- Opowiadanie: Nimrod - Jestem Henrik Chandra, zawodowy oszust

Jestem Henrik Chandra, zawodowy oszust

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Jestem Henrik Chandra, zawodowy oszust

Miasto przypominało jeżozwierza, stroszącego kolce ze stali i szkła. Drogowe arterie migotały słabo ruchem pojazdów, a szczyty wieżowców spowijał mrok. Poświaty nabiurkowych lampek, tlące się gdzieniegdzie w oknach, przypominały, że w tych świątyniach daninę uiszcza się katorżniczą pracą. Jeden z dumnie wyprężonych drapaczy chmur, na przekór sąsiadom, wrzał niemal cały od światła i blichtru. Budynek przystrojono w odświętnie lśniące elektrowstęgi oraz pobłyskujące balony, a pulsujące zielonym światłem szyby transparentnych wind  doprowadzały gości przyjęcia na sam szczyt. W rozległej auli wieńczącej wysokościowiec zgromadzono wielu notabli korporacyjnych. To tam przemawiał oszust.

Trzeba zaznaczyć, że były to czasy, w których firmy Microsoft i Apple były splecione mocno, jak warkocz wiejskiej dziewczyny; KFC i McDonald’s spółkowały potajemnie od dłuższego czasu, by ogłosić wkrótce światu swoją ognistą miłość, a Peugeot, Toyota i Fiat optymalizowały linie produkcyjne pod dyktando jednego właściciela – chińskiego arystokraty, pana Zhanga Xiaopinga, który zwykł paradować w wielobarwnym płaszczu.

W sali umieszczonej – jak by się mogło zdawać – na dachu świata, wybrzmiał nonszalancki baryton:

– Dzień dobry państwu. Nazywam się Henrik Chandra i jestem zawodowym oszustem. Co wy na to?

Goście, odziani w wieczorowe kreacje, dotychczas pełni wyważonej gracji, nagle zaczęli zgodnie szczekać. Niektórzy wyli, niczym kojoty do księżyca. Po scenie przechadzał się mężczyzna po pięćdziesiątce, postawy nieco przygarbionej, jakby właśnie wstał od biurka po długim dniu pracy. Patrzył jednak bystro, a głos miał pewny.

– Prowadzę Chandrę już od dwudziestu lat. Można by rzec, że od dwóch dekad mam chandrę, ha ha.

Nikt się nie zaśmiał. Chandra kontynuował:

– Moją największą radością i zaszczytem będzie poprowadzenie ceremonii długo oczekiwanego, bezwstydnego połączenia dwóch spółek: pięknej, młodej, dynamicznej Sentymetal oraz silnie umocowanej na rynku Chandra Control. Jedni mówią „fuzja”, inni twierdzą, że to „zwykłe przejęcie”. Jakkolwiek to nazwiemy, dziś w nocy będą połączone i staną się jednym ciałem. Pracownicy Chandra Control wtargną do biur Sentymetal, której księgi rachunkowe szeptały o potrzebie wypełnienia ich aktywami, której struktura organizacyjna drżała z tęsknego oczekiwania za nowymi kierownikami średniego szczebla…

– Skończ już, stary zboku! – zawołał ktoś z głębi sali. Zawtórowały śmiechy.

– Mówili… – Henrik podniósł dłoń, żeby uspokoić publiczność. – Mówili, że to niemożliwe, gdy Pepsi i Coca–Cola ogłosiły zaręczyny. Potem mówili: „co mają wspólnego półprzewodniki z tkactwem?”, gdy Bandaoti scaliła się z Zarą. A dziś w nocy wierność poprzysięgną sobie Snetymetal oraz Chandra Control!

Rozległ się krótki, kontrolowany aplauz.

– Chwilę tę uświetni, uświęci i upamiętni nasza była koleżanka, pracowniczka Sentymetal, Hermina Skorek. Hermina postanowiła złożyć u stóp pary młodej najcenniejszy prezent, na jaki ją stać… – Henrik zrobił pauzę dla osiągnięcia efektu, po czym oświadczył:

– Swoje życie. Hermina popełni dziś samobójstwo.

Przez salę przetoczyły się uroczyste brawa. Klaskały dłonie w dłonie, ludzie z szacunkiem kiwali głowami, niczym świadkowie rozgrywki o najwyższe wartości.

– To nic dziwnego, panie i panowie, w naszych korporacjach co miesiąc ktoś składa taki hołd pod sztandarem Chandra Control. My tu, ludzie, nie próżnujemy, czasem orzemy po dwadzieścia godzin na dobę! Pamiętacie mariaż Q-nec, tego chińskiego telekoma, z Budnetem, firmą budowlaną z głębokimi tradycjami rodzinnymi? Ponoć złożyli na uroczystości zaślubin ciała trzech pracowników, którzy popełnili świadomie karoshi; zapracowali się na śmierć, bo tak wybrali. A Fan-Tech i eMoT? Chłopak, który walczył o połączenie spółek, stwierdził, że to jego dzieło życia i że nie może sobie pozwolić na rozpad tego małżeństwa. Na oczach wszystkich, jak mi mówili, połknął granat, słyszeliście o tym? No „ha ha ha”, śmiejecie się. Nagraniem oczywiście nie dysponujemy, ale spółki są razem po dziś dzień. My natomiast dzisiaj zobaczymy ostatnie chwile Herminy Skorek, która uznała, że dla dobra nas wszystkich to małżeństwo musi przetrwać i że jej ofiara przypieczętuje długowieczność związku. Co za poświęcenie. Szczerze podziwiam.

Henrik przez chwilę kręcił w milczeniu głową. Trzymając wysoko mikrofon, skulił się nieco, jakby chciał się schować przed całym światem.

– Zanim jednak przejdziemy do wręczenia prezentu ślubnego, zapraszam was na długo oczekiwaną premierę najnowszego promoinfo z cyklu „homo sapiens – emoczłowiek”.

Ściana za Henrikiem Chandrą rozbłysła niczym lampa aparatu fotograficznego, po czym zamieniła się w wielki ekran. Zgromadzeni skupili się na projekcji. Na początku pojawił się napis: „Homo sapiens – emoczłowiek”. Nieco niżej podtytuł: „zmarszczki mimiczne – zanim będzie za późno”. Potem ukazał się obraz starszej, zadbanej kobiety o mocno zarysowanym podbródku i nienaturalnie naciągniętej skórze twarzy.

– Dzień dobry, nazywam się Karla Komen. Umiem zmusić do myślenia. Czujecie to?

Chcąc utrwalić się w pamięci słuchaczy, kobieta przedstawiła jednozdaniowo swoją osobę, zamykając wypowiedź zaczepnym pytaniem. Rozpoznawalność w świecie biznesu była takim samym kapitałem, jak każdy inny. Końcowe zawołanie asocjacyjne miało na celu wzbudzenie, choćby utajonej, reakcji u odbiorcy. Wszystko po to, by pozostać niezapomnianym. Karla zrobiła pauzę, jakby czekała na owacje.

– W kolejnym odcinku „Homo sapiens – emoczłowiek” pomówimy o traumie, jakiej można doświadczyć w pierwszym roku utrwalania się zmarszczek mimicznych.

Kadr ujmował teraz Karlę oraz nieco zdezorientowanego, szczupłego mężczyznę z niepokojącym, obłąkańczym błyskiem w oku.

– Opowiedz, co czułeś, gdy wystąpiły pierwsze bruzdy.

– Nazywam się Radok Strucel, jestem przechodniem. Czy ktoś mnie słyszy?

– Słyszę cię – odparła na zawołanie Karla.

– Na początku myślałem, że to nic takiego i szybko minie. Jednak te linie były głębsze z każdym dniem. Rozumiesz, Karla, często się uśmiecham, ale robię to zbyt nerwowo, więc na policzkach, zamiast dołeczków, które ludzie z reguły uwielbiają, pojawiły mi się dwa łuki, takie nawiasy, jakby nożem nacięte. Wyglądałem jak kretyn, albo gorzej, palacz. Moja dziewczyna postawiła sprawę jasno…

Słowa padały coraz szybciej, aż przeszły w dramatyczny szloch. Mężczyzna zaniemówił. Ruchem ręki przeprosił widzów.

– Karla Komen. Umiem zmusić do myślenia. Czujecie to? – zaintonowała Karla intensywnie wpatrując się w kamerę. Obrzuciła kontrolnym spojrzeniem swojego rozmówcę, po czym dodała:

– Dziewczyna odeszła, ale zmarszczki, jak widzę, też. Skorzystał pan z naszego flagowego preparatu Sentymetal Sleeky Slick?

Mężczyzna kiwnął głową, ale najwyraźniej nie był zdolny do dalszej konwersacji.

– Jak widzicie państwo, taka trauma może dotknąć każdego. Radok Strucel poniósł konsekwencje, ale zachował twarz. A czy państwo wybrali już świat bez zmarszczek? Jeśli nie, to pomyślcie, co was powstrzymuje? Hmmm? Mówiłam, że potrafię zmusić do myślenia. Karla Komen. Czujecie to?

Na ekranie ukazał się napis „Sentymetal – świat bez zmarszczek”.

Potem obraz zgasł. Głos znowu zabrał Henrik.

– Dziękuję Karla, czujemy to. To cudownie, że jesteś z nami. Ja chcę wybrać już dziś świat bez zmarszczek. Jeśli mamy być humanitarni, bądźmy tacy najpierw wobec siebie. Zostanę chyba pierwszym klientem Chandra Control & Sentymetal po fuzji. Od dzisiaj poprawiamy twoją cerę i samopoczucie.

Przez chwilę jakby nieco zagubiony w swoich słowach, Henrik zrobił krótką pauzę i zamiótł stopą niewidzialny pyłek ze sceny. Potem żywo się wyprostował, po czym podjął:

– Nie zapominajcie, że mówi do was Henrik Chandra, zawodowy oszust! Decyzja należy do was!

Z głośników dobył się krótki odgłos werbla, który zaakcentował ostatnie zdanie.

– Pamiętajcie, jesteśmy na ślubie Sentymetal i Chandra Control. Za chwilę obejrzymy co ten uświęcony mariaż może zrobić z Morisą Nateną, która została poddana procesowi mangizacji w zbyt podeszłym wieku. Tak, tak, drodzy państwo, mangą można zostać po sześćdziesiątce! Ale Morisa wygląda, nie bójmy się tego powiedzieć, odrażająco, ohydnie, okropnie. Musicie to zobaczyć. Wcześniej jednak obiecana samobója Herminy Skorek!

Pomieszczenie ogarnęły entuzjastyczne owacje.

– Hermina Skorek postanowiła odebrać sobie życie na waszych oczach, by przypieczętować tę radosną chwilę. Byśmy nigdy nie zapomnieli tego momentu. Byśmy walczyli aż do śmierci o to małżeństwo, pamiętając o jego ofiarach. Hermino, zapraszam, oto twoje pięć minut!

Na scenę weszła młoda kobieta, kurczowo ściskająca prawą dłonią lewy nadgarstek, jakby ten miał nagle wymknąć się spod jej kontroli. Oczy miała szkliste. Przestępując z nogi na nogę, przemówiła głosem pełnym chwiejnych emocji.

– Cześć, jestem Hermina Skorek i dziś pożegnam się ze swoim istnieniem. Kumacie?

Rozległy się wiwaty. Hermina, nie czekając, aż całkowicie ucichną, zaczęła w nerwowym pośpiechu wyrzucać z siebie kolejne słowa.

– Dziękuję wszystkim za moje mniej lub bardziej udane życie. Dziękuję mamie, która mnie urodziła, ojcu, który wytrzymał ze mną parę lat, zanim odszedł, i Bogu, który umieścił mnie w tym ciele, w tych czasach. Łatwo nie było, ale i tak poczytuję sobie za sukces tych przeżytych dwadzieścia jeden lat. Dzięki Frędzlowi, Lalce i Miłkowi, moim towarzyszom z czasów szkoły średniej. Powiem wam, że ławka rządzi!! Dzięki też Alkowi, za to, że był moim chłopakiem. Krótko, bo krótko, ale było fajnie. To z tobą wiązałam największe nadzieje i to przez ciebie po części odchodzę. Dzięki, do niezobaczenia.

– Spokojnie, zanim udasz się do krainy niebytu, jeszcze przypomnę, że upamiętniamy zaślubiny Sentymetal i Chandra Control, a ja jestem Henrik Chandra, zawodowy oszust i co wy na to? Teraz pytania od publiczności.

Światło na sali przygasło niczym sztucznie przyspieszony zachód słońca, a po zgromadzonych zaczął podróżować świetlisty krąg. Zatrzymał się na jednym z obecnych, a Henrik skierował w jego stronę mikrofon.

– Beata Bukong, jestem z wami. Czy miałaś wcześniej próby samobójcze? – przedstawiła się i zapytała kobieta z długim, siwym warkoczem, a jej głos zabrzmiał tak, jak gdyby znajdowała się na scenie. Prowadzący oddał głos Herminie.

– Tak, zaliczyłam epizod w organizacji terrorystycznej prowadzącej świętą wojnę ze wszystkimi, którzy jej nie prowadzili. Przeżyłam siedem swoich ataków samobójczych, co jest dość nietypowym wynikiem jak na kamikadze. Nieudolność prób wysadzenia samej siebie w powietrze była spowodowana kiepskiej jakości zapalnikiem oraz moim nerwowym zachowaniem, które budziło podejrzenia. Nikt nie został nawet ranny, oprócz mojej duszy.

Świetlisty krąg zatrzymał się na kolejnej osobie.

– Wojtan Nartnik, wzbudzam zachwyt. Co skłoniło cię do członkostwa w tak radykalnej grupie? – Pytanie padło od łysego mężczyzny, który sprawiał wrażenie, jakby ciągle się uśmiechał.

– Obietnica bycia jedną z siedemdziesięciu dwóch dziewic na planecie wydzielonej dla jakiegoś innego kamikadze, który zginął w świętej sprawie. Co tam, myślałam, wieczność to wieczność, no nie?

– Dziękuję, czas się skończył – przerwał Henrik.

– Mój czas na ziemi?

– Twój czas przy mównicy. Ten drugi zresztą też. Jestem Henrik Chandra, zawodowy oszust, co wy na to?

Na sali powstał radosny zgiełk, a na scenę majestatycznie wpłynął ogromny, przeszklony prostopadłościan, pod którym gdzieś zmyślnie zamontowano bezgłośny, niemal niewidoczny napęd antygrawitacyjny. Hermina Skorek drgnęła, jakby czymś tknięta.

– Przy jakiej muzyce chcesz umrzeć? – zapytał Henrik.

– Słucham hartbitu – wyrzekła cicho dziewczyna. – Były czasy, kiedy podnosił mnie na duchu w tym moim nieudanym życiu.

– Cudownie, weselny hartbit zatem. Zagrajmy młodej parze i prezentowi ślubnemu! Proponuję klasyka gatunku, Jovana Hertza. Jovan, zagrasz dla nas?

Po drugiej stronie sali rozbłysło światło. Głowy zgromadzonych odwróciły się. Mężczyzna w nasadzonej na bakier czapce z daszkiem za konsoletą skinął porozumiewawczo ręką. Z głośników popłynął dźwięk przypominający rytm bicia serca. W tle rozległ się jakby szum krwi oraz nieregularny bulgot imitujący odgłos pracujących jelit. Podczas refrenu dało się słyszeć harmonijne bicia innych serc, a nawet przytłumione słowa, jakby wszystko rozgrywało się w ciele pojedynczego człowieka lub w zespole ciał, połączonych ze sobą jakimś przedziwnym sposobem.

Prostopadłościan zatrzymał się i z niezwykłą gracją wylądował na niewielkim podwyższeniu. Hermina weszła do środka ze spuszczoną głową. Szklane odrzwia zawarły się za nią bezgłośnie. Dziewczyna podniosła bladą twarz. Po jej policzku spływała łza.

– Hermina Skorek, zamknięta w naszej specjalnej komorze, już nas nie słyszy. Po epizodzie w radykalnej grupie religijnej, odnalazła swe przeznaczenie w naszej ukochanej Sentymetal. Teraz chce się pożegnać ze swoim życiem. Ale dziś ślub Sentymetal i Chandra Control, kumacie? Sentymetal walczy ze zmarszczkami, a Chandra Control uśmierza ból egzystencjalny. Heloł? Kumacie? Jovan, zagraj swój najnowszy numer „Zadyszka”.

Hipnotyczny rytm ulatujący z głośników znacząco przyspieszył.

– Zamiast gazu, który miałby uśmiercić tę nieszczęsną dziewczynę, wtłoczymy tu specyfik Henrika Chandry, zawodowego oszusta, co wy na to?

Publiczność wydała takie same owacje jak wtedy, gdy ogłoszono, że dziewczyna popełni samobójstwo.

Na scenie ukazała się mlecznobiała butla, a za nią metalowe akcesoria, niczym wypływające za łabędziem na staw młode. Cały, gotowy do iniekcji mechanizm, precyzyjnie zmontował się nad górną krawędzią gigantycznego akwarium z dziewczyną w środku, wszystko wskoczyło samoistnie na swoje miejsce.

Rozległ się głośny syk, a dudnienie Jovana Hertza umilkło, jak nożem ucięte. Szklana skrzynia zapełniła się dymem tak, że nie sposób było teraz zobaczyć drobnej sylwetki Herminy.

– Jestem Henrik Chandra, zawodowy oszust, co wy na to?

Odpowiedziały wiwaty.

– Hermina Skorek pożegna się dziś ze swoim życiem, ale nie dosłownie, ona pożegna się ze swoim starym życiem, ze swoim starym „ja”. Będzie wolna od bólu egzystencjalnego, kumacie? Ale musimy dać jej chwilę w komorze. Zanim więc to nastąpi, obiecana Morisa Matenta! Poddała się procesowi mangizacji, lecz operacja się nie udała. Wspomniałem, że wygląda okropnie? Zaraz się porzygacie! Zapraszamy na scenę panią Morisę Matentę!

Na scenę chybotliwie wkroczyła starsza kobieta. Jej odsłonięte nogi były zgrabiałe i nienaturalnie długie; przypominały szczudła. Oczy miała wielkie, owadzie, zajmowały niemal pół twarzy. Wszystko sprawiało wrażenie źle poskładanego obrazka, jakby ktoś nieumiejętnie eksperymentował z efektami w programie graficznym. Pierwsze chwile upłynęły w milczeniu. Goście weselni zaczęli pocierać nosy, niektórzy odwracali wzrok. Morisa ujęła w dłonie mikrofon i przemówiła słabym głosem:

– Nazywam się Morisa Matenta i jestem niczym innym, jak starą mangą. Chcecie sobie na mnie popatrzeć?

– Nie chcemy! – odkrzyknął ktoś z publiczności.

Jej sylwetka górowała nad Henrikiem Chandrą. Morisa ciągnęła:

– Ja widzicie, moje oczy wyglądają jak oczy zmartwionej sowy. Pod nimi mam wory wielkości pięści i policzki jak u buldoga. Jestem potworem.

– Procesowi mangizacji poddają się często młode kobiety, których partnerzy nie do końca są usatysfakcjonowani ich wyglądem – wyjaśnił Henrik. – Wydłużają nogi, powiększają oczy, zmniejszają biust, tak, tak, to wszystko wymaga poświęceń. Jednak operacja przeprowadzona w niewłaściwym czasie życia może spowodować… no właśnie… coś takiego… Moriso, czy chcesz coś jeszcze dodać?

– Chcę umrzeć – oznajmiła Morisa.

– To nie będzie konieczne. – Henrik wprowadził kobietę do drugiej szklanej komory, która zdążyła już osiąść na scenie. Przezroczyste drzwi syknęły przy zamknięciu, a powłóczysta sylwetka kobiety-mangi zniknęła w gęstych oparach.

– Czy wiecie jak się pozbyć Chandry? Albo jak poprawić swój wygląd? Dziś pracują dla was Chandra Control & Sentymetal. Jovan, zagraj dla nas coś z albumu „Arytmia”.

Jovan przekręcił czapkę daszkiem do tyłu. Bujając się na nogach, wypuścił w eter serię głuchych, tępych łupnięć. Wkrótce na publiczność bluznęła kawalkada dzikich, sprawiających wrażenie przypadkowości, nieokiełznanych dźwięków. Brzmiało to jak próba przed zagraniem utworu, nie jak sam utwór.

Zgromadzeni ruszyli w tan. Sylwetki ludzkie poczęły się wić w nieregularnych, transowych ruchach. Zaraz padło na nie stroboskopowe światło. Widać było, jak gładka twarz Karly Komen wykrzywia się w jakimś ekstatycznym grymasie. Siwy warkocz Beaty Bukong chłostał głowy pobliskich tancerzy, którzy zdawali się entuzjastycznie odbierać każde smagnięcie. Łysina Wojtana Nartnika wybijała się raz po raz ponad oszalały tłum, niczym łeb olbrzymiego dzięcioła, który uparł się, by wydłubać jakiegoś robala spod kory drzewa. Nieopodal furgały poły kolorowego płaszcza chińskiego arystokraty, Pana Zhanga Xiaopinga. Tańczyli wszyscy wpływowi ludzie, zjednoczeni w omdleniu, jakie przychodzi z transową odmianą hartbitu. Taki to był ślub.

„Arytmia” urwana została w losowym, zdawałoby się, momencie, jednak goście doskonale wiedzieli, kiedy miał nastąpić koniec. Znali utwory Jovana.

– Chandra Control & Sentymetal! Ogłaszam was mężem i żoną! – obwieścił triumfalnie Henrik, stojąc pomiędzy dwoma komorami.

Z jednej wyszła postać niemal dziewczęca, na pierwszy rzut oka blada i niewinna, ale zarazem w jakiś sposób lubieżna, skrywając w ruchach nieodgadnioną, nieokiełznaną perwersję. Jej ogromne oczy, gładka skóra i wyrazista ekspresja przywodziły na myśl postaci z kreskówek dla dorosłych.

– Moriso? Masz ochotę do życia? – zapytał Hendrik.

– Jasne – przemówiła soczystym głosem nowa Morisa Matenta. – Miauuu! – zamiauczała niczym rasowa kotka, puściła oko do Henrika, po czym zalotnie pomachała dłonią w nieokreślonym kierunku.

Zeskoczyła ze sceny, by przyjąć gratulacje od znajdujących się w pobliżu gości weselnych.

– A teraz zobaczymy, czy Herminie Skorek udało się popełnić samobójstwo. Co wy na to?

Nim publiczność zdołała wyrazić swój stosunek do propozycji pana Chandry, on podjął na nowo:

– Mówili, że Chandra Control nie działa jak należy. Oskarżali nas o to, że oferujemy swoim klientom jedynie lekką poprawę nastroju, a nie trwałą odmianę całego życia. Chcecie się przekonać, jaki jest owoc miłości Chandra Control & Sentymetal? No to patrzcie!

Jak na zawołanie, z drugiej komory wyskoczyła rześko Hermina. Niczym wystrzelona z procy podbiegła tanecznym krokiem do Chandry i ucałowała go w usta. Chandra wyjął chusteczkę i zaczął przecierać nią wargi, by zademonstrować swoje zakłopotanie. Dziewczyna obok niego oddała się dzikim pląsom i z gracją w ruchach oraz zaskakującą znajomością figur tanecznych zbliżyła się raz jeszcze do mężczyzny.

– Nie sądziłem, Hermino, że aż tak cię przemieni ten nasz specyfik.

– Mówisz do Herminy, ale jej tu nie ma – odparła żywo Hermina.

– Nie ma?

– Nie. Ona musiała umrzeć. Od dziś jestem Cherubina, siewczyni miłości!

– Przedstawiam państwu całkiem nową osobę, przed wami Cherubina Skorek!

Cherubina, całkiem nowa osoba, zeskoczyła ze sceny i od razu została otoczona przez kilku znamienitych gości. Wśród nich był Wojtan Nartnik.

– Pozwolę sobie zauważyć, że pani dobry nastrój jest zaraźliwy – powiedział, pocierając w zakłopotaniu łysinę.

Cherubina zaśmiała się. Wyglądała uroczo, tryskając młodzieńczą werwą i pewnością siebie.

– Jeśli mogę zapytać – wtrącił się pan Xiaoping, dopinając swój wielobarwny płaszcz – ile czasu pani spędziła w Sentymetal?

– Trzy miesiące – odparła, wodząc wzrokiem po ścianach, jakby szukała tam innego tematu do rozmowy.

– Zdumiewające – podjął chiński arystokrata. – Trzy miesiące spędzone w korporacji wystarczyło, żeby zechciała pani oddać za nią życie?

– Sentymetal to wyjątkowa firma.

– W jakim dziale pani pracowała?

– Marketing – odrzekła sucho.

Do grupy dołączyła Beata Bukong, starannie przygładzając na ramieniu warkocz.

– Ja panią skądś znam – powiedziała w zamyśleniu. – Czy ja kiedyś nie widziałam pani w jakimś filmie? Tak, pani jest aktorką! Poznaję panią. W czasach, gdy miałam chandrę, obejrzałam chyba wszystkie seriale świata.

Cherubina utkwiła wzrok w rozmówczyni.

– Czy umie zagrać pani depresję? – Na obliczu pani Bukong pojawił się złośliwy uśmieszek.

Zza pleców gości weselnych dobiegł znajomy głos.

– Jestem Henrik Chandra, zawodowy oszust. Co wy na to?

 

W centrum miasta ze stali i szkła, na najwyższym piętrze wieżowca, na nowo rozbłysły fleszowe światła, przezwyciężając panujący na nieboskłonie mrok. Zabawa trwała, a rytmy hartbitu płynęły dla gości wyniesionych na sam szczyt, w budynku, w którym ceniono oddanie pracowników, wśród momentów ciemności i światła, w świecie, który szedł naprzód i trwał, dopóki trwała wiara w szyldy korporacji.

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Spodobało mi się nietuzinkowe podejście do tematu ślubu. Ale zabrakło mi fabuły. To tylko atrakcje mające uświetnić imprezę. Nic ważnego się nie dzieje. No, puściłeś gościom reklamy, zamiast zabawiać ciekawą opowieścią.

Wcześniej jednak obiecana samobója Herminy Skorek!

Co obiecane?

Siwy warkocz Beaty Bukong łajał głowy pobliskich tancerzy,

Na pewno łajał?

Babska logika rządzi!

No i mamy wesele w zupełnie innym wydaniu. To, że odszedłeś od schematu zaliczam na plus. Czytając początek miałam wielkie WTF?, ale później wszystko zaczęło się układać w spójną, aczkolwiek dość absurdalną całość. Kupuję Twoje oszustwo. :)

 Miałeś dobry pomysł, to na pewno. Cóż, z pracą w korpo jak ze wszystkim – można przeżyć, jeśli trafi się na normalnych ludzi. Gorzej, jeśli się nie trafi. 

Twój tekst prowokuje przemyślenia, Nimrodzie. Nie wiem, co mądrzejszego mogłabym napisać. Może tylko dodam, że mi się podobało. :)

 

 

Finklo, dzięki za odwiedziny i słów parę.

Pamiętam, jak pozwoliłem sobie na uwagę o braku fajerwerków i "trzęsienia ziemi" pod Twoim opowiadaniem "Wszystko da się kupić". No i teraz mam za swoje ;)

Napisałaś wtedy, że tu pierwsze skrzypce gra przedstawiony świat. Pozostaje mi powtórzyć Twój argument i przemyśleć, czy słusznie czynię popełniając to, co wytykam innym ;)

Słowo "łajać" występuje jako synonim słowa "smagać" (przy tworzeniu opowiadania korzystałem z witryny synonim.net). Ale faktycznie, użyłem go w niewłaściwym znaczeniu. SJP definiuje "łajanie" jedynie jako naganę słowną. Zmieniam na "chłostać", dzięki.

 

AQQ, dzięki za komentarz, niebawem wpadnę sprawdzić co uczyniłaś "dla dobra kraju".

 

Rosso, dzięki za poświęcony czas i Twój ślad. Poczytuję to za sukces, jeśli tekst prowokuje przemyślenia :)

 

Taaa, tak długo czekałam z zemstą, aż całkiem o niej zapomniałam. ;-)

No, że reklamy kłamią, to nie jest jakoś bardzo zaskakująca informacja. Tym bardziej, że podkreślasz ją w tytule. Obawiam się, że Twoi bohaterowie nie mają jakiegoś ważnego dla nich samych celu.

Babska logika rządzi!

Być może refleksji przybędzie, w miarę jak przybędzie czytających.

Dość absurdalne to wesele i obawiam się, że jakkolwiek rozumiem łączenie się firm, to chyba nie do końca pojęłam zaprezentowany program artystyczny. Mam wrażenie, że to wszystko działo się w świecie stanowiącym dla mnie jedną wielką zagadką, której, na szczęście, już nie będzie dane mi poznać.  

 

part­ne­rzy nie do końca są usa­tys­fak­cjo­no­wa­ni z ich wy­glą­du… –> …part­ne­rzy nie do końca są usa­tys­fak­cjo­no­wa­ni ich wy­glą­dem

 

Ni­czym wy­strze­lo­na z procy pod­bie­gła ta­necz­nym kor­kiem do Chan­dry… –> Czym podbiegła???

 

uca­ło­wa­ła go w usta. Chan­dra wyjął chu­s­tecz­kę i za­czął prze­cie­rać nią usta… –> Powtórzenie.

Może: w drugim zdaniu: Chan­dra wyjął chu­s­tecz­kę i za­czął prze­cie­rać nią wargi

 

Po­zwo­lę sobie za­uwa­żyć, że pani dobry na­strój jest za­raź­li­wy – za­uwa­żył… –> Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

„– Skończ już, stary zboku – zawołał ktoś z głębi sali. Zawtórowały śmiechy.” – Skoro zawołał, to brakuje wykrzyknika.

 

„– Chwilę tę uświetni, uświęci i upamiętni nasza była koleżanka, pracowniczka Sentymetal, Hermina Skorek. Hermina postanowiła złożyć u stóp pary młodej najcenniejszy prezent, na jaki ją stać[+ lub …] – Henrik zrobił pauzę dla osiągnięcia efektu, po czym oświadczył:”

 

Ale te linie były głębsze z każdym dniem. Rozumiesz, Karla, często się uśmiecham, ale robię to zbyt nerwowo, więc na policzkach, zamiast dołeczków, które ludzie z reguły uwielbiają, pojawiły mi się dwa łuki, takie nawiasy, jakby nożem nacięte. Wyglądałem jak kretyn[-,] albo gorzej, palacz.”

 

„upamiętniamy zaślubiny Senymetal i Chandra Control” – Sentymetal

 

„– Wojtan Nartnik, wzbudzam zachwyt. Co skłoniło cię do członkostwa w tak radykalnej grupie? – padło pytanie od łysego mężczyzny, który sprawiał wrażenie, jakby ciągle się uśmiechał.” – Po półpauzie wielką literą (przy czym szyk „Pytanie padło…” byłby naturalniejszy).

 

„Sentymental walczy ze zmarszczkami, a Chandra Control uśmierza ból egzystencjalny.” – Znów literówka w nazwie firmy: Sentymental.

 

„Na scenę wkroczyła chybotliwie starsza kobieta.” – To brzmi, jakby była chybotliwie starsza, a nie jakby chybotliwie wkroczyła ;)

 

„Jej nogi, odsłonięte przez kusą spódnicę” – to zdanie jest nienaturalne, użyłeś bardzo dziwnego zwrotu. Przez spódnicę to nogi mogłyby być zasłonięte.

 

„– Pozwolę sobie zauważyć, że pani dobry nastrój jest zaraźliwy – zauważył, pocierając w zakłopotaniu łysinę.”

 

„ile czasu pani spędziła w Sentymental?” – znów literówka w nazwie

„– Czy umie zagrać pani depresję? – nNa obliczu pani Bukong pojawił się złośliwy uśmieszek.”

 

Szerszy komentarz po zakończeniu konkursu.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jest tu pomysł i całkiem ciekawe wykonanie. Widać nawiązania do Mango i tym podobnych programów. I przez to tekst ma podobny problem – po pewnym czasie non stop powtarzane slogany zaczynają nużyć i przestają zaskakiwać. A kolejne atrakcje pokazywane na łamach tekstu już nie przykuwają uwagi tak jak na początku. I jak się z tych atrakcji rozdrapie tekst, to już bardzo niewiele zostaje z fabuły ;(

Czytało zaś się bez problemów, choć, jak wspominałem, pod koniec już nużyło i ciężko mi było się powstrzymać od skanowania kolejnych akapitów.

Podsumowując: oryginalne podejście do tematu. Pomysł na ten koncert fajerwerków pierwsza klasa (stąd masz mego klika), tylko przydałoby się go jeszcze oszlifować.

 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wcześniej jednak obiecana samobója Herminy Skorek!

Co to jest samobója?

Bardzo fajny pomysł na ślub pomiędzy korporacjami. Widać, w stworzonym przez Ciebie świecie to nic nowego. 

Podobały mi się też te wszystkie “znaczące” nazwiska.

Przeczytałam z przyjemnością.

Reg, Joseheim – dzięki za korektę. Niestety poprawki mogę wprowadzić dopiero po ogłoszeniu wyników. Żałuję więc, że nie wpadłyście wczoraj :)

Reg, w trosce o Twoje szczęście ostrzegę Cię, jeśli wpadnie mi do głowy kontynuować tę wizję.

 

Śniąca, MrBrightside – dzięki za czytania.

 

NoWhereMan – dzięki za komentarz. To, co napisałeś, jest dla mnie zrozumiałe i czytelne.

Przypuszczam, że napięcie trochę opadło, gdy stało się jasne, że Hermina Skorek jednak nie umrze na scenie.

 

Anet, dzięki za kilkuzdaniowy komentarz. Dzięki niemu wiem trochę więcej na temat własnej twórczości :)

"Samobója" to eufemistyczne określenie samobójstwa.

 

Nimrodzie, mogę wpadać do opowiadań wtedy, kiedy czas na to pozwala. A i tak pierwszeństwo mają teksty dodane w dni moich dyżurów.

 

edycja

Pisząc, że będę miała szczęście i nie poznam opisanego przez Ciebie świata i jego zagadek, miałam na myśli, że nie dożyję takich czasów. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, Twoja wizyta jest moją korzyścią :) Teraz zrozumiałem sens wypowiedzi, więc koryguję i moją: skoro umieściłem “dystopia” w słowach kluczowych, obym się mylił :)

 

W ogóle nie spojrzałam na tagi. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Masz, Nimrodzie, talent do dystopijnych dekoracji. Ale tym razem za mało na tle tych dekoracji pokazałeś. Byłeś jak Henrik, zaserwowałeś nam show, równocześnie mrugając: to nic, to tylko oszustwo. Wizja biznesowych notabli, oklaskujących śmierć pracownika na ołtarzu firmy, choć nie tak oryginalna, mogłaby robić wrażenie. Cóż z tego, skoro wszyscy, łącznie z czytelnikiem, wiedzą, że to tylko na niby.

Plus za przekorne potraktowanie tematyki. Minus za nazwiska bohaterów – groteskowe, niepotrzebnie biorą wszystko w jeszcze jeden nawias.

Cobold, dzięki za Twój czas poświęcony lekturze i komentarz. Gdybym miał go skomentować, powiedziałbym, że nie zostawiłeś na moim opowiadaniu suchej nitki. A ponieważ piszesz, jak piszesz, trudno mi obok Twojej opinii przejść obojętnie.

Może potknąłem się o jedną ze świętych zasad pisania, że tylko tam jest czytelnika reakcja, gdzie jest akcja.

 

Nazwiska musiały być przedziwne, w przedziwnym świecie biznesu, w którym jeden chce zapaść w pamięć drugiemu.

E tam, suchej nitki… Napisałem, że masz talent?

Tak to już jest, jak kogoś pochwalę (pamiętam “Niepamiętnik”) to potem wymagam coraz więcej.

I wcale mi nie chodzi o akcję. Za stary na to jestem.

Ja szukam wzruszeń.

Podobał mi się bardzo oryginalny pomysł i ubrany w ładne zdania opis miasta na samym początku. Potem było już trochę gorzej. Nie przepadam za takimi historiami, w których nikt nie wzbudza mojej sympatii, a tutaj tak właśnie było. Nie przekonała mnie nawet postać samobójczyni. Liczyłam, że jakoś inaczej to rozegrasz, że ona chociaż coś we mnie wzbudzi, ale najwyraźniej była słabą aktorką D: 

Niemniej, tak jak mówię, pomysł bardzo ciekawy i językowo też ok. Niestety sama historia, po prostu nie zrobiła na mnie wrażenia, bo los żadnej z postaci mnie nie obszedł… 

Rosabelle, dzięki za komentarz. Szkoda, że dołączasz do grona niewzruszonych. Słusznie wyczułaś – to właśnie niedoszła samobójczyni miała być gwoździem programu i to ona miała zagrać na emocjach czytelników swoim wystąpieniem. Dzięki za Twój czas. Teraz ja poświęcę mój, żeby wyciągnąć wnioski.

 

Dziękuję wszystkim za kliknięcia i za to, że pomimo zastrzeżeń tekst dotarł do biblioteki.

Trochę zmęczył mnie ten tekst. Miejscami nieco przeładowany metaforami. Dużo postaci, nazw różnych marek i firm, haseł, sloganów – mnóstwo słów, bardzo mało treści. W pewnym momencie miałam wrażenie, że czytam w kółko to samo. Wiem, że chodzi o przedstawienie mechanizmu reklamy i korpo hurraoptymizmu ale jak na jeden pomysł oparty na powtarzaniu i wtłaczaniu kolorowej psycho-papki w głowę odbiorcy tekst jest dość długi. Szczególnie, że czytelnik jest tylko widzem – w żaden sposób nie zaangażowanym w to, co widzi. “Losy” bohaterów były mi całkowicie obojętne. 

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Dogsdumpling, dzięki za feedback.

Nimrodzie, choć podczas lektury trochę brakowało mi „gruntu pod nogami”, to podobało mi się utonięcie w tej wizji – nie jest przyjemna, ale dosyć unikalna i to bardzo misię. Pomysł na wesele bardzo niespodziewany – to też super. Podoba mi się, że na początku wprowadzasz czytelnika w świat. Jakaś tam nutka emocjonalna też zagrała – szkoda mi było dziewczyny, która miała popełnić samobójstwo. Muszę przyznać, że miałem zawahanie, czy chcę dalej czytać, ale oszust… więc kontynuowałem. 

Ogólnie podobało mi się. Napisane tak, że samo leci – wciągnęło mocno. Kierunek ciekawy. 

Niezłe to jest, oryginalne potraktowanie tematu konkursu jako fuzji korporacji. Kilka ciekawych pomysłów (mangizacja, pieczętowanie przedsięwzięcia samobójstwem) tworzą taki dziwaczny, niepokojący klimat. Ale trochę brakowało mi w tym wszystkim jakiegoś celu i finał raczej rozczarował.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Przeczytałem.

Panowie, dzięki za wizytę i za krótkie recenzje. Ważne dla mnie są Wasze spostrzeżenia oraz opis odczuć doznawanych w trakcie czytania tekstu. Dzięki temu wiem, kiedy “jechałem po bandzie”, a kiedy “spaliłem” ;)

No słowo od Lorda oczywiście cierpliwie poczekam.

Nietypowe podejście do tematu. Podoba mi się taka groteska, świetne, efektowne kwestie mówione, które brzmią znajomo – parodiują znane zjawisko. Jak widać, bez fabuły, kiedy forma trzyma czytelnika przy tekście, można się dobrze bawić. To takie pozytywne, zawodowe oszustwo :P

Kłócę się sam ze sobą, że właściwie niewiele z tego wynika – ale może należy to przyjąć jako smutną prawdę, że z pewnych rzeczy nic nie wynika i mogą być tylko obserwacją. W takim razie, stwierdzam, że zawarto tu refleksję – więc wynika więcej, niż z niejednej fabuły. Człowiek chyba z natury lubi historie i trudno docenić takie podejście jak tutaj – trzeba się przemóc.

Świetny i wyróżniający się oryginalnością w konkursie koncept ślubu i wesela. Fuzja firm jako ich ożenek to świetny pomysł. Ciekawie, z pewną dozą humoru, pokazujesz zachowania nie tylko głownego prowadzącego ceremonię, który otwarcie nazywa się oszustem, ale także gości. I świat. Ten straszny świat, który wydaje się zbliżać do naszej rzeczywistości coraz szybciej, który już się do niej wkrada…

Przypadł mi do gustu ten tekst od początku i satysfakcjonował do samego końca.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziwne to Twoje opowiadanie. Niewątpliwie zaprezentowałeś unikalne podejście do tematu wesela i małżeństwa w ogóle – połączenie firm. Sama jednak nie wiem, co sądzić o tej odrealnionej rzeczywistości, którą zaprezentowałeś… Zgadzam się, że w sumie mało w tym wszystkim fabuły. Stosujesz ciekawe ozdobniki (np. ten cały hartbit), ale nie kupuję tego obrazu jako całości. To znaczy mimo wszystko na tyle daleko jest to od moich oczekiwań dotyczących hasła „wesele”, że wydaje mi się, że tekst jednak słabo wpisuje się w konkurs. Starałeś się, zastosowałeś nietypowe rozwiązanie, opisałeś ileś tam ichnich „zwyczajów” dotyczących fuzji przedsiębiorstw… ale raczej to bardziej tradycyjne opowieści, z którymi łatwiej się utożsamić (w końcu każdy ma jakieś weselne doświadczenia) będą walczyć o podium (dopisek – i zawalczyły ;).

Trudno mi powiedzieć, jak bym oceniła Twój tekst w oderwaniu od konkursu – pewnie lepiej, ze względu na kreatywność i pewien absurd. Ha, twardy orzech do zgryzienia. W każdym razie z pewnością przeczytałam z zainteresowaniem. W ogóle wspaniale jest patrzeć, jak różne wizje prezentują różni autorzy na jeden temat ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ode mnie duży plus za całkowicie niestandardowe potraktowanie konkursowego tematu. Ileż można czytać o królewskich ślubach w światach fantasy? ;)

Początek wyszedł bardzo smacznie. Warsztat na wysokim poziomie już masz, więc kupił mnie ten opis korporacyjnego światka, choć zawarty przecież zaledwie w dwóch-trzech akapitach. Z tego, co zrozumiałem, korporacje przeszły od łączenia konkurencyjnych marek (Pepsi-Coca Cola) do łączenia takich całkowicie niepowiązanych. I o ile kontrolująca chandrę Chandra Control wypadła interesująco, to trochę zawiodło mnie, że firma Sentynental produkuje jedynie kremy na zmarszczki. Wiem, że istotne było umiejscowienie tej marki w branży ingerującej w wygląd, ale spodziewałem się bardziej odjechanej koncepcji niż krem. Wiem, że potrafisz.

Nie mam pojęcia o realiach pracy w korpo, jednak postaci wyszły wiarygodne. Karla i Henrik, powtarzając w kółko swoje kwestie, odrobili pracę domową z psychologii. Także weselni goście (pracownicy?) zaciekawili mnie swym dziwnym, nie do końca dla mnie zrozumiałym zachowaniem.

Stworzyłeś tak wiele interesujących elementów, ale doszukać się nie mogłem najważniejszego – fabuły. Po lekturze zostałem z niedosytem i poczuciem przekombinowania, bo choć pokaz zaprezentowany przez pana Chandrę intrygował, to aż chce się zapytać – tylko co z tego wynikło? Kumasz?

Dzięki za udział!

Dzięki, drodzy Jurorzy, za przenikliwe recenzje. I za to, że tak gorliwie przysiedliście nad moim tekstem.

 

Lordzie, dziękuję za filozoficznie brzmiącą refleksję, która tak naprawdę jest dla mnie bardzo praktyczną wskazówką :)

 

Śniąca, dzięki za słowa zachęcające mnie do dalszej twórczości. Sam niedawno odkryłem, że jednym z obszarów moich zainteresowań jest obraz najbliższej przyszłości oparty o obserwację bieżących tendencji w świecie informatyki i biznesu oraz moją próbę zdefiniowania płynących z nich zagrożeń. Ale dopiero podczas pisania mierzę się tak naprawdę z tym, o czym myślę :)

 

Joseheim – dzięki za recenzję. Jako jurorka stoisz na straży wymogów konkursowych. I słusznie :)

Przy okazji poruszyłaś bardzo interesującą kwestię – ocena opowiadań w ramach konkursu versus w oderwaniu od niego.

 

MrBrightside – dzięki za słowa motywujące do dalszej pracy. Opowiadanie jak obraz – pewne elementy musi posiadać, nawet jeśli jest "odjechane". Doceniłeś walory mojego opowiadania, ale też dość jasno zakomunikowałeś mi, których elementów szukałeś w moim tekście, a zabrakło ich. Dzięki.

 

Dzięki Wam (Fantastic Four?) za wyróżnienie w konkursie – wiedzcie, że jest dla mnie niezwykle cenne.

 

Wprowadziłem poprawki Reg i Joseheim.

Nie będę oryginalna, jeśli napiszę, że podobało mi się nietypowe podejście do tematu konkursu. Czytało mi się dobrze (początkowo nawet bardzo dobrze), ale po jakimś czasie sposób narracji zaczął mnie nużyć. Nie na tyle, bym się zdążyła znudzić, jednak powtarzalność fraz, kolejne groteskowe punkty programu, następujące jeden zaraz po drugim… Wszystko to sprawiło, że miałam wrażenie pewnego chaosu oraz przewagi formy nad treścią.

Jednak wartościami zdecydowanie są przełamanie schematu, nieszablonowe podejście do konkursu, niezły warsztat i niepokojąca wyobraźnia. ;)

Dzięki, Ocha. W poprzednich konkursach, w których brałem udział, trochę spalałem się na wizji. Rosła i puchła, a limit znaków gonił. Musiałem ciąć oryginalny tekst i publikowałem streszczenie tego, co chciałem opowiedzieć. Teraz skupiłem się na przedstawionym świecie, ozdobnikach i na opisie imprezy, no i wyszedł "przerost formy nad treścią". Być może znajdę w końcu ten złoty środek.

A jak już znajdziesz złoża tego „złotego środka”, to daj znać, boja też bardzo potrzebuję. :-)

 

Dzięki, Nimrod, za lekturę!

Świetny pomysł, sprawnie zrealizowany, przy którym wiele razy powtórzyłem: Dokładnie tak, k…wa!

Mocne klepanie po gębie. W ciekawy sposób przerysowane mechanizmy, w których istocie tkwi wielki dramat społeczny i indywidualny całego naszego łez padołu.

Począwszy od Wielkiego Oszusta, który musi mamić, kreować w nas potrzeby, zmieniać naszą psychikę, żeby wydoić z zarobionej w katorgach psychicznych i fizycznych kasy (najpierw skłonić wielu, żeby z nim współpracowali przy tym wiekopomnym dziele). Oderwać od relacji z ludźmi, a nawet od nas samych.

Poprzez religijne obietnice, które można śmiało włożyć między bajki i uznać za część Wielkiego Planu.

Aż po wielopłaszczyznową, wielowymiarową iluzję, w której tak chętnie tkwimy, mimo że Oszust robi to wszystko jawnie i z premedytacją.

A my zamiast cieszyć się widokiem dołeczków na twarzy ukochanej osoby, która właśnie obdarowuje nas uśmiechem, zażywamy LCD bijące blaskiem uśmiechów złożonych z kropek i nawiasów. Możemy się nawet przytulić do monitora i poczuć jego kojące nerwy ciepło, po pozbawionym głosu, miłosnym wyznaniu…

Przepraszam za ewentualną nadinterpretację. Magia tekstu, poruszył czułe  struny. :-) (dołeczków i tak nie mam, mogę się śmiać nawiasami do woli).

Jeszcze raz: dzięki!

 

Pozdrawiam! 

 

Majkubarze, dzięki za błyskotliwy ciąg skojarzeń ;) i niekonwencjonalne podsumowanie zarazem.

Pozdrawiam nawiasami :)

Nowa Fantastyka