- Opowiadanie: katia72 - Tramwaj numer dwadzieścia trzy

Tramwaj numer dwadzieścia trzy

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Tramwaj numer dwadzieścia trzy

I. Bemowo

 

Jeszcze tylko łazienka, na wannie wciąż widoczne były zacieki, a róg lustra dekorowała mała plama po paście do zębów. Takiej specjalnej, dla osób o nadwrażliwych dziąsłach. I książki na półce w salonie. Chciała je uporządkować od najmniejszej do największej, a te tej samej wielkości, według koloru. Od czerwieni do fioletu, tak jak barwy tęczy. Założyła fartuch, wzięła do ręki ścierkę i zaczęła szorować rdzawe ścieżki wokół kurka z ciepłą wodą. Jak ostatni raz brała kąpiel układały się one w jej głowie na kształt chudej kobiety bez prawej nogi. W powietrzu unosił się zapach środka czyszczącego. Weronice zakręciło się w nosie. Kichnęła.

„Biblia”, „Psychologia ogólna”, „Medycyna naturalna”, „Dieta cud”… I „Wikingowie”, twarda oprawa i taki nie do końca określony kolor, fioletowy z przebijającą żółcią. Chyba jednak fioletowy dominował. Postawiła książkę jako ostatnią na dolnej półce. To matka kupiła ją ojcu na czterdzieste ósme urodziny. Dziwny prezent, przecież on nawet nie czytał książek. Oglądał tylko filmy i czasem wiadomości sportowe.

Pięć dni temu rodzice Weroniki pojechali na urlop do Grecji. Wynajęli tam toyotę aygo i zwiedzali Ateny, i Kalambakę, i Olimp, i… Ona nie chciała im towarzyszyć. Potrzebowała trochę czasu dla siebie, by popatrzeć w lustro i pogadać z własnym odbiciem:

– Cześć Wronka. Jak się masz?

– Źle. Źle. Zawsze źle. Dzisiaj, i wczoraj, i miesiąc wcześniej, i jak miałam piętnaście lat, i dziesięć, i pewnie jak jeszcze nie umiałam mówić.

Dziewczyna rozejrzała się wokół i uśmiechnęła. Lśniące okna, odkurzony dywan, powycierane stoły, książki w szeregach jak żołnierze podczas musztry. To samo w sypialni rodziców, i u niej w pokoju, i w gabinecie ojca, kuchni, łazience i przedpokoju. Porządek. W życiu ważny jest porządek. Powiedziała cicho sama do siebie:

– Ordnung muss sein.

Lubiła niemiecki bardziej od angielskiego. Taki twardy, logiczny język, z przejrzystymi regułami.

Spojrzała na zegarek – ósma piętnaście. Założyła czarną, długą sukienkę, którą miała na sobie ostatni raz na Sylwestra. Upięła włosy w kok. Wyjrzała przez okno. Bezchmurne niebo, pozbawione liści akacje, i trzy dziewczynki lepiące bałwana. Wolnym krokiem skierowała się w stronę kuchni. Wyjęła opakowanie tabletek nasennych i dwie paczki z pigułkami przeciwbólowymi. Weszła do pokoju. Położyła leki na biurku. Przyniosła szklankę wody, po czym usiadła na obrotowym krześle ze wsparciem w okolicy lędźwiowej, otworzyła pudełko z wizerunkiem księżyca i słodko śpiącej kobiety i…

Dokładnie w tym momencie rozległ się na korytarzu dzwonek telefonu.

Weronika przygryzła dolną wargę i powoli poszła w stronę wrzeszczącego aparatu.

– Halo?

– Weronika? – Po drugiej stronie słuchawki usłyszała miły, kobiecy głos.

– Tak. Z kim rozmawiam?

– Z ciocią Alicją. Jestem teraz u twojej babci. Niestety źle się czuje i prosiła, bym do ciebie zadzwoniła. Mogłabyś do nas przyjechać, ona chciała ci powiedzieć o czymś ważnym.

– Ciocia Alicja?

– Tak, wiem, że mnie nie znasz. Przebywałam do tej pory zagranicą. We Włoszech. Przyjechałam tylko na chwilę. Niecały tydzień.

– Co się dzieje z babcią? Może powinnyśmy ją zabrać do szpitala? Czy to coś poważnego?

– Nie, nie, szpital nie jest konieczny, ale bardzo prosiła, żebyś przyjechała.

– Dobrze, już się ubieram. Powinnam być… Nie wiem, myślę, że do godziny.

– Do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

 

II. Dżdżownica

 

Weronika szybko przebrała się i pobiegła na przystanek tramwajowy. Linia numer dwadzieścia trzy łącząca Bemowo z Pragą Północ, a konkretnie Nowe Bemowo z ulicą Czynszową. Miała do przejechania prawie całą trasę, dwadzieścia dwa starty i dwadzieścia dwa zatrzymania. Oprócz niej czekały jeszcze dwie osoby. Starszy mężczyzna z papierosem w ustach i nastolatek z słuchawkami na uszach. Pierwszy wpatrzony w błękitne niebo, a drugi w czuby powycieranych glanów. Weronika przestępowała z nogi na nogę. Minus dwanaście stopni Celsjusza. Spojrzała na zegarek, zgrzytając zębami z zimna. Dziesięć minut. Dziesięć minut, w trakcie których zdołała dostać kataru i poczuć, że jej dłonie drętwieją.

Poobklejany reklamami tramwaj zatrzymał się z piskiem. Wysiadły z niego dwie kobiety i matka z dzieckiem przypiętym szelkami do piersi. Weronika zajęła pojedyncze miejsce w pierwszym wagonie, tuż obok kasownika. Nastolatek usiadł krzesło przed nią. Prawdopodobnie głośność w telefonie miał ustawioną na maksimum, bo mimo różnego rodzaju hałasów dobiegających do jej uszu, wyraźnie słyszała głos Eminema. Przypomniała sobie teledysk, w którym raper patrzy na szarą ulicę przez tonącą w smugach deszczu szybę. Szarzy ludzie, szare budynki, szare marzenia.

Tramwaj sunął naprzód, ale zanim się rozpędził, już musiał zwalniać. Ludzie wysiadali i wsiadali. Niby inni, ale w pewnym sensie tacy sami. Ona przecież i tak ich nie znała. Pojawiające się i znikające cienie. Na Młynarskiej podniósł się z siedzenia chłopak w glanach, po czym zniknął za warzywniakiem, a wraz z nim głos Eminema.

Jeszcze tylko Park Praski i Dworzec Wileński. Babcia mieszkała na Kijowskiej w długim na ponad pół kilometra bloku, zwanym Mrówkowcem, Tasiemcem, Jamnikiem bądź Deską. Weronika określała go mianem Dżdżownicy. Lubiła nadawać rzeczom swoje własne nazwy. Siódma klatka, trzecie piętro. Przeskakiwała po dwa schodki, by szybciej dostać się na górę. Dzwonek już od ponad trzech miesięcy nie działał. Puk, puk, puk.

Drzwi otworzyły się powoli, nieprzyjemnie przy tym skrzypiąc.

– Wejdź. – Starsza kobieta, ubrana w sukienkę jak sprzed czterdziestu lat, uśmiechnęła się szeroko.

– Dzień dobry. Gdzie jest babcia? – Weronika pospiesznie zdjęła płaszcz i buty.

– Z babcią wszystko w porządku. Poszła poplotkować do koleżanki klatkę obok.

Weronika zrobiła minę jakby zobaczyła świnię o dwóch głowach i psim ogonie. Po chwili milczenia wydukała:

– Jak to? Przecież…

– Tak, wiem. Po prostu bardzo chciałam cię zobaczyć. Dużo o tobie słyszałam. Same pozytywne rzeczy. I tak… Tak, nie wiedziałam jak cię tu ściągnąć. – Kobieta położyła drżącą, pomarszczoną dłoń na ramieniu dziewczyny, spuściła wzrok. – Bardzo przepraszam, nie miałam zamiaru cię przestraszyć.

Weronika zacisnęła usta i nic nie odpowiedziała. Czuła wzbierającą w niej z sekundy na sekundę złość.

– Zmarzłaś. Zrobię ci herbatę z sokiem malinowym. Chodź, usiądź sobie wygodnie. Tego roku zima daje się we znaki, ale wiesz, to dobrze. Mróz wybije wszystkie zarazki i bakterie.

Dziewczyna przycupnęła na skraju skórzanego fotela, siląc się na krzywy uśmiech. Ciotka zniknęła w malutkiej, podłużnej kuchni, a Weronika usilnie starała się przypomnieć sobie jej imię. Agata, Alina, Aneta, Arleta…

– Alicja. – Kobieta postawiła na szklanym stoliku parujący kubek w azteckie wzory. – Alicja Kozdłubkowska.

– Weronika Więzek. – Dziewczyna podniosła się i wyciągnęła w stronę ciotki drobną dłoń, jednocześnie zastanawiając się, czy tajemnicza Alicja potrafi czytać w myślach.

– Tak, tak, wiem. Podwójne „W”. Ładnie by twoje inicjały wyglądały wyhaftowane na chusteczce.

Weronika wypiła łyk herbaty i pomyślała, że nie ma pojęcia, o czym ta kobieta, Alicja bredzi. Jaka chusteczka? I jakie inicjały?

– Masz teraz ferie? Zapomniałam, co studiujesz.

– Psychologię, piąty rok. Prawie nie mam zajęć. W przyszłym semestrze tylko trzy wykłady, żadnych ćwiczeń. To… To dlaczego chciała się ciocia ze mną zobaczyć?

– Mów mi na ty. Poczuję się młodsza. – Alicja roześmiała się. – Po prostu chciałam cię poznać. Mam nadzieję, że w niczym ci nie przeszkodziłam?

Weronika zmarszczyła czoło i niepewnym głosem odpowiedziała:

– Nie.

– Twoi rodzice pojechali do Grecji? Jak im mija urlop?

– Dobrze. Tam przynajmniej jest cieplej niż tutaj. – Weronika objęła dłońmi wciąż gorący kubek. – We Włoszech zimy też są łagodniejsze. Prawda?

Ciotka pokiwała głową i ożywionym głosem zapytała:

– Wiesz co? Nie miałabyś ochoty iść ze mną do „Rusałki” na leniwe pierogi i szpinak na słodko? To cud, że ten bar ciągle istnieje. Wpadałam tam na śniadania jak byłam w twoim wieku.

Weronika skrzywiła się i nadąsanym tonem, trochę jak mała dziewczynka, oznajmiła:

– Nie lubię szpinaku.

Alicja znowu się roześmiała.

– Ten pokochasz. Chodź. To niecałe dwadzieścia minut stąd.

 

III. „Rusałka”

 

„Rusałka”, bar mleczny na ulicy Floriańskiej. Lokal wyglądał jakby czas się dla niego zatrzymał. Na ścianach królowała tak modna w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku boazeria. Pani przy kasie obok okienka „Zwrot naczyń” miała na sobie granatową, za obcisłą w piersiach marynarkę i białą bluzkę z półokrągłym kołnierzykiem. Jak tylko Weronika i Alicja pojawiły się w zasięgu jej wzroku przyjaźnie się do nich uśmiechnęła.

Stoły przykryte zielonymi obrusami, krzesła wykonane z plastiku, a zamiast solniczki i pieprzniczki opakowania po twarogu. Weronika poczuła się tu trochę nieswojo. W barze mlecznym zdarzyło się jej jeść zaledwie parę razy w życiu. Na pierwszym roku studiów z koleżanką, mieszkającą w akademiku na Zamenhofa, wpadały do Baru Gdańskiego na omlety z pieczarkami. Ale tamten bar, mimo wszystko, wyglądał dużo mniej klimatycznie niż „Rusałka”.

Kobiety, o mocno zaczerwienionych z zimna nosach, usiadły przy oknie. Weronika wyjrzała na zewnątrz. Alicja wstała, złożyła zamówienie i wróciła z dwoma porcelanowymi kubkami czarnej kawy.

– Proszę. Urocze miejsce, nieprawdaż?

Dziewczyna przytaknęła, a Alicja sięgnęła do staromodnej torby i wyjęła z niej plik fotografii. Podała pierwszą z nich Weronice, mówiąc:

– To mój mąż.

Na zdjęciu widniał mężczyzna, w okularach, z lekko zaokrąglonym brzuchem. Jego czarne włosy przyprószone były siwizną. W jednej ręce trzymał gazetę, a w drugiej fajkę.

– Poznaliśmy się na studiach – dodała po chwili Alicja.

Weronika przełknęła ślinę i zapytała:

– To jak długo już ze sobą jesteście?

Alicja zrobiła rozmarzoną minę, wsypała do kawy dwie łyżeczki cukru i odpowiedziała:

– Trzydzieści osiem lat. A po ślubie trzydzieści pięć. W kwietniu ubiegłego roku obchodziliśmy koralową rocznicę. A ty masz chłopaka albo narzeczonego?

– Nie.

– Dlaczego? Taka ładna dziewczyna.

– Nie wiem. Chyba jeszcze do tego nie dojrzałam. Czasami trudno mi wytrzymać samej ze sobą, a co dopiero z drugim człowiekiem, i to mężczyzną.

– Tak… – Alicja uśmiechnęła się, wzięła fotografię męża i pogłaskała go opuszką po nosie. – Z nimi czasem ciężko.

– Ciągle go kochasz?

– Wiesz, różnie bywało, ale tak między nami, nie wyobrażam sobie życia bez Bogdana.

– Macie dzieci?

Alicja wskazała na kolejne zdjęcie.

– Robert i Elżbieta. Trzydzieści jeden i dwadzieścia dziewięć lat. 

Wysoki brunet w koszulce polo z delikatnym zarostem i szczuplutka blondynka w mini sukience. Roześmiani, szczęśliwi, wpatrzeni w błękit nieba.

– Robert ma już dwóch synów, a Ela córkę. A ty? Chciałabyś mieć dzieci? – zapyta Alicja.

Weronika wzruszyła ramionami, upiła łyk kawy, westchnęła.

– Nie wiem. Czasem jak patrzę na ulicy na takiego niemowlaka w wózku… To… To czasem czuję, że też bym… Ale nie wiem. To takie biologiczne. Psychicznie, życie… Życie mnie przygniata. Myślę, że nie byłabym dobrą matką. I niby z kim miałabym mieć te dzieci?

Dziewczyna spojrzała na następną fotografię, czarno-białą. Młoda Alicja, na kolanach z chłopcem i młody Bogdan z wystrojonym w śpiochy bobasem, zapewne małą Elą. Weronika zatoczyła palcem kółko na miejscami mocno powycieranym obrusie.

Alicja podrapała się po podbródku, poprawiła sukienkę i powiedziała:

– Czemu w tobie tak dużo pesymizmu? – Wzięła Weronikę za rękę, spojrzała jej głęboko w oczy. – Ej, rozchmurz się. Przed tobą całe życie. Trzeba cieszyć się każdą chwilą.

Dziewczyna nic nie odpowiedziała, przygryzła jedynie dolną wargę, tak mocno, że poczuła w ustach krew. Alicja głęboko odetchnęła i trochę zrezygnowanym tonem oznajmiła:

– Dobrze, nie będę ci już więcej zabierać czasu. Mam tylko taką małą prośbę. Wiesz, muszę załatwić coś w banku, a z racji mojego wieku… Wolałabym, żeby był ze mną ktoś młodszy. To bank w centrum. Po drodze do ciebie.

 

IV. Rotunda

 

Tramwaj dwadzieścia trzy. Na wyświetlaczu widniała godzina jedenasta pięćdziesiąt sześć. Usiadły tuż za motorniczym. Weronika ze spuszczoną głową wpatrywała się w błoto na tramwajowej podłodze, machała nogami. Alicja obserwowała przez okno uciekające budynki, żywopłoty, ludzi i samochody, które pędziły w przeciwnym kierunku. Wszystko się przesuwa, aż do pewnego momentu. Aż do momentu, w którym pęka szyba, w którym z drzewa spada ostatni liść, w którym na zawsze wysycha rzeka.

Stop. Metro Ratusz Arsenał. Szybka przesiadka do piętnastki, cztery minuty i Warszawa Centrum. Z tramwaju wysiedli prawie wszyscy pasażerowie. Na końcu Alicja z Weroniką. Szczypiący w policzki mróz, a po chwili zaduch zatłoczonego, podziemnego pasażu.

– Do którego banku idziemy? – zapytała dziewczyna zatrzymując się przy witrynie z płaszczami.

– Do tego w Rotundzie.

– Nie wiedziałam, że już skończyli go budować.

– Został otworzony tydzień temu.

Szybkim krokiem wspięły się po schodach. Zimno, a potem znowu ciepło. W hali banku harmider. Kilkuosobowe kolejki do wszystkich okienek.

– Przepraszam, muszę iść do toalety – powiedziała ciotka, po czym zaczęła się rozglądać za strzałką do WC.

– Oki. – Weronika stanęła za staruszkiem w długim, szarym płaszczu.

Alicja zniknęła z pola widzenia Weroniki, zegar na ścianie pokazał dwunastą trzydzieści siedem i wtedy…

Huk jak przy wybuchu bomby. Dziewczyna wraz z podłogą uniosła się w górę, a przed sobą ujrzała betonowy deszcz. Po chwili opadła w dół, a wraz z nią sufit, szyby, ściany. Leżała przygnieciona gruzem. Nie była w stanie się ruszyć, czuła przeraźliwy ból w prawej nodze zablokowanej między głazami. Po jej czole, twarzy i szyi spływała krew. Nic nie widziała, a do jej uszu dobiegało jedynie kapanie wody. Kap, kap, kap. Cisza. Kap, kap, kap. Cisza. I to chyba cisza była gorsza. Cisza mogła oznaczać śmierć, koniec, skok w przepaść, a Weronika nagle za wszelką cenę zapragnęła żyć. Nawet bez nóg, nawet jeśli byłaby w stanie poruszać się jedynie na wózku inwalidzkim. Chciała żyć. Zaczęła się modlić, mimo iż już od paru lat wątpiła, że Bóg istnieje.

– Boże, Boże, proszę uratuj mnie, wyciągnij na powierzchnię. Chcę znowu zobaczyć niebo i poczuć śnieg na policzkach. Proszę, proszę, proszę… Błagam…

Ziemia zaczęła się osuwać. Weronika czuła, że zapada się coraz głębiej i głębiej. W dół, w ciemność, w nicość, w nieistnienie.

Nagle poczuła czyjąś rękę na ramieniu.

– Proszę pani?! Halo? Czy nic się pani nie stało?

Weronika otworzyła oczy i ujrzała nad sobą twarz młodej kobiety.

– Gdzie… – Rozejrzała się wokół. Wszystko było na miejscu, ściany, szyby, ludzie w kolejce, kasjerki w okienkach.

– Pani zemdlała. Proszę, proszę. Powoli, niech pani usiądzie. Przyniosę wody. – Blondynka w bankowym uniformie usadziła Weronikę na kanapie w rogu hali. – Lepiej się pani czuje? Czy może powinnam zadzwonić po pogotowie?

– Nie, nie trzeba. – Weronika odetchnęła głęboko, dotknęła dłonią prawej nogi. To tylko stłuczenie, niewielki siniak. – Chyba za mało zjadłam na śniadanie. Mam batonika w torebce. Przepraszam za kłopot.

– Ależ nie ma za co. Na pewno nie potrzebuje pani lekarza?

– Nie, nie. Wszystko ze mną dobrze. Naprawdę.

Weronika wypiła szklankę wody, zjadła batona z orzechami i wstała w poszukiwaniu ciotki. Dziwne, że jeszcze nie wróciła z toalety. Dziewczyna najpierw okrążyła parę razy halę, a następnie skręciła w stronę damskiego WC. Nie spotkała nikogo przy umywalkach, kabiny również były puste. Wróciła do głównej sali, podeszła do okienka informacyjnego i zapytała:

– Przepraszam, czy nie zgłosiła się tutaj taka starsza pani? Włosy zafarbowane na brązowo, krótkie. Niewysoka, w takiej trochę staromodnej sukience… Może pytała o mnie? O Weronikę?

– Nie. Nikogo takiego tu nie było.

Weronika westchnęła.

– A czy… Czy dało by się ją jakoś wezwać? To starsza kobieta. Może gdzieś zabłądziła.

– Jak się nazywa?

– Alicja… Alicja Kozdłubkowska.

– Proszę chwileczkę poczekać. – Kobieta podeszła do mikrofonu. Trzykrotnie poprosiła panią Kozdłubkowską o zgłoszenie się do punktu informacyjnego. Bezskutecznie. Po pięciu minutach powtórzyła próbę, ponownie bez oczekiwanych rezultatów.

Weronika spuściła głowę i wolnym krokiem skierowała się do wyjścia. Podreptała na przystanek. Tramwaj numer piętnaście, przesiadka, tramwaj numer dwadzieścia trzy, nie w stronę Bemowa, tylko ponownie na Pragę Północ. Dżdżownica, siódma klatka, trzecie piętro. Otworzyła jej babcia.

– Alicja wróciła?

– Kto?

– Ciocia Alicja z Włoch.

Babcia spojrzała podejrzliwie na wnuczkę, po czym powiedziała:

– O czym ty mówisz dziecko? Ciotka Alicja nie żyje. Zginęła podczas wybuchu gazu w Rotundzie, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym dziewiątym. Była w twoim wieku.

 

Koniec

Komentarze

To jest ten cukierkowy tekst, tak? :-) 

Ale powoli.

Moja pamięć miewa własne zdanie w wielu kwestiach, nie jestem w stanie jej do niczego zmusić. Nie będę więc brał niczego za pewnik, ale gdzieś dzwoni mi nazwisko Kozdłubkowska, Rotunda, oraz ciotka Alicja… Ale może coś mi się miesza. Mniejsza. 

Tak czy owak – znakomita postać Weroniki. Jej "nieprzystawanie" do życia, ciągłe wrażenie, że coś jest źle, mimo że w zasadzie wszystko w porządku, uparta niechęć do szczęścia – bardzo prawdziwe. Podróż przez miasto, gdy Weronika czepia sie myślą każdej rzeczy, każdego człowieka, poddając się wywoływanym przez nich skojarzeniom – Też super. Udało mi się (do pewnego stopnia zapewne) zrozumieć bohaterkę, a to duży plus. Dla Ciebie, oczywiście.

No i to zakończenie, tchnące optymizmem jak dojrzała truskawka :-)

Podsumowując – siłę tekstu stanowi bardzo dobrze skonstruowana bohaterka. I prostota. Nie musiałem się zastanawiać, kombinować, interpretować. Jasny przekaz i tyle.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone – dziękuję bardzo za komentarz :) Kozdłubkowska – ​tego nazwiska użyłam w jednym ze swoich opowiadań i imienia Alicja też… A Rotunda – ​o niej już chyba masę ludzi pisało :)

Tak, to jest mój cukierkowy tekst :) Jeszcze tylko humor + absurd (krótki tekst, bo nie wiem, jak się uda komukolwiek przez niego przebrnąć) i wracam do krainy mroku :) I chyba muszę trochę zwolnić z pisaniem ;)

Cieszę się, że odbierasz postać Weroniki za wiarygodną. A tekst rzeczywiście bez zakrętasów :)

 

Pozdrawiam serdecznie i miłego wieczoru :)

Według mnie ten tekst wcale nie odbiega od innych twoich opowiadań, Katio. Szczególnie widać to w rozmowie Weroniki z ciotką (i jej odpowiedzi sugerujące zagubienie w życiu, które zabrzmiały znajomo – chyba już kiedyś coś podobnego padało z ust wcześniejszych twoich bohaterów). 

Zakończenie trochę urwane, brak mi wyjaśnień – po co Alicja pojawiła się akurat teraz w życiu Weroniki? Co z jej mężem, dziećmi – wymyślone? Poza tym trzeba też przyznać, że wątek osoby, która po czasie okazuje się tym, kim się okazała (nie chcę spojlerować, wiem, że tu jesteście, ludzie czytający same komentarze) też nie należy do szczególnie oryginalnych.

Poza tym standardowo jak u ciebie, melancholijny klimat, parę filozoficznych zdań, i tekst, przez który lekko się przepływa. Z przyjemnością kliknę bibliotekę.

Kam_Mod – dziękuję bardzo za komentarz i klika :) Opowiadanko trochę mało oryginalne, a Alicja jako duch przyszła powstrzymać Weronikę przed próbą samobójczą. Alicja mimo iż nie chciała zmarła zanim miała szansę wyjść za mąż, mieć dzieci… :) Taki przynajmniej wymyśliłam scenariusz – chciałam, żeby było pozytywnie :)

Pozdrawiam serdecznie.

O rany, kompletnie zdążyłam zapomnieć o tym, w którym momencie zadzwonił telefon… A nawet nie mogę zrzucić tego na karb nieuważnego czytania, bo przecież widziałam, co się dzieje. Przepraszam :(

Kam, ja ostatnio pisząc komentarz pod tekstem Thargone pomyliłam imię głównego bohatera, a też czytałam uważnie, więc nie masz się czym przejmować :) Miłego dnia.

Katia72, dla mnie to opowiadanie to rzetelnie wykonana praca pisarska. Napisane tak jak się pisać powinno słowo po słowie. Wszystko ma swoją przyczynę i skutek. Gratuluję tekstu. 

Jak zwykle – klimat wylewający się z monitora. I jak zwykle – przygnębiający… Klimat, Katiu, umiesz budować jak mało kto. Takimi perełkami np – “Aż do momentu, w którym pęka szyba, w którym z drzewa spada ostatni liść, w którym na zawsze wysycha rzeka”.

Ale jest parę drobiazgów. Dialogi czasem brzmią nienaturalnie. Kto w potocznej rozmowie mówi, że ma “potomstwo”? Włosy są raczej zafarbowane, a nie umalowane. “Czekało (zamiast czekały) jeszcze dwie osoby”. Jest gdzieś też “lina” zamiast “linia”. Oraz – walkmany to były urządzenia kasetowe, teraz to młodzież raczej słucha z telefonów, ewentualnie empetrójek. Ale może nazwa się przeszczepiła?

W każdym razie – jestem niezwykle usatysfakcjonowany (i nieco zdołowany) lekturą :)!

 

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

No i kolejny fajny, klimatyczny tekst. :) To ten wesoły, który gdzieś tam zapowiadałaś? No w sumie, to chyba wesoły, bo Weronika w końcu nie popełniła samobójstwa. Czytało się, jak zwykle, bardzo dobrze. Potrafisz wciągnąć czytelnika do swojego świata i trzymać go w nim do końca. Brawo!

Miałam jakieś tam uwagi, ale zerknęłam wyżej na komentarz Starucha i właściwie wszystko do czego chciałam się przyczepić on już wynotował.

Klimatyczny tekst nawiązujący do katastrofy w warszawskiej Rotundzie. Domyśliłem się co prawda, gdy tylko dowiedziałem się, gdzie wybierają się do banku ;)

Opowiadanie klimatyczne, potrafisz budować poczucie takiej zwykłej codzienności.Brakuje trochę wyjaśnień co do tego, czemu akurat teraz coś takiego nadnaturalnego się wydarzyło. Czemu teraz ciotka “z Włoch” zdecydowała się pokazać? Hmm, przydałaby się tutaj jakaś wskazówka. Jednak cała reszta jest na miejscu, jak należy.

Podsumowując: dobra obyczajówka z elementem paranormalnym w tle. Ładne fajerwerki. Kliczek się należy ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereManie – wezmę autorkę w obronę. Czemu teraz? A codziennie ktoś ma zamiar popełnić samobójstwo?

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

NoWhereManie – wezmę autorkę w obronę. Czemu teraz? A codziennie ktoś ma zamiar popełnić samobójstwo?

Doczytałem komentarze po publikacji komentarza – a powiem szczerze, że nie interpretowałem postaci Weroniki jako mającej popełnić samobójstwo. Z depresją – tak. Samobójstwo – nie. Stąd mój komentarz ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Spodobała mi się iluzja eksplozji, popłoch w jaki popadła bohaterka, majacząca jej przed oczami wizja śmierci. Bardzo porządny fragment.

Reszta niestety nie przypadła mi do gustu. Opisując rzeczywistość postaci zwracasz uwagę na detale i buduje to niesamowity klimat, ale tutaj jest tego za dużo, czułem momentami przesyt drobiazgowością narracji, zwłaszcza na samym początku.

Ponieważ to nie pierwsze fantastyczne opowiadanie, jakie czytałem, fakt, że ciotka może być duchem wziąłem pod uwagę od jej pojawienia się. Szkoda, że nie poprowadziłaś tego wątku bardziej ekscytująco, decydując się na mniej oczywiste rozwiązanie. Ciotka miała zapewne wypowiadać się jak osoba z innej epoki, ale wyszło szalenie sztucznie, gdy mówi “przebywałam za granicą” lub nazywa dzieci swoich dzieci, czyli swoje wnuki “potomstwem”. Jakby styl narracji zmieszał Ci się z wypowiedzią bohaterki, co negatywnie odbiło się na moim jej odbiorze. Weronika z kolei zachowuje się niezbyt wiarygodnie – widzi ciotkę pierwszy raz na oczy, a jeździ za nią po całej Warszawie, zwierza się, jest dla mnie zbyt otwarta jak na kogoś, kto rozmawia z de facto obcą osobą.

Finał się urywa, jadą do banku, bo to było miejsce śmierci ciotki. No dobra, ale co z tego? Nie widzę puenty tego opowiadania.

Powodzenia przy kolejnych tekstach. Pozdrawiam!

Katarzyna – cieszę się, że opowiadanie się spodobało.

 

Staruch – bardzo mi miło, że jesteś usatysfakcjonowany i bardzo dziękuję za wyłapanie błędów. Wszystkie poprawiałam, a co do potomstwa sama miałam duże wątpliwości. To tekst z pozytywnym zakończeniem, a następny w odpowiedzi na Twoją petycję humorystyczny, ale nie mogę ręczyć za jego jakość, ale przynajmniej krótki :)

 

AQQ – dziękuję za wizytę i pozytywny komentarz… Kolejny tekst na wesoło, a potem chyba zjazd… :)

 

NoWhereMan – dziękuję za klika i cieszę się, że uważasz tekst za klimatyczny, a ciotka miała uratować Weronikę przed próbą samobójczą, ale może to za delikatnie zaakcentowałem, bo nie jesteś pierwszą osobą, która o to pyta :)

 

MrBrightside – bardzo dziękuję za obszerny komentarz. Detale miały służyć oddać nastrój psychiczny bohaterki, ale analizują swoje ostatnie teksty, nawet te, co piszę obecnie, uważam, ze popadam w chorobę drobiazgowości. I zgadzam się, że ciotka wypada trochę sztucznie :( Odnośnie puenty to chciałam przeciwstawić samobójstwo nieoczekiwanej śmierci. Weronika lekceważy życie, a Alicja je straciła mimo, że nie chciała…

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie. Miłego wieczoru :)

Jak to był wesoły tekst… Katiu, proszę się udać na terapię śmiechem :).

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Mocno przegadany tekst. Zdecydowanie przydałyby się skróty, co poprawiłoby dynamikę opowieści. W sumie jednak sprawnie napisana, ciekawa i klimatyczna historia. Na pewno też biblioteczna. 

Pozdrówka.

Staruch – dużo częściej się w życiu śmieję niż płaczę, ale czasem śmiech bywa gorszy od płaczu… A tekst… niewesoły, tylko chyba raczej optymistyczny, a ten kolejny też niewesoły tylko humorystyczny :)

 

Roger – bardzo dziękuje za wizytę i kilka, a że tekst przegadany… Muszę się zgodzić, dużo zdań tak naprawdę bez wpływu na akcję…

Katio, widziałem spadek nastroju, może nawet lekką depresyjność w zachowaniu bohaterki, ale do głowy mi nie przyszła jej chęć do samobójstwa. W takim świetle zakończenie nabiera sensu, choć na przykład bardziej podkreśliłbym zmianę podejścia bohaterki do życia, zmianę jej punktu widzenia. Natomiast myśli samobójcze gdzieś zniknęły w tym gąszczu drobiażdżków, które poupychałaś w tekście.

Ciekawą masz definicję wesołego, cukierkowatego tekstu. Wystarczy, że bohater nie popełni samobójstwa i załatwione. ;-)

No, ale wymowa faktycznie pozytywna. Nie ma to jak afirmacja życia.

Faktycznie jest klimat, chęć samobójstwa delikatnie zasugerowana.

Pierwszy wpatrzony w błękitne niebo, a drugi w czuby powycieranych trampek.

Wcześniej niebo było zachmurzone. OMG, -20, a gówniarz wyskoczył w trampkach?

Babska logika rządzi!

MrBrightside – Twoja uwaga o drobiażdżkach dala mi wiele do myślenia i będę na to uważać w kolejnych tekstach. Niestety lubię popadać w skrajności… :(

 

Finkla – dziękuję za klik :) 

 

gówniarz wyskoczył w trampkach?​ – Czytając to zdanie nie mogłam opanować śmiechu… -20 i trampki… Biegnę poprawiać :)

 

 

Hohoho ja bym zostawił, bo teraz taka moda. Co prawda ostatnio było może z minus pięć, ale kupowała przede mną w kiosku grupka gimnazjalistów i wszyscy mieli gołe kostki!

:):):) Brrr… Hmm… Może dla kompromisu takie trampki zimowe:

 

Podobny obraz

Żaden modny nastolatek tego by nie założył, bo nie widać kostek. ;D

No tak… Kostki najważniejsze :) I do tego skarpetki stopki, doskonałe na zimę :)

Jak tam sobie chcesz. Ja wiem, że dzieciaki są nieprzewidywalne, ale przy takim mrozie…

Aha, i raczej się zdecyduj albo na mróz, albo na śnieg. Jak jest naprawdę cholernie zimno, to jest mała wilgotność, czyste niebo i nie ma z czego padać.

Babska logika rządzi!

Zdecydowanie jest tu klimat. Ładnie go wykreowałaś. Odczułem opisany świat i spojrzenie bohaterki na niego. Atmosfera smutna, ale tematyka w końcu taka, a nie inna :( Opowiadanie jest odpowiednio długie jak na treść. Nie nudziłem się. Fabuła może nie jest jakaś porywająca, ale z Twoim warsztatem jest dobrze.

Ciekawie wybrany temat i ciekawe jego uchwycenie. Zamiast robić kolejne dzieło biograficzno – dokumentalne, ubrałaś to w fantastykę. Niby fikcja, a można się z tego dowiedzieć trochę prawdy :)

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Podobało mi się.

W sumie nie zauważyłam jakiejś kolosalnej różnicy między tym opowiadaniem, a innymi Twoimi tekstami, ale lubię Twoją twórczość, więc odpowiadało mi to. :)

Sprawnie poprowadziłaś historię i jak już zauważyli przedmówcy opowiadanie ma swój klimat. Wciągnęłam się. Postacie też zrobiły swoje, wypadły wiarygodnie.

Pozdrawiam. :) 

 

Finkla – ​są glany i nie ma śniegu. Oczywiście masz rację albo mróz albo śnieg :)

 

Pietrek – ​cieszę się, że opowiadanie Cię zainteresowało :) Dziękuję bardzo za komentarz.

 

Rossa – dziękuję za wizytę i komentarz. Bardzo mi miło, że lubisz moją twórczość :)

 

Pozdrawiam wszystkich i życzę udanego wieczoru :)

Daję klika brakującego. Wrócę z komentarzem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję bardzo :):):)

Tak naprawdę od momentu, gdy zadzwoniła nieznana ciotka, wiadomo było, że coś z nią jest nie tak – nie istnieje, jest duchem, cokolwiek. I Weronika tak łatwo idzie z obcą kobietą – myślę, że przynajmniej sprawdziłabym, co z babcią.

Ale czytałam z przyjemnością :)

A ja właśnie na tych detalach, opisach i drobiazgach opieram swoją pozytywna ocenę opowiadania. Można przegadać tekst, można nieudolnie napchać go listą przedmiotów, ich nazw, tytułów, opisów postaci, ich gestów itd. Ale ty uczyniłaś z tej maniery mocną stronę opowiadania. Te detale w opisach tworzą klimat. Nadają wartości literackiej. Są w większości oparte na bystrym i spostrzegawczym oku autora-obserwatora świata i przelane na ten tekst. I są dobrze i sprawnie użyte i napisane.

Dla odmiany sama fabuła rzeczywiście bardzo prosta i niestety dosyć banalna. Jest wątek nibyducha z przeszłości (z rodziny), który powstrzymuje młodą bohaterkę przed samobójstwem. Zmuszając ją by doświadczyła na sobie ile warte jest życie, jak mocno będzie chciała żyć tak naprawdę w obliczu śmierci. Ale nie jest to nowa ani oryginalna historia. 

Zatem moim zdaniem główną wartością tekstu jest jego forma nie treść. 

 

Ps. Nie rozumiem kilku kwestii. Czemu duch wyglądał na starsza kobietę skoro zginął w młodym wieku? Dla zmylenia Weroniki? Znane mi duchy tak nie robią ;). I czy Weronice nie wydało się dziwne, że poza nią nikt nie widzi ciotki Alicji? Chyba że ją widzieli. Tak też znane mi duchy nie potrafią. 

 

Ps.2. O co chodzi w tym fragmencie?

Wszystko się przesuwa, aż do pewnego momentu. Aż do momentu, w którym pęka szyba, w którym z drzewa spada ostatni liść, w którym na zawsze wysycha rzeka.

​Nie wiem skąd taka wstawka. Jest dla mnie chyba niezrozumiała. Poza tym w tym fragmencie opuszczamy na chwilę Weronikę jako postać, której towarzyszy narrator (Weronika patrzy przecież w podłogę) i przeskakujemy niespodziewanie razem z narratorem do świata widzianego oczami Alicji. Trochę to niezręczne.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przeczytałam opowiadanie, zajrzałam do komentarzy i cóż się okazuje – wszystko zostało powiedziane, a Twój Tramwaj… jest już w Bibliotece. W tej sytuacji mogę tylko dołączyć do grona bardzo usatysfakcjonowanych czytelników i cierpliwie poczekać na kolejne dzieło. ;)

 

Na­sto­la­tek usiadł krze­sło przed nią. Praw­do­po­dob­nie gło­śność w te­le­fo­nie miał usta­wio­ną na mak­si­mum, bo mimo róż­ne­go ro­dza­ju ha­ła­sów do­bie­ga­ją­cych do jej uszu, wy­raź­nie sły­sza­ła głos Emi­ne­ma. […] Na Mły­nar­skiej pod­niósł się z sie­dze­nia chło­pak z walk­ma­nem, po czym znik­nął za wa­rzyw­nia­kiem, a wraz z nim głos Emi­ne­ma. –> Telefon czy walkman?

 

i po­gła­ska­ła go opusz­kiem palca po nosie. –> Opuszki są rodzaju żeńskiego, więc: …i po­gła­ska­ła go opusz­ką po nosie.

Tylko palce mają opuszki.

 

Tram­waj dwa­dzie­ścia trzy. […] Usia­dły tuż za kie­row­cą. –> Tramwaj prowadzi motorniczy, nie kierowca.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Anet – ​Masz rację, że treść trochę naciągana… Niestety mi się tak czasem zdarza :), ale postaram się mieć to na uwadze w przyszłych tekstach :)

 

Mr.Maras – bardzo dziękuję za obszerny komentarz. Zgadzam się, że skoncentrowałam się w tekście bardziej na formie niż treści, która nie została do końca dobrze przemyślana. 

Alicja była w starszym wieku, bo chciała pokazać Weronice lata życia, które by straciła popełniając samobójstwo. Alicja zginęła w katastrofie mając dwadzieścia trzy lata i w tym wieku była Weronika jak spotkała ducha.

Odnośnie wstawki rzeczywiście znalazła się tam trochę nie na miejscu. W przyszłości będę bardziej uważać na takie pomyłki i postaram się o bardziej ambitną treść :)

 

Reg – ​dzięki za te opuszki… :) Przyznam szczerze, że nie do końca wiedziałam jak używać to słowo… :( Za chwilkę poprawiam błędy. Cieszę się, że tekst Ci spodobał, a kolejny już w lutym, bo i tak w styczniu nastąpiła z mojej strony lekka nadprodukcja…

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę miłego dnia :)

Reg, Katio – opuszka w porządku, ale bez palca brzmi niekompletnie, chyba żeby chwilę przedtem była już o palcach mowa.

Tylko palce mają opuszki.

Nie tylko:

https://sjp.pwn.pl/szukaj/opuszka.html

 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Alicja uśmiechnęła się, wzięła fotografię męża i pogłaskała go opuszką po nosie.

Jerohu, czy Alicja mogła głaskać fotografię kulistym wydęciem aorty, żyły, tętnicy itp. lub też miejscowym zgrubieniem niektórych narządów ciała? Nie wydaje mi się też, by głaskała zdjęcie rdzeniem przedłużonym.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Właściwie to niczego podobnego nie twierdziłem. Chociaż w zasadzie mogła. Zwłaszcza miejscowym zgrubieniem któregoś narządu – czemu nie.

Natomiast niewątpliwie “goła” opuszka brzmi dziwnie i może wytrącać czytelnika z rytmu.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Mam nadzieję, Jerohu, że jeśli zdanie wytrąciło Cię z rytmu, wróciłeś już do równowagi. ;)

Niech Katia zadecyduje o ostatecznym brzmieniu rzeczonego zdania.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zaburzenie równowagi to rzecz chwilowa, gorszy kłopot, kiedy ktoś zabłądzi w lesie abstrakcji ;)

 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

:):):) Ach, te opuszki, trochę się dzisiaj o nich dowiedziałam… A las abstrakcji rzeczywiście niebezpieczny, po Waszych komentarzach jakieś dziwne pomysły na opowiadania mi do głowy przyszły :)

Nowa Fantastyka