- Opowiadanie: Niebieski_kosmita - Spowiedź szatana

Spowiedź szatana

Wow. Ja żyję!

 

Powracam po dłuższej nieobecności i prezentuję moje najnowsze opowiadanie – numer pięć (bo numer cztery wojuje na Fantazmatach), najdłuższe ze wszystkich, jakie dotąd napisałem. Jak zawsze – są powiązania z pozostałymi opowiadaniami (i powieścią – dla tych nielicznych, którzy czytali), ale tekst można (mam przynajmniej taką nadzieję) czytać też oddzielnie.

Miałem pewne wątpliwości, czy powinienem dodawać tag “czarny charakter”, bo sprawa jest... no cóż, skomplikowana. Zresztą, przekonacie się sami :)

 

Życzę wszystkim razem i każdemu z osobna: a) przyjemnej lektury, oraz b) wesołych Świąt!

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Spowiedź szatana

(zapis rozpoczęty: czternasty grudnia 2416, godz. 17.34 czasu TSU)

Tak? Dobrze. Victorze, mówi twój ojciec. Nie mieliśmy wielu okazji do poważnych rozmów, a chyba już więcej ich nie będzie… dlatego postanowiłem stworzyć nagranie, przeznaczone wyłącznie dla uszu syna.

Willa na Olympus Mons jest otoczona przez wojsko Connora. Cały czas mnie bombardują, a pole siłowe wytrzyma może jeszcze godzinę, nie dłużej. Muszę zdążyć omówić mnóstwo rzeczy, więc będę się spieszył. Wybacz, że nie zrobiłem tego wcześniej.

 

(westchnienie)

Rozpisałem sobie wszystko, ale teraz, kiedy patrzę na własne notatki, aż chce mi się rzygać. Na pewno nie będę gadał w ten sposób.

Opowiem ci po prostu historię swojego życia… prawdziwą historię, taką, jakiej jeszcze nie słyszałeś.

 

Urodziłem się w roku dwa tysiące trzysta trzydziestym szóstym, jak wiesz… a przynajmniej mam nadzieję, że nie wyparłeś jeszcze starego z pamięci. Sześć miesięcy temu przyleciałeś na moje osiemdziesiąte urodziny, może coś ci się przypomina. Jestem już antykiem, ale – chociaż wydaje się to nieprawdopodobne – kiedyś też byłem dzieckiem.

Najwcześniejsze lata życia upływały mi beztrosko. W całym Układzie Słonecznym panował pokój – przynajmniej teoretycznie. Nie wiedzieliśmy nic o Czarnoksiężnikach, którzy przygotowywali się do ucieczki z Tytana, a ten okropny Connor jeszcze nie istniał. Mieszkałem z rodzicami i młodszym rodzeństwem w wielkiej rezydencji, tam, gdzie dzisiaj stoi główna kwatera CAH. Wtedy była to odludna okolica…

 

Odkąd pamiętam, jeździliśmy na cotygodniowe wizyty do pobliskiego szpitala, gdzie leczono dziadka Brada – to on zbudował nasz dom. Biedak umarł młodo, mając tylko siedemdziesiąt trzy lata, na jakąś straszną chorobę mózgu… nie mam pewności, ale zdaje mi się, że lekarstwo zostało wynalezione kilka miesięcy później.

Przed oczami widzę następującą scenę:

Dziewięcioletni ja, a także ojciec, matka i dziadek Brad – wszyscy siedzimy wokół małego stolika w sali odwiedzin. Dziadkowi zostało kilkanaście miesięcy życia i trudno się z nim rozmawia. Tata próbuje nawiązać jakikolwiek kontakt, a matka patrzy na to z nieszczęśliwą miną.

 

Fragment dialogu, tak, jak go sobie przypominam:

– Wiesz, kim jesteśmy?

– Co to za niedorzeczność? Nyran, znamy się przecież od dzieciństwa…

– Tato, Nyran był tutaj tydzień temu. To ja – Michael.

– Hę? No tak. A ten młodzieniec?

– Martin, twój wnuczek.

– Twój wnuczek? Nyran, nic nie mówiłeś!

Ojciec westchnął.

– Jak cię tu traktują?

– Zawsze powtarzałem: Rada Planetarna to nic dobrego. Nie dalej jak w latach dwudziestych wybuchnie kolejna wojna, jestem pewien…

– Tato, mamy już lata czterdzieste, i wojny nie było.

– Przecież mówiłem, że zawsze to powtarzałem.

I tak trwała dyskusja – przez kilkanaście minut. Mama wtrąciła coś raz lub dwa, a ja siedziałem cicho, bo uważałem, że sama idea takiej wizyty jest chybiona.

W końcu ojciec poddał się, wstał i bez słowa ruszył w stronę wyjścia. Matka, bąknąwszy niezrozumiale jakieś pożegnanie, poszła w jego ślady. Chciałem zrobić to samo, ale – zupełnie nieoczekiwanie – dziadek chwycił mnie za rękaw.

– Zaczekaj chwilkę… Masz na imię Martin, tak?

– Tak – odparłem nieśmiało.

– Nyran nie chciał słuchać, więc powiem tobie. Przed moim starym domem rośnie wielki dąb, w który dawno temu trafił piorun. Wiesz, o którym drzewie mówię?

– Jasne. Widzę go z okna pokoju.

– Dwadzieścia kroków na północ od dębu jest wejście do tajnego schronu z czasów Wojny. Nikt o nim już nie pamięta. Byłem tam, kiedy miałem dwadzieścia pięć lat…

– Hej, zostaw chłopaka! – usłyszałem głos ojca.

– Ukryłem w schronie pewne rzeczy. Skarby – powiedział dziadek, a w jego oczach coś błysnęło. Czułem tak wielki strach, że prawie robiłem pod siebie… a jednak byłem też zaintrygowany.

– Jakie skarby? – zapytałem, ale nie usłyszałem odpowiedzi. Tata chwycił mnie i odciągnął, prośby i szarpania nic nie dały. Więcej nie widziałem dziadka Brada – rodzice nigdy już nie zabrali mnie ze sobą.

 

Tamtej nocy prawie nie spałem, a następnego dnia poszedłem rozeznać sytuację. Zabrałem też dla niepoznaki psa (na imię miał Ernest) i powiedziałem, że idę pobawić się z nim na zewnątrz. W miejscu, które mi wskazano, nie znalazłem jednak nic szczególnego – ot, trawa, kilka kamieni. Trochę dalej wystawał z ziemi omszały głaz.

Może i miałem tylko dziewięć lat, ale byłem całkiem sprytny. Zrozumiałem, że moje dwadzieścia kroków to nie to samo, co dwadzieścia kroków dorosłego, wysokiego mężczyzny – a dziadek Brad miał prawie dwa metry wzrostu.

Głaz sterczał trzydzieści cztery kroki od dębu.

Zbliżyłem się do niego…

(TRAAAACH)

 

Wybacz przerwę, zrzucili wyjątkowo wielką bombę i byłem chwilę oszołomiony. Chyba nie dam rady tego wyciąć.

Wrzuciłem na ekran prognozowany czas działania pola – dzięki temu będę wiedział, jak bardzo powinienem się spieszyć. Zostało czterdzieści jeden minut.

A teraz, kontynuując.

 

Zbliżyłem się do niego, nie bardzo wiedząc, czego szukać. Pies zaczął obwąchiwać skałę ze wszystkich stron, a ja wypatrywałem jakichkolwiek znaków, świadczących o tym, że gdzieś tutaj może być tajne przejście.

Obszedłem głaz dookoła, nie napotkawszy nic nadzwyczajnego. Już miałem pogodzić się z faktem, że opowieść dziadka musiała być wytworem jego chorego umysłu, gdy usłyszałem szczekanie Ernesta, dobiegające z drugiej strony kamienia. Zrobiłem trzy kroki… i stanąłem jak wryty.

Pies najwyraźniej aktywował jakiegoś rodzaju czujnik, bo w litej skale otworzyły się małe drzwiczki, a za nimi widać było drabinkę, prowadzącą w dół. Niewątpliwie miałem przed sobą początek drogi, która musiała gdzieś prowadzić.

Wtedy spanikowałem. Zejść samemu, w ciemny tunel, nie wiadomo dokąd – zadanie zdecydowanie przerastające odwagę dziewięciolatka. Uciekłem do domu co sił w nogach, jak gdyby ktoś mnie gonił.

Pobiegłem po pomoc.

 

– Tato, tato, chodź, coś ci pokażę! – krzyknąłem od progu.

– Zaraz, jestem zajęty – z głośnika rozległy się słowa ojca. Siedział w gabinecie i pracował; zapewne było to coś bardzo ważnego, ale moja sprawa miała, oczywiście, jeszcze większy priorytet.

– Szybko, tato!

– Nabroiłeś, tak? Znowu popsułeś Gravity Mastera?

– Nie! Wczoraj, jak byliśmy u dziadka, powiedział, że ukrył coś…

– Stop.

Chociaż emocje dosłownie mnie rozsadzały, natychmiast umilkłem.

– Co mówiłem o dziadku?

– Tylko że…

– Co mówiłem?

– Jest chory i często gada od rzeczy, wiem, ale tym razem naprawdę…

– Martin, zaczekaj. Może trudno to zrozumieć, szczególnie, że pamiętasz go jeszcze z wczesnego stadium choroby. Musisz jednak przyjąć do wiadomości, że dziadek nie jest już sobą. Komórki mózgu ulegają degeneracji…

I kiedy słuchałem tyrady ojca, czułem, że niedawny entuzjazm powoli znika… a zamiast niego pojawia się złość.

– …nie chcę więcej słyszeć. W porządku?

– Jasne, tato.

– Więc co chciałeś mi pokazać?

– Znalazłem fajną grę w Omninecie, z elementami AR. Trzeba wspinać się na drzewa, zbierać różne rzeczy i tak dalej.

Nie mogłem uwierzyć, jak gładko kłamstwo spłynęło z moich ust. Ojcu to chyba jednak wystarczyło, bo powiedział tylko:

– Super, cieszę się. Uważaj, żeby nie zrobić sobie krzywdy.

– Pewnie.

 

Kiedy wróciłem pod dąb, zobaczyłem, że przejście jest już zamknięte. Na razie nie miałem ochoty wchodzić do środka, ale skoro udało się otworzyć raz, uda się i drugi – kiedyś.

W następnym tygodniu rodzice zapisali mnie do szkoły, i musiałem całe godziny sterczeć przed holoekranem, słuchając o bezużytecznych bzdurach, na przykład teorii strun. Nauka zajmowała większość czasu, ale nie zapomniałem o schronie. Zbierałem w sobie odwagę i czekałem na odpowiedni moment.

Trwało to trochę dłużej, niż początkowo myślałem – dziadek umarł, minęły moje dziesiąte i jedenaste urodziny, a dobra okazja nadal się nie nadarzała. W końcu jednak nadeszła – tuż po Nowym Roku dwa tysiące trzysta czterdziestym ósmym. Zachorowałem na malarię… albo jakąś jej zmutowaną odmianę, nie pamiętam… i nie mogłem polecieć w podróż dookoła Ameryki, którą od kilku miesięcy planowali rodzice. Ojciec uznał, że „jestem już duży” i poradzę sobie przez tydzień, gdy ich nie będzie. Zabrali brata i siostrę, a potem odlecieli – i mały Martin został w domu pod opieką robotów.

Cztery dni później – a osiem od czasu, kiedy zacząłem brać leki – poczułem się na tyle zdrowy, by ruszyć do schronu.

Tak naprawdę byłem jeszcze bardzo słaby, ale dłużej nie mogłem wytrzymać. Pokasłując, spakowałem swój „ekwipunek” – koncentrat żywieniowy, kilka butelek wody, dużą latarnię ręczną, zalegającą w komórce, a także elektroniczny scyzoryk. Wziąłem też ze sobą drona, który miał lecieć przodem, szukając potencjalnych niebezpieczeństw.

Może to wszystko brzmi głupio, ale naprawdę sądziłem, że czeka mnie kilkugodzinna lub nawet całodniowa wędrówka. Dużo czytałem o schronach wojskowych i wiedziałem, że wiele z nich było w gruncie rzeczy podziemnymi miastami, o powierzchni dziesiątek kilometrów kwadratowych. Do głowy mi nie przyszło, że gdyby coś tak ogromnego znajdowało się pod naszym domem, dawno zostałoby odkryte.

 

Otworzyłem przejście – już jakiś czas wcześniej znalazłem właściwy czujnik, skrzętnie ukryty w trawie – i zacząłem schodzić po drabinie, oświetlanej przez drona. Nie odważyłem się spojrzeć w dół, pewny, że zieje tam głęboka przepaść. Liczyłem stopnie: dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści… trzydzieści?

Znalazłem się w kwadratowym pokoju, nie większym niż sześć na sześć metrów, pełnym kabli, rur, szaf elektrycznych i innych, bardziej tajemniczych obiektów. Moja latarnia w zupełności wystarczała, by oświetlić go w całości. Nie było tu żadnych drzwi, włazów ani otworów w podłodze.

Pomieszczenie, jak dowiedziałem się dużo później, stanowiło stację przesyłu energii elektrycznej, zaopatrującą w prąd prawdziwy schron, leżący kilka kilometrów dalej. Został on otworzony, zbadany i ponownie zapieczętowany w latach dwudziestych, ale tej stacji nigdy nie odnaleziono.

Poczułem rozczarowanie, a krótko po nim – złość. Schron? Raczej piwnica! Skarby? Sterta złomu!

Mimo to, zacząłem się rozglądać, w nadziei, że znajdę coś, co chociaż w minimalnym stopniu wynagrodzi mi setki godzin rozmyślań i dziesiątki nieprzespanych nocy. I znalazłem.

Wśród przestarzałych, zakurzonych i cuchnących stęchlizną sprzętów wyróżniał się jeden komputer, na pierwszy rzut oka o kilkanaście lat nowocześniejszy niż pozostałe. Uruchomiłem go gestem; wyświetlił holograficzną klawiaturę, a na ekranie pojawił się napis WPROWADŹ HASŁO.

Aż jęknąłem. Co to może być? Przywołałem w myślach obraz dziadka i gorączkowo zastanawiałem się nad czymkolwiek, co mogłoby dać mi wskazówkę. Wpisałem „Skarby”, potem „Stary dąb” i kilka innych fraz. Po siódmej z nich komputer oznajmił: POZOSTAŁY TRZY PRÓBY.

Myśl, myśl…

„Wybuchnie kolejna wojna” – błąd.

Ernobell! – zakląłem pod nosem, po cichu, chociaż przecież nikt mnie nie słyszał. A potem zrozumiałem.

 

Ty, Victorze, od dziecka słyszysz wokół siebie niemal wyłącznie Latina Nova, stanowiącą od kilkudziesięciu lat uniwersalny język Układu, ale w tamtych czasach nie była jeszcze tak wszechobecna. Zdanie „Wybuchnie kolejna wojna”, często powtarzane przez tych, którzy byli sceptyczni wobec Rady, zostało przetłumaczone na LN – erit novum bellum – i skrócone – ernobell, a słowo to następnie zaczęło być traktowane jak przekleństwo, szczególnie przez nauczycieli języka. Poznałem je miesiąc wcześniej i byłem z siebie niezwykle dumny, że wyrażam się „jak dorośli”.

 

Wpisałem „erit novum bellum”, a komputer posłusznie wpuścił mnie do systemu.

Archiwum zawierało setki, tysiące plików, ale większości nie poświęciłem nawet chwili uwagi. Były tam kroniki wojskowe, projekty różnych broni i dzienniki wideo, w tym – seria nagrań, zatytułowana „BradT”. Nie miałem jednak ochoty na oglądanie relacji z przeszłości. Zamiast tego zaintrygowały mnie trzy największe sektory archiwum: NANO, ANTY oraz ELEKTRO.

Im dłużej wpatrywałem się w ekran, tym bardziej byłem przerażony… i zaciekawiony zarazem.

Pierwszy sektor opisywał ze wszystkimi szczegółami działanie, konstrukcję, a także zastosowania destrukcyjnych nanobotów. Filmy instruktażowe i dokumentacja techniczna były pełne ostrzeżeń; jeśli ktoś zbudowałby najgroźniejszy typ takiego robota – zdolny do samoreplikacji – i utraciłby nad nim kontrolę, w ciągu kilku dni cała planeta mogła zostać zniszczona.

Cała planeta…! Zadrżałem.

Drugi stanowił kompletną instrukcję budowy bomby z antymaterią. Nie brakowało holofilmów z czasów Wojny, przedstawiających wybuchy takich ładunków. Serce przyspieszyło mi do kilkuset uderzeń na minutę, gdy zobaczyłem plik „NY bomb”.

– Nie ma mowy. Nie będę tego oglądał – zapewniłem sam siebie, po czym uruchomiłem nagranie.

I patrzyłem, jak trzystumegatonowa eksplozja zrównuje Nowy Jork Dwa z ziemią.

Poczułem, że zaraz chyba zemdleję, ale jakimś cudem nie straciłem przytomności. Trzęsącą się ręką otworzyłem trzeci sektor, ELEKTRO, i krzyknąłem z przerażenia, gdy usłyszałem kliknięcie za sobą. Błyskawicznie odwróciłem głowę.

Ze ściany wysunęła się oszklona skrytka…

 

No dobrze, trochę za dużo gadam. W takim tempie nie mam szans na opowiedzenie całej historii. Spróbuję się streszczać.

 

W skrytce był jednostrzałowy karabin elektromagnetyczny, ocalały jeszcze z bitwy na Biegunie. Archiwum zawierało również oczywiście jego dokumentację.

Mając jedenaście lat, nie mogłem zrozumieć szczegółów technicznych tych urządzeń, ale wiedziałem jedno: Rada w Pierwszym Traktacie objęła całkowitym zakazem produkcję, użytkowanie i przechowywanie wszelkiej broni. Chociaż dokładna definicja słowa „broń” w rozumieniu Rady nie była mi znana, nie miałem wątpliwości, że zaliczały się do niej zarówno nanoboty, bomby, jak i karabiny.

Gdy jednak wyszedłem ze schronu, postanowiłem, że nie będę wzywał Sił Porządkowych. Tym samym stałem się młodocianym przestępcą.

 

(westchnienie)

Dlaczego postąpiłem tak, a nie inaczej? Może ze wstydu – kto by uwierzył dziecku? Ze strachu przed SP – zadawaliby różne pytania, w rodzaju „Czemu nie powiedziałeś o wszystkim ojcu? Czemu nie zadzwoniłeś po nas wcześniej?”, i nie wiedziałbym, jak odpowiedzieć. Zdawało mi się też, że może odkrycie nie ma wcale takiej wagi – ot, mały bunkier wojskowy, jakich na pewno na świecie jest jeszcze pełno.

Ale główna przyczyna była inna: utajona, tkwiąca gdzieś głęboko radość, że miałem rację, a ojciec się mylił, i biorące się z tego poczucie wyższości.

 

Musimy zrobić teraz spory przeskok, bo na pewno wiesz, jak wyglądało moje życie w następnych dekadach. Skończyłem studia astronomiczne z wyróżnieniem, ożeniłem się z mamą, ty przyszedłeś na świat. Dostałem propozycję pracy w Obserwatorium Everest i przyjąłem ją, a po trzech latach awansowałem. To fakty powszechnie znane, a przynajmniej były powszechnie znane, dopóki mojej biografii nie zaczęto opatrywać napisem „Największy zbrodniarz w powojennej historii Układu”…

Tak, widziałem tę okładkę.

 

(ponure westchnienie)

Wracając do tematu: nie minął miesiąc od awansu, gdy nastąpiło inne, jeszcze bardziej przełomowe wydarzenie. W zasadzie, kiedy patrzę z perspektywy czasu, był to prawdopodobnie najważniejszy moment w dziejach ludzkości, przynajmniej od dnia, w którym skończyła się IV Wojna Światowa…

 

Dwudziesty stycznia dwa tysiące trzysta sześćdziesiątego piątego, krótko po pierwszej w nocy. Siedzę sam w sterowni, a główny teleskop szuka nowych, nieodkrytych dotąd pulsarów. Stacja HLIDS na orbicie Saturna jest jeszcze nieukończona, toteż kompleks Everest pozostaje najpotężniejszym obserwatorium w Układzie Słonecznym.

Oglądam nudnawy holofilm historyczny, kiedy nagle komputer rejestruje dziwny sygnał radiowy. Jest bardzo słaby, na granicy wykrywalności. Pochodzenie: Epsilon Indi, geneza: nieznana.

Nieznana? Co to może być? – myślę.

Po kilku sekundach system rejestruje jakiś wzorzec i zaczyna dekodować przekaz, a do mnie dociera, że odbieram pozaziemską transmisję od obcych.

 

Słowa, które pojawiły się na ekranie komputera, do dziś pamiętam bardzo wyraźnie.

 

„Poszukujemy partnerów do wymiany handlowej. Interesują nas przede wszystkim: wiedza i technologie. Sami zaoferujemy własne”

 

I tyle.

Trzy zdania – nie tak wszyscy wyobrażali sobie pierwszy kontakt z kosmitami, prawda?

Kiedy minął początkowy szok, sprawdziłem, czy nie padłem ofiarą jakiegoś okrutnego żartu, ale wskazania i sygnatury wyglądały prawidłowo. Potem zacząłem rozważać dostępne scenariusze. I szybko zrozumiałem, że jeśli odpowiednio wszystko rozegram, stanę się władcą Układu Słonecznego.

 

(westchnienie)

Trochę nie wyszło, prawda? Dopadła mnie karma: w pierwszej połowie życia dwukrotnie miałem nieprawdopodobne szczęście, dlatego w drugiej wszystko musiało się spieprzyć.

 

Zataiłem całe zajście, co jest chyba oczywiste, skoro żaden serwis „Informacji” nie wspomniał ani słowem o obcych. Usunąłem wszystkie dane z komputera Obserwatorium, zlikwidowałem zapisy monitoringu, a nawet zmieniłem własny rejestr medyczny, żeby nikogo nie zainteresowało podejrzane przyspieszenie mojego tętna.

Długo zastanawiałem się nad odpowiedzią. Wreszcie, w połowie marca, gdy znowu miałem samotny dyżur, posłałem ukierunkowaną wiadomość: kim jestem i co mogę im sprzedać. Plany karabinu elektromagnetycznego dorzuciłem gratis, bo liczyłem, że w następnej transmisji – za dwadzieścia cztery lata – dostanę już jakieś fantastyczne wynalazki. I nie myliłem się.

 

Zbyt dramatycznie? Możliwe. Wybacz.

 

Zanim budowa HLIDS dobiegła końca, zostałem na Evereście dyrektorem. Wspaniałomyślnie darowałem swoje stanowisko pewnemu kretynowi, który wcześniej pełnił jakąś podrzędną funkcję, a sam zgłosiłem się do pracy w nowo powstałym kompleksie.

Świat coraz bardziej mnie denerwował. Wszędzie zacząłem dostrzegać wrogów, każdy był głupcem, kanalią albo jednym i drugim. Piąłem się po szczeblach kariery, ale w głębi ducha czekałem, aż będę mógł objąć stanowisko Imperatora, które sam ustanowię.

Dopiero teraz dostrzegam, jakim potwornym egoistą wtedy byłem. Szkoda, że tak późno.

Rok dwa tysiące trzysta osiemdziesiąty dziewiąty spędziłem w nastroju nieustannego oczekiwania. Przebywałem na HLIDS prawie bez przerwy, śledząc wykresy, słupki i tabele. Nawet na twoim weselu wytrzymałem tylko kilka godzin… Bardzo za to przepraszam, chociaż nie oczekuję przebaczenia.

Obcy najwyraźniej długo zwlekali, bo obserwatorium otrzymało ich przekaz dopiero w lutym dziewięćdziesiątego. Tym razem nie miałem tyle szczęścia, co poprzednio; razem ze mną na stacji przebywało dwanaście osób. Zajmowałem wtedy pozycję kierownika sekcji radiowej, i dlatego zobaczyłem transmisję jako drugi… po biednej Eileen Ivins.

Nazwisko nie jest Ci obce, prawda?

Od lat wyobrażałem sobie ten moment, a także najróżniejsze możliwe scenariusze, jakie mogłyby się zdarzyć. I na wszystkie z nich przygotowałem plany działania.

 

Gdy tylko zobaczyłem komunikat o „nieznanym sygnale obcego pochodzenia”, natychmiast zadzwoniłem do Eileen, obserwatorki pierwszego stopnia.

– Ivins, mówi Taggart. Widzisz to samo, co ja?

– Nie wiem – odpowiedziała. – A co ja takiego widzę?

Miała bardzo roztrzęsiony głos, prawdopodobnie nie do końca rozumiała, co się dzieje. Uznałem, że nadarzyła się idealna okazja, by wypróbować pewien gadżet – hipnotyzera własnej roboty. To był pierwszy z serii tragicznych błędów, jakie popełniłem w życiu.

Wyjąłem go z kieszeni, włączyłem i podpiąłem do komunikatora. Nastawiłem małą moc, przysięgam.

– To pewnie zwykły błąd systemu, nie sądzisz?

– Tak… możliwe.

– Chyba doskonale wiesz, że żadni obcy nie istnieją.

– Jasne. Oczywiście.

– Radar wykrył tylko zabłąkaną transmisję z jakiegoś frachtowca, a komputer źle ją zinterpretował. Kwantowe sieci neuronowe czasami myślą zbyt podobnie do ludzi, jak mieliśmy okazję nie raz się przekonać…

– Nie można wierzyć temu cholerstwu – wymamrotała Eileen. Te słowa trochę mnie zaniepokoiły, ale postanowiłem, że jeszcze bardziej dorzucę do ognia.

– W dzisiejszych czasach prawie wszystkie maszyny opierają się na podobnych sieciach, prawda? Okropność.

– Już nigdy nie zaufam pieprzonym komputerom!

– Sama powiedz, chyba nie ma sensu dłużej zaprzątać sobie głowy takimi głupstwami, prawda?

– Prawda. Chcę stąd wyjść. Martin, ja chcę na Ziemię!!!

Przestraszyłem się i wyłączyłem hipnotyzera, ale dla Ivins było za późno. Wybiegła ze swojego gabinetu, wrzeszcząc, i puściła się pędem w stronę śluzy.

Zwalczyłem początkowy impuls paniki i zacząłem kopiować treść komunikatu obcych do mojego PO – tym razem zawierał kilka terabajtów danych. Przerażenie, podniecenie, złość, poczucie winy, ulga – wszystkie te emocje wirowały gdzieś w środku, ale nie pozwalałem im wydostać się na zewnątrz.

Jednocześnie kątem oka obserwowałem Eileen, która pospiesznie zakładała skafander.

– Co próbujesz zrobić? – zapytałem, starając się ze wszystkich sił zachować spokojny ton.

– Uciekam! Przecież każdą, nawet najmniejszą pierdołą na tej stacji zawiaduje sieć neuronowa!

Kopiowanie dobiegło końca. Usunąłem dane z rejestru, załatałem go bezużytecznym szumem i dodałem „tajemniczy sygnał”, który miał wyjaśniać powód całego zamieszania – pojedynczy impuls radiowy.

– Tak samo jest z każdym ze statków, jakie…

– Pieprzyć statki! Skafander ma własny napęd.

Metodycznie likwidowałem wszelkie ślady swojej działalności, przekonany, że zaraz usłyszę w słuchawce głos dyrektor Chawli: „Taggart, co ty wyczyniasz?”

– Używając go, dotrzesz co najwyżej na ciut wyższą orbitę wokół Saturna.

– Tak? Jeszcze zobaczymy!

Ivins wpadła do śluzy, mając wyraźny zamiar opuścić stację, ale nie była dość szybka. Linka bezpieczeństwa wystrzeliła ze ściany i wczepiła się w jej kombinezon.

Wykrywam nieprawidłowe zachowanie – oznajmił komputer.

– Ty gnoju! Chcę stąd WYYYJŚĆ!!! – zawyła Eileen, a mną wstrząsnął dreszcz. Wiedziałem, że jest źle. Pytanie brzmiało: jak bardzo?

Proszę zachować spokój, inaczej będę zmuszony użyć środków przymusu bezpośredniego…

Ivins wpadła już w prawdziwy amok; szarpała linkę, wrzeszczała, rzucała się na wszystkie strony. Widząc beznadziejność sytuacji, sam włączyłem alarm.

 

Co było dalej? Pewnie to wiesz, w końcu siedziałeś w Sali Sprawiedliwości na AEku, kiedy toczył się proces. Wyrok końcowy, ostatni dzień marca: oczyszczony ze wszystkich zarzutów.

Po prostu nie znaleziono żadnych dowodów przeciwko mnie. To były inne, lepsze, bezpieczniejsze czasy… dlatego sieci nie posiadały praktycznie żadnych zabezpieczeń, każdy człowiek (w tym przypadku – ja) mógł dowolnie głęboko grzebać w pamięci komputerów.

Hipnotyzera pozbyłem się jeszcze na stacji, zwyczajnie wrzucając go do przetwornika śmieci. Buch – i po problemie.

Faktem pozostawało, że Eileen Ivins ni stąd, ni zowąd straciła rozum – i stało się to podczas rozmowy z Martinem Taggartem. Automatycznie zostałem więc głównym podejrzanym. Skoro jednak nie miałem ani motywu, by namieszać jej w głowie – na pewno nie zagrażała mojej karierze – ani nie znałem sposobu, jak tego dokonać, Rada uznała, że nie mogłem być winny. W dodatku ktoś znalazł bardziej prawdopodobne wyjaśnienie: oto w rodzinie Ivins dwukrotnie zdarzały się przypadki obłędu. Sprawa zamknięta, koniec, kropka.

Hm, to w zasadzie tłumaczyłoby, dlaczego mała moc…

(TRAAAAAACH)

 

Bombardowanie na jakiś czas ustało, ale ta eksplozja była gigantyczna. Pół wulkanu musiało wylecieć w powietrze.

No, dobrze, może trochę przesadzam.

Zostały dwadzieścia trzy minuty. Tak mało, tak cholernie mało!

Idźmy dalej.

 

Przekaz zawierał w zasadzie jedną tylko rzecz: plany komunikatora hiperprzestrzennego. Potencjał urządzenia był ogromny, ale podstawowe zastosowanie nie podlegało dyskusji: otrzymałem narzędzie, dzięki któremu będzie możliwy prawdziwy dialog z obcą cywilizacją.

Zbudowałem maszynę w ciągu dwóch tygodni. Dokładne działanie tego diabelstwa do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą, wiem tylko, że wykorzystuje fluktuacje ciemnej energii… Wtajemniczeni technicy z CAH wyjaśnią ci szczegóły.

W każdym razie, w połowie kwietnia wysłałem wiadomość hiperprzestrzenną „Udało mi się” i czekałem. Minęło dziesięć dni, gdy nadszedł przekaz zwrotny, co oznaczało, że komunikator pozwalał na co najmniej tysiąckrotne przekroczenie prędkości światła… Potem wydarzenia potoczyły się bardzo szybko.

 

Krótko po incydencie na HLIDS w Układzie zapanował prawdziwy chaos. Czarnoksiężnicy zaatakowali AEka, odbyło się pierwsze Posiedzenie Interaktywne, umarł prezydent Marsa.

(Connor przyszedł na świat w dniu pogrzebu Turnera, miałeś pojęcie? Utwierdzam się w przekonaniu, że został wysłany z piekła, by zaciągnąć tam mnie)

Wykorzystałem zamieszanie i postanowiłem złożyć Radzie propozycję nie do odrzucenia… jak widać, na własną zgubę.

Do października zostałem bowiem dosłownie zasypany technologiami obcych. Impulsor i bariera przeciwimpulsowa, generator grawitacji, przetwornik pierwiastków, utrwalacz… i jeszcze szereg innych, drobniejszych rzeczy, w tym kilka rewolucyjnych teorii naukowych. W zamian posyłałem im wynalazki wojskowe – okazało się, że nie znali wcześniej pola siłowego ani działa elektromagnetycznego!

Dopiero znacznie później zaczęły mnie nachodzić refleksje, czy aby na pewno dobrze robię, uzbrajając inną cywilizację, znacznie bardziej rozwiniętą niż ludzka. Do tej pory nie przejawiali żadnych oznak agresji, ale w przyszłości… Decyzję, jak będziesz postępował z obcymi, pozostawiam tobie. Zostali już powiadomieni o sytuacji, wiedzą, że więcej się do nich nie odezwę, i że wyznaczyłem syna na swojego następcę.

 

Przykro mi, że tak zwyczajnie zrzucam ci wszystko na głowę, ale jest za późno, by rozwiązać sprawę inaczej.

Do sedna, Martin, do sedna, przestań tyle pieprzyć!

 

Założyłem CAH, zatrudniłem kilka osób i upewniłem się, że mogę im… że dochowają tajemnicy. Jak? Obiecałem marchewkę, roztaczając wizję przyszłości: nasza organizacja jako przewodnik i opiekun całego Układu Słonecznego; Rada Planetarna zdegradowana, zgodnie ze swoją nazwą, do roli doradców; rasa ludzka, dzięki wsparciu obcych, dokonuje ogromnego skoku cywilizacyjnego i wkrótce rusza na podbój Galaktyki. Pogroziłem kijem, przypominając, że jeśli wszystko się wyda, zostaniemy oskarżeni o zbrodnię przeciw ludzkości i zesłani na Tytana, a Rada zyska w Układzie władzę absolutną.

 

(westchnienie)

Chciałem powiedzieć, że zaufałem tym ludziom, ale to byłoby monstrualne kłamstwo, a obiecałem sobie, że dzisiaj nie będę kłamać.

Już bardzo dawno utraciłem zdolność do ufania innym.

 

Na podstawie wskazówek, zawartych w przekazach hiperprzestrzennych, wybraliśmy kilka najbardziej niesamowitych urządzeń obcych i wyprodukowaliśmy trochę egzemplarzy próbnych. Następnie zabrałem po jednym i poleciałem na AEka, by zarejestrować patenty… i przy okazji zaproponować Radnym ich kupno. Oczywiście, za odpowiednią cenę.

Załatwienie spotkania z konsultantem zajęło kilkanaście dni – nawet po Posiedzeniu Interaktywnym tysiące ludzi nadal zgłaszało się, by osobiście przedstawić Radzie swoje opinie na temat bałaganu w Układzie. Fakt, że Sztuczny Księżyc został częściowo zniszczony przez Czarnoksiężników, stanowił dodatkowe utrudnienie.

W końcu jednak – a było to już po Nowym Roku dwa tysiące trzysta dziewięćdziesiątego pierwszego – osiągnąłem upragniony cel.

 

– Dwanaście minut – zgodnie z procedurą powiedziała konsultantka, gdy wszedłem do jej gabinetu. – Słucham pana.

– Jestem waszym zbawicielem – odparłem, uśmiechając się szeroko. Nie mogłem stosować żadnych półśrodków, bo nie było na to czasu.

– Proszę mówić jaśniej.

Wyciągnąłem najpierw przetwornik.

– Jaki wybiera pani pierwiastek?

– Nie rozumiem… Jeśli zamierza pan odstawiać tutaj numer cyrkowy, to uprzedzam, że…

– Zadałem bardzo proste pytanie: jaki wybiera pani pierwiastek – przerwałem. – Proszę tylko mieć na uwadze, że jeśli będzie silnie radioaktywny, to rozpadnie się tak szybko, że nie zdąży pani go zauważyć.

Zamilkła na chwilę.

– Niech będzie iryd – stwierdziła krótko.

Wstukałem liczbę atomową siedemdziesiąt siedem i włączyłem. Światło w pokoju na chwilę przygasło.

– Co pan robi? – zapytała kobieta. Usłyszałem w jej głosie autentyczny lęk… i poczułem, że ogarnia mnie euforia.

– Potworek pochłania mnóstwo energii, to w końcu miniaturowy akcelerator cząstek – odpowiedziałem spokojnie. – Jest tu coś, co bez kłopotu możemy poświęcić dla eksperymentu?

Kiedy podawała czystą kartkę, zauważyłem, że jej dłoń delikatnie drży.

Wrzuciłem papier do przetwornika – po kilkunastu sekundach wypluł malutką, szarą grudkę.

– No cóż, mało imponujące, przyznaję… Proszę to poddać analizie spektroskopowej.

Kryształ irydu, czystość sto procent – poinformował nas niemal natychmiast głos komputera.

– Chce mi pan wmówić, że zmieścił niesłychanie szybki, niesłychanie wydajny synchrotron… i jeszcze do tego krystalizator… w małym pudełeczku?

– Proponuję spróbować z czymś większym – odparłem.

Konsultantka znów ucichła; widać było, że walczy ze sobą.

– Niech ktoś przywiezie tu jakieś śmieci – odezwała się wreszcie. – Nieważne, co dokładnie, byle było zbędne.

– Doskonale. W międzyczasie zajmijmy się ciekawszymi sprawami…

Używając impulsora, wyłączyłem jej super-niezawodny-i-nigdy-nie-psujący-się komunikator, chroniąc barierą przeciwimpulsową resztę AEka przed utratą zasilania. Wykorzystując książki, które przyniósł robot-tragarz, wytworzyłem dwukilogramowy diament, a następnie podniosłem go za pomocą generatora grawitacji. Z każdą chwilą czułem się coraz bardziej idiotycznie.

– Ostatni drobiazg zachowałem na deser…

– Przykro mi, ale została panu minuta.

– Proszę włączyć obraz Słońca w czasie rzeczywistym i porównać z tym – rzuciłem, niewzruszony, i wyświetliłem w powietrzu własny hologram Gwiazdy Dziennej.

Błąd: zdarzenie niemożliwe – odezwał się po dłuższej chwili komputer.

– Co masz na myśli?

Obraz jest cofnięty w czasie o pół sekundy.

– Wystarczyło wysłać kamerę z nadajnikiem na Księżyc – wtrąciłem. – Jeśli miałbym więcej czasu i odpowiednie pozwolenia, mógłbym umieścić jakiegoś satelitę dużo bliżej Słońca, i wtedy różnica sięgałaby ośmiu minut.

– Przekaz nadświetlny? – szepnęła konsultantka.

Wtedy już wiedziałem, że odniosłem zwycięstwo.

 

Pół godziny później powtórzyłem cały pokaz przed Radnymi. Przypuszczałem, że im nie będzie tak łatwo zaimponować, ale miałem dobre przeczucia.

Jednak to, co usłyszałem, gdy skończyłem „występ”, prawie zwaliło mnie z nóg.

– Nie ulega chyba wątpliwości – powiedziała Cini Wisel, reprezentantka Wschodu – że albo mamy tu do czynienia z genialną iluzją, zdolną oszukać nawet komputer kwantowy… albo podpisał pan cyrograf.

– Bardzo korzystny, trzeba przyznać – dorzucił Środkowy, Alvin Arrais. – Ciekawe, jak na tym wyszła druga strona umowy.

– Skłaniałbym się jednak ku pierwszej opcji… niemniej pańska prezentacja, chociaż stanowiąca oczywiste oszustwo, była nad wyraz interesująca – skomentował Gregory Hush, Zachodni, którego zawsze nienawidziłem najbardziej. – Czy to już koniec?

Delikatnie rzecz ujmując, zaniemówiłem.

– Ależ… ależ…

– Jeśli tak, funkcjonariusze Sił Porządkowych odprowadzą…

– Jakie oszustwo?! – wyrwałem się. – Jaki cyrograf? Czy państwo kpicie ze mnie? Przed chwilą otrzymałem od konsultantki patenty na te wszystkie urządzenia!

Radni spojrzeli po sobie.

– Rok temu został pan oskarżony o spowodowanie ciężkiego zaburzenia psychicznego, prawda?

– To nie ma nic do rzeczy, zresztą uniewinniono mnie…

– Proszę więc przedstawić przekonujący dowód, że patenty nie zostały zdobyte dzięki zastosowaniu jakiegoś rodzaju hipnozy, bo jak dotąd zobaczyliśmy tylko kilka sztuczek.

– Dowód? – spytałem. – Mogę przygotować coś na większą skalę, ale potrzebowałbym czasu, surowców i mnóstwa pozwoleń od was.

Chyba naprawdę użyłem wtedy zaimka „was”, tak bardzo byłem wzburzony, a jednak żaden z Radnych nie zwrócił mi uwagi.

– Wierzymy, ale mieliśmy na myśli coś innego – powiedział Hush.

– Nie można dokonać kilkusetletniego przeskoku technologicznego w kilka chwil – dodała Wisel, zauważyłem jednak zmianę w jej głosie. Czyżby miała wątpliwości? zastanowiłem się, i wypaliłem:

– „Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, i wtedy przychodzi ten jeden, który tego nie wie, i on właśnie to robi”, czyż nie?

– Cytat przypisywany Einsteinowi, chociaż nie istnieją żadne ku temu dowody – rzucił, jakby od niechcenia, Arrais. – Skromność nie jest pana mocną stroną.

No i uruchomiłem się na dobre.

– Pracowałem w pocie czoła przez całe moje życie. Wierzyłem, że otrzymałem misję od Boga, i przykładałem się najlepiej, jak potrafiłem. Obmyślałem coraz to nowe sposoby, by pomóc ludzkości, konstruowałem kolejne wynalazki. – Nie pamiętam tego, ale jestem pewien, że głos mi drżał. – Zaniedbywałem przy tym rodzinę, życie towarzyskie, nie spałem po nocach, tworząc teorie naukowe, studiując plany maszyn i wprowadzając poprawki. Dopiero, gdy stwierdziłem, że doprowadziłem wszystkie do perfekcji, przyleciałem tutaj, wierząc, że potężna i wspaniała Rada Planetarna dostrzeże potencjał, jaki się w nich kryje. Uzna, że cywilizacja stanęła przed wielką szansą, by przyspieszyć swój rozwój o kilka dekad, a może i stuleci.

– Panie Taggart, proszę o… – próbował mi przerwać Hush.

– Późniejsze pokolenia zapamiętałyby owych członków Rady jako cudotwórców, wielkich przywódców, za kadencji których rozpoczęła się budowa D-Sfery, ludzkość ruszyła na podbój okolicznych systemów gwiezdnych, a w Układzie Słonecznym ostatecznie zapanował pokój i dobrobyt.

Przerwałem na chwilę, chcąc zobaczyć, czy Radni mają coś do powiedzenia. Milczeli. Trafiłem w czuły punkt.

– Ale okazuje się, że tkwiłem w gigantycznym błędzie!

– Dobrze – odezwała się nieoczekiwanie Cini. – Dajemy panu miesiąc. Wszystkie papiery, jakie będą potrzebne, otrzyma pan w trybie przyspieszonym.

– Do tego czasu zostanie już wybrany nowy prezydent Marsa, dzięki czemu Rada będzie mogła w pełnym składzie ocenić wartość… pańskiego projektu – dodał Alvin.

Mam was, pomyślałem.

– Drodzy państwo – rozłożyłem ręce i uśmiechnąłem się szeroko – ależ jeszcze nie przedstawiłem warunków.

– Warunków? Cała ta historia była zatem wymyślona?

– Oczywiście, że nie. Ogłoszę projekty wszystkich maszyn w Omninecie, jeśli państwo nie wyrażą zgody na moje żądanie… tylko jedno. Nie ręczę jednak za skutki takiej rewolucji.

Cała trójka zastanawiała się przez dłuższą chwilę. Nie zamienili ze sobą ani słowa, ale przeczuwam, że prowadzili gorącą dyskusję w przestrzeni wirtualnej.

– Słuchamy – powiedział w końcu Hush.

– To ja zostanę nowym prezydentem Marsa.

 

(westchnienie)

Chciałbym cofnąć się w czasie do tamtej chwili, dać samemu sobie w twarz i krzyknąć: Głupiś! O rządzeniu nie masz pojęcia, z własną rodziną nie potrafisz się dogadać, a co dopiero z narodem całej planety! Do dupy taki prezydent!

Żądza władzy była jednak zdecydowanie zbyt silna. Rozumowałem, że przejęcie kontroli nad Układem Słonecznym nie może odbyć się zbyt drastycznie, zbyt nagle, dlatego planowałem robić to stopniowo… zaczynając od Marsa.

Oddałbym wszystkie cudowne wynalazki, jakimi obdarzyli mnie obcy, za jedną maszynę, która pozwalałaby na wgląd w przyszłość…

 

Dobrze, koniec. Wracamy do poprzedniego programu.

Owego dnia nie usłyszałem od Radnych już żadnych konkretów. Po krótkiej słownej przepychance pożegnałem ich, wróciłem na Ziemię i zabrałem się do budowy Prekursora. Nadal jestem dumny z tego statku… Po czterdziestu pięciu latach pracy pozostaje w pełni sprawny – ani razu nie musiałem go serwisować! Sam wytwarza sobie wszystkie części zamienne. Tu i teraz przepowiadam, że Prekursor nie zepsuje się w bieżącym tysiącleciu.

Oj, wybacz tę dygresję. Na starość zrobiłem się sentymentalny.

Prezentacja mojego „projektu” miała miejsce w lutym… a może w marcu? Pamięć już nie ta, niestety.

A mogłem sobie wszczepić mnemoimplant…

 

No dobra, Martin, weź się w garść. Masz tylko jedenaście minut.

 

Zapomniana planetoida w Pasie Kuipera, pierwszy kwartał dziewięćdziesiątego pierwszego roku.

Przybyli w komplecie Radni, razem z całym szwadronem swoich ochroniarzy, asystentów i ekspertów od wszelkich możliwych dziedzin nauki. Stawił się namiestnik lunarny, powiadomiony przez cholera wie kogo – no i również jego świta, a jakże. Tłumnie ściągnęli dziennikarze kilkunastu stacji holowizyjnych, żądni sensacji; przedstawiciele miejscowych górników, którzy usłyszeli o jakiejś przełomowej technologii; a także liczni prywatni właściciele statków kosmicznych, pełniący rolę gapiów.

I oni wszyscy obserwowali, co wyczynia mój Prekursor.

Wystartował z powierzchni planetoidy i zbliżył się do jej księżyca, kilkunastokilometrowego kamulca. Potężnym laserem zaczął ciąć skałę, jednocześnie przyciągając do siebie mniejsze kawałki – wpadały do wnętrza statku, a po chwili z drugiej strony wypluwane były arkusze blachy, zwoje drutu, szklane okienka i mnóstwo drobniejszych rzeczy. Maszyna, która odczepiła się od kadłuba, układała to wszystko w określonym porządku, a nanoboty zespalały poszczególne elementy w jedną całość.

Nie minęło pół godziny, gdy bliźniaczy Prekursor II został ukończony i odleciał na drugą stronę księżyca, który topniał w oczach.

Potem urządziłem jeszcze symulowany atak piratów – z otchłani kosmosu nadleciał inny statek i zaczął strzelać do Prekursora. Ten błyskawicznie osłonił się polem siłowym i barierą przeciwimpulsową, a następnie unieruchomił napastnika – odcinając na odległość zasilanie.

Trzy godziny od rozpoczęcia pokazu planetoida nie miała już księżyca, ale zyskała za to flotyllę statków górniczych i pokaźną stację kosmiczną.

I przez cały ten czas siedziałem wygodnie na Ziemi, w domu, rozmawiając sobie beztrosko z moją publicznością – mając tylko pół minuty opóźnienia w transmisji.

No i w końcu uwierzyli.

 

Myślałem, że Rada będzie próbować zatuszować całe wydarzenie, by w przyszłości móc pochwalić się Prekursorem jako własnym projektem. Oni tymczasem zrobili coś dokładnie przeciwnego: polecili przekoloryzować relację do granic możliwości, a mnie przedstawić jako nowego Leonarda da Vinci, Einsteina i Baotiana w jednym, chociaż nie jestem, nie byłem… i już nigdy nie będę żadnym z nich.

Później zrozumiałem, że w ten sposób chcieli przygotować grunt pod najbardziej kontrowersyjną decyzję w swojej historii…

Pierwszego maja zostałem ogłoszony prezydentem Marsa, a jednocześnie wyszła poprawka do Pierwszego Traktatu, który do tej pory głosił, że członkowie Rady mogą…

(TRAAACH)

…być wybierani wyłącznie w ogólnoukładowym głosowaniu.

Miałem już całkiem sporą renomę, a incydent z Eileen Ivins został zmarginalizowany i puszczony w niepamięć. Jednak wyobrażam sobie, że tamtego dnia – oprócz zwolenników – zyskałem wielu wrogów.

A potem, przez całe dwadzieścia pięć lat – z braku lepszego słowa, „rządów” – bezustannie pogarszałem sytuację.

 

Chciałbym powiedzieć: „Strzelanina w Hellas? Afera atmosferyczna? Zniszczenie Deimosa? Przecież to nie moja wina”. Tylko że, no cóż… obiecałem, że nie będę kłamać.

Tak: PRZYZNAJĘ SIĘ – ponoszę mniejszą lub większą odpowiedzialność za te i wiele innych grzechów. Nie zadbałem o należyte skontrolowanie firmy, która przeprowadzała „badawcze odwierty” na Deimosie. Taiłem informację o stanie atmosfery Marsa, opierając się na niewłaściwych pobudkach. Wysłałem uzbrojonych Porządkowych do Hellas, przeczuwając, że strajkujący nie będą skłonni do rozmów pokojowych.

I przy okazji sam stworzyłem bestię… Wtedy zginęli rodzice Connora, a on – w wieku siedmiu lat – został sierotą.

A jednak przypominam, że zdziałałem też wiele dobrego. Dzięki mnie AEk został błyskawicznie naprawiony po ataku Czarnoksiężników, a nawet znacząco rozbudowany. To ja wzniosłem Wieżę Wolności, która na długo pozostanie najwyższą budowlą na Marsie.

To JA stworzyłem CAH, które dzisiaj wydobywa miliardy ton surowców rocznie! Dokończyłem terraformację, przez co w Układzie Słonecznym mamy teraz dwie Błękitne Planety, do ciężkiej cholery!

I jak jestem teraz tytułowany? „Zbrodniarz”? „Szatan wcielony”?

 

Dwa miesiące temu zostałem usunięty z Rady, a Mars ma już nowego prezydenta. To jednak nie wystarczyło Connorowi. Postanowił mnie za wszelką cenę zamordować, i za jakieś dwie minuty zrealizuje ten cel. Jak widać, znalazł sobie całkiem pokaźne grono zwolenników.

 

Chyba wiesz już wszystko… nie pominąłem niczego? Raczej nie.

Z tą chwilą oficjalnie zostajesz prezesem CAH i jedyną osobą w Układzie Słonecznym, z którą obcy będą chcieli rozmawiać. Jeśli nie czujesz się na siłach, by unieść taki ciężar, możesz go komuś przekazać… ród Taggartów rozrósł się dość mocno, a dzięki…

Cholera!

Zapomniałem o jednej, bardzo ważnej rzeczy. W tym nagraniu zakodowany jest sposób na wyprodukowanie utrwalacza, jedynego wynalazku „z gwiazd”, którego istnienia nie zdradziłem Radzie Planetarnej. Mnie pomógł nieszczególnie… ale tobie, synu, z całego serca życzę trzystu lat życia. Podobno ma takie możliwości.

No, dziesięć sekund. Odchodzę z tego świata pokonany, ale przynajmniej sumienie mam czyste. Żegnaj, Victorze.

 

Hm? I nic? Może obliczenia…

(zapis zakończony: czternasty grudnia 2416, godz. 18.22 czasu TSU)

 

*

 

Notka prasowa: piętnasty grudnia 2416.

REBELIANCI MORDUJĄ TAGGARTA

Sensacyjne i wzbudzające wiele kontrowersji wieści płyną z Olympus Mons. Willa byłego prezydenta Marsa, Martina Taggarta, została wczoraj zbombardowana przez siły rebeliantów pod wodzą Hansa Connora. Według naszych informacji, jedyną ofiarą został Taggart od kilku miesięcy samotnie zamieszkujący dom na zboczu wulkanu…

A, chrzanić.

Wszyscy dobrze wiemy, kim był i co zrobił. Tyran i dyktator, bezpośrednio odpowiedzialny za śmierć co najmniej czterech tysięcy ludzi, usunięty ze stanowiska tylko dzięki temu, że sześciu niezależnych lekarzy stwierdziło u niego chorobę psychiczną.

Siłom Porządkowym wcale się nie spieszyło do akcji rozbrojeniowej, prawda? Mają przecież bazę po drugiej stronie góry.

I wcale nie mam im tego za złe.

Niech mnie wyrzucą z pracy, ale powiem to, co myśli chyba każdy z nas: niech Taggartowi ziemia lekką NIE będzie!

Z pozdrowieniami dla pana Connora, życzę jak najmniej surowego wyroku.

Koniec

Komentarze

Co do poprawnej polszczyzny, to pewnie ktoś inny Cię oceni. Ja ocenię całokształt historii. Czytałem już takie książki (o ludzkości zdobywające kosmos i jej historii za x lat do przodu), ciekawią mnie one niezmiernie. Zgrabnie dodałeś wątek obcych, bez zbędnej wojny z nimi od razu, albo kontaktu czwartego stopnia. Czy jest możliwe aby oni nie znali technologii takich jak rozszczepienie atomu? Nie wydaje mi się, ale kto wie w jakich warunkach im przyszło żyć? Specjalistą nie jestem, ale ciężko mi uwierzyć, że mieliby znać rozszczepienie atomu i nie znać broni atomowej. Musieliby nie znać rozszczepienia w ogóle. To samo odnośnie broni elektromagnetycznej. Jak dla mnie trochę za krótkie opowiadanie, bo szukałem więcej informacji o sytuacji na ziemi, w całym układzie, jakiś planach wylotu poza układ. Wracając jeszcze do obcych, i ich kontaktu, to jak najbardziej jest to możliwe, może nie stoją aż tak daleko od nas w rozwoju i też zajęli tylko swój układ? Choć nie wiem czy przeoczyłem, ale prezydent Marsa nie miał w ogóle jakichkolwiek obrońców? Fanatyków itp.? Nawet nikt z wojska go nie bronił, tak po prostu cały mars olał prezydenta i patrzył jak go bombardują? A później przychodzi informacja odnośnie postępowania w sprawie Connora. Trochę to nielogiczne, nikt nie reagował, ale jednak go sądzą? Kto i za co? Są wątki, które dla mnie mają potencjał takie jak zemsta syna (jego przyszłość u ludzi i w kontakcie z kosmitami, wkońcu niby tylko z nim będą chcieli rozmawiać), nowa wojna w układzie z nowymi technologiami, historia układu. Sporo tego jest i nie wiem czy autor planuje coś więcej, ale gdybyś poprawił te niedopowiedzenia (błędy logiczne), to o wiele lepiej wyglądała by całość :) Czekam na więcej.

Paint it black

No to ponownie wracamy do Twego uniwersum, Kosmito ;)

Tekst czytało mi się przyjemnie, Taggart snuje niezłą opowieść o swoim upadku, dla której pozostałe motywy: pierwszy kontakt, znaleziony bunkier czy inne rzeczy są tylko tłem. I na tym tle najgorzej wypada ta część, gdzie powinniśmy się dowiedzieć, dlaczego Martina określono wręcz Antychrystem. Czym były te wydarzenia? Co takiego rozkazał? Czy kazał najpierw zabijać kobiety i dzieci i potem z ich ciał zrobić strachy na wróble? A może coś jeszcze potworniejszego? Spodobało mi się, jak pokazujesz kształtowanie się charakteru Taggarta, ale w momencie, gdy powinieneś ukazać tegoż owoc, decydujesz się jedynie na krótkie opowiedzenie. I w tym momencie mam wrażenie, że jeden z wątków tła wychodzi przed szereg, ale o tym za moment.

Jest też parę kwestii, na które uniosłem brew. Fakt, że tylko Taggart zaobserwował kontakt i zataił (pewnie jedynie on nasłuchiwał, ale i tak dziw, że nikt inny). Wiem, konieczność narracyjna, ale mimo to z lekka mnie to zaskoczyło. Dużo lepiej wytłumaczyłeś morderstwo współpracowniczki.

Mam też pytania o to, czemu nikt nie broni Taggarta (spodziewał się zemsty i nie chciał nikogo narażać?), czemu Connor ma zostać skazany. Trochę też od czasu przeczytania "The Killing Star" krzywo patrzę na obcych-pacyfistów (bo tak interpretuję brak bomb atomowych i broni elektromagnetycznej), ale tym się kompletnie nie przejmuj – takie skrzywienie.

Ostatnia kwestia to powoli rosnący próg wejścia do opowiadań Twego uniwersum. Nie jest wysoki – ot zwykłe terminy takie jak Czarnoksiężnicy z Tytana (czyżby białe płaszcze z Transmisji?) czy odnośniki do Wojny i bitwy o Biegun (tutaj na pewno Nadzieja zamarza ostatnia). Nieobce mi też nazwisko Taggart i inne wzmianki. Będą tacy, co nie będą rozumieć, ale dla mnie to póki co delikatne puszczanie oka do czytelnika. I na tym poziomie powinno zostać.

Jednak pod koniec dajesz światotwórstwu pierwszeństwo nad opowieścią o upadku Martina i wtedy ujawnia się cel opowiadania. To niestety rozmywa treść tekstu, końcówka to taki ewidentny "fanserwis" dla Ciebie, bo nikt inny nie wie, z czym będzie się wiązać ta uwaga (chyba że betował fragment powieści). Nie chodzi o to, że nie powinno jej nie być – ale przy skróceniu opisu złych czynów Taggarta za mocno się wybija.

Podsumowując: bardzo ładna, kolejna cegiełka do ciekawego uniwersum. Trochę jednak szkoda, że pod koniec tego koncertu fajerwerków poszło więcej pary w światotwórstwo, a historia upadku Taggarta schodzi na plan dalszy. Leci kliczek.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ciekawa historia, ale mam wrażenie, że forma przekazu wysyłanego do syna źle jej robi. Jeśli ktoś ma godzinę na wytłumaczenie wszystkiego, to nie przytacza dialogów z dzieciństwa. Tym bardziej, że to nie bunkier dziadka wydaje mi się kluczowy. A w ogóle, dlaczego nie przekazał takich rzeczy dużo wcześniej, w testamencie? A gdyby facet miał śmiertelny wypadek?

No i nie kupiłam człowieka na własną rękę nawiązującego kontakt z inną cywilizacją. Cholera, skutki są zbyt doniosłe i nieprzewidywalne, żeby ktoś nieześwirowany się zdecydował na taki krok.

Zachorowałem na gruźlicę i nie mogłem polecieć w podróż dookoła Ameryki,

Obecnie w krajach rozwiniętych chyba standardowo szczepi się dzieciaki przeciwko gruźlicy. Zaskoczyło mnie, że taka choroba nagle wyskakuje w przyszłości, i to wcale nie w biednej, patologicznej rodzinie.

Babska logika rządzi!

Jak dobrze jest wrócić :) Szczerze mówiąc, spodziewałem się, że odbiór będzie znacznie gorszy.

 

@Cerut

ciężko mi uwierzyć, że mieliby znać rozszczepienie atomu i nie znać broni atomowej

Nie pomyślałem o tym, poprawię.

 

prezydent Marsa nie miał w ogóle jakichkolwiek obrońców?

Nie miał, bo: a)MT nie pełnił już tej funkcji; b)był powszechnie znienawidzony; c)sam też dawno przestał kogokolwiek lubić; d)mieszkał samotnie na odludziu; oraz e)Siły Porządkowe olały sprawę, ponieważ patrz punkt b.

Wydaje mi się to wystarczające :)

 

Trochę to nielogiczne, nikt nie reagował, ale jednak go sądzą? Kto i za co?

Musi być jakaś sprawiedliwość. Bądź co bądź, to jednak morderstwo. Porządkowi mogą się tłumaczyć, że nie zdążyli dotrzeć na miejsce wystarczająco szybko, by powstrzymać Connora, ale to wyjaśnienie nie działałoby w przypadku pytania: “a dlaczego on jest wciąż na wolności, przecież minęło już dużo czasu?”

Prawdopodobnie i tak dostanie niewielki wyrok :P

 

Jak dla mnie trochę za krótkie opowiadanie

A na to już nic nie poradzę :(

 

Sporo tego jest i nie wiem czy autor planuje coś więcej

Obawiam się, że nie doczytałeś uważnie tego, co napisałem w przedmowie. Więcej? Tu, tu oraz tu. Jeszcze więcej wkrótce :)

 

@NoWhereMan

I na tym tle najgorzej wypada ta część, gdzie powinniśmy się dowiedzieć, dlaczego Martina określono wręcz Antychrystem.

Jak rozumiem, wytłumaczenie “miał już za mało czasu, by coś więcej o tym pomówić” jest niewystarczające? A może takie: wyparł z umysłu to, co zrobił, i dlatego uważał, że tytuł “zbrodniarz” jest wypaczeniem rzeczywistości? Mogłem napisać coś więcej w notce prasowej, rozważę to.

 

Dużo lepiej wytłumaczyłeś morderstwo współpracowniczki.

A to mi się nie spodobało. Czy ja tam gdzieś napisałem, że ją zabił? Miało być tylko “nieszkodliwe” wypaczenie osobowości…

 

krzywo patrzę na obcych-pacyfistów

Spokojnie, nikt nie powiedział, że są pacyfistami (bo nie są) :) Na razie bez spoilerów, ale fakt, że obcy nie znają pewnego rodzaju broni, nie znaczy, że nie wynalazł innych, znacznie bardziej zabójczych.

 

Ostatnia kwestia to powoli rosnący próg wejścia do opowiadań Twego uniwersum.

Tego się obawiałem najbardziej. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by funkcja próg(opowiadanie) zrobiła się malejąca :)

 

@Finkla

forma przekazu wysyłanego do syna źle jej robi

Testuję nowe formy wyrazu, ale muszę przyznać, że na razie okazuje się, co następuje: tradycyjne opowiadanie z narracją trzecioosobową pasuje w największej liczbie przypadków.

 

No i nie kupiłam człowieka na własną rękę nawiązującego kontakt z inną cywilizacją. Cholera, skutki są zbyt doniosłe i nieprzewidywalne, żeby ktoś nieześwirowany się zdecydował na taki krok.

Na szczęście, jak już zostało powiedziane,

 

sześciu niezależnych lekarzy stwierdziło u niego chorobę psychiczną.

 

więc definitywnie NIE jest “nieześwirowany” :)

 

Obecnie w krajach rozwiniętych chyba standardowo szczepi się dzieciaki przeciwko gruźlicy.

Zmienię na coś bardziej zabójczego.

 

Podsumowując, chyba na razie wszystkim się podobało (mniej więcej), także wielkie dzięki :)

Precz z sygnaturkami.

Właśnie dlatego tradycyjna narracja jest taka tradycyjna. ;-)

Ale można spróbować mieszać. Gdybyś tu dał klasykę, tam fragment stenogramu z posiedzenia Rady, a dopiero pod koniec, w dramatycznym finale – ostatnie wskazówki dla syna, IMO, wyszyłoby ciekawiej.

Ześwirowanie. Chorobę stwierdzono później. Kiedy pracował jako astronom, chyba powinien potrafić wysnuwać wnioski, stawiać hipotezy, przewidywać skutki…

Babska logika rządzi!

Chorobę stwierdzono później, co nie znaczy, że nie rozwijała się już od jakiegoś czasu. Takie rzeczy miewają podłoże genetyczne. A “ześwirowanie” wcale nie wyklucza wysnuwania wniosków i stawiania hipotez – większość naukowców była przecież raczej szalona :)

 

Wracając jeszcze do tego:

Tym bardziej, że to nie bunkier dziadka wydaje mi się kluczowy

Nie mogę się zgodzić. Raz – jego odkrycie (i zatajenie przed ojcem) dało MT pierwszy “impuls” psychiczny, by nienawidzić ludzi – skoro na własnym ojcu nie może polegać, to co dopiero na innych? Dwa – technologie wojskowe, znalezione w bunkrze, dały MT ważną kartę przetargową w handlu z obcymi :)

Precz z sygnaturkami.

Jak ro­zu­miem, wy­tłu­ma­cze­nie “miał już za mało czasu, by coś wię­cej o tym po­mó­wić” jest nie­wy­star­cza­ją­ce? A może takie: wy­parł z umy­słu to, co zro­bił, i dla­te­go uwa­żał, że tytuł “zbrod­niarz” jest wy­pa­cze­niem rze­czy­wi­sto­ści? Mo­głem na­pi­sać coś wię­cej w notce pra­so­wej, roz­wa­żę to.

Ge­ne­ral­nie jest nie­wy­star­cza­ją­ce, bo jako autor mo­żesz ma­gicz­nie po­wie­dzieć, że ma dosyć czasu ;) Wy­par­cie z umy­słu to nie­zły motyw. Tu cho­dzi jed­nak o coś in­ne­go – kre­ślisz obraz Tag­gar­ta, oka­zu­jesz ge­ne­zę jego oso­bo­wo­ści, roz­wój. Ale w klu­czo­wym mo­men­cie prze­cho­dzisz z “show” na bar­dzo ubo­gie “tell”. To tro­chę wy­glą­da, jak­byś czym prę­dzej chciał za­koń­czyć tekst. I przez to do­dat­ko­wy wątek świa­to­twór­czy o prze­ję­ciu przez Vic­to­ra roz­mów z ob­cy­mi wy­bi­ja się ponad pusz­cze­nie oka do wie­dzą­ce­go “o co kaman” czy­tel­ni­ka i przejmuje pierwsze skrzypce, zwiększając poczucie progu wejścia.

A to mi się nie spodo­ba­ło. Czy ja tam gdzieś na­pi­sa­łem, że ją zabił? Miało być tylko “nie­szko­dli­we” wy­pa­cze­nie oso­bo­wo­ści…

No dobra, wspa­nia­ło­myśl­nie zmie­nię mu kla­sy­fi­ka­cję praw­ną czynu na “nie­umyśl­ne spo­wo­do­wa­nie śmier­ci”. Choć cie­ka­we co by o tym po­wie­dział praw­nik ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nie mogę się zgodzić. Raz – jego odkrycie (i zatajenie przed ojcem) dało MT pierwszy “impuls” psychiczny, by nienawidzić ludzi – skoro na własnym ojcu nie może polegać, to co dopiero na innych?

Primo, mnie kluczowa wydaje się porypana osobowość bohatera, nie jej przyczyny. Secundo, zdecyduj się – zwariował z powodu bunkra czy miał to w genach? Tertio, bez przesady, prawie każdy kilkulatek przeżywa rozczarowanie rodzicami, kiedy okazuje się, że wcale nie są takimi wszechmocnymi bogami, jakimi byli, kiedy dziecko tuptało do przedszkola. Ale rzadko kto zostaje psychopatą.

A technologie… Chyba obcym powinno zależeć na ogólnodostępnej idei (z grubsza to i ja wiem, jak działa bomba atomowa), a nie na szczegółach. I tak ich pistolet będzie miał inny kształt, dostosowany do ich macek czy płetw.

 

Aha, zapomniałam wspomnieć, że zbyt łatwo udało się odczytać komunikat obcych. A gdzie uczenie się języka?

Babska logika rządzi!

Do formy zastrzeżeń nie mam. Jak na tak długą historię, dobrałeś ją odpowiednio. Inaczej wyszłaby z tego książka. Ale książkę możnaby z tego zrobić. Gdybyś tylko opowiedział to wszystko ze szczegółami, od początku do końca. Materiał już masz :)

Historia opowiedziana przez Traagarta spodobała mi się. Jest dość świeża i nie czuje się tu sztampy. To fascynująca opowieść o niezwykłym człowieku. Nie przynudzasz ani nie powielasz zbytnio schematów sf. Poważnym zastrzeżeniem jest pomienięcie punktu kulminacyjnego. Prowadzisz narrację, jakby wszystko miało się do tego sprowadzać, a potem zbywasz to względnym milczeniem. Szkoda, bo to zacne opowiadanie znacznie na tym traci.

Podoba mi się zakończenie notatką prasową. Dość popularne rozwiązanie, ale dałeś w nim coś od siebie, pisząc ją w nietypowy sposób. Zawiera ładunek emocjonalny, jakże charakterystyczny dla ludzi, a jednakże zakazany w tego typu formie literackiej. 

Styl nie zwraca na siebie uwagi i nie wymienię go w zaletach ani wadach. W narracji nic za bardzo nie przykuło mojej uwagi. Nie zawarłeś tu jakiś zgrabnych zdań czy złotych myśli. Pod tym względem tekst nie powala na kolana.

Wesołych Świąt!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Podoba mi się pomysł i muszę powiedzieć, że spowiedź czytało się całkiem nieźle, ale mam wrażenie, iż tatuś trochę późno zabrał się do opowiedzenia synowi dziejów swego życia – niecała godzina to chyba bardzo za mało, aby wyłuszczyć wszystkie sprawy, tym bardziej, że zdaje mi się, iż Martin zawarł w relacji mnóstwo niewiele znaczących szczegółów, kosztem rzeczowych informacji, skutkiem czego chyba nie dowiedzieliśmy się, co konkretnie spowodowało jego upadek.

 

(zapis roz­po­czę­ty: czter­na­sty grud­nia 2416, godz. 17.34 czasu TSU) –> Jeśli to jest komunikat pisany, to OK, ale jeśli mówiony, powinno być: (zapis roz­po­czę­ty: czter­na­sty grud­nia dwa tysiące czterysta szesnastego, godzina siedemnasta trzydzieści cztery czasu TSU)

 

Uro­dzi­łem się w roku 2336, jak wiesz… –> Uro­dzi­łem się w roku dwa tysiące trzysta trzydziestym szóstym, jak wiesz

Ten błąd pojawia się wielokrotnie w całym opowiadaniu. Nadal zakładam, że to przekaz mówiony.

 

ro­dzi­ce nie po­zwa­la­li już ze sobą jeź­dzić. –> Raczej: …ro­dzi­ce już nigdy nie zabrali mnie ze sobą.

 

a także elek­tro-scy­zo­ryk. –> …a także elek­troscy­zo­ryk.

 

(po­nu­re wes­tchnie­nie) –> Na czym polega ponurość westchnienia?

 

Pią­łem się w górę po ko­lej­nych szcze­blach ka­rie­ry… –> Masło maślane. Czy można piąć się w dół?

Wystarczy: Pią­łem się po szcze­blach ka­rie­ry

Dość trudno, pnąc się, jakieś szczeble omijać.

 

Nawet na Twoim we­se­lu wy­trzy­ma­łem tylko kilka go­dzin… –> Nawet na twoim we­se­lu wy­trzy­ma­łem tylko kilka go­dzin

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie, a tu, jak mniemam, mamy przekaz słowny.

 

Czyż­by miała wąt­pli­wo­ści?, za­sta­no­wi­łem się… –> Po pytajniku nie stawiamy przecinka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam kolejnych czytelników :) Ponawiam: szczerze mówiąc, spodziewałem się, że odbiór będzie znacznie gorszy.

 

Jeszcze wracając do @Finkli:

Zdecyduj się – zwariował z powodu bunkra czy miał to w genach?

W genach miał podatność na choroby psychiczne (patrz dziadek Brad), a życie ostatecznie pchnęło go na drogę szaleństwa… czy to ma sens?

Zresztą, nie będę nikomu wciskał na siłę swojego zdania :P

 

@Pietrek Lecter

Można by zrobić książkę? To już się dzieje :) Powieść jest w trakcie pisania, chociaż na razie ją zarzuciłem, bo postanowiłem się “doszlifować” na opowiadaniach.

 

Trzeba będzie pomyśleć o poszerzeniu notki, albo może dopisaniu jeszcze jednej sceny… z punktu widzenia kogoś innego… Sprawa zostanie rozpatrzona na najbliższym posiedzeniu Rady ;)

 

@regulatorzy

Kolejny dowód na to, że eksperymentalne formy się nie sprawdzają. Opowiadanie nr 6, które postaram się napisać do końca stycznia, będzie miało już tradycyjną narrację, obiecuję :)

 

(zapis rozpoczęty[…]) – to raczej nie jest komunikat wypowiedziany przez kogokolwiek/cokolwiek, więc tutaj zostawiłem cyfry. Resztę poprawiłem.

 

Na czym polega ponurość westchnienia?

Nie wiem, jak miałbym to wytłumaczyć na piśmie :( Czy westchnienie nie może być ponure? A jeśli nie, to jakie może być?

 

Dziwi mnie, że żadne z was nie zwróciło uwagi na – wydawało mi się, że dość dużą – zaimkozę. Ciągle tylko “mnie”, “mój”, “mi” itd, jak to w monologu postaci, która opowiada sama o sobie. Nikomu naprawdę to nie przeszkadzało?

Precz z sygnaturkami.

W genach miał podatność na choroby psychiczne (patrz dziadek Brad), a życie ostatecznie pchnęło go na drogę szaleństwa… czy to ma sens?

Trochę sensu ma. Ale ja dziadka odebrałam jako całkiem rozsądnego. To innym wydawało się, że ma coś słabo poukładane pod ciemieniem…

Babska logika rządzi!

Na czym polega ponurość westchnienia?

Nie wiem, jak miałbym to wytłumaczyć na piśmie :( Czy westchnienie nie może być ponure? A jeśli nie, to jakie może być?

Wydaje mi się, że rodzaj/ jakość/ sposób westchnienia może określać kontekst. Ponurość westchnienie będzie dla mnie zrozumiała, jeśli przeczytam na przykład takie zdanie: Ojciec, wróciwszy w wywiadówki, westchnął ponuro i rzekł: – Synu, jestem zawiedziony twoimi ocenami.

 

Nadmiar zaimków, Niebieski Kosmito, tym razem nie rzucił mi się do oczu i nie zrobił żadnej krzywdy. Jednakowoż dopuszczam możliwość, że z racji trwania Świąt, uwaga może czuć się nieco osłabiona i nie wszystko zauważa. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miło było mi zacząć dzień od takiego opowiadania i zachęciło mnie do sięgnięcia głębiej w to uniwersum.

Jedna rzecz, z którą na ogół mam problemy, gdy czytam historie osadzone w tak odległej przyszłości: wspominasz czasem drony, holowizję i tym podobne technologie, które już dziś mamy na wyciągnięcie ręki. Wydaje mi się, że jeśli mówimy o rzeczywistości oddalonej o czterysta (!) lat od tej doskonale nam znanej, powinno się tu znacznie luźniej puścić wodze fantazji. Nie wyobrażam sobie, aby XVII-wieczny sarmata zrozumiał cokolwiek z instrukcji obsługi okularów VR do PlayStation 4 i poniekąd chciałbym poczuć się jak on.

I am surrendering to gravity and the unknown.

Nie bardzo kupuje tę formę spowiedzi. Tym bardziej, że jej adresat pozostaje w tekście niewykorzystany (a ja całe opowiadanie na niego czekałem…). Wydaje mi się, że większość historii Taggarta, przynajmniej z okresu działalności publicznej, jest powszechnie znana, skoro ukazują się jego biografie ze znaczącymi podtytułami. Tymczasem opowiadanie pomija zdarzenia odpowiadające bezpośrednio za ten szatański przydomek i próbuje skupić się na praprzyczynach jego wynaturzenia. Ok, ma to sens, ale wypada słabo. Serio chodzi o to, że ojciec nie chciał z nim zejść do bunkra?

Przeszkadza nadmiar deusów. Bohater ma psa, który to pies prawdopodobnie codziennie biega po ogrodzie, ale akurat tego konkretnego dnia, po rozmowie z dziadkiem, jeden jedyny raz przypadkiem aktywuje wejście do bunkra. Bohater czeka na sygnał od Obcych, ale pechowo jako pierwsza odbiera go asystentka. To nic – przecież Taggart ma akurat przy sobie specjalny diwajs do hipnotyzowania, który po jednorazowym użyciu wyrzuca do niszczarki. Nie pasuje mi też logika samego wejścia do bunkra – trzydzieści szczebli to jakieś 6m i bohater czeka dwa lata, żeby przekonać się, że na dole jest tylko jedno pomieszczenie (w międzyczasie odnajdując w trawie ten psi aktywator). Broń jest w tym uniwersum zakazana, chłopak znajduje jeden karabin, ale w ramach kontaktów z Obcymi prezentuje im już całe spektrum środków rażenia. Skąd dysponuje planami? I czemu ten idiotyczny, zdradziecki czyn nie ma bezpośrednich konsekwencji w opowiadaniu? Jest coś wspomniane o śmierci czterech tysięcy ludzi, ale to chyba jeszcze nie ten kosmiczny Armageddon?

Rozumiem, że opowiadanie to element większego planu. Ale chciałbym zrozumieć ten fragment Twojej opowieści bez konieczności sięgania po inne opowiadania. Po lekturze tego tekstu nie wiem ani czemu Taggart stał się wcieleniem zła, ani nawet na czym ta jego demoniczna złość polegała.

Niewiele czytam science fiction, ale opowiadanie mi się podobało. Ciekawe, sprawnie napisane. Podoba mi się świat, który tworzysz. Zakończenie też na plus. :)

Dżem dobry.

@jganko

Miło było mi zacząć dzień od takiego opowiadania

A mnie było miło, że Tobie było miło :)

 

Nie wyobrażam sobie, aby XVII-wieczny sarmata zrozumiał cokolwiek z instrukcji obsługi okularów VR do PlayStation 4 i poniekąd chciałbym poczuć się jak on.

Ja również sobie tego nie wyobrażam… no i w tym właśnie tkwi cały problem – w wyobraźni. W rozsądnym czasie nie mogę przewidzieć rozwoju technicznego ludzkości w każdej dziedzinie na przestrzeni 400 lat :( Potrzebna byłaby chyba cała armia ludzi, a ja nie uważam się wcale za szczególnie hojnie obdarzonego w tej materii (tzn. w wyobraźni, którą dysponuję)… Zrobiłem, co było w mojej mocy – tylko tyle i aż tyle.

 

@cobold

Coby autorowi nie było zbyt przyjemnie, zawsze przydaje się kubeł zimnej wody na łeb :)

 

ma to sens, ale wypada słabo.

Raczej trudno dyskutować z taką opinią… Ale jednak spróbuję, bo nie byłbym sobą.

 

Bohater ma psa, który to pies prawdopodobnie codziennie biega po ogrodzie, ale akurat tego konkretnego dnia, po rozmowie z dziadkiem, jeden jedyny raz przypadkiem aktywuje wejście do bunkra.

Któż to wie, czy nie zrobił tego nigdy wcześniej? Nie umie mówić, toteż o sprawie nikt się nie mógł od niego dowiedzieć. A tego konkretnego dnia pies widzi, że jego pan z jakiegoś powodu interesuje się tym kamulcem, i myśli sobie, że pokaże mu coś, co kiedyś tu zauważył. Mądre psisko, ma mózg wspomagany przez kilka stuleci inżynierii genetycznej :)

 

Bohater czeka na sygnał od Obcych, ale pechowo jako pierwsza odbiera go asystentka. To nic – przecież Taggart ma akurat przy sobie specjalny diwajs do hipnotyzowania, który po jednorazowym użyciu wyrzuca do niszczarki.

Czemu “akurat”? Skoro czeka, to ma go przy sobie przez cały czas, codziennie. A wyrzuca go po jednorazowym użyciu, bo boi się, że dostanie wyrok za zmianę czyjejś osobowości… Też bym się pozbył wszelkich dowodów, nawet jeśli byłyby dla mnie cenne.

 

Trzydzieści szczebli to jakieś 6m i bohater czeka dwa lata, żeby przekonać się, że na dole jest tylko jedno pomieszczenie

Czy jest jasnowidzem, by wiedzieć, że jest tam tylko tyle? Pewnie, mógłby puścić drona na zwiady, ale wtedy późniejsza przygoda straciłaby urok… Cóż to za ekspedycja w nieznane, jeśli nieznane nie jest nieznane :P

 

Broń jest w tym uniwersum zakazana, chłopak znajduje jeden karabin, ale w ramach kontaktów z Obcymi prezentuje im już całe spektrum środków rażenia. Skąd dysponuje planami?

Zdawało mi się, że dość jednoznacznie określiłem miejsce występowania tych planów… Archiwum zawierało trzy największe sektory NANO, ANTY i ELEKTRO, a także “setki, tysiące plików” oraz “projekty różnych broni”… 

 

I czemu ten idiotyczny, zdradziecki czyn nie ma bezpośrednich konsekwencji w opowiadaniu?

Nie bardzo wiem, o który czyn chodzi, ani tym bardziej – o jakie konsekwencje.

 

Jest coś wspomniane o śmierci czterech tysięcy ludzi, ale to chyba jeszcze nie ten kosmiczny Armageddon?

Tu, niestety, muszę się zgodzić. Tak: PRZYZNAJĘ SIĘ – napisałem chujowe zakończenie…

 

@Rossa

…a jednak niektórym się podobało :) Dziękować.

 

EDIT: przyszło mi do głowy coś takiego.

Scenka po notce prasowej, kilka dni po śmierci Taggarta, rozmawiają X oraz Y.

X jest oderwany od rzeczywistości i nie ma pojęcia, kim był Taggart, a zakłopotany Y tłumaczy mu wszystko.

Co sądzicie? :)

Precz z sygnaturkami.

W przypadku tych mało wiarygodnych rozwiązań fabularnych nie chodzi o to, że tak być nie mogło, tylko o to, jak to przedstawiłeś.

Uznałem, że nadarzyła się idealna okazja, by wypróbować pewien gadżet – hipnotyzera własnej roboty.

– no przyznaj, że wyciągasz ten hipnotyzer z kapelusza.

 

Nie bardzo wiem, o który czyn chodzi, ani tym bardziej – o jakie konsekwencje.

– uznałem, że tym szatańskim czynem bohatera, który cały czas sugerujesz, było przekazanie Obcym technologii wojskowych, doprowadzające w konsekwencji do zagłady ludzkości. Nie rozwijasz jednak tego wątku, piszesz za to o jakichś “czarodziejach” i “Connorze”. W porządku, pewne niedopowiedzenia są naturalne, wolę je od topornego infodumpu. Cały czas jednak wydaje mi się, że największy zbrodniarz w historii ludzkości powinien mieć na sumieniu co najmniej genocyd. A tu: cztery tysiące ;(

 

 

Trudno mi ocenić to opowiadanie pod względem merytorycznym, bo się po prostu nie znam. Były momenty, kiedy myślałam, że jednak tych zbiegów okoliczności czy – jak to nazwał Cobold – deusów, zgromadziło się trochę za dużo, ale, chrzanić! Czytało mi się bardzo przyjemnie, opowiadanie mi się spodobało. :)

Bardzo fajne opowiadanie.

Sam kontakt z obcymi taki jakiś prosty i szybki, a ile z niego wynika!

Podoba mi się forma. W sumie pasuje mi, że najpierw opowiada nawet o tym, ile było szczebli drabiny (wydaje mu się, że godzina to sporo czasu), a potem zaczyna się spieszyć.

Oczywiście nie zrozumiałam spraw technicznych, ale dla mnie to nic nowego. Nigdy też nie próbowałam zawładnąć światem, więc nie wiem, na ile to wszystko jest realne.

Natomiast czytało mi się bardzo dobrze.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Anet, jesteś czytelnikiem idealnym :) Czy zdarzają się opowiadania, które ci się nie podobają?

Dziękuję za: przeczytanie, skomentowanie i zgłoszenie do punkcika. I jestem zadowolony, że tekst sprawił ci przyjemność.

Pozdrawiam! :)

Precz z sygnaturkami.

I jeszcze wyciągnęłam z odmętów poczekalni, może ktoś dobije (punkcik, nie autora) ;)))

 

Mnie się tak naprawdę nie podobają opowiadania źle napisane.

Znam tylko pięć liter ;)

Dobra wróżka portalowa, kimkolwiek była, dobiła! Dziękuję owemu Anonimowi, może się ujawni :)

Precz z sygnaturkami.

Nowa Fantastyka