- Opowiadanie: belhaj - Starotirajskie prawo odwetu

Starotirajskie prawo odwetu

Nadszedł czas i na moje konkursowe opowiadanie.

Dokładam kolejną cegiełkę do tworzonego świata.

Mam nadzieję, że się spodoba. Będę wdzięczny za każdą opinię :)

Podziękowania dla jak zawsze niezawodnej bemik za betę.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Starotirajskie prawo odwetu

Przygotowania

 

– Powtórzmy zatem raz jeszcze – powiedział hrabia Giacomazzi Bachet-Barbier.

Narada trwała już trzecią godzinę. Zbliżający się ślub przemawiającego właśnie władcy, spędzał sen z powiek jego podwładnym od dłuższego czasu. Wybranka hrabiego, Albertina, miała przybyć do Lezmont za kilka dni, tuż przed rozpoczęciem uroczystości zaślubin. 

Seneszal Adalbert ziewnął dyskretnie i rozejrzał się po osobach zasiadających wokół stołu. Większość miała podobnie znudzoną minę wywołaną przedłużającym się spotkaniem. Gael Mastrobrandi udawał zainteresowanie, wodząc wzrokiem za przemawiającym hrabią. Po zdobiącym jego łysą głowę złotym diademie co jakiś czas przebiegały emanujące energią impulsy. Geomanta w niczym nie przypominał tego człowieka, który przybył na dwór przed rokiem ubrany jedynie w zniszczoną koszulę i lniane spodnie. Obecnie wyglądał o wiele dostojniej, jak przystało na członka elitarnej kasty magów.

Adalbert zerknął dalej. Z oblicza Riqueta niewiele można było wyczytać, ponieważ przysłaniała je maska. Podczas kształcenia w Domu Zagadek szpieg został poddany wielu zmianom, przez co jego twarz ciągle drgała, jakby pod skórą wiły się czerwie. Aby móc swobodnie przemieszczać się po zamku, zakładał maskę przedstawiającą pysk altara, drapieżnego kota pochodzącego z dalekiego Tiraju. Chętnie również skryłbym swoje oblicze, pomyślał seneszal, tłumiąc kolejne ziewnięcie.

Jedynymi uczestnikami narady żywo reagującymi na słowa hrabiego były dwie osoby siedzące u szczytu stołu. Nowo mianowany kapitan gwardii, Barthez, gorliwie potakiwał. Pełnił służbę dopiero od kilku miesięcy i na każdym kroku starał się przypodobać władcy.

Natomiast Selger, kuchmistrzyni, co jakiś czas ordynarnie przerywała hrabiemu, szczególnie w kwestiach związanych z przygotowywanymi na weselne przyjęcie daniami. Od lat na dworze krążyły słuchy, wielokrotnie potwierdzone chociaż świadkowie woleli się nie ujawniać, że kobieta była jedyną osobą, której bał się Bachet-Barbier. Giacomazzi miał słabość do gotowanych przez nią potraw, a poza tym mówiło się, że Selger była jego pierwszą kochanką. W czasach, kiedy nie był jeszcze hrabią, a obecna kuchmistrzyni pełniła funkcję prostej posługaczki.

– Adalbert. – Głos Bachet-Barbiera wyrwał seneszala z zamyślenia.

– Tak, hrabio?

– Z twoim słuchem chyba nie wszystko w porządku. Powinieneś zgłosić się do felczera.

– Tak zrobię, hrabio.

Faktycznie, podczas oblężenia Montcasson, mającego miejsce w zeszłym roku, Adalbert stał zbyt blisko strzelającej bombardy. Od tamtej pory zdarzały mu się problemy ze słuchem oraz częste bóle głowy.

– Kwestie dań mamy omówioną – kontynuował Giacomazzi. – Należy zadbać jednak nie tylko o wielmożów i gości, ale również o prosty lud. Resztki z uczty rozkazuję rozdać w przytułkach i na ulicach. Zajmiesz się tym, Selger.

– Marnować takie potrawy dla pospólstwa… – Kuchmistrzyni mruknęła pod nosem i teatralnie przewróciła oczami.

– Kolejną kwestią, którą trzeba się zająć, to rodzina Albertiny. Jej matka jest ponoć straszną pedantką, dlatego wszystko w zamku ma lśnić. Nawet posągi na placu mają być wyczyszczone z ptasiego gówna. Gorszym problemem jest jednak brat mojej wybranki. – Giacomazzi sięgnął po kielich z winem i zwilżył usta. – Przedkłada on bowiem męskie towarzystwo nad damskie. Trzeba znaleźć mu kogoś o podobnych upodobaniach. Macie jakieś pomysły?

Riquet, Gael i Barthez milczeli, spoglądając po sobie. Selger udawała, że nie słyszy, wertując jakieś pergaminy. Adalbert, czując na sobie wzrok hrabiego, odchrząknął i powiedział:

– Goszczący u nas minstrel Eguerill z Cartay, zwany Pierogiem, według słów jego kompanów, przejawia podobne inklinacje.

– Świetnie. – Giacomazzi aż klasnął w dłonie z uciechy. – Zadbasz o to, żeby spotkali się podczas wesela, przygotuj też dla nich specjalny pokój. Najlepiej z dala od pozostałych komnat. Niech chłopcy mają odrobinę prywatności.

– Oczywiście, hrabio.

– Mój ojciec mawiał, że im więcej wrogów, tym większa chwała. A jak wiecie, wrogów mi nie brakuje. Takich, których przodkowie zostawili mi w spadku, jak i wielu nowych. Podczas wesela nic nie może się wydarzyć! – Bachet-Barbier podniósł głos. – Gwardia i wojsko mają być postawione w stan najwyższej gotowości. Zamek ma być strzeżony jak cnota królewskich córek. Zrozumiano?

– Straże na miejskich murach oraz ulicach zostały podwojone – odezwał się Barthez, wstając z krzesła. – Podczas uroczystości nikt niepowołany nie dostanie się do zamku. Zadbamy o wasze bezpieczeństwo, hrabio.

– Dobrze. Widzę, że setnie się znudziliście podczas narady. Zatem wracajcie do swoich obowiązków. Kiedy przybędzie Albertina, wszystko ma być gotowe.

 

Wesele

 

Seneszal Adalbert stanął na jednym z balkonów górujących nad salą bankietową i odetchnął z ulgą. Uroczystość zaślubin odbyła się w świątyni Wielobóstwa, a kiedy ceremonia kapłanów dobiegła końca, goście przenieśli się do zamku, gdzie rozpoczęła się uczta. Na stołach pojawiły się dziesiątki dań. Od niewielkich przystawek jak ślimaki zapiekane w cieście, faszerowane jajka i owoce morza po pieczone bażanty, indyki i prosięta. Wytoczone beczki pełne piwa, różnych gatunków win i nalewek, a także znanej na całym kontynencie barnejskiej gorzałki.

Czas gościom umilały tancerki oraz tancerze, przygrywali minstrele i bardowie, prześcigający się w intonowaniu romantycznych ballad i pijackich przyśpiewek. Eguerill z Cartay oczarował śpiewem brata Albertiny. Mężczyźni niebawem znikli w przygotowanej komnacie, najpewniej zabawiając się wzajemnie prywatnymi występami. Rozrywkę zapewniał również sprowadzony specjalnie z Wybrzeża Muszli iluzjonista. Jego sztuczki wzbudzały podziw szczególnie wśród dzieci oraz najstarszych uczestników wesela. Gości zabawiał również nadworny karzeł-błazen o imieniu Lyrion. Jego harce nie potrwały jednak długo, gdyż po kilku godzinach uczty zmożony wypitymi trunkami zaległ pod jednym ze stołów.

W bocznej sali przez kilka godzin trwał turniej zapaśniczy, którego zwycięzca miał dostąpić zaszczytu dołączenia do zamkowej gwardii. Okazał się nim prosty chłopak z podgrodzia zwany Wołem. Mimo oberwanego ucha, rozbitego łuku brwiowego i utraty kilku zębów wydawał się zadowolony.

Uroczystość dobiegała końca, a dotychczas wszystko było w najlepszym porządku. Nie licząc kilku zgrzytów, jak ten, gdy jeden z wujów Albertiny, rozochocony wypitymi trunkami, zapragnął skosztować wdzięków pewnej druhny. Okazało się, że była ona żoną Pavarda, kuzyna hrabiego, zaprawionego w bojach w Roldii i Crildo rycerza. Bójka szybko została przerwana przez gwardzistów Bartheza, a nieprzytomny wuj odtransportowany do komnat.

Poza tym odnotowano kilka incydentów jak załatwianie potrzeb fizjologicznych do basenu i fontanny. Paru gości zwróciło zjedzone posiłki i wypite płyny w różnych zamkowych zakamarkach. Pewną młodą parę nakryto podczas miłosnych harców w jednej z komnat. Porozbijanych kielichów i talerzy nawet nie liczono.

Sala bankietowa zaczęła świecić pustkami. Goście rozchodzili się, służba zaczynała sprzątać. Jeszcze tylko przy jednym ze stołów toczyła się zażarta i głośna dyskusja na temat wyższości miecza nad łukiem. Przy czym przewagi i argumenty zmieniały się u rozmówców wraz z każdym wypitym kielichem.

Hrabia spojrzał w stronę balkonu i przywołał gestem Adalberta. Seneszal zszedł szybko po schodach i znalazł się przy wyjściu z sali. Tam czekał już na niego Bachet-Barbier, a także wyraźnie zmęczona długim i pełnym emocji wieczorem Albertina. Dziewczyna przez cały wieczór wyglądała cudownie, suknia podkreślała jej smukłe kształty, a starannie ułożona fryzura i misterny makijaż prezentowały się tak samo jak na początku uroczystości. Świeżo upieczona hrabianka trzymała Giacomazziego za ramię i widząc nadchodzącego Adalberta, uśmiechnęła się.

– Dopilnuj tych niedobitków. – Hrabia machnął dłonią w stronę ostatnich biesiadników. Potem spojrzał na seneszala i mrugnął porozumiewawczo. – My udajemy się na spoczynek. Napij się wina i przygruchaj sobie jakąś pannę, należy ci się. Jutro porozmawiamy na temat nagrody. Myślałem o nadaniu ziemskim, ale przedyskutujemy to rano.

– Dziękuję, hrabio. – Seneszal ukłonił się i powiódł wzrokiem po znikającej na schodach świeżo upieczonej parze młodej.

 

Noc poślubna

 

– Chodź do mnie. – Bachet-Barbier wyszczerzył się szelmowsko i rozłożył ramiona w oczekiwaniu na ukochaną.

Albertina uśmiechnęła się niewinnie i zrzuciła suknię. Hrabia z wrażenia przełknął głośno ślinę. W życiu miał wiele kobiet. Poczynając od pierwszych młodzieńczych, nieporadnych miłosnych prób z Selger i zamkowymi służkami, po trzy poprzednie małżonki, liczne kochanki i nałożnice. Żadna nie wywoływała w nim takich uczuć jak Albertina. Dziewczynę poznał podczas karnawału w Cremlin, była jednak wtedy jeszcze zbyt młoda na zawarcie małżeństwa. Kapłani Wielobóstwa nie daliby mu spokoju, gdyby ją wówczas poślubił. Zaręczyny również wywołały wiele zamieszania, a także doprowadziły do konfliktu z grafem Cambaultem z Montcasson. Wojna zakończyła się sukcesem hrabiego i wcieleniem nowych włości do posiadanych już ziem. Jak tylko Albertina weszła w odpowiedni wiek, Giacomazzi poczynił przygotowania do ślubu.

Na tę chwilę czekał bardzo długo. Widok jej foremnych piersi z niewielkimi, ciemnymi sutkami, płaskiego brzucha, pokrytego kępką jasnych włosów łona i smukłych nóg wzbudził w nim pożądanie. Pragnął porwać ją w ramiona i rzucić na łóżko, wiedział jednak, że miał być jej pierwszym mężczyzną i należało postępować nieśpiesznie.

Hrabia zrzucił z siebie opinający go przez cały wieczór surdut i odetchnął kilka razy. W kroku czuł miły ucisk, a zbliżająca się Albertina tylko potęgowała to uczucie.

– Połóż się, kochana. – Wskazał ogromne łoże zaścielone atłasową pościelą. – Naleję nam wina i zaraz do ciebie dołączę.

– Nie każ mi długo czekać. – Głos miała równie zmysłowy jak ciało. Giacomazzi poczuł kolejny dreszcz podniecenia.

Podszedł do komódki, na której stało kilkanaście butelek najprzedniejszych win. Wybrał Chavignon, półsłodki wyrób okolicznych winnic. Sięgnął po kielichy i zaczął je napełniać.

Wtem wyczuł za sobą jakiś ruch, odwrócił się i machinalnie zasłonił ręką. Pazury rozorały mu przedramię. Trzymana w dłoni butelka rozbiła się, a czerwone wino zmieszało się z cieknącą z rany krwią. Odskoczył i krzyknął zaskoczony. Albertina zmieniała się. Jej nagie ciało pokryły dziesiątki brunatnych, pulsujących wypustek, dłonie przeistoczyły się w zakończone pazurami szpony, a twarz straciła dziewczęce rysy na rzecz zwierzęcych kształtów. Oczy z niebieskich stały się bursztynowe, zęby wydłużyły się, wystając poza usta. Stwór zawarczał i rzucił się na osłupiałego Giacomazziego.

Hrabia cisnął w szarżującą bestię trzymanym w dłoni kielichem i odskoczył w stronę łoża. Potwór zaskowyczał i ponowił atak. Bachet-Barbier sięgnął po zawieszony przy pasie zdobiony sztylet, jednak nie zdołał zacisnąć na nim palców. Rana na przedramieniu pulsowała bólem, krew sączyła się, znacząc podłogę czerwonym śladem.

– Straż! – krzyknął, choć wiedział, że nikt nie pełnił służby pod drzwiami. Nie w noc poślubną.

Zdrową ręką chwycił dzbanek z wodą i rzucił w nacierającego przeciwnika. Starał się chociaż odrobinę zwolnić kolejne ataki, mając nadzieję, że ktoś usłyszy panujące w pomieszczeniu hałasy. 

Cofnął się i porwał sztylet. W lewej dłoni nie leżał zbyt dobrze, jednak lepsza taka ochrona niż żadna. Co to za maszkara, myślał gorączkowo. I gdzie podziała się Albertina?

Stwór najwyraźniej miał dość podchodów, pazury wydłużyły się jeszcze bardziej, twarz pokryła ciemna szczecina, a kły sięgnęły brody. Nie czekając dłużej, runął do ataku. Hrabia uniknął pierwszego ciosu i wyprowadził nieporadną kontrę. Dość szczęśliwie dla Bachet-Barbiera sztylet rozorał brzuch przeciwnika, buchnęła jucha. Giacomazzi postanowił przejąć inicjatywę. Zadał dwa okrężne ciosy, przeciwnik cofnął się rozzłoszczony. Brzuch, ramię oraz tors pokrywały się szkarłatem.

– Czym jesteś? – syknął hrabia, próbując uspokoić oddech.

Stwór ryknął i zaatakował, przewracając mężczyznę. Przetoczyli się po podłodze, uderzając boleśnie w masywną komodę. Bachet-Barbier czuł śmierdzący oddech przeciwnika, jego pokryte sierścią ciało. Nie był jednak ciężki, więc hrabia zrzucił go z siebie, uderzając nogami. Potwór odbił się od łóżka wyraźnie oszołomiony.

Giacomazzi chwycił mocniej sztylet i wyprowadził cios. Stwór sparował go łapą, jednak zachwiał się wyraźnie, odczuwając ból. Hrabia wyprowadził kolejny cios, trafiając w bark. Wyrwał ostrze i zaatakował ponownie. Tym razem uderzył prosto w oczodół. Bestia wydała z siebie bolesny jęk i upadła na mężczyznę, zwalając go z nóg. Przewrócili się na podłogę z łoskotem. Bachet-Barbier uderzył głową w podłoże, przez chwilę był zamroczony. Stwór przygniótł go, hrabia przekręcił ostrze, oczy przeciwnika powoli gasły, z ust kapał gęsty śluz. 

W tym momencie do komnaty wtargnęło kilka osób. Kątem oka Giacomazzi dojrzał Bartheza oraz Riqueta.

– Rychło w czas. – Hrabia stęknął, próbując się podnieść. – Zdejmijcie ze mnie to ścierwo.

 

Wyjaśnienia

 

– Czy ktoś może mi wytłumaczyć, co się, kurwa, wydarzyło? – Giacomazzi Bachet-Barbier jak zwykle, kiedy był wściekły, poczerwieniał na twarzy, chodził wzdłuż komnaty, co jakiś czas popijając z wypełnionego winem kielicha.

– Ciągle badamy ciało. – Gael Mastrobrandi wstał, wyraźnie górował wzrostem nad hrabią, jednak widać było, że czuje przed nim respekt. W chwilach, kiedy gniew władcy sięgał zenitu, lepiej było ważyć słowa. – Według wstępnych oględzin udało mi się ustalić, że to stwór z rodzaju mimików. A konkretnie dicca, żeńska odmiana tych zmiennokształtnych istot. Występuje za Gorzkim Morzem, w Tiraju, Vinegalu oraz na  terenach położonych za Gorącymi Piaskami. Proszę spojrzeć.

Geomanta otworzył pokaźnych gabarytów księgę, na rycinie przedstawiony był stwór łudząco podobny do tego, z którym hrabia niedawno stoczył walkę.

– Skąd to obrzydlistwo się tu wzięło? – Giacomazzi mimowolnie potarł zranioną rękę.

– To staramy się ustalić. – Mastrobrandi zerknął na opatrunek na ciele hrabiego, sięgnął do kieszeni, z której wyjął niewielką fiolkę mętnego płynu i powiedział: – Na pazurach bestii mogła znajdować się toksyna. Wypij to, panie. I radziłbym odstawić wino, po alkoholu rozrzedza się krew, a to może przyspieszyć wchłanianie trucizny.

Bachet-Barbier szybko odstawił kielich i spojrzał na mężczyznę lękliwie. Przyjął fiolkę od geomanty, otworzył ją i powąchał:

– Nie cierpię twoich medykamentów, Gael.

– Ale pomagają.

Hrabia kiwnął głową i dał znak służce, aby przyniosła wody. W tej chwili do pomieszczenia wszedł Riquet. Tym razem nie miał na twarzy maski, a wychodząca dziewka widząc go, podskoczyła mimowolnie. Szpieg uśmiechnął się paskudnie. Wiedział, że jego aparycja powoduje lęk i zdawał się tym radować.

– Hrabio, znaleźliśmy coś wśród rzeczy Albertiny… to znaczy… niedoszłej morderczyni.

– Co takiego?

– Wśród ubrań ukryta była wiadomość. – Riquet wręczył Giacomazziemu niewielki pergamin.

 

Wiedzcie, że ród jeszcze nie wyginął. Odzyskam utracone dziedzictwo.

P.

 

– Nic więcej nie było? – spytał hrabia, czytając kilkukrotnie tajemniczą wiadomość.

– Tylko to, panie. Z tego, co wiemy od rodziny Albertiny, zaginęło również kilka służek podróżujących z nią z Cremlin. Nie widziano również żadnego z żołnierzy wysłanych do eskorty.

– Ciekawe. Zamiast wyjaśnień dostajemy coraz to nowe pytania. – Bachet-Barbier ponownie poczerwieniał, był bliski kolejnego wybuchu gniewu. – A najważniejsze brzmi, co się stało z Albertiną? Czy ktoś może mi na to odpowiedzieć?

– Po wyjeździe z Cremlin, zatrzymała się w monastyrze Armentero. – Po dłuższej chwili ciszy, przerwanej jedynie wejściem służki z dzbanem wody, odpowiedział seneszal Adalbert. – Aby zgodnie z tradycją odbyć w nim tygodniowe nauki pod okiem mniszek.

– Czyli w monastyrze urywa się trop. – Hrabia sięgnął po fiolkę i wychylił jej zawartość jednym haustem. Skrzywił się i szybko popił wodą. – W takim razie będziemy musieli się tam udać. Adalbert, ty zostaniesz i uspokoisz sytuację w mieście. Na razie nikt postronny nie może się dowiedzieć, że Albertina zniknęła. Zbierz grupkę zaufanych żołnierzy, Barthez. Wyruszamy o świcie.

 

Podróż

 

Ścieżka była coraz węższa, stroma i zdradliwa. Konie zostawili u podnóża góry, szli teraz jeden za drugim, dysząc ciężko i uważnie stawiając kroki. Po prawej stronie mieli wysoką, upstrzoną wyżłobieniami i nawisami skałę, a po lewej kamienne zbocze, pełne głębokich rozpadlin oraz rzadko rosnących karłowatych drzew. Padał drobny deszcz, siekając twarze ostrymi jak igły kroplami. Szlak był coraz bardziej mokry i śliski.

– Kurwa – zaklął hrabia. Pośliznął się i na chwilę stracił równowagę, jednak w porę został podtrzymany przez idącego za nim Riqueta. Spod nóg posypały się wilgotne kamienie i kępka mchu.

– Może zatrzymamy się na chwilę – wysapał Mastrobrandi. Był zmęczony, blady i mokry. Zmieszany z potem deszcz błyszczał na jego łysej głowie. – Powinien hrabia odpocząć.

– Idźmy dalej. Im szybciej dotrzemy do tego przeklętego monastyru, tym lepiej.

– Służę na dworze od prawie roku, ale nigdy nie słyszałem o tym miejscu. – Gael zbliżył się do Giacomazziego i kontynuował wędrówkę obok niego.

– Monastyr Armentero istnieje od lat. Wybudowano go w czasach, gdy żył jeszcze dziad mego dziadka. Funkcjonuje na zasadzie matriarchatu, to znaczy żyją i rządzą w nim same kobiety, mężczyźni mają tam wstęp tylko na zaproszenie lub na nauki. Oddają cześć Wielobóstwu, a w szczególności Prababce, a przy okazji stworzyły uniwersytet. Kształcą się tam kobiety z różnych stron świata. Od Wybrzeża Muszli po Jalhay. Poza tym to bardzo dziwne miejsce. – Hrabia konfidencjonalnie ściszył głos. – Od lat w mojej rodzinie jest tradycja, że każdy jej członek musi odbyć tam nauki. Musi to zrobić również każdy, kto chce wejść do rodziny, dlatego przebywała tam Albertina. Jako kilkunastoletni chłopak spędziłem kilka miesięcy za murami monastyru i nie wspominam pobytu zbyt dobrze. Ciągłe modlitwy, wykłady, post. Kiedy udało się podejrzeć w łaźni młodą adeptkę, zobaczyć kawałek cycka czy tyłeczka, to zaraz nie wiedzieć skąd dowiadywała się o tym przeorysza. A karała dotkliwie. – Giacomazzi uśmiechnął się krzywo i dodał: – Mówię ci, Gael, jakby ściany miały uszy.

– Może stosują jakiś rodzaj magii? – zastanowił się geomanta.

– Niewykluczone. To niepokojące miejsce, zawsze, kiedy tam jestem czuję, jakby coś mnie obserwowało. Zresztą kiedyś słyszałem pogłoski, że coś znajduje się w katakumbach pod mona…

Nagle usłyszeli za plecami jakiś hałas. Barthez i Riquet sięgnęli po broń, jednak po chwili rozluźnili uściski, puszczając rękojeści. Na ścieżce ukazał się blady i zziajany Adalbert.

– Co ty tu robisz? – zdziwił się hrabia, odwracając się w stronę nadciągającego seneszala.

– Udało mi się… – Adalbert ledwo łapał oddech. Dyszał ciężko z trudem wyrzucając z siebie kolejne słowa. – Zdobyć… ważne… informacje…

– Spokojnie. – Bachet-Barbier machnął na Bartheza, aby ten podał mu bukłak z wodą. – Masz napij się, odsapnij chwilę i dopiero mów, w czym rzecz.

Seneszal oparł się o skałę i upił kilka łyków. Po chwili na jego twarz wróciły kolory, a oddech uspokoił się.

– Udało mi się zdobyć pewne informacje, którą mogą nam pomóc – powiedział Adlabert.

Widząc na sobie skupione spojrzenia hrabiego, Bartheza, Riqueta i Mastrobrandiego, kontynuował:

– Wczoraj po naradzie postanowiłem poszperać w archiwum i spróbować dowiedzieć się kto mógł stać za tym weselnym zamachem i tajemniczym liścikiem. Prześledziłem drzewa genealogiczne kilku najbliższych sąsiadów oraz wrogów. Szukałem osób, które mogłyby pasować. I znalazłem. – Adalbert zawiesił dramatycznie głos.

– Mówże szybciej! – krzyknął hrabia – Gdybyśmy siedzieli w ciepłej komnacie przy butli Chavignon, mógłbyś bawić się w teatrzyk. Deszcz napierdala, wiatr się wzmaga, a do monastyru jeszcze kawał drogi. Streszczaj się, więc!

– Przepraszam, panie… – Seneszal zająknął się wyraźnie zmieszany i przestraszony. – Już wyjaśniam. Graf Cambault z Montcasson, który rywalizował z hrabią o rękę Albertiny miał brata. Od młodych lat był to hulaka i warchoł. Jako młodzieniec zaciągnął się do kompanii najemników i służył pod dowództwem Horitza Harta podczas Wojen Śledziowych. Po kilku latach wrócił do Montcasson, ale ojciec wydziedziczył go i wygnał z rodzinnych włości. Ostatnia wieść, jaka go dotyczyła była taka, że wsiadł na Wybrzeżu Muszli na statek wypływający do Tiraju. Od tamtej pory ślad po nim zaginął. Nazywał się Pallois.

– To by wiele wyjaśniało. Pochodząca z Tiraju dicca, próbująca mnie zabić w noc poślubną. Podpis na liście. – Giacomazzi pokiwał z zadowoleniem głową i poklepał seneszala po plecach. – Świetnie się spisałeś.

– Jednak nie mówi nam nic o tym, gdzie znajduje się Albertina. – Adalbert przełknął ślinę. – Ani czy żyje.

– Może w monastyrze uda nam się uzyskać jakieś odpowiedzi – wtrącił Riquet.

– Mam, kurwa, nadzieję – warknął hrabia, momentalnie tracąc odzyskany przed sekundą humor.

– Jest coś jeszcze – pospiesznie dodał seneszal. – W okolicach Cremlin oraz na Porajach od kilku tygodni słychać pogłoski o grupie atakującej kupieckie karawany. Świadkowie twierdzą, że są ciemni jak najczarniejsza noc. Jak Tirajczycy.

– Ruszajmy. – Riquet przerwał zapadłą ciszę. – Deszcz się wzmaga, szlak robi się coraz bardziej śliski i niebezpieczny. 

Mężczyźni z mozołem ruszyli w dalszą drogę.

 

Monastyr

 

– Witam, hrabio – powiedziała przeorysza Odile. – Zmężniałeś od czasów, kiedy byłeś u nas po raz ostatni.

Bachet-Barbier przełknął głośno ślinę i tylko kiwnął głową, nie mogąc otrząsnąć się ze zdziwienia. Kobieta, która stała przed nim wyglądała identycznie jak ponad dwadzieścia lat temu, kiedy jako młody chłopak przebywał w monastyrze na naukach. Przybyło jej jedynie kilka pasm siwych włosów i niewielkich zmarszczek w kącikach bystrych, jasnozielonych oczu.

– Witaj. – Giacomazzi zająknął się, kiedy spojrzał na uczepionego jej szyi pasożyta. Larwa ciągle pulsowała, a zgniłozielony kolor rozświetlał się czasami jaśniejszymi rozbłyskami. Nigdy nie mógł pojąć, jak można nosić coś tak obrzydliwego. Każda adeptka, która zdecydowała się zostać w monastyrze, dostawała swojego symbionta. Robak wczepiał się w szyję i wymieniał z żywicielem płyny ustrojowe oraz, według słów przeoryszy, wspomagał przyswajanie wiedzy, koncentrację oraz metabolizm i zdolności regeneracji. Przez co mieszkanki klasztoru były długowieczne, a także zdawały się opierać upływowi czasu.

Zaraza, pomyślał hrabia. Zdobądźmy interesujące nas informacje i opuśćmy te mury jak najprędzej. Nienawidził tego miejsca. Jego mrocznego i zimnego wnętrza oświetlanego jedynie migotliwym blaskiem pochodni. Czuł, że ciarki pokryły całe ciało i wzdrygnął się mimowolnie. Ponadto ciągle miał wrażenie, jakby coś uparcie pragnęło dostać się do jego głowy.

– Nie mam czasu na zbędne konwenanse. – Giacomazzi otrząsnął się i powiedział: – Gościła u was Albertina, moja niedoszła małżonka. Przebywała tu wraz ze swoją służbą. Jednak nigdy nie dotarła do Lezmont. Na jej miejscu pojawiła się dicca, zmiennokształtny tirajski stwór, który chciał mnie zgładzić. Nie zauważyłaś nic niepokojącego? Nic się u was nie wydarzyło? Albertina nie zachowywała się dziwnie?

– Niedoszła małżonka? – Odile nie mogła ukryć szyderczego uśmiechu. Symbiont poruszył się, zmieniając odrobinę pozycję. Kobieta czule dotknęła go jakby uspokajającym gestem. – Wybacz, hrabio, ale wieści o tym, co dzieje się na dworze, do nas nie docierają. Co do Albertiny, to owszem była tu. Gościłyśmy ją przez tydzień wraz ze służbą. Przez okres swego pobytu zdążyli pokaźnie uszczuplić nasze zapasy żywności. Dziewczyna zachowywała się jak przystało na niewiastę w jej wieku. To znaczy nie interesowała się pobieraniem nauk, traktowała wszystkich z wyższością i narzekała na warunki w jakich musiała mieszkać. Sam dobrze wiesz, że nasze komnaty nie niosą ze sobą wygód do jakich przyzwyczajone są szlacheckie dzieci. Czy satysfakcjonuje cię ta odpowiedź?

– W zupełności – syknął Giacomazzi i zaklął w duchu. Trafili w ślepą uliczkę, niczego się nie dowiedzieli, a stracili tylko cenny czas.

– Może ktoś z zewnątrz ją odwiedzał? – spytał Mastrobrandi. – Spotykała się z kimś podczas pobytu?

– Przebywała tylko ze swoją służbą. – Głos Odile był zimny jak ściany monastyru. – Która zresztą nie była zbyt liczna. Kilka dworek oraz trzech drabów. Jeden z nich ciągle tu jest. Próbował dobierać się do pewnej adeptki i teraz znajduje się w celi w podziemiach. 

– Zaprowadź nas do niego – rzekł szybko hrabia. Zapaliła się w nim iskierka nadziei. – Musimy z nim porozmawiać. 

 

Katakumby

 

Powietrze w podziemiach była wilgotne, cuchnące i zatęchłe. Wszędzie panował mdlący, rybi zaduch, atakując nozdrza i osiadając na języku. Dodatkowo katakumby zdawały się oddychać, jakby w ich wnętrzu znajdowało się olbrzymie stworzenie okalające swym cielskiem monastyr i całą górę, na której był położony. Hrabiemu kilka razy zdawało się, że słyszy odległe odgłosy, plusk wody i przedziwne skrzypienie, jakby coś napierało na pokryte mchem ściany. Zraniona ręka odezwała się tępym, pulsującym bólem.

– Jesteśmy na miejscu. – Odile stanęła przed niewielką celą. Za kratami widać było skuloną ludzką sylwetkę. Z wnętrza cuchnęło potem, ekskrementami i strachem. – Nie patrzcie na mnie takim wzrokiem. Ten człowiek przewinił i musi ponieść konsekwencje. Kiedy go znaleźliśmy gwałcił jedną z naszych adeptek. A dziewczyna ma dopiero dwanaście lat. 

Giacomazzi kiwnął głową, podszedł do kraty i powiedział władczym głosem:

– Hej, człowieku! Pokaż się! Muszę ci zadać kilka pytań! 

Więzień jednak nie reagował, wydawał z siebie jedynie ciche posapywanie i jeszcze bardziej skulił się w kącie celi.

– Może go stamtąd wyciągnę? – ochoczo odezwał się Barthez.

– Hej, podejdź tu albo każę cię wychłostać! – ryknął hrabia, a echo jego głosu poniosło się po podziemiach. 

Mężczyzna coś zamamrotał, ale zbliżył się do krat. Riquet oświetlił wnętrze celi, a Giacomazzi zaklął szpetnie i zakasłał.

Więzień był nagi, brudny i zarośnięty. Jedną ręką grzebał sobie w uchu, a drugą trzymał na nabrzmiałym przyrodzeniu jakby zawstydzony, że został na czymś przyłapany. 

– Czy masz jakieś informacje na temat baronówny Albertiny? – dopytywał Mastrobrandi, decydując się podejść bliżej celi. – Ktoś się z nią spotykał podczas podróży? Wysyłał wiadomości? 

Mężczyzna burknął coś pod nosem i rozglądał się trwożliwie, wodząc wzrokiem od jednej twarzy do drugiej. 

– Gadajże albo nigdy stąd nie wyjdziesz! – Bachet-Barbier uderzył pięścią w kraty, aż zadudniło. Więzień skulił się i uciekł w głąb celi. – Kurwa mać, co za dzikus! Długo tu siedzi?

– Około dwóch tygodni – odpowiedziała Odile, do tej pory w milczeniu przypatrująca się sytuacji. 

– Oszalał w tych podziemiach! Zresztą wcale mu się nie dziwię! – Hrabia machnął ręką w kierunku podwładnych. – Wracamy, niczego się tu nie dowiemy. 

– Poczekaj, panie. – Mastrobrandi odwrócił się i dokończył: – Może uda mi się coś z niego wyciągnąć.

Geomanta chwycił za kraty i zaczął coś szeptać w nieznanym języku. Podłoga celi zdawała się rozjaśniać, wnętrze stawało się czystsze i jakby przytulniejsze. Więzień krzyknął przestraszony, lecz po chwili uspokoił się i zaczął spoglądać przytomniejszym wzrokiem. 

– Powiedz nam, co wiesz o Albertinie? – szepnął Gael. – Czy miała spotkać się z kimś na szlaku?

Mężczyzna z trudem dobywał z siebie słowa, jakby zapomniał, do czego służy język.

– Nikt… jej… nie… niepokoił… – wydukał w końcu. – Miała… jechać… prosto… do… hrabiego…

Mastrobrandi spojrzał w stronę Giacomazziego i wzruszył ramionami. 

– Moim zdaniem mówi prawdę. 

Bachet-Barbier zaklął pod nosem i powiedział:

– Nic tu po nas. Musimy znaleźć inny sposób, żeby odnaleźć Albertinę.

– Zabierzcie mnie stąd… – odezwał się odrobinę głośniej więzień. – Tu coś żyje… wychodzi z ciemności…

– Wyciągamy go? – spytał milczący dotychczas Adalbert.

– Niech gnije, ścierwo. – Hrabia splunął w stronę celi. – Gdyby dopuścił się gwałtu na dziewczynce w Lezmont, kazałbym go wykastrować, a następnie łamać kołem.

 

Poszukiwania

 

Wszyscy poczuli się o wiele lepiej, kiedy opuścili mury monastyru. Odile próbowała podjąć gości posiłkiem, właśnie nadchodziła pora obiadowa, jednak spotkała się z odmową.

– Nienawidzę tego miejsca – powiedział Giacomazzi, kiedy schodzili z góry.

– Jest w nim coś fascynującego. – Gael Mastrobrandi był ciągle podekscytowany wizytą w Armentero. – Jak tylko odnajdziemy Albertinę, chciałbym wybrać się tam na jakiś czas.

– Możesz spędzić tam nawet cały rok – prychnął hrabia. – Obyśmy znaleźli ją całą i zdrową.

Deszcz przestał padać, jednak szlak nadal był śliski i musieli stąpać z ostrożnością. Adalbert w pewnej chwili pośliznął się i upadł, szorując na plecach kilka metrów. Na szczęście szybko dopadł do niego Riquet i chwycił, nim nieszczęśnik runął w przepaść. Poobijany seneszal zaczął kuśtykać, skarżąc się na ból w plecach i nodze. 

U podnóża góry czekały konie oraz kilkunastu żołnierzy. Nikt nie chciał zapytać hrabiego, dokąd mają się udać w celu dalszych poszukiwań, więc bez słowa ruszyli traktem w stronę Lezmont.

Południe już dawno minęło, wiatr rozwiał deszczowe chmury i pokazało się słońce. Zrobiło się o wiele cieplej, a żołnierze mogli zdjąć przemoczone wcześniej płaszcze. Pogoda nikomu jednak nie polepszyła humoru. Adalbert pojękiwał cicho na nierównościach, próbując rozmasować bolące kolano. Barthez przewodził pochodowi, rozglądając się bacznie dokoła. Riquet i Mastrobrandi trzymali się z tyłu, rozmawiając o czymś ściszonymi głosami. Bachet-Barbier jechał na wierzchowcu wpatrzony w jego jasną grzywę. Był zamyślony i mrukliwy, a to nie zapowiadało nic dobrego. Kiedy hrabia był zdenerwowany, wiedzieli o tym wszyscy na dworze. Wydzierał się, ciskał, rzucał różnymi przedmiotami, straszył torturami i publiczną chłostą. Teraz natomiast milczał, a to niepokoiło jego towarzyszy jeszcze bardziej. 

Zbliżyli się do rozwidlenia dróg. Brukowany trakt prowadzący do Lezmont łączył się z innymi skierowanymi w kilka stron hrabstwa. W porównaniu z głównym gościńcem były wąskie i zarośnięte, wyglądały na rzadko uczęszczane. Gael Mastrobrani krzyknął, żeby się zatrzymali, podjechał do Giacomazziego i spytał:

– Czy jest inna droga prowadząca z monastyru do Lezmont?

Hrabia spojrzał na niego i przez chwilę się nie odzywał. Miał szkliste, jakby nieobecne oczy. 

– Można… – odchrząknął. – Można jeszcze jechać przez Wyboje. Ale tamten trakt jest wąski, nawet wozem nie przejedzie. Zresztą tam nic nie ma. Same wykroty, wąwozy, lasy. Może ze dwie wioski głęboko w głuszy. Czemu pytasz?

– Myślę, że warto sprawdzić tę drogę. Może Albertina pojechała właśnie tamtędy. 

– Niby po co? – Hrabia znowu się ożywił. W oczach pojawiła się dawna złość. – Przecież tłumaczę ci, że tam nic nie ma. Psy dupami szczekają!

– Ktoś mógł ją tam zwabić. Z dala od głównego gościńca.

Bachet-Barbier spojrzał na geomantę, kiwnął głową i powiedział:

– Jedziemy.

 

Wioska

 

Z daleka dało się wyczuć woń spalenizny.

Jechali kilka godzin, nie natrafiając na nic godnego uwagi. Droga, o ile można było tak nazwać tę wąską, porośniętą zielskiem ścieżkę, meandrowała wśród borów i pagórków. Koń dosiadany przez jednego z żołnierzy złamał nogę na wykrocie, musieli go zostawić w pobliskim parowie. Barthez skrócił cierpienia zwierzęcia szybkim sztychem. Kiedy tracili już nadzieję, że znajdą tu cokolwiek innego od kolejnej brzeziny, poczuli dym.

A później zobaczyli dogasające zgliszcza wioski. A raczej niewielkiego, liczącego kilka domów sioła skrytego wśród lasów. 

– Uważajcie. – Barthez zsiadł z konia i rozejrzał się czujnie. – Ten, kto to zrobił, może ciągle być w pobliżu.

Oddział ostrożnie zbliżył się do płonących domostw. Jednak nigdzie nie widać było znaków życia.

Za to wiele śmierci.

Tuż przy studni, stanowiącej centralny punkt sioła, leżała rozkrzyżowana, naga dziewczyna. Musiała być dość młoda, zaledwie kilkunastoletnia. Miała zmiażdżoną twarz. Jej piersi, szyję, uda i łono pełne było siniaków i krwiaków. Obok, przywiązany do pala wisiał starszy, wybebeszony mężczyzna. Wokół kupki wnętrzności latała chmara bzyczących szaleńczo much. Kilka stóp dalej leżało dziecko, chłopczyk, z rozłupaną głową. W jednej z chałup znaleźli zwęglone szczątki kilkuosobowej rodziny. 

– Gael! – ryknął Bachet-Barbier. W jego oczach gorzał gniew, widok pomordowanych poddanych wyraźnie nim wstrząsnął. Tym bardziej na terenach położonych w niewielkiej odległości od Lezmont. – Jesteś geomantą, do licha. Potrafisz czarować, wróżyć, czytać z ziemi, a tu wszystko zryte kopytami. Poszukaj śladów! Musimy się dowiedzieć, kto był sprawcą tej rzezi. Riquet, pomóż mu!

– Tak jest, hrabio.

– Barthez! Weź ludzi i pogrzebcie zmarłych – zakomenderował Giacomazzi i zsiadł z konia. Syknął z bólu, który odezwał się w zranionej podczas nocy poślubnej ręce. 

Żołnierze rozbiegli się po wiosce, a hrabia przysiadł na niewielkim pniu. Był zmęczony, wydarzenia ostatnich kilku dniu wyraźnie dały mu się we znaki. Ach, cóż bym dał teraz za dzban zimnego Chavignon, pomyślał. 

– Kto mógł dopuścić się tak okrutnych czynów? – spytał zbliżając się Adalbert. Seneszal był blady, nie przywykł do widoku śmierci. A już na pewno nie tak bestialskiej. 

– Mam wrażenie, że to wszystko – Giacomazzi wskazał zrujnowaną wioskę – w jakiś sposób łączy się z porwaniem Albertiny. Ktoś najwyraźniej chce mi zaleźć za skórę. Ale nie puszczę tego płazem.

– Oczywiście, hrabio. Złapiemy i ukarzemy winowajców. 

Bachet-Barbier kiwnął głową. Czuł coraz większą senność, więc zamknął na chwilę oczy. A kiedy je otworzył, ujrzał stojącego nad nim Mastrobrandiego.

– Znaleźliśmy trop – powiedział geomanta.

 

Rekonesans

 

– To Tirajczycy – szepnął Riquet przedzierając się przez zarośla. 

Ślady odnalezione przez Gaela prowadziły do jednego z licznych w okolicy parowów. Kluczyli wśród ostępów przez kilka mil, aż w końcu o mało nie wpakowali się na stojącego na czatach zwiadowcę. Jednak szpieg zdołał go unieszkodliwić, a następnie samotnie podkradł się pobliże obozu. 

– Stacjonują w jaskini położonej na końcu wąwozu – opowiadał Riquet. – Widziałem ledwie kilku, jednak w środku może być ich o wiele więcej. Nie znam dokładnej liczebności. 

– Mamy ich – ucieszył się hrabia.

– Wdarcie się tam nie będzie łatwe. – Szpieg wyraził wątpliwości. – Są dobrze uzbrojeni. Włócznie, niespotykane u nas zakrzywione jednosieczne miecze. Mogą mieć ze sobą również maga. 

– Musimy zastosować jakiś fortel. – Giacomazzi złapał się za zranioną rękę i skrzywił z bólu. – Wykorzystać przewagę zaskoczenia.

– Mam pewien pomysł – rzekł milczący do tej pory Adalbert.

 

Zasadzka

 

– Czekać na sygnał. – Przyczajony za pniem powalonego dębu hrabia dał znak swoim ludziom. 

Plan Adalberta opierał się na dwóch kwestiach. Rozdzieleniu sił przeciwnika oraz wywabieniu ich z jaskini. Barthez i Riquet wraz z kilkoma żołnierzami okrążyli parów i idąc gęstą knieją mieli zbliżyć się do obozu od zachodu. Powinni przy tym narobić jak najwięcej hałasu, aby zasygnalizować Tirajczykom swoją obecność. Podczas gdy część sił ruszy, aby sprawdzić i zlikwidować niebezpieczeństwo, reszta zostanie w jaskini. 

Trzeba przyznać, że Barthez zrobił wszystko, aby zwrócić na siebie uwagę. Nad lasem huknęła pieśń sławiąca urodę jalhajskich kurtyzan. Ptaki zerwały się z drzew, a gdzieś w oddali zawył buchacz. 

Tirajczycy wyglądali na zaskoczonych. Nawoływali się w przedziwnym, szczebioczącym języku. Z jaskini wybiegło kilku, którzy dołączyli do tych stojących na zewnątrz. Hrabia pierwszy raz w życiu widział przedstawicieli tego narodu. Wszyscy mieli krótko obcięte włosy, zamiast zbroi nosili futra cętkowanych zwierząt. A ich skóra miała ciemny, hebanowy kolor. Byli umięśnieni i wysocy, rzut oka wystarczył by stwierdzić, że bitka to dla nich nie pierwszyzna i muszą być dobrymi wojownikami. Przez chwilę Giacomazziego naszły wątpliwości, czy na pewno uda się wyjść cało z tej potyczki. Zwyciężymy, pomyślał w końcu, odbijemy Albertinę i przegonimy stąd ten plugawy naród. 

Grupa Tirajczyków ruszyła w kierunku źródła hałasu. Bachet-Barbier dał znak i kilku żołnierzy podążyło ich śladem. Pierwsza część planu została wykonana. 

Do hrabiego zbliżył się Gael Mastrobrandi. Obręcz zdobiąca jego głowę zdawała się wirować i krzesać iskry, a sam geomanta miał skupiony i nieobecny wyraz twarzy. 

– Szykować łuki – szepnął hrabia, chwytając za rękojeść miecza. Dłoń ciągle bolała, a chwyt nie był zbyt silny. 

Drugi punkt planu był o wiele trudniejszy. Zakładał bowiem, że Mastrobrandi użyje magii, aby wywołać w jaskini niewielkie wstrząsy. Na tyle małe, żeby jej nie zawalić, jednak na tyle niepokojące, aby wywabić resztę przeciwników na zewnątrz. 

Geomanta klęknął i dotknął dłonią ziemi. Szeptał pod nosem formuły i zaklęcia, a powietrze wokół niego zdawało się gęstnieć i wibrować. Czuć było dziwny, nieokreślony zapach oznaczający, że ktoś właśnie używa magii. 

Na początku nic się nie działo. Gael ciągle szeptał, obręcz na jego głowie wirowała coraz szybciej. Dopiero po jakimś czasie usłyszeli hałas. Coś jakby tąpnięcie, gdzieś w głębi ziemi. Wąwóz zadrżał, wywołując lekkie zawroty głowy i mdłości. Geomanta oderwał dłoń od podłoża i jęknął wyraźnie zmęczony:

– Powinno wystarczyć. 

Miał rację. Po paru chwilach z jaskini wyszło kilka kaszlących i dławiących się postaci. Trzech wyraźnie przestraszonych Tirajczyków, a także równie wysoki jasnoskóry mężczyzna, wlekący za rękę opierającą się kobietę. 

– Albertina! – krzyknął hrabia i wychylił się zza swojej osłony.

Żołnierze zwolnili cięciwy, trafiając dwóch Tirajczyków. Ich bezwładne ciała zwaliły się na ziemię. Trzeci oberwał w ramię, ale rana zdawała się nie robić na nim wrażenia. Chwycił za zakrzywiony miecz i próbował skryć się we wnętrzu jaskini. Przeszyły go dwie kolejne strzały i rosły wojownik upadł z bolesnym rykiem. 

– Brać go żywego! – Giacomazzi wskazał na szamoczącego się z Albertiną wroga. 

– Stójcie albo ta piękność będzie miała najszerszy uśmiech po tej stronie Czernicy – powiedział mężczyzna, przykładając jej nóż do gardła. 

Hrabia wstrzymał swoich żołnierzy jednak sam zbliżał się powoli. Spojrzał na Albertinę. Dziewczyna była przerażona, ale gdy spostrzegła Giacomazziego, coś błysnęło w jej oku. 

– Więc to ty jesteś Pallois – powiedział hrabia, stawiając kolejne kroki. – Brat Cambaulta z Montcasson.

– Widzę, że nie próżnowałeś. – Mężczyzna uśmiechnął się szyderczo. – Nie spodziewałem się po tobie takiej bystrości. Ale skoro udało ci się zabić diccę, to nie jesteś jednak takim idiotą, za jakiego cię uważałem. 

Z oddali dało się słyszeć odgłosy walki. Najwyraźniej oddział Bartheza starł się z Tirajczykami. 

– Każ swoim ludziom się cofnąć. – Pallois naciął delikatnie skórę na szyi dziewczyny. Niewielka strużka krwi spłynęła w stronę jej biustu. – I rzuć miecz. 

Giacomazzi cisnął ostrzem pod nogi mężczyzny i odwrócił się w stronę żołnierzy. Dał im znak, aby dołączyli do Bartheza i rozprawili się z resztą przeciwników. W miejscu, gdzie niedawno sam się krył, obok powalonego pnia dębu, dostrzegł Mastrobrandiego. Geomanta mrugnął do niego i schował się przez wzrokiem Palloisa. 

Kiedy żołnierze zniknęli w lesie, Bachet-Barbier ponownie odwrócił się w stronę mężczyzny. 

– Wiesz, że nie masz żadnych szans – powiedział podchodząc krok bliżej. – Moi ludzie właśnie dorzynają resztki twoich Tirajczyków. Zostałeś sam. 

Pallois cofnął się w stronę jaskini, jego oczy płonęły gniewem.

– Po co wróciłeś? – spytał hrabia. – Lata temu cię wydziedziczyli. Nie masz żadnych praw do Montcasson. 

– Krew nie woda. – Mężczyzna chwycił Albertinę za pierś i ścisnął mocno, aż dziewczyna jęknęła boleśnie. – A rodzina to rodzina, choć nie zawsze się nam układało. Nauczyłem się tego właśnie w Tiraju.

– Doprawdy?

– Życie w tym kraju jest bardzo proste. Obowiązuje tam starotirajskie prawo odwetu. Wszystkie krzywdy, które ktoś wyrządził tobie lub twojej rodzinie, ty możesz odpłacić właśnie jemu. I jego bliskim. – Pallois spojrzał na skamieniałą ze strachu Albertinę. – Dlatego wróciłem. Zemścić się. Za śmierć brata i zawłaszczenie należnych mi ziem. 

– Starotirajskie prawo odwetu – rzekł szyderczo Giacomazzi. – Faktycznie honorowy z ciebie człowiek. Ludzie, których zabiłeś w wiosce, też zamordowali ci kogoś z rodziny?

– To przestroga dla twoich poddanych… – Pallois nie zdążył dokończyć. Niewielkich rozmiarów kamień uderzył go prosto w czoło. Mężczyzna runął do tyłu, upadając na plecy. Sztylet wypadł mu z dłoni, a więziona dziewczyna odskoczyła na bezpieczną odległość.

– Celny rzut. – Hrabia uśmiechnął się machając w stronę Mastrobrandiego. Nad głową geomanty unosiło się kilkanaście różnych rozmiarów kamieni. 

Bachet-Barbier podniósł rzucony wcześniej miecz i podszedł do gramolącego się na nogi przeciwnika. Z szerokiego rozcięcia na czole mężczyzny sączyła się gęsta, brunatna krew, zalewając oczy i usta. 

– Na co czekasz, zabij mnie. – Pallois hardo patrzył na hrabiego. W jego oczach nie było strachu. 

– Wbrew temu, co myślisz, bardzo cenię sobie honorowych ludzi. Podziwiam twój upór w zemście jakiej chciałeś dokonać. – Hrabia mimowolnie chwycił się za rękę zranioną podczas walki z diccą. – Mógłbym odtransportować cię do portu w Lagenkatt i wsadzić na pierwszy okręt odpływający do Tiraju. Ale ty też zraniłeś mój honor, bestialsko mordując mieszkańców wioski. Dlatego zaraz każę cię związać i zaprowadzić na postronku do Lezmont. Sprowadzę najlepszych katów świata i dam im wolną rękę w wyborze tortur. Stracę cię na głównym placu!

– Nie przestraszysz mnie takim gadaniem. Znajdę sposób, aby…

Pallois zacharczał. Albertina stanęła nad nim i wbiła sztylet w pierś. 

– Ty skurwysynu! To za to, co zrobiliście Alexandrine.

Dźgnęła go po raz kolejny.

– Noemie…

Sztylet zagłębił się w ciało z głośnym mlaśnięciem.

– Joelle…

Giacomazzi podbiegł do dziewczyny i powstrzymał ją przed zadaniem następnego ciosu. Albertina upuściła zakrwawioną klingę i łkała cicho wtulona w pierś hrabiego. 

– Spokojnie, kochanie – mówił uspokajającym głosem. – Już po wszystkim.

– Oni je zabili – łkała dziewczyna. – Wszystkie służki, które znałam od dziecka. Zgwałcili, a potem pomordowali.

Z lasu wyszedł Gael Mastrobrandi i skryty dotąd w bezpiecznym miejscu Adalbert. Seneszal w czasie walki tylko by zawadzał, więc wolał ją przeczekać, nie narażając na szwank całego planu. Po chwili przed jaskinią pojawili się również żołnierze, którzy starli się z Tirajczykami. Na dwóch wierzchowcach przywieźli ciała poległych towarzyszy. 

– Barthez nie żyje, hrabio. – Maska Riqueta była zakrwawiona, podobnie jak jego ubranie. – Dorwaliśmy wszystkich, żaden nie uszedł z życiem. 

Bachet-Barbier kiwnął głową i mocniej przytulił wciąż płaczącą Albertinę. 

– Adalbert! – krzyknął po chwili w stronę seneszala. – Ruszaj jak najszybciej do Lezmont. Trzeba rozpocząć przygotowania do wesela.

Koniec

Komentarze

Bardzo fajna historia. Rządzi przede wszystkim fabuła – prawie cały czas coś się dzieje.

Nie ma może jakichś superoryginalnych pomysłów i rozwiązań, ale ładnie splatasz dotychczasowe elementy.

Imiona i nazwiska zacne. Widać, że to stare rody. ;-)

Wykonanie niezłe, ale w kilku miejscach zgrzyta interpunkcja, raz problemik z pisownią łączną/ rozdzielną.

Powodzenia w konkursie.

 

Edytka: Tak mi się zaczęło zastanawiać przy tytule: czy tirówki pochodzą z Tiraju? ;-)

Babska logika rządzi!

Zacznę smutno. W pierwszej części opowiadania populacja przecinków tragicznie wymarła. Nie wypiszę wszystkich braków, a tak z przekory, żeby skłonić Autora do ponownego prześledzenia tekstu.

 

"Większość miała podobnie znudzoną minę wywołaną przedłużającym się spotkaniem." -> Przecinek między złożonymi.

 

"Geomanta w niczym nie przypominał tego człowieka, który przybył na dwór przed rokiem ubrany jedynie w zniszczoną koszulę i lniane spodnie." – Przecinek między "rokiem" a "ubrany".

 

"Z miny Riqueta niewiele można było wyczytać ponieważ przysłaniała ją maska." – Przecinek przed ponieważ. Z mojego punktu widzenia lepiej zupełnie zlikwidować "ponieważ" i stworzyć z tego dwa osobne zdania.

 

"Od lat na dworze krążyły słuchy, wielokrotnie potwierdzone chociaż świadkowie woleli się nie ujawniać…" – Zwolnij, bo popędziłeś :d Albo to rozbij, albo zmień szyk.

 

"Mimo oberwanego ucha, rozbitego łuku brwiowego i utraty kilku zębów wydawał się zadowolony." – Wydawał się być zadowolony lub wyglądał na zadowolonego.

 

"(…)zapragnął skosztować wdzięków pewnej druhny." – Skosztować to najwyżej ciasto mógł. Wdziękami można się zachwycać, można je podziwiać, napawać się nimi, itp.

 

"Streszczaj się, więc!" – "Więc" niepotrzebne.

 

"Ostatnia wieść, jaka go dotyczyła…" – Wieść dotycza? Nie pasuje. Może opowiada, opisuje?

 

"-Ktoś mógł ją tam zwabić." – Zjadło spację po myślniku.

 

"Barthez skrócił cierpienia zwierzęcia szybkich sztychem." – Sztychem czego?

 

"Giacomazzi wskazał zrujnowaną wioskę. – w jakiś sposób łączy się z porwaniem Albertiny." – Wielka litera znikła.

 

"Nie znam dokładnej liczebności." – Wg PWN "liczebność" to "liczba osobników danego gatunku (populacji) zasiedlających pewien obszar", więc bardziej pasowałoby "liczby".

 

"– Mamy ich. – Ucieszył się hrabia." -> "Mamy ich – ucieszył się hrabia."

 

"Powinni przy tym narobić jak najwięcej hałasu, aby zasygnalizować Tirajczykom swoją obecność. Podczas gdy część sił ruszy, aby sprawdzić i zlikwidować niebezpieczeństwo, reszta zostanie w jaskini. " – "Aby" dwa razy pod rząd.

 

"Trzeba przyznać, że Barthez zrobił wszystko aby zwrócić na siebie uwagę." – "Aby" trzeci raz pod rząd! I to w dodatku bez przecinka. Brakuje tylko melodii z Archiwum X :d

 

"Wąwóz zadrżał, wywołując lekkie zawroty głowy i mdłości." – Komu wywoływał te mdłości?

 

"Niewielka strużka krwi spłynęła w stronę jej biustu." – Obawiam się, że nie miała wyboru, żeby spłynąć dokądkolwiek indziej.

 

"dożynają resztki" – Sam przyznaj, że to nie brzmi najsensowniej.

 

"Z szerokiego rozcięcia na czole mężczyzny sączyła się gęsta, brunatna krew, zalewając oczy i usta." – Krew z głowy raczej nie powinna być gęsta, poza tym gęściejsza krew to objaw zaropiałych ran, a więc starszych.

 

"Podziwiam twój upór w zemście jakiej chciałeś dokonać." – Szyk coś nie odpowiedni. Może po prostu: "Podziwiam twój upór."

 

^ Raz jeszcze, radzę zrobić to, czego nikomu się nigdy nie chce, a więc przysiąść i wyłapać wszystkie brakujące przecinki oraz wydziwione szyki zdania.

______________________________________________________________________________

 

Zastanowiło mnie prawdopodobieństwo dwóch opisanych przez Ciebie wydarzeń, a więc:

 

– Nikt nie zauważył dymu pożarów, nikt nie słyszał krzyków konających? Masakra całej wioski musiała przecież trochę trwać. Jak to możliwe, żeby podczas chaosu nikt nie zdołał się uratować i donieść na najeźdźców? Rozumiem, że jest to zabieg fabularny, niezbędny do maksymalnego oczernienia antagonistów, ale nieprzepadam, jak coś się dzieje tylko po to, żeby się dziać.

 

– Jak można "wpakować się" na zwiadowcę? Zwiadowcy z reguły są niezauważalni. Jeśli nie jest to błąd, to należałoby to wyjaśnić. Zwykłe dopowiedzenie, że zwiadowca był pijany by w zupełności wystarczyło. Albo był skończonym kretynem, który szukał czterolistej koniczyny zamiast robić, co do niego należało.

 

Makabryzm nieco przesadzony (gwałt na dziecku konieczny?), jakbyś chciał na siłę wprowadzić elementy grozy. Powiem szczerze, że dzielenie opowiadania na osobne fragmenty mnie zmęczyło. Nadało całości dziwnie nijakiego charakteru, bohaterowie idą tu, robią to, potem idą tam, robią tamto. Momentami miotasz się ze stylem, chwilowo jest on komediowy, później znowu poważny, co szkodzi opowiadaniu. Czytając, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że czytam coś osadzonego w świecie Wiedźminlandu, to pewnie przez te losowe "kurwy" i "zarazy". To akurat na plus.

 

Dla rozluźnienia atmosfery dodam, że przez bite dwie minuty zastanawiałam się, czym jest "parów". W moim świecie było to parów ludziów, może małżonków. Och, źle ze mną.

 

Podsumowując, napisane po prostu poprawnie. Jeśli mogę coś doradzić, to na tak (stosunkowo) krótkie opowiadanie przydałoby się ograniczyć liczbę bohaterów i miejsc akcji. Tych pierwszych jest za dużo, żeby zdążyć się z nimi zapoznać, a te drugie tworzą taką odcinkową mapkę do celu, jak w platformówce. Postąpić tak albo pisać dłuższe opowiadania. :d 

 

To tyle ode mnie. Prawdopodobnie za dużo, ale jestem zdania, że szczera opinia zawsze pożyteczna. Serdecznie pozdrawiam!

Finklo, dzięki za przeczytanie :) 

Interpunkcja to moja pięta achillesowa, tego już chyba nie uda mi się wyeliminować.

Żongler, również dzięki za przeczytanie :)

Co do dwóch wspomnianych zdarzeń już spieszę z wyjaśnieniem. Wioska znajdowała się na uboczu, w lasach, z dala od większych szlaków i ludzkich skupisk (jest to wspomniane w tekście) stąd brak jakiejkolwiek reakcji na odbywającą się tam masakrę.

Co do zwiadowcy. Cóż trafił na lepszego od siebie.

Podzielenie na fragmenty było celowe i moim zdaniem wprowadza w opowiadanie pewien rytm, w którym następują kolejne wydarzenia. Odnośnie stylu to taki już mam, lubię poważniejsze fragmenty przeplatać z bardziej rozrywkowymi. Trzeba zapewnić czytelnikowi pełną gamę wrażeń :)

"Większość miała podobnie znudzoną minę wywołaną przedłużającym się spotkaniem." -> Przecinek między złożonymi.

Ale, IMO, to nie jest zdanie złożone.

A “parów” to jeszcze może być dopełniacz liczby mnogiej od słowa “par”. ;-)

Babska logika rządzi!

belhaju, tak łatwo się nie dam :d Wioska może i na uboczu leży, ale dym widać z bardzo daleka, szczególnie bijący z wielu źródeł. Obroniłby się argument, że wioska leżała daleko od wszystkiego, więc ewentualnej pomocy trochę zeszło, zanim dotarła. A stylu się trzymaj, po prostu mocniej. :D Bo mogło być porządniej.

 

Finklo, co do zdania, to tylko moje odczucia.

 

A “parów” to jeszcze może być dopełniacz liczby mnogiej od słowa “par”. ;-)

 

Albo parówy, parówki-osiłki, siejące popłoch wśród normalnych chudych parówek…

A może w dniu napadu na wioskę panowała mgła?

Babska logika rządzi!

Zawsze może być lepiej, odnośnie stylu, fabuły, bohaterów etc. Ciągle nad tym pracuję.

A parów może być również tym czym jest w tekście czyli: rodzajem doliny o stromych zboczach :)

 

Edit: Ależ się czepiacie :) Przecież właśnie grupa bohaterów opowiadania dotarła do wioski, przecież wyraźnie piszę, że wyczuli dym i tak trafili w to miejsce. Niestety na pomoc było już za późno.

Dobra, odczepiam się :) Po części z powodu tego, że mordy i gwałty zostały pomszczone, a bohaterowie pochowali wszystkich. Inaczej za każdą “ot tak” odebraną duszę zginąłby mały jednorożec, a to już byłoby bestialstwo.

Oj, tak. Mordowanie jednorożców jest niedopuszczalne :)

Bo wycięcie całej wioski to konieczność. ;-)

Babska logika rządzi!

No niestety, czarny charakter powyższej opowieści musiał mieć krew na rękach.

Tekst w stylu belhaja, co jest zaletą, bo autor dopracował się już własnego, łatwo rozpoznawalnego stylu narracji, przynajmniej w opowiadaniach tej konwencji. Ciekawy, niby początek z lekka taki, jak w “Kuchennych rewolucjach”, ale potem coś się jednak zmienia,, i opowieść wciąga. 

Narracja poprowadzona sprawnie, a opis świata klimatyczny i przekonywujący. Dobrze to zostało zrobione. 

Więcej niż dobre opowiadanie, pokazujące dużą sprawność pisania. No i oczywiście klikam bibliotekę.

Pozdrawiam.

Roger, dzięki za odwiedziny, komentarz i klika :)

Początkowo chciałem wykorzystać wspomniane przez Ciebie Kuchenne rewolucje w tym konkursie, jednak jury zarządziło, że tekst musi być premierowy. I dobrze się stało, bo uważam, że powyższy tekst jest o wiele lepszy, bardziej dopracowany i przemyślany. A do tego umożliwił mi rozwinięcie uniwersum.

Tekst jest rzeczywiście przemyślany. Widać, że autor wie, do czego dąży i jakich efektów potrzebuje, żeby ten cel osiągnąć.

Roger ma rację – mnie też się wydaje, że belhajowy styl daje się już rozpoznać. Jak dla mnie to też plus. 

Wracając do opowiadania – jest sprytna intryga, jest motyw wesela i na końcu tryumfuje sprawiedliwość – jak dla mnie wszystko, co opowieść fantasy powinna posiadać.

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Tekst jest rzeczywiście przemyślany. Widać, że autor wie, do czego dąży i jakich efektów potrzebuje, żeby ten cel osiągnąć.

Roger ma rację – mnie też się wydaje, że belhajowy styl daje się już rozpoznać. Jak dla mnie to też plus. 

Wracając do opowiadania – jest sprytna intryga, jest motyw wesela i na końcu tryumfuje sprawiedliwość – jak dla mnie wszystko, co opowieść fantasy powinna posiadać.

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dziękuję, Basiu za klika i nominację :)

Cieszą mnie słowa o własnym stylu, ciągle staram się go doskonalić, zarówno pod względem warsztatowym jak i fabularnym.

Zzzzazdroszczę, 

 

Z drugiej strony, wiem, że nigdy, a propos…, Tak nie będę umiał pisać.

Niech Nam będzie z Tym dobrze ;D

Porządnie napisany klasyk.

Widać, że odrobiłeś lekcje, opowiadanie jest lepsze niż “Cyrkonie” i “Akolita”. Trochę mi brakowało mocniejszego akcentu w końcówce – od odnalezienia tropu przez Mastrobrandiego wszystko szło jak po sznurku, dopiero mocne wejście Albertiny w finale przyjemnie zaskoczyło. To rozwiązanie to na pewno krok w dobrą stronę.

Wyłapałem kilka baboli:

Wtem wyczuł za sobą jakiś ruch, odwrócił się i odruchowo zasłonił ręką.

Riquet wręczył Giacomazziego

Nie wykluczone

– Finkla już o tym wspominała

 

Stójcie albo ta piękność będzie miała najszerszy uśmiech po tej stronie Czernicy. – powiedział, przykładając jej nóż do gardła.

– z tekstu wynika, że słowa te wypowiada (i nóż przykłada) hrabia

 

A poza tym, chciałbym zauważyć, że koboldy z Łupkowego Wzgórza wciąż nie doczekały się swojego kronikarza;)

Lisie, dzięki za odwiedziny :)

Coboldzie, również dzięki. Błędy ogarnę jutro. Co do fabuły to staram się analizować wasze opinię i się rozwijać. 

Koboldy z Łupkowego Pogórza mają swój tekst, jednak nie jest on jeszcze gotowy by ujrzeć światło dzienne. Jeśli chcesz mogę podesłać do przeczytania i zaopiniowania :)

Czepialstwo:

 

„Narada trwała już trzecią godzinę. Zbliżający się ślub przemawiającego właśnie władcy, spędzał sen z powiek jego podwładnym już od dłuższego czasu.”

 

„Uroczystość zaślubin zaczęła się w świątyni Wielobóstwa, a kiedy ceremonia kapłanów dobiegła końca, goście przenieśli się do zamku, gdzie rozpoczęła się uczta.”

 

„…najpewniej serwując sobie prywatne występy.” – Czy występ można serwować?

 

„…gdy jeden z wujów Albertiny, rozochocony wypitymi trunkami[+,] zapragnął skosztować wdzięków pewnej druhny.”

 

„Okazało się, że była ona żoną Pavarda, kuzyna hrabiego, zaprawionego w bojach w Roldii i Crildo, rycerza.” – Teoretycznie przecinek przed „rycerza” może mieć sens, ale chodzi o to, że on był rycerzem zaprawionym w bojach, a nie „zaprawionym w bojach” i „rycerzem” osobno, nie?

 

„Napij się wina i przygruchaj sobie jakąś pannę, należy ci się. Jutro porozmawiamy na temat jakiejś nagrody.”

 

„Seneszal ukłonił się i powiódł wzrokiem po znikającej na schodach świeżo upieczonej parze młodej.” – Dziwne mi się wydaje to zdanie. Jak to powiódł wzrokiem po parze młodej…?

 

„Żadna jednak nie wywoływała w nim takich uczuć jak Albertina. Dziewczynę poznał podczas karnawału w Cremlin, była jednak wtedy jeszcze zbyt młoda na zawarcie małżeństwa.”

 

„Trzymana w dłoni butelka rozbiła się, a czerwone wino zmieszało się z cieknącą z rany krwią.” – W tym akapicie jest sporo „się”, warto jakież zwalczyć ;)

 

„Co to za maszkara, myślał gorączkowo. I gdzie podziała się Albertina?” – Głupie rozważania, zważywszy ze dopiero co napisałeś: „Albertina zmieniała się.”

 

„– Hrabio, znaleźliśmy coś wśród rzeczy Albertiny… to znaczy… niedoszłej morderczyni.

– Co takiego?

Wśród ubrań ukryta była wiadomość.”

 

„– Może stosują jakiś rodzaj magii? – Zzastanowił się geomanta.”

 

„– Nie wykluczone.” → Niewykluczone.

 

„– Co ty tu robisz? – Zzdziwił się hrabia”

 

„Na ścieżce ukazał się blady i zziajany Adalbert.” – Czy z wysiłku to się raczej nie czerwienieje?

 

„– Udało mi się zdobyć pewne informację” – informacje

 

Dziwi mnie w sumie, że seneszal – nienawykły wszak do takich wycieczek – ruszył sam na szlak, by przekazać hrabiemu wiadomość, zamiast wysłać posłańca/list…

 

„– Przepraszam, panie… – seneszal zająknął się wyraźnie zmieszany i przestraszony.” – Slbo „Seneszal” wielką literą, albo inny szyk (od „zająknął się”).

 

„– Ruszajmy. – Przerwał zapadłą ciszę Riquet.” – Znowuż: albo trzeba zmienić szyk („Riquet przerwał ciszę”), albo potraktować zdanie po półpauzie jako naturalną kontynuację dialogu.

 

„a także zdawały opierać się upływowi czasu.” – zdawały się opierać

 

„Czuł, że ciarki pokryły całe ciało i wzdrygnął się mimowolnie.” – Ciarki to dreszcze, nie może być mowy o tym, by „pokrywały” ciało.

 

„Na jej miejscu pojawiła się[-,] dicca”

 

„Która zresztą nie była zbyt liczna. Kilka dworek oraz trzech drabów. Jeden z nich zresztą ciągle tu jest.”

 

„Mężczyzna coś zamamrotał[+,] ale zbliżył się do krat.”

 

„– Czy masz jakieś informację na temat baronówny Albertiny?” – informacje

 

„…odpowiedziała Odile[+,] do tej pory w milczeniu przypatrująca się sytuacji.”

 

„Podłoga celi zdawała się rozjaśniać, wnętrze stawało się czystsze i jakby przytulniejsze. Więzień krzyknął przestraszony, lecz po chwili uspokoił się i zdawał się spoglądać przytomniejszym wzrokiem.”

 

„– Powiedz nam[+,] co wiesz o Albertinie?”

 

„– Nic tu po nas. Musimy znaleźć inny sposób, żeby odnaleźć Albertinę.”

 

„Deszcz przestał padać, jednak szlak nadal był śliski i musieli stąpać z ostrożnością. Adalbert w pewnej chwili pośliznął się i upadł…”

 

„Zbliżyli się do rozwidlenia dróg. Brukowany trakt prowadzący do Lezmont łączył się z innymi prowadzącymi w kilka stron hrabstwa.”

 

Ale tamten trakt jest wąski, nawet wozem nie przejedzie.” – Albo wozem się nie przejedzie, albo nawet wóz nie przejedzie.

 

„-Ktoś mógł ją tam zwabić.” – Brak spacji, dywiz zamiast półpauzy

 

„Barthez skrócił cierpienia zwierzęcia szybkich sztychem.” – szybkim

 

„Jej piersi, szyję, uda i łono pełne było siniaków i krwiaków.” – To zdanie jest niegramatyczne

 

„Jesteś geomantą[+,] do licha.”

 

„– Mam wrażenie, że to wszystko – Giacomazzi wskazał zrujnowaną wioskę[-.] – w jakiś sposób łączy się z porwaniem Albertiny.”

 

„– Mamy ich. – Ucieszył się hrabia.” – Jak pisałam gdzieś wyżej: albo „ucieszył” małą literą i bez kropki po dialogu, albo inny szyk zdania.

 

„Trzeba przyznać, że Barthez zrobił wszystko[+,] aby zwrócić na siebie uwagę.”

 

Co to jest buchacz?

 

„…krzesać iskry, a sam geomanta miał skupiony i nieobecny wyraz twarzy. 

– Szykować łuki – szepnął hrabia, a sam złapał za rękojeść miecza.”

 

„– Stójcie albo ta piękność będzie miała najszerszy uśmiech po tej stronie Czernicy[-.] – powiedział, przykładając jej nóż do gardła.” – Kto powiedział? Brak dookreślenia podmiotu.

 

„Hrabia wstrzymał swoich żołnierzy[+,] jednak sam zbliżał się powoli.”

 

„Ale skoro udało ci się zabić diccę, to nie jesteś jednak takim idiotą[+,] za jakiego cię uważałem.”

 

„–Dlatego wróciłem.” – brak spacji

 

„Albertina stanęła nad nim i wbiła sztylet w pierś.” – Prawdę mówiąc bez dookreślenia jak dla mnie to brzmi tak, jakby wbiła sztylet w swoją pierś ; p Nadzaimkoza jest zła, ale z drugiej strony czasem zaimki jednak są potrzebne.

 

„– Oni je zabili[-.]Łłkała dziewczyna.”

 

Szerszy komentarz po zakończeniu konkursu ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jose, poprawki narzuce po powrocie do domu. Czekam z niecierpliwością na szerszy komentarz :)

Dobre, klasyczne fantasy. Postacie wiarygodne, do polubienia. Hrabia szczególnie mi się spodobał, bo mam słabość do nie stroniących od brutalnych rozwiązań, ale też sprawiedliwych władców. Jego służba i antagoniści także wypadli dobrze w moich oczach.

Świat budujesz wiarygodnie, jedynie zgrzytnął mi ten wykład hrabiego o monastyrze, jakby żywcem wyjęty z podręcznika czy kroniki. Sam motyw mniszek powiązanych z symbiotem przypadł mi do gustu :) Podobnie zresztą jak motyw z prawem odwetu za rodzinę, z którą nie żyło się w najlepszym stosunku.

Sama fabuła prowadzona jest w dobrym tempie. I chyba jedyny zgrzyt to ta prosta jak drut końcówka, gdzie wszystko udaje się bez komplikacji. Trochę przez to zawiodła, bo oczekiwałem jakiegoś zwrotu, nagłego odkrycia, a w sumie dostałem “wszystko zgodnie z planem”.

Podsumowując: porządnie zrobiony, dobrze napisany pod względem fabuły koncert fajerwerków. Może jedynie końcówka mogłaby mieć trochę więcej zaskoczenia, ale nie można mieć wszystkiego ;) Kliczek i biblioteka ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhere, dzięki za komentarz, odwiedziny i klika :)

Cieszę się, że tekst przypadł do gustu. Nie chciałem też nadmiernie gmatwać fabuły w zakończeniu stąd nie ma większych zaskoczeń. Co do świata to staram się stopniowo go rozbudowywać, wprowadzać nowe elementy. Wykład na temat monastyru miał za zadanie pokrótce opowiedzieć czym to miejsce jest, a poza tym hrabia chciał sobie ponarzekać ;)

Wrócę też do pytania jose z poprzedniego komentarza bo dopiero je zauważyłem. Buchacz to jedno ze zwierząt występującym w tym uniwersum. Skoro świat fantasy pełną gębą to musi mieć własną florę i faunę :)

Bardzo zacne opowiadanie, Belhaju. W szczególności do gustu przypadła mi część z Monastyrem i tego w jaki sposób mniszki otrzymują nieśmiertelność. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedziesz i kiedyś rozwiniesz nieco tę część swojego świata. Zgadzam się, że widać już styl i jest dosyć charakterystyczny. Jednym będzie pasować bardziej innym mniej, ale to znaczy, że można Cię odróżnić na tle innych tekstów i to jest super! :)

Brakowało mi w tekście wyjaśnienia co się stało w Katakumbach, dlaczego ten człowiek tak szybko zwariował, dodatkowo też uważam, że końcówka wyszła zbyt gładko, ale mimo wszystko uważam, że piszesz coraz lepiej. Gratuluję biblioteki! Zasłużona! :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki za przeczytanie i komentarz Morgiano :)

Cieszę się na słowa kolejnej już osoby o charakterystycznym stylu. Co do katakumb i samego monastyru to chciałem im nadać aurę tajemnicy, aby troszkę rozbudzić czytelniczą ciekawość. Postaram się jeszcze kiedyś wrócić do tego miejsca bo również uważam, że jest ciekawe i ma potencjał :)

Nie jestem pewna, na ile to opowiadanie wpisuje się w konkurs (w zasadzie niewiele tu wesela), ale ogólnie jest ciekawe. Jest problem z interpunkcją.

 

Anet, dzięki za odwiedziny i przeczytanie :)

Wesele stanowi punkt wyjścia dla całej historii. Mam nadzieję, że wpiszę się w wymogi konkursu.

Ciekawe, zaskakujące i wciągające, wiem ile trudu zajmuje wykreowanie świata w którym wszystko jest na swoim miejscu i nawet jak się czyta o nim po raz pierwszy to wydaje się on tak znajomy choć tak inny.  

Miałeś niezły pomysł, Belhaju, i nic dziwnego, że przeobraziłeś go w równie niezłe i zajmujące opowiadanie. Wiele pomieściłeś w tej historii – od obowiązkowego wesela począwszy, przez tajemnicze zaginięcie panna młodej, podróż połączoną ze śledztwem, zwycięską potyczkę, aż do zapowiedź jeszcze jednego wesela. ;)

Jednak, pomimo niewątpliwych zalet, nie mogę powiedzieć, że lektura była w pełni satysfakcjonująca, bowiem przeszkadzały liczne, wciąż obecne w tekście usterki. :(

 

Z miny Ri­qu­eta nie­wie­le można było wy­czy­tać po­nie­waż przy­sła­nia­ła ją maska. –> Z twarzy Ri­qu­eta nie­wie­le można było wy­czy­tać, po­nie­waż przy­sła­nia­ła ją maska.

Maską przysłania się twarz, nie minę.

 

Męż­czyź­ni nie­ba­wem zni­kli w przy­go­to­wa­nej kom­na­cie, naj­pew­niej ser­wu­jąc sobie pry­wat­ne wy­stę­py. –> Czy aby na pewno serwowali?

Za SJP PWN: serwować 1. «w siatkówce, tenisie, badmintonie, tenisie stołowym: wybijać piłkę lub lotkę zza linii boiska na pole przeciwnika» 2. «podawać do stołu» 3. «powtarzać lub przekazywać komuś coś»

 

za­pra­gnął skosz­to­wać wdzię­ków pew­nej druh­ny. Oka­za­ło się, że była ona żoną Pa­var­da… –> Być może się mylę, ale mam wrażenie, że druhnami panny młodej były panienki, nie mężatki.

 

ar­gu­men­ty zmie­nia­ły się u roz­mów­ców wraz z każ­dym wy­pi­tych kie­li­chem. –> Literówka.

 

Wska­zał ogrom­ne łoże wy­ście­ła­ne atła­so­wą po­ście­lą. –> Wska­zał ogrom­ne łoże zaścielone atła­so­wą po­ście­lą.

Za SJP PWN: wyściełany 1. «o siedzeniach i oparciach mebli: mający warstwę włosia, trawy, gąbki itp., nadającą im miękkość» 2. «o meblach: mający takie siedzenie lub oparcie»

 

Od­sko­czył i krzyk­nął za­sko­czo­ny. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

wy­pro­wa­dził cios. Stwór spa­ro­wał go łapą, jed­nak za­chwiał się wy­raź­nie, od­czu­wa­jąc ból. Hra­bia wy­pro­wa­dził ko­lej­ny cios… –> Powtórzenia.

 

na ry­ci­nie na­ry­so­wa­ny był stwór… –> Brzmi to fatalnie.

Może: …rycina przedstawiała stwora

 

Ri­qu­et wrę­czył Gia­co­maz­zie­go nie­wiel­ki per­ga­min. –> Ri­qu­et wrę­czył Gia­co­maz­zie­mu nie­wiel­ki per­ga­min.

 

zo­stał pod­trzy­ma­ny przez idą­ce­go obok Ri­qu­eta. –> Przed chwilą napisałeś: …szli teraz jeden za dru­gim… –> Czy idąc jeden za drugim mogli jednocześnie iść obok siebie?

 

kiedy jako młody chło­pak prze­by­wał w mo­na­sty­rze… –> Masło maślane. Chłopak jest młody z definicji.

 

wy­raź­nie dały mu się we znaki. Ach, cóż bym dał teraz… –> Powtórzenie.

 

że bitka do dla nich nie pierw­szy­zna… –> Literówka.

 

Moi lu­dzie wła­śnie do­ży­na­ją reszt­ki two­ich Ti­raj­czy­ków. –> Moi lu­dzie wła­śnie do­rzy­na­ją reszt­ki two­ich Ti­raj­czy­ków.

Za SJP PWN: dożynać  1. «zżąć do końca lub do określonego miejsca» 2. «zżąć dodatkowo»  dorzynać  1. «przerżnąć coś do końca lub do określonego miejsca» 2. «narżnąć dodatkowo» 3. «zarżnąć ranne lub chore zwierzę»

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

MPJ, dzięki za przeczytanie i miły komentarz. No żeby wszystkie elementy do siebie pasowały trzeba trochę pogłówkować i mieć w tyle głowy możliwe zależności przyczynowo-skutkowe. 

Reg, również dzięki, że zajrzałaś. Większość błędów poprawiona (to z miną Riqueta, celowe żeby uniknąć powtórzenia twarzy blisko siebie).

Cieszę się, że uważasz opowiadanie za zajmujące :)

No fajne! Bardzo mi się podobało. Lubię, kiedy opowiadanie jest nieprzegadane, a akcja posuwa się naprzód. Do tego wprowadziłeś niepokojący, tajemniczy klimat i ciekawe postaci. Udało Ci się stworzyć interesujący świat i chętnie poczytałabym osadzone w nim inne historie. Wszystko trzyma się przysłowiowej kupy, tylko wesela jakby mało. 

Powodzenia w konkursie!

Dzięki za przeczytanie, AQQ :)

Fajnie, że się podobało. Wesela trochę mało, ale jak już wcześniej pisałem jest punktem wyjścia do całej opowieści. Co do innych historii osadzonych w tym uniwersum to jeśli masz ochotę możesz je znaleźć na moim profilu. Diament cyrkonia oraz Akolita Bólu.

Bright, czekam na opinię po zakończeniu konkursu :)

(to z miną Riqueta, celowe żeby uniknąć powtórzenia twarzy blisko siebie).

Powtórzenia uniknąłeś, ale wyszło dziwne zdanie o przysłanianiu miny maską.

A może: Z oblicza Riqueta niewiele można było wyczytać ponieważ przysłaniała je maska.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, reg jak zawsze niezawodna. Już zmieniam :)

Jakże się cieszę, że mogłam się przydać! ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A ja dziękuję za podpowiedź :)

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dobre to opowiadanie. Cały czas coś się dzieje, a ładnie napisana historyjka po prostu sobie płynie. Bohaterowie mają ciekawe przygody. Dobrze dawkowane okrucieństwo i ładnie wykreowany świat. 

Jednak nie wiem, czy powiedzie Ci się na konkursie. Miało być o weselu, a zajmuje ono tylko krótki fragment. Jest dobre jako opowiadanie, ale trochę słabsze jako praca konkursowa :(

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Śniąca, dzięki za przeczytanie :) Czekam na opinię po zakończeniu konkursu.

Pietrek, również dzięki za przeczytanie i komentarz. Mam nadzieję, że dla jury tyle wesela wystarczy. Cieszę się, że opowiadanie jako całość się podobało :)

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda… się nasuwa podczas lektury. ;) Nie pasuje, ale chodzi o przygodę samą. 

Jest zło, jest drużyna walczaca z nim, jest podróż, jest tajemnica, jest akcja i walka… Opowiadanie chapsnęło mnie i połknęło. Podobało mi się. :)

Blackburn, dzięki za przeczytanie i miłe słowa. Cieszę się, że opowiadanie się podobało :)

Sam lubię taką awanturniczą, przygodową fantasy, stąd też tekst również należy do takiego gatunku. 

No, wreszcie znalazłem czas, by zapoznać się z Prawem :)

Fajne opowiadanie. Początek niezbyt catchy, ale w świetny sposób budujesz immersję. Właściwie od pierwszych akapitów wypełniasz treść różnymi smaczkami (symbionty – super), a zarazem nie popadasz w wodolejstwo – treścią rządzi akcja. I za to kolejny plus.

Bohaterowie zostali odpowiednio zarysowani, choć tu zdecydowanie na pierwszy plan wysuwał się hrabia. No ale geomanta też spoko. Dobrze wyszły też dialogi – relacja poddanych z dowódcą została przedstawiona we właściwy, wiarygodny sposób. Na pewno lepiej niż u Łukawskiego, tam płakałem przy niektórych “odzywkach”…

Warsztatowo dobrze, na pierwszy rzut oka widać, że lepiej czujesz się w takiej konwencji, niż w pamiętniku stylizowanym na Lovecrafta ;) Przynajmniej według mnie.

Tytuł git.

 

Co z minusów? Z pewnością ta nieszczęsna fabuła. Jest bardzo standardowa, brakło mi też trochę zwrotów akcji (ten początkowy, podczas nocy poślubnej, narobił smaka na kolejne). Przydałaby się w tym opowiadaniu jakaś zmiana perspektywy, coś, co na końcu zaskoczy czytelnika, wstrząśnie nim.

Warstwa emocjonalna też dość uboga – jakoś nie czułem tej rozpaczy bohatera, może nieco mocniej jego gniew. Scena w katakumbach – trochę gorsza moim zdaniem. Chcąc uzyskać o informacje od katowanego przez dwa tygodnie człowieka, powinni zabrać się za to nieco inaczej… No ale zrzucam tę kwestię na karb wybuchowości władcy ;)

No i najważniejsze… tyle napisałeś o hrabim Bachet-Barbierze, a on hrabim Primagenie ANI SŁOWA? Ty niegodziwcze :P Nie tylko Cobolda zawiodłeś :PP

 

Tyle ode mnie. Dobra robota, Belhaj. Poza kwestiami fabularnymi, proponowałbym Ci również bardziej zadbać o taką, hmm… “wyjątkowość” tego świata. Widać, że dobrze się w nim czujesz, a czyta się to to fajnie, ale bez większej oryginalności może być Ci ciężko zaistnieć. Zresztą, jeśli interesuje Cię ta kwestia, zajrzyj do mojego komentarza pod Gorączką Ochy. Tam również wyłuszczałem tę kwestię ;)

 

Trzym się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Bardziej szczegółowo odpowiem jak będę przy kompie, czyli pewnie jutro wieczorem. Narazie dzięki za przeczytanie i opinię, Count :)

Belhaju, nie traktuj, proszę, tego, co napisałem, jako poprawki, ale WYŁĄCZNIE, jako ewentualny przyczynek do rozwijającej dyskusji.

 

Nie znam się na interpunkcji i innych równie skomplikowanych sprawach.

 

To po prostu kilka lisich uwag, bardzo i w większości niepotrzebnych, gdyż tekst czyta się naprawdę dobrze :)

 

Powtórzmy zatem raz jeszcze – powiedział hrabia Giacomazzi Bachet-Barbier.

Początek często, przynajmniej po części, “robi” opko. Wiec chyba nawet takie delikatne powtórzenia nie są być może najlepsze dla niego. 

Może lepiej: – Jeszcze raz – powtórzył hrabia… (Zatem może być tu lub nie)

 

Narada trwała już trzecią godzinę. Zbliżający się ślub przemawiającego właśnie władcy, spędzał sen z powiek jego podwładnym od dłuższego czasu.

Cóż, jeśliby pozbyć się tych dwóch, trzech słów, sens by pozostał. Władca, poza tym, jakoś średnio współgra z hrabią. Włodarza?

 

Wybranka hrabiego, Albertina, miała przybyć do Lezmont za kilka dni, tuż przed rozpoczęciem uroczystości zaślubin

A inne uroczystości wchodziły w rachubę?

 

Gael Mastrobrandi udawał zainteresowanie, wodząc wzrokiem za przemawiającym hrabią.

Znaczy hrabia spacerował? Nie zaznaczono, w takim razie, nie lepiej: wgapiając się, wpatrując? lub podobnie?

 

Z oblicza Riqueta niewiele można było wyczytać ponieważ przysłaniała je maska.

Naprawdę niewiele, czy nic? Jak to z przywdzianych masek ;) No chyba, że chciałeś tak enigmatycznie… 

Od lat na dworze krążyły słuchy, wielokrotnie potwierdzone chociaż świadkowie woleli się nie ujawniać, że kobieta była jedyną osobą, której bał się Bachet-Barbier.

Tu gdzieś chyba powinien być przecinek. Nie myślałem, że kiedyś to powiem jako dysinterpunkcjolektyk ;D

 

Chodzi mi bardziej o to, że nie wiem, kto miałby ujawiać świadków plotek? I czy to był ich wybór? Od lat?

 

Faktycznie, podczas oblężenia Montcasson, mającego miejsce w zeszłym roku, Adalbert stał zbyt blisko strzelającej bombardy. Od tamtej pory zdarzały mu się problemy ze słuchem oraz częste bóle głowy.

“Bombarda – machina oblężnicza miotająca kamienie, a od XIV wieku odprzodowe działo dużego kalibru i krótkiej lufie.” – wiki

 

Tu chyba przydałoby się wyjaśnienie, czym miotała owa nietypowa Bombarda lub zmienić przyrząd ostrzelniczy. 

 

– Kolejną kwestią, którą trzeba się zająć, to rodzina Albertiny. Jej matka jest ponoć straszną pedantką, dlatego wszystko w zamku ma lśnić.

Rozumiem, że to przenośnia. Ale szczególnie w takim zamku ceglanym, czy z kamieni, nie brzmi najlepiej. Może: ma być czysto jak nigdy?

 

Selger udawała, że nie słyszy, wertując jakieś pergaminy.

Pergamin to taki papier, ze skóry zwierzęcych. Ale w sumie, można i takie wertować, nie czepiam się tu.

Najlepiej z dala od pozostałych komnat. Niech chłopcy mają odrobinę prywatności.

Jesteśmy wciąż w zamku? Gdzie komnaty nie są przedzielone ściną z gips-kartonu?

 

Zamek ma być strzeżony jak cnota królewskich córek. Zrozumiano?

Hmmm, to mnie zastanowiło trochę, a nie hrabiowskich? Przecież hrabia był władcą… Miał jednak kogoś nad sobą? Króla?

 

Wytoczone beczki pełne piwa, różnych gatunków win i nalewek…

Wytoczono? To nie jest błąd, którego bym się czepiał, ale zastanawiam się, dlaczego nie poprawiłeś? Bez złej woli, mam tak samo :)

 

Czas gościom umilały tancerki oraz tancerze, przygrywali minstrele i bardowie

Belhaju, miedzy tymi pierwszymi dostrzegam różnicę, między tymi drugimi też, choć mniej biorąc pod uwagę czas, miejsce. Jeśli już wciskasz do worka “minstrela i barda”, może warto któtkim opisem docenić między nimi różnicę? Chyba nawet lepiej dla Wesela…

 

Mężczyźni niebawem znikli w przygotowanej komnacie, najpewniej zabawiając się wzajemnie prywatnymi występami.(?) Rozrywkę zapewniał również sprowadzony specjalnie z Wybrzeża Muszli iluzjonista. Jego sztuczki wzbudzały podziw szczególnie wśród dzieci oraz najstarszych uczestników wesela. Gości zabawiał również nadworny karzeł-błazen o imieniu Lyrion

Jego harce nie potrwały jednak długo, gdyż po kilku godzinach uczty zmożony wypitymi trunkami zaległ pod jednym ze stołów.

Kilka godzin popisów iluzjonisty, szczególnie z Wybrzeża, to nie długo? 

 

Mimo oberwanego ucha, rozbitego łuku brwiowego i utraty kilku zębów wydawał się zadowolony.

Uroczystość dobiegała końca, a dotychczas wszystko było w najlepszym porządku.

Obawiam się, że to nierozdzielenie ocen i sytuacji, nie było zamierzone, Belhaju.

 

Poza tym odnotowano kilka incydentów jak załatwianie potrzeb fizjologicznych do basenu i fontanny. Paru gości zwróciło zjedzone posiłki i wypite płyny w różnych zamkowych zakamarkach. Pewną młodą parę nakryto podczas miłosnych harców w jednej z komnat.

Ot, impreza ;) Choć do fontanny….

 

Przed nami NOC POŚLUBNA, ten chyba trzeci rozdział z tak wielu, Belhaju… 

 

Żart. ;)

Naprawdę nie poprawiam, tylko mam ochotę pogadać :) Jak Ty.

Najpierw odniosę się jeszcze do komentarza Counta. 

Nie chciałem serwować zbyt wielu twistów, nadmierne gmatwanie też nie zawsze wychodzi tekstowi na dobre. Dlatego też jedynym zaskoczeniem w zakończeniu jest zachowanie Albertiny :)

Co do rozpaczy hrabiego, to bardziej chciałem pokazać jego wybuchowość, łatwość wpadania w gniew. Jego rozpacz miała ukazywać się bardziej w ten sposób. Na pewno można to było podrasować i przedstawić bardziej autentycznie. 

Jeśli chodzi o oryginalność świata, to staram się wprowadzać pewne małe elementy, które mogą go odróżniać od dziesiątek innych. Choć w powieści dziejącej się w tym uniwersum (którą mam dopiero w planach), bardziej skupiam się na jednostce (i tym razem nie będzie to postać z arystokracji) niż na pokazaniu świata. Świat będzie bardziej tłem, dodatkiem.

Lisie podyskutować zawsze można :) 

Oczywiście większość Twoich uwag jest trafna, zawsze można tekst maksymalnie dopieścić, wygładzić, poprawiać. Wiadomo, że nikt nie jest ideałem, nie wychwyci wszystkich błędów, nie wyłapie wszystkich przyczynowo-skutkowych zależności, luk fabularnych czy nielogiczności.

Dlatego bardzo dobrze, że są osoby, jak Ty, które to wskażą i pozwolą uczyć się na błędach :) 

Lisie podyskutować zawsze można :) 

Oczywiście większość Twoich uwag jest trafna, zawsze można tekst maksymalnie dopieścić, wygładzić, poprawiać.

Wiadomo, że nikt nie jest ideałem, nie wychwyci wszystkich błędów, nie wyłapie wszystkich przyczynowo-skutkowych zależności, luk fabularnych czy nielogiczności.

 

Ehh, Belhaju, przecież napisałem, że czytało się dobrze. 

 

Dziwię się jedynie Tym właśnie, którzy udają…

 

Sami wiedzą, w jakim stopniu, Ty drogi Belhaju, jesteś utalentowany :/

Twe komplementy i przygany są tak zawoalowane, że ciężko wyczuć czym są. Cieszę się, jednak, że tekst czytało się dobrze :)

Zawoalowane? chyba nie do końca. Cóż, tak to bywa ze slowem pisanym, ale na tym tez polega jego urok :)

 

Dokładnie, Lisie :)

Wybuchowość hrabiego wypadła bardzo obrazowo, to mi się podobało. Natomiast twisty… możesz pisać, że nie chciałeś, jednak dla mnie bardziej prawdopodobne są dwie sytuacje: ta bardziej prawdopodobna, czyli w tej historii po prostu nie było miejsca dla większej ilości twistów i mniej – nie miałeś pomysłu na twist, który dobrze by się komponował z treścią, a opko by na nim zyskało ;)

Niemniej, kibicuję Ci, bo widać, że Twój świat ma duszę, jakiś porządek, jest wiarygodny… A to w końcu najcenniejsze ;)

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

W pewnym sensie masz rację, Count. Kiedy pomysł na powyższe opko wpadł mi do głowy, praktycznie po dniu miałem wymyślone konkretne sceny i wydarzenia. Wszystko pisane było według ściśle określonego planu, stąd też pewnie brak większej ilości twistów. Po prostu historia bez nich układała się w spójną całość, która moim zdaniem dobrze oddawała to co chciałem w opowiadaniu zawrzeć. 

Co do świata, to jak już pisałem, będę się starał go rozwinąć, nadać jakieś charakterystyczne, oryginalne rysy. Co z tego wyjdzie, zobaczymy :)

Starotirajskie prawo odwetu bardzo mi się podobało. Coraz bardziej zaciekawia mnie ten świat, który rozwijasz w kolejnych tego typu opowiadaniach, belhaju. A jeszcze bardziej podoba mi się postać małomównego Riqueta, choć przyznaję, że hrabia jest najlepszy :) Ślub, a po nim noc poślubna, która okazała się wstępem do właściwej akcji, wciągnęła mocno do lektury.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Dzięki za przeczytanie i opinię, Proroku. Fajnie, że postaci i świat się podobają. Jeśli chodzi o Riqueta to mam pewien pomysł na tekst z nim związany. Jeśli czas pozwoli to niebawem powstanie :)

Dobrze się czytało, fajna historia.

Ale i tak będę marudzić. Dzieje się dużo, więc niby to dobrze. Jednak cała intryga idzie jak po sznurku. Bohaterowie wiedzą, gdzie podążać, nawet jeśli przesłanki są słabe, trafiają zawsze tam gdzie trzeba i błyskawicznie rozwiązują kolejne przeszkody. Dużo u Ciebie dzieje się w dialogach, co mi raczej nie przeszkadza, o ile nie zaburza to sensu opowieści i jej nie spłyca. U Ciebie czasem zaburza i spłyca. Klasycznym przykładem jest scena w klasztorze. Przyjechali, zamienili kilka zdań i już zadowoleni, bo natychmiast wykoncypowali, że nic tu po nich. Nie ma w tym pazura, nie ma klimatu niepokoju. Jest na szybko załatwiona sprawa w potencjalnie bardzo interesującym literacko otoczeniu.

Postacie mi się myliły. A właściwie nawet nie myliły, bo tych głównych nie było zbyt wielu, tylko raczej po prostu nie interesowało mnie za bardzo, kto akurat mówi. A to dlatego, że ich nie pogłębiłeś. Przedstawiłeś część z nich na początku, jednego po drugim (co zresztą jest pewnym pójściem na łatwiznę), i tyle. Potem było tylko: ten powiedział to, tamten powiedział śmo, a kolejny owo. A ja nie potrafię się nimi przejąć, bo ich nie znam.

Widać, że świat masz przemyślany i rozbudowany. To też dobrze. Szkoda, że widać to w tym tekście właściwie tylko przez fajne detale, jak ta maska Riqueta czy robal na przeoryszy. To są rzeczy pobudzające wyobraźnię. Szkoda, że trochę sprawiają wrażenie takich przypadkowo wrzuconych okruchów. Ale to dobry trop.

 

Wygląda, że mi się nie podobało? To nieprawda. Wydaje mi się jednak, że ten tekst potrzebuje jednak kilku szlifów więcej. Czasem może warto trochę zwolnić, coś zostawić w domyśle, coś pominąć (jeśli limit straszy), za to bardziej skupić się na szczególe i klimacie.

Aha, jeszcze dwa drobiazgi. Pierwszy – starcie hrabiego z potworem następuje zupełnie z zaskoczenia, a Ty w tym momencie kompletnie nie zmieniasz sposobu narracji. Przez co najpierw była myśl: “ale co tu się właściwie dzieje?”, a potem przeczytałam ten fragment kompletnie bez emocji. Nie ma w nim napięcia. Drugi – nie mam pojęcia, po co był Ci ten mini-wątek gejowski. Wyszedł dziwnie i niezgrabnie. Masz geja, więc trzeba mu znaleźć innego geja, nieistotne jakiego. Bo przecież wiadomo, że im wszystko jedno, jaka jest ta druga osoba. Jeśli dzielą te same upodobania seksualne, to zaraz wylądują razem w łóżku. Ech, nie. :)

Pozdrawiam. :)

Dzięki za przeczytanie i rozbudowany komentarz, ocho :)

Intryga może nie jest zbytnio zagmatwana, ale chodziło mi bardziej o przedstawienie ciągu zdarzeń niż kryminalnej intrygi. Lubię budować fabułę poprzez dialogi, szkoda, że według Ciebie spłycają narrację. Nie starałem się na siłę nadać każdej postaci własnego dialogowego sznytu czy maniery, bardziej starałem się pokazać relację podwładnych z władcą.

Jeśli chodzi o budowę świata to właśnie przez takie niewielkie okruchy (jak mówi Hajto to są właśnie te detale :D), a nie zasypywać czytelnika historią świata, rodowymi koneksjami czy opisem bóstw. Wolałem skupić się na małych rzeczach, bo to przecież tylko niewielki wycinek budowanego uniwersum.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że opowiadanie mogłoby być o wiele lepsze gdybym poświecił mu więcej czasu, sił i przemyśleń. To samo dotyczy położenia większego nacisku na emocje bohaterów, bo z ich oddaniem mam spory problem.

Co do zmiany sposobu narracji przy starciu z diccą, pewnie powinienem też opis bardziej podrasować, uczynić go bardziej dynamicznym. Choć przyznam, że wole bardziej opisową formę niż taką rwaną.

Natomiast jeśli chodzi o wspomniany przez Ciebie mini-wątek gejowski to nie miał specjalnego znaczenia. Ot miał służyć po prostu ubarwieniu opowieści. Bez żadnych podtekstów ;)

Belhaju, nie czytałam komentarzy, tylko przed chwilą mignął mi ten Proroka. Jeśli to kolejne opowiadanie z tymi bohaterami, to może dlatego ich nie “poczułam”. Trudno w kolejnym tekście od nowa ich przedstawiać.

Do dialogów nic nie mam, tak ogólnie. Też używam ich bardzo dużo. Tutaj jednak, moim zdaniem, w paru miejscach spłyciły historię.

Co do gejowskiego wątku – wiem, że nie był istotny. I tym bardziej mnie raził – bo potraktowałeś go tak wybitnie stereotypowo, a nawet nie był potrzebny. ;)

To fakt, opowiadanie ma wspólnych bohaterów z innymi tekstami z tego uniwersum, jednak ich znajomość nie jest potrzebna (jednak pewnie łatwiej się odnaleźć w świecie, który już się zna). Tekst powinien bronić się jako samodzielna całość i mam nadzieję, że tak jest :)

Mam pomysły na rozszerzenie tego świata, więc na pewno nie jest to ostatnie spotkanie z tymi bohaterami.

Postaram się przywiązać większą wagę do dialogów. Każda nauka jest cenna, więc dzięki za wskazanie błędów :)

 

 

Przeczytałem.

Dzięki :) Czekam na opinię po zakończeniu konkursu.

Klasyczna, oparta na przemyślanej fabule opowieść. Wielką zaletą jest tu rozbudowany, spójny i żywy świat, przedstawiony w wyczerpujących opisach. Dobrze dopasowane do realiów nazwiska. Językowo jest dobrze, czyta się płynnie, w czym pomaga jeszcze sensowny podział na sceny. Denerwowało mnie często bezrefleksyjne zachowanie hrabiego, ale rozumiem, że został pomyślany jako taka właśnie postać.

 

Dziękuję za pochlebną opinię, Lordzie :) Jak mniemam do powodzenia w konkursie zabrakło położenia większego nacisku na wesele?

Co do zachowań hrabiego, chciałem uczynić go furiatem, łatwo wpadającym w gniew i podejmującym decyzję po wpływem nerwów i emocji. Mam nadzieję, że po trosze zamiar ten się powiódł. 

Ha, historia ciekawa, wciągająca, świetnie opowiedziana. Rzeczywiście masz swój styl, który tu widać i czuć. Fabuła ładnie pociągnięta wciąga za sobą czytelnika.

Jednak trochę mało wesela w tym weselu. Jest ono ledwie epizodem, gdzieś w tle. I o ile samo opowiadanie jako takie bardzo mi się, to w szrankach konkursowych w mojej ocenie ląduje poza podium.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przyznam, Belhaju, że znużyłeś mnie, niestety. Niby cały czas coś się dzieje, a jednak jakoś nie potrafiłam się wciągnąć. Tekst jak dla mnie był za długi. Czytałam go na raty, na raz bym nie dała rady. Uważam na przykład za zbędny wątek wyprawy do monastyru. Zajmuje ileś znaków, niewiele wnosi, a jest użyteczny tylko do tego, by wpadli na pomysł „a, wróćmy inną drogą, może akurat tamtędy jechali”.

Z jakiegoś powodu główny bohater nie wzbudza mojej sympatii, a co za tym idzie – śledzenie jego losów niekoniecznie mnie kręci. Fajnie, że wymyśliłeś intrygę z mimikiem, fajnie, że trochę przewrotnie potraktowałeś temat konkursu, weselisko opisując zacnie. Tylko jakoś tak potem czytało mi się gorzej, przez wspomniany monastyr, a potem zasadzkę.

A, jeszcze jedna uwaga: cały czas miałam wrażenie, że oni przemieszczali się tylko w kilku chłopa – do monastyru i potem dalej. Zdziwiłam się gdy wyszło na to, że mają w ogóle kim urządzić zasadzkę i są w stanie walczyć z całym oddziałem obcych bandytów. I w sumie żaden z tych chłopów nie ma dla mnie twarzy, tylko geomanta ma wirujący diadem ; p A niektóre imiona wydają mi się trudne do wymówienia i zapamiętania, począwszy od nazwiska hrabiego.

Tyle mojego narzekania. Podsumowując – cały czas w tekście coś się działo, ale jakby obok mnie. Od ataku dicci nie mogłam się wciągnąć w wydarzenia. Cieszę się jednak, że hrabia wygrał i odnalazł swoją wybrankę ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Olu, fajnie, że opowiadanie się podobało :) Tak właśnie przeczuwałem, że mogę nie spełnić konkursowych wymagać. Wesele w tekście jest punktem wyjścia, a nie sednem opowieści.

Jose, szkoda, że opowiadanie Ci nie podeszło. Starałem się, żeby tekst napisany był dość płynnie, dlatego przykro mi, że musiałaś przez niego brnąć. 

Odnośnie wyprawy do monastyru, to owszem mogłoby jej nie być, ale chciałem, żeby bohaterowie trochę pokluczyli zanim wpadną na właściwy trop. Do tego miałem pomysł na ciekawą, mam nadzieję, lokację jaką miał być monastyr Armentero. 

Hrabia nie jest postacią, którą można polubić. Jest samolubny, łatwo wpada w gniew, wyładowuje swoje frustrację na otoczeniu, więc kibicować mu ciężko. 

W kilku miejscach jest wspomniane, że podróżowali wraz z kilkunastoosobowym oddziałem żołnierzy. Po prostu nie wprowadzałem ich do dialogów, a skupiłem się na hrabim oraz jego najbliższym otoczeniu. Szkoda, że nazwiska nie podeszły, starałem się dobrać je do realiów. Przykładam do tego sporą wagę, więc tym bardziej nie cieszą mnie Twoje słowa.

Cóż czyli pewnie moje spojrzenie na fantasy cię nie kręci :) 

Belhaju, nie przejmuj się mną, bo wiesz, że z natury jestem malkontentem ;) Natomiast odniosę się teraz do Twojego komentarza – napisałeś “Miałem pomysł na ciekawą lokację” i od razu sobie pomyślałam, że traktujesz opowiadanie jak część uniwersum z gry. Oczywiście mogę się mylić, ale tak odebrałam tę kwestię. Tymczasem literatura to zupełnie inny kawałek chleba, a “ciekawa lokacja” to czasem za mało, by wprowadzać ją do tekstu, jeśli nie służy czemuś konkretnemu.

Przyznam się, że ja tak mam często – mam pomysł na postać/miejsce/sytuację… albo nawet kawałek świata… i stwierdzam, że to super, tylko szkoda, że nie mam pomysłu na fabułę, którą mogłabym w tym osadzić. Ale oczywiście to uwaga na marginesie, nie powinnam pisać o sobie zamiast o Tobie ; p Tym bardziej, że moje początkowe założenie może w ogóle być mylne. Jednak cały ten pośpiech, naładowanie wydarzeniami itp. w moim odczuciu trochę też o tym świadczą ;)

Nazwy własne są kwestią względną, jednemu się spodobają, innemu nie, a jeszcze dla innego będą neutralne.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jeden z lepszych Twoich tekstów, jakie miałem okazję czytać tutaj, Belhaju. Przez prostą narrację lekko przepłynąłem, a szczególną uwagę muszę zwrócić na kompozycję. Poszatkowanie opowiadania i zamykanie każdej części mniejszym lub większym cliffhangerem przykuwa uwagę i tutaj Ci to wyszło. Odniosłem też wrażenie, że Twój świat jest przemyślany i spójny. Pojawiało się wiele nazw, które niewiele mi mówiły, jednak prowadziłeś tekst w taki sposób, że informacje naturalnie wkomponowywały się w kontekst. Przez to nie czułem przytłoczenia ani frustracji nieudolnym parageograficznym infodumpem, lecz przeszło mi przez myśl, że w dłuższej formie kolejne nazwy naturalnie łączyłyby się ze sobą i z różnymi wydarzeniami łańcuszkiem powiązań. Brawo, to rozsądny kierunek.

Opowiadaniu jednak, w moim odczuciu, do ideału brakuje wiele. W sferze warsztatowej – czytałem przed częścią poprawek i straszyły mnie literówki, mnóstwo zgubionych przecinków i w końcu wyświechtane frazy, których pojawiło się tu kilka, niektóre blisko siebie. O co mi chodzi? Przypomniał mi się ten artykuł, w którym wypisano parę nadużywanych, oklepanych zwrotów. Sypanie czymś takim w tekście to pójście na łatwiznę – u Ciebie stoi „zimne i mroczne wnętrze oświetlone migotliwym blaskiem pochodni”, a za chwilę ręka odzywa się „tępym bólem”. Być może czepiam się tutaj za bardzo, ale po tylu nominacjach do piórka spodziewałem się chyba ciut więcej w warstwie warsztatowej.

Jeśli chodzi o treść, również nie unikniesz paru zarzutów z mojej strony. Ryzykownie skonstruowałeś historię, czyniąc wesele z początku aktem właściwie pretekstowym dla dalszych wydarzeń. Akurat mi to nie przeszkadza, ale mam wrażenie, że opowiadanie wiele by nie straciło, gdyby rozpocząć je od sceny z nocą poślubną. Hrabia wszak nijak nawet nie podejrzewa, że coś z jego ukochaną jest nie tak, a początek to nic innego jak zapychacz. Samo wesele w ramach jeszcze pełniejszego happy endu mogłoby się zatem odbyć na końcu, skoro wybrałeś taką jego formę.

Dwie pierwsze sceny, jak dla mnie, wypadają kiepsko. Najpierw obrady, na których jakaś postać ziewa z nudów, więc za nią ziewam i ja. Potem w takiej atmosferze są przedstawiani kolejni bohaterowie, wszyscy na raz, i szczerze mówiąc, mieszali mi się jeden z drugim. Ich bezpłciowość potęguje fakt, że na końcu któryś z nich zginął i w sumie wszyscy olali sprawę, łącznie ze mną. :p Dalej mamy opis wesela. Tutaj muszę wspomnieć, że sądzę, że każda scena powinna być w opowiadaniu po coś, pełnić funkcję służebną. A opis wesela w tym miejscu odebrałem jako klepanie znaków w próżnię. Ten fragment nic nie wnosi i wygląda na doczepiony na siłę, bo konkurs.

Kończąc już, sekwencja wydarzeń jest dla mnie zbyt liniowa. Na przykład ktoś proponuje jechać do wioski inną trasą, hrabia się zgadza i potem następuje tłusty akapit opisujący to, jak postaci jadą. Tak to nie działa. :p Nie jest złym przeć przez sceny celem rozwiązania akcji, ale trzeba to zawoalować jakimiś faktycznymi i fikcyjnymi niepowodzeniami, bo jeśli bohaterowie coś planują i potem ten plan zwyczajnie realizują, to robi się, niestety, nudnawo. Można też przeskoczyć z akcją na inny plan, ale tu takiej opcji nie miałeś.

I chociaż zarzutów mam tak wiele, to nie mogę ukrywać, że czytało mi się szybko i przyjemnie. Ten tekst to krok w dobrą stronę. Nie wiem czy w stronę piórka, ale pracuj nadal nad swoimi umiejętnościami, a efekt niebawem może zaskoczyć nas wszystkich. :) Dzięki za udział!

Jose, użyłem nazwy “lokacja” ze względu na to, że oboje lubimy popykać w gry :) Może jakiś powrót do Diablo?

Chodziło mi o to, że chciałem wprowadzić do świata pewien dodatkowy element, nadający mu odrobinę oryginalności. Miejsce miało być mroczne, tajemnicze, a pobyt w nim choć dostarczał bohaterom odpowiedzi, że ich trop w poszukiwaniach jest fałszywy, u czytelnika miał wzbudzić ciekawość co też kryję się wśród murów monastyru. 

Jeśli chodzi o naładowanie wydarzeniami, to lubię w ten sposób pisać (jak również czytać takie rzeczy). Kiedy ciągle coś się dzieje, fabuła biegnie do przodu napędzana akcją. Oczywiście zwolnienie na rzecz klimatu to też dobre rozwiązanie, staram się nad tym popracować:)

Bright, dzięki za wyczerpującą opinię :)

Staram się aby świat był spójny, a do tego nie chcę zasypywać czytelnika nazwami własnymi itp. Więc cieszę się, że to wyszło :) Nad warsztatem ciągle pracuję, mam nadzieję, że widać jakiś postęp w tym względzie. Co do wyświechtanych fraz, to staram się nad tym panować, ale czasem po prostu za dobrze pasuje do sceny :)

Nie chciałem zaczynać od razu nocą poślubną. Dwa pierwsze podrozdziały mają na celu wprowadzenie w świat i przybliżenie nadchodzących wydarzeń. Teraz wiem, że należałoby je bardziej podrasować żeby przykuć uwagę czytelnika od samego początku. 

Jeśli chodzi o liniowość to opowiadanie pisane było według planu (miałem praktycznie wymyślone wszystko scena po scenie). Dlatego też pewnie fabuła biegnie jak po sznurku od wydarzenia do wydarzenia. 

Ciągle staram się rozwijać warsztat, więc dzięki za miłe słowa :) Mam pomysły na inne teksty z tego uniwersum. Pytanie czy chcielibyście przeczytać coś w klimacie podobnym jak powyższe opowiadanie?

Błagam, tylko nie kolejne wesele! ;D

Sezon weselny uważam za zakończony :)

 

Edit: Chodzi bardziej o ten sam świat i bohaterów.

Opowiadanie o tym, jak zdeterminowany może być mężczyzna, który nie zamoczył.

 

Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać xD

(Trzeba jednak przyznać, że motorem napędowym działań pana BB nie była miłość czy jakiekolwiek ciepłe uczucia wobec Albertiny, skoro ledwie ją znał, więc… xD)

 

Noo, jestem! Wybacz, że aż tyle mi to zajęło ;)

Belhaju, to z pewnością najlepsze twoje opowiadanie, jakie tu czytałam. I bardzo się cieszę, że jest zupełnie niepodobne do Lovecraftowych fanfiction ;) Przejrzałam parę ostatnich komentarzy – ładnie ci wszyscy mówią, więc tylko powtórzę za nimi, że historia jest porządna i tekst dobrze napisany. Wiesz już zatem, belhaju, że potrafisz pisać dobrze.

 

Jeśli jednak masz ambicję na więcej, pozwolę sobie trochę pogrymasić.

Sama fabuła jest zbyt prosta. Przypomina mi jakąś grę, w której trzeba odhaczyć kolejne checkpointy. Na drodze bohaterów nie stają żadne przeszkody, wszystko jest proste i łatwe. Zbyt łatwe.

 

Pierwsze dwie sceny (dyskusję przed weselem i samo wesele) można wykreślić bez żadnej szkody dla historii. Podobnie z wizytą w monastyrze. Fajnie, że masz dobrze wykreowany świat, pełen ślicznych detali (robaki na szyjach adeptek), ale musisz mieć na uwadze, że czytelnika interesuje to mniej niż sama historia. W poradnikach dla adeptów pisarstwa często powtarza się, że każde zdanie powinno albo posuwać do przodu fabułę, albo mówić nam coś nowego o bohaterze. Pamiętaj o tym, pisząc kolejne opowiadania.

 

Nagłówki – tytuły rozdziałów? aż się proszą o trochę więcej kreatywności. Mogłeś tu tak zaszaleć, belhaj, tyle możliwości ;)

 

Niektóre opisy były bardzo… bezosobowe. Czytając:

suknia podkreślała jej smukłe kształty, a starannie ułożona fryzura i misterny makijaż

Nie potrafiłabym sobie wyobrazić panny młodej. Szkoda, bo myślę, że działanie na wyobraźnię czytelnika jest jednym z lepszych darów, jakimi dysponuje pisarz.

 

Skąd tak właściwie BB miał pewność, że Albertina wciąż jest żywa?

 

Znalazłam jeszcze zgubioną kropkę:

 

– Mówże szybciej! – krzyknął hrabia[+.] – Gdybyśmy siedzieli

 

Powodzenia w kolejnych tekstach :)

 

PS. Wątek gejowski jest bez sensu. Czemu w ogóle szukali mu faceta? Poza tym, to tak nie działa, że jak jest dwóch gejów, to muszą się sobie podobać xD No i – spokojnie można było ten wątek wyciąć, a fabuła nic by na nim nie straciła, czyli od początku był niepotrzebny.

Dzięki za przeczytanie i opinię, kam :)

Do większości zarzutów odniosłem się już we wcześniejszych komentarzach. 

 

Opowiadanie o tym, jak zdeterminowany może być mężczyzna, który nie zamoczył.

 

O kobiety wybuchały wojny, więc hrabia nie jest odosobniony :) Choć spostrzeżenie szczerze mnie rozbawiło :)

Co do niepotrzebnych scen, to po prostu chciałem bardziej przybliżyć bohaterów, pokazać świat, a nie tylko skupić się na głównym wątku fabularnym. Uważam, że dwie pierwsze sceny stanowią pewien wstęp do tekstu, natomiast wątek monastyru ma wprowadzić pewną dozę tajemnicy i zainteresować czytelnika co też znajduje się za jego murami.

Hrabia nie miał pewności, że Albertina wciąż żyję, raczej ciągle łudził się, że nie zginęła i uda się ją odnaleźć. Natomiast jeśli chodzi o wątek gejowski to nie pełni on żadnej roli, ot po prostu hrabiemu niezbyt podobają się upodobania brata przyszłej małżonki, jednak musi je tolerować i stara się zapewnić mu towarzystwo. 

Oczywiście, że wojny o kobiety wybuchały, zwykle jednak między bohaterami dramatu bywało coś więcej niż tylko chuć… Choć kto ich tam wie ;) Ładnie było u Zygfryda – choć w oszczędnych słowach, to pokazał nam, że głównym bohaterem kierowała miłość do żony. No, ale możliwe, że to po prostu kobiecy /idealistyczny punkt widzenia się kłania ;)

Ach, zapomniałam dodać, że bardzo dobrze ci wyszły naturalistyczne opisy. Dodały pazura prostej historii :)

zainteresować czytelnika co też znajduje się za jego murami.

No właśnie – po co? Bo planujesz tam jakąś inną historię? Widzisz, ten klasztor nie należał do tej historii, i to widać.

ot po prostu hrabiemu niezbyt podobają się upodobania brata przyszłej małżonki, jednak musi je tolerować

Poruszając taki temat, jeśli chcesz to zrobić porządnie, zaraz wywołujesz kolejne pytania o twój świat, belhaju. Dlaczego w twoim świecie ludzie nie tolerują gejów, skoro mają magów i różnogatunkowe potwory? Czy może jest to odosobniona reakcja hrabiego? I przede wszystkim – jeśli tak bardzo mu się to nie podoba, czemu na siłę szuka kolesiowi pary? Skoro był taki niezadowolony, mógł zarządzić dostarczenie mu ładnej młodej wieśniaczki. Dziwne to. Trochę jak scenarzyści Brighta, którzy wrzucili w nasz świat elfy i orki, i nie pomyśleli o konsekwencjach tej zmiany. Ten wątek gejowski nie mówi nic o świecie – choć mógłby – i nie gra żadnej roli. I jeszcze może zdenerwować kogoś, kto przypadkiem wie, jak wygląda swatanie gejów xD

Przepraszam, że taka ściana tekstu, ale może teraz łatwiej ci zrozumieć, co mi siedzi w głowie :)

Zminimalizowanie determinacji hrabiego w poszukiwaniu Albertiny do zwykłej chuci jest zbytnim uproszczeniem. Nie jest może zbyt pozytywnym bohaterem, no ale powodują nim odrobinę szlachetniejsze pobudki. Zaraz pojawią się zarzuty o seksizm :)

Odnośnie monastyru to w jakimś niewielkim stopniu należy do historii. Albertina przebywała tam na krótko przed swoim zaginięciem. Hrabia musiał sprawdzić ten trop. Ponadto staram się w kolejnych tekstach rozbudowywać świat, stąd wprowadzanie takich elementów jak klasztor.

A wracając do tego nieszczęsnego wątku gejowskiego to już żałuję, że go umieściłem. Zajmuje raptem kilka zdań, a jest traktowany jako bardzo istotny. A tak nie jest. Wytłumaczeń co do zachowania hrabiego może być wiele. Osoby odmiennej orientacji mogą nie stanowić zbyt wielkiego procentu społeczeństwa dlatego są traktowani jako ktoś gorszy. Może hrabia jest homofobem. Wiem, że w dobie wszechobecnej poprawności może to zostać odebrane źle. Dlatego jeśli kogoś takie potraktowanie sprawy uraziło to przepraszam. Nie to było moim zamiarem.

 

 

w dobie wszechobecnej poprawności może to zostać odebrane źle.

Po pierwsze, to doba wszechobecnej poprawności nigdy w pełni nie zaistniała, a teraz to nie istnieje już w ogóle. A po drugie – kompletnie nie o to tu chodzi. Po prostu ta scena jest niewiarygodna. Kam pisze to samo, co ja pisałam. Jako ubarwienie – jasne, czemu nie. Tylko użyłeś tu stereotypu, który ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. I tyle. Dlatego zwróciłyśmy na to uwagę, nie dlatego, byś miał się źle poczuć. :)

Owszem użyłem stereotypu. Uważałem, że będzie on w jakiś sposób współgrał z charakterem hrabiego. Typowo heteroseksualnego mężczyzny, mającego problemy z akceptacją zachowania i upodobań brata Albertiny. Myślę, że już starczy wyjaśnień odnośnie tej nieszczęsnej sceny :)

Masz rację, Belhaju. Wystarczy. :)

Ocho, lepiej powiedz czy przeczytałabyś opowiadanie w podobnym klimacie? Z tymi samymi bohaterami i światem? Bo mam parę pomysłów, a zastanawiam się czy jest sens nad nimi pracować.

Ogólnie dobry tekst, kilka ciekawych pomysłów, jak te pasożyty w zakonie, spodobała mi się kreacja świata. Fabularnie trochę zbyt to wszystko po sznurku poszło, bohater odbił damę w opałach i już. Wolałbym jakieś łupnięcie w finale, ale mimo to, tekst mi się spodobał.

 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dzięki za odwiedziny i przeczytanie, Szyszkowy :)

Fajnie, że opowiadanie się podobało :)

Belhaju, a dlaczego zastanawiasz się, czy jest sens? Opowiadanie ma dobre lub bardzo dobre opinie, zostało nominowane do piórka, ma chyba w tym miesiącu najwięcej punktów od użytkowników. Więc odpowiedź wydaje się oczywista.

Czy ja bym przeczytała? Zastrzeżenia masz w moim komentarzu. Ale nie czytuję tu raczej tekstów na ponad 40 tys. znaków, które mnie nudzą. Uważam, że świat ma potencjał, historia ma potencjał, bohaterowie pewnie też. To, co mi nie zagrało, już napisałam. Dla mnie zabrakło gęstszego klimatu i rozróżnienia bohaterów. (Nawiasem mówiąc – kiedy napisałam, że nie poczułam za bardzo tych bohaterów, być może dlatego, że to kolejne opowiadanie w tym świecie, więc trudno Tobie bohaterów po raz kolejny przedstawiać, odpisałeś – opowiadanie ma się bronić samo. Nie do końca się z tym zgadzam. Tutaj – tak. Ma się bronić samo. Ale to jest specyfika portalu. Gdybyś wydał tom ze swoimi opowiadaniami, w jednym świecie, z jednymi bohaterami – sytuacja by się bardzo zmieniła. Więc tak – na portalu najlepiej, jeśli opowiadanie jest od a do z, bohaterowie przedstawieni od a do z, świat tak samo. Ale tylko na portalu). Jeśli coś napiszesz – przeczytam, daj mi tylko znać. Jeśli w tym pytaniu jest głębszy sens – np, czy teraz, w tym momencie, kupiłabym książkę z tymi opowiadaniami – to na razie muszę odpowiedzieć – nie. Na razie. ;)

 

Aha, nie napisałam wcześniej – bardzo podobają mi się nazwiska Twoich bohaterów.

Ocho, lepiej powiedz czy przeczytałabyś opowiadanie w podobnym klimacie? Z tymi samymi bohaterami i światem?

Nie jestem Ocha, ale odpowiem za siebie – przeczytałbym, jeśli zaprezentowałbyś lepszą fabułę. Dużo lepszą. Bo ta z Prawa czy też Cyrkonii należy do niskiego kalibru niestety. Zresztą, pisałem to już i Tobie, i Ochy ;D

 

Zaś wątek gejowski (tak, wiem, nie wolno wracać :P) odebrałem akurat tak, jak chciałeś. Hrabia zachował się zgodnie ze swoim charakterem (koleś jest jaki jest, znajdźmy mu podobnego), a po przeczytaniu zupełnie o tej kwestii zapomniałem.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Zresztą, pisałem to już i Tobie, i Ochy ;D

 

Osze. :p

Przyjęcie jest dobre, to fakt, jednak jest i sporo wskazanych przez czytelników mankamentów. Ogólnie wydaje mi się, że z fantasy najciężej się przebić (musi być albo jakieś mega oryginalne, albo naprawdę świetnie napisane), ponieważ wymaga się od niej czegoś więcej niż klasycznych opowieści.

Wiadomo, że tekst portalowy czy konkursowy musi być zamkniętą całością, choć można kilka opowieści połączyć w sensowną całość (tak jak i ty to robisz ze swoimi opowiadaniami o Asgerze). Będę kombinował, bo parę pomysłów mam. Nawet jeden wyklarował się dość wyraźnie, więc dzięki za propozycję betaczytania. Na pewno się odezwę :)

Osze. :p

Tak mi się nie podobało :PP

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Count, mnie właśnie w dużym stopniu pociągają takie proste, klasyczne, typowo rozrywkowe historie. Uważam, że dość mało ich na polskim rynku i nie zaprzeczę, że sam lubię takie czytać. Oczywiście fabuła musi wciągać i nad tym muszę popracować :)

 

Edit: Ocho, fajnie, że nazwiska się podobają. Staram się przykładać do tego sporą wagę :)

Belhaju, mnie się wydaje, że jest taki ciąg na oryginalność, że klasyczne opowieści stają się rzadkością, więc oryginalnością. ;) Ale każdy sądzi po swojemu, oczywiście.

Hmmm. Może jednak nie? Czasami natrafiam na fantasy tak sztampowe, że już na początku wiadomo, jak to się musi skończyć…

Babska logika rządzi!

Ech, na pewno, Finklo. Sama twierdzę, że nie znoszę sztampowego fantasy, a przecież sama takie piszę. Ale to historia na zupełnie inną rozmowę, nie na śmiecenie pod belhajowym tekstem. Tak samo jak to – po cholerę nam to całe SF i pytania o przyszłość ludzkości, granice między człowiekiem a sztuczną inteligencją, skoro i tak znowu zmierzamy do maczugi?

;)

Żeby garstka mogła potem powiedzieć: “a nie pisałem?”. ;-)

Przepraszamy za offtop.

Babska logika rządzi!

Nie dojdzie do tego, o czym “nie pisałam”, a się zdążymy pozabijać maczugami. Oczywiście metaforycznymi, bo różnie rzeczy się za nimi mogą kryć. Dlatego uważam, że nawet pseudośredniowieczne (a może zwłaszcza ono) fantasy może okazać się bardziej na czasie niż SF.

Tak, przepraszamy za offtop. A ja to nawet spać idę.

Aaa, myślałam, że Ty o trzeciej wojnie światowej…

Babska logika rządzi!

Myślę, że Einstein też tu był metaforyczny. ;)

mnie się wydaje, że jest taki ciąg na oryginalność, że klasyczne opowieści stają się rzadkością, więc oryginalnością. ;)

 

Ocho, coś w tym stwierdzeniu jest. W końcu Gra o tron święcąca ostatnio największe triumfy na fantastycznym poletku to opowieść do bólu klasyczna, a do tego mocno inspirowana historią. 

 

Tak samo jak to – po cholerę nam to całe SF i pytania o przyszłość ludzkości, granice między człowiekiem a sztuczną inteligencją, skoro i tak znowu zmierzamy do maczugi?

 

To może tłumaczyć taką popularność literatury postapokaliptycznej. Ten scenariusz jest najbardziej realny :)

 

Kolejne fantasy w tym miesiącu i kolejne pytanie – czy sprawność warsztatowa wystarczy, żeby wznieść konwencjonalny tekst na wyższy poziom. To znaczy, ja bardzo fantasy cenię, to jest archetyp literatury, od takich opowieści przy ognisku wszystko się zaczęło. Ale właśnie z uwagi na tradycję i konwencję, trzeba się zdrowo nagimnastykować, żeby takie opowiadanie przeskoczyło z półki „fajne” na półkę „o kurde!”. Moim zdaniem, jeszcze nie tym razem (choć kierunek dobry).

Znaczy: jestem na NIE.

Przy okazji – mnie monastyr nie przeszkadzał, to był właśnie jeden z oryginalniejszych elementów tekstu.

No i zaczął się sądny czas dla opowiadania :)

Cóż mogę powiedzieć. Szkoda, coboldzie, że nie tym razem, ale rozumiem Twoją argumentację. Rynek jest dość bogaty we wszelkiej maści odmiany fantasy (od low po high), więc musi mieć pewną dozę oryginalności żeby się przebić. Choć zgadzam się również ze stwierdzeniem ochy, że klasyka staje się rzadkością. 

Podobało mi się. 

Na początku trochę drażniło mnie, że rozpoczynasz od sceny, w której wszyscy ziewają – czy aby czytelnik nie powinien utożsamiać się z bohaterami? ;) Ale szybko się wciągnąłem. Postaci pamiętałem mgliście z “Diamentu”, jednak zgrabnie je przedstawiłeś i przypomniałeś. Każda z nich ma charakter i jest ciekawa, mimo że nie wszystkie mają istotne znaczenie dla fabuły. Podoba mi się też to, że są jakiekolwiek elementy, które czynią świat przedstawiony Twoim światem, jak choćby te larwy-symbionty. To pokazuje jak niewiele czasem potrzeba, by do klasycznego uniwersum dodać szczyptę świeżości. I o tę świeżość, o te parę groszy od siebie dbaj, bo inaczej Twój świat fantasy zleje się z setką innych, podobnych. 

Historia ma ładnie zarysowane kluczowe elementy: jest zawiązanie akcji, jest cel, do którego zmierzają bohaterowie, jest w końcu rozwiązanie. Dobrze się przez to płynie, czytałem z przyjemnością i dopiero komentarze uświadomiły, że wszystko toczyło się zbyt gładko albo że wątek monastyru był głównie fałszywym tropem. Nijak nie zburzyło to mojej przyjemności z lektury. Bibliotekę klikałbym obiema rękami. 

Ale musiałem też zastanowić się nad piórkiem. Niestety, to jeszcze nie ten poziom. Do przyznania głosu na tak potrzebuję chociaż odrobiny zachwytu: nad językiem, nad pomysłem, nad intrygą, nad czymkolwiek. Tutaj mi tego zabrakło. 

Warsztat moim zdaniem nie jest jeszcze piórkowy. Podam parę przykładów, gdzie można by coś podciągnąć. 

Zbliżający się ślub przemawiającego właśnie władcy, spędzał sen z powiek jego podwładnym od dłuższego czasu.

Spróbuj maksymalnie skrócić to zdanie. Wyjdzie: “Ślub spędzał sen z powiek” – czy w tym zdaniu potrzebujesz przecinka? Nie. Tak samo więc w Twoim zdaniu. Niby to drobnostka, ale jeśli gdzieś trzeba zadbać o drobnostki to właśnie w pierwszych akapitach. 

Z oblicza Riqueta niewiele można było wyczytać ponieważ przysłaniała je maska.

A tutaj odwrotnie, zabrakło przecinka przed “ponieważ”. Szkolny błąd. Od wyników konkursu minęło trochę czasu, o nominacji wiesz, a co więcej błąd został już wytknięty przez Żonglera – dlaczego nie wprowadziłeś poprawek? 

Riquet, Gael i Barthez milczeli, spoglądając po sobie. Selger udawała, że nie słyszy, wertując jakieś pergaminy. Adalbert, czując na sobie wzrok hrabiego, odchrząknął i powiedział:

Natłok imiesłowów. A generalnie czasowniki są lepsze od imiesłowów. 

Rozrywkę zapewniał również sprowadzony specjalnie z Wybrzeża Muszli iluzjonista. Jego sztuczki wzbudzały podziw szczególnie wśród dzieci oraz najstarszych uczestników wesela. Gości zabawiał również nadworny karzeł-błazen o imieniu Lyrion.

Powtórzenie. 

To przykłady rzeczy do korekty. Przydałoby się też przeredagować sporo fragmentów, głównie przez usunięcie zdań lub całych akapitów, które donikąd nie prowadzą w tej historii – np. co z wynagrodzeniem dla seneszala? Przez takie rzeczy rozwadniasz akcję, choć rozbudowujesz świat i postaci. 

Konstrukcyjnie spodobał mi się ten rytm, który nadałeś śródtytułami. Jednak intrydze sporo brakuje do ideału. Mnie prostota akcji nie przeszkadzała, bo traktowałem tekst czysto rozrywkowo, ale chyba lepiej dźwignąć akcję z “nie przeszkadzała” na “porwała”. Im więcej trudności dla bohaterów, tym więcej napięcia dla czytelnika (zazwyczaj). Tutaj jedyny moment zagrożenia był zbyt wcześnie, w trakcie nocy poślubnej. Potem Giacomazzi tylko zbliża się do rozwiązania zagadki i do zwycięstwa. Pod koniec, gdy Albertina ma nóż przy gardle, nie wątpiłem ani przez sekundę w to, że nic złego się nie stanie. Przewaga jednej strony była zbyt duża. Był mag Gael, był złowieszczy Riquet, drużyna na większych levelach niż wróg. Przy następnych historiach spróbuj pomyśleć o tym, żeby hrabiemu było coraz gorzej, żeby sojuszników ubywało, a przeciwników przybywało. 

Pytałeś, czy przeczytalibyśmy podobne opowiadanie. Świat i postaci – szczególnie postaci, zróżnicowana, ciekawa drużyna – mnie satysfakcjonują. A klimat fantasy jest w porządku, jeśli fabuła i język dźwigną historię. W prostocie językach nie ma nic złego, więcej: jest dobra, bo płynne czytanie naprawdę wiele znaczy, szczególnie, gdy chce się pisać przede wszystkim rozrywkową literaturę. A fabuła? Zadbałeś już o filary dobrej historii: 1) początek, który określa cel i sens historii, 2) drogę do celu; 3) dotarcie do celu. Teraz tylko to udoskonal, by było ciekawiej, z większym napięciem i z liczniejszymi niespodziankami. 

Moim zdaniem jesteś na dobrej drodze :)

Dzięki za przeczytanie i komentarz, fun :)

Oczywiście smuci mnie, że kolejny lożownik jest na nie, ale jak w przypadku cobolda przyjmuje Twoje argumenty i przygany odnośnie tekstu. Oczywiście wiem, że pod względem językowym można tekst dopracować, przed publikacją tutaj przeszedł tylko jedną korektę, więc sporo rzeczy siłą rzeczy umknęło. Następnym razem postaram się bardziej dopieścić tekst, choć w ostatnim czasie mam tendencję do pisania na ostatnią chwilę – jeśli chodzi o konkursy oczywiście.

Jeszcze raz dzięki za dobre słowo, wyciągam kolejną lekcję :)

 

Edit: Co do pytania o ziewający początek, to nie zastosowałem się do zasady trzęsienia ziemi rodem z Hitchcocka. Chciałem przedstawić bohaterów, poprzez ich obserwację przez znudzonego uczestnika narady. Uznałem, że może nie jest to zbyt zachęcające, ale pasowało mi fabularnie.

Wszyscy mieli krótko obcięte włosy, zamiast zbroi nosili futra cętkowanych zwierząt. A ich skóra miała ciemny, hebanowy kolor. – Tutaj podmiot zgubiłeś, jakby zwierzęta miały ciemną skórę.

Widziałem też w niektórych miejscach zbędne zaimki, ale kwestia gustu.

Rzeczywiście, początek jest najtrudniejszy w odbiorze. Potem opowiadanie łapie rytm i dotrwałem do końca bez “ziewania”. :)

Proste w konstrukcji, klasyczne opowiadanie fantasy w klimacie renesansu. Może jakoś za bardzo nie odbiega od kanonu (chociaż są smaczki typu larwy), to była całkiem przyjemna lektura. Lubię sobie coś takiego zapodać od czasu do czasu.

Życzę wytrwałości w budowaniu świata, na razie jest dobrze. :)

 

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Cieszę się, Zalthcie, że udało się przeczytać bez ziewania :)

Dzięki za przeczytanie. Pomału będę się starał rozbudowywać przedstawiony świat. Fajnie, że się podobało :)

Oj, miałem tutaj problem z decyzją.

Bo z jednej strony prezentujesz solidny świat, świetne światotworzenie, a niektóre elementy wybijają się nawet ponad przeciętność (monastyr!). Historia jest tu zarysowana w poprawnych proporcjach i nie miałem wrażenie, że w którymkolwiek momencie zaczynasz biec z nią do przodu, bo limit się kończy.

Z drugiej wszystko idzie bohaterom jak po sznurku. Idą oni od punktu A do punktu B i jeszcze do punktu C. Nawet końcowa walka idzie gładko – tak ginie jeden z podwładnych barona, który miał imię, ale jakoś szczególnie to nikogo (w tym i mnie) nie ruszyło. A przez to nie wywarła takiego wrażenia, jak zwykle powinna wywierać.

Więc miałem dylemat, który ważyłem i ważyłem. No i ostatecznie zważyłem na NIE. Jeszcze nie teraz, ale jesteś definitywnie na dobrej drodze!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ha mogę stworzyć poradnik Dobra droga do piórka :) Pewnie znowu nie uda się zdobyć, ale dzięki waszym opiniom wiem co robię źle, a co dobrze, więc teraz trzeba dopracować mankamenty.

Belhaju, bardzo podobało mi się Twoje opowiadanie. 

Dobry klimat, ciekawa historia, sprawnie i zmyślnie napisana. Brakło twistu na koniec ale i tak tekst jest świetny. Szczególnie podobał mi się monastyr i mniszki. Motyw godny rozwinięcia. 

Dzięki! :)

Pewnie już jakiś czas temu zauważyłeś, że jestem na TAK.

Stworzyłeś interesującą fabułę, cały czas coś się dzieje, z zainteresowaniem śledziłam losy niby pana młodego. Jednak baby kibicują młodym biorącym ślub. ;-) Ale i to prawda, że mogłeś trochę im pokomplikować zadania, po głębszym błocie przeczołgać.

Inna mocna strona to świat. Widać, że od dawna nad nim pracujesz, jest bogaty w szczegóły. Tu monastyr (tak, jestem za nim), w którym pobiera nauki kwiat społeczeństwa, tam nazwiska.

Bohaterowie nieco sztampowi. Oprócz symbiontów to chyba pod tym względem nic nowego nie wniosłeś.

Babska logika rządzi!

Dzięki za przeczytanie, Łukaszu :)

Fajnie, że tekst się podobał :) Ogólnie to mam chęć go rozwinąć (zalecając się do komentarzy) i poszerzyć, nie tylko o wątek monastyru (który jednak również kiedyś będzie kontynuowany).

Finklo, wielkie dzięki za głos na TAK – oby nie był jedyny :)

Starałem się, aby świat był wiarygodny i łączył się w spójną całość. Co do bohaterów to będę musiał pogłębić ich charaktery, motywacje itp. 

Ja się tam z Zalthem nie zgadzam w kwestii tego zaginionego podmiotu. Mi tu wszystko gra i buczy.

Nadzaimkowość też jakoś bardzo nie rzucała się w oczy. A już na pewno nie przeszkadzała.

Gorzej natomiast z interpunkcją, bo to nadal piach między trybami Twojego talentu. W sumie nic, co jakoś bardzo by przeszkadzało w odbiorze, ale jednak już zwracało na siebie uwagę i miało na ten odbiór wpływ; nieznacznie, ale jednak negatywny.

Na tym jednak zasadniczo koniec narzekania, bo chyba wszystko, co jeszcze można by tu uznać za zarzut, tak naprawdę okazuje się, poniekąd, podstawą gatunku – gatunku, który lubię. Może tyle, że tutaj występuje w uproszczonej poniekąd wersji. Ale tego wymagała już sama forma.

A nie, czekaj, jest jeszcze coś – nie bardzo wiem i rozumiem, jak to jest, że dopiero po ataku rodzinka panny młodej zeznała, że zaginęły służki i eskorta tejże? Naprawdę nikogo to nie zdziwiło i nie zwróciło uwagi? Nie kupuję tego zupełnie.

Niemniej, jako że jest to tekst strictre przygodowy i rozrywkowy, nie ma chyba sensu batożyć go za to, że na innych polach tu i ówdzie odstaje, szczególnie, że w swojej kategorii radzi sobie naprawdę dobrze. Może nie jest to literatura piękna, żeby się chciało czytać dla samego czytania, ale mnogość i tempo akcji oraz całkiem fajne, choć sztampowe postaci (tu bym się tylko doczepił do szpiega trochę, bo gość w jego profesji powinien być tak bardzo niewidzialny, jak to tylko możliwe. A facet, który jeszcze bardziej zwraca na siebie uwagę po ściągnięciu maski, niż wtedy, gdy ją nosi, niewidzialny nie jest. Choć z drugiej strony rozumiem, że jako oblicze prawa i porządku, bo i taką rolę można mu chyba przypisać, musi robić robotę), w jakimś sensie nadrabiają i lektura naprawdę absorbuje.

Ech, mówiąc krótko, jestem usatysfakcjonowany i zadowolony. Niestety jednak nie mogę powiedzieć, bym był też i zachwycony – by czymś szczególnym ten tekst zasłużył sobie, by zapamiętać go na długo i wspominać z prawdziwą przyjemnością. Miałem już dość czasu, by przemyśleć sprawę – bo się lekko wahałem, nie ukrywam – i wiem już, że, choć jest dobrze, fajnie, momentami zabawnie i generalnie przyjemnie, to jednak nie widzę tu piórka.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cóz ci mogę odpowiedzieć, Cieniu. Już się pogodziłem z tym, że powyższe opowiadanie nie dostanie piórka. Więc wielkie dzięki za przeczytanie, merytoryczny komentarz i dobre słowo :)

Wiem, że budujesz swój świat, Belhaju, i to opowiadanie jest kolejną cegiełką dodaną do tej budowli. Trudno wypowiadać mi się na ile ten tekst przesiąknięty jest stylem Belhaja, bo go jeszcze nie znam za bardzo. Ale o samym stylu mogę się już wypowiedzieć. Otóż, gdy masz czas i spokój piszesz naprawdę dobrze, Belhaju. Towarzyszyło mi co prawda leciutkie wrażenie sprawozdawczości owego stylu, jakbyś czasami nie przedstawiał wydarzeń, ale o nich opowiadał, jednak lektura była płynna i gładka.

Do Twojego warsztatu ciężko się przyczepić, a jako literatura przygodowa tekst sprawdza się dobrze. Dobry jest rownież początek "Starotirajskiego…". Nieco mniej błyskotliwych i zgrabnych zdań, a także znacznie mniej ciekawych opisów pojawia się pod koniec tekstu, gdy granice limitu zbliżały się nieubłagalnie, a podrozdziały stawały się coraz krótsze. Być może ich rozmiar dytkowany był także próbą zdynamizowania finałowych wydarzeń, jednak jako czytelnik odniosłem wrażenie, że pod koniec jednak limit trochę uwierał.

Przyznam się również, że mam pewien problem z Twoim opowiadaniem. Czytało się naprawdę sympatycznie, akcja gna do przodu, może i nieco zbyt liniowo (pomimo nie do końca ślepej uliczki w postaci monastyru) i może rzeczywiście jak po sznurku, a nawet nieco życzeniowo, ale potrafi zainteresować i wciagnąć. Co jakiś czas jednak, wrzucałeś do tej w miarę lekkiej, awanturniczo-przygodowej fabuły niespodziewane i lekko nieprzystające opisy okrucieństwa lub elementy obsceniczne. I wtedy pojawiało się, moim zdaniem, jakby fałszywe brzmienie.

A teraz kilka uwag odnośnie samej fabuły. Ja również miałem wrażenie obcowania z małą grupą pościgową i obecność pozostałych żołnierzy jakoś mi umykała przez większość tekstu. Nieco nijaki jest, moim zdaniem, główny antagonista. Ot, jakiś facet znikąd, który mści się jakby na niewłaściwych osobach. Przegnany przez rodzinę, odgrywa się na wrogach tej rodziny, a pojawia się w tekście późno, niejako odnaleziony w archiwach. Jego wejście na scenę wydarzeń nie miało wg. mnie odpowiedniej siły (wybiegł sobie wykurzony z walącej się jaskini pod koniec opowiadania), a strzał z kamienia, którym go ogłuszył geomanta lekko mnie rozbawił. Także sposób w jaki drużyna trafia na wrogi oddział jest nieco naiwny. Jakieś przeczucie, skręt z głównego szlaku i okazuje się, że właśnie tam odbędzie się finał historii. Przypadkowe, szczęśliwe dla bohaterów i trochę z wędki dla czytelnika.

Wszystkie moje uwagi i zastrzeżenia nie mają jednak wielkiego ciężaru gatunkowego. Żadne z nich nie umniejsza mojej pozytywnej oceny tekstu. Wszystkie opatrzone są dopiskami: "nieco", "lekko", "jakby", "trochę".

Przy następnym Twoim tekście spodziewam się nominacji uwieńczonej piórkiem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki za przeczytanie, marasie :)

Oczywiście z biegiem czasu zdaję sobie coraz większą sprawę z mankamentów tekstu, dlatego coraz bardziej chodzi mi po głowie rozbudowanie go (opierając się o czytelnicze uwagi) i pogłębienie fabuły i postaci, a także podrasowanie zakończenia i niektórych wydarzeń.

Co do pewnego pośpiechu w końcówce masz rację. Wszystkie podrozdziały po opuszczeniu monastyru napisałem w ciągu jednego wieczora, kiedy termin zakończenia konkursu zbliżał się nieubłaganie. Stąd też może być sporo potknięć (tekst przeszedł tylko jedną szybką betę, za którą kolejny raz dziękuję niezawodnej bemik), a i fabuła miejscami została odrobinę uproszczona. Dlatego też niebawem zajmę się rozwinięciem tekstu :)

I to jest dobry pomysł. Przemyśleć, rozwinąć, dopieścić, pogłębić – ​zwłaszcza ostatnie rozdziały. Jeśli tworzysz świat, to opowiadanie może być po kilku poprawkach mocnym elementem w tej układance. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mam już nawet kilka pomysłów jak to zrobić. Zamknę tylko bieżące projekty i biorę się za robotę :)

Nowa Fantastyka