- Opowiadanie: mr.maras - W Miesiącu Godów

W Miesiącu Godów

Wiel­kie po­dzię­ko­wa­nia dla Fin­kli, Ochy i Bel­la­trix. Zwłasz­cza dla Fin­kli. Bez jej no­ży­czek nie by­ło­by mnie w kon­kur­sie.

 

Edit. Podsumowując – opowiadanie zajęło trzecie miejsce w konkursie Fantastyczne Gody.  Warto było przyciąć do wymaganego limitu. Dziękuję tercetowi F.O.B. za pomoc!

Edit.2. I jeszcze piórko. Wielkie i bardzo przyjemne zaskoczenie.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

W Miesiącu Godów

Dzień szó­sty Mie­sią­ca Godów

 

Nad po­la­ną po­ja­wił się czar­ny punkt. Tym razem kruk. Za­to­czył koło i do­łą­czył do bie­siad­ni­ków na ga­łę­ziach drzew, okala­ją­cych łąkę gę­stym krę­giem. Głod­ne pta­szy­ska cze­ka­ły, aż lu­dzie odej­dą i po­zwo­lą roz­po­cząć ucztę. Po­na­gla­ły ich skrze­kli­wym wrza­skiem.

Nie­zna­jo­my zsiadł cięż­ko ze sro­ka­te­go wierz­chow­ca i sta­nął po­środ­ku po­la­ny upstrzo­nej stę­ża­łą i skrze­płą czer­wie­nią. Potem kuc­nął nad po­szar­pa­ną mia­zgą, która jesz­cze nie­daw­no była żywym czło­wie­kiem.

Jos­sel wzdry­gnął się, kiedy przy­bysz uma­zał palce w krwi, po­wą­chał je, a potem ob­li­zał. Chło­pak sku­lił się jesz­cze bar­dziej i za­ci­snął dłoń na pier­si zgrzeb­nej ko­szu­li, pod którą scho­wał wi­sior. Jego dotyk do­da­wał mu od­wa­gi.

– Bę­dziesz się cho­wał, czy wyleziesz z tych krza­ków? – Głos ob­ce­go był niski i chro­po­wa­ty. Sta­now­czy. Jos­sel aż za­drżał na jego dźwięk.

– Kim je­steś, panie? – za­py­tał, ostroż­nie wy­chy­la­jąc się z gę­stwi­ny.

Nie otrzy­mał od­po­wie­dzi, więc pod­szedł bli­żej nie­pew­nym kro­kiem. Przy­glą­dał się męż­czyź­nie z cie­ka­wo­ścią, ale i obawą. Tam­ten był wy­so­ki, przy­naj­mniej o stopę wyż­szy od Jos­se­la. I znacz­nie star­szy – na skro­niach czar­ne włosy oszro­ni­ła si­wi­zna.

– Zna­łeś ich? To twoi bli­scy? – Nie­zna­jo­my wstał, otarł dło­nie o spodnie i z kwa­śną miną ro­zej­rzał się wokół. Jak na za­wo­ła­nie, ptaki znów za­skrze­cza­ły do­no­śnie, wy­raź­nie czymś za­nie­po­ko­jo­ne.

Także Jos­sel po raz pierw­szy ogar­nął wzro­kiem ma­ka­brycz­ny widok. Do­strzegł teraz wszyst­kie szcze­gó­ły, przed któ­ry­mi jego oczy ucie­ka­ły, gdy krył się wśród tar­ni­ny. I ze­bra­ło mu się na wy­mio­ty.

Wi­dział już ludzi śmier­tel­nie oka­le­czo­nych że­la­zem, nawet stra­wio­nych przez ogień. Jed­nak nigdy nie oglą­dał śmier­ci za­da­nej z takim okru­cień­stwem. U jego stóp le­ża­ły roz­szar­pa­ne na strzę­py ciała kil­ku­dzie­się­cio­oso­bo­wej grupy wę­drow­ców. Także ko­biet i dzie­ci. Ro­ze­rwa­ne, zmiaż­dżo­ne, po­ra­nio­ne jakby przy uży­ciu kłów i szpo­nów. Przy­gnie­cio­ne do ziemi przez ciel­sko ja­kie­goś mon­strum. Ale rów­nież cięte bądź kłute ostrza­mi. Gdy po­skła­dał ten obraz w ca­łość, nie miał on żad­ne­go sensu.

– Nie zna­łem ich do­brze, ale wiem, kto to, panie. To we­sel­ni­cy z Małej Tamy – rzekł, z tru­dem prze­ły­ka­jąc ślinę. 

Obcy uniósł brwi jakby za­sko­czo­ny, ale nic nie po­wie­dział. Po­tarł kciu­kiem o palce, wciąż ubru­dzo­ne ciem­ny­mi smu­ga­mi.

– Nie tylko ludz­ka krew tutaj spły­nę­ła. We­sel­ni­cy się po­sta­wi­li. – Jego ob­li­cze spo­chmur­nia­ło jesz­cze bar­dziej. – Za­staw się, a po­staw się, jak ma­wia­ją. Wiesz czyje to we­se­le? I skąd się tu wzią­łeś?

– Je­cha­li do Srebr­nej Rzeki. Na ślub pięk­nej Mar­lo­on z synem mły­na­rza. To dwie naj­bo­gat­sze ro­dzi­ny w oko­li­cy.

– Ale nie twoje? – Męż­czy­zna zlu­stro­wał odzie­nie chło­pa­ka i skrzy­wił się z dez­apro­ba­tą.

– Nie moje, panie. Zwą mnie Jos­sel. Je­stem czwar­tym synem Ro­me­sa, cie­śli z Dużej Tamy. Wczo­raj do­łą­czy­łem do grupy i zmie­rzam do La­cry­mess. Mam wstą­pić do tam­tej­sze­go klasz­to­ru.

– Do klasz­to­ru, po­wia­dasz. Jakim więc cudem oca­la­łeś z tej rzezi? – Obcy zmie­rzył go po­now­nie wzro­kiem. Bez po­dejrz­li­wo­ści. Tylko z odro­bi­ną po­gar­dy.

Myśli, że ucie­kłem jak jakiś tchórz. – Jos­sel za­czer­wie­nił się i bez­rad­nie po­ru­szył rę­ka­mi.

– Kiedy zo­sta­li za­ata­ko­wa­ni, byłem aku­rat… na stro­nie. Usły­sza­łem krzy­ki i scho­wa­łem się w głębi lasu. Gdy ha­ła­sy uci­chły, wró­ci­łem tutaj.

– Można zatem po­wie­dzieć, że masz gów­nia­ne szczę­ście.

Jos­sel za­czer­wie­nił się jesz­cze bar­dziej. Czy przy­bysz chce go za­wsty­dzić? Wzbu­dzić po­czu­cie winy?

– Ja… My­śla­łem, że to ro­bo­ta zbój­ców, któ­rzy po­ła­si­li się na po­dar­ki ślub­ne albo posag panny mło­dej. Ale prze­cież we­sel­ni­cy nie wieź­li żad­ne­go po­sa­gu.

Nie­zna­jo­my przez dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wał się w ciała na stra­to­wa­nej tra­wie.

– Zbój­cy nie wy­ja­da­ją serca i wą­tro­by. I nie za­pi­ja­ją krwią – stwier­dził po­nu­rym gło­sem i ru­szył w stro­nę jed­nej z ofiar, ostroż­nie prze­no­sząc nogi nad zwło­ka­mi. Gdy do­tarł do celu, po­chy­lił się i mocnym szarp­nię­ciem ze­rwał na­szyj­nik z ko­bie­ty, któ­rej coś od­gry­zło pół twa­rzy. Jos­sel od­wró­cił wzrok. Jego śnia­da­nie za­wę­dro­wa­ło tuż pod gar­dło.

Obcy wró­cił i scho­wał zdo­bycz do sakwy. Potem wsko­czył na konia i spoj­rzał na mło­dzia­na z góry.

– To cie­ka­wy zbieg oko­licz­no­ści. Ja też spie­szę na we­se­le. I jak dotąd nie wy­bra­łem pre­zen­tu ślub­ne­go. – Prze­chy­lił głowę na bok i zu­peł­nie innym tonem dodał: – Zo­sta­jesz, idziesz swoją drogą, czy wo­lisz do­trzy­mać to­wa­rzy­stwa moim dwóm mie­czom? I de­cy­duj szyb­ko, zanim zlecą się wilki. – W jego oczach bły­snę­ło roz­ba­wie­nie.

– Jadę z tobą, panie! – od­parł chło­pak, chwy­ta­jąc się wy­cią­gnię­te­go przed­ra­mie­nia. Jo­ssel­a za­sko­czy­ła siła, z jaką obcy wcią­gnął go na grzbiet wierz­chow­ca. Kiedy już usa­do­wił się za ple­ca­mi jeźdź­ca, po­sta­no­wił, że za­ga­da raz jesz­cze. Nie zdą­żył jed­nak otwo­rzyć ust.

– Kerv. Zwą mnie Kerv Czy­ste Ostrza. – Wę­dro­wiec uprze­dził jego py­ta­nie, po czym mocno po­trak­to­wał konia pię­ta­mi.

Na twa­rzy Jo­ssel­a po­ja­wił się nie­śmia­ły uśmiech. Jakby wyraz ulgi prze­mie­sza­nej z na­dzie­ją.

Od­je­cha­li, ale ptaki nadal cze­ka­ły.

 

Dzie­wią­ty MG

 

Przez pięć lat do­bro­wol­ne­go, jak sam sie­bie prze­ko­ny­wał, ze­sła­nia na da­le­ką pro­win­cję, Sel­las nie oglą­dał na­go­ści. Od dawna nie po­pro­wa­dził oso­bi­ście żad­ne­go chrztu ani ce­re­mo­nii czy­sto­ści. Nawet pod­czas przy­go­to­wań Oczysz­czo­ne­go trzy­mał się z dala od świę­tych kom­nat, od­da­jąc nad­zór nad ry­tu­ałem innym ka­pła­nom. Tamci zaś koń­czy­li skom­pli­ko­wa­ne ob­rzę­dy, gdy on i dia­kon Kacyl już od dwóch dni obi­ja­li swoje chude tyłki, spie­sząc do sto­li­cy.

A teraz mu­siał oglą­dać ob­wi­słą go­li­znę stru­pie­sza­łe­go Ar­cy­ka­pła­na Tor­se­ma. Jest ni­czym tłu­sta larwa – prze­mknę­ło przez głowę Sel­la­sa, który z tru­dem po­wstrzy­mał gry­mas obrzy­dze­nia.

Naj­ja­śniej­szy Tor­sem zstą­pił po scho­dach w toń ba­se­nu i za­nu­rzył w niej bla­do­si­ne ciało. Gdy woda się uspo­ko­iła, ponad jej ciem­ną taflę wy­sta­wa­ła je­dy­nie gład­ko ogo­lo­na głowa. Sel­la­so­wi, który stał na brze­gu wpusz­czo­ne­go w mar­mu­ro­wą po­sadz­kę zbior­ni­ka, przy­wio­dła na myśl ro­pu­chę z wy­pu­kły­mi ocza­mi. Także i to spo­strze­że­nie za­cho­wał dla sie­bie. Ro­pu­sze oczy bacz­nie mu się przy­glą­da­ły.

Gość, który ośmie­lił się za­kłó­cić Ar­cy­ka­pła­no­wi po­po­łu­dnio­we ablu­cje, wy­glą­dał, jakby wkro­czył do kom­na­ty oczysz­cze­nia pro­sto z go­ściń­ca. I tak za­pew­ne uczy­nił, bez­czesz­cząc świę­ty przy­by­tek ubło­co­ny­mi ciż­ma­mi.

Ubru­dzo­ny na po­bruż­dżo­nej i nieogolonej twa­rzy, po­kry­ty ku­rzem na skrom­nym po­dróż­nym odzie­niu mni­cha, zwi­sa­ją­cym na ko­ści­stym ciele, Sel­las prze­był konno drogę z od­le­głej pro­win­cji do sto­li­cy kró­le­stwa i ko­leb­ki kultu Aego­ra. Teo­re­tycz­nie miał obo­wią­zek sta­wić się na ce­re­mo­nii za­ślu­bin księ­cia jako jeden z dzie­się­ciu wy­so­kich ka­pła­nów, któ­rych obec­ność była nie­zbęd­na, aby uznać ślub za pra­wo­moc­ny w ob­li­czu Świą­ty­ni. W rze­czy­wi­sto­ści wy­star­czy­ło jedno słowo Ar­cy­ka­pła­na, żeby ślub na­brał mocy i bez fa­ty­go­wa­nia sta­re­go dzi­wa­ka. Tym­cza­sem Sel­las zja­wił się nie­spo­dzie­wa­nie w sto­li­cy i naj­wy­raź­niej miał za­miar uczest­ni­czyć w uro­czy­sto­ści. Jed­nak to nie tłu­ma­czy­ło jesz­cze jego gwał­tow­ne­go wtar­gnię­cia do pry­wat­nych kom­nat Ar­cy­ka­pła­na.

Tor­sem my­ślał in­ten­syw­nie. Czyż­by Sel­la­so­wi sprzy­krzy­ła się po­słu­ga na ru­bie­żach księ­stwa i to­wa­rzy­stwo po­ryw­cze­go brata? Kto wie? Jeśli tylko ka­płan po­zbył się buty i prze­stał dawać wiarę rze­ko­mym wi­dze­niom, jego pobyt w La­cry­mess mógł­by się prze­dłu­żyć. Może nawet zna­la­zła­by się dla niego jakaś nie­istot­na, ale przy­no­szą­ca pro­fi­ty sy­ne­ku­ra. Aku­rat na małą willę z ba­se­nem w ogro­dzie i tu­zi­nem służ­by. Byle trzy­mał się z dala od spraw kró­le­stwa, po­li­ty­ki, wiary i księ­cia.

Wdzięcz­ność ko­lej­ne­go wy­so­kie­go ka­pła­na mogła oka­zać się przy­dat­na. Jed­nak­że Tor­sem nie łu­dził się zbyt­nio i po­dej­rze­wał, że wi­zy­ta Sel­la­sa nie przy­nie­sie ni­cze­go do­bre­go.

– Po­dob­no masz dla mnie pilne wie­ści?

Chudy ka­płan po­stą­pił krok do przo­du, sta­jąc nie­mal na kra­wę­dzi zdo­bio­ne­go mo­zai­ką ba­se­nu.

– To wia­do­mość wiel­kiej wagi i nie­cier­pią­ca zwło­ki, wie­leb­ny Tor­se­mie. Ksią­żę Mor­he­im zgi­nie z rąk nowo po­ślu­bio­nej mał­żon­ki nie­dłu­go po ju­trzej­szej uro­czy­sto­ści!

Ro­pu­sze po­wie­ki po­wo­li opa­dły i znów się unio­sły.

– Twier­dzisz zatem, że księż­nicz­ka Keria za­mor­du­je na­sze­go księ­cia?

Ar­cy­ka­płan wes­tchnął cięż­ko. Nawet nie był roz­cza­ro­wa­ny. Spo­dzie­wał się cze­goś po­dob­ne­go.

– Czy to pewna in­for­ma­cja? Kto ją prze­ka­zał? Jakiś twój szpieg? Czło­nek to­rań­skie­go dworu? I jakim cudem przy­no­sisz takie wie­ści ze wschod­niej mar­chii? O ile się orien­tu­ję, To­ra­nia leży na pół­noc­nym za­cho­dzie.

Sel­las mil­czał. Wie­dział już, do czego zmie­rza Tor­sem.

– Ro­zu­miem zatem, że tej in­for­ma­cji nie po­twier­dzi żadne wia­ry­god­ne źró­dło? A może to twoje ko­lej­ne prze­wi­dze­nie, Sel­la­sie, ze­sła­ne rze­ko­mo przez Aego­ra?

Niż­szy rangą ka­płan chrząk­nął, ale mimo to jego głos za­brzmiał nie­pew­nie.

– Mia­łem jasne i jed­no­znacz­ne wi­dze­nie. – Ostat­nie słowo pod­kre­ślił wy­raź­nie. – I nie znam źró­dła wia­ry­god­niejsze­go niż ten, któ­re­mu wszy­scy słu­ży­my, Ar­cy­ka­pła­nie.

– I po­now­nie prze­mó­wił do cie­bie, tak?

Sel­las nie dał się wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi.

– Wła­śnie tak. Ksią­żę umrze za kilka dni, jeśli nie za­po­bie­gnie­my tej uro­czy­sto­ści. Dla­te­go muszę się z nim na­tych­miast zo­ba­czyć.

Tor­sem prych­nął, roz­bry­zgu­jąc wodę. Czego się spo­dzie­wał? Że Sel­las zmą­drze­je na wy­gna­niu do wschod­niej mar­chii? Opa­mię­ta się, żyjąc tak długo wśród dzi­ku­sów? Za­po­mni o tych swo­ich ma­ja­kach, rze­ko­mo na­tchnio­nych przez Aego­ra ob­ja­wie­niach? Ar­cy­ka­płan raz jesz­cze wes­tchnął i spoj­rzał te­atral­nie na skle­pie­nie kom­na­ty oczysz­cze­nia. Przy­da­ło­by się od­świe­żyć fre­ski – za­uwa­żył. Ko­lo­ry jakby przy­bla­kły. Ksią­żę na pewno nie po­ską­pi złota na tak zboż­ny cel.

Sel­las tym­cza­sem cier­pli­wie cze­kał.

Nie po­zbę­dę się go tak łatwo – skon­sta­to­wał Tor­sem. A woda jest dzi­siaj pra­wie zimna.

 

Po ką­pie­li w świę­tej wo­dzie, którą we­dług wie­rzeń wy­znaw­ców Świą­ty­ni sta­no­wi­ły łzy dzie­wic i nie­ska­la­nych grze­chem chłop­ców, Tor­sem po­zwo­lił się osu­szyć płach­ta­mi czy­ste­go je­dwa­biu i ru­szył dłu­gim ko­ry­ta­rzem do głów­nej sali świą­ty­ni. Po dro­dze dwóch ako­li­tów przy­odzia­ło go w obszerną, nie­ska­zi­tel­nie białą szatę czy­sto­ści. Sfa­ty­go­wa­ny tru­da­mi po­dró­ży Sel­las drep­tał trzy kroki za nim, co chwi­la po­wta­rza­jąc to samo zda­nie.

– Na­praw­dę, muszę się wi­dzieć z księ­ciem, Ar­cy­ka­pła­nie.

Po­skut­ko­wa­ło za czwar­tym razem. Tor­sem za­my­ślił się i zwol­nił kroku. Za­pew­ne roz­wa­żał wszyst­kie za i prze­ciw. Nic no­we­go, w oczach wy­so­kie­go ka­pła­na od za­wsze był ra­czej spryt­nym li­czy­kru­pą i dwo­rakiem niż du­cho­wym przy­wód­cą Świą­ty­ni. Jed­nak gdy prze­mó­wił, słowa za­sko­czy­ły Sel­la­sa.

– Zgoda. Zo­ba­czysz się z księ­ciem jesz­cze przed uro­czy­sto­ścią za­ślu­bin. A teraz opo­wiedz mi o wy­da­rze­niach na wscho­dzie. Do­tar­ły do nas bar­dzo nie­po­ko­ją­ce wie­ści.

Sel­las ode­tchnął z ulgą. Czyż­by oce­niał Ar­cy­ka­pła­na zbyt su­ro­wo? Poza tym Tor­sem może i był ob­le­śnym tłu­ścio­chem, ale po­ru­szał się cał­kiem żwawo.

Sel­las roz­po­czął opo­wieść i znów po­kuś­ty­kał dłu­gim ko­ry­ta­rzem za zwierzch­ni­kiem. Stare kości z każ­dym kro­kiem wy­po­mi­na­ły mu ciężką po­dróż na koń­skim grzbie­cie. Po­cie­szał się myślą, że nie po­ko­nał dwu­stu mil na darmo.

 

Siód­my MG

 

Po ko­lej­nym dniu le­śnej wę­drów­ki wy­je­cha­li na otwar­tą prze­strzeń. Kerv ścią­gnął wodze i za­trzy­mał konia w cie­niu brzó­zek po­ra­sta­ją­cych skraj pusz­czy. Ścież­ka wio­dła przez pa­stwi­ska na grzbie­tach zie­lo­nych, dy­szą­cych w po­po­łu­dnio­wym słoń­cu, wzgórz. Ni­g­dzie nie wi­dzie­li śladu zwie­rząt ho­dow­la­nych ani ludzi. Tylko czar­ne ptaki krą­ży­ły wy­so­ko nad ich gło­wa­mi. Jos­sel zsu­nął się z konia, chcąc roz­pro­sto­wać zdrę­twia­łe człon­ki.

– Pusto i cicho.

Kerv się­gnął po przy­tro­czo­ny do sio­dła bu­kłak i prze­płu­kał gar­dło. Potem podał wino Jos­se­lo­wi.

– Rze­czy­wi­ście pusto. Może wszy­scy po­spie­szy­li na ślub. Ty też czuj się za­pro­szo­ny. Myślę, że nikt nie weź­mie mi za złe, jeśli przy­pro­wa­dzę cie­bie za­miast ja­kieś cy­ca­tej nie­wia­sty. Po co wozić drwa do lasu, nie­praw­daż?

Jos­sel był wy­raź­nie za­do­wo­lo­ny z pro­po­zy­cji. Prze­łknął gło­śno po­tęż­ny łyk wina, prze­tarł usta rę­ka­wem i uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Chęt­nie od­pocz­nę przy we­sel­nym stole i w miłej kom­pa­nii. To bę­dzie praw­dzi­wy za­szczyt dla mnie, panie. Tylko po­wiedz, pro­szę, na czyje we­se­le zmie­rza­my?

Star­szy męż­czy­zna za­sta­no­wił się chwi­lę. A przy tym nie­spo­dzie­wa­nie za­sę­pił.

– Sio­stry. Po­ślu­bi ja­kie­goś bo­ga­te­go fir­cy­ka, który przy­bę­dzie z licz­ną ro­dzi­ną. Szy­ku­je się wiel­ka uczta.

– To do­pie­ro za dwa dni, panie. Tym­cza­sem mój brzuch do­ma­ga się stra­wy – od­parł re­zo­lut­nie mło­dzian i wska­zał na kró­li­cze nory, któ­ry­mi usia­ne było wznie­sie­nie.

Kerv uśmiech­nął się na widok sa­mot­ne­go kró­li­ka, który za­marł, zer­ka­jąc z ukosa na in­tru­zów.

– Chcesz zo­ba­czyć sztucz­kę, czwar­ty synu cie­śli?

Jos­sel przy­tak­nął ze zdzi­wie­niem.

W tej samej chwi­li dłoń Kerva wy­strze­li­ła zza ple­ców i nie­wi­docz­na w locie klin­ga noża z im­pe­tem ude­rzy­ła w ciało gry­zo­nia.

– Kwe­stię bur­czą­ce­go brzu­cha mamy roz­wią­za­ną – stwier­dził Czy­ste Ostrza, zręcz­nie ze­ska­ku­jąc z konia.

 

Gdy dwie go­dzi­ny póź­niej Jos­sel zdjął kró­li­ka z pro­wi­zo­rycz­ne­go rożna, słoń­ce wła­śnie do­tknę­ło ho­ry­zon­tu.

Kerv przy­siadł nie­opo­dal ogni­ska wspar­ty łok­ciem o sio­dło. W sku­pie­niu czy­ścił ostrze mie­cza ka­wał­kiem na­są­czo­ne­go tłusz­czem sukna.

Jos­sel od­mó­wił w duchu mo­dli­twę, ode­rwał kawał mięsa i się za­wa­hał. Ko­lej­ny raz spoj­rzał w stro­nę mil­czą­ce­go męż­czy­zny. Wy­glą­da­ło na to, ze Kerv nie ma za­mia­ru przy­łą­czyć się do wie­cze­rzy.

– Nie spo­ży­jesz ze mną skrom­ne­go po­sił­ku, panie?

– Bę­dziesz mu­siał zjeść sam.

– Nie chciał­bym skła­niać cię do ła­ma­nia ślu­bów, Ke­rvie. Jeśli po­ścisz, odej­dę ze stra­wą na bok. – Jos­sel usi­ło­wał wstać, nie pod­pie­ra­jąc się rę­ko­ma. W utłusz­czo­nych dło­niach trzy­mał kawał mię­si­wa.

Kerv spoj­rzał na niego po­iry­to­wa­ny.

– Sia­daj na dupie! Nie kusi mnie ten nie­do­pie­czo­ny i ży­la­sty kró­lik. A moje posty, to wy­łącz­nie moja spra­wa, chłop­cze.

– Nie jest nie­do­pie­czo­ny, panie.

– Nie masz in­nych te­ma­tów do roz­mo­wy?

Jos­sel za­milkł spe­szo­ny. Jak się oka­za­ło tylko na chwi­lę. Od­gryzł spory kęs i ode­zwał się z peł­ny­mi usta­mi:

– Po­dob­no w sto­li­cy też szy­ku­ją wiel­kie we­se­le. Kupcy, któ­rzy od­wie­dzi­li naszą wio­skę w ze­szłym mie­sią­cu, spie­szy­li do La­cry­mess i po­cho­wa­li w ku­frach naj­lep­sze to­wa­ry. Opo­wia­da­li, że ksią­żę Mor­he­im ma po­ślu­bić jakąś za­mor­ską księż­nicz­kę… – Jos­sel dalej sku­bał kró­li­ka i zer­kał w stro­nę Kerva.

– Nie za­mor­ską, tylko z są­sied­niej To­ra­nii. I dał­bym sobie dwa palce uciąć, że nic do­bre­go z tego nie wy­nik­nie. Pod­bi­li­śmy i zrów­na­li­śmy To­ra­nię z zie­mią le­d­wie kilka zim temu. A To­rań­czy­cy to mści­we ple­mię. Za­pa­mię­taj to sobie. Z ich ko­bie­ta­mi trze­ba po­stę­po­wać ostroż­nie. Zu­peł­nie jak pod­czas go­le­nia jaj brzy­twą.

Jos­sel za­chi­cho­tał za­wsty­dzo­ny, ale Kerv już zdą­żył spo­chmur­nieć od swo­ich wspo­mnień. Jego oczy znów stra­ci­ły blask.

– Byłeś tam, panie?

– Może i byłem. Nie twoja spra­wa. I prze­stań mnie tak pod­py­ty­wać, bo zo­sta­wię cię na tym od­lu­dziu w to­wa­rzy­stwie nad­gry­zio­ne­go kró­li­ka.

Potem za­milkł i trwał nie­ru­cho­mo, ga­piąc się po­nu­ro w próż­nię. Po ja­kimś cza­sie ock­nął się i po­trzą­snął głową. Jego dło­nie znów za­ję­ły się czysz­cze­niem klin­gi.

– Masz nie­zwy­kłe mie­cze, panie. – Jos­sel ode­zwał się nie­mal szep­tem.

Kerv wes­tchnął cięż­ko i przy­tak­nął.

– To tacyr, upier­dli­wy synu Ro­me­sa z Dużej Tamy. Metal z od­le­głe­go kon­ty­nen­tu i daw­nych wie­ków. Tward­szy od naj­lep­szej stali. Nigdy się nie tępi, ale ma też inne za­le­ty. Nie­wie­le ta­kich ostrzy zo­sta­ło na świe­cie.

– A ty masz dwa. – Jos­sel nie krył zdzi­wie­nia. Każdy sły­szał o ta­cy­rze i jego nie­zwy­kłych wła­ści­wo­ściach. Za to żadna ze zna­nych mu osób nie wi­dzia­ła ma­gicz­ne­go me­ta­lu na wła­sne oczy.

– To na­gro­da. Po­da­rek od bli­skiej mi osoby… – Kerv urwał w pół zda­nia i spoj­rzał tę­sk­nym wzro­kiem przed sie­bie. Znów przez długą chwi­lę mil­czał i zda­wał się nie­obec­ny my­śla­mi.

Jos­sel do­koń­czył po­si­łek w ciszy. Cza­sem tylko spo­glą­dał na to­wa­rzy­sza, który odło­żył miecz i sie­dział cał­kiem nie­ru­cho­mo, tępo wpa­tru­jąc się w ciem­ność.

Wresz­cie pod­niósł się i ude­rzył dłoń­mi o uda.

– Nic to. Kładź­my się spać, chłop­cze. Wsta­ję równo ze świ­tem. Jeśli chcesz się za­brać ze mną, mu­sisz być na no­gach o wscho­dzie słoń­ca.

Jos­sel otu­lił się kocem i za­snął przy cie­płych ka­mie­niach do­ga­sa­ją­ce­go ogni­ska.

 

Dzie­sią­ty MG

 

Sel­las spę­dził za­le­d­wie dzień w sto­li­cy, a ksią­żę­cy dwór już go zmę­czył. Krzą­ta­ni­ną, go­rącz­ko­wą bie­ga­ni­ną służ­by i sza­leń­stwem przy­go­to­wań do ślubu oraz we­se­la. Ka­płan czuł się nie­po­trzeb­ny i błą­dził po zamku, ocze­ku­jąc na obie­ca­ną au­dien­cję. Pod­czas jed­ne­go z ta­kich spa­ce­rów nogi same za­pro­wa­dzi­ły go do wschod­nie­go skrzy­dła. Nie po­my­lił się. Na odległym końcu krę­te­go ko­ry­ta­rza nadal mie­ści­ła się ka­plicz­ka Aego­ra. Nie­zau­wa­żo­ny lub igno­ro­wa­ny przez krzą­ta­ją­cych się dwo­rzan, skie­ro­wał kroki do cięż­kich dę­bo­wych drzwi ozdo­bio­nych mo­sięż­ną gwiaz­dą – sym­bo­lem Świą­ty­ni.

Wbrew ocze­ki­wa­niom kom­na­ta nie była pusta.

Przy drew­nia­nym stole, na wy­so­kim stoł­ku sie­dział chło­piec. Na oko dzie­się­cio­let­ni – ale Sel­las wie­dział, że może się mylić. Nigdy nie po­tra­fił okre­ślić wieku dzie­ci.

Obaj się za­wa­ha­li. Brwi chłop­ca po­wę­dro­wa­ły w górę, a dłoń prze­wra­ca­ją­ca kartę wiel­kiej księ­gi za­trzy­ma­ła w po­ło­wie drogi. Sel­las sta­nął w progu, nie mogąc zde­cy­do­wać, czy wejść, czy ra­czej po­szu­kać ustron­niej­sze­go miej­sca do roz­my­ślań. Jed­nak gdy przyj­rzał się chłop­cu uważ­niej, po­sta­no­wił, że zo­sta­nie. Był pewny, że skądś zna te rysy, nie­sfor­ną blond czu­pry­nę i duże zie­lo­ne oczy.

– Wy­so­ki ka­pła­nie… – Chło­piec ze­sko­czył ze stoł­ka i ukło­nił się nisko.

– Panie… – Sel­las ski­nął lekko głową. Za stary był na po­kło­ny, a ko­la­na zbyt­nio mu do­ku­cza­ły. Nie­mal czuł ból na samą myśl o swo­ich sta­rych ko­ściach wbi­ja­ją­cych się w twar­dą po­sadz­kę. – Skąd wiesz, kim je­stem, ksią­żę? Kiedy opusz­cza­łem La­cry­mess mia­łeś pew­nie z pięć lat. Jak mógł­byś mnie pa­mię­tać?

Chło­pak uśmiech­nął się nie­śmia­ło i wró­cił na sto­łek.

– Wi­dzia­łem, jak wjeż­dża­li­ście do mia­sta bramą ce­sar­ską. Aku­rat wra­ca­łem z let­niej sie­dzi­by na­sze­go rodu. A opie­kun przy­dzie­lo­ny przez wie­leb­ne­go Tor­se­ma po­wie­dział na twój widok: Prze­cież to Sel­las, po co we­zwa­li tego sta­re­go… – Chło­pak ugryzł się w język i za­milkł.

– Nikt mnie nie wzy­wał, Tu­da­lu. Przy­je­cha­łem na wła­sne ży­cze­nie. – Sel­las przy­po­mniał sobie, że nie­gdyś nawet lubił tego dzie­cia­ka. Młod­sze­go spo­śród dwóch synów zmar­łe­go księ­cia Ca­rvi­la i za­ra­zem ­by­strzej­sze­go. 

– To Be­stia­riusz kom­plet­ny Do­ro­me­na Star­sze­go?

Chło­piec przy­tak­nął.

– Na zamku mówią, że we wschod­niej mar­chii gra­su­je okrut­ny demon.

– To nie są opo­wie­ści dla dzie­się­cio­let­nich chłop­ców.

– Je­de­na­sto­let­nich. Mam już je­de­na­ście lat. Czy to praw­da? O tym de­mo­nie? Na­praw­dę od­mie­nia do­brych ludzi i po­że­ra serca ofiar? Od­mie­nie­ni także mor­du­ją i po­że­ra­ją swoje ofia­ry?

Sel­las przy­glą­dał się roz­mów­cy z uwagą. Czy nie jest za młody na taką wie­dzę? 

– Tak, to nie­ste­ty praw­da.

Tudal aż wstrzy­mał od­dech. W jego wiel­kich oczach widać było głę­bo­kie prze­ję­cie.

– Do­ro­men Star­szy wspo­mi­na de­mo­na o imie­niu Ca­le­eve. W księ­dze opi­sa­ny jest spo­sób na za­bi­cie be­stii. Ty rów­nież po­sła­łeś prze­ciw niej Oczysz­czo­ne­go?

Sel­las nie od­po­wie­dział od razu. Się­gnął do otwar­tej księ­gi i od­wró­cił ją, by móc doj­rzeć, o czym czy­tał brat Mor­he­ima. Znał do­sko­na­le te ry­ci­ny i wersy. Iden­tycz­ne z tymi w kopii Be­stia­riu­sza, którą zo­sta­wił w od­le­głym Ge­ryn­cie. Przez ostat­nie ty­go­dnie stu­dio­wał je, ślę­cząc nad sta­rym wo­lu­mi­nem przy bla­sku świe­cy.

– To je­dy­ny spo­sób na prze­pę­dze­nie be­stii, mój ksią­żę. Wszyst­ko jest tutaj do­kład­nie przed­sta­wio­ne.

Chło­piec zmarsz­czył czoło.

– Czy ten demon czuje i myśli jak my?

– Na swój wy­pa­czo­ny spo­sób tak. Wszak wszyst­kim bożym dzie­ciom dano rozum.

– To zna­czy lu­dziom – stwier­dził ra­czej, niż za­py­tał ksią­żę, zer­ka­jąc nie­pew­nie na Sel­la­sa.

– To zna­czy wszyst­kim isto­tom bożym. Lu­dziom, psom, a nawet pa­ją­kom – od­rzekł ka­płan z uśmie­chem.

– A de­mo­ny, wszel­kiej maści po­two­ry i złe be­stie? Prze­cież i one mają rozum – za­pro­te­sto­wał Tudal.

– Oczy­wi­ście. To też boże isto­ty, tylko ze złego boga zro­dzo­ne.

– Z Be­atu­sa. On jest złym bo­giem.

– Ze złego boga. Czy aku­rat Be­atu­sa? Nie je­stem pe­wien. Może ze złego Aego­ra.

– Co mó­wisz, panie! – Młody ksią­żę ze­rwał się ze stoł­ka z za­ci­śnię­ty­mi pię­ścia­mi.

Sel­las spoj­rzał na niego spod gę­stych brwi i zmarsz­czył gniew­nie czoło.

– Sia­daj, chłop­cze, i słu­chaj! Całe zło na tym świe­cie wiel­bi i chwa­li Be­atu­sa, i za­pew­ne ma ku temu po­wo­dy. Wszak to bóg zła i ciem­no­ści, kłam­stwa i znisz­cze­nia. Lecz zło nie od niego po­cho­dzi. Tylko Stwór­ca, a jest nim, nie za­prze­czysz, Aegor, miał dar two­rze­nia. Dawał życie i rozum. Może po­mi­nął przy tym cie­bie, cał­kiem moż­li­we.

Sta­rzec za­milkł. Czy aby nie prze­sa­dził? Brat Mor­he­ima opadł wolno na sto­łek, ale jego duże, zie­lo­ne oczy wciąż bły­ska­ły gniew­nie.

Sel­la­so­wi po­do­bał się ten dzie­ciak. By­stry i do­cie­kli­wy. A przy tym czy­sty w sercu i szcze­rze od­da­ny wie­rze.

– Tak – cią­gnął ka­płan. – To Aegor po­wo­łał do życia i de­mo­ny, i złe duchy. Dla­cze­go? W gnie­wie. Kłó­ci­my się o słowa, mło­dzień­cze. Aegor nie jest bo­giem zła, ale był zły w dniu stwo­rze­nia wszel­kie­go plu­ga­stwa.

– Kto mógł go tak roz­gnie­wać? Na kogo był zły? – Ksią­żę nie dawał za wy­gra­ną.

– Na nas. Na swoje dzie­ci. Pew­nie i na Be­atu­sa, są prze­cież brać­mi, a Be­atus go zdra­dził. Cho­ciaż pew­nie przyj­dzie dzień od­ku­pie­nia i nawet zły bóg po­wró­ci do łask Stwo­rzy­cie­la.

– To, co mó­wisz, panie, to świę­to­kradz­two – wy­szep­tał Tudal.

– To świę­ta praw­da – od­rzekł Sel­las. Potem wstał od stołu i spoj­rzał raz jesz­cze na otwar­tą księ­gę. – Zo­sta­wię cię teraz z Do­ro­me­nem, ksią­żę. Przed uro­czy­sto­ścia­mi czeka mnie spo­tka­nie z twoim bra­tem. I bar­dzo trudna roz­mo­wa.

Tudal ski­nął głową z po­wa­gą, po czym ode­zwał się ci­chym gło­sem, od któ­re­go sta­re­go ka­pła­na prze­szedł dreszcz. Wy­po­wie­dzia­ne na po­że­gna­nie słowa nie pa­so­wa­ły do je­de­na­sto­let­nie­go chłop­ca.

– Oby w two­ich wy­bo­rach Aegor był ci na­tchnie­niem i do­rad­cą, panie.

 

– Zatem wiesz, dla­cze­go na­le­ga­łem na spo­tka­nie, mój ksią­żę?

Mor­he­im upił wina i prze­chy­lił głowę, uważ­nie wpa­tru­jąc się w Sel­la­sa.

– Tak. I mam z tym pro­blem. Wie­rzę w twoją dobrą wolę, ale nie mogę trak­to­wać po­waż­nie tak nie­do­rzecz­nych po­mó­wień. Je­stem pewny, że Keria kocha mnie nad życie, a nasze mał­żeń­stwo to dar losu dla to­rań­skie­go tronu. Jaki mia­ła­by cel w…

– W za­mor­do­wa­niu wład­cy kraju, który pobił jej armię i ode­brał po­ło­wę ziem? – za­py­tał Sel­las.

Sie­dzą­cy u boku księ­cia Ar­cy­ka­płan uśmiech­nął się pół­gęb­kiem.

Jego pod­wład­ny zi­gno­ro­wał go i kon­ty­nu­ował: – A może cho­dzi o to, że nie wszyst­kie moje wi­dze­nia speł­ni­ły się tak, jak je przed­sta­wia­łem…

– To już za­mierz­chłe dzie­je. Nie wra­caj­my do prze­szło­ści, Sel­la­sie. A przy­naj­mniej nie teraz, w tak ra­do­snej dla mnie chwi­li. Od­po­ku­to­wa­łeś już winy pię­cio­let­nim wy­gna­niem. – Ksią­żę upu­ścił pusty pu­char na pod­ło­gę i prze­tarł usta wierz­chem dłoni.

Sel­las chrząk­nął wy­mow­nie.

– Co praw­da opusz­cza­łem La­cry­mess w nie­ła­sce, ale nigdy nie trak­to­wa­łem swo­je­go od­da­le­nia jako wy­gna­nia. Prze­by­wa­łem w Ge­ryn­cie na za­pro­sze­nie brata. Służę tobie panie i Aego­ro­wi na ru­bie­żach naj­le­piej, jak po­tra­fię. Tam je­stem bar­dziej po­trzeb­ny.

Mor­he­im wydął wargi i zmru­żył oczy.

– Na przy­kład zwal­cza­jąc uro­jo­ne de­mo­ny?

Sel­las spoj­rzał wy­mow­nie na Ar­cy­ka­pła­na, któ­re­go wy­łu­pia­ste oczy wpa­try­wa­ły się wła­śnie we fre­ski na su­fi­cie. Wes­tchnął cięż­ko i z tru­dem opa­no­wał drżą­cy głos.

– Tak, mój panie. Mamy ostat­nio pro­blem z de­mo­nem. Wła­ści­wie de­mo­ni­cą. I za­pew­niam waszą wy­so­kość, że nie ma w niej nic uro­jo­ne­go. Wręcz prze­ciw­nie. Jest jak naj­bar­dziej re­al­na i po­że­ra ko­lej­nych pod­da­nych wa­szej ksią­żę­cej mości… – Wy­so­ki ka­płan urwał, do­strze­ga­jąc uśmie­szek błą­ka­ją­cy się po twa­rzy Mor­he­ima. Księ­cia naj­wi­docz­niej ba­wi­ło prze­ję­cie, z jakim opo­wia­dał o nie­czy­stym po­mio­cie. Sel­las stłu­mił jed­nak gniew i kon­ty­nu­ował ze spo­ko­jem:

– Sądzę, że to ko­lej­ne wcie­le­nie Ca­le­eve. Ma po­tęż­ną moc, ksią­żę. Moc, która pęta nawet szla­chet­nych mężów. Na stro­nę be­stii prze­szło już wiele two­ich od­da­nych sług. Cał­kiem moż­li­we, że stado już jest licz­niej­sze od dru­ży­ny, sta­cjo­nu­jącej w Ge­ryn­cie. Od ty­go­dni horda pa­no­szy się po całej mar­chii. Na­pa­da głów­nie sa­mot­ne go­spo­dar­stwa, ale po­tra­fi za­ha­czyć i o mniej­sze wsie. Także na ce­sar­skim trak­cie nikt nie jest bez­piecz­ny. Ani grupa po­dróż­nych, ni ka­ra­wa­na. Czas ucie­ka, ofiar przy­by­wa i dla­te­go pod­jąłem zde­cy­do­wa­ne kroki…

– Masz na myśli Oczysz­czo­ne­go? – Ksią­żę wy­krzy­wił wargi w iro­nicz­nym uśmie­chu. Potem prze­niósł wzrok na Ar­cy­ka­pła­na, który tym razem sku­pił uwagę na mo­za­ice zdo­bią­cej pod­ło­gę. Gdy Mor­he­im po­now­nie spoj­rzał na sto­ją­ce­go przed nim star­ca, miał lo­do­wa­te spoj­rze­nie. Po­chy­lił się na krze­śle i wy­ce­dził przez zęby:

– Nawet jeśli te wszyst­kie zbrod­nie są rze­czy­wi­ście spraw­ką sił nie­czy­stych, w co szcze­rze wąt­pię, to po­peł­ni­łeś ogrom­ny błąd, Sel­la­sie, po­sy­ła­jąc tam Oczysz­czo­ne­go. Po­dob­ne prak­ty­ki nie są to­le­ro­wa­ne w moim księ­stwie. Takie rze­czy nie przy­sto­ją. Po­dob­nie jak czy­ta­nie bajań spi­sa­nych wieki temu przez sza­lo­ne­go i ogar­nię­te­go de­men­cją star­ca. I wiara w omamy i prze­wi­dze­nia!

– Mam od­mien­ne zda­nie na ten temat, mój panie – od­parł Sel­las ci­chym gło­sem.

Sie­dzą­cy po pra­wi­cy księ­cia Tor­sem pod­niósł głowę, wbił spoj­rze­nie ro­pu­szych oczu w Sel­la­sa i ode­zwał się po raz pierw­szy pod­czas roz­mo­wy:

– I mógł­byś przy­siąc na Aego­ra, że twoje wizje są praw­dzi­we?

Sel­las za­wa­hał się. Jego wzrok wę­dro­wał mię­dzy twa­rza­mi sie­dzą­cych ramię w ramię księ­cia i Ar­cy­ka­pła­na. Zda­wa­ło się, że przy­glą­da­ją mu się z po­li­to­wa­niem.

Potem przy­po­mniał sobie ja­sno­wło­se­go chłop­ca, z któ­rym sto­czył nie­daw­no krót­ką, ale in­te­re­su­ją­cą dys­pu­tę. Także syna Ca­rvi­la, ale jakże róż­nią­ce­go się od star­sze­go brata. Ta­kie­mu wład­cy chęt­nie bym słu­żył całym ser­cem. Nawet tutaj, w sto­li­cy. Z takim wład­cą na tro­nie żadne de­mo­ny nie mia­ły­by wstę­pu do na­sze­go księ­stwa. – Nie­bez­piecz­ne myśli tłu­kły się w gło­wie, jak kury w kur­ni­ku, do któ­re­go wśli­zgnął się lis. Zaraz jed­nak przy­po­mniał sobie słowa, jakie młody Tudal wy­po­wie­dział na po­że­gna­nie.

– Tak, mój ksią­żę. Przy­się­gam na na­sze­go boga i na swoje życie także – po­wie­dział z prze­ko­na­niem, cho­ciaż jakaś jego część zaraz po­ża­ło­wa­ła tych słów.

Mor­he­im pod­niósł się z krze­sła i kop­nął kie­lich le­żą­cy na pod­ło­dze.

– Twoje przy­się­gi są warte tyle samo co prze­po­wied­nie. Trzy­maj się z dala ode mnie i mojej przy­szłej żony, Sel­la­sie – rzu­cił, wy­cho­dząc z kom­na­ty.

Tor­sem ru­szył w po­śpie­chu za nim. Do ślubu po­zo­sta­ło na­praw­dę nie­wie­le czasu.

Sel­las długo jesz­cze stał po­środ­ku kom­na­ty oszo­ło­mio­ny. Po czę­ści był zdu­mio­ny za­sły­sza­ny­mi sło­wa­mi i głu­po­tą Mor­he­ima. Jed­nak naj­bar­dziej za­sko­czy­ła go wsty­dli­wa ra­dość, jaką czuł w głębi duszy.

 

Ósmy MG

 

Na nie­bie wciąż nie było śladu ju­trzen­ki, gdy Jos­se­la obu­dzi­ło gło­śne, nie­spo­koj­ne par­sk­nię­cie. Na­tych­miast ze­rwał się na nogi.

Blask księ­ży­ca prze­bi­jał się przez ko­ro­ny drzew, oświe­tla­jąc ich obo­zo­wi­sko. Po­mię­dzy omsza­ły­mi pnia­mi uno­si­ły się smugi mgły. Jos­sel ro­zej­rzał się ner­wo­wo i nad­sta­wił ucha. Las za­stygł w ab­so­lut­nej ciszy. Nie sły­chać było sze­le­stu liści trą­ca­nych wia­trem, od­gło­sów noc­nej zwie­rzy­ny czy ptac­twa. Nawet pły­ną­cy obok stru­myk prze­stał szep­tać wśród ka­mie­ni. Jakby na­brał wody w usta – po­my­ślał Jos­sel.

Gdy za­spa­ne oczy przy­zwy­cza­iły się do ciem­no­ści, wy­pa­trzył Kerva. To­wa­rzysz po­dró­ży cze­kał przy­cza­jo­ny za pniem brzo­zy. Czuj­ny i go­to­wy, z ob­na­żo­nym ostrzem w dłoni.

– Weź drugi miecz – wy­szep­tał, wska­zu­jąc ru­chem głowy sio­dło. Ukry­ty w po­chwie oręż przy­tro­czo­ny był do wy­so­kie­go łęku obok sakw po­dróż­nych.

Jos­sel za­prze­czył ru­chem głowy.

Kerv syk­nął przez zęby, mocno ro­ze­źlo­ny od­mo­wą. Potem prze­sko­czył stru­myk, wśli­zgnął się mię­dzy splą­ta­ne krze­wy osnu­te mgłą i prze­padł w pół­mro­ku roz­świe­tla­nym mdłym bla­skiem księ­ży­ca.

Chło­pak ro­zej­rzał się za kry­jów­ką. Zna­lazł ją po dru­giej stro­nie obo­zo­wi­ska, pod roz­ło­ży­stym wy­kro­tem. Wsko­czył do za­głę­bie­nia i za­nu­rzył się w cie­niu po­wa­lo­ne­go dębu, nad­sta­wia­jąc ucha na od­gło­sy do­bie­ga­ją­ce spo­mię­dzy drzew. Cisza.

Za­sło­nił usta i nos dło­nią, by ukryć bu­cha­ją­cą parę. Na próż­no. Noc była jasna, chłod­na i mokra. Rosa i mgła zmo­czy­ły mu odzie­nie i prze­szedł go dreszcz. Chło­pak nie był jed­nak pewny – ze stra­chu, czy z zimna.

– Zabić ścier­wo! Zabić Kerva! – Gar­dło­wy krzyk roz­darł nocną ciszę.

– Ubij tego psa, So­re­nie! Ubij! – za­wtó­ro­wał mu drugi głos.

Ukry­ty pod wy­kro­tem Jos­sel sły­szał wy­raź­nie wrza­ski i na­wo­ły­wa­nia. Na­li­czył sześć róż­nych gło­sów i żaden nie na­le­żał do Kerva. Z głębi lasu do­cho­dzi­ły jęki i krót­kie od­gło­sy walki, hałas ła­ma­nych ga­łę­zi oraz kroki przy­tłu­mio­ne przez mięk­kie, wy­sy­pa­ne igli­wiem i po­ro­śnię­te mchem pod­ło­że. Z cza­sem okrzy­ki przy­bra­ły od­mien­ne tony.

– Kto tutaj?! Kto… – do­py­ty­wał się prze­stra­szo­ny głos do­bie­ga­ją­cy zza kępy wy­so­kich pa­pro­ci na wprost schro­nie­nia. Jos­sel jesz­cze moc­niej przy­warł ple­ca­mi do karpy drze­wa, jakby chciał się wto­pić w zbitą bryłę ziemi i ko­rze­ni. Wciąż na­słu­chi­wał. Prze­ra­żo­ny, ale i za­fa­scy­no­wa­ny. Jego palce od­ru­cho­wo po­szu­ka­ły za­wie­szo­ne­go na szyi ka­mie­nia.

– Do mnie, Der­ren! To ty? Czemu nie od­po­wia­dasz!? – wzy­wał z wy­rzu­tem inny głos, do­cho­dzą­cy z lewej, gdzie pły­nął stru­myk. I znowu cisza.

– Gdzie je­steś?! Lo­che­im! – krzyk­nął ktoś roz­dzie­ra­ją­cym serce gło­sem i tym razem wo­ła­nie roz­le­gło się z tyłu, zza krza­ków ja­łow­ca, a echo po­nio­sło imię wzy­wa­ne­go po lesie.

A potem jesz­cze:

– Daruj! Oszczędź go!

Teraz w krzy­ku już wyraźnie wy­brzmie­wa­ły strach i roz­pacz. Sły­sząc go, Jos­sel aż przy­kuc­nął zlęk­nio­ny i zgar­bił się, wci­ska­jąc szyję w ra­mio­na.

Wrza­sków i gło­sów uby­wa­ło. Wresz­cie wśród gę­stwi­ny drzew za­le­gła cisza.

Trwa­ła dłuż­szą chwi­lę, pod­czas któ­rej serce mło­dzień­ca wspi­na­ło się po­wo­li do gar­dła, gdy nagle pa­pro­cie za­sze­le­ści­ły i za­fa­lo­wa­ły gwał­tow­nie. Kilka stóp od Jos­se­la, spo­mię­dzy dłu­gich, po­kry­tych sre­brzy­stą po­świa­tą liści, wy­sko­czył jeden z na­past­ni­ków. Wy­chu­dły, odzia­ny w ob­dar­te łachy i uma­za­ny czer­nią na za­ro­śnię­tej twa­rzy. Ob­li­cze wy­krzy­wiał mu gry­mas wście­kło­ści, a w głę­bo­ko osa­dzo­nych oczach, które świe­ci­ły od­bi­tym bla­skiem księ­ży­ca, iskrzył się gniew. Na­past­nik dy­szał cięż­ko jakby po dłu­gim po­ści­gu. Albo uciecz­ce. Na jego widok chło­pak wy­pro­sto­wał się po­wo­li, sta­jąc na sztyw­nych no­gach.

– Ktoś ty?! Je­steś z nim?! – Na­past­nik uniósł ostrze i skie­ro­wał je w pierś Jos­se­la. Nie cze­kał zbyt długo na od­po­wiedź. – Zdy­chaj więc!

Mło­dzie­niec ani drgnął. Za­mknął tylko oczy i za­ci­snął usta, ocze­ku­jąc bier­nie na śmier­tel­ny cios. Nie zdą­żył wy­po­wie­dzieć w my­ślach pierw­szych słów mo­dli­twy, gdy usły­szał ko­lej­ny sze­lest. Potem krót­ki, stłu­mio­ny jęk i głu­chy ło­skot, jakby coś cięż­kie­go zwa­li­ło się na pod­ło­że.

Po­wo­li uniósł po­wie­ki. Przed nim stał Kerv. W świe­tle nie­mal peł­ne­go księ­ży­ca wy­glą­dał upior­nie. Uma­za­ny krwią, z dzi­kim bły­skiem w oku i twa­rzą wy­krzy­wio­ną okrut­nym uśmie­chem. W dło­niach dzier­żył oba mie­cze z ta­cy­ru. Ich ciem­ne ostrza bły­ska­ły, od­bi­ja­jąc księ­ży­co­wą po­świa­tę. Prze­tarł je ko­lej­no o rę­ka­wy skó­rza­nej kurty. Kerv Czy­ste Ostrza – prze­mknę­ło przez głowę Jos­se­la i po­czuł ulgę, za którą zaraz skar­cił się w my­ślach.

– Nie­wie­le bra­ko­wa­ło, chłop­cze. Mó­wi­łem, żebyś wziął mój miecz.

– Kim byli ci lu­dzie? Dla­cze­go chcie­li nas zabić? – Chło­pak czuł, że nadal się trzę­sie.

– Na moje oko to jacyś za­błą­ka­ni we­sel­ni­cy – od­parł Kerv i wy­szcze­rzył zęby w ciem­no­ści.

Jos­sel nie był do końca pewny, czy jego wy­baw­ca żar­tu­je.

 

Je­de­na­sty MG

 

Do roz­po­czę­cia uro­czy­sto­ści po­zo­sta­ło kilka go­dzin. We­dług sta­rej tra­dy­cji ślub mu­siał się roz­po­cząć tuż przed pół­no­cą, aby przy­szli mał­żon­ko­wie mogli owi­nąć złą­czo­ne nad­garst­ki czy­stą, białą szar­fą wraz z na­sta­niem no­we­go dnia. Ze świ­tem roz­po­czy­na­ła się za­ba­wa trwa­ją­ca nawet kilka ty­go­dni. Sel­las pa­mię­tał po­dob­ne uro­czy­sto­ści. I wła­śnie dla­te­go zaraz po za­ślu­binach za­mie­rzał opu­ścić La­cry­moss i udać się w po­wrot­ną po­dróż do Ge­ryn­tu. Tym razem bez po­śpie­chu, nie w sio­dle, a wy­god­nym po­wo­zem. Sza­lo­na jazda do sto­li­cy po­dzia­ła­ła na stare ciało, jakby ktoś chwy­cił worek kości i po­trzą­sał nim nie­ustan­nie przez czte­ry dni. Co praw­da trzy­krot­nie zmie­nia­li wierz­chow­ce, ale tyłek Sel­la­sa po­zo­sta­wał ten sam. Na wspo­mnie­nie po­dró­ży ka­płan bez­wied­nie po­ma­so­wał obo­la­ły po­śla­dek. Pora na ką­piel i drzem­kę.

Po do­kład­nych ablu­cjach w zam­ko­wej łaźni po­dą­żył za uzbro­jo­nym straż­ni­kiem, przy­słanym praw­do­po­dob­nie przez Mor­he­ima, i tra­fił do przy­dzie­lo­ne­go po­ko­ju. Z nie­za­do­wo­le­niem za­uwa­żył, że war­tow­nik po­zo­stał pod jego drzwia­mi.

Za­kwa­te­ro­wa­no go w nie­wiel­kiej kom­na­cie miesz­czą­cej się przy głów­nym ko­ry­ta­rzu za­chod­nie­go skrzy­dła zamku. Są­sied­ni pokój zajął jego asy­stent i mimo gru­bych murów Sel­las wy­raź­nie sły­szał na­rze­ka­nia i prze­kleń­stwa Ka­cy­la.

Rze­czy­wi­ście, ich kom­na­ty były nad wyraz skrom­ne. W cia­snym po­miesz­cze­niu z okien­nym wy­ku­szem na wprost wej­ścia i małym ko­min­kiem z tru­dem dało się po­sta­wić trzy kroki. W po­miesz­cze­niu ledwo zmie­ści­ła się wąska pry­cza z cien­kim wło­sien­nym ma­te­ra­cem i twar­dym pod­głów­kiem. W jej no­gach leżał szorst­ki koc. Ubo­gie­go wy­stro­ju do­peł­niały pro­sty stół i niski zydel ukry­ty pod bla­tem. Gdyby nie ko­mi­nek, kom­na­ta przy­po­mi­na­ła­by klasz­tor­ną celę dla no­wi­cuj­szy. Sel­las wi­dy­wał już le­piej wy­po­sa­żo­ne lochy wię­zien­ne. Wi­docz­nie w ten spo­sób Mor­he­im chciał przy­po­mnieć swoim go­ściom, jaki jest ich sta­tus na zamku. Sel­las zbył tę myśl wzru­sze­niem ra­mion. Humor miał wy­star­cza­ją­co kiep­ski.

Roz­pa­lił drwa w ko­min­ku, roz­ło­żył sien­nik i wy­cią­gnął się na twar­dym po­sła­niu. Oka­za­ło się, że nogi wy­sta­ją mu sporo poza kra­wędź pry­czy. Praw­do­po­dob­nie Kacyl od­krył wła­śnie to samo, gdyż zza ścia­ny do­bie­gło ko­lej­ne prze­kleń­stwo. Ka­płan uśmiech­nął się mi­mo­wol­nie. Długo jesz­cze wpa­try­wał się w sufit, roz­my­śla­jąc o wy­da­rze­niach ostat­nich dni i nawet nie za­uwa­żył, kiedy za­snął.

Obu­dził się w bla­sku księ­ży­ca tknię­ty na­głym, nie­po­ko­ją­cym im­pul­sem.

Na dwo­rze dął silny wiatr. Uchy­lo­ne okien­ni­ce trza­ska­ły z cicha o ka­mien­ny mur. Ka­płan prze­tarł oczy i spoj­rzał po­nu­ro w pół­mrok za­le­ga­ją­cy kom­na­tę. W no­gach pry­czy stał Kacyl.

– Pora wsta­wać, mój panie.

Sel­las prze­cią­gnął się i opu­ścił bose stopy na ka­mien­ną po­sadz­kę. Jej lo­do­wa­ty dotyk na­tych­miast po­bu­dził jego ciało. W tej samej chwi­li gdzieś nie­da­le­ko roz­le­gły się dźwięcz­ne fan­fa­ry, które bru­tal­nie prze­gna­ły reszt­ki snu.

Dwór ksią­żę­cy oraz go­ście z To­ry­nii zmie­rza­li na ślub Mor­he­ima i Kerii. Sel­las wie­rzył, że speł­nił swoją po­win­ność. Teraz już tylko Aegor mógł od­wró­cić los księ­cia.

 

Ósmy MG

 

Ran­kiem ko­lej­ne­go dnia na po­wrót za­nu­rzy­li się w gę­stej kniei. Tak da­le­ko na wschód Jos­sel jesz­cze się nie za­pusz­czał. Gdy tylko prze­kro­czy­li gra­ni­cę lasu, na­tra­fi­li na ciek wodny. Kerv ru­szył pie­szo, pro­wa­dząc konia za uzdę, mło­dzie­niec zaś po­zo­stał w sio­dle, roz­glą­da­jąc się po oko­li­cy. Nocne wy­da­rze­nia na­pę­dzi­ły mu stra­cha i teraz zda­wa­ło mu się, że za każ­dym krza­kiem lesz­czy­ny czai się uzbro­jo­ny na­past­nik.

Kerv po­now­nie stra­cił humor, a Jos­sel nie chciał wra­cać my­śla­mi do nie­daw­nych chwil grozy, dla­te­go prze­mie­rza­li leśną głu­szę w mil­cze­niu.

Pa­gór­ko­wa­te brze­gi męt­nej rzeki, wi­ją­cej się zie­lo­ną wstę­gą wśród splą­ta­nych ga­łę­zi, po­ra­sta­ły buki, graby i ja­rzę­bi­ny. Dalej w głąb lasu na­po­tka­li dęby, któ­rych wierz­choł­ki się­ga­ły stu pięć­dzie­się­ciu stóp i nie­mal rów­nie ol­brzy­mie lipy. Wśród buj­nej gę­stwi­ny Jos­sel wy­pa­trzył wiele ob­umie­ra­ją­cych i omsza­łych drzew.

Roz­ka­zem diuka Alver­ta, za­pa­lo­ne­go my­śli­we­go, Pusz­cza Ge­ryn­tu po­zo­sta­ła nie­tknię­tą ręką kar­czow­ni­ka czy drwa­la.

Długo wę­dro­wa­li w mil­cze­niu wśród wy­so­kich na pięt­na­ście stóp karp po­wa­lo­nych drzew i sto­ją­cych, mar­twych pni. Przez cały czas przy­gry­wał im ptasi świer­got i za­wzię­te pu­ka­nie dzię­cio­ła. Lecz nagle trele pta­ków umil­kły.

Przed sobą mieli zej­ście do pa­ro­wu o stro­mych, na­gich ścia­nach i za­drze­wio­nym dnie. W po­wie­trzu roz­cho­dził się swąd ogni­ska. Po­środ­ku jaru, spo­mię­dzy pni i ko­na­rów prze­świ­ty­wa­ła ja­snym murem wa­row­nia, naj­pew­niej po­zo­sta­łość z cza­sów Ce­sar­stwa. Wy­kar­czo­wa­ne nie­gdyś przed­po­le straż­ni­cy na po­wrót za­ro­sło i las pod­cho­dził teraz nie­mal pod samą bramę. Jos­sel przy­glą­dał się temu wi­do­ko­wi z ro­sną­cym za­cie­ka­wie­niem.

W daw­nych la­tach przez wąwóz prze­cho­dzić mu­siał ważny szlak. Teraz opu­sto­sza­ła przed laty wa­row­nia, naj­wi­docz­niej za­anek­to­wa­na przez ród Kerva, miała stać się domem we­sel­nym.

Czy­ste Ostrza szarp­nął za uzdę i pew­nym kro­kiem ru­szył w stro­nę bramy.

Jos­sel spoj­rzał w górę. Na szczy­cie murów do­strzegł uzbro­jo­nych straż­ni­ków. Także pod bar­ba­ka­nem cze­ka­ło na nich dwóch zbroj­nych. Naj­wi­docz­niej miesz­kań­cy twier­dzy mieli po­wo­dy do obaw.

Kerv ski­nął jed­ne­mu z męż­czyzn pil­nu­ją­cych wej­ścia, a war­tow­nik od­po­wie­dział po­dob­nym ge­stem i bez słowa prze­pu­ścił wę­drow­ców, przy­glą­da­jąc im się uważ­nie. Po chwi­li cięż­kie wrota głów­nej bramy uchy­li­ły się dla jeźdź­ca i pie­chu­ra.

Kiedy zna­leź­li się w ob­rę­bie murów Jos­sel do­strzegł, że ga­le­ria pod­wie­szo­na u ich szczy­tu to nie ka­mien­ny chod­nik strzel­ni­czy, ale drew­nia­ny po­dest wspar­ty na pa­lach. To na­praw­dę bar­dzo stara straż­ni­ca – po­my­ślał, wkra­cza­jąc na dzie­dzi­niec, a słoń­ce grze­ją­ce jego twarz wi­sia­ło wy­so­ko na nie­bie.

 

Je­de­na­sty MG

 

Ol­brzy­mia sala ską­pa­na była w świe­tle nie­zli­czo­nych kan­de­la­brów. Do­dat­ko­wo, wzdłuż ozdo­bio­nych dro­gi­mi ar­ra­sa­mi ścian, stało kil­ku­dzie­się­ciu lokai odzia­nych w ha­fto­wa­ne zło­t­em li­be­rie. Każdy trzy­mał po­chod­nię.

Sel­las przedarł się przez tłum miesz­czan, dam dworu oraz naj­waż­niej­szych no­ta­bli księ­stwa – na uro­czy­stość zje­cha­ło z ca­łe­go kraju wielu zna­mie­ni­tych mężów.

W końcu przy­sta­nął w po­bli­żu po­zo­sta­łych do­stoj­ni­ków Świą­ty­ni, ale nie przy­łą­czył się do grupy wy­so­kich ka­pła­nów. Zaraz też po­czuł na sobie kry­tycz­ne spoj­rze­nie wielu oczu. Jako je­dy­ny założył skrom­ne, szare odzie­nie. Jed­nak nie zwa­ża­jąc na nie­przy­ja­zne łyp­nię­cia, stał wśród pstro­ka­te­go tłumu z wy­so­ko unie­sio­ną głową, ni­czym za­błą­ka­ny szpak na zlo­cie pawi. W rze­czy­wi­sto­ści czuł się na­praw­dę nie­swo­jo. Od­wykł od tłu­mów, za­po­mniał, jak może cuch­nąć zbita masa dwo­rzan ści­śnię­tych w jeden, li­czą­cy setki głów, or­ga­nizm. Pod­dań­czy, pod­szy­ty stra­chem, go­to­wy lizać ciżmy wład­cy za odro­bi­nę ksią­żę­cej łaski lub garść ochła­pów: przy­wi­le­jów, nadań, ho­no­rów. Wład­cy, któ­re­go dłoń sy­pa­ła zło­tem lub za­ci­ska­ła się w pięść, gdy ktoś ocią­gał się z za­pła­ce­niem po­dat­ku, lub lenna.

Sel­las przy­po­mniał sobie do­kład­nie, dla­cze­go opu­ścił La­cry­mess przed pię­cio­ma laty. Po­wró­ci­ła od­ra­za, jaka to­wa­rzy­szy­ła mu wów­czas, od pierw­sze­go dnia po­by­tu w sto­li­cy i na­ra­sta­ła, w miarę jak wspi­nał się po szcze­blach hie­rar­chii Świą­ty­ni. Nie pa­so­wał tutaj. Ale teraz inna rzecz za­przą­ta­ła jego myśli. I nie­po­ko­iła. Nie czuł w tym miej­scu obec­no­ści Aego­ra.

Ukrył się więc za jedną z ko­lumn pod­trzy­mu­ją­cych strop wiel­kiej sali i ob­ser­wo­wał. Z tego miej­sca po­dium, z rzę­dem obi­tych pur­pu­ro­wym suk­nem krze­seł i za­wie­szo­ny­mi ponad nimi żół­to­czer­wo­ny­mi pro­por­ca­mi, wy­glą­da­ło jak pasz­cza szcze­rzą­ca równe, uma­za­ne krwią kły. Uśmiech­nął się w my­ślach, w obec­nej sy­tu­acji sko­ja­rze­nie wy­da­ło się traf­ne.

Wresz­cie roz­mo­wy przy­ci­chły, a do sali wkro­czył ksią­żę. Do­stoj­nym kro­kiem prze­mie­rzył ją w oto­cze­niu świty za­ufa­nych ry­ce­rzy i naj­bar­dziej od­da­nych szlach­ci­ców. Gdy za­siadł na ho­no­ro­wym miej­scu po­dium, w po­tęż­nych wro­tach po­ja­wi­ła się panna młoda. Jej przy­by­cie za­po­wie­dzie­li trzej he­rol­do­wie.

Wje­cha­ła na czar­nym ogie­rze z ciem­no­zie­lo­nym ak­sa­mit­nym cza­pra­kiem wy­szy­wa­nym sre­brem i w srebr­nej uprzę­ży. Sala umil­kła. Twa­rze zgro­ma­dzo­nych zwró­ci­ły się w stro­nę Kerii i go­ście ukło­na­mi lub przy­klęk­nię­ciem od­da­li cześć księż­nicz­ce To­ra­nii. Przede wszyst­kim jej uro­dzie. Sel­las rów­nież opadł na ko­la­no i z po­dzi­wem wpa­try­wał się w młodą ko­bie­tę, która dum­nie spo­glą­da­ła na nich z góry. Na­brał też pew­no­ści, że jego wizja była praw­dzi­wa. Wła­śnie tę dziew­czy­nę zo­ba­czył we śnie ze­sła­nym przez Aego­ra.

 

Ósmy MG

 

Po­środ­ku placu stał rząd cięż­kich, drew­nia­nych sto­łów. Nie okry­wa­ły ich ob­ru­sy, na nie­dba­le ocio­sa­nych bla­tach nie stały żadne misy z ja­dłem ani dzba­ny z trun­kiem. Nie było także ław, krze­seł ani stoł­ków, na któ­rych mo­gli­by przy­siąść go­ście we­sel­ni. Pod wiel­kim roż­nem w kącie po­dwó­rza nie roz­pa­lo­no ognia i nie piekł się na nim żaden pro­siak.

Jesz­cze bar­dziej zdzi­wi­ła Jos­se­la cisza pa­nu­ją­ca w ob­rę­bie wy­so­kich murów wa­row­ni. Nikt się nie krzą­tał, nie po­krzy­ki­wał, nie go­to­wał do zbli­ża­ją­cej uro­czy­sto­ści. Nie było sły­chać śmie­chów i roz­mów, śpie­wu min­stre­li ani mu­zy­ki. Poza uzbro­jo­ny­mi, mil­czą­cy­mi war­tow­ni­ka­mi roz­sta­wio­ny­mi na mu­rach ota­cza­ją­cych kilka skrom­nych, drew­nia­nych bu­dyn­ków, na dzie­dziń­cu nie było żywej duszy. Znik­nę­ły nawet konie, które roz­przę­gnię­to od trzech pu­stych po­wo­zów po­rzu­co­nych mię­dzy za­bu­do­wa­nia­mi.

Chło­pak zer­k­nął ze zdzi­wie­niem na sto­ją­ce­go za nim Kerva, lecz w tej wła­śnie chwi­li drzwi naj­więk­szej chaty otwo­rzy­ły się z gło­śnym skrzyp­nię­ciem i na po­dwó­rze po­czę­li wy­cho­dzić lu­dzie. Naj­pew­niej we­sel­ni­cy. Wszy­scy od­święt­nie ubra­ni, szy­kow­ni, lecz każdy z nie­prze­nik­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy i pu­stym, nie­obec­nym spoj­rze­niem. Jos­sel znał ten wyraz oczu. Na­tych­miast po­szu­kał wzro­kiem Kerva, ale to­wa­rzysz gdzieś znik­nął w po­nu­rym, mil­czą­cym tłu­mie.

Go­ście we­sel­ni usta­wi­li się w pół­krę­gu na placu przed chatą i zgod­nie zwró­ci­li w stro­nę otwar­te­go wej­ścia. Mło­dzie­niec ro­zej­rzał się ner­wo­wo wokół sie­bie. Czatujący na mu­rach straż­ni­cy za­prze­sta­li wy­pa­try­wać nie­bez­pie­czeń­stwa i sku­pi­li uwagę na dzie­dziń­cu. War­tow­ni­cy czu­wa­ją­cy przy bra­mie rów­nież po­rzu­ci­li swoje sta­no­wi­sko. Wła­śnie za­my­ka­li jej wrota od środ­ka.

Coś mu­snę­ło de­li­kat­nie plecy Jos­se­la i chło­pak spojrzał za sie­bie. Tuż za nim stała ko­bie­ta. Po­dra­pa­na na opuch­nię­tej twa­rzy, w po­dar­tej i ubru­dzo­nej sukni, która kie­dyś mu­sia­ła być kosz­tow­na i wy­twor­na. W pod­krą­żo­nych oczach ko­bie­ty zo­ba­czył strach. Gdy prze­mó­wi­ła, nie­wy­raź­nie szep­cząc, do­strzegł, że ma wy­bi­te dwa przed­nie zęby.

– Co tu ro­bisz, chłop­cze? Skąd przy­by­wasz? Spo­tka­łeś może mo­je­go męża, Lo­che­ima? Albo mło­de­go Der­re­na? To syn mojej sio­stry. Na pewno nas szu­ka­ją. I obie­ca­li po nas wró­cić.

Jos­sel nie od­po­wie­dział. Za­prze­czył tylko ru­chem głowy.

– Je­cha­li­śmy do Sre­brnej Rzeki, na ślub Mar­lo­on, mojej sio­strze­ni­cy. Na­pa­dli na nas… – Twarz ko­bie­ty wy­krzy­wił gry­mas prze­ra­że­nia. – To coś było z nimi… Za­bi­li pra­wie wszyst­kich. Mnie i jesz­cze dwie dziew­czy­ny od sta­re­go Le­hu­ra przy­pro­wa­dzi­li tutaj. Mó­wi­li, że je­ste­śmy za ładne…

– Wiem – od­parł Jos­sel uspo­ka­ja­ją­cym gło­sem. – Wiem wszyst­ko.

– Zatem wiesz, co się zaraz sta­nie. Tym tutaj już nic nie po­mo­że. – Ko­bie­ta chwy­ci­ła jego dłoń i ści­snę­ła mocno. – Ale ty ucie­kaj, jeśli zdo­łasz! – wy­szep­ta­ła z siłą w gło­sie.

Chło­pak spoj­rzał na nią ze smut­kiem.

– Nie mogę. I nie chcę…

– Kim je­steś? – Na opuch­nię­tej od cio­sów i łez twa­rzy po­ja­wi­ło się zdzi­wie­nie.

Nie od­po­wie­dział, gdyż na jego ramię opa­dła znie­nac­ka cięż­ka, męska dłoń.

– To wy się nie zna­cie? Nie po­dró­żo­wa­li­ście cza­sem wspól­nie? – Czy­ste Ostrza wy­szep­tał mu te słowa pro­sto do ucha.

Na widok Kerva ko­bie­ta jęk­nę­ła ze stra­chu i wy­co­fa­ła się na ugię­tych no­gach, a Jos­sel stra­cił ją z oczu. Wy­krę­cił szyję, by spoj­rzeć na Kerva, gdy jego uwagę zwró­ci­ło po­ru­sze­nie przy drzwiach, w które wpa­try­wał się tępo tłum we­sel­ni­ków.

Z wiel­kiej chaty sto­ją­cej na środ­ku dzie­dziń­ca wy­szła para no­wo­żeń­ców.

Panna młoda pięk­na i wiot­ka. Zu­peł­nie naga i cała uma­za­na krwią. Pan młody jakby nie­przy­tom­ny, sła­nia­ją­cy się na no­gach. W po­strzę­pio­nej ko­szu­li i za­krwa­wio­nych spodniach. No­wo­żeń­cy trzy­ma­li się za dło­nie, a wokół ich złą­czo­nych przed­ra­mion owi­nię­to płat ludz­kiej skóry.

Kerv prze­ci­snął się przez tłum we­sel­ni­ków, pcha­jąc przed sobą Jos­se­la. Gdy sta­nę­li przed ob­li­czem Ca­le­eve chło­pak wzdry­gnął się pod spoj­rze­niem czar­nych oczu – nie­ludz­kich i bez­li­to­snych.

– Znów mi umkną­łeś, Ke­rvie. Ko­lej­ny raz uda­łeś się na sa­mot­ne po­lo­wa­nie. – Głos de­mo­ni­cy był gar­dło­wy i niski. Nie­pa­su­ją­cy do dziew­czę­cej, de­li­kat­nej twa­rzy.

– I na­tra­fi­łem na twoje zguby, pani. Głupcy, do sa­me­go końca nie zda­wa­li sobie spra­wy, kto na kogo po­lu­je. – Czy­ste Ostrza wy­szcze­rzył zęby w okrut­nym uśmie­chu. – Nie za­po­mnia­łem też o tej wspa­nia­łej uro­czy­sto­ści. Mam nawet pre­zent ślub­ny, dla mojej umi­ło­wa­nej pani. – Dłoń Kerva mocno ści­snę­ła kark Jos­se­la. – Świe­ży, ła­ko­my kąsek. Jego serce na­le­ża­ło do Aego­ra, teraz na­le­ży do cie­bie.

Ca­le­eve uśmiech­nę­ła się z za­do­wo­le­niem.

– Po­zwo­lisz, że naj­pierw roz­pocz­nę naszą ucztę – od­par­ła i wbiła dłoń w pierś pana mło­de­go, a na dzie­dziń­cu roz­pę­ta­ło się pie­kło.

 

Po­śród ludzi ogar­nię­tych zwie­rzę­cym sza­łem, ludzi mor­du­ją­cych i po­że­ra­ją­cych in­nych ludzi, po­śród ludzi pa­da­ją­cych pod na­po­rem mie­czy i cio­sów, ludzi ran­nych, któ­rzy oprzy­tom­nie­li wy­rwa­ni z hip­no­tycz­ne­go le­tar­gu i usi­ło­wa­li od­czoł­gać się na bok, ale zo­sta­li za­kłu­ci lub za­dep­ta­ni, krą­ży­ła czar­na, po­kry­ta łu­ska­mi be­stia, w którą prze­isto­czy­ła się młoda i pięk­na dziew­czy­na. Kerv stał nie­ru­cho­mo i wpa­try­wał się w nią, a jego twa­rzą tar­ga­ły na prze­mian za­chwyt i prze­ra­że­nie.

Uwol­nio­ny z mo­car­ne­go uści­sku Jos­sel opadł na ko­la­na i ode­tchnął głę­bo­ko. Cały strach opu­ścił go w jed­nej chwi­li. Się­gnął pod ko­szu­lę, gdzie prze­cho­wy­wał skry­ty przed wścib­ski­mi ocza­mi na­szyj­nik. Dłoń na­tra­fi­ła na owal­ną brył­kę za­wie­szo­ną na rze­mie­niu i… za­mar­ła. Ka­mień tylko przy­po­mi­nał jego wi­sior. Wagą i roz­mia­rem. Jos­sel z nie­do­wie­rza­niem za­ci­snął dłoń. To na pewno nie był zna­jo­my kształt. Go­rącz­ko­wym ru­chem wy­szar­pał na­szyj­nik spod ko­szu­li i spoj­rzał z prze­ra­że­niem na ciem­ny, gład­ki klej­not. Za­pew­ne ten sam, który Kerv skradł mar­twej ko­bie­cie po­zba­wio­nej twa­rzy.

Czy­ste Ostrze prze­niósł wzrok z Ca­le­eve na chło­pa­ka. Po jego twa­rzy prze­mknął bo­le­sny skurcz. Wy­glą­dał, jakby tar­ga­ły nim sprzecz­ne myśli, a z jego oczu wy­zie­rał nie­opi­sa­ny ból. Potem przy­mknął po­wie­ki, a gdy je otwo­rzył, spoj­rze­nie miał na po­wrót twar­de i zde­cy­do­wa­ne. Się­gnął za pa­zu­chę ćwie­ko­wa­nej kurty.

– Tego szu­kasz? – Dłoń męż­czy­zny ści­ska­ła rze­mień, na któ­rym zwi­sał zna­jo­my, owal­ny kształt.

Jos­sel chwy­cił za wi­sio­rek i szyb­kim ru­chem wy­rwał go z ręki Kerva. Drżą­cy­mi pal­ca­mi prze­krę­cił i otwo­rzył wy­drą­żo­ny ka­mień, a jego za­war­tość wsy­pał do ust. Był go­to­wy na spo­tka­nie z Aego­rem.

Czy­ste Ostrza bez słowa od­wró­cił wzrok i ru­szył przez tłum we­sel­ni­ków zwar­ty w śmier­tel­nym tańcu. Gdy zbli­żył się do Ca­le­eve, swo­jej umi­ło­wa­nej sio­stry i pani, jego twarz roz­ja­śnił sze­ro­ki uśmiech.

 

Dwu­na­sty MG

 

Dawno uci­chły od­gło­sy za­ba­wy. Nie było już sły­chać dźwię­ków mu­zy­ki ani śmie­chów. Od kilku go­dzin nad da­cha­mi La­cry­mess roz­cho­dzi­ły się tylko ostre krzy­ki i la­ment. Ko­lo­ro­wy, nie­daw­no roz­ba­wio­ny tłum po­cho­wał się ze stra­chu po do­mach, a na uli­cach za­ro­iło się od uzbro­jo­nych męż­czyzn. Znik­nął gdzieś straż­nik peł­nią­cy wartę przy wej­ściu do celi Sel­la­sa. Za­pew­ne we­zwa­no go do pil­niej­szych zadań.

Kacyl za­pu­kał de­li­kat­nie i pchnął drzwi do kom­na­ty.

– Wła­śnie przy­był po­sła­niec z Ge­ryn­tu. Do­ko­na­ło się.

Stary ka­płan za­mknął czy­ta­ną księ­gę i wes­tchnął cięż­ko.

– Jak?

– Zgod­nie z twoim wi­dze­niem, panie. Wszyst­ko od po­cząt­ku po­szło zgod­nie z pla­nem. Chwa­ła Aego­ro­wi, dzię­ki za jego szczo­dre ob­ja­wie­nia.

– Przejdź do rze­czy, Ka­cy­lu.

– Oczysz­czo­ny cze­kał w miej­scu, które zo­ba­czy­łeś w swo­jej wizji, panie. Do gniaz­da de­mo­na do­stał się wpro­wa­dzo­ny przez jed­ne­go z we­sel­ni­ków. A gdy Ca­le­eve po­łknę­ła przy­nę­tę…

Wy­so­ki ka­płan Aego­ra aż się wzdry­gnął na te słowa.

– Po­wstrzy­maj się, pro­szę od ta­kich okre­śleń, mło­dzień­cze. Jeśli jesz­cze raz usły­szę po­dob­ną uwagę, wy­lą­du­jesz w od­osob­nie­niu. Odzia­ny we wło­sie­ni­cę.

Li­czą­cy sobie nie­mal pięć­dzie­siąt wio­sen dia­kon Kacyl spu­ścił głowę jak skar­co­ne dziec­ko.

– Wy­bacz mi, panie. Nie mia­łem nic złego na myśli. Dziel­ny Jos­sel zło­żył swoją ofia­rę i po­świę­cił życie dla nas wszyst­kich w imię Aego­ra. Gdy be­stia zo­sta­ła zgła­dzo­na, jej świta po­szła w roz­syp­kę i ksią­żę­ca jazda bez prze­szkód do­koń­czy­ła dzie­ła. Dru­ży­na z Ge­ryn­tu szła śla­dem Jos­se­la aż do sie­dzi­by Ca­le­eve. Udało im się oca­lić kilka wię­zio­nych tam ko­biet i paru we­sel­ni­ków ze stro­ny nie­do­szłe­go mał­żon­ka. Po­dob­no za­cho­wu­ją się, jakby po­stra­da­li zmy­sły. Poj­ma­no też jed­ne­go z od­mie­nio­nych. Jest ledwo żywy.

Kacyl za­milkł na chwi­lę i do­koń­czył ści­szo­nym gło­sem.

– To Kerv Czy­ste Ostrza, mój panie.

Wy­so­ki ka­płan drgnął, usły­szaw­szy to imię. Kerv. Nie­gdyś prawa ręka diuka Ge­ryn­tu. Dobry czło­wiek i od­da­ny sługa Aego­ra. Za spra­wą pod­łe­go de­mo­na w ko­bie­cej po­wło­ce od­mie­nio­ny i spa­czo­ny złem. Mój ro­dzo­ny brat. – Dło­nie Sel­la­sa jesz­cze moc­niej za­ci­snę­ły się na grzbie­cie księ­gi.

– Co z nim?

– Czeka w lochu na prze­słu­cha­nie. Potem spło­nie na sto­sie. Tak za­de­cy­do­wał diuk Alvert. Jeśli się po­spie­szy­my, mo­że­my zdą­żyć przed wy­ko­na­niem wy­ro­ku, mój panie.

– Na sto­sie, po­wia­dasz…

– Jeśli do­ży­je. Ponoć życie ucie­ka z niego wart­ko – dodał szyb­ko Kacyl.

Sel­las ski­nął głową na znak, że przy­jął jego słowa do wia­do­mo­ści. Potem wes­tchnął cięż­ko.

– Wy­py­taj na zamku o nieco więk­szą i wy­god­niej­szą kom­na­tę dla mnie. Dla sie­bie oczy­wi­ście też, w po­bli­żu – wy­po­wie­dział te słowa nie­mal szep­tem. I jakby zgar­bił się zaraz pod ja­kimś wiel­kim cię­ża­rem.

Dia­kon uniósł brwi, a potem po­pa­trzył na swo­je­go mi­strza ze smut­kiem.

– Zatem zo­sta­je­my? – za­py­tał.

– To nie jest miej­sce dla mnie, Ka­cy­lu. Po sto­kroć wolę nasz klasz­tor na dzi­kich zie­miach. Tam Aegor mnie bar­dziej po­trze­bu­je. Ale tli się tutaj, w tym mie­ście próż­nych i sła­bych ludzi, pło­myk na­dziei na lep­sze jutro. Księ­stwa i Świą­ty­ni. I oba­wiam się, że bez czy­jeś życz­li­wej po­mo­cy zwy­czaj­nie zga­śnie.

Dia­kon ski­nął głową w mil­cze­niu.

– A teraz już odejdź, Ka­cy­lu. Po ostat­nim wi­dze­niu wciąż czuję ból głowy, a czeka mnie jesz­cze wie­czor­na mo­dli­twa.

Jego asy­stent wy­co­fał się bez­sze­lest­nie na ko­ry­tarz. Nie śmiał prze­szka­dzać wy­so­kie­mu ka­pła­no­wi w mo­dli­twie.

Sel­las wsparł łok­cie o ko­la­na i po­ło­żył czoło na dło­niach. Smu­tek i żal ści­snę­ły mu gar­dło. Młody Jos­sel był od­da­nym, szcze­rze i głę­bo­ko wie­rzą­cym adep­tem Świą­ty­ni. Nad wyraz by­strym chłop­cem z jed­nej z wio­sek wschod­niej mar­chii, który do­bro­wol­nie zgło­sił się do misji, u któ­rej celu cze­ka­ła go okrut­na śmierć. I cho­ciaż zda­wał sobie spra­wę, ja­kie­go po­świę­ce­nia wy­ma­ga się od ochot­ni­ka, który miał zgła­dzić de­mo­na, nie za­wa­hał się nawet przez chwi­lę.

Pod­da­ny zo­stał dłu­gim ry­tu­ałom oczysz­cze­nia, na­masz­czo­ny i po­jo­ny boską wodą ze źró­dła nie­ska­zi­tel­nej czy­sto­ści. Ką­pa­ny w niej ca­ły­mi dnia­mi pod­czas dłu­gich ce­re­mo­nii od­pra­wia­nych zgod­nie z wy­tycz­ny­mi spi­sa­ny­mi w sta­rych księ­gach, stał się za­bój­czą stra­wą dla czar­nej duszy Ca­le­eve. I przez cały czas wie­rzył. Wie­rzył, że swoim po­świę­ce­niem zbli­ży się do Aego­ra, tak jak wie­rzył, że ka­mień kry­ją­cy po­tęż­ną tru­ci­znę spre­pa­ro­wa­ną we­dług za­le­ceń Do­ro­me­na, jest świę­tą re­li­kwią z ka­pli­cy w La­cry­mess.

A potem ka­płan wspo­mniał swo­je­go brata, Kerva Czy­ste Ostrza. Czy swo­imi ostat­ni­mi czy­na­mi za­słu­żył na od­ku­pie­nie? Sel­las nie znał od­po­wie­dzi. Ale w jego duszy błą­ka­ło się jesz­cze inne py­ta­nie. Do­ty­czą­ce i Jos­se­la, i Kerva. Zadał je z wy­rzu­tem, kie­ru­jąc w my­ślach ku gwiaz­dom.

Czy na­praw­dę tego chcia­łeś, Aego­rze?

Stary ka­płan zga­sił la­ta­ren­kę i po­ło­żył się na twar­dym łożu. W ciem­no­ści nikt nie do­strzegł­by łzy, która spły­nę­ła po chu­dym po­licz­ku. Sel­las wy­tarł ją wierz­chem dłoni i po­mi­ja­jąc mo­dli­twę, na­su­nął szorst­ki koc na ko­ści­ste ciało.

Koniec

Komentarze

Dziękuję! I nawzajem! 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Podoba mi się liczba znaków. Mógłbyś dorzucić jeszcze 6 słów :) Widzę, że nie poddałeś się bez walki.

Przeczytam jutro, na spokojnie.

Walka była ciężka. Z czasem i z przywiązaniem do fragmentów, które musiałem wyrzucić. Trzymam kciuki za “​Dla dobra kraju”, ​ AQQ. I życzę miłej lektury jeśli znajdziesz chwilę na mój tekst.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przeczytałam Twoje opowiadanie z ogromnym zainteresowaniem. Stworzyłeś postacie z krwi i kości, umieściłeś je w oryginalnym (według mnie) świecie i tchnąłeś w nie życie. Muszę przyznać, że zarówno Kerv jak i Sellas, zafascynowali mnie. Z każdym zdaniem historia coraz bardziej mnie wciągała, ale w połowie pogubiłam się zupełnie. Nie wiem, czy to kwestia tego, że czytałam w przerwie między lepieniem uszek a leczeniem gorączki, i przez to byłam średniokumata, czy też przez cięcia, których dokonałeś w tekście? Samego wesela w opowiadaniu też było niewiele, ale za to przynajmniej były dwa (o ile dobrze zrozumiałam?) Zastanawiam się, czy skracając tekst nie powinieneś poświęcić części opisów na rzecz wyjaśnień w fabule? W każdym razie czytało się szybko i przyjemnie. To kawał dobrego tekstu.

Życzę powodzenia w konkursie!

Może wrzucisz kiedyś całość, bez cięć?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dziękuję AQQ za Twoje dobre słowa. Niepokoi mnie to, że sie pogubiłaś. Fabuła miała być lekko zakręcona ale czytelna. Wcześniejsze czytelniczki (Ocha, Bellatrix I Finkla) nie zwróciły mojej uwagi na niejasność fabuły. Mam nadzieję, że to tylko te uszka i gorączka (życzę szybkiego powrotu do zdrowa!). I masz rację, wesela były dwa, a nawet trzy, ale do trzeciego nie doszło).

 

Ta wersja chyba zostanie już wersją oficjalną.

 

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czy czerpałeś trochę z “Pieśni lodu i ognia”? Tak trochę skojarzyło mi się z tym dziełem Martina, ze względu na tą wiarę. Aegor był jednym skojarzeniem, a gwiazda na drzwiach kaplicy drugim. Ale może tylko tak mi się wydaje, dlatego pytam.

Bardzo dobrze, że skróciłeś opowiadanie. I tak mam wrażenie, że jest lekko za długie. Choć pomimo prawie 50 000 znaków, opowiadanie czyta się dość płynnie i szybko. Zgrabnie napisane i pozbawione niepotrzebnych scen. Podobało mi się, że trochę zanurzyłeś chronologię i prowadziłeś jednocześnie dwa ścisłe ze sobą powiązane wątki. Odczułem satysfakcję, gdy doszedłem do opisu wesela, bo wiedziałem, że warto było czytać. Ale jak na założenia konkursu, wesele zajmowało tylko krótki fragment. Za krótki. Natomiast bardzo malowniczo i świetnie opisany.

Zręcznie wykreowałeś postacie, to prawdziwi ludzie.  Choć cały ten element zaskoczenia pozbawił tekst wątpliwości moralnych w chłopaku. Ale i tak byś chyba tego nie zmieścił ;) Dialogi są niezłe, wyszły Ci dość naturalnie.

Sama fabuła to dobry, bardzo dobry pomysł, który dobrze i w pełni wykorzystałeś. Przeczytałem świetną historię. Może całość trochę się dłużyła, ale zamierzam oddać głos na Bibliotekę. 

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Pamiętaj na przyszłość Mr.Marasie, żeby po becie wkleić tekst na stronę de novo. No bo jak to wygląda, osiemdziesiąt komentarzy i żadnego klika do biblio?

Bardzo smakowity kawałek fantasy. Rzeczywiście widać wpływy Martina, ale to nic złego, facet po prostu ustawił sposób pisania na najbliższe kilkanaście lat, a Ty dowiodłeś, że jesteś na bieżąco.

Doceniam pomysł na równoległe historie, język narracji, kilka ambitniejszych momentów: dyskusję o teogonii, psychologię Sellasa, tożsamość Oczyszczonego, wygląd Bestii, zręczne wzmianki o bracie Sellasa. Technicznie bez zgrzytów, a nawet bardzo przyjemnie, poza kilkoma literówkami zwróciłem uwagę tylko na “ubrudzony na pobrużdżonej”.

Cięć w zasadniczej części nawet się nie domyślam, więc jeśli tam były, to bardzo sprawne. Gorzej w końcówce – dwa ostatnie rozdziały wyraźnie odstają od poprzednich, widać pośpiech i cisnący limit, los księcia został właściwie tylko zasugerowany. Nie do końca jestem usatysfakcjonowany sposobem połączenia obu narracji, spodziewałem się czegoś mocniejszego, no choćby finałowego spotkania Sellasa i Kerva. Chętnie po zakończeniu konkursu przeczytałbym wersję 2.0.

Coboldzie, są różne szkoły z tym wstawianiem tekstu na nowo. Ja nie lubię, kiedy do długiej listy niegdyś betowanych opek na profilu (de facto śmieci, z którymi nikt już nic nie zrobi) dochodzi kolejne. Znaleźć w tym syfie aktualnie obrabiany tekst…

Babska logika rządzi!

Serio to pisane w stylu Martina? Aż nie chce mi się wierzyć, Martina nie byłam w stanie przebrnąć a opowiadanie Marasa czytało mi się dobrze i z zainteresowaniem.

Zajrzyj, Bello, do krótszych opowiadań o Dunku i Jaju. Myślę, że przez nie warto przebrnąć.

Bardzo dobre opowiadanie. Przeczytałam z zainteresowaniem, chociaż kiedy zobaczyłam liczbę znaków… cóż, nie byłam pewna, czy dam radę doczytać do końca. Na szczęście, bardzo szybko się wciągnęłam. 

Powodzenia w konkursie. :) 

Dziękuję bardzo za odwiedziny, lekturę, opinie i uwagi.

 

Pietrek Lecter: ​Nie czerpałem. Oczywiście znam i jestem wielbicielem Martina. Tak jak Donaldsona, Eriksona, Andersona, Sandersona i wielu innych sonów oraz nie sonów. Aegor jakoś nieświadomie mi wpadł, był wcześniej już, w innym opowiadaniu moim, tak jak tacyr. tamto opowiadanie dzieje się właśnie na innym kontynencie. Bardzo dziękuję za miłe słowa. I masz rację, obawiam się, że tego wesela może być za mało na konkurs. Chociaż przewijają sie cały czas, wiążą akcję i są nawet trzy w sumie. Ale w tle jakby. Dzięki wielkie za klika!

Coboldzie: Bardzo fajne rzeczy piszesz o narracji, ambitniejszych momentach itd. Jestem miło zaskoczony. Cieszę się, że wrażenia ogólnie pozytywne. Co do Martina. Ja też staram sie pisać taką serio fantasy. Może, jak określiła Ocha ciężką nawet (Ocha wprost napisała, że nie jest targetem). Oczywiście Martin się przypomina, gdy mówimy o współczesnej fantasy, pisanej jakby realistycznie bardzo, chociaż on jest oczywiście mistrzem i mi brakuje do niego kilku lat świetlnych (ale jakiekolwiek porównania cieszą, chociaż mam nadzieję, ze nie jestem jakoś wtórny w tym pisaniu).

Lubię też np. Kearneya i jego cykl Boże Monarchie i innych piszących serio i surowo. Martin na pewno nie mieszał tak i nie plątał fabuły opowiadań. Nie musiał. Trzymał czytelnika za gardło bez takich wygibasów jakimi ja próbuję zainteresować czytelnika.

Dzięki także za klika.

Bellatrix: ​Ciesze się, że nadal sie podoba. Bardzo miłe rzeczy napisałaś podczas betowania. A za to o Martinie to dziękuję, ale znam swoje miejsce i też polecam jego opowiadania. Nie tylko fantasy. Są wspaniałe. I za klika dziękuję!

Rossa: ​Dziękuję! I ciesze się, że wielkość tekstu nie zraziła do końca. 

Ocha: Dzięki za klika! Twoje zdanie znam. I cenię sobie. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo mnie to cieszy Śniąca i czekam na komentarz.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przyznam, że też miałem skojarzenia z Martinem. Przede wszystkim z opowieściami o Dunku i Jaju – Kerv i Jossel są do nich bardzo podobni, choć Kerv miał w sobie też coś z Geralta.

Co do samego tekstu to całkiem przyjemnie napisany kawałek fantasy. Fabuła może nie powala, twistu z Josselem można się domyślić (choć myślałem, że to on będzie demonem), jednak jest spójna i całość czyta się płynnie i bez zgrzytów.

Powodzenia w konkursie :)

Serdecznie dziękuję Belhaju za Twoją wizytę i komentarz. Dziękuję także za miłe słowa.

Odnośnie Martina. Hmmm. Naprawdę nie mam pojęcia o jakie podobieństwa może chodzić z Dunkiem i Jajem. O to, że podróżuje dwóch osobników płci męskiej? Hmmm. W tysiącach opowieści podróżuje dwóch facetów. Bo i wiek (i różnica wieku) i relacje między nimi i wydarzenia i podtekst spotkania nie są w żaden sposób podobne. I cieszę się, że mimo tak przejrzystego twistu udało mi sie jednak Ciebie zmylić i myślałeś, że Jossel będzie demonem ;)

Tobie również życzę powodzenia w konkursie :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przeczytałem.

Lordzie Vedyminie. Cieszę się i czekam niecierpliwie na komentarz. Jury widzę pracuje ostro. Jeśli Tobie zawdzięczam decydującego klika do biblioteki (raczej na pewno) to dziękuję serdecznie. Już myślałem, że to rzeczywiście moje najsłabsze opowiadanie na portalu bo mimo 53 odwiedzin, ani komentarzy, ani klików nie było. I w sumie kiepsko to wróży mojemu tekstowi w konkursie. A konkurencja jest z peletonu zawodowego, podczas gdy ja jeżdżę amatorsko.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Tak wrzeszczałeś na SB o skracaniu, że pół portalu się rzuciło, żeby obejrzeć liczbę znaków. ;-)

A potem już nie było aż tylu chętnych na czytanie…

Babska logika rządzi!

Heh. Pewnie masz rację Finklo. Przez chwilę miałem nawet równo 50 tys., ale dałem sobie bufor na kilka przecinków jak Regulatorzy zrobią łapankę. Masz rację. Chętnych musiały pierwsze akapity odstraszyć. No i kto by czytał takie kobyły przed świętami. I to o demonach jakichś w klimatach fantasy. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Tak, dla innych i potomności przytoczę ocenę z bety:

Spodobała mi się fabuła – złożona, wielowątkowa. I kilka zaskoczeń w końcówce.

Postacie ładne, dobrze pokazane.

Świat nie jest jakoś specjalnie oryginalny, ale nie można mieć wszystkiego. Przynajmniej wzbogaciłeś go szczegółami – nieznanym metalem, bogiem, który stworzył demony w chwili złości…

Sprytnie wykorzystałeś motyw wesel, nie jednego, lecz kilku. Czytelnik ciągle ma wrażenie, że chodzi o to właściwe, konkursowe, a tu wcale jeszcze nie.

I dodam to, o czym zapomniałam wcześniej: tytuł słabo się wiąże z treścią, właściwie nawet nie wyjaśniasz, czym jest miesiąc godów i dlaczego awansował aż na miernik czasu.

Babska logika rządzi!

Dziękuję Finklo za przytoczenie tych sympatycznych słów. Miło poczytać coś takiego od kompetentnej osoby. Poza tym znasz jak nikt wszystkie słabości i mocne strony tego tekstu od podszewki. Co do tytułu. Miesiąc Godów miał spinać i tłumaczyć fakt, że w opowiadaniu zbiegają się aż trzy śluby. Wykoncypowałem sobie, że w ten sposób, sugerując istnienie w wymyślonym świecie miesiąca wskazanego czy wybranego na tego typu uroczystości*, jakoś to uzasadnię. W pierwotnej wersji jest nawet wzmianka o tym w rozmowie Jossela z Kervem przy króliku. Ale potem to wyleciało. Skupiłem sie na tym, żeby bohaterowie jednej linii wydarzeń wymiennie wrzucili jakieś informacje wyjaśniające o ślubie z drugiej linii. A ten fragment wyleciał. Zdałem się na czytelnika, który ma sobie sam dopisać czym jest ów Miesiąc Godów. 

*u nas w pewnym stopniu takim miesiącem ulubionym przez nowożeńców jest podobno sie​rpień. W moim świecie ten miesiąc miał mieć nazwę pochodzącą od tego właśnie, że jest tradycyjnym miesiącem godów.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

No, coś takiego podejrzewałam. Ale brałam jeszcze pod uwagę opcję, że z okazji ślubu księcia ogłasza się specjalny okres półświąteczny.

Serio, sierpień? Na wsiach też? W żniwa mają od zarąbania roboty i bez przygotowań do wesela…

Babska logika rządzi!

Aha. I dlaczego miernik czasu? Ano dlatego, że wydarzenia nie toczyły się jednocześnie od samego początku tylko nieco przesunięte w czasie. Czytelnik mógłby mieć wrażenie, że toczą się jednocześnie i zarzucić mi na końcu “jakim cudem posłaniec z Geryntu zdążył tak szybko przybyć do stolicy”​. Zaznaczyłem zatem, że Sellas wyjechał wcześniej, a przygody Kerva i Jossela dzieją się nieco wcześniej w czasie. Odliczanie dat miało czytelnikowi podpowiedzieć, że wydarzenia nie są równoległe.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie no, samo odliczanie w porządku, załatwia chronologię.

Babska logika rządzi!

O, ja miałam ślub w sierpniu :D

A ten, przeszkadzał bardzo w żniwach? ;-)

Babska logika rządzi!

Wtedy nie, ale w okolicy mojej tegorocznej rocznicy ślubu, tuż za płotem jeździł mi kombajn ;)

To chyba jest bardziej współczesna tradycja z tym sierpniem. Że niby pogoda super, pięknie za oknem (np. kolorowe kombajny śmigają), wakacje i wolny czas oraz litera R w nazwie. U mnie w tekście noce były chłodne zatem bardziej wrześniowe okolice.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mister Maras, bardzo przyjemne opowiadanie. :) Leżałem sobie wygodnie, czytałem je w telefonie i, choć inne zajęcia nagliły, nie mogłem się oderwać aż do samego końca.

Na początku myślałem, że jedyną linią fabularną będzie zamierzone morderstwo księcia, a tu się okazało inaczej i bardzo dobrze, było dużo ciekawiej.

Fabuła może deczko skomplikowana, ale to wcale nie wada, nie miałem problemów ze zrozumieniem (albo tak mi się wydaje ;)).

 

A jakieś uwagi to tak:

 

Trochę mnie raziło nadmierne wyjaśnianie, jak np. tutaj: 

Jossel zaprzeczył ruchem głowy.

Kerv syknął przez zęby, mocno rozeźlony odmową.

Myślę, że można by sobie darować słowa “mocno rozeźlony odmową”, bo jest to jasne. Przy okazji wyszłoby mnie znaków. ;) Może to nie jest fragment, gdzie jest to najbardziej widoczne, nie mogłem znaleźć lepszego, ale sądzę, że wiesz co mam na myśli.

 

Wyjaśnienie, w jaki sposób Jossel stał się “trucizną” dla demona – fajnie by było, gdyby pojawiło się wcześniej, jakoś przy okazji, a jest dodane tak na doczepkę.

 

Zbyt słabo pokazana reakcja Jossela na to, że zaraz zostanie pożarty, stwierdzasz tylko, że było to na przemian przerażenie i zachwyt. Wydaje mi się, że w takiej chwili reakcja organizmu jest tak silna (a do tego pewnie dochodzi konflikt wewnętrzny), że warto byłoby przedstawić to bardziej obrazowo.

 

PS. Te sześć znaków do 50 000 nieco rozczarowuje, ale sytuację ratują trzy dziewiątki i czwórki symetrycznie po obu stronach. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Wyjaśnienie, w jaki sposób Jossel stał się “trucizną” dla demona – fajnie by było, gdyby pojawiło się wcześniej, jakoś przy okazji, a jest dodane tak na doczepkę.

Wcześniej jest wspomniane, że wysoki kapłan wysłał Oczyszczonego i że książę to potępia.

Babska logika rządzi!

Wiem, tylko nie było żadnej sugestii co do tego, co ten Oczyszczony ma takiego w sobie, że jak go demon zje, to zemrze. 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

ElLobo, tu masz: 

Jossel chwycił za wisiorek i szybkim ruchem wyrwał go z ręki Kerva. Drżącymi palcami przekręcił i otworzył wydrążony kamień, a jego zawartość wsypał do ust. Był gotowy na spotkanie z Aegorem.

Czyli popełnił samobójstwo, żeby nie umierać długo – tak to zrozumiałem.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Połknął proszek, a później:

stał się zabójczą strawą dla czarnej duszy Caleeve.

Wiesz, coś jak smok wawelski. ;)

Edit: To znaczy, on był jak ta owieczka.

 

No taak, ale on stał się owieczką nie dlatego, że połknął proszek, tylko dlatego, że został:

poddany został długim rytuałom oczyszczenia, namaszczony i pojony boską wodą ze źródła nieskazitelnej czystości. Kąpany w niej całymi dniami podczas długich ceremonii odprawianych zgodnie z wytycznymi spisanymi w starych księgach stał się zabójczą strawą dla czarnej duszy Caleeve.

i to jest właśnie dopiero na końcu. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Myślę, że to wszystko razem + ten proszek dało zabójczą owieczkę, :)

Najlepiej niech się Maras wypowie.

Racja, mam nadzieję, że to wyjaśni, bo jestem w trakcie pichcenia trutki na demony i nie chciałbym się pomylić. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

El Lobo Muymalo. Bardzo dziękuję za lekturę i cieszę się niezmiernie, że wciągnęła.

Odnośnie Jossela – starałem sie jak najdłużej ukrywać jego tożsamość i misję przed czytelnikiem.

Ogólnie bardzo mnie cieszy ta dyskusja pod moim opowiadaniem. I dziękuję Finkli i AQQ za wzięcie mnie niejako w obronę, w pewnym sensie. O specjalnym przygotowaniu Oczyszczonego napomknąłem już na wstępie wątku Sellasa:

 

Od dawna nie poprowadził osobiście żadnego chrztu ani ceremonii czystości. Nawet podczas przygotowań Oczyszczonego trzymał się z dala od świętych komnat, oddając nadzór nad rytuałem innym kapłanom. Tamci zaś kończyli skomplikowane obrzędy, gdy on i diakon Kacyl już od dwóch dni obijali swoje chude tyłki, spiesząc do stolicy.

 

Potem jest wspomnienie w rozmowie z księciem, o którym pisała Finkla i w rozmowie z Tudalem.

Specjalne rytuały wg. wskazówek ze starych ksiąg, mówiły wyraźnie, że trzeba zabić i duszę i ciało demona. Po to były ceremonie oczyszczenia i jeszcze specjalna trucizna. Pomogła i Josellowi i zatruła demona. Dla podtrzymania ducha i wiary nikt mu o tym nie wspomniał i Jossel uważał, że to święta relikwia. Takich młodych ludzi, gotowych oddać życie w imię boga pełno nawet w dzisiejszych czasach.*

 

*i tez faszerowane przed samobójczą śmiercią ogłupiaczami

Po przeczytaniu spalić monitor.

O, ja też miałam ślub w sierpniu. Ale w plenerze był, wykoncypowaliśmy, że jeszcze ciepło będzie. Prawie żeśmy się na tym przejechali. I moi rodzice mieli w sierpniu. :)

Tyko nie mów Ocha, że kombajnem ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo spodobał mi się pomysł prowadzenia dwóch narracji, ukazania ich chronologii poprzez odwołania do dni miesiąca. Tekst jest rewelacyjny światotwórczo – malujesz śliczne uniwersum, choć jednej czy dwóm scenom mogę zarzucić skupienie tylko na tym, kosztem dynamiki (jak na przykład rozmowie Sellasa z młodszym księciem, którego potem nigdy nie spotkamy).

Bardzo spodobały mi się postacie, zwłaszcza Sellas i Jossela. Ten drugi zachwycił zwłaszcza końcówką swej narracji, gdzie okazuje się nie być zwykłym kandydatem na mnicha, ale onym Oczyszczonym (miałem podejrzenia co do niego, Kervan był zbyt oczywisty). Sellas natomiast spodobał mi się swoją pragmatycznością. Ostrzegł księcia, ale nie wychodził z siebie, by zatrzymać zamach, widząc w tym szansę dla królestwa. Rzekłbym, że to bardzo “warhammerowe” ;) Trochę gorzej wypadł Kervana, bo dopiero pod koniec wychodzi z archetypu, ale tak bywa.

O ile zakończenie wątku Jossela było zachwycające, to czułem lekki zawód na koniec wątku Sellasa. Było takie mało zajmujące. Ot, zamach i tyle. Ale zrzucę to na karby limitu i głębokich cięć ;)

Podsumowując: bardzo dobre fantasy, dobrze zrobione światotwórczo. Widać, że trochę uwierał limit, ale koncert fajerwerków uznaję za bardzo udany.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Cieszy mnie niezmiernie Twoja wizyta NWM, a jeszcze bardziej opinia na temat tekstu i Twój głos na nominację do miana opowiadania miesiąca. Pełne zaskoczenie. 

Rzeczywiście jest trochę materiału, który wyleciał (było ok. 67 tys. znaków początkowo, a wynikało to z pisania scenami; dwie całkiem wyleciały).

Pytał o to Cobold, wspomniała AQQ, może i warto po konkursie pokazać tekst w wersji 2.0 (ale po poprawkach jakie spotkały wersję konkursową).

Użyłeś NWM kilku mocnych słów. Śliczne, rewelacyjny, zachwycające w odniesieniu do kilku elementów mojego opowiadania. Zapewne w przypływie dobrego, przedświątecznego humoru, ale i tak bardzo mi miło i się teraz uśmiecham.

Jak zwykle najbardziej cieszą mnie pochwały dotyczące wykreowanych postaci. Postaciami moje pisanie żyje. 

 

Ps. Tak. Sellasa postawę można w kilku kwestiach określić jako pragmatyczną.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ogólnie bardzo mnie cieszy ta dyskusja pod moim opowiadaniem.

 

Przerzucamy się cytatami jak uczeni w piśmie. :D 

 

Sugestie co do Oczyszczonego być może zatem umknęły mi w związku z tym, że czytając opowiadanie wchodziłem w nieznany mi świat i miałem wiele informacji do zapamiętania. Z drugiej strony, skoro inni komentujący o tym nie wspominają, to może jest to tylko taka moja fanaberia.

 

Z trzeciej strony, nie ma co roztrząsać, opowiadanie czytało się bardzo przyjemnie tak czy inaczej. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

I ta konkluzja z trzeciej strony jest dla mnie najważniejsza El Lobo Muymalo

ps. A przerzucajcie się moi mili, ja się bardzo cieszę :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Brakło mi trochę wesela w weselu. Tu były co prawda wzmiankowane dwa, ale odniosłam wrażenie, że jest o nich mowa tylko dlatego, żeby opowiadanie spełniało warunki konkursu. W weselu księcia nie uczestniczyłam, bo opis uroczystości skończył się z chwilą przybycia narzeczonej, a z kolei wesele demonów bardziej kojarzyło mi się z orgią, no ale takie już pewnie demonie zwyczaje.

Jeśli pominąć sprawę godów, do reszty opowiadania nie mam zastrzeżeń. Jest ciekawe i nieźle napisane. Postaci, jak już wspomnieli wcześniej komentujący, wypadły zacnie, a sama historia okazała się całkiem interesująca, miejscami zaskakuje, ale na koniec wszystko staje się jasne.

 

za­ci­snął dłoń na pier­si zgrzeb­nej ko­szu­li… –> Czy dobrze rozumiem, że koszula miała pierś?

 

od­parł chło­pak, chwy­ta­jąc się wy­cią­gnię­te­go przed­ra­mie­nia. Jo­sel­la za­sko­czy­ła siła, z jaką wcią­gnął go na grzbiet wierz­chow­ca. –> Mam wrażenie, że Josell został wciągnięty przedramieniem, a przedramię jest rodzaju nijakiego.

Proponuję: Jo­sel­la za­sko­czy­ła siła, z jaką został wciągnięty na grzbiet wierz­chow­ca.

 

Ubru­dzo­ny na po­bruż­dżo­nej i po­kry­tej za­ro­stem twa­rzy, po­kry­ty ku­rzem na skrom­nym po­dróż­nym odzie­niu mni­cha… –> Powtórzenie.

Może: Ubru­dzo­ny na po­bruż­dżo­nej i po­kry­tej za­ro­stem twa­rzy, w zakurzonym, skromnym, po­dróż­nym odzie­niu mni­cha

 

Tor­sem po­zwo­lił się osu­szyć płach­ta­mi czy­ste­go je­dwa­biu… –> Obawiam się, że jedwab, tkanina miła w dotyku, ale dość cienka, gładka i śliska, zupełnie nie nadaje się na ręczniki. Znacznie lepiej spisują się w tej roli lenbawełna.

 

Tor­sem za­my­ślił się i zwol­nił kroku. –> Wiem, że to imię, ale nic nie poradzę, że wyobraziłam sobie mężczyznę myślącego klatką piersiową. ;-)

 

Ścież­ka wio­dła przez pa­stwi­ska na grzbie­tach zie­lo­nych, dy­szą­cych w po­po­łu­dnio­wym słoń­cu, wzgórz. –> Jak dyszą wzgórza?

 

Ka­płan czuł się nie­po­trzeb­ny i błą­kał po zamku… –> Raczej: Ka­płan czuł się nie­po­trzeb­ny i błą­dził po zamku

 

czy ra­czej po­szu­kać ustron­niej­sze­go miej­sca dla roz­my­ślań. –> …czy ra­czej po­szu­kać ustron­niej­sze­go miej­sca do roz­my­ślań.

 

I bar­dzo cięż­ka roz­mo­wa. –> I bar­dzo trudna roz­mo­wa.

 

Tym razem krzy­ku wy­brzmie­wa­ły strach i roz­pacz. –> Tym razem w krzy­ku wy­brzmie­wa­ły strach i roz­pacz.

 

kom­na­ta przy­po­mi­na­ła­by klasz­tor­ną celę dla no­wi­cuj­szy. –> Literówka.

 

Zaraz też po­czuł na sobie kry­tycz­ne spoj­rze­nie wielu oczu. Jako je­dy­ny miał na sobie skrom­ne… –> Powtórzenie.

 

w po­tęż­nych wro­tach po­ja­wi­ła się przy­szła panna młoda. –> …w po­tęż­nych wro­tach po­ja­wi­ła się panna młoda.

Panną młodą jest się w dniu własnego ślubu.

 

Coś mu­snę­ło de­li­kat­nie plecy Jos­se­la i chło­pak obej­rzał się za sie­bie. –> Masło maślane. Czy mógł obejrzeć się przed siebie?

Proponuję: …i chło­pak obej­rzał się. Lub: …i chło­pak spojrzał za sie­bie.

 

na jego ramię opa­dał znie­nac­ka cięż­ka, męska dłoń. –> Literówka.

 

I jakby zgra­bił się zaraz pod ja­kimś wiel­kim cię­ża­rem. –> Czy aby na pewno się zgrabił?

 

Smu­tek i żal ści­snę­ły go za gar­dło. –> Smu­tek i żal ści­snę­ły mu gar­dło.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jestem wdzięczny za Twój czas poświęcony lekturze mojego opowiadania, Reg. I za wszystkie poprawki i uwagi. Oczywiście większość naniosę niezwłocznie (o ile mogę, może najpierw literówki).

Bardzo się cieszę, że tekst wydał sie Tobie ciekawy i nieźle napisany, postaci wypadły zacnie, a sama historia okazała się całkiem interesująca. O zawartości wesela nie dyskutuję, bo jury patrzy i czuwa. Moim zdaniem jest wystarczająca… ;)

Jeśli wesele miało być elementem dominującym i wiążącym akcję, to chyba nie jest z tym najgorzej. Chyba że jury spodziewało się 22 opisów samego wesela, z wystrojem wnętrza, szczegółowym opisem ceremonii, potraw, zwyczajów i weselników. Wtedy jestem rzeczywiście poza konkursem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ależ, Marasie, podzieliłam się tylko własnymi wrażeniami.

Jak by na to nie patrzeć, w opowiadaniu sprawa wesela przewija się ustawicznie i jestem przekonana, że jurorzy nie będą mieli żadnych wątpliwości, że kryteria konkursu zostały spełnione. Mam wielką nadzieję, że opowiadanie zostanie nie tylko dostrzeżone, ale i należycie docenione. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, jesteś niezwykle uprzejma, że masz nadzieję na powodzenie mojego opowiadania w konkursie :)To na pewno kurtuazja, ale i tak mi miło. Konkurencja jest jednak mocna, zabójcza, i jury ma z czego wybierać. A cieszą mnie przede wszystkim pozytywne opinie czytelników, mam kolejną bibliotekę, a nawet głos do nominacji od NWM. Czyli jest już dostrzeżone i sprawiła komuś frajdę lektura “W Miesiącu Godów”. Jestem zadowolony. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Troszkę mi przykro, Marasie, że nie wierzysz, iż mogą mną powodować prawdziwe odczucia i wyrażoną nadzieję poczytujesz za kurtuazję jeno.

A że konkurencja silna – no cóż… Chyba nie chciałbyś mierzyć się ze słabymi. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oczywiście, że powodują Tobą prawdziwe uczucia, bo życzysz mi dobrze z czystej sympatii, Reg. I wrodzonej dobroci serca, tak jak dobrze życzysz innym uczestnikom konkursu :) Ale pamiętaj – ja wiem doskonale, że wolisz space-operę ;) 

Silna konkurencja jest oczywiście wskazana. Jak mierzyć się, to tylko z najlepszymi. I nic to, że potem nikt nie będzie pamiętał o 22 miejscu mojego opowiadania ;) Jak już pisałem. To jak z Olimpiadą. Liczy się samo uczestnictwo ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ale pamiętaj – ja wiem doskonale, że wolisz space-operę ;) 

O! Brzmi obiecująco. Czyżby jakieś prace w toku? ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Prace w toku to może nie. Na warsztacie czekają rozkręcony na części tekst z betalisty oraz wesołe przygody Huuba na Marsie w obliczu Apokalipsy. O kilku rozgrzebanych tekstach pozaportalowych nie wspomnę. Kolejna space opera czeka tym razem grzecznie w kolejce. Poprzednia się wcięła i wyskoczyła z zaskoczenia.

Po przeczytaniu spalić monitor.

No to plan publikacji na nadchodzący rok zapowiada się ciekawie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No i nadal męczę powieść fantasy, której pierwszy rozdział wrzuciłem ponad rok temu i… jak mnie wtedy jacyś Regulatorzy zmiażdżyli to przez kilkanaście miesięcy omijałem portal szerokim łukiem ;). Za to teraz wiem kto zaś, co i jak, i porozmawiać sympatycznie mogę nawet :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie wiem, Marasie, jak dobrze pamiętasz tamten epizod, ale byłam przekonana, że nie byłeś zmiażdżony, a tylko zmartwiony, bo zaprezentowany fragment niespecjalnie mnie zainteresował. Inna sprawa, że do dziś nie wiem, co dzieje się ze statkami – czarnym i złotym. ;) 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nadal płyną Reg, nadal płyną… :)

Zmiażdżony to może rzeczywiście przesadzone określenie. To była zwyczajna depresja pisarska ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ale teraz już wiesz, że zamieszczanie początkowego fragmentu może nie być najlepszym pomysłem. No i mam nadzieję, że tułaczka statków kiedyś się skończy. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak, to akurat była dobra lekcja na przyszłość :) Ich tułaczka musi się wreszcie skończyć, bo już choroby morskiej dostaję.

Kurcze. Zastanawia mnie milczenie Anet. ​Zazwyczaj wpadnie, przeczyta, napisze krótkie “podobało się” albo “nie podobało się”​. A tutaj była, przeczytała i cisza. Ziarno niepokoju zostało zasiane…

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hmmm. Jeśli Anet przeczytała i nie skomentowała, to chyba należy założyć, że tekst się nie spodobał. Chociaż pewnie są wyjątki…

Babska logika rządzi!

Anet mogła się pomylić i zamiast zakolejkować, kliknęła w przeczytane. Mnie zdarzyło się tak już kilka razy. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie pocieszaj, Reg. Finkla ma pewnie rację. Ale przecież nie sposób podobać się każdemu ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Anet czasem pisze też wprost, że jej się nie podobało, więc milczenie wcale nie musi tego oznaczać.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Anet jestem wdzięczny za przeczytanie. I nadal czekam na dyżurnych ;) Wszak komentarze są sola tego portalu :) Nie odwiedzają mnie poza MrBS, ale on zajrzał jako członek jury konkursowego.

Po przeczytaniu spalić monitor.

I nawet komentarz mam upisany, ale czekam z wklejeniem go, bo przed ogłoszeniem wyników to byłoby nietaktowne. :p

Pod moimi tekstami Anet też często milczy po przeczytaniu. Tak jak pod ostatnim. Zakładam, że Jej się nie podobało, więc wolę się nie dopytywać. ;)

Z Anet utraciłem nadzieję. Pewnie nie podobało się i oszczędziła brutalnych słów, będąc w świątecznym nastroju. 

MrBrightside – ​czekam zatem niecierpliwie na ten komentarz do chwili gdy już będzie wypadało :)

Na innych dyżurnych też czekam :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mr. Marasie, zdecydowanie musisz nauczyć się stawiać przecinki przed wołaczami ;)

 

„Nieznajomy przez dłuższą chwilę wpatrywał się w ciała na stratowanej trawie. – Zbójcy nie wyjadają serca i wątroby. I nie zapijają krwią – stwierdził ponurym głosem…”

Dlaczego dialog nie zaczyna się od nowego wiersza?

 

„…w stronę jednej z ofiar, ostrożnie przenosząc nogi nad zwłokami. Gdy dotarł do celu, pochylił się i jednym szarpnięciem…”

 

„Przechylił głowę na bok i zupełnie innym tonem dodał[-.+:] – Zostajesz, idziesz swoją drogą…”

 

„W rzeczywistości jednak wystarczyło jedno słowo Arcykapłana, żeby ślub nabrał mocy i bez fatygowania starego dziwaka. Tymczasem Sellas zjawił się niespodziewanie w stolicy i najwyraźniej miał zamiar uczestniczyć w uroczystości. Jednak to nie tłumaczyło…”

 

„…osuszyć płachtami czystego jedwabiu i ruszył długim korytarzem do głównej sali świątyni. Po drodze dwóch akolitów przyodziało go w długą, nieskazitelnie białą szatę czystości.”

 

„Sfatygowany trudami podróży Sellas dreptał trzy kroki za nim, co chwila powtarzając[-,] to samo zdanie.”

 

„…znów pokuśtykał długim korytarzem za zwierzchnikiem. Stare kości z każdym krokiem wypominały mu długą podróż na końskim grzbiecie.”

 

„Znów przez długą chwilę milczał i zdawał się nieobecny myślami.

Jossel dokończył posiłek w milczeniu.”

 

„Podczas jednego z takich spacerów nogi same zaprowadziły go do wschodniego skrzydła. Nie pomylił się. Na samym końcu krętego korytarza…”

 

„Za stary był na pokłony, a kolana zbytnio mu dokuczały. Niemal czuł ból na samą myśl o swoich starych kościach wbijających się w twardą posadzkę.”

 

„– Tak – ciągnął kapłan[-:+.] – To Aegor powołał do życia i demony[+,] i złe duchy.”

 

„Kłócimy się o słowa[+,] młodzieńcze.”

 

„– Gdzie jesteś?! Locheim! – krzyknął ktoś rozdzierającym serce głosem i tym razem wołanie rozległo się z tyłu, zza krzaków jałowca, a echo poniosło imię wzywanego po lesie.

A potem jeszcze:

– Daruj! Oszczędź go!

Tym razem w krzyku…”

 

„Ubogiego wystroju dopełniał prosty stół i niski zydel ukryty pod blatem.” – dopełniały

 

„Gdyby nie kominek, komnata przypominała klasztorną celę dla nowicujszy.” – przypominałaby

 

„ciek wodny.” – masło maślane

 

„…a słońce grzejące jego twarz[-,] wisiało wysoko na niebie.”

 

„…gdy ktoś ociągał się z zapłaceniem podatku[-,] lub lenna.”

 

„Z tego miejsca podium[+,] z rzędem obitych purpurowym suknem krzeseł i zawieszonymi ponad nimi żółtoczerwonymi proporcami, wyglądało jak paszcza szczerząca równe, umazane krwią kły.”

 

„na honorowym miejscu podium” – na podium. Bo co to jest „miejsce podium”?

 

„– Znów mi umknąłeś[+,] Kervie.”

 

„Czyste Ostrze przeniósł wzrok z Caleeve na chłopaka.” – Ostrza

 

„– Tego szukasz? – dDłoń mężczyzny ściskała rzemień”

 

„Czyste Ostrze bez słowa odwrócił wzrok” – Ostrza

 

„– Przejdź do rzeczy[+,] Kacylu.”

 

„– Powstrzymaj się, proszę od takich określeń[+,] młodzieńcze.”

 

„– Wybacz mi{+,] panie.”

 

„Kacyl zamilkł na chwilę i dokończył ściszonym głosem[-.+:]

 

„– A teraz już odejdź[+,] Kacylu.”

 

„Czy naprawdę tego chciałeś[+,] Aegorze?”

 

Szerszy komentarz po ogłoszeniu wyników.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dziękuję Jose. I posypuję głowę popiołem. Wszystkie jurki już czytały, zatem drobne poprawki naniosę niezwłocznie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

No i widzisz, znowu brakuje przecinka przed wołaczem ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jose Święty(a). Recydwa. Zdyskwalifikować!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ach! Z pełną satysfakcją krzyknę sobie – a nie mówiłam! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Klasyczne co do powierzchowności fantasy z ciekawie przedstawioną intrygą, gdzie wiele rzeczy jest nieoczywistych. Ponadto mocno zarysowuje się tutaj treść – kwestie dobra, zła, w odniesieniu do koncepcji bogów i demonów. Obie te rzeczy, akcja i przekaz, współgrają tutaj i jedno służy drugiemu. Dzięki temu postaci są ciekawe, mają motywacje. Udało się zbudować nastrój żywego świata bez mechanicznych schematów. Dobrze wyszła też przeplatana narracja. Za to nacisk na różne wątki mógł zostać inaczej wyważony. Podróż Kerva i Sellasa trochę się dłuży (w stosunku do reszty tekstu), a pod koniec rzeczy dzieją się szybko. Trochę małą, choć w zamian istotną część akcji stanowią też wesela.

Gratuluję podium w konkursie :P

 

Ciekawie spleciona historia dwóch wesel, które mają / mogą mieć wpływ na przyszłość kraju. Znów jednak są one ledwie epizodami (zwłaszcza książęce) i zastanawiam się, co z tym fantem zrobić.

Na plus zdecydowanie postaci – są z krwi i kości, chociaż Jossel jakiś taki trochę bardziej bezbarwny. Ale kładę to na krab potrzeby utrzymania jego prawdziwej natury, czy raczej zadania, w tajemnicy jak najdłużej. Mimo długości tekstu, to czytało mi się go bardzo dobrze, szybko i lekko. Fabuła wciągnęła, a lekkie przemieszanie czasu i miejsc akcji nie przeszkadza, ale świetnie się komponuje. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo fajny, bardzo klimatyczny tekst – właśnie taki, jakie lubię. Utrafiłeś prawie idealnie w moje gusta ;) Bardzo dobry pomysł na dwutorową narrację, bardzo dobry pomysł na twist z chłopcem, bardzo ciekawa koncepcja, że to, czemu próbował zapobiec Sellas po prostu się dokonało z powodu głupoty zainteresowanych. Wyraziste scenerie, dobre opisy. Żeby nie te przecinki przed wołaczami… ; p

I tylko jedno mi zgrzytało… A raczej dwie rzeczy. Raz – najważniejsze – że jak na konkurs weselny, to mało tu wesela. W zasadzie oba są tylko wspomniane, pełnią pewne funkcje w tekście, ale to z pewnością nie jest opowiadanie o weselach. Da się przymknąć na to oko, ale nie o to chodziło.

Dwa – informacja, że Kerv był „rodzonym” bratem Sellasa. Tego drugiego opisujesz jako kuśtykającego, kościstego, zmęczonego życiem staruszka, który na nic nie ma siły. A ten pierwszy, choć ma „włosy oszronione siwizną”, jest najwyraźniej w sile wieku, skoro tak chwacko morduje, macha mieczami, konno jeździ i tak dalej. Ja wiem, że między rodzeństwem może czasem być duża różnica wieku, sięgająca i dwudziestu lat, ale to jednak dość rzadkie zjawisko. Więc zabrakło mi wyjaśnienia, dookreślenia że np. matka Sellasa urodziła drugiego chłopca dużo później, kiedy ten był już dorosły. Różnica między nimi bardzo mi zgrzytnęła.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dziękuję Lordzie Vedyminie za komentarz i dobre słowo. Może tekst uzupełniony o wycięte fragmenty odzyska nieco zaburzoną kompozycję. Z zawartością wesela nie będę polemizował – sam miałem obawy i potwierdziły się w komentarzach większości jury. Ale myślę, że opowiadaniu zabrakło zwyczajnie jakości, żeby z przytupem podbić serca członków jury ;). 

 

Śniąca Tobie także dziękuję za opinię i miłe słowa. Dobrze, szybko i lekko brzmi pozytywnie. To miał być tekst rozrywkowy :)

 

Joseheim, oczywiscie Twój komentarz polubiłem z miejsca i cieszę się, że udało mi się trafić w Twój gust. Pewnie właśnie to dało mi niespodziewanie wysoką lokatę w konkursie. Bardzo dziękuję za Twoje przemiłe słowa. Mam Ciebie za specjalistkę od fantasy i skoro Tobie się podobało to nie jest najgorzej z moim tekstem. Nad przecinkami popracuję konkretnie, obiecuję ;)

Co do wesel w opowiadaniu… Były istotną częścią fabuły, elementem wiążącym akcję, ale zgadzam się, że nie stanowiły dominującej części historii. Zaryzykowałem. Mimo wszystko się opłaciło, bo trzecie miejsce w tak zacnym gronie cieszy bardzo.

Braci Sellasa i Kerva w zamyśle nie dzieliła znaczna różnica wieku. Widziałem ich jako ok. 60 i ok. 50 latka. Starszy zdziadział bo spędził lata na studiach ksiąg i modlitwach w Świątyni, ten młodszy zawdzięczał krzepę innemu trybowi życia (intensywnemu i aktywnemu ;)) i zapewne wpływowi mocy demona. Rzucał celnie, dźwigał z lekkością i podarowanymi magicznymi mieczami wywijał zręcznie. Całe życie spędził na wojaczce.

Reg. Dziękuję za wiarę we mnie. Rzekłbym – wykrakałaś, ale w pozytywnym sensie. Bądźmy jednak szczerzy. O ile lokata mnie bardzo cieszy, to oczywiście widzę jak niewielkie były różnice. Właściwie dojechałem do mety z peletonem, ledwie o pół koła przed kolejnym zawodnikiem. Daleko, daleko do uciekającej czołówki. O ostatnim miejscu na podium decydowały wśród kilku opowiadań pewnie detale techniczne i wiem, że zwyczajnie miałem szczęście trafiając w gust Jose i głównie jej zawdzięczam zapewne ten brązowy laur.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Łojezu, wreszcie zostałam specjalistką od czegoś! ; p A tak serio to nie wiem, skąd Ci się wzięło takie przekonanie, ale bardzo mi miło ;)

Niemniej bracia nadal mi zgrzytają, przedstawiłeś ich tak diametralnie różnie, że niewiarygodnym mi się wydało, by mogli być braćmi (znaczy nadal uważam, że przydałoby się dodatkowe wyjaśnienie).

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Opowiadanie niestety rozminęło się z moimi gustami, panie Marasie. :< Historia trąca sztampą, nie zaskakuje, momentami nuży. High fantasy to nigdy nie był mój ulubiony gatunek, więc może moją opinię powinieneś dzielić przez dwa, ale skoro już przeczytałem…

Moim zdaniem (i jak widzę, będę tutaj odosobniony) opowiadanie psują postaci, które są bardzo określone. Koncepcja dwóch równoległych linii fabularnych jest ciekawa, ale cóż mi po niej, kiedy z jednej strony mam zgryźliwego, przezajebistego, trochę geraltowatego buca i jego bojaźliwego przydupasa, z drugiej zaś – aroganckiego arcykapłana, aroganckiego księcia i głównego bohatera (?) – kapłana, który zobaczył dramatyczną wizję i liczy, że król odwoła ślub wyłącznie z tego powodu (a jeszcze jakby i tak nie był wystarczająco niewiarygodny, to go wcześniej wygnano). Ugh. W sumie niewiele więcej mogę o tych bohaterach powiedzieć. Z całej tej bandy zainteresował mnie tylko chłopiec, brat księcia, którego faktycznie odebrałem jako nad wyraz mądrego jak na swój wiek, który mógłby wyróść na wspaniałego króla, i to pomimo swojego charakterku.

Najbardziej mnie mierzi wątek Kerva, który chciał spotkać chłopaka, aby złożyć go w ofierze, z kolei chłopak chciał się w tej ofierze oddać. Żadnemu jednak przez myśl nie przeszło, że sprawy idą zbyt gładko; młodzik miał udawać niedorajdę, by stłumić podejrzenia towarzysza, ale tym niedorajdą chyba jednak naprawdę był, skoro tak łatwo zgubił medalion. Kerv z kolei całe opowiadanie zgrywa cwaniaka, żeby na koniec dać się podejść jak dziecko, że o wyszarpnięciu sobie ot tak trucizny z ręki nie wspomnę.

I chociaż świat wydaje się ciekawy, nazwy są spójne, to historie, jakimi go wypełniłeś, nie przykuły mojej uwagi. Piórkowe opowiadanie powinno mieć, według mnie, lepiej skonstruowane postaci. Zakończenie natomiast wypadło całkiem zgrabnie, ale trudno mu było wywrzeć na mnie należyty efekt, skoro wcześniej postaci mnie nie kupiły i nie zdołały przykuć swoimi przygodami do tekstu. Nie podoba mi się także, że niemalże do ostatnich akapitów nie wiadomo, co łączy te obie fabularne. Zabrakło mi paru hintów więcej przemyconych we wcześniejszych fragmentach.

Warsztat mógłby być lepszy. Widać, że lubisz przymiotniki, przysłówki i zaimki i nie zdążyłeś przed publikacją rozstać się z ich rozsądną częścią.

Sellas przeciągnął się i opuścił bose stopy na kamienną posadzkę. Jej lodowaty dotyk natychmiast pobudził jego ciało. W tej samej chwili gdzieś niedaleko rozległy się dźwięczne fanfary, które brutalnie przegnały resztki snu.

Dzięki za udział!

Dziękuję za komenatrz MrBrightside.

Sztampa i brak zaskoczenia, rozminięcie się z gustami, słabi i nieprzekonywujący bohaterowie, jeden z głównych bohaterów nawet mierzi, Do tego nieciekawe historie, brak hintów, taki sobie warsztat. Cóż mogę odpowiedzieć. Trzeba przyjąć krytykę na klatę. I jednak od czasu do czasu coś tam sobie popiszę mimo wszystko. Przynajmniej mi sprawia to pisanie przyjemność.

Odniosę się przy okazji to wydarzeń z mojej historii, o których wspomniałeś. Jossel wcale nie zgubił medalionu, a Kerv nie dał go sobie wcale wyrwać jak dzieciak. Nie zrozumiałeś tej sytuacji prawidłowo MrB. Ale zakładam, że skoro tak, to moja wina, że nie przedstawiłem jej odpowiednio zrozumiale.

 

Jeszcze raz dziękuję za dobrą zabawę i gratuluję sprawnie przeprowadzonego konkursu. Wesołych Świąt!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Napiszę wprost – nie spodobało mi się. 

I chyba muszę pójść Drogą Cienia, czyli odrobinę się rozpisać i to o sobie, zamiast o opowiadaniu (ale tylko jeden akapit, potem już będzie bardziej do rzeczy). Tak w ramach usprawiedliwienia. Bo na komentarze warto patrzyć przez pryzmat komentujących. Muszę przyznać, że po fantasy sięgam rzadko. Miałem nawet stwierdzić, że nie jestem fanem fantasy, ale to by nic nie wytłumaczyło, bo jeśli chodzi o literaturę, to jestem “fanem” zaledwie kilku pisarzy, i to “fanem” w cudzysłowie. Nie mam tak, że jestem czegoś fanem z zasady. Miałem napisać, że wolę dobre fantasy od słabego SF, ale to nie tak. Po prostu po pewne rzeczy sięgam chętniej i częściej. Ale jak już zacznę czytać, to liczy się tylko tekst, który mam przed sobą. Bez względu na gatunek. Przykład z naszego podwórka: choć do “Miasta” Ochy podchodziłem nieufnie (bo mało zachęcający tytuł i tag “fantasy”), opowiadanie szybko mnie wciągnęło i ostatecznie się spodobało. Skąd wynika nieufność do fantasy? Myślę, że przede wszystkim ze sztampowości tego gatunku. A jeśli tekst nie broni się pomysłem, to musi dawać radę na innych polach. 

 

U Ciebie, Marasie, jakiś pomysł jest: dwa wesela poplątane w czasie, w tym jedno demoniczne. Stawiałbym, że taki był punkt wyjścia. Ale moim zdaniem konstrukcja i brak świeżości położyły ten tekst. 

Pierwsza scena zapewne miała zarzucić hak na czytelnika. Mamy trupy i intrygującą postać. Tylko że intrygująca postać Kerva przypomina inne intrygujące postaci znane z fantasy. Aragorn był taką postacią. Geralt także. Trochę podobni wydają mi się nawet detektywi ze skandynawskich kryminałów. Dobrzy w swoim fachu, gorsi z charakteru. Postać w zamierzeniu intrygująca okazała się więc irytująca. Co innego trupy. Trupy to też nic nowego, ale przynajmniej wprowadzają jakąś zagadkę. Stanowią świetny pretekst, by poprowadzić fabułę w ciekawy sposób, czerpiąc z kryminałów. 

Tutaj niestety pokutuje niechlubny zwyczaj – jeden z powodów, dla których podchodzę do fantasy nieufnie – rozciągania drogi bohaterów. Od początku tekstu czekam na wesele, a tymczasem mam wrażenie, że przez większość opowiadania postaci po prostu idą. 

Poprowadzenie wątku Sellasa też nie przypadło mi do gustu. Popatrz na jego pierwszą scenę, która zaczyna się od takiego zdarzenia: Sellas patrzy na nagiego kapłana. Do tego prostego faktu dołączasz kilka akapitów informacji dotyczących rozmaitych rzeczy. Co się wtedy dzieje w opowiadaniu, kiedy my poznajemy część losów Sellasa? Otóż Sellas patrzy na golasa. Dopiero po ośmiu akapitach Torsem traci cierpliwość i się odzywa. Jako czytelnik wolałbym, żeby więcej działo się na bieżąco, zamiast poznawać historię tak “przy okazji”. 

Dalej niestety jest nudno. Granica między klasycznością a sztampowością to kwestia gustu – ja tutaj nie dostrzegłem nic świeżego. A świeżość, o której mówię, widziałem w Twoim “Trzeba czekać”. Nie trzeba wydumanych, oryginalnych pomysłów, by było ciekawie. Czasem wystarczy znaleźć interesujący motyw i umieścić go w historii. Albo pogłębić rys psychologiczny postaci? A może zestawić klasyczne elementy w nietypowy sposób? Albo po prostu pokazać odrobinę dystansu do sztampowej stylistyki?

Warsztat przydałoby się jeszcze podrasować, ale źle nie jest. Powinieneś przykładać do słów większą uwagę i myśleć nad nimi, zamiast starać się pisać tak, jak jest w książkach. Bo mam wrażenie, że niedoskonałości w Twoim tekście są odbiciem tego, jak niektóre książki są napisane. Nie wszystko, co drukowane, należy naśladować.

Większość przecinków oddzielających wołacze już chyba znalazła się na swoich miejscach, ale żeby sobie to utrwalić, proponuję stosować tę zasadę także w komentarzach ;) Polecam poczytać, o co chodzi np. tutaj :)

 

Mam nadzieję, że nie zrazisz się zbytnio moim krytycznym komentarzem, tylko wyciągniesz dla siebie jakieś wnioski. Pamiętaj, że innym się podobało, no i zająłeś trzecie miejsce, czego Ci gratuluję :)

Dziękuję za wyczerpujący i merytoryczny komentarz, Fun. ​Nie zrażę się, bez obaw. To, że jak każdy lubię pozytywne komentarze, nie znaczy, że nie doceniam i nie potrafię wyciągać wniosków z tych negatywnych ;)

Opowiadanie, jak się zapewne domyślasz, powstawało pod ciśnieniem czasu, wyleciało z niego kilkanaście tysięcy znaków. To może mieć wpływ na kompozycję i układ niektórych scen. Ale nie ma wpływu na to, że od początku planowałem napisać dosyć klasyczne fantasy, rozrywkowe, z małym twistem, będące lekką lekturą bez ambicji literackich ale nie nudną (zarzut nudy zabolał najbardziej). Miało sprawiać frajdę i dobrze się czytać. Kilka wcześniejszych komentarzy daje mi nadzieję, że w jakimś stopniu to się udało. 

Tak przy okazji. Wydaje mi się, że już wiem jakie pisanie najbardziej się podoba na portalu. Kunsztowne, gęste językowo, nieoczywiste, fabularnie pozostawiające sporo przestrzeni na domysły czytelnika. Obrazowe i plastyczne, silne detalem, często poetyckie. I zazwyczaj dalekie od klasycznie pojmowanej science-fiction czy fantasy także tematyką. Może coraz bardziej dryfujące w stronę literatury jaka preferuje MC na papierze?

Mój prosty styl oraz zagmatwania akcji na niższym jej poziomie niż np. u zwycięzców konkursu, wyglądają nieco staroświecko, albo konserwatywnie. Albo topornie nawet. Moja proza ma być przejrzysta w warstwie językowej. Ale ja zwyczajnie nie chcę zachwycać krytyków tylko bawić czytelników.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Tak przy okazji. Wydaje mi się, że już wiem jakie pisanie najbardziej się podoba na portalu.

Zdziwiłbyś się, MrMarasie. Jeszcze się taki nie urodził, który by tu wszystkim dogodził ;)

MrMarasie, znowu zapomniałeś o przecinku przed moim nickiem :P

Tak przy okazji. Wydaje mi się, że już wiem jakie pisanie najbardziej się podoba na portalu. Kunsztowne, gęste językowo, nieoczywiste, fabularnie pozostawiające sporo przestrzeni na domysły czytelnika. Obrazowe i plastyczne, silne detalem, często poetyckie. I zazwyczaj dalekie od klasycznie pojmowanej science-fiction czy fantasy także tematyką. Może coraz bardziej dryfujące w stronę literatury jaka preferuje MC na papierze?

Mój prosty styl oraz zagmatwania akcji na niższym jej poziomie niż np. u zwycięzców konkursu, wyglądają nieco staroświecko, albo konserwatywnie. Albo topornie nawet. Moja proza ma być przejrzysta w warstwie językowej. Ale ja zwyczajnie nie chcę zachwycać krytyków tylko bawić czytelników.

To chyba zbyt pochopna obserwacja. Spójrz chociaż na październikowe piórka – do Twojego opisu pasują tylko “Leopardy i czaple”. Sam się zresztą przejechałem na różnej kunsztowności i nieoczywistościach – dostawałem zarzuty, że jakieś opowiadanie jest niepotrzebnie zagmatwane, niejasne, przekombinowane. 

Wszyscy tutaj chcemy raczej bawić czytelników, ewentualnie samych siebie, a o krytykach nikt nawet nie mówi ;) Nie ma jednej właściwiej drogi pisania. Na portalu znajdą się chętni na coś cięższego i na coś bardziej rozrywkowego. Nawet MC jest otwarty na różne propozycje, choć mogłoby się wydawać inaczej. Nie zniechęcaj się, tylko doskonal taki styl pisania, który Ci odpowiada :)

 

Edit: Coboldzie, ale “Lotharem” to dogodziłeś prawie wszystkim ;)

Wszystkim to dogodziła Bellatrix swoim Encephalodusem. ;)

Poprawione​, Fun ;)​ To nie była krytyka gustu tylko moje obserwacje.

Swoich “ambitniejszych”​ rzeczy nawet bym tu nie wrzucił, na pewno nie znalazłyby zwolenników. 

Ja nie twierdzę, że nie ma tutaj miłośników “zwyczajnej”​ fantastyki. Ale Loża czy większość zasiedziałych portalowiczów po kilku tysiącach opowiadań zamieszczonych na portalu na pewno oczekuje przede wszystkim zaskoczeń.

Po przeczytaniu spalić monitor.

MrMarasie, moje obserwacje są ledwie roczne :) I osób, które przeczytały tu tysiące opowiadań, jest niewiele. Ja mam na koncie jakieś kilkaset. I ponownie apeluję, żebyś przyjrzał się piórkowym opowiadaniom, czy rzeczywiście obfitują w tyle zaskoczeń? 

Nie ma pewnego sposobu na piórko. Jakaś sama jedna rzecz na wypasionym poziomie zazwyczaj nie wystarcza – czy to oryginalność, czy fajny świat, czy bohater, czy pełno akcji, czy język…

Babska logika rządzi!

Na piórka pewnie nie ma metody, fakt, to także wypadkowa pogody za oknem, przypadku, gustów, preferencji, nastroju, okoliczności czytania opowiadania i innych czynników. Ale klasyczne gatunkowo opowiadania mają chyba trudniej jeśli chodzi o zdobywanie uznania.

Powtarzam, moim zdaniem i w zupełnym oderwaniu od moich opowiadań. To nie jest żaden zarzut tylko subiektywna opinia.

 

PS. Szkoda tylko, że dyżurni nie mają ochoty czytać tekstów pod 50 tys. znaków.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Klasyczne fantasy, ale w dobrym stylu. Bardzo dopracowany tekst. Jest tu wszystko – filozoficzna dysputa, rąbanka, magia i spiski. Klasyka. Mnie to akurat nie przeszkadza, ale myślę, że mógłbyś tu dodać coś oryginalnego i niepowtarzalnego. Przy tak szerokich horyzontach pisarskich, jakie prezentujesz, myślę że nie byłby to dla Ciebie problem, żeby dodać coś bardzo swojego i zapadającego w pamięć.

 

Dialog Sellasa i Tudala bardzo przypadł mi do gustu. Przypomina starcie doktryn filozoficznych z przełomu epoki starożytności i chrześcijaństwa. Z tego, co się orientuję, wiele z wygłoszonych przez te postaci doktryn i idei ma swoje nazwy. To, że zły Beatus powróci do dbrego Aegora i zostanie przez niego obłaskawiony to apokatastaza. A pogląd, że dobry Bóg nie mógł stworzyć świata, w którym panuje zło, prezentowali gnostycy. Pewnie musiałaby wpaść tu Naz, żeby wyłapać więcej takich smaczków.

 

Nie omijasz opisów przyrody, ubiorów oraz miejsc. Ujmują nieco dynamiki tekstu, ale dodają mu uroku. Nie wiem, co wycinałeś z tekstu oryginalnego, ale jeśli inne opisy, to dobrze :) Moim zdaniem kilka dodatkowych powłóczystych akapitów skutecznie zamuliłoby Twoje opowiadanie.

Twój styl pisania sprawia, że czuję się bezpiecznie, ale także i przewidywalnie. Od czasu do czasu mógłbyś zdzielić mnie po twarzy jakimś niepokojącym zdaniem albo określeniem. Przykład:

Wjechała na czarnym ogierze z ciemnozielonym aksamitnym czaprakiem (…)

– widzę czarnego ogiera i ciemnozieloną plandekę. Być może barwa czapraka niesie ze sobą jakąś symbolikę, może nie, nie wiem, nie widzę nic ponad to, co mi pokazałeś, po prostu czytam dalej.

Znajduję też u Ciebie określenia, które może błędami językowymi nie są (nie mam pewności), ale wyczuwam, że mogłyby być celniej sformułowane:

odziany w obdarte łachy

– jeśli łachy, to pewnie są stare i trochę poobdzierane

Według starej tradycji

– jeśli tradycja, to chyba nie najnowsza; może “prastarą tradycję” łyknąłbym łatwiej?

 

Dwie rzeczy, które na pewno bym poprawił (zdaje się, że są też na liście Joseheim):

natrafili na ciek wodny

– to zdaje się jest pleonazm

– To nie jest miejsce dla mnie Kacylu.

– postawiłbym przecinek przed wołaczem

 

– Co tu robisz, chłopcze? Skąd przybywasz? Spotkałeś może mojego męża, Locheima? Albo młodego Derrena? To syn mojej siostry. Na pewno nas szukają. I obiecali po nas wrócić.

– przy tej kwestii miałem wrażenie, że nie tylko wypowiadająca te słowa osoba się spieszyła, ale i autor pędził ku limitowi znaków ;)

 

Gratuluję bardzo dobrego tekstu oraz w pełni zasłużonego podium w konkursie.

Znowu kupiłeś mnie klimatem, Marasie. Początkowy opis zwłoko-poweselnego krajobrazu dobrze wprowadza w dosyć ponury świat (może wcześniej nie był ponury, ale przecież nastał Miesiąc godów ;). 

Czytało się dobrze, szybko, zassało.

 

Sellas kojarzył mi się z maesterem Pycellem z Gry o Tron :D Oczywiście z wyglądu, bo Sellas to przecież dobry chłop. W ogóle to była według mnie najlepsza postać, ładnie zarysowana, głęboka. Wydaje się, że tylko on jeden ma jakieś rozterki. Zdruzgotany głupotą księcia, jednoczenie jest nieco zadowolony, tym samym świadomy tego faktu i nim przerażony. Tak samo na końcu jest przedstawiony jako emocjonalny starzec, który (chyba) zaczyna wątpić (jeśli nie w istnienie) to w wielkość swego boga. 

Kevar niektórym wadził, że cwaniak i bardzo typowa postać, ale według mnie jet to uniwersalny typ bohatera, który zawsze wpasuje się w świat. Twardy zabijaka, niemoralny, trochę tajemniczy. Zawsze będzie się podobać.

Niestety cała reszta postaci jakoś zagubiła się pośród opisów. Oprócz Sellasa i Kevara nikt nie zapadł mi w pamięć (bo o Josselu szybciutko zapomnę). Pannę młodą (choć była potworem) można było jeszcze bardziej… zdemonizować. Nie wiem, czy gdzieś zagubiłem, ale chyba nie było nigdzie opisów jej wyglądu (oprócz tego, że zaznaczyłeś, że była piękna, jeszcze jako panna młoda). Ale rozumiem – limit znaków dał ci się… we znaki (chyba wszyscy śledzili SB) :PP

Nie czułem też ostatecznej maskary. Bardziej poruszyła mnie łza Sellasa na końcu niż rozwałka.

 

No i może jeszcze coś o świecie. Niby prosty, niczym się nie odznaczający, ale… no, nie wiem, jak to napisać, po prostu fajny. Zgodzę się z Nimrodem, że mógłbyś dodać coś świeżego, czego jeszcze nie było, żeby wyróżnić świat i zaskoczyć czytelnika.

 

Jeśli chodzi o motyw wesela, to rzeczywiście, mało go. Ale już po konkursie, a ja mrużę oczy i udaję, że nie ma niebieskiego tagu, także mi to zupełnie nie przeszkadza (nawet lepiej, bo nie lubię wesel :P).

 

No to tak na koniec – naprawdę dobre opowiadanie, z świetnym klimatem. Pozdrawiam.

Nimrodzie. ​Dziękuję za wizytę i komentarz. Bardzo miłe słowa, cieszę się, że zauważyłeś pewne niuanse tego prostego i klasycznego w sumie w swej narracji i stylu opowiadania. Zwłaszcza dotyczące dysputy Sellasa i Tudala. Biorę sobie do serca uwagę o szczypcie oryginalności. Ten świat ma ją w sobie (myślę) ale niestety widać zabrakło jej w tym tekście. Akcję umieściłem bowiem na odległym kontynencie świata, w którym toczy się akcja powieści i dwóch innych opowiadań (wszystko rozgrzebane, to właśnie o tej powieści rozmawiam powyżej z Reg). Co do limitu. Wiadomo, gonił. To zdanie, które przytoczyłeś może rzeczywiście o tym świadczy. Poprawię.

Wszystkie Twoje uwagi i sugestie rozważę, oczywiste poprawki naniosę. Opinię Naz, nie tylko na temat zagadnień teologicznych ale i na temat samego opowiadania, bardzo chętnie bym poznał. Czekam także cierpliwie na wizytę innych dyżurnych ;)

 

Karol123. ​Tobie także serdecznie dziekuję za lekturę i opinię. Reszta postaci (poza Josselem, który chyba ucierpiał poważnie w wyniku konieczności utajenia jego prawdziwej tożsamości) nie jest tak istotna jak Kerv i Sellas. Jeśli oni sie podobali to jestem zadowolony. I tutaj inna kwestia. Pochwaliłeś klimat, podobnie jak wcześniej Joseheim. Jeśli rzeczywiście czuć klimat w tym tekście to się jeszcze bardziej cieszę. Dzięki za wszystkie pochwały i bardzo poważnie traktuje wszelkie sugestie i porady oraz uwagi. I, co najważniejsze, raduje mnie niezmiernie fakt, że lektury opowiadania nie uznałeś za czas zmarnowany.

 

Ps. A ile frajdy mam z imieniem Kerv :) w komentarzu NWM był Kervan, u Karola123 jest Kevar. To pewnie dlatego, że postać taka dwuznaczna :)

 

Edit. Dziękuję Karolu123 za nominację!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo porządne fantasy. Obarczone zasadniczą wadą tego gatunku (ach, co by tu wymyśleć oryginalnego!). Napisane na dobrym poziomie, solidna pozycja do biblioteki. Dzięki kilku szczegółom więcej niż dobre czytadło. Ale nie aż tak, żeby porywało, urywało, wzruszało. Katharsis z tego nie będzie. No i widać, że tekst wewnętrznie nieproporcjonalny, zdławiony limitem znaków. Co nie znaczy, że lektura nie dała satysfakcji. Ale na piórko za mało. 

Znaczy: jestem na NIE.

Dziękuję, Coboldzie.

Bardzo się cieszę, że napisałem porządne fantasy. A nawet więcej niż dobre czytadło. Twoje NIE, Coboldzie przyjmuję na spokojnie. To na pewno dopiero pierwsze NIE z serii. NIE zawsze jest niedziela.

To był tekst konkursowy i swoje zadanie spełnił z nawiązką, jestem z niego zadowolony i cieszy mnie III miejsce w tak zacnym gronie.

Oczywiście limit uwierał ale doszedłem do wniosku, że jednak nie ma sensu wrzucać wersji 2.0 bo i tak nikt jej już nie będzie czytał. W zasadzie teraz najsensowniejszą metodą publikacji na portalu wydaje mi się zamieszczanie opowiadań, które gdzieś się ukazały. Wtedy ani brak nominacji czy piórka, ani negatywne komentarze nie działają przygnębiająco, a jedynie pomagają w ulepszaniu warsztatu. Podobnie teksty odrzucone przez redakcje – ​wtedy nie ma się zbyt wielkich oczekiwań, a nauka dla autora też cenna.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ja bym bardzo chętnie zapoznała się z rozbudowaną wersją – mam wrażenie, że cięcia namieszały trochę w zakończeniu, które było dla mnie trochę mętne. Samo opowiadanie podobało mi się – choć powiem szczerze, daleko mu do Trzeba czekać. Fabuła wydawała mi się trochę ściśnięta – może tylko zasugerowałam się wspomnianymi cięciami, a może jednak dało się je odczuć. Lubię humor, który zawierasz w swoich historiach, ten typ wywołujący lekki uśmiech. Bardzo klasyczne fantasy i przyjemna lektura, choć pozbawiona większych uniesień. Zasłużona biblioteka :)

Dziękuję serdecznie za wizytę i komentarz Kam_Mod​. I za wszystkie miłe słowa. Jako że opowiadanie powiązane jest nieco z innymi tekstami z tego świata, to jego wersja poszerzona i poprawiona znajdzie się zapewne w jakimś szerszym kontekście, ale już gdzie indziej.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jako zgałszający do piórka jestem oczywiście na TAK.

Dlaczego?

Światotwórstwo. To ono mnie tutaj ujęło. Niby idące w standardowe “high fantasy”, ale zarazem podające to w ujmujący sposób. Od nazw państw, miesięcy, religii, chyba tylko poszczególne dni tygodnia nie doczekały się czegoś własnego ;)

Do tego bardzo interesująca historia z Kervem i młodym Oczyszczonym, idąca równolegle do drugiej fabuły. Uderzyła potrosze w klimaty Warhammera Fantasy (<3) nie kończy się też standardowo.

Druga nitka jest troszkę gorsza, czasem światotwórstwo przejmuje ją za mocno, ale ogólnie zarysowana linia fabularna, a zwłaszcza bohater, który nie zdecydował się za wszelką cenę ratować władcy, przypadła mi do gustu.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wielkie dzięki NWM.​ Byłem pewny, że ten jeden TAK dostanę. Od Ciebie oczywiście.

Bardzo się cieszę, że światotwórstwo wydało się Tobie interesujące. To jest jakaś część świata, o którym piszę, także w powieści, jak już wspominałem wyżej.

Co ciekawe, Twoim zdaniem linia fabularna z Sellasem jest nieco gorsza, a zdaniem kilku innych czytelników to właśnie on jest najciekawszą postacią i najlepiej nakreśloną. 

Piórka nie będzie, ale jak pisałem, NIE zawsze jest niedziela. Mam tylko nadzieję, że komuś jeszcze moje opowiadanie przypadnie do gustu i nie mam tutaj na myśli Loży.

I tylko troszkę żal, że poza MrB ​z jury konkursowego, żaden dyżurny nie skomentował (nie przeczytał?) mojego opowiadania.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Panie Marasie, dyżurni nie mają obowiązku czytać wszystkich opowiadań, które wpadną im w dyżur, a jedynie połowę z nich. Natomiast wielu innych użytkowników nieprzymuszenie podzieliło się opinią o Twoim tekście i z tego się należy cieszyć. :)

Oczywiście masz rację MrBrightside ​(czy to nick od kawałka The Killers?), tak sobie tylko marudzę. Bardzo cieszę się z każdego komentarza, bo każdy jest bezcenną nauką i wartościową opinią, która rozwija mnie jako autora. Wszystkim komentującym serdecznie dziękuję.

Po przeczytaniu spalić monitor.

W końcu ktoś słuchający The Killers! Wonderful, wonderful, panie Marasie! ;D

Oczywiście, że słuchający The Killers. I Keane, i Arctic Monkeys, czy Snow Patrol i Muse, i Arcade Fire i Kasabian i masę innych fajnych, rockowych kapel gitarowych.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dobra, pod tym tekstem masz wystarczająco dużo moich komentarzy. ;-)

Byłam na TAK. Za dużo się przy nim napracowałam, żeby teraz marudzić. ;-)

Babska logika rządzi!

A to jednak niespodzianka dla mnie :) Poważnie.

Drugi TAK bardzo mnie ucieszył. I faktycznie, włożyłaś w mój tekst mnóstwo pracy Finklo i za Twoją pomoc raz jeszcze dziękuję. No i za TAKa też dziękuję!

Po przeczytaniu spalić monitor.

No cóż, skoro zostałem już gdzieś tam przywołany swoistym tańcem deszczu, to nie zostaje mi nic innego, jak tylko się tu odmeldować i pokazać, jak należy podążyć drogą Cienia i też napisać coś o sobie, a nie o tekście. A zasadniczo, to podkreślić, że już tak właśnie piszę. Bo przecież piszę.^^

No więc, proszę Państwa, ten fragment mojej autobiografii stanowił będzie o tym, że takie fantasy, jakie zaprezentował nam Pan Maras – skoro to opko już tu jest i nie można nic na to poradzić, to niech chociaż posłuży za pretekst do dywagacji – to ja bardzo lubię.

Generalnie, to ja – Boże, jak cudnie brzmi ten zaimek, gdy tyczy się mnie (mnie – kolejne cudo;) – lubię tego rodzaju pisaninę w ogóle, bo mamy tu zasadniczo wszystko, co lubić można, a nawet należy. Choć, rzecz oczywista, nie bezkrytycznie.

Po pierwsze, mamy tutaj do czynienia z tym rodzajem pisania, który stanowi sztukę samą w sobie. Tudzież, niesłusznie – moim zdaniem – pejoratywniej: sztukę dla sztuki. A ja owej sztuki jestem koneserem. Estetą, rzekłbym – po prostu lubię piękno.

Czasem zastanawiam się, gdzie i w czym przebiega granica między tym, co się po prostu czyta – mniej lub bardziej przyjemnie, zależnie od treści – a tym, co się pochłania, słowo po słowie i dla słowa, i to nie tylko coraz bardziej zmęczonymi oczyma, ale i… a zresztą, darujmy se te pseudowzniosłe pitolenie. Z nim czy bez niego, fakty pozostają takie, że taka granica istnieje i ma się dobrze, choć od lat bardzo skutecznie umyka jednoznacznemu zdefiniowaniu. Pytanie brzmi więc tak: skoro nie potrafię jasno określić granicy, to skąd wiem, co po której onej granicy znajduje się stronie i dlaczego uważam, że powyższe opowiadanie jest już po tej – z mojego punktu widzenia, ofkoza – właściwej? A w każdym razie właściwszej? No cóż, materiału i rozważań na jakiś elaborat, ale w zupełności powinno wystarczyć, jeśli pojadę klasyką: kwestia gustu odbiorcy i talentu autora. Prawda jest jednak taka, że – choć tutaj się te elementy ładnie zgrały – musi kryć się za tym coś bardziej… uniwersalnego, obiektywnego i może jeszcze: oczywistszego.

Dobra, ale zostawmy to może filozofom, tym prawdziwym, z powołaniem, i tym z papierkiem, jeśli przypadkiem nie są to jedne i te same osoby. Nam tutaj musi wystarczyć proste stwierdzenie, że “Miesiąc godów” jest… No cóż, jest napisany w taki sposób, jakby był manifestacją twierdzenia, że czasem bardziej niż po to, by można było coś czytać, to coś zostało napisane właśnie po to, by można to było napisać.

(Dobra, cofam to, co mówiłem o prostocie powyższego stwierdzenia).

Więc wychodzi mi, że zmarnowałem trochę czasu i kupę słów, by inaczej – mniej spójnie – przedstawić to, co napisałem już na początku: sztuka dla sztuki. (Ach ten ja… ;)

No więc sztuka. Ale co jeszcze?

Postaci i dialogi. Zapewne to ponownie kwestia gustu, ale do mnie patos zawsze przemawiał wielkimi literami. Nawet ten przesadzony, zhiperbolizowany i biorący na siebie cały ciężar danego dzieła, ma dla mnie jakiś tam swój urok. Ale tak, jak dorosły, normalny facet wolał będzie kobietę od dziewczynki, tak do mnie bardziej przemawia patos dojrzały, stonowany i użyty umiejętnie, by budować i ubogacać klimat opowieści, a nie absorbować go w całości. Tutaj taki właśnie patos wybrzmiewa w ustach Kerva (i trochę w jego pseudonimie artystycznym). Szalenie lubię, kiedy taki geraltowaty kozak ma podobną manierę i rzuca sobie hasełkami, które budują mu klasę, a które w ustach kogokolwiek innego zabrzmiałyby po prostu idiotycznie. Bardzo fajnie, z pomysłem i wyczuciem poprowadziłeś ten element, Panie M. Mnie to w każdym razie siadło.

Zresztą w ogóle widać po tym tekście, że masz dryg do dialogów, bo większość wypadła nie tylko autentycznie, ale też mądrze i ciekawie. W każdym razie dla mnie to jeden z najmocniejszych punktów programu. Postaci, choć poniekąd sztampowe i znajdujące się w dosyć sztampowych sytuacjach, też dały radę. Dorosły do swoich kwestii, rzekłbym.

Nie jestem tylko pewien, ile w powyższym znajduje się propsów dla konstrukcji bohaterów, a ile kręcenia nosem na ich liniowość. Ja widzę to bowiem w sposób następujący: skoro tak ładnie poradziłeś sobie z tworzeniem i uwierzytelnianiem postaci odrysowanych równą kreską od naprawdę starej linijki, to jestem przekonany, że gdybyś spróbował od samego początku bardziej ich… udwuznacznić, nadać im głębszy koloryt i wyrwać z pewnych schematów, wyszło by jeszcze bardziej interesująco. Zapewne zupełnie inaczej przy okazji, ale jednak. Jedyna – dosyć nieśmiała i mocno spóźniona, pozwolę sobie zauważyć – próba realnego zawrócenia bohatera z utartej ścieżki miała miejsce w przypadku Kerva. Nie wyszło to jednak zbyt wiarygodnie, te jego zdrady i zdrady własnych zdrad; sprawiało wrażenie raczej trochę na siłę upychania i zwrotów akcji, i tego właśnie pogłębiania postaci.

Odnośnie fabuły, to mus mi na początku zaznaczyć, że zupełnie nie ma dla mnie znaczenia liczba młodych par na weselu, więc i zarzuty o zaledwie polizanie tematu konkursu są mi doskonale obojętne. Gorzej natomiast, że mimo wszystko trochę jednak brakło tu równowagi. Niby wiadomo, że sama podróż jest ważniejsza od celu, ale skoro już jakiś cel jest, to powinieneś poświęcić mu więcej uwagi. Jeśli wolno się posłużyć analogią, to pod tym względem Twoje opowiadanie przypomina trochę opowieść Człowieka Sukcesu, który staje na scenie, z wielkim dyplomem i orderem z ziemniaka, i opowiada innym, pragnącym być na jego miejscu przyszłym Ludziom Sukcesu, o swojej drodze do celu. Nawija o determinacji, poświęceniu, godzinach ciężkiej pracy bez snu, jedzenia i du… dużych przerw, o tym jak sobie wizualizował sukces, jak gadał do lustra te wszystkie pozytywne wkrętki o byciu zwycienzcom, jak uczył się bycia lepszym człowiekiem, ojcem, mężem, pracownikiem, szefem i ninja w ogóle, aż w końcu dochodzi do tego momentu, gdy mu się wreszcie udało i osiągnął swój cel… I tutaj koniec. Dzięki, do widzenia, scena jest wasza. A jaki to był cel, pytają rozczarowani brakiem sensownej puenty słuchacze. Ano, kupiłem se pięćdziesięciocalowy telewizor, odpowiada Człowiek Sukcesu.

Generalnie, chyba lepiej byłoby już nie wiedzieć, prawda?

Nie, nie twierdzę, że Twoje Gody to telewizor, bynajmniej. Trudno jednak zaprzeczyć, że po takiej opowieści o drodze do celu, chciałoby się ujrzeć ten cel jako coś… majestatycznego. Tymczasem okazuje się, że to coś niemal zupełnie przeciętnego, tyle tylko może, że ukazanego na majestatycznych pięćdziesięciu calach.

Ale cięcia i limity, rozumiem i łączę się w bólu. Z drugiej jednak strony rację miał, kto napisał, że na rzecz fabuły można by rachnąć ciachnąć trochę po opisach.

Jeśli miałbym się pokusić o jakieś podsumowanie, to brzmiałoby ono tak: Czytałbym. Ale dłuższe, nieskrępowane limitami i odgórnymi wytycznymi, co do nawiązań w fabule.

 

Peace!

 

P.S.

Wszystkie osoby mogące się poczuć w jakikolwiek sposób dotknięte czy atakowane którąbądźkolwiek częścią powyższej wypowiedzi, śpieszę uprzejmie uprzedzić, że nie ma w tym żadnej celowości z mojej strony. Co więcej, zarówno czytając Gody oraz komentarze pod nimi (wybiórczo, leniwa ze mnie pipa), jak i pisząc własny, miałem po prostu… no tak – niezły fun.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

To chyba najdłuższy i najbardziej skomplikowany komentarz pod moim opowiadaniem. I przyznam się szczerze, co do niektórych wywodów nie byłem pewny: mam je odbierać jako komplement czy rwać włosy z głowy. Ogólnie jednak niezmiernie się cieszę z Twoich uwag i spostrzeżeń Cieniu. Bardzo zawile ale i bardzo sensownie podsumowałeś ten tekst. Ja zdaje sobie sprawę, że pewne ograniczenia widać, a mam na myśli przede wszystkim moje ograniczenia jako autora oraz ograniczenia narzucone odgórnie, a dotyczące limitu czy tematyki.

Serdecznie dziękuję za wszystkie miłe słowa ale i za uwagi krytyczne. A już szczególnie dziękuję za niespodziewanego TAKa. 

I za to, co napisałeś w pierwszych akapitach komentarza, Cieniu. I cieszę się, że tak pisane fantasy trafia w twój gust, bo ja także staram się pisać takie fantasy, jakie sam lubię. Pisać w miarę moich możliwości oczywiście.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Interesujące, dobrze napisane, z wyraźnymi, dobrze zarysowanymi postaciami. fantastyczne :)Jestem bardzo zadowolona z lektury.

Gratuluję piórka i przepraszam za krótki komentarz, ale w pisaniu opinii nie jestem za dobra :), tak czy inaczej bardzo mi się podobało.

Od nowego roku wracamy do zwyczaju komentowania Piórek – tyle że w składzie rozszerzonym do Marcina i Jerzego, których komentarze powinny pojawić się pod innymi wyróżnionymi tekstami (każdy wylosował swój ;-)) – więc swoje trzy grosze dodaję tu i ja.

 

Na poziomie zdania tekst pisany jest bardzo czysto; podobnie dobre wrażenie robi ciekawy, przemyślany świat w tle (mocno czerpiący z klasyki, ale i dorzucający co nieco nowego do tych wzorców). Mniej przekonał mnie już geraltopodobny (tylko w oku patrzącego?) Kerv Czyste Ostrza – niebezpiecznie zbliżający się do literackiej Mary Sue, w zasadzie w każdej ze scen ponury i złośliwy jak dwuwymiarowy cień postaci, a nie wiarygodny bohater z krwi i kości. Przydałoby się to parę razy przełamać – albo humorem, albo jakimś innym odcienem emocjonalnym (sceną o takim zabarwieniu). Przewrotka fabularna w finale za to – z Josselem – dobra.

 

W skrócie: solidny tekst, gratki :-)

 

Dziękuję Katia72 ​za odwiedziny, komentarz i miłe słowa. Cieszę się, że jesteś zadowolona z lektury, a długością komentarza się nie przejmuj. Najważniejsze dla autora jest to, że czytelnik przebrnął przez jego “dzieło”​ i nie uznał tego za czas stracony.

 

Oczywiście na specjalną uwagę zasługuje komentarz MC. ​Cieszę się, że szef działu prozy polskiej NF wylosował akurat moje opowiadanie i zostawił tutaj swój komentarz. Uwagi biorę do serca, pochwały skromnie przemilczę. Opowiadanie ma swoje braki, z których zdaję sobie sprawę. Po części wynikają one z moich ograniczeń, nad którymi stale pracuję, po części wymuszone były terminem, limitem, sporymi cięciami w tekście związanymi z tym limitem. Do tego jeszcze tematyka nieco ograniczała pióro. Kolejnym tekstem mam zamiar zapracować na jeszcze mocniejsze określenie niż “solidny tekst”​, chociaż i takie słowa z ust redaktora literackiego NF bardzo cieszą.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zatoczył koło i dołączył do biesiadników na gałęziach drzew, otaczających łąkę gęstym kręgiem.

 

Kilkukrotnie napisałeś Josell.

 

Najjaśniejszy Torsem zstąpił po schodach w toń basenu i zanurzył w niej bladosine ciało. Gdy woda się uspokoiła, ponad jej ciemną taflę wystawała jedynie gładko ogolona głowa.

Sellasowi, który stał na brzegu… ← nie ma prawa być tutaj nowego akapitu

 

– Masz niezwykłe miecze, panie. – Jossel odezwał się niemal szeptem.

 

– To tacyr, upierdliwy synu Romesa z Dużej Tamy. Metal z odległego kontynentu i dawnych wieków. Twardszy od najlepszej stali. Nigdy się nie tępi, ale ma też inne zalety. Niewiele takich ostrzy zostało na świecie. ← OMG, jaka sztampa

 

To Aegor powołał do życia i demony(+,) i złe duchy.

– Przejdź do rzeczy(+,) Kacylu.

– Powstrzymaj się, proszę od takich określeń(+,) młodzieńcze.

 

Nie uwiodło mnie – wlokło się niemiłosiernie, przegadane do tego i drażniące niepojętą dla mnie nadal chronologią. Ucięłabym połowę tego tekstu. Tych “wskazówek” ósmy, dziesiąty itp. mogłoby nie być i tekst by skorzystał. Spodobał mi się dopiero pod koniec, bo coś się wreszcie zadziało, ale nie podobało mi się, że musiałam czekać dziesiątki tysięcy znaków na coś przykuwającego moją uwagę. Stanowczo nie mój klimat. Ale tak, wykonanie porządne :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dzięki, Naz, za wizytę i komentarz. Wszystkie uwagi przemyślę, a wskazane błędy poprawię. Skoro się nie spodobało, nie ma co dyskutować i biadolić nad rozlanym mlekiem ;) Tekst przyniósł mi sporo radości podczas pisania i jeszcze więcej po ogłoszeniu wyników konkursu i piórek. Ogólnie na plus. Niestety, nie potrafię przypasować każdemu czytelnikowi i zapewne nigdy tej sztuki nie posiądę. Cieszę się, że chociaż wykonanie jest porządne Twoim zdaniem :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ciek wodny u hydrologów budzi te same odczucia co podniesiona przyłbica u mediewistów ;P.

 

Mnie się dobrze czytało, ale chyba potrzebuję dodatkowych wyjaśnień – czy spotkanie oczyszczonego z demonicą opierało się na łucie szczęścia? Przecież ktoś mógł zrobić porządek z chłopakiem dużo wcześniej, wilk w lesie mógł go zeżreć. Może nie zrozumiałem, ale to był chyba najsłabszy element fabuły. Spodobały mi się za to rozważania teologiczne, choć imię Beatus (błogosławiony?) dla złego boga trochę kłóci się z intuicją.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki serdecznie Nevaz, że zajrzałeś, przeczytałeś i skomentowałeś. I bardzo się cieszę, że czytało się dobrze. Odnośnie Twoich wątpliwości, najwidoczniej nie przedstawiłem tego wystarczająco wyraźnie w tekście. Otóż nie, nie opierało się na łucie szczęścia, co starałem się zasugerować w poniższym fragmnencie:

 

Kacyl zapukał delikatnie i pchnął drzwi do komnaty.

– Właśnie przybył posłaniec z Geryntu. Dokonało się.

Stary kapłan zamknął czytaną księgę i westchnął ciężko.

– Jak?

– Zgodnie z twoim widzeniem, panie. Wszystko od początku poszło zgodnie z planem. Chwała Aegorowi, dzięki za jego szczodre objawienia.

– Przejdź do rzeczy, Kacylu.

– Oczyszczony czekał w miejscu, które zobaczyłeś w swojej wizji, panie. Do gniazda demona dostał się wprowadzony przez jednego z weselników. A gdy Caleeve połknęła przynętę…

Czy ktoś mógł zrobić "porządek" z chłopakiem wcześniej? Nie. Także nie. Zostawiłem ślad dla czytelnika już na wstępie:

Głodne ptaszyska czekały, aż ludzie odejdą i pozwolą rozpocząć ucztę. Ponaglały ich skrzekliwym wrzaskiem (…)

​i dalej:

 

(…)Odjechali, ale ptaki nadal czekały.

Miało to sugerować obecność innych ludzi w okolicy. Widocznie ślad był za mało czytelny. Ale potem jest o tym wzmianka w innym fragmencie:

 

(…) Gdy bestia została zgładzona, jej świta poszła w rozsypkę i książęca jazda bez przeszkód dokończyła dzieła. Drużyna z Geryntu szła śladem Jossela aż do siedziby Caleeve. Udało im się ocalić kilka więzionych tam kobiet i paru weselników ze strony niedoszłego małżonka.

Powiem szczerze, że podczas przycinania tesktu wypadł m.in. taki fragment, który może mogłby nieco rozjaśnić sytuację. Teraz, długo po konkursie chyba go przywrócę, mimo że niektórzy komentujący narzekali na nadmiar i rozwlekłość opisów:

 

Noc była pochmurna i ciemna. Wśród głuchej ciszy rozległ się pojedynczy skrzek nocnego ptaka. Ukryty w gęstych krzakach obserwator wytężał wzrok, jednak nie mógł niczego dostrzec w ciemnościach. Nasłuchiwał więc uważnie nadstawiając ucha. Nic. Poza zawodzeniem wiatru, który kołował w górze, nad koroną lasu. Leśna ścieżka wciąż wydawała się pusta. I wtedy, niespodziewanie, księżyc dmuchnął żółtymi, ustami przeganiając czarne chmury. Srebrny blask przebił się przez wierzchołki drzew i rozjaśnił ciężkie kolumny mroku zalegające wkoło. Las jakby w jednej chwili ożył. Zadrżały upiory drzew, zaszeleściły suche liście pod kopytami, gdy ledwie kilkanaście kroków od swojej kryjówki dojrzał jeźdźców. Para buchała z pysków wielkich, bojowych koni jadących w milczącej kolumnie. Na ich grzbietach wypatrzył czarne, budzące grozę sylwetki uzbrojonych, okutych w stal mężczyzn. Naliczył dwudziestu trzech, zanim kolumna zniknęła za zakrętem ścieżki. Po cichu wycofał się w głąb lasu i ruszył mocnym truchtem w powrotną drogę. Dorren spieszył co sił, by donieść Locheimowi, że książęca drużyna ruszyła wreszcie dupy i opuściła mury Geryntu.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wiesz, do mnie trzeba czasem wolno i wyraźnie, dużymi drukowanymi literami ;D.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Hmmm, kurczę, jakoś słabo do mnie przemówiło :( Z bardzo subiektywnych powodów to pewnie to, że za dużo tu klasycznego fantasy i jakoś nie mój klimat. Ale to raczej mało ważne ;) Szukając bardziej merytorycznych względów, dla których mi nie podeszło, myślę o postaciach. Sellas wyszedł Ci naprawdę fajnie, ale reszta jakoś tak blado. Być może ze względu na to, że przygotowywałeś końcowy twist, nie chciałeś zbyt wiele zdradzać o innych postaciach, ale w moim odczuciu wyglądają przez to dość płasko, ciężko poczuć do nich sympatię, czy w ogóle cokolwiek. 

Sam twist spodobał mi się, dałam się całkowicie zaskoczyć, i za to plus :)

Dziękuję za lekturę, Werweno. Dziękuję również za to, że jednak dostrzegasz plusy (Sellas, twist). Ale skoro nie przemówiło, a szukając merytorycznych powodów takiego stanu rzeczy znalazłaś bladych i płaskich bohaterów, mogę tylko obiecać, że następnym razem wyślę ich na słońce i nieco uwypuklę ;).

I tak, wiem, dużo tu klasycznego fantasy. Ale taki był zamysł i nie mogę protestować wobec takiego zarzutu.

Cieszę się jednak, że finał potrafił zaskoczyć. Pozdrawiam :)

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nowa Fantastyka