- Opowiadanie: mateusz.szopka - “Jak poznałem Jezusa”

“Jak poznałem Jezusa”

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

“Jak poznałem Jezusa”

 

Paweł zaprosił mnie do siebie na spotkanie. Mieli być dobrzy ludzie i wódka. Zgodziłem się, bo moja się skończyła. Był piątek, czy poniedziałek, sam w sumie nie wiem. Wysłał mi swój dokładny adres messengerem i po dwudziestu minutach dotarłem na miejsce. Gdy zbliżałem się do jego kamienicy z odległości jakiś pięciuset metrów usłyszałem donośne krzyki.

Paweł był zagorzałym chrześcijaninem. Pamiętam jak chwalił się na zajęciach etyki, że zamiast dwóch złotych na tacę wrzucił dziesięć. Równie zagorzale zwalczał herezje i ateizm. Ten kto nie do końca zgadzał się ze słynnym wiszącym facetem lub z jego niewidzialnym ojcem dostawał właśnie taką etykietę. Kiedy ktoś wygrywał z nim w bitwie na argumenty szybko ucinał dyskusję mówiąc : “Nie będę rozmawiał z kimś, kto obraża moją wiarę.”.

Podnosił po tym twarz do góry, mimowolnie, jakby był kimś ważnym. Gdy kiedyś spytałem się dlaczego to robi, odparł : “Błogosławiony ten, który nie widział, a uwierzył.”. Podnosił przy tym palec wskazujący do góry. Najwyraźniej liczył, że niewidzialny ojciec go usłyszy. Zawsze po wygłoszeniu swojego oświadczenia rozglądał się dookoła, obserwując kto zwrócił na niego uwagę. Zwykle nikt.

Zadzwoniłem domofonem, ale nikt nie odbierał. Powtórzyłem czynność jeszcze pięć razy. Za szóstym naciskałem przyciski tak mocno jakbym chciał je wepchnąć do środka. Nic. Poczerwieniałem. Zacząłem kląć pod nosem. Ze złości kopnąłem w drzwi, tworząc małą wgniotkę czubkiem buta. Przystanąłem, wziąłem głęboki oddech i spojrzałem na drzwi. Pociągnąłem klamkę z całej siły, a drzwi otworzyły się z impetem. Były lekkie jakby zrobione z papieru. Westchnąłem. Zdarza się.

Drzwi od domu otworzył mi uśmiechnięty Paweł.

-Wejdź przyjacielu. Zapraszam!- powtarzał.

Palił niezidentyfikowanego papierosa– był pomarszczony i dymił jak wielkie cygaro. Zdejmując buty zapytałem co to za fajki.

-Domowej roboty.– odparł.– Ciemny tytoń, prawie nie ubity. Mocny jak diabli.

-Dasz jednego?

-Tak, jasne. Jasne. Poczekaj. Pójdę ci skręcić, bo palę ostatniego. Idź do kuchni i znajdź sobie kieliszek. Częstuj się.

Poszedłem do kuchni. Nie było w niej prawie niczego. Na sosnowym blacie leżały dwa kubki, tępy, gruby nóż do buraków i parę talerzy. Zajrzałem do szafek. Pusto. Cóż… Wziąłem ze sobą kubek i poszedłem do salonu. Sześciu facetów siedziało na kanapie. Paweł skręcał papierosa przy stoliku nocnym. Gdy mnie ujrzeli wykrzyknęli : “Witaj! Chodź! Usiądź z nami!”. Znałem ich. Widziałem ich na zdjęciach na facebooku Pawła.

-Cześć Karol.– przedstawiłem się. Chłopaki również to zrobili. Piotr, Mateusz, Tomasz, Jan, Kuba i Łukasz.

Myślałem, że będzie gorzej. Że spotkam sześciu zakonników modlących się przy wódce.

-Karol! Podaj swój kubek. Naleję ci.

-Zdrowie!- krzyknął Paweł za moimi plecami. Dał mi papierosa. Wypiliśmy. Poszło gładko. Rozkoszowałem się wódką, która ściekała do żołądka, zostawiając za sobą ciepły, cierpki ślad.

Zaczęli gadać o profesorach. Który jest za gruby, nudnie prowadzi zajęcia , kogo powinno się zwolnić. Gapiłem się na szafy i próbowałem nie słyszeć ich rozmowy. Zapaliłem papierosa Pawła. Zaciągnąłem dużą ilość dymu.

-Chryste co to jest?!- wykrzyknąłem. Zacząłem kaszleć jak suchotnik z dziurą w płucu. Nikt nic nie mówił. Spojrzałem w stronę chłopaków. Dym z papierosa Pawła był z nich najgłośniejszy. Słyszałem niemal jak szeleści o szkło żyrandolu.

-Kurwa, przeprasza. Nie chciałem.– zacząłem tłumaczyć. Natychmiast ugryzłem się w język.

-Chłopaki serio przepraszam.– Nikt z nich dalej się nie poruszał.

-Naprawdę nie chciałem.– powtarzałem.

-Ależ chciałeś.– odezwał się Łukasz.

-Bogu jest teraz przykro. Do tego plugawisz nasz piękny język.

-Nie no panowie dajcie spokój. Jakiego Boga?– zapytałem z uśmiechem.

Paweł zaczął robić się czerwony. Jego usta zaczynały się już otwierać , ale zdążyłem tuż przed nim.

-Dobra Paweł. Już nie poruszę tego tematu. Daję słowo.– zapewniałem.

Jako pokutę…– zaczął Paweł.– Proponuję, żebyś ominął trzy kolejki i porozmawiał przez ten czas z Panem.

Odwrócili się ode mnie. Siedziałem osłupiały na wygniecionej pufie i myślałem co ja tu robię? W co ja się wpakowałem?

-Dobra Karol. Chodź, naleję ci. – Podszedłem z uśmiechem na twarzy.

-No w końcu zaczynacie gadać z sensem.

Paweł chrząknął. Przełknąłem nerwowo ślinę i głupawo wyszczerzyłem w jego stronę.

-Boże, co za wzrok…– pomyślałem. Jakby był gotów mnie ukamienować.

Kuba nalewał wódki do mojego kubka. Przestał po sekundzie. W środku był zaledwie naparstek.

-Nie no co ty Kuba. Dolej mi jeszcze.

-Nie wiem czy mogę…– Zmrużył brwi i mruczał coś pod nosem.

-Okej!- krzyknął i przechylił butelkę.– Mów kiedy stop

Płyn lał się, gulgał aż prawie wypełnił cały kubek.

-Dość tego!- wrzasnął Paweł.– Jak śmiesz tolerować chciwość w moim domu Jakubie?!

-Ale, Ale Paweł…– powiedział zmieszany Kuba.

-Nie no spokojnie Pawełku.– uspokajali go chłopacy. Wszyscy nawet wstali i podeszli do stolika nocnego.

-Daj mu żyć. Przecież nie jest jednym z nas.

-Trzeba być życzliwym dla bliźniego.

-Pamiętaj słowa Jezusa!- krzyknął Łukasz i bełkotał jakieś słowa z Biblii. Zagłuszali go jednak inni.

-Zamknijcie się!- jazgotał Paweł i odepchnął od siebie gości.– Przejmę rolę kapłana…– dodał majestatycznie. Wszyscy oniemieli. Czuli się jakby Jezus stąpił z nieba i spytał się ich, czy mają coś do picia.

-Ale, ale…– ktoś zaczął piskliwym głosem.

-Milczeć! Ktoś musi to zrobić. Siadać na kanapę, wszyscy!

Na sofie brakowało miejsca mimo, że ścisnęliśmy się jak sardynki. Paweł owinął wokół siebie prześcieradło i zaczął mowę. Pierdolił jak potłuczony. Czułem jakbym oglądał serial o pacjencie z psychiatryka. Na żywo. Paweł miotał się po pokoju, artykuował pytania retoryczne jak niezdarny aktor w niskobudżetowym teatrze. Uderzał w meble, dotykał twarzy słuchających, zgniatał owoce na miazgę i wyrzucał przez okno.

Siedzieliśmy i słuchaliśmy trzecią godzinę. Jakub i Łukasz powoli zasypiali. Ja z pozostałą czwórką oglądałem jak pająk zjada muchę. Posilał się w prawym, górnym rogu pokoju, tuż za Pawłem, który stał na stole i dzielił chleb na osiem części.

-Amen!- wykrzyknął. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą.

-A teraz niech każdy do mnie podejdzie posilić się ciałem Pana.

Kuba i Łukasz ocknęli się i wstali, reszta tuż za nimi.

-Paweł, a dlaczego ty masz pół chleba, a my tylko po kawałeczku?

-Zamknij mordę. Jedz.– odpowiedział krótko.

-Nie no to już jest zbyt pojebane. Nie będę jadł kawałka chleba i udawał, ze to ciało kogoś kto umarł ponad dwa tysiące lat temu.– wyrzuciłem.

-W sumie… to dla mnie to też zbyt pogmatwane.– dodał Łukasz. Za nim pozostała piątka również rzuciła chleb na stół.

-AAA!- wrzeszczał Paweł. Nagle podbiegł do szafy i wyjął wielkiego, grubego kija.

Wszyscy zaczęliśmy krzyczeć i nerwowo dreptać. Szybko sunąłem stół w stronę Pawła i tak dałem nam szansę na ucieczkę. Po jednej stornie stołu stał Paweł, po drugiej my.Biegaliśmy od lewej do prawej. Wybraliśmy lewą.

-Biegiem!- nawoływał Kuba. Uniósł się krzyk. Paweł pobiegł za nami. Po drodze potknąłem się o pufę i upadłem. Nade mną wisiał już kij. Wtem rozległ się grzmot. Paweł skulił się na ziemi razem z kijem. Światło zgasło, a w okna zaczął uderzać grad. Po domu niósł się huk jakby stado dzieci rzucało w okna kamieniami.

-To jego gniew!- wrzasnął Jan.

Leżałem obok Pawła. Po drugiej stronie butelka wódki. “Jednak mam szczęście”– pomyślałem i pociągnąłem łyka. Niespodziewanie przestało padać z sekundy na sekundę. Do drzwi zadzwonił dzwonek. Paweł wstał.

-Policja?– szepnął zmartwiony.

Oszołomiony usiadłem wraz z resztą chłopaków.

-Kto tam?– zagadnął Paweł.

-Jezus!- odpowiedział głos.

-O ty kurwa gnojku!- Paweł otworzył drzwi z impetem i zamachnął się kijem. Stał tak przez dłuższą chwilę, a my próbowaliśmy dowiedzieć się kto przyszedł. Łukasz siedzący najbliżej drzwi wzruszał ramionami.

-Matko Boska! To naprawdę Jezus!- Paweł wypuścił pałkę z rąk. Upadł obok Łukasza. Do przedpokoju wszedł długowłosy brunet w białej szacie przepasanej czerwoną szarfą. Dosłownie promieniał. Miał brudną od piachu twarz, a we włosach koronę z kolcami.

-Dacie się czegoś napić?– zapytał nonszalancko Jezus. Paweł wraz z szóstką chłopaków zaczęli obmacywać jego ręce, spocone stopy i tulili się do jego szaty. Dostrzegłem swoją szansę. Wybiegłem bez pożegnania z butelką pod pachą i dalej, cały czas przed siebie, pędziłem prosto do domu.

Otworzyłem drzwi swojego brudnego, przytulnego mieszkania z meblościanką. Włączyłem radio “Lunatycy otaczają mnie…”– brzmiał melodyczny głos.

Usiadłem w fotelu i przystawiłem butelkę do ust. Wtem rozległ się dzwonek

-Oby znowu nie on…– pomyślałem. Ostrożnie podszedłem do drzwi i zajrzałem przez wizjer. Stały tam dwa, dziwnie ubrane dzieciaki. Otworzyłem i zapytałem czego chcą.

-Cukierek albo psikus.-powiedziały słodko.

Koniec

Komentarze

Mateuszu, mam nadzieję, że to ostatnie Twoje opowiadanie. Przynajmniej dzisiaj.

Wiedz, że im więcej tekstów wrzucisz jednego dnia, tym mniejsza szansa, że zostaną przeczytane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie się nie podoba, czy o co Pani chodzi?

Po prostu, znając portalowe realia, to wrzucanie dużej ilości tekstów (jak dobre by one nie były) jednego dnia nie jest najlepszym pomysłem. Lepiej rozrzucić je w przynajmniej dniowych odstępach, zwiększając tym samym szansę na więcej komentarzy.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Opowiadanie się nie podoba, czy o co Pani chodzi?

Żadnego z Twoich opowiadań jeszcze nie czytałam. Chciałam tylko powiedzieć, że hurtowe wrzucanie tekstów nie jest w dobrym tonie. Byłoby lepiej, gdybyś zaprezentował jedno opowiadanie co trzy, cztery dni.

Mateuszu, na tym portalu nie ma pańpanów. Wszyscy jesteśmy na ty.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie ma problemu. Mogę wrzucać co dwa dni :).

Mateuszu, nie śpiesz się, pozwól może, abyśmy najpierw przeczytali opowiadania, które już zamieściłeś. Daj nam trochę czasu. No, chyba że nie zależy Ci na komentarzach, że ważne jest dla Ciebie tylko zamieszczenie tekstu na stronie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A ja zacząłem czytać. Tytuł mnie skusił. Ale dobrnąłem do połowy i muszę przerwać.

Jeszcze wrócę, ale najpierw przemyślę swoje życie. ;)

Na szybko: koszmarne wręcz błędy techniczne, gramatyczne i interpunkcyjne – a wiedz, że jeśli ja zauważam, to już nie jest dobrze.

Czy to jest sygnaturka?

Interpunkcjo, gdzie jesteś? ;__;

 

Co rzuciło mi się w oczy po przejrzeniu wstępnym – rzuciło się sporo, ale to najbardziej:

– .”. – cóż to za dziwolud?

– “niewidzialny ojciec“ się powtarza.

“Ze złości kopnąłem w drzwi, tworząc małą wgniotkę czubkiem buta” – Z czego były te drzwi, z waty?

– “-Cześć Karol.– przedstawiłem się.” – przedstawiłeś się Karolowi, czy Karol przedstawił się komuś?

– “Rozkoszowałem się wódką, która ściekała do żołądka” – W życiu nie słyszałam, żeby coś ściekało do żołądka. “Spływało” byłoby bardziej odpowiednie, choć i tak coś tu zgrzyta.

 

Plus tego podstawowe błędy. Każda wypowiedź powinna być kolejnym akapitem, chyba że łączy je opis. Nie stawiamy kropki na końcu wypowiedzi bohatera, jeśli następuje po niej myślnik z narracją (czasownikiem).

Czyli

“Nie chciałem.– zacząłem tłumaczyć.”

zmieni się w:

“– Nie chciałem – zacząłem tłumaczyć.”

 

Podsumowując, pomieszanie z poplątaniem, dialogi bardzo amatorsko napisane, a opisy zgrzytają. Radziłabym popracować nad interpunkcją i natchnąć to jakimś stylem, bo póki co przypomina to szkolne wypracowanie (które otrzymałbyś z powrotem pokreślone na czerwono). To na tyle z kwestii technicznej, nie zniechęcaj się, ale jest dużo do poprawy.

 

Jestem jedną z osób, które szczerze nie znoszą pierwszoosobowej narracji, a w tym wypadku nie jest to wyjątkiem. Opowiadanie miało być zabawne, ale nieoszlifowany styl skutecznie zabija wszelką komedię. A motyw chrześcijan tak przesadzony, że aż nuży. 

 

Pozdrawiam.

Tradycyjnie: jest jakiś pomysł (nawet mi się spodobał), ale zarżnięty wykonaniem.

Dla odmiany teraz poprawię kawałek narracji:

Paweł zaprosił mnie do siebie na spotkanie. Mieli być dobrzy ludzie i wódka. Zgodziłem się, bo moja się skończyła. Był piątek, czy poniedziałek, sam w sumie nie wiem. Wysłał [ale kto, piątek? Zginął podmiot] mi swój dokładny adres messengerem i po dwudziestu minutach dotarłem na miejsce. Gdy zbliżałem się do jego [czyli kogo? Ostatni pasujący rzeczownik to messenger] kamienicy[,] z odległości jakichś pięciuset metrów usłyszałem donośne krzyki. [Musieli naprawdę nieźle wrzeszczeć, żeby było ich słychać na pół kilometra i to przez ściany]

Paweł był zagorzałym chrześcijaninem. Pamiętam[,] jak chwalił się na zajęciach etyki, że zamiast dwóch złotych na tacę wrzucił dziesięć. Równie zagorzale zwalczał herezje i ateizm. Ten[,] kto nie do końca zgadzał się ze słynnym wiszącym facetem lub z jego niewidzialnym ojcem[,] dostawał właśnie taką etykietę. Kiedy ktoś wygrywał z nim [z kim? Z ojcem?] w bitwie na argumenty[,] szybko ucinał [kto? Znowu podmiot uciekł] dyskusję[,] mówiąc[a tu bez spacji] : “Nie będę rozmawiał z kimś, kto obraża moją wiarę.”.

No, dalej sam.

Babska logika rządzi!

Zacząłem czytać poprzednie opowiadanie (to o butelkach). Zaintrygowało, ale odpadłem po paru akapitach ze względu na stronę techniczną.

Zacząłem kolejne – dokładnie to samo.

Mateusz.szopka rozumiem, że chcesz się jak najprędzej podzielić z nami swoją twórczością. Sam ostatnio nabrałem ochoty na pokazanie światu chomikowanych przez dłuższy czas opowiadań. Ale proszę Cię – i myślę, że większość tutaj komentujących się ze mną zgodzi – zanim wstawisz kolejny utwór, posiedź chwilę nad poprzednimi i doprowadź je do stanu względnej czytelności. Żonkler Finkla naświetlili już, gdzie tkwi problem.

I am surrendering to gravity and the unknown.

Generalnie jest racja, że warsztatowo leżysz, niestety. Ale jest też i racja w tym, że warto by się podjąć tego wysiłku, bo gdy już uda Ci się postawić wszystkie przecinki, kropki i całą resztę na baczność, to z pewnością wyjdzie Ci coś naprawdę fajnego. Zasadniczo już jest nie najgorzej, bo w całym tym harmidrze dostrzegłem sporo interesujących rzeczy. Może nie sam pomysł na opowiadanie, bo ten był zwyczajnie taki sobie, ale dryg do snucia nawet takich sobie opowiadań i tworzenia ciekawego klimatu już z pewnością. Pracuj z tym.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Wracam z poszerzoną opinią. Wiele zostało już napisane, ale trzeba to jeszcze raz powiedzieć:

Technicznie fatalnie. Na tyle fatalnie, że nawet tak krótki tekst męczy.

Vide: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Sens niektórych zdań, co najmniej koślawy:

 

Równie zagorzale zwalczał herezje i ateizm. Ten kto nie do końca zgadzał się ze słynnym wiszącym facetem lub z jego niewidzialnym ojcem dostawał właśnie taką etykietę. - dostawał etykietkę herezji i ateizmu? Nie lepiej byłoby w pierwszym zdaniu napisać “heretyków i ateistów”?

 

Spojrzałem w stronę chłopaków. Dym z papierosa Pawła był z nich najgłośniejszy. – dym był najgłośniejszy z chłopaków? Lepiej: Dym z papierosa Pawła był od nich głośniejszy.

 

-Kurwa, przeprasza. Nie chciałem.– zacząłem tłumaczyć. – kto przeprasza?

 

Niespodziewanie przestało padać z sekundy na sekundę. – to moje ulubione.

 

Całości nie zrozumiałem, chyba. Niemniej, gdyby było porządnie napisane, to byłoby nawet znośne.

Porównanie: Kiedy robisz szarlotkę* i wrzucisz do niej całe jabłka, z ogryzkami , szypułkami i robactwem, to jakbyś się nie starał, ciasto będzie do dupy. Nawet ci, którzy przepadają za szarlotką, nie będą chcieli jej jeść. Zaś jeśli wywalisz te wszystkie zbędne “dodatki”, to co najwyżej komuś nie będzie smakowało.

Z Twoim tekstem jest podobnie. Jeśli się pozbędziesz błędów technicznych i logicznych, to przynajmniej będzie się dobrze czytało. Czy się spodoba czy nie, to inna rzecz. Ale jeśli tego nie poprawisz, to po kilku takich tekstach, nikt nie będzie chciał ich czytać. Wbrew pozorom jest to zachęta.

 

*nie umiem zrobić szarlotki, więc proszę się nie znęcać.

 

Czy to jest sygnaturka?

Napisane bardzo niestarannie. Co do treści, to zwłaszcza środkowa część wyszła bardzo chaotycznie. Jeśli dobrze zrozumiałem puentę, to brakuje też fantastyki.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Tu także nie jest dobrze, Mateuszu. Błędy, chaos, drewniane dialogi. Nie będę pod kolejnym Twoim opowiadaniem wskazywał tych samych błędów. Powiem Ci coś innego.

To najpoważniejsze i najbardziej kompetentne forum, na jakim się udzielam. Naprawdę udzielają się tu wyjątkowi ludzie. Jeśli przełkniesz gorycz porażki, przysiądziesz na dupie i poprawisz, co Ci się zarzuca, może będą z Ciebie ludzie. Choć przeczucie mówi mi, po przeczytaniu prawie pół setki tutejszych opowiadań, że odpuścisz. Obym się mylił.

Pozdrawiam serdecznie.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Było kilka momentów, które mnie rozbawiły, jednak ogólną ocenę zdominowała myśl, że cała historia w sumie zmierza donikąd. W zasadzie – jako surrealistyczny żart – nawet ujdzie.

Nowa Fantastyka