- Opowiadanie: Dreammy - Pamir

Pamir

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Diriad

Oceny

Pamir

W 1878 roku świat wydawał się kurczyć. Wystarczyło tylko odrobinę wytężyć słuch, aby usłyszeć skrobanie piór o papier, na którym niestrudzeni kartografowie likwidowali kolejne białe plamy, nadawali nazwy szczytom gór, morzom, wyspom, zatokom, górskim przełęczom, wyznaczali biegi rzek od źródeł aż po ujście, naprawiali niedbale określone linie wybrzeży. Pracownie litograficzne huczały od nadmiaru pracy, stare podręczniki geografii dogorywały w magazynach bibliotek.

 

Coraz mniej pozostawało do odkrycia, coraz gęściej robiło się na dawniej niedostępnych szlakach. Powoli zaczynało brakować miejsc nietkniętych ludzką stopą, dlatego zwracano się ku tym, które, choć znane geografom, tak długo nie były odwiedzane przez podróżników, że na starym kontynencie obrosły mchem mitów, legend i baśni.

Jednym z takich miejsc była kraina między pustynią Takla Makan a rzeką Jaksartes, łącząca w jedno najwyższe pasma górskie na świecie – Hindukusz, Karakorum, Ałaj, Kunlun, Tienszan i Himalaje. Niezdobyta, niebezpieczna, tajemnicza, kusząca. Cel podróżników, odkrywców, polityków i bandytów.

Pamir.

 

Robert Barkley Shaw przebudził się nagle, jakby ktoś wylał mu na głowę wiadro zimnej wody. Odruchowo sięgnął pod poduszkę, a raczej zwiniętą ciasno niedźwiedzią skórę, pod którą namacał złożony na czworo skrawek papieru. Przez moment nasłuchiwał odgłosów nocy, którą przyszło mu spędzić u podnóża Tiricz-Miru, najwyższego szczytu Hindukuszu – zawodzenia wichru, wycia wilków, cichego rżenia koni, które, stłoczone dla ochrony przed wiatrem i śniegiem, usiłowały tak jak ludzie przetrwać najgorszą śnieżycę, jaka przydarzyła im się od początku tej ekspedycji.

Zima przyszła wcześniej niż myśleliśmy, a jeszcze nie weszliśmy tak wysoko, pomyślał Shaw i przekręcił się na drugi bok. Oby wszystko się powiodło. Te tłuste szczury z Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, pomyślał. Pewnie śpią w swoich mieszczańskich domach, pod grubymi pierzynami i nawet nie śni im się, jaki numer wywinie im już niedługo ten, w którego nie wierzą ani trochę, który pieniądze na wyprawę musiał pożyczać od rodziny i znajomych, który musiał zastawić dom i plantację herbaty, żeby spłacić długi zaciągnięte na poprzednią ekspedycję.

Nagle zerwał się z posłania i wytężył słuch. To niemożliwe. Na takiej wysokości, przy wichrze tak silnym, że przewracał konie, śpiew ptaka musiał być halucynacją.

A jednak go słyszał. Łagodne trele, które w chwilę potem przeszły w wysoki krzyk, tak głośny, że aż zakrył uszy.

Ostrożnie wyszedł z namiotu i rozejrzał się dookoła. Obóz był pogrążony we śnie, zupełnie jakby nikt inny nie słyszał tego dźwięku. Afgańscy tragarze pilnowali koni, a jego europejscy towarzysze – Clifford, kartograf z Dublina i McFey, szkocki lekarz, oraz pozostali członkowie ekspedycji, głównie wojskowi, również odgrodzili się od śnieżycy skórzanymi namiotami.

Głos dobiegał zza skały. Teraz śpiew był bardziej ludzki niż ptasi i Shaw mógłby przysiąc, że trele układają się w słowa w jakimś nieznanym, dziwnie melodyjnym języku. Nagle za skałą rozbłysło światło i w niebo wzbił się najdziwniejszy ptak, jakiego Robert Shaw, który dotykał pięknych, afrykańskich papug i dziwacznych australijskich kiwi, widział na oczy. Jego skrzydła, tułów i podbrzusze skrzyły się złotem, z dzioba zwisały złociste wąsy, a oczy były tak czarne, jakby kryła się w nich nicość.

Ptak usiadł na skale i przechylił głowę, patrząc Robertowi prosto w oczy. Wydawał się zrobiony z metalu, bo podmuchy wiatru ani trochę mu nie przeszkadzały. Jednak kiedy podróżnik osłonił wzrok przed śniegiem, żeby lepiej zobaczyć dziwne zwierzę, zobaczył, że metaliczną powłokę na jego tułowiu i skrzydłach tworzyły złote łuski, niby u gada.

Nieodkryty jeszcze gatunek, na Boga, może to feniks, prawdziwy feniks, złapać, zamknąć w klatce, zawieźć do Londynu, i niech Towarzystwu oczy wyjdą na wierzch – strumień myśli przemknął przez głowę Roberta. Zaczął skradać się na czworakach w stronę zwierzęcia, które jednak, gdy się zbliżył, odskoczyło i odleciało kawałek dalej.

– Takiś ty – syknął Shaw, czołgając się z wysiłkiem. Miał wrażenie, że nie czuje już mrozu i wichru, tylko idzie, idzie do przodu, wpatrzony w czarne oczy baśniowego stworzenia.

Nagle rozległ się huk wystrzału. Shaw odruchowo padł na ziemię, tuż obok po skałach przebiegł koń, który zerwał się z wędzidła, w obozie rozległy się wrzaski w różnych językach, pozostałe konie zaczęły rżeć przeraźliwie.

Ptak poderwał się do lotu i zniknął wśród wirujących płatków śniegu. Robert rozpaczliwie zrobił kolejny krok naprzód, ledwie zauważając, że tuż pod nim otwiera się przepaść, ale przecież było mu to zupełnie obojętne. Teraz, kiedy zwierzę odleciało, podróżnik miał wrażenie, że wypełnia go dojmująca pustka, jakby ktoś zabrał mu kawałek duszy.

– Panie Shaw! – ktoś chwycił go za bark i szarpnął do tyłu. – Panie Shaw, dzięki Bogu nic się panu nie stało!

Oszołomiony Robert otrząsnął się z transu. Spojrzał w twarz swojego wybawcy, bez zdziwienia dostrzegając Janka, bystrego siedemnastolatka ze Lwowa, który dołączył do wyprawy jako tłumacz z rosyjskiego i znakomity strzelec. Wychował się w sierocińcu, jego rodzice zginęli w jakimś powstaniu Polaków w 1863 albo 1864 roku.

– Johnny… – szepnął. – Widziałeś?

– Panie Shaw! – bełkotał Polak. – Myślałem, że pan zginął! Pana namiot…

Namiot! Robert odepchnął chłopca i pobiegł w stronę swojego posłania. Wyglądało, jakby przeszła przez nie trąba powietrzna. Coś z łatwością rozdarło twardą skórę i połamało stelaż. I z pewnością nie był to wiatr. Wiatr nie zostawia po sobie śladów długich na trzy stopy.

Shaw, Clifford i McFey nachylili się nad tym tropem i popatrzyli po sobie, zaskoczeni.

– C… co… – wykrztusił kartograf. – To coś musi mieć chyba kilkanaście stóp wysokości!

– Widzieliście coś? – Robert dotknął wgłębienia w śniegu, które powoli zasypywały kolejne płatki białego puchu.

– Usłyszeliśmy rżenie koni – powiedział Clifford. – A kiedy już wyszliśmy z namiotów, zobaczyliśmy twój, zniszczony przez… co właściwie?

– Kanguli! – odezwał się dotąd milczący Janek. – Oni mówią, że to zrobił kanguli.

Tragarze zbili się w ciasną grupkę, wymieniając między sobą gorączkowe szepty.

– Kanguli? – McFey zmarszczył brwi.

– Wielka Stopa – wyjaśnił Janek. – Chińczycy mówią na niego Ye-Ti.

– Jakiś gatunek niedźwiedzia? – zastanawiał się tymczasem Clifford, gładząc się po rudej brodzie.

Shaw nie słuchał rozmowy. Niecierpliwie rozgarniał śnieg, starając się dotrzeć do swojego posłania. Desperacko zaczął przetrząsać strzępy materiału, nie zważając na zdziwione miny przyjaciół. Ale pod poduszką nie było tego, czego szukał.

Rozpacz sprawiła, że miał ochotę położyć się na śniegu i umrzeć. Był już tak blisko, tak blisko… Cel, któremu poświęcił ostatnie dziesięć lat życia, który już majaczył na horyzoncie, znowu zniknął w ciemności.

– Przeczekam noc w namiocie Janka – zdecydował słabo. – Będziemy na zmianę trzymać straż.

 

Chłopak przyplątał się do wyprawy po drodze, właściwie przypadkiem, i okazał się nabytkiem cenniejszym niż tuzin chińsko-afgańskich tragarzy. Zwłaszcza podczas kontaktów z Rosjanami, którzy zawzięcie rywalizowali z Anglikami na polu eksploracji Azji. Mały nienawidził "ruskich", którzy zabili mu rodziców, a jednocześnie mówił w ich języku lepiej niż niejeden radca tytularny rodem z Petersburga. Jego równie perfekcyjny angielski i znakomity francuski akcent nie pasowały do chłopca z sierocińca. Janek rzadko jednak mówił o swojej przeszłości, czasem tylko wspominał coś drwiąco o zakonnicach z ochronki i dowcipom, które im robił.

Teraz wpatrywał się w niego uporczywie swoimi czarnymi oczami, błyszczącymi w świetle dogasającej lampy. Bawił się miedzianym amuletem, który miał zawieszony na szyi. Amulet przedstawiał skrzydlatego smoka.

Shaw poczuł się nieswojo. To głupie, skarcił sam siebie, przecież to tylko Janek, nie ma się czego obawiać. Lepiej pomyśl, co z mapą. Cokolwiek zniszczyło twój namiot, nie zabrało jej, te wielkie łapy musiałyby mieć drobniutkie paluszki, żeby podnieść kilkucalowy zwitek papieru. To musiał być ktoś z ekspedycji. Ale kto? Janka odrzucił od razu, trudno mu było posądzać również dobrodusznego, wesołego Clifforda i młodego, nieśmiałego McFeya. Tragarze? Nie mieli pojęcia o mapie. Któryś z żołnierzy? Tu Shaw nie miał złudzeń. Cała ta ekspedycja dla Brytyjczyków była tylko przykrywką, by zbadać przełęcze Pamiru, zanim zrobią to Rosjanie. Każdy z wojskowych, wielkodusznie przydzielonych przez rząd jako ochrona ekspedycji, nosił pewnie pod mundurem notes z tajnymi zapiskami. Któryś z nich mógł wiedzieć o mapie. Tylko który?

– Może powiedz mi coś o tym… kanguli – zaproponował Polakowi, żeby chociaż na chwilę uspokoić myśli.

– Różnie go nazywają. Yeti, Wielka Stopa, Człowiek Śniegu – Janek podparł policzek dłonią. – Podobno wygląda jak wielka małpa porośnięta futrem niedźwiedzia. Niewiele osób go widziało i nie wiadomo, czy istnieje naprawdę, ale to, co się dzisiaj zdarzyło, chyba to potwierdza, prawda?

– Możliwe… – Shaw zawahał się. – A znasz jakieś legendy o… Feniksie?

– Feniks – powiedział Janek zamyślony. – Mityczny ptak, który umiera i odradza się w płomieniach. Mówią o nim legendy Bliskiego Wschodu, ale tutaj są chyba nieznane. Jesteśmy prawie w Chinach. Tu rządzą smoki.

– Smoki? – spytał Shaw zainteresowany. – Skąd ty to wszystko wiesz? Kim ty właściwie jesteś, mały?

– Znał pan George'a Haywarda, prawda? – spytał cicho Janek, nagle zmieniając temat.

Bach! Wspomnienia powróciły z bólem przypominającym uderzenie w splot słoneczny.

– Spotkałem go – powiedział z trudem. – Dawno temu. W niewoli u Jakuba Bega w Kaszgarze.

Hayward. George Hayward, pomyślał Shaw. Jego zmora, jego największy rywal, zawsze krok przed nim lub krok za nim, zawsze depczący mu po piętach, przywłaszczający sobie jego odkrycia, podkupujący jego tragarzy, pupilek Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, ulubieniec wszystkich londyńskich dam, z zapartym tchem słuchających o jego „wielkich" wyczynach. Osiem lat temu brutalnie zamordowany.

– To wspaniale, że po śmierci Haywarda chce pan kontynuować jego badania. Zwłaszcza że zazwyczaj rywalizowaliście ze sobą.

– Mhm… – mruknął Robert niepewnie. Na dworze wycie wichru właśnie osiągało apogeum.

– Wiem, że to pan go zabił, panie Shaw – powiedział nagle Janek, dziwnie spokojnym tonem.

Robert Barkley Shaw omal nie krzyknął. Ręka odruchowo sięgnęła po rewolwer. Ale kabura była pusta.

– Zabrałem go – chłopak spojrzał na niego nieśmiało. – Żeby nie zabił mnie pan, zanim doprowadzę pana do złotych miast Pamiru…

– O czym ty…

– O tym – zamachał mu przed nosem znajomym skrawkiem papieru. – O świecie, do którego pana zabiorę. Jeżeli tylko pan mi zaufa.

– Mały draniu – szepnął Shaw z niedowierzaniem. – Co to za historia?

 

Opuścili obóz pogrążony we śnie obóz. W namiocie zostawili wiadomość, by nikt ich nie szukał. Shaw, który lubił ryzykować życiem, nie chciał jednak ryzykować życia swoich przyjaciół. Zresztą wątpił, by udało mu się przekonać do swoich planów zdroworozsądkowego Clifforda, święcie przekonanego, że jego mapa przełęczy Pamiru przyda się wyłącznie uczniom na lekcje geografii. Janek uważnie studiował skrawek papieru, część karty wyszarpniętej z martwej dłoni George'a Haywarda. Robert przypomniał sobie rozmowę, którą odbyli w ponurej celi w Kaszgarze, przekonani, że niedługo zginą.

"Pamir, o którym mówią podręczniki geografii, to tylko symbol tego, czym naprawdę jest. Pamir to kraina złotych miast rozleglejszych niż jakiekolwiek miasto na świecie, miast bogatszych niż jakiekolwiek ziemskie miasto. Żyją tam bestie nieznane nauce, niezwykłe ptaki i olbrzymie ssaki, a drogocenne kamienie wyrastają wprost ze ścian."

"Skąd o tym wiesz, Hayward?"

"Byłem tam…"

 

Janek prowadził go przez śnieżny płaskowyż, nietknięty ludzką stopą. Chłopak wydawał się tak pewny siebie, jakby pokonywał tę trasę kilka razy dziennie. Tymczasem Shaw obserwował z niepokojem, jak jego kompas wariuje. Nie miał już pojęcia, gdzie jest północ, gdzie południe, gdzie inne strony świata. Kręciło mu się w głowie od wiatru.

– Janek! – krzyknął rozpaczliwie, widząc, jak jego przewodnik oddala się coraz bardziej.

– Do zobaczenia, panie Shaw! – zaśmiał się chłopak, przekrzykując wiatr. – A raczej "żegnam"! Dziękuję za mapę!

– Wracaj! – ryknął Robert, gdy zobaczył, jak młody Polak znika w zawiei śnieżnej.

Nagle dotarła do niego straszliwa prawda. Był sam, na środku bezludnej krainy, z zepsutym kompasem, z dala od obozu, bez zapasów żywności. W co on uwierzył? Jak długo mógł jeszcze przeżyć? Dobę? Kilka godzin?

Śnieg przestał padać. Szczyty Pamiru wyłoniły się z chmur, oświetlone słabo promykami wschodzącego słońca. Niemal zamarznięty do szpiku kości Robert Barkley Shaw brnął przez skały, sam już nie wiedząc, czego szuka.

Nagle zobaczył Bestię.

Stała oddalona kilkanaście stóp od niego i wydawała się uśmiechać. Potężny małpolud porośnięty białym futrem. Shaw przetarł oczy, chcąc się upewnić, czy to nie halucynacja. Ale potwór skinął na niego łapą i odwrócił się.

Właściwie było tylko jedno wyjście. Lepiej iść za białą bestią, niż nie iść i zamarznąć. Yeti zatrzymał się przy wielkim głazie i lekko dotknął go łapą. Skała odsunęła się powoli, ukazując wejście do jaskini.

A potwór zapraszał go do środka.

Robert Barkley Shaw wziął głęboki oddech i zrobił krok w ciemność.

Przed nim były schody. Kamienne schody, ciągnące się wzdłuż ściany, rozgałęziające się w różnych kierunkach. Skały fosforyzowały lekko, dzięki czemu nie poruszał się po omacku. Potwór był teraz za nim, pomrukami i warknięciami dawał mu znać, żeby szedł naprzód.

Pod nim była przepaść. Ale na dnie tej przepaści leżało miasto, tętniące życiem, rozświetlane płomieniami ognisk. Dopiero po chwili zrozumiał, gdzie właśnie się znalazł.

– Pamir – szepnął do siebie ze łzami w oczach.

Szedł dalej, rozglądając się dookoła, obserwując jaskinie, z których wyglądały podobne do jego przewodnika białe stwory. Z ciekawością obserwowały odkrywcę stąpającego ostrożnie po kamieniach sprawiających wrażenie zawieszonych w powietrzu. Grupka małych yeti, prawdopodobnie dzieci, wbiegła na schody przed nim, parodiując jego powolne ruchy, parskając przy tym ze śmiechu, który przypominał warkot maszyny parowej. Samica groźnym pomrukiem przywołała je do porządku.

Dalej solidne schody zamieniły sie w most, prowadzący do kolejnej jaskini. Na środku stał człowiek, skośnooki, ogolony na łyso mężczyzna w czerwonej szacie.

– Robert Barkley Shaw – powiedział, komicznie łamiąc sobie język.

Podróżnik skinął głową, zdziwiony i zaniepokojony, a zarazem aż drżący z podniecenia na samą myśl o tym, co właśnie odkrył i co jeszcze odkryje. Yeti pozdrowił mnicha ruchem łapy i został na skale, podczas gdy Shaw z kolejnym przewodnikiem ruszył po wąskim moście w stronę kolejnej jaskini.

 

Wszystko było szare. Nie było klejnotów, o których mówił Hayward, nie było złota i diamentów, tylko kamień.

– Zawiedziony? – spytał Janek. Siedział na skalnej półce i jadł coś, co przypominało udko z kurczaka. Żołądek Shawa skurczył się i ze strachu, i z głodu.

– Co ty tu robisz! – krzyknął, odruchowo sięgając po rewolwer, którego przecież nie miał. – Skąd znałeś drogę? I skąd znałeś Haywarda?

Janek zaśmiał się krótko, jego głos odbił się echem po ścianach jaskini. Potoczył spojrzeniem po podziemnym mieście-państwie, pełnym figurek w brunatnych szatach, sprawiających wrażenie mrówek w mrowisku.

– Wiesz, gdzie jesteśmy? – spytał.

– W… – Shaw zawahał się. – W czymś w rodzaju podziemnego państwa, ale…

– Nie tyle podziemnego, bo znajdujemy się kilka tysięcy metrów nad poziomem morza. To państwo wewnątrz gór. Miasta w szczytach. Tunele w przełęczach. Towarzystwo dałoby się pokroić, żeby to zobaczyć.

W głosie Janka dało się słyszeć coś znajomego. Coś nieuchwytnego w tonie, barwie, stanowczości…

– Ale to jeszcze nie wszystko. Moc, jaką mają ci mnisi, pozwala im na cuda, które Europejczycy jeszcze przez tysiące lat będą uważali za czarną magię.

– Takie jak…

– Przeniesienie świadomości – powiedział Janek z tajemniczym uśmiechem. – Oni nazywają to przeniesieniem duszy, chociaż ja tam w duszę nie wierzę. Ważne, że działa. I że pozwoliło George'owi Haywardowi, odkrywcy i podróżnikowi, na odrodzenie się w ciele Janka Korczyńskiego. To niezwykłe, stopniowo odzyskiwać pamięć i świadomość poprzedniego życia. I wypierać tę już żyjącą w ciele. Gdybyś widział to przerażenie zakonnic, kiedy szykowany na księdza Janek nagle zaczął się popisywać niebywałą wiedzą geograficzną.

Shaw rozejrzał się dookoła. Mnisi, pozornie pogrążeni w pracy, w rzeczywistości spoglądali na niego uważnie. Nieprzyjaźnie.

– Co chcesz mi zrobić, Hayward? – spytał cicho. – Zabić? Skoro tak, mogłeś zrobić to już wcześniej.

– Nie, mój drogi – oczy Janka-Haywarda zwęziły się. – Chcę dać ci drugie życie. Jeszcze nie wiem, jako kto. Rozważam drzewo. Albo kamień. Coś nieruchomego. I długowiecznego. Tak, żebyś zdążył sobie wszystko przemyśleć.

– Nie chciałem cię zabić – szepnął Shaw drżącym głosem. – To nie ja, to ten Hindus, któremu zleciłem kradzież… Chciałem tylko mapy… tak wyszło…

– Tak wyszło! – parsknął śmiechem chłopak. – Tak wyszło, że po śmierci twój zbir obciął mi głowę i zakopał pod skałą! Jaki naiwny byłem, dzieląc się z tobą moją wiedzą, pokazując ci mapę. Tak wyszło! Brać go!

Dobrotliwi mnisi zerwali się nagle. Kilkanaście par rąk wyciągnęło się po podróżnika.

– Wyczuwają aurę zabójcy – zawołał Janek. – To będzie ciekawe przedstawienie!

W tym samym momencie rozległ się śpiew. Mnisi zastygli w niemym okrzyku i padli na kolana.

W powietrze wzleciał złocisty ptak, pokryty łuskami. Na moment miasto rozjarzyło się wszystkimi odcieniami złota. To, co wydawało się martwą skałą, iskrzyło się teraz jak drogocenne klejnoty, drogi zdały się posypane złotym pyłem, a bure szaty mnichów jawiły się jak królewskie płaszcze. Pamir, złota stolica Himalajów, demonstrowała przybyszom swoją potęgę.

Shaw rzucił się do ucieczki. Janek pobiegł za nim.

– Stój! – krzyknął strasznym głosem. – Nie uciekniesz mi!

Przeskakując po kilka stopni, Robert pędził po schodach, omijając klęczących mnichów. Kula wystrzelona przez chłopaka rozorała mu ramię, zachwiał się, ale szok i strach stłumiły ból, zwolnił tylko odrobinę, chociaż nie wiedział, dokąd biegnie.

Dotarł do nagiej, gładkiej ściany. Dalej nie było ucieczki.

– Albo wrócisz ze mną dobrowolnie, albo dwa strzały w nogi i zaciągnę cię na dół siłą – powiedział spokojnie Janek.

– Nie, czekaj – zaczął Shaw, ale w tym momencie ptak wydał swój okrzyk, który zwielokrotniony echem rozległ się w całej jaskini. Janek wypuścił pistolet i zakrył dłońmi uszy. Zachwiał się i runął w głąb przepaści.

Shaw, przyciśnięty do ściany, kurczowo usiłował nie spaść. Nagle ptak podleciał do niego i zatrzymał się na wysokości jego oczu. Dopiero teraz mógł przyjrzeć mu się jeszcze dokładniej. To, co wcześniej wydawało się dziobem, było w rzeczywistości pyskiem wypełnionym ostrymi zębami, pióra okazały się łuskami, a ptasie łapy – potężnymi pazurami gada. To nie był żaden ptak, ale najprawdziwszy, skrzydlaty smok. Wypluł strumień ognia, jakby chciał udowodnić swoją moc.

Jest tylko jedna legenda, pomyślał Shaw. Smok i Feniks, jedna legenda.

Smok podleciał bliżej i usiadł mu na ramieniu. Robert poczuł dreszcz, jakby jego ciało porastały łuski, a wnętrze wypełniało się żywym ogniem. Poczuł ból śmierci i ból rodzenia się do nowego życia. Poczuł ciężar wieczności, nieskończonego umierania i powstawania z martwych. Potem zapadła ciemność.

Robert Barkley Shaw ocknął się na zboczu góry. Śnieg nie padał, skały osłaniały go od wiatru i chłodu, prawdopodobnie dzięki temu przeżył. Ostrożnie dźwignął się na łokciu i załzawionymi oczami popatrzył do przodu.

– Robercie! – usłyszał nagle znajomy głos i w chwilę potem znalazł się koło niego McFey. – Mój Boże! Ty żyjesz! Gdzie jest Janek?

Musiał wyprzedzić ekspedycję. Jakim cudem? Jak wydostał się z jaskini? Czy to wszystko w ogóle była prawda, czy majaczenia szaleńca, który postradał zmysły w poszukiwaniu złotego miasta?

Delikatnie odsłonił rozerwany wystrzałem rękaw kurtki, chcąc obejrzeć ranę. Nie było jej. Zamiast śladu po kuli część ramienia Roberta Barkleya Shawa porastały złote łuski. Stłumił krzyk i szybko naciągnął resztki materiału na ślad, nie chcąc, by lekarz coś zobaczył.

– Co ci do głowy strzeliło, Robert? – Clifford pomógł wstać ciągle oszołomionemu przyjacielowi. – Myśleliśmy, że oszalałeś. Co teraz? Zawracamy? Idziemy dalej?

– Nie – szepnął niemal niedosłyszalnie Shaw. – Ja już dotarłem do końca.

 

Na cmentarzu w birmańskim Mandalaj, gdzie znajduje się grobowiec Roberta Barkleya Shawa, co jakiś czas dzieją się dziwne rzeczy. Miejscowi opowiadają, że raz do roku na kamiennym krzyżu, który ledwie widoczny jest spod warstwy mchu i ziemi, siada złocisty ptak pokryty łuskami i śpiewa tak smutną pieśń, że ktokolwiek ją usłyszy, traci zmysły. Inni zapewniają, że to wcale nie ptak, ale najprawdziwszy Yinglong, skrzydlaty smok, a ktokolwiek go zobaczy, nigdy nie zazna biedy i nieszczęścia. Rządząca krajem junta skutecznie tłumi te przesądy. Czego jak czego, ale biedy i nieszczęścia z pewnością w Birmie nie brakuje. Tajemnica dziewiętnastowiecznego grobowca pozostaje tajemnicą. Białą plamą w świecie bez białych plam.

 

Koniec

Komentarze

Jeszcze całości nie przeczytałam, więc nie oceniam, ale zapowiada się ciekawie, jak tylko znajdę dziś chwilę wolnego doczytam do końca. :)
Nie wiem czy słusznie, ale pierwsze kilka zdań skojarzyło mi się z początkiem chyba 2 części trylogii husyckiej Sapkowskiego, gdzie Bajarz-Szarlej mówi o tym, że świat zarazem się kurczy, jak i rośnie. ;) To taka moja mała dygresja. :)

Sprawnie napisane opowiadanie, z misternie połączonymi, kontrastującymi motywami: jest poszukiwacz skarbów (w mojej wyobraźni Robert Barkley Shaw wyglądał jak Indiana Jones i, cholera, nic z tym nie mogłem zrobić!), jest smok-feniks-Yinglong, jest tajemnicza mapa, o którą wszyscy okrutnie się biją, jest podziemne miasto pełne złota i mnichów, którzy potrafią przenosić dusze w czasie i przestrzeni, i jest nawet futrzasty Yeti, co macha do nas przyjaźnie łapą i już prawie ustawia się do okolicznościowego zdjęcia z napisem: Pamiątka z Pamiru. Wartki styl, bez lania wody – może tylko niektóre zdania, szczególnie te z pierwszej połowy tekstu, czasem wydawały mi się troszkę za długie, ale to w żaden sposób nie można uznać za usterkę – raczej za pewną manierę artystyczną (zresztą, jak najbardziej dopuszczalną). Fabuła bardzo ładnie zanurzona w orientalnych klimatach i wydarzeniach historycznych z epoki XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej. Przemyślana kompozycja zrobiła na mnie spore wrażenie. Jak dla mnie – solidny, wciągający, bardzo dobry tekst.

...always look on the bright side of life ; )

Ja właśnie doczytałam do końca. :) Historia w stylu klasyki filmu i literatury, podoba mi się. :) Jest tylko jeden mankament: nie wiem czy słusznie zwracam na to uwagę, interpunkcja nie jest moją mocną stroną, ale zauważyłam, że czasem są przecinki przed i po słowie "który".  To chyba trzeba poprawić. :)

To chyba trzeba poprawić. :)
Nie trzeba. Takie coś występuje przy zdaniach wtrąconych, np.: "(...) dlatego zwracano się ku tym, które, choć znane geografom, tak długo nie były odwiedzane przez(...)"

Całkiem dobre opowiadanie, choć nie wygląda na fabułę zamkniętą (mimo, że nią jest). Takie "przygody Roberta Shawa" mogłyby zapełnić niejeden tomik. Myśli bohatera są trochę niesprawnie przedstawiane, za bardzo zlewają się z narratorem (nie czuć różnicy tonu, pisane są jednostajnie), niekiedy też nie czuć "tła" (w sensie - środowiska, otoczenia). Poza tym bez większych zastrzeżeń. Ot, fajne opowiadanie przygodowe. 

"Opuścili obóz pogrążony we śnie obóz." - tu wypatrzyłem pomyłkę.

Sam tekst jest bardzo dobry stylistycznie. Jest klimat, jest odpowiednio budowane napięcie, jest tajemnica i akcja dlatego czyta się łatwo i przyjemnie. Mam tylko jeden mały zarzut. Moim zdaniem końcówka opowiadania dzieje się zbyt szybko. Cała tajemnica narasta stopniowo i nagle 'łububu' i koniec. No, ale to tylko moje zdanie. W każdym razie daję 5 i oczekuję kolejnych równie dobrych opowiadań.
Pozdrawiam.

Dziękuję za wszystkie komentarze, znalezione błedy i w ogóle :)

Trylogii husyckiej Sapkowskiego nie czytałam, ale chyba zerknę chociaż na ten początek ;) Co do myśli bohatera zlewajacych sie z narratorem - akurat ja nie lubię wszechwiedzących narratorów, więc wybieram narrację personalną, może jeszcze niewprawnie, ale staram się ;) Końcówka za szybko - ech, znowu... :P

Pomysł na opowiadanie pojawił się podczas wykładu "Historia odkryć geograficznych", kiedy to nagle naszła mnie refleksja, że każda z historii opowiadanych przez wykładowcę pasowałaby na opowiadanie fantastyczne, a Tiricz-Mir to prawie jak Barad-Dur. Robert Barkley Shaw i George Hayward to nazwiska autentyczne, Hayward rzeczywiście został zamordowany z niewiadomych przyczyn, ktoś odrąbał mu głowę, ale raczej Shaw nie miał z tym nic wspólnego ;) Historia ich rywalizacji rzeczywiście nadawałaby się na powieść przygodową.

Wykład na UW, dodatkowy? Chciałem się kiedyś na niego zapisać, szkoda, że zrezygnowałem. Muszę wejść na żetonową ;) A co do tekstu - bardzo mi się podoba, jak piszesz - styl, wielość wątków, atmosfera grozy, tajemniczości, także pewna nieprzewidywalność, bo to chyba zadowala czytelnika, jeśli znajduje w tekście coś, czego się nie spodziewał. To zatrzymuje przy czytaniu, sprawia, że jest ciekawe.

Do momentu gdy Janek krzyknął w jaskini: "Brać go", jak dla mnie, było super - i ten tekst z przenoszeniem świadomości - potrafisz zaskakiwać. Jednak ten smok trochę zepsuł mi nastrój. Jeśli Shaw był czarnym charakterem - mordercą - to dlaczego stwór pozwolił mu uciec? Czemu to Janek spadł w przepaść, jeśli był niewinny? Wydaje mi się to trochę amoralne, stąd zdegustowanie, ale jeśli chodzi o warsztat, jestem naprawdę pod wrażeniem.

Stwór nie pozwolił mu uciec, chciał ukarać go sam. A czy Janek był niewinny? No, to już jest pytanie ;) Nie chciałam, żeby wyszło jednoznacznie, stąd żaden z moich bohaterów nie jest mordercą, i żaden nie jest święty - jeden zlecił kradzież, która zakończyła się morderstwem, drugi pragnął zemsty. Resztę niech oceni czytelnik ;)

Tak, tak, dodatkowy wykład na Wydziale Geografii, który dla mnie był "niezwiązany z tokiem studiów" :D Polecam, było bardzo fajnie, rozmarzałam się co środa o 8 rano, marząc o dalekich, nieodkrytych lądach ;) A reszta sali pilnie spisywała zadania z kartografii :P

To chyba trzeba poprawić. :)
Nie trzeba. Takie coś występuje przy zdaniach wtrąconych, np.: "(...) dlatego zwracano się ku tym, które, choć znane geografom, tak długo nie były odwiedzane przez(...)"

Jest coś takiego jak hiperpoprawność, której należy unikać. Zasada mówi, że jeśli przed przecinkiem jest spójnik, to nie daje się go. Oczywiście przecinek zamykający wtrącenie zostaje.


Fajne opowiadanie. Nie ma to jak fakultatywne zajęcia z historii, po moich też mi się zdarzało coś skrobnąć ;)

Cieszę się, że tekst się podobał, mimo kontrowersyjnego przecinka ;) Zerknęłam do słownika interpunkcyjnego - pan Podracki pozwala stawiać przecinek na oba sposoby, jednak na pierwszym miejscu stawia ten, który wymieniła Piwak. Czyli rządzi Pierwsza Zasada Redaktora - nieważne jak, byle konsekwentnie :) Byle nie konsekwentnie źle...

Trafiłam, zachęcona tytułem. Pamir, Azja Środkowa i XIX-wieczne wyprawy to coś o czym mogłabym czytać bez końca. Tutaj też się nie zawiodłam. Gratuluje opowiadania :) pozdrawiam

Dziękuję :) Zawsze fajnie jak mi gwiazdka zamiga przy starym tekście :) A na punkcie odkryć i XIX wieku mam po prostu bzika i też mogę czytać o tym i czytać, pisać i pisać...

A zatem napisz coś jeszcze... chętnie poczytam ;)

Eldorado przeniesione do Azji? To bardzo budujące, w jakich dziwnych okolicznościach człowieka może coś zainspirować. :-)

Babska logika rządzi!

O, ja też kiedyś wybierałem się na ten wykład i w końcu lądowałem gdzie indziej :)

Bardzo podobał mi się klimat – zresztą ja generalnie przepadam za odkrywcami, eksploratorami i ich przygodami. I nie tylko klimat – w ogóle to dobre opowiadanie jest. Nie podeszła mi tylko końcówka – nie bardzo wiem, dlaczego właściwie smokofeniks pomagał Shawowi. To rozwiązanie akcji poszło trochę za szybko, a przeskok do legendy o cmentarzu – jakoś zbyt nagły i nieoczekiwany, potrzebował jeszcze jakiegoś dopowiedzenia w wątku właściwym.

Tym niemniej kliknę Bibliotekę, może łatwiej będzie jeszcze komuś odkopać kiedyś ten tekst :)

„Widzę, że popełnił pan trzy błędy ortograficzne” – markiz Favras po otrzymaniu wyroku skazującego go na śmierć, 1790

Podoba mi się, że bohaterom przygodowej historii nadałaś nazwiska faktycznie istniejących postaci, a jednocześnie pozwoliłaś, by opowieść pozostawiła wrażenie tyleż autentycznej, co baśniowej. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Janek rzadko jednak mówił o swojej przeszłości, czasem tylko wspominał coś drwiąco o zakonnicach z ochronki i dowcipom, które im robił.

Wspominał o dowcipach.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka