- Opowiadanie: Ajwenhoł - wierszcze

wierszcze

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

wierszcze

Dla Kamili

 

 

Są takie mysie wieczory, gdy wilgoć i mgła snują się za oknem jak duchy, a po domu rozchodzi się zapach herbaty z bergamotką. Dzień dopełnia się powoli, ale przedłużam go sztucznie, świecę lampkę nad biurkiem – martwe słońce, prawdziwego białego karła na wężowej szyi. Cudownie byłoby opatulić się kocem mgły, schować głowę pod narzutę nocy. Niebo jest rdzawe, gwiazdy poumierały, ale tu, na dole, każdy świeci własną gwiazdę we własnym pokoju. Lublin rzuca wyzwanie niebu!

 

Nieprędko dziś usnę. Jak głodne pisklęta kwilą na półce książki, notatki i kserówki, szeroko rozdziawiają dzioby błyskając zadrukowanymi gardzielami, żądne, by karmić się moją uwagą. Jeszcze moment, jeszcze chwilka, a połkną studenta, pożrą, przeżują, przetrawią…

 

Inny dźwięk wzbija się ponad kwilenie notatek: elektroniczny pisk drażniący aż do bólu, wbijający się szpilą w mózg, oscylujący na granicy słyszalności odgłos ładowarki do laptopa. Niebieskie, demoniczne światło rozlewa się po pokoju mojego współlokatora, blask obmywa łóżko, szafki i jego samego. Najwyższe skupienie maluje się na jego twarzy, oto bowiem zmaga się z niesamowitym jakimś problemem, każdy mięsień na jego twarzy napięty jak przestrojona struna, brwi ściągnięte, na czole od nadludzkiego wysiłku lśni kropelka potu. Mroczny, monstrualnych rozmiarów cień czai się na rozświetlonej niebieskim blaskiem ścianie, naśladuje każdy ruch mojego współlokatora, skryty złowróżbnie za jego plecami grozi i szydzi całą swą pajęczą istotą. Chcę krzyknąć: „Uważaj!", lecz gdy spoglądam na twarz mojego współlokatora, pogrążonego w tytanicznych, niedostępnych mi zmaganiach, siłującego się z jakimś mocarnym przeciwnikiem, aż żyły występują na jego skronie, milknę z nabożnym szacunkiem. I wiem, że gdybym nawet krzyknął, nie zwróci na mnie najmniejszej uwagi.

 

Sztywny, ze szklanym wzrokiem, oddychając płytko, zgarbiony jakby kochał się z kobietą, mój współlokator Gra.

 

Cisza trwa na naszej stancji. Gniewne klikanie myszki, pisk ładowarki i szum laptopa, który uwodzi mojego przyjaciela w im tylko znane czeluści, jedynie podkreślają martwą flautę. Notatki skomlą żałośnie, ale dosyć! Niech skomlą.

 

Porywam płaszcz i otwieram na oścież okno, mgła wkłębia się do środka wypełniając stancję po najciemniejsze zakamarki. Mój współlokator, zapatrzony, zahipnotyzowany, trwa nieruchomo jak posąg faraona. Ale mnie czeka już biała mgła, więc rozpościeram krucze skrzydła płaszcza i frunę, frunę przed siebie bezszelestnie jak noc. Wzywam cię: przyjdź, przyjdź, spotkamy się pod Bramą Krakowską, pod wieżą, na której zegar nucił… Wiem, że przyjdziesz. Jest jasno, choć cienie kłębią się wokoło; lecz dziś nie dadzą mi rady mary ni koszmary…

 

I już jestem pod bramą, pod wieżą z czerwonej cegły, której jak lwica broni Matka Boska z Malowidła. Wokół płyną ludzie, szumiąc jak fale przyboju, śmiechy, szepty, głosy splatają się ze sobą w najcudowniejszej symfonii świata. Jest chłodno, dżdżysto i rześko… To wiosna czy jesień? Ale to bez znaczenia, bez znaczenia, bo wieczorne miasto zna tylko jedną porę: swoją porę.

 

Już cię czuję, zbliżasz się, stukają gdzieś ponad gwarem twoje obcasy, moje serce uderza szybko, coraz szybciej, allegro przechodzi w presto.

 

Jesteś! Pajęczyna mgły zaplątana w twoje loki, drobny deszcz osiada na płaszczu jak milion perełek. Pierwszy pocałunek – jak dotyk skrzydeł motyla, jak pieszczota ćmy. Pierwszy pocałunek zawsze jest pierwszy – żyjemy przecież tylko dziś. Uśmiechasz się, twoje zęby lśnią, wytrząsasz z włosów perły kropel na ofiarę bogom deszczu. Złote loki unoszą się w zapachu perfum, w wonnej aureoli wkoło twojej głowy… To pomarańcze? A może imbir? Mandarynki i pomarańcze, pomarańcze i mandarynki… Wonie zwodzą i uwodzą, egzotyczne, zmysłowe i ciężkie, gubię się w nich i nie wiem już, czy porywasz mnie na spaloną słońcem Południa Kalahari, czy kusisz kąpielą w świętych wodach Gangesu. Kręci mi się w głowie!

 

Wzdłuż ulicy Grodzkiej błyskają lampy, dziesiątki gwiazd, gwiazd sztucznych, żółtych i kacerskich, lecz przecież naszych – ludzkich… Łagodne światło tych konstelacji, które ludzie rozpięli na ziemi, obmywa nasze oczy kojąc lepiej niż rumianek.

 

Wyczarowuję dla ciebie różę koloru żylnej krwi, pachnącą równie oszałamiająco, jak ty. Kreślę na tobie różą znak świętego krzyża, od czoła po piersi i od ramienia do ramienia, a twoje usta muskają płatki i dreszcz skrada się wzdłuż mojego kręgosłupa. Jeden pocałunek, szybki i lekki – a może to mi się wydawało, może to kropla deszczu spadła mi na usta, a może dotknęłaś mnie różą?… Ale nie ma czasu, nie ma czasu, twoje oczy błyskają szelmowsko i ciągniesz mnie w prawo, w Jezuicką, ku Wieży Trynitarskiej. Stukasz po bruku obcasami, stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk… Skryliśmy się za kwiatem róży, nikt nas teraz nie zobaczy, chyba jedne tylko wierszcze… Nawet jeśli ich nie zobaczymy, one na pewno wytropią nas po zapachach, nie ma obawy!

 

Kamienice o twarzach meneli spoglądają na nas oczodołami bram. Zaglądamy do jednej z nich – może właśnie tam znajdziemy wierszcze? Lecz nie, w bramie drzemie tylko kudłata ciemność, nie ma sensu jej budzić, by nie wyskoczyły z jej trzewi żyrty czy prawrony. Ulica wydłuża się i wije, skręca w niesamowitych, wężowych splotach, z jej rdzenia pączkują inne, wabiące jasnym światłem, korzennymi, tytoniowymi woniami pubów, lub też przeciwnie, kuszące ciemnością duszną i pajęczą: ulice nocne, ulice urojone, po których o świcie nie pozostanie nawet wspomnienie.

 

Wabisz mnie w cień wieży niemal nie dotykając stopami lśniącego wilgocią bruku, lekko jak motyl, trzepocząc płatkami róży. Wieża góruje ponad starym Lublinem, dumna i biała jak seraf, pod jednym skrzydłem ma pachnący egzotycznie knajpami rynek, pod drugim pokruszone od mroku stopnie Zaułku Panasa, pod trzecim spowity ciszą jak bluszczem klasztor dominikanów, pod czwartym katedrę, pod piątym Krakowskie Przedmieście, eleganckie, kolorowe i wypachnione, a pod szóstym nas. Anielskie skrzydło otula nas i skręcając spiralnie unosi pod szczyt wieży, spiczasty jak kapelusz czarodzieja, okolony aureolą reflektorów. Parę uderzeń serca, parę szybkich oddechów zmieniających się w kłęby pary, i już jesteśmy na szczycie, a cały Lublin leży u naszych stóp, ocean gwiazd ciągnie się we wszystkie strony. Pod nami cała anatomia miasta, tętnice pełne samochodowego światła i żyły toczące lepką ciemność. Na horyzoncie mgła transmutuje rozjarzoną, rozpaloną gorączkowo ziemię w martwe, rudawe niebo, i z powrotem, reakcja jest odwracalna, równowaga zachowana.

 

Mgła wplątuje się w twoje włosy, a ty wytrząsasz ją ze śmiechem. Czuję zapach twych loków, odurzam się nim jak alkoholem. Wilgotne, złociste sploty tańczą na wietrze jak indyjskie kobry, prostują się i na powrót skręcają, a każdy zdaje się żyć hipnotyzującym jakimś, wężowym życiem. Wystawiasz twarz na pieszczoty wiatru i deszczu, więc ściskam zazdrośnie twą dłoń, bo to nie z wiatrem i nie z deszczem spotykasz się dzisiejszego wieczoru. A ty śmiejesz się jeszcze i jeszcze, i jeszcze, więc daję ci prztyczka w nos, porywam do tańca, tańczymy, tańczymy, a cienie razem z nami w świetle reflektorowych słońc. Serce miasta, skryte gdzieś pod kamienicami, wybija głęboki, ciemny rytm. Rytm wypełnia nas, przepełnia, i nasze serca biją równo, szybko, w zgodzie z nim i w zgodzie ze sobą. Wraz z kroplami deszczu z twych włosów wyfruwają jaskółki i przemykają wokół wieży na eliptycznych orbitach niczym małe, uskrzydlone księżyce. A my tańczymy, tańczymy, nasze serca przyspieszają, a serce miasta razem znaszymi. Miłość jak krew przepływa między naszymi dłońmi i ustami i już nie ma ciebie i mnie, a jesteśmy my, przyspieszamy, przyspieszamy, przyspieszczamy, pieszczej, pieszczej… Drewno balkonu ugina się pod nami i trzeszczy śpiewnie, jaskółki wołają z dziwną tęsknotą i wszystko zakrzywia się wokół nas. Widać miłość posiada wielką siłę grawitacji.

 

Jaskółki okrążają wieżę szybciej i szybciej, aż do rozmycia się, a szum skrzydeł i świst powietrza nie nadążają za nimi i ptaki dochodzą do momentu, gdy znamy albo ich prędkość, albo położenie… I znikają skrzydła jaskółcze, u naszych ramion rosną już inne skrzydła, brązowoszare, zamszowe skrzydła ciem. Opuszczamy wieżę i miękko, bezszelestnie spływamy w dół, w dół, ponad katedrą i ciemnym podwórzem teatru dla dzieci. Jest już późno, a przecież na szczycie spędziliśmy ledwie chwilę. Czy to sama potężna Wieża Trynitarska, czy też nasza miłość tak zakrzywiają czas?

 

Opadamy jak jesienne liście w mroczny wąwóz Podwala, którego jedną ścianę stanowi stok staromiejskiego wzgórza zarośnięty brodą chmielu, a drugą jednolite, poszarzałe oblicza kamienic: domów-alkoholików, domów-żuli, domów-chlorów… Skrzydła znikły, a może wcale ich nie było i wcale nie byliśmy na wieży? Ale przecież mamy dowody: rozpalone twarze i przyspieszone oddechy…

 

Oto ciemność okrywa ziemię, wypełza z zaułków, ze szczelin w murach i spod progów. Wchodzimy oto bowiem w samo legowisko nocy, w matecznik bezsennego, beznadziejnego bezświatła. Podwale to lamus, skansen, panoptikum, gdzie pochowały się wszystkie byty dawno zapomniane i zepchnięte w najgłębsze otchłanie zbiorczej podświadomości, wspólnej dla wszystkich żyjących istot. W czarnej tej dżungli kryją się całe nocne narody, żółtawe oczy błyskają z paszczęk bram, omszałe, nadpleśniałe ciała muskają nasze policzki. Krucze skrzydła zostawiają na skórze brudne smugi sadzy, aż w końcu musimy okryć się płatkami róży. Mokry, mechaty zapach stęchlizny obrasta ściany kamienic, a spomiędzy płyt chodnikowych wyrastają blade, mdłe twory roślinne, falujące w nocnym powietrzu jak wodorosty. Rosną, rozkwitają, w mgnieniu oka, a po chwili usychają, więdną i umierają. Rośliny-jętki i rośliny-zmory tworzą podszycie tej nocnej dżungli.

 

Żyją tu (s)twory deprywatywne i zdeprawowane. Z najciemniejszych lęków i koszmarów przybywają, by schronić się w tym lesie. Widzimy już, jak przelatują krucy i przemykają wilcy – jedni skrzydlaci, drudzy kosmaci, górą kły, pazury i szpony! Lecz prócz nich żyją tu i dziwniejsze stworzenia – ostrodzioba, cuchnąca padliną żyrta kołuje nad nami: dwie głowy, dwa nietoperzowe skrzydła i tułów, obrośnięty czarnymi, mokrymi włosami, długimi, długimi, spływającymi aż na ziemię, kołtuniącymi się u naszych stóp jak kłaki wyjmowane z wanny. Wskazujesz mi inne (s)twory: sępcy i śmierty o ciałach bezgłowych, pustych, kartonowych i butelkowych, których włosie kłębi się i makaroni. Sępcy czmychają spod naszych stóp, pajęczym krokiem znikając pod krawężnikami. Śmierty zaś rozkładają się, rozwalają wyciągając lepkie, bezbronne macki, rozwierają pragęby w niemym okrzyku bólu, by nagle rzygnąć zieloną, ropną treścią z głębin swych trzewi. Pachnie mokrym psem. Powietrze gęstnieje, świat pełen jest włosów, ulica obrasta sierścią ciemności. Czy myślisz, że znajdziemy tutaj wierszcze?

 

Idziemy przed siebie jakby cofając się w czasie – powietrze jest gęste, coraz gęstsze, tak, że możemy w nim pływać. Bąbelki wypływają z naszych ust i płyniemy dalej, trzymając się za ręce. Era włosia, era sierści cofa się, odczynia, odchodzi w zamierzchłą przyszłość, przed nami era nagości, era łusek, nawet twoje jasne loki zmieniają się w złociste, zmysłowe żmijki. Podwale staje się zatoką paleozoicznego morza, trylobity i belemnity obtańcowują nas wokoło. Chwytasz w dłoń malutkiego amonita – będzie wspaniałym okazem w twoim akwarium! Ale czas cofa się, więc przezornie chowasz amonita do torebki. I znikają trylobity, bo oto jesteśmy w prekambrze, tańcząc ze zwierzętami ediakariańskimi, dziećmi wendu bez otworów gębowych.

 

Muzyka! Tak, oboje ją słyszymy – cóż to za muzyka! Rytm dziki i pradawny do tego stopnia, że bębny Masajów zdają się być przy nim młode. Ediakariany śpiewają, choć nie mają gęb, śpiewają jedną dziwną głoskę, nie samogłoskę i nie spółgłoskę, fragment kołysanki, którą nucił im Bóg drugiego dnia stworzenia. Śpiewają te apokryficzne stworzenia, o których nawet Biblia zapomniała, a przecież były i są nadal, tyle, że ukryte pod naskórkiem rzeczywistości. Przecież i krew w naszych żyłach ma skład podobny pradawnym oceanom, więc przez ich pamięć przywołujemy, przyzywamy wszystkie (s)twory z Podwala. Wywołujemy wilki z lasu. Przybywają istoty z prekambru i paleozoiku razem z upazurzonymi i uszponionymi potworami Ery Sierści, a dalej inne niezliczone tworzątka, których nie ma, trupy i turpy, dzieci wszystkich ras i wszystkich płci, spłodzone przez nieznanego Potworzyciela. A wszystkie niosą pieśń, nawet te pozbawione ust, pysków, dziobów i gęb. Znowu taniec, znowu rytm. Grasz na róży jak na ciernistej trombicie. Jej dźwięk jest miękki, smakuje ciepło, brzoskwiniowo i lekko mechacie, jak skóra powyżej twojej górnej wargi. Tłem dla fletowej melodii róży jest monotonny zaśpiew ediakarianów, szmery, szelesty, szusty, beczenie i hałłakanie – dzika pieśń stworzeń zapomnianych i odrzuconych.

 

Ale nigdzie tu nie ma wierszczy, więc chwytam twoją dłoń i wbiegamy w cień chmielowego portalu, gdzie pokruszone schody Zaułku Panasa prowadzą nas z powrotem na Stare Miasto.

 

Wychodzimy z ciemności na zalany światłem latarń Plac po Farze. Jest cicho, biała mgła snuje się ulicami starego Lublina. Kamienice wyłaniają się z niej jak śpiące smoki. Światło ulicznych gwiazd rozprasza się, rozmywa i nabiera mlecznej barwy, snopy światła padają na mokry bruk w czarodziejskim efekcie Tyndalla. Domy śpią i śpią ulice, jesteśmy tylko my i pocałunki, ich wplątane w szepty sugestie sprawiają, że powietrze między nami drga jak na sawannie. Otulasz się mgłą jak szalem i rzucasz mi spojrzenie spod rzęs. Idziemy w dół, ku Bramie Zamkowej, a między nami róża, a wkoło nas białe, ciche światło.

 

Miękki łuk bramy wyrasta nad nami niespodzianie i wchodzimy śmiało w jej ciemność. Nagle szarpiesz mnie za dłoń i ciągniesz w mrok, mniejszą bramę w większej bramie, w tunel, gdzie panuje przyjazna wilgoć nocy. Korytarz wypełnia się naszym ciepłem, smakuję twój oddech… Wypalamy sobie nawzajem na ustach i powiekach piętno pocałunków – już jesteśmy oznaczeni, już jesteśmy swoi. Ciemność wypełnia się, gęstnieje od szeptów, oddechów, pocałunków do utraty tchu. Twoje dłonie w moich włosach. Całuj, całuj, całuj… Nasze dłonie – chłodne; nasze usta – gorące; nasze oddechy – głębokie; nasze twarze – tak blisko; nasze myśli – czyste; nasze serca – dudni od nich cały świat; wszystko cudownie prawdziwe, cudownie realne, wszystko czyste i przejrzyste. Świat odkręcił się i zdemitologizował, wychodzimy z mgły w czwartą nad ranem.

 

Jest ciemno. Jest spokojnie. W głębi korytarza jakieś schody. Ściana jest chłodna, ty jesteś ciepła. Miasto zaczyna szumieć, wśród drzew pod zamkiem śpiewa kos. Jakiś chrobot, jakiś szmer, coś lata – jakby ćmy. To wierszcze – przyszły w końcu! Wlatują do twojego ucha i wylatują moim, obijają się po dnie naszych serc jak chrabąszcze o ściany pokoju w majową noc. A może nie przyszły, tylko my je tu przynieśliśmy sami i trzeba było tylko obudzić je pocałunkami?

 

Nie ma to znaczenia. Zstępujemy po wielkich zamkowych schodach niczym po stopniach świątyni dawno zapomnianych bogów. Tutaj się rozejdziemy. Na dworcu już pasą się tłuste cielska autobusów. Za naszymi plecami nowonarodzone słońce odcina ostro różowe, poszarpane chmury, przypominające odległe, na wpół wyśnione góry. Idziesz już, kąpiąc się wpromieniach młodego słońca. Na pożegnanie przesyłasz mi pocałunek, uśmiech i podmuch wiatru.

 

Kot myje się w słońcu.

 

 

 

 

Grudzień 2009

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Wspaniałe opowiadanie. Bardzo mi się podobało, urzekło mnie i oczarowało. Od pierwszego zdania porywasz i nie pozwalasz odejść, aż do końca, do ostatniego słowa. Czyta się bardzo przyjemnie i z czystym sumieniem daję 6. Dostrzegłem kilka małych błędów, ale to nawet nie błędy, lecz albo wina edytora, albo pośpiechu.
"ipradawny", "zwłosów" i tym podobne, ale nie są one w stanie umniejszyć piękna tego opowiadania.
Pozdrawiam serdecznie.

Bardzo dobre. Powiedziałbym, że fantastyka w czystej postaci i do tego bliziutka prawdy, o jakiej miewamy pojęcie raz w życiu... Tak to odebrałem. Wyjątkowo daję ocenę. Najwyższą.

Podobają mi się bardzo Leśmianopodobne neologizmy - było kilka takich :)
Podoba się bardzo opis (s)tworów, kolejne Ery i kilka innych fragmentów, bardzo, bardzo dobrych. Ale kilka innych trochę mnie zmęczyło, nie porwało, tu i ówdzie zakradł się jakiś banał, tym bardziej widoczny że całość nie jest banalna. 
Nie wiem też, czy potrzebny jest fragment o współlokatorze, a jeśli tak, to szkoda, że współlokator nie ma imienia, takie kilkukrotne powtórzenie "mój współlokator" jakoś mi nie grało... 

Najpierw błędy:
Gniewne klikanie myszki, pisk ładowarki iszum laptopai - spacja
szelmowsko iciągniesz mnie w prawo - jw
Skryliśmy się ze kwiatem róży - z
bo to nie zwiatrem - spacja
wświetle reflektorowych słońc - jw
deprywatywne i zdeprawowane  - jestem niemal pewien, że takie słowo nie istnieje (sprawdzałem w 3 słownikach) Jeśli się mylę, proszę Autora o wyjaśnienie znaczenia.
Rytm dziki ipradawny - spacja
kąpiąc się wpromieniach młodego - jw

Drobiazgowo wyliczyłem wszystkie znalezione literówki, bo ich poprawieniu to opowiadanie będzie niemal doskonałe. Napisane wspaniałym językiem. Czytając miałem wrażenie, że widzę twarz miasta. Bardzo plastyczne i sugestywne opisy.
Najlepsze opowiadanie, jakie czytałem spośród umieszczonych na stronie.
Ode mnie również 6.

Ale w każdym słowniku jest --- powinna się znajdować --- deprywacja.

@Eferelin Rand - gdy skończyłem czytać to opowiadanie, przeszło mi to przez myśl, ale nie odważyłem się tego napisać (swoją drogą nie wiem czemu), jednak gdy Ty o tym wspomniałeś, teraz mogę spokojnie się dołączyć. A więc zdecydowane TAK, to jest najlepsze opowiadanie, z jakim również mi przyszło się zetknąć na tej stronie.
Do tej pory:)

Na początku zraziłem się przez tytuł - zanim zmieniono, był "Dla K***". Zaśmierdziało mi to Mickiewiczem albo innym takim Słowackim. A to smród dla mnie niemożliwy do zniesienia. Spasowałem.

 

Potem zajrzałem znowu, żeby zobaczyć jak tam komentarze... Zdziwiłem się niezmiernie na te peany. Spróbowałem.

 

To nie był smród Mickiewicza ani Słowackiego. To był niepojęty, nienazywalny odór gargantuicznego monstrum - Schulza. Nie jestem w stanie pojąć, jak komukolwiek może się podobać czytanie czegoś takiego... Tu nawet nie ma treści, to tylko tona grafomańsko-poetyckich opisów. Dno dna i trzy metry w mule. Już wolę zarobaczone opowiadania fantasy dwunastoletnich "tolkienów"...

//pardąsik - podtytuł/dedykacja*

Ok, nie powinnam była tego czytać.

Świetne. Mistrzostwo. Brawo, gratuluję i zazdroszczę.
Nie powiem, że najlepsze, jakie tu czytałam, bo mam ciut inny gust, ale pierwsza trójka na pewno.
Daję sześć.

No dobra, przeczytałam jeszcze raz.

Jestem prosta. I lubię prosto.

Jeśli umiesz też napisać to samo prostym językiem, bez zacięcia-zadęcia, ok, przyjmę do wiadomości. Jeśli nie, to nie, ale wtedy chciałabym prosić, żebyś nie protestował(a) przeciwko niskiej ocenie, jaką postawię.

Ćwiczenia stylu miłe są, ale tylko jednemu Queneau udało się je opublikować, poza tym on był na tyle łaskawy, że jego historia była ciut krótsza.

Łącznie - no dobra, jest styl - 1 pkt, jest język - 1 pkt, jest pomysł - 1 pkt, i koniec. Czyli trójka.

Straszne to, ale inaczej nie umiem. Zapewne zaraz ktoś mi wytknie niski poziom umysłowy itd, ale tak jak wyrosłam z niektórych rzeczy, tak wyrosłam z zachwycania się takim sposobem pisania.

Już bardzo dawno temu odkryto korelacje między wiekiem i doświadczeniem życiowym czytelników a odbiorem tekstów, które, jak pieniądze, nigdy nie śmierdzą.

Można nie lubić czegoś dobrego lub zachwycać się czymś złym niezależnie od wieku ;). Sądzę, że chodzi raczej o charakter. Albo to loteria. Albo OBCY. Na szczęście zawsze można liczyć na różnorodność - i wśród autorów, i wśród czytelników.

Wzięłaś to do siebie? Pomyłka...

Ok, po kolei:
Słowa deprywatywny też nie znalazłem w słownikach i przyznaję się bez bicia, że zerżnąłem je od Terry'ego Pratchetta, który w "Nauce Świata Dysku" używa go na określenie rzeczy, których nie ma (czyli ciemność - jako brak światła, zimno - jako brak ciepła i tak dalej).
No i literówki - starałem się wychwycić później większość, tekst był pisany po prostu w Wordzie i przekopiowany, używałem ctrl+shift+spacja, żeby poustawiać "a, i, w, o..." na początku wersu zamiast na końcu. Tak mi po prostu poprzenosiło tutaj na stronie NF, jeszcze raz przejrzę i poprawię.
Co do prostoty - pewnie można prościej. Współczesna fantastyka czerpie pełnymi garściami z amerykańskiej literatury lat 50-tych, co zresztą chyba nawet przyznał Jarosław Grzędowicz w sieprniowej NF. To nie znaczy, że wszystko musi być dosłowne. Stwierdzenie Mortycjana, który dopatrzył się analogii do Schulza, było największym komplementem, jaki mogłem usłyszeć (BTW, za każdym razem, kiedy czytam na stronie opowiadanie, które naprawdę trafia w mój gust, pod spodem znajduję komentarz Mortycjana, który nie pozostawia na nim suchej nitki;) Chciałbym tak sobie z nim pogodać o literaturze i religii przy kuflu piwa).
Można prosto. Tyle, że nikogo nie interesuje za bardzo opis spotkania w sobotni wieczór... Fantasta powinien szukać nowych przestrzeni dla swojej wyobraźni, może być w Kosmosie, może być w przeszłości, może być tu i teraz, może tam i wtedy, a najlepiej w swojej głowie.
To kawałeczek dłuższego utworu, nie dokończonego, pisanego w różny sposób i z różnych perspektyw, i tak naprawdę była to faktycznie pseudoschulzowskie "ćwiczenie stylu". Żeby było fajniej, od początku do końca powstało na prosektorium w czasie wyjątkowo nudnych ćwiczeń z anatomii patologicznej. Stąd chyba różne twory i potwory;)
Nie przedłużam, dziękuję za wszystkie oceny i sugestie, nie spodziewałem się tylu komentarzy!

Z tą amerykańską prozą chodziło mi o hemingwayowską jasność, prostotę i przejrzystość;)

AdamKB - nie wzięłam, wszak nie piszę tak odorystycznie dzisiaj ;)

(...) zerżnąłem je od Terry'ego Pratchetta,(...). Z oryginałów czy od tłumacza? Widzę w tym pewną różnicę. Pytam, bo nie przypominam sobie tego słowa z lektur wyłącznie przekładów. Co nie znaczy, że go tam nie było --- mogłem zapomnieć albo nie czytałem akurat tego tytułu (bo nie czytam wszystkich).

PS Wiedziałam, że to ćwiczenia stylu. I rozumiem różne od mojego podejście do fantastyki.
PS2 Wiem, że nie ma takiego słowa jak "odorystycznie"

W przekładzie, w którymś przypisie.

(BTW, za każdym razem, kiedy czytam na stronie opowiadanie, które naprawdę trafia w mój gust, pod spodem znajduję komentarz Mortycjana, który nie pozostawia na nim suchej nitki;)

To są wierutne kłamstwa i pomówienia! Żądam powołania bezstronnej międzynarodowej komisji celem ustalenia faktycznego przebiegu wydarzeń! ;)

 

Chciałbym tak sobie z nim pogodać o literaturze i religii przy kuflu piwa

Piwa nie lubię, moją górską twierdzę opuszczam nieczęsto, ale e-mail tajemnicą nie jest...  nyarly@o2.pl

 

Tyle, że nikogo nie interesuje za bardzo opis spotkania w sobotni wieczór...

Utrafiłeś w samo sedno.

 

Fantasta powinien szukać nowych przestrzeni dla swojej wyobraźni, może być w Kosmosie, może być w przeszłości, może być tu i teraz, może tam i wtedy, a najlepiej w swojej głowie.

Zaraz przypomina mi się F.W. Kres i jego poradniki dla młodych pisarzy: 

 

[Z listu czytelnika]: Artysta unosi się na grzbiecie potężnego Geniuszu (...) Jest drogą ku Nadczłowiekowi, a niekiedy Nadczłowiekiem. Służy jedynie sobie. Jego nauczycielem jest on sam. Pisze krwią (...). Myśl Genialna porywa Duszę i Talent. Narzuca ona Formę, w zależności od rodzaju Myśli Genialnej. Artysta pisze całym sobą. Swobodnie unosi się na szalonej Myśli.
[Odpowiedź Kresa]: Polemizować nie mogę, albowiem nie zrozumiałem ani słowa z tego, co mi zakomunikował - widać nie unoszę się na grzbiecie Geniuszu i na szalonej Myśli unoszę się nieswobodnie. Na dodatek nie piszę całym sobą, w zasadzie używam tylko rozumu i palców, a wątroby oraz worka mosznowego sporadycznie. Jest mi przykro, rzecz jasna, że Czytelnik oszalał, ale cóż ja mogę na to poradzić?

Czytając powyższe grafopławy i stylomioty przypomniałem sobie Adasia Miuaczyńskiego z "Dnia Świra", i jego "moszczenie przed tworzeniem".

"Wypłynąłem na suchego przestwór oceanu..."

"(...) i tylko te oczy jedne, jedyne, do tych oczu mówić będę..!"

Adaś był starzejącym się frustratem, a tu mamy do czynienia z młodocianym entuzjastą.

Gwoli sprawiedliwości wypada dodać, że kilka półpoetyckich i ćwierćstylowych piruetów wykonanych przez autora w prosektorium, pozwala mieć nadzieje na rozwój lepszy niż u Miauczyńskiego - i to bez powikłań.

Napomknę jeszcze tylko, iż właśnie wspomniany Terry Pratchett jest absolutnym mistrzem fechtunku słowem:

"(...) Jednak wieczorami, kiedy krasnoludy i trolle za dużo wypiły w swoich pubach, piekło wychodziło na przechadzkę z podwiniętymi rękawami."

Jak to mawia mój znajomyl: Pozdro i nazdro, ale przede - powo, ziom..!

Pratchett? nawet Clintowi Eastwoodowi nie przepuścił.

Skacowany komendant Vimes stoi w szfalmycy i koszuli nocnej, a pod pachą trzyma niczym strzelbę, przestraszonego małego smoka, któremu lekko dymi z nozdrzy.Komendant mierzy smokiem do delikwenta i mówi:

" - Pewnie się zastanawiasz czy ten smok jeszcze raz czknie... lepiej się zastanów, czy to jest twój szczęśliwy dzień, śmieciu..."

Wolę coś o Pratchecie pogadać, bo to co tu przeczytałem... bardzo dosłownie powiem SZKODA (TYLU) SŁÓW!

Chociaż o tej porze (trzecia w nocy) pewnie przesadzam. W każdym razie ktoś tu na prawdę przesadził :)

FABRICATE DIEM PVNK

A ja z wielką niecierpliwością czekam na kolejne opowiadanie Ajwenhoła.

Wypociny i grafomaństwo najczystszej wody. Kolejna rzecz o niczym, napisana w celu zaszpanowania sprawnością warsztatu. Nie wyobrażam sobie, aby takie pisanie znalazło czytelników, o ile nie stanie się kiedyś obowiązkową lekturą szkolną. :P Dwója.

Nie wyobrażam sobie, aby takie pisanie znalazło czytelników
Spójrz w górę.

Miałam na myśli poważną publikację, za którą trzeba zapłacić (książkę, czasopismo), a nie internetowe warsztaty literackie.

Gratulacje z powodu wzbudzenia u czytelników tak skrajnych emocji ;) Granica między sztuką a kiczem i grafomaństwem jest bardzo cienka, ale według mnie jej nie przekraczasz. To jest w ogóle bardzo zabawne - większość pisarzy fantastycznych tworzy niezwykłe światy... posługując się językiem rodem z powieści realistycznej z XIX wieku. A przecież można inaczej, poetycko (porównanie do Schulzem może trochę na wyrost ale blisko), inaczej niż wszyscy. Dodatkowo przy całej metaforyczności opowiadanie jest w pełni zrozumiałe, nie na siłę udziwnione. Daję piątkę. A co!

Za sam styl? Przecież to nie sztuka dla sztuki, tylko sztuka użytkowa... Styl to za mało.
Chociaż Dreammy bardzo pięknie uzasadniła swoją ocenę, nie powiem :D

FABRICATE DIEM PVNK - motto wiszące nad wejściem do komendy straży miejskiej Ankh-Morphork. MAKE MY DAY, PUNK - to też Pratchett! :)

,,szafki i jego samego. Najwyższe skupienie maluje się na jego twarzy, oto bowiem zmaga się z niesamowitym jakimś problemem, każdy mięsień na jego (...)'' Był taki fragment gdzie zaimek osobowy ' jego ' powtarzał się dość często.
Opowiadanie bardzo poetyckie, przyjemnie się płynie przez tekst.

Dziękuję za wszystkie oceny i komentarze, cieszę się, że komuś się podobało i że się nie podobało.
To nie jest opowiadanie, raczej obraz. Mało w fantastyce poświęca się miejsca na te myśli i przeżycia, które towarzyszą nam każdego dnia. Napisałem na taki temat, nie miało być fabuły. Znacie jakąś fabułę w życiu? Bo ja nie. 

Tytuł zaintrygował mnie - lubię zabawy słowem (ukłony przed wspomninaym w komentarzach Pratchttem ;)) i zastanawiało mnie, pochodną czego okażą się wierszcze - świerszczy, wierszy czy może wieszczy. Na początku była zachwycona - stylem, opisami - ich głębokością, plastycznością, bogactwem kolorów, kaształtów, zapachów. Podobał mi się sposób przedstawienia wieczornego spotkania zakochanych, spacerze po mieście - właśnie w ten magiczy, mistyczny sposób. Jest jednakże jedno "ale"... po mniej więcej połowie tekst zmęczył mnie, zamęczył wręcz. Od tego całego ruchu, migotania, barw zakręciło mi sie w głowie. Doczytałam do końca tylko ze względu na wierszcze, które przyszły, poszły, a może były cały czas i tyle.
Do pogomców opowiadania dołączyć nie chcę, do wielbicieli nie mogę...

PS: mam nadzieję, że nie jest to zbyt osobite pytanie: studiujesz weterynarię? ;)

"studiujesz weterynarię? ;)"

Dobrze dedukujesz, Sylwien!;) Jest to niekiedy zajęcie tak dziwaczne i egzotyczne, że niekiedy trzeba zejść na ziemię i zająć się fantastyką...

Ajwenhoł, człowieku, gdzie Ty się nauczyłeś tak pisać??? Po prostu jestem zazdrosna, "genijuszu stylu"!
Dla mnie to mieszanka Shulza, Dukaja, Mickiewicza, Słowackiego, Baczyńskiego, Pratchetta i wielu innych.
Podoba mi się jak opisujesz zapachy, mało autorów zwraca na to uwagę, a Ty piszesz tak, że można je poczuć. Zapachy są ważną sprawą, szczególnie z perspektywy wrażliwości kobiety.
Myslałam, że tylko ja słysze szum ładowarek. I co więcej, z mojego doświadczenia z pocałunkami wiem, że wbrew fikcjom literackim na początku usta są zimne jak lód. Zwłaszcza o czwartej rano. Ale to tylko taka uwaga.
Dla mnie w opowiadaniu nie musi być w ogóle fabuły. Ty opowiadasz, co masz do opowiedzenia i czynisz to pięknie.
Wiesz co myślę i wiesz co Ci dałam.

Jeśli to jest "grafomaństwo" i "wypociny", to o niczym innym nie marzę, jak tylko, aby takową grafomanką zostać.
A za książkę Twojego autorstwa mogę dać i 5 dych. Daj znać, gdy się jakaś pojawi.

To jest profesjonalne opowiadanie. Nie lubię impresjonizmu w prozie, bo dupa jest od srania, a autor od opowiadania, nie od poetyzowania. Ale doceniam znakomity warsztat. I zastanawiam się po raz kolejny, po jaką cholerę rozmieniasz się na drobne na portalu internetowym. Nie piszesz gorzej niż wielu publikowanych pisarzy. Powinieneś byc drukowany. Drobna rada - po przeczytaniu całości wywal wszystko co nazbyt wzniosłe i postaraj się zastąpić rzeczami bardziej przyziemnymi, niepoetyckimi. Wyjdzie ciekawszy efekt. 

Hmmm. Do mnie nie przemówiło. Tylko epoki mi się spodobały.

Babska logika rządzi!

Nie podzielam ekscytacji zachwyconych, ale też nie dołączę do zdegustowanych niezadowolonych. Pozostanę raczej pośrodku, bo tak specyficzny, nocny spacer po Lublinie nieco mnie znużył długością, doceniam jednak umiejętności Autora i nie pozostaję wobec nich obojętna. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka