- Opowiadanie: MPJ 78 - Szaleństwo jest gorące

Szaleństwo jest gorące

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Szaleństwo jest gorące

– Panie admirale, weszliśmy do systemu dziewięć tysięcy czterysta siedemdziesiąt trzy. – Wachtowy złożył standardowy meldunek.

– Przekazać eskortowcom, że przyjmujemy szyk diamentowy. Kurs na Awallacha. Prędkość zero koma jeden świetlnej. Nadać wiadomość powitalną.

– Tak jest.

– Nie przygotowujecie mojego promu? – Zdziwił się ambasador Ferdynand Merz.

– Na razie nie ma takiej potrzeby. Przy obecnej prędkości dotrzemy w pobliże docelowej planety dopiero za trzy dni.

– Czy to nie zdumiewające, że lata świetlne pokonujemy w kilka minut, a takie dystanse zajmują nam całe dni.

– Można by szybciej, ale nie jest to warte zużytej energii.

 

Ambasador skinął głową sugerując, że przyjął do wiadomości przyczyny, ale w głębi serca traktował to jako zniewagę, drobną co prawda, ale kolejną z całej serii. System dziewięć tysięcy czterysta siedemdziesiąt trzy był neutralny i znajdował się w bezpiecznej części kosmosu. Nowi ambasadorowie Imperium zazwyczaj udawali się do niego na pokładzie luksusowych gwiezdnych jachtów, a nie okrętów wojennych. Władający nim Awallachanie wyżej cenili komfort i przepych niż pokazy siły. Ferdynand swego czasu służył we flocie piątego rodu i od tego czasu starał się być na bieżąco z typami imperialnych okrętów. Eskadra, którą go „podwożono” nie powstała w oparciu o imperialne specyfikacje. Te jednostki zbudowano w stoczniach należących do admirała Hakelbera Anatidae, za jego pieniądze i na jego zlecenie, były częścią jego prywatnej floty. Ich właściciel, choć brał udział w tym przelocie, nie raczył poinformować ambasadora o przyczynach nietypowej eskorty. Ferdynand był przekonany, że forma przylotu utrudni mu sprawowanie funkcji. Obiecywał sobie, iż jak tylko znajdzie się na Awallachu dowie się co knuje Anatidae. Tyle że stanie się to dopiero za trzy dni, ponieważ na okrętach wojennych siódmego rodu wola admirała stanowiła świętość.

 

Z podchodzącego do lądowania promu, roztaczała się panorama na Enid. Wedle standardów Imperium, miasto klasyfikować by się mogło co najwyżej jako luksusowy kurort, a nie stolica królestwa an'Gleanna, składającego się z Awallacha i kilkunastu systemów mu podległych. Położone nad zatoką ciepłego morza, w dolinie otoczonej starymi górami, posiadało zaledwie kilka wysokich budowli przypominających raczej baśniowe zamki niż nowoczesne drapacze chmur. Typową zabudowę pomiędzy nimi stanowiły gustowne, otoczone ogrodami wille ze spiczastymi wieżyczkami, ciągnące się wzdłuż alei obsadzonych potężnymi drzewami. Korony olbrzymów często stykały się ze sobą tworząc zielone sklepienia nad drogami. Centralny kosmoport częściowo wbudowano w górę nad miastem. Ambasador Merz chłonął widok zza okien promu z wyraźnym zachwytem.

– Szkoda, że nasze miasta nie są tak piękne – rzekł w końcu.

– Oczywiście, ekscelencjo – odpowiedział grzecznie admirał.

 

Hakelber w rzeczywistości nie podzielał opinii Ferdynanda. Znał Enid dość dobrze i wiedział, że zaledwie jedna czwarta miasta była na powierzchni. Resztę ulokowano pod ziemią i taflą wody. Przyczyny tego stanu rzeczy były dość banalne. Centralna gwiazda systemu dziewięć tysięcy czterysta siedemdziesiąt trzy nie należała do najstabilniejszych. Koronalne wyrzuty masy był tu bardzo częste, a elektronika i ludzie nie znosili ich zbyt dobrze, więc na początku kolonizacji chronili się przed nimi pod ziemią. Wille na powierzchni z własnymi generatorami tarcz pojawiły się znacznie później i były oznaką przynależności do kasty najbogatszych. Klasa średnia zazwyczaj mieszkała w podwodnych dzielnicach, co zapewniało jej zarówno ochronę jak i dostęp do światła dziennego. Ci, których nie stać było na lepsze lokum nadal mieszkali pod ziemią, a wąskie mroczne tunele starej części Enid miały więcej wspólnego z horrorem niż bajką. Hakelber wiedział, iż z czasem ambasador niewątpliwe pozna i to brzydsze oblicze stolicy Awallacha, ale na razie pozwalał mu żyć w nieświadomości.

 

Oficjalna część powitania nowego ambasadora przebiegła sprawnie i zgodnie z protokołem. Hakelber pożegnał go na rampie promu w imieniu Imperium, szambelan królestwa an'Gleanna powitał na płycie kosmoportu. Wymieniono zwyczajowe prezenty. Merz został zaproszony na wieczorne przyjęcie do królewskiego pałacu, gdzie miał przedstawić listy uwierzytelniające. Prom odleciał, a luksusowy ślizgacz zawiózł Ferdynanda do posiadłości.

 

Pomiędzy imperialną eskadrą parkującą na orbicie Awallacha a stacjami orbitalnymi i planetą, co rusz krążyły promy osobowe i towarowe oraz jednostki kurierskie. Nie było to nic specjalnie dziwnego, uzupełniano zapasy, marynarze na przepustkach korzystali z podwózki, by opuścić swoje okręty i się trochę rozerwać. Niewielki statek nazywający się „Francesca”, opuścił dok krążownika. Pozornie wyglądał na jednostkę awallachańską. Sugerowały to: kadłub, zdobienia, nazwa wymalowana pod podobizną tutejszej legendarnej bohaterki romansów. Jednakże silniki, i uzbrojenie świadczyło o imperialnym pochodzeniu. Kontroler ruchu orbitalnego sprawnie podała mu koordynaty pozwalające na dotarcie do Enid. Nad samym miastem „Francesca” skierowała się nie na centralny kosmoport ale na mniejszy, położony na obrzeżu podmorskiej dzielnicy. Wysypała się z niego grupa marynarzy. Ludzie ci ruszyli w stronę postoju ślizgaczy. Ze starych tuneli wentylacyjnych umieszczonych wysoko nad płytą kosmoportu obserwowały ich dwie pary oczu rosłego Czancy. Nie interesowali go wszyscy ci, którzy ruszyli w stronę tuneli prowadzących do ulokowanych w podwodnych kopułach, barów, klubów, oraz lokali oferujących szeroką gamę rozrywek. Żaden nie odpowiadał opisowi. Wreszcie dostrzegł wolno idącego człowieka w długim, jedwabnym czarny płaszczu zarzuconym na lewe ramię. Ubiór ten był ostatnio modny wśród średniozamożnych Awallachan, ale oni nie założyliby pod niego pozbawionego dystynkcji lekko opancerzonego munduru imperialnej floty. Obserwowany, wsiadając do ślizgacza obrócił się twarzą w stronę stanowiska Czancy. Ukryty w tunelu wziął głęboki oddech zanim uruchomił komunikator.

– Informator miał rację, przeklęty Hakelber Anatidae, jest na powierzchni.

 

Jedną z niewielu budowli Enid, które śmiało strzelały do góry, była świątynia przeznaczenia. Zbudowano ją na środku kolistego placu o promieniu mniej więcej kilometra. Podstawę stanowiła sztuczna skalna iglica obrośnięta kwiatami i mchami. Sto czterdzieści cztery metry nad poziomem placu skała przechodziła płynnie w budowlę o pięciu smukłych wieżach. Wierni mogli się do niej dostać po stromych schodach. U podnóża ich stali strażnicy i kapłanka kwestorka. Chcący odwiedzić świątynię i poznać swą przyszłość, musieli uiścić ofiarę kwestorce i dopiero wówczas strażnicy puszczali ich na schody prowadzące do budowli na szczycie. Sto czterdzieści cztery metry po stromych schodach pozwalały wyeliminować tych, którzy nie zasługują na łaskę.

 

Hakelber lekkim krokiem pokonał schody i znalazł się w świątyni.

– Witaj panie. Po co do nas przybywasz? – Powitała go kapłanka.

– Ty wiesz – odrzekł zgodnie z panującymi tu regułami.

– A więc chodź za mną.

 

Poprowadziła go w stronę środka świątyni, gdzie wokół lewitujących kart awallachańskiego tarota stały hebanowe stoliki.

– Wybierz z przeszłości to, co ma wpływ na twą przyszłość.

– Anatidae, dwukrotnie lekko skinął ręką, a karty posłuszne jego woli wyrwały się z wiru i upadły na stolik.

– Wskaż, co z dnia dzisiejszego wpłynie na twą przyszłość. – Kolejne dwie dołączyły do leżących.

– Sięgnij po swe przeznaczenie. – Na stoliku wylądowała następna dwójka.

– Powiedz mi co się stanie. 

Hakelber ostatni raz wykonał gest w stronę wiru. Chwilę później kapłanka przesunęła ręką nad stołem odkrywając karty. Jej oczy zabłysły widząc niezwykły układ. Pierwszy leżał mroczny żniwiarz, za nim lodowa furia, trzecią był ognisty szturmowiec, czwartą gwiezdny zwiadowca, piątą buława, szóstą cesarzowa, siódmą szczęśliwa gwiazda.

– Nie pytasz o drogę do zdobycia pieniędzy, władzy, sławy. – Wzrok kapłanki zdawał się przewiercać admirała.

– To prawda – potwierdził Hakelber.

– Chcesz wiedzieć, czy spotkasz miłość? – Głos wieszczki zdradzał pewne zaskoczenie.

– To też prawda.

– Mroczny żniwiarz w tym układzie wskazuje, iż w przeszłości straciłeś miłość, lodowa furia to symbol zimnej zemsty. – Admirał uśmiechnął się lekko, o tym o czym ona mówiła wiedzieli wszyscy. – Strata zmieniła ciebie. Stałeś się żołnierzem siejącym zniszczenie, czego symbolem jest ognisty szturmowiec, gwiezdny zwiadowca sugeruje jednakże, iż ciągle byłeś sam i szukałeś tego co zowią szczęściem. Twoja przyszłość to buława czyli symbol władzy, nie tej którą masz dziś, ale tej nad swym losem. Cesarzowa to kobieta, potrafiąca zadbać o swe interesy ale też obdarzyć swego wybrańca szczęściem w miłości. Szczęśliwa gwiazda to symbol spełnienia marzeń. Tak więc znajdziesz swą cesarzową, twe marzenia się spełnią.

– Dziękuje ci za odkrycie przede mną sekretów przyszłości. Wysłuchawszy ich chciałbym złożyć dodatkową ofiarę na ręce arcykapłanki.

– Proszę za mną – rzekła Awallachanka – nasza przełożona bez wątpienia czeka na ciebie wędrowcze.

 

Wyprowadziła Hakelbera z głównej sali. Szybko poprowadziła go do komnaty zajmującej całe piętro jednej z bocznych wież. Tam właśnie przebywała Ellena Montenegro arcykapłanka świątyni przeznaczenia. Kobieta oficjalnie zdająca się na przeznaczanie i wyroki losu, a nieoficjalnie twardą ręką kreująca rzeczywistość królestwa.

– Witaj przybyszu. – Ellena siedząca przy eleganckim stoliku wykonała zapraszający gest.

– Witaj pani. – Hakelber skłonił się głęboko zgodnie ze zwyczajem.

– Zostaw nas samych siostro.

– Tak pani.

– Z czym przybywasz do nas admirale? – mówiąc to aktywowała systemy zabezpieczające pomieszczenie przed podsłuchem.

– Z przesyłką – Hakelber uśmiechnął się znacząco i położył na stole cztery kryształy pamięci, z kodami autoryzacji do systemów gwiezdnych okrętów.

– Jesteś człowiekiem pełnym przeciwieństw. Gdy już się przebrnie, przez koszmar negocjacji finansowych, współpraca z tobą jest całkiem przyjemna. – Arcykapłanka uśmiechnęła się zalotnie.

– Oto drobny argument na rzecz poprawy twej opinii o współpracy ze mną. – Anatidae położył przed Elleną, błękitny diament oprawiony w delikatne platynowe liście.

– Słodki drobiazg. – Arcykapłanka uśmiechnęła się lekko. – W rewanżu mogę ci oferować opuszczenie świątyni wyjściem dla personelu.

– Kiedy przylatywałem nie było danych o kolejnym koronalnym wyrzucie masy waszego słońca.

– To nie zagrożenie burzą magnetyczną, ale problem nieco innej natury. – Wykonała drobny gest ręką, a holograficzny wyświetlacz pokazał, kilkudziesięciu Czancy protestujących przeciwko Hakelberowi pod prowadzącymi do świątyni schodami.

– Nie ma takiej opcji, bym uciekał przed niedobitkami tej parszywej rasy – warknął Hakelber. – Wyjdę główna bramą.

– Mogą cię zaatakować, a z nimi nigdy nie wiadomo, czy aby nie mają przy sobie „szarej istoty”. Nie chcę tracić dobrego sojusznika.

– Nic mi nie zrobią.

Admirał dotknął przycisku na bransolecie. Drgnął lekko, przymknął oczy, a na jego czole pojawiły się krople potu. Sprawiał wrażenie człowieka cierpiącego. Arcykapłanka patrzyła na to z perwersyjną fascynacją. Była pewna, iż Hakelber wprowadził do organizmu „błękitną krew”, metaliczny płyn z milionami nanosond, których zadaniem było zniszczenie systemu nerwowego, o ile organizm byłby zaatakowany przez „szarą istotę”. Aplikacja tego specyfiku była zabiegiem bardzo bolesnym, ale też jedynym sposobem uniknięcia przejęcia przez „Złodziei dusz”.

– Ty nadal ich nienawidzisz, tak samo czysto i zimno jak cztery wieki temu, kiedy zniszczyłeś ich planety. – Ellena popatrzyła na swego gościa z ciekawością.

– Czas nie zawsze leczy rany. – Hakelber wstał szykując się do wyjścia.

 

– Panie ambasadorze! Musi pan to zobaczyć! – Ktoś z obsługi ambasady wpadł z krzykiem do jego pokoju.

– Co się dzieje? – Ferdynand Merz przerwał szykowanie się do wyjścia.

– Wszystkie serwisy informacyjne to pokazują.

Ambasador patrzył na przekaz. Przed schodami do świątyni przeznaczania tłum czterorękich Czancy wył ze wściekłości na widok schodzącego Hakelbera. Ten ostatni kroczył równo, jakby to wszystko go w ogóle nie dotyczyło. Achllachańscy strażnicy blokowali dostęp do schodów, ale sześciu Czancy ominęło ich wdrapując się po zboczu. Kiedy tylko dostali się na schody biegiem ruszyli do góry. W odległości jakichś dziesięciu stopni od admirała, trzech z nich wyciągnęło pistolety plazmowe i zaczęło strzelać. Wydawało się, że Anatidae broni tarcza energetyczna i ogień nie robi na nim wrażenia. Atakujący rozstąpili się, by zrobić miejsce dla znajdującego się za nimi czterorękiego dźwigającego ciężki karabin laserowy. Ta broń powinna poradzić sobie z osobistą osłoną Hakelbera. Strzelec jednak zachwiał się i poleciał w dół, zanim zdążył wypalić. Chwilę później dołączył do niego kolejny Czancy. Fioletowa krew tryskająca z tętnicy szyjnej sugerowała, iż dotychczas strzelali do hologramu, a cel ich ataku używając systemu maskującego właśnie wykańcza ich przy pomocy broni białej. Czteroręcy zmienili front o sto osiemdziesiąt stopni. Trzech uformowało linię, a czwarty powoli ruszył w dół wypatrując wroga. Był już prawie piętnaście stopni niżej, gdy za jego plecami pojawił się szklisty kształt. Pozostali Czancy zareagowali odruchowo strzelając. Pociski przeniknęły kolejny hologram i poszatkowały ich rodaka. Tego było im już za dużo, rozpoczęli kanonadę na oślep licząc prawdopodobnie, iż w tym potoku ognia, strzelało wszak dwanaście pistoletów, wcześniej czy później trafią Hakelbera. Celu nie osiągnęli, za to parę ich wystrzałów dotarło, do stojących na dole strażników świątynnych. Awallachanie zabezpieczeni potężnymi tarczami energetycznymi nie zostali nawet zranieni. Postanowili jednak zrobić porządek po swojemu. Padły na ziemie karty. Tłum zawył z przerażenia i rozpoczął paniczną ucieczkę. Każda karta zawierała w sobie energetyczny wzór robota bojowego. Aktywując się przybierały one nie tylko zaprogramowane rozmiary, ale też pobierały materię z otoczenia. Było im obojętne czy ich strukturę będą stanowić drobne kolorowe kamienie, którymi wysypano plac, czy też ciała Czancych. Zamachowcy na schodach też zaczęli panikować. Na chwilę przestali strzelać. To wystarczyło, aby stojący w środku linii osunął się przebity sztyletem. Pomiędzy dwoma ciągle żyjącymi zamachowcami zamigotał szklany kształt. Czteroręcy obrócili się, ale nauczeni poprzednimi doświadczeniami chcieli upewnić się, iż znów nie będą strzelać do hologramu. Potrzebowali czasu. Zanim zdążyli podjąć decyzję, osunęli się martwi. Hakelber tym razem naprawdę wszedł pomiędzy nich i korzystając z okazji wbił im ostrza w oczy. Pozbywszy się wrogów dezaktywował system maskujący, schował sztylety i stanął z rękami podniesionymi do góry na znak, że nie zamierza walczyć z robotami strażników.

 

Ambasador wyłączył wyświetlacz usiadł i zapłakał. Brutalna walka przed świątynią, to nie incydent, ale skandal. Trzeba szybko coś wymyślić.

– Wezwać mi tu attache kulturalnego! – Niewinna funkcja oznaczała w rzeczywistości rezydenta wywiadu imperialnego.

– Nie trzeba. Już tu jestem.

– Wszyscy wyjść.

– Widziałeś to?

– Owszem.

– Jestem tu ledwo kilka godzin, a przez tego głupka z floty, już mam problemy.

– Nic podobnego.

– Jak to? – Merz był szczerze zdziwiony.

– Awallachanie nie szanują Czancych, choć swego czasu udzielili im azylu.

– Co z tego, skoro gardzą też prymitywną siłą i jatkami.

– Miejscowi mają specyficzne pojęcie subtelności. Zabicie sześciu czterorękich przy pomocy dwóch sztyletów i podstępu z hologramami, na pewno zrobi na nich dobre wrażenie. Liczę, że elita Enid przez parę miesięcy będzie zapraszała pana ambasadora na przyjęcia, i wyrażała uznanie dla sposobu w jaki nasz admirał sobie poradził z Czancymi.

– Wolałbym aby Hakelber nie pojawił się w tej świątyni, niż spotykać się z tego typu uznaniem.

– Anatidae musiał spotkać się z arcykapłanką.

– O czym pan mówi?

– Awallachanie są neutralni. – Attache pochylił się w stronę ambasadora i ściszył głos. – Bardzo dbają o zachowanie wszelkich pozorów tego stanu. Między innymi z tego powodu udzielili Czancym azylu, w czasie gdy nasz admirał mścił się na tej rasie…

– To oczywiste, ale niczego nie wyjaśnia – Ferdynand przerwał wywód.

– Neutralność, to również zasada, iż nie kupią broni ani od nas, ani od naszych wrogów. Ostatnio jednak mają w części systemów problemy z piratami i potrzebują na wczoraj jednostek do partoli i ochrony konwojów. Za kilkanaście godzin eskadra, która pana tu przywiozła ruszy do punktu skoku. Pozornie wszyscy odlecą, ale do Imperium wróci jedynie krążownik. Eskortowce wyjdą z tunelu nadprzestrzennego wcześniej.

– To dlatego nie odpowiadały imperialnym specyfikacjom?

– Tak.

– Załogi?

– Formalnie są prywatne jednostki Hakelbera, więc od początku obsady składały się z wynajętych Awallachan.

– Rozumiem, że by zachować dyskrecję, transakcja była prowadzona pomiędzy arcykapłanką a Anatidaem.

– Tak.

– Więc kto do ciężkiej cholery poinformował Chancych, że on tu będzie! – Ferdynand dał upust frustracji.

– Tego jeszcze nie wiem, ale nie zdziwiłbym się, gdyby to był sam nasz admirał.

– On zwariował? – Merz raczej pytał niż stwierdzał.

– Nie sądzę, szaleństwo jest gorące – odrzekł attache – a on to robi na zimno.

– Aby na pewno? – Ferdynand nie dowierzał w to, co usłyszał.

– Czancy od jakiegoś czasu narzekali na swój status, chcieli samorządu, a nawet autonomii niektórych dzielnic. Po tym incydencie Awallachanie będą mieli świeży argument, by im tego wszystkiego odmówić.

– Co on z tego ma?

– Niektórzy czteroręcy uważają, iż powinni opuścić neutralne królestwo an'Gleanna by na jakiejś planecie spróbować odtworzyć swoją cywilizację. Konsekwencje incydentu przed świątynią podgrzeją tego typu emocje.

– Czy oni zwariowali? Jeśli to zrobią, prywatna flota Hakelbera natychmiast spali ich kolonie. 

– Tak jak mówiłem szaleństwo jest gorące. – Uśmiechnął się człowiek z wywiadu.

 

Koniec

Komentarze

Miło jest znów przybyć do Twojego uniwersum :)

Intryga niczego sobie, podobnie jak fabuła, choć parę rzeczy wyglądało mi na mocno naciągane. Czego zabrakło, to odrobiny emocji w scenach z ambasadorem. Nie czułem jego gniewu na czyn admirała, nie wiem, co sobie koniec końców pomyślał. Dla porównania – sceny rozmowy admirała z kapłanką przy tarocie oraz późniejsza z arcykapłanką mi się spodobały. Czułem w nich chęć zemsty za stratę.

Technicznie jest okej, ale scenę walki przydałoby się rozbić na mniejsze akapity. W tej postaci co chwila się gubiłem co kto robi.

Podsumowując: przyjemna historia s-f z pewnymi niedociągnięciami.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wrzucasz czytelnika w środek świata i serwujesz rozbudowane, skomplikowane opisy, podczas gdy ja jeszcze nie wiem czy mnie to interesuje. Rozumiem, że dla Ciebie świat, który tworzysz może być fascynujący, ale weź pod uwagę, że np. ja nie mam o nim pojęcia i tyle szczegółów na dzień dobry mnie przytłacza.

Niestety dalej nie jest lepiej. Dużo błędów, czyta się ciężko i w większości przypadków nie wiedziałem o co chodzi.

Np. bohater przychodzi do kapłanki, a ona mu wróży. Ale po co?

– Ty wiesz – odrzekł zgodnie z panującymi tu regułami. – Proszę – Hakelber wie, kapłanka wie, a ja, czytelnik, nie wiem :)

Owszem, później bohater stwierdza, że chodzi mu o miłość, ale właściwie dlaczego obejmujący stanowisko ambasador (mam nadzieję, że dobrze to załapałem) w pierwszej kolejności idzie po wróżby na temat swojej miłości? 

 

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Opowiadanie niezbyt przypadło mi do gustu. Zbyt mało wiem o Czancych i równie niewiele o układach panujących w królestwie Awal­la­cha, a opisane wydarzenia, w tym incydent na schodach, sprawy nie przybliżyły. Powiedziałbym nawet, że ledwie ją musnęły. Nie wykluczam, że nie zawsze poprawnie zapisane dialogi, zła interpunkcja oraz usterki i błędy skutecznie utrudniły mi skupienie się na treści.

 

– Panie ad­mi­ra­le we­szli­śmy do sys­te­mu dzie­więć ty­się­cy czte­ry­sta sie­dem­dzie­siąt trzy – wach­to­wy zło­żył stan­dar­do­wy mel­du­nek. –> – Panie ad­mi­ra­le, we­szli­śmy do sys­te­mu dzie­więć ty­się­cy czte­ry­sta sie­dem­dzie­siąt trzy.Wach­to­wy zło­żył stan­dar­do­wy mel­du­nek.

Nadal nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi.

 

Te jed­nost­ki zbu­do­wa­no w stocz­niach na­le­żą­cych do ad­mi­ra­ła Ha­kel­be­ra Ana­ti­dae, za jego pie­nią­dze i zle­ce­nie… –> Chyba nie można zbudować czegoś za zlecenie.

Pewnie miało być: …za jego pie­nią­dze i na jego zle­ce­nie

 

Ich wła­ści­ciel prze­by­wał wła­sną osobą na po­kła­dzie… –> Czy mógł też przebywać cudzą osobą?

Proponuję: Ich wła­ści­ciel przebywał na po­kła­dzie

 

dowie się co knuje Ana­ti­dae . –> Zbędna spacja przed kropką.

 

Po­ło­żo­ne nad za­to­ką cie­płe­go morza, w do­li­nie oto­czo­nej gó­ra­mi sto­ło­wy­mi… –> Nie chciałabym się wymądrzać, ale wydaje mi się, że Góry Stołowe to nazwa własna pasma górskiego w Sudetach. Góry Stołowe są górami płytowymi.

 

am­ba­sa­dor nie­wąt­pli­we pozna i te brzyd­sze ob­li­cze sto­li­cy… –> …am­ba­sa­dor nie­wąt­pli­we pozna i to brzyd­sze ob­li­cze sto­li­cy

 

Wresz­cie do­strzegł wolno idą­ce­go czło­wie­ka w dłu­gim, je­dwab­nym czar­ny płasz­czu prze­rzu­co­nym na lewe ramię. –> Jak można być w płaszczu, który jest przerzucony na ramieniu?

Może: …w dłu­gim, je­dwab­nym czar­nym płasz­czu, za­rzu­co­nym na lewe ramię/ na ramiona.

 

Jedną z nie­wie­lu bu­dow­li Enid, które śmia­ło pięły się do góry, była świą­ty­nia prze­zna­cze­nia. –> Czy coś może piąć się do dołu?

 

Zbu­do­wa­no ją na na środ­ku ko­li­ste­go placu… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

– A więc choć za mną. –> – A więc chodź za mną.

 

Chwi­lę póź­niej ka­płan­ka prze­su­nę­ła ręka nad sto­łem… –> Literówka.

 

– Dzię­ku­je ci za od­kry­cie przede mną se­kre­tów przy­szło­ści. Wy­słu­chaw­szy ich chciał­by zło­żyć do­dat­ko­wą ofia­rę na ręce ar­cy­ka­płan­ki. –> Literówka.

 

ale też je­dy­nym spo­so­bem unik­nię­cia prze­ję­cia przez „Zło­dziei dusz. –> Cudzysłów nie został zamknięty.

 

– Ktoś z ob­słu­gi am­ba­sa­dy wpadł do z krzy­kiem jego po­ko­ju –> Coś się tutaj pomieszało. Brak kropki na końcu zdania.

 

W od­le­gło­ści jakiś dzie­się­ciu stop­ni od ad­mi­ra­ła… –> W od­le­gło­ści jakichś dzie­się­ciu stop­ni od ad­mi­ra­ła

 

Po­trze­bo­wa­li na czasu. –> Pewnie miało być: Po­trze­bo­wa­li czasu.

 

na pewno zrobi na nich dobre wraż­nie. –> Literówka.

 

w cza­sie gdy nasz ami­rał mścił się na tej rasie… –> Literówka.

 

– To dla tego nie od­po­wia­da­ły im­pe­rial­nym spe­cy­fi­ka­cjom? –> – To dlatego nie od­po­wia­da­ły im­pe­rial­nym spe­cy­fi­ka­cjom?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Te jednostki zbudowano w stoczniach należących do admirała Hakelbera Anatidae, za jego pieniądze i zlecenie, były częścią jego prywatnej floty. Ich właściciel przebywał własną osobą na pokładzie i nie raczył poinformować ambasadora o przyczynach nietypowej eskorty.

i na jego zlecenie 

​przebywał we własnej osobie

 

– Wybierz z przeszłości to, co ma wpływ na twą przyszłość.

– Anatidae, dwukrotnie lekko skinął ręką, a karty posłuszne jego woli wyrwały się z wiru i upadły na stolik.

Tu chyba jest coś nie tak z przeniesieniem tekstu.

 

na centralny kospoport

kosmoport

 

Padły na ziemie karty.

Na ziemię padły karty.

 

​Literówek jest więcej. Jest też małe zamieszanie z przecinkami i zapisem dialogów.

 

Ogólnie całkiem sympatyczna space opera. W starym stylu, z królestwami i ambasadorami, gwiezdnymi eskadrami i obcymi rasami w kosmosie. Także główny protagonista – admirał (bo chyba jednak on jest centralną postacią, a nie ambasador) to bohater jak z epoki Złotego Wieku science-fiction. Albo Gwiezdnych Wojen. Scena walki rzeczywiście do poprawki, jak już zauważył NWM. Moim zdaniem potrzebuje też więcej dynamiki i krótszych zdań.

Napisane poprawnie, z wyobraźnią i rozmachem. O potknięciach technicznych więcej napiszą inni.

Czyta się z przyjemnością. Czuć, że to fragment większego uniwersum. Nawet jeśli tak nie jest (ale chyba jest?).

Dobra rozrywka.

 

edit. O! Reg już zrobiła łapankę w czasie gdy pisałem swój komentarz.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wskazane poprawki naniosłem. 

 

El Lobo Muymalo weź pod uwagę, że to jest świątynia przeznaczenia. Wróżące kapłanki znają przyszłość. Na dodatek to rodowite Awallachanki więc są na swój sposób grzeczne. Pytają przybyszy “Po co przybywasz” ale jakakolwiek inna odpowiedź niż “Ty wiesz”, oznacza powątpiewanie w ich kompetencje, czyli jest dla nich obraźliwa.  Może lepiej opiszę to przypowieścią.

 

Podczas długiej suszy Żydzi poszli do rabina cudotwórcy by sprowadził im deszcz. Ten jednak wysłuchawszy ich prośby rzekł.

– Nie sprowadzę wam deszczu, ponieważ mi nie ufacie.

– Jak to nie ufamy? Przecież właśnie dlatego, że wierzymy w twoje możliwości tutaj przyszliśmy.

– Nie ufacie mi bo przyszliście bez parasoli.

 

Ambasador ma na imię Ferdynand, Po wróżbę poszedł admirał Hakelber. Ponadto wróżba to tylko pretekst do spotkania z arcykapłanką i przekazanie jej kluczy kodowych do eskortowców. Wyjaśnia to na końcu facet z wywiadu.  

 

mr.maras wymyślanie światów/uniwersów przychodzi mi łatwiej niż poprawne opisywanie historii, które się w nich dzieją 

 

PRZE,CIN,KI.

Ładne światotwórstwo. Podajesz dużo szczegółów swojego świata (jak choćby to zwyczajowe “ty wiesz”), widać, że jest bogaty.

Z historią i bohaterami słabiej, ale jeszcze nie jest źle.

Za to wykonanie… Zapis dialogów do remontu. Trochę literówek. Wspominałam Ci już kiedyś o interpunkcji?

Ich właściciel przebywał nie raczył poinformować ambasadora o przyczynach nietypowej eskorty.

Coś nie do końca wyszło z poprawkami.

Babska logika rządzi!

Szczególnego wrażenia to opowiadanie nie zrobiło. Główny problem polega na tym, że wrzucasz czytelnika  w środek jakiegoś swojego świata i zapodajesz nieszczególnie ciekawą historię. NoWhereMan był zadowolony z powrotu do Twojego uniwersum – ja niczego dotychczas nie czytałem i być może ze względu na to Szaleństwo jest gorące nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia.

To opowiadanie nie wyróżnia się i to jest jego główna słabość. Nie budzi (we mnie) żadnych szczególnych odczuć, a nad tym przede wszystkim powinieneś zadbać. Bohaterowie, świat, akcja – cokolwiek! Wystarczy, by jeden element chwycił, a zaskarbisz sobie uwagę czytelnika, a oni z zainteresowanie będą śledzić kolejne części. Tak zrobiła Ocha, tak zrobiła Emelkali i pewnie wielu innych. Więc się da.

Podobnie początek opowiadania. Powinien chwytać za jaja (o ile nie jesteś Kingiem, czy innym bestsellerowym debeściakiem, wtedy niekoniecznie), a u Ciebie jest taki sobie, trochę nijaki. Jestem dyżurnym, więc przeczytałem, ale gdybym nie był… byłoby mi szkoda czasu. Okrutnie, ale szczerze i z dobrymi intencjami.

Warsztat zadowalający, choć interpunkcja trochę kuleje. Przyda się podreperować przy następnych tekstach.

Tyle ode mnie, na koniec kilka uwag od Counta:

– Panie admirale[+,] weszliśmy do systemu dziewięć tysięcy czterysta siedemdziesiąt trzy. – Wachtowy złożył standardowy meldunek.

– Przekazać eskortowcom, że przyjmujemy szyk diamentowy. Kurs na Awallacha. Prędkość zero[-,] koma jeden[-,] świetlnej. Nadać wiadomość powitalną.

Zwróć uwagę na dynamikę wypowiedz, spróbuj to sobie przeczytać na głos. By stawiać te przecinki, nie trzeba znajomości zasad (tak mi się wydaje ;P). Wystarczy ocena tempa i porządku wypowiedzi. Zrób to tak, jakbyś sam mówił.

Swoją drogą, kwestia tych numerów. W dialogach rzeczywiście wypada literami, ale nie ma co bać się zapisać tego 9473 liczbą, gdy jest to w narracji. Byłoby po prostu zgrabniej, a czytelnik nie musiałby przebijać się przez niepotrzebne litery.

Ich właściciel przebywał nie raczył poinformować ambasadora o przyczynach nietypowej eskorty.

Że jak?

Tyle[-,] że stanie się to dopiero za trzy dni

Prawda, że przed “że” stawiasz przecinek, ale gdy występuje to w połączeniu z “tyle”, “mimo” i innych, wtedy NIE! Sprawdź sobie zasady.

– Oczywiście[+,] ekscelencjo – odpowiedział grzecznie admirał.

Przed wołaczem obowiązkowo przecinek. Przejrzyj też resztę, bo nie będę przytaczał każdego przypadku.

Oficjalna część powitania nowego ambasadora[-,] przebiegła sprawnie i zgodnie z protokołem. Hakelber pożegnał go na rampie promu w imieniu Imperium, szambelan królestwa an'Gleanna powitał na płycie[-,] kosmoportu.

Niepotrzebne przecinki. Zwróć uwagę na rytm i porządek wypowiedzi.

– Panie ambasadorze! Musi pan to zobaczyć! – Ktoś z obsługi ambasady wpadł do z krzykiem jego pokoju.

Zgubiło się słowo.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Wskazane poprawki naniosłem, mam nadzieję, że tym razem poszło mi z tym lepiej niż ostatnio.

 

CountPrimagen wierz mi byłem długo wałkowany o to, by wszelkie numery zapisywać słowami a nie cyframi. Z tego co pamiętam to na początku mojej przygody z portalem fantastyka.pl żądano bym nawet określenia miejsca i czasu przed akapitami tekstu np.

“Wiedeń, 10 listopada 1910 r.”

 

zapisywał

“Wiedeń, dziesiąty listopada tysiąc dziewięćset dziesiątego roku”.

 

 

XD No tak…

Ale widzisz – najważniejsze, by pisać świadomie. I czytać świadomie; z każdej książki można się nauczyć czegoś o warsztacie. W dialogach naturalnie trzeba słownie, jednak narracja? Autor musi oszacować, co się lepiej sprawdzi.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Zgodzę się, że to całkiem fajna space opera ze sprawnie przeprowadzoną intrygą.

Nowa Fantastyka