- Opowiadanie: janadalbert - Wojownicy

Wojownicy

Witam po roku i pół przerwy od pisania. Miałem trochę problemów. Jedni powiedzą ‘niemoc twórcza’ ja powiem i ‘kończę studia’ ale to pierwsze też. Teraz postaram się by teksty wjeżdżały częściej. A mam kilka w rękawie.

Proszę nie zrażajcie się, że długie, sztampa i było. To jest bardzo stare opko, jedne z pierwszych jakie napisałem w życiu. Z tą różnicą, że jest teraz bardziej strawne i nieco ciekawsze. Może zrobię z tego serię opowiadań kto wie i wtedy będzie lepiej. Dlatego zapraszam do komentowania :)

PS. Użytkownik Vizart kiedyś próbował betować to opko i nie podziękowałem. Dzięki za pomoc :)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Wojownicy

– Kto jedzie!? – zawołał stróż, widząc trzech konnych zmierzających do gospody. Mocniej ścisnął w łapie obdrapaną pałkę. – Czego tu?

– Jesteśmy przejazdem – odparł ten na czele, wysoki i prawdopodobnie najchudszy człowiek na świecie. – Nazywam się Sergi. A to moi koledzy Martin i Krist. Szukamy miejsca na noc.

Dawało się wyczuć, że stróż przestraszył się tych ludzi. Byli dobrze uzbrojeni, ale nie wyglądali na złoczyńców. Na rycerzy także i nie wiedział jak postąpić z kimś takim. Nikt mu nie zapłacił, za to by wiedział.

– Tylko żadnych numerów! – ostrzegł odźwierny, otwierając furtkę. – I nie pokazujcie się z żelastwem pomiędzy ludźmi.

Wędrowcy poszli prosto do oberży. Nagle Sergi zawahał się i zatrzymał przed wejściem.

– Ile nam zostało? – spytał.

– No alkoholu to w ogóle – powiedział brzydal o imieniu Krist, po czym zreflektował się, napotykając spojrzenie przyjaciela. – Aaa… Pytałeś o pieniądze? Zostało gdzieś parę monet.

– Mam dziesięć koron – zameldował Martin.

– Ja cztery… – Sergi przeliczył szybko w pamięci i przejechał ręką po nieogolonym podbródku. – Cholera, mało. Starczy na pokój, stajnię i nic więcej. Obejdziemy się jeden wieczór bez picia.

– Jak chcesz, szefie. – Krist wzruszył ramionami. – Zwykłym piwem też się zadowolę.

– Nie, stary… Nie zaczynaj.

– Spokojnie. – Krist wbił wzrok w stopy i wymamrotał. – Pożartować sobie nie można…

Stali przy wejściu, a napięcie rosło między nimi. Po dłuższej chwili Martin, najmłodszy z grupy, odchrząknął.

– Może wejdziemy?

Sergi tak zrobił, pochylając głowę, by nie uderzyć w futrynę. Dogadał się jakoś z pulchnym karczmarzem, wynajął pokój na strychu i przekazał wierzchowce pod opiekę stajennego.

– Na piwo nas nie stać. Jasne… Teraz gdy nie ma tłoku na drogach i w oberżach mają normalne ceny, to nie… – ględził dalej Krist. Dla świętego spokoju, Sergi zamówił należytą dawkę alkoholu.

– Ty też bierz, młody. – Postawił kufel spienionego piwa również przed Martinem. – Pomyślałem, że nie powinniśmy przyciągać zbytniej uwagi.

Obydwaj mruknęli coś co brzmiało jak „aha”.

– Idę zapalić – powiedział Sergi i wstał. – A potem zasięgnę języka. Nie wpakujcie się w kolejne kłopoty.

Słowa nic nie dały. Jeszcze tego wieczoru wszyscy trzej znaleźli się na ustach każdego, kto akurat przebywał w gospodzie. Po prostu Sergi lubił łudzić się nadzieją.

 

 

Trzech przyjaciół: Sergi, Krist i Martin jechali tam, gdzie miejscowi ostatnio widzieli zaginionych. Świerkowy las powoli zastępował pola, rozciągające się po obu stronach drogi. Słońce rzucało trochę chłodnego światła na krajobraz, a dookoła snuły się jeszcze skrawki porannej mgły.

Ledwie zaczęło robić się widno wymknęli się z karczmy, by uniknąć pytań. Mimo skarg pozostałej dwójki, Sergi zostawił za ladą kilka monet zadośćuczynienia. Natomiast nie zwrócił uwagi na butelkę z której Krist pił teraz bez skrępowania, a której z całą pewnością nie miał wcześniej.

Żaden z nich nie był zadowolony z zadania jakie mieli do wykonania. Ani z ostatniej przygody w karczmie. Zły znak, pomyślał Sergi. Dawniej to by była przygoda. Jednak właśnie z powodu takich „przygód”, mieli teraz poważne kłopoty. Wzorowy członek Gildii Wojowników jest profesjonalistą, który dba swoje dobre imię. Ich przełożony, jasno dał im do zrozumienia, co jest obowiązkiem ple, ple, ple prawdziwego profesjonalisty  bla, bla, bla. A także, że wdawanie się w bójki i picie na umór się do nich nie zalicza. Skinner dał im ostatnie zadanie, by udowodnić, że są przydatni. Odnaleźć sir Riddicka, który zaginął w górach wraz z całą swoją drużyną. Odnaleźć go albo nie wracać. Tak powiedział i więcej nie musiał.

Wspólnie zgodzili się, że żarty się skończyły i muszą zachować ostrożność. A teraz jeszcze to, pomyślał Sergi. Spojrzał na swoich kompanów. Martin jechał ze spuszczoną głową, wciąż nadąsany. Krist wyglądał jakby wczorajszy incydent go nie dotyczył. Zwykle hałaśliwy i gadatliwy Krist milczał przez cały czas i popijał ze świeżo odkorkowanej butelki

Sergi znowu westchnął.

– Możesz przestać? – odezwał się Martin.

– O co ci chodzi?

– Co chwilę wzdychasz i gapisz się na mnie. – Popatrzył chwilę czekając na jakąś reakcję. – To nie moja wina, Sergi! To tamten pierwszy…

– Tamten, miał ponad sześć stóp wzrostu! – przerwał mu Sergi. – I niewiele mniej szerokości. Gdyby nie my, leżałbyś tam z rozbitą głową zamiast niego.

– Sam sobie bym poradził, gdybyś się nie wtrącił – odparł Martin. – Ten zapity burak nie miał z nami szans.

– Nie o to mi chodzi, chłopcze! – powiedział Sergi ze złością. – Co ci odbiło, żeby zaczepiać draba wyższego o dwie głowy? Tylko dlatego, że nie spodobały mu się nasze gęby!? – Zamknął oczy prosząc bogów o cierpliwość, po czym podjął temat tym razem powoli i spokojnie. – Mieliśmy unikać takich kłopotów. A ty dałeś się sprowokować jak dziecko! Może podziękowałbyś za pomoc?

– Weź odpuść – wtrącił się Krist. – Młody ma rację, jesteś strasznie spięty odkąd wyjechaliśmy. I mam na to jakąś radę… – Pomachał  (teraz już w połowie pustą). Sergi mruknął coś niechętnie, ale wziął butelkę i łyknął trochę. Był nie w humorze, to prawda. I choć wino poprawiło odrobinę nastrój, to nie miał zamiaru się upić.

– Dobre, nie? – zapytał Krist i sam pociągnął znacznie większy łyk. –Taki skąpiec był z tamtego karczmarza, ale całkiem dobre wino sprowadził. I dobrze. Te rzepojady tutaj nie umieją się bić i pędzą jakieś świństwa. Pamiętasz, kiedy ostatnio piliśmy tak wyborne wino? Och, wtedy działo się…

Świętowaliśmy, pomyślał Sergi. Pamiętał jak przez mgłę, co się działo kilka dni temu. Pomylili domy. Bardzo możliwe, że pomylili również ulicę. Po ostrej popijawie, zamiast wrócić do wspólnego mieszkania, trafili na młodą dziewczynę w kąpieli. Wraz z Kristem zataczał się ze śmiechu. Co było dalej, dokładnie sobie nie wiedział. Tylko to, że pojawił się mężczyzna z sumiastym wąsem, który zaczął okładać ich grubą, okutą laską. Laską miejskiego radcy, jak się później dowiedzieli. A dziewczyna nadal się darła. Te wrzaski wciąż dzwoniły Sergiemu w uszach, gdy obudził się w lochu, potęgując straszliwy ból głowy. Zawsze służący wsparciem Skinner tym razem ledwo nad sobą panował i w ramach ostatniej szansy wysłał ich na poszukiwania ducha.

Takie było ich ostatnie „święto”.

Sergi odgonił sprzed twarzy muchę ręką, przerywając na chwilę swój ponury tok myślenia. Nagle zauważył, że jego koń nie chce iść dalej. Rozejrzał się i zobaczył dlaczego. Obok drogi pod drzewem, pośród chmury owadów leżał zakrwawiony trup.

 

 

Sergi zsiadł z konia i podszedł ostrożnie do trupa. Jedną ręką przegonił dziobiące zwłoki ptaszyska, drugą zatkał nos. Martin rozejrzał się niespokojnie po drodze, ale nikogo nie było w zasięgu wzroku.

Sergi kucnął i przyjrzał się trupowi. Był to mężczyzna po czterdziestce, z siwiejącą czupryną koloru słomy. Nogę miał wygiętą pod dziwnym kątem, oczy zamknięte, a twarz śmiertelnie bladą.  Mimo że przed chwilą trupem pożywiały się ptaki i znajdowali się wiele mil od jakiejkolwiek osady, nie wyglądał jakby leżał od dawna. Miał na sobie brudny, poszarpany przez ptaki kaftan z herbem wyszytym na piersi. U pasa miał pustą pochwę na nóż, lub sztylet. Jedną ręką ściskał zakrwawiony bok. Sergi podniósł z ziemi gałąź i strącił rękę trupa. Jego oczom ukazała się rozległa rana, obficie pokryta ciemną krwią i obwiązana byle jak zszarganą szmatą.

Martin zsiadł, by przyjrzeć się lepiej, ale natychmiast odwrócił wzrok i zasłonił sobie twarz. Odsunął się od trupa i gwałtownie zaczął się rozglądać dookoła.

– To… byli bandyci? – odezwał się Martin.

– Może… – mruknął Sergi myśląc na głos. – Ten człowiek należał niewątpliwie do świty sir Riddicka. Ale co robił tutaj? Takiej rany nie zadałoby żadne zwierzę. I zostałyby tylko ogryzione kości. – Wskazał na otwór w brzuchu. – To wygląda na ranę od strzały.

– No wiem… – Martin wskazał na okolicę.  – Nie boisz się, że ten kto to zrobił może gdzieś być w pobliżu?

– Martin, rusz głową – powiedział Krist zniecierpliwiony. – Ten głąb nie oberwał tutaj. – Krist wskazał na poczerniały od krwi strzęp przylegający do rany. – Widzisz? Wyciągnął strzałę i opatrzył ranę. Jeżeli dostał w brzuch, nie musiał zginąć od razu. Widziałem raz pewnego żołnierza, którego nadziano piką. Mając dziurę w bebechach i pełne portki, uciekł dobre kilka staj zanim padł. A potem…

– Dziękuję, Krist, mógłbyś? – przerwał mu Sergi, rzucając przyjacielowi ostre spojrzenie. – Wiem, co było potem, razem tam byliśmy.

– A ten tutaj – ciągnął Krist niezrażony – bystry to chyba nie był. Takie rany trzeba wypalić albo zaszyć. A wyciągnął strzałę i natychmiast się wykrwawił. – Mówiąc to, splunął za siebie.

– Dotarł tu w takim stanie. – powiedział Sergi marszcząc czoło w skupieniu. – To znaczy, że jesteśmy na dobrej drodze.

Wstał, wsiadł z powrotem na konia. Miał złe przeczucia.

 

 

Im dalej od traktu tym teren robił się coraz bardziej kamienisty, drzewa rosły coraz gęściej i wyżej. Prawie nie słychać było ptaków i robiło się chłodniej, a porywisty wiatr ani razu nie ucichł odkąd zeszli z traktu.  Zakryli twarze szalami, by choć trochę osłonić się przed zimnem. Trop prowadził ich w górę, coraz wyżej i coraz głębiej w dzicz. Cała trójka jechała gęsiego po tych bezdrożach. Kluczyli pomiędzy drzewami i skałami, podążając za śladami. Krist co jakiś czas zatrzymywał się, przyglądał tylko sobie widocznym znakom i bluźnił pod nosem w różnych językach. Jechali w ciszy, porozumiewając się jedynie ponurymi spojrzeniami i wymownym milczeniem, nie reagując na wycia wilków niesione z wiatrem. Wkrótce teren okazał się zbyt trudny i skalisty, by konie mogły ich ponieść dalej. Musieli zejść z wierzchowców i pójść pieszo prowadząc konie za uzdy.

Poszukiwania zajęły wiele godzin, kilka razy wracali się po swoich śladach i znaleźli coś dopiero, gdy słońce prawie już zaszło. Przed nimi rozpościerał się widok na niewielką przesiekę. Wszędzie były widoczne ślady zaciętej walki: szałasy i posłania były zniszczone, zadeptane, a na ziemi leżały szczątki kilkunastu ludzi przeszytych strzałami. Pośrodku resztek obozowiska znajdował się przestronny, płócienny namiot w kolorowe pasy.

Sergi kazał Martinowi pilnować koni, a Kristowi dał do przeszukania namiot. Sam zaś wyciągnął z kieszeni kawałek pergaminu z podobizną sir Riddicka i przyjrzał się twarzom zabitych. Było to nieprzyjemne, ale konieczne. W końcu musiał stwierdzić, że tego kogo szukali nie ma wśród poległych. Krist wygrzebał się z namiotu, skrzywiony tylko pokręcił głową. Sergi zaklął.

Wszyscy trzej stali w milczeniu i starali nie patrzeć sobie w oczy. Odległe wilcze wycie otrząsnęło ich z ponurych myśli i Sergi doszedł do wniosku, że dzisiaj nic już nie zrobią. Czym prędzej zabrali się za rozbijanie obozu. Sergi poszedł naprawić pasiasty namiot, żeby nie spać pod gołym niebem. Martin zbierał opał, który został po poprzednich mieszkańcach obozu. Rzucił drewno na stertę i podszedł do Sergiego.

– Co teraz zrobimy? – spytał. – Bandyci wybili cały zbrojny oddział, sir Riddick został porwany albo przepadł w jakimś dole, jak tamten na trakcie. – Zamilkł na chwilę i pochylił głowę, siłując się z myślami. – Czemu to my mamy takiego pecha?

– Dość, Martin! – przerwał Sergi, lecz jego głos brzmiał łagodnie. – Wiem jak się czujesz, chłopcze. Masz rację, że nasza sytuacja jest nienajlepsza. – Przerwał, próbując prosto postawić tyczki. – Ale też nie najgorsza. Przyjrzałem się poległym, zaledwie kilku należało do rycerskiej drużyny. Cała reszta nie nosi żadnych znaków, a uzbrojeni byli marnie.

– To bandyci, o których mówili w oberży – stwierdził Krist, który próbował rozpalić ognisko. W końcu między jego palcami tańczył już chwiejny płomień. – Jesteśmy dobre kilka dni od najbliższej osady, ostatnie karawany w tym roku już przeciągnęły traktem. A w tych górach to wiem, że zima nadchodzi szybko i nie zna litości. Dlatego bandyci rzucili się na pierwszego, kto zboczył ze szlaku. Głód zmusza ludzi do czynów równie podłych, co głupich.

– Nieważne dlaczego – powiedział Sergi. – Tym razem mieli do czynienia nie z wieśniakami, lecz z rycerzem wysokiego rodu i zbrojną drużyną. Co do walki nietrudno się domyślić jak przebiegła. Znalazłeś jakieś rzeczy? Broń? Kosztowności? – zapytał Martina.

– Nie. Nic nie ma.

– A zatem, chłopcze… Sir Riddick uszedł stąd – stwierdził Sergi – o własnych siłach. Zabrał co mógł i odszedł. Gdzieś… I gdy tak stałeś i słuchałeś, ja rozłożyłem ten cholerny namiot. – Sergi otrzepał dłonie i ziewnął. – Krist! – Ten odburknął coś niewyraźnie. – Trzymam wartę pierwszy. A ty po mnie.

 

 

Potężny huk wstrząsnął ziemią, prawie zagłuszając wyjącą potępieńczo wichurę. Sergi obudził się, niejasno zdając sobie sprawę z tego, że bogowie najwyraźniej przyspieszyli koniec świata. Jednostajny stuk deszczu i wycie wiatru mieszały się ze sobą. Tworzyły nieprzeniknioną ścianę dźwięku o niespokojnej tonacji, którą akcentowały potężne uderzenia piorunów, lub zakłócały trzaski łamanych gałęzi. Poczuł na twarzy uderzenie tępego bólu i otworzył oczy. W krótkim błysku błyskawicy dostrzegł niewyraźnie pochyloną nad nim twarz Krista, który próbował go obudzić.

– Wstawaj, durniu! – wrzasnął Krist ledwie przekrzykując burzę. – Zbudź się szybko albo bogowie wyświadczą światu tę przysługę i nas pozabijają!

Twarz zniknęła w ciemnościach, jak senna mara. Nieprzytomnie zwlókł się z posłania, ledwo świadomy tego co robi. Kolejna kanonada grzmotów wstrząsnęła ziemią. Sergi w jednej chwili oprzytomniał i zerwał się na nogi. Wymacał w ciemności pas z mieczem i palcami zdrętwiałymi od chłodu próbował go przypiąć. Gdy siłował się z zapięciem, Martin już się obudził i rozglądał naokoło zdezorientowany. Krist krzątał się po namiocie, zbierając ich rzeczy do sakwy.

– Ruszać się, do cholery! – poganiał ich. – Nie możemy tu zostać!

Sergi zapiął pas, wziął swój przemoczony tobołek pod pachę i wszyscy trzej ruszyli do wyjścia.

Gdy znaleźli się na zewnątrz, uderzyła ich fala lodowatego deszczu. Już wcześniej zmarznięci teraz jeszcze zupełnie przemokli. Ledwie odczołgali się z namiotu, który najpierw wzdął się, po czym targnięty potężną podmuchem, po prostu odleciał. Mało brakowało, pomyślał Sergi widząc jak bezkształtna płachta odlatuje w ciemność. Poczuł jak ktoś ciągnie go za rękę i podążył przed siebie z wysiłkiem stawiając kroki.

Jedną ręką trzymając się za ramię, drugą osłaniając twarz przed wichrem, cała trójka maszerowała przez las w poszukiwaniu jakiejkolwiek osłony przed burzą. Potykając się w ciemnościach o wystające z ziemi korzenie i skały, szli wciąż pod górę. Drogę rozświetlały jedynie im krótkie, intensywne błyski, poprzedzające uderzenia gromu, a wysokie sylwetki drzew otaczały ich i pochylały nad nimi złowrogo.

– Patrzcie! Światło! – krzyknął Martin wskazując przed siebie. Sergi spojrzał w tamtym kierunku i rzeczywiście zobaczył niewyraźny błysk.

Skręcili w stronę światełka i słaniając się z wysiłku parli do przodu. Deszcz siekł ich po twarzach jak lodowatym biczem. Wiatr dmuchał z taką mocą, że musieli chwycić się za ramiona, by nie ulecieć w przestworza jak ich poprzednie schronienie. Krist schylił głowę i krzywił się pod ciężarem sakwy, a Martin potykał się na nierównym skalistym gruncie. Sergi miał nogi jak z ołowiu, miecz obijał się boleśnie o jego bok.

Pod jakimś czasie, który wydawał się wiecznością, ognik światła zamigotał, rozjaśnił się jakby ze zniecierpliwieniem i zniknął. Cała trójka stanęła niepewnie, lecz w tym momencie zza zasłony deszczu i cienia ukazało im się skalne zbocze, w którym ział spory otwór.

 Przyjaciele czym prędzej zebrali resztę sił i wkroczyli do środka. Wewnątrz było chłodno, lecz sucho i było dość miejsca by zmieścili się wszyscy trzej. Sergi oparł się ścianę groty z trudem łapiąc oddech.

– Uff… Jednak na nas potrzeba czegoś więcej – powiedział Krist gdy doszedł do siebie. – Jesteśmy bezpieczni.

– Dalej jesteśmy sami na pustkowiu – odparł Sergi – i uciekły nam konie. Skinner nas zabije.

– Zawsze z ciebie, było źródło pocieszenia, Sergi – powiedział Krist badając wzrokiem wnętrze groty. – Przeczekamy tutaj burzę, potem jakoś dotrzemy na szlak. Stary Skinner będzie narzekać sobie, ale nikt nie powie, że nie próbowaliśmy.

– Nie podoba mi się tutaj – wtrącił Martin. – Słyszałem, że w tych górach żyją olbrzymie niedźwiedzie i inne potwory. Nie powinniśmy się tu zatrzymywać.

Sergi również miał złe przeczucie. Ciarki mu przechodziły po plecach. Z głębi groty bił przenikliwy chłód, ale równie dobrze mogło tak być od mokrego ubrania.

– E tam! Za dużo słuchałeś bajek o wróżkach-ludojadkach czy co tam jeszcze. – rzekł Krist wytrząsając wodę z uszów.

– Bajki czy nie lepiej mieć coś przy czym można się ogrzać. Zimno tu jakby miał nadejść jutro nowy rok – powiedział Sergi. – Daj nam trochę tego wina co… Ej, nie wychlaj wszystkiego do cholery!

 

 

 Burza znacznie już osłabła, nieba nie przecinały błyskawice, wiatr przestał zawodzić potępieńczo. Zostało jednak kilka godzin do świtu, a ulewa szalała nadal. Gdy przebrali się w prawie suche zapasowe ubrania, spróbowali zdrzemnąć się. Niestety wciąż dręczyły ich ponure myśli, przez które nie mogli zasnąć. Sergi nie potrafił pozbyć się wrażenia, że wcale nie są w grocie bezpieczni. Nie wiedział, jak daleko sięga dno jaskini, ale z jej wnętrza bił chłód, który ściskał mu serce.

Nie mogąc zasnąć, Sergi poddał się i przysiadł na pustej sakwie. Dla zabicia czasu obserwował deszcz padający na zewnątrz.

W głębi jaskini rozbłysło zielonkawe światełko.

Szturchnięcie wyrwało Sergiego z otępienia. To Martin, wyglądał na roztrzęsionego.

– Widziałem światło – szepnął Martin. – O tam.

– Przywidziało ci się – orzekł Sergi, wpatrując się w ciemność. – Nic nie widzę.

– Mówię prawdę, było tam przed chwilą – powiedział Martin. Jakby na potwierdzenie w ciemności znowu pojawiło się światło.

– Mógł to być jakiś błędny ognik – stwierdził Sergi bez przekonania.

– Takie samo widziałem, gdy tu trafiliśmy – ciągnął Martin. Skąd miałbyś mieć pewność, że tu jest bezpiecznie?

– Przejdźmy się, to się przekonamy. – powiedział Krist.

– Zwariowałeś – odparł Sergi. – To by było głupsze niż zostanie tutaj. I uspokójcie się wreszcie. Nigdzie nie idziemy.

– Nie mówi mi Sergi, żebym się uspokoił – powiedział Martin. – Uspokoję się, gdy dowiem się co takiego świeci. Mam dość czekania.

Sergi zaklął. Spojrzał błagalnie na Krista szukając wsparcia.

– Młody ma trochę racji. – powiedział Krist. – Powinniśmy sprawdzić co tam jest. I tak nie mamy co robić.

Przez chwilę milczeli, podczas gdy Sergi starał się zapanować nad tonem głosu.

– Niech wam będzie.

Ostrożnie stawiając kroki, zagłębiali się w cień. Pozbawieni światła trzymali się za ręce. Zielonkawy ognik raz po raz gasł i pojawiał się cały czas wskazując im drogę.

Trwało wieki zanim, dotarli do źródła światła. Dobywał się z białawego kamienia o dziwnie przejrzystej powierzchni. Kamień okazał się w rzeczywistości jakimś rodzajem świecącego porostu. Wyrastał ze ściany, rzucając słabe światło na twarze przyjaciół.

Sergi obejrzał się i ukazał mu się zdumiewający widok. Podobne okazy porastały również resztę jaskini wskazując drogę. Sergi zauważył, że grota skręca, co tłumaczyło dlaczego wcześniej widzieli tylko jeden ognik. Pozostali również się odwrócili i na moment oniemieli.

Ruszyli szlakiem wskazywanym przez świecące porosty. Całą trójkę przechodziły dreszcze. Było zbyt cicho, ciemność wchłaniała wszelkie wydawane przez nich dźwięki. Krist drżał z zimna. Martin mimo, że wyprawa była jego pomysłem, rozglądał się podenerwowany i pozwalał się wyprzedzać pozostałym. Na jego twarzy malował się przestrach wymieszany z zaciekawieniem. Nogi Sergiego wraz z kolejnym krokiem coraz bardziej ciążyły, wszystko w nim błagało by nie szedł dalej. Serce ściskał mu chłód. W każdym razie uznał, że to chłód. Nie mógł zawieść towarzyszy, okazując teraz lęk.

– Patrzcie – szepnął Martin, zatrzymując się przy jednej ścianie.

Sergi i Krist podeszli przyjrzeć się lepiej, bo w słabym oświetleniu nie od razu zrozumieli na co patrzą.

– Co to jest?

 

 

Teraz to zauważyli. Ściany i sklepienie, wcześniej zwietrzałe i porośnięte stalaktytami, teraz się poszerzyły i stały równo wykutym korytarzem. W ścianie przed nimi ziała dziura prowadząca głębiej. Prastare runy i rzeźbienia dookoła były prawie całkiem zatarte. Czas i natura bezlitośnie obeszły się z kamieniem, lecz nadal było widać dzieło ludzkich rąk.

– Jakieś pomysły? – zapytał całkiem poważnie Martin.

– Może to zostało po jakimś pradawnym budynku. – Sergi wzruszył ramionami. – Czy coś takiego

– Budynek? Pod ziemią? – zadrwił Krist. – Nie za ciemno by tu mieszkać?

– Nie wiem. I nie mam ochoty tego sprawdzać. Wracajmy.

– Sam sobie wracaj, nie odeszliśmy wcale daleko. Wygląda na to, że jaskinia jest większa niż myśleliśmy. Bez ciebie też dam radę.

– Sprawdziliśmy już co tam świeciło? – Sergi był teraz już zdenerwowany. – Tak, sprawdziliśmy! Tylko jakieś jaskiniowe chwasty i o co tyle hałasu? Nie przyszliśmy tu by bawić się w poszukiwaczy skarbów.

– To po co? By zginąć na pustkowiu? – spytał Krist stając przed nim z wyzywającą miną.

Obaj mierzyli się wzrokiem twarzą przy twarzy, każdy na granicy wybuchu.

– Błagam, przestańcie. To był mój pomysł – powiedział Martin i stanął między nimi. – Co się z wami dzieje?

Krist burknął coś pod nosem i przeszedł przez wyrwę pierwszy nie patrząc na nich. Martin zatrzymał się patrząc na nich z troską.

Sergi zawahał się zanim ruszył się. Poczuł na skórze dreszcze. Im dalej szli, tym mocniej czuć było stęchliznę. Na szczęście również tam rosły te świecące chwasty. Nijak miały się do pochodni, lecz przynajmniej nie wpadali na ściany. Szli korytarzem tak wąskim, że musieli poruszać się jeden za drugim. Po bokach zauważyli dziwne, poziome szpary. Gdy minęli już kilka, Martin wydał zduszony okrzyk. Niektóre wnęki były zapełnione kośćmi. Sergi zmarzł, chuchał w dłonie i podskakiwał by się rozgrzać, ale bez skutku. Wolał położyć się w ciepłym, suchym łóżku. I martwić się jedynie o to, że Krist nie da mu w tym łóżku się wyspać. Złowroga atmosfera (jak się okazało) miejsca pochówku, działała im na nerwy.

Wkrótce trafili na pomieszczenie z jakimś podwyższeniem Zmarli tutaj nie leżeli we wnękach, lecz stali po bokach oparci o ściany niczym wartownicy podczas drzemki.

Na podwyższeniu dostrzegli jakiś kształt. Stąpając ostrożnie, trójka przyjaciół podeszła do niego by lepiej się przyjrzeć. Przypominało krzesło, lub tron. Było stare, zakurzone i zajęte przez szkielet. Siedział na nim patrząc oczodołami przed siebie. Jedną rękę, zaciśniętą w pięść, przyciskał sobie do piersi. Zmarły był ubrany w wypłowiałe już, lecz bogate odzienie z wyszytym symbolem.

Sergi zerwał światłodajne zielsko z ziemi i zbliżył je do szczątków by lepiej widzieć. To niemożliwe, pomyślał. Nie mogło upłynąć tyle czasu. Patrzył otępiały, usiłując zrozumieć co widzi. Serce gwałtownie mu przyspieszyło.

– Cholera, mamy problem – powiedział Sergi, jego głos rozbrzmiewał nienaturalnie głośno.

Nieboszczyk siedzący na kamiennym tronie nosił herb sir Riddicka.

Po ich twarzach było widać że doszli do tych samych wniosków. Wszyscy zaklęli, każdy na swój sposób.

– Przynajmniej wiemy gdzie zniknął – stwierdził Krist.

– To nie ma sensu – mruknął Sergi. – Sprawdźcie czy czegoś tu nie ma.

Krist schylił się po małą książeczkę leżącą na kolanach rycerza. Otworzył ją i zaczął wertować. Napotkał pełne dezaprobaty spojrzenie Martina.

– No co? I tak jest martwy.

Gdy Krist kartkował książkę, Sergi zdusił w sobie opór i delikatnie przeszukiwał szczątki.

– To dziennik Riddicka – odezwał się Krist. – Trochę niechlujnie pisze jak na szlachetnie urodzonego. Tu stoi…

Dziewiętnasty września. Wszystko gotowe do drogi. Dwaj zbrojni znów się pobili z wachmistrzem. Opóźnili wyjazd o kilka godzin. Muszę wychłostać tych dwóch po powrocie. Sprawiają same kłopoty.

Dwudziesty drugi września. Straszny ziąb. Wleczemy się jak mucha w gównie. Najgorsze jednak za nami. Teraz już tylko traktem w dół. Jeszcze kilka dni tych niewygód i po wszystkim.

– Dwudziesty drugi września? – zdziwił się Martin. – To trzy tygodnie temu…

– I pewnie wiesz co było dalej? – odparował Krist i wrócił do czytania.

Dwudziesty piąty września. Znów zabłądziliśmy. Na szczęście po drodze spotkaliśmy miejscowego. Chętnie nas sprowadzi na trakt. Noc nadeszła wcześniej niż sądziłem. Kazałem rozstawić obóz i wystawić podwójne warty. Po okolicach kręcą się banici.

– Dalej prawie nie da się czytać. Pełno tu plam.

Dwudziesty siódmy września. Noc. Zdrada. Przewodnik był … zmowie z bandytami. Trafiło …u naszych, ale odparliśmy. Ruszam w pogoń … niczego nie znaleźliśmy. Wkrótce niebiosa zesłały na nas gromy.

Dwudziesty ósmy. Znaleźliśmy schronienie w …ej jaskini. Nie mogę …e doliczyć wszystkich ludzi. …cznie uciekli w czasie dziwnej burzy.

Tchórze… Uciekli, choć przysięgali. Ja nie ucieknę, choćby tu miała być brama do samych piekieł… Nadchodzą.

– Teraz to już zmyślasz. – powiedział Sergi. Wydawało mu się, że dostrzegł na zaciśniętej ręce błysk.

Krist przerwał czytanie w pół słowa, wyraźnie czymś zaniepokojony. Schował dziennik do kieszeni i szepnął.

– Wynośmy się stąd.

Martin odwrócił się powoli w stronę tronu i spytał cicho:

– Czemu zostały po nim same kości?

Sergi nie miał siły rozważać tej kwestii, ledwie zauważał najbliższe otoczenie. Umysł spowijała mgła, powieki ciążyły mu już ze zmęczenia. Szkielet, będący pozostałością sir Riddicka, miał na palcu topornie wykonany pierścień z ciemnym kamieniem. Ciało się buntowało przed zbliżeniem się do siedzącego na tronie zmarłego. Cichy głos natomiast nakazywał zatrzymać znalezisko. Co w tym złego, przekonywał sam siebie i schował łup do kieszeni. 

– Sergi? Wszystko w porządku? – Dobiegło gdzieś z daleka.

– Pomóżcie mi z tym gościem – Sergi zdjął z siebie szalik i podał Kristowi. – Weź.

Podczas gdy Krist trzymał szal, on pozbawił szkielet głowy i zawinął ją starannie w materiał.

– Będzie miał w domu godny pochówek.

– Skończyliśmy? – spytał Martin bardzo zdenerwowany. – Chciałeś iść, to chodźmy. Mam dosyć.

Już mieli opuścić cmentarz, gdy zrobiło podejrzanie się cicho. Lodowaty wiatr który towarzyszył im przez całą drogę, nagle ustał.

– Słyszeliście?

Dźwięk przesypującego się piasku.

Sergi dostrzegł jakiś ruch. To bezgłowy trup zadrżał, wzbijając chmurę pyłu, po czym z trzaskiem podnosił się z tronu. Natychmiast dobyli broni, zanim zadali sobie pytanie czy miecze coś tu pomogą.  Bezgłowy rycerz przechylił się do przodu jakby chciał rzucić się na nich. Zamiast tego przewrócił się i rozsypał na kawałki.

 Niezidentyfikowany fragment szkieletu zatoczył w powietrzu łuk i trącił jednego z martwych usadowionych po bokach krypty. Wysuszona mumia drgnęła, wzbijając kolejne zwały pyłu. Następnie przechyliła się, przy okazji zahaczając o sąsiada.

Od momentu wejścia do krypty przyjaciele mieli nerwy na granicy wytrzymałości. Sergi poczuł jak głęboko w nim coś pęka. Zapomniał o latach dyscypliny. Chwycił oszołomionych towarzyszy nakazując ucieczkę. Biegli, z powrotem na powierzchnię, nie dbając o to czy wpadną na coś w ciemnościach. Sytuacja zdecydowanie ich przerosła.

Pyłowa chmura gęstniała, następując im na pięty.

 

 

Skinner zmierzył ich zza biurka uważnym wzrokiem, jakby chciał się upewnić czy go nie nabierają.

– Powiedzcie mi czy dobrze pamiętam? – spytał szorstkim tonem. – Posłałem was byście znaleźli pewnego człowieka. Ważnego człowieka. I najważniejsze byście sprowadzili ją w jednym kawałku. I co wy na to?

Krist burknął coś pod nosem, lecz Sergi nadepnął mu na stopę. Byli w miasteczku Stonepale, skąd wyruszyli. Gdy wydostali się z jaskini, na zewnątrz był już ranek i ani śladu złej pogody. Konie znaleźli błądzące nieopodal. Galopowali na złamanie karku przez dwa dni, by tu dotrzeć. Wezwano ich do Opiekuna zaraz po przyjeździe, choć pora była już późnawa, a przyjaciele umordowani. Musimy to jakoś przetrzymać. Pomyślał Sergi i dla zabicia nudy dyskretnie rozglądał się po gabinecie.

Biuro Opiekuna było wypełnione trofeami w rodzaju części pancerzy, futrami, flagami i innymi gratami. Ścianę po prawej przeznaczono na półki na księgi  i skrzynie z dokumentami. Za plecami Skinnera było spore okno. Budynek Gildii jako jeden z niewielu w miasteczku był wielopiętrowy i stąd można było podziwiać miasto oraz zachód słońca. Do tego, po bokach okna stały dwa manekiny w pełnych metalowych zbrojach. Mogło robić wrażenie na człowieku, o ile nie podróżował zbyt dużo.

Skinner tymczasem ciągnął swoje.

– Dla tak doświadczonej zgrai nie powinno to być trudne zadanie. Więc niech mi któryś powie… Której części, u diabła, nie zrozumieliście!?

Skinner świdrował ich wzrokiem, najwyraźniej oczekując reakcji. Sergi postanowił grać w otwarte karty. W końcu to od decyzji Opiekuna zależało, co będzie dalej. Opowiedział o wyprawie w góry. Gdy Sergi skończył, podał Skinnerowi dziennik rycerza. Opiekun zaczął czytać. Pod jego palcami stary pergamin kruszył się.

– Rzeczywiście. Na tym polu nie mogę was obwiniać – powiedział Skinner. Odwrócił się w stronę okna i kontynuował. – Ale ze wszystkich ludzi jakich mam, wy trzej od początku sprawiacie kłopoty. Do diabła, skarżył się już na was każdy karczmarz i burdelmama w królestwie. Od Marchii, do morza! Burmistrz i inni mistrzowie dziwią się, że pozwalam wam tu pracować. Nie pytam nawet dlaczego konie, które wam pożyczyłem zmieniły sierść…

Trzej przyjaciele poczuli się zmieszani. Gdy zjechali z gór, musieli „wymienić” wymęczone konie. Zahaczyli po drodze o stajnię w której akurat były trzy wierzchowce.

Pech chciał, że było to w tym samym zajeździe, gdzie wcześniej wdali się w bójkę na oczach gości. Oberżysta bardzo zdenerwował się na ich widok. Natychmiast wszczął awanturę, aż zniecierpliwiony Sergi wycelował w niego mieczem i kazał zejść z drogi.

Skinner znów odwrócił się w ich stronę.

– Ujmę to w ten sposób. Zależało mi by sir Riddick odnalazł się żywy. Jego ród jest wysoko cenioną familią na dworze królewskim. Jego bratanek, przychodzi tu codziennie i żąda postępów. No więc co według was ma usłyszeć gdy tu przyjdzie?

Ktoś zapukał i uchylił drzwi.

– Co jest? – spytał Skinner.

– Przyszedł sir. Pragnie się widzieć, natychmiast.

Skinner zaklął pod nosem, po czym powiedział:

– Powiedz, że…

Urwał, ponieważ drzwi nagle otworzyły się i do gabinetu wkroczył zapowiedziany gość. Sergi zrozumiał przyczynę złego nastroju Skinnera. Gość miał bogaty strój, nałożony na drobne, wymuskane ciało. Obdarzył obecnych przelotnym spojrzeniem i zabrał się za obserwację swoich paznokci.

– Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem w niczym ważnym – powiedział szlachcic kładąc nacisk na ostatnie słowo. – Ale byłem w pobliżu i pomyślałem, że złożę wizytę w tym miejscu – znów podkreślił ostatnie słowo lekko się krzywiąc.

– Torald! – zawołał Skinner. – przynieś naszemu gościu coś do siedzenia – gdy służący wykonał polecenie, szlachcic wygodnie rozsiadł się.

– Przepraszam, że przerwę – powiedział Riddick – ale mam nadzieję, że mistrz pamięta o naszej umowie?

– Sprawa została wyjaśniona, panie. Wszelkich informacji udzielę za chwilę.

Szlachcic nie wyglądał na zachwyconego, lecz nie nalegał i ponownie skupił się na swoich paznokciach.

– A co do was trzech to słuchajcie – podjął Skinner. – Wykonaliście zadanie, ale nie osiągnęliście celu. Przede wszystkim dałem wam szansę udowodnić, że potraficie się zachować, jak na porządnych ludzi przystało. Gildia Wojowników ma bronić miasta i pomagać ludziom i nie mogę narażać na szwank naszej reputacji, bo przestaną nam ufać. Już teraz słyszę plotki, że taka gildia to przeżytek. Że nie mamy racji bytu, ponieważ najemne bandy czy inne zbiry mogą robić to samo.

– I niewątpliwie ich usługi są mniej kosztowne – rzekł Riddick, jakby do niechcenia.

Skinner posłał mu spojrzenie tak ciężkie, że mógłby nim zgiąć sztabę.

– Tak czy inaczej… Znosiłem cierpliwie wasze wybryki, ponieważ jesteście dobrzy. A w każdym razie jesteście dobrzy, gdy chcecie. Gdybyście wrócili z sire, całym i zdrowym nie…

– Czy ja dobrze słyszę? Nie wiedziałem panie, że o tym rozmawiacie. – Szlachcic ożywił się wyraźnie.

– Owszem – powiedział Skinner.

– Gdzie mój wuj? Odpowiadaj!

– Jest martwy, panie

Młody Riddick zamarł zaskoczony, ale zaraz opanował się.

– Jak? – spytał.

– Nasi ludzie, znaleźli sira martwego w górach – powiedział Skinner. – Bandycki napad. Mówię prawdę?

– Tak jest – powiedział Sergi, beznamiętnym głosem.

Riddick po raz pierwszy uważnie przyjrzał się Sergiemu i pozostałym. Nie był zachwycony tym co zobaczył.

– Macie dowód na prawdziwość waszych słów? – spytał.

Odpowiedzi udzielił mu Skinner. Rozwinął pas materiału, ukazując czaszkę. Szlachcic wzdrygnął się z odrazą.

– Skoro już zaspokoiłem pańską ciekawość…

– To skandal. Żeby szlachetny mąż skończył w ten sposób – mamrotał do siebie Riddick.

– Widzicie teraz co za gówna narobiliście? – Skinner zwrócił się do Sergiego. – No właśnie. Nie, nie róbcie takich min! Wasze chęci zupełnie mnie nie obchodzą. Zostaniecie zdegradowani i przeniesieni. Ja też muszę odpocząć od was…

– Przepraszam, ale czy jesteś tego pewny, mistrzu? – wtrącił Riddick z przesadną uprzejmością.

– Co masz na myśli, panie? – spytał Skinner.

– Czy to odpowiednia kara dla tych oprychów, naturalnie? – wyjaśnił Keedan. – Splugawienie świętych szczątków zwykliśmy karać ucięciem rąk.

– Z całym szacunkiem, jaki żywię do pańskiego rodu, ale wymierzenie kar członkom Gildii przysługuje mnie.

– Oczywiście, oczywiście – zapewnił Riddick. – Zastanawiam się jedynie czy nie potrzebna jest jakaś eee… pomoc osoby bardziej obeznanej w tym… konflikcie.

Skinner zmarszczył brwi.

– Nie, nie wydaje mi się, panie.

– Ale myślę, że prawa miejskie nie uwzględniają… takiej sytuacji. Chodzi o czyn znacznie bardziej odrażający, niż niewykonanie rozkazu…

Szlachcic spojrzał na trójkę przyjaciół. Sergiego skręciło w żołądku, wiedział że zaraz zdarzy się coś okropnego. Na przykład, że Krist wstanie i powie coś w stylu:

– Mało ci jeszcze? Znaleźliśmy twojego krewniaka martwego i nic nie można na to poradzić. Nie nasza wina. A jak się nie podoba to sam zasuwaj, żeby mieć co pochować w waszej zakurzonej krypcie…

Szlachcic podniósł rękę i uderzył Krista w twarz.

– Milcz, łachmyto! Nie masz pojęcia o czym mówisz. – powiedział Riddick, czerwony z wściekłości. – Dopilnuję żeby ucięto wam ręce. Zasłużyliście sobie na to i na waszym miejscu nie byłbym taki bezczelny. Wiecie co się dzieje gdy szlachetnie urodzony składa skargę, hę?

Sergi uzmysłowił sobie powagę sytuacji. W gardle wyrosła mu wielka gula, a serce przeszyło lodowate ukłucie paniki.

Czy to dlatego nic nie robisz, stary tchórzu? Pomyślał Sergi zerkając w stronę Opiekuna. Skinner patrzył gdzieś na bok, twarz miał jak z kamienia.

Czemu nie opuszczało go wrażenie, że najgorsze ma dopiero nadejść?

– Wiecie ile warte jest wasze słowo? – krzyczał Riddick. – Tyle co ten pył.

Wziął worek i wysypał zawartość na ziemię. Wtedy kilka rzeczy wydarzyły się równocześnie.

Gdy tylko zniknęło światło zachodzącego słońca, pogrążając w gabinet w półmroku, coś w kieszeni Sergiego szarpnęło gwałtownie. Sięgnął tam i wyciągnął znaleziony w grocie pierścień z czarnym kamieniem.

Nagle uszy Sergiego wypełnił triumfalny rechot. Tak intensywny, że w większej części odczuwał go każdym calem ciała, niż za pomocą słuchu. Wypełnił całe jego pole widzenia, a przez jego umysł jak rwąca powódź przelały się urywki obcych wizji i odczuć.

Hałas znikł równie szybko jak się pojawił. Lecz Sergi nie miał czasu zastanawiać się nad tym dziwnym przeżyciem.

Bowiem w tym momencie prochy, zamiast rozsypać się po podłodze, zastygły w powietrzu, a następnie zaczęły tańczyć. Wirowały otaczając się pyłową chmurką. Powietrze zgęstniało jak przed burzą. Zapachniało rozgrzanym żelazem.

Wszyscy (oprócz pochłoniętego sobą Riddicka) wytrzeszczali oczy usiłując rozgryźć co widzą. W końcu i młody szlachcic zauważył, że coś się dzieje.

– Co to za piekielna sztuczka? – krzyknął. – Co się dzieje? Zatrzymajcie to!

Nikt się jednak nie ruszył. Strach i zaskoczenie sprawiły, że nikt nie byłby w stanie kiwnąć palcem mimo najlepszych chęci. Różne przedmioty w pomieszczeniu zaczęły drgać i unosić się w powietrze dołączając do tańca kości. Niektóre zostawały w chmurze kurzu, inne opadały ze stukiem. Masa rozrastała się, przyzywało do siebie kolejne, coraz większe rzeczy. Skinner przytrzymał uciekający kałamarz, Martin uchylił się przed fruwającym świecznikiem, zbroja pod ścianą zaczęła trząść się jak żywa.

Wtedy nastąpił wybuch. Napięcie zgromadzone w powietrzu znalazło nareszcie swoje ujście. Sergi i pozostali podnieśli się z ziemi, lecz nawet na torturach nie potrafiliby wyjaśnić jak się na niej znaleźli.

Eksplozja zamieniła gabinet w pobojowisko. Regały przewrócone, ziemia usłana papierami, kawałkami szkła i drewna. Natomiast pośrodku gabinetu stał potwór.

Widząc stwora w gasnącym świetle dnia Sergi, Krist i Martin pomyśleli, że koszmar znalazł drogę z zapomnianej górskiej krypty, by ich prześladować. Stwór składał się w większej części z gołych kości. Miał zwalisty kształt, lecz niedobrane proporcje. Rękę miał grubą i mocną jak pień i trzymał w niej miecz, natomiast drugą miał karłowatą, bez trzech palców. Nogi były różnej długości. Tam gdzie nie starczyło budulca, ową rolę pełniły fragmenty zbroi, poruszane niewidoczną siłą. Na miejscu głowy znajdowała się czaszka sir Riddicka, a w oczodołach tańczył czerwony ogień.

Przyjaciele zamarli w przerażeniu. Skinner leżał przygnieciony biurkiem, na zmianę jęczał i przeklinał wszystkich. Potwór badał przez chwilę swoje ciało. Widmowy Riddick dostrzegł młodego Riddicka (który o dziwo wciąż stał o własnych siłach jakby wybuch przed chwilą nie miał na niego wpływu) i ryknął. Włosy zjeżyły się Sergiemu od tego dźwięku.

 – Precz diable! – krzyknął szlachetka. – Nie ulęknę się ciebie potworze…

Cofnął się przerażony i przewrócił na plecy, podczas gdy stwór kroczył w jego stronę, świdrując spojrzeniem. Potwór nie odpowiedział. Złapał szlachcica za kubrak i podniósł wysoko, jakby nic nie ważył. Niedoszły egzorcysta zaczął się dusić, najpierw zbladł, a potem zrobił się siny. Bez skutku okładał stwora pięściami.

Krist sięgnął po miecz, lecz nie znalazł go u swego boku, w jakiś sposób jego broń dzierżył Riddick-widmo. Podniósł zatem kawałek drewna o długości miecza i z wrzaskiem uderzył potwora w głowę. Czaszka odskoczyła od tułowia, ale stwór błyskawicznie złapał ją w locie i przytwierdził z powrotem. Jednak puścił Riddicka juniora, który upadł na ziemię bez zmysłów.

Sergi przeczuwając okazję chwycił Martina i wygrzebali Skinnera spod biurka.

– Jesteś cały? – spytał Sergi.

– Aargh… Coś mi łupnęło kolanie – odpowiedział Skinner. – Zdawało mi się czy naprawdę sir Riddick wstał z martwych?

– Zabierzemy się w bezpieczne miejsce – zapewnił Martin. – Poradzimy sobie czymkolwiek by ten stwór nie był…

Jednak mówił bez przekonania. Uzbrojony tylko w kij Krist mierzył się z nieproszonym gościem, starając się odciągnąć go od innych, lecz stwór był silniejszy i prawie zdołał zapędzić Krista w róg. Mimo dziwnej budowy ciała, poruszał się bardzo sprawnie. Z coraz większą biegłością posługiwał się mieczem, jakby przypominał sobie dawno zapomniane umiejętności.

Wciąż jednak brakowało mu zręczności. Krist wymachiwał drewnem, dezorientując stwora. Sergi i Martin wytaszczyli Skinnera i Riddicka z gabinetu. Gdy się ewakuowali, Krist zamachnął się ostatni raz i ponownie pozbawił stwora głowy, po czym rzucił się do ucieczki. Bezgłowe stworzenie poszło szukać swojej zguby.

– Weź klucz – powiedział Skinner. – Zamknij drzwi.

– A co z sirem? – spytał Martin.

– Jak długo będzie cicho, nic mnie nie obchodzi. Co się u tu…

Gdy zamykał drzwi widmowy rycerz, wydał kolejny upiorny ryk pełen złości. Tak głośny, że Sergiemu wrócił słuch po dłuższej chwili.

– …wzywamy straż?

– Żadnej straży, do stu piorunów! – odparł Skinner. – Za co wam płacę? Macie się pozbyć tego potwora!

 – Ten rycerz-widmo… czymkolwiek jest, to sprawa magii – powiedział Sergi. – Musimy pójść do kogoś, kto się magią zajmuje.

Opiekun po chwili zrozumiał co to oznacza.

– Ooo nie! – Skinner aż poczerwieniał z gniewu. – Prędzej pęknę, niż poproszę ją o pomoc.

 

 

Tak się złożyło, że Sergi, Krist oraz Martin zaprowadzili swojego, rannego dowódcę i gościa do lekarza, dwie ulice dalej.

Pomimo niebezpiecznej natury zawodu wypadki śmiertelne należały do rzadkości. Większość Wojowników przypisywało to swej waleczności i doświadczeniu. Dawno jednak odkryto, że bez fachowej opieki, wielu niewątpliwie walecznych ludzi pożegnałoby się ze zdrowiem, lub nawet życiem. Oprócz bronienia miejskich murów  członkowie gildii sporo podróżowali i problemem bywały przywożone przez nich różne skarby. Wymyślne mechanizmy, księgi, magiczne przedmioty równie niebezpieczne, co niezwykłe. Gildia w każdym mieście zatrudniała na pół etatu kogoś z dostępem do wiedzy tajemnej.

Obecnie trójka przyjaciół oraz Opiekun przywlekli swojego szlachetnie urodzonego, nieprzytomnego gościa właśnie do owej osobistości, byłego kapłana w tym wypadku. Pomieszczenie wypełniały przeróżne narzędzia, zioła, kapliczka z figurkami bóstw oraz stosy ksiąg: małych, dużych, oprawianych oraz luźnych manuskryptów. Skinner, początkowo niechętny, teraz był wzburzony. Ponieważ kapłan był kobietą w pospiesznie nałożonym szlafroku.

– Myrio, w co ty się ubierasz? – powiedział Skinner – Okryj się! Kompromitujesz społeczeństwo, kobieto!

Kapłanka posłała mu groźne spojrzenie.

– Nie chciałam urazić jaśnie pana. – powiedziała kładąc nacisk na ostatnie słowo. – Nie codziennie czwórka mężczyzn pragnie skorzystać z moich usług o tak późnej porze, uwierzysz? Może przedstawisz mi swoich towarzyszy?

Skinner zarumienił się, ale nic nie powiedział. W mieście krążyło mnóstwo zwariowanych historii o tej kobiecie. Sergi i jego przyjaciele nigdy nie poznali jej, lecz uwadze Sergiego nie uszło, że każdy kto głośno z niej żartował, bardzo szybko pokorniał.

– To jest Sergi – powiedział Skinner. – Największy i niech mnie zarazem najlepszy skurczybyk jakiego miałem pod swoją pod komendą i jego łobuzy. Martin, Krist, przywitajcie się ładnie.

– Miło mi – powiedziała Myria, powstrzymując się by nie zatkać nosa.

– Nie przyszliśmy tu gadać bez sensu – powiedział Sergi. – Mamy problem…

– Poważny problem, któremu nie może podołać czterech dorosłych mężczyzn, więc przyszliście po pomoc do słabej niewiasty?

– W mieście nie ma teraz wolnych wojowników – zaczął tłumaczyć Skinner. –Tych co miałem pod ręką posłałem na poszukiwania stryja tego tu szlachetnego człowieka. Miną dni, może tygodnie zanim wróci dość ludzi. Tyle czasu nie mamy i nie chcę narażać niewinnych ludzi.

– Lepiej będzie jak sami powiecie.

Sergi przełknął ślinę i zaczął mówić. Gdy opowiadał, wydarzenia ostatnich dni nagle zaczęły mu się wydawać dziwnie nierealne i oddalone. Czasem Krist albo Martin uzupełniali jego relację. W tym czasie Myria zbadała sir Riddicka juniora. Tylko czasem odzywała się prosząc o szczegóły. Sergi poczuł przypływ sympatii, gdy kapłanka nazwała młodego Riddicka „zarozumiałym bałwanem”.

Gdy skończyli zapadła cisza. Aż podskoczyli gdy kapłanka się odezwała.

– Niesamowite. Prawie zrobiło mi się przykro, że tak okropnie was przywitałam. No i to wszystko stało się dosłownie za rogiem. Co za okazja by zbadać… znaczy się… Trzeba powstrzymać tego potwora w imię świętego spokoju – dodała przybierając poważny ton.

Wstała i zaczęła przetrząsać góry ksiąg i zwojów.

– Zaraz gdzieś to na pewno miałam… – Kobieta rozglądała się, gorączkowo czegoś szukając. – Mógłbyś mi podać tamtą księgę, przystojny?

Sergi drgnął i podał księgę z zatartym tytułem. Czuł się zupełnie zdezorientowany.

– Macie szczęście, że zachowałam ten tom. – Kapłanka ułożyła ostrożnie tomisko na pulpicie i wskazała na otwartą stronę. – Macie natomiast pecha, bo do waszego opisu pasuje tylko to.

Sergi zerknął na zawartość księgi. Stronę pokrywały rzędy ciasno upakowanych znaków, podobnych do rzeźbień, które widział w krypcie. Na drugiej karcie widniała rycina przedstawiająca kościanego upiora materializującego się w kręgu.

– Waszym problemem jest szczególny rodzaj złego ducha – wyjaśnił Myria. – Nazywano go liczem, Widmowym Rycerzem albo Kościejem. Prawdziwą nazwę, dzięki bogom, zapomniano.

– Ale skąd… jak mu tam, zjawił się? – spytał Krist.

– Nie pochodzi z tego świata – Kapłanka zamknęła tom. Wzięła do ręki pióro i zaczęła skrobać notatki na kawałku pergaminu. – Tego typu stwory nie występują w naturze. Zazwyczaj je przywoływano, a następnie „nakłaniało” by wykonywały wolę czarnoksiężnika.

– Czy to znaczy, że któryś z nas jest opętany? – spytał Martin nieźle wystraszony.

– Nie głuptasie. Duch już posiadł ciało sir Riddicka. A przy tym żywi się nim. Przekształca je w energię, zostawiając same kości. Stąd nazwa. Musiał jednak zostać przywołany przez kogoś potężnego, lub coś.

– Jak?

– Ta jaskinia… Możliwe pochowano w niej czarnoksiężnika, razem z jego pupilem. Widmo zamieszkiwało kryptę przez lata, karmiąc się wszystkim żywymi stworzeniami, które się zapuszczały do jego leża. Bez fizycznej formy i siły życiowej nie ma prawa przebywać w naszym świecie. Potrzebny jest jakiś punkt zaczepienia, dzięki któremu może materializować się i zabijać. I nie wiem co takiego zrobiliście, że was ściga.

Sergi doznał przebłysku i przeklął własną głupotę. Wyciągnął dziwny rzeźbiony pierścień i bez ceremonii wręczył kapłance.

Myria przenosiła wzrok, to na Sergiego to na znalezisko.

– Czy to pomoże? – spytał.

– Na zapomnianych królów, zaskakujecie mnie!

– Co jest? Skąd masz to masz Sergi? – dopytywał się Skinner. – Nic o tym nie mówiłeś.

– Typowe dla czarnoksiężników… – powiedziała Myria uważnie badając znaki wybite w metalu. –  Nigdy nie dbali o to, by ich wynalazki przetrwały dłużej niż kilkaset lat. Zaklęcia wiążące wytarły się. Mam nadzieję młody człowieku, że nie wkładałeś go na palec?

Młody? pomyślał Sergi. Pokręcił przecząco głową.

– Jesteś rozsądniejszy, niż wyglądasz – powiedziała Myria i znów uśmiechnęła się na chwilę. – Wielu na twoim miejscu zrobiłoby inaczej. Ile to razy zajmowałam się głupcami, którzy myśleli, że znaleźli Pierścień Niewidzialności? Zamiast tego po założeniu na palec usychały im dłonie albo dostawali grzybicy na… Nieważne. To tutaj, to zupełnie co innego.

– Czy możesz nam pomóc? – spytał Skinner masując skronie. – Nie pozwolę by coś rozpieprzyło moją Gildię w drzazgi, choćby to miał być Widmowy Rycerz we własnej osobie!!!

– Jeżeli przez pomoc rozumiesz, żebym pobiegła i odprawiła gusła, które wypędzą potwora, to nie piszę się na to. Jak mówiłam jestem tylko słabą niewiastą.

Skinner zaklął szpetnie i spróbował ponownie wstać pomimo złamania. Krzyknął z bólu i osunął się na ziemię ciężko dysząc. Kapłanka patrzyła niewzruszona. Świat stanął dęba. Pomyślał Sergi. Aż trudno uwierzyć, że ta kobieta jest tylko jakąś tam byłą kapłanką.

– Jeszcze jedno. – powiedział Skinner. – Ta bestia chodzi za wami. Zamknęliśmy ją w moim gabinecie, ale kto wie… Musicie wrócić się do Gildii i upewnić, że nie zacznie was szukać po całym mieście! Kazałem służbie opuścić budynek na noc, ale gdyby to coś wyszło na ulice, to się skończy rzezią!

– Ty wiesz lepiej co robić. – rzekła kapłanka i wcisnęła Sergiemu w ręce czerwony kamyk i kartkę. – Słuchaj uważnie, młody człowieku. Masz tu specjalną kredę i wzory, które naszkicowałam gdy sobie rozmawialiśmy. Ten, o tu, narysuj na czymś płaskim, połóż pierścień na środku i uderz mocno. Najlepiej czymś ciężkim i ostrym. I najważniejsze. Licz musi być w obrębie tego kręgu. Za jednym zamachem zniszczysz w ten sposób moc pierścienia oraz fizyczną postać licza. Magia może go unieruchomić na odpowiednio długą chwilę, ale kto wie…

Sergi przeklął swoje niezdecydowanie oraz swoich przyjaciół. Że też dałem wmanewrować w ten bajzel siebie i innych. Pomyślał. Tej nocy miał wiele razy jeszcze tego żałować.

– Niech będzie – powiedział Sergi.

– Dzięki ci, synu – rzekł Skinner. – Jeżeli przeżyjecie, nigdy nie powiem o was złego słowa.

Do tej pory Martin i Krist nie zabierali głosu w dyskusji. Bez sprzeciwu wstali i szykowali się do akcji. Ale Sergi martwił się, że nadchodząca próba przerośnie ich. Ba… że już przerosła i mogą jedynie pójść niczym baranki na rzeź. Czy bliska perspektywa śmierci nie skruszy i tak już nadwątlonej siły woli?

– Pomóż mi go przypilnować, gdy się obudzi. Jeżeli coś sobie zrobi, jego krewniacy pourywają nam głowy.

Skinner wskazał szlachcica. Znowu spróbował wstać, lecz tylko syknął przez zęby, gdy poruszył zranioną nogę,

– Leż spokojnie, mistrzu – powiedziała Myria. – Nie myślisz, że zdarzy się cud, jeżeli będziesz dalej próbować. Jako wierna służka bogów mówię ci, że nie możesz na takowy liczyć.

 

 

Gdy Sergi, Krist i Martin wyszli na zewnątrz nie dostrzegli na ulicy nikogo. Nie widać było gwiazd ani księżyca. Z nieba sączył się deszcz małych kropelek, które osiadały im na włosach i ubraniu. Przemykali ulicami jak złoczyńcy, od węgła do węgła i wypatrując niebezpieczeństwa za rogiem. Pozostanie w cieniu, niewidzialnymi dawało im jedyną szansę by dostać się do budynku Gildii i pozostanie przy życiu. To był jedyny plan, który Sergi mógł wycisnąć ze swojej wymęczonej głowy. Gdyby od razu wpadli na jakieś zamieszanie, plan z pewnością by się nie powiódł.

Szczęście im jednak sprzyjało, choć przyjaciele nie zaliczali wyludnionych ulic do przyjemnych miejsc. Gdy dotarli na miejsce, Sergi nakazał ręką zatrzymać się. Drzwi frontowe wyglądały na nietknięte i zawarte na głucho. Okna wychodzące na ulicę zostały wybite i straszyły pustkami.

– Wejdziecie do środka – zdecydował Sergi. – Rozejrzyjmy się.

– Aha – powiedział Krist nie kryjąc sarkazmu. – A co jak wpadniemy na…?

– Olać to. Nie każę wam narażać życia. Znajdźcie mi te straszydło i zróbmy co się da. Magię i politykę zostawmy Skinnerowi i tej stukniętej kapłance.

– A ty, Sergi? – spytał Martin.

– Zostanę na czatach. Jeżeli coś się stanie, zagwiżdżę.

Nie mieli już więcej uwag. Najpierw Martin, a potem Krist weszli do środka i znikali w ciemności. Sergi usłyszał łoskot i zduszone przekleństwo. Potem nastała cisza.

Sergi schował się za rogiem i stanął oparty o ścianę, gdzie nie padał na niego deszcz. Stąd miał oko na wylot zaułka, samemu pozostając niewidocznym. Przymknął powieki, zdając na pozostałe zmysły.

Około stu dwudziestu uderzeń serca później, Sergi zaczął się niepokoić. Z Gildii dobiegły go głośne zgrzyty i łupnięcia. Odkleił się od ściany i bezszelestnie podkradł się do sylwetki, która pojawiła się w drzwiach. Wysunął dłoń na metr przed siebie, jednocześnie dobywając noża drugą ręką.

– Jeszcze nie uciekłeś? Chodź tu.

Sergi nie przypuszczał, że tak bardzo ucieszy na widok mordy Krista. Wszedł za nim do środka, do głównej Sali, gdzie zdążyli zapalić parę świec. Niewiele jednak dało się dostrzec w tym świetle prócz najbliższej ściany, schodów na piętro i ławy. Krist zrobił z pozostałych mebli prowizoryczną barykadę

–  Gdzie Martin?

– Za kogo mnie masz, Sergi? – Krist machnął ręką. – Mieliśmy zniszczyć tę twoją obrączkę, to kazałem przynieść z kuźni jakieś narzędzia. Nic mu nie będzie.

I faktycznie, Martin pojawił się jak na zawołanie i rzucił na stół młotki, szczypce, pilniki w różnych rozmiarach.

– Gdzie jest? – spytał Sergi mając na myśli rycerza-widmo. – No mówcie!

– Na górze – szepnął Martin. – Wyglądał na wściekłego. Wyrąbał sobie wyjście z gabinetu, ale drzwi na schodach są mocniejsze. Dlatego jeszcze nie uciekł. Chyba jeszcze nie wie jak używać skobli.

– Jeszcze nie wie?

– To coś… uczy się, tak jakby – Martin zniżył głos jeszcze bardziej. – Nie umiem tego wyjaśnić, Sergi. Widzieliśmy go przez chwilę. Jak to coś chodziło i przystawało w różnych miejscach. Czasem brał coś do ręki i niszczył. To było straszne.

Sergi przypomniał sobie poprzednie spotkanie z monstrum. Też zauważył, że kościej walczy coraz szybciej i zajadlej. Nawet wypoczęci i w pełnym uzbrojeniu daliby radę z trudem. Teraz byli zmęczeni i mieli nerwy w strzepach, a do tego jeszcze ten bezdennie głupi, samobójczy plan tej stukniętej kobiety. A i wróg miał miecz Krista. Sergi przeklinał w myślach każdą z licznych chwil, gdy jego przyjaciel akurat nie robił nic sensownego tylko czyścił lub ostrzył swoją broń. Zatem walka odpada. Pomyślał i nagle przyszedł mu do głowy pomysł.

 Wyjął z kieszeni czerwoną kredę i kartkę z rysunkiem, którą dostał od Myri. Sergi wolałby nie bawić się w czary i po prostu wyrzucić pierścień, ale nie było czasu do stracenia.

– Nie wiem jak wy – powiedział. – Ale chciałbym mieć to za sobą. Mam plan. Zróbmy to.

 

 

Sergi rozejrzał się i upewnił czy wszystko jest gotowe. Narysował na stole kolisty wzór i wyjął z kieszeni zmatowiały pierścień. Przyjrzał się mu raz jeszcze z bliska. Takie maleństwo ma trzymać na smyczy samego Widmowego Rycerza? Pomyślał Sergi. Jak szalony musiał być jego twórca, skoro sądził, że coś takiego może się udać?

Gdzieś na górze rozległ się trzask, jakby pękającego drewna. Jeden oddech później usłyszeli uderzenie, tym razem bliżej i na ulicy. Sergi przestał obracać w palcach pierścień.

– Co jest? – spytał towarzyszy.

Bladość na ich twarzach, mówiła sama za siebie. W drzwiach na dwór stała dwumetrowa, zwalista sylwetka z dwoma czerwonymi ognikami w miejscach oczu. Już wcześniej liczyli się, że rycerz-widmo im przeszkodzi, ale Sergi spodziewał się, że stwór zejdzie schodami, a nie że przeżyje skok z drugiego piętra.

Sergi zaklął. Nie pomogło.

Zachował jednak dość przytomności by krzyknąć.

– W nogi!

Trzej przyjaciele rozbiegli się, każdy w inną stronę, byle jak najdalej od zagrożenia. W nagłym przypływie rycerskości Martin zaczął krzyczeć i rzucać narzędziami w stwora, aż ten skupił na nim swoje upiorne spojrzenie. Chłopak zaczął się przemieszczać w stronę schodów. Kościej ruszył szybko w kierunku Martina, biorąc zamach mieczem.

 Słowo ‘pułapka’, nie pasuje do tego co opracował Sergi, ponieważ to słowo narzuca pewną finezję. Natomiast magiczny wzór, wydrapany na drewnianej podłodze, nie można zaliczyć do oryginalnych rozwiązań.

– Ta wiedźma powiedziała – zaczął Sergi, gdy kilka minut wcześniej przedstawiał swój plan towarzyszom. – Że to coś na górze i to coś tutaj – pomachał błyskotką – musiałoby być w środku tego rysunku, prawda?

– Trochę za mały – powiedział Krist wskazując kawałek pergaminu z magiczną runą.

– Nie, ośle! Na ziemi narysuje się większy.

– Ale pod nosem tego upiora, próbować niszczyć jeszcze pierścień? – wtrącił Martin. – To niemożliwe…

– A jeśli narysować dwa takie? – Widząc miny przyjaciół, Sergi dalej tłumaczył. – No młody, masz rację. Ten stwór i pierścień muszą być obrębie tego kółka, ale, pomyślałem, nikt nic nie mówił, że musi być to jeden i ten sam. Dlatego zrobię dwa kręgi. W jeden ściągniemy Kościeja i drugi na którym zniszczymy tę przeklętą błyskotkę z bezpiecznej odległości.

– Eee… To tak można? – spytał Martin. – Wiesz to na pewno?

– Jasne – skłamał Sergi. – Ja nie mogę. Wszyscy zginiemy…

Magiczny symbol zaświecił się lekko pod stopami rycerza-widmo, a ten zastygł w pół kroku. Gdyby nie pułapka, Martin byłby nieżywy. Chłopakowi również przeszła przez głowę ta myśl, bo przewrócił oczami i zemdlał.

Kościej szarpnął się, lecz nie dał rady przełamać zaklęcia. Dwa ogniki wewnątrz czerepu, wręcz trzeszczały od płonącej nienawiści. Potwór wydał z siebie mrożące krew w żyłach warknięcie.

Sergi poczuł uścisk w ramieniu, to Krist go chwycił. Jego twarz nie wyrażała niczego, oprócz ponurej determinacji.

– Razem – powiedział Krist przez zaciśnięte zęby. Położył rękę na pierścieniu.

Sergi ścisnął dłuto w ręce, aż zatrzeszczały kości. Zerknął jeszcze raz na stwora, który się już uwolnił. Podniósł ławę jedną ręką i cisnął nią przez salę. Bogowie. Pomyślał Sergi zdumiony tym pokazem. Nawet troll nie ma takiej siły.

Położył rękę na pierścieniu tak by dotykał skóry, drugą zaś przyłożył ostrze, po czym wstrzymał oddech. Krist uniósł młot i również dotknął obręczy. Kościej stanął na krzywych nogach i z morderczym okrzykiem, ruszył w ich stronę. Gdyby nie nadzieja, już dawno by uciekli i schowali pod jakimś kamieniem.

Sergi wstrzymał oddech. Młot opadł, a ostrze wbiło się w metal.

Kolejny ryk rozniósł się po pomieszczeniu, tym razem zmieniony. Oprócz wściekłości, było coś jeszcze. Cierpienie i lęk. Ciało potwora rozleciało się na kawałki. Kolejne fragmenty opadały na ziemię, jakby niewidzialna i złowroga siła napędzająca potwora, zaczęła go opuszczać. Ostatnia upadła głowa. Czerwony ogień w oczodołach jaśniał przez chwilę i z cichym sykiem wyparował. Legendarny Widmowy Rycerz, odszedł.

Sergi wziął oddech i przetarł ręką spocone czoło. Już chciał wyściskać Krista, gdy nastąpił wybuch.

 

 

Mrok pod powiekami odrobinę zelżał. Sergi poczuł, że może uchylić odrobinę oczy. Ujrzał oślepiające światło oraz niewyraźny, ale znajomy kształt. Ludzki.

– Wody – powiedział Sergi. Poczuł chłód przenikający przez usta i spływający w dół do żołądka. Zakrztusił się i gwałtownie usiadł, po czym krzyknął z bólu.

– Ej! Sergi, Sergi! – powiedział Skinner. – Nie ruszaj się. Cholera! Umrzesz jeżeli rany się teraz otworzą.

– Ty…? – spytał Sergi, ledwie słysząc własny głos. – Co się stało?

Skinner miał oczy podkrążone, a skórę bladą. Jednak wymęczenie nie mogły ukryć wyrazu ulgi na twarzy Opiekuna.

– Znaleźliśmy waszą trójkę, obok szczątków tego potwora. Całe piętro się zawaliło, a ty i Krist leżeliście pod gruzami. Rana na ranie, mówię ci myślałem, że już po was. Ale przeżyłeś. Przeżył też ten sukinsyn, Krist. – powiedział Skinner. – Wszyscy żyjemy dzięki wam, a ja wyszedłem na durnia, że chciałem się was pozbyć.

Sergi spojrzał na siebie, tors był owinięty bandażem, lewe ramię miał w łubkach. Skóra na całym ciele piekła nieznośnie, a jedno oko miał zasłonięte.

– Gdzie jest Martin?

– Młody ma się dobrze. Wciąż zawraca mi głowę, że zabraliście mu należną chwałę za zabicie potwora – Skinner podrapał się po głowie. – Krist się wyliże, Myria podała mu środki usypiające, by się tak nie rzucał. Ale twarda bestia, mówię ci Sergi. Myria musiała podać potrójną dawkę, bo napój nie działał na niego. A ten głupek tylko stwierdził, że okropnie smakuje i zażądał piwa, ha ha ha!  Wam obu nie wolno dotknąć kropelki, dopóki nie staniecie na nogi. Ta kobieta dokonała niemożliwego i dzięki temu za kilka dni będziesz może już zdrów. Bez użycia magii. A jak już wyzdrowiejecie…

Opiekun nachylił się i powiedział szeptem.

– Znalazłem to pod gruzami – pokazał Sergiemu kawałek magicznej kredy. – Widziałem jakie nieprawdopodobne rzeczy wyprawia się taką kredką. Zabiliście tym Widmowego Rycerza. Pół gildii rozwalone.

– Nie wiedziałem… – zaczął Sergi, ale Skinner przerwał mu.

– Nie w tym rzecz. Ty nawet nie wiesz jak się tym posłużyć i spójrz co z tego wynikło. Sergi, Myria jest przekonana, że jej kamyk przepadł pod rumowiskiem. – Zignorował syknięcie z bólu i wcisnął Sergiemu do ręki kredę i powiedział – Przyrzeknij mi, że zachowasz go w tajemnicy. Przed każdym, nawet swoimi przyjaciółmi! I żebym nie musiał tego odkupywać od jakiegoś wędrownego handlarza wódką!

– Obiecuję – powiedział cicho Sergi. Schował nowo nabyty skarb pod siennik i zapatrzył się w deski na suficie, ledwie słuchając tego co opowiadał Skinner.

– Mamy sporo roboty przy remoncie. Od tygodnia staramy się ukryć przed miejską radą co naprawdę zaszło. Nie ma oprócz nas żadnych świadków, ale całe miasto usłyszało raban. Nie mogłem milczeć w nieskończoność, dlatego powiedziałem burmistrzowi, że to ty urządziłeś sobie imprezę. I że wspólnie z kolegami po pijaku zdewastowałeś własność miasta. Lepiej dla was trzech byście zniknęli wszystkim z oczu i wyjechali na jakiś czas. Zmiana klimatu dobrze wam wyjdzie na zdrowie.

– Uch. – Sergi i poczuł że robi mu się słabo. – Powiedziałeś tydzień?

– Nie zawracaj sobie tym głowy. Leż spokojnie i odpoczywaj.

Koniec

Komentarze

O rany, minęła doba od publikacji i zero komentarzy… Czy pod nieobecność dostałem shadowbana?

Ja wiem, że długie, ale fajnie by było usłyszeć choćby najkrótszą opinię o tym co nabazgrałem. Czy ujdzie, albo słabe. Czy tyle-błedów-że-wszystkich-nie-wymienię, lub inne spierdalaj. A tak to kisnę od tej niepewności. No kurde :(

lol

No długie, prawda. Wieczorem już nie miałam siły. Ale dzisiaj (też wieczorem) od tego tekstu zacznę i coś konkretnego napiszę.

Babska logika rządzi!

Właśnie czytam. Wykaż jeszcze nieco cierpliwości. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zacznę od takich drobiazgów:

“Sergi kazał Martinowi pilnować koni, a Kristowi dał do przeszukania namiot.” – w sensie, że wręczył mu ten namiot? Wiem, że chodzi o wydanie polecenia, ale sformułowanie jest dość nieszczęśliwe.

“Pomachał  (teraz już w połowie pustą).” – pomachał czym? Podobnych zaginięć jest w całym opowiadaniu więcej.

Cofnął się do tyłu”… – chyba nie trzeba tłumaczyć?

Czasem Krist, albo Martin uzupełniali jego relację. W tym czasie Myria zbadała sir Riddicka juniora. Tylko czasem odzywała się prosząc o szczegóły.” – powtórzenie.

“Świat stanął dęba. Pomyślał Sergi” – przecinek zamiast kropki.

“Przymknął powieki, zdając się na pozostałe zmysły.”

“do głównej Sali” – Word lubi to robić ;) sali z małej.

“– Nie wiem jak wy – powiedział – ale chciałbym mieć to za sobą.” i bez kropki po “powiedział”. Takich sytuacji jest tu więcej.

“W drzwiach na dwór stała dwumetrowa, zwalista sylwetka z dwoma czerwonymi ognikami w miejscach oczu.” – chwilę wcześniej użyłeś tego samego określenia i to rzuca się w oczy.

To tylko niektóre pomyłki, które wpadły mi w oko. 

Zastanawia mnie też fakt obozowania ekipy w tym pasiastym namiocie. Jeśli dobrze zrozumiałem, to znajdował on się w obozie, który usłany był trupami. A jeśli tak, to w takim miejscu na pewno się nie obozuje i nie tylko ze względu na zapach. Zarówno niedźwiedzie, jak i wilki padlinką nie pogardzą. Sergi z ekipą powinni to wiedzieć.

Oceniając całość, muszę po pierwsze pogratulować, bo 60 tys. znaków napisać, żeby się kupy trzymało, to nie byle co. A u Ciebie kupy się wszystko trzymało. Ale niestety nie oczarowało mnie to opowiadanie. Żaden zwrot akcji specjalnie nie zaskoczył, żadna postać specjalnie się nie wyróżniła, konstrukcja świata też równie przeciętna. Przyznam się, że miałem wrażenie, jakbym czytał ubrany w prozę zapis z sesji RPG. Sesja taka byłaby emocjonująca i ciekawa, ale jako opowiadanie, nic specjalnego. 

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Ok. Trochę się zaniepokoiłem tą ciszą. Przepraszam. Cierpliwie czekam :)

Myślałem czy nie podzielić tego na dwa, a z drugiej strony ‘fragmentów’ prawie nikt nie przegląda.

Edit: @Caern No bardzo nie pomyliłeś się, jeśli chodzi o inspirację. Pierwotna wersja do tego była fanfikiem (dokładnie nie pamiętam, DragonAge albo coś takiego), który rzuciłem do szuflady, bo wstyd na całe osiedle. Chciałem podnieść to z kompletnego dna, więc… Dzięki :)

 

 

lol

No cóż, pomysł raczej mało odkrywczy i niczym specjalnym się nie wyróżnia. Ot, trzech wojowników realizuje zlecone zadanie, co skutkuje wieloma nieprzewidzianymi przygodami. A choć kłopoty, w które się wikłają grożą utratą życia, nie mogę powiedzieć, żeby lektura była szczególnie porywająca, bo podobnych historii dane mi było przeczytać już sporo.

Do takiego odbioru z pewnością przyczyniło się nie najlepsze wykonanie. W opowiadaniu jest mnóstwo różnych błędów, usterek i często nieczytelnie złożonych zdań, a interpunkcja pozostawia wiele do życzenia.

 

Sergi za­mó­wił na­le­ży­tą dawki al­ko­ho­lu.–> Literówka.

 

zna­leź­li się na ustach każ­de­go, który aku­rat prze­by­wał w go­spo­dzie. –> …zna­leź­li się na ustach każ­de­go, kto aku­rat prze­by­wał w go­spo­dzie.

 

je­cha­li w miej­sce, które miej­sco­wi wska­za­li jako ostat­nie miej­sce po­by­tu za­gi­nio­nych. –> Brzmi to fatalnie.

 

– Od­puść już. – wtrą­cił się Krist. –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Świę­to­wa­li­śmy, po­my­ślał Sergi wra­ca­jąc my­śla­mi do wy­da­rzeń z przed kilku dni. –> Nie brzmi to zbyt dobrze.

Tu dowiesz się, jak zapisywać myśli: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/;10328

 

Takie było ich ostat­nie ‘świę­to’. –> Jeśli miał być cudzysłów, to zapis powinien wyglądać tak: Takie było ich ostat­nie „świę­to”.

 

Jedna ręką prze­go­nił dzio­bią­ce zwło­ki pta­szy­ska… –> Literówka.

 

Przed nimi roz­po­ście­ra­ło się widok na nie­wiel­ką prze­sie­kę. –> Literówka.

 

Po środ­ku resz­tek obo­zo­wi­ska… –> Pośrod­ku resz­tek obo­zo­wi­ska

 

– Czemu to my za­wsze mamy ta­kie­go pecha?  to pust­ko­wie? –> Co znaczy ostatnie pytanie?

 

uka­za­ło im się skal­ne zbo­cze w któ­rej ział spory otwór. –> …uka­za­ło im się skal­ne zbo­cze, którym ział spory otwór.

 

– Takie same świa­tło wi­dzia­łem… –> – Takie samo świa­tło wi­dzia­łem

 

Po­dob­ne okazy po­ra­sta­ły rów­nież resz­tę ja­ski­ni. Ro­sną­ce w nie­wiel­kich sku­pi­skach na ścia­nach i na ziemi oświe­tla­ły grotę sła­bym świa­tłem. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Nie mógł za­wieźć to­wa­rzy­szy, oka­zu­jąc teraz lęk. –> Nie mógł za­wieść to­wa­rzy­szy, oka­zu­jąc teraz lęk.

Poznaj znaczenie słów: zawieźćzawieść.

 

W sła­bym świe­tle cięż wy­pa­trzeć co jest grane. –> O co tu chodzi?

Zwrot: co jest grane, jako zbyt współczesny, nie powinien znaleźć się w tym opowiadaniu.

 

Im dalej szli, tym po­wie­trze było coraz bar­dziej suche i stę­chłe. –> Nie wydaje mi się to możliwe, bo suche powietrze nie bywa stęchłe.

Za SJP PWN: stęchlizna «zapach właściwy wilgotnym, niewietrzonym pomieszczeniom, zapach czegoś, co stęchło»

 

Krist szczę­ka­jąc zę­ba­mi, otu­lił się szczel­niej po­ła­mi kurt­ki. –> Poły to dolne fragmenty ubioru rozpinającego się z przodu; poły kurtki są raczej niewielkie i trudno się nimi otulić.

Proponuję: Krist, szczę­ka­jąc zę­ba­mi, szczel­niej otulił się kurt­ką.

 

Noc na­de­szła wcze­śniej są­dzi­łem. –> Pewnie miało być: Noc na­de­szła wcze­śniej niż są­dzi­łem.

 

Po oko­li­cach kręcą się ba­ni­ci. –> W okolicy kręcą się ba­ni­ci. A może miało być: W okolicy kręcą się bandyci.

 

Wkrót­ce nie­bio­sa za­sy­pa­ły nas gro­mem. –> Co to znaczy zasypać gromem? Jak można zasypać czymś, co jest jedno?

 

– Wy­no­śmy się stąd –> Brak kropki.

 

Szkie­let bę­dą­cy po­zo­sta­ło­ścią sir Rid­dic­ka trzy­mał na palcu to­por­nie wy­ko­na­ny pier­ścień… –> Raczej: Szkie­let, bę­dą­cy po­zo­sta­ło­ścią sir Rid­dic­ka, miał na palcu to­por­nie wy­ko­na­ny pier­ścień

 

Już mieli opu­ścić kryp­tę, gdy zro­bi­ło po­dej­rza­nie się cicho. –> Czy to na pewno była krypta?

Za SJP PWN: krypta «sklepione podziemie kościoła przeznaczone do składania relikwii i chowania zmarłych»

 

W ni­kłym świe­tle Sergi do­strzegł za sobą ruch. –> Umiał patrzeć do tyłu?

 

Bez­gło­wy ry­cerz prze­chy­lił się do przo­du jakby chciał rzu­cić się na nich. Jed­nak ten spadł z pod­wyż­sze­nia, z do­no­śnym ło­sko­tem roz­sy­pu­jąc się po ziemi. –> Kim jest ten, który spadł?

 

Wy­su­szo­na mumia drgnę­ła. wzbi­ja­jąc ko­lej­ne zwały pyłu. –> Kropkę w środku zdania powinien zastąpić przecinek.

 

Py­ło­wa chmu­ra gęst­nia­ła i na­stę­pu­jąc im na pięty. –> Py­ło­wa chmu­ra gęst­nia­ła, na­stę­pu­jąc im na pięty. Lub: Py­ło­wa chmu­ra gęst­nia­ła i na­stę­powała im na pięty.

 

– Po­sła­łem was by­ście zna­leź­li pew­ne­go czło­wie­ka. Waż­ne­go czło­wie­ka. I naj­waż­niej­sze by­ście spro­wa­dzi­li w jed­nym ka­wał­ku. –> I najważniejsze, by­ście spro­wa­dzi­li go w jed­nym ka­wał­ku.

 

We­zwa­no ich przed Opie­ku­na… –> Raczej: We­zwa­no ich do Opie­ku­na… Lub: We­zwa­no ich przed oblicze Opie­ku­na

 

Biuro Opie­ku­na było wy­peł­nio­ne tro­fe­ami w ro­dza­ju czę­ści pan­ce­rzy, futra, flagi, lub inne graty. –> Biuro Opie­ku­na było wy­peł­nio­ne tro­fe­ami w ro­dza­ju czę­ści pan­ce­rzy, futrami, flagami i innymi gratami.

 

Ścia­nę po pra­wej prze­zna­czo­no na półki na do­ku­men­ty i skrzy­nie z księ­ga­mi. –> Czy aby nie było odwrotnie – dokumenty w skrzyniach, a księgi na półkach?

 

Za ple­ca­mi Skin­ne­ra wy­bu­do­wa­no spore okno. –> Czy to znaczy, że Skinner o budowaniu okna nic nie wiedział?

 

Obe­rży­stę bar­dzo zde­ner­wo­wał się na ich widok. –> Literówka.

 

Jego bra­ta­nek, przy­cho­dzi to co­dzien­nie i żąda po­stę­pów. –> Literówka.

 

– Przy­szedł Sir. Pra­gnie się wi­dzieć, na­tych­miast. –> Dlaczego wielka litera?

 

Ten Rid­dick był roz­piesz­czo­nym pa­niąt­kiem, ani­że­li ry­ce­rzem, na co mogło wska­zy­wać brzmie­nie jego na­zwi­ska. –> Czy to ostateczne brzmienie zdania?

 

Szla­chet­ka nie wy­glą­dał na za­chwy­co­ne­go… –> Wcześniej pisałeś, że Riddrck pochodzi z bardzo szanowanego i godnego rodu, więc skąd nagle szlachetka?

Za SJP PWN: szlachetka lekcew. «szlachcic, zwykle ubogi»

 

po­nie­waż je­ste­ście do­brzy. A w każ­dym razie je­ste­ście do­brze, gdy pa­mię­ta­cie o tym. –> Literówka.

 

Mamy tu do czy­nie­niaczy­nem znacz­nie bar­dziej… –> Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

Ser­gie­mu skrę­ci­ło się w żo­łąd­ku… –> Co Sergiemy skręciło się w żołądku?

 

Wziął pro­wi­zo­rycz­ny worek i wy­sy­pał za­war­tość na zie­mię. –> Na czy polega prowizoryczność worka?

 

Się­gnął do tam i wy­cią­gnął zna­le­zio­ny w gro­cie pier­ścień z czar­nym ka­mie­niem. –> Chyba nie tak miał być.

 

Bo­wiem w tym mo­men­cie wy­sy­pa­ne z urny pro­chy, za­miast roz­sy­pać się po pod­ło­dze… –> Nie brzmi to najlepiej.

Skąd tam się wzięła urna?

 

Na­to­miast po środ­ku ga­bi­ne­tu stał po­twór. –> A co się stało ze środkiem gabinetu, po którym teraz stał potwór?

Powinno być: Na­to­miast pośrod­ku ga­bi­ne­tu stał po­twór.

 

Cof­nął się do tyłu prze­ra­żo­ny i prze­wró­cił na plecy… –> Masło maślane. Czy można cofnąć się do przodu?

 

(Sergi tę­sk­nie spoj­rzał na bu­tel­kę bran­dy sto­ją­cej obok) –> (Sergi tę­sk­nie spoj­rzał na bu­tel­kę bran­dy sto­ją­cą obok)

Skąd brandy w tym opowiadaniu?

 

naj­lep­szy skur­czy­byk ja­kie­go mia­łem swoją pod ko­men­dą… –> …naj­lep­szy skur­czy­byk ja­kie­go mia­łem pod swoją pod ko­men­dą

 

Krist zro­bił z po­zo­sta­łych mebli pro­wi­zo­rycz­ną ba­ry­ka­dę i usta­wił w kie­run­ku scho­dów. –> Czy dobrze rozumiem, że najpierw zrobił barykadę, a potem ja ustawił?

 

– Mie­li­śmy znisz­czyć twoją ob­rącz­kę… –> – Mie­li­śmy znisz­czyć twoją ob­rącz­kę

 

rzu­cił na stół młot­ki, szczyp­ce, pil­ni­ki i inny złom róż­nych roz­mia­rów. –> Złom nie wydaje mi się właściwym słowem w tym opowiadaniu.

 

Wy­wa­żył drzwi od ga­bi­ne­tu, ale drzwi na scho­dach są moc­niej­sze. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Teraz byli zmę­cze­ni i mieli szar­ga­ne nerwy… –> Literówka.

 

i kart­kę z ry­sun­kiem, który do­stał od Myri. –> …i kart­kę z ry­sun­kiem, którą do­stał od Myri.

 

– Nie, ośle! Na ziemi na­ry­su­je więk­szy. –> Literówka.

 

Ma­gicz­ny sym­bol za­świe­cił się lekko pod sto­pa­mi ry­ce­rza-wid­mo i (zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi Myrii) za­marł w pół kroku. –> W jaki sposób symbol może zamrzeć w pół kroku?

 

Ko­lej­ny ryk roz­niósł się po po­miesz­cze­niu, tym razem zmie­nio­ny –> Brak kropki na końcu zdania.

 

Całe pię­tro się za­wa­li­ło, a Ty i Krist le­że­li­ście pod gru­za­mi. –> Całe pię­tro się za­wa­li­ło, ty i Krist le­że­li­ście pod gru­za­mi.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

a ja wy­sze­dłem na dur­nia, że chcia­łem się was po­zbyć –> Brak kropki na końcu zdania.

 

lewe ramie miał w łub­kach. –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

OK, jest jakiś pomysł. Nie powala oryginalnością, ale ujdzie.

Całość nieco przegadana, IMO. Momentami mi się dłużyło, głównie podczas okołoknajpianych rozmów bohaterów. Nie bawiły mnie tak, jak prawdopodobnie miały.

Zgadzam się z przedpiścami, że z wykonaniem jest gorzej. Interpunkcja leży. Na przykład wołacze, Janieadalbercie, oddzielamy przecinkami od reszty zdania. Jeżeli masz w zdaniu dwa czasowniki, to potrzebujesz dobrego powodu, żeby nie odizolować ich przecinkiem. Do tego literówki, czasami w konstrukcji zdania coś się sypie.

Babska logika rządzi!

Dzięki regulatorzy za wyłapanie błędów. Poprosiłbym o więcej takich komentarzy. Opko u podstaw było mało oryginalne i więcej już z tego nie wycisnę. Chciałem, żeby w zamian dobrze się czytało, ale i to mi nie wyszło :(

Chcę zrobić serię opowiadań w tym świecie i miałem kilka fajnych pomysłów. To miał być punkt wyjścia. Nigdy nie robiłem czegoś takiego, więc może coś ktoś doradzić mi na ten temat? O czym pamiętać? Czy sobie odpuścić?

lol

Miło mi, Janadalbercie, że łapanka się przydała. :)

Seria opowiadań z tymi bohaterami mogłaby być całkiem zajmująca, pod warunkiem, że przedstawisz przygody które sam wymyślisz, ewentualnie do pewnych, już znanych, dodasz od siebie coś nowego i naprawdę interesującego.

Powodzenia. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie się podobało :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka