- Opowiadanie: katia72 - Smutek i Nadziejek

Smutek i Nadziejek

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Smutek i Nadziejek

I

 

– Gdzie my jesteśmy? Co to za miejsce? – Smutek z przerażeniem w oczach rozglądał się wokół. Pustka. Metalowa, lśniąca powierzchnia. Zimna, nieprzyjemna. Zakrył dłońmi twarz, wyszeptał:

– Boję się. Czy my umarliśmy? – W oczach podłużnego, błękitnego stworzenia pojawiły się łzy.

Nadziejek poklepał go po ramieniu.

– Nie wiem. Nigdy wcześniej nie umierałem. Wstawaj. Może ktoś tu jeszcze z nami jest.

– Wątpię – odparł Smutek do swojego zielonego, przypominającego gwiazdę przyjaciela.

– Ej, nie trać wody. Może to coś na kształt pustyni. – Nadziejek podrapał się po nosie i zaczął krzyczeć: – Halo! Halo! Czy ktoś mnie słyszy?

Odpowiedziało mu jedynie chlipanie Smutka.

– Chodź – powiedział Nadziejek i wyciągnął dłoń w kierunku kolegi.

– Gdzie? I po co?

– Jak to po co? W poszukiwaniu przejścia do naszego poprzedniego świata.

– Buu, buu… A co jeśli umarliśmy?

– Hmm… Może da się to jakoś sprawdzić. Umarli nie oddychają. – Nadziejek przyłożył dłoń do nosa Smutka. – A ty oddychasz, więc żyjemy!

– No, nie wiem. Skąd wiesz, jakie prawa rządzą po śmierci? Może właśnie się oddycha…

– Em, to skoro nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy umarliśmy, czy wciąż żyjemy, to ja myślę, że lepiej żyć.

– Dlaczego?

– Bo jako żywi możemy próbować wrócić do naszego ciepłego domu.

– Ok.

Smutek podniósł się, wziął za rękę Nadziejka i pomaszerowali w poszukiwaniu przejścia.

 

Tymczasem na planecie Ziemi na czwartym piętrze szarego wieżowca siedział w fotelu starszy mężczyzna i rozmyślał. Rozmyślał, czy wczoraj w nocy podjął prawidłową decyzję. Czy chochlik Bloduku go nie oszukał? Przypomniał sobie zuchwałe oczka stworzenia, trochę złośliwy uśmiech i wypowiedziane przez niego słodkim głosikiem słowa:

– Coś za coś, Alojzy. Nie ma nic za darmo.

– Masz rację Bloduku. Rzeczywiście, w moim życiu do tej pory za wszystko musiałem płacić. I to wysokie ceny.

Alojzy spojrzał na zdjęcie żony. Nie widział Rozalii już ponad dwa lata. Ponad dwa lata mieszkał sam. Odeszła, bo miała go zwyczajnie dosyć. Jeszcze wczoraj, gdy o tym myślał, było mu smutno, a dzisiaj mu nie zależało. Jeszcze wczoraj łudził się, że wróci do małżonki. Jeszcze wczoraj planował włożyć garnitur, kupić róże i powiedzieć, że się zmienił. Ale dzisiaj było mu wszystko jedno. Krok w tył, krok do przodu i po co? Czyż nie lepiej zwyczajnie stać w miejscu? Po co niepotrzebnie nadwyrężać mięśnie?

Rozejrzał się po pokoju. Pożółkłe ściany, wytarty dywan, brudne szyby. Podreptał do okna. Drzewo pozbawione liści, ponury szkielet przecinający niebo. A pod nim ławka. Dwa dni temu siedział na odrapanych deskach ze spuszczoną głową, wpatrzony w ziemię, atakowany z każdej strony przez kanciasty świat. Gdy znajomy z sąsiedniej klatki uprzejmie zapytał:

– Alojzy, przyjacielu. Masz ochotę na partyjkę szachów? Moja stara poszła na plotki do koleżanki.

Odburknął:

– Nie. Nie mam siły. – Nawet nie spoglądając na rozmówcę, i dalej w ciszy kontemplował ziarenka piasku.

Ale dzisiaj… Dzisiaj świat się zmienił. Nie był fioletowy ani czarny, ani żółty, czy różowy. Był nijaki.

 

II

 

Smutek i Nadziejek szli już na tyle długo, że zaczęło się ściemniać. Tylko tak jakoś dziwnie. Smutek ze strachem w oczach patrzył na niebo, powoli zalewane fioletową i czerwoną farbą.

– Nadziejku… Nadziejku… Co z nami będzie? Te barwy nas przygniotą, zatopią.

– Kolory nie mogą zabijać – odparł Nadziejek, poklepując towarzysza po ramieniu. – Chociaż te rzeczywiście mają w sobie coś przerażającego.

– Widzisz. Tak naprawdę nie wiemy, czy mogą nas zranić, czy nie. Tak samo, jak nie wiemy, czy umarliśmy. I myślę, że tym razem powinniśmy dla własnego bezpieczeństwa założyć, że fiolet i czerwień są bardzo groźne. I poszukać schronienia. – Powiedział Smutek, po czym bardzo się zasmucił i dodał: – Tylko tutaj nie mamy szans na schronienie.

– Patrz! Patrz! – Nadziejek podskoczył na jednej nodze. – Patrz! Tam coś jest! Chodź, szybko!

Pociągnął przyjaciela za rękę i popędzili w kierunku pomarańczowej plamy. Gdy z językami na wierzchu dotarli na miejsce, ich oczom ukazała się sterta cegieł.

Nadziejek z radości klaskał i gwizdał.

– Wybudujemy dom i będziemy bezpieczni!

Smutek spuścił głowę i wydukał:

– Jak? Prze… przecież nie mamy cementu… I nie wiem jak ty, ale ja nie mam pojęcia o budowaniu domu.

– Hmm… – Nadziejek zmarszczył czoło. Rozejrzał się wokół. – Hmm… Rzeczywiście, nie widzę nic poza cegłami, ale po coś tu one są, no nie?

Smutek usiadł i cichutko powiedział:

– Może tylko po to, by rozbudzić w nas głupią nadzieję. Nadzieja matką głupich. Tak mi ktoś kiedyś powiedział.

– Ej, ty! Bo się obrażę. Moim zdaniem rzeczy, ludzie, emocje nie pojawiają się bez przyczyny. Wszyscy jesteśmy elementami wielkiej układanki. – Nadziejek zrobił nadąsaną minę i nachylił się, by podnieść jedną z cegieł. Jak się okazało, nie było to jednak tak proste, jakby się mogło wydawać, bo pomarańczowa bryła uparcie wracała do swoich koleżanek. Nadziejek uśmiechnął się szeroko i rozbawionym tonem powiedział:

– A nie mówiłem? To cegły magnesy! Nie potrzebujemy do nich cementu.

Smutek trochę się rozchmurzył i wraz z kolegą przystąpił do budowy domu. Nie minęło pół godziny, a ich schronienie było gotowe. Zanim weszli do środka, Nadziejek wykrzyknął:

– Patrz, zapomnieliśmy o niebie, a ono już całe fioletowo-czerwone się zrobiło! I nas nie przygniotło.

Smutek podrapał się w nos i z nutką rezygnacji w głosie oznajmił:

– Ano nie.

– No co ty taki? To chyba nie powód do smutku?

 

W tym czasie Alojzy siedział w gabinecie lekarskim i obojętnym wzrokiem wpatrywał się w młodą panią doktor, która wykrzywiła usta, chrząknęła i bardzo poważnie powiedziała:

– Przykro mi, ale pana wyniki nie są najlepsze. To znaczy… musimy to jeszcze potwierdzić, ale podejrzewamy ziarnicę złośliwą, ale… – Lekarka przygryzła dolną wargę. – Na tym etapie przy zastosowaniu odpowiednich środków jest to choroba uleczalna.

– To jakiś rak, tak? I pani mówi, że mi to przejdzie? – Alojzy wybuchnął śmiechem.

Kobieta spojrzała na niego z niepokojem w oczach, po czym siląc się na przyjemny ton, oznajmiła:

– Ziarnica złośliwa to nowotwór układu limfatycznego, inaczej określany mianem chłoniaka Hodgina. Dziś jego wczesne rozpoznanie umożliwia wyleczenie nawet dziewięćdziesięciu procent chorych.

Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie docierało do niego to, co mówiła pani doktor. Wciąż chichotał niczym po wysłuchaniu dobrego kawału. Na chwilę zamilkł, popatrzył na wiszący na ścianie schemat układu krążenia i rozbawionym tonem zapytał:

– Ta choroba, ziarnica, tak? To ma coś wspólnego z paleniem papierosów?

Lekarka westchnęła.

– Raczej nie. Przyczyny choroby nie są jeszcze do końca znane. Rozpatruje się zakażenie wirusem Epsteina-Barr, który wywołuje mononukleozę zakaźną, jak również czynniki genetyczne – wyrecytowała kobieta, jakby wkuła na pamięć encyklopedię medyczną.

Alojzy ziewnął, po czym ponownie parsknął śmiechem.

– A zawsze myślałem, że umrę na raka płuc. Jakiś czas temu tak się przestraszyłam, że nawet fajki rzuciłem. I zdaniem córki depresja mi się wtedy pogłębiła. Ale teraz powiem pani, że mi wszystko jedno. Jak ziarnica to ziarnica.

Pani doktor zmarszczyła brwi, głęboko westchnęła i położyła dłoń na ramieniu pacjenta.

– Wszystko będzie dobrze.

– Pewnie, że będzie – zgodził się Alojzy.

– Wyciągniemy pana z tego.

Mężczyzna po powrocie do mieszkania rozsiadł się wygodnie w fotelu, po czym wyjął z szuflady paczkę marlboro, którą trzymał na tak zwaną czarną godzinę, i zapalił.

„Ach, teraz jak już mam raka, to przecież mi i tak nie zaszkodzi” – pomyślał.

 

III

 

Smutek z Nadziejkiem, jak tylko się obudzili, spostrzegli, że ich ceglany dom zniknął.

– Jak to? Co… Co się sta… stało? – wydukał z przerażeniem w oczach Smutek.

– Nie wiem – odparł kolega, po czym wzruszył ramionami. – Pewnie nasze schronienie rozpuściło się w powietrzu, bo go nie potrzebowaliśmy. Tak jak niedźwiedź opuszcza gawrę, kiedy słońce na dobre rozpanoszy się na niebie.

– Tylko to misie zostawiają swoje domy, a nie domy znikają… – Smutek wydawał się nie być usatysfakcjonowany wyjaśnieniem Nadziejka, który nic nie odpowiedział, a jedynie z rezygnacją machnął ręką.

– To, co teraz?

– Jak to co? Idziemy szukać przejścia! – wykrzyknął Nadziejek, po czym z niepokojem w głosie dodał: – Smutku, ty… ty zmieniłeś kolor. Już nie jesteś niebieski, tylko szary.

– Rzeczywiście. – W oczach Smutka zakręciły się łzy. – To dlatego, że tracę nadzieję na powrót.

Nadziejek podszedł do przyjaciela i mocno go uścisnął.

– Nie martw się. Wszystko będzie dobrze, bo po prostu nie ma innej opcji.

Wziął Smutka za rękę i ruszyli, jeden ze wzrokiem wbitym w lśniącą powierzchnię, a drugi z zadartą głową.

Tym razem zaledwie po kilku krokach ujrzeli maleńkie jezioro. Niewiele większe od kałuży. W sumie dla Nadziejka było to jezioro, a dla Smutka kałuża.

– To nie może być kałuża, bo woda w tym zbiorniku ma kolor błękitu. Taki śliczny, jakby ukradziony z bezchmurnego nieba – próbował przekonywać Nadziejek.

– Przecież tu wszędzie jest tak czysto, tak schludnie, tak sterylnie, że aż smutno i nawet kałuża ma inną naturę.

– Nieważne. Chce mi się pić – stwierdził Nadziejek, po czym nachylił się i zaczął chłeptać tajemniczy płyn.

Smutek złapał go za ramię i krzyknął:

– Co robisz, może to trucizna?

– Pyszne. Ach, od razu mi lepiej. Spróbuj. – Nadziejek przetarł dłonią usta. Przeciągnął się i usiadł.

– Nadziejku, ty zmieniasz kolor. Robisz się taki… taki seledynowy!

– Hmm… Rzeczywiście. I wiesz co, Smutku, czuję się też jakoś inaczej w środku.

– Inaczej?

– Tak, bardziej pozytywnie. Teraz już jestem pewien, że niedługo znajdziemy przejście.

Smutek spojrzał badawczo na przyjaciela, przyłożył mu do czoła łapkę, by sprawdzić, czy nie ma gorączki, westchnął i zbliżył wargi do kałużo-jeziora.

– Mhm… Wyśmienite. – Pił i pił, i pił. Aż w końcu nic już nie zostało. Poklepał się po brzuchu i spoczął obok Nadziejka, który wykrzyknął:

– Patrz, ty też! Och, ty znowu jesteś niebieski! Bardzo się cieszę, bo twój szary trochę mnie zmartwił.

 

Dokładnie w tym momencie, gdy Smutek i Nadziejek zmieniali swoje barwy, Alojzy dopalał papierosa. Już trzeciego w ostatniej godzinie.

– Mama pytała o ciebie – powiedziała siedząca naprzeciwko, drobna blondynka.

– Tak? To miło. Pozdrów ją ode mnie.

Kobieta podeszła do mężczyzny i wzięła go za rękę.

– Tato, dlaczego nie chcesz brać leków? Rozmawiałam z lekarką i jej zdaniem możesz się z tego wykaraskać nawet bez chemioterapii.

– Słoneczko, Natalko, ja się pogodziłem ze swoim losem. Ludzie na coś umierają. Czy warto walczyć z naturą, czy nie lepiej się jej poddać? Wiesz, ja już nie jestem smutny, czuję w sobie taką niesamowitą akceptację.

– Nie tęsknisz za mamą? Jeszcze miesiąc temu mówiłeś, że spróbujesz się z nią pogodzić.

Alojzy westchnął.

– Nie wiem. Widzisz, mi się już nic nie chce. – Mężczyzna podrapał się po nosie i sięgnął po kolejnego papierosa.

– Czemu tyle palisz? Ja… ja się przez ciebie wykończę! – krzyknęła nieoczekiwanie Natalia, po czym wybuchnęła płaczem. Po chwili się uspokoiła i spojrzała ojcu prosto w oczy. – Ty… jesteś jak kamień. Nie wiem, co ci się stało, ale uciekły z ciebie wszystkie emocje. Może… może… to jakaś forma depresji. Tato, może powinieneś porozmawiać z psychologiem? Przepraszam, że histeryzuję. Muszę być dla ciebie bardziej wyrozumiała, to w końcu ty jesteś chory, a nie ja.

– Natalko, skarbie. Nie przejmuj się mną, naprawdę. Co ma być, to będzie.

Kobieta spuściła głowę, ciężko odetchnęła i powiedziała ze smutkiem:

– Muszę iść, bo inaczej spóźnię się na zajęcia. Kocham cię. I proszę, zacznij brać leki.

Alojzy po wyjściu córki zrobił kawę, wyjął z szuflady drewniane szachy i zaczął grać sam ze sobą. Szach, mat. Wygrał i przegrał.

„Nieważne jak żyjemy, wszyscy kończymy tak samo” – pomyślał, po czym pstryknął paznokciem czarnego króla. Figura zachwiała się, ale nie przewróciła.

 

IV

 

– Zimno mi – powiedział Smutek.

– Mi też – odparł Nadziejek, mocno przytulił przyjaciela i oznajmił: – Cieplej.

– Cieplej – zgodził się Smutek. – Wiesz, odnoszę wrażenie, że krążymy w kółko.

– Dlaczego?

– Bo tu wszystko jest takie samo. To znaczy… nie mogę być tego na sto procent pewien, ale mam takie przeczucie, że byliśmy tu już wcześniej. Hmm… Nie wiem, jak ci wytłumaczyć, o co mi dokładnie chodzi.

– Rozumiem, co masz na myśli. Ponieważ nic tu nie ma, trudno jest powiedzieć, czy posuwamy się do przodu, czy ciągle wracamy do tego samego punktu… – powiedział Nadziejek, a po chwili namysłu dodał: – Nic tu nie ma poza nami, więc… jeden z nas musi zostać, a drugi iść.

W wielkich oczach Smutka zakręciły się łzy. Westchnął i drżącym głosem odparł:

– Nie sądzę, że to dobry pomysł. Jeśli nie masz racji i ta… ta planeta jest olbrzymia, to więcej się nie spotkamy.

– Musimy myśleć pozytywnie. Jeśli jeden z nas wróci do drugiego, to znaczy, że nie ma dłużej sensu nigdzie chodzić, tylko pozostaje nam czekać na ratunek. A jeśli, tak jak mówisz, znajdujemy się na ogromnej planecie, trzeba szukać przejścia i jak jeden z nas je znajdzie, to przyjdzie z pomocą drugiemu.

– Nie bardzo widzę w tym wszystkim sens. I niby, który z nas ma zostać, a który iść?

– Możesz wybrać. – Nadziejek poklepał Smutka po ramieniu. – Już nie marzniesz?

– Nie, bo się zdenerwowałem. To ja wolę… Sam nie wiem, co wolę. Chyba iść. Bo w ruchu będę mniej myślał, a zastanawianie się nad naszą sytuacją czyni mnie jedynie bardziej smutnym.

– Dobrze. To ja zostanę – zgodził się Nadziejek i otarł łezkę z policzka przyjaciela. – Powodzenia! Mam nadzieję, że znajdziesz przejście albo kogoś, kto nam je wskaże.

Smutek wysilił się na słaby uśmiech, przytulił współtowarzysza, odwrócił na pięcie i ruszył do przodu. Nadziejek usiadł na śliskiej powierzchni. Zrobiło mu się bardzo zimno i bardzo smutno. Pierwszy raz, od kiedy opuścili swój przytulny dom, poczuł łzy na policzkach i z niepokojem patrzył, jak jego barwa z seledynu wraca do koloru soczystej trawy.

 

Natalia już miała przekroczyć próg uczelni, gdy nagle poczuła, że świat wiruje. Przez chwilę nic nie widziała, a kiedy wróciła jej świadomość, spostrzegła, że znajduje się w malutkiej jaskini. Wszędzie było pełno pajęczyn, a po skalnych ścianach spływały strużki wody. Z przerażeniem rozglądała się wokół.

– Nie bój się. Nic ci nie zrobię i zaraz przerzucę z powrotem na uniwersytet, ale najpierw chciałbym o coś zapytać. A tak w ogóle mam na imię Bloduku. – Z jednej ze szczelin z trudem wygramolił się gruby chochlik.

Dziewczyna zmarszczyła czoło i nic nie odpowiedziała.

– Chcesz napić się ziołowej herbaty na odprężenie?

Natalia przytaknęła, a Bloduku z kieszeni wytartego surduta wyjął parujący dzbanek i dwie filiżanki.

– Proszę. Poczęstuj się. Tylko ostrożnie, bo gorące.

– Dziękuję. Cudownie pachnie.

– Więc, słoneczko, czy chciałabyś mnie o coś poprosić? Czuję, że jakaś nieprzyjemna myśl trapi twoją głowę.

Dziewczyna westchnęła, wzięła łyk herbaty i powiedziała:

– Martwię się o ojca. Jest chory, a odmawia przyjmowania leków. Tak jakby opanowała go rezygnacja, zwątpienie. Na niczym mu nie zależy. Chciałabym… chciałabym, żeby był taki jak kiedyś, żeby wróciła do niego nadzieja.

– Nadzieja? Tak, trudno żyć bez nadziei – podchwycił Bloduku. – Więc jeśli dobrze rozumiem, chciałbyś, żeby twój ojciec odzyskał nadzieję na wyzdrowienie?

– Nadzieję na wszystko. Na to, że zwycięży z nowotworem i na to, że pogodzi się z mamą. Wiesz, ja myślę, że oni wciąż się kochają.

– Dobrze, ale coś za coś.

– Co masz na myśli? – Natalia z niepokojem w oczach spojrzała na chochlika.

– Oddam mu nadzieję, ale wraz z nią smutek. Zgadzasz się?

Dziewczyna przez chwilę milczała, po czym przytaknęła.

 

V

 

Smutek szedł tak długo, że rozbolały go nogi. Był całkowicie szary, a z jego oczu wypłynęło tyle łez, że ciągnął się za nim niebieski strumyk.

– Muszę wracać – powiedział sam do siebie. – Muszę wracać do Nadziejka, bo… bo już straciłem wszelką nadzieję.

Zatrzymał się, rozmasował kolana i ruszył w przeciwną stronę. Krok za krokiem we własnych łzach. Oddychał coraz płycej i coraz słabiej widział. Nie wiedział, czy to on tracił wzrok, czy nad metalową powierzchnią unosiła się gęsta mgła.

Nadziejek w tym czasie tępo wpatrywał się w odbicie, powtarzając w myślach:

„Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze. Wszystko…”

Zielony stwór mrugnął dwa razy, głęboko odetchnął i przywalił pięścią w podłoże.

– A jak nie będzie?! – wykrzyknął i wtedy zobaczył na horyzoncie maleńką postać.

Jak oparzony skoczył na równe nogi i pobiegł w kierunku szarego kształtu. Gdy już upewnił się, że to jego przyjaciel, zaczął wrzeszczeć:

– Smutku! Smutku!

A podłużny twór odpowiedział mu równie donośnie:

– Nadziejku! Nadziejku!

Już prawie wpadali sobie w objęcia, gdy jakby po dotknięciu czarodziejskiej różdżki, obydwaj zniknęli.

Po chwili Smutek drżącym głosem zapytał:

– Gdzie my jesteśmy? Co to za miejsce?

Nadziejek podskoczył, klasnął i ucałował przyjaciela.

– W domu!

Smutek z lekkim niepokojem rozejrzał się wokół. Wąski pokój, pomalowane na żółto ściany, kanapa i lampa w kształcie księżyca.

– Nadziejku, jak ja się cieszę!

Dwa roześmiane do łez stworzonka zaczęły tańczyć, nie zważając na trzęsącą się podłogę i to, że przy każdym obrocie jedno z nich zawadzało o kant stolika. Gdy już z kroplami potu na czołach padły na kanapę, ulokowane po przeciwnych stronach podłużnego pomieszczenia drzwi jednocześnie się otworzyły.

– Witajcie! – Z uśmiechem na twarzy przywitał ich Wesołek.

– No, bo już myślałem, że będę musiał komuś przywalić – wycharczał Gniewek.

 

Tymczasem Alojzy obudził się wczesnym rankiem, przeciągnął, podreptał do łazienki i… uświadomił sobie, jakby tego wcześniej nie wiedział, że cierpi na nowotwór. Usiadł na brzegu wanny, ukrył twarz w dłoniach.

– Czy ja umrę? – zapytał sam siebie.

Kropla wody spłynęła po wężu od prysznica, żarówka zamigotała. Mężczyzna chrząknął i zaczął się zastanawiać, dlaczego nie bierze leków, przecież ta miła pani doktor powiedziała, że ma bardzo dużą szansę wyzdrowieć. I Natalia… Przypomniał sobie smutną twarz córki. Przecież Natalia go o to prosiła. Wrócił do sypialni, wyjął z szuflady paczkę marlboro i wyrzucił do kosza. Przygryzł dolną wargę.

„Tyle papierosów… Dlaczego?”

Włożył płaszcz i wyszedł na ulicę. Drzewa, budynki, płoty, słupy ogłoszeniowe. Kanciasty, szary, smutny świat. Nawet niebo było zachmurzone, jakby szykowało się do płaczu. Alojzy spuścił wzrok, westchnął, kopnął butelkę po koli. Depresyjna księżniczka ponownie dosiadła swego mustanga. W małym domku na wzgórzu pękła rura z zimną wodą. Wartki strumień porwał ze sobą tysiące pstrągów o pełnych rozpaczy oczach. I koń, i ryby galopowały w żałobie i żalu. Brr…

Mężczyzna włożył ręce do kieszeni. I mimo iż smutek ściskał mu gardło, dreptał do przychodni. Na krzaku pigwowca, tuż obok drzwi wejściowych, pojawił się pierwszy pąk. A w sercu Alojzego powoli zaczęła kiełkować nadzieja.

Koniec

Komentarze

Tytuł zapowiada bajkę, początek opowiadania jest bajką, śledzę bajkowe losy Smutka i Nadziejka i nagle, bez specjalnego zdziwienia konstatuję, że w charakterystyczny dla Ciebie sposób bajka zaczyna splatać się z życiem. Katio, nie wiem i nie mam zamiaru dociekać, jak to robisz, ale bardzo się cieszę, że Twoje opowiadania, choć mówią o zwykłych sprawach, są pełne niezwykłej magii.

 

– A nie mó­wi­łem? To cegły ma­gne­zy! Nie po­trze­bu­je­my do nich ce­men­tu. –> – A nie mó­wi­łem? To cegły ma­gne­sy! Nie po­trze­bu­je­my do nich ce­men­tu.

 

To zna­czy…, nie mogę być tego na sto pro­cent pe­wien… –> Po wielokropku nie stawiamy przecinka.

 

czy cia­gle wra­ca­my do tego sa­me­go punk­tu… –> Literówka.

 

„Wszyst­ko bę­dzie do­brze. Wszyst­ko bę­dzie do­brze. Wszyst­ko…”. –> Po wielokropku nie stawia się kropki, więc ostatnia kropka jest zbędna.

 

Dwa ro­ze­śmia­ne do łez stwo­rzon­ka za­czę­ły tań­czyć […] Gdy już z kro­pla­mi potu na czo­łach padli na ka­na­pę… –> Piszesz o stworzonkach, a te są rodzaju nijakiego, więc: Gdy, już z kro­pla­mi potu na czo­łach, padły na ka­na­pę

 

– Wi­taj­cie! – Z uśmie­chem na twa­rzy przy­wiał ich We­so­łek. –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cóż, skojarzenia z "W głowie się nie mieści", pojawiają się oczywiście od razu. Z jednej strony to dobrze, bo pomysł personifikacji emocji jest niezwykle nośny. Z drugiej nie do końca dobrze, bo nieuchronnie porównuję. A mimo, ze Twój tekst jest jednak o czymś innym, pozostaje wrażenie pewnego… Niedosytu. Jakby z pomysłu można było wyciągnąć więcej. Namalować dużo bardziej złożony obraz.

Ale nie narzekam, bo, jak napisała Reg, znakomicie łączysz baśniowość z życiem. Jedno i drugie naturalnie się przenika i wpływa na siebie. To fajne.

Nie bardzo rozumiem co prawda postać Bloduku. Skąd się wziął? Dlaczego zainteresował się emocjami właśnie Alojzego? Dlaczego potem tak bez "niczego" (zachęty, prośby, zaplaty?) odkręcił sytuację? 

No a le, jak mówiłem, nie narzekam, bo tekst, jak zwykle, bardzo dobry. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Pozwolę sobie wtrącić swoje cztery grosze.

Czytając historię, ma się wrażenie, że elf skacze po minorowej skali fortepianu, wydobywając zeń dźwięki tyleż delikatne, co skłaniające do zastanowienia.

Do tej pory myślałem, że nadzieja rozprasza (anihiluje) smutek i to po jej stronie jest moc:)

 

Po tym, jak Regulatorzy spojrzeli na tekst, trudno napisać coś mądrego. Jednak:

“Masz ochotę zagrać partyjkę w szachy?” – lubię szachy, ale nigdy nie przyszłaby mi do głowy taka konstrukcja. Raczej: “Masz ochotę na partyjkę szachów?” lub “Co powiesz na partyjkę szachów?”

“– Mama się o ciebie pytała”. 

Czy nie lepiej brzmiałoby: – Mama pytała o ciebie?

 

Ale to tylko luźne i powierzchowne uwagi. Nie przejmuj się nimi.

Dziękuję za ładną historię.

Reg – ​dziękuję bardzo za przeczytanie, wyłapanie błędów (wszystkie poprawiałam :)) i klik do biblioteki. I bardzo mi miło, ze opowiadanie Ci się spodobało :) 

 

Thargone – Bloduku miał być chochlikiem, który czasem lubi wskoczyć do czyjegoś życia i dla zabawy trochę namieszać… A tekst napisałam dla odprężenia po dwóch ostatnich, więc pewnie jakiś szczególnie ambitny nie jest :)

 

Cornelius – ​dzięki za uwagi – ​skorygowałam :) Miło mi, ze historia Ci się spodobała :)

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę udanego wieczoru :)

Trochę sentymentalne, ale ładne. Spodobał mi się pomysł na bohaterów. Ładnie pojechałaś z ich symbolicznymi kolorami. I jeszcze się zmieniały.

Napisane w porządku, nawet przecinki jakoś mi się nie rzucały w oczy. Może są we właściwych miejscach.

Babska logika rządzi!

Finkla – ​bardzo się cieszę tekst, mimo iż zdaję sobie sprawę, że nie do końca jest w Twoim guście, trochę Ci się spodobał :) A z przecinkami walczę… Chyba się bardziej na nich koncentruje niż na treści, co może się źle skończyć…

 

Miłej niedzieli :)

Oj tam, najwyżej dostaniemy zbiór pięknie postawionych przecinków z treścią bez sensu. Wszystkiego trzeba spróbować. ;-)

Babska logika rządzi!

:):):)

Katiu, jak widzę, że dodałaś kolejne opowiadanie, to wiem, że przeczytam je z przyjemnością i zainteresowaniem. Tak było również tym razem. Bardzo ładna, klimatyczna historia i pomimo tego, że brakowało mi pewnych wyjaśnień, o których już wspomniał Thargone, to i tak jestem zadowolona z lektury.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Dziękuję bardzo AQQ, za przeczytanie i pozytywny komentarz :) Cieszę się, że mimo pewnych niedomówień, jesteś zadowolona z lektury :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego wieczoru :)

 

Mam mieszane uczucia.

Czytało się przyjemnie – na pewno ciekawa realizacja pomysłu. Smutek i Nadziejek fajnie wykreowani, pobyt w nieznanym świecie na pewno interesujący. No i jedna z największych zalet (zaraz obok emocji-bohaterów) – dobrze splecione fragmenty rzeczywiste z fantastycznymi.

Ale właśnie – sama historia. Jak dla mnie nie ma w niej nic szczególnego. Jest zwyczajnie za prosta, wręcz banalna. Tutaj można było spróbować bardziej pokombinować z samym planem wydarzeń.

Ogólne wrażenie: przyjemnie spędzona chwila przy lekturze, jednak zaprezentowana historia troszkę mnie zawiodła.

 

Ale dzisiaj… Dzisiaj świat się zmienił. Nie był szary ani czarny, ani żółty, czy różowy. Był nijaki.

Może nie mam racji ale… czy “szary” to nie mniej więcej to samo co “nijaki”?

– Nadziejku, ty zmienisz kolor. Robisz się taki… taki seledynowy!

Literówka: zmieniasz.

Gdy nie masz racji i ta… ta planeta jest olbrzymia, to więcej się nie spotkamy.

Mam wrażenie, że lepiej byłoby zacząć zdanie od „jeżeli”/”jeśli”.

– Nie bardzo widzę w tym wszystkim sens i niby, który z nas ma zostać, a który iść?

Kropka przed „i” zdecydowanie by się przydała. Jakby nie patrzeć, pokazane są tutaj dwie odrębne myśli.

Przez chwilę nic nie wdziała,

Literówka.

Szczerze powiedziawszy, opowiadanie nie trafiło do mnie jakoś szczególnie.

Podoba mi się styl, bardzo zgrabny i naturalny, dzięki czemu czytając tekst “płynie” się przez opowieść. Niestety sama historia mnie nie urzekła, nie czułem się też zaczarowany miejscowym baśniowym klimatem. Fragmenty ze “Smutkiem” i “Nadziejkiem” za bardzo pachniały mi pewnym słynnym brazylijskim pisarzem i filozofem. Ale fajnie, że napisałaś coś w luźniejszym klimacie!

 

Pozdrawiam!

Jak Thargone miałem skojarzenia z filmem “W głowie się nie mieści”.

Bardzo ładnie wyszło połączenie baśniowego ujęcia emocji z życiem Alojzego. Jak zawsze u Ciebie, pięknie prezentujesz emocje postaci. Też miałbym pytania o Bloduku – powiem szczerze, że po przeczytaniu całości kompletnie wyleciał mi z głowy.

Podsumowując: ładny koncert fajerwerków, na pewno godzien klika :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Perrux – ​dziękuję za odwiedziny i komentarz, odnośnie historii, przyznam szczerze, że umyślnie jej nie komplikowałam, ale może był to błąd… Dziękuję za wyłapanie błędów – zaraz poprawiam.

 

Arkkev – ​chyba, niestety lepiej mi wychodzą ponure teksty…

 

NoWhereMan – ​dziękuję bardzo za przeczytanie, cieszę się, że tekst się w miarę spodobał i oczywiście dzięki za punkcik :)

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i miłego poniedziałku :)

Wczoraj, kiedy pisałam komentarz, zupełnie zapomniałam o zgłoszeniu do biblioteki, bo to opowiadanie z całą pewnością na to zasługuje.

Dodam jeszcze, że ja akurat lubię proste historie, nawet jeśli nie są to pierogi ze serem. ;)

Pomysł nienowy, ale historia podana w ładny, wręcz baśniowy sposób. Podobało mi się ;)

chyba, niestety lepiej mi wychodzą ponure teksty…

Ja bym na Twoim miejscu nie rezygnował ;) Czasami naprawdę warto napisać coś pozytywnego. Niech Twoja twórczość pokaże, że nie jesteś typowym Smutkiem, ale masz też coś z Nadziejka.

AQQ – ​bardzo dziękuję :) U mnie różnie… Kolejny tekst niestety trochę ciężki, ale taki miałam nastrój…

 

Suzari – bardzo się cieszę :)

 

Perrux – Oj, mam, mam… Chyba nawet więcej z Nadziejka niż ze Smutka :) Przynajmniej jako osoba, nie autorka ;)

Nie tylko ja mam skojarzenia z kreskówkami… Tekst świadczy o wrażliwości na ludzkie cierpienie, ale język, zwłaszcza w dialogach, jest nienaturalny. No, i skąd ten chochlik? Chodzi o to, że trzeba uderzyć w dno, żeby się odbić?

Nie będę się czepiać wszystkich niezręczności językowych, wytknę Ci tylko błąd merytoryczny – wirus nazywa się Epsteina-Barr, ponieważ Barr była kobietą.

Nadzieja była na samym dnie puszki Pandory…

Nie ma mnie - wrócę, kiedy wrócę.

Tarnina – dziękuję bardzo za przeczytanie i korektę nazwy wirusa… I oczywiście zdaję sobie sprawę, że opowiadaniu daleko do doskonałości zarówno pod względem języka jak i treści :( Ale… Hm… Będę nad tym pracować :)

Pozdrawiam serdecznie. 

Bardzo przyjemny tekst, ciepły. Nie kupuję tylko chochlika, a szczególnie sceny, w której objawia się córce. Z punktu widzenia chochlika zrobił beznadziejny interes, a więc i dla mnie pojawia się pewien zgrzyt, bo po co zabierał, żeby oddawać?

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Fajnie, że próbujesz łagodniejszych tematów. Jak zwykle pomysł oryginalny, tym to już mnie nie zaskoczysz. Tylko takich się spodziewam. :)

Trochę mi nie pasował ten Smutek i Nadziejek do starego capa, Alojzego. Tak kobieco, a nawet bardziej dziecięco brzmieli, ale dzięki temu wyszedł dobry kontrast. Samo postępowanie Alojzego prostolinijne, nie wiem czy nie za bardzo, przez co traci on na wiarygodności.

Porządnie napisane, to już staje się u Ciebie normą.

Skull – ​dziękuję za wizytę i komentarz. A odnośnie Chochlika to chyba zdecydowanie najsłabszy punkt opowiadania…

 

Darcon – ​dziękuję za przeczytanie,miłe słowa i punkcik do bliblioteki. To takie opowiadanko na rozluźnienie, bo następne znowu ciężkie i niestety jakieś długie się szykuje… :)

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :)

Cegły nie są sześcianami :) A jeśli takie się przydarzyły, to warto zaznaczyć… ;) 

 

"No w głowie się nie mieści" skąd tak znakomity pomysł na oryginalnych bohaterów :) 

 

Mimo tego, ciekawe i, kolejny raz dobrze napisane. Chciałbym tak pisać bez usterek :) 

Niemniej po zastosowaniu "brzytwy", pozostaje nam chory człowiek, który nie chce się leczyć, córka. Zatem nic fantastycznego. 

Gdybym miał optować, kto stoi za opowiadaniem, rzekłbym Smutek, Nadziejek tylko opublikował :) 

 

 

 

 

 

Fantastyczny Panie Lisie i znowu wychodzi, że byłam beznadziejna z geometrii… I szczerze pisząc, nie oglądałam “W głowie się nie mieści”​… Jakkolwiek personifikacja emocji nie jest zbyt oryginalnym pomysłem… A usterki zostały skorygowane przez innych użytkowników… Mm… I kolejny tekst pisze Smutek i Smutek opublikuje :(

Pozdrawiam serdecznie :)

I szczerze pisząc, nie oglądałam “W głowie się nie mieści”… Jakkolwiek personifikacja emocji nie jest zbyt oryginalnym pomysłem…

Aha. To dobry film. Cieszę się, że przynajmniej wiesz, o czym jest ;) 

Skoro jest Nadziejek, to może zamiast "Smętek"? Lub lepiej raczej "Nadziejka I Smętek" tak lepiej chyba dla dobrego opowiadania z pewnego punktu widzenia :) 

 

Nadziejka i Smętek… Już nie będę zmieniać, bo trochę za dużo pracy, a ja już mam w głowie inną historię, ale Nadziejka i Smętek… – bardzo mi się podoba :)

Dobrej nocy :)

Nadziejka – nic na to nie poradzę, ale zobaczyłam porcję pysznego farszu, tak w sam raz do jednego kurczaka. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I teraz będę musiała coś zjeść ;)

Ale niedużo, tylko jakiś mały kęs, Katio, bo już późno. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Malutki :) Bo zaraz kładę się spać :) I życzę wszystkim kolorowych snów… Dobranoc :)

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

Dzięki Anet :):):) Kolorowych snów :)

Nowa Fantastyka