- Opowiadanie: blacken - I nic nas nie rozłączy

I nic nas nie rozłączy

Witajcie! Tekst napisałem jakoś w lutym/marcu. Czasem do niego wracałem, by poprawić to i owo. Zbliża się koniec roku i czas wypuścić go na wolność. Oczyścić umysł z tej historii, to może coś nowego wpadnie do głowy  :)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

I nic nas nie rozłączy

Szedł podekscytowany w głąb lasu. Nie chciał, by ktoś przeszkadzał. Czuł, że musi dać upust rozpierającej energii. Film, który właśnie skończył oglądać drugi raz z rzędu, całkowicie nim zawładnął. Na myśl o finałowej potyczce Mateuszowi spięły się mięśnie, miał ochotę działać; poruszyć świat, zmienić bieg historii, ba, samemu ją tworzyć!

– Będę jak oni – postanowił.

Gdy tylko upewnił się, że nikogo nie ma w pobliżu, zaczął wymachiwać wyimaginowanym mieczem. Ręce kreśliły w powietrzu fantazyjne linie, stopy przesuwały się kawałek po kawałku. Poznawał swojego wroga. Po krótkiej defensywnej wymianie ciosów, rzucił się do ataku. Wściekle atakował, wirował, parował uderzenia. Skoncentrowany na przeciwniku, szukał luki w obronie. Gdy tylko wojownik się odsłonił, ciął od dołu. Sztychem ostrza trafił rywala.

Kąciki ust uniosły się w wyrazie triumfu. Rozluźnił zaciśnięte dłonie i powoli wrócił do rzeczywistości. Znów był chłopcem, który jutro pójdzie do szkoły znosić wygłupy kolegów z klasy i uczyć się nikomu niepotrzebnych bzdur.

– To nie dla mnie… – stwierdził z goryczą.

 

*

 

Wiele lat później, gdy dziecięce fascynacje odeszły w niepamięć, jego wuj Jerzy znalazł robotę w zakładzie pogrzebowym. Mateusz wpadł na szalony pomysł, by zabrać się z nim na kurs. Powiedział to pół żartem pół serio, wuj jednak wziął te słowa za dobrą monetę.

Właściwie czemu nie spróbować?

Zapamiętał dobrze pierwszą zwózkę. Był w gościach u wuja, gdy zadzwonił telefon.

– To co, jedziesz? Jest robota – zawołał Jerzy zakładając kurtkę po skończonej rozmowie z szefem.

Serce zabiło mu mocniej. To już. Pojechał pełen obaw i wątpliwości.

W drodze poznał Łukasza – młodziaka, który ledwo dziewiętnastkę skończył. To on najczęściej towarzyszył Jerzemu na zwózkach. Na podwórzu, gdzie zajechali, stało kilka osób, wśród nich prokurator.

– Masz rękawiczki. I w razie czego mów, żeś pracownik – poinstruował siostrzeńca.

Drzwi do zapuszczonego domu ledwo dały się otworzyć. W środku było istne wysypisko – worki ze śmieciami, obsrane pieluchy, połamane meble. Cuchnąca melina. Mateusz z napięciem lustrował wszechobecny bajzel. I wtedy, na drewnianych schodach prowadzących na piętro, po raz pierwszy w swym życiu zobaczył trupa. Leżała zwinięta w kłębek jak drzemiący kot. Drobna i brudna zlewała się z otoczeniem. Wuj z Łukaszem wzięli nieboszczkę, a Mateusz uszykował czarny worek. Kątem oka zauważył jak z pękniętego, sinego uda wypadł fragment tłuszczu.

W drodze do kostnicy poczuł się zażenowany. Czego właściwie oczekiwał? Po co jechał? Poczuć dreszczyk emocji?

Naprawdę nie mam lepszych pomysłów?

W dziesięć minut zajechali na miejsce. Za wejściowymi drzwiami, tuż przy ścianie, stało łóżko szpitalne, na którym położyli zmarłą.

– Dobra zrobione, jedziemy stąd.

– Kartkę z imieniem wrzuciłeś?

– Cholera, bym zapomniał. – Jerzy zawrócił na pięcie, wyjął małą kwadratową karteczkę i zaczął pisać.

– Wasiak? Dobrze mówię?

– Wisiak – uprzedził Łukasza Mateusz – Ewa Wisiak.

Jerzy dopisał nazwisko zmarłej, po czym wrzucił kartkę do worka.

 

Wieczorem Mateusza zaczęły dręczyć myśli. Razem z Moniką, jego wieloletnią miłością, oglądali kabaret. Ona co chwilę wybuchała śmiechem, on patrzył obojętnie w ekran nawijając na palec kosmyk włosów ukochanej. Był obecny ciałem, ale nie duchem. Przed oczyma duszy widział zwłoki nieszczęsnej kobiety, której wspomnienie przylepiło się do jego umysłu niczym brud pokrywający gnijące ciało nieboszczki. Leżała jak ścierwo. Upokorzona i zapomniana przedstawicielka dumnej rasy ludzkiej wśród sterty śmieci.

– Co ty taki sztywny? – spytała w końcu. – Myślisz nie wiadomo o czym. Jesteś zły na mnie?

– Gdzie tam. – Machnął ręką. – Zmęczony. Siedziałem nad pracą zaliczeniową do rana. – Nie zamierzał zdradzić gdzie był i co robił.

– Akurat – prychnęła, spoglądając na niego podejrzliwie.

– No dobra, paliłem, piłem i oglądałem głupoty na necie – uciął nie mając ochoty na słowne przepychanki.

– W to już prędzej uwierzę.

 

*

 

Kilka tygodni później Jerzy zachorował. Spytał siostrzeńca czy zastąpi go w pracy. Mateusz właśnie zaliczył zimową sesję na studiach, co oznaczało dwa tygodnie wolnego. Ponure wspomnienie zwózki wyblakło i stwierdził, że tym razem poradzi sobie lepiej.

Poza tym dodatkowa kasa zawsze się przyda.

Dwudziestego siódmego stycznia zaczął całodobowy dyżur. Monika była wściekła, ale ostatecznie ją udobruchał. W końcu znali się od lat i wiedział jak wkupić się w łaski ukochanej.

Komórki nie mógł już na noc wyciszyć, co zawsze robił; nienawidził telefonów od podchmielonych znajomych w środku nocy. Tym razem nie miał innego wyjścia.

 Długo nie mógł zmrużyć oczu. Gdy w końcu przysnął, nawiedził go ciężki, bardzo wyraźny sen – łaził między blokami z latarką i pytał okolicznych mieszkańców, czy nie widzieli nieboszczyków. Po trzeciej nad ranem przebudził się i nie mógł już usnąć. Osaczony niepokojem, patrzył na telefon. Oczyma wyobraźni widział jak ekran nagle się rozświetla, a pogrążony w ciszy pokój wypełnia prymitywny dzwonek komórki, który specjalnie przypisał do numeru Łukasza – chciał od razu wiedzieć, że oto nadszedł ten moment.

– Bardzo rzadko dzwonią w nocy. Prędzej spodziewaj się, że dryndną nad ranem, gdy ludzie wstają do pracy. – Przypomniał sobie słowa Jerzego.

Łukasz nie zadzwonił ani dwudziestego siódmego, ani następnego dnia. W biznesie pogrzebowym też istniał martwy sezon. Dopiero na wiosnę było więcej trupów. Ludzie zdawali sobie sprawę, że słońce i powiew lata wcale nie motywuje do życia, a motocykliści ginęli na wypieszczonych jednośladach.

Przeczuwał, że wuj zdąży wyzdrowieć, zanim on pojedzie na zwózkę. Przestał się przejmować.

Robił z Moniką zakupy w hipermarkecie, gdy wreszcie po trzech dniach od objęcia dyżuru odezwała się komórka. Prymitywny dźwięk rozbrzmiał jak syrena alarmowa.

– Co to za kakofonia? – skrzywiła się zdegustowana. Nie zwrócił na nią uwagi.

– Muszę lecieć, wrócisz autobusem – powiedział po rozmowie z Łukaszem.

– Paradne. Wiesz ile to będzie siatek, te wszystkie rzeczy?

 Puścił uwagę mimo uszu, szybkim krokiem kierując się do wyjścia. Mało go teraz obchodziły problemy Moniki. To nie ona będzie wkładać trupa do worka dzisiejszego wieczoru.

 

Łukasz czekał w samochodzie.

– Jedziemy na Bystrą. Po jakiegoś dziadygę.

Mateusz zastanawiał się w jakich zmarł okolicznościach, ale nie chciał wyjść na cykora pytając o takie rzeczy.

– Nie bądź taki nerwowy – rzekł, niejako czytając mu w myślach. – Parę zwózek i będzie ci obojętne po kogo jedziesz.

– Nie będę miał okazji się przyzwyczajać. Na czas choroby Jurka jestem.

– Może i tak – przyznał. – Ale różnie to jest.

– Jak tu trafiłeś właściwie?

– Podobnie jak ty – zaśmiał się. – Na drugiej zwózce zbierałem przyjaciela mojego dobrego ziomka. Wpadł pod pociąg. Wiesz, taki chrzest bojowy. I jakoś wyszło, że zostałem.

– Niezła rzeźnia musiała tam być.

– Szkoda gadać… Jak wpadnie delikwent pod spychacze, to jebnie go w krzaki mniej lub bardziej w jednym kawałku. Daniel, tak się nazywał, pod koła wpadł. Godzinę go zbierałem. Tu noga, tam serce, dłoń w krzakach. Nie zawsze jest tak prosto, jak wtedy gdy byłeś z nami.

Mateusz miał tylko nadzieję, że nie mówi o tym, bo właśnie jadą po takiego nieszczęśnika.

 Niech sobie wpadają pod pociąg, ale nie na moim dyżurze.

W niecały kwadrans zajechali pod wskazany adres. Była to niewątpliwa zaleta małych miast. Na wąskiej uliczce domków jednorodzinnych panowała cisza i spokój. Postawny mężczyzna w futrzanej czapce czekał przy otwartej bramie. Na oko miał pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt lat. Z aparycji i uścisku dłoni jak imadło odnosiło się wrażenie, że nieobca mu ciężka fizyczna robota. Pobliska latarnia w niewielkim stopniu rozświetlała panujący mrok. Mateuszowi to zupełnie nie przeszkadzało, a nawet cieszyło. Przy takim świetle czuł się pewniej i myśl o przykrym obowiązku nie była taka straszna.

Ryszard, tak się przedstawił, mówił nad wyraz spokojnie i rzeczowo. Sprawiał wrażenie, że mówi o sąsiedzie, a nie martwym ojcu na swojej działce. Powiedział, że nie widział go od wczorajszego ranka.

– Ja, rozumiesz, pracuję często do nocy to i ojca nie co dzień widuję – odparł zaciągając się papierosem. – Mieszkał na co dzień tutaj. – Wskazał grubym palcem małą ruderę na posesji. Chodźcie.

Nieźle. Synuś ulokował się w porządnym domu, a starego umieścił w szopie, bo ciężko było ją nazwać budynkiem mieszkalnym.

Facet pchnął drzwi z dykty odsłaniając zagraconą sień. Od razu przypomniała się Mateuszowi pierwsza zwózka.

 Że też nie wstyd ludziom mieszkać w takich warunkach.

 Budynek, oprócz sieni, miał tylko jeden obskurny pokój, w którym paliła się samotna żarówka na kablu. Kątem oka ujrzał sylwetkę człowieka, ale nie zamierzał patrzeć w tamtą stronę.

– Jak będziecie z nim szli, uważajcie na tę dziurę.

Z czarnego jak smoła otworu wystawała drabina. Przesunęli wiadro stojące koło futryny i weszli do pokoju. Nieszczęśnik cały nagi, nie licząc rozpiętej koszuli, zastygł na czworakach przy łóżku. Mateusz mimowolnie skierował wzrok na stolik. Nie miał ochoty przypatrywać się trupowi. W milczeniu rozłożyli worek.

– Najpierw obracamy go na plecy – poinstruował Łukasz.

Wtedy po raz pierwszy dotknął nieboszczyka. Zimna skóra na łydkach była napięta, wydawała się sztuczna, jakby nigdy nie kryło się w niej życie. Odwrócili zmarłego, uwalniając potworny odór wydobywający się z ciała.

– Chodź na zewnątrz, niech to paskudztwo opadnie – odparł.

Ryszard z Łukaszem gawędzili beztrosko, zupełnie jakby stali na przystanku w oczekiwaniu na autobus. O ile rozumiał obojętność współpracownika, to już syna nieboszczyka mniej.

Nie mnie go oceniać. W cholerę z tym. Wróćmy do środka, weźmy zwłoki i wracajmy wreszcie.  

Mięśnie zastygłe w pokracznej pozie, utrudniały włożenie ciała do worka. Po chwili mocowania suwak zamka błyskawicznego chwycił ostatnie ząbki, a trup na dobre skrył się w czarnym worku.

 Minęło najgorsze. Teraz pozostało przenieść ciało na noszach do karawanu, a potem położyć w kostnicy. Koniec roboty. Pięćdziesiąt złotych za pół godziny pracy.

 

Kolejny raz jechali po staruszkę, która odeszła we własnym łóżku pośród bliskich. Idąc w głąb domu, mijali członków rodziny stojących nieruchomo niczym posągi. Mężczyźni spoglądali na nich surowo, jakaś młoda kobieta próbowała powstrzymać szloch. Naraz poczuł się jak złodziej, któremu kazano na oczach wszystkich pokazać w jaki sposób kradł, by po skończonym przedstawieniu uciąć mu dłonie. Krętymi wąskimi schodami weszli na piętro.

Łoże masywne i leciwe z pewnością pamiętało czasy wojenne. Spomiędzy grubej pościeli wyzierała tylko szara, zmizerniała twarz. Ciało było jeszcze ciepłe i wiotkie. Pod czujnym okiem rodziny delikatnie włożyli je do worka i zanieśli do karawanu czując na sobie spojrzenia zebranych osób.

Gdy formalności zostały dopełnione, a karawan zniknął z pola widzenia domowników, Łukasz solidnie wdepnął pedał gazu.

– Niby drobna, a ciężkie babsko – powiedział z goryczą. – I ciasno w tym domu, z trudem wykręciliśmy na schodach.

Już wcześniej Mateusz zauważył, że powaga pracowników pogrzebowych znika za najbliższym zakrętem.

Nosze z nieboszczką jeszcze dłuższą chwilę podskakiwały na wybojach piaskowej drogi.

 

Następny przypadek był dla Mateusza większym wyzwaniem. Przysadzista kobieta powiesiła się w lesie. Scena jak ze smętnego horroru – bezwładne ciało straszyło pustymi oczodołami i podziobaną twarzą. Ptaki zrobiły swoje. Jednak bezchmurne niebo i śnieg skrzący się w promieniach słońca skutecznie popsuł nastrój grozy. Zniesienie zwłok ze wzgórza do auta było z tego wszystkiego najgorsze. Cały czas brodzili w gęstym śniegu. Po godzinie harówki, gdy już oparł się o samochód głośno dysząc, Mateusz czuł, że jest o krok od zawału serca z wysiłku.

 

Dzień później zadzwonił Jerzy. Koniec zastępstwa.

– I jak minął ci dyżur?

– Nie najgorzej. Tylko to ciągłe czekanie na telefon. Dzień i noc.

– To kombinezonu nie zakładałeś – ni to spytał ni stwierdził. „Bierz kombinezon” było najgorszym hasłem w tej branży. Najpaskudniejsza robota murowana.

– Jak będziesz potrzebował zastępstwa, dzwoń. – odparł Mateusz na koniec rozmowy. Nie mógł uwierzyć, że to powiedział.

Ech, pieprzyć to.

Usiadł w fotelu i odetchnął. Poczuł się znów wolny. Łypnął okiem na komórkę. Wyłączył ją i cisnął w kąt.

Tej nocy zasnął jak niemowlę, przytulając ciepłe ciało Moniki.

 

*

 

Po paru latach wuj odszedł z firmy pogrzebowej. W międzyczasie Mateusz zastępował Jerzego, choć z początku niechętnie. Zauważył jednak, że praca ma swoje zalety. Szybkie pieniądze, nie ma upierdliwych klientów, nikomu nie trzeba się podlizywać. Rzucił dotychczasową robotę w magazynie i zajął miejsce wuja.

Z początku uciekał wzrokiem przed widokiem nieboszczyków. Patrzeć i nie widzieć to było jego motto. Płynął miesiąc za miesiącem, a on powoli przestał zwracać uwagę na to, co robi. Zahartował się. Dopiero w tej pracy zrozumiał, jak blisko człowieka krąży śmierć. Każda z nich nosiła jakąś historię, dramat, ale oni nie zamierzali się rozczulać. Z niektórych wypadków śmiał się pod nosem, inne zapamiętywał na dłużej.

 Przypomniał sobie jak podnosił zwłoki młodej dziewczyny wprost z ulicy. Miała śliczną twarz, długie gęste włosy. Za życia była ładna, ale za życia nie była rozcięta na pół od biodra po ramię.

 Nastał wreszcie moment, gdy śmierć mu zupełnie spowszedniała. Urwane głowy, rozkładające się i zasuszone zwłoki, spaleni i topielcy. Ciała na pierwszy rzut oka śpiących ludzi i takie pełne robactwa – gąbczaste, napuchnięte.

 Po pewnym czasie niewiele rzeczy jest w stanie wzruszyć.

 

*

 

Monika sprawdzała kartkówki uczniów, gdy zdejmował kurtkę w przedpokoju.

– Nie możesz wreszcie rzucić tej roboty? – powiedziała z goryczą. – Boże, znowu śmierdzi od ciebie trupem.

– A skąd wezmę pieniądze? – warknął. – Ty miałaś szczęście, więc się tak nie wymądrzaj.

– Mógłbyś się chociaż starać. Pokazać, że ci zależy. Pamiętasz tę firmę, w której byłeś na praktykach studenckich? Tak dobrze sobie radziłeś. Czemu się do nich nie odezwiesz? Może mają jakiś wakat…

– Wakat, srakat. Daj spokój. Mają przecież moje dane. Odezwaliby się, gdyby kogoś potrzebowali. – Chciał, by się odczepiła. Nie miał zamiaru tam wracać, nawet jakby prosili. Nie dla niego praca korporacyjnego szczura.

– Z takim podejściem to do usranej śmierci będziesz trupy zbierał. Mam tego dosyć. To miała być przejściowa praca. Tak mi ciągle powtarzałeś. I co z tego gadania wyszło? Nic nie wyszło! 

– Myślisz, że tak fajnie zbierać te cholerne zwłoki? Że nigdy o niczym innym nie marzyłem?

– Widząc twoje zaangażowanie w szukanie czegoś lepszego to chyba nie – odparła i wróciła do sprawdzania kartkówek.

– Ty sobie…

Zobaczył, że dla niej rozmowa się skończyła. Z pewnością nie chciała już słuchać, co ma do powiedzenia. Wydawała się znów pochłonięta pracą, ale spostrzegł, że mocniej kreśli długopisem po wypracowaniach uczniów. Zupełnie jakby skreślała ich przyszłość, a nie szanse podopiecznych na dobry stopień.

Machnął ręką i poszedł do łazienki.

Jasne, miała trochę racji. Na pewno mógł starać się bardziej, ale czy chciał? Czy widział w tym sens? Przyzwyczaił się do swej pracy. Nie wierzył też, że znajdzie ambitniejsze zajęcie.

Z drugiej strony nie wiedział jak pokierować dalszym życiem. Nie odnalazł powołania, prawdziwej pasji, drogi, którą mógłby podążać. Szedł więc po linii najmniejszego oporu – tak, by nie bolało. Praca w zakładzie pogrzebowym była znośnym kompromisem. Czuł jednak, że coś jest nie tak i obawiał się, że będzie gorzej.

 Wtedy jakiś głos szeptał wciąż: – Co ciebie to wszystko obchodzi? Co ciebie to obchodzi, mój drogi?

Szorował się dobre pół godziny pod prysznicem, ale smród był wciąż wyczuwalny. Topielcy naprawdę cuchną.

 

*

 

Chrupała paluszki z makiem – jej ulubione. Z głośników słychać było cichą muzykę, zagłuszaną co rusz piskliwym chichotem. Monika lubiła spędzać czas z Kasią i Dominiką. Jeszcze w czasach studenckich szybko załapały ze sobą dobry kontakt.

– A co słychać u Mateusza? – spytała Dominika, gdy ucichła kolejna salwa śmiechu.

Monika spojrzała uważnie na koleżankę.

– Dalej siedzi w tym nieszczęsnym zakładzie pogrzebowym – westchnęła i upiła łyk kawy.

– Nie chciałby wyjechać? Pogadałabym z bratem – wtrąciła Kasia. – Coś by się dla niego znalazło.

– Och, wiesz jaki jest dumny – skrzywiła się. – Prędzej będzie kible szorował w biurach niż przyjmie pomoc od kogoś obcego.

– No z takim nastawieniem to może być faktycznie ciężko.

– Ile razy mu to powtarzałam. To on ciągle swoje. Sam znajdę, nikogo nie będę prosił – odparła parodiując głos Mateusza.

Na chwilę zapadło milczenie.

– Porozmawiajmy o czymś weselszym lepiej – przerwała ciszę Monika. – Dość mam już z nim zmartwień – dodała, zdobywając się na cień uśmiechu.

 

Wróciła późnym wieczorem. Sądziła, że zastanie Mateusza w domu, ale drzwi były zamknięte, a światła pogaszone.

– Jesteś? – zawołała w mrok. Nikt nie odpowiedział.

– W sumie i dobrze – mruknęła do siebie zdejmując płaszcz i buty. Gdy się oporządziła, nalała sobie soku, włączyła komputer i wygodnie rozparła na krześle. Po przejrzeniu bieżących spraw, chwilę surfowała bez celu po Internecie. Wiedziała, czego chce, ale nie lubiła tego robić. Ciekawość jednak znów zwyciężyła. Zalogowała się na jego pocztę elektroniczną.

Zerknę tylko do jakich firm aplikował ostatnio.

– Ciekawe czy hasło zmienił? Gdzie tam – skrzywiła się widząc jak imię i nazwisko byłej partnerki jest kluczem do skrzynki Mateusza.

 Nie znalazła żadnych wysłanych aplikacji. Ostatnia była sprzed paru miesięcy.

 – No pięknie – westchnęła.

 

*

 

Po kilku miesiącach Monika odeszła. Miała dość. Nie było awantury, oskarżeń rzucanych w nerwach ani potoku łez.

– Jutro się wyprowadzam – oznajmiła trzymając splecione dłonie na stole. Może i chciała powiedzieć coś więcej, ale nie była w stanie.

Mateusz nieznacznie skinął głową. Od kilku tygodni czuł coś niedobrego. Wyrok, który właśnie na nich wydała, był do przewidzenia. Sam nie zdecydowałby się na ten krok, ale Monika miała inny charakter. Ich dom wypełniała coraz głębsza pustka, a ona chciała cieszyć się życiem.

 Wiedział, że nie ma o co walczyć. Nie miało sensu próbować, to koniec. Zawsze nadchodzi czas, kiedy trzeba porzucić sentymenty, i rozstać się z tym, co martwe.

 

Nazajutrz pomógł włożyć walizki do samochodu.

– Szkoda – odparła cicho. Jej oczy się szkliły, choć nie uroniła żadnej łzy.

Wiedział, że to ostatni moment, by powiedzieć coś z głębi siebie, coś szczerego, prawdziwego. Tylko co? Życzyć szczęścia? Przeprosić? Zapewnić, że nie zapomni o dobrych chwilach?

Właśnie wtedy uświadomił sobie w pełni jej obecność.

Pustka.

To ona stała się jego wierną towarzyszką. Kiedyś czuł ją tylko przelotnie, ale teraz… teraz wrosła w niego, zapuściła korzenie w duszy i nie zamierzała puścić.

– Spokojnej drogi – odparł, a w głowie przewijały się obrazy rozbitych samochodów i rozczłonkowanych pasażerów.

 

*

 

Skwarne lato, żar bijący z nieba. Zmęczeni upałem wracali z pogrzebu. Z radia płynęła taneczna muzyka. Sznur samochodów przed nimi ciągnął się aż za odległy zakręt.

– Ile to już lat, stary?

– Z pięć będzie.

– Jakie pięć, prawie siedem – odparł po chwili namysłu Łukasz. – Pamiętam przecie, dołączyłeś w rocznicę pogrzebu Daniela. A to było siedem lat temu. Tyle czasu w tej robocie jesteśmy.

– No, zleciało się. – Mimowolnie sięgnął do kieszeni i poczuł gładki materiał. Opaska na włosy Moniki.

– Szczęśliwa siódemka. I moja historia kończy się w tej branży.

– No co ty? – zainteresował się.

– Z Andrzejem będę robił.

– Z tym pijakiem?

– Nie przesadzaj z tym pijakiem. – Skrzywił się. – Wyjechał za granicę, potrzebuje teraz pomocnika.

– Farciarzu jeden. Ja już zdechnę w tej robocie.

Łukasz roześmiał się.

– Wrócę specjalnie, by ciebie pochować.

– Nie mogę się doczekać.

– Jadę w następny piątek – powiedział po chwili milczenia. – Wpadniesz dzień przed na piwo?

– Jasne. Dość już żegnania samych trupów.

 

Wziął dwa dni wolnego. Kończył kolejne piwo, w głowie przyjemnie buzowało. Dookoła panowała cisza, nie licząc tykania ściennego zegara.

– No to Łukasz kończy robotę – mruknął pod nosem. – To ci dopiero.

Usiadł przed komputerem i naraz błysnęła mu myśl, by wejść na stronę z ogłoszeniami o pracę. Otworzył kilka ofert, przejrzał pobieżnie i zamknął wszystkie.

– Nie dla psa kiełbasa – stwierdził z goryczą. – Na co ja liczę? Nie wyrwę się z tego bagna. Zresztą co miałbym robić?

Dopił ostatni łyk i położył się na nieścielonym od dawna łóżku. Podłożył ręce pod głowę. Nagle trafił palcami na coś miękkiego.

Opaska Moniki. Ręczna robota jej przyjaciółki, którą dostała w prezencie urodzinowym.

Jak się tam znalazła? Powąchał materiał. Chciał przywrócić wspomnienie zapachu perfum, których używała. Nadaremnie. Dwukrotnie pytała Mateusza, czy nie zostawiła jej w mieszkaniu. Zupełnym przypadkiem znalazła się znacznie później; pokryta kłębami kurzu leżała między ścianą a skrzynią komputera. W pierwszej chwili chciał oddać zgubę. Miałby pretekst, by zobaczyć Monikę, ale wiedział, że następnego spotkania nie będzie. Świadomość, że ma w domu coś bliskiego jej sercu, ułatwiała codzienny powrót do pustego mieszkania. Czasem nawet łudził się, że usłyszy szczęk klucza w zamku i ona wróci.

– Po co ci to? – usłyszał nagle subtelny głos (a może tylko myśl?) – Oddaj, wyrzuć! Wszystko jedno! To tylko bezwartościowy kawałek materiału. On nic nie znaczy. Nic ci nie da. W niczym nie pomoże.

Zignorował go i przesunął wzrok na regał z książkami. Wypatrzył lektury młodości, którymi dawno temu był oczarowany. Uśmiechnął się pod nosem z politowaniem.

– Bohaterzy, psia ich mać…

Nakupował przez lata różnych książek, obiecywał sobie, że je przeczyta. Na obietnicach się skończyło. Stały na regale i patrzyły z wyrzutem.

– Przeczytaj mnie w końcu! Tylko kurz mnie obrasta! – Zdawały się krzyczeć. Jednak ochota na czytanie prysła i uparcie nie chciała przyjść.

– Na co ci lektura? Czy da ci radość? Papier zafajdany atramentem. Zapisane myśli ludzi, którzy nic nie znaczą. Masz mnie, tylko mnie.

Wziął komórkę i wybrał numer. Po czwartym sygnale odezwał się szorstki głos.

– Krzysztof? Słuchaj, nie potrzebujesz kogoś ekstra do zakładu? Szukam dodatkowej roboty.

Po dogadaniu szczegółów, spojrzał na zegarek. Powinien już być w drodze. Ogarnął się czym prędzej i wyszedł.

 

Jechał powoli, niespiesznie pokonywał kolejne zakręty. Nikt się nie obrazi, że się spóźni.

Czy ktokolwiek to w ogóle zauważy?

Spojrzał na siedzenie obok. Czuł się wybrakowany. Stracił więcej niż kiedykolwiek podejrzewał.

– Masz mnie, ja jestem z tobą i będę na zawsze – szeptał znienawidzony głos.

Drzewa po obu stronach jezdni pochylały się tworząc tunel. Nie lubił głównych dróg, prawie zawsze wybierał te mniej uczęszczane. Bardziej cenił brak sygnalizacji, mniejszy ruch i płynną jazdę.

Dziś nie było inaczej. Tylko czasem mijały go auta z naprzeciwka. Gdy zza zakrętu wyłoniła się pokaźna ciężarówka poczuł, że to jego szansa. Nadzieja. Kilkadziesiąt ton wypełniało cały pas. Ogromną siłą woli powstrzymał się, by nie skręcić gwałtownie kierownicą.

Nie wiedział czy to dar losu czy szatańska przysługa, ale pojawiła się kolejna ciężarówka. To nie mógł być przypadek.

 

Dryfował na granicy świadomości. 

W pewnym momencie zorientował się, że patrzy z góry na wyjątkowo zmasakrowane ciało. Jego ciało, choć teraz wydawało się śmiesznym, by kiedykolwiek miał je zamieszkiwać.

To na pewno tylko halucynacje…

Zerknął w górę. Wysoko ponad nim biło źródło silnego, choć na swój sposób delikatnego światła. Jakaś siła ciągnęła go w górę. Z niemałym wysiłkiem zniżył się do wraku samochodu.

Zaraz mózg mi się wyłączy na dobre i umrę, umrę, w końcu umrę.

Gdzieś w zakamarkach świadomości obawiał się, że to próżna nadzieja. Gdzie teraz trafi? Do nieba? W końcu widział jasne światło, a nie piekielne ognie. Będzie się teraz rozpływał w ekstazie i wielbił jakiegoś boga? Tak będzie wyglądać wieczność? A może inkarnuje się w inne ciało?

– A jeśli ona nigdy mnie nie opuści? Chciałem tylko umrzeć!

Nawet to było nieosiągalne. Zwyczajnie dopalić się jak rozżarzona zapałka pośród ciemności. Żadnego pozagrobowego życia. Nie czuć apatii, beznadziei, ciągłej samotności pośród ludzi.

Zobaczył jak jeden z pracowników, którzy przyjechali zabrać jego ciało, zwymiotował przy pobliskim drzewie, a drugi ledwo się powstrzymał.

Amatorzy…

Spoglądał obojętnie na zamieszanie, które pojawiło się na miejscu wypadku. Wzrok mimowolnie skierował ku górze. Światło zachęcało. Kusiło. Dawało nadzieję.

– Ech, a może… Poza tym pogrzebówka z pewnością już mi nie grozi – stwierdził z rozbawieniem.

Wahał się przez chwilę, lecz w końcu odpuścił. Zrezygnował. Zamknął oczy i poddał się nieuniknionemu. Euforia zalewała świadomość. Pod powiekami widział wszechogarniające białe światło.

Wtem pierwszy raz od lat poczuł. Coś dobrego, przyjemnego.

Zrozumiał, że nie musi nigdzie iść, nic osiągnąć, nic robić. Nie musi dokonywać wyborów, niczego szukać ani zastanawiać się nad sensem czegokolwiek. Wszystkie wątpliwości, pytania, które miał, straciły sens. Okazały się śmieszne i niedorzeczne. Po prostu istniał. Świadomość tego, to najcudowniejsze uczucie jakiego kiedykolwiek doznał.

– Nie pozwolę ci odejść!

Biel prawie niezauważalnie przeszła w szarość.

– Nie pozwolę – szepnęła znacznie bliżej. – Nie możesz. To nie może tak się skończyć. – Z każdym słowem ciemność gęstniała.

Przygniotła go potężna fala lęku. Światło, jeśli kiedykolwiek istniało, stało się odległym wspomnieniem graniczącym z fantazją. Tylko na chwilę wyłoniło się odległe wspomnienie, gdy wiele lat temu walczył wyimaginowanym mieczem. Tym razem powrót do rzeczywistości był bardziej przerażający niż wtedy.

– Nie chcę być sama. I nie będę.

Brutalnie wżerała się w świadomość. Niewidzialne węzły oplotły myśli, jego najgłębsze „ja”. Poczuł znajomy ciężar na duszy. Koszmar wrócił.

Tkwił w pustce, a ona w nim. Nie miał do kogo zwrócić się o pomoc, ani gdzie uciec.

Bezczas nabrał makabrycznego znaczenia.

 

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Wydaje mi się, że treść mało odkrywcza. Nie przekonał mnie ten pomysł na tekst.

Czy w korpo pustka by bohatera nie dopadła? Obawiam się, że może nawet szybciej… Zdaje się, że standardowa reakcja obronna to zapijanie problemów z kumplami. Albo i bez nich. Ale to chyba dobrze, że Twój bohater nie poszedł tą drogą.

Napisane całkiem całkiem.

Zniesienie zwłok ze wzgórza do auta, brodząc cały czas w gęstym śniegu, było z tego wszystkiego najgorsze.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to zniesienie brodziło.

Babska logika rządzi!

Podobało mi się, bardzo dobrze się czytało. Zakończenia też spodziewałem się innego.

Dwa drobiazgi, które wyłapałem:

ścierwo zwierzęcia – pleonazm, ścierwo z definicji dotyczy zwierzęcia.

Szedł więc po najmniejszej linii oporu – linii najmniejszego oporu.

I am surrendering to gravity and the unknown.

Czytało mi się nieźle to staczanie bohatera w dół. Tym bardziej, że i temat na swój sposób ciekawy – zakład pogrzebowy i zbieranie trupów. Opisałeś to bardzo fajnie – z jednej strony czułem obrzydzenie, a z drugiej fascynację bohatera.

Trochę szkoda, że całość kończy się wtedy, gdy bohater przyznaje sam przed sobą, że jest na dnie. Że został sam ze świadomością niczego. Ale to nie jest wada, raczej pytanie czytelnika co do dalszych losów ;)

Podsumowując: ciekawe opowiadanie, treść może i mało odkrywcza, ale podana w dobrym stylu. Ciekawy koncert fajerwerków, wart klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Hmmm. Wydaje mi się, że treść mało odkrywcza. Nie przekonał mnie ten pomysł na tekst.Czy w korpo pustka by bohatera nie dopadła?

 

Może i by dopadła. Tyle, że dla niego praca w korpo była kompletnie niezjadliwa. Niektórzy wolą iść do fizycznej roboty niż użerać się z ludźmi i wysłuchiwać w kółko o ‘fokusie’, ‘kejsach’ ‘menejdżmencie’ itp ;)

Myślę, że jak ktoś trafi na dobre warunki, to życie może się sensownie ułożyć. Trochę jak z psychopatami: pomimo pewnych predyspozycji, jeśli trafi w dobre środowisko jest duża szansa, że mordować nie będzie.

 

jganko, NoWhereMan: dzięki za przeczytanie :)

 

błędy poprawię wieczorem, pozdrawiam!

 

Nie rozumiem, co sprawiło, że Mateusz trwał w tej pracy, choć od początku mu się nie podobało, od początku czuł, że to nie dla niego.

Praca Mateusza wydaje mi się dziwna – przecież każdego zmarłego musi najpierw zobaczyć lekarz – czasem konieczna jest sekcja. Każde znalezione zwłoki musi zobaczyć policja i lekarz sądowy. To nieprawdopodobne, aby pracownicy zakładu pogrzebowego jeździli po mieście i zbierali zwłoki.

Opowiadanie jest napisane bardzo nierówno. Są fragmenty, które czytała się całkiem nieźle, ale są także takie, w których jest sporo usterek.

Nie udało mi się odkryć znaczenia początkowego fragment dla reszty opowiadania.

 

Wście­kle ude­rzał, wi­ro­wał, od­pa­ro­wy­wał ude­rze­nia. –> Powtórzenie.

Proponuję: Wście­kle atakował, wi­ro­wał, parował ude­rze­nia.

Wyobraziłam sobie, że Mateusz pozbawiał uderzenia wilgoci. ;-)

 

Skon­cen­tro­wa­ny na prze­ciw­ni­ku, szu­kał luki w obro­nie. Gdy tylko wo­jow­nik się od­sło­nił, ciął od dołu. Szty­chem ostrza tra­fił prze­ciw­ni­ka. –> Powtórzenie. Może w ostatnim zdaniu: Szty­chem ostrza tra­fił rywala.

 

Ką­ci­ki ust unio­sły się w ge­ście trium­fu. –> Ką­ci­ki ust unio­sły się w wyrazie trium­fu.

Za SJP PWN: gest 1. «ruch ręki towarzyszący mowie, podkreślający treść tego, o czym się mówi, lub zastępujący mowę»

 

Znów był mło­dym chłop­cem… –> Masło maślane. Chłopiec jest młody a definicji.

Wystarczy: Znów był chłop­cem

 

uczyć się ni­ko­mu nie po­trzeb­nych bzdur. –> …uczyć się ni­ko­mu niepo­trzeb­nych bzdur.

 

wuj Jerzy pod­jął ro­bo­tę w za­kła­dzie po­grze­bo­wym. –> Raczej: …wuj Jerzy znalazł ro­bo­tę/ podjął pracę w za­kła­dzie po­grze­bo­wym.

 

Na po­dwó­rzu pod które za­je­cha­li… –> Raczej: Na po­dwó­rzu, gdzie za­je­cha­li…

Można zajechać pod dom, ale chyba nie pod podwórze.

 

Kątem oka za­uwa­żył jak z pęk­nię­te­go, si­ne­go uda wy­padł frag­ment tłusz­czu.–> Wydaje mi się to mało możliwe. Wcześniej napisałeś: Drob­na i brud­na… –> Z drobnego uda chyba nie wypadają kawałki tłuszczu, o ile cokolwiek wypada.

 

Za wej­ścio­wy­mi drzwia­mi, tuż przy ścia­nie, stało łóżko szpi­tal­ne, na któ­rym po­ło­ży­li zmar­łą. –> Zmarłych chyba nie kładzie się na łóżku, a raczej na specjalnych marach.

 

Je­steś zły na mnie? – Gdzie tam – ofuk­nął ją. –> Skoro nie był zły, to dlaczego ją ofuknął?

Za SJP PWN: ofuknąć, ofukaćofukiwać pot. «odezwać się do kogoś nieprzyjemnym głosem, strofująco»

 

– Nie bądź taki ner­wo­wy – od­parł nie­ja­ko czy­ta­jąc mu w my­ślach. –> Nikt go o nic nie zagadnął, nie zapytał, więc raczej: – Nie bądź taki ner­wo­wy – rzekł, nie­ja­ko czy­ta­jąc mu w my­ślach.

 

Go­dzi­nę go zbie­ra­łem. Tu noga, tam serce, dłoń w krza­kach. –> Czy ofiary wypadów, niezależnie od tego, w ilu są kawałkach, nie są zbierane przez medyków sądowych? Wydaje mi się, że zakład pogrzebowy zjawia się, by zabrać wcześniej zbadane zwłoki.

 

Po­staw­ny męż­czy­zna w fu­trza­nej czap­ce cze­kał przy otwar­tej bra­mie. Na oko miał pięć­dzie­siąt, może sześć­dzie­siąt lat. Z apa­ry­cji i uści­sku dłoni jak ima­dło wnio­sko­wał, że nie­ob­ca mu cięż­ka fi­zycz­na ro­bo­ta. –> Z tekstu wynika, że wnioskował postawny mężczyzna, nie wiem tylko, o czyjej pracy wnioskował?

 

Po­bli­ska la­tar­nia w nie­wiel­kim stop­niu roz­świe­tla­ła żół­tym świa­tłem pa­nu­ją­cy mrok. Ma­te­uszo­wi to zu­peł­nie nie prze­szka­dza­ło, a nawet cie­szy­ło. Przy takim świe­tle czuł się…–> Powtórzenia.

 

Spo­mię­dzy gru­bej po­ście­li wi­dzie­li tylko szarą zmi­zer­nia­łą twarz. –> Raczej: Spo­mię­dzy gru­bej po­ście­li wyzierała tylko szara, zmi­zer­nia­ła twarz. Lub: W gru­bej po­ście­li wi­dzie­li tylko szarą, zmi­zer­nia­łą twarz.

 

– To kom­bi­ne­zo­nu ubie­rać nie mu­sia­łeś… –> W co miałby ubrać kombinezon? Rozumiem, że to slangowe wyrażenie, ale jak by na to nie patrzeć, kombinezonu nie ubiera się, albowiem ubrań się nie ubiera.

 

Miała ślicz­ną twarz, dłu­gie gęste włosy. Za życia była ślicz­na, ale za życia nie była roz­cię­ta na pół od bio­dra po ramię. –> Czy to celowe powtórzenia?

 

– Nie mo­żesz wresz­cie rzu­cić tej ro­bo­ty? – od­par­ła. –> Dlaczego i komu odparła, skoro to właśnie ona zadała pytanie, a wcześniej nie była o nic pytana?

 

Pa­mię­tasz tę firmę ,w któ­rej… –> Zbędna spacja przed przecinkiem, brak spacji po przecinku.

 

Z gło­śni­ków grała cicho mu­zy­ka… –> Muzyka nie gra, grają muzycy na instrumentach.

Proponuję: Z gło­śni­ków słychać było cicha mu­zy­kę

 

Do­oko­ła pa­no­wa­ła cisza, nie li­cząc ścien­ne­go ze­ga­ra. –> Raczej: Do­oko­ła pa­no­wa­ła cisza, nie li­cząc tykania ścien­ne­go ze­ga­ra.

 

– Nie chcę być sama. I nie będę. –> Chyba: – Nie chcę być sam. I nie będę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobry tekst. Spokojny, niespieszny, powiedziałbym – delikatny. Nawet opisy makabrycznych zwłok jakieś takie stonowane. Forma świetnie pasuje do przekazu. Chciałem napisać, że końcówka rozczarowała, ale po namyśle doszedłem do wniosku, iż w zasadzie nie mogła być inna. Cała historia zmierzała w takim właśnie kierunku i inne zakończenie zmieniło by jej wydźwięk. A tak, wszystko do siebie pasuje. 

Drobne potknięcia, wskazane zresztą przez Regulatorów, nie psuły wrażeń z lektury. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Może i by dopadła. Tyle, że dla niego praca w korpo była kompletnie niezjadliwa. Niektórzy wolą iść do fizycznej roboty niż użerać się z ludźmi i wysłuchiwać w kółko o ‘fokusie’, ‘kejsach’ ‘menejdżmencie’ itp ;)

No właśnie o to chodziło, że korpo może wyglądać gorzej niż zakład pogrzebowy.

Babska logika rządzi!

Błędów, jak widzę, strasznie wiele się ujawniło ;) zdecydowanie muszę zarezerwować więcej czasu na poprawki… aż dziw, że niektórych wpadek nie dostrzegłem…

 

“Nie rozumiem, co sprawiło, że Mateusz trwał w tej pracy, choć od początku mu się nie podobało, od początku czuł, że to nie dla niego.”

 

mniejsze zło? Nie była to typowa praca ‘najn tu fajf’, z czasem się jakoś zaaklimatyzował, a po co zmieniać pracę na równie dziadowską?

 

Praca Mateusza wydaje mi się dziwna – przecież każdego zmarłego musi najpierw zobaczyć lekarz – czasem konieczna jest sekcja. Każde znalezione zwłoki musi zobaczyć policja i lekarz sądowy. To nieprawdopodobne, aby pracownicy zakładu pogrzebowego jeździli po mieście i zbierali zwłoki.

 

Dostają z reguły ‘cynk’ jak już mogą zabrać zwłoki (kto chciał je obejrzeć, to już obejrzał). Nierzadko zdarza się, że odstępuje się od oględzin, dzwoni np. prokurator i mówi, że nie będzie przyjeżdżał. Wtedy zbiera się ciało i zawozi do kostnicy. Lekarz je wtedy opisuje. Trzeba też pamiętać, że nie każdy zakład ma umowę na zwożenie zwłok z wypadków, morderstw itp.

 

 

“Nie udało mi się odkryć znaczenia początkowego fragment dla reszty opowiadania.”

 

chodziło o podkreślenie, że Mateusz od młodości był trochę niedostosowany. Żył marzeniami, a nie ‘tu i teraz’. Wszystko co było później tylko pogorszyło odizolowanie i jego kondycję psychiczną

 

dzięki za przeczytanie! Ponad 25.000 znaków to niemało jak na internetowe poczytanki:) w sumie w wordzie mi pokazywało ok. 22100 znaków, hm…

Dziękuję za wyjaśnienia, Blackenie, choć muszę powiedzieć, że nie do końca mnie przekonały.

Cieszę się jednak, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

thargone – dzięki za opinię. Umknęła mi przez dłuuugą listę potknięć wypisanych przez regulatorów :)

 

Cieszę się jednak, że uznałeś uwagi za przydatne.

cóż, teraz w pełni rozumiem, dlaczego wielu pisarzy tak bardzo dziękuje swym redaktorom za włożoną pracę. Niektórych baboli nie zauważyłbym, choćbym przeczytał tekst jeszcze z 50 razy, a po ich wypunktowaniu wydają się oczywiste.

 

 

Dziękuję, Blacktenie, tym większa moja radość! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

miałbym jeszcze jedną prośbę do Ciebie: które to fragmenty, które czyta się w miarę nieźle? Taka uwaga też może pomóc na przyszłość. Wiedziałbym przynajmniej co jest ok :)

Te, w których nie ma usterek, bo mnie one przeszkadzają najbardziej, wytrącają z rytmu, bo muszę się zatrzymać, wypisać je i opisać. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

ok :) pozdrawiam !

Nowa Fantastyka