawia, że wciąż chce mi się te wypociny poprawiać. W miarę możliwości.

Warsztat? Najpewniej. Reszta? Cóż, ślepe zaufanie nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Zabierałam się do tego tekstu kilka razy (bo długi), ale w końcu się udało i w sumie jestem zaskoczona, że tak szybko mi poszło. Czyli – wciągnęło mnie.

Skończyłam z myślą: jakie dziwne opowiadanie. Zawsze się zastanawiam, skąd ludzie biorą takie pomysły i nie wiem, jak się do nich odnieść.

W zasadzie od początku wiadomo, że pomiędzy Martenami jest jakieś powiązanie i bardzo fajnie, że odkrywasz je tak po kawałku. Mnie nie przeszkadza, że wszystko tak naprawdę dzieje się w głowie bohatera, z akcji mamy właściwie tylko podróż. Ładnie to jest wszystko poskładane.

Na pewno jest klimatycznie i niepokojąco.

Podobało mi się :)

Ekstra :3

Cieszę się, że nie znudziłem, a treść dała radę. Dzięki, Sojuszniczko!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

A jest może wersja pdf? Wrzuciłabym sobie na czytnik, bo opko jest dłuuuuuuuuuuugie jak na czytanie z kompa i męczenie oczu ;-)

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

To prawda! Jeśli tylko wykazujesz chęci, z przyjemnością podrzucę pdf, Pierożku :) Wkleję link do przedmowy, ale może jutro, coby wprowadzić do pliku zgłaszane przez poprzednich czytelników uwagi… Szczególnie, że ma być dla Ciebie – jednej z portalowych grammar Nazi ;P

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Mam jak Thargone: 

dla mnie Twa krzywa ciągle rośnie

Co wyrwane z kontekstu może dziwnie brzmieć ;D

 

Serce rośnie, gdy widać, jak wyciągasz wnioski z tekstu na tekst. Tutaj przez większość tekstu ciągną się jakieś domysły, ale na koniec jest wyjaśnienie i to eleganckie, w żadnym wypadku nie czuję się, jakbym dostał łopatą między oczy. Fabuła jest też wyraźniej zarysowana, a jednocześnie czuć w tym Twoją rękę. Da się iść na kompromis? Da się. Jestem ciekaw, gdzie dotrzesz dalej w poszukiwaniu złotego środka. Jeśli miałbym coś podpowiadać – może kierunek: papier? No bo co, wleci kolejne piórko, fajnie, fajnie, ale mnie się zdaje, że przydałaby Ci się praca z redaktorem. “Smakołyk” jest świetnym tekstem, ale nie pozbawionym oczywistych wad.

A właściwie jednej oczywistej – dłużyzny. Już widzę komentarz MC, który mówi, że przydałoby się trochę przyciąć. Darcon miał zresztą zajebistą obserwację z tym, że bohater powinien coś robić. U Ciebie środek się wlecze, ale ma to klimat. Tylko że nie samym klimatem żyje czytelnik. O ile mocniej mogłoby to zadziałać, gdyby ograniczyć epizody w podróży to tych najciekawszych, w których bohater może o czymś decydować? Widziałem tutaj zdania, fragmenty, których mogłoby nie być. Było trochę lepszych, trochę gorszych. Różnicę mogłoby zrobić wywalenie nawet 5k znaków. 

 

Opowieść drogi to chyba najłatwiejszy sposób na snucie fabuły. Fabuła tym się różni od obrazu, że jest oparta na ZMIANIE. Zmienia się coś – czyli dzieją się wydarzenia. Wydarzenia mające miejsce w czasie podróży są jednak… można by powiedzieć “zbędne”, ale nie w tym rzecz… Są możliwe do zastąpienia. A precyzyjnie skonstruowana fabuła raczej wymaga tego, by każde wydarzenie było konieczne, by bez niego sypała się układanka. Tak mi się przynajmniej wydaje i tak to instynktownie czuję, choć może niezbyt jasno potrafię wyrazić słowami. 

Innymi słowy: fabuła może być prosta i urozmaicona jednocześnie. Prosta – by czytelnik wiedział, w czym rzecz. Urozmaicona – by się nie nudził. Czyli fajnie, jak zmierza z punktu A do B, pośrodku trochę meandruje, jednak nie na tyle, by zapominać, że celem jest B. Tu momentami nuda się wdzierała, choć – może świadomie, może nie – zagrało to razem z klimatem tej podróży. Długa, monotonna. 

 

Ogółem Twoje najlepsze – jak do tej pory! – opowiadanie, zapadające w pamięć, z silnym ładunkiem emocjonalnym i plastycznym. Ode mnie będzie TAK. 

 

I jeszcze jedno. Śledziłem na mapie trasę bohatera i wydała mi się taka trochę naokoło. Ale tak poza tym to kupiłeś mnie tym doborem scenerii. Kręcą mnie takie nieoczywiste miejsca, o których mało się wie, o których często brakuje wyobrażenia, które wydają się nudne. 

O rany, Fun, ależ komentarz :O Znów dałeś mi sporo materiału do analizy.

Podróż mogła oczywiście przebiegać na najróżniejsze sposoby i akurat ten konkretny nie miał wpływu na końcowy rezultat, ale to dlatego, że… to była po prostu podróż. Podczas pisania nie wiedziałem za bardzo, jak to rozwiązać, ale rozważę Twoje słowa i w przyszłości poprawię ten element.

Podobnie w kwestii bohatera.

 

Śledziłem na mapie trasę bohatera i wydała mi się taka trochę naokoło.

Fajnie, żeś się zaangażował :) Piszesz o odcinku z Rzeżycy do Tartu? Rozpisałem to w ten sposób, ponieważ nie istnieją tory, które prowadziłyby bezpośrednio do tego punktu… Postarałem się znaleźć w tym aspekcie jakiś kompromis między fikcją a rzeczywistością – pociągi tak nie kursują, ale teoretycznie mogłyby.

Droga samochodem była raczej prosta – Marten korzystał z głównych dróg, łączących największe miasta.

 

Dzięki wielkie za lekturę i komentarz. Fajnie, że dostrzegasz postęp.

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Szczególnie, że ma być dla Ciebie – jednej z portalowych grammar Nazi ;P

Potraktuję to jako komplement XD Ale muszę Cię zawieść, Hrabio, nie planuję żadnych szeroko zakrojonych działań korekcyjnych. Nie będzie mi się chciało (chyba…) przerzucać uwag z czytnika na komputer :P

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Piszesz o odcinku z Rzeżycy do Tartu? Rozpisałem to w ten sposób, ponieważ nie istnieją tory, które prowadziłyby bezpośrednio do tego punktu… Postarałem się znaleźć w tym aspekcie jakiś kompromis między fikcją a rzeczywistością – pociągi tak nie kursują, ale teoretycznie mogłyby.

Tak, wyszukiwarki internetowe wyznaczają trasę pociągiem dużym łukiem, ale odbiegającym na zachód (przez Rygę). No ale to moje zboczenie – w zeszłym roku rozważałem wyprawę rowerową po tamtych krajach i analizowałem połączenia kolejowe (sieć torów raczej średnia). 

Wyszukiwarka PKP wciąż proponuje podróż z Warszawy do Tallina przez St. Petersburg ;) 

Przyznam się, że zaczynałam czytać to opowiadanie chyba trzy razy, ale dopiero dzisiaj mi się to udało. Podobnie jak przedpiścy uważam, że pomysł nieźle porąbany, ale przez to oryginalny. Początek intrygujący – tajemnicza choroba całej rodziny, na którą nikt wcześniej nie zapadł.

Opis pokoju babci robi wrażenie. Niemalże czułam ten smród, widziałam ten cały syf i te chmary much. Natomiast odkrywanie przez Martena samej tajemnicy początkowo śledziłam z zainteresowaniem, ale w pewnym momencie zaczęło się dłużyć i czekałam tylko, aż gość się rozsypie gdzieś po drodze i tak się wszystko skończy.

Zakończenie uratowało jednak całość.

Napisane świetnie, wzbudziło zainteresowanie, spodobało, ale nie porwało.

 

Jedna uwaga:

Spojrzałem na swoje granatowe paznokcie i podważyłem płytkę, która ze wstrętnym dźwiękiem odlepiła się od paliczka.

Paliczek, to kość, a paznokieć raczej nie jest osadzony na samej kości, bo tam jednak trochę mięska jest pod spodem. :)

 

A ja czytam… i czytam… ale się nie poddam i dzisiaj doczytam :D

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Fun dobrze mówi, potrzebna Ci praca z redaktorem, a później na papier.

Co mi się podobało najbardziej? – Opis pokoju Mii.

 

Co mi się nie podobało? – Można by co nieco wyciąć, ale najbardziej początek. Bo wrzucasz mnie w ckliwe sceny i straszysz dżdżownicami i chorobą a… a tak właściwie to bohater jest mi obcy, nie dałeś mi czasu na zżycie się z nim. IMO powinieneś zacząć spokojniej, bo tak to ja tej rozpaczliwej sytuacji bohatera nie odczułem. Wiesz, ciężko cieszyć się smakiem piwa, dojąc całą butelkę na jedno przyssanie do szyjki, schodząc poniżej 30 sekund/poł litra.

 

Momentami przeszkadzała też chaotyczność. Rozumiem, że zamierzona, ale czasami chyba lekko nieokiełznana. Momentami się gubiłem i musiałem pomyśleć o co chodzi :D

 

Gnicie / rozpadanie bohatera fajne, tebostatnie momenty podróży przypadły my do gustu. Może dlatego, że bohater szedł i ja szedłem do domu po pracy piechotą. I tak razem szliśmy, on tam w Estonii, ja tu w Niemczech, no czaisz bazę :D a jeszcze na uszach szumiał punk rock (KSU płyta Pod prąd) i jakoď mi się to wszystko zgrało.

 

Zakończenie w dobry sposób spina całość. Z zapisków starej też najbardziej spodobały mi się te pod koniec tekstu.

 

Generalnie całość na plus. Ciekawa historia, fajna wyobraźnia, dużo dżdżownic, no i wiem już co jest smakołykiem dla dżdżownicy. :-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Oho, ależ tu poruszenie nastało dnia dzisiejszego!

 

Pierożku – specjalnie dla Ciebie (oraz innych “gadżeciarzy” ^^) wersja PDF w przedmowie! Postarałem się, by wyglądało w miarę :>

 

Fun – Przez Rygę, powiadasz? Hmm… Tego, przyznaję, nie sprawdzałem. Po prostu śledziłem odchodzące z Tartu tory na przybliżeniu i starałem się znaleźć jakieś połączenie z Rzeżycą XD Zabrnąłem w tamtym kierunku…

 

AQQ – Trzy razy? Cóż… Chyba w takim razie powinienem podziękować za wiarę we mnie i, ostatecznie, dobrnięcie do końca. Fajnie, że zwróciłaś uwagę na pokój Mii – to jeden z bardziej sugestywnych obrazów, jaki pojawił się w mojej wyobraźni podczas pisania…

Co do paliczka – ech… Medyczna nomenklatura weszła mi w krew i czasem palnę gafę… ;(

Następnym razem spróbuję zachwycić :) Dzięki!

 

Mytrix – Wielcem rad, że dobrnął waćpan szczęśliwie do końca :D Początek sprawił problemy? No to masz takie same zdanie, co mój pierwszy czytelnik. Zgłaszał podobne obiekcje…

KSU również lubię, nic dziwnego, że dobrze komponowało się z podróżą.

Dzięki serdeczne za miłe słowa i krytykę (i nominację!), fajnie, że jakoś strawiłeś ten smakołyk ;)

 

Edit:

Kammo, droga sojuszniczko. Wielce mi miło, żeś i Ty znalazła czas na tę kobyłę, ale żeby mnie nie uraczyć choćby słówkiem?! Okrutnaś! ;(

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Trzy razy, bo ta scena mordowani babci na początku nie działa raczej zachęcająco. :P

A czemu nie porwało? Bo miałam chyba podobnie jak Mytrix, momentami się gubiłam, a to z kolei zaburzało płynność czytania.

Wiesz na co zwróciłam uwagę w opisie pokoju Mii? Na muchy. Opisywałam ostatnio obskurne pomieszczenie i uświadomiłam sobie, że zabrakło mi w nim much. :) Dobry jesteś!

O, nawet jest ilustracja! Od teraz zawsze będę się dopominać o wersję pdf ~^^~

Postaram się przeczytać dzisiaj do poduszki :-)

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Taaak, muchy koniecznie :>

Dobry? Sama jesteś dobra! Count jest zły do szpiku kości ;D

 

EDIT: Do poduszki, Pierożku? Być może to dobry pomysł – biorąc pod uwagę wcześniejsze opinie, istnieje spore prawdopodobieństwo, że środek opowiadania ukołysze Cię do snu ;P

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Lepiej do poduszki niż do kolacji :P Poza tym w łóżku najwygodniej się czyta :D

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Tak to jest, jak się pisze w zimie, a muchy śpią i nie pobudzają wyobraźni. Tekst poszedł, więc już za późno. :(

Count jest zły do szpiku kości ;D

Jakoś nie postrzegam autora przez pryzmat jego dzieł. ;D

 

Edit: 

Nie w tym sensie, że dzieła są złe, ale bohaterowie pokręceni. ;P

 

No ale smakołyka nie strawiłem, bo nie jadam ludziny!

A nominacja się należy ;P

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Poza tym w łóżku najwygodniej się czyta :D

Pod warunkiem, że nie uciskasz sobie nerwów łokciowych i nie drętwieją Ci ręce. Ja tak mam, gdy próbuje pograć w łóżku na DS-ie :(((

Oj, do kolacji też się sprawdzi – wszakże to smakołyk :D

 

U Ciebie też, AQQ, muchy tak pobudzają wyobraźnię? No proszę!

Mnie możesz postrzegać przez pryzmat :D

 

Mytrix, znów smędzisz. Ludzina to dobre, słodkie mięso ;D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

 W tej chwili babcia była wspomnieniem, choć tak wypatrywane przez mnie szczęście wcale nie nadchodziło. 

 

Moje mięśnie przypominały grudy zmrożonego śniegu; dopiero po kwadransie udało się wpompować w niej trochę ciepła.

 

połączeń nieodebranych, 0 wiadomości. – narracja pierwszoosobowa, więc tym bardziej mi te 0 tu nie pasują, słownie jednak chyba byłoby lepiej. Co innego, gdyby to był cytat komunikatu na ekranie, ale nie jest. 

 

Mimo sprawności, z jaką tekst jest napisany (no, może z wyjątkiem emotek, chociaż część z nich oddaje pewien klimat zapisków dziewczyny), to jednak nie mogę go uznać za Twój najlepszy. Może dlatego, że postrzegam go jako wyjątkowo obrzydliwy (przynajmniej momentami), nieprzyjemnie makabryczny. Chyba w przypadku Twoich horrorowatych opowieści wolę więcej niedopowiedzeń, pociągającej tajemnicy, grozy nieco bardziej ukrytej, jak choćby w Ich tańcu…

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ale ludzina jest łykowata i mi wchodzi między zęby i nawet nicią dentystyczną ciężko mi się jej pozb… A nie, nic. Łykowata jest.

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Łykowata jest.

Wiesz to z własnego doświadczenia? ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

devil

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Ależ drogi Mytriksie, wszak ludzina musi odpowiednio skruszeć! Dwa tygodnie po ziemią i mięsko palce lizać! Najlepszy jest żyzny czarnoziem, bo wtedy mięso najbardziej soczyste wychodzi, ale na przykład piaszczysta gleba pod świerkowym lasem, nadaje delikatnego aromatu kiełbasy myśliwskiej.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ja nie wiem, chłopaki. Odnoszę wrażenie, że Wy to na surowo jecie i bez żadnych przypraw. Jak zwie ghule!

Babska logika rządzi!

To zarzuć jakimś przepisem, Finklo, jak masz jakiś dobry. Tylko bez grzybów bo nie lubię. Ale jak masz coś z koperkiem to przygarnę :D

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Surowiznę, w dzisiejszych czasach… Ty wiesz, ile świństwa się taki człowiek w życiu nażarł?! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Oj tam, pełno przepisów w necie. Mytriksie, jak Ci się trafi łykowaty osobnik, to zawsze możesz zrobić mielone. Z koperkiem.

Thargone, najgorsi są tacy, co się długo leczyli przed śmiercią. Co obróbka termiczna robi z dragami… Przed spożyciem przeczytaj ulotkę albo skonsultuj się z farmaceutą.

Babska logika rządzi!

Dzięki za wizytę, Śnio. Czyli, mam rozumieć, że Ci się nie podobało? Czy podobało mniej niż Taniec? Chętnie przygarnąłbym od Ciebie jakąś wskazówkę, co mógłbym poprawić, o ile masz pomysł :)

Heh, jeśli Smakołyk Cię obrzydził, to poniekąd dobrze…

;(

Trzymaj się.

 

<Szlaaaag! Poprawki korektorskie, kiedym już skonstruował pdf-a! Nieeeeeeee!!! XD>

 

 

 

Hmm, żyzny czarnoziem…? Smaka narobiłeś, Thargone. Dobrze, że nadeszła odwilż, będzie okazja posadzić co nieco w ogródku :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Czytałam późno i z gorączką jako towarzystwem, do tego z przekąską (mój błąd :( ). Nie przepadam za obrzydliwościami, więc zdecydowanie mniej mi się podobało niż Taniec, ale nie mogę powiedzieć, że nie podobało mi się wcale. Ostateczną decyzję zostawiam sobie na później, po ponownym przeczytaniu i przemyśleniu już na chłodno i na czczo ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie powiem, że jestem rozbity, pisząc ten komentarz, bo nie mam żadnych wątpliwości co do tego, jak odebrałem to opowiadanie, ale przyznać muszę, że coraz bardziej mnie to wszystko męczy, bo faktycznie z tekstu na tekst piszesz lepiej (czy po prostu przystępniej, bo na poziomie literackim już od dawna jest dobrze), a ja nadal swoje. Inaczej jednak nie mogę: nie podobało mi się.

Nie, czekaj, stop, wróć – nie tak: nie podobało mi się na tyle, by móc powiedzieć, że mi się podobało Różnica pozornie niewielka, ale, jak się tak przyjrzeć, to jednak ogromna, bo zwyczajnie nie mogę też postawić uczciwej kropki w sposób, w jaki zamknąłem poprzedni akapit. Upraszczając: było nieźle, ale mogłoby być lepiej i dużo lepiej.

Po pierwsze, zupełnie nie kupiła mnie ani sama historia – choć niech mnie końmi powłóczą po majdanie, jeśli miałbym zaprzeczyć, że klimat momentami wykreowałeś naprawdę rewelacyjny – ani jej bohaterowie, szczególnie Mia. Tutaj wzięło i zdechło przede wszystkim dlatego, że ta postać jest dla mnie dosyć płaska i zupełnie niewiarygodna. Raz, że babkę odmalowałeś jedną, jedyną barwą – czernią – a dwa, i to przede wszystkim, że odmalowana jest bardzo chaotycznie. Dobra, zgoda, ona BYŁA chaotyczna, ale była przy tym też… niewiarygodna i prawie nieczytelna. Nie chodzi tutaj nawet o formę jej zapisków – choć z mojej strony za to jednak ciężki minus (ale o tym później) – tylko o to, że nie byłem w stanie zrozumieć, kim lub czym ona właściwie jest, co ją napędza (skąd ta szajba, to… ZŁO?) i co tak naprawdę robi, gdy już robi. Historii z Martenem, dajmy na to, nie wyłapałem do końca. Dobra, leży jakiś gość na trawie i próbuje przetrwać, żrąc dżdżownice, bo… no właśnie? Skąd on się tam wziął, co tam robił, dlaczego nie mógł odejść, jakie naprawdę łączyły go relacje z Miją – bo ta “miłość” wydaje się bardzo jednostronna, ale innej perspektywy nie ma, więc i pewności niet. Jeśli to było gdzieś w jej zapiskach czy wspomnieniach, ja tego nie wyłapałem. I bez skrępowania zrzucam za to winę na Ciebie.^^

Podobnie z rodzicami Mii, tą rudą paskudą i całą resztą. Nie rozumiem natury ich relacji i tylko domyślam się, że mała nie miała tak naprawdę żadnego realnego powodu, by wszystkich nienawidzić, tylko jej po prostu grzało. Problem polega na tym, że niezupełnie mnie to satysfakcjonuje, takie domyślanie się. Pokazujesz jakiegoś popieprzonego dzieciaka, który ma problem ze wszystkimi, ale nie wyjaśniasz dlaczego i jaki. A ja lubię wiedzieć.

No i Mia jest jednak zupełnie niewiarygodna dla mnie również skuli tych swoich notatek właśnie, bo wszystko w nich, od formy zapisu po treść, wskazuje na to, że dziołcha urwała się z zupełnie innej, jeszcze nienarodzonej epoki. Poza tym odczytywanie jej zapisków było niezwykle dla mnie męczące. Abstrahując już od tego, że generalnie mam na bakier z emotkami i nie lubię nawet tych dwóch, do których używania, w imię wyższej potrzeby komunikacyjnej jestem zdolny (^^ oraz ;), prawda jest taka, że nie mają one żadnej racji bytu w jej zapiskach.

Jeśli czasem akcji nie jest przyszłość odległa o pokolenie czy dwa – a nic w tekście na to nie wskazuje – to stawiałbym, że okres młodości Mii przypadł gdzieś między latami trzydziestymi a pięćdziesiątymi minionego wieku, czyli na co najmniej trzy dekady przed tym, nim emotikonów użyto po raz pierwszy. I nawet jeśli wziąć poprawkę – pewnie niezbędną – na fakt, że to nie były takie stricte emotikony, tylko po prostu ręcznie rysowane znaczki, którymi dziewczynka (a potem już kobieta) ozdabiała swój pamiętniczek, a które Ty oddałeś w taki, dosyć wygodny, sposób, to wciąż nie kupuję tematu. Bo o ile podkreślenia, skreślenia i jakieś serduszka jeszcze mogę zrozumieć, to uśmiechniętych buziek już ni wuja, ni ciotki. Jestem reliktem z czasów przedkomórkowych, gdy dzieciaki wymieniały się pamiętnikami, złotymi myślami i innymi bzdurami, i choć sam nigdy w podobnym procederze udziało nie brałem – chyba że jako niewinna ofiara, ale to się nie liczy – to jednak naoglądałem się podobnych zeszycików więcej niż dosyć, by wiedzieć, że żadnej, najsłodszej nawet dziewczynce z najbardziej zapyziałej, odizolowanej od dramatów cywilizacji wioski, nie przyszło do głowy, by rysować sobie czy też komuś jakieś uśmiechajki na marginesach. No nie i koniec. Tak więc razi mnie to nie tylko wizualnie, ale i jako swoisty błąd logiczny.

Zresztą sposób zapisu to jedno, ale tutaj dochodzi jeszcze styl, który też, moim zdaniem, jest bardzo daleki od tego, czego można by się spodziewać po dziewczynce żyjącej w raczej ubogiej wiosce czy mieścinie w ubogim kraju, po zdecydowanie niewłaściwej stronie żelaznej kurtyny, w bardzo nieodpowiednich czasach. Te wszystkie przekleństwa, również w moich uszach sztuczne, tylko pogłębiają wrażenie, że Mia była współczesną polską nastolatką, a nie Estonką z innej epoki.

Tak więc, że się powtórzę, dla mnie Mia jest bodaj najsłabszym punktem opowiadania.

Ale nie jedynym.

Co jeszcze mi tak dość mocno nie podeszło, to pewne dziury w logice i w fabule.

Gdybym zapytał teraz, czy jeśliby przenieść cel podróży do wioski obok, samą drogę skrócić do jednej nocy, a rozpad ciała bohatera przyśpieszyć wykładniczo, to czy powstałaby jakakolwiek istotna różnica w treści; coś tak naprawdę by się w historii zmieniło – jaką otrzymałbym odpowiedź?

Bo ja, prawdę mówiąc, nie widziałbym żadnej różnicy. Tyle, że byłoby znacznie krócej i przez to, być może, ciekawiej.

I nie, nie chodzi mi o to, że mnie znużyła “drogowa” cześć opowiadania, nic bardziej mylnego – dla mnie to był właśnie najlepszy motyw w całej historii. Prawdę mówiąc, jeśli o mnie chodzi, można by spokojnie wywalić początek, a zakończenie wręcz by wywalić pasowało (bo jest czarną dziurą), i zostawić samą tę podróż gnijącego ciała, i podobałoby mi się zdecydowanie bardziej.

Generalnie motyw drogi jest mi bardzo bliski, i to w każdej możliwej formie, od tej jak najbardziej dosłownej aż po wszystkie możliwe jej artystyczne odsłony: literatura, film i muzyka. Nawet niektóre obrazy wzbudzają pewną nostalgię i niepokój każący szukać sobie celu, gdzieś hen daleko. Tak więc w tym aspekcie opowiadanie podobało mi się niemal bez zastrzeżeń, zwłaszcza że fajnie to wszystko przemyślałeś i mimo, iż bohater nie przeżywał żadnych naprawdę ciekawych przygód – o co raczej ciężko się czepiać, jeśli wziąć pod uwagę, że przeżywalność czegokolwiek, gdy jest się martwym, stanowi sztukę raczej trudną – to o tych nieciekawych czytało mi się eleganio.

O co więc chodzi? Ano o to, że takiego rodzaju nie-przygody równie dobrze można by opisać w drodze do Kopydłowa, a nie zostałbym z wrażeniem zmarnowanego pleneru. Nie odczułem u Ciebie bowiem żadnego “powiewu ze wschodu”. No dobra, może minimalny. I to jednak przykre, bo skoro zdecydowałeś się wysłać chłopa w rejony tak dla przeciętnego Polaka przecież egzotyczne, to liczyłem, że, a) to konkretne miejsce jest naprawdę ważne, oraz b), że jednak pokażesz i dasz odczuć więcej tamtego, obcego mi świata (zwłaszcza że tekstu trochę jednak jest, a “drogę” zapowiadałeś już we wstępie, co mnie z góry pozytywnie nastawiło do opowiadania). Niestety jednak zawiodłem się w obu tych punktach. Gdyby Mija mieszkała gdziekolwiek indziej, nawet w sąsiedniej chałupie, z punktu widzenia tajemnicy, którą bohater musiał odkryć, nic tak naprawdę by się nie zmieniło. Tak samo znalazłby i przeczytał stare notatki babciona i… i tyle w sumie. Poza drobnymi smaczkami nie dało się też odczuć, gdzie wiedzie droga. Choć to akurat, prawdę mówiąc, jakoś bardzo istotne nie jest, bo i tak, koniec końców, naprawdę mi się w tej drodze podobało. Mówiąc krótko, ten motyw mocno na plus.

Z celem już zdecydowanie gorzej, bo tutaj poszedłeś po najmniejszej linii oporu i po prostu zostawiłeś gościowi rozwiązanie na elegancko nakrytym stoliku, w sumie jeszcze nawet ciepłe.

Ja rozumiem, że sama podróż jest ważniejsza niż cel, ale też nie ma co popadać w skrajności. A tutaj mam wrażenie, że wskazałeś Martenowi tak odległy cel tylko po to, by mógł zaśmiecić odpadami organicznymi jak największą część kontynentu.

Poza tym tak naprawdę nie dostałem tego, na co najbardziej liczyłem – odpowiedzi, na pytanie, jakim cholernym cudem ten trup wciąż się trzyma na nogach? W sumie, to jest nawet gorzej, bo nie tylko się tego nie dowiedziałem, ale wręcz w pewien sposób sam odebrałeś mu prawo do tego po-życia, co jest brutalnym gwałtem na logice. Jeśli coś pochrzaniłem albo pominąłem, to mnie potem wyśmiej i popraw (kolejność w sumie dowolna), ale póki co widzę to tak: wszyscy zainteresowani czerpali siły życiowe z babci Mii, czy raczej z tego, co tam sobie trzymała pod kiecką (sam ten motyw bardzo fajny, choć w taki paskudnie posrany sposób), więc kiedy jej (tego) zabrakło, pozostali też zostali skazani na unicestwienie. No i spoko, tak trzymać, szczęśliwe zakończenia fuj fuj, spróbujcie szczęścia w innym tekście, tu was nie potrzebujemy. Ergo – to samo w sobie jest jak najbardziej spoko. Tylko że skoro źródłem ich sił życiowych były dżdżownice babci Mii, to powinni paść właściwie w tym samym momencie, w którym owe dżdżownice zamieniły się w pieczyste… W sumie, to może nawet i padli. Ale czemu, cholera, mimo to, wciąż… no nie, nie żyli – istnieli, egzystowali? Gdyby babka umarła tak po prostu, albo, niechby, została zamordowana, ale bez profanacji zwłok, tak, by żyjątka miały czas same z siebie spokojnie i powoli wyzdychać, tym samym osłabiając i coraz bardziej okaleczając Martena i jego rodzinę – ale nie uśmiercając – byłoby bardzo okey. Ale dżdżownice zostały spalone w cholerę, a Marten gdzieś tam po drodze umarł, a mimo to… nadal robił swoje, powoli umierając przy tym BARDZIEJ, co zupełnie nie ma sensu, a co z kolei generuje podejrzenie, że śmierć-nie-śmierć dżdżowniczych pomiotów jest motywem wykreowanym tylko po to, by można go było opisać. A to samo w sobie jest słabe, choć napisane naprawdę sugestywnie i fajnie. Pytanie tylko, czy gdyby Marten zaczął się powoli sypać, będąc jeszcze żywym, to coś bym na tym stracił jako czytelnik? Nie, raczej nie. Pewnie nawet mógłbym więcej miejsca i czasu poświęcić na wczuwanie się w jego cierpienie i naprawdę mu współczuć (żywy facet, któremu nagle wypływa oko budzi więcej emocji niż trup, niechby i ruchawy, w analogicznej sytuacji), zamiast zastanawiać się, dlaczego gość w ogóle żyje, choć już nie żyje (a potem się wkurzać, że koniec końców i tak niczego się nie dowiedziałem).

No i w ogóle to, że gościowi zostało nie-życia akurat na tyle, by dotrzeć do celu i znaleźć odpowiedzi, jest takie bardzo życzeniowe (znowu) i hollywoodzkie. Naciągane, jednym słowem. Ale to już taka bardziej luźna uwaga, bez wpisu w protokole.

Szkoda też, że nie wykorzystałeś jakoś bardziej motywu tej pierwszej, estońskiej rodziny babci, bo można by na nich zbudować jeszcze trochę tego fajnego klimatu. Choć pewnie bardziej niż grozy – o której ciężko tu w ogóle mówić – byłby to klimat makabry i smutku; takiego trochę frankensteinowskiego opuszczenia i nędzy.

A skoro już przy tym jesteśmy, mi się tam, generalnie i w większości, podobał również makabryczny aspekt opowiadania (jakkolwiek to o mnie świadczy). Tyle tylko, że, jak już wspomniałem, zdecydowanie wolałbym, gdyby to było logiczniejsze.

Reasumując, znów jestem na NIE. I choć mniejsze to NIE niż w przypadku poprzednich Twoich tekstów, to jednak równie stanowcze. A że nie jest mi z tym dobrze, to czekam na kolejne próby.

 

Peace!

 

P.S.

Sorry, że tak się rozpisałem.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki, przepraszać nie trzeba. Tak czy inaczej nie miałem jakichś, hmm, “nadziei”, że tym razem Ci się spodoba. Przede wszystkim chyba dlatego, że lubisz innego rodzaju literaturę – bardziej poukładaną, stabilniej osadzoną w wykreowanej rzeczywistości, z większą ilością akcji… A te moje horrorki, cóż… mają swoje słabostki, na które, jak widzę, jesteś mocno wyczulony ;)

Kilka słów wyjaśnień:

– Mia była chora psychicznie/miała poważne zaburzenia emocjonalne. Założyłem, że czytelnik, z braku lepszych poszlak, dojdzie do takiej właśnie konkluzji. Być może niesłusznie. Z pewnością mogłem to lepiej zasygnalizować.

– Co do “egzotyki” Europy Wschodniej, to miałem ochotę opisać w tej części więcej, lepiej to wykreować, ale obawiałem się przegadania, które większość czytelników w sumie zgłaszała… Dyskusyjna kwestia. Z pewnością usunąłem sporo tej “drogi”, zostawiając po 1-2 akapity na lokację. Gdyby to wszystko wywalić, opowiadanie przestałoby być opowiadaniem, stałoby się raczej szkicem pomysłu. Przynajmniej w taki sposób wyobrażam to sobie…

– Co do gnicia Martena. On nie żył od początku. Nigdy nie miał duszy. Gdy dżdżownice zostały spalone, siły witalne przestały docierać i napędzała go już tylko oporność tkanek, skorupa, będąca jego ciałem. Osadzone w głowie cudze wspomnienia i część jego własnych. Inna sprawa, że nikt nie powiedział, że młoda Mia wyłapała wszystkie dżdżownice, że wszystkie pożarła. To, co zostało na łące można uznać za resztki siły napędowej, choć oczywiście wymaga to od czytelnika dobrej wiary. Przy złej możesz naturalnie zanegować wszystko i wytknąć dziurę fabularną.

 

Poza tym, po raz kolejny serdeczne dzięki za gruntowną analizę i miło, że dostrzegasz jakiś postęp. No i miło, że nie tracisz nadziei! Istnieje spore prawdopodobieństwo, że następnym tekstem wyjdę ze strefy komfortu i opublikuję coś zupeeeeełnie innego. Chyba bardziej w Twoim guście ;)

 

EDIT: Jeszcze jedno, Cieniu. Czytając, musisz być świadom, że horror, jako gatunek, opiera się na wierze czytelnika. Jest z natury sprzeczny z logiką i dlatego przegra z każdym, kto będzie go gruntownie analizował. Dlatego najlepszymi odbiorcami są dzieci. One wyobrażają sobie sceny i podchodzą emocjonalnie. Wierzą, że to wszystko może okazać się prawdą i boją się.

Wraz z wiekiem stajemy się mądrzejsi i dlatego coraz trudniej wywołać w nas strach… Albo inaczej – potrzeba innego rodzaju bodźca. Czytałeś Dziewczynę z sąsiedztwa? Ciekaw jestem, co pomyślałbyś o tej książce…

 

Trzym się ciepło.

 

 

 

Śnio – Chciałem po prostu wycisnąć z Ciebie, ile się da, sojuszniczko droga! Przynajmniej na miarę skromnych możliwości :>

Gorączka do towarzystwa i jeszcze przekąska… Widać, że źle znosisz samotność ;(

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

To nie samotność (Jacek pochrapywał za ścianą), tylko choróbsko. Przyszło niezapraszane i się rozgościło wbrew mojej woli… Gorączka już sobie wprawdzie poszła precz, ale zdążyła przed Tobą wycisnąć mnie do cna ;) Ty teraz musisz trochę poczekać na swoją kolej :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca jest wyciśnięta?! Oj, nieeeeeeee :( Tyle dobrego, że najgorsze za nami! Trzymaj się, niebożę, a Count będzie czekał cierpliwie!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Wiesz, ja się domyśliłem – co naprawdę nie było trudne – że Mija ma po prostu problem ze sobą (zresztą zaakcentowałem to całą gamą różnych określeń choroby psychicznej), ale faktycznie to jest takie trochę na ślinę i nieco dobrej woli, bo równie skutecznie można by ją interpretować jako po prostu złą. I nie bardzo są tutaj miejsca na odchyły, na pogłębianie tego tematu, doszukiwanie się w niej czegoś, co by to usprawiedliwiało, jakiejś traumy z lat dziecinnych, trzech szóstek na potylicy, czegokolwiek. I dlatego mi się ta postać wydaje płaska, niewiarygodna.

Drogę już pomijam, bo tu nie ma się o co kłócić. Rozumiem punkt widzenia Twój i innych czytelników.

Co do tego, że Marten od zawsze był martwy, to się jednak przyczepię jeszcze, bo raz, że gdzieś tam był fragment typu “serce znów mu zabiło kilka razy”; fragment bardzo mocny i klimatyczny zresztą, który jednak jakby przeczy Twojej interpretacji, a po drugie mocno i niepotrzebnie to przekombinowane. Generalnie nie wierzę, że można żyć ileś lat w (miarę) cywilizowanym społeczeństwie i nie odkryć, że jest się zombie z ładowarką indukcyjną. Ani że martwa jest moja żona i przyszywane dzieci. A przecież Marten chodził nawet do lekarzy, by zbadać swoją nową przypadłość. Nie mówiąc już o tym, że z jaj, jakby nie były dziwaczne, wykluwają się tylko żywe młode.

No i, tak naprawdę, jaką różnicę robiłoby, gdyby gość jednak po prostu żył, a potem zaczął umierać? Moim zdaniem tylko taka, że byłoby logiczniej, a Ty miałbyś więcej miejsca do siania tej swojej radosnej makabry.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Kammo, droga sojuszniczko. Wielce mi miło, żeś i Ty znalazła czas na tę kobyłę, ale żeby mnie nie uraczyć choćby słówkiem?! Okrutnaś! ;(

Spokojnie, hrabio, daj przemyśleć. Jak się zdecyduję, co myślę o tym opowiadaniu, to oczywiście skomentuję.

Co do tego, że Marten od zawsze był martwy, to się jednak przyczepię jeszcze, bo raz, że gdzieś tam był fragment typu “serce znów mu zabiło kilka razy”

Chwila, Cieniu. Nigdzie sobie nie przeczę, po prostu wczoraj dżdżownice żarły mi mózg i widać nie napisałem dostatecznie jasno. Ciało Martena ŻYŁO. To się zgadza. “Nie żył” natomiast w sposób metafizyczny, bo nie miał duszy.

A później, gdy dżdżownice zdechły, ciało również zaczęło się rozpadać. Powoli, bo on nie był z piasku, żeby się rozsypać w jednej chwili.

Jeśli odrzucasz, albo masz wątpliwości, nic już na to nie poradzę. To Twoje prawo czytelnika.

A zauważyłeś “edit”, który dopisałem do mojej pierwszej odpowiedzi? Tam też znajduje się ważna wskazówka :D

 

Kamma – Och, nieszczęsny ja! Kolejna sojuszniczka zmusza mnie swą tajemniczością do trwania w cierpliwym oczekiwaniu! Och, nieszczęsny Count! :(((

;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

A widzisz, nie czytałem Edita. Ale niewiele to zmienia, bo ja inaczej patrzę na całe zagadnienie. Wiara i niewiara to jedno (zauważ, że gdybym był tak bardzo nastawiony na szukanie opowieści, w które mógłbym uwierzyć, to to już dawno temu znalazłbym sobie inny portal do podlewania słowotokami) a logika – coś zupełnie innego. I to właśnie logiki; zgrania wszystkich elementów opowiadania, co pozwoliłaby mi uznać je za spójne i dopełnione, wręcz – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – wiarygodne, szukam w opowiadaniach, zwłaszcza tych z twistem. Takie fabularnie proste, nieprzekombinowane historie lubię właśnie za to, że tutaj zazwyczaj z logiką nie ma problemu. Wiem co, jak i dlaczego, i mogę skupić się na tym, czy sama historia mi się podobała i czy autor napisał ją w sposób satysfakcjonujący.

W tekstach kombinowanych natomiast z tą logiką bywa różnie, ale jeśli, mimo wszystko, okaże się, że takie opowiadanie gra, buczy i śpiewa jak Farna Ewa, to zazwyczaj podoba mi się znacznie bardziej niż te proste. Bo lubię orać sobie mózg. Ale to musi naprawdę ładnie grać. Więc, no – zagraj mi, piękny Cyganie (ale tak, bym mógł do Twojej muzyki tańczyć ;).

 

Co do Martena i jego żywotności, to nie zostaje mi nic innego, jak przyjąć do wiadomości tę jedynie słuszną interpretację. I, niestety, nie czuć się nią usatysfakcjonowany.

 

Peace!

 

 

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Przeczytałam do połowy. Jutro dokończę ;-)

 

Zabrakło mi jakiegoś oddzielenia sceny morderstwa od dalszego ciągu. Myślę, że gwiazdka by nie zaszkodziła ;-)

 

Garść uwag i wątpliwości technicznych:

 

Nie wiedzą, co nam dolega.

Taka choroba podobno nie istnieje i nawet testy genetyczne, które mogłyby rzucić na sprawę trochę światła, nie wpłyną na leczenie. Bo leczenie nie istnieje. – trochę bez sensu; można albo twierdzić, że się nie wie, co to za choroba (czyli że jakaś choroba jest) albo że choroba nie istnieje, twierdzenie jednego i drugiego jednocześnie sobie przeczy

 

Podejrzewałem, że podobnie jak ja sam, zostały porzucone.

 

Katowała ich fizycznie, jako że pomimo wieku rękę wciąż miała silną, – wychodzi na to, że ich katowała dlatego, że miała silną rękę, „jako że” kłóci się z pomimo, nie lepiej po prostu zostawić zwyczajne wtrącenie:

Katowała ich fizycznie, pomimo wieku rękę wciąż miała silną,

 

Sandra szczebiotała bezmyślnie, choć jeszcze przed tygodniem wypowiadała proste słowa.

 

Ba-babcia. Gdzie babcia? – szepnęła Sandra, z trudem poruszając ustami. Jej drobna twarzyczka powoli tężała, upodabniając się do maski.

 

– To Sandra umiała mówić czy nie? Bo pytania Gdzie jest babcia raczej nie można nazwać bezmyślnym szczebiotaniem…

 

Darja rozpłakała się; ta scena przelała czarę goryczy. Zauważyłem, że w niej również pozostało niewiele łez.

Darja przypadła do bliźniaków i przytuliła je mocno, zanosząc się płaczem.

 

– Sprzeczne informacje.

 

otworzyłem na oścież okno – okna w samochodzie raczej nie można otworzyć na oścież (na szerokość)

 

wyławiając z mgły swojskie litewskie domki – litewskie, czyli właściwie jakie?

 

W moim aktualnym stanie zatrzymanie byłoby tym bardziej ryzykowne. – dlaczego tym bardziej?

 

Otworzyłem na oścież okna i wyjechałem na drogę, byleby tylko o niej nie myśleć. – wychodzi jakby o niej odnosiło się do drogi

 

Powłóczywszy nogami dotarłem na dworzec – zły imiesłów, wychodzi że najpierw powłóczył, a potem dotarł :P ; brak przecinka

 

Zamilkłem, po czym wydusiłem, zmieszany: – przecinkologia mi tu nie leży; wychodzi, że zamilkł zmieszany, po czym wydusił, ale wtedy takie rozdzielenie zdania jest bez sensu, jeśli wydusił zmieszany, to przecinki są źle postawione;

Albo:

Zamilkłem zmieszany, po czym wydusiłem

albo:

Zamilkłem, po czym wydusiłem zmieszany

 

odsłaniając budyniowatą tkankę gnijącego mięsa. Naczynia popękały, ich światło wypełniały kruszące się skrzepy czarnej krwi, – nie znam się, ale wydaje mi się, że żeby krew mogła się kruszyć, musi być wyschnięta, co kłóci mi się z budyniowatą tkanką i gnijącym mięsem

 

dobywający się ode mnie fetor – dobywający się ze mnie

 

przedstawiało łąkę i porośnięty bądź pokryty koniczyną kopiec – dlaczego informujesz czytelnika, że kopiec był albo porośnięty albo pokryty? Nie lepiej zdecydować się na jedno określenie?

 

Z tyłu fotografię znaczyła bezsensowna bazgranina – nie wiem czy bazgranina może znaczyć zdjęcie

 

Przeszłość zaczęła zlewać się z przyszłością, – dlaczego z przyszłością? Do tej pory w tekście masz tylko przeszłość i teraźniejszość; o przyszłości czytelnik nie wie nic

 

nie ukrywały ropiejącego nosa – czy martwa tkanka może ropieć?

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Dźwięczny śpiew tysiąca srebrzystych dzwoneczków był tutaj wiatrem – przybywał zza karminowego horyzontu, potrząsał falującymi niczym fatamorgana lądami, lekko muskał oplatającą całą Wyobraźnię wstęgę, by wreszcie, ukojony zgoła piękniejszą melodią, ucichnąć w jej centrum.

Pamiętasz jeszcze?

Bo ostatnio eksplorujesz zupełnie inne klimaty. I nie mówię, że to źle, ale za kilka kolejnych opowiadań zacznę marudzić ;)

Bo tego opowiadania się nie wyprzesz. Gdybyś opublikował je anonimowo, zgadywalność autora sięgałaby 100%. Faktycznie jesteś coraz lepszy, ale też w coraz węższej dziedzinie. Ale powtarzam: to nie jest zarzut do tego kolejnego opowiadania, tylko refleksja na przyszłość.

Przechodząc do konkretów: należę do tej grupy, której droga bohatera podobała się najbardziej – było rasowo, konsekwentnie, klimatycznie, ani przez chwilę się nie nudziłem. Dla mnie jeden z dwóch elementów, które dźwigają ten tekst.

Zgadzam się z kolei, z zarzutami odnośnie do nieudanej stylizacji zapisków/wypowiedzi Mii. Mnie osobiście, bardziej od emotikonek raziły wulgaryzmy, bardzo współczesne, bardzo gimbusowe. A mogłeś właśnie tutaj wpleść coś ze wschodniej egzotyki.

No i kwestia najtrudniejsza – słabości logiczne. To jest chyba najtrudniejsze w horrorze: jaką wybrać drogę, czy pójść w szaleństwo, czy w logikę. Sam pomysł tajemniczych prawie zwłok (?) żywiących się dżdżownicami, odwiedzanych przez zwichrowaną dziewczynkę jest tak odklejony, chory, że po prostu budzi w odbiorcy szacunek pomieszany z lękiem wobec autora (co on ma w głowie!) To jest właśnie ta druga mocna noga tekstu. I teraz: można pozostać w tym wymiarze, snując odjechane na maxa wizje, albo pójść w kierunku racjonalizacji pomysłu. Myślę, że jeżeli wybiera się to drugie rozwiązanie, to trzeba być konsekwentnym i wytłumaczyć wszystko do końca. Im koncept bardziej szalony, tym trudniej dać mu satysfakcjonujące wytłumaczenie. I to mnie troszkę uwiera w Twoim tekście, przedstawiłeś na końcu ten cykl rozwojowy dżdżownicoludzi, ale nie w każdym aspekcie wszystko mi tu elegancko pasuje. Nie rozumiem na przykład skąd się wzięły te zombie żyjące sobie w domku w Piiri, jak mogły tam przetrwać bez opieki Mii. Jaka jest w tym wszystkim rola Sofii? To pytania, które dokuczają bardziej niż przyczyny choroby Mii, czy tożsamość pierwszego Martena, bo pojawiają się we fragmencie, w którym tłumaczysz, a nie porażasz wizją.

I dlatego waham się nad TAK-iem, choć do momentu zakończenia podróży Martena byłem go raczej pewien.

I dlatego waham się nad TAK-iem, choć do momentu zakończenia podróży Martena byłem go raczej pewien.

O, to, to, to, to!

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Klimat niezły, intryga zakręcona jak lubię, rozwiązanie dziwne (też jak lubię), ale parę zgrzytów było. Po pierwsze – nie umiałam polubić głównego bohatera po tym, co zrobił z babcią. Nie kupowałam jakoś tych tłumaczeń, że ona była zła, widziałam słabą staruszkę i mordercę. Tym bardziej, że żona i dzieci nie potwierdzały jego wersji o tym, że Mia była zła, zdawały się tęsknić i potrzebować jej (końcówka w sumie wyjaśnia powód, ale czemu Marten się wyłamał?). Największym zgrzytem był język Mii w pamiętniku. Nawet nie te emotki, ale sposób mówienia i myślenia (zwłaszcza o matce) – to jak dzisiejsze gimnazjalistki, a tekst ewidentnie dzieje się w przeszłości (zdjęcia robione aparatem a nie pstrykane z komórki). Trochę też poszedłeś na łatwiznę z tą chorobą psychiczną – no dziewczynka ewidentnie normalna nie jest, ale nikt z tym nic nie robi, sąsiedzi niby wytykają palcami, ale jakoś udało jej się wszystkich pomordować, wyhodować swoją rodzinkę a potem spokojnie wyjechać. Bardzo podobała mi się scena ze zdjęciami, zwłaszcza tym, gdzie kobieta patrzy na coś innego, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Ciarki mi przewędrowały :) Tylko, niestety, nie wiem jak to zdjęcie się ma do fabuły :(

Trochę za dużo epatowania rozpadającymi się tkankami. Rozpadający się szkielet poznający wreszcie tajemnicę wyszedł trochę groteskowo. Lepiej opowiadaniu zrobiłoby, gdyby dotarł tam jednak w jednym kawałku, nie rozsiewając dookoła swoich elementów. No i nie bardzo wiem, co myśleć o fragmencie: “

w końcu to ona przygarnęła porzucone przez dwójkę nierozważnych nastolatków dziecko i wychowała na człowieka, którym się stałem. W najodleglejszych wspomnieniach wciąż widziałem przystań, spokojne wody jeziora Pejpus i uśmiechnięte twarze Estończyków z pobliskich wiosek” – mocno mi się to nie zgadza z wyjaśnieniem opowieści.

Czemu bohater nie wszedł do ‘zakazanego pokoju’ od razu, tylko czekał aż się zacznie rozpadać? Przecież wiedział, że Mia nie wróci.

Uczucia mam mieszane, z jednej strony świetny klimat i świetnie zakręcony pomysł, z drugiej nie polubiłam bohatera i mam wrażenie dziur fabularnych, z którymi dałoby się coś zrobić. Ech :)

To była szczęśliwa noc dla dżdżownicy – kolejni czytelnicy, yay!

 

Pierożku – ale… ale… Nie miało być przecież żadnych łapanek… XD

Hmm. Poprawię, choć nie wszystko. Dzięki, czekam na dalszą część!

<gulp>

 

Coboldzie, fajnie, że i Ty dopłynąłeś szczęśliwie do portu. Czy pamiętam? Ależ oczywiście! Widać regres w warsztacie od tamtych szczęśliwych chwil :P

Raczej nie zdążysz pomarudzić, bo i ja mam ochotę na coś innego. Zupełnie innego…

Jak stara rodzinka Mii przetrwała? Normalnie, tak jak Marten, Darja i dzieciaki do czasu śmierci staruszki – żyli jak ludzie. Zgoda, może trochę za mało o nich napisałem, ale to miała być opowieść o Martenach…

Cieszę się, że podróż nie znudziła – gdyby moja beta powiedziałaby, że do usunięcia, to prędzej wywaliłbym cały tekst. To jednak dość istotny element, choć, jak słusznie niektórzy zaznaczali, możliwy do wymazania bez strat fabularnych.

Dzięki, że wciąż jesteś i służysz uczciwą poradą. Trzymaj się.

 

Bella:

Nie kupowałam jakoś tych tłumaczeń, że ona była zła, widziałam słabą staruszkę i mordercę.

A to akurat bardzo mnie cieszy. Niektórzy (albo i większość) widzieli w Mii tylko zło, tymczasem chciałem zawrzeć w niej też trochę innych uczuć. Konflikt między jej szaleństwem, a tę częścią duszy, która próbuje być szczęśliwa.

Marten czasem mówi o niej pieszczotliwie “babciu”, Darja i dzieci tęsknią… Ile z tego to ich własne uczucia, a ile wspomnienia rodziców czy Sofii, którym na Mii zależało? A Marten-bohater to rzeczywiście morderca, który szuka wymówek.

Dlaczego nie wszedł do jej pokoju od razu? Zapewne dlatego, że tak mi bardziej pasowało fabularnie ;P A jakby szukać racjonalnego powodu – może dlatego, że to miejsce budziło w nim lęk? Może odsuwał od siebie konieczność podjęcia tego kroku?

Skoro było wrażenie dziur fabularnych, to albo nie przemyślałem dostatecznie koncepcji, albo nie byłem dostatecznie wiarygodny. Tak czy inaczej, zawiodłem.

Bardzo Ci dziękuję, że przybyłaś i podzieliłaś się opinią. Zawsze dobrze wiedzieć, co pomyśli sobie autorka, którą cenię. Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przeczytałam i mam mieszane uczucia. W pewnym momencie postać Martena stała się zbyt groteskowa. Na początku jego podróży towarzyszył odczuwalny niepokój, potem to wszystko się jakoś “rozpadło” i rozmyło. I chyba nie do końca złapałam co takiego strasznego było w zdjęciu Nowy Początek – zrozumiałam to tak, że zdjęcie przedstawiało “nową” rodzinę Mii – tę już z Martenem (a może tę poprzednią?), ale dlaczego było przerażające?

Nie rozumiem też do końca, o co chodziło z rodziną pozostawioną w domku w Estonii i czy ta ruda kobieta miała jakieś szczególne znaczenie?

Zapiski Mii wyszły dziwnie. Miejscami wyrażała się jak kilkuletnia dziewczynka, zaraz potem jak nastolatka. Przekleństwa wyszły dość nienaturalnie, emotikonki trochę też.

 

Sam pomysł naprawdę ciekawy, warsztat masz, ale zabrakło mi trochę spójności i konsekwencji na poziomie szczegółów i połączeń między nimi.

 

 

Edit. Żeby nie było, że wymieniłam tylko rzeczy, które mi się nie podobały :P

– postać Mii pokazana we wspomnieniach Martena wyszła bardzo sugestywnie i ciekawie

– tytuł <3

– pomysł i dżdżownice!

– przedstawienie łąki

– motyw drogi

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Może ‘dziury fabularne’ to za mocno powiedziane, ale dopracowałabym parę nieścisłości. Wrażenie ogólne in + :)

Dobra, w komentarzy piórkowym nie będę ukrywał od początku, że skoro sam nominowałem, to jestem na TAK ;)

Spodobała mi się ogólna fabuła tekstu, rozwiązanie zagadki i prowadzące do niej tropy. Konsekwentnie budujesz kolejne cegiełki tegoż domu i to, co powstało, była dla mnie satysfakcjonujące.

Przypadł mi też do gustu główny bohater. Nie czeka biernie, domyśla się swego stanu, toteż umiejętnie dobiera środki, by dotrzeć do celu. Motywy z udawaniem trędowatego, np. wynikająca z tego reakcja ludzi w autobusie, były naprawdę świetne.

Ogólnie cała droga bohatera wyszła ci najlepiej.

Uwagi negatywne znasz, więc nie będę się powtarzał ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki, Pierożku :3

Zdjęcie “Nowy początek” było przerażające i pod względem treści i tego, co przedstawiało, a skoro tego nie odczułaś, widać niedostatecznie dobrze nakreśliłem je słowem ;)

Sprzątaczka nie była niezbędna. Po prostu przychodziła do ich domu i dzięki temu wzbogaciła dżdżownico-jaźń. Wiesz, ja nie skupiam się na tego typu kwestiach niezbędności podczas pisania… Gdy coś “widzę”, to to opisuję. No chyba, że jest ewidentną ślepą uliczką…

Szkoda, że nie kupujesz całości, ale wielcem rad, że przysiadłaś i podzieliłaś się wrażeniami, droga grammar nazi :>

 

NoWhereMan – Podziękował, za komentarz wieńczący, no i samą nominację, która zmusiła biednego Cienia do czytania kolejnych wypocin Counta :D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Zdjęcie “Nowy początek” było przerażające i pod względem treści i tego, co przedstawiało, a skoro tego nie odczułaś, widać niedostatecznie dobrze nakreśliłem je słowem ;)

– bardzo możliwie, że moja lektura nie była wystarczająco uważna; ostatnio czytanie idzie mi prawie tak samo opornie jak pisanie :/

 

Sprzątaczka nie była niezbędna. Po prostu przychodziła do ich domu i dzięki temu wzbogaciła dżdżownico-jaźń. Wiesz, ja nie skupiam się na tego typu kwestiach niezbędności podczas pisania… Gdy coś “widzę”, to to opisuję.

– to tylko moja preferencja, ale rzeczywiście wolę jeśli wszystkie elementy tekstu są po coś i z jakiegoś powodu; a z Sofią dodatkowo wydawało mi się, że tam jest drugie dno, bo pojawia się w tekście kilkukrotnie, i raz chyba nawet w relacji damsko-męskiej z Martenem (to chyba jego sen był), skoro nie jest w tekście niezbędna i teoretycznie ma taki sam stasus jak pierwsza rodzina Mii to dlaczego tylko ona została “wydzielona”, zaprezentowana osobno? wydawało mi się, że to sugerowało coś więcej ;-)

 

Szkoda, że nie kupujesz całości,

 

Posłużę się porównaniem; stworzyłeś naprawdę ciekawy i oryginalny mebel, ale żebym go kupiła musiałbyś podokręcać kilka śrub i przejechać tu i ówdzie papierem ściernym ;-P

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

raz chyba nawet w relacji damsko-męskiej z Martenem (to chyba jego sen był)

Masz chyba na myśli scenkę, gdy oboje znajdowali się już w Mii ;D

Generalnie, Marten z łąki i Sofia nigdy nie spotkali się face to face, jednak, biorąc pod uwagę związek Martena-zgniłka i Darji, można spekulować, że bardzo by się polubili ;)

żebym go kupiła musiałbyś podokręcać kilka śrub i przejechać tu i ówdzie papierem ściernym

Papierem ściernym po delikatnym lakierze, którym pokryłem ten szlachetny dąb? Oj, Pierożku…

A pal licho! Nie takie rzeczy robiło się z meblami z Ikei :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Moje sny wypełniał płacz Artjona i Sandry oraz przekleństwa rzucane przez Dar…, przepraszam, Sofię.

Zawstydziłem się – jak mogłem pomylić moją Darję z kimś innym? Przecież moja ukochana miała blond włosy, podczas gdy Sofia była ruda. Tylko że… miały te same oczy. I usta. I nosy. I dołki na policzkach, kiedy się uśmiechały – wiedziałem to, choć w tej chwili żadnej z nich z pewnością nie byłoby do śmiechu.

No tak, pomyłka. O tyle dziwna, że… nie znałem żadnej Sofii.

Miałam na myśli tę scenę :-)

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

A, dobra. Tutaj chciałem dać głównie sygnał, że Marten i jego rodzinka są skonstruowani z elementów innych ludzi. Darja miała wiele cech Sofii, ale na przykład włosy już po kim innym. Dżdżownice pomieszały geny pożartych osób.

Szczątki wiedzy o Sofii pochodzą natomiast od kogoś innego. Najpewniej matki lub ojca Mii.

 

 

 

Ooo, teraz masz włosy bez twarzy :D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Z całej dogs została peruka? ;-)

Babska logika rządzi!

Żadna peruka. Wypraszam sobie!

I są jeszcze oczy!!!

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Oj tam, oj tam. Ktoś na manekinie narysował dwie kreski. ;-p

Babska logika rządzi!

Nie lubie Was :P POTWORY!!!

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

“Skąd pochodziły bliźniaki”, “Darja przypadła do bliźniaków” – bliźnięta, do bliźniąt

 

“Darja udała się do łazienki z daremną próbą zmycia z siebie trupiego odoru” – Jak można udać się dokądkolwiek z próbą? To jest niegramatyczne.

„A może raczej sięgała za ten pień, zaciskając palce na kimś tam ukrytym?” – Pewnie się czepiam, ale dziwnie mi brzmi to zaciskanie palców na kimś. Można zacisnąć palce na jakiejś części czyjegoś ciała, np. ręce, ale na kimś?

 

„Wczoraj, w szkole, zbiłam tą przebrzydłą dziewuchę.” – tę

 

„Spojrzałem jeszcze raz na zdjęcia i domyśliłem się, że muszą one przedstawić rodziców staruchy i świeżo wybudowany dom w estońskim Piiri.” – przedstawiać

 

„istnieje jakiś związek między mną[-,] a tym umierającym człowiekiem na łące”

 

„wsunąłem rękawiczki” – to raczej dłonie się wsuwa w rękawiczki?

 

„Moje mięśnie przypominały grudy zmrożonego śniegu; dopiero po kwadransie udało się wpompować w niej trochę ciepła.” – literówka: w nie, nie niej

 

„Czyżby to była ta sama osoba? W takim razie dlaczego nawiedzają mnie te obrazy z przyszłości?” – Przyszłości? A nie przeszłości?

 

„w jakim stanie jestem, z pewnością do śmierci nie opuściłbym łotewskiej kliniki. Albo jednostki wojskowej.

W Rzeżycy, do której dojechałem godzinę później, mój stan gwałtownie się pogorszył.”

 

„…gdy nieopacznie zacisnąłem szczęki.” – nieopatrznie

 

„Poza tym[-,] panowała cisza.”

 

„litości, by pozwolić ci umrzeć[-,] albo wezwać pomoc.”

 

„Choć to bolesne, informacja okazała się nad wyraz skuteczna – nikt nie wchodził mi w drogę, nikt nie zawracał z obranej drogi.”

 

„…horyzont skrywał odległe jezioro Pejpus, ku któremu tak uparcie zmierzałem. Niepokoiłem się – każda chwila zdawała się przybliżać mnie do śmierć, a jednak pociąg, zamiast zmierzać bezpośrednio ku Tartu…”

 

„Idąc ulicami Tartu odliczałem tylko kolejne kroki i modliłem się. Budynki, samochody i ludzie zlali się w jedną, bezosobową masę, w której wypatrywałem tylko przystanku. Szept w głowie nie cichł – teraz należał nie tylko do Martena, ale i samej babci, która uparcie powtarzała nasze imię i prosiła o coś bełkotliwym głosem.”

…i zaraz potem jeszcze jedno tylko po cudzysłowie.

 

Choćbyś mnie prześladowała do śmierci, odkryję prawdę i ocalę swoich bliskich – pomyślałem płomiennie…”

Zwróciło to moją uwagę, bo dopiero co Mia uśmiechała się płomiennie na fotografii.

 

„Z prochu powstajesz, w proch się obrócisz.”. – Kropka tylko po cudzysłowie

 

„ostatnio pani z biologii” – pani z biologii?

 

„Od „Ołtarzu naszego uczucia”.” – Powinno być: ołtarza, ale znowu nie wiem, czy to nie celowe, bo to zapiski Mii

 

„sama nie wiem, co do nich czuje.” – czuję

 

„Okazało się, że po nasmarowaniu skóry oliwką[-,] nabiera ona prawidłowej barwy”

 

„Głos, jak echo powtórzył moje myśli.” – albo wtrącenie z przecinkami z obu stron, albo wcale

 

„W proch się obróciłeś, z prochu powstaniesz.”. – Kropka tylko po cudzysłowie

 

 

Powiem krótko – nie podobało mi się, niestety. W ogóle nie rozumiem, co Ci przyświecało, kiedy pisałeś to opowiadanie. Nie kupuję pomysłu z dżdżownicami i “ludźmi”, którzy z nich powstali. Czytanie mnie męczyło. Miejscami było dość obrzydliwie, ale z drugiej strony w ogóle nie poczułam grozy, rozpaczy itp. związanych ze smutnym losem bohaterów, którzy za życia zaczęli się rozpadać. Głównego bohatera nie polubiłam, nie kibicowałam mu. Jego podróż wydała mi się rozciągnięta i zwyczajnie nudna. Rozwiązanie – dziwne i w żaden sposób niezadowalające.

Wiem, wiem, napisałam same niemiłe rzeczy. Ale nic na to nie poradzę, nie przypadło mi do gustu i tyle. Dodam, że ten tekst wydaje mi się wyraźnie różny od pozostałych Twoich opowiadań, które czytałam. Tamte miały jakiś taki mroczny klimat, tu tego mi zabrakło. Jest tylko dziwnie.

Oczywiście to tylko moje zdanie ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Cóż, dziękuję za szczerą opinię, Jose. Powiem Ci, że sam z zainteresowaniem obserwuję opinie pod tymi horrorami również dlatego, że jako autor, mam do nich zupełnie ambiwalentne podejścia. To ciekawe – kiedy wyszło, a kiedy nie?

Akurat Smakołyk naaaaawet lubię, ale dobrze wiedzieć, że tak negatywnie go odebrałaś.

Poprawki naniosę wkrótce, na marne nie pójdą.

 

Trzymaj się!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Tak z ciekawości, próbowałeś się kiedyś w bizarro? ;) Bo całkiem dobrze Ci powychodziły te obrzydliwe “organiczne” opisy. Przy okazji – ja nie odebrałam tego tekstu w sumie jako horror. To, że ktoś kogoś zabił a od kogoś innego mięso odpada mnie nie wystarczyło do przestraszenia się, poczucia grozy.

Przepraszam, nie chcę Cię dobijać moimi negatywnymi wrażeniami, tylko postanowiłam napisać to w odpowiedzi na zwrot “te horrory”, którego użyłeś ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo porąbany tekst.

Przekonała mnie oryginalność pomysłu, granicząca z szaleństwem. Opisy medyczne również na plus. Za to podróż mi się ciągnęła, a mistycyzm połączenia między trupem babci a martwotą reszty był kulą u nogi. Ale z drugiej strony – zawsze to jakaś egzotyka.

IMO, zdjęcia mógłbyś opisać jakoś lepiej. Sama nie wiem – bardziej obrazowo, czy cóś… Bo nie wiedziałam, co takiego strasznego jest w tym jednym.

I nie rozumiem zachowania bohatera – dlaczego tak długo zwlekał? Nie przekonuje mnie żadna obawa czy przesądy, skoro widział, że rodzina mu się rozpada. Są rzeczy ważniejsze niż strach.

Jak widać – dostrzegam plusy dodatnie i plusy ujemne tekstu. Ale po dłuższym namyśle zagłosowałam na TAK.

Babska logika rządzi!

Tak z ciekawości, próbowałeś się kiedyś w bizarro?

A powiem Ci, Jose, że nieeeee, ale w tym tekście zamierzałem się dyskretnie do tego zbliżyć. Szczerze mówiąc, Smakołyk miał być w znacznej mierze wprawką przed Obscurą (na którą mam lepszy i obrzydliwszy pomysł, i którego już raczej nie zrealizuję…)

Przy okazji – ja nie odebrałam tego tekstu w sumie jako horror.

Finkla chyba też nie, skoro TAKuje XD

Przepraszać nie masz za co – bardzo mi miło, że opisałaś swoje niewybielone, szczere odczucia.

 

 

Hej, Finklo. Trochę mnie dziwi, że oryginalność przeważyła te rozliczne wady, jednak… Chyba wolę w ten sposób. Łatwiej naprawić wspomniane przez Ciebie elementy niż tuningować wyobraźnię. Być może przeszarżowałem, chcąc być nareeeeeeszcie zrozumiany.

Cóż, dziękuję.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Fabuła się spina ładnie, ale w środku następują dłużyzny – sama tajemnica stworzenia nie wystarcza, żeby wzmagać napięcie – ale przeczytałem do samego końca, chociaż niektóre akapity pominąłem, jak opisy przyrody w Nad Niemnem pomijałem, albowiem dawne, hrabiowskie i rozleniwione czasy, kiedy człowiek, leząc pod gruszą, mógł czytać nawet Prousta z niejakim zainteresowaniem, przeminęły bezpowrotnie i jeno pęd ku przepaści nam pozostał. Wybaczcie mi tę sentymentalną wstawkę, panie.

Jak część innych komentatorów nie doświadczyłem horroru, ale czegoś podobnego do noir/mystery/Cthulhu. Zaznaczę, że wstęp przeczytałem na końcu, żeby nie psuć sobie odkrycia, co też mnie czeka. Spodziewałem się tutaj czegoś na poziomie i odnalazłem, czego szukałem. 

Czytałem dużo nudniejsze teksty wydrukowane w grubych woluminach, pisane przez sławnych autorów i przyznam, że wiele z nich nie dostawało do historii tej patchworkowej rodziny; ale miało również mniej usterek językowych, na co już, bardziej kompetentni, zwrócili uwagę.

 

Pozdrawiam Jaśnie Oświeconego Hrabiego, autora historyj niesamowitych y mistycznych, dziękując za dostarczenie rozrywki. Wybaczcie i tę wstawkę, trudno się powstrzymać.

Marlow

 

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

O, fajnie, żeś wpadł i wspomógł opinią, Marlow.

Nad Niemnem? Ej, starałem się, by było max 1-2 zdania o nudnej przyrodzie ;P A że słabość i melancholia trawią me serce na wspominki dawnych czasów, grusz i Proustów, i łanów zbóż złocących się na horyzontach Primagrodu, gdy dziatwa biegała sławiąc me czyny chwalebne, kiedym to jarzmo na swojskie ziemie europejskie nakładał i hrabstwem począł litościwie hrabiować… Tedy trudno powstrzymać się od wstrzymania fabuły, kosztem krótkiego opisu ;) Zrozumże!

Pozdrawiam i ja, życzę trzymania się ciepłego. Jeśli Smakołyk choć trochę dawał rady oczekiwaniom, tedym szczęśliwy wielce!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

A na zdrowie ; D Gratuluję wyróżnienia, bo się dopiero połapałem, żeś nagrodzony, panie.

Dzisiaj zrozumiem, bo gilotyna nienaostrzona; ale rzeknę, że ciąłbym i chlastał, żeby się nadmiaru pozbyć! ; D

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Gratuluję. Trzymasz formę. ;)

Ciąć i chlastać wolę ostrzem, Marlowie, choć nie zaprzeczam, że mogłoby to dać Dżdżownicy nową jakość… Lub ją rozmnożyć ;)

 

Darcon – Podziękował. Teraz czas wyjść ze strefy komfortu ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Piórko zachęciło mnie do zapoznania się z tekstem i nie zawiodłem się. Było strasznie, choć w podstawowy nieco obrzydliwy sposób (motyw z odpadającym paznokciem!). W komentarzach widzę, że czytelnicy podzielili się na obozy przeciwników i zwolenników drogi, gore, klimatu, logiki itp. Mi natomiast się podobało. W pociągu do Estonii rozpadałem się razem z bohaterem, choć nie podzielałem jego optymizmu w kwestii ratunku przyszywanej rodziny. Pomocny pewnie był fakt, że w horrorach nie brakuje mi dobrej woli i lubię sobie czasem dopowiedzieć braki. Relacje Mii z dżdżownicami były dla mnie trochę zbyt pokręcone. Z tego co wyłapałem w komentarzach mogę się zgodzić, że słabszą stroną są notatki z młodości Mii oraz zakończenie, które nie trzyma poziomu reszty opowiadania. Jest zbyt proste.

Miałem zamiar przeczytać na raty, ale ciekawość zatrzymała mnie do samego końca, za co duży plus. :) Na pewno zapoznam się z resztą Twoich opowiadań.

 

Wyłapałem jedną literówkę:

każda chwila zdawała się przybliżać mnie do śmierć,

Zakończenie zbyt proste? Hmm… To poniekąd dobrze – zwykle wychodzą nazbyt skomplikowane i nikt nie rozumie XD

Fajnie, że wciągnęło i nie zamuliłem nazbyt “drogą”.

 

Dzięki serdeczne za lekturę, ac. Literówkę już poprawiłem, no i…

 

…zapraszam! Pod tekstami Counta każdy jest mile widziany! :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Byłam pewna, że zostawiłam już komentarz pod tym opowiadaniem (eeh, podobnie byłam pewna przy innym opowiadaniu, i przez tę pewność zamiast krasnoludka zostałam elfem ^^), ale widzę, że nie, i chyba w sumie całkiem jeszcze dobrze pamiętam, czemu tak długo czekałam.

 

Nie potrafiłam dać się ponieść tej historii. Estonię – w ogóle kraje bałtyckie – mam jeszcze świeżo w pamięci i z frustracją czytałam o kolejnych, zupełnie niepotrzebnych etapach drogi Martena – gdy wylądował w Rosji, aż musiałam zaparzyć sobie herbaty, żeby się uspokoić ;) No cóż mogę zrobić, takie skrzywienie. Gorzej mam tylko wtedy, gdy ktoś używa angielskiego w tekście xD

 

Drugą przeszkodą były zapiski Mii. Nie wiem, czy pamiętasz, jak ci kiedyś powiedziałam, że dla mnie zawsze brzmiałeś, jakbyś miał jednocześnie piętnaście i pięćdziesiąt lat? No, to to samo miałam z Mią. Nastolatka mówiąca brzuszek! I… wspominałam już, że czytałam na telefonie? Oczy to mi troszkę krwawiły od tych emotek, nie powiem.

 

Reszta oczywiście jak to u ciebie jest klimatyczna i pięknie poetyczna, i kiedy udawałam, że nie przejmuję się Pskowem, dobrze się bawiłam. Pomysł na dżdżownice cudownie absurdalny, nie potrzebowałam więcej wyjaśnień niż to, co dostałam w tekście. Proces rozpadu Martena zafundował mi chyba najlepszy horror – fantastycznie budowałeś napięcie tym, jak szybko rozpadało się ciało Martena.

 

Podsumowując, choć inne twoje opowiadania podobały mi się bardziej, to nadal dostarczyło mi dużo przyjemności. Mam nadzieję, że niedługo uraczysz nas czymś nowym :)

 

PS. Czy ta żARłOCZNOść to tak specjalnie? Bo NOWY POCZĄTEK jest cały wielkimi literami, a w żarłoczności małe są tylko polskie znaki.

Heeeeeej ho, Kam-mo! :3

 

Czyli jesteś po stronie Funa, że da radę dojechać tam przez Rygę? A ja prześledziłem jak idą tory i myślałem, że jestem mądry, chlip ;( A też nie chciałem tego Pskowa…

Inna sprawa, że to właśnie poprzez przywołanie Twej osoby, sojuszniczko, zrozumiałem, że babcia mieszkała niegdyś w Estonii ;)

Za emotki przepraszam, a jeśli Marten wzbudził choć trochę radochy, to bardzo mi miło. Dziękuję za uwagi i komentarz.

 

Nazwy zdjęć – tak miało być. W ten sposób Mia podpisała te fotografie, cholera wie dlaczego ;)

 

eeh, podobnie byłam pewna przy innym opowiadaniu, i przez tę pewność zamiast krasnoludka zostałam elfem ^^

Eee? To chyba dobrze?

Zawsze myślałem, że dziewczyny wolą być elfkami…

;P

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Ach, te stereotypy… ;-)

Babska logika rządzi!

Czyli jesteś po stronie Funa, że da radę dojechać tam przez Rygę? A ja prześledziłem jak idą tory i myślałem, że jestem mądry, chlip ;( A też nie chciałem tego Pskowa…

Generalnie kraje bałtyckie mają świetnie rozwiniętą siatkę autobusów (autokarów? jeszcze ich flixbus nie wykupił, odpukać <3), a z pociągami jest licho. Nie dziwię się, że wylądowałeś w Pskowie ^^

 

Inna sprawa, że to właśnie poprzez przywołanie Twej osoby, sojuszniczko, zrozumiałem, że babcia mieszkała niegdyś w Estonii ;)

Oho, to miłe.

Gdyby tylko istniały jakieś skuteczniejsze sposoby przywoływania mnie, nie wiem… na przykład odezwanie się do mnie ;D Z przyjemnością pomogłabym wytyczyć ci trasę. I jeśli jeszcze kiedyś udasz się w dalekie krainy, niezależnie od stanu naszego sojuszu, też możesz na mnie liczyć. Przeczytać i tak przeczytam, a przynajmniej uniknę herbatki na uspokojenie ^^

 

Zawsze myślałem, że dziewczyny wolą być elfkami…

A ja mam taki fantastyczny młot, tak bym nim wywijała, ech…! Byłabym fantastycznym krasnoludem <3

Naturalnie, że byłabyś :)

 

I jeśli jeszcze kiedyś udasz się w dalekie krainy, niezależnie od stanu naszego sojuszu, też możesz na mnie liczyć.

Dzięki. Aczkolwiek wiesz – gdybym się odezwał, nie byłoby niespodzianki :3

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Podobało mi się. Bardzo lubię Twoją wyobraźnię, tutaj w wydaniu bardziej obrzydliwym. Historia wciągająca, z satysfakcjonującym rozwiązaniem. Miejscami może za dużo w tym horrorze drogi właśnie tej drogi, ale i tak wciągało, bo napisane ładnie i osadzone w krajobrazach, których nie znam.

O, fajnie, że wpadłeś, Zygfrydzie.

Dzięki za lekturę i odzew – staram się nie zawodzić ;P

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

“Czego się nie robi z miłości” – jak by powiedział Jaime Lannister. ;)

W moim odczuciu to jest właśnie najsilniejsza strona tego opowiadania – groza wydobyta z uczucia tak silnego, że przekroczyło wszelkie granice rozsądku i moralności, wynaturzyło się doprowadzając do wydarzeń, które opisujesz. Kojarzy mi się to trochę ze “Cmętarzem zwieżąt” Kinga, gdzie bohaterowie wiedzą, jak straszne mogą być konsekwencje ich czynów, ale miłość i pragnienie odzyskania bliskich popycha ich do działania bez względu na koszty i ryzyko. I dobrze, że nie zatrzymywałeś się w pół kroku przy makabrycznych opisach, że poszedłeś na całość pokazując, że dla osoby ogarniętej taką obsesją nie ma granic, ani poczucia obrzydzenia (”zakątek miłości”).

Widzę, że srogich walkach w redakcji o to, kto przeczyta opowiadanie Counta, tym razem wygrał JeRzy XD

Fajnie.

 

Dzięki bardzo za opinię. Miło, że zwróciłeś uwagę na “zakątek miłości” – do tej pory zrobił to tylko mój pierwszy czytelnik.

Do powieści Kinga mi daleko, ale jeśli przywołałem jakieś echa, raduje się me hrabiowskie serce!

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Choć miłośniczką horrorów nazwałabym się raczej kilka lat temu, Twoja twórczość bardzo mnie przekonuje. Opowiadanie ma niesamowity klimat.

Z czasów liceum zapamiętałam, że najtrudniej jest operować turpizmem i naturalizmem, bo bardzo łatwo jest przegiąć. Tobie, moim zdaniem, wychodzi to bardzo zgrabnie. Bo, choć niekiedy miałam wrażenie, że paskudztw jest trochę za dużo, to jednak lektura była dla mnie satysfakcjonująca (przyjemna to raczej nie byłoby w tym kontekście najszczęśliwsze słowo…).

Mi również skojarzyło się z “Cmentarzem…” Kinga. W ogóle, jest jakiś wspólny pierwiastek w waszej twórczości. To, już chyba wspomniana gdzieś wyżej, filmowość tekstu. Tylko zakończenia piszesz lepsze. ;)

Woohoo, Rosso! ;D

Nie wiem, co to turpizm i naturalizm, alem wielce szczęśliwy, że w nich nie przegiąłem :))

Fajnie, że podróż Cię nie zanudziła, a soczystości nie zniechęciły do przeczytania całości.

Dzięki za wyjątkowo pozytywną opinię – mam wątpliwości, czy na takową zasługuję, niemniej przyjmuję w całej rozciągłości i w przyszłości również postaram się nie zawodzić ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Witam! Zabrałem się w końcu za Twoje opowiadania, zaczynając od dżdżownic. Mówiąc krótko – jestem zdecydowanie na tak. Depresyjny klimat beznadziei z tą chorą tajemnicą w tle zrobił robotę. Gdybym miał znaleźć soundtrack do tego tekstu stawiałbym na theme z Dark Souls. https://www.youtube.com/watch?v=M6GK8HhjQQE . Zabrałeś nas w melancholijną podróż bez happy endu jak na horror przystało. 

Konkrety:

 

  1. Bardzo fajny początek:

“Nie tak to miało wyglądać.

Nie taką przyszłość wyobrażałem sobie, gdy przyciskałem jej rozlazłe cielsko do lodówki, gdy zgniatałem palcami pomarszczoną szyję i krzywiłem się ze wstrętem, czując wilgoć pryskających na moją twarz kropelek śliny.

Bóg mi świadkiem, że miałem jak najlepsze intencje, a morderstwo babci Mii było podyktowane koniecznością. Nie mogliśmy dłużej żyć w ten sposób…”

Niby kilka zdań, ale już po tym fragmencie wiedziałem, że będzie dobrze.

 

  1. Podobali mi się bohaterowie, a szczególnie Mia i jej chore zapiski. 
  2. Dobry balans pomiędzy tokiem opowieści, a dozowanymi wskazówkami odnośnie tajemnicy Mii.
  3. Koncept opowiadania nt. dziewczyny, która zjada robale z mogiły ukochanego, a następnie rodzi jego trupią kopię – musisz być nieźle popieprzony, że na coś takiego wpadłeś. ;) Duży plus.
  4. Szaleństwo Martena również postępuje w odpowiednim tempie i intryguje do samego końca.

Minusy:

  1. Wywaliłbym emoty z wpisów Mii. Zamiast tego dałbym może jakieś ręcznie pisane wstawki, lub rysuneczki. Może na portalu nie wyglądałoby to dobrze, ale w wersji PDF myślę, że sprawdziłoby się.
  2. Podróż poprzez łąki, jeziora, miasta, stacje benzynowe, dworce ;) trochę zaczynała się dłużyć. No, może nie dłużyć, ale w pewnym momencie zacząłem się obawiać, że bohater nie zdąży rozwikłać zagadki, zanim zupełnie rozpadnie się na kawałki. Na szczęście dokuśtykał do celu. 

Podsumowując, kawał dobrej roboty! Które ze swoich opowiadań polecasz jako następne? 

 

 

 

musisz być nieźle popieprzony, że na coś takiego wpadłeś.

Dobrze, że nie czytałeś Szeptulca :|

 

Dzięki wielkie za dobre słowo oraz krytykę. W ogóle fajnie, że wpadłeś, szczególnie że te moje teksty to ciągną się i ciągną…

Rozważałem, czy całej tej podróży nie wywalić, bo generalnie byłoby to wykonalne, ale obawiałem się zatracić klimat tekstu. Tymczasem czytelnicy podzielili się na dwa obozy :)

 

Trudno mi polecać cokolwiek swojego, bo zwykle jestem z tych tekstów niezadowolony, ale jakby zależało Ci na soczystych, portalowych horrorach, możesz odwiedzić Łukasza Kulińskiego (dobry Lovecraft style), uthModara (z tych obleśnych), no i mojego mistrza – Surface’a. Ten gość to punkt odniesienia, szkoda, że już nie pisze…

Gdyby świnie mogły spoglądać w niebo

Czy ktoś stoi za firanką?

Kurde, był też świetny szort bemik, którego akcja miała miejsce w pociągu, ale chyba zniknął :/

 

A za Twą polecankę, Śnio, bardzo dziękuję :))

Wciąż nie mogę się nadziwić, że Taniec przypadł ludziom do gustu…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Bo mhrrrok bywa bardzo pociągający ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No to to ja rozumiem ;D

Bardzo podoba mi się motyw z dżdżownicami. 

 

gdzieś przy końcu masz najpierw, że bohater głuchy, a potem, że słyszy tykanie zegara. A potem znowu głuchnie ;)

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Och… No to jesteś stracona dla świata ;P

 

gdzieś przy końcu masz najpierw, że bohater głuchy, a potem, że słyszy tykanie zegara. A potem znowu głuchnie ;)

Ej, on był PRAWIE głuchy!

Aczkolwiek nawet będąc “prawie głuchym”, trudno chyba usłyszeć tykanie zegara…

Spostrzegawcza bestia ;/

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Och… No to jesteś stracona dla świata ;P

Wiem ;D

 

Mógł to jeszcze być bardzo głośny zegar ;)

 

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Nowa Fantastyka