- Opowiadanie: Tarnina - Stefan się potyka

Stefan się potyka

Nie doszukujcie się tu głębi - to tylko króciutki eksperyment w zakresie straszenia innych istot rozumnych (lub objaw przejęcia moich palców przez duszę Roberta Holmesa). Słodkich snów.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Stefan się potyka

W świetle sodówek ulica wyglądała sztucznie, jakby domy zastąpiono starannie pomalowaną dyktą, kosze na śmieci i krawężniki – rzeźbami z gipsu, a ogrodzenia, drzewa i krzewy w ogrodach – masą papierową. Nawet świst wiatru wysoko w koronach drzew przywodził na myśl raczej biały szum, albo potrząsany arkusz celofanu.

Jeżeli świat jest teatrem, myślał Stefan, wciskając ręce głębiej do kieszeni płaszcza, wysiadło w nim ogrzewanie, a aktorzy zastrajkowali. Nie widział żywej duszy, od kiedy wyminął okrągły budyneczek dawnego klubu, a obecnego sklepu, jasno oświetlony i kuszący reklamami batoników. W kontraście z nimi ulica wydawała się poszarzała. Stefan przeszedł obok szkolnego boiska, porosłego burą sztuczną darnią, ogrodzonego czarną siatką, która rano była zielona. Na słupku ogrodzenia, świetliście blada na tle czerni, szarpała się, szeleszcząc, foliowa torba, doskonała imitacja żywej istoty złapanej w pastkę. Topole na wzgórzu za boiskiem skrzypiały i jęczały przeciągle.

Stefan kilka razy zacisnął i rozprostował palce w kieszeniach, co niewiele pomogło. Dłonie bolały, jakby je zanurzył w wodzie z lodem.

Wyjął je z kieszeni i rozcierał, idąc, ale grabiały tylko coraz bardziej, więc kiedy kolejny podmuch zimnego wiatru szarpnął jego płaszczem, Stefan dał za wygraną. Księżycowo blada kula przemknęła obok niego i rozpłaszczyła się na murku. To była plastykowa siatka.

Przyspieszył kroku. Szedł teraz pod górę, skulony, przyciskając podbródek do piersi, kiedy wiatr usiłował mu zerwać szalik. Niebo nad czarnymi sylwetkami domów miało brudny, bury kolor podbity różem, i przez chwilę Stefan wyobrażał sobie, że jest kapitanem Kirkiem, zmierzającym na ratunek pięknej, skąpo ubranej kosmitce, miejmy nadzieję więzionej głęboko w czeluściach cytadeli złego władcy. Przydałaby się też gorąca kolacja po wszystkim. Ale stękanie gałęzi nad głową nadawało się akurat na odgłosy wydawane przez wyżerające mózgi monstrum z innej planety.

Był już blisko – musiał tylko minąć szary klocek mieszczący sklep AGD, przejść przez ulicę i skwer, a wtedy będzie już na progu domu. Drzewo rozcapierzało gałęzie nad krawężnikiem, jakby chciało sięgnąć do światła, albo może przetrzeć uliczną lampę – biaława szmatka powiewała, wplątana między drobne gałązki wyciągniętego konara.

Przebiegł przez jezdnię. Latarnia zamigotała, brzęcząc, kiedy wszedł w cień drzew.

Nagle upadł, łokciami i kolanami na twardą, wydeptaną ścieżkę. Klnąc pod nosem, szarpnął nogą, ale coś trzymało ją mocno.

To plastykowa torba wkręciła się w sznurowadło, jednym uchem zaczepiona o korzeń rosnącego obok drzewa. Szeleściła głośno, kiedy Stefan usiłował się wyrwać, ale nie puściła. W końcu usiadł na ścieżce, żeby ją wyplątać. Była brudna i mokra, a w dotyku jak sztywny nylonowy sznur. Stefan syknął i potrząsnął ręką.

W resztkach światła sodówki, docierających przez gałęzie, kropla krwi na palcu wydawała się czarna, czarniejsza od ziemi i krzewów, i pasm brudu w załomkach białej torebki. Folia musiała się skręcić od tego wichru, a może przy okazji schowało się w niej coś innego, kawałek patyka albo ostrego plastyku.

Stefan sięgnął do ucha torby, przez rękaw płaszcza, ale była jak przyrośnięta. Szarpnął mocno. Ani nie pękła, ani się nie zsunęła. Pożałował, że nie ma scyzoryka. Może gdyby rozsznurować but? Ale plastyk nie chciał się oderwać od sznurówki. Dłonie bolały, zesztywniałe z zimna, zwłaszcza ta skaleczona. Przecież nie będzie tu sterczał całą noc! Podparł się drugą ręką, żeby wstać – but może zostać, jutro po niego wróci – ale krzyknął, kiedy zapiekła żywym ogniem. Uderzenie o ziemię pozbawiło go tchu.

Obrócił głowę. Na nadgarstku bielała foliowa pętla, przyciskająca rękę Stefana do ubitej ścieżki. Skóra pod folią piekła i swędziała i odruchowo sięgnął drugą dłonią, żeby się podrapać, ale palce zupełnie zesztywniały, przygięte jak grabie.

Ostatnim, co zobaczył, był płynący w powietrzu biały upiór, niesiona wiatrem foliowa siatka.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Prawie “Ptaki”. Prawie, bo jednak… foliówki straszą mnie od niedawna jedynie w sklepie, przy kasie… Przypomniał mi się odcinek Monty Pythona, ten z ulicznymi gangami staruszek i bobasów…

Moim, subiektywnym okiem:

 

Pierwszy akapit świetny, ale w drugim już przesadziłaś Tarnino, przynajmniej o te Topole za dużo, a i wyciąłbym nawet tę burą sztuczną darnię. Rozumiem, że budujesz klimat, ale gdy przedstawiasz tyle "przedmiotów" i każdy jest jakiś to moja wyobraźnia się pogubiła (za to w pierwszym akapicie poradziła sobie świetnie. Szczególnie spodobało mi się porównanie do białego szumu.)

 

Dalej też momentami przeszkadzała mi mnogość określeń.

 

Tu się potknąłem:

"Podparł się drugą ręką, żeby wstać – but może zostać, jutro po niego wróci – ale krzyknął, kiedy zapiekła żywym ogniem." – przez chwilę zgubiłem się, że chodzi o pieczenei ręki, musiałem się cofnąć.

 

Poza tym fajny pomysł, porządne wykonanie, taka chwilówka:)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

kawałek patyka albo ostrego plastyku. => plastiku

i dalej podobnie.

 

Bardzo fajny eksperyment, ale podobnie, jak Mytrix uważam, że nieco przesadziłaś z mnogością określeń. Niestety nie wystraszyłam się, co może być jedynie dowodem na to, że nie jestem osobą rozumną. ;)

Mordercze reklamówki były niezłe. Zaskoczyły.

Pozdrawiam. :)

Jak pisze Mytrix, trochę za dużo tego budowania nastroju, w stosunku do samego mięska. Ale ogólnie, scenka bardzo cacy.

Wyjął je z kieszeni i rozcierał, idąc, ale grabiały tylko coraz bardziej… 

Latarnia zamigotała, brzęcząc, kiedy wszedł w cień drzew. 

Zdaję dobie sprawę, że taka konstrukcja nie jest błędna, więc nie ganię. Ale osobiście mam alergię na w ten sposób wtrącane imiesłowy. Zwłaszcza, że w pierwszym przypadku słowo "idąc" jest kompletnie zbędne.

Pozdrawiam! 

I czekam na dłuższy tekst. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Czy taki przypadek to jest antropomorfizacja foliówki? Cy może po prostu Stefan za dużo wypił. A może, czasem widoczni, leżący gdzieś pod płotem, to nie są pijacy ale ofiary foliówek?

Nie widział żywej duszy, od kiedy wyminął okrągły budyneczek dawnego klubu, a obecnego sklepu, jasno oświetlony i kuszący reklamami batoników. (…) Stefan wyminął boisko szkolne, porosłe burą sztuczną darnią, ogrodzone czarną siatką, która rano była zielona. – powtórzenie.

 

Jeżeli świat jest teatrem, myślał Stefan, wciskając ręce głębiej do kieszeni płaszcza, wysiadło w nim ogrzewanie, a aktorzy zastrajkowali. – nie jestem fanką tego typu zapisu myśli, zwłaszcza gdy całe zdanie jest tak złożone. Czytelniej by było myśl Stefana wyodrębnić z narracji. 

 

Jak dla mnie to za dużo w tym tekście Stefana. Jest jedyną postacią, więc z powodzeniem i bez obaw o pomylenie z kimś innym, można by część Stefanów zamienić na coś innego (choćby mężczyznę).  

 

Klimatu tu niestety nie czuję. Jak na mój gust zabiły go zbyt rozbudowane zdania i wspomniana już wcześniej mnogość określeń – rozmył się w tym wszystkim. Sam pomysł na mordercze reklamówki jest ciekawy i ma potencjał, który tu jednak chyba nie został należycie wykorzystany. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Właściwie to mogę się podpisać pod opinią Mytrixa. Mam wrażenie, że wyrzucenie części określeń, uproszczenie niektórych zdań i wywaleniu kilku w końcówce, tekst zyskałby na dynamizmie.

 

W świetle sodówek ulica wyglądała sztucznie, jakby domy zastąpiono starannie pomalowaną dyktą, kosze na śmieci i krawężniki – rzeźbami z gipsu, a ogrodzenia, drzewa i krzewy w ogrodach – masą papierową.

Nie gra mi ten drugi myślnik. Nie chodzi, że jest niepoprawny, ale czyni zdanie nadmiernie złożonym jak na mój gust.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Mi się podobało. Właśnie przez tę mnogość określeń i rozbudowane opisy, i kolory udało Ci się namalować w mojej głowie całkiem udany, trochę surrealistyczny obraz. I nie wiem dlaczego, ale foliowe torebki wzbudzały we mnie niepokój, już zanim przeczytałam Twój tekst. Sama parę miesięcy temu napisałam opowiadanie pod tytułem: “Śmierć w foliowej torebce”, tylko to było o kobiecie i uciekającym życiu, taka śmierć w rzeczywistości i w przenośni… Nieważne.

Tak czy inaczej dobrze mi się Twój tekst czytało i dobrze wpasował się w moje dzisiejsze emocje… Dlatego zgłaszam klika :) Pozdrawiam.

Jakkolwiek przedstawiony w tekście antagonista Stefana jest tak groteskowy w swojej niedorzeczności – tudzież niedorzeczny w groteskowości – że jednak bardziej skrzywił niż rozbawił, ale i bardziej rozbawił niż… niż wszystko inne, to jednak klimat i większość budujących go opisów podobały mi się nieprzeciętnie. Żadnych większych problemów z nadążaniem za opisami nie miałem.

Inna rzecz jednak, że plusem przy takiej formie tekstu są jednak jego gabaryty. Myślę, że proporcjonalnie do wielkości opowiadania – oczywiście przy założeniu, że nie rozkręcałoby się ono w żadną inną stronę – rosłoby też moje nim znużenie. Teraz jeszcze tego nie odczułem, ale odczułem już, że… mógłbym to odczuć.^^

Tytuł też raczej nie robi większego wrażenia.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Wrócę z komentarzem ale już teraz klikam za wykonanie.  

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wygląda to jak jakaś ekologiczna propaganda, żeby nie kupować foliowców tylko z materiału :P

Fajny miałaś pomysł, Tarnino ;)

Oho, krwiożercze reklamówki ;D

 

Część zdań jest przesadzona w swoim skomplikowaniu. Widać, że pisanie tego tekstu było dla ciebie przyjemnością – bawiłaś się słowem (ładne porównania!) i budowałaś zdania wielokrotnie złożone (dobra robota, jeśli chodzi o przecinki).

Natomiast mam wrażenie, że w powyższym tekście wyraźnie widać, że pisząc go skupiałaś się przede wszystkim na fajnych zwrotach, a nie budowaniu napięcia czy klimatu. Nic w tym złego – “Stefan się potyka” to porządna wprawka w pisaniu.

Czytało mi się przyjemnie. :)

 

Jeżeli świat jest teatrem, myślał Stefan, wciskając ręce głębiej do kieszeni płaszcza, [to] wysiadło w nim ogrzewanie, a aktorzy zastrajkowali.

Dodałabym jakiś spójnik łączący pierwszą część zdania z ostatnimi dwiema.

 

Nagle upadł, łokciami i kolanami na twardą, wydeptaną ścieżkę.

Upada się na kolana, nie kolanami.

 

Była brudna i mokra, a w dotyku jak sztywny nylonowy sznur.

Myślę, że gdyby zdanie wzbogacić o czasownik w drugiej części, całość brzmiałaby naturalniej.

No cóż, ujrzałam tu przerost absurdu nad treścią, natomiast zupełnie nie dostrzegłam zapowiedzianego horroru. :(

 

Nagle upadł, łok­cia­mi i ko­la­na­mi na twar­dą, wy­dep­ta­ną ścież­kę. –> Można się przewrócić i lec w chyba każdy możliwy sposób, ale nie bardzo umiem sobie wyobrazić, że ktoś nagle pada na oba kolana  i oba łokcie.

 

Klnąc pod nosem, szarp­nął nogą, ale coś trzy­ma­ło ją mocno. To pla­sty­ko­wa torba wkrę­ci­ła się mię­dzy sznu­ro­wa­dła… –> Jeden but na jednej nodze ma jedno sznurowadło.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zalążek klimaciku jest. Przestraszyć nie przestraszyło, bo zbyt absurdalne. Ogólnie dobrze się czytało. 

Ha, dzięki! Myślałam, że wyślecie mnie na Srebrzysko, a tu tyle życzliwych uwag :)

gdy przedstawiasz tyle "przedmiotów" i każdy jest jakiś to moja wyobraźnia się pogubiła

Hmm. Mam skłonność do nadmiaru szczegółów, wiem. Trzeba będzie coś z tym zrobić, eh.

zgubiłem się, że chodzi o pieczenei ręki

No, bo to ręka piecze, kiedy siatka owija się wokół nadgarstka i go trawi – a pomyślałeś, że co?

kawałek patyka albo ostrego plastyku. => plastiku

Obie formy są poprawne – czy "plastyk" jest już jednak archaiczny? Muszę później sprawdzić.

Jak pisze Mytrix, trochę za dużo tego budowania nastroju, w stosunku do samego mięska.

Om nom nom :)

Czy taki przypadek to jest antropomorfizacja foliówki? Cy może po prostu Stefan za dużo wypił. A może, czasem widoczni, leżący gdzieś pod płotem, to nie są pijacy ale ofiary foliówek?

Nie antropomorfizacja, ale ożywienie – one przybywają na naszą nieszczęsną planetę (nie wiem, skąd) i pożerają ludzi (muahahahaha).

można by część Stefanów zamienić na coś innego (choćby mężczyznę).  

Pewnie tak, ale pisanie o bohaterze "mężczyzna/dziewczyna/android" zawsze wydaje mi się jakieś dziwne, jeśli nie nieporadne. Mam teraz na warsztacie kawałek fantasy i używam nazw profesji/gatunków zamiennie z imionami, ale nie jestem pewna, czy tego nie zmienię. Bo czy ktoś mówi o sobie "mężczyzna"? Albo nawet "aptekarz"?

 Mam wrażenie, że wyrzucenie części określeń, uproszczenie niektórych zdań i wywaleniu kilku w końcówce, tekst zyskałby na dynamizmie.

On nie ma być dynamiczny – coś faceta śledzi, a potem zjada. Jakby miało być dynamicznie, to by uciekał (bardzo szybko) przed zjedzeniem.

 I nie wiem dlaczego, ale foliowe torebki wzbudzały we mnie niepokój, już zanim przeczytałam Twój tekst.

Właśnie, we mnie też. One są straszne…

Myślę, że proporcjonalnie do wielkości opowiadania – oczywiście przy założeniu, że nie rozkręcałoby się ono w żadną inną stronę – rosłoby też moje nim znużenie.

Wiem, dlatego jest takie krótkie. Love!

bawiłaś się słowem

Albo wydurniałam :)

Upada się na kolana, nie kolanami.

Prawda. Chyba kolana sprzęgły mi się z łokciami.

"Była brudna i mokra, a w dotyku jak sztywny nylonowy sznur." Myślę, że gdyby zdanie wzbogacić o czasownik w drugiej części, całość brzmiałaby naturalniej.

Ale wtedy byłoby powtórzenie.

zupełnie nie dostrzegłam zapowiedzianego horroru

Znaczy – wracamy do deski kreślarskiej. Ten tekścik jest próbą moich umiejętności straszycielskich, tak w ogóle, więc jeśli ktoś ma więcej uwag, co do ich poziomu, to poproszę.

nie bardzo umiem sobie wyobrazić, że ktoś nagle pada na oba kolana i oba łokcie.

Ja potrafię. Parę razy mi się zdarzyło.

Jeden but na jednej nodze ma jedno sznurowadło.

Damn, racja. Poprawione.

 

Nie ma mnie - wrócę, kiedy wrócę.

nie bardzo umiem sobie wyobrazić, że ktoś nagle pada na oba kolana i oba łokcie.

Ja potrafię. Parę razy mi się zdarzyło.

Wydaje mi się, że kiedy człowiek upada na kolana, asekuruje się i odruchowo wyciąga rękę, a nawet obie. Na ziemi ma wtedy dłonie, nie wykluczone, że także obydwa przedramiona. Czy Ty, Tarnino, w podobnej sytuacji unosiłaś przedramiona i podpierałaś się łokciami? Bo właśnie taką sytuację trudno mi sobie imaginować – upadek na kolana i łokcie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem ładnie napisane, Tarnino. Ja to lubię takie klimaty, jak widać nawet o zużytych torbach foliowych można napisać coś ciekawego. To tylko potwierdza, że fantazja jest nieograniczona. :) Może i kilka zdań zbyt kwiecistych, ale tylko odrobinę. W końcu to one budują spirit and feeling. Podobało mi się.

Wydaje mi się, że kiedy człowiek upada na kolana…

Choroba, jak teraz to opisujesz, nie jestem pewna, jak to dokładnie wyglądało :) Ale mój błędnik odbiera sygnały z innego wszechświata, więc chyba trzeba będzie przeprowadzić dodatkowe eksperymenta.

Dzięki, Dacron :)

Nie ma mnie - wrócę, kiedy wrócę.

Mam nadzieję, Tarnino, że przystępując do rzeczonych eksperymentów należycie zadbasz o bezpieczeństwo własne i ewentualnych obserwatorów. Nie szarżuj! Jeśli owe doświadczenia miałby narazić na szwank Twoje kończyny, zaniechaj ich. Doświadczeń, rzecz jasna. Niech już Stefan obija sobie kolana i łokcie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Stefan wyobrażał sobie, że jest kapitanem Kirkiem, zmierzającym na ratunek pięknej, skąpo ubranej kosmitce, miejmy nadzieję więzionej głęboko w czeluściach cytadeli złego władcy.

na miejscu Stefana, przesunąłbym “miejmy nadzieję” o co najmniej jeden przecinek wstecz ;)

 

Była brudna i mokra, a w dotyku jak sztywny nylonowy sznur.

a tu faktycznie zgrzyta brak brak drugiego czasownika, albo choćby myślnika przed “jak”.

 

Ale, tak w ogóle, fajnie napisane.

Klimacik niezły, ,,mordercze" torebki foliowe to naprawdę ciekawy pomysł ;). I choć kilka zdań należałoby nieco skrócić, to jednak jest to kawałek dobrej roboty.

Regulatorko, to będzie wyglądało, o tak:

kilka zdań należałoby nieco skrócić

Które kilka?

zgrzyta brak brak drugiego czasownika

Jestem pewna, że widziałam takie zdania – pewnie znajdę przykłady, jak nie będą potrzebne :)

 

Dzięki za opinie!

Nie ma mnie - wrócę, kiedy wrócę.

O, malowniczo to wygląda!

Widzę nawet, że dążący do upadku delikwent jest przygotowany na wszystko – ma nawet ochronne łaty na łokciach marynarki! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Też miałam skojarzenie z “Ptakami”, chociaż nigdy tego nie oglądałam.

Dobrze napisane. To chyba trudno zbudować nastrój w tak krótkim tekście. A jeszcze kogoś wystraszyć…

Odebrałam to jako manifest ekologiczny – nie śmiecić foliówkami, bo prędzej czy później nas zabiją. Racja.

Babska logika rządzi!

Przesłanie ekologiczne polane sosem grozy. Ale nie straszy. Za to czyta sie dobrze, opisy plastyczne, a zdania okrągłe jak należy. Może i są potknięcia, ale nie walą po oczach. Atak reklamówek wydał mi sie nieco dyskretny i może mógłby być bardziej dosadny i natężony. Ale scenka obrazowa, ​klimacik jest. Plastikowe worki tajemnicze i bezwzględne w swej morderczej naturze. W sumie nie powiem, po części szedłem tam z tym Stefanem.

A tytuł dobry. Ma swój dystans do treści shorta. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

IMO, tytuł fajny, lekko dwuznaczny, a oba znaczenia sensowne.

Babska logika rządzi!

Dzięki :)

Nie ma mnie - wrócę, kiedy wrócę.

Nieźle, podoba mi się taka dziwność tekstu. Fajny pomysł ze straszliwą foliówką. Ale wystraszyć, to nie wystraszyło. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Scenografia jest jednak bardzo dobra na horror. Gorzej z wywołaniem uczucia grozy. Zdaję sobie sprawę, że uczucie strachu może mieć najrozmaitsze przyczyny. Czasami takie, które dla innych ludzi byłyby kompletnie absurdalne. Niektórzy boją się na przykład klaunów. Jarosław Grzędowicz opisał w “Księdze jesiennych demonów” strach białego mężczyzny z klasy średniej – i w średnim wieku zarazem – przed feministkami. Czy jednak istnieje ktokolwiek, kto boi się foliówek?

Widzisz, jak się starannie przyczaiły? ;-)

To chyba jeden z przepisów na horror: wziąć coś na pozór niegroźnego; ptaki, pszczoły…

Babska logika rządzi!

Tyle że autor horroru wydobywa ten strach, który ukryty jest gdzieś tam w głębi psychiki potencjalnego czytelnika. Autorka opowiadania natomiast postanowiła skonstruować sztuczną "sytuację grozy". To raczej nie mogło się udać.

A jesteś pewien, że nikt się nie boi reklamówek, chociaż trochę? I poważnie pytam. Gdyby niemowlak to wszamał… Uch! A i chyba dorosłym zdarza się udusić z torebką na łbie. A to podczas seksu, a to negocjacji z mafią.

Babska logika rządzi!

Co tam mafia… A jak reklamówka nie wytrzyma i zakupy upadną na ziemię? To dopiero groza ;)

Zwłaszcza, jeśli w środku jest dwa razy po 0,7. Brrrr! ;-)

Babska logika rządzi!

Autorka opowiadania natomiast postanowiła skonstruować sztuczną "sytuację grozy".

W zasadzie, to opisałam po prostu nocny spacer dobrze mi znaną ulicą (tak, ta ulica istnieje), plus coś, co dałoby się sprzedać BBC ;) Czy to takie sztuczne, hmm. Czytałeś “Króla w żółci”? Sztuka, wokół której obraca się ten zbiór, wywołuje obłęd u każdego, kto przeczytał jej drugi akt (chociaż kawałeczek). Czy ktokolwiek się boi drugiego aktu sztuki teatralnej?

A jak reklamówka nie wytrzyma i zakupy upadną na ziemię?

Kiedyś pękła mi reklamówka pełna garnków – do dziś mam zakwasy na samo wspomnienie :)

Nie ma mnie - wrócę, kiedy wrócę.

Raczej ciężko takim pomysłem wywołać w czytelniku strach, ale pomysł całkiem zacny :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Ależ piękne jest to zdanie, zapewne moje ulubione tutaj:

“Niebo nad czarnymi sylwetkami domów miało brudny, bury kolor podbity różem, i przez chwilę Stefan wyobrażał sobie, że jest kapitanem Kirkiem, zmierzającym na ratunek pięknej, skąpo ubranej kosmitce, miejmy nadzieję więzionej głęboko w czeluściach cytadeli złego władcy”.

Wszystko piknie, zmysłowo i obrazowo, no, rzec by można, malarsko zostało w tym “opku” ukazane! :D 

maciekzolnowski

Nowa Fantastyka