- Opowiadanie: Sebastian B. - Szarymi

Szarymi

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

MrBrightside

Oceny

Szarymi

`````

Trudno mi było ukryć wesołość, kiedy patrzyłem jak nic nie podejrzewający przeciwnik stawia hetmana na linii uderzenia mojej wieży. Bez zastanowienia trąciłem bierkę w taki sposób, że spadła na stół.

– Cha, cha, no to, drogi panie, masz kłopoty – ogłosiłem wyniośle i splotłem dłonie na karku, przechylając się na krześle w tył.

Jednak mój triumf nie trwał długo.

– Szach mat – powiedział spokojnie dziadek.

– Jak to – spytałem zaskoczony, a on wtedy wskazał palcem laufra, który cierpliwie czekał na drugim końcu szachownicy, żeby w decydującym momencie zadać śmiertelny cios, kiedy ja byłem pochłonięty zastawianiem sideł na jego hetmana.

– Kurczę, nie widziałem go. Głupek, głupek, głupek! – powtarzałem zły na siebie, tłukąc się pięścią w czoło.

`````

I

 

Rok 1986, listopad

 

Niebo wyglądało jakby ktoś dokładnie zamalował je czarną kredką. W koronach drzew szalał silny wiatr, szeleszcząc liśćmi, które mimo późnej jesieni, kurczowo trzymały się jeszcze gałęzi. Można by powiedzieć, że wszystko sprzyjało napastnikowi. Nawet gdybym wytężał wzrok i nasłuchiwał, to nie było możliwości, żebym go zobaczył, lub usłyszał.

Dopiero w ostatniej chwili dostrzegłem jakiś ruch, ale było już za późno. Nie zdążyłem nawet zareagować kiedy mocne ramię pchnęło mnie w kierunku przydrożnego wykopu. Zanim upadłem, przyszło mi do głowy pytanie, czy robotnicy ułożyli już na dnie te wielkie stalowe rury, które leżące wzdłuż rowu, widziałem za dnia, .

Okazało się, ze włożyli.

----

Dziadek Leon miał w życiu dwie pasje. Pierwszą z nich była muzyka. Niebieski gramofon Bambino pracował w jego pokoju na pełen etat, uwalniając na świat zaklętą w winylowych krążkach twórczość Deep Purple, The Who, Led Zeppelin i wielu innych wykonawców, o znajomość których nikt nie posądzałby krótkowłosego, emerytowanego kapitana Wojska Polskiego.

Z drugiej strony, był on głęboko uzależniony od gry w szachy. Pamiętam, że zawsze miał w pokoju kilka czarno-białych plansz, a na nich rozstawione figury. Z braku godnych przeciwników w najbliższym otoczeniu, dziadek zapisał się do klubu szachowego, w którym mógł grać korespondencyjnie z kilkoma przeciwnikami na raz. Działało to w ten sposób, że wysyłali oni sobie listy z kolejnymi posunięciami. Bywało, że jedna partia trwała miesiącami, ale tych ludzi to jakoś specjalnie nie zrażało. Jeśli list z kolejnym ruchem przyszedł po dwóch tygodniach, znaczyło to, ni mniej ni więcej, że tyle czasu było na to potrzeba i koniec. Pośpiech nie miał tu wstępu.

Dziadek pasował do tego klubu jak ulał. Był najbardziej opanowanym człowiekiem na świecie. Właściwie, nigdy nie widziałem go, żeby się unosił, lub gniewał. Z jego ust nie padały przekleństwa, co, jak na wojskowego, było podobno nie do pomyślenia. Jeśli się martwił, to nigdy tego nie okazywał i nie miał do nikogo pretensji. Był najmilszym człowiekiem na świecie.

Jednak tamtej nocy, kiedy pojawiłem się w domu ze spuchniętym ramieniem, którym ledwo mogłem poruszać i bólem wykrzywiającym mi twarz, coś się zmieniło.

----

Ze szpitala wróciłem po kilku dniach z całym ramieniem w gipsie. Dziadek zasugerował, żeby o całej sprawie, na razie, nie wspominać rodzicom, którzy byli wtedy na jednym z kontraktów w Iraku, gdzie coś budowali. Przystałem na to, wiedząc, że mama zaczęłaby się zamartwiać, a ja sobie tego nie życzyłem, w końcu nie byłem już dzieckiem – miałem dwanaście lat. Jednak, kiedy dwa miesiące później, rodzice wrócili i dowiedzieli się o sprawie, to nieźle nam się dostało. Nie rozumiałem ich reakcji, bo prawdę powiedziawszy, nie mieli czym się martwić. W czasie mojej rekonwalescencji dziadek otoczył mnie troskliwą opieką. Niczego mi nie brakowało i, pomimo ograniczeń spowodowanych przez unieruchomioną kończynę, czułem się fantastycznie. Jednak poza bezpiecznym kokonem, w którym się znajdowałem, zaczęło dziać się coś złego, lecz wtedy tego jeszcze nie dostrzegałem.

----

Gips ściągnięto mi jakoś w połowie grudnia. Potem nastała świąteczna gorączka i może dlatego nie zauważyłem niczego szczególnego. Jednak kiedy wybrzmiały ostatnie nuty kolęd, a wszyscy zdążyli się już oswoić z nowym, tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym rokiem, zacząłem dostrzegać zmiany w zachowaniu dziadka. Po pierwsze umilkła muzyka dochodząca z jego pokoju, a zastąpiły ją tajemnicze rozmowy telefoniczne prowadzone zawsze przy zamkniętych drzwiach. Na stoliku, przy drzwiach wejściowych, zaczęły piętrzyć się nieotwarte listy od przeciwników klubowych, co wcześniej było nie do pomyślenia. W końcu, kilka razy widziałem, jak dziadek cichcem wymyka się nocą z domu.

Udawał, że nic się nie dzieje, ale ja wiedziałem, że to nieprawda. Martwiłem się, w związku z czym postanowiłem z nim o tym porozmawiać. Byliśmy bardzo blisko, więc liczyłem, że może uchyli mi rąbka tajemnicy.

----

Pewnego styczniowego wieczoru poszedłem do pokoju dziadka, ale go nie zastałem. Pomyślałem więc, że poczekam aż przyjdzie. Kiedy przechodziłem obok jednej z szachownic, trąciłem niechcący wieżę, a ona poleciała za stół, pod okno. Wpełzłem więc tam, żeby ją podnieść i wtedy zadzwonił telefon. Po dwóch sygnałach usłyszałem zbliżające się kroki, a następnie dźwięk zamykanych drzwi. Mogłem wyjść od razu, ujawniając swoją obecność, lub korzystając z parawanu, którym był długi obrus, pozostać w ukryciu i podsłuchać rozmowę.

Podejrzewam, że kierując się mieszanką strachu i ciekawości, postanowiłem pozostać na miejscu.

– Tak? – powiedział cicho dziadek. – Dwadzieścia trzy? – Rozumiem. Dziękuję bardzo. Jestem ci dozgonnie wdzięczny, stary.

Nastąpiła chwila ciszy, w czasie której najpewniej mówił dzwoniący.

– Rozumiem, ale nie, nie potrzebuję – zapewnił dziadek i znowu nastąpiła krótka pauza, po której dodał tajemniczo: – No tak, pojadę dziś w nocy. Dzięki jeszcze raz za te informacje i pamiętaj, żeby ktoś zostawił otwarte drzwi. Cześć.

Po pożegnaniu usłyszałem trzask odkładanej słuchawki, a następnie szept dziadka:

– Mam cię.

Po tych słowach wyszedł, a ja zacząłem zastanawiać się, o co chodzi.

Zrozumiałem, że dzieje się coś ważnego i muszę przy tym koniecznie być.

----

Tuż po jedenastej wszedłem niezauważony do garażu i ukryłem się w samochodzie za fotelem. Po mniej więcej, pół godzinie zjawił się dziadek. Otworzył drzwi i zamiast włączyć silnik zaczął wypychać auto na podjazd. Wiedziałem, że prawdopodobnie nie chce obudzić domowników. Po kilku minutach usłyszałem zamykane drzwi, a zaraz potem silnik ożył i ruszyliśmy.

Nie miałem pojęcia dokąd jedziemy, ale trwało to jakieś pół godziny. Dziadek zatrzymał wóz i wysiadł. Kiedy usłyszałem słabnący odgłos jego kroków na śniegu, postanowiłem zaryzykować i zerknąć.

Zachowując środki ostrożności, powoli podniosłem głowę, na wysokość szyby. Byliśmy gdzieś na obrzeżach miasta. Słabe światło księżyca pozwoliło mi zobaczyć, że po jednej stronie drogi była rzadka zabudowa, składająca się z kilku znacznie oddalonych od siebie domów jednorodzinnych. Po drugiej zaś znajdował się las. Widziałem, jak dziadek zmierza do jednego z tych budynków.

Kiedy zniknął z pola widzenia, postanowiłem go śledzić. Cicho otworzyłem drzwi i po kilkunastu sekundach stałem już przy płocie, za którym zniknął. Patrząc przez sztachety, zauważyłem, że z kimś rozmawia.

---

Nie wiem dokładnie, czym dziadek zajmował się w wojsku, ale w jednej sekundzie stało się coś, co potem widywałem tylko w filmach. Ni stąd ni zowąd, ten zrównoważony i kochający człowiek, którego znałem, wykonał błyskawiczny ruch. Chwycił głowę mężczyzny i energicznie ją przekręcił. Byłem pewien, że gdybym stał bliżej mógłbym usłyszeć chrupot łamanego karku. Nieznajomy padł bez życia, a ja ledwo się powstrzymałem, żeby nie krzyknąć. Nie miałem zamiaru czekać ani sekundy, tylko, co sił w nogach, pobiegłem do auta, potykając się o własne nogi. Kiedy już siedziałem za fotelem, trzęsąc się ze strachu, zastanawiałem się, czy to aby najlepsze miejsce na kryjówkę.

Po kilku minutach, usłyszałem otwierany bagażnik i coś gruchnęło. Wiedziałem, że kilkanaście centymetrów ode mnie wylądował trup. Byłem przerażony. Myślałem, że się rozpłaczę, kiedy dochodziło do mnie, że człowiek, którego kochałem, był mordercą. Zacisnąłem jednak zęby i skoncentrowałem się na tym, żeby mnie nie zauważył. Zdałem sobie sprawę, że mogę być następny.

Podróż trwała chyba ze dwie godziny, w czasie których nie odważyłem się wychylić. Pamiętam, że ostatni kwadrans jechaliśmy po jakichś wertepach, po czym samochód się zatrzymał, a dziadek prawdopodobnie wyciągnął ciało z bagażnika i nie było go kilkanaście minut.

Po wszystkim, wróciliśmy do domu. Słyszałem jak dziadek wyszedł, ale ja jeszcze około pół godziny siedziałem w aucie, w myślach zanosząc do Boga wszystkie znane mi modlitwy, żeby tylko nie wyszła na jaw moja obecność.

Do łóżka wróciłem już jako wnuk mordercy, jakoś przed piątą.

Ze zmęczenia zasnąłem dosyć szybko.

---

Budzik zaczął bezlitośnie chłostać ciszę. Znajdując się na granicy snu i jawy, podsycałem jeszcze płomyk nadziei, że wydarzenia ostatniej nocy były tylko koszmarem, ale kiedy zobaczyłem ubrania, które miałem na sobie w nocy, rozrzucone niedbale na podłodze, musiałem zmierzyć się z potworną prawdą – byłem świadkiem morderstwa. Normalnie poszedłbym o tym powiedzieć rodzicom, albo… dziadkowi, jednak sytuacja była daleka od normalnej. Cierpiałem wewnętrznie rozdarty pomiędzy pragnieniem ukarania winnego, a lojalnością w stosunku do członka rodziny. Wydawało mi się, jakby ktoś na barki włożył mi duży ciężar, nie przejmując się tym, że mam dopiero dwanaście lat. Pozostawała też jeszcze jedna ważna kwestia, a mianowicie do czego był zdolny posunąć się dziadek i co mógłby zrobić, gdyby się dowiedział, że w nocy wszystko widziałem.

Podniosłem z podłogi spodnie i rzuciłem je na krzesło. Potem powiesiłem na jego oparciu kurtkę. Spod łóżka wyciągnąłem rękawice i wrzuciłem do szuflady, a następnie rozglądnąłem się za szalikiem. Niestety, nie mogłem go znaleźć. Oblał mnie zimny pot, bo przypomniałem sobie, ponad wszelką wątpliwość, że miałem go poprzedniej nocy. Byłem pewien, że został w aucie, za fotelem. Pomyślałem, że najlepiej będzie pójść od razu do garażu i poszukać go. Nie zastanawiałem się zbytnio, czy to dobrze, czy źle, tylko pobiegłem na dół. Dziadek najprawdopodobniej jeszcze spał, bo go nie spotkałem. Sprawnie wśliznąłem się do garażu i otworzyłem drzwi samochodu. Szalika jednak tam nie było. Nie miałem czasu pomyśleć co dalej, bo po chwili czas jakby się zatrzymał, kiedy za plecami usłyszałem głos.

– Tego szukasz? – spytał dziadek pokazując mi szalik. – Był w samochodzie.

– Tak – odpowiedziałem i wyciągnąłem rękę. – Musiałem go tam zostawić, kiedy jechaliśmy ostatnio do kościoła – skłamałem, łapiąc się ostatniej deski ratunku.

– Pewnie tak – przyznał dziadek, ale jego mina mówiła, że wszystko wie.

Wziąłem szalik i wróciłem do domu, próbując nie okazywać strachu. Dziadek odprowadził mnie wzrokiem, a ja zauważyłem, kątem oka, jak zaciska pięści.

---

Nie umiałem zdecydować co zrobić. Mieszkałem pod jednym dachem z mordercą, zdany na jego łaskę. Pocieszałem się tym, że może więzy krwi powstrzymują go od usunięcia niewygodnego świadka.

Na szczęście, ten stan trwał tylko kilka dni.

Jakiś tydzień po feralnej nocy, wróciłem ze szkoły i zastałem mamę, która paliła w kuchni. Wiedziałem, że sprawa jest poważna, bo sięgała po papierosy tylko wtedy, kiedy działo się coś dramatycznego.

– Co jest, mama? – zapytałem.

– Dziecko moje, jak ci to powiedzieć? – zaczęła i zaciągnęła się, po czym wypuściła gęstą chmurę dymu.

– Coś się stało tacie, a może dziadkowi? – zapytałem nie chcąc już dłużej czekać.

– Wyobraź sobie, że dziadek wyjechał.

– Co? Dokąd? – zapytałem.

– Nie wiem. Zakrywał się tajemnicą państwową.

– A kiedy wróci? – drążyłem temat.

– Nie mam pojęcia. Zapewnił, że odezwie się jak tylko będzie mógł.

Dziadek nie dotrzymał obietnicy. Już nigdy go nie zobaczyliśmy.

---

Dni zamieniły się w miesiące, a miesiące w lata. Dorastałem, dziadek z realnej osoby stał się postacią, występującą w opowieściach. Pamiętam, że tuż po swoim wyjeździe śnił mi się czasami, za każdym razem chcąc mnie zabić. Potem zacząłem o nim stopniowo zapominać. Wydaje mi się, że było to celowe działanie mojego umysłu, który morderstwo chciał głęboko zakopać. Rana w końcu zasklepiła się i pozostała tylko ledwo widoczna blizna, która nie wywoływała już takich przeżyć. Obraz dziadka wyblakł i pożółkł w mojej pamięci jak stara fotografia. Skazałem go na zapomnienie i wiedziałem, że za to co zrobił to i tak był najmniejszy wymiar kary.

Nie wiem czemu, ale o wydarzeniach tamtej nocy nigdy nikomu nie opowiedziałem.

 

II

 

Rok 2011, czerwiec

 

Przeszłość znalazła mnie w pewien sobotni poranek, kiedy kurier DHL zapukał do drzwi.

– Dzień dobry – przywitał się. – Mam paczkę dla pana Filipa Suchanka.

– Dzień dobry, to ja – powiedziałem, próbując sobie przypomnieć jakie to zakupy ostatnio poczyniłem.

Po potwierdzeniu odbioru zamknąłem drzwi i przyjrzałem się pakunkowi. Było to małe, szare pudełko wielkości piętnaście na dwadzieścia centymetrów, które jak wynikało z nalepki, przybyło do mnie z Chorwacji. Niestety, nazwisko nadawcy nie było mi znane, więc nie pozostało mi nic innego jak sprawdzić co kryje się wewnątrz. Przy pomocy nożyka rozciąłem taśmę, a w środku znalazłem dwie rzeczy: list oraz przyklejony do niego kluczyk. Rozwinąłem kartkę i zacząłem czytać:

 

<<<Witaj, Filipie,

Wielokrotnie w życiu znajdowałem się w sytuacji, w której musiałem podejmować szybkie decyzje i nigdy nie miałem z tym problemu, do momentu, w którym zasiadłem do pisania tego listu. W końcu postanowiłem zrobić to po żołniersku – zwięźle i rzeczowo.

Po pierwsze, jakkolwiek dramatycznie to nie zabrzmi, jeśli czytasz te słowa, ja już nie żyję.

Po drugie, oczywiście zdajesz sobie sprawę jaki był powód mojego wyjazdu przed laty. Wiem, masz prawo mnie nienawidzić, ale uważam, że powinieneś poznać prawdę o tamtej nocy i wtedy dopiero mnie osądzić, a wierz mi, nie próbuję się niczego wyprzeć.

W paczce znajdziesz kluczyk do skrytki bankowej, w której zostawiłem coś dla Ciebie.

Adres banku i resztę instrukcji znajdziesz poniżej.

Pozdrawiam,

dziadek Leon>>>

 

Przeczytałem list jeszcze dwa razy, a potem oderwałem kluczyk. Obracając go w dłoni nie wiedziałem, czy mam się śmiać, być przerażonym, czy może zapłakać nad śmiercią dziadka. To, co wydarzyło się przez ostatnie kilka minut wydawało mi się absurdalne.

– Ty stary skurczybyku, przecież ja już o tobie zapomniałem! – wycedziłem przez zęby.

Kluczyk i list położyłem na stole i wpatrywałem się w te przedmioty przez chwilę, czując jak pękają kolejne tamy i mój umysł zalewają niechciane wspomnienia.

„Całą prawdę? Przecież zabiłeś tamtego człowieka, draniu, a może nie tylko jego.” – pomyślałem.

– A niech cię wszyscy diabli! – zakląłem na głos i popatrzyłem w górę, który to kierunek był dla mnie najbardziej oczywisty, kiedy złorzeczy się zmarłemu, chociaż czułem, że miejsce dziadka jest raczej gdzieś indziej.

---

Weekend zleciał mi bardzo szybko. Próbowałem się dowiedzieć czegoś o dziadku, szperając w internecie, ale nie natknąłem się na nic, dlatego z tym większym zaciekawieniem pojawiłem się w poniedziałek w banku. Niezwykle miła pani pomogła mi w odnalezieniu odpowiedniej skrytki, w której czekała na mnie kolejna paczka. Rozbudzona ciekawość podpowiadała, żeby od razu zerknąć do środka, ale po krótkim namyśle stwierdziłem, że lepiej otworzyć ją bez świadków, biorąc pod uwagę mroczną przeszłość dziadka i to, jak tajemniczy stał się po śmierci.

 

Po kilkunastu minutach byłem już w mieszkaniu, otwierając paczkę. Na jej zawartość składały się trzy szare koperty. W jednej były bilety lotnicze Katowice – Dubrownik i Dubrownik – Katowice, a w drugiej, na pierwszy rzut oka, kilka tysięcy euro. W trzeciej znalazłem krótki list:

 

<<<Drogi Filipie,

Wszystkie odpowiedzi są w Chorwacji. Zrób przyjemność dziadkowi i przyjedź na mój grób, przez wzgląd na stare czasy. Na miejscu zaopiekuje się Tobą mój zaufany człowiek, Zvonimir Šulc (będzie czekał na lotnisku). Oczywiście, nie winię Cię, jeśli podrzesz ten list na kawałki i wyrzucisz do kosza.

Pozdrawiam,

dziadek Leon

P.S. Pieniądze są dla Ciebie, bez względu na to, czy przyjedziesz czy nie.>>>

 

No i byłem w kropce. Rozczarowany, że zamiast odpowiedzi dostałem zestaw kolejnych pytań zacząłem rozważać, co z tym fantem zrobić. Trochę bałem się przed sobą przyznać, że zaczyna mnie to ekscytować. Jakby na usprawiedliwienie, szukałem argumentów, żeby nie skorzystać z biletów, ale w gruncie rzeczy wiedziałem, że taka opcja nie wchodzi w grę. W moim świecie, gdzie wszystko było poukładane, i zaplanowane, poczułem zew przygody. Perspektywa podróży po odpowiedzi na pytania z przeszłości, która wydawała mi się już sprawą zamkniętą, napompowała mnie młodzieńczym entuzjazmem.

---

Kiedy samolot wzbijał się do lotu, dręczyła mnie jeszcze myśl, czy przypadkiem nie oszalałem i nie daję się komuś wkręcać. Jednak stwierdziłem, że co najwyżej spędzę kilka dni w Chorwacji i tyle.

 

Po odebraniu bagażu na lotnisku w Dubrowniku, zacząłem się zastanawiać, co dalej. Nie zauważyłem nikogo z wielką tablicą, na której byłoby wypisane moje nazwisko. Zamiast tego podszedł do mnie rosły, mężczyzna dobiegający sześćdziesiątki. W jego twarzy było coś, co od razu wzbudzało zaufanie. Był ubrany w dżinsy i białą lnianą koszulę. Wyciągając rękę na powitanie zagadnął po angielsku:

– Witam. Nazywam się Zvonimir Šulc, a pan to Filip Suchanek, prawda? Jak lot?

– Dobrze, dziękuję – odparłem trochę zaskoczony, kiedy energicznie potrząsał moją dłonią na powitanie.

– Jednak pan przyjechał – powiedział wyraźnie rozradowany, taksując mnie od góry do dołu.

Rozłożyłem ręce, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Niezwykłe podobieństwo do dziadka. Niezwykłe! – zauważył.

– Znał pan mojego dziadka? – zapytałem.

– Cóż, zdaje się, że znałem go dłużej niż pan. Był moim przyjacielem. Żałuję, że już go z nami nie ma.

Nie wiedziałem czemu, ale uznałem, że powinienem złożyć mu kondolencje.

– Dziękuję – odparł i zaraz potem dodał – ale to również strata dla pana.

– Właściwie…

– Wiem – rzekł Zvonimir ze zrozumieniem w głosie. – Wiem.

– Co pan ma na myśli? – zapytałem.

– Z całą pewnością chce pan pojechać do hotelu i się odświeżyć – stwierdził mężczyzna, ignorując moje pytanie.

– Właściwie to przyleciałem tutaj dowiedzieć się pewnych rzeczy…

– Oczywiście, ale nalegam, żeby dał się pan najpierw ugościć. Wnuk mojego przyjaciela zasługuje na to.

– Okay, tyle się naczekałem, to chyba wytrzymam jeszcze kilka godzin.

– Doskonale. Zawiozę pana do hotelu, a wieczorem zapraszam na kolację do mojego domu i tam wszystko panu wyjaśnię.

– Zgoda – odpowiedziałem, co wyraźnie ucieszyło Zvonimira.

 

Po szybkim prysznicu, położyłem się na łóżku i zmęczony zasnąłem.

Obudził mnie sygnał telefonu, a po podniesieniu słuchawki usłyszałem głos Zvonimira, który oświadczył, że czeka na mnie w recepcji. Poprosiłem go, żeby dał mi kwadrans i odłożyłem słuchawkę.

Zerknąłem na zegar. Była już osiemnasta, co znaczyło, że spałem ponad cztery godziny. Zrzuciłem to na karb zmęczenia podróżą i podniecenia, związanego z celem mojego przyjazdu.

Ubrałem się szybko i po piętnastu minutach stałem w holu, gdzie czekał na mnie przyjaciel dziadka.

 

Po dziesięciu minutach wjechaliśmy na podjazd dużego domu, stojącego nad zatoką. Budynek jak i miejsce, w którym go postawiono, podpowiadał że mój gospodarz i jego rodzina nie cierpieli na brak pieniędzy.

W drzwiach przywitała nas jego żona, Jelena.

 

Obiad zjedliśmy na tarasie z przepięknym widokiem na zatokę. Razem z Jeleną przysłuchiwaliśmy się, jak Zvonimir opowiadał historię przyjaźni z moim dziadkiem. Okazało się, że poznali się w czasie wojny, kiedy razem walczyli w armii chorwackiej i to tam zaczęła się ich długoletnia znajomość.

Kiedy wyczyściliśmy chlebem resztki sosu z talerzy, Zvonimir popatrzył na mnie i zapytał:

– A wiesz, kiedy staliśmy się przyjaciółmi?

Pokiwałem głową.

– Leon podzielił się za mną swoją tajemnicą.

– Co masz na myśli? – zapytałem, ale dobrze wiedziałem, o co mu chodzi.

Mój gospodarz wstał, poklepał mnie po ramieniu, a następnie dał sygnał żonie, która opuściła taras.

– Poczekaj tu, Filipie – powiedział i on także zniknął za drzwiami.

Po chwili wrócił z kopertą, na której było napisane „Tibi et igni”.

– To dla ciebie, przyjacielu – powiedział i zostawił mnie samego.

Trzymałem kopertę bardzo mocno, jakbym spodziewał się, że ktoś wyskoczy zza pleców i mi ją wyrwie. Pomimo faktu, że pokonałem kawał drogi, żeby dowiedzieć się prawdy zastanawiałem się się jeszcze, czy nie otwieram puszki Pandory. W końcu uporałem się już z demonami przeszłości i nie wiedziałem, czy chcę do tego wracać. Jednak ciekawość zwyciężyła. Sięgnąłem po leżący na stole nóż, wytarłem go w serwetkę i rozciąłem kopertę, a następnie wydobyłem z niej kartki.

W dzieciństwie, dziadek wielokrotnie pomagał mi przy odrabianiu zadań domowych więc od razu rozpoznałem jego pismo. Może to wiek, a może temat sprawiły, że było trochę chwiejne, jakby drżała mu ręka, a słowa pojawiały się na papierze dopiero po krótkiej walce z nimi.

Po przeczytaniu wiedziałem już, czemu tak było.

 

<<<Drogi Filipie,

Dotarłeś do Chorwacji, więc dałeś mi szansę i za to bardzo Ci dziękuję. Rozumiem, że przygnała Cię tutaj ciekawość dotycząca tamtej feralnej nocy. Zakładam, że dawno temu mnie osądziłeś i znienawidziłeś. Jednak jeśli nienawiść pozwoliła Ci przetrwać, to wszystko w porządku. Rozumiem to i nie winię Cię. Żołnierze na wojnie też nie wytrzymują i przechodzą załamanie, a Ty byłeś wtedy dzieckiem, więc tym bardziej boli mnie to, że musiałeś oglądać takie rzeczy. Wierz mi, do końca życia żałowałem, że byłeś świadkiem tego, co zrobiłem. Niestety, nie zawrócę czasu.

Teraz do rzeczy. To co wtedy widziałeś, było tylko częścią wydarzeń, w które zostaliśmy wplątani wcześniej.>>>

 

Sięgnąłem po kieliszek i wypiłem spory łyk wina, po czym zerknąłem na morze, na którym panowała flauta. Gdzieś w dali leniwie sunął prom Jadroliniji, a zarośla wokół domu przygrywały niezmordowanymi cykadami. W tej wakacyjnej atmosferze list od dziadka Leona był tak oderwany od rzeczywistości, że czytałem go jak wciągającą historię sensacyjną. Pikanterii dodawał jednak fakt, że sam w niej występowałem.

 

<<<Wcześnie nauczyłem się grać w szachy, chociaż nie pamiętam dokładnie kiedy. Rozwijałem tę moją pasję pod okiem pewnego nauczyciela fizyki, w szkole podstawowej. Brałem udział w różnych turniejach i to z sukcesami. Niestety, nie pociągnąłem tego dalej. Do tej królewskiej gry powróciłem w wojsku, gdzie miałem szczęście poznać kilku wytrawnych graczy, od których wiele się nauczyłem. Miałem czas, dobrych przeciwników, ale dopadła mnie emerytura i wszystko się skończyło. Kontakt z kolegami trochę się urwał, a co za tym idzie, straciłem też godnych rywali. Zapisałem się więc do klubu szachowego, jak pamiętasz. Poznałem w ten sposób paru ciekawych ludzi i, co najważniejsze, mogłem grać. Pewnie pamiętasz te wszystkie szachownice w moim pokoju? To były piękne dni, prawda? Jednak, coś się stało.

Skontaktował się ze mną pewien człowiek i chciał ze mną zagrać. Zaproponował, żeby kolejne ruchy podawać sobie telefonicznie. Przystałem na to, bo przyspieszało to grę. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że wplątuję się w diabelską intrygę. Po kilku miesiącach dostałem kopertę, a w niej list i sześć wycinków z gazet. Na każdym wycinku dopisano długopisem datę. Takie same daty odnalazłem na kartce, a przy każdej widniała litera W lub P. Artykuły, jak się okazało, dotyczyły morderstw lub pobić, mających miejsce w ostatnich miesiącach. Byłem w kropce, a jedyne, co mogłem ustalić to to, że w przypadku zabójstw przy dacie była litera P, a przy okaleczeniach litera W.

Domyślasz się pewnie, że zaniepokoiłem się tym faktem. Nie musiałem jednak długo głowić się nad tą tajemnicą, bo dzień po otrzymaniu listu zatelefonował do mnie jego autor. W kilku zdaniach streścił mi z czym mam do czynienia. Sprawa była prosta – mój telefoniczny przeciwnik wybierał ofiarę, a potem grał ze mną o jej życie. Moja wygrana kończyła się jej okaleczeniem, natomiast przegrana oznaczała dla kogoś śmierć.

Byłem zszokowany, tym bardziej, że ten człowiek nie miał zamiaru przerywać tego szaleństwa, tylko chciał mnie zmotywować do większego zaangażowania. Oczywiście powiedziałem mu, że pójdę z tym na Milicję, a następnie rzuciłem słuchawkę. Po chwili ten szaleniec zadzwonił ponownie i powiedział tylko, że dostanę ostrzeżenie, które pomoże mi zrozumieć powagę sytuacji, po czym się rozłączył.

Nie chciałem działać pochopnie, nie wiedząc, do czego może być zdolny ten człowiek, więc postanowiłem wszystko przemyśleć, zanim zgłoszę sprawę władzom. Kiedy jednak dzień później zobaczyłem Cię w kuchni słaniającego się na nogach, ze spuchniętym ramieniem, wiedziałem, że muszę zabrać się do tego inaczej.

Nazajutrz po twoim wypadku, zadzwonił ten człowiek i powiedział, że następnym razem, mój wnuk może nie wywinąć się złamaniem. Nawet bez tego telefonu wiedziałem, że to była jego sprawka.>>>

 

Już w tym momencie listu chciałem zapłakać nad tragicznym położeniem, w jakim znalazł się dziadek, jednak wiedziałem, że to jeszcze nie koniec. Przekonany, że to nie będzie lekka lektura, czytałem dalej.

 

<<<Musiałem podjąć grę, w której stawką było życie Twoje i innych ludzi. Nie miałem jednak zamiaru zdać się całkowicie na łaskę tego szaleńca.

Domyśliłem się, że skoro był w stanie Cię zaatakować, to musiał się do nas pofatygować, lub zwyczajnie mieszkać w mieście. Uruchomiłem stare kontakty. Pomimo tego, że byłem na emeryturze to miałem kilkoro znajomych, którym mogłem zaufać.

Psy zaczęły po cichu węszyć, a ja w tym czasie skoncentrowałem się tylko na grze z tym człowiekiem, nie przegrywając ani jednej partii, wiedząc, że zależy od tego czyjeś życie.

W końcu dowiedziałem się wszystkiego – kim jest i gdzie mieszka. Mogłem pójść na Milicję, ale były dwa powody, żeby tego nie robić. Po pierwsze, okazało się, że jest to wysoko postawiony członek PZPR i całej sprawie szybko ukręcono by łeb – byłem o tym przekonany. Pewnie winę mogliby zrzucić na mnie, a on pozostałby na wolności. Po drugie, ten człowiek ośmielił się zaatakować kogoś z mojej rodziny i, możesz mnie nazwać prymitywem, uważałem że zasługiwał na surową karę.

Kolejną część już znasz. Wybrałem się do niego i rozwiązałem sprawę raz na zawsze, a ciało, nie wchodząc w szczegóły, zniszczyłem. Niestety, jak wiesz, sprawy nie do końca poszły po mojej myśli.

Twoją obecność, odkryłem, kiedy niosłem ciało do auta. Zdradziły Cię ślady na śniegu, a potem dostrzegłem ruch za fotelem. Byłem przerażony tym, że wszystko widziałeś. Jeszcze tej samej nocy podjąłem decyzję o wyjeździe, bo nie mogłem sobie nawet wyobrazić jak tłumaczę dziecku, że to co zrobiłem było dla jego dobra. Wolałem, żebyś myślał o mnie jak o zwykłym mordercy, a nie zaprzątał sobie głowę relatywizmem moralnym. Nie miałem zamiaru też wywierać na Ciebie żadnego nacisku.

Pozostała jeszcze jedna niewiadoma, a mianowicie to, czy przypadkiem nie opowiesz o tym komuś, ale chyba tak się nie stało.

Moje dalsze losy w skrócie, to wyjazd do Jugosławii. Potem udział w wojnie po stronie Chorwatów, a na koniec kilka spokojnych lat tutaj.

Wierz mi, że bardzo mi brakowało rodziny przez te wszystkie lata i na tyle na ile umiałem dowiadywałem się różnymi kanałami, co się u was działo.

To chyba wszystko. Resztę opowie Ci Zvonimir – to naprawdę fajny człowiek i myślę, że się zaprzyjaźnicie, jeśli dasz mu szansę.

Dziękuję jeszcze raz, że przyjechałeś i chciałeś poznać prawdę. Mam nadzieję, że nie żałujesz i zaczniesz myśleć o mnie lepiej pomimo tego, co zrobiłem.

Kocham Cię z całego serca i życzę wszystkiego najlepszego w życiu,

Twój dziadek, Leon>>>

 

Siedziałem jeszcze chwilę, szukając kolejnej kartki z napisem TO BYŁ OKRUTNY ŻART, ale nie znalazłem. Natłok i ciężar informacji sprawił, że poczułem jak się zapadam w środku, a oczy stały się wilgotne. Wiedziałem, że nie powinienem się obwiniać za osądzanie dziadka bo byłem jeszcze dzieckiem, a on sam z tym się liczył, ale gdzieś tam obudziła się tęsknota, jakiś żal, że bezpowrotnie straciłem dużo czasu, który mogłem spędzić z nim. Zastanawiałem się, czy gdybym wtedy znał prawdę umiałbym mu wybaczyć, zaakceptować to co zrobił, ale wiedziałem, że teraz to już nie ma znaczenia.

Wtedy na taras wszedł Zvonimir i położył mi rękę na ramieniu.

– Ciężka sprawa, co? – stwierdził.

Pokiwałem tylko głową, a kciukiem przetarłem oko.

– Nie wstydź się łez – powiedział i otworzył nową butelką wina, a później kolejną i kolejną, przy których snuł opowieści o dziadku.

Chociaż obaj znaliśmy treść listu, to nie rozmawialiśmy o tym.

Do hotelu wróciłem taksówką o trzeciej nad ranem. Wywiesiłem na klamce kartkę, żeby nie przeszkadzać i padłem na łóżko jak zabity.

---

Było już południe, kiedy zadzwonił telefon.

– Słucham – powiedziałem.

– Jak zdrowie, Filipie? – zapytał Zvonimir radośnie.

– Cóż…

– Chciałbym cię gdzieś zabrać – oświadczył tajemniczo, nie pozwalając mi nawet na krótki żart dotyczący kaca.

– Dokąd? – zapytałem.

– Zobaczysz. Starczy ci pół godziny?

– Myślę, że tak – odparłem.

– To dobrze, będę czekał.

Po tych słowach rozłączył się.

 

Po doprowadzeniu się do porządku i uzupełnieniu wody w organizmie spotkałem się ze Zvonimirem w recepcji.

– Cześć, dobrze wyglądasz – powiedział z szelmowskim uśmiechem. – Zapraszam na spacerek.

Po dwudziestu minutach doszliśmy do małego, kamiennego kościółka, za którym znajdował się cmentarz. Do świeżo nasypanej ziemi był wbity krzyż, z metalową blaszką, na której widniał napis LEON HRYCZYŃSKI oraz daty urodzin i śmierci.

Przeżegnałem się i podszedłem żeby dotknąć ziemi.

– Szkoda, że nie mogłem z nim już porozmawiać.

– On też tego żałował, ale za bardzo bał się twojej reakcji. Myślał, że dopóki żyje, nie będziesz chciał mieć z nim nic wspólnego – powiedział Zvonimir, a potem odszedł w kierunku ogrodzenia zostawiając mnie samego.

Zastanawiałem się, czy rzeczywiście nie chciałbym się z nim widzieć, gdyby się ze mną skontaktował za życia i nie umiałem sobie na to pytanie odpowiedzieć. Starałem się go zrozumieć. Pewnie nie chciał, żeby odwiedzać go przed śmiercią, bo mogłoby to wyglądać na szukanie rozgrzeszenia, a on był zbyt dumny na takie posunięcia. Było mi go żal. Nagle o czymś pomyślałem. Rozejrzałem się dookoła i wyciągnąłem telefon, a po kilku sekundach nad grobem dziadka zabrzmiała jedna z jego ulubionych piosenek „Dirty deeds done dirt cheap”. Wiedziałem, że gdziekolwiek się znajduje pewnie przybija sobie teraz piątki z Bonem Scottem.

Kiedy skończyła się piosenka dotknąłem krzyża i dołączyłem do mojego chorwackiego gospodarza.

– Zjadłbym coś – powiedziałem – ale dzisiaj ja stawiam.

– Jesteś moim gościem i nie mam zamiaru pozwolić na coś takiego – powiedział stanowczo Zvonimir. – Lubisz skorupiaki?

– Pewnie – powiedziałem.

– Fantastycznie. Znam taką miłą tawernę, ale najpierw musimy załatwić pewną formalność. Przejdziemy się do mojej kancelarii. To niedaleko.

– Kancelarii?

– Tak. Jestem prawnikiem, przecież wspominałem wczoraj? Zajmowałem się sprawami Leona.

Po spacerze w trzydziestostopniowym upale z ulgą przyjąłem fakt, że kancelaria Zvonimira była klimatyzowana. Mój gospodarz zajął miejsce za dużym drewnianym biurkiem i sięgnął do szuflady.

– Jak sobie radzisz z tymi wszystkimi rewelacjami? – spytał nie patrząc na mnie.

– Przyznam, że to była intensywna doba i chyba będę potrzebował trochę czasu, żeby to sobie poukładać, ale myślę, że będzie dobrze, dziękuję. Co to za formalności, o których wspominałeś?

– Drobnostka. Widzisz, twój dziadek zrobił cię swoim jedynym spadkobiercą – oświadczył kładąc na blacie papierową teczkę.

– O czym ty mówisz?

Zvonimir wyciągnął jakiś dokument i powiedział:

– Leon miał tu, niedaleko, domek przy plaży. Nie jest to willa, ale dobrze wygląda.

– Coś takiego – powiedziałem zaskoczony.

– To jeszcze nie wszystko. Twój dziadek nie wydawał za dużo pieniędzy, ale jeśli już to robił to mądrze, a poza tym miał nosa. Kupił po wojnie kilka działek nad morzem. Przez lata ich cena poszła ogromnie do góry.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytałem nachylając się do przodu, jakby następne zdanie miałoby być wypowiedziane szeptem.

– Widzisz, Filipie, ta ziemia jest teraz warta majątek. Leon zrobił z ciebie bardzo bogatego człowieka.

---

Dom dziadka stał u stóp góry, niedaleko plaży. Mała, biała chatka tak dobrze komponowała się z otoczeniem, jakby w jakiś magiczny sposób wyrosła w tym miejscu razem z trawą, krzakami i drzewami. Pnącza oplatające część budynku zakrywały, urągające Matce Naturze, kąty proste ścian, a jaskółki bez lęku lepiły gniazda pod dachem. To wszystko sprawiało, że budynek otaczała pozytywna aura.

Kiedy wszedłem do środka okazało się, że wnętrze jest dosyć spartańskie. Żadnych zbędnych rzeczy, tak jak lubił dziadek. W pokoju stał sprzęt grający, a obok niego półka z płytami. Podszedłem do adapteru i uniosłem wieko, a następnie odszukałem w zbiorze płytę i położyłem ją na talerzu. Po chwili pokój wypełnił dźwięk uderzenia w dzwon, a potem kolejny i kolejny, aż zabrzmiały pierwsze takty piosenki „HELLS BELLS”. Patrząc na okładkę, wiedziałem, że to odpowiednia muzyka na tę okoliczność. Kiedy Brian Johnson zaczął wypluwać z siebie pierwsze linijki tekstu zacząłem się zastanawiać, czy spotkała mnie nagroda za lojalność, czy też wszechświat ma zamiar mnie jakoś ukarać za ukrywanie zbrodni, a sympatyczny wokalista AC/DC złowieszczo wycharczał „I'm gonna get you, Satan get you…”.

Koniec

Komentarze

No dobrze, ale gdzie tu fantastyka?

Utwór oceniam tak pół na pół, z jednej strony nie przekonałeś mnie przebiegiem samego morderstwa i reakcji chłopca. Patykiem pisane te reakcje, wydają mi się coś mało realne, ale co tam, udowodnić się nie da, że nie mogło tak być. :) Sama historia naiwna, ten dziadek bohater, te telefony, które można było namierzyć i wnuczek, który wyrusza w podróż życia, by poznać prawdę o dziadku. Czyli nie jest to tekstów górnych lotów jeśli chodzi o portret psychologiczny bohaterów.

Z drugiej strony, przeczytałem szybko, ba, nawet byłem ciekawy, cóż tam się stanie. :) To opowieść trochę z filmów klasy B, czy podobnych książek. Ale przeczytałem? Przeczytałem. Wciągnęło? Chyba tak, skoro doczytałem. Więc można uznać, że Autor osiągnął to, co chciał. :) Naiwne może i to było, ale nie wszystko musi być pompatyczne.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

No dobra, a gdzie tu fantastyka?

Poza tym tekst w porządku, jest jakaś tajemnica, szybko się czyta.

Napisany też w miarę przyzwoicie.

W jednej były bilety lotnicze Katowice – Dubrownik i Dubrownik – Katowice, a w drugiej, na pierwszy rzut oka, kilka tysięcy euro.

W pierwszej chwili zaskoczyło mnie, że dziadek tak dokładnie przewidział datę śmierci. Potem doszłam do wniosku, że może kumpel maczał palce w kopertach.

Edycja: A właśnie, zapomniałam o tym. Skoro dziadek znał numer telefonu mordercy, to nie powinien mieć żadnych problemów z namierzeniem faceta.

Babska logika rządzi!

Ha! Masz błąd, Finkla. Powinno być “No, dobrze”. ;)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

I tak przyfarciło, bo jeszcze zastanawiałam się nad dodaniem “jest”. I o ten namysł mnie wyprzedziłeś. ;-)

Babska logika rządzi!

Zawodów saneczkowych na olimpiadzie nie oglądasz? Liczą się setne części sekundy… i ja jestem na topie! :)

Koniec off-topu.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nie oglądam. Nudne, a i tak sama nie zauważę tych setnych części. Równie dobrze mogę pominąć. ;-)

Przepraszamy Autora za offtop.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za poświęcony czas i zwrócenie uwagi na błędy, których postaram unikać się w przyszłości. Odniosę się tylko szybko do kwestii, czy dziadek przewidział swoją śmierć. Otóż miałem na myśli, że dziadek cierpiał na chorobą, która w przybliżeniu pozwalała mu określić czas odejścia, a więc list mógł napisać, powiedzmy kilka miesięcy przed śmiercią. Z całą pewnością też, zażyłość która łączyła dziadka z przyjacielem pozwala domniemywać, że Zvonimir brał czynny udział w przygotowaniu przesyłki. Nie chciałem nadmuchiwać już tej historii, bo zależało mi na tempie, a i tak wyszło kilka stron więcej niż planowałem.

Spostrzeżenie, że historia ma ciężar gatunkowy B bardzo mi się podobała i jest dla mnie komplementem. Można ze mnie kpić do woli, że jestem wieśniakiem, ale chętnie sięgam do utworów ludzi, którzy niekoniecznie nazywają się Lynch, Koontz, Dick, Sorokin, czy Cameron, a sprawiają mi nie mniejszą przyjemność. 

Dobrzy ludzi przygotowali tę historię w formie audio, dodając jej klimatu, więc zapraszam do wysłuchania na https://www.youtube.com/watch?v=7fo0qENTeKQ

Dzięki jeszcze raz i pozdrawiam.

Chodziło mi o to, że list można napisać i całe lata przed śmiercią, nie ma problemu. Ale bilety lotnicze już wymagają określenia daty. Tym bardziej, że kumpel miał czekać na lotnisku.

Babska logika rządzi!

nie było możliwości, żebym go zobaczył, lub usłyszał.

Bez drugiego przecinka, bo to zdanie równorzędne.

 

rozmowy telefoniczne prowadzone zawsze przy zamkniętych drzwiach. Na stoliku, przy drzwiach wejściowych

podszedł do mnie rosły, mężczyzna dobiegający sześćdziesiątki.

Zbędny przecinek.

 

Historia jest dość prosta i aż szkoda, że nie pokusiłeś się o trochę więcej meandrowania, mylenia tropów. Bohater mógłby wyraźniej wahać się nad wyjazdem, być bardziej podejrzliwym w stosunku do Chorwata, etc. Sama scena morderstwa, choć kluczowa, trochę wygląda na napisaną na kolanie, bo dziadek mógł wielokrotnie nakryć wnuka, choć stwierdził, że zrobił to dopiero po fakcie. Wreszcie fantastyki nie ma tu ani krztyny…

Natomiast tekst czyta się bardzo lekko i uważam, że jeśli popracujesz nad konstruowaniem historii, to będziesz tworzyć całkiem satysfakcjonujące opowiadania. Na pewno to nie jest tekst warty jedynie zapomnienia w odmętach poczekalni, dlatego klikam na zachętę. Pozdrawiam!

Dzięki za uwagi. Kusiło mnie, żeby rozpisać te rożne elementy, ale jak wspominałem wcześniej zależało mi bardziej na tempie. Jak już zostało zauważone, historia jest prosta i nie chciałem na siłę nadawać jej jakiejś niesamowitej głębi. Jedne rzeczy pominąłem celowo, a inne tylko zaznaczyłem, licząc na to, że czytelnik obeznany z podobnymi schematami z łatwością domyśli się reszty. Moim celem było dostarczyć prostej rozrywki z tajemnicą i ciekawą końcówką. Jeśli odbiorcę to zaciekawiło i pomimo różnego gruzu wpływającego płynność doczytał do końca, żeby dowiedzieć się jaki będzie finał, to mój cel został osiągnięty. 

Nawet nie mam zamiaru się mądrzyć, że jestem mistrzem przecinka, proszę mi więc darować jeśli ów został użyty w sposób nieortodoksyjny. Próbuję to wyeliminować, ale chyba jestem opornym uczniem…

Dzięki jeszcze raz i pozdrawiam,

Sebastian

Przeczytałem tak do relacji Leona, potem zacząłem skanować. Jest tu fajny pomysł na intrygę, tylko że po pierwszym wydarzeniu z dzieciństwa otrzymuję już tylko relację z innego zdarzenia. I mnie to nie ruszyło – wolałbym być świadkiem tych wydarzeń w samym tekście niż już po ptakach, kiedy wiem, jaki rezultat spotkał zaangażowanych.

Sam bohater jako dziecko wyszedł z lekka nad wiek dojrzały, ale jakoś mnie to mocno nie uderzyło. Potem podziwiałem jego ciekawość – szkoda, że wynikło z niej jedynie bieganie z miejsca A do miejsca B.

Podsumowując: był tu pomysł, ale przedstawienie go w formie relacji po latach ujął sporo z napięcia. Tym niemniej przeczytałem bez przykrości.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Opowiadanie zaciekawiło, ale intryga raczej nie powaliła. Owszem, czytało się nieźle, a mogło być znacznie lepiej, gdyby wykonanie okazało się staranniejsze.

Mam pewne zastrzeżenia do udziału dziadka Leona w wojnie w Chorwacji. Wszak kiedy wyjechał z Polski był już na emeryturze, a z podanych dat wnoszę, że i w latach dość posunięty.

 

które le­żą­ce wzdłuż rowu, wi­dzia­łem za dnia, . –> Kropka wystarczy. Przecinek i spacja są zbędne.

 

Nie­bie­ski gra­mo­fon Bam­bi­no pra­co­wał w jego po­ko­ju na pełen etat… –> Bambino to gramofon, nie adapter.

 

w któ­rym mógł grać ko­re­spon­den­cyj­nie z kil­ko­ma prze­ciw­ni­ka­mi na raz. –> …w któ­rym mógł grać ko­re­spon­den­cyj­nie, z kil­ko­ma prze­ciw­ni­ka­mi naraz.

 

– Tak? – po­wie­dział cicho dzia­dek. – Dwa­dzie­ścia trzy? – Ro­zu­miem. Dzię­ku­ję bar­dzo. Je­stem ci do­zgon­nie wdzięcz­ny, stary. –> Zbędna półpauza po drugim pytajniku.

 

Obiad zje­dli­śmy na ta­ra­sie z prze­pięk­nym wi­do­kiem na za­to­kę. –> Wcześniej napisałeś: Za­wio­zę pana do ho­te­l a wie­czo­rem za­pra­szam na ko­la­cję do mo­je­go domu… –> Czy Filip został podjęty obiadem, czy kolacją?

 

za­sta­na­wia­łem się się jesz­cze… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Roz­wi­ja­łem tę moją pasję pod okiem pew­ne­go na­uczy­cie­la fi­zy­ki, w szko­le pod­sta­wo­wej. –> Skoro Filip urodził się w 1974 roku, dziadek Leon musiał pobierać nauki przed II wojną światową, a wtedy nie było szkół podstawowych, były szkoły powszechne.

 

Oczy­wi­ście po­wie­dzia­łem mu, że pójdę z tym na Mi­li­cję… –> Oczy­wi­ście po­wie­dzia­łem mu, że pójdę z tym na mi­li­cję

 

Na­za­jutrz po twoim wy­pad­ku… –> Na­za­jutrz po Twoim wy­pad­ku

Bądź konsekwentny. Wcześniej dziadek pisał zaimki wielkimi literami.

 

Mo­głem pójść na Mi­li­cję… –> Mo­głem pójść na mi­li­cję

 

do­wia­dy­wa­łem się róż­ny­mi ka­na­ła­mi, co się u was dzia­ło. –> …co się u Was dzia­ło.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za poświęcony czas i uwagi. 

Pozdrawiam,

Sebastian 

Cieszę się, że mogłam pomóc. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka