- Opowiadanie: Prorok T2 - Narodziny Jeźdźców

Narodziny Jeźdźców

Początkowo opowiadanie miało być krótsze, lecz wydłużyło się w trakcie pisania. Całość opowiadania toczy się w alternatywnej linii czasu, w późniejszej epoce renesansu, spowodowanej dłuższym trwaniem średniowiecza, w czasie którego nie wystąpiła epidemia Czarnej Śmierci. 

Chciałbym również podziękować moim betom – belhajowi i Blackburnowi za udzielone wskazówki, opinie i poprawki do tekstu oraz Naz za uczestnictwo w becie.

W opowiadaniu nie powinno być już błędów, ale jeżeli takie by się znalazły, to mam nadzieję, że nie odbiorą przyjemności z czytania.

 

Miłego czytania!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy, kam_mod

Oceny

Narodziny Jeźdźców

Uśmiechnąłem się pod nosem. Wypiłem łyk słodkiego nektaru, zatopionego w szkarłacie. “Mój ulubiony kolor”, powiedziałem w myślach. Przechyliłem srebrny puchar lekko do góry i wypiłem pozostałą w nim treść. Tęskniłem za smakiem świeżej, ciepłej krwi, wędrującej po moich lędźwiach i wchodzącej w podstarzałe kości. 

Sala tronowa świeciła pustkami. Od dłuższego czasu siedziałem, obstukując nerwowo oparcia podłokietników. Wtedy spojrzałem na mój wytarty kubrak, przeżarty przez uparte mole. Dziura na dziurze. Do niczego się już nie nadawał, a ja potrzebowałem krawca. Warto coś zmienić w sobie po tylu latach samotności, prawda?

Pajęczyny spowijały to miejsce. Królowa pająków obserwowała mnie z góry. W prześwicie unosił się kurz. Najgorsza pozostawała jednak ta cisza… Nikt nie jęczał, nie krzyczał, nie wrzeszczał. Ech, szkoda, że nie mogę jej jakoś wypełnić.

– Panie! – wrzasnął jeden z moich posłańców.

Wyglądał jak ludzki szkielet, odziany w bogatą purpurę, z koroną na głowie i z berłem w dłoni, symbolizującymi władzę królewską. 

– Ziemię nawiedziła Zaraza. Szuka swojego wybranka.

Ziemia. Zaraza. Wybranek.

– Czekaj! Coś ty powiedział? – zapytałem po chwili, skonsternowany.

– Zaraza szuka wybranka, panie – powtórzył. 

– Czy naprawdę?

– Oczywiście – przytaknął i zaraz dodał: – Jeżeli wolno spytać… Czy wszystko aby w porządku?

Moi poddani wiedzieli, że każdy, kto zada mi podobne pytanie, może się liczyć z nieprzyjemnymi konsekwencjami. Dlatego nigdy ich nie zadawano. Dziś, w odróżnieniu od innych dni, miałem dobry humor, może nieco melancholijny, ale… rzadko miewam inny.

– Dobrze, już dobrze – odparłem bez namysłu. – Idź. Muszę coś przemyśleć.

Szkielet przykucnął na prawą nogę, lewą robiąc wypad do tyłu. Rozłożył ręce szeroko i pokornie pochylił głowę. Ukłonił mi się niezgrabnie, lecz z należytym szacunkiem. Wstał i odmaszerował tanecznym krokiem. Pod jego stopami wybrzmiewał chrzęst kości, rozchodzący się po całym miejscu.

Wróciłem do swoich rozmyślań. Zaraza szuka męża. Kiedy się o tym myśli, propozycja wydaje się o tyle niedorzeczna, co… urocza. Przynajmniej na swój sposób. Przyznam, że dziwnie się czułem. Od chwili śmierci Czarnej minęło tyle czasu…

Całkowicie rozumiałem pobudki tej pięknej kobiety. Pragnęła zemsty na ludziach. Za zabicie siostry. 

Spojrzałem w bok. Wygięta lekko klinga osadzona na dębowym drzewcu, umiejscowiona była na postumencie i tylko czekała na użycie. Wykuł ją jeden z najlepszych rzemieślników na Ziemi – wampir, zwący się Baronem.

Ludzie zbyt długo unikali kary za to, co zrobili Zarazie. Jestem Nieśmiertelnym, który jednym, zamaszystym ruchem pozbawia ich życia. Nie ma! Później tylko Sąd Najwyższy i niebo albo piekło. Ewentualnie czyściec. 

Trudno mi to powiedzieć, ale… zakochałem się. Nie ma dnia, żebym nie myślał o tamtym czasie, gdy słyszałem jej krzyk. Krzyk mordowanej Czerni. I te ich podłe miny. Nie opuszczę mej lubej.

 

***

 

Konstantynopol. Idealne miejsce na uroczystość weselną. Świat wchodził dumnie w epokę renesansu. Szkoda tylko, że skończy się to szybciej niż zaczęło. 

Baron czekał na mnie w mieszkaniu. Słońce oświetlało jego niezwykle bladą twarz. Krwistoczerwone oczy wpatrywały się w panoramę miasta, trawionego przez siostrę Zarazy – Czerw. Także i ona prowadziła swoją osobistą wendettę przeciwko ludzkości za śmierć Czarnej kilka wieków temu.

– Śmierć! – krzyknął radośnie na mój widok pod sumiastymi wąsami. Przywdział tradycyjny sarmacki strój w postaci czerwonego kontusza, spod którego wyzierała alabastrowa biel. – Witaj w Imperium Osmańskim, czy też raczej w tym, co z niego zostało…

Pomieszczenie wypełniał zapach olejków, tych używanych przy kremacji. Turecki dywan z abstrakcyjnymi wzorami, wykonanymi złotą nicią, leżał na podłodze. Pośrodku stało łoże z baldachimem, z palisandru, przykryte orzechową, puchową kołdrą. Tuż obok komódka zawierała mój strój na dzisiejszy, wyjątkowy dzień. 

– Całkiem przytulnie – pochwaliłem.

– Taaak… – syknął przeciągle. – Jedno z niewielu takich miejsc, zapewne. Ulice wnet zapełnią się ciałami. Bakcyl przenosi się niezwykle szybko.

– Niezwykła finezja.

– Prawda? No, szkoda tylko, że my – Polacy, tacy oporni.

– Gdzie odbędzie się ceremonia? – spytałem.

– W meczecie. Widzisz go? To ten z dużą kopułą zakończoną półksiężycem – wyjaśnił, wskazując palcem na budynek. – Przygotowaliśmy go specjalnie jak do katolickiej ceremonii.

– Dziękuję, przyjacielu. 

Baron wyszedł, kłaniając się nisko. Osobiście nie widziałem potrzeby, aby to robił. Rozejrzałem się krótko i podszedłem do komódki.

Musiałem wyglądać jak pan młody. Zdjąłem to, co miałem na sobie. Założyłem surdut, zapinany na kilka guzików, z charakterystycznym wcięciem przy szyi, w kształcie litery “V”, spod którego wyłaniała się jasna biel. Resztę ubioru stanowiły spodnie, które z trudem przylegały do kości. Włożyłem czarne pantofle i cylinder jako dopełnienie całości. Zszedłem na dół.

Baron mówił prawdę. Piękne niegdyś chodniki w tym momencie ogarniała krew i stosy ciał, układanych jedno na drugie. Ludzie w ptasich maskach podpalali je i wydawali się mnie nie zauważać, choć ja widziałem ich doskonale. Trudno ubrać w słowa dzieło Czerw. Siostra Zarazy była drugą po niej – prawdopodobnie – niezwykłą kobietą. I jeszcze te odcienie czerwieni… 

Wziąłem głęboki oddech przez moje bezkształtne nozdrza. Poczułem piękny zapach tkanek, trawionych przez ogień. 

Po krótkiej wędrówce udało mi się dotrzeć do meczetu. Dwójka moich przybocznych – szkielet w starych łachmanach i drugi w stroju handlarza – zamknęli za mną drzwi. 

Mieszkańcy Zaświatów zasiadali równo. Na mój widok natychmiast wstali. Ślub stanowił wielkie wydarzenie. Przed ołtarzem czekałem na pannę młodą. 

 

***

 

Złączyliśmy się w korowód i podrygiwaliśmy przy niezwykle skocznej muzyce. Muzykanci w ptasich przebraniach przygrywali na lutniach. Uroczysty stół czekał, aż umieszczą na nim pierwsze potrawy, wypełnione zapachem ludzkiej goryczy.

Baron siedział w rogu. Razem ze swoimi kamratami bawił się doskonale, śmiejąc się i od czasu do czasu obserwując naszą grupę taneczną. Zatrzymałem wzrok na mojej cudownej żonie.

Piękny wisior z rubinem zdobił kobiecą szyję. Czerń błyszczała na jej ciele, podkreślając smukłą figurę. Długi tren ciągnął się po ziemi, a tkaninę, z której go stworzono, stanowił materiał pozyskany z ludzkich czaszek. Ozdobny pasek na brzuchu wyznaczał granicę pomiędzy resztą kreacji. Jako jedyny wyróżniał się bielą. Górna część nie posiadała zbyt szerokiego wcięcia, niemal w całości zakryta, a częściowo osłonięta koronką. 

Świat wokół nas wirował. Kompletnie nie zwracaliśmy na niego uwagi. Wsłuchiwaliśmy się w muzykę agonii i bólu.

Owale niezwykle pięknych oczu rozbłysły błękitem. Długie, czarne włosy sięgające do ramion muskały moje ponure rysy. Wtedy grajkowie umilkli. Spojrzałem na nią jeszcze raz.

Chwyciłem ją mocniej w talii i zbliżyłem oblicze do jej twarzy. Poczułem jak na moich zębach, pozbawionych dziąseł, rozlewało się delikatne ciepło ust.  

 Aniołowie Grozy przynieśli nam półmiski z potrawami. Z grzbietu wyrastały skrzydła w postaci kilku kości niepołączonych ścięgnami. Długie szaty sięgały im do ziemi.

Zasiedliśmy do stołu. Postawili przed nami rosół z krwi młodych kurcząt, wypełniony zarodkami węży. Smakowały jak świeża ikra. Słona w smaku. 

Gdy skończyliśmy pierwszą część posiłku, zaraz nadeszła druga – świeże pancerzyki skorpionów w panierce, skropione delikatnie sokiem z cytryny. W ruch szły kielichy z winem i tajemniczy trunek sporządzony przez przyjaciół mego wampira. 

– Spróbuj – rzekł do mnie.

– Co to?

– Spróbuj! – dodał stanowczo.

Wychyliłem szklanicę z półprzeźroczystym płynem. Nic nie odczułem. “Pewnie zwykła woda”, pomyślałem. Pozbawione krtani gardło wypełniło palące uczucie, rozchodzące się po całej kościstej powierzchni. Przyznam, że… rozluźniło mnie na moment.

– I jak? – spytał.

– Co to? – odparłem chrapliwie, usiłując wchłonąć płyn.

– Samogon – wyjaśnił. – Najlepszy. To, można powiedzieć… taka… wspólna robota. Rusini i Rumuni trochę pomagali. Jest z ziemniaków, jadu węża i… o resztę nie pytaj. 

Rozmowę przerwał głośny wrzask. Tysiące martwych ciał powstały i zaczęły atakować znienacka pozostałych przy życiu. Wyjrzałem przez balustradę.

– A, żywe trupy – oznajmił obok mnie Baron. – Psy są gorsze od Osmanów. Oni się nie zatrzymają, choćby nie wiem co. Zabiją, zamordują…

– Gdzieś tu chyba była moja kosa.

– Taaak… pamiętam. Muzycy wykorzystali ją jako harfę.

– Co takiego?! – powiedziałem z niedowierzaniem. – Akurat wtedy, gdy jest mi potrzebna. 

– Daj spokój. To twoje święto i – naturalnie – twojej wybranki. Bawcie się!

– Może masz rację…

Powróciłem do mojej ukochanej i zasiadłem na krześle. Spostrzegłem, że Zaraza posmutniała.

– Moja miła, czy coś się wydarzyło? – zapytałem z troską w głosie.

– Obawiam się o Szkarłat – odpowiedziała. – Te psy są nieobliczalne. Mogą jej zrobić krzywdę. 

– Hmm… Zaczekasz chwilę?

– Oczywiście, mężu.

 

***  

 

Wraz z Baronem opuściliśmy weselników na moment. Chciałem z nim porozmawiać na osobności. Musiał posiadać coś na “produkt uboczny” zarazy. 

– Mam coś, co może pomóc – rzucił niespodziewanie.

– Naprawdę?

– Ostatnio złapałem dwa – naprawdę niezwykle rzadkie okazy – wilkołaków. Ledwo da się je utrzymać w ryzach.

– Niech więc zażyją trochę świeżego powietrza. Konstantynopol… Co im szkodzi? I tak są odporne. Nie przemienią się.

– Zadbałem o to – rzekł i po chwili namysłu dodał: – Dobrze. Skoro tak ci zależy, Śmierć. Zrobię to.

– Dziękuję.

– Drobiazg. Od tego masz przyjaciół, prawda?

Wilkołaki trzymał w klatce. W środku panowała ciemność.  Na szczęście była wytrzymała na tyle, żeby nie uciekły i nie wyrządziły wcześniej szkód. Sarmata wyciągnął klucz z rękawa i przekręcił go w zamku.

Bestie storpedowały jedną ze ścian sali, wbijając się w grupę nieumarłych i rozszarpując ich na drobne kawałki. Z ogromnym apetytem połykały kawałki zgniłego mięsa, podnosząc je mocarnymi łapami, zakończonymi pazurami. Delektowały się tym przysmakiem. Baron i ja powróciliśmy na wesele, gdzie znów grała skoczna muzyka.

 

***

 

– No, te jęczące pokraki nie będą nam już przeszkadzać – stwierdziłem z zadowoleniem.

– Jesteś pewien? – spytała niepewnie Zaraza.

– Oczywiście. 

Oczepiny miały się rozpocząć lada moment. Wtedy grupa pijanych truposzy wpadła na salę, z hukiem niszcząc drzwi. Rozwalili mój ulubiony stół z samogonem.

Podszedłem do muzykanta z moją… “harfą” i zerwałem struny. Zasadziłem kilka mocnych kopniaków, wypraszając niepożądanych gości. Na koniec przejechałem im kosą po brzuchach, przepoławiając je. Wygłodniałe kundle, żerujące na obrzeżach miasta, zleciały się nadzwyczaj szybko. Zaczęły zjadać wnętrzności, rozproszone po posadzce.

– Cóż… Czyli oczepiny się opóźnią – odezwał się rozbawiony Baron.

– Jak to?

– Mniejsza o to… Pośpieszę trochę kucharzy, aby przygotowali tort.

Nietoperz odleciał w kierunku pomieszczenia na tyłach. Zaraza w dalszym ciągu obawiała się o siostrę. Podeszła do mnie zdenerwowana.  

– Śmierć?

– Hm?

– Wiesz może, gdzie jest Czerw? – wypaliła. – Obiecała, że się pojawi.

– Masz jakiś fragment jej sukna?

– Co zamierzasz…?

Czerwona tkanina pachniała gorzko żelazem. Para wilków powąchała ją. W mgnieniu oka zwęszyły trop i po paru sekundach jeden z nich, albinos z błękitnymi oczyma, przyniósł Szkarłat.

– Fuj! Wara ode mnie! – warknęła w stronę obydwu bestii, które tylko zaskomlały żałośnie i powróciły do swoich zajęć.

– Siostrzyczko!

– Zarazo, dziękuję za zaproszenie, choć przyznam, że nie spodziewałam się być tutaj przyniesiona w pysku kundla. A tym bardziej przerośniętego.

– To moja wina, przepraszam – wtrąciłem się.

Czerw zmierzyła mnie wzrokiem. Nie mogłem umrzeć, ale wizja połamanych kości nie wydała mi się zbyt przyjemna.

– Wybacz mu, Czerw. On jest taki… bezpośredni.

– Ale jest za to przystojny. Masz szczęście, że nie należy do tej bandy idiotów, biegających po ulicy i zawodzących, aż uszy bolą.

– Racja.

 

***

 

Zabawy weselne powróciły. 

Moją małżonkę usadzono na krześle, a wszystkie damy z niecierpliwością oczekiwały na trzymany przez nią bukiet. W końcu poszybował w powietrzu, a ja widziałem jak zataczał kolejne kręgi, trafiając w ręce siedzącej samotnie przy stole Czerw.

Zaskoczona zaśmiała się, a potem płakała ze szczęścia. Po jakimś czasie dołączył do niej Baron, który nie rozumiał, co się przed chwilą stało. Zaczęli rozmawiać. Chyba po raz pierwszy od momentu pogrzebu Czarnej.

Przy wtórze przyjaciół Barona, nadeszła moja kolej. Już ja mu odpowiednio podziękuję…

Uwiązano mnie za stopy do sufitu. Z trudem utrzymywałem cylinder na gołej czaszce. Wampir wykorzystał sytuację i zaczął żartować ze mnie, a wszyscy rechotali ze śmiechu. Obawiałem się, że po ilości wypitego samogonu, nie będę mógł rzucić czymkolwiek.

W powietrzu coś świsnęło. Moje nakrycie głowy w linii prostej poleciało do Sarmaty. Założył je bez chwili wahania, a mnie odwiązano. Wróciłem na miejsce obok mojej ukochanej.

– Chyba przypadli sobie do gustu. – Zaraza się uśmiechnęła. 

– Baron to dżentelmen. Nigdy nie skrzywdziłby kobiety.

– Przyznaję. Jest przystojny i na pewno ma wiele zalet, ale w najmniejszym stopniu nie dorównuje tobie, Śmierć.

– Jesteś niesamowitą kobietą, Zarazo. Kocham cię. Na wieczność.

Nawzajem karmiliśmy się tortem, upieczonym z mączki kostnej, z dodatkiem nieświeżych śliwek, spleśniałych cytryn i sorbetu z jabłek. Aniołowie Grozy każdemu z gości rozdali po kawałku. Wtedy zaczęło się ściemniać, a na horyzoncie pojawił się wielki, wypełniony żółcią księżyc. 

– Pora iść – powiedziałem.

– Dokąd? 

– Na miesiąc poślubny – wyjaśniłem. – Znam miejsce z plażą i pięknym domostwem. To tylko kilka godzin drogi stąd, we włoskiej prowincji Turemizzi. 

Kiedy odchodziliśmy z wesela, czułem swąd palonych ciał, niosący się przez całe miasto, a żywe trupy wciąż polowały na żywych. Nikogo nie obchodziło, co się stanie dalej. Ważne było dla mnie, że udało się nam pomścić śmierć Czarnej. I mamy siebie. Na zawsze.

 

EPILOG

 

Kilka miesięcy później,

Włoska prowincja Turemizzi

 

Rozkoszowałem się widokiem wschodzącego słońca. Blask rozjaśniał nagą Zarazę. Podniosłem się i narzuciłem na siebie prosty płaszcz. Usłyszałem przez okno jak mój syn – Głód, bawi się na plaży, razem ze swoim psim towarzyszem Wagą. 

Psina została stworzona przeze mnie z paru leżących na bruku kości i wypełniona niedźwiedzim mięsem oraz skórą.

Usłyszałem dziki skowyt, nie przypominający niczego. Zobaczyłem jak z nieba zstępuje istota podobna do Anioła. Wyskoczyłem natychmiast przez okno i wylądowałem na gorącym piasku. 

Bladolicy napastnik już się rzucał na Głód, ale nie pozwoliłem mu na to. Natychmiast przywołałem do siebie kosę i precyzyjnym cięciem pozbawiłem go trupiej głowy.

Mięśnie zwisały mu z zębów, odsłaniając kości. Prawy oczodół nie miał wypełnienia, a jasne włosy straciły swój blask. Mimo to wciąż umiał się odzywać.

– Kim jesteś? – warknąłem groźnie.

“Głowa” zaczęła się śmiać, a gdy przestała, spojrzała na mnie.

– Jeść – jęknęła. – JEŚĆ!

Rzuciłem mu kawałek mięsa z pobliskich zwłok. Tylko w ten sposób mogłem się dowiedzieć, kto próbuje zagrozić mojej rodzinie.

– Jestem… Aniołem – powiedział. – Szerzymy ewangelię. 

Moje puste oczy wybuchły gniewem. 

– Jesteście demonami bez czci i honoru – rzuciłem w jego stronę, po czym dodałem: – Gdzie Gabriel?

– Uciekł jak reszta… Zniknął, gdy zaczął się atak nieumarłych. Wszyscy, którzy zostali, przemienili się w podobnych do mnie. 

Ewangelia Głodu. Coś o czym mówią tylko księgi zakazane w bibliotece, w Zaświatach. Abominacje przypominające boskich wysłanników, chodzą teraz po Ziemi, pożerając zarówno żywych jak i martwych. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek skrzywdził mojego syna, a tym bardziej żonę.

Podrzuciłem kosą czerep do góry i przeciąłem go na pół. Ziemia od teraz należała do martwych.

 

Koniec

Komentarze

W opowiadaniu nie powinno już być błędów

To prawda. Nie powinno. Ale są.

Nie zrozumiałem na przykład następujących zdań:

Wychyliłem srebrny puchar lekko do góry

Siostra Zarazy była drugą po niej, prawdopodobnie, niezwykłą kobietą

Rozłożysty uroczyście stół czekał

 

Dzięki, koboldzie. Nie wszystko zostało przeze mnie dokładnie sprawdzone i nie zauważyłem wszystkich błędów. Poprawiłem następujące zdania. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

 

Moje uwagi techniczne:

 

"Wtedy spojrzałem na mój kubrak, wytarty i przeżarty przez uparte mole." – Mole przeżarły i wytarły kubrak?

 

"Ech, szkoda, że nie mogę tego jakoś wypełnić." – Jeśli wypełnić, to nie tego, lecz ją-jej, ciszę. Albo "zmienić" zamiast "wypełnić".

 

"Czy wszystko, aby w porządku?" – Czy tu powinien być przecinek? Zapytałabym kogoś, niekoniecznie mnie. :v

 

"Osobiście nie miałem wobec niego takich oczekiwań, aby to czynił." – Zgrzyta to podrzędne zdanie.

 

"nie połączonych" – niepołączonych

 

"Z ogromnym apetytem podnosiły mocarnymi łapami, zakończonymi ostrymi pazurami, kawałki zgniłego mięsa i połykały je." – Zbyt złożone to zdanie, traci sens.

 

"Wampir wykorzystał sytuacje…" – sytuację

 

Takich wybijaczy z rytmu czytania jest więcej, szczególnie w budowie zdań, ale z wrodzonego lenistwa zakończę na tych.

 

Teraz treść… Cóż, przyznaję, że tekst jest trochę zbyt chaotyczny i niejasny jak na mój gust. Za dużo opisów jedzenia i ubioru, za mało wyjaśnień “o co cho”. Miałam nieodparte wrażenie, że to część większej części, której nie dane mi było przeczytać. Atmosfera miała być mroczna, ale wyszła nijaka, być może z powodu drętwych dialogów, które w wielu miejscach brzmiały nienaturalnie. Pomysł ciekawy, wykonanie gorsze. Gdybym miała coś usprawnić, to dodałabym opowiadaniu trochę więcej smaku, zapachu, koloru, itepe. Bo dla mnie to był taki sprint do mety, byle tylko pokazać konkursowe wesele i cześć. Skoro już zdecydowałeś się na obrzydliwość, to obrzydź nas porządnie. :d Już nie zrzędzę więcej i pozdrawiam!

 

Ciekawy pomysł na wprzęgnięcie Jeźdźców/ Amazonek (?) do wesela.

Ale też chętnie dowiedziałabym się więcej na temat rozwoju fabuły. I tych postaci – kto z kim walczy, o co właściwie? Bo na razie mam wrażenie, że (poza ostatnim atakiem) zabijają tak dla sportu.

Babska logika rządzi!

@Finkla

Głównym wątkiem jest wesele Śmierci i Zarazy. Celem śmierci było zemszczenie się na ludzkości, a późniejsze żywe trupy to po prostu produkt uboczny, który wszyscy raczej traktują jako “nieproszonych gości” i raczej zabijają, żeby nie przeszkadzali w trwaniu uroczystości.

 

@Żongler

Trochę chciałem stworzyć taką jakby genezę o Jeźdźcach Apokalipsy. W większym opisaniu świata ograniczała mnie perspektywa pierwszoosobowa. Trudno było mi uchwycić dosłownie wszystko i wszystkich. Skupiłem się po prostu na najważniejszych rzeczach. Jeśli chodzi o “sprint do mety” – faktycznie pewne miejsca po becie opuściłem i nie sprawdziłem dokładnie. W stworzeniu większej obrzydliwości ograniczała mnie – tak jak mówię – perspektywa. Nie chciałem za bardzo przesadzić z tą obrzydliwością. 

 

@MrBrightside

Dzięki :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Wesele takie specyficzne i tłum obrzydliwych postaci, że trochę się gubię, kto jest zaproszony, a kto nie. ;-)

Babska logika rządzi!

Opowiadanie miało być groteskowe, trochę humoru, trochę grozy – stąd i takie postacie :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Pomysł był, ale pokonał go chaos. Dość szybko przestałam zastanawiać się kto z kim i dlaczego przeciw tamtym, a wykonanie, niestety, nie ułatwiało zrozumienia czegokolwiek. Przykro mi to pisać, ale lektury Narodzin Jeźdźców nie mogę uznać za satysfakcjonującą.

 

Wzią­łem łyk słod­kie­go nek­ta­ru, za­to­pio­ne­go w szkar­ła­cie. –> Raczej: Wypiłem łyk słod­kie­go nek­ta­ru, za­to­pio­ne­go w szkar­ła­cie.

 

“Mój ulu­bio­ny kolor”, rzu­ci­łem w my­ślach. –> Co i komu rzucił w myślach?

 

Prze­chy­li­łem srebr­ny pu­char lekko do góry i wy­pi­łem po­zo­sta­łą w nim treść. –> Czym była treść, którą wypił narrator?

Za SJP PWN: treść 1. «to, co jest zawarte w czyjejś wypowiedzi; też: to, co przekazuje odbiorcy dzieło sztuki, w przeciwstawieniu do formy» 2. «to, co stanowi istotę, sens czegoś» 3. «zawartość przewodu pokarmowego, niektórych jam wewnątrz ciała lub żywych komórek»

 

Tę­sk­ni­łem za sma­kiem świe­żej, cie­płej krwi, wę­dru­ją­cej po moich lę­dź­wiach i wcho­dzą­cej w pod­sta­rza­łe kości. –> To krew wchodzi w kości?

 

ob­stu­ku­jąc w ner­wo­wym ge­ście opar­cia pod­ło­kiet­ni­ków. –> Można wykonywać gesty, ale nie wiem jak obstukuje się coś w geście.

Podłokietniki są oparciami dla łokci i przedramion, ale nie mam pojęcia, czym są oparcia podłokietników.

 

ku­brak, prze­żar­ty przez upar­te mole. –> Skąd wiadomo, że mole są uparte?

 

z ko­ro­ną na gło­wie i z ber­łem w dłoni, sym­bo­li­zu­ją­ce wła­dzę kró­lew­ską. –> …z ko­ro­ną na gło­wie i z ber­łem w dłoni, sym­bo­li­zu­ją­cymi wła­dzę kró­lew­ską

krzyk­nął ra­do­śnie na mój widok spod su­mia­stych wąsów. –> Czy dobrze rozumiem, że Barona ucieszył widok narratora pod sumiastymi wąsami?

 

wzo­ra­mi, wy­ko­na­ny­mi ze zło­tej nici, leżał na pod­ło­dze. Po­środ­ku stało łoże z bal­da­chi­mem, wy­ko­na­ne z pa­li­san­dru… –> …wzo­ra­mi wy­ko­na­ny­mi zło­tą nicią

Powtórzenie.

 

Ulice wnet za­peł­nia­ją się cia­ła­mi. –> Skoro nie teraz, a wnet, to: Ulice wnet za­peł­nią się cia­ła­mi.

 

Za­ło­ży­łem sur­dut, za­pi­na­ny na kilka gu­zi­ków z cha­rak­te­ry­stycz­nym wcię­ciem przy szyi, w kształ­cie li­te­ry “V”. Pod nim ukry­łem je­dwab­ną, białą ko­szu­lę. –> Czy to znaczy, że najpierw założył surdut, a potem ukrywał pod nim koszulę? A dlaczego ukrywał koszulę?

 

Grupa graj­ków w pta­sich stro­jach przy­gry­wa­ła nam na lut­niach. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Wy­staw­ny stół cze­kał, aż umiesz­czą na nim pierw­sze po­tra­wy… –> Rozumiem, że stół był pusty, zastanawiam się więc, na czym polega wystawność pustego stołu?

 

Po­czu­łem jak na moich zę­bach, po­zba­wio­nych ja­kiej­kol­wiek skóry czy mię­śni… –> Czy to znaczy, że zęby mogą mieć i skórę, i mięśnie?

 

Anio­ło­wie Grozy przy­nie­śli nam pół­mi­ski z po­tra­wa­mi. Z grzbie­tu wy­ra­sta­ły skrzy­dła w po­sta­ci kilku kości nie­po­łą­czo­nych ścię­gna­mi. Dłu­gie szaty się­ga­ły im do ziemi. – Czy dobrze rozumiem, że przyniesiono potrawy ze skrzydłami na grzbiecie i w długich szatach?

 

Uwią­za­no mnie za stopy do su­fi­tu. Z tru­dem utrzy­my­wa­łem cy­lin­der na gołej czasz­ce, co oczy­wi­ście wy­ko­rzy­stał wam­pir i wszy­scy za­czę­li re­cho­tać ze śmie­chu. Po ilo­ści wy­pi­te­go sa­mo­go­nu nie byłem nim w sta­nie nawet rzu­cić. Pech chciał, że w tym samym cza­sie nad­je­chał tort. 

Uwią­za­no mnie za stopy do su­fi­tu. Z tru­dem utrzy­my­wa­łem cy­lin­der na gołej czasz­ce. Wam­pir wy­ko­rzy­stał sy­tu­ację i za­czął żar­to­wać ze mnie, a wszy­scy re­cho­ta­li ze śmie­chu. Oba­wia­łem się, że po ilo­ści wy­pi­te­go sa­mo­go­nu, nie będę mógł rzu­cić czym­kol­wiek. –> Wygląda na to, że robiłeś poprawki, ale potem nie posprzątałeś.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Każdej Apokalipsie towarzyszy pewien chaos i tu nie mogło go zabraknąć :) Starałem się skupić na przedstawieniu tego “osobliwego” wesela, a walkę z nieumarłymi pozostawiłem jako tło. Co do wykonania… Przyznaję, że pozostawiłem błędy, ale nie wszystko zawsze uda się wyłapać w trakcie bety. Mimo to czuję, że idzie mi coraz lepiej. Widzę wyraźnie, że błędów jest mniej i dziękuję za przydatną łapankę. Szkoda, że Narodziny Jeźdźców nie były satysfakcjonującą lekturą, niemniej mam nadzieję, że chociaż w paru miejscach rozbawiły :)

Odniosę się do kilku uwag:

„Przechyliłem srebrny puchar lekko do góry i wypiłem pozostałą w nim treść. –> Czym była treść, którą wypił narrator?” 

Jako, że to groteska, to chodziło mi o opcję “3”: “«zawartość przewodu pokarmowego, niektórych jam wewnątrz ciała lub żywych komórek».

„Tęskniłem za smakiem świeżej, ciepłej krwi, wędrującej po moich lędźwiach i wchodzącej w podstarzałe kości. –> To krew wchodzi w kości?” 

Zastanowiło mnie jak Ponury Żniwarz mógłby pić cokolwiek. Dlatego wpadłem na pomysł, że przyswaja je całym swoim ciałem.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Cz.2

“…ku­brak, prze­żar­ty przez upar­te mole. –> Skąd wia­do­mo, że mole są upar­te?”

Znaczy – na szczęście nie miałem z nimi do czynienia – ale sądząc po stanie ubioru Śmierci, żeby stworzyć takie dziury, musiały naprawdę dać w kość :)

Błędy poprawione.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Dziury w kubraku mogą świadczyć o wielkim głodzie moli, ale nie o tym, że mole są uparte. ;)

Proroku, jeśli uwagi okazały się przydatne, mogę się tylko cieszyć. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“Mój ulubiony kolor”, rzuciłem w myślach.” – Nie wydaje mi się, by w myślach można było cokolwiek rzucić.

 

„…odziany w bogatą purpurę, z koroną na głowie i z berłem w dłoni, symbolizujące władzę królewską.” – Symbolizującymi

 

„Czy wszystko[-,] aby w porządku?”

 

„…każdy, kto zada mi podobne pytanie, może się liczyć z nieprzyjemnymi konsekwencjami. Dlatego nigdy ich nie zadawano. Dziś, w odróżnieniu od innych dni, miałem dobry humor, może nieco melancholijny, ale… rzadko miewam podobny.”

 

„…a spod jego stóp rozległ się chrzęst kości, rozchodzący się po całym miejscu.” – Raczej: pod jego stopami i rozlegał, ale generalnie to dość niezgrabne zdanie.

 

„Przyznam, że dziwnie się czuję.” – Skąd nagła zmiana czasu na teraźniejszy?

 

„Jestem Nieśmiertelnym, który  jednym, zamaszystym ruchem pozbawia ich życia.” – zbędna spacja po „który”.

 

„….abstrakcyjnymi wzorami, wykonanymi ze złotej nici, leżał na podłodze. Pośrodku stało łoże z baldachimem, wykonane z palisandru…”

 

„Turecki dywan z abstrakcyjnymi wzorami, wykonanymi ze złotej nici” – złotą nicią

 

„Obecna tuż obok komódka zawierała mój strój na dzisiejszy, wyjątkowy dzień.” – O meblach raczej nie mówi się, że są „obecne”, to nienaturalne słowo w tym kontekście.

 

„Musiałem wyglądać jak pana młody.” – Literówka: pan

 

„Założyłem surdut, zapinany na kilka guzików[+,] z charakterystycznym wcięciem przy szyi, w kształcie litery “V”. Pod nim ukryłem jedwabną, białą koszulę.”

To brzmi tak, jakby bohater najpierw założył surdut, a dopiero potem koszulę.

 

„Będąc przed ołtarzem, postanowiłem zaczekać na pannę młodą.” – Bardzo dziwne. To łaskawie ze strony bohatera, że pragnąc wziąć ślub „postanowił” zaczekać na pannę młodą…

 

„Piękny wisior z rubinem zdobił jej szyję.” – Subi8ektywne czepialstwo: poświęcasz akapit na opis stroju, nie kobiety jako takiej. Niby wiadomo, o co chodzi, mnie jednak brak tu dookreślenia podmiotu, ostatnim była „górna część” sukni, nie osoba, o której szyję teraz chodzi.

 

„Owal niezwykle pięknych oczu rozbłysł błękitem.” – Jeden owal?

 

„Długie, czarne włosy sięgające do ramion muskały moją twarz. Wtedy grajkowie umilkli. Spojrzałem na nią jeszcze raz.

Chwyciłem ją mocniej w talii i zbliżyłem ponure oblicze do jej twarzy.”

„W końcu zasiedliśmy do stołu, a Aniołowie Grozy przynieśli nam półmiski z potrawami. Z grzbietu wyrastały skrzydła w postaci kilku kości nie połączonych ścięgnami. Długie szaty sięgały im do ziemi.” – Z czyjego grzbietu?

 

„To[+,] można powiedzieć…”

 

„Wróciłem z powrotem” – masło maślane

 

„W środku było ciemno.  Na szczęście [+była] wytrzymała na tyle, żeby nie uciekły i nie wyrządziły wcześniej szkód.”

 

„…wypraszając nieproszonych gości”

 

„Para wygłodniałych kundli, która żerowała na obrzeżu, zleciała się nadzwyczaj szybko.” – Niezgrabnie jakoś wyszło. Na obrzeżu czego, sali? Czy sala ma obrzeże? I czy „zleciała się” to na pewno dobre określenie na dwa stworzenia, które przybiegły z tego samego miejsca?

 

„trafiając w ręce[-,] siedzącej samotnie przy stole Czerw.”

 

„Uwiązano mnie za stopy do sufitu. Z trudem utrzymywałem cylinder na gołej czaszce, co oczywiście wykorzystał wampir i wszyscy zaczęli rechotać ze śmiechu. Po ilości wypitego samogonu nie byłem nim w stanie nawet rzucić. Pech chciał, że w tym samym czasie nadjechał tort. 

Uwiązano mnie za stopy do sufitu. Z trudem utrzymywałem cylinder na gołej czaszce. Wampir wykorzystał sytuacje i zaczął żartować ze mnie, a wszyscy rechotali ze śmiechu. Obawiałem się, że po ilości wypitego samogonu, nie będę mógł rzucić czymkolwiek.”

Nastąpił jakiś błąd, bo mamy powtórzony akapit – a raczej akapit po zmianach, bez usunięcia akapitu sprzed zmian ;) W tym drugim literówka – sytuację

 

„– Chyba przypadli sobie do gustu. – Uśmiechnęła się Zaraza.” – albo bez kropki po „gustu” i „uśmiechnęła” małą literą, albo inny szyk: Zaraza się uśmiechnęła.

 

„– Tak, przyznaję – jest przystojny i na pewno ma wiele zalet – zaczęła. – Ale w najmniejszym stopniu nie dorównuje tobie, Śmierć.” – Wcześniej tego nie wykopiowałam, ale taka luźna uwaga – gdy stosujesz półpauzę w środku kwestii dialogowej, zaburza to odbiór. W dialogu półpauza oddziela kwestię mówioną od opisu, więc wsadzanie dodatkowej w samą kwestię mówioną nie wygląda dobrze.

 

„Psina została stworzona przeze mnie z paru kości, leżących na bruku [+kości] i wypełniona niedźwiedzim mięsem oraz skórą. Wtedy usłyszałem dziki skowyt, nie przypominający niczego. Zobaczyłem jak z nieba zstępuje istota podobna do Anioła. Wyskoczyłem natychmiast przez okno i wylądowałem na gorącym piasku.” – Akapit jest stworzony tak, że wydaje się, że dziki skowyt związany jest w powstaniem Wagi, a nie z sytuacją na plaży. Wyszło bez sensu.

 

„“Głowa” zaczęła się śmiać, a gdy przestała, spojrzała na mnie.

– Jeść – jęknął. – JEŚĆ!” – Kto jęknął? Ostatnim podmiotem była głowa.

 

„– Jesteście demonami bez czci i honoru – rzuciłem w jego stronę, po czym dodałem[-.+:] – Gdzie Gabriel?”

 

 

Szerszy komentarz dotyczący treści po zakończeniu konkursu.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Pokazałeś niezbyt optymistyczną wizję świata, nawet jeśli to tylko alternatywa. Przykro mi, ale ten tekst mnie nie porwał i dość ciężko czytało się całość. Ktoś wcześniej wspomniał, że opowiadanie było zbyt chaotyczne i ja się pod tym podpisuję. Nawet jeżeli chaos powinien towarzyszyć Apokalipsie, to przynajmniej jego opis powinien być nieco bardziej uporządkowany. ;)

Tekst czytałem już w fazie betowania, więc moją opinię autor już zna.

Największym plusem opowiadanie jest pomysł. Miszmasz przeróżnych motywów, choć tworzy wspomniany przez komentujących chaos, ma w sobie jednak niewątpliwy urok. Widać, że autor aż kipi od pomysłów, a o to w fantastyce przecież głównie chodzi.

Ode mnie klik na zachętę do dalszej pracy. Prorok i tak poczynił spory warsztatowy postęp, jednak ciągle musi pracować.

Pomysł bardzo mi się spodobał, ale nieco zbyt chaotyczny.  Gdyby zrobić z tego dłuższy tekst  to pewnie wyszłoby to mu na zdrowie.

Z czytaniem mam ten problem, że bardzo się wczuwam w świat przedstawiony i po wymienionych paru smakołykach podawanych na weselu raczej zrezygnuję z kolacji. ;)

Count przeczytał i jest w rozterce. No bo widzisz – z jednej strony piszesz całkiem ciekawie, zdania klecisz ładnie, no i wybrałeś ciekawy, nietuzinkowy setting, a z drugiej, zrypałeś to wszystko brakiem fabuły, zbytnią nonszalancją w kreacji niezbyt odpowiednim “sposobem pisania” do treści. Spróbuję lepiej to wyjaśnić.

Dobór postaci fajny. Jest tu nowa jakość, pewien hak, który przykuje uwagę czytelnika, ale później serwujesz nam zwyczajne wesele, oczepiny, miesiąc miodowy, które urozmaicasz rzezią. Wybacz, Prorok, ale taką fabułę to się konstruuje na kolanie. Jeśli masz aspirację na coś więcej (zależy Ci na rozwoju, te sprawy. Wszakże można pisać absolutnie dla funu [nie mylić z Funem] i ja tego nie ganię), to musisz popracować nad tym elementem.

“Sposób pisania” do treści – mam na myśli to, że całość jest napisana trochę w stylu awanturniczego fantasy (+ pewna dawka poetyki, którą należy wyplenić, bo pasuje tu jak pięść do nosa), a opisujesz wesele, jakąś tam zażyłość między bohaterami, czy przynajmniej rozkochanie w zabijaniu. Tak czy inaczej uczucia, a opisujesz trochę jak historyjkę z magii i miecza. Może spróbuj sił właśnie w jakimś high fantasy? Na początek fabuła nie musi być jakaś super-hiper, ale dobrze, by była.

Kreacja bohaterów wypadła słabo, za często rzucałeś też ich imionami, nie opisując i nie zaznajamiając czytelnika z nimi samymi. To powodowało chaos. Za to potrawy wyszły super :P

 

Reasumując, pojedyncze elementy wypadły naprawdę interesująco, ale całość kupy się już nie trzymała. Szkoda, bo początkiem narobiłeś smaka.

 

Tyle ode mnie, na koniec jeszcze parę uwag:

Wtedy spojrzałem na mój wytarty kubrak, przeżarty przez uparte mole.

To nie błąd, tylko przestroga, byś uważał z przymiotnikami. Są fajne, ale występując gromadnie, obniżają jakość tekstu.

– Ostatnio złapałem dwa – naprawdę niezwykle rzadkie okazy – wilkołaków. Ledwo da się je utrzymać w ryzach.

Radziłbym unikać takich wtrąceń w dialogach. Półpauza sugeruje “powiedział ktośtam”, czy “podrapał się po dupie”, a tutaj masz część wypowiedzi. Można je spokojnie pominąć. Podobna sprawa dotyczy którejś z późniejszych wypowiedzi.

Zaczęły zjadać wnętrzności, rozproszone po posadzce.

Nie no, to słowo nie za bardzo tu pasuje ;/

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

W większym opisaniu świata ograniczała mnie perspektywa pierwszoosobowa.

 

Proroku, a gdzież tam, że perspektywa pierwszoosobowa ogranicza. Pozwala wprowadzić niepodrabialny smak, gdyż zależy tylko i wyłącznie na percepcji tego jedynego bohatera. Może być oryginalnie, że ho ho, jak to mówi taki jeden czerwony dziadek z brodą. Zachęcam do korzystania z tak oryginalnego punktu widzenia, bo przecież ograniczenia to może nasunąć najwyżej Autor, a bohater myśli bez żadnej kontroli – we własnych myślach światotworzy sobie swobodnie.

@joseheim

Błędy poprawione. Będę czekał na szerszy komentarz. 

 

@AQQ

Cóż… Trudno oczekiwać po Apokalipsie zbytniego optymizmu :) Szkoda, że tekst nie porwał. Co do ciężkostrawności… Przyznaję: Mogłem trochę lepiej dopracować pewne elementy. A nad chaosem też popracuję w przyszłych tego typu opowiadaniach. 

 

@belhaj

Dziękuję, belhaju, za komentarz i klik. Na pewno będę jeszcze sporo pracował, żeby warsztat pogłębić. W zanadrzu mam już kilka kolejnych pomysłów na następne opowiadania ;)

 

@Monsun

Cieszę się, że pomysł ci się spodobał. Tak jak pisałem we wstępie, początkowo miał to być szort, ale całość wydłużyła się do rozmiarów opowiadania. Następnym razem będzie dłuższe i więcej podobnych potraw :)

 

@Count Primagen

Dziękuję za wszelkie uwagi i opinię. Starałem się stworzyć ciekawe, alternatywne uniwersum, na początku chciałem inaczej nazwać opowiadanie i miało się toczyć ono w średniowieczu, a nie w alternatywnym renesansie. High Fantasy? Hmm… Nie jestem do końca przekonany, ale coś wykombinuję. Może niekoniecznie w tym gatunku, ale w innym :)

Za dużo wprowadziłem bohaterów, następnym razem ostrożniej do tego podejdę. Co do potraw… Może byłbym dobrym kucharzem? :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Żongler, gdzieś raz tak wyczytałem, że perspektywa pierwszoosobowa ogranicza, podobno, stosowanie metody “show, don’t tell”, ale może i ja trochę zbyt leniwie do tego podszedłem. Za bardzo ograniczyłem się, żeby napisać szorta, bo ostatnio dłuższe formy po prostu inaczej mi wychodziły. Postaram się przygotować po konkursie kolejne opowiadanie. Tym razem trochę bardziej się postaram.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Ciekawy świat nam budujesz, ale taki niekompletny. Szczerze to bez przedsłowia nie domyśliłbym się, że akcja dzieje się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, z opóźnionym renesansem. Wszystko takie podobne do naszego. A utwór powinien bronić się sam :P

Przeczytałem bez przykrości, spodobał mi się pomysł na weselisko, korowód i cały ten danse macabre. Jednak na koniec stwierdziłem, że nie czułem nic, czytając ten tekst. Ot, ciekawy pomysł, ale nie dał mi większych doznań. Może zabrakło bardziej skrajnych przeżyć i uczuć? Może właśnie ten niekompletny szkic świata przeszkodził, bo nie pozwolił do końca cieszyć się malowanymi przez słowa obrazami? Doprawdy nie umiem powiedzieć.

Podsumowując: pomysł ciekawy, przeczytałem bez przeszkód, ale kompletnie nie ruszył mnie ten koncert fajerwerków. Ot, tekst jak tekst.

Bestie storpedowały jedną ze ścian sali

Coś to słowo “storpedowali” nie pasuje mi w ustach dystyngowanego szlachcica, jakim jest Śmierć. I pachnie lekkim anachronizmem.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję, NoWhereMan. Następnym razem postaram się lepiej dopracować opowiadanie. Myślę teraz, że rzeczywiście mogłem je troszeczkę wydłużyć, wzbogacić o coś więcej. Przyszłe teksty postaram się lepiej skonstruować.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Przeczytałem.

Forma nie spodobała mi się. Dialogi brzmią mało przekonywająco, tak jak i wiele sformuowań użytych w narracji. Częste są nagłe przeskoki między pokazywanymi scenami, nie widać ich przygotowania. Przydałoby się więcej obrzydliwości w tak przedstawionej rzeczywistości, choć nuta groteski dodaje tu grozy, za co największy plus.

I znowu absurd… Przy mojej odporności na jego pojmowanie ciężko mi komentować, bo nie wiem, co jest usterką, a co zamierzonym efektem. I jak mam zrozumieć opowieść. A ta wydaje mi się mocno chaotyczna, masakra nie ma dla mnie celu, jest jakby sama w sobie i dla siebie, a to mnie przekonuje.

Za to podoba mi się sam pomysł na taką personifikację zarazy, czy innych nieszczęść. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Niewątpliwie pomysł był, starałeś się podejść tematu „od drugiej strony” tak bardzo, jak tylko się dało, jednak coś poszło nie tak. A przynajmniej ja się pogubiłam. Niby rozumiem, co mniej więcej się działo, ale niektóre opisy wydawały mi się chaotyczne, ponadto nie widziałam jakiegoś szczególnego związku pomiędzy niektórymi fragmentami/wątkami. Największym, za przeproszeniem, mindfuckiem było dla mnie odkrycie, że Śmierć bierze ślub z Zarazą. Z jakiegoś powodu byłam przekonana, że chodziło o jej siostrę. I w ogóle nie rozumiem skąd te siostry o imionach jak kolory?… Chaotyczny jest też opis samego wesela, kompletnie nie mogłam się połapać, co gdzie się dzieje – skąd te nagłe trupy, które dorwały weselników (?), te psy itp. Ktoś z kimś walczy, ale nie wiadomo kto… Dodatkowo drażniła mnie postać Barona, wydawała mi się w ogóle nie pasować do realiów. Ktoś wspominał o nienaturalnych dialogach – tu też się zgodzę, a że głównie dialogi dotyczą Śmierci i Barona właśnie, to dodatkowo źle wpływa na moje kiepskie postrzeganie tej postaci. Sam Śmierć jest ok, Baron – nie.

Poza tym, w sumie, jak to narodziny Jeźdźców, skoro Śmierć i Zaraza już istniały? I to ciekawe, że Głód urodził się już w kilka miesięcy po ślubie. Nie wspominając o tym, że jestem bardzo ciekawa, jak Śmierć zdołał cokolwiek spłodzić… ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Pomysł, całkiem ciekawy, był, ale wykonanie dość skutecznie go stłamsiło. Kiepskie, nieśmieszne dialogi, co jest tym gorsze, że, wnosząc po tagach, miały być chyba zabawne. Narracja rozwodzi się nad kompletnie nieistotnymi kwestiami, jak elementy ubioru. Do tego w wielu miejscach gromadzisz obok siebie dziwne podmioty, na przykład „słońce”, „turecki dywan”, „łoże z baldachimem” – z takimi konstrukcjami postępowałbym bardzo ostrożnie i na pewno nie wciskałbym ich w takiej liczbie, bo kogo obchodzi los dywanu czy łoża? Nikogo, chyba że z jakichś względów są bohaterami twojego opowiadania. Ale tutaj nie są.

Historia jest spisana na tyle chaotycznie, że nie wiem, czy wyniosłem z niej wszystko, co powinienem. Mam wrażenie, że to wycinek większego świata, którego nie tłumaczysz czytelnikowi. Najbardziej zgłupiałem w epilogu, nie wiem co tam się wydarzyło.

Grozy też niewiele… Ale nie ma sensu więcej narzekać. ;) Dzięki za udział!

Disclaimer: nie czytałam komentarzy.

 

To w sumie nawet nie jest opowiadanie, a szort, i tak będę je rozpatrywać. Fabuły tu tyle co kot napłakał – a szkoda, bo limit konkursowy pozwalał na wiele. Poza tym wydaje mi się, że nie bardzo miałeś ochotę się nią zajmować w tym szorcie.

Warsztat jest wyjątkowo prosty, chwilami niezręczny. W kilku miejscach nie spodobało mi się nagromadzenie krótkich zdań – taki zabieg jest właściwy dla dynamicznych scen (np. walki), nie dla leniwych przemyśleń bohatera. Przykład:

Krzyk mordowanej Czerni. I te ich podłe miny. Nie opuszczę mej lubej.

Niezręczny był też sam początek, gdzie uważam, że niepotrzebnie powtarzałeś czynności bohatera:

Wypiłem łyk słodkiego nektaru, zatopionego w szkarłacie. “Mój ulubiony kolor”, powiedziałem w myślach. Przechyliłem srebrny puchar lekko do góry i wypiłem pozostałą w nim treść.

 

Dobrze, to teraz pora na plusy. Szalenie przypadł mi do gustu poziom absurdu w opowiadaniu. Bardzo spodobał mi się pomysł na Zarazę szukającą męża i to, wraz z zakochanym kościotrupem, wystarczyło, by utrzymać mnie przy opowiadaniu nawet w słabszych momentach.

Podobały mi się próby wykorzystania nietypowych bohaterów, rozbawiła mnie harfa z kosy i spadający z czaszki cylinder.

 

Po krótkim namyśle klikam bibliotekę. Warsztat wyszkolisz, na dłuższe teksty z fabułą przyjdzie czas, ale oryginalnych pomysłów nie wytrenujesz. Chyba że tę harfę z kosy gdzieś podpatrzyłeś, wtedy cofam klika ;)

@MrBrightside

Starałem się pokazać trochę miasta, pogody. Nie chodziło mi o zrobienie z przedmiotów  bohaterów opowiadania. Nad dialogami pracuję, więc nie są one jeszcze doskonałe. W Epilogu chciałem bardziej dodać grozy i trochę zainspirowała mnie jedna z serii komiksowych Marvela – “Marvel Zombies”. Chciałem oddać to w pewien sposób w opowiadaniu. 

 

@kam_mod

Dziękuję za przeczytanie, komentarz i klika. Jest parę rzeczy nad którymi muszę popracować i nad którymi wciąż pracuję. Cieszę się, że poziom absurdu, jak i niektóre z pomysłów się spodobały. Harfy z kosy nigdzie nie podpatrywałem, pomyślałem, że to taki fajny element humorystyczny :)

 

@Lord Vedymin

Dziękuję za przeczytanie i opinię. Pracuję cały czas nad warsztatem i czasem zdarzają mi się dziwaczne sformułowania. Za przeskoki w fabule odpowiada mój pośpiech. Miałem kilka pomysłów na rozwinięcie, ale chciałem zdążyć opublikować opowiadanie, więc trochę z nich zrezygnowałem. Cieszę się, że groteska fajnie wyszła :) Następnym razem dodam więcej obrzydliwości w podobnych opowiadaniach.

 

@śniąca

Dziękuję za opinię. Celem opowieści miała być geneza o Jeźdźcach Apokalipsy, a powód do tego stanowił ślub Śmierci i Zarazy. Chciałem opublikować na czas opowiadanie, ale trochę za szybko pospieszyłem się z pewnymi rzeczami, czego skutkiem jest chaos i pewna niezrozumiałość niektórych wydarzeń.

 

@joseheim

Oryginalnie miałem pomysł, żeby trochę się bardziej rozpisać w opowiadaniu, ale zrezygnowałem z pewnych wątków, chcąc zdążyć na czas. Tak jak wspomniałem wcześniej, za chaos odpowiada mój pośpiech. Mogłem trochę lepiej dopracować pewne elementy. 

Na początku trochę zamieszałem z tą siostrą Zarazy, to mogło trochę zmylić z tropu. Kolory to taka alegoria – Czarna (Czarna Śmierć, Dżuma), Szkarłat (Inna choroba, która mogłaby zgładzić ludzkość). Trupy powstały na skutek uboczny choroby, rozsiewanej przez Szkarłat. W jednej z rozmów podczas Śmierci jest porównanie ich do psów. Chodziło mi tu o nie tyle zombi, co ghule. 

Nie sądziłem, że Baron okaże się postacią mogącą trochę drażnić :) Może trochę nie przemyślałem jego udziału w opowiadaniu. 

Nad dialogami, jak i warsztatem stale pracuje. Mogły one wyjść nienaturalnie, ponieważ nie opanowałem ich w pełni do końca. 

Śmierć istniała już od bardzo dawna, stąd by było dziwne, gdyby jego nie było, a Zaraza była stosunkowo młoda. Cóż… wspomniałem w którymś z komentarzy, że Śmierć przyswajał trunki poprzez swoje ciało, tak samo jest z jego fizjologią. W swoim szkielecie zachował pewne… ludzkie pierwiastki jak płyny ustrojowe.  

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Oj, widać, że kawał ciekawego świata chodzi Ci po głowie, Proroku, zdecydowanie coś tu udało się odmalować. Klimat i atmosfera wciągają, bez dwóch zdań. Ale w tej obietnicy zabrakło mi spójności i przejrzystości, co nie jest wielkim odkryciem, jak czytam inne komentarze.

Kiedy czytałem tekst w trakcie konkursowych zmagań, miałem takie skojarzenie, że przypomina mi postać, którą stanowi żywotny szkielet, w klimatycznym ubranku, z cylindrem na głowie, intrygującą. Ale poczułem też, że jakieś ścięgna, wiązania i kawałek solidnej tkanki też by się przydały.

Mimo niedostatków, dzięki za lekturę i naprawdę obiecującą wizję, do której, mam nadzieję, zaprosisz jeszcze kiedyś. Czuć, że to Twoje klimaty. ;)

Pozdrawiam!

Dzięki, Majkubarze za przeczytanie. No cóż, na razie, to tylko szkielet, ale nie zamierzam przestać tylko na konkursowym opowiadaniu z tego uniwersum. Powrócę jeszcze do niego, ale w planach mam jeszcze kilka innych opowiadań. Na pewno coś jeszcze wykombinuję :) Cieszę, że mimo pewnych niedostatków lektura była ciekawa.  

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Disclaimer: nie przeczytałam szczegółowo wszystkich komentarzy. Znalazłam przez tag historia alternatywna i do tejże mam pytania/wątpliwości.

 

Przyjmujesz jako główne założenie, nie było czarnej śmierci w XIV w. Nie bardzo zatem rozumiem, dlaczego to ma przedłużyć średniowiecze i opóźnić przemiany cywilizacyjne? Zastrzegam się: nie jestem specjalistką od tej konkretnej epoki, ale jednak zasadniczo czarna śmierć spowodowała wzrost zachowań z ducha “średniowiecznych” czyli jeśli już, to spowolniła procesy wiodące ku “renesansowi”. Dla których, tak skądinąd, kluczowe było zagrożenie Konstantynopola przez Turków, które spowodowało napływ uczonych, a z nimi tekstów starożytnych (greckich) na zachód, co wywołało ferment intelektualny. Z drugiej strony zdobycie Konstantynopola pokazało zacofanie militarne Europy. co też wymusiło zmiany cywilizacyjne, ergo znów kluczowe jest to konkretne wydarzenie i ogólnie ekspansja turecka. Brak czarnej śmierci likwiduje część ruchów fanatycznych, część antysemityzmu, ale jedynym wpływem na kulturę, jaki bym widziała, jest brak “Dekameronu” Boccaccia i przynajmniej części “Canzoniere” Petrarki (do Laury umarłej), a ich zasięg i wpływ kulturowy w owym czasie był nikły, mimo że my dziś postrzegamy je jako arcydzieła.

Na dodatek brak czarnej śmierci oznacza pozostawienie populacji czternastowiecznej na poziomie sprzed epidemii, czyli w zasadzie dwukrotnie większej. Od historii gospodarczej tym bardziej nie jestem ekspertką, ale nie trzeba być specjalistą, żeby wymyślić, że nagłe zmniejszenie się populacji o połowę ma zasadnicze znaczenie dla wszystkich możliwych sfer życia. Ale tu raczej (na wyczucie) znów brak czarnej śmierci powinien spowodować szybsze przemiany, bo nie zabrakło rąk do pracy itd.

Reasumując: nie kupuję punktu wyjściowego alternatywnej historii. Ale też po prawdzie w opowiadaniu – moim skromnym zdaniem – nie ma to żadnego znaczenia, skoro w tej “późniejszej epoce renesansu” nie ma żadnych rzucających się w oczy wyznaczników epoki, za to są chodniki i cylindry, czyli wynalazki dziewiętnastowieczne… (Dobra, cylindry sporadycznie pojawiają się pod koniec XVIII w., choć nie podbijają jeszcze dość długo świata, ale chodniki w połowie XIX w., jeśli dobrze pamiętam.) I może tak być – jeśli to jest totalne przemieszanie czasów, ale w takim przypadku to już tak naprawdę przestaje być “historią alternatywną”…

 

Natomiast nieźle się to czyta, choć troszkę jest monotonne. I nie wiem, dlaczego ewidentnie realny Konstantynopol (w Turcji Osmańskiej, no niech będzie, że bohaterowie nadal tak go nazywają, albo czegoś nie załapałam w sensie, co naprawdę z tymi Turkami), a fikcyjna chyba nazwa prowincji włoskiej?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przepraszam, że odpisuje z opóźnieniem, ale byłem ostatnio trochę zajęty. 

Jeśli chodzi o historię alternatywną przedstawioną w opowiadaniu, to punktem wyjściowym, który opóźnił przemiany cywilizacyjne było dla mnie pytanie: “Co by było, gdyby mieszkańcy Konstantynopola spalili wrzucone do oblężonego miasta ciała?”. W tej wersji Turcy nie zdobyli miasta (przynajmniej nie od razu), czarna śmierć nie wybuchła, a średniowiecze potrwało trochę dłużej. To są mniej więcej te czynniki, które spowodowały w tej rzeczywistości wydłużenie średniowiecza. 

Na dodatek brak czarnej śmierci oznacza pozostawienie populacji czternastowiecznej na poziomie sprzed epidemii, czyli w zasadzie dwukrotnie większej. Od historii gospodarczej tym bardziej nie jestem ekspertką, ale nie trzeba być specjalistą, żeby wymyślić, że nagłe zmniejszenie się populacji o połowę ma zasadnicze znaczenie dla wszystkich możliwych sfer życia. Ale tu raczej (na wyczucie) znów brak czarnej śmierci powinien spowodować szybsze przemiany, bo nie zabrakło rąk do pracy itd.

I rzeczywiście w tej wersji tak się stało. Brak czarnej śmierci to większa populacja, a co za tym idzie – przeludnienie miast, szybszy rozwój gospodarczy i techniki. W miarę upływu średniowiecza ten renesans, który opisuje, wcale nie musi być renesansem, a późniejszą wersją tej epoki, zmierzającą ku schyłku, w kierunku baroku. 

nie kupuję punktu wyjściowego alternatywnej historii. Ale też po prawdzie w opowiadaniu – moim skromnym zdaniem – nie ma to żadnego znaczenia, skoro w tej “późniejszej epoce renesansu” nie ma żadnych rzucających się w oczy wyznaczników epoki, za to są chodniki i cylindry, czyli wynalazki dziewiętnastowieczne… (Dobra, cylindry sporadycznie pojawiają się pod koniec XVIII w., choć nie podbijają jeszcze dość długo świata, ale chodniki w połowie XIX w., jeśli dobrze pamiętam.) I może tak być – jeśli to jest totalne przemieszanie czasów, ale w takim przypadku to już tak naprawdę przestaje być “historią alternatywną”…

Obraz miasta Konstantynopola powstał w oparciu o jeden z obrazów, którego szukałem, aby stworzyć główne miejsce, gdzie działaby się akcja. Chodniki możliwe, że się nie pojawiły w renesansie, ale tak jak mówię to bardziej późny renesans, a technologia mogła pójść do przodu (na przykład Da Vinci, który w miarę upływu czasu mógł tworzyć kolejne projekty, wyprzedzające jego epokę). Cylinder nosi Śmierć i to jest takie… moje wyobrażenie go. W różnych tekstach kultury Śmierć jest różnie postrzegana – jedni mówią, że to męski szkielet w długiej szacie i kapturze, dzierżący kosę, drudzy zaś, że to damska postura w podobnym wystroju. 

 Natomiast nieźle się to czyta, choć troszkę jest monotonne. I nie wiem, dlaczego ewidentnie realny Konstantynopol (w Turcji Osmańskiej, no niech będzie, że bohaterowie nadal tak go nazywają, albo czegoś nie załapałam w sensie, co naprawdę z tymi Turkami), a fikcyjna chyba nazwa prowincji włoskiej?

Prowincja włoska Turemizzi jest oczywiście fikcyjna. A Konstantynopol nadal tak jest nazywany ponieważ Turcy nie zamierzali (w tej wersji) zmieniać jego nazwy. Natomiast jeśli chodzi o wpływy kulturowe, to też prawda, że część dzieł literackich mogła pozostać zmieniona lub też autorzy mogli pozostać nadal anonimowi. 

Dzięki za przeczytanie, drakaino :) W kontynuacjach postaram się poprawić niektóre rzeczy. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Cylinder nosi Śmierć i to jest takie… moje wyobrażenie go.

Taki Śmierć z niebieską budką telefoniczną? ;)

 

Nie do końca mnie przekonałeś tymi wyjaśnieniami z czarną śmiercią i alternatywnością z tego wynikającą, ale przynajmniej widzę realną refleksję nad alternatywnością, co jest rzadkie u autorów, którzy biorą się za barki z tym gatunkiem, i dotyczy to również autorów nagradzanych. Ergo duży plus za wyjaśnienia :) Może skądinąd warto by to lekko uwypuklić w samym tekście?

 

A na marginesie: planujesz kontynuacje w tym świecie? Byłoby to interesujące, ale w takim razie zamierzasz z poziomu alegorycznego zejść na bardziej dosłowny?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Taki Śmierć z niebieską budką telefoniczną? ;)

Z niebieską budką telefoniczną…? :) Raczej nie. Jeśli chodzi o moje wyobrażenie Śmierci, to inspirowałem się też trochę mitologią haitańską i postacią Barona Samedi, stąd trochę też ten cylinder. 

Szkoda, że moje wyjaśnienia cię nie przekonały, drakaino, niemniej cieszę się, że wyjaśnienia się przydały :) Staram się pracować nad światami i historią, którą w nich umieszczam, na pewno pomyślę o tym głębiej, podczas pracy nad kontynuacją. 

A jeśli chodzi o kontynuację… Mam pomysł na ciąg dalszy, bohaterem dalej będzie Śmierć, ale jeśli chodzi o dosłowność – na pewno zmienię realia, trochę na bardziej ponure, pasujące do minionego w tym świecie średniowiecza, pokazujące upadek cywilizacji z powodu żywych trupów. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Nowa Fantastyka