- Opowiadanie: Mytrix - Zegarmistrz Świata Zabawowy

Zegarmistrz Świata Zabawowy

Kto może – niech czyta.

Kto nie może – niech mu przeczyta ktoś inny.

A kto musi – niech się zwolni z pracy, żeby przeczytać!

 

Mile widziane mnóstwo komentarzy i krytyka. Dużo krytyki.

Miłej lektury!

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Zegarmistrz Świata Zabawowy

1

 

W salce gimnastycznej powietrze było gęste od zapachu starego drewna.

– Ta da! – wykrzyknął Wielki Czarodziej Lee Merlin. – Specjalnie dla was oto królik z kapelusza!

Mag złapał białe stworzenie za uszy, wyciągnął z cylindra i zademonstrował zgromadzonym.

– Buu! – zawyli znudzeni uczniacy.

– Co na to Greenpeace!? – Pani od biologii rwała sobie włosy z głowy.

Jedna z dziewczynek beczała:

– To boli kluliczka, plosze pana.

Zmieszany czarownik rozproszył iluzję pstryknięciem palców wolnej dłoni. Nie pomogło to załagodzić sytuacji.

– Oddawaj kluliczka!

– Sadysta! – Biolożka złapała za słuchawkę telefonu wiszącego na ścianie i wykręciła na cyferblacie numer na milicję obywatelską.

Lee znów pstryknął palcami i telefon także zniknął. A wraz z telefonem zniknęła koszulka nauczycielki biologii. Pech chciał, że ta stara hipiska nie nosiła stanika. Młodych ludzi ucieszył widok sporych, wzbogaconych sylikonem piersi, tak dobrze znany im z filmów porno.

Tego już było dla pana Józka zbyt wiele.

Woźny złapał za miotłę i z wypiekami na twarzy ruszył na czarodzieja:

– Na pal z wiedźminem!

Lee przetrzepał pospiesznie kieszenie i do obrony wybrał małą różdżkę. Ze znikaniem rzeczy nie wyszło najlepiej, więc zamiast zdematerializować miotłę, pstryknął palcami po raz trzeci – taki nawyk sceniczny – i powiększył magiczny pręcik do konkretnych rozmiarów.

Pech, znów zadziałał. Cyce pani biolożki rozrosły się do rozmiarów arbuza – każdy. Dzieci krzyczały, nauczycielka piszczała wymachując rękoma, mag zapatrzył się na podskakujący biust. Tylko pan Józek wykonywał swoją pracę. Wykorzystując chwilowe rozproszenie magika, przyfasolił mu miotłą w nos.

Ku euforii dzieciaków polała się krew. W końcu mordobicie to było coś, co uczniowie świetnie znali z gier wideo. I uwielbiali.

Dzwonek na korytarzu obwieścił przerwę.

Młodzież przypuściła szturm na drzwi, rozpętał się chaos. Merlin korzystając z okazji, ulotnił się w jakiś tajemniczy, być może czarnoksięski, sposób.

 

2

 

Pomimo dnia, w pokoju panował półmrok.

– Tak, Michale, ukrywam się w motelu jak radziłeś…

– Tak, Jonatanie, wiem, że miałem nie parać się magią publicznie…

Lee przełknął głośno ślinę.

– Cóż więc radzisz, Wiktorze?

Płynący ze słuchawki głos, należał do tych przyjemnych, których chętnie się słucha:

– Młodzi mają teraz filmy, gry, przemoc, nikt nie potrzebuje już magii do rozrywki. Przynajmniej nie takiej prawdziwej. Jak już radziłem po wielokroć, znajdź sobie mongolską robotę albo hobby jakieś.

Merlinowi żyłka wyszła na czoło. Odłożył słuchawkę i zaczerpnął zatęchłego, motelowego powietrza.

– Amelusie ty znów swoje! Magia to mój żywioł!

– Stary już jesteś Merlinie, a wciąż głupi. Demencja magiczna, to fakt!

Coś w nim pękło. W Merlinie.

– Sam jesteś demencja magiczna, ty… Ty… Ty szlamo! W ogóle co było nie tak z twoimi rodzicami, żeby nadać ci tyle imion?

– Merlinie grabisz sobie… – próbował wtrącić Amelus Wiktor Jonatan Michał Dwojedrzwi, mylnie biorąc pytający ton wypowiedzi za jej koniec. Widać pytanie było retoryczne. Dwojedrzwi tak się zdenerwował, iż influencje i fluktuacje jego mocy magicznej wywołały zakłócenia na liniach telefonicznych w kilku krajach.

– Żeby ci się różdżka z włosem z końskiego zadu połamała! – przeklinał Lee.

Wiktor wziął kilka głębszych na uspokojenie. Głębszych oddechów. To technika, której uczył każdego adepta magii.

– Czego dyszysz do słuchawki!?

– A Mitrandir, Szary Pielgrzym, Gandalf Szary, później biały…

Zapowiadało się na dłuższy wykład więc Lee sięgnął do stolika, po zawczasu napełnioną literatkę. Łyknął na raz. Wysłuchując Amelusowej przemowy, kontemplował smak wódki w ustach.

Zapił imperializmem w płynie ze szklanej buteleczki. Następnie flaszeczka opatrzona napisem coca-cola, już pusta, trafiła pod stół do pozostałych. Wyglądało na to, że Amelus skończył tyradę, bo ze słuchawki płynął jedynie szum. A może to szumiało Merlinowi w głowie? Sformułował zatem trafną ripostę:

– Ja pieprzę!

– C-co proszę?

– A pieprzę w rzyć, kto i jak miał na imię. I po kim i dlaczego też pieprzę. W ogóle pieprzę rozmawianie przez telefon. Wszystko teraz jest fon. Kiedyś trzeba było maga z czarodziejską kulą nająć lub choćby wieszczkę. A teraz, dziś?

Ot, coś nowego – pomyślał A.W.J.M. Dwojedrzwi. Ostatnie kilka lat w Polsce wywarło na jego koledze po fachu większy wpływ, niż się spodziewał. Szczególnie wyostrzył się Merlinowi język. Gdzie podziały się arturiańskie maniery?

– Wszystko fon! Rozumiesz? Wszystko! Tele-fon, domo-fon, wiedo-fon, magneto-kurwa-fon, radio-fon!

– Jaki radiofon?

– Pieprzę, nie mam na to sił.

– Za długo jesteś już w tej Polsce. Jak ty się wyrażasz, piłeś? – zapytał a może bardziej stwierdził Dwojedrzwi. – Jedź, jedź do Niemiec, mówię po dobroci. Znajdź tam mongolską pracę, jakieś hobby, wytrzeźwiej.

Tego wieczoru długowieczny czarodziej Merlin – a może po prostu stary – do zaśnięcia potrzebował kilkuset mililitrów.

W głowie wciąż rykoszetowały z hukiem słowa: „znajdź tam mongolską pracę, jakieś hobby, wytrzeźwiej”.

 

***

 

Łomotanie w motelowe drzwi wyrwało Merlina ze snu.

– Milicja, otwierać!

Czarodziej wyskakując z łóżka, zaplątał się w prześcieradło i wywinął orła – bez korony – Polsko Ludowego.

Milicjanci musieli usłyszeć hałas, bo walenie w drzwi ustało.

– Już otwieram, już… już…

Plusem nie przebrania się wieczorem do snu, był brak konieczności powitania przedstawicieli władz w piżamie.

– Co tak długo drzwi otwieracie, obywatelu? – spytał sierżant Kukliński.

– Spał żem.

– Południe za pasem, pracy nie macie? – dodał młodszy stopniem, starszy szeregowy Marcinkiewicz.

– Widać, że kombinator i malkontent, zabieramy na dołek.

– Tak jest!

Merlin pobladł.

– Panowie, panowie, gdzie moje maniery, zapraszam do środka, porozmawiamy… – urwał widząc sceptyczne miny adwersarzy. – Przy wódce, przy wódce – dodał prędko.

Milicjanci spojrzeli po sobie. Sierżant pogroził gumową pałką:

– Próba przekupienia funkcjonariusza milicji obywatelskiej i namawianie do spożycia alkoholu na służbie…

– A o której panowie kończą służbę?

– Za godzinę, o piętnastej – wyrwał się do odpowiedzi starszy szeregowy, za co przełożony zgromił go wzrokiem.

Lee pstryknął palcami i wyjął z kieszeni zegarek.

– Proszę spojrzeć, już szesnasta dwie.

– Nie damy się oszukać, szarlatanie. – Marcinkiewicz wyjął własny zegarek kieszonkowy.

Merlin pobladł jeszcze bardziej.

– Oż, w rzyć, u mnie też po szesnastej panie sierżancie.

Lee też się nieźle zdziwił, to było tylko proste zaklęcie przesunięcia wskazówek zegarka. Jego zegarka.

– W takim razie nie możemy już prowadzić czynności służbowych – zawyrokował Kukliński.

Weszli do przedsionka, Marcinkiewicz potknął się o magiczny kuferek.

– O, to dowód w sprawie!

– Tym zajmiemy się o ósmej zero-zero. Do tego czasu popilnujemy podejrzanego. A żeby nam nie uciekł, poprawimy jego morale i zmiękczymy mu nogi, wspólnie pitą wódką.

Merlin poprosił milicjantów do stolika, sam zaś wygrzebał z kuferka butelkę spirytusu „na specjalną okazję”.

– I coś na zagrychę!

– I zapitę!

– Co tak długo?

Na stoliku wylądowały kolejno: butelka, szklanka, literatka i słoik ogórków.

– Do zapity mam tylko kranówę. Ja nie zapijam – dodał mag pospiesznie.

Brakowało trzeciego naczynia, więc sztuczny kwiatek wylądował na podłodze a Lee ustawił przed sobą malutki wazonik.

Polał.

Zapach spirytusu szybko rozszedł się po pokoju.

– Czy to aby na pewno wódka?

Nie czekając na protesty, Merlin opróżnił wazonik:

– Panów milicjantów zdrowie!

Wcześniej w przedsionku obłożył przełyk zaklęciem ochronnym, więc poczuł tylko delikatne pieczenie. Do ogórków dorzucił zaś…

– Darowanemu koniowi… – sierżant wychylił z literatki.

Starszy szeregowy poszedł w bój za przełożonym i opróżnił szklankę. Obaj czerwienili się i krzywili ale próbowali dotrzymać pola magowi.

Lee odkręcił słoik i zachęcił do skosztowania. Milicjanci jeden po drugim zapili wodą z ogórków kiszonych.

– Dobre – wychrypiał Kukliński.

Marcinkiewicz pokiwał zgodnie głową i osunął się na podłogę. Sierżantowi rozszerzyły się źrenice. Próbował dobyć pałki, ale i on poległ.

Merlin chciał dopytać, co było dobre, spirytus czy woda z ogórków, ale machnął tylko ręką na nieprzytomnych milicjantów. Prawdę mówiąc, nie spodziewał się tak piorunującego efektu po tabletkach nasennych. Może trzeba było przeczytać ulotkę, a może pigułek dla magów nie powinno się podawać nie-magom. Ale kto by tam czytał te cholerne ulotki.

Właściwie to Czarodziej nie był pewien kiedy i czy w ogóle milicjanci się obudzą.

Pochwalił sam siebie w myślach, za zakup magicznego kuferka. Posiadanie pod ręką istnego magazynu przedmiotów różnych miało sporo plusów.

Magik ułożył Marcinkiewicza i Kuklińskiego na łóżku. Zadbał by się do siebie przytulali. Pozostałym w butelce spirytusem, z żalem serca oblał ich mundury. Jak dobra matka, nakrył nieco kołdrą nieprzytomnych.

Pozbierał swoje rzeczy do kuferka, a ten wypchnął przez parterowe okno. Sam, lekko chwiejnym krokiem, udał się do recepcji. To spirytus uderzył do głowy. Burczenie w brzuchu przypomniało Merlinowi, że dziś jeszcze nie jadł.

– Doby wieeeczó pani Kasiu, pękna fyzua.

Dziewczyna lekko się zarumieniła.

– Wielki pan czarodziej zapamiętał moje imię!

Lee położył banknot na ladzie i mrugnął porozumiewawczo.

– Ponowe milicjanty poszą, by im do ana nie pszeszkadzać, naet juto. Zapacą za pokój jak skonczo pace. Badaą dowody zbodni – dodał ściszając poufale głos.

– A kawy im nie trzeba?

– Boń Borze panno Kaa… Kaasiu.

Magik ucałował rękę na pożegnanie i zatoczył się do wyjścia.

 

***

 

O północy bicie zegara wyrwało Kasię z drzemki. „Co to ja miałam z tymi milicjantami?” – myślała Kachula.

– A! Mam! – krzyknęła. – Kawę zbożową im zrobić.

Zabrała zapasowe klucze z portierni i popędziła do kuchni.

Aż jej się filiżanki z inką potłukły, gdy ujrzała obejmujących się na łóżku milicjantów.

Z piskiem wybiegła z pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi.

– Normalnie zboczeńcy!

 

3

 

Amelus sączył piwo korzenne, gdy wszystko wokół zamarło. Utykając, do baru wkroczył starszy jegomość w lakierkach. Karczemny gwar ustąpił miejsca dźwiękowi kroków. Po pomieszczeniu niosło się charakterystyczne „tyk-tak, tyk tak”.

Dwojedrzwi nie zdążył dopić piwa, jego kufel zamarł przy ustach i ani myślał drgnąć. Puścił go więc, pozwalając wisieć w powietrzu. Zwrócił się do nowoprzybyłego:

– Dobrze cię widzieć, Zegarmistrzu.

– Moje uszanowanie, Amelusie. – Zegarmistrz podał czarodziejowi lewą, nienaturalnie długą rękę. Prawej nie miał wcale.

– Czy mógłbyś? – Amelus wskazał na swój kufel i pośpiesznie go pochwycił. – Chce mi się pić.

Naczynie z piwem posłusznie wyrwało się z zawieszenia w czasie. Czarodziej ugasił pragnienie.

Zegarmistrz pozwolił sobie zająć krzesło po przeciwnej stronie stolika. Z natury nie brakowało mu czasu, więc nie śpieszył się z pytaniami. Rozglądał się po zastygłych zgromadzonych, uchwyconych przy wykonywaniu prozaicznych czynności. Niektórzy zatrzymali się ze śmiesznymi minami.

Kelnerka miała zaraz potknąć się, tym samym rozlewając piwo na gościa w kapeluszu. Chociaż określenie „zaraz” w tym przypadku było czymś względnym.

Amelus nie spuszczał wzroku z Zegarmistrza.

– Nigdy ci się to nie znudzi?

W odpowiedzi na pytanie padło pytanie:

– Widzisz gościa w kapeluszu?

– Tego, na którego kelnerka zaraz rozleje piwo?

– Pójdzie się osuszyć do łazienki. Tam będzie miał zawał, ale nikt nie zdąży mu pomóc. To zadziwiające jak kruche jest życie a jak ludzie są beztroscy.

– Wejdę więc za nim do toalety i go…

– Nie wejdziesz. Nie wolno igrać z czasem.

Amelus się obruszył.

– Po cóż więc mi to mówisz? Stawiasz mnie w niemoralnej sytuacji bez wyjścia.

Strażnik Czasu uśmiechnął się nieznacznie.

– Bo to zajmujące. A twoje wyrzuty sumienia? – Mrugnął porozumiewawczo. – Jesteśmy dużymi chłopcami. Zresztą, pozbędziesz się kaca moralnego tym swoim wspomnieniousuwaczem. Nie rób z siebie ofiary – to on zaraz zginie – skinął na kapelusznika.

– Dosyć! – przerwał Amelus. – Mów co cię sprowadza, byle szybko i przywróć tych ludzi do osi czasu.

– Po co pośpiech? No dobrze, nie patrz tak na mnie. – Zegarmistrz spojrzał Amelusowi prosto w oczy. – Ktoś w Polsce przesunął czas na świecie o dwie godziny do przodu.

– Merlinie coś narobił? – strapił się czarodziej.

Kukułcze serce mocniej zabiło. Pomimo kalekiego wyglądu Strażnik Czasu serce miał jak dzwon.

W karczmie, bez użycia stetoskopu dało się słyszeć donośne „ku-ku… ku-ku… ku-ku…”.

– Zamieniam się w słuch, nareszcie będzie wesoło…

 

***

 

Szyld ze skrzydlatym globusem wyglądał zachęcająco. Czarodziej nie miał zresztą dużego wyboru. Musiał bez zwłoki opuścić Polską Rzeczpospolitą Ludową.

– Witamy w biurze podróży Orbis, w czym mogę pomóc? – Dziewczyna nie pozostawiła czasu na odpowiedź i kontynuowała. – Niech zgadnę, sądząc po płaszczu, wczasy w Zakopanem?

– Nie, nikogo nie chcę zakopywać…

– Och, żartowniś, proszę ze mną do stanowiska numer jeden.

„Stanowisko numer jeden” dumnie głosiła tabliczka. Stanowiska numer dwa Lee w zasięgu wzroku nie odnotował.

– Ma pan niebywałe szczęście, że nie musi stać w kolejce aż na zewnątrz, tam do pomnika. Na pewno mijał pan pomnik ku czci…

Dziewczyna miała gadane.

– Tak. Za granicę potrzebuję…

– Niech zgadnę, sądząc po…

– Do RFN.

Zatkało ją. Chwila wolnej od szczebiotu ciszy nie trwała niestety dłużej niż dwa uderzenia serca.

– Pan chyba zwariował. – Popukała się w głowę. – Do NRD, i to za dziesięć tysięcy złotych plus dziewięćset marek wschodnioniemieckich.

– Ja tylko w jedną stronę, z atrakcji zrezygnuję całkowicie.

– Tego lepiej nie mówić na głos – kobieta ściszyła głos niemal do szeptu, pomimo świecącego pustkami biura. – A co mi po pustym miejscu w autobusie na powrocie? Osiem tysięcy złotych plus siedemset marek… – zastanowiła się pół sekundy – i musi pan zniknąć od razu po dotarciu na miejsce.

Merlin miał wrażenie, że właśnie jest okradany w biały dzień, i to aż do bosych stóp. Komu miał się jednak poskarżyć, Milicji Obywatelskiej?

– Niech będzie. – Machnął ręką.

– Paszport ma?

– Ma. Kiedy najszybciej mogę wyjechać?

– Oferta lezte minute, dołoży pan ten płaszcz i jeszcze dziś w nocy wysiądzie pan w Roztoku.

Uśmiechnęła się szeroko, gdy Merlin wstał i rozpiął guziki.

 

***

 

Deszcz lał jak z cebra.

Chodnikiem raźno kroczył młody chłopak gestykulując i gadając do siebie. Właściwie to sprzeczał się sam ze sobą. Na oko liczył dwadzieścia jeden wiosen, a łysą głowę zdobiły tatuaże dwóch znaków nieskończoności, jeden pod drugim.

– Dlaczego to ja moknę a nie ty?

– Bo mam na sobie nowy garnitur.

Nikt nie interesował się szaleńcem w jeansowej kurtce. Kto by szukał kłopotów w tej podłej dzielnicy Londynu.

– To ja zapieprzam całą drogę w deszczu…

– A potem się zamieniamy, żeby wywrzeć dobre wrażenie na kliencie. Tłumaczyłem ci to.

Chłopak zatrzymał się. Podrapał po łysinie i bezcelowo zgarnął dłonią wodę z twarzy.

– Cholerka, który to hangar?

– Chyba tamten, szaro-czerwony.

Młodzieniec wskazał ręką.

– Ten?

– Ten.

 

***

 

Wrota hangaru okazały się otwarte. W środku echo, półmrok i Amelus Dwojedrzwi przywitali młodzieńca w garniturze.

Chłopak przedstawił się jako „oni”.

– Witajcie, witajcie.

– W jakiej sprawie taki szanowany czarodziej, może potrzebować naszej pomocy? – spytał młodziaszek, nie bez zdziwienia.

– Wybaczcie, ale najpierw muszę mieć pewność, że wy to wy.

Chłopak uśmiechnął się.

– Na tym i na drugim końcu tego hangaru są koperty a w każdej z nich połowa waszego wynagrodzenia.

– Gdzie haczyk?

Czarodziej wyciągnął z rękawa trzecią kopertę.

– Musicie zebrać je niemalże równocześnie. W przeciwnym wypadku… – Koperta w dłoni Amelusa zajęła się ogniem, błysnęła oślepiająco i nic po niej nie zostało.

Młodzieniec od razu podszedł do stolika z kopertą i po prostu ją sięgnął. Zniknął na sekundę i pojawił się z powrotem.

– Już, mamy obie. – Znów zniknął i na jego miejsce zjawił się ten sam młodzieniec, tylko ubrany w jeansową kurtkę. Trzymał dwie koperty.

– Przeliczę – powiedział i znów zamienił się miejscami z tym w garniturze.

– Zaiste imponujące, przeskakujesz z kolegą między wymiarami?

– Jesteśmy jedną osobą, anomalią, to skomplikowane i dość osobliwe. Ale starczy o nas. Dowiedliśmy, że my to my.

Twarz chłopaka uległa zmianie, wydał się nieco zakłopotany:

– Chwileczkę, możemy się dowiedzieć za co nam właśnie zapłaciłeś?

Czarodziej uniósł brew.

– A już myślałem, że nie spytacie. – Wyciągnął i rozwinął zwój papieru. – To decyzja Rady Magicznej o pozbawieniu Lee Merlina, w trybie natychmiastowym, mocy magicznej.

Młodzieniec pochwycił pismo, powąchał, wystawił język i polizał pieczęć:

– Śliwkowy posmak. Zda się, autentyk!

– Oczywiście, że autentyk. Jest natomiast jeden haczyk, o którym musicie wiedzieć.

 

***

 

Młoda kobieta zamknęła drzwi na klucz.

Powiew wiatru przyprawił ją o gęsią skórkę. Okryła się szczelniej płaszczem.

Próbowała zapalić papieros, ale podmuchy za każdym razem gasiły jej zapałkę, jedną za drugą. Zaczepił ją jakiś jednoręki kaleka.

– Poratuje pani papierosem.

– Nie mam ognia.

– Ja mam. – Kaleka sięgnął swą nienaturalnie długą ręką do kieszeni.

Przez moment dziewczyna bała się, że wyciągnie nóż. Jakież było jej zdziwienie na widok benzynowej zapalniczki zippo.

Szybkim ruchem dłoni i z charakterystycznym dźwiękiem Zegarmistrz odpalił zapalniczkę:

– Służę.

Zapaliła. Później on.

– To drogi przedmiot. W dodatku z ładnym grawerem – zauważyła.

– Nie powinna mnie pani oceniać po wyglądzie.

Dziwny spokój zajął miejsce lęku przed nieznajomym. Zegarmistrz wskazał na ławkę tuż obok i usiadł. Dał znak by się przysiadła. Zajęła miejsce, zachowując stosowny odstęp.

– Tę klepsydrę wygrawerowali mi w Rzymie. – Strażnik czasu bawił się zapalniczką w ręku, jednocześnie mówiąc z papierosem w ustach. – Mówię pani, piękne miasto.

Uśmiechnęła się.

Zegarmistrz schował benzynówkę i posmutniał.

– Coś nie tak?

– Miło się rozmawia – zgasił papierosa na ławce i spojrzał w bok – ale ma pani coś, co nie należy do niej. I poza tym, kończy się pani czas.

– O czym pan plecie?

Wstała.

– Pomyślałem, że nie w porządku by było, gdyby nie mogła sobie pani wcześniej zapalić papierosa.

– Ja… ja muszę już iść. Do widzenia.

Lęk znów się pojawił.

Zegarmistrz złapał ją za rękę.

– Ten płaszcz nie jest pani. Proszę mi powiedzieć, dokąd udał się właściciel. Naprawdę mamy mało czasu.

Spanikowała.

Wyswobodziła rękę i wybiegła na ulicę wprost pod nadjeżdżającego stara. Nie miała szans przeżyć spotkania z ciężar…

Kaleka uniósł rękę i wszystko stanęło w bezruchu.

Podszedł do dziewczyny i powąchał jej wyperfumowaną szyję. Wsunął rękę do kieszeni płaszcza i wymacał klucze. Poprawił jej grzywkę i ruszył w kierunku biura podróży.

– Byłbym zapomniał. – Machnął ręką i usłyszał dźwięk uderzenia.

 

***

 

– Ten nie… ten też nie… – myślał na głos, przeglądając archiwum sprzedanych wycieczek.

– O ten! – Cena inna niż pozostałe – kontemplował.

Klient na liście widniał jako Jan Kowalski a tak pospolite nazwisko nie mogło być dziełem przypadku.

Strażnik czasu odszukał cel podróży – Roztok.

Co za różnica, czy bilet należał do Merlina, czy nie, trop był właściwy. Zegarmistrz dobrze to wiedział. Przypadek był dla niego pojęciem niemal obcym.

 

4

Miesiąc później

 

Przechadzając się ulicami Roztoku, Merlin wypatrywał miejsc, które mogłyby mieć realny związek ze sztuką magiczną.

Z „Zielonego Smoka” wyleciał za wysadzenie w powietrze kegi z piwem. Minus dwieście marek.

Prosta sztuczka z zapałkami skończyła się brakiem brwi dla barmana z „Krakena”. Minus sto marek; plus podbite oko.

Magia Merlina była coraz bardziej niestabilna. Dodatkowo czasami drżały mu ręce. Upuszczona w nieodpowiednim momencie różdżka kosztowała go przypalone buty.

Do tego wszystkiego doszły drobne problemy z zaklęciem tłumaczącym, dzięki któremu operował językiem niemieckim. Co prawda tylko jego własne wypowiedzi bywały zniekształcone, ale figle w stylu „poproszę dupę”, zamiast „poproszę zupę”, przestały już czarodzieja bawić. I zmusiły go do nauki języka.

W pewnym momencie Lee zawędrował w jakąś boczną, brukowaną uliczkę. Mały budynek z jednym piętrem i balkonem wbijał się niczym klin między kamienice. Ktoś umieścił szyld na barierce:

„Klub i Biblioteka Fantastów Roztockich”

– O! – Merlin wydał z siebie okrzyk zdumienia.

Przeczytał baner jeszcze raz, uważnie, by upewnić się, że dobrze zrozumiał poszczególne słowa.

– Raz czarodziejowi śmierć – pomyślał i zakołatał do drzwi.

Wokół zrobiło się jakoś straszniej. Gwar sąsiedniej, głównej ulicy, przycichł. Sekundy mijały. Gdzieś we wnętrzu budynku skrzypnęła podłoga.

I nic się nie stało. Do czasu.

Drzwi z impetem otworzyły się na zewnątrz, przewracając zaskoczonego czarodzieja.

– O, ho-ho, kogo tu niesie? – spytał mały, ale krępy facet, ledwie odrastający od podłogi. Taki metr trzydzieści w kapeluszu.

Zlustrował Merlina podnoszącego się z chodnika, po czym hardo zadarł głowę, by zmiażdżyć nowoprzybyłego wzrokiem.

– No, pytał żem, kogo tu niesie? – ponowił frazę.

Złamany twardym spojrzeniem Merlin wyznał prawdę.

Kurdupel się zamyślił.

– Czarodziej, Merlin Czarodziej. – „Malec” drapał się po brodzie. – No, tak jak wszystkich znam, tak ciebie nie kojarzę. Lochy i Smoki? Która drużyna?

– Nie mam drużyny…

– Aj! – „Niby krasnolud” klasnął w dłonie. – Już wiem, no tak, oczywiście, Merlin! Wchodź! – zaprosił gestem do środka i dziarsko przepchnął niepewnego maga przez drzwi. – Dzieciaki mówiły, że szukają czarodzieja do drużyny, zmylił mnie twój wiek. Nic to, pierwsze orki na topory…

„Karzeł” popędzał Lee przez salę wypełnioną regałami z książkami. To musiała być ta biblioteka. Merlin dostrzegł rysunki fantastycznych stworzeń i różnorakiego oręża na okładkach ksiąg. Tylko tytułu nic mu nie mówiły.

– Jestem Jan – przedstawił się niewysoki przewodnik. – Choć wołają do mnie „Krasnoludzie”. – Wskazał na schody. – Teraz schodami do góry, dalej trafisz sam, pytaj o „Drużynę Króla Artura”.

Merlina nieco przytkało, wybąkał:

– Są tu rycerze okrągłego stołu?

– Siedzą przy kwadratowym, he-he – Krasnolud podrapał czaszkę. – Jest ich trzech, Dagonet, Lancelot du Lac i sir Mordred.

Lee szczękę zgubił na podłodze. Nie, to nie mogła przecież być prawda.

– Nie przystoi tak gęby czarodziejowi rozdziawiać. Naucz się lepiej jak się powinien mędrzec zachowywać. Inaczej nie będą mieli z ciebie pożytku. Idź już, no idź.

Górna sala okazała się prawie że kopią dolnej, tylko regały z książkami w większości ustąpiły miejsca stołom i krzesłom.

Merlin zbliżył się do pierwszego stolika, z zamiarem zapytania o „Drużynę Króla Artura”. Zamiar porzucił, zasłyszawszy zażarty spór dwóch bladych jegomości o wyższości elfickiej kolczugi nad krasnoludzką zbroję.

– Bredzisz, Zalthcie, co ci po tej zwinności jak cię topór dosięgnie? Krasnoludzkiego pancerza nie przebije!

– O to chodzi, Primagenie, że nie dosięgnie. Z elficką kolczugą nie będę mieć kar do rzutu na zręczność i zrobię udany unik.

Zdecydowawszy się nie niepokoić adwersarzy, Lee sam rozglądał się za trzema „dzieciakami”. Nie zwracał na siebie niczyjej uwagi. Ludzie przy każdym ze stolików byli całkowicie zaabsorbowani tym, co się na nich znajdowało.

Książki magiczne, bestiariusze, spisy oręża, tabelki, kostki cztero-, sześcio-, ośmio– i więcejścienne. Figurki wojowników, goblinów, orków, trolli, nawet smoków.

Lee wywnioskował, że to skomplikowane symulacje bitewne. „Oni szykują się do wojny!” – wysnuł trwożną myśl.

Pochłonięty zawartością stolików doszedł do końca sali i rąbnął w ścianę.

– Oż w mordę, na brodę Gimliego! – wymamrotał pod nosem.

Z rogu sali dobiegł go dziecięcy śmiech.

Trzymając się za pulsującą bólem, lewą skroń podszedł do rozbawionej trójki.

 

***

 

Solidnie podpity młodzieniec w jeansowej kurtce odbił się od drzwi pubu.

– O, zamk-k-knięte.

– Mówiłem ci, żebyś tyle nie pił – sprzeczał się, swoim zwyczajem, sam ze sobą. – To byś zauważył tabliczkę.

– Nosz trudeno, iiidziemy do nasztępnego w tym, no… w kolejce, oi!

Łysol wsparł się o framugę, by nie stracić równowagi.

Zwisający na łańcuchach szyld z zieloną, skrzydlatą bestią zaskrzypiał złowrogo.

– Ten wiater mocno dziś wieee… – stracił równowagę.

Młodzieniec zniknął a na jego miejscu wyrósł drugi, z identyczną twarzą, ale szykownie ubrany.

– Daj, ja poprowadzę. A ty, szumowino jedna ty, ogarnij się trochę. Lekki humorek miał pomóc w rozpytywaniu. A wiesz co nie pomaga?

– C-co?

– Kłopoty z mówieniem i chodzeniem. Ba, nawet ze staniem. Idziemy i ani słowa.

Ruszyli dziarsko przed siebie.

 

***

 

Czarodziej chłonął zasady symulacji bitewnej z wypiekami na twarzy. Trzech młodziaszków wprowadzało go w arkana Lochów i Smoków.

Ze stworzeniem karty postaci poszło dość gładko.

– Więc jak nazwiesz postać, Merlin, tak?

– Oczywiście, tak się nazywam. A wy jesteście Lancelot, Dagonet i Mordred – wskazał kolejno.

– A tak właściwie, jak masz naprawdę na imię?

– Lee Merlin.

– Ok, wciągnąłeś się w postać, ale twoje prawdziwe imię? Ja jestem Lucas – Lancelot. Ten niski to David – Dagonet, a ten gruby to Manfred – Mordred. Mordred jest zdrajcą w drużynie i zarazem naszym mistrzem gry.

– Chłopaki! – wtrącił David. – Już dwudziesta pierwsza!

– Cholerka, zwijamy się – zarządził Manfred. – Widzimy się jutro! A, Merlinie, my mamy teraz ferie więc sesje są codziennie. Przychodź zawsze o szesnastej.

Obserwując zbiegających po schodach chłopców, czarodziej poczuł się tak, jak jeszcze nigdy dotąd. Nie potrafił jednak tego stanu ducha nazwać.

 

***

 

Zegarmistrz sporo już widział. Można by rzec, prawie wszystko co było, większość tego co jest i częściowo to co dopiero nastąpi. Pomimo tego, widok barmana pozbawionego brwi, w podłej spelunie dla marynarzy, był ciekawą osobliwością.

– Kolego, albo przestaniesz się gapić, albo… – gościnny piwolej podwinął rękawy, odsłaniając przedramiona pokryte tatuażami.

Kaleka uśmiechnął się, zbijając go z tropu.

– Nie dość, że kaleki to upośledzony?

– Coś pan taki nerwowy? – Strażnik czasu wyjął z kieszeni sto marek i położył na ladzie. – Chciałem zapytać o pewnego magika.

Barman zaklął pod nosem.

– Czy ja wyglądam jakbym miał wytatuowane na czole „informacja”?

– Nie masz… – Zegarmistrz odchrząknął i potarł dłonią brwi.

– Nie drażnij… – pogroził piwolej.

Zerknął na banknot i zatarł ręce:

– Za stówę pamiętam tylko, że był tu taki jeden magik od siedmiu boleści. Sztuczkę koncertowo spartolił. Przemalowałem mu za to facjatę.

Piwolej położył łapę na stówie. Kaleka przycisnął jego dłoń swoją, z zaskakującą siłą i spytał, ani myśląc puścić:

– A mówił coś?

– Żebym go nie bił i aua!

Docisnął mocniej:

– Ale wcześniej?

– A za stówę, to nie pamiętam – wysyczał barman krzywiąc się z bólu.

Zegarmistrz odpuścił, podniósł rękę i czas się zatrzymał. Wszedł za ladę, wyjął z kasy sto marek i wrócił na miejsce. Uniósł dłoń, czas ruszył, położył na ladzie drugi banknot.

Piwolej zamrugał z niedowierzaniem. Zgarnął pieniądze i rzucił:

– Coś o klubie fantastów i jakichś lochach. Ale lepiej się pośpiesz jak masz do gościa interes, już o niego dzisiaj pytał jeden z drugim.

 

***

 

W „Klubie i Bibliotece Fantastów Roztockich” jak co dzień, wszystkie stoły były zajęte.

Merlin usadowił się na swoim krześle i z miejsca wypalił:

– Pozwólcie, bo mam nurtujące mnie od jakiegoś czasu pytanie.

Chłopaki spojrzeli po sobie, ale sądząc po oczach żaden nie wiedział o co mogło chodzić.

– Symulacje, symulacjami ale kiedy prawdziwa bitwa? I wolno wam walczyć w tym wieku? Macie szansę przeżyć starcie choćby z goblinem? Swoją drogą – zamyślił się czarodziej – dawno żadnego nie widziałem…

Cała drużyna jak na komendę wybuchnęła śmiechem.

– A, to dobre jest Merlinie! – ledwie wydusił z siebie Lucas, zanosząc się z rechotu. – Prawie ci uwierzyłem!

Wtedy Merlina olśniło i ogólna radość udzieliła się i jemu. Pierwszy raz od lat – wielu lat – śmiał się tak szczerze.

 

***

 

Młodzieniec z dwoma symbolami nieskończoności na czole czynił to, co miał w zwyczaju. Prowadził ten w jeansowej kurtce – biegał szybciej.

– Powtórz jaki jest plan, żebym mógł ci zaufać!

– Merlina pozbawiamy mocy magicznej – postukał w słoiczek dyndający na szyi – z pomocą pijawki.

– A jak się zjawią kłopoty?

– To musimy zadbać by kłopoty nie zabiły czarodzieja, dopóki go to cholerstwo nie wyssie. A! – chłopak nagle sobie coś przypomniał. – Nie prowokować Merlina do rzucania zaklęć, bo może bajzlu narobić.

– Ok… Stój!

– C-co jest?! – Młodzieniec w jeansie o mało się nie przewrócił, hamując.

– Według mapy to tutaj.

Rozejrzeli się po brukowanej uliczce. Wszystko trwało w bezruchu. Ptaki siedzące na kubłach na śmieci…

– Ptaki się nie ruszają!

– Czyli kłopoty. Zapuść jakąś muzę, byle coś dobrego.

– Się robi.

Chłopak założył słuchawki na uszy, sięgnął do kieszeni i wcisnął „Play” na walkmanie.

Popłynęła muzyka, zaśpiewał T. Woźniak…

 

A kiedy przyjdzie także po mnie,

Zegarmistrz światła purpurowy,

By mi zabełtać błękit w głowie,

To będę jasny i gotowy…”

 

***

 

Merlin obserwował Lucasa, Davida i Mordreda pochłoniętych sesją. Jego własna postać zginęła w płomieniach, przy próbie rzucenia kuli ognia, czekał więc, aż go wskrzeszą.

Upewniwszy się, że te całe „Lochy i Smoki” to tylko gra fabularna, odetchnął głęboko. Odetchnął z ulgą – cieszyła go myśl – że chłopcom nie grozi żadne prawdziwe niebezpieczeństwo.

Teraz, gdy opowiadał im nawet te najbardziej zwariowane historie ze swojej przeszłości, czuł się jak w relacji dziadek – wnuki. Chłopcy tak też go traktowali, mając opowieści z życia czarodzieja za dziadkowe bajanie.

Maga z rozważań wyrwało przybycie Karsnoluda z jakimś gościem.

– Eja, Merlinie – poszturchał go karzeł. – Ten tu uparł się, że musi z tobą pomówić i to w te pędy!

Lee spojrzał ponad kurduplem i zamarł.

Zegar na ścianie wybijał osiemnastą.

 

Spłyną przeze mnie dni na przestrzał,

Zgasną podłogi i powietrza…”

 

Kaleka uśmiechnął się szeroko.

– Zegarmistrzu?

– Wybiła twoja godzina.

– Znaczy się, się znacie? – wtrącił Krasnolud.

Merlin spiorunował go wzrokiem:

– Zajmij się dzieciakami.

Lee wstał i minął Zegarmistrza. Zszedł po schodach a gdy schodził, krok w krok niosło się za nim charakterystyczne „tyk-tak, tyk-tak, tyk-tak…”

Czarodziej przystanął dopiero tuż przed drzwiami prowadzącymi na zewnątrz. Przez moment zawahał się – lub – zamyślił. Na karku czuł oddech Strażnika Czasu.

 

Na wszystko jeszcze raz popatrzę

I pójdę nie wiem gdzie – na zawsze…”

 

Zegarmistrz położył mu dłoń na ramieniu, by pchnąć w kierunku drzwi, lecz wtedy…

 

A kiedy przyjdzie także po mnie

Zegarmistrz światła purpurowy

By mi zabełtać błękit w głowie

To będę jasny i gotowy!”

 

…wtedy Lee pociągnął go, za tę nienaturalnie długą kończynę, przerzucił i przycisnął do drzwi. Czarodziej ułożył palce dłoni w znak, którego nauczył się od pewnego białowłosego awanturnika. Siła z jaką wystrzeliło w powietrze Zegarmistrza razem z drzwiami, wielokrotnie przewyższyła spodziewany efekt.

 

***

 

Chłopak z walkmanem, ze zdziwieniem malującym się na twarzy, obserwował jak drzwi wylatują z hukiem z budynku.

– Łoo-hoo! – zawołał. – Nieźle się chłopcy bawią.

Kilka metrów nad ulicą, drzwi wraz z kaleką zawisły w powietrzu.

– Człowiek by tego nie przeżył.

– Czarodziej też nie.

Ciało Zegarmistrza w zwolnionym tempie opadło na kostkę brukową nieopodal młodzieńca słuchającego muzyki.

– Zajmij się Merlinem. – Chłopak wskazał palcem budynek bez drzwi frontowych. – Ja dopilnuję, żeby ten tu, nie wstał za szybko.

– O mnie mówisz? – Strażnik czasu podniósł się i otrzepał z kurzu. Cały i zdrowy, nówka funkiel nieśmigany.

W ręce chłopaka w jeansowej kurtce pojawił się nóż. Raźno ruszył na przeciwnika. Trzy metry od celu utknął zawieszony w czasie.

– I po kłopocie – skwitował Zegarmistrz, opuszczając dłoń.

Zdziwił się, gdy młodzieniec zniknął.

Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy klon młodzieńca ubrany w garnitur poderżnął mu gardło. Z rany obficie posypał się piasek.

Następnie ostrze rozpruło brzuch. Tym razem na ulicę spadł deszcz kół zębatych, śrubek, sprężynek i innych trybików.

Chłopak w garniturze zniknął…

 

***

 

Ogłuszony własnym zaklęciem Merlin, otworzył oczy i zamrugał próbując dojść do siebie. Zamrugał ponowie na jawiącą mu się przed oczyma łysą głowę, z wytatuowanymi dwoma symbolami nieskończoności. Poczuł jak coś przysysa mu się do karku. Próbował sięgnąć ręką – łysol powstrzymał go bez słowa.

– Co czynisz… – wyszeptał. Na więcej niż szept nie mógł się zdobyć.

W oczach zatańczyły mroczki, dostał drgawek. Czuł magię wędrującą z całego ciała, tuż pod skórą, w stronę ssania na karku.

– Zaraz będzie po wszystkim.

Gdy tylko drgawki ustały, ciemiężyciel puścił Merlina i zdecydowanym ruchem zerwał coś z jego karku i zamknął w słoiczku.

– I po krzyku… Na mnie czas… A! Amelus przesyła pozdrowienia. Bywaj! – Chłopak zniknął.

Po chwili w drzwiach stanął w pełni zregenerowany Strażnik Czasu.

– Imponujące prawda?

– C-co? – wydusił Lee.

Właściwie to było mu już wszystko jedno. Pal licho magię, obojętne nawet czy sam zginie. Byle tylko dzieciom nie stała się krzywda.

– Anomalia. Pierwszy raz, jak żyję, widziałem anomalistę a żyję już trochę, uwierz mi. – Zegarmistrz wyjął z kieszonki złoty zegarek na łańcuszku i zerknąwszy, rzekł – Ty też jeszcze pożyjesz. Twoja godzina minęła a wciąż oddychasz. Masz szczęście. No może już nie poczarujesz, ale to i lepiej bo i w czasie już nie zabełtasz. Z drugiej strony szkoda, bo nie dowiemy się jak tego dokonałeś.

Merlin patrzył zdezorientowany, wciąż oszołomiony umysł nie łączył ze sobą faktów.

– Nic to, żegnaj. Przekaż Amelusowi moje uszanowanie, nie doceniłem go. Ja zaś… Mam pewną anomalię do odnalezienia. Żegnaj – powtórzył i odszedł pogwizdując wesoło.

Drzwi samoistnie powróciły na swoje miejsce. Wszystko wokół Merlina regenerowało się do stanu sprzed niespełna godziny.

Czarodzieja bez ostrzeżenia obległa trójka dzieciaków.

– To było ekstra!

– Kiedy powtórka? – przekrzykiwali się jeden przez drugiego.

Zjawił się i zdyszany Krasnolud, ocierając pot z czoła.

– Wybacz – wysapał – nie mogłem ich dłużej zatrzymywać. No sio, sio, zostawcie staruszka, trzeba go opatrzyć.

 

***

 

W domu spokojnej starości rozdzwonił się telefon.

Kilkoro rezydentów rzuciło się pędem do słuchawki. Pielęgniarze obstawiali, kto będzie pierwszy. Wtedy zjawił się rześki Merlin, minął peleton i podniósł słuchawkę.

– To do mnie! – krzyknął do personelu i porozumiewawczo puścił oko.

Zakłady szlag trafił.

– Witaj Amelusie, miałeś zadzwonić o piętnastej, ale cóż, teraz to się streszczaj, sesja na mnie czeka.

Wysłuchując odpowiedzi, zerknął na zegarek ze zniecierpliwieniem.

– Nie, nie jestem zły za tamto. Jak już ostatnio mówiłem, tak jak radziłeś, znalazłem sobie hobby. A dom starców całkiem niczego sobie – uśmiechnął się promiennie, do boczących się na niego pielęgniarzy. – Obsługa jest nader miła. Wiesz co? Odezwij się punktualnie za tydzień, to pogadamy. Dzieciaki czekają a orki same się nie ubiją. Cześć! – Trzasnął słuchawką w telefon.

Biiip… Biiip… Biiip…

Koniec

Komentarze

Powiem tak – zaskoczyłeś mnie, i to w pozytywnym sensie. Bez urazy, to co czytałem do tej pory Twojego pióra, podobało mi się raczej dość średnio. Dlatego miałem mieszane uczucia, gdy przystępowałem do lektury. Niemniej, tym razem było inaczej – oceniając ogólnie, tj. fabułę, kreację postaci, świat, narrację, humor – wszystko było ok. Nawet bardziej niż ok. Przeczytałem tekst bez znudzenia i spoglądania ile jeszcze tego zostało, a to już osiągnięcie, bo przy czytaniu opowiadań rodem z sieci zdarza mi się to nader często :P 

Jest parę słabszych punktów, jak zwykle. Szkoda, że fajny humor z początku opowiadania trochę traci z czasem intensywność na rzecz historii, tutaj jest trochę nierówno. Zauważyłem w niektórych miejscach poprzestawiane miejscami literki, generalnie jakieś drobne usterki. Pewnie osoba z zacięciem korektorskim zrobiłaby łapankę, mi nie przeszkadzało w odbiorze.

Wplecenie osób z forum do fabuły wybiło mnie z rytmu, dyskusyjny zabieg. Osoba spoza forum nie będzie wiedziała o co chodzi. 

Nie rozumiem czemu Merlin w ostatniej scenie tak ochoczo biegnie do telefonu, skoro w sumie ma tę rozmowę w nosie. Nielogiczne.

Ogólnie bardzo spoko, według mnie biblioteka się należy bez dwóch zdań.

silver-advencie – Dzięki za konkretny komentarz.

Moja żona też stwierdziła, że to mój najlepszy jak do tej pory tekst.

Bardzo mnie cieszy, że bez znudzenia i płynnie przepłynąłeś przez tekst – to jeden z moich celów warsztatowych, żeby był flow, prostota kosztem wyszukanych struktur.

Z tym humorem, to przystopowałem w sumie celowo, na rzecz historii, z dwóch powodów (może trzech) – po pierwsze to humor jest mocno kwestią gustu, po drugie jakoś wydało mi się to naturalne od czegoś lekkiego przejść do czegoś cięższego, no i ciekawa historia (o ile zaciekawiła) chyba jest lepsza od humoru. No ale (po czwarte) bałem się z humorem przesadzić :-)

Literówki, sprawdzałem, szukałem i jak zazwyczaj przeoczyłem :D

Z osobami z forum starałem się, żeby wplecenie było neutralne (właściwie to podmieniłem imiona później, ot tak, dla funu)

Merlin biegnie do telefonu, bo rozmowa była umówiona, więc pomimio spóźnienia nie chciał nie odebrać, a śpieszy się, żeby po pierwsze złości Amelusowi go olać, a po drugie wrócić szybko do sesji. Dodatkowo zwęszył okazję lekko dopiec pielęgniarzom :-) Ale to wszystko mam nadzieję mało istotne.

Grunt, że tekst wybronił się sam, dzięki za komentarz :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Sympatyczny tekst.

Szybka akcja, po drodze kilka fajnych pomysłów. Zegarmistrz mi się spodobał. Dlaczego miał tylko jedną rękę? Jakieś aluzje do strzałki czasu czy tak po prostu? Podwójny człowiek też miodny.

Trochę literówek masz…

dodał ściszając spoufale głos.

To jedna z nich czy jakaś dziwaczna forma?

– Boń Borze panno Kaa… Kaasiu.

Tak się spił, że zaczął wymawiać inaczej “rz” i “ż”?

skinął na kapelusznika.

Kapelusznik to ktoś, kto wytwarza kapelusze.

Proszę mi powiedzieć, gdzie udał się właściciel.

Dokąd. Ten bohater powinien, IMO, rozróżniać takie niuanse.

Babska logika rządzi!

Całkiem nieźle, Mytriksie. Spodobał mi się pomysł, wykonanie nieco mniej.

Zapełniłeś opowiadanie postaciami niezwykle barwnymi i raczej nietuzinkowymi. Zadbałeś też o wartką akcję, a dzięki częstym zmianom dekoracji nie sposób było się nudzić. Niewątpliwą zaletą opowiadania jest także niezbyt nachalny, dobrej jakości humor.

Do pełnej satysfakcji brakło porządnego wykonania, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę.

 

Ta – da! – Wy­krzyk­nął Wiel­ki Cza­ro­dziej Lee Mer­lin. –> Ta da! – wy­krzyk­nął Wiel­ki Cza­ro­dziej, Lee Mer­lin.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi.

 

– Co na to gre­en­pe­ace!? – pani od bio­lo­gii rwała sobie włosy z głowy. –> – Co na to Gre­en­pe­ace!? – Pani od bio­lo­gii rwała sobie włosy z głowy.

 

znajdź sobie mon­gol­ską ro­bo­tę albo hobby ja­kieś. –> Co to jest mongolska robota?

 

Spał­żem. –> Spał ­żem.

 

Lee się­gnął do sto­li­ka, po za­wcza­su na­peł­nio­ną li­te­rat­kę. Łyk­nął naraz. –> Łyk­nął na raz.

 

Sam udał się na re­cep­cję lekko chwiej­nym kro­kiem. –> Raczej: Sam, lekko chwiej­nym kro­kiem,

udał się do recepcji.

 

jesz­cze dziś w nocy wy­sią­dzie pan w Roz­to­ku. –> Chyba: …jesz­cze dziś w nocy wy­sią­dzie pan w Ros­to­cku.

 

Nikt nie in­te­re­so­wał się sza­leń­cem w je­an­so­wej kurt­ce. –> Nikt nie in­te­re­so­wał się sza­leń­cem w dżin­so­wej kurt­ce.

Jeans pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

W środ­ku echo, pół­mrok i Ame­lus Dwo­je­drzwi przy­wi­ta­li mło­dzień­ca w gar­ni­tu­rze. –> W co przywitali młodzieńca?

 

wy­bie­gła na ulicę wprost pod nad­jeż­dża­ją­ce­go Stara. –> …wy­bie­gła na ulicę, wprost pod nad­jeż­dża­ją­ce­go stara.

 

– No, py­tał­żem, kogo tu nie­sie? –> – No, py­tał­ żem, kogo tu nie­sie?

 

– Jest ich trzech, Da­go­net, Lan­ce­lot du Lac i sir. Mor­dred. –> Zbędna kropka po sir?

 

byli cał­ko­wi­cie za­ab­sor­bo­wa­ni tym, co się a nich znaj­do­wa­ło. –> Literówka.

 

ta­bel­ki, kost­ki czte­ro, sze­ścio, ośmio i wię­cej­ścien­ne. –> …ta­bel­ki, kost­ki czte­ro-, sze­ścio-, ośmio- i wię­cej­ścien­ne.

 

Łysol pod­parł się o fra­mu­gę, by nie stra­cić rów­no­wa­gi. –> Łysol oparł się/ wsparł się o fra­mu­gę, by nie stra­cić rów­no­wa­gi.

Podpieramy się nie o coś, a czymś, np. laską.

 

na jego miej­scu wy­rósł drugi, iden­tycz­ny z twa­rzy… –> Raczej: …na jego miej­scu wy­rósł drugi, z iden­tycz­ną twa­rzą

 

Ten niski do David – Da­go­net… –> Literówka.

 

Cała dru­ży­na jak na ko­men­dę wy­bu­chła śmie­chem. –> Cała dru­ży­na, jak na ko­men­dę, wy­bu­chnęła śmie­chem.

 

I pójdę nie wia­do­mo gdzie – na za­wsze… –> I pójdę nie wiem gdzie – na za­wsze

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Melduję, błędy poprawił żem. Finklo i Reg, dziękuję za poprawki :-)

 

Jeszcze co do błędów:

 

@Finkla

dodał ściszając spoufale głos.

To jedna z nich czy jakaś dziwaczna forma? ← Powiem szczerze, że nie bardzo wiem o co chodzi (domyślam się, że o “spoufalać”). Jak powinno to wyglądać, rozwiniesz droga Finklo?

 

– Boń Borze panno Kaa… Kaasiu.

Tak się spił, że zaczął wymawiać inaczej “rz” i “ż”? ← To rz jest tam celowo (to już nie może mówić jak NAZ? :D)

 

skinął na kapelusznika.

Kapelusznik to ktoś, kto wytwarza kapelusze. ← Wiem, ale użyłem tego słowa z przymrużeniem oka. być może niesłusznie.

 

@Regulatorzy

 

jeans winnien być koniecznie spolszczony (osobiście nie lubię zapisu dżins)? :>

 

znajdź sobie mongolską robotę albo hobby jakieś. –> Co to jest mongolska robota? ← To gra słów: mugolska (Harry Potter) zamienione na mongolska. Tak jak Amelus W.J.M. Dwojedrzwi to kopia Albusa P.W.B. Dumbledora. :)

 

jeszcze dziś w nocy wysiądzie pan w Roztoku. –> Chyba: …jeszcze dziś w nocy wysiądzie pan w Rostocku. ← Chciałem spolszczyć nazwę miasta. Za Wikipedią: “Nazwa miasta pochodzi od połabskiego rostok, oznaczającego miejsce w którym rozpływa się nurt rzeki[1]. W języku polskim rekonstruowana jest jako Roztok[2]/Roztoka[3][4].”

 

Do komentarzy!

 

Finkla – Cieszę Mytrixa, że tekst sympatyczny!

Zegarmistrz: ma tyle kończyn co wskazówek ma zegar. Nogi to strzałka minut i strzałka godzin (dlatego kuleje bo jedna dłuższa od drugiej), a ręka to sekundówka – przeto jest nienaturalnie długa. I inne takie tam :)

Podwójny człowiek: “miodny” – radujesz moje serce.

Literówki – A robiłem sprawdzenie pod kątem literówek, drugie pod kątem interpunkcji itd…

 

Generalnie celowo nie betowałem tekstu, żeby zobaczyć ile wycisnę sam, nie mając u boku funa czy kogoś innego :) To początkowo miał być szort – wprawka, o zaczarowanych paluszkach rybnych w akcie zemsty(…), no, dobrze że potoczyło się inaczej. A sprawdzić się chciałem, bo mam jeszcze kilka (chyba) ambitnych pomysłów w głowie :-)

 

Regulatorzy – Raduję się, że pomysł się spodobał, zaś wykonanie, robiłem co mogłem, mam nadzieję, że kolejne teksty będą lepiej wykonane :-) 

Twój pozytywny odbiór wartkości akcji, treści, scenografii i postaci, a także trafienie z humorem – podbudowało mnie, że poszedłem z tym tekstem w dobrym kierunku.

 

Dzięki za komentarze i polecam się na przyszłość! ! !

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

A zegarmistrz i anomalia są inspirowani jakimiś wzorcowymi postaciami, czy sam ich wymyśliłeś?

Sam wymyślałem, ewentualnie coś utkwiło w podświadomości, ale nie wzorowałem się celowo na żadnej innej postaci, a czemu pytasz? :>

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

a czemu pytasz? :>

 

Ponieważ te postacie są bardzo ciekawe, tworzą zręby bardzo intrygującego uniwersum. Co więcej – zarysowałeś między nimi konflikt, a to prowokuje dalszy ciąg historii.

Krótko mówiąc – chciałbym przeczytać, co stało się dalej.

Masz materiał na kolejne opowiadanie. A może początek uniwersum, które da się nieźle rozbudować?

Czy Zegarmistrz ukarał Anomalię? Jeśli tak, to jakie napotkał trudności? Jakiś pościg, ucieczka w korytarzach czasu, ukrywanie się? Nieoczekiwana porażka przy pierwszej próbie wymierzenia Anomalii sprawiedliwości? Jak wyglądałaby walka, gdyby Zegarmistrz był na nią przygotowany?

Czy takich anomalii było więcej, skąd się wzięły, jaka jest ich natura, jaka jest historia Anomalii, którą przedstawiłeś? Co by się stało, gdyby zginął tylko jeden z nich? Czy to w ogóle możliwe? Jak anomalie śpią, co jedzą, skąd czerpią energię? Mają jeszcze jakieś ukryte zdolności, które pojawią się w dalszym ciągu historii?

Jak wygląda świat, przestrzeń życiowa, w której poruszają się bohaterowie? Czy Zegarmistrz mieszka w jakimś pałacu, podziemiu, zamku w chmurach, pełnym piasku i trybików, w jakieś zewnętrznej przestrzeni, a może nie mieszka nigdzie? Jak wygląda jego codzienność? Skąd się wziął, dokąd zmierza? Czy ma jakieś słabe strony? Może niezwykłe atuty, którymi pokona Anomalię? Ma jakichś pomocników, czeladników? A może zegarmistrzów jest więcej?

Oczywiście, jeśli zechcesz to kontynuować, bo to Twoja historia :)

Cieszę się, że historia (czy postaci) okazała się na tyle intrygująca, że miałbyś ochotę poznać więcej.

Szczerze nie myślałem jeszcze na poważnie o kontynuacji, ale nigdy nie wykluczam takiej opcji, szczególnie, że zostawiłem furtkę.

Co do pytań które stawiasz, na niektóre mam kilka koncepcji, innych sobie w głowie jeszcze nie układałem, bo nie było takiej potrzeby :)

A i preferuję wyrażenie Anomalista/Anomalistka mówiąc o bohterze. Wedle mnie brzmi lepiej niż Anomalia :D

Gdybym dopisał coś z tego Universum dam Ci znać :)

 

Tak swoją drogą to dzięki,

dołożyłeś do mojej głowy kolejne pomysły na opowiadanie.

A kolejka coraz dłuższa, tylko czasu na pisanie nie starcza.

Z tym opowiadaniem zajęło mi ponad miesiąc pisaniny ręcznej na 25cio minutowych przerwach w pracy – to dosyć frustrujące :P

 

Dzięki i pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

To jedna z nich czy jakaś dziwaczna forma? ← Powiem szczerze, że nie bardzo wiem o co chodzi (domyślam się, że o “spoufalać”). Jak powinno to wyglądać, rozwiniesz droga Finklo?

Spoufalanie spoufalaniem, ale przysłówek brzmi “poufale”. Tak, jak można się zaczerwienić, ale wtedy robi się bardziej czerwono na świecie, a nie zaczerwono.

Babska logika rządzi!

Ach! Nie wiedziałem :D Dzięki!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Wrócę z komentarzem, a tymczasem daje klika i lecę pisać konkursowe…

Po przeczytaniu spalić monitor.

mr.maras – Dzięki za klika i ślad, a komentarz nie zając nie ucieknie :) Powodzenia w pisaniu!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Kurde, napisałam taki długi komentarz i mi go zezarło. :( No to jeszcze raz.

To jest dobre. Powiem więcej – to jest bardzo dobre! Jeden z lepszych tekstów, jakie przeczytałam na portalu, ale nie ciesz się, bo jeszcze niewiele przeczytałam. Podoba mi się nawiązanie do literatury (mugole, różdżka z włosem, białowłosy awanturnik), a także do genialnej piosenki Woźniaka. Podoba mi się pokręcona fabuła i dobre zakończenie. Fakt, że akcja toczy się w czasach PRL dodaje tylko smaczku całości, ale nie wiem czy wszyscy zrozumieją odniesienia. Ja przynajmniej pamiętam MO, telefony z tarczą, mojego pierwszego walkmana i to, jak stałam w kolejce do Orbisu po bilety do Krynicy xD). Wszystko to jeszcze okraszone dużą dawką poczucia humoru. 

Szkoda, że nie mogę zgłosić do biblioteki, ale nie wątpię, że inni to zrobią.

Pozdrawiam!

 

Nie mam trzymiesięcznego stażu :(

A, to przepraszam…

AQQ – Po pierwsze ubolewam ze ztraty komentarza – stracony czas zawsze boli :-(

Tak jak zalecasz postaram się nie cieszyć (a przynajmniej nie za bardzo, bo trochę jednak tak).

Bałem się trochę weryfikacji realiów PRL, bo ja urodzony w 1990r, niewiele miałem styczności, i polegałem głównie na researchu, lekcjach historii, filmach, muzyce, opowieściach taty. A do tej konkretnej piosenki Woźniaka, miłością obdarował mnie tato. Fajnie że i humor przypadł do gustu, polecam się na przyszłość!

A o bibliotekę się nie martw, jak ma trafić to trafi :-)

Pozdrawiam! Dzięki za komentarz!

 

Edit: Co do PRL weryfikowałem daty wydania D'n'D, ceny w biurach Orbit, dostępność Coca-coli, od kiedy produkowano Zippo, wartość nabywczą marki wschodnioniemieckiej i takie tam… :D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Zabawny, rozrywkowy tekst, napisany lekko i z jajem. Fabularnie… Może być. To znaczy fajność tekstu została wygenerowana za sprawą znakomitych, ciekawych bohaterów. Właściwie zgadzam się z innymi – byłoby marnotrawstwem pozwolić takim postaciom szczeznąć marnie wewnątrz wąskich ram fabularnych tego pojedynczego opowiadania. Zasługują na coś większego. 

A lata osiemdziesiąte zostały przywołane tylko w celu dodania tekstowi pewnego kolorytu, czy miało to jakiś fabularny cel? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

thargone – Dzięki za komentarz. Fabuła jaka jest każdy widzi, wiem że dużych fajerwerków w niej nie ma, ale pasowała, do jajcowania :D

Kurdę, cieszy mnie, że postacie się podobają, bo kreowanie ich przyniosło sporo frajdy, chociaż już pisanie fragmentów z Anomalistą, było dość wymagające. Tzn. widziałem w głowie co chcę przekazać ale ująć to w słowa, w taki sposób żeby było jasne dla czytelnika co się dzieje + uniknąć powtórzeń (Postanowiłem nie dawać podwójnemu człowiekowi imienia/imion – brawo ja!)+ zachować wartkość akcji – no miałem problem. Nie chciałem tego łopatologicznie wykładać opisem– infodumpem tylko pokazać, i chyba się udało :)

"Zasługują na coś większego." – w sensie fabularnym, ilości znaków, czy jedno i drugie? :)

Lata osiemdziesiąte – dlaczego? Bo absurd jest na porządku dziennym. Bo to taki technologicznie dynamicznie rozwijający się okres i wrzucenie weń starzejącego się czarodzieja wydało mi się ciekawe. Zobaczyć jak sobie poradzi. Poza tym łatwiej było o stworzenie relacji dziadek – wnuki, gdy te nie są jeszcze uzależnione od smartfonów itd. <– chyba i to chodziło :-)

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Zasługują na coś większego – to znaczy i fabularnie i ilościowo. Wlasciwie chodzi o to, o czym pisał Srebrny Adwentysta. W tych postaciach siedzi ogromny potencjał. Więc gdy wpadniesz kiedyś na pomysł innej historii w realiach, to się nie zastanawiaj, tylko wal. O ile czas znajdziesz, bo wiem jak to, kurtka na wacie, jest. 

Masz rację z tymi osiemdziesiatymi. Skomplikowane technologie zaczynają poważniej ingerować w życie zwykłych ludzi, ale jeszcze go nie dominują i nie stają się kompletnie niezrozumiałe… Wpakowanie starego Merlina do dzisiejszych czasów mogłoby poskutkować tekstem dużo cięższym i poważniejszym w wymowie. No i nie można byłoby robić sobie jaj z milicji. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

jeans winnien być koniecznie spolszczony (osobiście nie lubię zapisu dżins)? :>

Niekoniecznie, tylko w opowiadaniach dziejących się w Polsce wolę wersję spolszczoną. Jednak decyzja należy wyłącznie do Ciebie. :)

 

jeszcze dziś w nocy wysiądzie pan w Roztoku. –> Chyba: …jeszcze dziś w nocy wysiądzie pan w Rostocku. ← Chciałem spolszczyć nazwę miasta. Za Wikipedią: “Nazwa miasta pochodzi od połabskiego rostok, oznaczającego miejsce w którym rozpływa się nurt rzeki[1]. W języku polskim rekonstruowana jest jako Roztok[2]/Roztoka[3][4].”

SJP PWN przewiduje formę Rostock/ Rostok

 

Dziękuję za wyjaśnienie mongolskiej roboty. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To tak, trochę offtopując, mi się przypomniało o wersji Andrzeja Waligórskiego. 

"Hydraulik Dźwięku" 

https://youtu.be/sx8qMvtyqpE

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Reg – Jeans zostawię jeansem, żeby było tak imperialistycznie :D A Roztok zmienię na Rostok.

Nie ma z co dziękować, być może gra słów jest nietrafiona. Pewności nie ma :)

 

thargone – jutro obczaję link, teraz wszsyscy śpią :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Tekst mi się spodobał, zwłaszcza początek i fragmenty z milicją i ucieczką do RFN :) Ogólnie wyszło Ci lekko, humorystycznie (nie dopatrzyłem się jakiś wymuszonych żartów, choć tez nie wszystkie trafiły w mój humor) i, co najważniejsze, ciekawie. Spodobała mi się też obecność Lochów i Smoków :)

Bohaterowie wyszli Ci ciekawi, zwłaszcza Lee Merlin, który kupił mnie od momentu drugiej sztuczki magicznej w klasie ;) Paradoksalnie Zegarmistrz aż tak mnie nie ujął, ale co kto lubi :)

Podsumowując: ładny, ciekawy i lekki koncert fajerwerków. Ode mnie klika masz.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan – Dzięki za komentarz (i za doklikanie do biblioteki) :)

Z humorem to tak jest, że nie wszystkich śmieszy to samo ale dobrze, że nie było go na siłę :D (czasami się hamowałem z absurdem)

Zegarmistrz to dupek (takie odniosłem wrażenie :D), ale znalazł się i Amator Merlina (druga sztuczka, ta ze znikaniem telefonu i koszulki? Czyżbyś wizualizował? :D)

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

No, to chyba było mocno nastawione na wizualizację. ;-)

Babska logika rządzi!

Taki marketing :-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Humor w pierwszych scenach mi nie podszedł, ale potem było już lepiej. Lekko napisane, czytało się przyjemnie. Bardzo spodobały mi się oryginalni bohaterowie, anomaliści i zegarmistrz. Fabularnie trochę za prosto, zabrakło mi większych zaskoczeń, zawirowań. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

SzyszkowyDziadku – Dzięki za wizytę!

Humor kwestia gustu, ale cieszę się, że lekko i przyjemnie pojechałeś z tekstem dalej :-)

Cieszę się, że udało się wykreować ciekawe postacie :-) a z fabułą nie szalałem bo po części dałem się prowadzić historii, następnym razem soróbuję podkręcić!

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytriksie,

azaliż nie wiesz, że łatwiej wsadzić wielbłądowi igłę do ucha, niźli niepoważnym tekstem wywalczyć na portalu coś więcej niż bibliotekę?

Pytam, bo zdaje mi się, że stoisz na rozdrożu. Rzeczywiście zabawowy ten zegarmistrz, a ja wolałbym trochę poważniej i przede wszystkim porządniej. Tym bardziej, że dajesz sygnały, że mógłbyś.

Zegarmistrza i Anomalistę wszyscy chwalą. A ja nawet powiem, że Ci ich zazdroszczę. Lepsi to zawodnicy, spokrewnieni najwyraźniej z niektórymi gośćmi od Gaimana.

Humor jak mówisz powściągałeś. I dobrze, powściągnąłbym nawet nieco bardziej. Podobnie nawiązania intertekstowe, gry słowne z imionami (tak, mówię to ja, “cobold– nazwiska&smaczki”), bo w tym natężeniu wskazują, że nie traktujesz tekstu do końca poważnie, piszesz, równocześnie sobie z tego pisania podkpiwając.

Ale przede wszystkim przyłożyłbym się do konstrukcji tekstu. Opowiadanie sprawia wrażenie, jakby żyło własnym życiem, toczyło się, przypadkowo trafiając na te czy inne ścieżki. Punkty kluczowe – przesunięcie czasu przez Merlina i decyzja Albusa o wsparciu kolegi przeciw Zegarmistrzowi nie wybrzmiewają wystarczająco mocno i czytelnie, tonąc pomiędzy innymi scenkami. Wygląda to trochę tak, jakbyś pisał, idąc na żywioł. Myślę, że solidne przemyślenie fabuły, nawet jej rozrysowanie, zaznaczenie tych węzłów, kulminacji, przespanie się z kilkoma problemami jeszcze przed postawieniem pierwszych znaków na klawiaturze pozwoliłoby Ci zbudować taki tekst, który dałby Tobie i czytelnikom naprawdę dużą satysfakcję.

Coboldzie,

azaliż, zdaję sobie z tego sprawę i z komentarzem zda się, w sedno utrafiłeś. Bo ten tekst to (miała być i chyba jest, przed czymś poważniejszym) wprawka, początkowo na 10k znaków planowana, ale że wyszły w trakcie ciekawe postacie i wszystko samo się potoczyło to poszedłem na umiarkowanie kontrolowany żywioł.

Tak szczerze, to miałem wrażenie, że Anomalistę naszkicowałem za płytko, żeby mógł się podobać a co do Zegarmistrza takich obaw nie miałem, wyszedł jak chciałem. Cieszę się, że postaciotwórstwo się udało :D

Zastanawiałem się, za który z pomysłów wziąć się teraz i zarzucę wszystko innie (w tym szorty pisane dla jaj) i wezmę się za ten najkonkretniejszy i postaram się sprostac. Anomalista i Zegarmistrz będą musieli na kolejne spotkanie poczekać.

Dzięki za konkrety, spróbuję tym razem z konkretnym planem. Zresztą teraz i tak muszę pisać wszystkie sceny po kolei inaczej gubię się w zeznaniach, może z planem uda się przeskoczyć blokady i napisać coś dalej, wracając później do problematycznego miejsca.

W takim razie biorę się do pracy bo w głowie siedzi sporo matriału i trzeba to jakoś ogarnąć.

Dzięki i pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Po pierwszej części przewróciłam oczami i zgrzytnęłam zębami, zła, jaki to “dowcipny” tekst trafił mi się w dyżur. Na szczęście potem było znacznie, znacznie lepiej, a humor jak u napalonych gimnazjalistów zastąpił taki znacznie zabawniejszy. :) Niektóre fragmenty wyszły naprawdę fajnie i dowcipnie i mogę z czystym sumieniem napisać, że mi się podobało.

Mam tylko wrażenie, że z interpunkcją to u Ciebie średniawo. :)

ocha – dzięki za wizytę (choćby i dyżurną!)

Tekst ewoluował w trakcie pisania, więc tak jakoś wyszło z tym humorem ;) Niemniej cieszę się, że się podobało.

 

Tu z interpunkcją jesteśmy na bakier;

Tu się przecinkom na karku siada okrakiem. :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Czasem dyżury, jak w tym przypadku, okazują się ciekawym doświadczeniem i dostarczają nowych wrażeń. :)

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Początek mnie wystraszył i nawet zaczęłam szukać u góry tagu absurd. Tagu nie znalazłam, a z absurdem ostatecznie wygrał humor. Ubawiłam się, a z każdym kolejnym smaczkiem było tylko weselej i ciekawiej. Klikałabym, gdyby jeszcze było co :) 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Anet – Dzięki :)

śniąca – jak wystraszył to horror :D Cieszę się, że do ubawienia się przyczyniłem :) Dzięki za wizytę!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytriksie, jestem dumny i zły jednocześnie. Pamiętam, jak pomagałem Ci przy wcześniejszych tekstach, i cieszę się, że współpraca nie poszła na marne. Piszesz coraz lepiej. Ale wciąż powinieneś szlifować warsztat (jak każdy zresztą). Radzę skupić się na tworzeniu dłuższych (20-40k), dopracowanych opowiadań. Wiem, że nie masz do tego najlepszych warunków… dlatego dodatkowo będę Cię motywował, żebyś się starał. 

“Zegarmistrz” jest niezłym opowiadaniem, ale właśnie niedopracowanym. Przyznaj – ile ten tekst leżakował? Ile razy sam go przeczytałeś przed publikacją? Na pewno wiele rzeczy sam mógłbyś wychwycić. Rozumiem jeszcze błędy interpunkcyjne, bo to bywa niełatwe, ale o zapis dialogów i przecinki przed wołaczami mógłbyś zadbać. Niby to drobne rzeczy, jednak denerwują. I to podwójnie denerwują, bo takie zgrzyty są lepiej widoczne, kiedy kontrastują z mocnymi stronami tekstu. 

Bo są mocne rzeczy. Na poziomie stylu, scen, fabuły, pomysłu. Masz wyobraźnię, masz pomysły, masz dryg do słowa, ale moim zdaniem nie potrafisz tego okiełznać. Jak pisał Cobold: opowiadanie idzie swoją własną drogą, a Ty nie do końca nad nim panujesz. 

Prosiłeś o krytykę, więc parę rzeczy, które zapamiętałem. (Nie po kolei).

Odetchnął z ulgą – cieszyła go myśl – że chłopcom nie grozi żadne prawdziwe niebezpieczeństwo.

Co to za konstrukcja? 

– O ten! – Cena inna niż pozostałe – kontemplował.

Co to za zapis? 

Kelnerka miała zaraz potknąć się, tym samym rozlewając piwo na gościa w kapeluszu. Chociaż określenie „zaraz” w tym przypadku było czymś względnym.

Amelus nie spuszczał wzroku z Zegarmistrza.

– Nigdy ci się to nie znudzi?

W odpowiedzi na pytanie padło pytanie:

– Widzisz gościa w kapeluszu?

– Tego, na którego kelnerka zaraz rozleje piwo?

Niezgrabne. Powtarzasz informację o kelnerce dwukrotnie i to tak blisko. Ten akapit od narratora jest zbędny. Sytuację może przecież opisać sam dialog. Jeśli zawiesisz strzelbę Czechowa w jednym zdaniu, a ona wystrzeli w kolejnym, to efekt będzie słaby. 

wywinął orła – bez korony – Polsko Ludowego.

To gra słowna, która nie ma uzasadnienia. W dodatku dziwny zapis. 

Pochwalił sam siebie w myślach, za zakup magicznego kuferka.

zbędny przecinek

Utykając, do baru wkroczył starszy jegomość w lakierkach.

Źle to brzmi. 

– Och, żartowniś, proszę ze mną do stanowiska numer jeden.

„Stanowisko numer jeden” dumnie głosiła tabliczka.

Źle brzmi i właściwie to nie rozumiem. 

Płynący ze słuchawki głos, należał do tych przyjemnych

zbędny przecinek

To boli kluliczka

Hmm, to ta dziewczynka umie wymówić “u” zamiast “ó”? Mimo wszystko powinno być chyba “klóliczka”. 

Plusem nie przebrania się wieczorem do snu, był brak konieczności powitania przedstawicieli władz w piżamie.

znowu zbędny przecinek. Spróbuj zmienić zdanie na jak najkrótsze i zobaczyć, czy wtedy też potrzebny jest przecinek: “Plusem był brak konieczności” czy “Plusem, był brak konieczności”? 

 

Ogólnie niejednokrotnie przesadzasz, za dużo kombinujesz. Skup się na tym, żeby lektura była płynna, by czytelnik nie musiał się zatrzymywać, by zrozumieć. Potem dobudowuj efekciarskie zdania (jeśli są uzasadnione) i żarciki. Pamiętaj, że zadaniem pisarza jest przerzucić to, co ma się w głowie – czyli historię – do głowy czytelnika. Ja trochę się gubiłem przy tym wieloimiennym bohaterze. A gdy tworzysz nietypową wizję, powinieneś szczególnie zadbać o to, by czytelnik mógł się jakoś odnaleźć. 

Pomimo tego wszystkiego tekst jest dobry. Podobał mi się, ciekawił, miał klimat, a narracja miejscami robiła wrażenie dojrzałej, zgrabnej i “z tym czymś”. Pracuj dalej nad warsztatem, to łatwiej będzie się skupić na “ważniejszych” rzeczach. 

Ledwo co południe minęło, a tu prezent, tyle że zamiast pod choinką to pod opowiadaniem :-)

Przejdę do rzeczy, abstrahując nieco od Zegarmistrza (Przeanalizuję co mi wytknąłeś nie martw się).

pomiędzy 02.01 a 13.01 – robię sobie pisarski "maraton" PiS – Pisanie i Szlifowanie :D. Tzn. poza ośmiogodzinnymi zmianami w pracy, będę sam w domu i zamierzam spłodzic konkretne opowiadanie, mając "dobre warunki" do pisania :). Plan opka już mam, jak radził cobold i wciąż nad nim pracuję, tak, by przysiąść do pisania przygotowanym i okiełznać tekst. Tym co wyjdzie na pewno się podzielę szukając dalszej krytyki. :)

Dzięki za komentarz! Lecę pomagać w przygotowaniach do Wigilii :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Ostrzelałeś waść sterowiec, więc się teraz nie dziw, że prezentów pod choinką nie ma :P

 

Co prawda modnie spóźniony, jak na hrabiego przystało, ale przybyłem, przeczytałem i nie żałuję :D

Fabuła niby prosta, ale taka szalona, postać Merlina budzi sympatię, a konfrontacja z Zegarmistrzem w sumie… satysfakcjonująca. Dowcip nienachalny, ale taki Twój, w kilku momentach szczerzyłem się jak głupi do sera.

Warsztatowo na tyle dobrze, że czyta się wartko, ale doprawdy, Mytriksie, mógłbyś trochę ogarnąć te teksty ;) Nawet teraz jest sporo niezręczności, jakieś pojedyncze literówki i tym podobne pierdoły. A wiem, że potrafisz bardziej dopieścić. Udowodniłeś to Zapuszkowanym :P (nie liczę przecinków, one bywają… problematyczne).

Fajny motyw z tymi “Lochami i Smokami”, no i dzięki za gościnną rolę :D

 

Trzym się ciepło.

 

EDIT: Wybacz, że komentarz dość lakoniczny, ale dopadło mnie świąteczne lenistwo. Niemniej, widzę, że Fun i Cobold dobrze gadają. Słuchaj ich, a zajdziesz daleko :D

Bylebyś tylko nie zatracił luzu i przyjemności z tworzenia, bo bez tego tekst z pewnością straci trochę na autentyczności. A ona zawsze w cenie ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

CountPrimagenie – Hrabio, lepiej później niż przedwcześnie. Dzięki za wizytę! Wybacz tylko, że rola mało hrabiowska ;-)

Nad dopieszczaniem tekstów popracuję (ale przecinki niech spłoną w piekle, niech je cerber trzema głowy przeżuje, przeżre i wyrzyga do kotła z gotującą się smołą). Lenistwo świąteczne wybaczam (oj wcale tak lakonicznie nie było)(mr.maras obiecał a nie wrócił :D).

Mam nadzieję, że luz i humor nie będzie jedynym wyznacznikiem mojego pisania (chociaż tak pisze mi się dobrze), bo chcę napisać też coś na poważnie (patrz kolejny tekst, styczeń/luty). A wspomnianych Funa i Cobolda słucham od dawna i na dobre mi to wychodzi :)

Trzymam się ciepło – Mikołaj szalik czapkę i rękawiczki przyniósł :D

Bądź pozdrowiony!

 

Edit: Ach ten sterowiec, zlecę majstrom, sterowcotronikom i aeronautom by odbudowali :-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Wyrzyga…

Babska logika rządzi!

oj tam z telefonu pisane ^^ komentarzy łapanka nie obowiązuje :D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Wybacz Mytrixie, ale tak się obżarłem pierogami, że usypiam i zostawię tylko kilka słów: podobało się, fajny humor, postać Zegarmistrza zrobiona porządnie, scena Zegarmistrz-dziewczyna wyśmienita :)

Karolu – i ja się obżarłem i leżałem plackiem na podłodze :D i ból ten rozumiem.

Cieszę się, że się podobało! Raduje się moja pani wena – twórczyni Zegarmistrza i sceny z dziewczyną :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nowa Fantastyka