- Opowiadanie: Majkubar - Z tamtej strony wody

Z tamtej strony wody

Piękne jest to miejsce, gdzie ludzie poświęcają sobie tyle uwagi, doskonaląc się w realizacji pasji.

Z tego, co miałem okazję zaobserwować, daje chyba równie dużo adeptom sztuki, co kursy pisarstwa, z tą różnicą, że jest darmowe. I można fajnie porozmawiać przy okazji.

Proszę Was, Koleżanki i Koledzy, abyście zechcieli wyciągnąć swoje ostre i lśniące topory, żeby rozprawić się z moimi palcami, które mozolnie klepią w klawiaturę.

Każda uwaga, najtrudniejsze pytanie i drobna nawet wątpliwość będzie dla mnie wielkim skarbem i największą nagrodą, ponieważ mój proces twórczy spotka za chwilę odbiorcę, co jest niewątpliwie wielkim świętem dla mnie, z racji utraconego właśnie dziewictwa, od którego zaczyna się moja droga rozwoju, w tej wspaniałej dziedzinie sztuki.

Ja sam, wreszcie zabieram się za Wasze opowiadania, cieszę się na to spotkanie i z góry dziękuję za Waszą twórczość.

Życzę miłej lektury i pozdrawiam!

I jeszcze:

Dedykuję swój pierwszy utwór pewnemu dżentelmenowi, którego spotkałem na tym portalu, z wyrazami wdzięczności za spotkanie i wspaniałą wymianę myśli.

Moje myśli, tym razem, przysiadły na twoim parapecie za oknem i mam nadzieję, że nie pozwolą Ci dzisiaj zasnąć. Bierz się za pisanie! ;-)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Z tamtej strony wody

Siedziałem na skrzyni oparty o drewnianą balustradę tratwy. Ułożyłem głowę opatuloną w kaptur na najwyższej żerdzi, obok Coraxa. Ptak siedział nieruchomo jak posąg. Przewoźnik nakazał synom odbić od brzegu, sam złapał za drąg i przeszedł na część dziobową, wymijając konie przytroczone do balustrady.

 Selim bezkarnie badał mój nastrój. Czułem jak zagłębia się we mnie i sprawdza czy nie trzeba mnie podnieść na duchu. Cmoknąłem zniecierpliwiony i spojrzałem w jego stronę.

– Przepraszam – powiedział, żując nasiona. – Martwi cię powrót do ojcowizny? – Wyrzucił do rzeki garść łupin orzecha włoskiego i wyjął z kieszeni płaszcza następny.

Odwróciłem się i powiodłem wzrokiem za łupinami. Zmierzały teraz tam, skąd my wyruszyliśmy zaledwie wczoraj. Dwadzieścia mil stąd, w dole rzeki, płynął nurt zdarzeń, z którego zostałem wyrwany niczym człowiek ze spokojnego i przyjemnego snu.

– Nie chodzi o powrót…

Poczułem dłoń na ramieniu.

– Wiem, przyjacielu. – Ścisnął lekko palce. – To nie jest odpowiedni czas, żeby ganiać za demonami, kiedy ślub i wesele w rodzinie się szykuje… Wyjazd z Łęgów był ostatnią rzeczą jakiej bym sobie życzył, jednak… – Zamyślił się na chwilę i położył orzech na skrzyni, stojącej obok.

Kruk skoczył i jednym wprawnym uderzeniem dzioba rozpołowił nasienie.

Selim podniósł obie połówki i przyjrzał im się uważnie. Jego twarz spoważniała. Spojrzał mi w oczy i ułożył łupiny ostrożnie na mojej dłoni.

– Może jednak czas jest odpowiedni. – Odwrócił się i podszedł do przewoźnika.

Wpatrywałem się w łupiny z niedowierzaniem. Wiele lat byłem świadkiem magii Kruka, naszego strażnika tajemnic, odźwiernego, jednak do dziś nie przestawała mnie fascynować i zadziwiać. Przed oczami miałem dwie połówki orzecha, które przypominały dwie części otwartego medalika z rzeźbami zamiast malowanych portretów. Na jednej widniał wypukły jak płaskorzeźba wizerunek mojej siostry, na drugiej wklęsły ryt z twarzą kobiety, której nie mogłem rozpoznać.

Położyłem łupiny na skrzyni. Corax wydłubał i zjadł ich zawartość zręcznie i szybko, a ja wróciłem do gapienia się w spienione wody Pilicy.

 Przekraczaliśmy rzekę, która oddzielała mieszkańców Brzustówki od złego. Tak im się przynajmniej zdawało. Jednocześnie była nicią, która łączyła nas z ukochanym miejscem. Wystarczyło uwolnić liny, żeby nurt poniósł tratwę w stronę domu. Dotarlibyśmy przed wieczorem.

Wiele lat temu ta okolica była moim i Blandy domem.

Z zadumy wyrwał mnie donośny głos przewoźnika:

– Prawdziwie rad jestem z waszego powrotu, panie Corvidae. Jak i całe sioło. Ludziska szczęśliwe, doczekać się nie mogły na wieść, że hrabia po was posłał…

– Dziękujemy, Tomaszu. Dołożymy starań, żeby przywrócić spokój w okolicy. – Selim poklepał przewoźnika po ramieniu. – Miłość i wielki sentyment do tych stron żyją w nas nieprzerwanie.

– A i żal nie mniejszy, zapewne. – Tomasz spojrzał ze smutkiem w moją stronę i mocniej nacisnął tyką na dno rzeki, synchronizując ruch z synem pracującym przy linie. – W nas żal i boleść wielka pozostała za winy sąsiadów, ale i wdzięczność dla was, żeście Brzustówkę od złych ludzi uwolnili.

– Nie pora rany rozdrapywać. – Wstałem, podszedłem do koni. – To jest odległa przeszłość. Teraz trzeba brać się za tę waszą wodną pannę  – dodałem z uśmiechem.

Przeprawa dobiegła końca.

– Cumy, synkowie! – rzucił przewoźnik do młodzików, wyciągnął ze skrzyni gąsior i strapiony usiadł. – Ku zmartwieniu waszemu powiem, że to wcale nie jest taka zwykła baba wodna. – Pociągnął spory łyk gorzałki i podał naczynie Selimowi.

– Mów, co wiesz, Tomaszu. – Selim skosztował wódeczki i przekazał młodemu, który zarzucił właśnie linę na najbliższy pień. – O czym ludzie nie gadają?

– O tym, o czym sami nie wiedzą. – Uśmiechnął się i odebrał gąsior z rąk syna. Wypił kolejny łyk i otarł usta rękawem koszuli. – Przed laty pozostawaliśmy z ojcem waszym w przyjaźni. – Spojrzał na mnie. – Przeto Jan zdradził mi, że siostra wasza, panie Jakubie, młodziutka wtedy jeszcze, Blanda, wcale zmysłów nie postradała jak to wszem i wobec gadano. Panienka młynarzówna miała wszak przyjaciółkę, której poza waszą rodziną nikt zobaczyć nie umiał.

Selim odebrał ode mnie uzdę Rutki. Wymieniliśmy spojrzenia. Przewoźnik pociągnął z gąsiora i kontynuował:

– Mistrz Jan opowiedział mi jak to duszę Anieli, tak miała nieboszczka na imię, z wielkiej udręki wydobył ku światłu. Choć do życia przywrócić nie mógł, to i tak ulżył w cierpieniu. A nacierpiała się ponoć na ciele i na umyśle. Przez te srogie męki wyzionęła ducha… Biedaczyna, i to przed samym weseliskiem swoim. A potem jako ta baba wodna poczęła ludzi nękać po okolicy. Historie różne po wsiach latają, bo i stare to dzieje, ale gadają ludziska, że od czasów najazdu szwedzkiego na modrych wodach zaczęły ginąć dziewuchy i chłopy. Jeno zawsze w sierpniu, przed samym wniebowzięciem przenajświętszej panienki.

– Sto pięćdziesiąt lat temu? – spytałem zaskoczony.

– Ano tak. Wszystko ustało, kiedy mistrz Jan pojawił się w Utracie, tak z opowieści wynika. A teraz dziewuszka znowu jako demon dybie na Bogu ducha winnych. – Przeżegnał się. – Ja to sobie myślę, że pomsty za waszych ojców szuka… Ale co tam. Co ja tam wiem. Sam żem na oczy nie widział, a i opowieści rzadko całą prawdę…

– Dziękujemy. – Selim wyciągnął trzygroszówkę z kieszeni.

– Schowajcie, panie. Hrabia nakazał wszelakiej pomocy udzielić…

Corvidae rzucił monetę do bliżej stojącego młodzika. Ten wyszczerzył zęby dumny ze swojej zręczności.

Tomasz dał synom znak do powrotu, wstając z siedziska.

– Pozdrowienia Marcinom prześlijcie i powodzenia. – Uścisnął nasze dłonie. – Będziemy was wypatrywać.

Wskoczyliśmy na konie.

Gdy tratwa odeszła od brzegu, przewoźnik uniósł rękę w geście pożegnalnym:

– Z Bogiem!

Odwzajemniliśmy gest i ruszyliśmy w stronę wału.

 

***

Blanda skroiła ostatni rulon ciasta w równe nitki. Odłożyła nóż na stolnicę. Rozejrzała się po izbie, wycierając ręce w ściereczkę. Odczuwała radość, która płynęła przez całe ciało nieprzerwanym strumieniem, przyjemnie łaskotała od wewnątrz. Uśmiech na twarzy towarzyszył jej stale, odkąd zabrała się za weselne przygotowania w gronie kobiet z obu rodzin oraz licznych przyjaciół.

Pachniało. Coraz silniejszy zapach rozchodził się po izbie z każdą godziną. Dla niej to nie był jedynie aromat ziół, cebuli, słodkich warzyw, rosołu, gulaszu i chleba. Pachniało normalnością.

Oparła się o blat kuchenny i wyjrzała przez otwarte na oścież okno. Dominowała atmosfera święta, przyjazna, przepełniona życzliwością. Wdzierająca się woń pieczeni, dymów z ognisk i rusztów była przyjemnym i kojącym odczuciem, tożsamym ze wspólnotą i więzią. Radość i szczęście przenikały wszystko i wszystkich – izby, plac i dziesiątki krzątających się ludzi, pracujących lub bawiących się. Każdy z oddaniem wykonywał powierzoną część zadań.

Dziadek Eliasz gawędził z młodzieżą przy wielkim saganie z bigosem, dopieszczając swoje arcydzieło sztuki kulinarnej. Mężczyźni pracujący przy zbijaniu stołów, ław i wiat śpiewali, wtórując muzykantom na zmianę z pannami, znoszącymi kwiaty i trawy na wianki i bukiety. Najmłodsze dzieciaki uganiały się za kurami i gęśmi.

A jutro… Jutro wyda córkę za mąż. Na tę myśl Blanda zachichotała, zarzucając głowę w tył.

– Oj, wzorowa to robota, wzorowa. – Babcia Atalia pochwaliła makaron wnuczki. – Hanka, wrzucaj wszystko na wrzątek! – rzuciła do jednej z dziewcząt.

Podała Blandzie kubek z naparem i uśmiechnęła się serdecznie.

– Promieniejesz. Nareszcie. – Przyłożyła dłoń do skroni kobiety. – Ale coś cię trapi, tam w środeczku. 

– Żal noszę w sobie, babciu, że Selima i Jakuba nie…

Atalia przytknęła palec do ust wnuczki.

– To nic nie da, że się zdenerwujesz, moje dziecko. Taka już jest ta wasza profesja, a hrabiemu się nie odmawia, wiesz przecie. Skoro jaśniepanu delegacja zaginęła na szlaku, to czekał nie będzie. A świat Kasieńki się nie zawali, jak ojca i wuja przez jeden dzień zabraknie. Dobrze przynajmniej, że ty nie musiałaś z nimi jechać.

Blanda pociągnęła spory łyk naparu i uniosła brwi, przełykając. Atalia odstawiła swój kubek.

– Ziółka babki Atalii, co? – Zaśmiała się głośno. – Zabieraj się na podwórze. Naciesz się córką i towarzystwem do woli. Nas tu robota goni. A o tych włóczęgów się nie martw, wrócą.

– Byle szybko – wyszeptała Blanda, wychodząc.

 

Chwilę później przyglądała się korowodowi panien, które dały się ponieść muzyce grajków, skupionych wokół ogniska. Nagle poczuła ręce, które oplotły ją w pasie, ciało, które przylgnęło do pleców i policzek przyklejony do karku.

– Pięknie ci w tej chuście, matulu. – Kasia ucałowała matkę w kark.

Blanda odwróciła się w stronę córki, ta złapała ją za ręce i zakręciła młynka do muzyki. Korowód, dłuższy o kilkunastu chłopców i mężczyzn, którzy zostali oderwani od pracy, zatoczył krąg wokół wirującej pary. Kobiety wydawały z siebie piskliwe okrzyki na zmiany taktu i przyspieszały, śmiejąc się do rozpuku.

Wreszcie zwolniły, zatoczyły się i padły na porośniętą trawą ziemię. Korowód ruszył dalej.

Kasia ułożyła głowę na brzuchu matki.

– Czuję, że od nadmiaru tego szczęścia serce mi zaraz pęknie – powiedziała zdyszana.

– Lepiej od nadmiaru szczęścia, niż z żalu, skarbie. – Blanda położyła dłoń na policzku córki i pogładziła skroń kciukiem.

– Żal też jest, matulu. – Kasia posmutniała. – Brak mi tatki i wuja Jakuba w tym wszystkim.

– Łyżka dziegciu zawsze wpadnie, dziecino, nawet do najlepszego miodu. – Usiadła. – Mam jednak nadzieję, że uporają się ze wszystkim i jeszcze dziś wieczorem odetchną atmosferą wesela.

 

***

Wjechaliśmy na gościniec, ciągnący się wzdłuż rozlewiska. Modre wody przypominały niewielkie jezioro z kilkoma wysepkami, które gęsto zarosły drzewami i krzewami. Ćwierć mili dalej, na końcu rozlewiska, pulsowały źródła. Unosiły z dna piasek, który pod wpływem światła mienił się na zielono. W dzieciństwie godzinami wpatrywałem się w to zjawisko, karmiąc kaczki i łabędzie.

Przy źródłach gościniec wchodził prosto do Utraty, wioseczki, którą tworzyło kilka chałup, a także młyn i karczma, w których wychowaliśmy się z Blandą. Po śmierci rodziców osiadł w niej stryjek Marcin, brat ojca, z ciotką Marią, a ponieważ nasze losy potoczyły się dość niespodziewanie, szczęśliwi byliśmy z siostrą, że majątek spoczął w dobrych rękach.

– Pamiętasz tę Anielę? – spytał Selim.

– Pamiętam. Tyle tylko, że fakt jej obecności bardziej, niż ją samą, twarz czy konkretne sytuacje. Nigdy nie bywała u nas w domu. Blanda uganiała się za nią po obejściach i po lesie. Taka przyjaciółka, która nie zwracała uwagi starszego brata. A ty? – Spojrzałem na przyjaciela. – Bywałeś u nas często w tamtym czasie.

– Podobnie. Mignęła mi w tle wszystkich spraw i wydarzeń. Kompletnie nie zorientowałem się, że to umarła. – Odwrócił głowę w stronę wody. Po chwili dodał: – Myślisz, że to jej twarz?

Spojrzałem na Selima pytająco.

– W drugiej połowie orzecha.

– Nie pamiętam jej tak dobrze. Nie wiem.

– Obawiam się, że to możliwe – oświadczył.

– Jeżeli kruk ujawnił wizerunek dziewczyny, to Blanda może być nam potrzebna do…

– Mimo wszystko wolałbym tego uniknąć – wtrącił stanowczo. – Ze względu na Kaśkę… Niech się chociaż matką nacieszy w te dni do woli…

Selim dał znak ręką i zatrzymał klacz. Zsunął kaptur z głowy i założył cylinder.

Zamarliśmy w bezruchu.

– Mgła się podnosi – wyszeptał. – Słyszysz?

Wytężyłem słuch. Dotarły do mnie głosy ludzi, przypominające pojękiwanie albo płacz. Dźwięki były ledwo słyszalne. Dobiegały z wysp. Dostrzegłem też we mgle poświatę, jakby od ognia, która miejscami pojawiała się i znikała.

Ruszyliśmy dalej.

– Gdybyś miał połączyć wszystkie strzępki opowieści, informacje hrabiego i gadanie ludzi w jedną całość, to jak by ta historia brzmiała, twoim zdaniem? – zapytał zniżonym głosem.

– Myślałem trochę o tym. Miejscowa legenda głosi, że w tym miejscu stał kiedyś całkiem okazały przybytek boży, ojców franciszkanów. W tysiąc sześćset pięćdziesiątym siódmym roku mały oddział szwedzkich niedobitków zatrzymał się w nim, wracając z pól bitewnych spod Inowłodza. Schronienia przed deszczem szukali, dlatego skryli się w kaplicy, wraz z końmi. W trakcie noclegu panowie oddawali się ponoć sprośnym rozmowom. Rozsierdziło to majestat boży i dlatego ziemia się pod nimi zapadła, wraz z kaplicą przepadli w głębinach ziemskich. Miejsce wypełniła woda. Powstało piękne jezioro z lazurowym źródłem.

– Bóg musiałby być wtedy fochliwym sukinsynem – skwitował Selim. Parsknęliśmy śmiechem. – Za sprośną rozmowę potop Szwedom urządził, wraz z przybytkiem? Niepojęte są motywy ludzkiego bajania.

– Dlatego zastanawia mnie, jaka realna moc byłaby zdolna dokonać takich zniszczeń. Po drugie…

– Powód – wtrącił krótko.

– No właśnie. Oddział zdeprawowanych wojaczką mężczyzn… Scenariusz jakich wiele na przestrzeni dziejów. Jeżeli to była sprośna zabawa, delikatnie rzecz ujmując, a nie rozmowa, to chyba Aniela…

– Jest kluczem. Zakładając, że to o nią chodzi. A opowieść przewoźnika nabiera wtedy sensu – urwał na chwilę. – Powód do zemsty oczywisty. Tylko, że utopce nie miewają takich mocy.

Dotarliśmy do źródeł.

Stanęliśmy na brzegu jeziora. Przyglądałem się lazurowym połaciom piasku na jego dnie. Wspomnienia ożyły w mojej głowie.

– Coś jest w wodzie – zauważył Corvidae.

Puls źródeł wzmagał się i coraz bardziej burzył powierzchnię jeziora. Dźwięki, zasłyszane wcześniej na gościńcu, powróciły wyraźniejsze.

Po drugiej stronie wody zauważyłem zbliżającą się postać dziewczyny o kruczoczarnych włosach, z pobladłą twarzą i wyraźnie zarysowanymi oczami, w wyblakłej i zabrudzonej sukni, której tren wlókł się po ziemi, zamiatając ściółkę. Na głowie miała wianek. Za jej plecami, w głębi drzewostanu, rozchodziła się po mgle łuna mrugającego na pomarańczowo światła.

Dziewczyna rozłożyła ręce, z dłońmi skierowanymi w naszą stronę. Na twarzy zauważyłem niewyraźny uśmiech.

– Wycofaj! – rzucił stanowczo Selim. Zauważyłem, że rozpiął płaszcz, zapewniając sobie dostęp do broni. Poklepał klacz po szyi. – Szykuj się, Rutka.

Zakręciłem koło i ustawiłem konia za plecami towarzysza. W tym czasie fryzyjska klacz Selima zdążyła wypuścić skrzydła.

Bogunka szarpnęła rękoma. W jej dłoniach prężyły się liny splecione jakby z nitek wodnych i glonów, których zakończenia znajdowały się pod coraz bardziej wzburzoną wodą. Wtedy usłyszałem jej syczący głos:

– Panna młoda wodę nosi, gości na wesele prosi.

Zanim słowa wybrzmiały, spod wody wyskoczyły dwa upiory, jak z trampoliny, zawieszone na końcach sznurów. Rutka stanęła dęba z rozpostartymi szeroko skrzydłami, tworząc tarczę energetyczną. Utopce odbiły się od fali wygenerowanej przez pegaza i koziołkowały w powietrzu w stronę swojej pani. Liny pracowały, jakby były z gumy, kurczyły się i rozciągały. Zanim bogunka zdążyła wyrzucić swoje sługi po raz drugi, Rutka opadła na ziemię przednimi nogami, a Selim trzasnął srebrnym sznurem, okręcając nim upiora z lewej. W drugiego wycelował dwururkę. Mglisty pocisk wystrzelił i poleciał prosto do celu. Demon wył, kurcząc się w ruchu obrotowym. Wreszcie rozpadł się jak bańka mydlana, a jego resztki opadły do jeziora, niczym krople wody.

Nastąpił impas. Pozostały upiór skamlał, wił się, zawieszony nad topielą na naprężonych z obu stron powrozach. Wiedziałem, że to srebrny sznur Selima zadaje mu ból.

– Oddaj! – krzyknął, celując w babę.

– Ich gwałtowność pannę smuci, lecz gość wróci, drugi wróci. – Pęta rozpadły się. Topielnica odwróciła się i zniknęła między drzewami.

Corvidae gwałtownie szarpnął sznurem. Demon spadł na brzeg.

– Daj szkatułę! – rzucił w moją stronę i wycelował broń w wijącą się postać.

Zsiadłem z konia i wyciągnąłem z juków zdobione, srebrno-złote pudełko w kształcie graniastosłupa. Postawiłem na ziemi, zdjąłem wieko i zainstalowałem kryształ sefirotyczny.

– Zapraszam! – Selim wskazał skrytkę, w której mistrzowski szlif dziadka Eliasza rozświetlił się, mieniąc kolorami.

– Czcigodny Panie…

– Drugi raz nie poproszę. – Rozluźnił uścisk bata.

Upiór posłusznie podszedł do pudełka. Pole kryształu zaczęło kurczyć go i wciągać ruchem spiralnym do środka. Zamknąłem wieko i schowałem artefakt do sakwy. Spojrzeliśmy na siebie. Charakterystyczny kirys, morion i język, w jakim przemówił, nie pozostawiały wątpliwości.

Wskoczyłem na konia.

– Gwałtowność, psia jej mać – mruknął pod nosem Corvidae i wsunął broń do pochwy. – Ładne mi zaproszenie. –  Przypiął do pasa zwinięty sznur.

– Jedźmy do karczmy – rzuciłem.

 

– Gość w dom, Bóg w dom! – zawołał Selim, kiedy przekroczyliśmy próg.

Zamknąłem drzwi i wychyliłem się zza pleców towarzysza. Ciotka, stojąca wcześniej jak słup soli, wypuściła z rąk miskę z kaszą.

– Panie Jezusie jedyny! Marcin, wyłaź wreszcie z tej piwnicy! – krzyknęła i ruszyła w moją stronę. – Jakub?

– Witaj, cioteczko – powiedziałem i przyjąłem setki uścisków oraz całusów, przyprawionych łzami.

 

***

 

– O czym tak myślisz? – spytała Kasia, nie odrywając oczu od pracy. – Milczysz tak od obiadu.

Blanda westchnęła głęboko.

– O Anieli… – odpowiedziała. Sięgnęła po kolejne kwiaty. – Przyjaciółce z młodości – dodała, uprzedzając pytanie. – Śni mi się ostatnio… Dość często…

– Nie wspominałaś nigdy o niej. – Córka zakończyła wieniec.

– Nie, córuś… Aniela nie żyje – odpowiedziała, pochłonięta dodawaniem kolejnych oplotów.

– Jak zmarła?

– Nie wiem. Tato… Twój dziadek nigdy mi tego nie powiedział. Kiedy ją poznałam, już była martwa. – Kątem oka dostrzegła, że Kasia zamarła w bezruchu.

– Jak to martwa? – spytała dziewczyna. Odłożyła gotowy wianek na bok.

– Dziadek Jan nie był zwykłym młynarzem, dziecko. Był przede wszystkim mistrzem wielu tajemnych nauk. Dzięki nim wyciągnął duszę Anieli z głębokiego cierpienia. Nigdy nie mówił o jej losie, ponieważ był to los bardzo okrutny, a zdaniem dziadka ta wiedza nie była mi potrzebna. Chciał tylko, żebym dotrzymywała jej towarzystwa, dzięki czemu mogła zaznać spokoju. Normalności.

– A ona? Nie opowiedziała ci sama, co jej się przytrafiło?

– Nie. Ona też tego nie wiedziała. – Usłyszała jak dziewczyna nerwowo przełyka ślinę. – Dziadek chciał ją całkiem przywrócić do życia, ale nie potrafił. Właściwie nie mógł. Dlatego była blisko nas, jednak niezupełnie wśród żywych. Poza naszą rodziną nikt jej nie widział. Żeby mogła zaznać spokoju, nie mogła wiedzieć jak zmarła, nie mogła znać przyczyny swojego cierpienia, dlatego pojawiła się u nas o kilka lat młodsza, niż w chwili śmierci… Nawet nie wiem, skąd przyszła.

– To, co razem robiłyście…? Jak, skoro nie była całkiem żywa?

– To, co inne dziewczyny. Tyle, że zawsze byłyśmy same. Czasem ludzie się napatoczyli, a że jej nie widzieli… Cała okolica z czasem gadała, że postradałam zmysły. Ale mnie to nawet bawiło. Ja nie tylko ją widziałam… Czułam ją, zupełnie normalnie. Jej dotyk, tchnienie, które jednak w sobie miała. Dużo szwendałyśmy się po okolicy. Jeszcze więcej rozmawiałyśmy. Najczęściej o wyśnionych ślubach i weselach, o wszystkich, najdrobniejszych nawet, rzeczach. Sukniach, wiankach, dekoracjach, gościach, zrękowinach i całym przebiegu uroczystości. I o narzeczonych rzecz jasna. – Uśmiechnęła się. Kasia zachichotała. – Opowiadała mi o swoim Antku, którego kochała od maleńkości – ciągnęła dalej Blanda. – O tym, że poślubi go za wszelką cenę. A ja opowiadałam jej o Selimie, którego pokochałam, jako młodziutka i głupiutka dziewczyna, jak tylko pierwszy raz zjawił się w naszym domu. Wyczyniałam nawet czary i rytuały podpatrzone u matki, żeby go zauroczyć. – Zaśmiała się. – Obie pragnęłyśmy poślubić swoje pierwsze miłości. Jak większość dziewcząt.

– Tobie się udało – szepnęła jej Kasia do ucha. – A co z Anielą?

– Pojęcia nie mam. Kiedy twoich dziadków zamordowano, musieliśmy z wujkiem Jakubem opuścić Utratę. Nie wiem, co się z nią stało. Nie wiem, gdzie jest… Te sny mnie niepokoją. Nigdy ich nie pamiętam dokładnie.

– To dlatego nie chciałaś jechać z ojcem i wujem Jakubem? – spytała dziewczyna.

Blanda spojrzała na córkę.

– O czym ty mówisz, dziecko?

– No… Że nie chciałaś jechać do waszego starego domu… Tam do wsi, gdzie dziadków zabili…

 

***

– Za zmarłych. Naszych kochanych krewnych i przyjaciół – rzucił stryj Marcin, unosząc garnuszek.

– Za zmarłych – zawtórowaliśmy.

Do stołu podeszła ciotka Maria.

– Któremu dołożyć? – spytała.

– Nie bądź taka harda baba. – Zaśmiał się stryjek. – Za co ty chcesz skórę łoić?

– Durny chłopie, ty. – Ciotka zamachnęła się drewnianą łyżką. – Żarcia komu jeszcze?

Podziękowaliśmy. Oddaliśmy puste miski, wychwalając posiłek – wyśmienite pierogi z kapustą i grzybami, okraszone skwarkami. Cioteczka zarumieniła się lekko od pochwał, zebrała naczynia, a zanim odeszła, spojrzała na mnie.

– Tobie, Kubuniu, to trzy razy tyle się należy. Chudyś ty jak patyk. Nic cię ta babka Atalia nie karmi?

– Aż nadto karmi, ciociu, taka moja uroda.

– No, urodę to ty może i masz. Po matce! – zaznaczyła. – Ale sama skóra i kości – rzuciła odchodząc.

– Wybaczcie, że nie zjawimy się na weselisku – podjął stryj. – Nie ma komu zostawić obejścia. Chłopy się rozjechały po świecie. Jeden na fryszerkach w Kuźnicach Tomaszowych robi, drugi w podróż ruszył, gdzieś tam przez Prusy, dalej na zachód, skaranie.

– Nie szkodzi, Marcinie. Będzie jeszcze okazja do świętowania – stwierdził Corvidae.

– Takie to malutkie było, a tu nagle za mąż… – Marcin pokręcił ze wzruszeniem głową. – Dumni pewno jesteście?

– To cudowna dziewczyna. Daje nam wszystkim wiele szczęścia i radości.

– Żadne to dziwy. – Westchnął. – Wracając do bogunki, czy jak jej tam – podjął Marcin. – Nie wygląda to, oj, nie wygląda – cmoknął. – Ta delegacja, o której wspomnieliście… Byli tu panowie pięć dni temu na postój, bo do Ujazdu kawał drogi. Jak wyjeżdżali, to żem uprzedził, że okolica niepewna, że ludzie giną. Nakazałem nawet gościńcem przy rzece jechać. Ale panowie hardzi, widać przestrogi lekceważyć mieli w zwyczaju. – Pokręcił głową. – Trzeba było jaśnie panów, wielmoży, żeby się hrabia pofatygował i pomoc wysłał…

 – Od dawna sprawę badał – wtrącił Selim. – Posyłał ludzi. Wypytywali po wsiach. Sprawdzali też na miejscu. Trzech zbrojnych tu dotarło. Wrócił jeden, w obłędzie pogrążony. Ze strzępów jego relacji wynika, że przytrafiło im się dokładnie to, co nam dzisiaj. Hrabia Ostrowski posłał umyślnych po pomoc dobry tydzień temu, ale nas nie zastali. Czekali więc naszego powrotu w Łęgach, dlatego jesteśmy dopiero teraz.

– Niech i tak będzie, zdrowie wasze.

 Wypiliśmy.

– Jesteśmy prawie pewni – ciągnął dalej Corvidae – że ta wodna panna ma coś wspólnego z Blandą i mistrzem Janem.

 – Stryjku, potrzebujemy odpowiedzi – podjąłem. – Zabrałem przed laty wszystkie księgi ojca, tak mi się zdaje bynajmniej. Może jednak pozostały tu jakieś …?

Marcin podniósł rękę, żeby mi przerwać.

– Pozostały… – powiedział przygnębiony. – Na to, czego szukacie, natknąłem się przypadkiem. – Wstał od stołu i zniknął w przedsionku.

 

***

Siedziały pod wiatami przy stołach, w gronie innych kobiet, ozdabiając obrusy weselne. Blanda kończyła właśnie haft przedstawiający dwa anioły, trzymające obręcz zawieszoną na krzyżu.

Spojrzała na córkę, która ze zwieszoną głową i opadającymi na twarz włosami, miętosiła dłońmi obrus, leżący na udach. Ruch był dziwny, niezborny, jakby próbowała coś zetrzeć.

– Coś się stało? – spytała dziewczynę. Sięgnęła po nożyk. Odcięła nitkę i poczuła ostry ból w palcu. Krew kapała na zakończony właśnie haft. Zaklęła. Spojrzała na Kasię z rezygnacją.

Córka stała przed nią. Powolnym ruchem wycierała obrusem zakrwawioną sukienkę.

– Kasia! – krzyknęła.

Dziewczyna opuściła rękę, w której trzymała poplamiony obrus. Wypuściła materiał z ręki, który zamiast opaść, unosił się i falował tak, jak włosy córki. Otoczenie zmieniło się ze słonecznej popołudniowej aury na półmrok podwodnego świata. Kasia podniosła głowę. Przerażonej Blandzie ukazała się twarz, której nie widziała od lat…

 

Obudził ją szloch. Jej własny. Poduszka była mokra od potu i łez. Blanda rozejrzała się. Za oknem zapadał zmierzch.

 

***

Siedzieliśmy przy stole ze zwieszonymi głowami. Selim zakończył czytanie i zamknął wolumin, bez słowa. Cisza ogarnęła salę. Nalałem wszystkim wódki i pospiesznie wychyliłem zawartość mojego kubka. Bez toastu tym razem.

Mieliśmy przed sobą dwa tomy.

Jeden autorstwa mojego ojca, mistrza Jana. Był kompletnym zapisem historii Anieli. Dziewczęcych marzeń, przygotowań do ożenku i wesela, wspaniałej miłości i rodzinnego szczęścia. W tym wszystkim jej historia nie różniła się od życia naszej Katarzynki.

Wreszcie pisał Jan o śmierci w męczarniach. Wielokrotnym, brutalnym, całonocnym gwałcie, odbywającym się na oczach przywiązanego do krzyża kapłana. Zdeprawowanej duszy i ciele niewinnej dziewczyny, która odwiedziła świątynię i ulubionego sługę bożego, żeby wyrazić w modlitwie swoją wdzięczność, szczęście i oddanie Bogu w przededniu ślubu.

Opisał rytuały, jakich użył, żeby wydobyć Anielę z czeluści cierpienia, pętli, w której szukała zadośćuczynienia i spełnienia swojego upragnionego losu, łowiąc weselników spośród żywych dla pozyskania ich pełnej witalności energii i poczucia satysfakcji, które nigdy nie nastąpiło.

Wymienił też warunki podtrzymania mocy rytuałów, które legły w gruzach wraz z jego śmiercią i odejściem naszej rodziny z Utraty.

Autorem drugiej księgi był ojciec franciszkanin, opiekun przybytku bożego, w którym kaźń miała miejsce. Człowiekiem był niewątpliwie świętobliwym, traktującym z wielkim oddaniem swoją służbę Bogu. Księga zawierała jego rozważania na temat tajemnic świętych pism i bożych ścieżek, jednak ostatni, trzynasty rozdział, zawierał opis tej okrutnej historii, który całkowicie pokrywał się z opisem mojego ojca.

W tym smutnym, naznaczonym głębokim cierpieniem wyznaniu, Kapłan wskazał młodego pikiniera, który go uwolnił, ocknąwszy się z omdlenia o świcie, kiedy cała kompania leżała nieprzytomna, otumaniona gorzałą i nierządem. Po wyjściu z kaplicy dostrzegli ciało dziewczyny, leżące na brzegu jeziorka z głową zanurzoną w wodzie. Młody żołnierz wpadł w histerię, osunął się pod ścianę świątyni, głośno szlochając. Mnich czym prędzej uciekł, w obawie, że mordercy się pobudzą. W drodze do opactwa zameldował we wsi o zdarzeniu.

W zaciszu pustelni spisał te tragiczne wypadki, puentując tekst gorzkim zdaniem, które poprzedził deklaracją wystąpienia ze stanu kapłańskiego: „Komu wszystkie lata życia w służbie poświęciłem, skoro nikt nie sprzeciwił się okrutnej nieprawości, kalającej niewinność, odbierającej młode życie w progach domu swego?”.

– Nie schlej mi się teraz – powiedział Selim. Odebrał mi garnek i oddał stryjowi. – Idziemy na wesele – dodał. – Ale najpierw chcę wiedzieć, co inclusus ma do powiedzenia. Daj artefakt.

Stryj Marcin miał wyraźnie dość. Przygnębiony, pozbierał naczynia za kontuar. Wyszedł. Zostaliśmy w sali sami.

Inclusus, ku naszemu zdumieniu, okazał się owym młodym pikinierem z opowieści mnicha. Jego wersja zdarzeń całkowicie pokryła się z dwiema poprzednimi. Twierdził, że stał się przyczyną całej sytuacji. Szlochając, wyznał, że miał narzeczoną w Szwecji. Kiedy żołnierze zastali dziewczynę i kapłana w kaplicy, postanowili urządzić młodemu wieczór kawalerski… On sam wzbraniał się od procederu, mimo nacisków ze strony kompanów, a po niedługim czasie nie wytrzymał okrutnego widoku i zemdlał.

Po ucieczce kapłana zobaczył, jak ciało dziewczyny zostało wciągnięte pod wodę przez, jak to ujął, obrzydliwe, jakby gnijące ręce. Na ten widok ponownie zemdlał, a kiedy odzyskał przytomność, dziewczyna stała zdeformowana, przerażająca, w zakrwawionej sukni, z wiankiem w ręku, który też krwią ociekał. Wszyscy stali nieruchomo w niepewności i trwodze. Rzuciła wianek w stronę wrót kaplicy. Upadł z hukiem za próg świątyni, a cała ziemia wokół zapadła się wraz budynkiem.

 Wyciągnąłem instrumenty. Odprawiłem rytuał. Szczelina otwierała się wolno, promieniując jaskrawym blaskiem.

– Pójdź. Niech twoja dusza zazna spokoju – rzuciłem.

– Panie, ja naprawdę…

– Pójdź! Nie mogłeś nic dla niej zrobić. Intencja jest ważniejsza, nie baczy na okoliczności. Ocaliłeś kapłana…

 

Staliśmy na brzegu jeziora. Zmierzchało. Jaskrawość źródeł bladła.

– Jeżeli ta dziewczyna została tak brutalnie skalana… – odezwałem się pierwszy. – W świętym miejscu, w przeddzień ślubu…

– Czysta… Niewinna… I przypieczętowała swój los krwią…

– Jak więc mamy zmierzyć się z tak silną mocą…?

– Nie będziemy się z nią mierzyć, Kubuś. Tu chodzi o zemstę i sprawiedliwość. Szuka zadośćuczynienia, ale go nie znajdzie, żadnym sposobem. Łowienie przypadkowych ofiar jest tylko błędnym kołem bez wyjścia. Nie pomaga. My też nie zdołamy jej pomóc…

– Ojciec też jej nie odesłał…

– Nie – odparł cicho. – Spróbujemy ją schwytać. Albo przynajmniej grać na zwłokę, przede wszystkim ocenić sytuację. Tam wciąż mogą być ludzie, których można ocalić.

– Zaczniesz? – spytałem i zamknąłem oczy.

Corvidae stał nieruchomo. Formułował w głowie ścieżkę, z pomocą której mieliśmy skomunikować się z Blandą. Nie mieliśmy wątpliwości, że bez mojej siostry nie uda się zrównoważyć energii demona, który kipiał żądzą zemsty i zadośćuczynienia. Blanda nosiła w sobie starożytną domenę bogini Nemezis. Zemsta i sprawiedliwość była jej przeznaczeniem, dlatego radziła sobie z takimi przypadkami skutecznie. Poza tym miała jakiś związek z duchem dziewczyny, dość osobliwy…

Czekałem na słowa, które po chwili popłynęły z ust Selima, recytowane jak zaklęcie.

 

Modre wody wianek niosą,

Lśni zbrukany krwawą rosą,

W świętej ziemi trwa wesele,

Czasu nie zostało wiele…

 

***

Blanda wyszła z chałupy.

Przy ognisku, na szerokich ławach i pieńkach, siedzieli niektórzy krewni Jaśka – pana młodego, a między nimi babcia Atalia i dziadek Eliasz, snujący żartobliwe opowieści i oczywiście Kasia wtulona w narzeczonego.

Ruszyła w ich stronę. W połowie dystansu poczuła nasilającą się wibrację. Stanęła i czekała przygotowana na słowa, które wdzierały się stopniowo w jej głowę, rozchodziły się echem:

 

Z tamtej strony wody,

Panieneczka tonie,

Gdybym miał czółenko,

Pojechałbym po nią.

 

Padła na kolana. Wibracja była silniejsza, słowa i obrazy wyraźne, a wraz z nimi wzbierała w niej fala złości.

– Matuś! – Usłyszała wytłumiony głos córki, jakby od świata dzieliła ją ściana ze szkła. Jedną ręką opierała się o ziemię, drugą uniosła przed siebie, żeby powstrzymać nadbiegającą rodzinę.

 Dobiegł ją głos dziadka Eliasza, który nie pozwolił nikomu zbliżać się do niej.

Wyprostowała się. Siedziała nieruchomo jak w asanie. Na twarzy miała wypieki, oczy wpatrzone w punkt, znajdujący się gdzieś daleko, poza najbliższym otoczeniem. Dźwięk był wibracją połączonych głosów Jakuba i Selima. Jej ciało drżało.

 

Ni ja czółeneczka,

Ni ja wiosełeczka,

Utonęła, utonęła,

Twa przyjaciółeczka.

 

Przed oczami miała wyraźny obraz męża i brata, stojących na cyplu. Poznała miejsce. Na drugim brzegu stała kobieta, demoniczna i złowróżbna panna młoda, przystrojona w ociekający krwią wianek, zabrudzoną suknię, otwierająca bramy swojego mrocznego świata.

Blanda poczuła przerażenie i przeszywający ból, który należał do innej kobiety. Poznała ją…

Serce wypełnił strach o życie bliskich, gniew przeplatany silną żądzą zemsty, sprawiedliwości i… Coś jeszcze. Gdzieś głęboko, na samym dnie. Wizje i wibracje ustały. Nastąpiło szarpnięcie.

Opadła do przodu, podpierając ciało rękoma. Eliasz i Jasiek pomogli jej wstać.

 

Blanda spięła klacz obcasami i wzniosła okrzyk. Wjechała między chałupy galopem i skierowała w stronę gościńca.

 

***

Poprowadziła nas między drzewami, prosto do ruin kościoła, którego pozostałości – mury, posadzki, ołtarz z dużym, zmurszałym krzyżem, sklepienie podziurawione koronami drzew – miały eteryczną strukturę. Musnąłem palcami fragment muru. Był namacalny. Drzewa były naturalnym elementem świata materii, przeplatającym lotną postać świątyni. Na większości drzew płonęły błędne ognie, niektóre dające blade, inne zaś wyraźne światło. Wyglądały jak pochodnie, w których miejsce drzewca zastępowały nagie, zrośnięte z pniem, trupioblade ciała mężczyzn, a płomienie ogarniały ledwie dostrzegalne zarysy głów.

 Mensa okryta była, niegdyś pewnie białym, mocno poszarzałym obrusem, na którym widniał duży, spływający do wiszącej krawędzi, brunatny zaciek, zakrywający haftowane zdobienia.

Ojciec powiedział mi kiedyś, że wszechświat jest jak kwiat róży. Jego kolejne warstwy, jak płatki, zachodzą na siebie w różnym stopniu. Najwyraźniej Aniela pojęła sztukę poruszania się między tymi warstwami, a także sztukę syntezy nieco odmiennych realności.

Wzdłuż ruin, od ołtarza po wrota, ciągnął się długi stół, na którym ułożona była zastawa… Ceramiczne misy, rozstawione po obu jego stronach, a przy każdej kielich. Brakowało sztućców, przede wszystkim zaś jedzenia. Pustkę wypełniały kwietne dekoracje, nienaturalnie żywe i kolorowe, w porównaniu z otoczeniem i…

Goście. Ponad trzydzieści różnych, pod względem wyglądu, ubioru, deformacji ciała i twarzy, postaci, które nie emanowały radosnym nastrojem, jak przystało na gości weselnych. Siedziały nieruchomo w okowach przygnębienia, trwogi, otumanienia, wręcz katatonii czy psychozy, które to stany podkreślone zostały przez grymasy na twarzach, dopełnione pełnym bólu i żalu pojękiwaniem, zawodzeniem lub płaczem. Wśród nich zauważyliśmy pięciu podróżnych, zmierzających do dworu hrabiego Ostrowskiego. Żyli jeszcze. Nie umiałem ocenić, w jakim byli stanie.

Na szczycie ławy siedział oblubieniec, otępiały jak pozostali biesiadnicy, lecz nie tknięty grozą. Obok stało puste krzesło. Należało do niej.

Gościom usługiwały topielice, snujące się między siedziskami. Twarze kobiet przysłaniały włosy, oblepione błotem, glonami i wodorostami. Ich odzienie stanowiły cienkie koszule, wiszące do kolan. Nosiły w dzbanach wodę ze źródeł. Jedne uzupełniały jej poziom w misach weselników, pozostałe napełniały puchary po toastach.

Kiedy zasiedliśmy we wskazanym miejscu, z obu stron stołu i najbliżej młodej pary, zacząłem domyślać się, na czym polegała ta makabryczna  uroczystość. Spotkałem się już raz z tym upiornym rytuałem.

Trunek prawdopodobnie stymulował sfery ducha i umysłu, wywoływał falę wspomnień, płynącą wartkim strumieniem w głębokim korycie świadomości wszystkich złych czynów, jakich każdy z tych ludzi dopuścił się w swoim życiu. Przeżywane w ten sposób raz jeszcze, wywoływały silne emocje i stany, które uzewnętrzniały się na ciele i twarzy, powodując ich zniekształcenie. Goście stopniowo stawali się obrazem popełnionych przez siebie niegodziwości, cierpiąc katusze, wynikające ze zrozumienia ich przyczyny, mechanizmu i konsekwencji.

Poddanie, z jakim uczestnicy celebrowali rytuał weselny, było dla panny młodej otwartą bramą do ich esencji witalnych. Skupienie na ciemnej stronie duszy, nie tylko przysparzało cierpienia, sprawiało też, że pozostawiali odłogiem swoją jaźń, jej dobre aspekty, które okazały się łatwym, pożywnym pokarmem, budującym moc i zaspokajającym nieustający głód zemsty niespełnionej oblubienicy. Był to jedyny prezent ślubny, który mógł dać jej satysfakcję i zadowolenie. Mimo to, na horyzoncie ograbionego z wszelkich cnót istnienia panny młodej, nie można było zauważyć choćby cienia szansy na spełnienie, które napełni ją spokojem.

– Pani. – Selim zwrócił się do Anieli. – Zechciej przyjąć od nas ten skromny podarunek. – Postawił na stole naszą pięknie zdobioną szkatułę. Powolnym i nieznacznym ruchem głowy skierowała spojrzenie na pudełko, następnie na mojego towarzysza. – To rzadki, starożytny klejnot o wielkiej wartości – dodał.

– Klejnoty nie mają dla mnie żadnej wartości, podróżniku – wysyczała.

Idiota by się zorientował, że ten twór świata nieprawości doskonale wie, kim jesteśmy, po co sami pchaliśmy się na tę fantastyczną biesiadę, i czym jest ów prezent, stojący przed jej olśniewającym obliczem. Dlatego właśnie, zupełnie odruchowo, co nie zdarzyło mi się po raz pierwszy, dałem wyraz narastającej we mnie panice:

– Pani, zechciej otworzyć szkatułę. Zapewniam, że ten klejnot może mieć dla ciebie szcze… – uciąłem, kiedy jej głowa odwróciła się w moją stronę. Jej spojrzenie i grymas na twarzy sprawiły, że jeżeli chwilę temu miałem jeszcze jakieś wątpliwości, co do naszego położenia, tak teraz musiałem przyznać przed samym sobą, że znaleźliśmy się w trudnym położeniu.

Zastanawiałem się, co nastąpi. Eksplozja furii, miotanie naszymi ciałami, a może zamieni nas w błędne ognie? Nie znaliśmy rozmiaru jej siły i możliwości. Ani wyobraźni…

Wstała powoli. Uniosła kielich. Jej twarz wykrzywiła się w dziwnym grymasie.

– Powitajmy nowych gości. – Wykonała gest w moją i Selima stronę, zachęcając do wzniesienia toastu i opróżnienia pucharu z kordiału. Świetnie to rozegrała. Bez zbędnej brawury i perturbacji. Po prostu grała o przetrwanie w swoim, wypełnionym po brzegi obłędem, świecie.

Wymieniliśmy z Selimem spojrzenia, z gatunku tych porozumiewawczych. Brniemy w to… Zdrowie młodej pary.

Otępienie przyszło prawie natychmiast. Poczułem się tak, jakbym nie spał dwie doby. Głowa, ciężka jak ołów, opadała powoli w stronę miski wypełnionej wodą, stanowiącą lustro. Poczułem ślinę, spływającą po brodzie.

Najpierw nastąpił przegląd obrazów z mojego życia. Panna młoda szukała punktu zaczepienia. Krzyczałem w przestrzeni własnej głowy. Nic nie znajdziesz. Upiorna jędzo, jestem czysty jak łza, nie licząc pożądliwych spojrzeń na kobiety, seksu bez zobowiązań, drobnych kłamstw i przekleństw! Nie dostaniesz mnie! Zachowam świadomość, za wszelką…

Woda w misce zamieniła się w topiel. Skoczyłem. Zanurzyłem się, a potem wypłynąłem w stronę nabrzeża, w przyspieszonym tempie…

Byłem wleczony za włosy po posadzce kaplicy. Wierzgałem nogami, daremnie. Krzyczałem dziewczęcym głosem. Poczułem kopnięcie w tułów…

 

***

Zmierzch zapadł zaledwie chwilę temu.

Tomasz, przewoźnik z Brzustówki, zakończył pracę przy tratwie. Sprawdził liny cumownicze i wyciągnął gąsior ze skrzynki. Poruszył naczynie, żeby sprawdzić jego zawartość.

– Do diaska… – mruknął pod nosem i przysiadł na pniu z posępnym wyrazem twarzy.

Wpatrując się w przecinkę po drugiej stronie rzeki, rozmyślał o losie dwóch podróżnych. Spodziewał się ich powrotu przed wieczorem. Selim Corvidae znany był w okolicy ze skuteczności swoich praktyk. Uporanie się z wszelkim demonicznym plugastwem, ganiającym sporadycznie po wsiach i lasach, zajmowało mu zazwyczaj niewiele czasu.

Przewoźnik westchnął pełen złych przeczuć i odkorkował gąsior. Przechylił mocno głowę, żeby wyciągnąć zeń resztki gorzałki, gdy jego oczy oślepił rozbłysk, któremu towarzyszył dźwięk podobny do stłumionego burzowego grzmotu. Mężczyzna zakrztusił się i zaczął kasłać. W palących przełyk męczarniach przyglądał się, jak z ciemnej zasłony nieba ponad drzewami, jakby z pęknięcia w przestrzeni, wypadł osobliwy, jaśniejący, mieniący się błękitem i czerwienią pojazd. Wyglądał jak mały wóz dwukołowy, tyle że koła stanowiły tu wirujące, liczne obręcze. Stojąca w nim postać kobiety kierowała zaprzęgiem, złożonym z czterech różnokolorowych istot, zwierząt kłębiących się niczym gęste obłoki pary.

Gąsior wypadł z ręki Tomasza i potoczył się w stronę wody. Ten zaś, mimo pieczenia w przełyku i duszności, nie przestawał wpatrywać się w ten dziw nad dziwami dopóty, dopóki pojazd nie zniknął za horyzontem drzew, zniżając lot w kierunku modrych wód.

 

***

Po wyjściu z tunelu czasoprzestrzennego Blanda skierowała rydwan nad linię drzew. Wibracje nasilały się stopniowo. Kiedy poczuła, że przeleciała przez niewidzialną powłokę okalającą wyspę na jeziorze, jej oczom ukazały się ruiny kaplicy. Zniżyła lot i wjechała w prześwit między drzewami. Tuż nad ziemią strzeliła srebrnym batem. Merkawa rozświetliła się mocnym blaskiem, a kłębiąca się energia pojazdu zawirowała wokół ciała kobiety.

Blanda opadła na podłoże, siedząc w siodle swojej fryzyjskiej klaczy i siłą rozpędu wjechała do świątyni. Wyhamowała tuż za progiem i postawiła klacz dęba. Koń zakręcił kopytami młynka w powietrzu i z impetem uderzył w stół.

 

***

 

Usłyszałem rumor, jakby docierał zza ściany. Ból głowy rozsadzał mi czaszkę. Z ciemności wyłonił się obraz, niewyraźny przez chwilę, stopniowo nabierał ostrości. Zobaczyłem stół roztrzaskany na kawałki i Anielę, lecącą w stronę ołtarza.

Selim, trzymając swoje krótkie dubeltówki w dłoniach, miotał mgliste pociski w topielice, broniące swojej pani. Ubezpieczał Blandę…

Blanda rzuciła stalową, błękitną kulę. Błysk zrodził opadający jak meduza, przezroczysty płaszcz, kopułę, która osłoniła moją siostrę i leżącą nieruchomo pannę młodą.

Corvidae, wodząc bronią za wciąż otępiałymi weselnikami, zaganiał ich w jedno miejsce.

Widziałem jak Blanda usiadła na schodach pod ołtarzem i pochyliła się nad Anielą. Ciało dziewczyny zaczęło drżeć. Krzyknęła, jej wrzask świdrował uszy. Zemdlała. Na przezroczystym płaszczu, który je okalał, pojawiły się obrazy, przerywane pojedynczymi błyskami jaskrawego światła. Projekcja, którą już poznałem. Moja siostra zaczęła szlochać. Znałem powód. Wiedziałem, że przeżywała to samo co ja kilka chwil wcześniej. Chłonęła historię dziewczyny, wyciągała z niej każdy detal… Czułem to jeszcze bardzo wyraźnie, na samo wspomnienie zemdliło mnie i zwymiotowałem.

– Jakub?! – Selim zbliżył się do mnie. – W porządku?

Uniosłem rękę w jego stronę. Pomógł mi wstać.

 

***

 

Kiedy Blanda ułożyła dłoń na mostku omdlałej panny młodej, strumień doznań popłynął przez jej ciało i duszę wartko, od palców, poprzez tułów, aż do stóp. Wypływał spod fałdów sukni, rozlewał się jak woda, eteryczna ciecz, we wszystkie strony po podłożu, gdzie docierał do ściany, rozpostartej nad nimi kopuły, a wtedy unosił się w formie mglistych obrazów.

Blanda poczuła, jak każdy pojedynczy ułamek przeżycia dziewczyny staje się jej udziałem.

Miłość i oddanie, przeplatane błogim poczuciem szczęścia. Szczebiot, dziewczęcy śmiech. Głęboko zakorzeniony szacunek dla Boga. Sacrum przenikające duszę, wnikające w każdą relację i więź. Kapłan. Rodzice. Mężczyzna. Czystość, niewinność i pragnienie złożenia ich na ołtarzu małżeństwa. Budowanie świątyni, która zrodzi z tej czystości owoc. Śmiech dziecka, odbijający się echem w przestrzeni, jego twarz i nieporadny bieg przez łąkę pełną kwiatów, z rąk ojca, w objęcia roześmianej matki.

A potem wiatr, przelatujące chmury. Ulewny deszcz i uderzenie pioruna, fala dźwięku… Grzmot, który brzmi jak trzaśnięcie wielkich, okutych wrót świątyni.

Poczuła bezsilność Anieli. Narastający ból, kłujący na wskroś, który ogarniał całe ciało na wieki, a potem słabł, stopniowo zanikał, by ustąpić miejsca trwodze zrodzonej z myśli, ziarna, które rozrastało się jak chwast i przyniosło jeszcze większe cierpienie.

Czuła jak dusza dziewczyny zapłonęła z przerażenia, bo przecież… Wianek. Świadomość, że nie odda go już nigdy. Temu jedynemu, upragnionemu. Nie złoży w słowach przysięgi i nie przypieczętuje pełnym miłości pocałunkiem. Krew z niego uszła na bieluśki obrus. Zakryła oblicza aniołów złotem haftowanych, dzierżących w dłoniach obręcz, zawieszoną na krzyżu.

Ból i przerażenie ustąpiły miejsca skrajnemu wycieńczeniu. Bezwładne ciało zsunęło się ze stołu ołtarzowego i uderzyło o posadzkę. Wątły cień świadomości zrodził ostatnie pragnienie…

Woda.

Ostatkiem sił pokonywany każdy skrawek ściółki, przez wystające z ziemi korzenie. Woda, jedyny ratunek. Drżące ręce, odmawiające posłuszeństwa. Jeszcze kawałeczek. Do wody. Po oczyszczenie. Zawroty głowy. Ręce, które nie utrzymały ciężaru ciała. Ostatni wdech. Plusk, rozchodzący się echem w otchłani umysłu. I ciche opadanie w toń. Bezwładność. Obojętność. Coraz mniej światła. Ciemność.

 

Aniela otworzyła szeroko oczy, ciało wyprężyło się przy głębokim wdechu. Jęknęła, wydychając powoli powietrze. Jej twarz odzyskała dziewczęcy wygląd. Zobaczyła mokre od łez oblicze. Wydawało się takie znajome. Poczuła ciepły pocałunek na czole. Poczuła zapach, również znajomy, który wywołał wspomnienie… I uśmiech na twarzy.

– Jesteś…

– Jestem – wyszeptała Blanda. – Odpocznij teraz…

Głaskała policzek Anieli, włosy i ramię, kołysząc wątłe ciało. Nawet wtedy, gdy jej błękitne oczy skamieniały. Jeszcze chwilę…

Blanda otarła łzy. Zamknęła powieki dziewczyny, podniosła ciało, które wydawało się nienaturalnie lekkie i położyła je na stole ołtarzowym. Skrzyżowała ręce nieboszczki na piersiach. Selim umieścił ciało pana młodego przy niej. Blanda pamiętała, że miał na imię Antoni. Ukochany, który przybiegł na ratunek. Daremnie. Zobaczył ją, stojącą do pasa w wodzie, z wyciągniętymi rękoma. Choć przeraził go widok narzeczonej, poszedł za nią w topiel, bez chwili wahania.

Pochyliła się nad parą, podpierając się szeroko rozstawionymi rękoma. Uniosła głowę i wbiła spojrzenie w grupę upiornych weselników, w której byli pozostali członkowie kompanii, ci którzy nie zostali zaklęci w błędny ogień. Furia, która czekała jeszcze chwilę temu pod jej drzwiami, zapukała ponownie. Wpuść. Niech dokona się zemsta. Sprawiedliwości niech stanie się zadość. Ale pojawił się jeszcze inny głos… Miał oblicze córki.

Stanęła przed nimi z gałązką, na której wisiały zgniłe owoce i skrzącym się, złotym batem. Wyglądała jak posąg, zupełnie nieruchoma z obojętnym wyrazem twarzy. Wtedy odezwał się najbardziej zdeformowany ze wszystkich, jak się okazało, dowódca, którego głos był ledwie zrozumiały. Żebrał o łaskę dla swoich żołnierzy. Wskazał siebie i swój obłęd jako przyczynę wydarzenia. Błagał o karę dla siebie, najcięższą, za wszystkich.

Poprosiła Selima, żeby odprowadził żywych do karczmy, przyniósł płótno, ubrania i oleje oraz wodę ze studni. Mnie poprosiła o rytuał dla umarłych. Dla wszystkich umarłych.

 

Po rytuale, gdy zamknąłem szczelinę, zauważyłem, że świt wdziera się powoli między drzewa i osiada na mgle, która zaczęła się podnosić.

Kiedy zostaliśmy sami, pomogliśmy Blandzie obmyć ciała młodej pary. Namaściliśmy je olejami, zawierającymi wyciągi z owoców i kwiatów róży, następnie odzialiśmy w czyste ubrania.

Siostra wyjęła z kieszeni woreczek. Wysypała zeń trochę srebrnego proszku na dłoń, a potem, za sprawą prostej sekwencji formowania, stworzyła białą różę, z łodygą gęsto usianą kolcami. Ułożyła ją na ciele Anieli. Wtedy, z przestrzeni ponad nami, spadł pierwszy biały płatek. Po nim kolejny, i jeszcze jeden. Po chwili, płatki sypały się gęsto, jak pierwszy śnieg zimą. Spadały na ciała, stół i otoczenie, a kiedy zakryły wszystko doszczętnie, Blanda podrzuciła ponad zarys dachu kaplicy złotą kulę, która pękła z rozbłyskiem. Mieniąca się brylantowym światłem, eteryczna kopuła, opadła do ziemi i otoczyła młodych, spoczywających pod białą pierzyną. Ich świat stopniowo znikał, a razem z nim cierpienie.

Staliśmy tam do końca. Opuściliśmy wyspę, gdy zostały na niej jedynie drzewa i krzewy.

Koniec

Komentarze

Dobry wieczór Majkubarze:-) Zaglądałem tutaj przez ostatnich parę dni, nie mogąc doczekać się Twojego opowiadania. Aż wreszcie, przed zaśnięciem, patrzę: tak, jesteś. Super. I nie mylisz się, to miejsce jest zupełnie fantastyczne przez osoby, które darowują swój czas i wiedzę.

Dziękuję za Twój Wstęp. Gdybyś był kobietą, zaprosiłbym Cię na kawę:)

Nie potrafię tak dojrzale pisać o pisaniu, jak Ty. Sam błędów robię co niemiara, więc wskazywanie usterek byłoby jak dopatrywanie się źdźbła w cudzym oku. Wydaje mi się jednak, że ojców franciszkanów należy pisać małą literą. Interpunkcja, która zawsze wydawała mi się kwestią subiektywną, ma podobno swoje zasady. Nazwanie Boga sukinsynem trochę mnie raziło. Pewno się mylę, lecz tak powiedzieć mogłaby matka, patrząca na cierpienia dziecka, tutaj aż takiej złej boskiej ingerencji nie było. Ale Ty nie czekasz na technikalia, lecz na wrażenia. Przeczytałem uważnie tekst i wiem, że na pewno potrafisz pisać. Zabawa słowami nie jest Ci obca i dużo lepiej radzisz sobie z piórem ode mnie. Zapewne cieszysz się pisaniem. Przed oczy czytelnika podsuwasz różne obrazy i bardzo szybko, niemal co akapit je zmieniasz. Obrazy są plastyczne, odwodząc myśl od śledzenia fabuły. Migają wrażenia, pojawiają się nowe skojarzenia i czułem się jak przyrodnik, który pochyla się nad kolejnym nowym okazem roślinnym, gubiąc drogę. Kolejne porównania wygrywają z toczącą się akcją. Tak, jesteś mistrzem porównań. Wiele z nich jest zabawnych, inne dają do myślenia. Zastanawiam się, jak miałyby zmienić się losy Polaków, gdyby ziemie zaborów pruskiego i austriackiego rzeczywiście zmieściły się w oczach Marii. Pojawiające się w opowiadaniu liczne wątki splatają się ściśle i nie sposób ich rozsupłać. Co rusz zastanawiam się, gdzie jestem, w którą stronę zmierza fabuła. Nie znam się na literaturze, ale tak gęsty aranż (że tu coś zaświergoli, tam się pokaże, a coś innego przykuje uwagę) jest typowy dla literatury rosyjskiej. Tam wiecznie w tle coś się dzieje. Główny wątek umyka. Zdarzenia poboczne wyglądają jak główne. Zastanawiałem się też, czy czasem nie skracałeś zanadto tekstu? Żeby zmieścić się w limicie, nie można fabuły ciąć zbyt obficie. Opisy można usuwać, ale zdarzenia popychające akcję chyba warto wyeksponować. Wiem, z niektórymi opisami trudno było się rozstać, podobały się, były zręcznie napisane. Mądrzejsi ode mnie napiszą zapewne, że mało u Ciebie było wesela. Ale to wszystko nieważne. Ty potrafisz pisać, masz też wyobraźnię. A przecież to jest najważniejsze. Wszystko inne, jak sam kiedyś napisałeś, można wyćwiczyć. (Gdyby zazdrość mieściła się w moim charakterze, mógłbym być zazdrosny). 

Drogi Majkubarze – jeszcze raz dziękuję za myśli, dedykację i pamięć. Ech – zawsze czuję się bezradny wobec ciepła i serdeczności. Dobrych snów. 

Początkowa notka jest tak życzliwa, że nie sposób przejść obok niej obojętnie. :)

 

Interpunkcja, drogi Autorze, jest niestety nienajlepsza. Niekiedy przecinków brakuje, a kiedy indziej jest ich tak dużo, że człowiek głupieje. Spędziłam godzinę tylko na wypisywaniu błędów, a jest to tylko niewielka część całości. Po lekturze tego komentarza przyszykuj sobie wygodny fotel i zabierz się do łapanki. :)

 

Moja pięciogroszówka od strony technicznej:

 

"Ptak siedział nieruchomo, jak posąg." – Przecinek jest zbędny.

 

"Odwróciłem się w stronę nurtu… (…)Tam płynął nurt zdarzeń…"

 

"– Wiem przyjacielu – następnie lekki uścisk." -> "Wiem, przyjacielu. – Ścisnął lekko palce."

 

"Odwrócił się i podszedł do Tomasza" – Brakuje kropki.

 

"Wiele lat byłem świadkiem i doświadczałem magii Kruka, naszego strażnika tajemnic, naszego odźwiernego, jednak do dziś nie przestawała mnie fascynować i zadziwiać." – Za dużo "naszego", za bardzo zapętlone zdanie. Spróbuj rozbić je na dwa osobne.

 

"Na jednej wypukły, jak płaskorzeźba, wizerunek mojej siostry" – Przecinki niepotrzebne.

 

"Adepci i mistrzowie sztuk tajemnych, nosiciele starożytnych mocy, których znaczenia nie potrafimy w pełni zrozumieć, mimo rosnącej biegłości w posługiwaniu się nimi, w celu unicestwienia lub zrównoważenia tych tworów, które zadomowiły się w świecie swoich protoplastów pod postacią demonów, upiorów, doznań i mają nań realny, fizyczny wpływ." – Idzie się zapowietrzyć przy tym zdaniu. Za dużo "które", zbyt wiele wyliczeń jak na pojedyncze wyrażenie.

 

"nie istniejący" – nieistniejący

 

"mocny głos" – Nie potrafię wyobrazić sobie "mocnego" głosu. Dźwięczny, donośny, głośny, przeszywający, itp.

 

"– A i żal nie mniejszy, zapewne" – Brakuje kropki.

 

"synchronizując ruch z synem, pracującym przy linie." – Przecinek zbędny.

 

"– Nie pora rany rozdrapywać." – Czy czasownik jest celowo na końcu zdania? "Nie pora rozdrapywać ran" brzmi znacznie lepiej.

 

"tą waszą wodną pannę" – tę pannę.

 

"Ku zmartwieniu waszemu powiem, że to wcale nie jest taka zwykła baba wodna – pociągnął spory łyk gorzałki i podał naczynie Selimowi." -> “(…)nie jest taka zwykła baba wodna. – Pociągnął spory łyk gorzałki i podał naczynie Selimowi.”

 

"– Mów, co wiesz, Tomaszu" – Winna być kropka na końcu zdania.

 

"Przed laty pozostawaliśmy z ojcem waszym w przyjaźni – spojrzał na mnie(…)" – Po "przyjaźni" kropka, "spojrzał" z wielkiej litery.

 

"Dla niej to nie był jedynie zapach ziół, cebuli, słodkich warzyw, rosołu, gulaszu, chleba, wdzierających się okami i drzwiami aromatów pieczeni, zapach dymów z ognisk i rusztów." – Za dużo wyliczeń, proponuję rozbić na co najmniej dwa. Moja propozycja: "Dla niej to nie był zwyczajny zapach. Woń ziół, cebuli, chleba i mięsiwa, zapach dymów z ognisk i rusztów…" Czytelnik będzie wiedział, o co chodzi.

 

"Pachniało wspólnotą, więzią." – Gdyby tylko wspólnota mogła pachnieć. Spróbowałabym zmienić znaczenie tego zdania, na: "Według niej tak właśnie pachniała wspólnota."

 

"babcia Atalia pochwaliła makaron wnuczki. – Hanka wrzucaj wszystko na wrzątek! – rzuciła do jednej z dziewcząt." – Babcia z wielkiej litery; "Hanka, wrzucaj wszystko(…)"

 

"Nie analizuj i nie porównuj z tym, czego zazwyczaj doświadczasz i będziesz doświadczać Przeznaczenia nie unikniesz" – Brakuje kropki po "doświadczać".

 

"– Pięknie ci w tej chuście – Kasia ucałowała matkę w kark." – Kropka po "chuście".

 

"trwały nieruchomo, śmiejąc się do rozpuku" – No to nieruchomo, czy śmiejąc się?

 

"– Zawsze, dziecino, jakaś łyżka dziegciu wpadnie, nawet do najlepszego miodu" – Niepotrzebnie dzielisz to zdanie na cztery części. "Łyżka dziegciu zawsze wpadnie i do najlepszego miodu, dziecino."

 

"(…)Pogłaskała jej plecy. – Mam jednak nadzieję, że uporają się ze wszystkim i jeszcze dziś wieczorem odetchną atmosferą wesela." – Wypowiedź powinna się zaczynać od nowego akapitu.

 

"powysadzane wysepkami"

 

"tą Anielę" – tę Anielę

 

"nie zaprząta uwagi" – Nie zaprząta głowy albo nie zwraca uwagi.

 

"– Jest ucieleśnieniem normalności, przede wszystkim – dodał." -> Przede wszystkim jest ucieleśnieniem normalności.

 

"– Jest jak dom, do którego się wraca z utęsknieniem i ulgą. – Westchnąłem. Minęła dopiero noc, a ja już tęskniłem."

 

"1657 roku" – liczby podajemy słownie

 

"grymas, jakby uśmiech." – Grymas albo uśmiech.

 

"(…)zakończenia znajdowały się pod, coraz bardziej wzburzoną, wodą." – Wszystkie przecinki zbędne.

 

"– Daj szkatułę, Jakub!" – To wołacz, więc imię się odmienia.

 

"Chudyś ty, jak patyk." – Przecinek niepotrzebny.

 

"przedstawiający dwa anioły, trzymające obręcz" – Przecinek również niepotrzebny.

 

"Krew kapała na, dopiero co, zakończony haft."

 

"Mnich czym prędzej uciekł, z obawy, że mordercy się pobudzą." – W obawie.

 

"– Nie schlaj mi się teraz(…)" – Nie schlej.

 

"Jej twarz wykrzywiła się, w grymasie przypominającym ten, który jedna, czy druga ciotka przybiera, kiedy idzie w krzaki, w trakcie grzybobrania, w poszukiwaniu ulgi." – Jeśli był tutaj sens, to się kompletnie zagubił.

 

"– Jestem. – wyszeptała" – Tym razem bez kropki.

 


 

Często powtarzają się nieumiejętnie pisane dialogi – nie jestem pewna, czy z lenistwa, czy z niewiedzy. Jeżeli to kwestia tego drugiego, polecam uzupełnić braki. Zdania momentami są zbyt złożone, żeby płynnie przez nie przebrnąć, niekiedy zupełnie wybijają z rytmu. Opowiadanie bardzo na tym cierpi.

 

Co do fabuły… Chaos, Majkubarze, chaos! Magia miesza się z historią Polski, rozbiory z demonami słowiańskimi, narracja zmienia osoby, żargon wiejski przeplata się ze słowami pokroju “hermetyczny” czy “perturbacji”, a na koniec wrzucasz tam gdzieś jeszcze “czarną dupę”. Zbyt wiele pomysłów w jednym, co odbiera nam przyjemność poznania bohaterów – wszyscy są do siebie podobni, nikt specjalnie się nie wyróżnia. Udało Ci się oddać klimat wioski i wesela, ale reszta mnie nie zachwyciła.

 

Pomysł z przygnębiającymi dziadami jest bardzo ciekawy, zakończenie również przemyślane. Nieco wolno się rozkręcasz – niektóre fragmenty można z powodzeniem pominąć, a fabuła na tym nie ucierpi. Widać, że tworzenie klimatu Ci się udaje, ale pomieszanie z poplątaniem powoduje, że ten klimat jest widoczny dopiero na końcu.

 

Mam mieszane uczucia.

 

 

 

 

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Żongler. Cornelius.

 

Grube plastry miodu ciskam w Waszą stronę. Niech osłodzą Wam życie. :-)

Moja wdzięczność jest niewymownie wielka. Za poświęcony czas, zaangażowanie w tekst i refleksje mozolnie rozpisane po… północy?! Szaleństwo! :-)

Przepraszam też, że nie odniosłem się do nich wcześniej. Niestety stoczyłem wczoraj trudną walkę z mitycznym potworem, który przybiera różne, czasem groźne, oblicza. Jego wdzięczna nazwa brzmi: KAC. Czekałem na świeżość umysłu, z jednej strony, z drugiej zaś chciałem chwilę odpocząć od tekstu i nabrać dystansu. Ostatni tydzień był intensywny – pisanie opowiadania, byle zdążyć, chodzenie do pracy pozwoliły raptem na trzy, cztery godziny snu na dobę. Ale do rzeczy…

 

Interpunkcja, powtórzenia i wszystkie błędy techniczne, tak skrupulatnie wyłuskane przez Żongler, są rzeczywiście liczne i zatrważające, zwłaszcza, że w tekście jest ich więcej. Jesteś wielka, podkreślam swoją wdzięczność za poświęcony czas. Zakładam więc włosiennicę utkaną ze wszystkich zasad rządzących językiem polskim, żeby przypominała mi codziennie o konieczności odrabiania lekcji i dokształcania się w tym zakresie. Na wygodny fotel z pewnością nie zasłużyłem, rozpuściłbym się jeszcze bardziej albo przysypiał, zamiast pracować nad warsztatem.

W tym miejscu, prosiłbym jeszcze o doprecyzowanie komentarza na temat dialogów. Chodziło o kwestie techniczne, dotyczące zapisu, czy coś więcej?

Dłużyzna w zdaniach, wyliczenia, itd. – o tak – mam tą chorobliwą tendencję, która najwyraźniej przeszkadza i dziękuję, że utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że i tu potrzebna jest wytężona praca.

 

Nawiązując do ojców franciszkanów, to rzeczywiście ślepo zasugerowałem się zapisem O.O. Franciszkanów, który pojawił się w tej króciutkiej legendzie. A skoro o niej mowa, to z pokorą przyznaję, że najwyraźniej brak doświadczenia spowodował niejasność w przedstawieniu opinii Selima. Wbijanie szpilki Bogu nie było moim zamiarem. Chciałem wyśmiać przesadę, z jaką ludzie tworzą podobne historie – karę nieadekwatną do popełnionych zbrodni, gdzie zatopienie całego oddziału i świątyni z powodu sprośnej rozmowy, to jednak lekka przesada, która fałszuje obraz Boga miłosiernego.

 

Cieszy mnie niezmiernie fakt, że doceniacie obrazy i atmosferę, która się pojawia. Jest plus.

Nie czuję się jak mistrz porównań, Corneliusie, daleko mi do tego, ale faktycznie czerpię z tego radość, co czasem trąci przesadą. Próba ukazania zdziwienia i szoku ciotki na widok Blandy okazała się najwyraźniej przesadą, która w końcówce zdania przekroczyła nawet granice absurdu. ;-)

Zabraniam Ci też wypisywania podobnych bzdur: “dużo lepiej radzisz sobie z piórem ode mnie”. W żadnym aspekcie pisania nie jestem lepszy od Ciebie, w czym utwierdziła mnie dwukrotna lektura Twojego tekstu i zapis naszych rozmów. Porównanie siebie do przyrodnika jest naprawdę wspaniałym zdaniem, zwłaszcza, że zawarte jest w obszernym, dojrzałym komentarzu, z którego bije ciepło i ogromna wrażliwość. Podkreślam, że dawno nie zawarłem tak ciekawej znajomości, gdzie powód spotkania i miejsce wzmacnia to poczucie.

 

Fabuła. Moje pierwsze i najważniejsze pytanie związane z publikacją opka brzmiało: czy odbiorca zrozumie jego treść? A im bardziej się zagłębiałem i im bliżej końca się znajdowałem, tym większe wątpliwości mnie nachodziły. Jest tu konkretna przyczyna.

W przypływie szaleństwa, postanowiłem skonstruować ten epizod w oparciu o świat i postaci, które od lat mi się krzątają po głowie. Przybierają na wadze – historia się rozrasta, sukcesywnie przybywa detali, koncepcja się zmienia, jakoś to wszystko ewoluuje. Czym to skutkuje? W przypadku braku doświadczenia – gwarantowaną klapą. Ja jednak nie mogłem się oprzeć temu, co mi w duszy zagrało i zaryzykowałem. Okazało się, że uległem pokusie dzielenia się szerszym kontekstem, nieumiejętnie i niepotrzebnie. Po pewnym czasie przestałem dostrzegać, że to co dla mnie jest oczywiste, ze względu na stopień zanurzenia w tym świecie, dla odbiorcy będzie niezrozumiałe i dezorientujące. Zwłaszcza, że dużo dzieje się w bohaterach, w ich wewnętrznym świecie, ich relacjach, a nie w przebiegu sytuacji. Przykład języka: realia początku dziewiętnastego wieku i akcja umiejscowiona między wioskami sugerują, że język będzie specyficzny dla tego kontekstu, dlatego stryj, przewoźnik i ciotka nim się posługują (a na ile w udany sposób? nie jestem w stanie określić). Pozostali bohaterowie: Selim, Jakub, Blanda, Dziadkowie to ludzie, dla których to nie są jedyne realia, w jakich funkcjonują. Bywają w różnych czasach. Zaliczyli nawet prawie czterdziestoletni epizod w dwudziestym pierwszym wieku… (Don’t ask… ;-) ) Dlatego ich język był zawsze współczesny mnie samemu. Być może trzeba go ujednolicić dla wszystkich, a może nabrać wprawy i umiejętności w tym rozróżnieniu.

Nie mniej, należało tą historię bardziej uprościć, zamiast rozlewać, skoro już się uparłem w niej pozostać.

Dokonane cięcia, Corneliusie, były wspaniałym zabiegiem, uwierz mi na słowo. Pozwoliły okroić tekst o jeszcze większą dawkę klimatycznych wstawek i nawiązań do szerszego kontekstu, dlatego limit znaków uważam za błogosławiony aspekt tego zadania konkursowego. Nie ucierpiała na tym fabuła, wręcz na odwrót. Myślę, że to odczucie, które mieliście (w słowach Żongler pojawiło się w zdaniu: nieco wolno się rozkręcasz i wskazanie na plus w stronę zakończenia, a u Ciebie rozważania o cięciach właśnie) wynikało z tego, że na początku miałem komfort i się rozpisywałem. Od pewnego momentu pisałem, nerwowo zerkając na licznik, dlatego przyspieszyłem, a skutkiem był skrócony opis wydarzeń, który trącił dysproporcją w stosunku do pierwszej połowy tekstu. I tu wpadłem w pułapkę narracji (święte słowa, Żongler).

 

Wygląda na to, że dzięki waszym uwagom, wątpliwościom i refleksjom zdobyłem się na bardziej wnikliwą analizę tekstu, widzę więcej i jestem Wam za to wdzięczny z całego serca. Jeżeli coś jeszcze zaświta w Waszych głowach, piszcie. Czekam. Każde zdanie jest na wagę złota!

 

A teraz piję Wasze zdrowie i pozdrawiam ciepło!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dziękuję, śniąca.

Ach, i jeszcze:

przeczytałem dziś rano opowiadanie AQQ. Przykład konkretnego, może krótkiego, ale zręcznie napisanego epizodu, bez udziwnień i wątków pobocznych. Doskonała lekcja konstruowania fabułki, za którą jeszcze raz dziękuję i wszystkim polecam!

Wpadło mi w oko parę usterek, na przykład: 

– Wiem[+,] przyjacielu – następnie lekki uścisk.

Dlatego była blisko nas, jednak nie zupełnie wśród żywych.

niezupełnie 

Nawet nie wiem[+,] skąd przyszła.

– Ja za swoimi też, choć nie wiele ich pamiętam

niewiele 

– Aż nad to karmi, ciociu, taka moja uroda.

 nadto

Inclusus, ku naszemu zdumieniu, okazał się ów młodym pikinierem z opowieści mnicha.

 ???

Pojechał bym po nią.

 pojechałbym

Na drugim brzegu stała kobieta, demoniczna i złowróżbna panna młoda, przystrojona[-,] w ociekający krwią[-,] wianek, zabrudzoną suknię, otwierająca bramy swojego mrocznego świata. I przerażenie, przeszywający ból.

 I co przerażenie?

Opadła do przodu, podpierając ciało rękoma. Eliasz i Jasiek pomogli jej wstać.

 

Spięła klacz obcasami, wydała z siebie okrzyk i wjechała między chałupy, galopem w kierunku gościńca.

Widzę tę przerwę, ale nie mam pojęcia, kto spiął klacz obcasami. 

Poprowadziła nas[-,] między drzewami, prosto do ruin kościoła, którego pozostałości – mury, posadzki, ołtarz[-,] z dużym, zmurszałym krzyżem, prawie kompletny brak sklepienia, rozsadzonego koronami drzew – miały eteryczną strukturę.

Trunek stymulował sfery ducha i umysłu, wywoływał falę wspomnień, płynącą wartkim strumieniem, w głębokim korycie świadomości wszystkich złych czynów, jakich każdy z tych ludzi dopuścił się w swoim życiu.

Nie wiem, skąd o tym wie narrator.

 

Powiem tak: napisałeś bardzo ładny wstęp, ale sam tekst mnie nie zachwycił. Trudno mi było zrozumieć, kto jest kim i o co w ogóle chodzi. Mam wrażenie, że pojawiały się wciąż nowe postaci, nowe sceny – i nie wiem, po co. Dostałam bardzo dużo słów, z których nie zdołałam sobie ułożyć żadnej ciekawej historii. Gdzie w tym wszystkim wesele? Czuję się lekko zdezorientowana.

Znam tylko pięć liter ;)

Dziękuję, Anet, że dobrnęłaś mimo dezorientacji do końca, a jeszcze znalazłaś czas na wyłuskanie błędów. Chyba pójdę za radą Żongler i jednak kupię sobie wygodny fotel oraz czerwony długopis. Zrobię wydruk, poczekam na inne komentarze, może będą, a potem zacznę kreślić. Ciekaw jestem czy czerwień zdominuje czerń na kartce, na razie się na to zanosi. Trudno o lepszą lekcję, zamierzam ją wykorzystać do ostatniego przecinka, wnikliwie analizując wszystko.

Fabułka cierpi z wielu przyczyn, zawarłem najważniejsze we wcześniejszym komentarzu. Faktycznie klasycznego wesela nie było, same przygotowania, które miały wprowadzić w nastrój, pokazać relacje i szczęście dziewczyny, która realizuje swoje marzenie związane z tą okolicznością, w atmosferze miłości, z rodziną i przyjaciółmi (marzenie chyba każdej dziewczyny, zwłaszcza kiedyś). Miało to stanowić kontrast dla smutnej historii Anieli, która też takie marzenia miała, była bardzo oddana Bogu i narzeczonemu, jednak spotkało ją nieszczęście, w rzeczywistości targanej wojną. Jako demon próbowała zaspokoić to pragnie, dlatego organizowała sobie to wymarzone wesele na swój upiorny sposób, łowiąc weselników spośród żywych. A gdzie giną ludzie i są demony, tam pojawia się Selim, Blanda i Jakub, i tak dalej… Zakończenie też miało nas zastać na weselu Kasi, jednak się nie udało. ;-)

 

Bardzo Ci dziękuję za poświęcony czas i cenne uwagi.

Pozdrawiam serdecznie! :-)

Majkubarze, myślę, że może Ci się przydać ten poradnik.

A błędy we własnym tekście najtrudniej wyłapać, wiadomo. Pomocna bywa betalista.

Poczekaj na inne komentarze, całkiem możliwe, że po prostu jestem wyjątkowo niedomyślna ;) Ale weź sobie do serca jedną radę: cokolwiek chcesz opowiedzieć, musi się znaleźć w tekście, jeśli autor musi coś wyjaśniać w komentarzach (powiedzmy kilku osobom), to znaczy, że czegoś zabrakło.

Pozdrawiam :)

Znam tylko pięć liter ;)

Anet,

spotkanie z Toba to kolejny krok do przodu – myślałem o tym, żeby zagadać ludzi o poradniki :-D. Zupełnie nie zauważyłem, że są dostępne na portalu.

Jeszcze raz, serdeczne dzięki za cenne uwagi i pomoc.

 

Wszystkiego dobrego! :-)

 Witaj, Majkubarze!

Być może będę dla Ciebie bezlitosna, ale w końcu, o to tutaj chodzi, żeby nie tylko głaskać się po główkach, ale czasem lekko potrząsnąć autorem. :)

Bardzo podoba mi się sam pomysł. Tragedia, która miała miejsce w przeddzień ślubu, demoniczna panna młoda, upiorne wesele i cała reszta. To wszystko stanowi podstawę do opowiedzenia świetnej historii, ale ty chyba nieco przedobrzyłeś. Po pierwsze gubię się między tymi wszystkimi postaciami. Zastanów się, czy rzeczywiście wszystkie są potrzebne, żeby opowiedzieć to, co chciałeś? Myślę, że wystarczyłaby połowa, a czytelnik byłby mniej zdezorientowany. Druga sprawa to opisy (przyznam, że opisy wychodzą Ci nieźle. :)). Nie twierdzę, że są zbędne, ale nagromadziłeś je w takiej ilości, że pośród nich trudno doszukać się fabuły, a to bywa męczące. Do tego czasami zmienia się narrator i czytelnik się gubi. Cały tekst jest lekko rozwleczony, a ja, szczerze mówiąc, wolę konkret i akcję.

Usterki techniczne wskazano Ci już we wcześniejszych komentarzach, więc nic więcej nie dodam.

Jak pewnie zauważyłeś, wszyscy komentujący zwracają uwagę, mniej więcej na to samo. Mam więc nadzieję, że wyciągniesz z tego wnioski i Twoje kolejne prace, będą świetne i przeczytam je z przyjemnością. :)

Na koniec bardzo dziękuję za polecenie mojego opowiadania, choć nie wydaje mi się żeby na to zasługiwało.

Pozdrawiam!

 

Zasługiwało :-) Jak widzisz, moje pomieszanie z poplątaniem wysadziło historię z siodła. Akurat trafiłem na Twoje opowiadanko, które w tym sensie okazało się historią od A do Z, a więc doskonałym przykładem dla nowicjusza, z problemem, który wszyscy zauważają od razu, a wręcz im doskwiera :-)

 

Pięknie Ci dziękuję, AQQ, mam po tych kilku komentarzach naprawdę jasny obraz sytuacji, a i zapał do nauki i zabawy pisarskiej wzrósł znacznie. Daliście mi wiele cennych uwag i pokazaliście właściwy kierunek. Zdjąłem z półki, najwyższej zresztą, kilka słowników. Jak się okazało, one tam były od dawna :-) Mam więc całą niezbędną wiedzę w ręku, czas się dokształcić. 

Cieszę się, że dostrzegłaś w tym tekście coś pozytywnego, zawsze to kilka miedziaków na drogę, z których zrobię dobry użytek, mam nadzieję.

 

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za poświęcony czas! ;-)

Majkubarze, prawda jest taka, że my wszyscy tutaj się uczymy. Pomimo tego, że mam już swoje lata i jestem niemalże dinozaurem, to zaczęłam pisać tak naprawdę, jakieś dwa lata temu. Uczyłam się praktycznie od podstaw. Sama jestem w szoku, że jakieś moje teksty podobają się ludziom. Na naukę nigdy nie jest za późno. :)

A Twój tekst naprawdę ma potencjał, bo tak jak pisałam wcześniej pomysł bardzo mi się podobał, tylko cała reszta wymaga jeszcze doszlifowania.

Pozdrawiam!

Heh, no to zdradzę Ci w “tajemnicy”, że i ja pamiętam niejedną epokę, czterdzieści jeden wiosen i historia, jak widać, podobna. Zresztą są pisarze publikowani, którzy zaczynali koło czterdziestki. No bo co? Fajne to jest. :-)

Dzięki za spotkanie!

Fajne i zabawa przednia :)

Uczmy się dalej!

 

Edit: I cicho sza. Nikomu nie powiem, ;)

No to zgodzę się z przedpiścami: chaos. Ale to, co zrozumiałam, było fajne. Motyw topielicy urządzającej sobie pod wodą to, czego nie doczekała za życia, przemawia do wyobraźni. Na pewno nietypowa imprezka.

Tak, jest dużo postaci w tej historii. I chyba za słabo pokazałeś związki między nimi. Czasami miałam wrażenie, że jakaś dziewczyna jest sierotą, a czasami, że mówi do kogoś “matuś”. Może przygarnięta, ale niekiedy można zwątpić. Jedna dziewczyna poplamiła haftowany obrus, potem druga się ukłuła w palec, potem któraś się budzi… To wszystko było snem, magią, symbolizmem? Interpretuję wyrazy dosłownie, tutaj się gubiłam, czegoś mi zabrakło. Rozprawić się z topielicą jadą faceci (dlaczego akurat tuż przed ślubem w rodzinie, problem ma już ponad półtora wieku, nagle zrobił się pilny?), ale sprawę ratuje siostra. Skąd się tam wzięła? Magicznie? Ciało tu, duch gdzie indziej? A może to ona pojechała na koniu (ale po co oni fatygowali się tratwą, skoro też mieli konia)?

Słownictwo z różnych epok nie ułatwia. Interpunkcja jeszcze mniej. Czasami błędy w zapisie dialogów (poradniki na ten temat już znalazłeś?), niekiedy coś zgrzytnie w pisowni łącznej/ rozdzielnej.

W drugiego wycelował kordelas. Mglisty pocisk wystrzelił z dwururki i poleciał prosto do celu.

Kordelas to broń biała.

– Ja za swoimi też, choć nie wiele ich pamiętam – Kasia otarła łzy matki i ucałowała ją w oczy.

Niewiele. I przykład błędnego dialogu – po “pamiętam” powinna być kropka.

tak teraz musiałem przyznać przed samym sobą, że znaleźliśmy się w czarnej dupie.

Strasznie mi ten zwrot zgrzytnął. Zbyt współczesny na tę historię.

Ostatkiem sił, pokonywany każdy centymetr ściółki

Czy wtedy używano centymetrów? I to w Polsce? Na wsi? BTW, przecinek niepotrzebny. I trochę dziwnie to brzmi, jeśli na każdy centymetr zużywa się ostatek sił. To ile tych ostatków człowiek ma?

Babska logika rządzi!

No niestety, Finklo :-)

nabroił chłopak co niemiara. Gdzie by oka nie przyłożyć, to coś tam zgrzyta i kuleje albo nie do ogarnięcia. Mimo to fajnie, że coś się spodobało. Mam kolejne miedziaki na dalszą drogę. ;-)

Koncepcja i cały kontekst zbyt zawiły, żeby go przedstawiać w opowiadaniu skoncentrowanym, teoretycznie, na konkretnym epizodzie, zwłaszcza przy braku doświadczenia – wspominałem o tym kilka komentarzy wcześniej. Stąd wiele niespójności w językach, miarach, itp.

I w relacjach, jak się okazuje, bałagan wyszedł – Blanda: siostra Jakuba, żona Selima, matka Mateusza, przybrana matka Katarzyny, wnuczka Atalii i Eliasza, nosi w sobie starożytną moc Nemezis, czyż to nie jest proste i oczywiste? :-D

Scena z obrusem poplamionym krwią to faktycznie sen Blandy, która wreszcie dostrzega twarz Anieli – te związki są opisane w rozmowie z przewoźnikiem, a potem z Kasią, nad rzeką. Sam obrus z haftem przedstawiającym anioły ma znaczenie dla historii Anieli.

Tratwa to dobry sposób, żeby przedostać się na drugą stronę rzeki. :-) Tu jeszcze jest element rozmowy i zdobywania kolejnych informacji, po tych zasłyszanych u hrabiego i we wsi, w domyśle…

Sprawa jest pilna, ponieważ się nasiliła, a lokalnemu włodarzowi delegacja się zawieruszyła. Za życia rodziców Blandy – dłuższy okres – aktywność demona była przerwana.

Transport, o którym mowy nie było (nie czułem potrzeby opisywania) to specyficzny rodzaj teleportacji (po co mieszać więcej? :-)).

 

Tak jak wspominałem, Finklo, za dużo splotów i wątków i brak doświadczenia to gwarantowana klapa. Literatura, zwłaszcza fantasy, zazwyczaj jest lekką rozrywką i nie należy jej komplikować.

 

Dziękuję za czas i zaangażowanie, no i wyłuskanie kolejnych “perełek” w tekście. ;-)

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

Majkubarze, przemowa godna conajmniej uroczystości zwalczenia głodu na świecie :) Widzę (czytam), że jesteś oddanym swojemu hobby człowiekiem, dryg do pisania także masz, a te dwie rzeczy są najważniejsze. Fotel i czerwony długopis na pewno ułatwią pracę :) Teraz już wiesz, za co musisz się zabrać. Tylko nie na siłę, bo pisanie to ma być przecież przyjemność, i dla piszącego, i dla czytelników. Tak więc życzę łaskawości Weny i zaglądaj tu często!

 

 

Właściwie obydwiema rękami mogę się podpisać pod komentarzem Finkli. Raz myślałem, że panna młoda to sierota, a potem ma jakąś matulę. Sceny nie układają się w logiczną całość (niekoniecznie chronologiczną), ale są od siebie tak odseparowane, że nie zawsze łapię, kto jest kim akurat w danym ujęciu, dlaczego tutaj występuje.

Jednak sam pomysł na fabułę nie jest zły. Topielica z przeszłości, która chce koniecznie mieć jakieś “życie” brzmi naprawdę interesująco.

Technicznie nie jest najlepiej. Łap przydatne linki, zwłaszcza zwróć uwagę na zapis dialogów:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Toż to ja myślałem, Żongler, że my tu wszyscy walczymy z głodem – przede wszystkim pisania, a i głód poczytania pewno nie jest mniejszy :-)

Dzięki za dobre słowo. Nie biorę się na siłę za żadne działania, bo szkoda na nie czasu i nic mi wtedy nie wychodzi, za to z pasji i radochy moc i wytrwałość zwykłem wyciągać nieziemską i w tej błogosławionej sytuacji obecnie się znajduję. 

 

A skoro o tym mowa, dzięki, NWManie za kolejną porcję wiedzy. Tobołek z cennymi uwagami rośnie, drugi z fachową wiedzą też, a i kieszeń się wypełnia miedziakami z każdym komentarzem, więc nic więcej nie potrzeba, tylko wyruszyć w drogę, zwłaszcza, że towarzystwo dopisuje.

 

Pozdrawiam i życzę Wam wszystkiego dobrego!

Podoba mi się pomysł i dość nietypowe ujęcie tematu konkursowego, jednak lektury nie mogę uznać za w pełni udaną. :(

Bardzo przeszkadzała mi zbyt wielka liczba postaci, którymi zaludniłeś opowiadanie, skutkiem czego z trudem skupiałam się na treści, usiłując jednocześnie mieć w pamięci kto jest kim. Niestety i tak się pogubiłam.

O niedoskonałościach wykonania wspomnieli już wcześniej komentujący, więc nie będę powielać ich zastrzeżeń, a tylko dołączę garść moich uwag.

Jestem przekonana, Majkubarze, że niebawem uraczysz nas opowiadaniem nie tylko bardzo zajmującym, ale i świetnie napisanym. ;)

 

Sie­dzia­łem na skrzy­ni, opar­ty o drew­nia­ną ba­lu­stra­dę tra­twy. –> Tratwa, jako jednostka pływająca, ma chyba burty, nie balustradę.

 

i jed­nym wpraw­nym ude­rze­niem dzio­bem roz­po­ło­wił na­sie­nie. –> …i jed­nym wpraw­nym ude­rze­niem dzio­ba roz­po­ło­wił na­sie­nie.

 

wdzie­ra­ją­cych się okami i drzwia­mi aro­ma­tów pie­cze­ni… –> Literówka.

 

Na myśl Blan­da za­chi­cho­ta­ła… –> Na myśl Blan­da za­chi­cho­ta­ła

 

ta zła­pa­ła ją za ręce i za­krę­ci­ła mły­nek do mu­zy­ki. –> …ta zła­pa­ła ją za ręce i za­krę­ci­ła mły­nka do mu­zy­ki.

 

– My­śla­łem tro­chę o tym. Miej­sco­wa le­gen­da głosi, że w tym miej­scu stał kie­dyś cał­kiem oka­za­ły przy­by­tek boży, ojców Fran­cisz­ka­nów. W 1657 roku… –> …ojców franciszkanów. W tysiąc sześćset pięćdziesiątym siódmym roku

Liczebniki zapisujemy słownie, szczególnie te wypowiadane w dialogach.

 

Odział zde­pra­wo­wa­nych wo­jacz­ką męż­czyzn. –> Odział zdeprawowanych, bo pewnie byli goli?

A może miało być: Oddział zde­pra­wo­wa­nych wo­jacz­ką męż­czyzn.

 

W dru­gie­go wy­ce­lo­wał kor­de­las. Mgli­sty po­cisk wy­strze­lił z dwu­rur­ki i po­le­ciał pro­sto do celu. –> Jakże to możliwe, że wycelował nóż, a pocisk poleciał z dubeltówki???

 

– Ich gwał­tow­ność Pannę smuci… –> Dlaczego wielka litera?

 

– Czci­god­ny Panie –> – Czci­god­ny panie

Zwroty grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

– Drugi raz nie po­pro­szę – roz­luź­nił uścisk bata, ce­lu­jąc w ofia­rę dwu­rur­ką. –> – Drugi raz nie po­pro­szę. Roz­luź­nił uścisk bata, ce­lu­jąc w ofia­rę z dwu­rur­ki.

 

mruk­nął pod nosem Co­rvi­dae  i wsu­nął kor­de­las do ka­bu­ry. –> …mruk­nął pod nosem Co­rvi­dae i wsu­nął kor­de­las do pochwy.

Za SJP PWN: kabura «skórzany futerał na rewolwer lub pistolet»

 

krzyk­nę­ła i ru­szy­ła w moją stro­nę. –Jakub? –> Brak spacji po półpauzie.

 

– Witaj, cio­tuch­na – po­wie­dzia­łem… –> – Witaj, cio­tuch­no – po­wie­dzia­łem

 

z wy­sta­ją­cą głową i rę­ko­ma opusz­czo­ny­mi w dół. –> Masło maślane. Czy istniała możliwość, aby opuścił ręce w górę?

 

Cio­tecz­ka, cała w skow­ron­kach, za­ru­mie­ni­ła się lekko od po­chwał… –> Czy na pewno znano ten frazeologizm w czasach, kiedy dzieje się opowiadanie?

 

Dziew­czę­cych ma­rzeń, przy­go­to­wań do ożen­ku i we­se­la… –> Dziew­czę­cych ma­rzeń, przy­go­to­wań do ślubu i we­se­la

Dziewczęta nie przygotowują się do ożenku. Żenią się mężczyźni.

 

Au­to­rem dru­giej księ­gi był ów oj­ciec Fran­cisz­ka­nin… –> Au­to­rem dru­giej księ­gi był ów oj­ciec fran­cisz­ka­nin

 

In­c­lu­sus, ku na­sze­mu zdu­mie­niu, oka­zał się ów mło­dym pi­ki­nie­rem z opo­wie­ści mni­cha. –> In­c­lu­sus, ku na­sze­mu zdu­mie­niu, oka­zał się ów mło­dy pi­ki­nie­r z opo­wie­ści mni­cha. Lub: In­c­lu­sus, ku na­sze­mu zdu­mie­niu, oka­zał się owym mło­dym pi­ki­nie­rem z opo­wie­ści mni­cha.

 

nie li­cząc po­żą­dli­wy spoj­rzeń na ko­bie­ty, seksu bez ślubu… –> Seks chyba nie był słowem używanym w czasach, kiedy dzieje się opowiadanie.

 

Selim, trzy­ma­ją­cy kor­de­la­sy w dło­niach, miota mgli­ste po­ci­ski w to­pie­li­ce… –> Kordelasami miota pociski???

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Reg, za bardzo pozytywne słowo. Brzmi jak srebrna moneta wrzucona do kieszeni z miedziakami.

Przede wszystkim dziękuję za to, że znalazłaś czas na skrupulatny przegląd zapisu, dzięki czemu mam kolejną porcję zdań do analizy i porównania z właśnie zdobywaną wiedzą książkową. To właśnie spodobało mi się na portalu. Konkretne przykłady w moim własnym tekście są materią, na której można się uczyć. Czymś moim, faktycznym stanem rzeczy, który mogę przerabiać, a nie przykładami z książki. Zaglądam do podręczników i poradników i odnoszę wiedzę do konkretnych momentów własnej próby pisania, które Ktoś mi wskazał. Tobołek pęcznieje. Idę dalej. :-)

Jeszcze raz dziękuję.

 

I pozdrawiam!

Uważaj, żeby Cię ten tobołek kiedyś nie przygniótł. ;-)

Babska logika rządzi!

Obecnie ciśnie, że kroki ledwie stawiam. Wymyśliłem jednak, że będę zawartość po drodze rozrzucał, gdzieś po rowach, pod krzakami i w zagony. A jak już lekki będzie, albo sam badyl zostanie, to wydam zebrane monety na antałek dobrego browara i Was zaproszę na degustację. ;-)

Mam nadzieję, że się uda.

Bardzom rada, Majkubarze, że deklarujesz chęć poprawienia umiejętności. Jestem pewna, że lektura opowieści, które stworzysz w przyszłości, będzie nie lada przyjemnością. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A ja wtedy wykrzyknę:

– A nie mówiłaaaaś?!

;-)

Życzę Ci tego z całego serca. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W swojej ocenie opowiadanie mógłbym podzielić na dwie części, początek i ciąg dalszy. Gdzie początek jest zdecydowanie słabszy. Podejrzewam, że gdyby nie dyżur, porzuciłbym czytanie po pierwszym fragmencie. A wtedy nie wiedziałbym, że to całkiem dobry tekst. :)

Wróćmy jednak do początku. To w nim najbardziej rozwlekasz się z kwiecistymi opisami i zbyt dokładnym opisywaniem wszystkiego.

Oto my. Ludzie, którzy na co dzień przekraczają granice czasu i przestrzeni w pogoni za tworami ludzkiej wyobraźni, emocjonalności, pragnień i żądz, krzywd i strachu. Adepci i mistrzowie sztuk tajemnych, nosiciele starożytnych mocy, których znaczenia nie potrafimy w pełni zrozumieć, mimo rosnącej biegłości w posługiwaniu się nimi, w celu unicestwienia lub zrównoważenia tych tworów, które zadomowiły się w świecie swoich protoplastów pod postacią demonów, upiorów, doznań i mają nań realny, fizyczny wpływ.

Co można skrócić mniej więcej tak:

Oto my, adepci i mistrzowie sztuk tajemnych.”

I zbytnio sensu Twojej wypowiedzi nie zmieniłem.

 

Dalej przykład nadmiernych opisów czynności:

– A i żal nie mniejszy, zapewne – Tomasz spojrzał ze smutkiem w moją stronę i mocniej nacisnął tyką na dno rzeki, synchronizując ruch z synem, pracującym przy linie. – W nas żal i

Powiedz, kogo tak naprawdę obchodzi czy on mocniej nacisnął tą tykę, czy słabiej, czy się synchronizuje z synem, czy nie? Czy to ma jakiekolwiek znaczenie dla fabuły? Żadne.

Gdy tratwa odeszła od brzegu, Tomasz, z wyrazem ulgi na twarzy, wystawił rękę w geście pożegnalnym: – Z Bogiem!

A można tak:

– Z Bogiem! – krzyknął Tomasz.

Albo tutaj:

Odczuwała radość. która płynęła przez całe ciało nieprzerwanym strumieniem, przyjemnie łaskotała od wewnątrz. Uśmiech na twarzy towarzyszył jej stale,

I tutaj, kolejna, nadmierna drobiazgowość:

Odwróciłem się w stronę nurtu, oparłem brodę o splecione na balustradzie przedramiona i powiodłem wzrokiem za łupinami.(…)

Wyjazd z Łęgów był ostatnią rzeczą jakiej bym sobie życzył, jednak… – zamyślił się na chwilę i podłożył orzech na skrzyni, stojącej obok.

Czasami opisy są wręcz mylące.

Dopiła zioła i w tej samej chwili poczuła ręce, które oplotły ją w pasie, ciało, które przylgnęło do pleców i policzek przyklejony do karku.(…)

Wplotła palce w dłoń córki, zamknęła oczy i obróciła głowę, żeby nadstawić ucho.

– Pięknie ci w tej chuście – Kasia ucałowała matkę w kark. Blanda wzdrygnęła się lekko. – I odsłoniłaś się całkiem – dziewczyna zachichotała i zaczęła wodzić nosem po karku matki, wydmuchując jednocześnie powietrze z ust.

Naprawdę pomyślałem, że to lesbijki.

I tak jest jeszcze w kilkunastu miejscach, więc chciałbym Cię zapytać, jaki jest tego cel? Chciałeś pokazać, że umiesz pisać? I potrafisz tworzyć obrazowe opisy, czy też podzielić się szerokim słownictwem? Mnie to nie bardzo interesuje, mnie interesuje historia, którą masz do opowiedzenia. Podnoszenie każdego “pierdnięcia”, do rangi “grzmotu spadającego znienacka i ogarniającej wszystkich w zatrważającym tempie bezkształtnej chmury trujących oparów” niczego nie wnosi do tekstu, oprócz dłużyzny. Specjalnie napisałem to, tak jak napisałem, żebyś zirytował się choć trochę, tak jak ja, czytając niektóre fragmenty tego opowiadania.

Ale dosyć o wadach, bo opowiadanie jednak mi się podobało. :) Bardzo dobry pomysł, szczegółowo (aż za) opisany. Wiarygodny świat, choć nadmierne filozoficzno-historyczne opisy zaborów i historii bohaterów trochę przeszkadzały. Solidne dialogi, naprawdę dałem się przenieść w te pańszczyźniane klimaty. Finał przemyślany, wynikających z solidnych podstaw i dobrze umotywowanego działania, wszystkich. I za to masz u mnie punkt do biblioteki. Opowiadanie na pewno jest tego warte.

Podsumowując, dobry, historycznie osadzony utwór, podparty wiarygodną opowieścią, choć nadmiernie opisany, czasami wręcz, nieumiejętnie.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Przeczytałem.

„– Wiem[+,] przyjacielu[+.]nNastępnie lekki uścisk.”

 

„Wyjazd z Łęgów był ostatnią rzeczą jakiej bym sobie życzył, jednak… – zZamyślił się na chwilę i położył orzech na skrzyni, stojącej obok.”

 

„jednym wprawnym uderzeniem dziobem rozpołowił” – dzioba

 

„Odwrócił się i podszedł do Tomasza” – brak kropki na końcu zdania

 

„nie istniejący już na mapach  w wyniku trzech rozbiorów.” – zbędna spacja

 

„– A i żal nie mniejszy, zapewne[+.] – Tomasz spojrzał ze smutkiem”

 

„Teraz trzeba brać się za tą waszą wodną pannę” – tę pannę

 

„– Ku zmartwieniu waszemu powiem, że to wcale nie jest taka zwykła baba wodna[+.]  – pPociągnął spory łyk gorzałki i podał naczynie Selimowi.

– Mów, co wiesz, Tomaszu[+.] – Selim skosztował wódeczki” – ponadto jest zbędna spacja po „wodna”.

 

Generalnie widzę, że masz liczne błędy w zapisie dialogów. Co ciekawe nie wszędzie, ale też jest ich na tyle dużo, że nie będę wszystkich kopiować. Zaznaczam tylko istnienie zjawiska.

 

„– O tym, o czym sami nie wiedzą – uśmiechnął się i odebrał gąsior z rąk syna.” – Kto się uśmiechnął? Brak dookreślenia podmiotu.

 

„Historie różne po wsiach latają, bo i stare to dzieje, ale gadają ludziska, że od czasów najazdu szwedzkiego, na modrych wodach, zaczęły ginąć dziewuchy i chłopy.” – Czemu to zdanie, ewidentnie będące kontynuacją kwestii mówionej, jest oderwane, zapisane jako nowy akapit – opis?

 

„Na tą myśl Blanda zachichotała” – tę myśl

 

Również interpunkcja szwankuje. Zwykle przejawia się to tragicznym nadmiarem przecinków, dużo rzadziej gdzieś jakiegoś brakuje.

 

„– Pamiętasz tą Anielę? – spytał.” – tę

 

„to jakby ta historia brzmiała, twoim zdaniem” – jak by rozdzielnie

 

„ojców Franciszkanów” – franciszkanów małą literą

 

„mruknął pod nosem Corvidae  i wsunął kordelas do kabury” – znów zbędna spacja

 

„– Panie Jezusie jedyny! Marcin, wyłaź wreszcie z tej piwnicy! – krzyknęła i ruszyła w moją stronę. –Jakub?” – A tu brak spacji przed Jakubem

 

„– Ja za swoimi też, choć nie wiele ich pamiętam” – niewiele

 

„– Aż nad to karmi, ciociu” – nadto

 

„– Żadne to dziwy. To piękne, co dla dziewuchy zrobiliście. Że ją tak przygarnęliście, jak własną – zamyślił się. – Ech, dość nieszczęść, dość…

Zamyślił się.

 

„ojciec Franciszkanin” – franciszkanin

 

„okazał się ów młodym pikinierem” – owym pikinierem

 

„…zawierał opis tej okrutnej historii, który całkowicie pokrywał się z relacją mojego ojca.

(…)

Jego wersja zdarzeń całkowicie pokryła się z dwiema poprzednimi.”

 

„powodując zapaść całej ziemi wokół.” – zapaść to zdecydowanie nie to samo co zapadnięcie

 

„prosto do ruin kościoła, którego pozostałości – mury, posadzki, ołtarz, z dużym, zmurszałym krzyżem, prawie kompletny brak sklepienia, rozsadzonego koronami drzew – miały eteryczną strukturę.” – bardzo niefortunne określenie. Czy brak czegoś jest pozostałością?

 

„Gościom usługiwały, snujące się między siedziskami, topielice, z przysłoniętymi przez włosy, oblepione błotem, glonami i wodorostami, twarze.” – Oblepionymi twarzami

 

„na tą fantastyczną biesiadę” – tę

 

"Wypływał spod fałd sukni” – fałdów

 

i ułożyła je na stole ołtarzowym. Skrzyżowała ręce na piersiach. Selim ułożył ciało pana młodego przy niej”

 

„następnie odzialiśmy w czyste ubranie.” – ubrania

 

Szerszy komentarz po zakończeniu konkursu.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Kruci, mogło być tak dobrze… Treść mi się podobała, wykonanie niezbyt. Przyznaję osobisty znak jakości za najbardziej klimatyczny w konkursie opis przygotowań do wesela i ogólnie ciekawy nastrój, trochę jak Van Helsing. Zdarzały się nie pasujące do realiów historii słowa i błędy, najczęściej interpunkcyjne. Kordelas to nóż, nie broń palna. Techniczne podejście do magii dobrze zgrywa się z nowożytnymi realiami, ale, jak dla mnie, trochę za dużo jej opisów i zbyt mocno wpływa na fabułę, przez co rozmywa się jej przyczynowość. Często też miałem wątpliwości co do podmiotu, z którego perspektywy toczyła się narracja, czy dialogi. Widzę ty duży potencjał i chętnie przeczytam Twoje kolejne teksty, tu zabrakło dopracowania.

Troszkę chaotyczny ten tekst i bohaterowie mało odróżniający się od siebie. Były momenty, gdy nie mogłam się połapać kto, co, jak, z kim. A to przeszkadza w płynnym czytaniu.

Poza tym wesele jest tu znów jedynie w tle, gdzieś obok, nie gra według mnie głównych skrzypiec.

Gdyby opowieść nieco uporządkować, poprzycinać, to moim zdaniem mogłaby sporo zyskać.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Majkubarze, odnoszę wrażenie, że kiedyś dasz radę zrobić z tego bardzo dobry tekst. Ale jeszcze nie dzisiaj. Abstrahując od interpunkcji (i zapisu dialogów, który na swój sposób jest jej częścią), problemem jest narracja. Straszliwie dużo tu chaosu, tak jakbyś próbował przekazać całość swojej wizji, ale nie przeskoczyłeś faktu, że czytelnik nie siedzi w Twojej głowie, nie rozumie skrótów myślowych i nie wie tego wszystkiego, co Ty.

Przede wszystkim masz tu sporo postaci. Na pierwszy plan wysuwają się trzy – Selim, jego (ekhm) przydupas, co do którego dość późno się zorientowałam, że ma na imię Jakub oraz Blanda. O ile moce dwóch pierwszych są do ogarnięcia, o tyle w ogóle nie czaję, kim właściwie jest Blanda, o co chodzi z tą Nemezis, a już w ogóle nie rozumiem, co to znaczy, że z adeptki stała się mistrzynią. I tu od razu obserwacja – chciałeś wsadzić za dużo grzybków w barszcz, wiele podanych przez Ciebie informacji (jak choćby ta o mistrzyni) nie ma żadnego znaczenia dla tego konkretnego opowiadania, a tylko wprowadzają dodatkowy chaos, nadmiar szczegółów, które wręcz zaśmiecają fabułę.

Do tego mamy całą masę innych postaci. I tak, ja też dopiero po dłuższej rozkminie zorientowałam się, że Kasia jest przygarnięta. Szczególnie problematyczny jest kawałek, w którym piszesz, że straciła rodziców, a jednocześnie babcia mówi o niej jako o córce Blandy. Pierwsza moja myśl była taka, że Blanda nie żyje i to ona jest tą martwą dziewczyną, którą ktoś gdzieś tam widział, a inni nie. Zostawiając to, cała reszta postaci nie ma dla mnie twarzy – wszystkie te ciotki, wujkowie itp. Do tego stopnia, że gubiłam się kiedy zmieniałeś miejsce z akcji z tego, w którym była Blanda na to, do którego pojechali Selim z Jakubem.

Dalej – jakkolwiek udało Ci się stworzyć fajny, interesujący klimat, jednocześnie znacząco przesadziłeś ze szczegółowością opisów (niepokojące są dla mnie zwłaszcza liczne opis jak ktoś gdzieś kogoś dotyka, a to głaszcze po twarzy, a to obejmuje, a to cośtam… O.o), a także z wydłużaniem niektórych scen – począwszy od pierwszej, jak płyną promem. To wypadło słabo, bo jak początek nie zasysa, a ten nie zasysa, jest o wiele za długi i za powolny, to nie każdemu czytelnikowi będzie się chciało brnąć dalej.

Przepraszam, jeśli mój komentarz jest chaotyczny, staram się zawrzeć w nim jak najwięcej wrażeń świeżo po lekturze. Dodam jeszcze, że fajnie wykorzystałeś motyw wesela, jako że i „żywa” Kasia się do niego przygotowuje, i utopiona dziewczyna odgrywa sobie pod wodą wesele, którego nigdy nie miała. Niezłe zagranie, zdecydowanie na plus.

Na koniec moja największa wątpliwość – o ile dobrze zrozumiałam, Blanda poznała tę topielicę w dzieciństwie, tylko jej rodzina ją widziała itp. Ojciec Blandy ją „oczyścił” i próbował jej pomóc. Kompletnie mi w związku z tym umknęła informacja, jak to się stało, że tej dziewczynie odbiło i mimo że została „oczyszczona” miała w swojej władzy tamtych Szwedów, a potem dalej łowiła podróżnych jako swoich weselników?…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ech. Zdenerwowałem się lekturą tego opowiadania.

Widzę w Twoim pisaniu potencjał. Potrafiłeś wytworzyć bardzo przekonujący nastrój – ciężki, depresyjny – aż wyobrażając sobie przywoływane przez narratora miejsca, widziałem tę wszechobecną szarość. Historia dziewczyny, którą spotkała tragedia w przeddzień własnego ślubu wzbudziła u mnie dreszcz – nie strachu, lecz ekscytacji, bo to naprawdę interesująca koncepcja.

Cóż z tego, jak przez pół tekstu nie wiedziałem, co się dzieje? Leży ekspozycja bohaterów już na samym wstępie. Dość, że pojawia ich się cała chmara, to jeszcze nie bardzo ich przedstawiasz. Czułem się, jakbym zaczął czytać książkę od środka. Z tego powodu wiele powiązań pomiędzy postaciami pozostało dla mnie nieodgadnionych do samego końca. Klimatyczny styl stał się Twoim błogosławieństwem i przekleństwem, bo czasami brnąc w opisy, odchodziłeś od meritum, na czym cierpiała pewna klarowność przekazywania informacji. Na końcu natomiast wrzuciłeś pełno akapitów wypchanych po brzegi równoważnikami zdań czy pojedynczymi słowami, co jeszcze bardziej pogmatwało ten już i tak niełatwy tekst.

Krótko mówiąc – szkoda. Bardzo zacny pomysł szalenie mi się podobał, ale w wykonaniu coś się posypało. Próbuj jednak dalej, gdyż chętnie przeczytałbym jakiś Twój bardziej przemyślany tekst. Dzięki za udział!

Nie będę ukrywał zaskoczenia, Darconie! Jedną ręką wypełniłeś mój bagaż cennymi uwagami i wątpliwościami, a jednocześnie druga ręka powędrowała do kieszeni, w której zostawiłeś mi złotego talara na dalszą podróż. Przykro mi, że się zirytowałeś przy tym, mimo to oddałeś w komentarzu pełnię odczuć i przemyśleń, włączając te pozytywne. Za wszystkie jestem wdzięczny i nijak nie potrafię się zirytować. :-) O topór przecież prosiłem w notce. ;-)

 

Dobrej  monety nie szczędzili też: Lord Vedymin, joseheim, śniąca i Mr. Brightside, tak jak uwag i wskazówek. Z całego serca dziękuję i kłaniam się w pas.

Ponieważ w ostatnich komentarzach pojawili się jurorzy, dodam, że konkurs był naprawdę ciekawy, świetnie zrealizowany, a dla mnie stanowił konkretne zadanie pisarskie, do którego zabrałem się niestety późno, ale jednak i nareszcie. Mimo pośpiechu, wręcz świńskiego galopu, coś tam udało się zamknąć i uzyskać wielki wór wiedzy i opini, który jest dla mnie wielką nagrodą. Z szacunku dla zaangażowania i poświęconego czasu wszystkich czytających postaram się zrobić z nich najlepszy możliwy użytek, przysporzyć tym samym mniej męki i cierpienia, a więcej przyjemności w przyszłości. :-)

 

A co do komentarzy.

Jak już wcześniej wspominałem, wiele zbędnych opisów w tekście wynika z chęci przedstawienia kontekstu, który mnie wydał się konieczny, a po wielu spójnych ze sobą komentarzach widzę wyraźnie, że  niepotrzebny, wręcz przeszkadzający. Dotyczy to ilości postaci, ich relacji i przeszłości, a także ścieżki rozwoju (Blanda), które w tej formie (opowiadanie) wypadły jakby z dupy były wzięte. Wystarczyło skupić się na zwykłym „dżobie”, który realizuje dwóch bohaterów, uprościć przygotowania do wesela i udział Blandy w finale…

Ze skojarzeń z lesbijkami uśmiałem się trochę, choć nie ukrywam, ze rozumiem skąd się wzięły. Przesadnie, nieumiejętnie i niepotrzebnie próbowałem ukazać bardzo bliską i uczuciową więź w kilku momentach.

Kiedy przewoźnik mocniej naciska na dno rzeki, to bezwiednie daje wyraz zażenowaniu, nieporadności w okazywaniu uczuć związanych z przedmiotem rozmowy. Ludzie często tak się zachowują. Może było  tu więcej mojej nieporadności… 

Brak mistrza, który mocą rytów pomaga dziewczynie, sprawia, że ich moc wygasa, a ona wraca w swoją topiel. Wspomina o tym Jakub czytając zapiski ojca – przekombinowane i wprowadza dodatkowe zamieszanie.

Drobiazgowość w opisach też niczego nie ułatwia. Twoje barwne opisy, Darconie, oddają w pełni moje obawy z tym związane. ;-)

 

W przyszłości napewno postaram się zachować umiar i dążyć do równowagi między fabułą, a opisami. Wiadomo, że w tekście przede wszystkim powinno znaleźć się to, co ma dla całości znaczenie, a to trudna sztuka.

 

Jeszcze raz dziękuję Wam za poświęcony czas i cenną wiedzę!

 

Z tamtej strony wody,

poległ pisarz młody.

Teraz przyjrzał się wodzie

l jest mądry… po szkodzie. 

 

Pozdrawiam! Wszystkiego dobrego!

 

P.S. Czy tekst po zakończonym konkursie można poprawiać do woli? Czy ma tak już sobie wisieć ku przestrodze potomnych?

 

 

 

A poprawiaj, ile chcesz.

Babska logika rządzi!

Sagan! Ktoś używa słowa sagan!

Ogólnie: podoba mi się. Ma nastrój, ma klimaty, które lubię, ale ponieważ trafiłam na nie przez tag XIX w., to przyznam, że może przez nawiązania do potopu szwedzkiego i realia bardzo ogólnikowe miałam wrażenie, że to wcześniejsze czasy. Ale gdzieś chyba jest coś o 150 latach, które minęły?

Właściwie jedyne, co mnie drażni w fabule, to ten tunel czasoprzestrzenny – myślałam, że to będzie taki miks (urban) fantasy/sf, ale nie, tunel występuje raz i tyle (chyba że coś przeoczyłam).

Narracja jest trochę rozwlekła, ale to jest w tym opowiadaniu z pewnością ładnie dziewiętnastowieczne… Lubię.

 

Drobiazgi:

 

“– Wiem, przyjacielu. – Ścisnął lekko palce.” → zacisnął? albo coś jeszcze innego? Tu miałam wrażenie, że ścisnął palce głównego bohatera/narratora i na moment się zawiesiłam.

 

Corvidae – on celowo nazywa się “Krukowate”?

 

“– Pięknie ci w tej chuście, matulu.” Mam wrażenie, że w tej stylizacji, jaką tu mamy, raczej “wam” nie “ci”.

 

“Bóg musiałby być wtedy fochliwym sukinsynem”

Jakoś mi ten fochliwy zgrzyta. Bardziej niż sukinsyn, choć nie wiem, kiedy to ostatnie słowo pojawia się w języku.

 

“w głębi drzewostanu” – brzmi jak z poradnika leśniczego ;)

 

“Nastąpił impas. Pozostały upiór skamlał…” – wiem, że tu chodzi o tego, co pozostał, ale średnio to brzmi. Ostatni? Ostatni pozostały przy życiu? (wróć? one żyją?)

 

“Liny pracowały, jakby były z gumy,” – anachronizm, a do nastroju też nie pasuje

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No wierzyć mi się nie chce, że ktoś tu zajrzał po “tylu latach” (takie mam wrażenie).

Cieszę się, że poświęciłaś czas mojemu debiutowi, który przeszedł już najważniejsze poprawki, jednak postanowiłem porzucić tekst i iść dalej – zdobywać doświadczenie, które pozwoli mi do niego wrócić i ogarnąć lepiej, zwłaszcza, że bohaterowie są częścią szerszego pomysłu, który wciąż ewoluuje i czeka na dojrzałość Autora.

Tak. Krukowate. Rodzina, która ciekawie mi się przedstawiła, a teraz czekam, co oni – bohaterowie (w oczekiwaniu na moją dojrzałość i doświadczenie) powiedzą mi o sobie, więcej i bardziej konkretnie. Mamy wiele do omówienia :).

Stąd język czasem wydaje się nieadekwatny, zwłaszcza u Blandy, Selima i Jakuba. Oni są po dość długim “epizodzie” we współczesnym świecie, ale kto może o tym wiedzieć? Tu sobie zapodałem strzał w kolano niestety – mój kontekst nie miał prawa zaistnieć w opku, więc wyszło niezbornie, delikatnie rzecz ujmując.

Obecnie na “Legendy” obudziłem kolejną rodzinę “animalsów”, tym razem Canidae i nie będzie to miało nic wspólnego z wilkołakami. Zobaczymy… Może dowiozę na termin i dowiem się więcej o tym, w jakim miejscu jestem, czy coś mi się podreptało w przód czy w miejscu stoję.

 

Cieszę się, że zajrzałaś i wrzuciłaś cenne uwagi – jestem bardzo skrupulatny w ich kolekcjonowaniu i zwracam uwagę na niuanse, więc już widzę, że mi rozjaśniają kolejne zawiłości rzemiosła.

Dzięki wielkie, Drakaino, za tę niespodziewaną wizytę, przydatne wątpliwości i uwagi.

Pozdrawiam najserdeczniej! ;)

 

Drakaino, tak informacyjnie: skomentujesz jeszcze trzy teksty, to będziesz mogła zgłaszać do Biblioteki opowiadania, które Twoim zdaniem na to zasługują.

Wspominam tutaj, bo to dość stara publikacja, takim trudniej zebrać brakujące kliki.

Babska logika rządzi!

@Tak. Krukowate.

 

Chodziło mi o niezmiennie liczbę mnogą, nawet jak mowa o jednej osobie, jak np. “Praw­dzi­wie rad je­stem z wa­sze­go po­wro­tu, panie Co­rvi­dae”. Trochę mnie to razi w bardzo dopracowanym stylistycznie tekście.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

W sensie, że Corvidae sugeruje gramatycznie liczbę mnogą, w tłumaczeniu Selim Krukowate? Co by się słabo nadawało na nazwisko…

Aha, właśnie tak. A najgorsze jest to, że forma l. poj. czyli corvida, ma homonimiczną formę l. mn. dla rodzaju nijakiego i właśnie mi wyszło z guglania, że ona też występuje w systematyce :/ A Kruka już masz – Corax. Mógłby być Corvus, bo to w zasadzie też kruk.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ano myślałem o tym Corvus, zwłaszcza, że cykl, gdybym się kiedyś wysłowił odpowiednio, miałby się zwać Corvus Hermeticus. Tylko, że Corvidae brzmi bardziej melodyjnie, kurde. Czas pomyśleć o własnym pomyśle na rdzeniu opartym.

No, no. Człowiek dawno do piwnicy nie zaglądał, a tu trzeba kurz zdmuchnąć, goście wpadli… :D

Zatem…

Całuję rączki, Szanowna Pani, ważne odkrycie. I jeszcze raz kłaniam się z wdzięcznością! ;)

Nowa Fantastyka