- Opowiadanie: maciekzolnowski - Wzgórza mają oczy: Bucze futurystycznie

Wzgórza mają oczy: Bucze futurystycznie

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Wzgórza mają oczy: Bucze futurystycznie

 

Zawsze, kiedy tu przychodziłem, ogarniał mnie przedziwny stan umysłu – rodzaj senności doprawionej szczyptą smutku. To pewnie pod wpływem uroku tych starych, pokręconych drzew, które uginały się teraz pod naporem grudniowego wichru, odczuwałem melancholię – taką samą, gdy spoglądam na coś archaicznego, schorowanego, zgarbionego, prawie już rozpadającego się. Ich konary i pomniejsze gałęzie, czarne i przez tę czerń skontrastowane z barwą śniegu, wplatały się tu i ówdzie w objęcia samych siebie – swoich dalszych i bliższych sąsiadów, jakby starały się zespolić w jakąś organiczną całość wyższego rzędu, która jest zdolna myśleć kolektywnie i przeżywać wspólnie nieuchronny etap jesieni życia. I miałem w oczach ludzi, którzy dawno już pomarli, a którzy z pewnością pamiętali lepsze czasy tego starego i mocno przerzedzonego lasu. I widziałem gdzieniegdzie na jego styku z polem nieliczne, cherlawe drzewka owocowe, również pokręcone i spróchniałe, tak słabe i podatne na działanie zimnego, grudniowego wichru.

Na ugorze, na polnym wygwizdowie ujrzałem parę długaśnych kikutów niedorżniętej kukurydzy, lekko przyprószonej śniegiem, zaś w pobliżu dróżki, wokół mnie – jakieś krzaki, przywodzące na myśl koronę cierniową Chrystusa, i przechodzące w wyższych partiach stopniowo w zeschłe drzewostany – całe ich witki, wstążki oraz pasemka, o kondycji wątpliwej i nader mizernej, i wyraźnie już nadgryzione przez czas i korniki. Cóż za beznadzieja! To było właśnie Bucze, tak wyglądało to niewielkie wzgórze, położone na Śląsku Cieszyńskim.

 

***

 

A godzina była już późna, wieczorna i widoczność stawała się przez to coraz bardziej ograniczona, mętna, zacierały się kontury. I z szarówki, z zaułków zmierzchu pozornie wypełzały przeróżne dziwne i nienazwane cienie – dzieci szarej godziny. Wstawały, wypełzały i jeszcze śmielej prostowały obolałe swe członki. A im śmielej je prostowały, tym bardziej robiły się upiorne. I tak na każdym kroku i zza każdego zakamarka Bucza dopadała mnie jakaś nieopisana wręcz, niewysłowiona tajemnica, a każdy przedmiot, każdy kamień i każde pojedyncze drzewo zaczynało mamić i zwodzić. Lubiłem to nawet, przyznać to muszę, lubiłem te gry wyobraźni, w ramach których na jednym krańcu znajdowała się czysta przyjemność i pożywka dla mego intelektu, na drugim zaś – nic, tylko blady strach.

A gdy wreszcie zaszło słońce i zza wzgórza zaczęły napływać śniegowe chmury, o tak charakterystycznej, niezwykłej barwie, poczułem się obco i niepewnie. Przyspieszyłem kroku i nerwowo rozglądałem się na boki. Od czasu do czasu przystawałem, nasłuchiwałem jakiegoś dźwięku i oglądałem się za siebie. Na szczęście niczego podejrzanego nie słyszałem, jedynie delikatny wiaterek szumiał w koronach drzew i wyśpiewywał wkoło tę samą, znaną na całym chyba świecie kołysankę. Nikt też mnie od przodu ani z boku nie zachodził, nie nawiedzał, i nie miałem żadnego (ale to żadnego) „ogona”. W ogóle nikogo, żywej duszy tu nie widziałem, a wioska zdawała się być wymarła. I nawet w pewnej chwili, tam gdzieś na szczycie, zauważyłem radośnie zbiegającą od strony Bucza (coś jakby) sarenkę. Cóż za piękne i zwinne stworzonko! Doprawdy, istny cud!

 

***

 

Sarna była coraz bliżej i wcale się mnie nie bała. Jej gibkie kontury wydawały mi się dziwnie znajome. Uwielbiałem zwierzęta, szczególnie sarny, jelenie, kózki oraz owce. Ubóstwiałem podziwiać te bydlątka w ich naturalnym środowisku, na halach, górskich pastwiskach, w zagrodach, bacówkach oraz lasach. I z tego wszystkiego prawie zapomniałem, jak bardzo się spieszę i jak wielce muszę być teraz ostrożny.

Była już blisko, o wiele za blisko, prawie się ze mną witała i wcale to a wcale nie czuła przede mną lęku, nie zdradzała oznak żadnego respektu. A przecież powinna zdradzać. I nie było w tym zresztą nic nadzwyczajnego. O Boże! Oto bowiem, kiedy przystanęła i dokładnie się jej przyjrzałem, okazało się niestety, że nie jest to sarna, o nie! Struchlałem w tej sekundzie, a gorący pot zaczął spływać po policzkach, fala gorąca uderzyła mi do głowy. I zobaczyłem, że oto od strony skarpy spływał, spełzał, zlatywał właśnie jeden z plugawych i niezwykle niebezpiecznych dronów, tak zwanych pełzaczy. I już mnie chyba nawet zauważył, bo ponownie ruszył w mym kierunku. A więc to, co brałem początkowo za sarnę, o ja, nieszczęsny, było tak naprawdę jedynie ułudą, było upiorem tej szarej godziny.

 

***

 

A wszystko przez to, że w roku dwa tysiące pięćdziesiątym, a więc dziesięć lat temu, została wprowadzona przez Światowy Rząd Myślących Maszyn godzina policyjna. Ludzie nie mogli się swobodnie poruszać ani wychodzić z domu po zapadnięciu zmroku. Przestrzegania godziny policyjnej pilnowały roboty, działające na zasadzie poduszkowca i patrolujące każdą pojedynczą dróżkę, każdą, najmniejszą nawet górską i leśną ścieżkę, nie mówiąc już o głównych arteriach miast i miasteczek, o wiejskich gościńcach czy o placach targowych i przykościelnych. Pełzacze były niezwykle szybkie, ciche, zwrotne i dobrze uzbrojone. I były groźne, śmiertelnie groźne. Nie chciałbym, nikt by nie chciał nigdy, przenigdy spotkać ich na swej drodze, gdyż mogła to być zwyczajnie droga, prowadząca do zguby, droga do zatracenia.

 

***

 

Pełen najgorszych obaw, spiesząc się i sapiąc jak parowóz, ruszyłem natychmiast z powrotem w stronę lasku. Biegłem co tchu. Krzewiaste runo raniło ręce, kuło w nogi. I choć nie oglądałem się za siebie, to i tak czułem podskórnie obecność piekielnej maszyny, która mnie z wolna doganiała.

A był tam nieopodal wąski i niepozornie wyglądający wąwóz, chyba lessowy. Cóż, nie znam się na tutejszych glebach, ani na roli i jej uprawie, ale… nie to jest w tej chwili najważniejsze. Ów wytwór natury kroił szczyt Bucza niczym przedziałek dzieli i porządkuje włosy na głowie kobiety (i mężczyzny). Biegłem krótkim trawersem, który krzyżował się z tym właśnie wąwozem i prowadził dalej, dalej, jeszcze dalej, hen w kierunku dworku Kossaków. Postanowiłem skręcić, zboczyć w lewo. I skryć się pośród lessów. I tak też uczyniłem.

Przykucnąłem pośród gęstwiny połamanych konarów i plątaniny zeschłego runa leśnego, i zza pokaźnych rozmiarów pniaka obserwowałem rozwój wypadków. Po upływie piętnastu sekund – a więc tylko taki interwał dzielił mnie od ewentualnej zguby – pojawił się pełzacz i przeleciał jakieś cztery metry ode mnie. Objawił się i poszybował dalej tym trawersem, prowadzącym w kierunku dworu.

Musiał poszybować daleko – hen, hen… aż do samej stanicy harcerskiej, obrazu nędzy i rozpaczy, już od dawna nieczynnej, gdyż długo nie powracał. (Ludzie, cóż to była za stanica, kiedyś! Ta druciana siatka, wyglądająca równie żałośnie dwadzieścia, co i teraz, i pięćdziesiąt lat temu, powyginana na wszystkie strony, na lewo, na prawo, te ruiny budynków, z odrapanym tynkiem… Tak, kiedyś zapewne musiała wyglądać przepięknie, no, a obecnie? Nie było o czym mówić obecnie).

Odczekałem kolejnych piętnaście, no, może dwadzieścia sekund, upewniłem się, że nie wraca, i dopiero teraz odetchnąłem z ulgą. Ach, i oto żyłem; na razie jeszcze żyłem! Ale musiałem się spieszyć i nie dać się za nic w świecie złapać.

Ten dron, szkodnik paskudny musiał mieć zapewne jakiś sposób na to, aby porozumiewać się z innymi dronami i w ogóle całym sztabem zarządzania pościgami, i mógł już (pewnie dawno to zrobił) wezwać posiłki. Miałbym wtedy naprawdę (ale to naprawdę) przechlapane; miałbym, jeśliby mnie skubańcy dopadli.

Nie mogłem wracać najkrótszą drogą, musiałem więc kluczyć naokoło i przedzierać się przez potworne zaspy, śnieżne bałwany oraz dzikie, monstrualne chaszcze. Ale – no, powiedzcie sami – co jest lepsze: błądzić, kluczyć, posuwać się po omacku, i na dodatek po zmroku, lecz dotrzeć do domu i przeżyć, po prostu przeżyć, czy też może biec wytyczonym szlakiem i wydeptaną ścieżką, naszpikowaną krwiożerczymi machinami, i prędzej czy późnej zostać przez którąś z nich namierzonym, pojmanym, a w końcu także i unicestwionym. No!? Powiedzcie sami, którą wy byście opcję wybrali: wybralibyście życie… czy wybralibyście śmierć? Ja, moi kochani, ja wybrałem życie. Ale nie ma tego złego… Tak oto dowiedziałem się, przynajmniej, jaki dźwięk wydają drony tej nowej, najnowszej generacji. Choć były ciche, sukinkoty, to jednak – były słyszalne. Ta wiedza o tym, czego dokładnie mam unikać na otwartym terenie – teraz, tutaj, o tej sądnej godzinie – mogła mnie uratować. Mogła, gdyby się tylko grunt pode mną nie zatrząsł, a ja sam bym się nie zapadł pod ziemię.

 

***

 

W ten sposób ukazało mi się wnętrze głębokiego szybu, na końcu którego znajdował się właz. A ja? Cóż, ja leżałem tuż przed nim, w tym ponurym i tajemniczym wnętrzu, i oświetlałem sobie drogę, naprędce wyszperaną z kieszeni, latarenką. Ów sezam udało mi się wkrótce sforsować i wślizgnąłem się do środka czegoś, co mógłbym nazwać Krwawą Oberżą (Krwawą Komnatą) – tyle że pozbawioną picia, strawy i osoby samego oberżysty.

I wtedy, prawie natychmiast, pośród grobowej ciszy i czerwonej, mrugającej poświaty, zaiskrzyły mi przed nosem ślepia wygłodniałych bestii. Byli to miejscowi kanibale – zbieranina wiejskich typków, krewkich i chamskich już z samego tylko wyglądu – którzy mi mieli za złe to, iż przez swoje lekkomyślne zachowanie skupiłem uwagę maszyn właśnie na Buczu. Wiedzieli, że zginą, że drony także ich dopadną. I postanowili zemścić się w jedyny, znany ludożercom sposób. A mianowicie zapragnęli mnie zabić i w ramach ostatniej swej wieczerzy pożreć. Zamarzyło im się choć raz jeszcze napełnić sobie brzuchy przed śmiercią mięsem, świeżym mięsem. Och, gdybym tylko wiedział, jakie będą przykre, tragiczne wręcz skutki mej Góreckiej wędrówki, nigdy bym się na nią nie zdecydował. I gdyby tylko się znajdowała w tej (niby) Oberży jakaś machina czasu, mógłbym uciec i się uratować, no… chyba że bym trafił z jej pomocą źle, bardzo źle, i przeniósł się w czasie na przykład do nazistowskich Niemiec, do jednej z tamtejszych komór gazowych. Z moim pechem wszystko jest możliwe. Tak, mógłbym trafić do gazu, a tego bym nie chciał, to by mi się wcale to a wcale nie spodobało.

 

***

 

Tego dnia nad Buczem, jeszcze długo po zapadnięciu zmroku, latały bezzałogowe poduszkowce – cała armia, cała plejada (banda) tych wygłodniałych potworów okładała i przeczesywała teren, przetrząsała knieję. Ich mechaniczny szmer – klasyczny, laboratoryjny przykład szumu białego – mieszał się z posępnym wyciem bezwzględnego i lodowatego wichru, a śnieg mienił się tu i ówdzie w blasku laserowych spojrzeń, promieni widzialnych i niewidzialnych, oświetlaczy podczerwieni i ultrafioletu…

 

I tylko las zdawał się nie zważać na to całe zamieszanie i – tak jak dawniej – w spokoju celebrował ostatnie chwile swej starości. Na ugorze, na polnym wygwizdowie – podobnie jak przedtem – dyndały długaśne kikuty niedorżniętej kukurydzy, lekko przyprószone śniegiem, a w pobliżu majaczyły krzaki, przywodzące na myśl koronę cierniową Jezusa. To było właśnie Bucze, tak wyglądało o sądnej godzinie niewielkie wzgórze, położone na Śląsku Cieszyńskim.

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Tekst do mnie nie trafił. Jak na mój gust – za dużo poetyckich opisów przyrody. Za to wprowadzenie godziny policyjnej wydaje mi się nieuzasadnione. Po co? Kto się na to zgodził? Gdyby zakaz był lepiej umotywowany, może świat wydałby się ciekawszy. A tak – znowu opisujesz góry, udając, że to historia z fabułą.

Babska logika rządzi!

Bardzo nierozsądnie zachował się bohater, ale rozumiem, że widoki go urzekły. Nie rozumiem natomiast, jak mógł pomylić sarenkę z dronem…

Może opisana historia jest dość specyficzna, ale czytało się całkiem nieźle. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Historia mnie nie urzekła, ale czytało się dobrze, co oznacza, że o pisaniu pojęcie jakieś masz :)

 

“(…) o pisaniu pojęcie jakieś masz”.

Dzięki Reg. Dzięki za Wasze komentarze, może tam i jakieś pojęcie o pisaniu mam. ;)

Mnie się za bardzo nie podobało :( Cała historia jakoś nie zachwyca i nie ma w niej nic odkrywczego ani zapadającego w pamięć. Taka sobie opowiastka sf, bez chyba jakiegoś większego sensu.

Szczerze mówiąc, nie podoba mi się Twój styl. Piszesz zbyt długie zdania. Robisz to, przed czym wzbrania nas Stephen King – używasz masy niepotrzebnych słów, które sztucznie wydłużają cały tekst. 

Szczęśliwego Nowego Roku!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Autorze, zgodzę się z przedmówcami, że pojęcie o pisaniu masz. Tworzenie dobrych opisów to bardzo trudna sztuka. Uważam, że wychodzą Ci całkiem nieźle, a zastrzeżenia mogę mieć najwyżej mocno subiektywne. Na pewno jestem w stanie wyobrazić sobie to, co czytam – to już wielki plus. Z drugiej strony, podobnie jak Pietrkowi, zdania wydawały mi się za długie.

Opowiadanie przeczytałam jednak do końca. Coś w sobie miało. Kiedy przywykłam do jego specyficzności, to mnie wciągnęło. Pozdrawiam. :)

 

Generalnie całość odebrałem jako jeden wielki opis. Jakaś fabuła jest tu ukryta, ale powiem szczerze, że nie porwała, a opisy, choć niezłe, nie wynagrodziły braku akcji. Czyli jest przyzwoicie, ale bez fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki raz jeszcze za komentarze! Piotrze, Tobie również i Wszystkim na tym forum życzę Szczęśliwego Nowego Roku! :)

“Generalnie całość odebrałem jako jeden wielki opis.” Tak, zgadza się, zwłaszcza opisy przyrody są wyczerpujące: wyczerpują czytelnika. ;)

Twoje teksty mają w sobie coś, co sprawia, że lubię je czytać. Kwiecisty styl, co już chyba kiedyś pisałem pod jednym z opowiadań, ma swój urok i jest nawet przyjemny, choć na dłuższą metę byłby męczący. Jednak w utworze tej długości nie przeszkadza to jeszcze.

Niestety, dalej nie jest już tak przyjemnie. Opowiadanie wygląda na posklejane z różnych, niekoniecznie powiązanych ze sobą, elementów. Mamy góry i klimat grozy, a póżniej nagle drony i sci-fi, w końcu spod ziemi (dosłownie i w przenośni) pojawiają się kanibale. W zasadzie nie ma tu żadnej historii, tylko taki właśnie patchwork różnych pomysłów, do tego urwany nagle, bez żadnego zakończenia.

 

I z szarówki, z zaułków zmierzchu wypełzały przeróżne dziwne i nienazwane cienie – dzieci szarej godziny. Wstawały, wypełzały i jeszcze śmielej prostowały obolałe swe członki. A im śmielej je prostowały, tym bardziej robiły się upiorne. I tak na każdym kroku i zza każdego zakamarka Bucza dopadała mnie jakaś nieopisana wręcz, niewysłowiona tajemnica, a każdy przedmiot, każdy kamień i każde pojedyncze drzewo zaczynało mamić i zwodzić. – Ten fragment powoduje zamieszanie. Najpierw pomyślałem, że bohater widzi tylko działające na wyobraźnię cienie. Jednak kiedy piszesz o obolałych członkach, uznałem, że to rzeczywiście jakieś potworzyska wychynęły z ciemności. A później okazje się, że to jednak tylko gra cieni.

 

A gdy wreszcie zaszło słońce i zza wzgórza zaczęły napływać śniegowe chmury, o tak charakterystycznej, niezwykłej barwie, uznałem, że jest już po mnie. Przyspieszyłem kroku i nerwowo rozglądałem się na boki. (…) Na szczęście niczego podejrzanego nie słyszałem W świetle poprzedzających ten fragment wydarzeń nie rozumiem, dlaczego bohater uznał, że już po nim. Tym bardziej, że później również nie słyszał niczego podejrzanego.

 

I zobaczyłem, że oto od strony skarpy spływał, spełzał, zlatywał właśnie jeden z plugawych i niezwykle niebezpiecznych dronów, tak zwanych pełzaczy. – jak już pisała Reg – nie rozumiem, w jaki sposób bohater myli sarenkę z dronem. Nie żebym był ekspertem od dronów, czy tym bardziej od sarenek, ale jednak.

 

Musiał spłynąć aż do samej stanicy harcerskiej, obrazu nędzy i rozpaczy, już od dawna nieczynnej, gdyż długo nie powracał.nie wiem co ma jedno z drugim wspólnego, w jaki sposób nieczynna stanica harcerska sprawia, że dron nie powraca; po drugie dron chyba nie “spłynął”

 

Ludzie, cóż to była za stanica, kiedyś! Ta druciana siatka, wyglądająca równie żałośnie dwadzieścia, co i teraz, i pięćdziesiąt lat temu, powyginana na wszystkie strony, na lewo, na prawo, te ruiny budynków, z odrapanym tynkiem… A obecnie? Nie było o czym mówić obecnie – to porównanie nie ma sensu, przecież obecnie jest tak samo jak dawniej, co sam stwierdzasz (siatka wyglądająca równie żałośnie dwadzieścia, co i teraz, i pięćdziesiąt lat temu; ruiny budynków, z odrapanym tynkiem… A obecnie? Nie było o czym mówić obecnie)

 

ślipia – ślepia? :)

 

Oberży jakaś machina czasu, mógłbym uciec i się uratować, no… chyba że bym trafił z jej pomocą źle, bardzo źle, i przeniósł się w czasie na przykład do nazistowskich Niemiec, do jednej z tamtejszych komór gazowych. Tak, mógłbym trafić do gazu, a tego bym nie chciał, to by mi się wcale to a wcale nie spodobało.niepotrzebne wtrącenie, oderwane od pozostałej treści. Zresztą czemu, ze wszystkich czasów i miejsc na świecie, miałby trafić akurat do komory gazowej w nazistowskich Niemczech?

 

zwłaszcza opisy przyrody są wyczerpujące: wyczerpują czytelnika. ;) XD 

Dobry opis nie jest zły. :)

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Ewidentnie brakuje mi dialogów, choćby jednej przynajmniej odbytej rozmowy z mieszkańcem Górek Wielkich. Wyobrażam sobie takową rozmowę z osobą miejscową jako stały element wszystkich moich “folklorystycznych” opowieści. W ogóle dialog – każdy jeden jest (może być) pożądany w tego typu króciakach.

Dzięki za Twoje cenne uwagi, El Lobo. Postaram się poprawić to i owo, bo lubię mieć porządek w papierach. 

A przy okazji, życzę Ci, El Lobo Caro, oraz Wszystkim tu obecnym szczęśliwego Nowego Roku! :)

Nowa Fantastyka