- Opowiadanie: thargone - Wśród duchów

Wśród duchów

Pomysł powstał na potrzeby konkursu Morskie Oko, ale w trakcie pisania tekst rozrósł mi się nieobcinalnie, więc na konkurs poszło ostatecznie coś innego. Mimo to, jakoś tak polubiłem poniższy tekst, na tyle, by nie pozwolić mu szczeznąć marnie w otchłani kopii roboczych. Zatem puszczam. Może ktoś inny też go polubi :-) 

Jednocześnie pragnę ostrzec o dość wysokim natężeniu kiczu. Co najmniej siedemset unicornów. U osób nieuodpornionych mogą wystąpić symptomy choroby popromiennej, mianowicie tęczowe wymioty i motylkowa biegunka.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Wśród duchów

Wojtek mówi, że pokochałem ducha.

I w zasadzie, ma rację.

Nie, nie wzdycham do żadnej białej damy, snującej się korytarzami jakiegoś mrocznego zamczyska. Chodzi o to, że obiekt moich uczuć właściwie nie istnieje. Znam tę kobietę jako głos w utworach kilku zespołów, z paru wywiadów, mnóstwa zdjęć i facebookowych wpisów. Z jedynej, solowej płyty. Złożyłem sobie jej obraz z masy okruszków, rozrzuconych w sieci i zakochałem się w wyobrażeniu, w niedoskonałej, wymyślonej kopii.

A oryginału nigdy nie poznam, bo Aleah nie żyła już od ponad roku, gdy o niej w ogóle usłyszałem. To nadaje mojej dziecinnej, internetowej fascynacji, smaczek gotyckiego romansu. Ann Radcliffe, ubrana w krynoliny cyfrowej ery.

Oczywiście, Wojtek potrafi opowiadać o tym w dużo piękniejszy, niemal poetycki sposób. Dlatego często odgrywa klasyczną rolę skrzydłowego, jak ze starych filmów. Gdy alkohol spłucze piasek zdrowego rozsądku, a dudniące basy ozdobnie przyfastrygują rzeczywistość, dziewczyny zdają się nie dostrzegać infantylności całej sprawy i biorą mnie za nowoczesnego, cierpiącego romantyka. Którego można wyleczyć w łóżku.

Tym razem, celebrując nowy kontrakt z lojalnym dotąd klientem konkurencji, kancelaria wysłała nas do jakiejś popularnej knajpy w okolicach Krupówek. Było drogo, modnie i, jak na Zakopane, wyjątkowo warszawsko. Próbowałem poderwać turystkę z Wrocławia, drobną blondynkę o ruchach Jennifer Gray i oczach koloru coca-coli. Bezskutecznie. Zdawała się być otwarta i dowcipna w sposób, zdradzający nieprzeciętną inteligencję. Ale było coś dziwnego w jej nieco sztucznym uśmiechu i odrobinę zbyt nerwowych gestach. W spojrzeniu, z którego nawet rozedrgane muzyką, barwne światła klubu nie potrafiły zetrzeć miękkiej, smutnej nieobecności.

Nie wiem, o co chodziło, bo nie znam się na tej całej empatii. Niby jak, skoro sam wymyślam sobie uczucia.

Ale tego wieczoru przeszła mi ochota na podboje.

 

(Teraz to już do końca wakacji nie pozwolą mi wyjść!) 

(No co ty, Majka, starzy zatęsknią i im przejdzie. Chodź!) 

 

Kilka godzin później, towarzystwo odsypiało imprezę, samotnie lub w parach. A ja zostawiłem tęczową cepeliadę Zakopanego i pojechałem do Palenicy. Leczyłem postkacową chandrę kostropatym, górskim szlakiem, pachnącą zielenią sosen i Anaal Nathrakh, wrzeszczącym w słuchawkach. Było pięknie. Wodospad słońca, chmur poduchy, jak śpiewał klasyk. I Tatry, gryzące niebo.

 

(Piotrek, a co, jak już dojdziemy do lasu?) 

(Zobaczysz!) 

(Piotrek, ja serio się pytam.) 

(Serio, to mam niespodziankę. Jak w bajce.)

(Piotrek…) 

(Co?) 

(Jesteś głupi. Ale chyba cię kocham.)

 

Nie bardzo wiem, jak trafiłem nad Morskie Oko. Gdybym chciał tu dotrzeć, po prostu wziąłbym fasiąg. O pomyłce jednak nie mogło być mowy, bowiem jezioro wyglądało zupełnie jak na zdjęciach. Zamazywało krajobraz plamami błękitu, zieleni, brązu i szarości, zaklejało oczy słodkim kiczem. Bateria ostatecznie skapitulowała i pozbawiony muzycznej tarczy, poddałem się blitzkriegowi ciszy. Gdyby ogarniający mnie spokój miał masę, zapewne wywołałbym przypływ.

Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nad stawem nikogo nie ma. Środek lata, złote, słoneczne popołudnie, a w zasięgu wzroku i słuchu ani żywej duszy.

Być może istotnie jest tak, że jeśli od dziecka nasiąkniesz fantastyką, w słowie, piśmie i obrazie, nieco inaczej reagujesz na rzeczywistość. Bo właśnie zdroworozsądkowy świat złuszczył się cicho i opadł, niczym gadzia wylinka, a mnie było stać tylko na wzruszenie ramionami.

 – Ładnie tu. Jak na jezioro, stworzone z łez.

Nie była prawdziwa. Nie chodzi nawet o to, że pojawiła się nagle, jak zmaterializowana myśl. Znałem tę kobietę. To znaczy, bardzo chciałem znać.

 – Aleah? 

 – Nie, oczywiście, ze nie. – Jej spojrzenie było koloru piaszczystej płycizny. Niczym reklama biura podróży. – Dlaczego miałaby przyjść właśnie do ciebie? Pożyczyłam sobie jej wizerunek, prosto z twoich wspomnień.

Przyprószone kosodrzewiną stoki odbijały się w idealnie spokojnej tafli. Nierealnie, bajkowo. Dobra sceneria do rozmowy z wytworem wyobraźni. Czarne włosy kobiety, zbyt długie, by dało się je porządnie ułożyć, falowały lekko, choć powietrze pozostawało pocztówkowo nieruchome.

 – No to kim jesteś?

 – To mój staw. – Kiwnęła głową w stronę gładkiego jeziorka. – Można powiedzieć, że sama go stworzyłam.

Coś zaskoczyło.

 – A tak, znam tę legendę, jak wszyscy chyba. Jeszcze z podstawówki. Typowa. Dwoje kochanków pragnie szczęścia i ponosi za to wyjątkowo paskudną, niewspółmierną do przewinienia karę. Nie lubiłem tej opowieści, ale zapewne ma walory dydaktyczne. Uczy dzieci bezwarunkowego posłuszeństwa. I że świat to cholernie niesprawiedliwe miejsce.

 

(Piotrek, ale nie przez most. Między podkładami widać rzekę i ja się boję.)

(No to którędy? Przestań, Majka, fajnie będzie.) 

(Piotrek…)

(Teraz tchórzysz? No chodź!)

 

 – Ładnie powiedziane. Cóż, legenda to legenda, im smutniejsza, tym lepsza. Ale, jak to zwykle bywa, jest jakieś ziarno prawdy – odezwała się enigmatycznie.

Ziarno prawdy. Cóż, mogło być gorzej. Mogłem spotkać smoka wawelskiego. Jednak coś sprawiało, że nie chciałem, by zjawa zniknęła. Prawdziwa, czy nie.

Chmura nad Rysami nie przesunęła się nawet odrobinę.

 – I co teraz? – podjąłem. – Utopisz mnie i pożresz?

 – Jestem duchem, nie jakąś topielicą – roześmiała się. – Nie jem ludzi. Ba, potrzebuję ich. Nie mogę stąd odejść, więc świat oglądam tylko poprzez wspomnienia tych, którzy przychodzą nad moje jezioro.

Spoważniała nagle, odgarnęła włosy z twarzy, wciąż szarpane nieistniejącym wiatrem.

 – To trwa już okropnie długo, wiesz? – dodała cicho, a szept zaszeleścił jak jesienna trawa. Przez moment czułem ogrom ciężaru jej zupełnie niezasłużonego cierpienia. Wystarczyło, by odrzeć to miejsce z mistycznej, urokliwej magii. Spowodować, że stało się upiorne.

 – Nie… Nie można jakoś zdjąć klątwy? – wykrztusiłem po chwili. 

 – Nie. To nie baśń. A mój książę stoi tam. – Spojrzała na Mnicha, skamieniałego w martwym ukłonie. – Ale nie będę płakać, bo wypłakałam już źrenice. Poza tym, nie o mnie teraz chodzi. Ta dziewczyna z baru, wczoraj… Przyjdzie tu, po zmroku. Sama. Zaczekaj na nią.

 – Po co?

 – Przynieś mi jej oczy.

 – Proszę?

 – Żartuję przecież – roześmiała się wesoło. – Co, wolałbyś, żebym snuła się wzdłuż brzegów, w białej szacie, jęcząc i zawodząc?

 – Chyba nie…

 – Posłuchaj… – Zbliżyła palce do mojego policzka. Ciekawe, czy duch mógłby mnie dotknąć? – Stanie się coś złego. Ona umrze. Chyba, że temu zapobiegniesz.

Nagła myśl zwinęła mi żołądek w małą, zimną kulkę.

 – Mam ją… Zastąpić, tak? Zapłacić za to, co się wtedy stało?

Usiadłem ciężko na sporym otoczaku, wygładzonym łzami jeziora.

 – Gdybym wrócił po Majkę, zginęlibyśmy oboje. Pociąg był za blisko.

 – Nigdy się tego nie dowiesz.

 – Byłem dzieckiem, do cholery. Miałem dwanaście lat.

 – A teraz już nie jesteś?

Nie zrozumiałem.

Zjawa usiadła obok i przez chwilę walczyłem z absurdalną chęcią, by ją objąć.

 – Nie przejmuj się, nie mam zamiaru mówić zagadkami – podjęła. – Sprawa jest prosta. Chcesz nadal naiwnie i bezpiecznie uganiać się za duchami, to zwyczajnie wstań. Odejdź. Albo dorośnij, zostań i zrób coś ważnego. Uratuj tę dziewczynę przed losem gorszym od… 

 – Twojego? 

 – Nie. Majki.

 – Nawet, jeśli miałbym za nią umrzeć?

 – Nie wiem, co się wydarzy. Nie ma winy i słusznej, sprawiedliwej kary, nawet w legendach. Może nie musisz za nic płacić. Może po prostu nie dopuścisz do wypadku. Albo nie pozwolisz, by zrobiła coś głupiego.

 – A potem, jak w bajkach, będziemy na zawsze szczęśliwi – zakpiłem.

 – "Na zawsze" nie ma nic wspólnego ze szczęściem. Podejmiesz ryzyko?

 – Albo pójdę, Znajdę ją na szlaku, zatrzymam… Zadzwonię, gdzie trzeba… 

Patrzyła na mnie tymi cholernymi turkusami. Z uśmiechem, w jakiś niesamowity, nadprzyrodzony sposób łączącym smutek i rozbawienie.

Jasne. To tak nie zadziała.

Podniosłem wzrok na stalowe szczyty, tam gdzie Mnich wciąż chylił się wyczekująco.

 – Wy zaryzykowaliście – stwierdziłem. – I co?

 – I było warto. Mimo wszystko.

Bardzo niewiele wtedy brakowało, bym po prostu wstał i odszedł bez słowa, nie oglądając się. I nigdy już nie wrócił nad to nawiedzone jezioro. Zamiast tego otworzyłem plecak i wymacałem snickersa.

 – Nie podjąłem żadnej decyzji – uśmiechnąłem się do swojej zjawy – ale chyba chwilę posiedzę. Co mam robić, gdy znikniesz?

Odchyliła głowę do tyłu, jakby chciała jeszcze przez chwilę cieszyć się słońcem.

 – Zawsze tu będę. – Jej słowa powoli tonęły w lustrzanych wodach. – Zawsze. Po prostu zostań ze mną do zmroku.

Gładka powierzchnia zmętniała, zafalowała. Rzeczywistość wskoczyła na swoje miejsce wraz z pluskiem rzucającego się pstrąga. Usłyszałem głosy grupki turystów, idących do schroniska.

Od Klimczoka, oczywiście, wiało.

 

 

Koniec

Komentarze

Nie przesadzaj, kicz w tym opowiadaniu jest w granicach normy. Nie zaobserwowałam u siebie żadnych objawów choroby popromiennej, a całość bardzo mi się podobała. Ciekawe nawiązanie do postaci Aleah, z którą szczerze mówiąc nigdy się nie spotkałam, ale poguglałam i wcale się nie dziwię, że facet mógł zwariować na jej punkcie. Fajne jest to, że zostawiasz otwarte zakończenie i w sumie nie wiemy, czy Piotrkowi udało się uratować turystkę z Wrocławia i zagłuszyć poczucie winy, mające źródło w przeszłości. A może sam zginie, bo uzna, że powinien umrzeć na torach wraz z Majką już dawno temu.

Szkoda, że konkursowy limit nie był większy, bo to dobre opowiadanie i na pewno zostałoby docenione. :)

Znam tę konietę jako głos w utworach kilku zespołów,

 

Jak na jezioro, zrobione z łez. – jakoś tak razi mnie to słowo. Czy stworzone nie byłoby lepsze? 

 

– Albo pójdę, Znajdę ją na szlaku – albo kropka za miast przecinka, albo małe z w znajdę

 

Ładne. I ładnie napisane. Mój kiczomiernik trzymał wskazówkę daleko przed czerwonym polem ;) 

Jak nie przepadam za aż tak otwartymi zakończeniami, to tu mi ono nawet pasowało. Nie psujesz klimatu żadną jego wersją. 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dobrze, Thargone, że nie ciąłeś i zostawiłeś na później. Kiczowatości, skoro twierdzisz, że jest, są chyba tylko śladowe ilości, bo jej nie zauważyłam. Czytało się całkiem nieźle.

Dziękuję za ostatnie zdanie. Przywołało mnóstwo wspomnień. :)

 

mnó­stwa zdjęć i Fa­ce­bo­oko­wych wpi­sów. –> …mnó­stwa zdjęć i fa­ce­bo­oko­wych wpi­sów.

 

i oczach ko­lo­ru Co­ca-Co­li. –> …i oczach ko­lo­ru co­ca-co­li.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie ów kicz nie zraził, o ile jakiś jest ;) A tak na serio, historia ładnie napisana, emocjonalna, ale też nie do przesady. Mnie nie do końca rusza, ale kunsztu odmówić nie mogę.

Czyli ładny koncert fajerwerków, choć nie do końca dla mnie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

AQQ (kapitalny nick, swoją drogą), Śniąca, Reg – przepraszam, że tak zusammen do kupy i z opóźnieniem, ale praca, niestety… 

Może rzeczywiście przesadziłem z tym kiczem. Tekst miał być dość prosty, nieco pretensjonalny w opisach i odrobinkę naiwny, trochę jak narrator :-) Myślałem, że zbyt dużo sie tego przedarło, Aleah jeśli nie, to tym lepiej! I cieszę się, że wrażenia pozytywne! 

Poprawiono już, co miało zostać poprawione.

Facebookowych, Coca-Coli – no tak, trzeba ufać słownikom, nie komórce. 

Dziękuję za ostatnie zdanie

A zastanawiałem się, czy odniesienie będzie w ogóle czytelne :-) 

 

Edit:

NWM – świetnie, że doceniasz, choć nie jesteś targetem ;-) 

Wielkie dzięki! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, dla tych, którzy pamiętają Borysa, pewnie tak. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szorta przeczytałam z przyjemnością i delikatny kicz w ogóle mi nie przeszkadzał. Moim zdaniem bardzo psuje do opowiadania. Poza udaną treścią opowiadanie bardzo ładnie napisane. 

Pozdrawiam serdecznie i idę oddać klika… :)

No cóż, Thargone, uzgodniłam ze sobą, że za Borysa należy się klik. :D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję wam i Borysowi też :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Całkiem mi się podobało. Wyszło w sumie na poważnie, sarkazm w granicach normy. Udany szort. Zgrzytały mi tylko dwie wypowiedzi zjawy:

– Nie, durniu. – Jej spojrzenie było koloru piaszczystej płycizny.

Dlaczego durniu? Powinno być dla niego jasne, że to zjawa? Nie powiedziałbym, durne trochę to jest to przywitanie.

– Jestem duchem, nie jakąś topielicą – roześmiała się.

Poza tymi drobiazgami, płynnie.

Szort, szortem, chwali się, że szybko napisane i całkiem dobrze, ale czas na większe działo. Czy ja już tego nie mówiłem?

Pozdrawiam.

Hmmm. Nie skumałam. Pomieszały mi się te wszystkie baby; tu nieżyjąca piosenkarka, tam turystka, ówdzie zjawa… A jeszcze nagle wyskakuje jakaś Majka… Facet pracuje, ale to żaden problem, żeby nagle wyskoczyć nad Morskie Oko.

Próbowałem poderwać turystykę z Wrocławia

Śmieszna literówka. :-)

Babska logika rządzi!

Dzięki Darcon! 

Dobrze, że udany, poważny tekst wyszedł mi chyba tylko raz do tej pory. Najczęściej walę jakiś dowcipy.

Powinno być da niego jasne, że to zjawa? 

Ha. Tu w sumie masz rację. Bo z jednej strony, zjawa nie mówi tak, jak można by się po zjawie spodziewać. Bardziej, jak normalna dziewczyna. Ma jakiś kontakt z rzeczywistością, bo potrafi wyczytać to i owo z umysłów turystów. Ale to "durniu", to istotnie trochę nie pasuje. Piotrek od początku wiedział, że nie rozmawia z żywym człowiekiem. A zjawa celowo wybrała taki, a nie inny "awatar" po to, żeby zyskać większą, jakby to ująć, siłę przekonywania. Nie powinna być więc zdziwiona, że Piotrek w pierwszej chwili nazwał ją "Aleah". I nie była, to "durniu" miało deprecjonować Piotrkowe zauroczenie Aleą Stanbridge. Na zasadzie – "jej duch ma ważniejsze rzeczy do roboty, niż nawiedzanie akurat ciebie". W tym kontekście "durniu" istotnie źle brzmi. Może lepiej byłoby "Nie bądź śmieszny", albo najlepiej "don't be ridiculous" :-) Zmienię to. 

Ale "jakąś" topielicę zostawię. Moja zjawa nie jest śmiertelnie poważna ;-) 

A większe działo sie wytacza, ale na sto procent poważne też nie będzie :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ale nie będę płakać, bo wypłakałam już źrenice.

Źrenice to dziury w tęczówkach, cóż więc oznacza to zdanie? Jak można wypłakać dziurę?

 

Ładny fragment o muzycznym crushu – któż z nas tego nie przeżył? ;) Podobały mi się fragmenty o naturze bardziej egzystencjalnej, z ciekawymi, dojrzałymi metaforami i porównaniami. Fabularnie podobało mi się nieco mniej. Tak czy siak wspomnieć muszę także, że bardzo atrakcyjna pani zdobi tekst.

 

 

Finkla – fakt, dużo tych bab. Na dodatek, poza turyst(y)ką z Wrocławia (choć w sumie nie wiadomo) wszystkie nie żyją. Na tym polega problem Piotrka, który woli podkochiwać się w zmarłej piosenkarce, niż wziąć się ze wszystkim za bary, dorosnąć, olać poczucie winy, znaleźć normalną kobietę i tak dalej. 

Facet pracuje, do Zakopanego wysłała ich firma, w nagrodę za osiągnięcia. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

No, ale z Zakopca do Morskiego Oka jeszcze kawałek jest. A firma wysłała i tak zostawiła samopas?

Babska logika rządzi!

Panie Jasny – "Wypłakałam źrenice" to nawiązanie do oryginalnej legendy o powstaniu Morskiego Oka. Tam takie słowa tam padły. Oczywiscie, ze źrenic nie da się wyplakać.

Dzięki za docenienie warstwy muzycznej i metafor – tekst generalnie na tym się opiera.

Atrakcyjna pani jest prawdziwa – to jedyna autentyczna rzecz w tekście ;-) 

Na marginesie – w zamyśle miała tam trafić odręczna grafika, taki Katiastajl. Ale narysowanie porządnego obrazka zajęło by mi cztery razy więcej czasu, niż napisanie szorta. Poza tym, musiałbym narazić się na dociekanie małżonki, dlaczego rysuję obcą babę z internetu :-) Zdjęcie było wygodniejsze 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Finkla – no pewnie na jeden wieczór nie przyjechali. Z Zakopanego do Palenicy jakieś dwadzieścia kilometrów jest, a potem to juz na piechotę można, jeśli ktoś zdrowy i na lekkim kacu tylko. :-) Da się zrobić w jeden dzień. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

To dobrą firmę mają, skoro za jednego klienta daje kilka dni balangi. ;-)

Da się zrobić w jeden dzień, ale myślałam, że najpierw chlali. A wtedy już wyprawa robi się problematyczna. Ale skoro nazajutrz pojechał…

Babska logika rządzi!

Ja też chyba nie wszystko ogarnęłam. Jakoś nie przekonał mnie ten akcent muzyczny. Wszystko zlało mi się w jedną całość.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

He, zapewne istotnie, troszkę za dużo grzybów w tym raczej niewielkim talerzu zupy. Dzięki, Morgiana!

No i – byłbym zapomniał – ogromne gratki! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bardzo przyjemnie i miło było tak rozsiąść się w atmosferze tej opowieści, niby zmyślonej, w konwencji fantasy, a tak rzeczywistej, bliskiej czytelnikowi, wychodzącej poza intelekt, wnikającej głęboko w sferę emocji i tęsknot. Głównie dlatego, że język pracuje tu wyśmienicie, w metaforach porównaniach zwłaszcza. Tworzysz gładką, nieprzesadną powierzchnię, jak w dobrze wypolerowanym kamieniu, w który można się wpatrywać godzinami i podziwiać dobrze widoczną, piękną mozaikę w jego wewnętrznej strukturze. Oj, zagrałeś, thargone, na męskich tęsknotach i romantycznych zapędach, jednocześnie składając (tak mi się zdaje) hołd swoim inspiracjom płynącym z tych subtelnych, wielowymiarowych relacji z płcią przeciwną – tu mają konkretną postać, Aleah… Tyle moich wrażeń.

Nie poczułem, żeby obecność tylu kobiet cokolwiek komplikowała w odbiorze. Dziewczyna z imprezy, jako doskonały punkt wyjścia, duch, jako otwarcie osobistego, wewnętrznego świata z esencją w postaci dwóch zmarłych dziewczyn, w pełni uzasadnione i przejrzyste doświadczenie dla czytelnika płci niekoniecznie pięknej. ;)

Nie rozumiem tylko przedmowy, ponieważ w miejscu zadeklarowanego przez Autora kiczu znalazłem osobliwy talent do budowania proporcji między opowieścią i głębszym przekazem. Może warto ten talent szlifować częściej…?

Cieszę się, że nie upchnąłeś szorta na siłę w konkursie.

Dzięki za lekturę!

Pozdrawiam!

Dziękuję :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

No troszkę tego melancholijno-romantycznego kiczu jest. I pewnie troszkę wspomnień samego autora znacznie podkręconych w warstwie dramatycznej. Rzeczywiście dziewczyn tutaj jakby za dużo. Napisane zrywami. Są fragmenty bardzo dobre, ale obok są też nieco naiwne w treści i formie.

Ja daję bibliotekę głównie za bardzo fajny, dojrzały literacko i emocjonalnie finał. Naprawdę udane otwarte zakończenie. Ma w sobie styl i klasę. I świadczy o talencie autora.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję, Majkubarze! 

Bardzo cieszy mnie Twoja opinia. Nie tylko ze względu na miłe słowa (to, oczywiście, też ;-)) ale przede wszystkim fakt, że odczytałeś to, co chciałem przekazać – jest gdzieś miejsce na tęsknoty i romantyczne zapędy. Choćby były nierealne i niedostępne jak zmarła piosenkarka. Być może to naiwne (z czego sam bohater zdaje sobie sprawę), być może marzenia owe mieszkają gdzieś w sąsiedztwie chłopięcej fascynacji superautami. Ale jednak. I jest to po troszę hołd dla tych emocji, choć bohater musi zrozumieć, że jednak "trza żyć". Lecz mimo wszystko, nie zawsze chodzi tylko o zimne piwo i bezrefleksyjne cycki ;-)

Dzięki również za docenienie języka – starałem się zredukować opisy do jednego, dwóch zdań jakiegoś celnego porównania, żeby przekazać klimat bardziej, niż obraz.

Co do deklarowanego w przedmowie kiczu, to może istotnie trochę przesadziłem, ale jest dokładnie tak, jak pisze Pan Maras – są fragmenty mocno posłodzone, nieco naiwne w treści i formie, z czego autor zdaje sobie sprawę, ale uważa, że jak najbardziej pasuje to do całości :-). Kwestią osobistą jest to, czy dany czytelnik zareaguje "o, bleee", czy "kurde, fajne!"

Marasie – wielkie dzięki!

Każdy chce słuchać słów o talencie!

I jeszcze raz dzięki wszystkim za bibliotekowe kliki

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

 – Nie, oczywiście, ze nie.

Literówka.

Fajne :)

Dzięki, Anet! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Kiczowate, ale to był klimatyczny kicz :P Podobało się.

"Klimatyczny kicz" świetnie opisuje ten tekst. Dzięki, Karol! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ciekawie opowiadasz. Lubię takie historie w których legenda przeplata się z rzeczywistością.

Klimatyczne, powiedziałabym raczej, że bardziej romantyczne niż kiczowate :)

Przeczytałam z przyjemnością

Pozdr

 

A dziękuję, bardzo dziękuję! 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Gdzie to ja położyłem ten poradnik do komentowania szortów… ;) Niezły tekścik, kiczem rzeczywiście trąciło, ale w strawny sposób. Też czekam na większe działo, bo warsztat elegancki.

O, Fun! Miło Cię widzieć pod moim szortem. 

Z poradnikiem pomogę – dobrosąsiedzki meh. To mi odpowiada. 

Dzięki za docenienie warsztatu – ha, zdaje sobie sprawę, że mam podstawy do podjęcia próby napisania czegoś poważniejszego, tylko życie rzuca kłody. Ale może wyjdzie z "jestem legendą", bo pomysł się niedawno pojawił. 

Jeszcze raz dzięki! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Jak dla mnie ilość kiczu jest optymalna. Napisane bardzo sprawnie, co zdecydowanie ułatwia lekturę. Jest klimat i jest jakaś historia. A schematyczne, niekiedy banalne dialogi są na swój sposób urocze. A to nie lada sztuka operować kiczem tak, by się podobał :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Dzięki Soku! 

Myślę, że pewna dawka kiczu i emocjonalnego patosu jest w pisaniu (muzyce i plastyce zresztą też) jak najbardziej na miejscu. Nie należy go unikać. Oczywiście, przesadzać też nie można. Cieszę się, że mi się udało! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Nowa Fantastyka