- Opowiadanie: GaPa - Jak na sznurku

Jak na sznurku

Zdałem sobie sprawę, że jeśli mam chwilkę i popełnię jakieś dłuższe opowiadanko, to w zasadzie cały czas liżę ten sam temat – zmiany, jakie następują dzięki rozwojowi technologii (informatycznych, genetyki). Jakoś zawsze mnie pasjonowało, jak wpłyną na życie najzwyklejszych nas szaraczków. Może tym tekstem zakończę sprawę?

Opowiadanie jest do przeczytania w archiwalnym, szóstym numerze Silmarisa (z fajną grafiką czerwonego przycisku autorstwa Bogusza Jaśniaka). Niewdzięczna praca korektorska przypadła w udziale Finkli, Ma­rian­nie i Adamowi, za co im serdecznie współczuję.

Tak w zasadzie to był króciutki szorcik, ale Jose piękną francuszczyzną (ja wiem, prawdziwa dama musi znać takie SŁOWA) wytłumaczyła mi, że trzeba sprawę rozbudować. Mam szczerą nadzieję, że trafi za to do piekła, gdzie będzie wesoło bawić się ze znajomymi, zamiast w bezpłciowej postaci samotnie ryczeć hymny na rachitycznej podpórce z pary wodnej. A jeśli do tego dziewczyna ma lęk wysokości? Brrr.... to ci atrakcje. Z drugiej strony, czytała ten tekst przed wszelkimi poprawkami, może więc już jest w miejscu przeznaczenia?

٩(̾●̮̮̃̾•̃̾)۶

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Jak na sznurku

Supertajne spotkanie właśnie się rozpoczęło. Szefowie największych koncernów świata błagali na kolanach, by ich, właśnie ich firmą zarządzał, prowadząc świetlistym szlakiem ku giełdowej hossie, jednak Ren Czartowski wyrzekł skromnie (tonem gościa, który przebył wszystkie drogi, odnajdując PRAWDĘ): „Kochane ludziki, to nie moja skala”, pokręcił z niesmakiem głową i wyszedł, ignorując rozpaczliwe gesty klęczących menedżerów. Zgodnie z logiką snu po kilku krokach dotarł na małą, prywatną wyspę, gdzie w gronie przyjaciół miał spędzać czas na niewyszukanych rozrywkach i rozmowach po coraz mniej egzotyczny świt. I właśnie wtedy, gdy miał ujrzeć roześmiane twarze, by bawić się jak nigdy dotąd, wizja odpłynęła, porzucając go z uczuciem dojmującej straty.

– Niech to… – rzucił niepewnie.

Rozbudzał się, grzebiąc tu i ówdzie dłonią, wciąż trzymając senną ułudę na cienkiej nici pomiędzy jawą a krainą zużytych marzeń, gdy wątłe połączenie puściło. Zaniepokojony zerknął na Całodobowy Rejestrator Morfeusz Model Total 4.v22. Urządzenie było nieaktywne. Więc nic nie zachowa z tej nocy, poza przerażającym poczuciem pustki. Niemal dziecinnym głosem, jakby licząc, że z offu dobiegnie wszechwładny komentarz, wyprowadzając go z błędu, wyrzekł:

– Nie tak kończą się sny z katalogu. Może nawet mój własny mózg to wykombinował. A więc mam puste konto. Brawo. Piękny poranek.

– Na śniadanie stać cię więc tylko na parówki. Najlepiej firmy „Zdeprawowane Świnki Egzalta-tacji" – odparł z kamienną twarzą siedzący w fotelu sąsiad, As Kos. Jego obecność nie była niczym dziwnym, już dawno, tak na wszelki wypadek, wymienili się zapasowymi kluczami do mieszkań. Kolejny dialog Ren przeprowadził wyłącznie w myślach.

„– Wiem, że jesteś reklamowym robotem, perfidnie przybrałeś tylko formę mego kumpla, bo podpisałem jakąś tam zgodę marketingową. Zjem „Po czwakroć witaminizowane serdelki rozkoszy”. Nieczuły jestem na wasze brzydkie, podstępne zagrywki.

– Panie Czartowski, znów pan wygrał – zachrobotał z szacunkiem robot i sztywno opuścił pokój, już w drodze tracąc rysy twarzy sąsiada”.

W rzeczywistości Ren pokręcił z niesmakiem głową i ruszył do łazienki. Chciało mu się lać. Wiedział, że nie jest w stanie rozstrzygnąć, czy siedząca w fotelu postać to fantom, czy sąsiad. Miał ochotę cisnąć w nią kapciem, ale:

a) jeśli to robot reklamowy, mógł odpowiedzieć ogniem

b) jeśli to jego sąsiad…

To dobrze, najlepiej jakby dostał prosto w gębę. Bo ta zagrywka ze „Zdeprawowanymi Świnkami Egzaltacji" była w stylu Asa, wyglądała na typowy dla niego żart, kolejny owoc kilku dni pracowitego knucia. Będzie robił wszystko, by utwierdzić Rena w przekonaniu, że jest robotem reklamowym, ciesząc się jego zakłopotaniem. Zupełnie wypaczone poczucie humoru. Z kolei jeśli to nie on… Cóż, nie jest w stanie „zagiąć” realizującego cele sprzedażowe uzurpatora, który podstępnymi algorytmami bez wysiłku żongluje zettabajtami danych na odległych serwerach. Och, w istocie robot, zamiast udawać jego przyjaciela, powinien donośnym głosem Boga ze starych filmów zagrzmieć: „Wiem wszystko! Powiadam, zjedz parówkę! Sklep jest za rogiem, poprowadzony będziesz przez święte zastępy motohostess do półki wybranej! Pójdź!”. Jeszcze te wszystkie ustawy o równouprawnieniu, poszanowaniu, wolności handlu itd. itp., z powodu których nie mógł wprost zapytać o tożsamość gościa.

Kiedy Ren wyszedł z łazienki, w sypialni nie zastał nikogo. Szybko zapomniał o normalnym przecież zdarzeniu, ale robiąc zakupy, ze zdumieniem odkrył, że w koszyku ma o c z y w i ś c i e tylko i wyłącznie produkty firmy o trzywyrazowej nazwie. Logo producenta przedstawiało gromadkę animowanych świnek, wijących się pośród utworzonych z wędlin liter ZŚE. Całość utrzymano w sepii, co sugerowało wieloletnią obecność na rynku; stara, solidna marka. Miał chwilę – wysłużony automat sprzedażowy co chwilę się resetował – więc sprawdził. Była to nowa odnoga uwikłanego w liczne skandale konsorcjum, ostrą reklamą próbującego zdobyć rynek. Zapłacił i zamyślony przewinął resztę dnia.

 

Następnego poranka wstał wcześnie i zakradł się do Kosa. Tak jak się spodziewał, sąsiad jeszcze spał. Kiedy ten tylko otworzył oczy, Ren wyskandował:

– Hej stary, wpadłem pogadać, ale przypomniałem sobie, że zostawiłem na ogniu parówki firmy „Zdeprawowane Świnki Egzaltacji". Aż tu czuć smakowity zapach.

Machnął gospodarzowi ręką na pożegnanie i wrócił do swojego mieszkania. Przez chwilę się śmiał, a potem z utkwionym w niewidzialnym punkcie spojrzeniem zamarł.

Co za świat, rozmyślał zdruzgotany Ren, chcę moje wypasione, cudownie zbilansowane sny w korzystnym planie ratalnym. Wspomniał trailer z tegorocznego katalogu, który holograficzną sztuczką zapewnił mu kilka minut fantazyjnej podróży, gdy siedział na sedesie. Wciąż rozcierał guza, gdyż dał się wciągnąć kolorowemu klipowi i uderzył głową w ścianę, którą wziął za ukrytą za wodospadem jaskinię pełną przygód. Połknął haczyk, ta reklama była świetnie sprofilowana, umiał to docenić. Nie pozostało nic innego, musiał zarobić. Nie ociągając się więc, ruszył do drzwi. Obrzucił pełnym obrzydzenia spojrzeniem mieszkanie, po czym wyszedł, wtapiając się w tłum odizolowanych sylwetek.

Kolejna bezbarwna podróż do krainy niezadowolonych klientów dobiegła końca i oto otwierał usytuowany w odległych zakamarkach centrum handlowego, daleko za modnymi butikami, niewielki stragan. „Zagadaj z tkanką”, tak mówili na mieście o modzie na staroświecką formę obsługi. Jaskrawo świecący neon, „Ludzka obsługa. Certyfikat Autentyczności”, podkreślał, że jego stanowisko istnieje wyłącznie dzięki efemerydalnemu trendowi. Ren usadowił się za wąską ladą, grając w darmowe, wypełnione wściekłymi reklamami gry. Z rzadka opuszczał wirtualny świat – ale zawsze, gdy z rozgrywki wyrywał go sygnał zbliżającego się incydentalnie klienta. W nagrodę za zapuszczenie się w zapomniane rejony świątyni komercji zgodnie z dwutygodniowym, automatycznie przedłużanym kontraktem, sprzedawca musiał obdzielić konsumenta drogocenną, papierową ulotką zachwalającą przeszczepy twarzy.

W rytm doprowadzającej do szału zapętlonej, skocznej melodii, rozbrzmiewał bezsensowny refren. „Gratis jedna, możesz dokupić – la, la la la – konfiguracje wizerunku każdego celebryty – znajomi paaadną z zazdrości – hu! ha! – kij im w odbytyyyyy! Bliscy ideałuuuuuuuu”. Przez męczącą muzykę przebijał się głos spikera, czytającego wiadomości z podnieceniem przekraczającym wszelkie skale. „Czerwony Generał triumfuje! Darknet na kolanach! Koronkowa akcja, precyzyjnie zaplanowana przez samego szefa policji…” płynnie przeszło w informację o niesamowitych własnościach implantów, jakie wszczepiła sobie Gina Va, celebrytka o „piersiach w siedmiu smakach dyskoteki Szatana”, i to z przedłużonym okresem gwarancji. Ren mógł myśleć wyłącznie o odpoczynku w wygodnym łóżku, marzył o tym, aż marzenie posłuszne dobowemu rytmowi zawiodło go do krainy obfitości.

Stan konta przeskoczył bezwzględne zero, co ułatwiało życie na umęczonej planecie. Podekscytowany Ren Czartowski wybrał z katalogu upragniony sen, kończący się eksplozją szczęścia, nie poczuciem straty, jak ostatnio, gdy zdany był na własny, nieprzewidywalny mózg. Niezawodny Morfeusz, wart tyle, ile cała reszta wyposażenia, z wciąż dającą się odczytać dedykacją „{Wszystki|Najlepsz}EGO na trzydzi3ste ur0dziny", wesoło mrugał zieloną diodą gotowości, więc w dowolnej chwili będzie mógł wrócić do fantastycznych przygód, musi tylko pilnować salda. Ociężale wśliznął się w noc, posłuszny wciąż pulsującemu w tętnicach rytmowi absurdalnej piosenki.

 

Dzień delikatnie obejmował w posiadanie miasto. Ren ziewnął szeroko, skinął głową harcującemu zadziornie promykowi słońca. Przeciągnął się i raźno wyskoczył z łóżka, wesoło pogwizdując melodię szlagieru reklamowego z pracy.

As wszedł bez pukania i zajął miejsce w fotelu. Był naburmuszony. Chwilę zajęło, nim się odezwał.

– Dobra. Skąd…?

– Tezeten?

– No, parówki, że ja.

– To… Po pierwsze sprawdziłem firmę. Są nowym graczem, więc to naturalne, że ostro wbijają na rynek. Potem korelacje. Akcje jednej z firm marketingu bezpośredniego znacząco poszły w górę, więc sprawa była jasna. Pytanie tylko, jak skorzystać z tej wiedzy. Ty wiedziałeś, że sprawdzę. Ja wiedziałem, że ty wiesz i tak dalej. Wraz z matką chrzestną, Czystą Nauką, rozłożyliśmy zagadnienie na czynniki pierwsze. Z układanki wyłoniła się twoja twarz.

– Brzmi prawdopodobnie. A tak naprawdę naprawdę?

– Roboty, szczególnie andki, nie lubią dysfunkcji. Zająknąłeś się. Kiedy jesteś zdenerwowany…

– Przecież to łatwo zagrać.

– Jednak unikają tego.

– To zamyka sprawę! – huknął As, trzykrotnie głośno waląc pięścią w stół.

Wiedział, że zirytuje to ostrożnego z natury Rena, więc korzystając z jego komputera, zaczął zwiedzać wywrotowe fora darknetu. Szukał wyśmiewanych tam wirusowych sloganów o nieustalonym pochodzeniu, zdobywających przestrzeń publiczną z gwałtownością pożaru sawanny. Co smaczniejsze kwestie wygłaszał tonem kościelnego hierarchy.

– Nie ma czasu na zastanawianie. Pracuj na swój sen i nie syp piachu w tryby maszyny, która ci go serwuje. Baw się, pracuj! Dziewczyno, nie marnuj czasu na szkołę! O żeż…

Ren spojrzał ponad ramieniem pobladłego sąsiada. Odtwarzany fragment przepełniony był nieludzkim sadyzmem. Odrażający Obraz Przy Tym Nie Pozostawiający Złudzeń. PRAWDZIWY. Brakowało płaszcza ochronnego, sugerującego umowność scen. Opłata za pełny dostęp była astronomiczna. Wstrząśnięty As zdążył tylko pozostawić handlarzowi okrutnych filmów obraźliwy komentarz, nim Ren odciął go od sieci. Obaj przez chwilę nie mogli złapać tchu. Ohydne kadry paliły powieki. As pierwszy odzyskał głos.

– Chore, amatorskie nagranie. Światło do niczego. Do-dobrze, że dźwięk był wy-wyłączony. Z drugiej strony, ra-raczej nie mogli liczyć na du-duble.

– Naplet. Takie teraz będziesz miał hasło do mojego terminala. Frajer, skunks, naplet.

– Wylu-luzuj.

– Po co? Po co się tam pchałeś? Zwykłe porno jest za słabe?

– To, że nie widzisz zła, nie oznacza…

– A co możemy zrobić! Chcę tylko, żebyś znikł w ścieśniającej się perspektywie korytarza.

Co też się i stało.

 

Podróż do pracy zapamiętał jako skompresowany widok kiwających się we wspólnym rytmie głów. Szybko, jak najszybciej rozłożył stragan i odciął się od rzeczywistości. Grał bez zastanowienia, na reklamach zmieniając grę na kolejną. W powidokach wciąż widział… wciąż widział. Kolejna rozgrywka. Jeszcze jedna. Głośniej! Ukryty poziom! Wystarczyło tylko rozpoznać cycki celebrytki. Bez wahania wpisał „Gina Va". Gra wpuściła go, gdy uświadomił sobie, że nazwisko powinno być pierwsze. Prychnął ze śmiechu. „Trafny nick, złociutka".

Zupełnie stracił poczucie czasu. W którymś momencie ze zdumieniem odkrył, że od dawna nie uświadczył żadnego przerywnika, reklamy. Nic. Za to rósł wskaźnik p r a w d z i w y c h pieniędzy, które otrzymywał za wykonywane zadania. „Po prostu jestem świetny". Kolejny przebłysk kontaktu ze światem miał, gdy w grze przeskoczył z epoki kamiennej do epoki brązu. Ubrany był tylko w przepaskę biodrową, zwisającą niemal do kolan. „I dobrze, żeby nic nie wystawało", wymamrotał i rzucił się na wroga. Kruszył mury, zdobywał zamki. Nie przerywał. Inwestował wszystko w coraz lepsze wyposażenie. Pokonywał kolejnych bossów. Ostatniego załatwił kierowanym pociskiem taktycznym i już przemierzał kosmos w poszukiwaniu następnego wyzwania.

Królowej nadano imię ku czci słynnej profesor fizyki teoretycznej, która odwiedzała telewizje śniadaniowe w obcisłej bluzce. Brylowała w sieci, bo już kilkukrotnie wątłe zapięcie nie upilnowało dorodnych piersi. Na jednej widniało niewielkie logo znanego koncernu lotniczego. Mieh Jose. Jej twarz śledził, tropił w plątaninie planet i asteroid zimnego, czerwonego karła. Niszczył floty i wysadzał światy, wciąż niepokonany. W ekstazie unicestwił cały układ słoneczny. Przeskoczyli na poziom galaktyk.

I wreszcie. Ostateczna rozgrywka. Twierdza miała rozmiar kilku parseków. Sprawdził swój wynik. Kwota była oszołamiająca, ale gdy zobaczył, jaka jest nagroda za zatłuczenie królowej, nie miał wątpliwości. Kupował w szale kolejne okręty, tracił jednostki flagowe i powoli zdobywał teren. Odetchnął głęboko. Broniła się dobrze i zapas gotówki skurczył się znacznie, ale pozostało już samo jądro – matowy sześcian, oświetlony blaskiem wybuchów dogorywającej bazy. Miał ją.

Na czele brygady szturmowej przemierzał korytarze ostatniego bastionu wroga, chciał sprawę załatwić osobiście, oko w oko. Pragnął widzieć, jak zdycha, okraszając wnętrznościami tron, który jemu się należał. Kosztowało to sporo wysiłku i niemal wszystkie zasoby, ale już ją widział. Obserwowała go, dumna, władcza, o drwiącym spojrzeniu. Żywy trup – pomyślał i przypuścił atak. Niewidzialna bariera była nie do ruszenia, nawet jej nie osmalił. Nastawił kilka automatów na ciągły ostrzał i zaczął badać teren. Jest! Poziom niżej. Mały obszar, o którym zapomniała. Tędy wejdzie. Musiał tylko przewiercić superwytrzymały strop. Idealnie! Stan konta zredukował do zera, ale już puszczał w ruch zakupiony świder.

Od razu poczuł, że coś jest nie tak. Było za późno! Eksplozja w rytm ostrej muzyki rozrywała członki. Czas niemal zatrzymał się, dając mu szansę policzenia każdej komórki organizmu, każdego nerwu. Bólu nie zabrakło dla żadnego i rozpoczęła się powtórka. Wił się, szukając ulgi. Dostrzegł wielki, czerwony przycisk bezpieczeństwa. Zajęło mu wieczność czy dwie, nim go wcisnął, napierając całym ciałem.

Rzeczywistość zaskoczyła i zorientował się, że jest w swoim żałosnym straganie. Stojący przed nim drobny mężczyzna delikatnie uniósł jego dłoń, nie spiesząc się odlepił od niej arkusz urzędowo wyglądającego papieru, prosząc, by nie zgubił kopii, po czym zajrzał za kontuar. Obrzucił bacznym spojrzeniem poszerzającą się na spodniach sprzedawcy plamę i zatkał nos.

– Gratulacje dla twórcy komentarza miesiąca darknetu – wyrzekł i dopiero wtedy dotarło do Rena, że gość ma przeszczep twarzy, jeden z droższych modeli. Rysy twarzy zmieniały się w oszałamiającym tempie. Zasmużone, zimne światła wirowały, wirowały…

 

Musiał upaść, bo niezgrabnie zbierał się z podłogi. Centrum handlowe tkwiło w fazie zombie, jak nazywał nocną porę, kiedy czynne były nieliczne spośród dostępnych atrakcji. Gapił się na przypieczętowaną odciskiem palca umowę kredytową. Oto cena za wyrwanie się z matni bólu. Wystarczyło podłożyć kartkę w chwili, gdy w świecie gry cisnął wielki, czerwony przycisk. Wpadł w pułapkę. Otwórz oczy! Za chwilę w lustrze wystąpi zdobywca Superpucharu Frajerów! Świat sprasował go w kulkę i miotał po ludnych ulicach, odbijał od lamp, przeciągał po śmietnikach i zapomnianych skwerach, by rzucić w wymiętą karuzelę zapomnienia.

 

Cztery lata… nieskończoność, której nie mogły objąć najdłuższe nawet ramiona. Myśl ta rozwiała się w różne strony, porywając świadomość Rena za sobą. Gonił ją po wzgórzach. Wtedy domyślił się, że sam jest malutką kropką, którą ściga. Kiedy usiadł, by zastanowić się, co robić, wspomnienia powróciły. Zwymiotował nimi.

Był w mieszkaniu. Wyjrzał przez okno, ze złudną nadzieją, że jest w stanie odczytać porę roku, w Metropolii było to niemożliwe. A jednak, rozmyślał zdumiony, muszą być takie miejsca. Przekraczasz próg i wita cię wiosna, jesień. Gdzie życie płynie w rytm uderzeń serca, a nie w fantomowym wyścigu gigaherców.

– Mów – wychrypiał w stronę siedzącego nieruchomo w fotelu sąsiada.

– Co pamiętasz?

– Wszystko do wyjścia z pracy. I gorączkę.

– Więc opowiadam, jak jest, szybko i sprawnie, nie przedłużając, bo pewnie umierasz z niepokoju, czując się jak wypruty flak najpodlejszego ze ssaków. Cóż, żyjesz. Łapiesz? Taka analogia. Kanałowe leczenie zęba bez znieczulenia, a w tym czasie miss uniwersum robi ci loda. Dobra dobra, się nie niecierpliw, wracam do tematu. Tydzień zajęło, nim lekarz stwierdził, że nie trzeba wróżyć z fusów. To musiało być w egzemplarzu umowy, który zabrali. Zaprogramowane na ciebie DNA czy jakiś patogen. Więc myślę, że nie chcieli ciebie załatwić, tylko postraszyć.

– Mnie… Słuchaj, jest jeszcze taka sprawa…

– ?

– Trzeba jednego gościa namierzyć. Może się uda…

– OK, co wiesz?

– Imię na „A", sądzi chyba, że w sieci można pozostać anonimowym. Zawiesza „wyważone", krytyczne opinie na temat oferowanego towaru handlarzom z darknetu. Z, wyobraź sobie, cudzego komputera.

– Niedobrze robi. Gdybym go namierzył, to…?

– Powiedz mu, żeby rosołu nagotował.

– Da się zrobić. Coś je-jeszcze? – dopytywał matowym głosem As.

– Myślę, że było tak. Za tanie świecidełko jakiś dwunastolatek w trzynaście sekund sprawdził, skąd padł komentarz, przy czym przez jedenaście szukał wykałaczki. Parę minut potem sympatyczny – aczkolwiek nie do zapamiętania – gość z przeszczepem twarzy zarzucał mi finansową pętlę na szyję.

– No, i wiedz, że załatwili to profesjonalnie, umowa kredytowa jest w porządku, nie do podważenia. Na szczęście to bank głównego nurtu, nie jedna z tych „niezależnych" organizacji, która potem wysyła wyposażone w odlotowe zabawki fantomaty, pilnujące rat spłat. A jeśli nie spłacasz…

– …się wywracasz, wywracasz – Ren mechanicznie dokończył popularny slogan reklamowy. Tknięty impulsem dodał: – Cztery lata.

– Czyli nie po próżnicy cały czas pytlowałem. Ha ha, zapłodniłem twój mózg. Dokładnie policzyłem. Jako że będziemy spłacać razem, łącząc moc naszych fortun, to w tym czasie wyjdziemy na czysto. To tylko tysiąc czterysta czterdzieści dni, niewiele ponad dwa miliony minut. Sam wiesz, jak czas szybko leci. Ani się obejrzysz. Oczywiście parę sprzętów będziemy musieli opchnąć. W zasadzie nieco zbędnego balastu już upłynniłem.

Ren odruchowo zerknął na nieaktywnego Morfeusza. As uciekł spojrzeniem w bok, kontynuując niezmienionym tonem.

– Przechodzone rejestratory słabo stoją, ten złom zachowamy. A już za (chórem!) cztery słodkie lata… – cedził monotonnie, aż Ren znowu wślizgnął się w rejon pomiędzy snem a jawą. Cienka zasłona, której nie miał ochoty rozerwać, chroniła przed wszystkim wokół. Spadł w niedające się opisać obrazy. Z zadumy wyrwał go głos przyjaciela. Wbił się pytaniem w równy ciąg słów.

– Ale dlaczego tak się stało?

Wyrzekłszy to, skamieniał. Z mocą faktu uderzyła w niego myśl, że mógł zostać bohaterem sprzedawanego w darknecie filmu. Nieważne, czy ostatnią podróż odbyłby z niskim, spokojnym gościem, który podłożył mu umowę. Nie miałoby to żadnego znaczenia w upstrzonej ciemnymi plamami piwnicy. Od tego wszystkiego dzieliła go bariera nie grubsza niż arkusz papieru. Zadecydował kaprys albo wynik rzutu kostką, szybko podjęta decyzja tej samej wagi, jaką on przykładał do wyboru: rogal czy zwykła bułka? Sparaliżowany nie mógł się ruszyć. Stalowozimna dłoń chwyciła żebra, zamrażając klatkę piersiową. Twarz zastygła niczym jeszcze nie uruchomiony tani przeszczep.

– Przez chwilę nasz świat przeciął się z innym, dusznym, gdzie skrupuły są od dawna niewidzianą monetą. – Ten tekst As skierował do wyrażających zdziwienie brwi Rena. Zaciśniętym mocno wargom mówił o pochwale tchórzostwa. I o tym, że w istocie dostali tylko prztyczka. Para frajerów, której w końcu musiało się to w ten czy inny sposób przytrafić, a najbardziej Renowi, który zawsze ślizga się na granicy wypłacalności, jak każdy uzależniony od cyberrozrywek. W istocie to nawet zabawne, że lawinę wywołał mały komentarz na forum, ale widocznie taki mają model biznesowy. Wyraźnie w kierunku nosa As skierował tyradę o poświęceniu służb, penetrujących zakazane rewiry w brudnej rozgrywce, o której zwykli obywatele wolą nie wiedzieć. Że podziemny świat pełny jest prymitywnego okrucieństwa i skomplikowanych, wielopiętrowych planów, dlatego walka jest niełatwa. Słowa wylewały się z niego, przylepiały do wyposażenia mieszkania, odczyniając mroczny urok. A potem Ren ze zdumieniem odkrył, że włączył się do rozmowy. Przemawiali na zmianę, tracąc poczucie, kto wypowiada słowa. Nie liczyła się treść. Były budulcem, z którego wznosili niewidzialny most.

Z kolejnego transu znowu wyrwała go opowiadana przez Asa historia.

– Rozumiesz? Leżała przed blokiem, każdy spotkał ją setki razy w drodze do pracy czy kolejce do psychomatu. Jeden z wielu sąsiadów, z którym nie zamieniłeś nawet słowa. Nikt nie przystanął zapytać, co się stało. Klucze znalazłem w torebce. Miała drobne, posiniaczone ciało. Rozebrałem ją i wykąpałem. Woda zabarwiła się na czerwono. Ktoś ją naprawdę nieźle stłukł. Cały czas mamrotała, że nic jej nie jest, że da sobie radę. Błagała, by nikogo nie powiadamiać. Odszedłem dopiero, gdy zasnęła zdrowym snem. Pochrapywała jak jakieś małe zwierzątko domowe. Potem mijaliśmy się bez słowa, jak przedtem.

– Mam się rozebrać i wskoczyć do wanny? A może od razu…? – odparł złośliwie Ren, odchylając kołdrę, ale wiedział o co chodzi w tej – był tego zupełnie pewny – zmyślonej naprędce historyjce. Czyjąś obecność. W gorzki czas słychać przyjazny oddech i dajesz radę. Potem, z perspektywy tych, co przeżyli, groza blaknie, gwałtownymi ugryzieniami powracając w chwilach zwątpienia. Przypomniał sobie słowa lekarza, zszywającego zapłakanemu młodzieńcowi, którym kiedyś był, łuk brwiowy. „Rana się zagoi, ale ślad zostanie".

 

Słuchał jednym uchem Asa, tłumaczącego zasady gry w karty. Nowa, bezpieczna rozrywka. Ren wziął nadrealne kartoniki o przyjemnej w dotyku fakturze i zaczął je układać kolorami i figurami.

Podobały mu się. Zdał sobie sprawę, że tak naprawdę jest zadowolony. Pozbył się odpowiedzialności, która zawsze go dusiła, odbierając przyjemność egzystencji. Te wszystkie konsekwencje bycia dorosłym. Kumpel przejął kontrolę. Powie, co i jak, przeprowadzi przez pokręcone ścieżki życia. Przerwał potok słów, prosząc o powtórzenie. As spełnił żądanie, przy czym – Ren był o tym przekonany – co do słowa wyrecytował wcześniejszy tekst, jakby ktoś po prostu cofnął nagranie. W oczach sąsiada dostrzegł osobliwy poblask. Zmęczony odsunął od siebie niesformułowaną myśl, zapytał jedynie o liczbę kart w talii, jakby potrzebował stałych i niepodważalnych faktów, niczego więcej.

– Pięćdziesiąt dwie.

– Pięćdziesiąt dwie, wie – niczym echo powtórzył Ren. – Cóż, powinniśmy wyciągnąć wnioski z całej tej historii – dodał i po chwili całkowicie dał się ponieść grze.

Cienie wędrowały po meblach, wyszarzając pokój, aż sen porwał zmęczonego człowieka na nieistniejące terytoria.

 

Powrócił do rzeczywistości bez nawet małego przebłysku, co spotkało go w niekontrolowanej krainie fantazji. Warto było za to podziękować, więc to zrobił. Jeszcze bał się skorzystać z sieci, ale ledwo wygrał z pokusą. Z drugiej strony wszystko wydawało się takie skomplikowane. Niespodziewanie zerwał się z łóżka i podskoczył z animuszem. Jeżeli nie będzie brał urlopu, to za niecałe cztery lata, gdy światełko na Morfeuszu zmieni barwę ze wstrętnobursztynowej na przyjazną zieleń, będzie miał do wykorzystania… Musi spytać Asa, na pewno będzie wiedział. Wtedy zaszaleje! Oczami wyobraźni widział swoją sylwetkę wygodnie ułożoną na kanapie, zanurzoną w jednym z katalogowych, dwutygodniowych snów klasy premium. Obok będzie wesoło bzyczała aparatura do odżywiania pozajelitowego. Nie mógł się doczekać spełnienia wizji, od której dzielił go niekorzystny zapis bitów na odległym serwerze bankowym. A może sfrunie cyberwróżka i spełni jego życzenie wcześniej? Nigdy nie można tego wykluczyć. Nigdy.

 

Wydawało się, że przyjaciel cały czas obecny jest w pokoju, czuwając, „dopóki nie wydobrzejesz i nie wrócisz do pracy". O dziwo, stanowisko na straganie, wedle jego zapewnień, wciąż czekało. Organizm dochodził do siebie, w moczu nie było krwi, nie padał omdlały po kilku krokach, nawet zmarszczki znikały. Więc faktycznie, to był zwykły prztyczek. Świt brzdąkał na harfie nocy, podmieniając daty w kalendarzu.

 

Te cholerne słowa ciągle uciekały, niczym ziarenka kwarcu porywane z piaskownicy, którą było życie. Nagle go to przeraziło, bo – z niejasnych powodów – wydawało mu się, że powinno być oceanem. Czuł znużenie, poduszka wzywała. Czas odkręcił kurek z godzinami, dniami i zapomnieniem.

 

Twist

 

Nie mógł oderwać się od klocków, najnowszego prezentu od Asa. As był dzisiaj smutny, ale przynajmniej się nie jąkał. To dobrze, bo łatwo go zrozumieć. Hurra! Wycieczka! Ren dostał przebranie! Czarny, błyszczący strój. As powiedział, że ma zadanie dla Rena. I potem będzie nagroda! Pójdą zjeść, i że Ren będzie mógł wybierać dania. „Parówki są pyyyyszne!", krzyknął Ren. As wiedział, jakie on lubi najbardziej, bo As był dobry i się nim opiekował. Chyba od zawsze. Fajny jest świat. Taka piaskownica pełna zabawek, które można ciskać z kąta w kąt. A kiedyś to on zaopiekuje się Asem, bo tak robią przyjaciele. Uśmiechnął się do niego z wdzięcznością.

Jechali autem! Potem musieli długo czekać w wąskiej uliczce. As cały czas powtarzał, co Ren ma zrobić. To było trudne do zapamiętania, Ren kiwał jednak głową, że rozumie. I że tak, to ważne, by zrobił wszystko zgodnie z instrukcją. Zadowolony usłyszał, że As wie, że Ren sobie poradzi. W dodatku As będzie niedaleko. Nie, As nie może pójść. To zadanie dla Rena Superbohatera! Tak, As zaczeka, pokaże gdzie. Zapamiętasz? Pokiwał głową. No pewnie. Przecież miał specjalny strój. Potem Ren otworzył drzwi. Szli długim korytarzem i weszli do wielkiej kuchni. To pewnie tutaj zjedzą. Jednak nie? Pamiętasz? Jesteś na misji. As dał mu podarunek, który trzeba zanieść innemu panu. Potem Ren musi wrócić do Asa. Ren denerwował się, że zapomni, co ma powiedzieć. As mówił, że wszystko się uda. A potem As wskazał Renowi wielkie drzwi i powiedział że już, żeby szedł.

Ren aż przystanął, tak piękne było pomieszczenie. Z sufitu zwisały wielkie żyrandole. Na podeście grała orkiestra. Ren rozpoznał gitarę, trąbkę i perkusję. Ale to fajne! Na tych wszystkich rzeczach grał jeden gość z sześcioma rękoma! I jeszcze śpiewał! Tak jak mówił As, (bo As zawsze ma rację) Ren bez trudu odnalazł stolik. Trochę się denerwował i chyba zapomniał co ma powiedzieć. Ufff, w ostatniej chwili mu się przypomniało!

– Oto rachunek i pióro – powiedział do pana o tak czerwonych włosach, że aż chciało mu się zaśmiać. W istocie może i tak by zrobił, ale ktoś krzyknął głośno „Hej, ty!", muzyka przestała grać i nagle pociemniało mu w oczach.

 

Chmara podekscytowanych techników opuściła pokój. Mason nerwowo przestępował z nogi na nogę. Jego przełożony, sam „Czerwony Generał", jak go nazywali jedni, „Rudy Kutas", jak inni, lub po prostu Szef, jak zwracali się do niego podwładni, zafascynowany przypatrywał się dwóm mężczyznom, od których odgradzała go tylko wątła (zdaniem Masona) przegroda przeciwpancernego, działającego jak lustro weneckie tworzywa.

Był to zwykły, niedofinansowany komisariat, dlatego Mason nie ufał systemom obronnym. Bał się, że zawieść może wszystko, nawet niezależny system wentylacji.

– Tu nie jest bezpiecznie. Szefie, zabierajmy się do centrali. Sprawa śmierdzi.

– Blisko podeszli – odparł zagadnięty. Drżały mu nozdrza. – Co wiemy?

– Ten chlipiący, wyższy, to Ren Czartowski. Sierota i debil. Ponoć cud, że mówi. Niewinny i dobry, dlatego detektor agresji zawiódł. Chmura bakterii, DNA zgodne z osobniczym wzorcem. Szkoły ukończone z dobrymi wynikami, nie wiemy, co spowodowało takie uwstecznienie. Niedawno zaciągnięty kredyt na dużą kwotę. Miesiąc temu był wyszczekanym sprzedawcą z wizją przyszłości, a teraz należałoby mu szukać miejsca w przedszkolu. Wygląda raczej jak ofiara. Mamy monitoring, przyprowadził go ten drugi, As Kos.

– Gość nazywa się As Kos? Ma imię jak postać z holohistoryjek? To nie jest nielegalne?

– Martwi to nas, Szefie? Wracając do Czartowskiego. Wystarczyło dotknąć piórem papieru, by dwuskładnikowy aerozol DNA, ukierunkowany na Szefa…

– To dlatego nie wychwyciła go żadna z bramek SITA.

– Dokładnie. Po uwolnieniu podobno byłaby to kwestia sekund, wystarczyłaby śladowa ekspozycja. Chłopcy już są pod wrażeniem, w LABCentralnym nie mogą się doczekać próbek. Idziemy dalej. Drugi…

– As Kos!

– …to replika. DNA zgodne z pierwowzorem. Zdaniem techników ubrania zdjęli z żywego jeszcze oryginału, dzięki czemu chmura bakterii zgadzała się z wzornikiem. Oczywiście prawdziwy Kos…

– As Kos!

– …może jeszcze kontynuować egzystencję, ale nie stawiałbym na to. Wzajemne relacje? Wychowali się wspólnie w domu dziecka. Obaj niepraktykujący hetero. Mieszkali, pracowali, niezamieszani i te de, i te pe. Wydaje się, że odkąd skretyniał, Renem zajmował się ten drugi. Nie wiemy, kiedy dokonano podmiany. A potem hokus pokus i mamy zabójczy duet, Debil i Replika. Oto narzędzia zła. Szefie, chodźmy stąd.

– A jednak udało nam się. Mason, brawo! Znokautowałeś go w ostatniej chwili. W restauracji oczywiście musieli kogoś mieć. Szkoda, dawali tam prawdziwą wołowinę.

– Szefie…

– Mason, przestań się wiercić! Już zjeżdżamy. Tych dwóch do nas. Co technicy mają o tej wspaniałej jakości kolekcjonerskiej replice Asa Kosa?

– Nic. Nowy typ. Niestabilny, skomplikowany, nic nie mogą zagwarantować. Analiza zajmie miesiące.

Wtedy właśnie zadzwonił telefon Szefa i czas wykonał jeden ze swoich wspaniałych trików, jak film nagrany w tempie tysiąca klatek na sekundę puszczony czterdzieści razy wolniej. Masonowi wydawało się, że godzinami gałka oczna repliki wybrzuszała się, nim narodził się z niej niewielki pocisk pędzący ku dzielącej ich przegrodzie. Jednocześnie żuchwy rozchyliły się, jakby były na zawiasach. Góra głowy odpadła i z wnętrza zaczęły wylatywać przezroczyste bańki, cicho pękając.

Niczym odgłos przygotowywanego w oddalonej kuchni popcornu, pomyślał zrozpaczony Mason, wiedząc, co się stanie. Tworzywo puściło i Szef padł na podłogę, jeszcze zanim ostatni kawałek wirujących odłamków znieruchomiał. Nie była to dobra śmierć. W dodatku małą cząstką rozumu Mason akceptował to, że Ren podszedł do drgającego truchła repliki przyjaciela i błagał, szarpiąc go za rękę, „As, możemy już wrócić do domu? Nawet bez parówek?”. Wydawało się to logiczne i uzasadnione. Znacznie większa jednak część Masona zastanawiała się, czym jest dźwięk, zagłuszający syreny, nim zdał sobie sprawę, że to on wyje. To także wydawało się logiczne.

Rozpaczliwy hymn bezsilności, nie niosący spokoju jasnego tonu trąbki na pogrzebie. Dotkliwa porażka. Stracili przywódcę i symbol. Oto kim był Rudy Kutas: świętym naszych czasów, szalonym i skutecznym. Kolos powalony w podstępnej rozgrywce, w której chodziło o to co zwykle.

W pomieszczeniu zagotowało się od ciężkozbrojnych. Rzeczywistość przez chwilę zachwiała się. Mason był pewny, że dreszcz, który go przeszył, rozszedł się koncentrycznie po całej Metropolii. Zmarszczka w samej strukturze świata. Cóż, fale rozejdą się i znikną, nagłówki zapłoną czerwienią z ostatniej chwili, nim zostaną zastąpione innymi. Odwrócił się i odszedł. Miał nadzieję, że pada. Tego mu było trzeba. Zimnych, oczyszczających kropel, które zmyją znużenie. Jutro kolejny początek. W myśli tej kryło się tyle radości, co w zaropiałym oku maltretowanego kota, nieważne czy repliki.

Koniec

Komentarze

Ech… napisałeś opowiadanie o ciekawych sprawach w interesującym świecie. Ale… wybacz, bo to subiektywne, bardzo cieżko się czyta. Niektóre porównania perełki. Inne wydają się przekombinowane i wprowadzają tak duży szum informacyjny, że nadpisują się na przekazy wcześniejsze, przez co musiałem wracać i czytać ponownie.

Ogólnie ciekawe sprawy zostały poruszone,  ale w stylu ciężkostrawnych. Mam nadzieję, że mój odbiór tekstu będzie niszowy. 

 

 

– Mam się rozebrać i wskoczyć do wanny? A może od razu…? – odparł złośliwie Ren, odchylając kołdrę, ale wiedział o chodzi w tej – był tego zupełnie pewny – zmyślonej naprędce historyjce.

 

@Black­burn – dzięki Ci za komentarz. Hm, wydaje mi się, że faktycznie dość ciężko mi się to pisało, co pewnie czuć, ale temat ciskał się po czaszce i nie dawał spokoju. Wszystko poukładane i tylko spisać, a tu opór. Jak się musiały męczyć te biedne dziewczyny, które mi pomagały! Podejrzewam, że po prostu nie rozgryzłem dobrze postaci (oprócz Masona, z nim nie miałem takiego problemu), bo z dialogów też nie jestem zadowolony. Myślę, że najpłynniej “wchodzi” scena grania oraz ostatnie akapity, jest też chyba parę fajnych patentów i dość (moim zdaniem oczywiście) kompletny świat.

Może ktoś z pozytywów powyciąga dość, by być zadowolonym z lektury.

 

pzdr

@('_')@

GaPo, Hm… mój komentarz rzeczywiście ma wydźwięk negatywny, ale, tak, świat jest ciekawy i niepokojący a poruszony problem ważki – daje do myślenia o przyszłości, a i o teraźniejszości.  Dzięki temu lektura wciągnęła i doczytałem do końca. Opis gry był klarowny, potwierdzam. Było kilka zdań, przy których się zatrzymałem – perełki. O tym, co mi się nie podobało, napisałem wcześniej, więc nie będę powtarzał. No po prostu mam ambiwalentne wrażenia. 

 

Edit: a, pomysł z Morfeuszem jest moim zdaniem genialny. Taki wynalazek to byłaby rewolucja na skalę jaka była z radiem, tv czy internetem. Chciałbym. ;)

Tak też odebrałem Twój komentarz, @Black­burnie. Gdyby był jakiś system pozytywnego oceniania przydatności komentarzy, niezwłocznie bym go użył ;)

pzdr

d[ o_0 ]b

Skądś to znam… ;-)

Ogólnie jestem rozdarta – parę pomysłów mi się spodobało, ale całość zaiste ciężkostrawna, przez to nie czyta się lekko. Niekiedy miałam wrażenie, że tekst mnie przerasta. Irytujące wrażenie, psiakitka.

Nie tylko ja pracowałam nad korektą. Marianna i Adam też się przyłożyli. :-)

Babska logika rządzi!

@Fin­kla – zmieniłem preambułę. Po prostu w nazwie pliku z poprawkami gdzieś mi mignęła Finkla i tak mi się zakodowało. Co do opowiadania to tak właśnie mi się wydawało, że (oczywiście jeśli) ma się to komuś spodobać, to bardziej Adamowi niźli Tobie ;). Jose mi jednak przetrzepała skórę i mam wrażenie, że przy kolejnych tekstach będzie lepiej w tym aspekcie. Np Bobby idzie do szkoły powstał później od “Jak na sznurku”. Nowy ja!

 

@Black­burn – z Morfeuszem bo byłby raz-dwa cały ekosystem – mniej czy bardziej legalny. Takie tam zwykłe ludzkie sprawy – hakujesz konsolę sąsiada i wykradasz jego najskrytsze pragnienia, wrzucając anonimowo na jego face filmiki, pracujesz nad znajomą dziewczyną, delikatnie zmieniając rysy twarzy amanta z jej snów (by przypominały, kurka, Ciebie ;), nawet goście produkujący sterowniki do maszyn odżywiających pozajelitowo swoją porcję tortu by mieli. Wielkie przepływy środków pieniężnych! Nie mówiąc o całej masie kreatywnych gości (AI tudzież?) dbających o najwyższy poziom rozrywki. Ho ho, mikropłatności w snach!

pzdr

<*_*>

GaPa, dawaj, napisz opowiadanie fantastyczno-kryminalne, gdzie osią fabuły jest shakowana cześć ekosystemu Morfeusza – i implikacje z tym związane: śledztwo, tracący zmysły użytkownicy albo uzyskujący dziwne zdolności przez włamanie się do ich najgłębszych pokładów podświadomości, zarażanie cudzymi snami, podmiana świadomości… szerokie pole do popisu. :)

Incepcja czyli rzecz o rolniku, który nagle pokochał muzykę klasyczną i śpiewaku tenorowym, który założył zagon kartofli na gmachu opery? Wszystko przez błąd jednego przemęczonego programisty Morfeusza… ;)

pzdr

ô¿ô

Czytałbym. :)

Przykro mi, GaPo, czytałam z trudem, ale choć cały czas starałam się pojąć, o czym czytam, starania poszły na marne i muszę wyznać, że nie wiem, co przeczytałam. :(

 

Nie czuły je­stem na wasze brzyd­kie, pod­stęp­ne za­gryw­ki. –> Nieczuły je­stem na wasze brzyd­kie, pod­stęp­ne za­gryw­ki.

 

– … może jesz­cze kon­ty­nu­ować eg­zy­sten­cję… –> Zbędna spacja po wielokropku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest rzeczywiście pewien kłopot z czytaniem tego opowiadania. Z gęstością słów, znaczeń, z pewną ekwilibrystyką myśli i skojarzeń. Z obrazowaniem świata przez jakby przymrużone oko narratora, z niepowagą wszystkiego i misz-maszem odjechanych scen. Poplątaniem tego co opisowe w opisach.

Ten świat błyska po oczach jak stroboskop i nieco męczy w odbiorze.

Ale jednocześnie ten chaos dobrze oddaje chaotyczne przenikanie się rzeczywistości wirtualnej z światem rzeczywistym, gry z realem, zmian zachodzących w mózgu bohatera, jego ogłupianie przez całą tę technikę i odklejanie sie od świata realnego.

Dosyć ciężka ale jednak satysfakcjonująca lektura. Klikam na bibliotekę.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czytałem ten tekst w Silmarisie, ale niestety go nie zrozumiałem.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

@mr.maras – cieszy mnie takie odczytanie tekstu (oczywiście niedobrze, że mozolnie, pozytywnie, iż z satysfakcją)

@re­gu­la­to­rzy, @Szysz­ko­wy­Dzia­dku mr.maras ładnie mi wytłumaczył, o co tu chodzi. Widocznie to ten gość, który intuicję umie ubrać w słowa ;)

 

Dzięki za komentarze.

pzdr

ب_ب

Podpinam się pod komentarze Mr Marasa i Blackburna. Świat rysujesz ciekawy, motyw wirtualnej rzeczywistości, choć supernowy nie jest, pokazujesz ciekawie. Jednocześnie, jak to dobrze określił Mr Maras, “dajesz stroboskopem po oczach”. Były momenty, gdy musiałem przystanąć, odsapnąć i przeczytać jeszcze raz, bo nagle gubiłem się w narracji.

Fabularnie wydaje mi się, że niczego nie brakuje – o ile właściwie wszystko zrozumiałem.

Podsumowując: trudny koncert fajerwerków. Klika ode mnie dostanie, bo świat mnie zainteresował, pojawiają się tutaj ciekawe motywy, ale odbiór mógłby być mniej męczący.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki, @No­Whe­re­Man, za komentarz. Kimże bym-był-że, gdybym twierdził, że nie ma tu co poprawiać… Tak jak napisałem, wiedziałem jak to wszystko tam działa, ale nie za bardzo “czułem” tych dwóch gości, Asa i Rena. Podsumowując: słodko/kwaśno. Czy uda mi się wyzbyć dominującej niekiedy męczącej maniery? Ale o tym w następnym odcinku ;)

pzdr

ة_ة

Fabuła w sumie prosta, za to wizja niepłytka.

Mnie się podobał zwłaszcza nastrój tego opowiadania. Twoja proza jest żywa i gęsta, tak jak zazwyczaj. Jest bohater w sidłach odczłowieczonego systemu, do tego zacieranie się granic rzeczywistości, trochę jak u Dicka, i czuć podobny jak u klasyka pośpiech w przelewaniu wizji na papier (miejscami).

Przez specyficzny styl oraz niepełne przedstawienie różnych futurystycznych idei czytelnik może być nieco zagubiony. Poczuć się obco. To niekoniecznie źle, bo jednocześnie dostajemy lepsze zanurzenie, paradoksalny autentyzm.

Nie powiem jednak, że nie można było tego opowiadania napisać lepiej, bardziej go dopracować, tu i ówdzie lepiej wyeksponować zdarzenia. Że nie dało się przekazać emocji bohatera wyraźniej.

Twist wydaje się niesygnalizowany i oderwany, co mi nie odpowiada. OK, został zapowiedziany dosłownie – bardzo nietypowy zabieg ;) Nie o to jednak chodzi. Chodzi o to, że końcówka słabo wynika z przebiegu fabuły (chyba że coś mi umknęło).

Sama w sobie końcowa scenka jest dobra, ma moc.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dzięki za konkretny komentarz, panie @jeroh. Nie da się ukryć, jestem wyznawcą Dicka ;) Co do twista to, jak zauważyłeś, fabuła jest w sumie prosta: kliknij po SPOILER, więc twist to niejako przedstawienie konsekwencji wydarzeń poprzedzających.

Cóż, bohaterowie mi się (niemal dosłownie) już wyczerpywali… Ale tak chyba wygląda życie? Ktoś daleko podejmuje decyzje, z jego punktu widzenia są tylko narzędzia (As i Ren, ot takie szaraczki do skubania) i sposobność. Zresztą, tutaj ów ktoś upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu, zaiste ekonomiczna prostota rozwiązywania spraw.

Wydawało mi się, że takie zakończenie będzie OK. Zresztą, scena końcowa to ta, z której akurat jestem zadowolony. Myślę, że bez ostatnich akapitów byłoby, hm, cienko ;)

 

pzdr

˚∆˚

Interesujący pomysł.

Nie wyjaśniasz, o co chodziło z tą umową, w jaki sposób Ren nagle głupieje, ani co się stało z sąsiadem, ale nie bardzo mi to przeszkadza. W sumie zbudowałeś taki oszukany świat – nigdy nie wiadomo, kto jest kim. Fajny pomysł z replikantem.

Przeczytałam z przyjemnością :)

 

Hej Anet.

Hm, w sumie fajny komentarz ;)

 

pzdr

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Surrealistyczne – ale nie miłe. O co chodzi? Pomijając wydumane metafory ("zdobywających przestrzeń publiczną z gwałtownością pożaru sawanny", "spokój jasnego tonu trąbki na pogrzebie" etc.) i nienaturalne dialogi ("żebyś znikł w ścieśniającej się perspektywie korytarza"), a także niegramatyczne "po czwakroć" (powinno być "po czterokroć") – trudno mi wyłuskać z tego tekstu cokolwiek konkretnego. Co tam się wydarzyło, dlaczego i ku czyjej korzyści? Czy to wszystko sen, czy coś jednak było jawą? I co właściwie z tego wynika? Bo rozwój technologii, jaki opisujesz – sny z puszki, reklamy wszędzie i kasowanie ludziom rozumu – to stara śpiewka science fiction (Philip Dick miał nachalne reklamy i SI w co drugiej książce, sny co najmniej w jednej, wirtualną rzeczywistość też, a format mózgu to "P***** los kataryniarza"). Nic z tego, poza reklamami, nie wydaje się problemem najbliższej dekady. Sugerowałabym raczej roboty zwalczające bezrobotnych (http://www.businessinsider.com/security-robots-are-monitoring-the-homeless-in-san-francisco-2017-12?IR=T), bezzałogowe samochody (wyszukaj sobie "trolley problems"), drukarki 3D ("Komputer, Earl Grey, gorący!") albo pułapki solarpunka (utopijnym dążeniom mówimy stanowcze "ee tam"). Opowiadanie jest strasznie mętne – nie porwałeś mnie, niestety.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Fajny, fajny, i brzemienny w skutkach ;)

@Tar­ni­na, dzięki za komentarz, od razu zacząłem się zastanawiać co i jak pod tym kątem.

Technicznie – myślę że metafory to kwestia gustu, ale rozumiem Twój zawód w ich kwestii, co do nie­gra­ma­tycz­ne "po czwa­kroć" (po­win­no być "po czte­ro­kroć” – to jest to wypowiedź bohatera, celowo niegramatyczna.

Ad meritum

O co cho­dzi?

Myślę, że z perspektywy czasu każda epoka ma jakieś motywy przewodnie (lęk przed bombą atomową, mutanci itd itp). Po zastanowieniu sądzę, że w tej chwili jednym z takich wiodących jest zastanowienie, co nam przyniesie kompresja czasu (w sensie coraz krótszego czasu potrzebnego na podjęcie decyzji zakupowej), oraz zawłaszczanie czasu przez komercjalizację życia (ileż dni, potem godzin, teraz minut było marnotrawionych na niekupowanie). Teraz można jadąc autobusem “miznąć” ekran komórki i kupić ekspres do kawy, zamiast bezmyślnie się kiwać.

Ale… wciąż był teren niezagospodarowany – sen. Tyle bezmyślnego leżenia, zamiast kupowania. Więc może o tym? Nie tak na pierwszym tle, ale pomiędzy słowami? Również o braku więzi, o tym, że jak masz dużą “rodzinę” to zawsze ktoś może Ci do zdrowego rozsądku przemówić, pomóc. Obca osoba kliknie w oddali w klawisz i nam się życie przewraca? Nie żeby kiedyś było inaczej, ale tempo, o tak, tempo się wciąż podkręca.

Trochę o przyjaźni… więc to taki tekst w zasadzie obyczajowy bliskiego zasięgu, z wykorzystaniem paru patentów klasyków. Tak sądzę po przeczytaniu Twojego komentarza ;)

Dzięki za linki, trochę się teraz dzieje (jak np ludzkopodobne roboty do opieki nad starszymi w Japonii).

Ale… Opowiadanie jest strasznie mętne – nie porwałeś mnie, niestety. Cóż, ja sam jestem (w miarę) zadowolony tylko z sekwencji grania i zakończenia plus parę zdań luzem. Niemniej szkoda… spróbuj może tutaj (myślę że niemętne ;): Bobby idzie do szkoły.

 

@Anet – więc to Ty jesteś tą dziewczynką, co rzuca kamyk i rusza lawina ;)

 

pzdr

@_'-'

GaPo… a idźże do Momo! (http://lubimyczytac.pl/ksiazka/200398/momo)

Przyznaję, że jestem dziwaczna i wolę chodzić piechotą, a jak już czymś jadę, to obserwuję współpasażerów albo (ah!) myślę. Przyznaję, że jestem ostatnim dwunogiem w tym mieście bez cholernego smartfona (miałam kolegę, który nosił dwa i w środku rozmowy ze mną wyciągał ten atrybut – wiesz, jak to paczy psychikę kobiety? ;P). Przyznaję, że moi właśni dziadkowie upatrują sens życia w kupowaniu rzeczy nikomu do niczego nieprzydatnych (dostałam od nich kiedyś fioletowe dzwony, których nie włożyłabym nawet, gdyby nie były parę rozmiarów mniejsze od mojego tłustego zadka).

ALE. Mimo to wydaje mi się, że swoją ideę fixe projektujesz na świat. Chociaż komercyjne wykorzystanie snów już wymyślono (http://dresdencodak.com/2006/10/07/summer-dream-job/) – bo wszystko już wymyślono. I przyspieszające tempo, i zmarszczki na wodzie, które każdy zostawia i na których się kiwa. I nie o tym chciałam napisać.

Chciałam napisać, że jednak nie jesteśmy robotami, chociaż próbujemy (kto próbuje, ten próbuje, ja nie) się nimi stać z uporem godnym lepszej sprawy. Dick, w eseju, o którym wspomniałam, przywołuje nienajlepsze przykłady stawania okoniem (jasne, kradnąc skrzynkę coca-coli wypinasz się na system, ale i na tych, którzy tę colę zrobili i z niej żyją), ale ogólna idea wydaje mi się słuszna. Nie taki jest telos człowieka, żeby dreptać przez świat, przetwarzając materię – to jest akcydentalne. Chyba.

Jestem optymistką?

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

W przywoływanym eseju Dicka, którym tak dzielnie wywijasz, najbardziej podoba mi się strzelanina. Gdyby człowiek strzelił do robota, mógłby ze zdumieniem ujrzeć sączącą się z rany krew, a robot strzelając w odpowiedzi, mógłby zafascynowany ujrzeć lecący z rany dym (bo trafił w rozrusznik).

I myślę, że jest to słuszne. Niczym latarnie zapalają nam się te rzeczy, których szukamy, co nas interesuje. Przy czym z czasem zmienia się perspektywa, to co ciekawiło wydaje się zupełnie jałowe itd itp. Zmieniamy się. Jednak potrzebujemy trochę czasu dla siebie, żeby zmianę przetrawić. Nie wiem, może akurat tę chwilę możemy uznać za “człowieczeństwo” – bo czymże jest motyl zanim stanie się ulotną pięknością? Nie wydaje mi się, żeby w kokonie medytował nad przemianą. Po prostu jest.

Czyż-li więc jest zło w dreptaniu przez świat przetwarzając materię? Hm, co może być złego w gościu, który odwiedza miasta, sprzedając wytworzone przez siebie ostrza. Kiedy ogrzewa go blask kuźni, jego twarz żyje i tańczy. Poza tym nie wyraża nic, nie pogadasz z nim na oderwane tematy. Ale te noże…

Jedni kleją modele, inni lubią nago przejść pod mostem. Opowiadanie to tylko opowiadanie. Nie dorabiajmy do tego ideologii, nie sądzę, by jakąś specjalną wartość miały moje amatorskie zmagania z literkami. Bierze się jakąś rzecz, wykoślawia, wyolbrzymia. Nie znaczy to nawet, że się w nią wierzy. Zresztą, historię piszą zwycięzcy. To taki popularny błąd – zdarzenia z lat pradawnych oceniać teraźniejszą miarką. Nasz czas przez chwilę niczym rozłożony wachlarz się odsłoni a potem tylko historycy powinni się w tym babrać, pozostaną mity. Nie wydaje mi się, żeby ktoś trafnie przewidział, jacy będziemy jako gatunek za kilkaset lat, a to czym się staniemy, mogłoby z naszego punktu widzenia być zupełnie nieakceptowalne. Co z tego?

Potrzebny jest zwykły zdrowy rozsądek, nic więcej. Tak sądzę. Z Dicka bardzo podoba mi się scena z “Płyńcie łzy moje…”, gdy generał po śmierci (jak mu się wydawało) znienawidzonej siostry zatrzymuje się na stacji paliwowej, bo zobaczył tam światełko. Nie jest w stanie nic powiedzieć, rysuje tylko złamane serce i daje daje to gościowi, który również tam się zatrzymał. Tamten go przytula i coś tam papla, co zresztą nie ma znaczenia. Ważna jest ta obecność drugiej osoby. Czy to samo dałoby, gdyby przytuliła nas wersalka? A gdyby miała humanoidalny kształt, miękką skórę, odpowiedni zapach, florę bakteryjną itp, i my, nic o tym nie wiedząc, przyjęlibyśmy pomoc i zrobiłoby nam się lżej?

A potem przyjeżdża gość z obsługi i pilotem wyłącza to coś, pozostałby niesmak? W takim razie, kto nam pomógł?

Innymi słowy, możesz być nawet optymistką!

 

pzdr

 (⌒▽⌒)

Wywijam? En garde! smiley

Niczym latarnie zapalają nam się te rzeczy, których szukamy, co nas interesuje.

Naturalnie. Gdzieś czytałam (Lewis? Chyba Lewis…) że z każdego doświadczenia wynosisz tylko to, co chcesz wynieść.

Time is the substance I am made of. Time is a river which sweeps me along, but I am the river; it is a tiger which destroys me, but I am the tiger; it is a fire which consumes me, but I am the fire.

Ale wydaje mi się, że schodzisz z tematu (choć sama to zaczęłam, więc nie mogę się czepiać). A może to ja wyrażam się nieprecyzyjnie i niejasno? Bo przecież:

Czyż-li więc jest zło w dreptaniu przez świat przetwarzając materię? Hm, co może być złego w gościu, który odwiedza miasta, sprzedając wytworzone przez siebie ostrza. Kiedy ogrzewa go blask kuźni, jego twarz żyje i tańczy. Poza tym nie wyraża nic, nie pogadasz z nim na oderwane tematy. Ale te noże…

To przeciwieństwo tego, co miałam na myśli. Twój hipotetyczny poetycki kowal robi o wiele więcej, niż tylko przetwarza materię, jego praca ma sens. Jego życie jest, przynajmniej z pewnej perspektywy, piękne. Żyje, jak by to ujął PKD, dla innych, robi coś dla nich.

Nie bój się własnych myśli i ich treści – ja sama bałam się ich latami, okropnie, i teraz też zaczynam pisać i wrzucam zeszyt do skrzynki, bo co ludzie powiedzą? Co ja odkryłam? Zlinczują mnie chyba! Ale teraz jestem już na tyle starą babą, żeby znów móc być ekscentryczna. Jeśli potrafię.

Czasami banan to tylko owoc, a czasami…

A potem przyjeżdża gość z obsługi i pilotem wyłącza to coś, pozostałby niesmak? W takim razie, kto nam pomógł?

Dobre pytanie. Może pomogliśmy sobie sami? A może to ten Ktoś, kto w poniedziałek obchodzi urodziny? Myślę, że istotą osoby nie jest to, jak wygląda i z czego zrobione jest jej materialne ciało (o ile nie wierzę w możliwość zbudowania AI, nie miałabym problemu z inteligentnymi formami życia opartymi na chipach, przynajmniej etycznego, bo metafizyczny mogłabym). Masz korespondencyjnych znajomych? Takich, których nie widzisz i nie dotykasz? Są prawdziwi i ważni, prawda?

Ale gdyby ktoś mógł tę osobę (?) wyłączyć, czy to automatycznie czyni ją oszustwem? (zasadniczo mogłabym wyłączyć Ciebie za pomocą cegły – a przecież oszustwem nie jesteś).

 

Chyba muszę popracować nad jasnością myśli i wypowiedzi – ale, reasumując (i słownictwem swoim się popisując ;) ), love is the answer – and you know that for sure.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

To prze­ci­wień­stwo tego, co mia­łam na myśli. Twój hi­po­te­tycz­ny po­etyc­ki kowal robi o wiele wię­cej, niż tylko prze­twa­rza ma­te­rię, jego praca ma sens. Jego życie jest, przy­naj­mniej z pew­nej per­spek­ty­wy, pięk­ne. Żyje, jak by to ujął PKD, dla in­nych, robi coś dla nich.

Myślę, że isto­tą osoby nie jest to, jak wy­glą­da i z czego zro­bio­ne jest jej ma­te­rial­ne ciało

Tak sobie myślę, że wszystko można ładnie skomplikować, więc… powinien zwyciężyć zdrowy rozsądek, inaczej chwila decyzji nigdy by nie nastąpiła. Zawsze pozostaje obawa, że może pojawić się coś, co zmieni osąd danej sprawy. Np dowiadujesz się że kowal robi superostrza (szczególnie polecany jest model Bladerunner (hm, są takie łyżwy)), ale wieczorami ten gbur szlachtuje młode panny (co jeszcze bardziej zadziwia współczesnych – wydaje się, że bez podtekstów). Jaki wtedy łapie bilans? Czy nie wydaje się, że aż za dużo robi dla innych? Ktoś od razu pobiegnie po kata.

Kowal się łamie i zrzuca z siebie ciężar. Przybył z przyszłości, jak nie załatwi tych małych potworków (żadne tam niewinne nastolatki, złowrogie istoty, które przejęły ciała nastolatek), to niedługo nastąpi nietęgi czas dla ludzkości. No i można by tak bez końca, ale uważam, że to najwyższa pora, by wkroczył zdrowy rozsądek ;)

Piszę to oczywiście w kontekście osądu, który każdy ma inny. Bo gdybyś Ty nie wiedziała, że to ten sławny kowal, a znała go tylko z pokazywaniem palcem boczku w mięsnym, mogłabyś mieć o nim nie najlepsze zdanie. Z drugiej strony, obdarzona (nieraz pewnie bez wzajemności) doświadczeniem życiowym, starałabyś się pewnie nie wydawać kategorycznych ocen bez dogłębnego zbadania tematu (ha, a jeszcze mózg oszczędzając cukier stara się lecieć na skróty!). No i tu wyskakują w szeregu plusy, minusy, plusy, minusy itd itp. Zaczynasz się kręcić jak bączek i odlatujesz w przestrzeń (co jest ryzykowne, bo ważne obwody masz przepalone od tej kołomyi).

Nie wiem, czy tak naprawdę chodzi o miłość, szczególnie że pewnie każdy inaczej zdefiniuje czymże ona jest (jak zresztą i każdą inną rzecz). Zostaje zdrowy rozsądek. Co zapewne oznacza, że jednostki nieprzystosowane/odstające mają gorzej, ale decyduje dobro większości. Po czasie trendy mogą ulec zmianie, i następuje zadziwienie, jak oni mogli? Że tylko parę osób, literalnie kilka, zrobiło co trzeba. Dlatego pisałem, że nie powinno się osądzać czasów odległych (nieważne w którą stronę) jedną miarką.

 

Dobre py­ta­nie. Może po­mo­gli­śmy sobie sami?

 

W przykładzie podany był przykład niejako “biernej” pomocy (ot, przytulił, coś tam pomamrotał). Ale gdyby wymagane jednak było podjęcie przez “to coś“ decyzji w pełni autonomicznej (jeśli coś takiego jest w ogóle możliwe), to dopiero daje do myślenia poniewczasie, gdy dowiadujemy się, co zacz. I chyba o to chodziło w zakończeniu “Łowcy andoridów” w końcówce, gdy Rutger Hauer ratuje Forda. Z punktu widzenia replikanta, czy była to decyzja racjonalna? Co on z tego miał?

 

Chyba muszę po­pra­co­wać nad ja­sno­ścią myśli i wy­po­wie­dzi

Och nie, ja szybko łapię boczny wiatr ;)

Co do bycia szczerym racja, racja, przez wszystko trzeba przejść ;)

 

pzdr, wesołych

【ツ】

Odnoszę wrażenie, że nie zostałam zrozumiana :)

Rozmawiamy o tym, jaki kowal faktycznie jest – czy o tym, co ja o nim wiem? Bo to dwie różne sprawy. Pamiętasz, jak Wednesday w Amerykańskich Bogach znał każdy paskudny szczególik z życia tej kelnerki?

Oszukałeś dziewczynę na dziesięć dolarów. Ja dałem jej dziesięć dolarów. Postąpiłem słusznie.

(cytat z pamięci). I tyle. Pewnie, że nie możemy zajrzeć do środka, tylko wnioskować z zachowania człowieka – ale miłość nie musi być wzajemna, a poza tym nie polega na głaskaniu po główce i pasieniu czekoladą – czasami polega na tym, żeby kogoś powstrzymać przed wykonaniem tego, co mu nakazali kosmici w zamian za wehikuł czasu. Na przykład.

 

Faktycznie bardzo szybko łapiesz boczny wiatr – zupełnie nie nadążam :), może i dlatego, że jestem logikiem i lubię mieć jasno zdefiniowane pojęcia. Co rozumiesz, chociażby, przez "zdrowy rozsądek"? Sensus communis? Opinię ogółu? Utylitaryzm a'la pan Spock?

Ale gdyby wymagane jednak było podjęcie przez “to coś“ decyzji w pełni autonomicznej (jeśli coś takiego jest w ogóle możliwe), to dopiero daje do myślenia poniewczasie, gdy dowiadujemy się, co zacz. I chyba o to chodziło w zakończeniu “Łowcy andoridów” w końcówce, gdy Rutger Hauer ratuje Forda. Z punktu widzenia replikanta, czy była to decyzja racjonalna? Co on z tego miał?

Primo – Dick powiedziałby, że owszem. Dick zasadniczo nie był scjentystą, i chwała mu za to. "Racjonalny" a "korzystny dla mnie" to nie to samo – PKD wskazywałby na zgodność z Logosem jako wyznacznik racjonalności (ja jeszcze tego nie przemyślałam, nie na tyle, żeby się wypowiadać, ale w tej chwili jestem blisko Dicka). Czasami Logos potrzebuje nas kopnąć w tyłek. Zobacz też: najlepszy z możliwych światów.

 

Secundo – określ dokładniej, co masz na myśli, mówiąc "decyzja w pełni autonomiczna". Niezdeterminowana zupełnie niczym? To rzut kostką. Ale jeśli android jest zdalnie sterowany, to ktoś (sterujący) podejmuje decyzję i argument więdnie. A jeśli jest zaprogramowanym automatem – ktoś go zaprogramował właśnie tak. Może sam nie rozumiał konsekwencji swoich działań, ale one są takie, jakie są. Czasami martwy mechanizm potrafi zaskoczyć (dlaczego, do jasnej anielki, mój komputer wyrzuca komunikat o źle skonfigurowanym x-serwerze, kiedy ja nic z nim nie robiłam?) – ale to jest skutek niedostatecznego badania i planowania (musiałam coś popsuć, tylko co? gdzie są te podręczniki?)

Czytałeś "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?" Tam Dick dość wyraźnie się wypowiada na ten temat. Zwróć uwagę nie na sensacyjną część fabuły, ale na to, co do filmu nie trafiło, na Mercera i jego religię.

 

No, dość wymądrzania (na razie ;) ) – pozdrawiam zwrotnie i życzę bogatych w przemyślenia Świąt.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Hm, właściwie chyba osiedliśmy na mieliźnie, ale fajnie czasem podryfować ;)

Co ro­zu­miesz, cho­ciaż­by, przez "zdro­wy roz­są­dek"?

Zdrowy rozsądek tak jak ten fragment na wiki: “zdolność wydawania trzeźwych sądów, nie wypaczonych ani przez nadmierne teoretyzowanie, ani przez nadmierny sceptycyzm.“ Czyli (jak to rozumiem) uwzględniając przy ocenie innych, że mamy do czynienia z człowiekiem, istotą nie zawsze postępującą racjonalnie lub będącą w pełni świadomą swoich motywów? Postępując akuratnie (ot, precyzja!)? Przecinając w pewnym momencie spiralę dywagacji i podejmując najlepszą z możliwych (naszym zdaniem) decyzję. Generalnie coś pomiędzy logiką a mądrością? Bo najtrudniej jest osiągnąć mądrość, a sama logika nie wystarcza chyba? Najbezpieczniejszym wyjściem jest więc może zdrowy rozsądek. Uwzględnij, że ja myślę powoli i nie mam przygotowania filozoficznego, ot, tak sobie tylko pomyśliwuję wyglądając czasem przez okno ;)

 

Dicka znam dobrze – swoją drogą, po lekturze PK Dicka czy Kurta Vonneguta czuję się zawsze odpoczęty odświeżęty, jak po prysznicu. Ze skrzynkami Mercera (pojawiającymi się zresztą nie tylko w “Czy androidy …”) chodzi chyba o empatię? Hm, empatia jako religia. Bo w Valis, Transmigracji, to jest wielka gonitwa pana Dicka, wielkie poszukiwanie, dotykające w swej istocie chyba tego, co CS Lewis rzucił w fundament swojej trylogii – że istnieje jakiś wyższy porządek, w sposób “naturalny” zrozumiały dla wszystkich istot, ale Ziemia została odcięta od tego źródła mądrości i oto błądzimy?

 

Se­cun­do – określ do­kład­niej, co masz na myśli, mó­wiąc "de­cy­zja w pełni au­to­no­micz­na".

To może tak: nieprzewidziana przez twórcę? I nie tyle że podjęta “przez analogię”, tylko że wytłumaczyć się ją da zakładając wytworzenie/wykrycie idei wydawałoby się dla maszyny niedostępnej? No właśnie, czy w przypadku “aparatu” nie będzie podnoszony argument, że nawet jeśli powziął decyzję niespodziewaną nawet dla swego twórcy, to a) ktoś będzie tak długo analizował kod, algorytmy itd, aż znajdzie logiczne wytłumaczenie tej decyzji, b) krzyknie “usterka”, wbudujmy mechanizm zabezpieczający?

 

I uważam, że uczciwie jest przyznać, że nie wiemy wszystkiego o kowalu. Chociaż mam wrażenie, że to w istocie niezły drań, przy tym niezabawny. Z nadzieją, że się mylę, życzę Ci udanych dni świątecznych.

 

edit: Aaa, X Server, dopiero załapałem. Szwędająca się bez komórki linuksiara. Phi, to prawie jak każdy ;)

 

pzdr

(‾⌣‾)♉

A Jedi should know the difference between knowledge and wisdom.

Ale serio, logika to nie bycie utylitarystą ze spiczastymi uszami, jak uparcie twierdził Gienek Rodenberry (polecam książki C.L. Dodgsona – znajdziesz je o, tutaj: http://www.gutenberg.org/files/4763/4763-h/4763-h.htm – jako wprowadzenie do logiki, może trochę trącącej myszką, bo w wieku dwudziestym dokonał się w tej dziedzinie postęp, ale jeszcze całkiem dobrej). Definicja zdrowego rozsądku, jaką podajesz, jest nieprecyzyjna – niekoniecznie jest to wada (ile można siedzieć i definiować?), ale trzeba wiedzieć takie rzeczy.

No właśnie, czy w przypadku “aparatu” nie będzie podnoszony argument, że nawet jeśli powziął decyzję niespodziewaną nawet dla swego twórcy, to a) ktoś będzie tak długo analizował kod, algorytmy itd, aż znajdzie logiczne wytłumaczenie tej decyzji, b) krzyknie “usterka”, wbudujmy mechanizm zabezpieczający?

Ale skąd ta usterka? Hmm? Coś musiało ją spowodować, nie? Albo mechanizm nie działa tak, jakżeśmy chcieli (wtedy trzeba wrócić do deski kreślarskiej, czy innego CADa), albo tu jest coś wiecej, nie tylko mechanizm. Tertium non datur.

 

Co do Lewisa i metafizyki – ten metafizyczny pogląd, który przywołujesz, jest bardzo stary (ale jary!) i Lewis też go nie wymyślił. Ani Dick, który budował na nim trochę inne konstrukcje. Ale chyba by się ze sobą zgodzili, że czysty rozum nie wystarczy do odkrycia tego porządku (dla jasności – jest konieczny! ale nie wystarczający).

Mercer jest z nim związany właśnie jako ta irracjonalność. Merceryzm nie do końca pasuje mi do kryteriów religii – nie odnosi się wprost do niczego nadnaturalnego, nie ma hierarchii (są co prawda religie bez kapłanów, choćby judaizm, gdzie funkcje, które w innych religiach pełni kapłan, przejęli rabini i radzą sobie jakoś), nie ma dogmatów ani konkretnej etyki. Merceryści operują wyłącznie na uczuciach, a to za mało – chociaż ważne.

 

Kowal, jak sądzę, jest wielbicielem Windowsa ;P Wszystkiego najlepszego i słodkich pierniczków!

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

@Tarnino, @Tarnino, czy Ty coś wyciągasz dla siebie z tego rozwlekłego w czasie dialogu? Ja oczywiście jako gospodarz staram się podstawiać nogę, ale może szybujesz tak wysoko, że na nic to!

Myślę, że w naszej rozmowie dostałaś rolę wyczesanej brody. Policzone ile włosków rudych, ile siwych, GPS na każdy meszek, itd itp. Aż brody nie widać! Ja z kolei ze swojej mam wyciągać kowali, nawet nie zastanawiając się, gdzie oni tam się mieszczą!

Ale serio, lo­gi­ka to nie bycie uty­li­ta­ry­stą ze spi­cza­sty­mi usza­mi, jak upar­cie twier­dził (…)

I ja się z tym wybitnie zgadzam. Lecz, jak słusznie zauważyłaś, trzeba (w odpowiednim momencie) skończyć układanie definicji, bo będzie albo za szeroka, albo za wąska. Logikę przyzywam na warunkach poniższych: Logika (gr. λόγος, logos – rozum, słowo, myśl) – wedle klasycznej definicji – nauka o sposobach jasnego i ścisłego formułowania myśli, o regułach poprawnego rozumowania i uzasadniania twierdzeń.

Bo może gadamy to samo, tylko Ty “siedzisz” w temacie tak bardzo, iż uwiera Ciebie moja nomenklatura? Lecimy teraz do sądu.

logika < zdrowy rozsądek < mądrość

Moja teza jest taka, że większość osób intuicyjnie wolałaby otrzymać wyrok nie tylko poprawnie sformułowany, nie tylko w zgodzie z przepisami, (żadne tam poklepywanie się prawników po plecach, “no no, sprawnieś pożeglował po zakamarkach paragrafów, problem rozwiązany”), ale również zgodny ze zdrowym rozsądkiem. I myślę, ze to już by było dobre. Dużo rzadziej za to pewnie mamy do czynienia z wyrokami mądrymi (ach, spotkać mędrca!). O to mi chodziło.

 

Niektórzy naukowcy uważają, że człowiek decyzje podejmuje nieświadomie. Właściwie mózg, ta część mózgu, do której mamy dostęp, służy do racjonalizacji podjętych w niedostępnych obszarach decyzji. A jeżeli da się to połączyć z koncepcją tego wyższego bytu, do którego jakoby nie mamy dostępu? Może nasz “autopilot” to poszukiwany we własnej osobie? CS Lewis oczywiście pisał o chrześcijaństwie, ale PK Dick… widzę go jako zdyszanego psa, z wywalonym jęzorem, świecącymi oczami, który wciąż pędzi zdzierać zasłony rzeczywistości. Tak zwyczajnie po ludzku mi go żal, bo mam wrażenie, że to wyczerpująca gonitwa. Ba, może nawet dotarł do prawdy, obejrzał ją, obwąchał, i poleciał sprawdzić, czy to nie ułuda, rzucił się do kolejnej gonitwy. Nie do zatrzymania. Więc Dick mija CS Lewisa i leci dalej szukać, tymczasem greka, którą nieoczekiwania zaczyna gadać i inne zdarzenia, którym nadaje mistyczne znaczenie, to tylko i wyłącznie nieświadome procesy mózgu, do których nie ma “jawnego” dostępu? Więc w moim przykładzie z pocieszającą maszyną (przebraną za człowieka) w istocie dochodzi do samopocieszenia? Tylko po co niedostępnej jawnie części mózgu potrzebny byłby pretekst do działania? Chyba że to taki trick predigistatora, potrzeba odwrócenia uwagi?

 

Merceryzm nie wydaje mi się irracjonalny. Zresztą, pokazany jest jak dla mnie dość dwuznacznie, przecież sam Mercer przyznał się, że to oszustwo, z drugiej strony ostrzegł Ricka przed pułapką, o ile dobrze pamiętam to chyba nawet zmartwychwstaje? Żywy oksymoron. Sam merceryzm to współodczuwanie dzięki zdalnemu przekaźnikowi empatycznemu. To plus programator nastroju ustawiony na smutek mają za zadanie doświadczania człowieczeństwa w stopniu nieosiągalnym dla androidów. Jest to jakby uwypuklenie różnicy pomiędzy automatem a człowiekiem.

A wiesz, że wielkie firmy (z chęci zysku oczywiście) celowo zatrudniają osoby z autyzmem? Przypuśćmy, że równo za pięćset sześćdziesiąt sześć lat wszyscy egzystujący ludzie będą mieli Zespół Aspergera. Żadna z tych osób nie przeszłaby testu na empatię. Byłby to zawodowy raj czy piekło Ricka Deckera?

 

Pozdrawiam Ciebie w mniej lub bardziej nieuświadomiony sposób (hm, może prowadzimy wewnętrzny dialog? Tarnina to część świadoma, GaPa nieuświadomiona czy tam odwrotnie. Brawo Ja! ;).

 

pzdr

( •_•)O*¯`·.¸.·´¯`°Q(•_• )

No, to fru!

Moja teza jest taka, że większość osób intuicyjnie wolałaby otrzymać wyrok nie tylko poprawnie sformułowany, nie tylko w zgodzie z przepisami, (żadne tam poklepywanie się prawników po plecach, “no no, sprawnieś pożeglował po zakamarkach paragrafów, problem rozwiązany”), ale również zgodny ze zdrowym rozsądkiem.

Nie widzę, gdzie tę tezę sformułowałeś, ale dobra. Tak w ogóle, to się z nią zgadzam – chociaż przepisy mają jakąś tam treść (konia z rzędem temu, kto ją zrozumie, ale chyba mają) i nie są czystą logiką, ale faktycznie dzielę włos na dwa do drugiej potęgi, więc w porządku. Nawiasem mówiąc, doskonałe przepisy to byłyby takie, których zastosowanie gwarantowałoby rozsądny wyrok – prawda?

 

Tylko, że przeszkadza w tym ta brzydula, treść. Doskonała logiczna maszyna daje ten sam wynik niezależnie od tego, co do niej włożysz, a zatem (z definicji) nie może się dostosować do treści. A jest A, i tyle. Chiński pokój nie rozumie, co znaczą symbole, które przetwarza.

A jeżeli da się to połączyć z koncepcją tego wyższego bytu, do którego jakoby nie mamy dostępu?

Wydaje mi się, że Dick postawił gdzieś taką hipotezę (może to był kto inny – nie jestem pewna). Nie chcę Cię walić w głowę Kantem (Immanuelem ;) ), ale problem polega właśnie na tym, że nie możemy niczego poznać bez założeń, bez przynajmniej kryterium prawdziwości tego, co poznajemy (a na jakiej podstawie przyjmujesz to kryterium? I tę podstawę? I tak ad infinitum – dlatego nie można w nieskończoność definiować).

 

Tylko, że to ma niewiele wspólnego z kwestią determinizmu i wolności woli (którą Kant przyjmował jako naukowo i rozumowo niepoznawalną – dla niego była właśnie jedną z podstaw rozumu). Przypomnę – determinista twierdzi, że wolnej woli nie mamy, że jest iluzją (co tę iluzję odbiera? i właściwie dlaczego?) marionetek na sznurkach. A czy tymi sznurkami są prawa fizyki, czy demon Kartezjusza, czy Goauldzi, to już rzecz drugorzędna, właściwie dekoracja. Lewis, zgodnie ze stanowiskiem Kościoła, stał murem za wolną wolą (czytałeś "Podział ostateczny"? Wszystkie dusze, które pozostają w piekle, robią to z własnego wyboru – czy on nie jest irracjonalny? Nawet w tym potocznym sensie użyteczności, trochę głupio jest się skazywać na wieczne potępienie. Ale mają wolną wolę, choć czynią z niej zły użytek).

 

A teraz racjonalność – czym jest, a czym nie. Otóż jest to pytanie filozoficzne, a to oznacza, że dostaniesz na nie dwa razy tyle odpowiedzi, niż będzie ankietowanych. Zasadniczo za domenę rozumu uznaje się wnioskowanie – teoretyczne (co to jest? jak to działa?) i praktyczne (co powinienem w tej sytuacji zrobić i dlaczego?). I to właściwie tyle – możesz się zdziwić, ale stanowisko biskupa Berkeley (mój znajomy nazywa go czule "szurniętym biskupem") jest w pełni racjonalistyczne. Wiesz, esse est percipi. Nie udowodnisz, że nie (jeden facet kopnął kamień i powiedział, że niniejszym obala system Berkeleya, ale to tylko anegdota bez znaczenia dowodowego).

 

A poza wnioskowaniem umysł robi jeszcze masę różnych rzeczy – postrzega (stąd wnioskowanie ma treści – bez treści zmysłowych tylko mieliłoby logikę), kocha, lubi, szanuje, a co najważniejsze – wybiera. Wola nie jest racjonalna. (Sic!) Oczywiście, taki na przykład Sokrates uważał (nazywa się to intelektualizmem etycznym), że człowiek, który wie, co jest dobre, nie może postąpić inaczej – ale ten pogląd został już właściwie zarzucony (sam Sokrates, a przynajmniej Platon, wyjaśniał naszą prokrastynację chwilowym zaćmieniem rozumu). Oczywiście, wola ma jakieś cele (rozumowanie też), ale zawsze może się zbuntować i zmienić zdanie.

 

Zatem merceryzm jest irracjonalny – czyli pozarozumowy. Nie stoi natomiast z rozumem w sprzeczności (ostrzegam lojalnie, że podnoszenie hipotezy konfliktu czyni mnie niemiłą). Po prostu jest z innej bajki.

 

Ludzie z Aspergerem, tak w ogóle, nie są psychopatami – mają problem nie tyle ze współczuciem (podobno autystycy współczują nawet bardziej i chętniej pomagają, kiedy zobaczą, że ktoś cierpi), co z tzw. teorią umysłu (nie mylić z filozoficzną teorią umysłu!), czyli z rozkodowaniem tego, co drugi człowiek myśli i czuje, i czego od nich oczekuje, na podstawie jego zachowania. Czy nie przeszliby testu Voigh-Kampffa, hmm. Wydaje mi się, że sama bym go nie przeszła, bo jest bardzo mocno zakorzeniony w kulturze świata, jaki buduje Dick (pytania o portfel ze skóry czy zdjęcie gołej babki na niedźwiedzim dywaniku – u nich normą jest święte oburzenie takimi rzeczami, a o ile nie lubię krzywdzenia żywiny, nie popadam w szał z tego powodu), a niektóre pytania są bez sensu (z tym żółwiem chociażby – o co chodzi?) – poza tym mam ogólnie zwolniony czas reakcji, a to właśnie ten test mierzył.

 

Jako, że kończysz Spinozą, Spinozą odpowiadam: https://www.youtube.com/watch?v=2p0DuQV_XyY

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Na­wia­sem mó­wiąc, do­sko­na­łe prze­pi­sy to by­ły­by takie, któ­rych za­sto­so­wa­nie gwa­ran­to­wa­ło­by roz­sąd­ny wyrok – praw­da?

I tutaj zaczyna się kołomyja znowu, no bo jak zdecydujemy, czy wyrok jest “rozsądny”? Losowaniem? No i jak wybrać metodę losowania… Dlatego właśnie trzeba w pewnym momencie przeciąć dywagacje. Chociaż osobiście buntuję się na myśl, że pewnych rzeczy nie da się wytłumaczyć, że jest tam “coś więcej”, to jednocześnie zdaję sobie sprawę, iż definiując pewne sprawy, cały czas ślizgamy się po istocie rzeczy, niczym dwa magnesy zwrócone tym samym biegunem. Zawsze trzeba coś doprecyzować. To jak z tłumaczeniem żartów… dopóki nie zaczniesz tłumaczyć śmieszą (jeśli napotkasz osobę z tym samym poczuciem humoru rzecz jasna).

Lu­dzie z Asper­ge­rem, tak w ogóle, nie są psy­cho­pa­ta­mi – mają pro­blem nie tyle ze współ­czu­ciem (po­dob­no au­ty­sty­cy współ­czu­ją nawet bar­dziej i chęt­niej po­ma­ga­ją, kiedy zo­ba­czą, że ktoś cier­pi), co z tzw. teo­rią umy­słu (nie mylić z fi­lo­zo­ficz­ną teo­rią umy­słu!), czyli z roz­ko­do­wa­niem tego, co drugi czło­wiek myśli i czuje, i czego od nich ocze­ku­je, na pod­sta­wie jego za­cho­wa­nia.

 

A widzisz, dawno nie czytałem “Czy androidy (…)”, i mnie się wydawało, że test polega na badaniu czasu mimowolnej reakcji na zdarzenia wymagające empatycznego osądu, tyle że PKD poszedł krok dalej i zamiast ludzi chodziło głównie o więź empatyczną ze zwierzętami. Co było sprytnym posunięciem, bo jednocześnie pokazywał, że androidy w stosunku do zwierząt miały stosunek jednoznacznie i wyłącznie intelektualny (coś w stylu “jakie kot ma parametry, ile zajmuje mu obrócenie się na cztery łapy w czasie spadania z siódmego piętra”, bez wczucia się w stan zwierzęcia po upadku z takiej wysokości).

Dlatego więc brany był czas mimowolnej reakcji (można oszukać wariograf, nie możesz jednak wpływać na coś, nad czym nie masz kontroli). Ale… to oczywiście przy założeniu, że androida nie można wyposażyć w odpowiedni “software” i “hardware” do radzenia sobie na tych testach. Może sprawa kosztów, a może tylko narzędzie dla PK Dicka żeby później rozmywać tę granicę między człowiekiem a maszyną? Bo na ten przykład (o ile mnie pamięć znowu nie robi w konia) to większość ludzie traktowała specjałów chyba nie lepiej niż androidy zwierzęta…

Aspergeta wpiąłem w wywód dlatego, że według niektórych jednym z objawów jest “brak empatii, nieumiejętność odczytywania mowy ciała innych ludzi,“ (https://portal.abczdrowie.pl/zespol-aspergera), “Ludzie nieobjęci zespołem Aspergera są w stanie ocenić i wczuć się instynktownie w stan emocjonalny i umysłowy (zob. empatia).“ https://pl.wikipedia.org/wiki/Zesp%C3%B3%C5%82_Aspergera, z kolei niektórzy sądzą, że jest wręcz przeciwnie – “Uświadomienie sobie inności perspektyw i doświadczeń innych ludzi zajmuje znacznie więcej czasu autystycznym dzieciom, niż neurotypowym.“, ale też “Co jednak zrobić w sytuacji, jeśli chłód emocjonalny jest odpowiedzią na emocjonalne przeciążenie – innymi słowy, jest nadmiarem empatii, a nie jej brakiem?” http://niebieska-fala.pl/2016/08/04/asd-a-empatia-przelomowe-odkrycie/

W obu przypadkach wyniki powinny odbiegać od “normy”? Ale to wszystko zgodnie z założeniem, że chodzi o rozwiązywanie problemów empatycznych… psychopatów nie szukałem ;)

 (z tym żół­wiem cho­ciaż­by – o co cho­dzi?)

Aż odszukałem w Internecie ten fragment, i dla mnie to test empatyczny całą parą.

– Żółw leży na grzbiecie… – ciągnie dalej przesłuchujący. – Słońce go piecze, przebiera łapami, ale nie może się odwrócić, a ty mu nie pomagasz…

– Jak to nie pomagam!? – Prawie krzyczy.

– Po prostu nie pomagasz – odpowiada spokojnie. – …Dlaczego?

Ja to rozumiem w ten sposób, że replikant nie wie o co chodzi w pytaniu, bo nie wczuwa się w położenie innych istot. Nie jest w stanie pojąć, że żółw mógłby cierpieć. Jako człowiek po prostu przewracasz żółwia, żeby się nie męczył, i tyle. Ale android nie rozumie tego, bo – jest to wyjaśnione w scenie z pająkiem, któremu replikanci obrywają nogi, żeby zobaczyć czy będzie uciekał od ognia – dla niego to zwykły mechanizm. Dlaczego miałby “pomóc” przewróconemu rowerowi? Albo jeszcze lepiej, czemu miałby tego nie zrobić? Ja tak to widzę – on nie rozumie pytania, i dlatego się denerwuje. Jakie to ludzkie (paradoksalnie)! No i pewnie wkurzony jest też, że oblał test!

 

Wy­da­je mi się, że Dick po­sta­wił gdzieś taką hi­po­te­zę (może to był kto inny – nie je­stem pewna).

Na pewno przetrawił, przetworzył, wypluł, poszedł dalej!

 

Hm, chyba faktycznie zamiast “irracjonalny” powinienem w kontekście mer­ce­ryzmu użyć słowa “użyteczny”? Dbanie o innych, poczucie wspólnoty wydaje się być użyteczne (nawet chociażby w kontekście zmagań z androidami, dla których skrzynki empatyczne nie działają). Hm, jest praktyczny, chociaż wciąż mam poczucie pewnej dwuznaczności, jakby pan PK Dick chciał się też trochę ponabijać z Hubbarda i okolic (aby osiągnąć religijne spełnienie musisz mieć ten produkt wysokiej technologii).

W czasie powyższego akapitu miałem atak życia i możesz spokojnie go zignorować.

 

Hm, a czy “esse est per­ci­pi“ nie zawiera w sobie potrzeby przyjęcia jakichś założeń? No bo samo w sobie obserwowanie nic nie daje, trzeba wiedzieć co i na jakich zasadach chcemy obserwować, i dopiero wtedy będzie to racjonalne działanie?

 

pzdr

ب_ب

I wyszłam na androida. Dave? My mind is going…

 

Od końca (bo tak):

czy “esse est percipi“ nie zawiera w sobie potrzeby przyjęcia jakichś założeń? No bo samo w sobie obserwowanie nic nie daje, trzeba wiedzieć co i na jakich zasadach chcemy obserwować

Oczywiście (mówiłam, że nie ma poznania bez założeń?), ale nie o to chodziło. Racjonalizm to pogląd epistemologiczny, który za podstawowe (niekoniecznie jedyne) źródło wiedzy przyjmuje rozum. Berkeley czysto rozumowo dochodzi do tego, że materia nie istnieje ("Trzy dialogi między Hylasem a Filonousem"), przyjmując mnóstwo założeń – jednym z ważniejszych jest, tak w ogóle, istnienie Boga (Berkeley usiłował obalić ateizm). I wiesz, trudno byłoby dowieść, że się mylił, bo jego rozumowanie jest całkiem sprytne. Podążaj za białym królikiem ;)

 

Dick ponabijał się już z Hubbarda gdzie indziej, co nie znaczy, że nie mógł wypuścić jeszcze jednej strzały. Nie wiem. W wielu miejscach wbijał szpile ludziom dumnym z tego technologicznego i komercyjnego terroru, który skonstruowaliśmy (Beztroska Pat jest parodią Barbie). Co do użyteczności wspólnoty – jest niezaprzeczalna, ale mogę sobie wyobrazić wspólnotę opartą na "oświeconym egoizmie" (były takie koncepcje, umowa społeczna i te wszystkie tam – to nie moja specjalność), bez miłości i empatii. Czy ludzie daliby radę tak żyć? To inna kwestia. Jest taka teoria, że emocje to heurystyki, które upraszczają życie w świecie. Nie musisz się z nią zgadzać – ja nie jestem pewna, co o tym myśleć, ale podtrzymuję, jeśli już to powiedziałam, że miłość jest w dużym stopniu wolitywna, nie emocjonalna. Z drugiej strony, ludzie mają potrzeby emocjonalne. Hmm.

replikant nie wie o co chodzi w pytaniu, bo nie wczuwa się w położenie innych istot. Nie jest w stanie pojąć, że żółw mógłby cierpieć.

O, nie, nie, nie. Mieszasz dwie różne rzeczy. Wyobraź sobie, że boli Cię żołądek, i że ja jestem w pomieszczeniu. Widzę, że się trzymasz za brzuch, może jesteś ciut zielonkawy i ogólnie wyglądasz jak ofiara burzy morskiej. Mogę stąd wywnioskować, co Ci jest, przez analogię (kiedy ja tak wyglądam, to zwykle boli mnie brzuch), ale nie odczuwam tego, że Ciebie boli. Wiem o tym intelektualnie. I teraz: skoro już o tym wiem, mogę mieć w związku z tym różne uczucia. Mogę sobie wyobrażać, jak się czujesz, może mi być żal, albo mogę się śmiać w duchu, że dobrze Ci tak (to tylko przykład). Mogę nie mieć żadnych uczuć – ale intelektualnie pojmować, że cierpisz. Sama umiejętność wywnioskowania, że ktoś cierpi, nie oznacza automatycznie współczucia.

 

I dalej – emocje nie są jedynym motywem działania, moralnego, ani żadnego innego. Miałeś kiedyś zrobić coś dla kogoś, komu życzyłeś szkorbutu, powodzi i Amber Gold? Oczywiście, emocje motywowały Cię do olania gościa ciepłym sikiem, ale mogłeś je odsunąć na bok, zacisnąć zęby i zrobić, co trzeba. Mogłeś mieć inną, pozaemocjonalną motywację. Dlaczego miałbyś podnieść wywrócony rower? Żeby był porządek. Żeby nie rdzewiał w błocie, bo komuś może się przydać. Żeby niedowidząca babuleńka się o niego nie potknęła, kiedy będzie tędy przechodzić. Te motywy wzięłam w tej chwili z sufitu – i wszystkie one są bardziej intelektualne i wolicjonalne, niż emocjonalne (oczywiście, mają też komponent emocjonalny – estetyka, niechęć do marnotrawstwa, współczucie babuleńce – ale on nie decyduje). Teoria umysłu (psychologiczna) opiera się na nieświadomym (?) założeniu, że inni – to inni. Jeżeli innych utożsamiasz ze sobą, to oczywiste, że im współczujesz – oni są Tobą! Królem Punktu!

 Bo na ten przykład (o ile mnie pamięć znowu nie robi w konia) to większość ludzie traktowała specjałów chyba nie lepiej niż androidy zwierzęta…

Hmmm… musiałabym sprawdzić, bo nie pamiętam. Ale chyba nie – Ziemia była tak wyludniona, ludzie tak tęsknili za towarzystwem, że zadowoliliby się kimkolwiek. Deckard nie jest wobec Isidore'a nieuprzejmy – jego szef, owszem, ale to wygląda bardziej na produkt cholerycznego temperamentu szefa (tj. wkurzają go osobnicy mniej od niego skuteczni w życiu). A zwierzęta były traktowane, jak się zastanowić, bardzo przedmiotowo – jako coś, co trzeba mieć, żeby nie odstawać, coś, co każdy pełnokrwisty Amerykanin ma i jest zadowolony, yessir. Miało to niby służyć empatii, ale zauważ, że Deckard regularnie przegląda katalog sklepów zoologicznych i podnieca się tym, jakie zwierzątko sobie kupi, kiedy zarobi. Nie ma sklepów z przyjaciółmi.

przy założeniu, że androida nie można wyposażyć w odpowiedni “software” i “hardware” do radzenia sobie na tych testach.

Aa, chiński pokój. Gdyby Dick pisał to teraz, pewnie można by było (chociaż androidy były biologiczne, więc… ale z drugiej strony, transhumanizm ma się, ku mojemu zdumieniu, nieźle).

mnie się wydawało, że test polega na badaniu czasu mimowolnej reakcji na zdarzenia wymagające empatycznego osądu

I tak właśnie było. Ale nie przypuszczam, żeby się dało oddzielić czas reakcji na, powiedzmy, widok samochodu tuż pod bokiem, od czasu reakcji na coś, co dopiero musisz sobie wyobrazić. Nie wiem, ile czasu trwa wyobrażanie – może wyraziłam się niejasno.

androidy w stosunku do zwierząt miały stosunek jednoznacznie i wyłącznie intelektualny (coś w stylu “jakie kot ma parametry, ile zajmuje mu obrócenie się na cztery łapy w czasie spadania z siódmego piętra”, bez wczucia się w stan zwierzęcia po upadku z takiej wysokości).

Raczej utylitarny, niż intelektualny. Teoretyczne badanie czegoś jest już pewną formą docenienia (piękno matematyki!) – gdyby androidy były czegokolwiek ciekawe, to już by je chyba uczłowieczało. Ale one nie interesują się niczym poza własnym przetrwaniem (i przetrwaniem grupy, owszem, ale to może być wykalkulowane – w grupie łatwiej przeżyć wszystkim jej członkom; jeśli łowcy nas ścigają, dobrze wiedzieć, kogo już dopadli i czy teraz kolej na mnie).

jak zdecydujemy, czy wyrok jest “rozsądny”?

I raz dokoła. I w kółeczko. Zakałapućkaliśmy się, sam to widzisz – znowu wraca problem założeń.

Uff. Na razie tyle. Kłaniam się z głębi Berkeleyowskiego Matrixa ;)

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

A to ciekawostka! Natłuczone przez parkę jakieś 40k znaków do opowiadania 30k znaków. :) Czy mogę Wam zadać pytanie socjologiczne? Nie odbierać sarkastycznie, jest na poważnie. Czy tylko single mają czas na dyskusje (o androidach i w ogóle, o rzeczach, w których nie można udowodnić swojej racji) w takiej ilości?

Nie gniewajcie się, ale kurcze, czekam GaPo na kolejny Twój tekst, liczę, że spodoba mi się tak jak Bobby. Tarnino, Twoje komentarze są naprawdę wartościowe, na pewno sporo osób chciałoby poczytać je pod swoimi opowiadaniami.

Darcon – jestem nieuleczalnym singlem, ale znam małżeństwa filozofów (tj. oboje filozofowie, na tej samej uczelni), i to dzieciate. Czas wolny zjada wiele rzeczy, nie tylko seks, dzieci i utrzymanie tych dzieci (śmiem twierdzić, że to właśnie filozofowie z rodzinami lepiej potrafią się zorganizować i wygospodarować parę godzin na dyskusję). Poważnie.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

I wy­szłam na an­dro­ida.

Intelektualnie nie mam problemów z zaakceptowaniem tego ;) Nie wiem jednak, jak zachowałbym się na teście, gdybym dostał pytanie “Jest gwiazdka. Niespodziewanie otrzymałeś od dawnej miłości w futerale z artystycznie zdobionej wysokiej jakości grafiką przedstawiającą symbole masońskie skóry z przedramienia @Tarniny ekskluzywny aparat do masażu głowy”. Czy skoczyłyby wskaźniki? I w którym momencie, przy aparacie czy ciut wcześniej wcześniej?

 

Bo sam test…

GaPa: re­pli­kant nie wie o co cho­dzi w py­ta­niu, bo nie wczu­wa się w po­ło­że­nie in­nych istot. Nie jest w sta­nie pojąć, że żółw mógł­by cier­pieć.

O, nie, nie, nie. Mie­szasz dwie różne rze­czy. Wy­obraź sobie, że boli Cię żo­łą­dek, i że ja je­stem w po­miesz­cze­niu. Widzę, że się trzy­masz za brzuch, może je­steś ciut zie­lon­ka­wy i ogól­nie wy­glą­dasz jak ofia­ra burzy mor­skiej. (…) Sama umie­jęt­ność wy­wnio­sko­wa­nia, że ktoś cier­pi, nie ozna­cza au­to­ma­tycz­nie współ­czu­cia.

A widzisz, źle to ująłem, ale w innym zdaniu precyzyjniej się wyraziłem “test po­le­ga na ba­da­niu czasu mi­mo­wol­nej re­ak­cji na zda­rze­nia wy­ma­ga­ją­ce em­pa­tycz­ne­go osądu“. Przy czym zdania są tak pokomplikowane, by badanemu trudniej było wychwycić moment, który jest istotny dla przeprowadzającego test.

 

I tak wła­śnie było. Ale nie przy­pusz­czam, żeby się dało od­dzie­lić czas re­ak­cji na, po­wiedz­my, widok sa­mo­cho­du tuż pod bo­kiem, od czasu re­ak­cji na coś, co do­pie­ro mu­sisz sobie wy­obra­zić. Nie wiem, ile czasu trwa wy­obra­ża­nie – może wy­ra­zi­łam się nie­ja­sno.

Więc pan Dick gdzieś w książce to uzasadnił, podając parametry Nexusa-6. I to w teście Voight-Kampff clou sprawy – nie jest najważniejsze, jaka padnie odpowiedź, ile sprawdzanie “parametrów ciała”, na które nie mamy wpływu. Możesz dojść po chwili zastanowienia, jaka powinna być emocjonalna reakcja na wywróconego żółwia (i wyrzec “prawdopodobnie cierpi, współczuję mu i gdybym był w takiej sytuacji wolałbym, aby ktoś mi pomógł przewrócić się na drugą stronę”. Chociaż… nie musi to być prawidłowe. Bo co ze zwierzęciem, żywiącym się padliną? Dlaczego nie pozostawić spraw naturalnemu biegowi rzeczy? Dlatego to reakcja czysto emocjonalna). Jednak nie jesteś w stanie sterować układami, nad którymi nie masz kontroli (może w miarę dobrym przykładem byłaby analogia do źrenicy – zapalasz światło, źrenica się nie zwęża, gasisz, rozszerza się. Raczej ciężko świadomie nią sterować). Na tym opiera się założenie testu. Że w tym modelu, chociaż biologicznie posiadają taką możliwość, nie mają świadomej pieczy nad pewnymi reakcjami (w sensie że istnieje mechanizm, ale nie mogą nim sterować).

Jednak ciągle potrzebny jest ktoś przeszkolony do oceny. Może tak być z podanego przez ciebie powodu – u kogoś pedantycznego widok leżącego roweru może wywołać reakcję emocjonalną (połączoną z ruchem ręki w kierunku pasa i szukaniem dziecka do bicia). Prawidłowa reakcja organizmu nie musi oznaczać pożądanego toku myślowego delikwenta – nie wczuwasz się w położenie roweru, irytuje Ciebie układ przedmiotów na obrazku.

Oczywiście trwa ciągły wyścig zbrojeń w tej mimikrze. Producent analizuje “wady” modelu (czyli dlaczego nie przechodzi testu) i konstruuje nowsze modele, do wykrycia których potrzebny jest lepszy sprzęt/metoda.

Swoją drogą, “po co”? Gdybyś (?) była androidem i miała wybór, nie wolałabyś mieć trochę “podrasowanych” parametrów, widzieć w podczerwieni (albo i dalej, https://www.ted.com/talks/david_eagleman_can_we_create_new_senses_for_humans – o mózgu jako komputerze ogólnego przeznaczenia, który bezobsługowo adoptuje się do otrzymywanych danych). Czemu nie mieć tego “na starcie” i łatwiej?

Książka PKD jest oczywiście o ludziach jacy są teraz, nie o ludziach, jakimi mogą się stać (moim osądem), a andki są tylko produktem. Nie planują siebie same. Mają spełniać prawdziwe a nie zgodne z prawem oczekiwania klientów.

I tu się zgodzę – stworzone je w opozycji do “Je­że­li in­nych utoż­sa­miasz ze sobą, to oczy­wi­ste, że im współ­czu­jesz – oni są Tobą! Kró­lem Punk­tu!“. Jednostka ludzka na początku nie ma świadomości “odrębności” własnej osoby. Z czasem uczysz się, że Twoja osoba kończy się tam, gdzie palce. Ale empatia emocjonalna jednak zaistniała. Wydaje się, że andki potrafią odczuwać coś na kształt empatii emocjonalnej tylko w egzemplarzach ze swojego modelu (Pris z inną Pris itd). Ale… czy w istocie ludzie nie zachowują się tak samo? Żółci pogardzają białymi, biali czarnymi itd itp (świadome uproszczenie podparte historią). Uprzedmiotawiasz osobę i dla Ciebie ona znika. Co się z nią stało? Czy istniała?

Co jednak jest jeszcze sprytniejsze, w “Czy androidy (…)” co chwilę dostajesz kłamstwa, które Ci pomagają – jak w przypadku fałszywej żaby na koniec, dzięki której Rick ma siłę wrócić do domu. Pierwsze czego się dowiaduje po powrocie, że zwierzak jest elektryczny. Jednak “dobro” zostało wyrządzone. W istocie więc pomógł sobie sam, dzięki idei, którą wytworzył (w którą uwierzył). Wiedzą też, że merceryzm to jedno wielkie oszustwo (w dodatku nie wiadomo skąd, nie wiadomo kto czy co za tym stoi, nawet gdzieś jawnie ktoś zdradza swoje wątpliwości, mówiąc coś w stylu “Gdyby Hitler miał…”), a jednocześnie przeczuwają, że niczego to nie zmieni. Czy Mercer, który ostrzega Ricka (już po informacji, że to jeden wielki namalowany pędzlem obrazek z pijakiem-aktorem zatrudnionym do roli Mercera) jest prawdziwy? Czy jest tylko ideą, racjonalizującą instynkt łowcy? A może prawdziwym Mesjaszem – misiem, który zawsze zaakceptuje i przytuli? Czy za nim stoi transparent, że musisz w pewnej mierze odrzucić czysto logiczne rozumowanie, by stać się człowiekiem? Że bez owej heurestyki emocjonalnej, o które piszesz (a która może być tylko sposobem na zmniejszenie zapotrzebowania na energię przez mózg) nie ma człowieka?

Android jest zawsze sam i jest to klątwa założycielska wypalona na nim w fabryce, a człowiek m o ż e być sam, w istocie jest, ale może też doświadczać empatii, a nawet nadziei “empatii zwrotnej”, przebaczenia, nawet jeśli źle/niejednoznacznie moralnie postępuje. Co też wydaje się mu być potrzebne.

GaPa: an­dro­idy w sto­sun­ku do zwie­rząt miały sto­su­nek jed­no­znacz­nie i wy­łącz­nie in­te­lek­tu­al­ny

Ra­czej uty­li­tar­ny, niż in­te­lek­tu­al­ny.

No tu właśnie nie jestem pewien. Co im “dało” obcięcie czterech kończyn pająkowi? Czy była w tym akcie jakaś możliwość uzyskania użytecznych informacji (których w dodatku nie dałoby się pozyskać w inny sposób, na przykład w bibliotece?). Jakoś nie do końca mogę pojąć to zachowanie. W dodatku męczą zwierzaka w chwili, gdy ogłaszany jest najważniejszy dla nich komunikat, na który ponoć tak długo czekają (że Mercer to oszustwo).

Wychodzi mi na to, że albo jest to element czysto intelektualny (badanie chyba nie musi być utożsamiane z docenieniem przedmiotu badania? Jeśli badam złożony przedmiot, wszyscy mówią “zostaw to, marnujesz czas, to pojemnik na gluty”, i okazuje się, że mieli rację, to żadną miarą nie jestem w stanie docenić tej konstrukcji, w dodatku w tym czasie mogłem ugotować ziemniaki i byłoby to chociaż użyteczne), albo wręcz przeciwnie w takim razie – irracjonalny, ale nie utylitarny, bo nieprzydatny. Może po prostu PKD użył pajęczaka, by specjał mógł emocjonalnie zaakceptować “zdradzenie” androidów, którego za chwilę dokona. Czy to oznacza, że PKD był androidem, używającym żywych istot niczym Zarząd Dróg znaków drogowych? Hm, skoro Ty jesteś, to może byliście w tej samej grupie ucieczkowej? ;)

 

@Dar­con – nie jestem singlem, ale szybko piszę. Dlatego trochę “rozchwianie” ;) Sądzę, że w dialogu z “Tarniną” jesteśmy na razie na etapie ustalania protokołów komunikacyjnych i tematu rozmowy ;) Wydaje mi się to zajęciem sprawiedliwym, nie wyczerpującym znamion przestępstwa!

 

pzdr

( •_•)>⌐■-■

Czy skoczyłyby wskaźniki? I w którym momencie, przy aparacie czy ciut wcześniej wcześniej?

I w którym momencie tej wypowiedzi? Bo i na "niespodziwanie" mógłbyś zareagować emocjonalnie, i na "dawną miłość", i na "symbole masońskie"… Wydaje mi się (nie dam głowy), że istnieje różnica między reakcją na doświadczenie rzeczy i na jej wyobrażenie (symbol, opowiadanie, i tak dalej, i tym podobne). "Wiedżmin miał nóż na gardle" – gdybyś tam był, widziałbyś od razu, że Geraltowi nic nie grozi, ale zdanie wyrwane z kontekstu wywołuje trochę inny obraz.

Chociaż… nie musi to być prawidłowe. Bo co ze zwierzęciem, żywiącym się padliną? Dlaczego nie pozostawić spraw naturalnemu biegowi rzeczy? Dlatego to reakcja czysto emocjonalna

W jakim sensie prawidłowe? Według jakiego prawidła? I czy jesteś pewien, że "nie chce mi się pomagać" to nie reakcja emocjonalna?

 nie jesteś w stanie sterować układami, nad którymi nie masz kontroli

Z definicji. Pytanie, czy empatia jest reakcją autonomiczną – chyba niekoniecznie, a przynajmniej nie w stu procent. Wydaje mi się (mam wrażenie, że się powtarzam), że nie istnieje bez wyobraźni, a wyobraźnia jest częścią rozumu.

 Jednak ciągle potrzebny jest ktoś przeszkolony do oceny.

Pewnie. Jak do każdego innego pomiaru.

 Oczywiście trwa ciągły wyścig zbrojeń w tej mimikrze. Producent analizuje “wady” modelu (czyli dlaczego nie przechodzi testu) i konstruuje nowsze modele, do wykrycia których potrzebny jest lepszy sprzęt/metoda.

Czyli – ewoluujący chiński pokój. OK. Ale ciągle chiński pokój, czyli symulacja, a symulacja nigdy nie będzie doskonała i zawsze pozostanie “pusta”, beztreściowa.

 andki są tylko produktem. Nie planują siebie same. Mają spełniać prawdziwe a nie zgodne z prawem oczekiwania klientów.

My też sami siebie nie planujemy, ale o to mniejsza. Problem z androidami polegał właśnie na tym, że nie spełniały oczekiwań – uciekły od właścicieli (zamordowawszy ich przedtem), chciały się wyrwać na wolność, czyli się zbuntowały przeciwko swoim twórcom i naturze, którą ci twórcy im nadali. Wykroczyły poza nią. Jednocześnie – czegoś im brakowało (wg. niektórych skutek nie może być bardziej bytem od przyczyny, czyli na każdym kolejnym szczebelku drabiny byt jest słabszy), i tym czymś jest właśnie empatia.

 Uprzedmiotawiasz osobę i dla Ciebie ona znika. Co się z nią stało? Czy istniała?

Nie widzę w tej chwili zebry. Czy to znaczy, że zebry nie istnieją? Jak powiedział sam Dick, rzeczywistość to to, co nie znika, kiedy przestaje się w to wierzyć – czyli to, co od naszego umysłu jest niezależne (takie stanowisko nazywamy, uwaga, uwaga, realizmem). Czy ludzie gardzą tymi, którzy się od nich różnią, to zależy od tych ludzi (od stopnia ich cynizmu) – wcale niekoniecznie musi chodzić o wygląd i biologię, bo przeciwnicy polityczni, zwłaszcza z opcji skądinąd podobnych, potrafią się wzajemnie nienawidzić jak psów. Ale nie wszyscy tak mają – to Ciemna Strona Mocy, którą łatwiej iść, ale dojść można tylko w otchłań, gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów.

 

Czy merceryzm to oszustwo… hmm. Czy powieść (jakakolwiek) to oszustwo? Krzepiące kłamstwa nie są irracjonalne ani z punktu widzenia tego, kto je opowiada, ani tego, kto wierzy (w tej chwili Immanuel Kant przewrócił się w grobie ;) ) – no i trzeba odróżnić kłamstwa – mówienie tego, co chcesz usłyszeć, od symboli ukrywających niewyrażalną prawdę. Mercer, jak sądzę, jest raczej tym drugim. I dlatego:

 Czy Mercer, który ostrzega Ricka (już po informacji, że to jeden wielki namalowany pędzlem obrazek z pijakiem-aktorem zatrudnionym do roli Mercera) jest prawdziwy?

Nie. I tak. Jest cieniem, odbiciem w ciemnym zwierciadle, ale to odbicie przemawia głosem kogoś prawdziwego.

 prawdziwym Mesjaszem – misiem, który zawsze zaakceptuje i przytuli?

Nie na tym polega Mesjasz (zob. Apokalipsa, rozdział 19), zresztą Dick też przywołuje apokaliptyczne obrazy, ale nie w tej powieści (najwięcej jest ich w "Boskiej inwazji", co nie dziwi, ale też w "Płyńcie łzy moje…").

 Czy za nim stoi transparent, że musisz w pewnej mierze odrzucić czysto logiczne rozumowanie, by stać się człowiekiem? Że bez owej heurestyki emocjonalnej, o które piszesz (a która może być tylko sposobem na zmniejszenie zapotrzebowania na energię przez mózg) nie ma człowieka?

Nie ma w tym nic nielogicznego. Logika, powtarzam, nie ma treści, to tylko przesuwanie symboli. A czy bez emocji nie ma człowieka, to insza kwestia – Kant (pogłaszczmy staruszka, skorośmy mu przykrość sprawili powyżej) w swoim systemie etyki odrzuca emocje w ogóle (poza szacunkiem dla prawa moralnego, jeśli to można nazwać emocją) jako motyw dobrego działania – tj. działanie motywowane emocjonalnie może być dobre tylko przypadkiem, bo akurat wyszło identyczne z działaniem o właściwym motywie. Właściwym motywem jest tylko i wyłącznie prawo (moralne, nie mylić z prawem stanowionym), a oceniając konkretne czyny, Kant zwraca uwagę na to, czy logicznie nie uniemożliwiają same siebie (przykład – chcesz skłamać. Co by było, gdyby wszyscy zawsze kłamali? Nikt by nikomu nie wierzył, więc nie dałoby się skutecznie skłamać. Zatem – nigdy nie kłam.) Zauważ, że nie ma tu mowy o treści – Kant traktuje kłamstwo "Nie, wcale mi nie przeszkadzasz" na równi z "Żydów nigdy tu nie było, herr oberleutnant" i z "Nigdy nie miałem relacji seksualnych z tą kobietą", a nawet z "Panie prezesie, nie robię nic, o czym by pan nie wiedział". Każde kłamstwo jest równie złe. Nie wszystkim kantowska etyka odpowiada, ale braku logiki nie można jej zarzucić.

 Co im “dało” obcięcie czterech kończyn pająkowi? Czy była w tym akcie jakaś możliwość uzyskania użytecznych informacji (których w dodatku nie dałoby się pozyskać w inny sposób, na przykład w bibliotece?). Jakoś nie do końca mogę pojąć to zachowanie. W dodatku męczą zwierzaka w chwili, gdy ogłaszany jest najważniejszy dla nich komunikat, na który ponoć tak długo czekają (że Mercer to oszustwo).

Hmm. Przypomina mi się nieczłowiek z Trylogii Kosmicznej, który patroszy żywe żaby i morduje ptaki po prostu dlatego, że są dziełem jego Przeciwnika. Ale tu chyba nie możemy przyjąć takiej interpretacji. Może androidy się nudzą i to po prostu ich rozrywka? A że jest obrzydliwa, cóż. One uczuć moralnych nie mają. Ludzie też nie zawsze mają (to się nazywa psychopatia) – a niekoniecznie od razu rzucają się z piłą łańcuchową na wszystko dookoła (psychopaci często wypracowują sobie sztywne kodeksy moralne i już się ich trzymają).

 Android jest zawsze sam i jest to klątwa założycielska wypalona na nim w fabryce, a człowiek m o ż e być sam, w istocie jest, ale może też doświadczać empatii, a nawet nadziei “empatii zwrotnej”, przebaczenia, nawet jeśli źle/niejednoznacznie moralnie postępuje. Co też wydaje się mu być potrzebne.

Słusznie prawisz. Ale dlaczego "zwrotnej"? Po prostu empatii.

 badanie chyba nie musi być utożsamiane z docenieniem przedmiotu badania? Jeśli badam złożony przedmiot, wszyscy mówią “zostaw to, marnujesz czas, to pojemnik na gluty”, i okazuje się, że mieli rację, to żadną miarą nie jestem w stanie docenić tej konstrukcji

Skoro uznałeś, że warto go badać, to przynajmniej w tamtej chwili – doceniłeś. Potem zmieniłeś zdanie, w porządku, ale dlaczego? Bo "pojemnik na gluty" nie odpowiadał Twoim oczekiwaniom. W tej chwili większość ludzi albo ciepnie go do śmieci (obrażając przy tym słownie matkę) albo zacznie racjonalizować (w sensie psychologicznym, tj. szukać uzasadnienia) swoje zainteresowanie. Tak czy owak, dowiedziałeś się czegoś o świecie (istnieją pojemniki na gluty i wyglądają, o tak), a to chyba dobrze?

 Może po prostu PKD użył pajęczaka, by specjał mógł emocjonalnie zaakceptować “zdradzenie” androidów, którego za chwilę dokona.

Może. Ale zauważ, że Isidore broni słabszego (pająka), czego androidy z zasady nie robią (wykorzystują Isodore'a bez pardonu, i kto wie, co by zrobiły, gdyby przestał im być potrzebny).

 Czy to oznacza, że PKD był androidem, używającym żywych istot niczym Zarząd Dróg znaków drogowych? Hm, skoro Ty jesteś, to może byliście w tej samej grupie ucieczkowej? ;)

No, nie, rozpracowały mnie te bladawce ;) Time to die.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Jestem po lekturze ;)

Były dwa testy na Nexus-6. Jeden bezobsługowy – nie wymagający interpretacji, po prostu czyste tak/nie, mierzący czas przepływy sygnału w jakichś włóknach (korzystają z niego łowcy z “alternatywnej” stacji policji, o której całkiem zapomniałem, a która była zarządzana przez androidy). W istocie powinien być połączony z jakąś bronią, proste i praktyczne. Powinni wyposażyć w to wideofony. Wykręcasz numer, w tym czasie przeprowadzony jest test, wynik pozytywny – następuje “usterka” aparatu, delikwent ląduje martwy na podłodze.

Deckard nie ufał owemu testowi, bo czemu miałby? Dopiero o nim się dowiedział, opierał się na czym miał (test empatyczny). Ten wymagał interpretacji, bo właśnie istotne było kiedy i jakie wychylenie mierzonych sygnałów następowało (gdy broniący się przystojny android – śpiewaczka – wprowadził szum semantyczny (zabawna scena zresztą), Deckard nie mógł kontynuować testu). Zresztą nieomal podważono test w korporacji, gdy próbowano mu wmówić, że fałszywie w Pris zdiagnozował androida.

Zobacz, jak kruche to daje podstawy działania łowcom (test empatyczny). Tyle tytułem testów w świecie powieści.

W świecie “rzeczywistym” nie wypowiem się, czy byłoby możliwe rozróżnienie czy reakcja była “wymyślona” czy “naturalna”.

Ale wracam do części mnie interesującej.

 

GaPa: Cho­ciaż… nie musi to być pra­wi­dło­we. Bo co ze zwie­rzę­ciem, ży­wią­cym się pa­dli­ną? Dla­cze­go nie po­zo­sta­wić spraw na­tu­ral­ne­mu bie­go­wi rze­czy? Dla­te­go to re­ak­cja czy­sto emo­cjo­nal­na

W jakim sen­sie pra­wi­dło­we? We­dług ja­kie­go pra­wi­dła? I czy je­steś pe­wien, że "nie chce mi się po­ma­gać" to nie re­ak­cja emo­cjo­nal­na?

Dlatego emocjonalna, że podjęta bez namysłu. Czysty odruch – widzisz cierpienie, reagujesz chęcią pomocy (pod warunkiem, że rozpoznasz sytuację “awaryjną”). W jakim sensie prawidłowe – ano tu właśnie wkracza umysł. Można się przerzucać argumentami aż możesz zaakceptować na poziomie intelektualnym rozwiązanie, które stoi w sprzeczności z pierwszym odruchem emocjonalnym. Podam wydumany przykład (celowo ukierunkowany).

Osoba A – Słyszałam, że jadący z nadmierną prędkością w terenie zabudowanym młody człowiek przejechał na pasach kobietę w ciąży.

Osoba B – Jezu Chryste! Kiedy zrobią coś z tymi gówniarzami w drogich furach!? Dawać mi go!

Osoba C – Przepraszam, ale się wtrącę. Jadący prawidłowo karetką z gasnącym pacjentem kierowca robił co mógł, ale nawalona gówniara wyskoczyła zza słupa i nie zdążył jej ominąć.

Mamy sytuację podlegającą emocjonalnemu (samo)sądowi, ale po dostarczeniu dodatkowej porcji informacji nasz osąd może ulec zmianie.

czy em­pa­tia jest re­ak­cją au­to­no­micz­ną

Nie wiem, co sądzą o tym mistrzowie tematu, ale może raczej “automatyczna” nie autonomiczna? Przynajmniej empatia emocjonalna? Taki trigger – widzisz łzy i zrozpaczoną twarz → ktoś cierpi.

 

Ale, chciałem zahaczyć o “szalonego biskupa”. Czy w takim razie test nie jest narzędziem od niego (w szczególności w przypadku andków z wszczepem pamięci). Sądzisz, że jesteś człowiekiem, poddajesz się testowi i okazuje się, że nie.

 

GaPa: Uprzed­mio­ta­wiasz osobę i dla Cie­bie ona znika. Co się z nią stało? Czy ist­nia­ła?

Nie widzę w tej chwi­li zebry. Czy to zna­czy, że zebry nie ist­nie­ją?

No tak, ale rozpoczęty test mówi, że za chwilę może zebry nie być. Zakończony (niepomyślnie dla badanego) dodatkowo stwierdza, że w istocie zebry nigdy nie było, zostaje noc. Pusta i zimna. Wierzyłem, że jestem zebrą, ale tak samo Decker myślał, że znalazł prawdziwą żabę. Obaj się myliliśmy. Z drobną różnicą – on wyszedł na tym lepiej.

Pro­blem z an­dro­ida­mi po­le­gał wła­śnie na tym, że nie speł­nia­ły ocze­ki­wań – ucie­kły od wła­ści­cie­li (za­mor­do­waw­szy ich przed­tem), chcia­ły się wy­rwać na wol­ność, czyli się zbun­to­wa­ły prze­ciw­ko swoim twór­com i na­tu­rze, którą ci twór­cy im nada­li.

Tutaj zależy od punktu siedzenia. Nie znalazłem w książce przekonywującego wytłumaczenia, dlaczego korporacje chciały, by andki test przechodziły nietknięte (bezsprzecznie chodziło o jakiś zysk, ale nie sądzę, że reklamowałyby się “pamiętaj, to nasz model po zarżnięciu właścicieli dostał się na Ziemię i pokonał rekord niewykrywalności!”. Może chodziło o tę pustkę, zimno, które ludzie w nich dostrzegali (nie tylko ludzie, nawet zwierzęta im zdychały)? Nie tego potrzebowali klienci w dołujących koloniach. O pokonanie tej bariery, by śmiało można było powiedzieć, nie możesz mieć lepszego prawdziwego towarzysza zamiast lepszego niewolnika (oczywiście w zależności od potrzeb klienta))?.

Przecież korporacja Rosena robiła co mogła, by Decker nie był zdolny do pracy, a jednocześnie żeby poznać jego metody, by ulepszać produkt, aby istniejące testy były nieskuteczne.

 

GaPa: Może po pro­stu PKD użył pa­ję­cza­ka, by spe­cjał mógł emo­cjo­nal­nie za­ak­cep­to­wać “zdra­dze­nie” an­dro­idów, któ­re­go za chwi­lę do­ko­na.

Może. Ale za­uważ, że Isi­do­re broni słab­sze­go (pa­ją­ka), czego an­dro­idy z za­sa­dy nie robią

Tak, one nawet przez jakiś czas nie mogą zrozumieć, o co mu chodzi. Myślą, że chodzi o utracony przychód (za pająka można dostać stówkę). Dwie/trzy pieczenie przy jednym ogniu – pokazanie, że android nie współczuje, więc jest nieludzki, daje to kolejną legitymację (oprócz bezsprzecznie nieetycznych czynów, których dopuściły się, by przybyć na Ziemię) Deckerowi, by mógł je zlikwidować, oraz odsuwa od andków Isidora. Jest w tym pewna elegancja, chociaż jak dla mnie daje to też coś androidom, czego mieć nie powinny. Bo mnie jednak wychodzi, że po prostu były ciekawe. Czy rower może być ciekawski?

Nie wszyst­kim kan­tow­ska etyka od­po­wia­da, ale braku lo­gi­ki nie można jej za­rzu­cić.

Ale niepraktyczne… wręcz nieludzkie (obija mi się po czaszce, że ktoś chyba próbował udowodnić, że to ewolucyjny mechanizm służący przetrwaniu? Temu, by grupa lepiej funkcjonowała? Te wszystkie “niewinne” kłamstwa, dzięki którym niektórzy lepiej się czują i grupa funkcjonuje sprawniej?).

 

Podłącz się do gniazdka i wyśnij coś, co po przebudzeniu nie zostawia uczucia pustki ;)

 

pzdr

ヽ( ̄(エ) ̄)ノ

Part two

wg. niektórych skutek nie może być bardziej bytem od przyczyny,

Hm, czy to nie zaprzeczenie Teorii Ewolucji?

 

Z Mesjaszem weź pod uwagę, że nie mówimy o Testamencie, tylko o merceryźmie. Chociaż do końca nie wiadomo kto czy co za tym stoi, wydaje się, że to Ostateczne Rozwiązanie. Mesjasz – trener osobisty, w dodatku wykluczające – w tym Królestwie nie dla każdego jest miejsce. Mercer przeżywa wieczny cykl – od ciemności w Grobie Światów czy jak to się tam nazywało, gdzie czekał aż kości zwierząt zamienią się w nowe życie, poprzez wędrówkę, aż na sam szczyt, z którego zostaje strącony do dołu. Pomaga swoim wyznawcom w najbardziej praktyczny sposób, nawet w dość oszczędny bym powiedział – “uważaj, po schodach wspina się najgorszy z andków”, łowcy i specjałowi daje tanie, sztuczne zwierzęta, ale to działa.

Samotnym ofiarowuje wspólnotę oraz rozwój, sugeruje, że czasem trzeba wybrać trudniejszą drogę, by stać się człowiekiem – zamiast modyfikatora nastroju, dzięki któremu zawsze możesz czuć się wspaniale, obrywasz (i tu też pojawia się owa dwuznaczność – niektórzy, będący w słabszej kondycji, wiedzą, że mogą nie przetrwać seansu, a jednak się podłączają. Można to uznać za analogię do narkomanów – organizm się rozpada, a ty ciągle musisz brać!).

W dodatku musisz uwierzyć – przecież od pewnego momentu wiadomo, że to kłamstwo. A jednak w jakiś sposób to działa. Skrzynki istnieją materialnie, są nawet “dedykowane” – każda jest zaprogramowana na określoną osobę, gdzieś tam pada stwierdzenie, że to najbardziej intymny przedmiot, jaki można sobie wyobrazić. Czy to nie podejrzane? (gdzieś tam w tle późniejszy Matrix)?

W “Androidach (…)” władze namawiają do korzystania ze skrzynek, ale w innych utworach są one zabronione (z pobudek raczej niehumanitarnych przecież, chodzi o władzę). Czy w kwestii wiary istotne jest, kto czy co za tym stoi? Czy mamy właśnie rozpatrywać sam skutek właśnie, a moralne czy inne czynniki stojące za działaniem odrzucać? A co w sytuacji, kiedy nie wiemy co czy kto za zjawiskiem działa? Czy to nie p o d e j r z a n e? I tak można się chyba kręcić w nieskończoność, gdyby chociaż jakiś generator podłączyć, byłby z tego prąd!

Cóż jest fajnego w fajerwerkach z pozycji zwierzęcia, a ludziom się podobają. Czy trzeba do tego dorabiać religię? Może wystarczy je zaakceptować?

pzdr

– 

٩(̾●̮̮̃̾•̃̾)۶

bezobsługowy – nie wymagający interpretacji, po prostu czyste tak/nie, mierzący czas przepływy sygnału w jakichś włóknach

Nie do końca bezobsługowy – owszem, można coś takiego zautomatyzować bez większych problemów, ot parę oporników i zapala się lampka (albo android pada, dobrze), ale ktoś musiał przynajmniej ustalić próg (tj. przy jakiej wartości kasujemy delikwenta). Oczywiście, zrobiłby to na podstawie jakichś informacji i w jakimś celu (odsiania androidów – ale dlaczego? bo są dla nas zagrożeniem – i co z tego? i tak dalej, aż do celu ostatecznego, którym jest… hmm?).

wymagał interpretacji, bo właśnie istotne było kiedy i jakie wychylenie mierzonych sygnałów następowało

W tamtym teście też. W każdym teście chodzi o to, żeby sprawdzić, czy mierzona wartość mieści się w tym przedziale, w którym chcemy ją mieć. Voight-Kampff jest zdecydowanie mniej subiektywny od, chociażby, testu Roschacha (który przeszłam parę lat temu, jakby co) – badający ma wyraźne wskazówki co do interpretacji.

Zobacz, jak kruche to daje podstawy działania łowcom (test empatyczny).

Do you think it's air you're breathing? Każde działanie ma kruche podstawy, jeśli zaczniesz je analizować w ten sposób. Skąd wiesz, że nie jesteś mózgiem w słoju? (tak, wiem, zostało wykazane, że nie jesteś, ale nie przekonuje mnie argumentacja, że mózg w słoju nie mógłby mówić sensownie o świecie – skąd wiemy, że mówimy sensownie? I tak, wiem, że to najpodlejszy sceptycyzm.)

Mamy sytuację podlegającą emocjonalnemu (samo)sądowi, ale po dostarczeniu dodatkowej porcji informacji nasz osąd może ulec zmianie.

I to właśnie powiedziałam. Kiedy sam jesteś w jakiejś sytuacji, wiesz o niej o wiele więcej, niż gdyby ktoś Ci o niej opowiadał przy kawie. Nie wszystko, oczywiście. Ale skoro reakcja emocjonalna równa się według Ciebie automatycznej i nieprzemyślanej, nie widzę tu miejsca na osąd. Nie potrzebuję rozumu (no… upraszczając, ale na potrzeby dyskusji…) żeby wiedzieć, że mój sweter jest niebieski – widzę jego rękawy (dana zmysłowa). Ale żeby coś o tym sądzić, teoretycznie (W produkcji tego swetra zastosowano niebieski barwnik) albo wartościująco (Mój sweter jest ładny, bo jest niebieski), muszę już pomyśleć.

ale może raczej “automatyczna” nie autonomiczna? (…) trigger – widzisz łzy i zrozpaczoną twarz → ktoś cierpi.

Posłużyłam się terminem psychologicznym, a nie filozoficznym, masz rację. Chodziło mi o odruchy bezwarunkowe.

 chciałem zahaczyć o “szalonego biskupa”. Czy w takim razie test nie jest narzędziem od niego (w szczególności w przypadku andków z wszczepem pamięci). Sądzisz, że jesteś człowiekiem, poddajesz się testowi i okazuje się, że nie.

Nie. Berkeley dzieli świat na umysły, które postrzegają, i wszystko inne, co jest postrzegane i tylko jako takie istnieje. Przy tym – umysł nie postrzega sam siebie ani innych umysłów (tylko to, co one mu dadzą do postrzegania, symbole), więc nie bardzo dałoby się myśleć, że się jest, a jednak nie być. Dopóki cokolwiek postrzegasz, jesteś umysłem. Jeśli nie postrzegasz – jesteś iluzją. Dla jasności – umysłem jest tutaj samo jądro "ja", nie otoczka uczuć (typu "jest mi smutno", "zjadłabym czekolady" itp. – to są postrzeżenia i przestaną istnieć, kiedy przestanę je postrzegać).

rozpoczęty test mówi, że za chwilę może zebry nie być. Zakończony (niepomyślnie dla badanego) dodatkowo stwierdza, że w istocie zebry nigdy nie było, zostaje noc.

A co było? Tak w zasadzie, to oblanie testu nie usuwa "zebry" – poddanie kogoś testowi ma na celu stwierdzenie, czy ona jest, czy nie, oznacza, że ktoś wątpi w jej istnienie. To nie kot Shroedingera, który żyje i nie żyje, póki nie otworzysz pudełka i nie wyskoczy na Ciebie z pazurami, tylko wątpliwość co do istnienia czegoś niezależnego od obserwatora.

 Może chodziło o tę pustkę, zimno, które ludzie w nich dostrzegali (nie tylko ludzie, nawet zwierzęta im zdychały)? Nie tego potrzebowali klienci w dołujących koloniach.

Właśnie! Twój plastykowy przyjaciel, z którym przyjemnie przebywać! (TM) Androidy miały zastąpić ludzi – zapewnić kolonistom towarzystwo, którego im brakowało. Owszem, korporacja Rosena wybrała nienajlepszy sposób załatwienia tego problemu, typowo korporacyjny – nasz produkt, drogi kliencie, wygodnie i bezpiecznie zaspokoi Twoje potrzeby. Tylko w tym miesiącu przystawka do sepulenia gratis! Ale tak działają korporacje. Nie ma sklepów z przyjaciółmi, pamiętasz? Android ma być realistyczny – ale bezpieczny, a jedno z drugim po prostu się nie łączy – jeśli ma jakiś stopień wolnej woli, może mu przyjść do głowy, że nie chce być niewolnikiem, a jeśli nie ma, to pozostaje lalką i nie spełnia swojego celu.

Myślą, że chodzi o utracony przychód (za pająka można dostać stówkę).

No. Czyli mają motyw utylitarny.

Bo mnie jednak wychodzi, że po prostu były ciekawe. Czy rower może być ciekawski?

Nie, ale rower nie myśli i nie ma wolnej woli, którą androidy chyba mają (w końcu zdecydowały się uciec na Ziemię). Możliwe, że gdyby pożyły trochę dłużej, wykształciłyby także empatię – na TvTropes ktoś dowodził, że jej nie mają, bo są za młode (ludzkie czterolatki jednak już empatię wykazują, ale niech będzie, że trzeba poczekać) – tylko to by wskazywało, że empatia jest wyuczalna, więc nie automatyczna.

ktoś chyba próbował udowodnić, że to ewolucyjny mechanizm służący przetrwaniu? Temu, by grupa lepiej funkcjonowała? Te wszystkie “niewinne” kłamstwa, dzięki którym niektórzy lepiej się czują i grupa funkcjonuje sprawniej?)

Teraz wszystko się próbuje udowadniać ewolucyjnie, więc nawet nie muszę sprawdzać, bo na pewno ktoś próbował. Ale Kant nie myślał w ten sposób, bo żył przed Darwinem. Inna moda naukowa (nauka też podlega modzie). Dla niego istotą człowieka był rozum, a wszystko inne – szkodliwą naroślą.

Hm, czy to nie zaprzeczenie Teorii Ewolucji?

O, boska Ewolucyjo, ty, co wraz z Demokracyją i Pluralizmusem pieczę masz nad naszym światem! Przepraszam. Trafiłeś w punkt, który przyprawia mnie o ataki gorzkiego sarkazmu (procedura WrednyKomentarz; logdump; continue;).

Po pierwsze, idea, o której wspomniałam, została sformułowana na długo przed Darwinem. Po drugie, teoria ewolucji pozostaje teorią, nie dogmatem – przyjmujemy ją, bo dobrze tłumaczy zjawiska, ale (jak wszystkie teorie naukowe!) może pewnego dnia zostać obalona i zastąpiona lepszą albo szerszą (dynamika Newtona ustąpiła teorii względności, bo Einstein lepiej wyjaśnił zjawiska, także zjawiska, których Newton wyjaśnić nie umiał, ale NASA ciągle używa do obliczeń Newtona, bo jest prostszy i w zadanych parametrach zupełnie wystarcza). Sama sprzeczność z jakąkolwiek teorią naukową (nawet dobrze zasiedziałą) nie oznacza, że coś jest nieprawdą.

A co do drabinki bytów – to był umysłowy skok w bok. Zarażasz ;)

 nie mówimy o Testamencie, tylko o merceryźmie

Dick miał wyraźne inklinacje gnostyckie i przyznawał się do nich. Punkt dla Ciebie.

 W dodatku musisz uwierzyć – przecież od pewnego momentu wiadomo, że to kłamstwo.

Na pewno wiadomo? Pokazali jakiegoś aktora, jakieś dekoracje, no, dobra – ale co z tego wynika? Czy szopka, którą zrobiłam w drugiej klasie gimnazjum, miałaby być dowodem na nieprawdziwość Ewangelii? Wiara może być uzasadniona, oczywiście, ale nie da się udowodnić, że coś nie istnieje, i to w dodatku pokazując marną kopię tego czegoś. Non sequitur – i to ze strony androidów, które niby są takie logiczne. Dla nich istnieje tylko prawda dosłowna, dom, Stasiek, drzewo – ale rysunek drzewa nie dowodzi nieistnienia prawdziwych drzew.

I z drugiej strony – materialne istnienie skrzynek nie dowodzi istnienia Mercera. Mógł je zrobić kto inny. Tu chodzi o wiarę właśnie, o zaufanie.

 Czy w kwestii wiary istotne jest, kto czy co za tym stoi? Czy mamy właśnie rozpatrywać sam skutek właśnie, a moralne czy inne czynniki stojące za działaniem odrzucać?

Oczywiście, że jest istotne. Po prostu nie da się czystym rozumem dojść, kto za tym stoi. Zresztą, żeby nie bujać w obłokach – tak samo nie możesz czystym rozumem dojść (na pewno), dlaczego Twój bliźni robi to, co akurat robi – możesz się domyślać, możesz zgadywać i psychoanalizować, ale nigdy nie wiesz, o co mu chodzi. Nawet, jeśli Ci powie – może kłamać. Możesz najwyżej uwierzyć, że mówi prawdę, albo pozostać nieufnym paranoikiem.

 A co w sytuacji, kiedy nie wiemy co czy kto za zjawiskiem działa? Czy to nie p o d e j r z a n e?

No, właśnie nie wiemy. Skąd wiesz, że nie jesteś jedynym prawdziwym człowiekiem, a wszyscy inni to kukiełki? Sterowane przez kartezjańskiego demona, który patrzy, jak się miotasz i rechocze w kułak? Nie wiesz, i nie dowiesz się, a musisz przecież jakoś żyć.

 Cóż jest fajnego w fajerwerkach z pozycji zwierzęcia, a ludziom się podobają.

Tu nie trafiłeś – ludzie trochę się różnią od zwierząt, chociażby sprawnością narządu wzroku, ale przede wszystkim chodzi chyba o symbolikę (świętowanie, coś niebezpiecznego, co opanowaliśmy dla naszej rozrywki, i te pe).

 

Do siego roku!

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Niestety, @Tar­ni­no, tutaj muszę urwać korespondencję (życie mnie wciągnęło i nie jestem w stanie zapewnić jakości w tym wątku, a rzucanie jakiejś oderwanej myśli w odpowiedzi na wyrwany z kontekstu fragment Twej wypowiedzi jest bez sensu ;(.

Dzięki za udział ;)

Mam nadzieję że Twoja potrzeba porządkowania doprowadzi Cię do wielu szczęśliwych zakończeń.

 

pzdr

ヽ( ̄(エ) ̄)ノ

Ciężko się to czyta, ale za to nie można skojarzyć o co chodzi. Przydługie, wielokrotnie złożone zdania przeładowane nowomową skutecznie przesłaniają to, co autor chciał przekazać.

Nowa Fantastyka