- Opowiadanie: markowska - Mistrz

Mistrz

Mały wycinek z życia mistrza sztuk magicznych. :)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Mistrz

Wymuskany bard przygrywał na lutni, piwo lało się do kufli, a pijacy po pyskach. Był to kolejny, zwyczajny dzień w tawernie „Pod Świńskim Ryjem”, lokalnego centrum upodlenia oraz miejsca spotkań największych szumowin w mieście.

Przy szynkwasie, naprzeciw oberżysty skrzętnie pucującego ladę starą szmatą, siedział zarośnięty osobnik o twarzy wyrażającej bezcelowość istnienia. Z uporem maniaka wpatrywał się w bursztynowy napój, jakby miało to uwolnić jego barki od przytłaczającego ciężaru egzystencji.

Mężczyzna wyróżniał się na tle miejscowych obdartusów elegancką, choć nieco przydużą szatą. Zdążył co prawda, prócz pyska, umoczyć w kuflu rękaw, lecz nie przeszkodziło mu to w delektowaniu się trunkiem, którego gorzki smak przypominał mu własne życie.

Kiedy chwycił kufel, by zaczerpnąć następny łyk, z głębi obszernego kaptura szaty dobiegło przytłumione parsknięcie.

– Pewnie, żłop dalej, czemu nie? Zostaw wszystko na głowie biednego chowańca…

Mag zmarszczył brwi, wstrzymując się w pół łyku.

– Snowu samieszasz zszędzić? – mruknął, zauważając ruch po swojej prawej stronie. Wąski pysk impa wysunął się z kaptura, lecz nikt poza mężczyzną nie mógł go zauważyć. Chowańce potrafiły być całkiem przebiegłe, a na nieszczęście maga, jego własny upodobał sobie zaklęcie kamuflażu. O pozostawieniu go w gildii nie było więc nawet mowy.

– Mówię tylko, że mógłbyś się podzielić… może i ja mam chęć sobie chlapnąć, hę?

Mężczyzna zacisnął palce na uchwycie kufla. Korciło go, żeby przysmarować nim impowi, ale wiedział, że zdałoby się to na nic. Mały pasożyt posiłkował się maną swego żywiciela i miał irytującą tendencję do powracania z martwych jej kosztem.

Innymi słowy, raz przywołany chowaniec towarzyszył swojemu magowi do usranej śmierci.

– Siesz się, sze cię wsiąłem. Zwieszętom do tafern wsztęp wszbroniony – wybełkotał.

– Mówisz o sobie, czy o tych prostaczkach naokoło? – Imp zarechotał, rozglądając się po karczmie z błyskiem w oku. W przymrużonych, czerwonych ślepiach stwora czaiła się pogarda absolutna. W dużej mierze – dla własnego pana.

Mag z jękiem uderzył czołem o kontuar. Rozpłaszczył się na nim w nadziei, że chowaniec wreszcie się zamknie, lecz nawet będąc spitym w sztok nie dawał temu dużych szans.

Pragnął jedynie odrobiny spokoju. Wytchnienia po potwornie wykańczającym tygodniu spędzonym pośród opasłych, zakurzonych tomiszczy, przez które nieustannie dokuczał mu katar. Jego niewydarzony uczniak pozostawał głuchy na wszelkie prośby wysprzątania wieży, uganiając się za długonogimi czarodziejkami, a kochająca narzeczona przed trzema dniami zostawiła go dla jakiegoś napakowanego, śliniącego się prymitywa.

Nawet cholerny chowaniec miał go za nic!

– Podać coś jeszcze? – spytał karczmarz, stając przed opróżnionym kuflem. Mag spojrzał na niego spod szkła, nie mając siły, ni chęci, by odpowiedzieć.

– Kolejka dla fszyskich! – zawołał imp, naśladując głos swego mistrza, co, biorąc pod uwagę jego wątpliwy stan, nie było specjalnie trudne. Słowa te wzbudziły powszechną wesołość oraz entuzjastyczne okrzyki tych, których wciąż stać było na coś więcej niż tani bełkot.

Mag jęknął, po raz kolejny dając upust swej rezygnacji. Zbyt wiele wysiłku kosztowałoby odwrócenie tego, co nawarzył mu imp i szczerze żałował, że nie było to piwo. No, przynajmniej nie dla niego. Na tę myśl sposępniał jeszcze bardziej.

– Popatrz, ilu masz „pszyjasiół”! – mruknął chowaniec do jego ucha, kiedy jacyś ludzie w wybuchu radości właśnie poklepywali go po plecach. Magowi z nerwów zaczęła drżeć powieka.

W końcu nie wytrzymał. Chwycił chowańca za pysk, wcale nie przejmując się, że ktoś go zobaczy. Ignorując oburzone pomruki, podniósł kufel z zamiarem zatknięcia go na łeb impa, lecz ten wymsknął się z jego rąk niczym nieudane zaklęcie.

– Ha! Frajer! – krzyknął, unosząc się w powietrzu na skórzastych skrzydłach. Wytknął język i wystawił trzypalczastą łapę w ordynarnym geście.

Mężczyzna poderwał się z krzesła, aż trzasnęło o ziemię. Zakasał rękawy, by sprezentować chowańcowi najwyższej jakości zaklęcie wiążące, którego skutki imp odczuwałby na swojej rzyci przez parę bitych tygodni.

Stwór wytrzeszczył oczy, w porę decydując się na strategiczny odwrót. Zawirował w powietrzu i wystrzelił ku wyjściu z tawerny, kryjąc się za wychodzącym zeń osiłkiem. Gwałtowny podmuch powietrza zatrzasnął drzwi, które zatrzymały się dopiero na twarzy zaskoczonego oprycha.

– Wraczaj tu, kretynie! – wrzasnął, przerywając napoczęte w pocie czoła zaklęcie. Czarowanie po pijaku było trudniejsze, niż sądził. – Jeszcze sztobą nie szkońszyłem!

Z niewyjaśnionych powodów w tawernie nastała cisza. Wszyscy zwrócili głowy w stronę maga, który nabrał dziwnych podejrzeń, jakoby właśnie zapoczątkował coś, czego będzie gorzko żałował.

Podejrzenia te okazały się równie namacalne, co muskuły zmierzającego doń oprycha.

– Grozisz mi, magusie?! – zagrzmiał poszkodowany, stając z nim twarzą w twarz. Był o dwie głowy wyższy od maga i przynajmniej dwukrotnie szerszy. Jakby tego było mało, zza jego pleców wystawała rękojeść całkiem sporego topora. Przeklęty chowaniec z pewnością powiedziałby, że nadrabia tym inne braki.

Czarodziej przełknął ślinę, a także dumę nakazującą mu odesłać zbira z powrotem do nory, z której raczył wypełznąć. Takich jak on na pęczki przewijało się w mieście i wcale nie zdziwiłby się, gdyby podobny mu drań skradł serce Eleanor!

– Nie, skątsze… nie szmiałbym… – wydukał.

– No, to czmychaj do nory, z której wypełzłeś!

Zmarszczył brwi. Czy on właśnie obraził go w sposób, który sam rozważał? Ten tępy osiłek, ograniczony troglodyta raczył kazać mu, wielkiemu mistrzowi arkanów magicznych, czmychać do NORY? Tak się nie godziło! Co on sobie wyobrażał?!

– Szłuchaj no… – zaczął, zaciskając pięść. Spomiędzy palców wydobywała się smuga światła, coraz silniejsza, coraz jaskrawsza. – Rasziłbym szi dobsze pszemyśleć, co mófisz. Rosmafiasz z miszczem. Miszczem magii!

– Miszcz magii, powiadasz? – Oprych roześmiał się. – Wiesz, ja też umiem czarować…

Mag uraczył zbira nieufnym spojrzeniem.

– Taa? Niby jak?

Zbir uśmiechnął się parszywie. Bywalcy tawerny odsunęli się pod ściany, a niewzruszony barman przetarł blat, jakby dziejąca się pod jego nosem scena była „Pod Świńskim Ryjem” codziennością.

– A tak! – zawołał oprych, zamachnąwszy się potężnym łapskiem. Przysmarował magowi w twarz, kładąc go na łopatki w ułamku sekundy. Gwiazdy wykwitłe przed jego oczami na krótko przed zapadnięciem ciemności faktycznie sprawiały iście magiczne wrażenie.

Wprost przeciwnie do smugi światła, która zniknęła wraz z przytomnością miszcza.

 

Koniec

Komentarze

Dobrze napisana scenka. Ale ani ziębi, ani grzeje, bo dość przewidywalna.

Kilka pomniejszych podknięć zauważyłem, np.:

“… mruknął chowaniec (…) zaczęła mu drgać powieka…” – niekomfortowe jest takie przejście pomiędzy podmiotami, bo domyślam się, że o powiekę maga chodziło, nie chowańca.

Ale też kilka fajnych sformułowań:

“…piwo lało się do kufli, a pijący po pyskach.”

Ładne.

Generalnie, niezła wprawka.

Czy to jest sygnaturka?

Miejscami zabawna historyjka. Niestety bez oczekiwanego twista, puenty lub volty w finale. Było zabawnie i na koniec zdechło. Imp sobie poszedł, Mag dostał w ryj. W dłuższym opowiadaniu pewnie by się obudził nad ranem z kacem i podbitym okiem i coś zdziałał ku uciesze czytelnika. A tu nic.

Napisane z wigorem, kilkoma niezłymi żartami, kilkoma wymuszonymi. Zdarzyły się literówki i na pewno jest tak sobie z przecinkami. Ale ogólnie jest nieźle. Tyle tylko, że to nie szort ani opowiadanie. Nie ma zawiązania, rozwinięcia i zakończenia. Jest zawiązanie z połową rozwinięcia.

 

Kilka uwag z innej beczki:

 

Był to raptem kolejny dzień z tawerny „Pod Świńskim Ryjem” (…) ​ Po co to raptem. I raczej dzień w tawernie. ​A może: Był to kolejny, zwyczajny dzień w tawernie…

 

wstrzymując się wpół picia – ​to nie po polskiemu

 

Mówię tylko, że mógłbyś się podzielić… może i ja mam chęć sobie chlapnąć, hę?

Zacisnął palce na uchwycie kufla.

 

To samo, co w przykładzie Kchrobaka. Gada imp a w domyśle mag zaciska palce. Ale napisane tak, że czytelnik się gubi.

 

No i ta karczma w fantasy. Strasznie oklepana sceneria.

 

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zgadzam się, że to tylko scenka. Mag się schlał, podjął kilka błędnych decyzji. Imp zaiste wredny. Po co ludziom takie chowańce?

Mam wrażenie, że Ci strasznie podmioty uciekają.

Babska logika rządzi!

No cóż, taka sobie scenka. Nieokiełznany imp i pranie się po pyskach to trochę za mało, aby mnie rozbawić.

Niektóre słowa: barman, troglodyta, ćwierćinteligent czy nokaut, nie powinny znaleźć się w tym szorcie.

 

Przy la­dzie, na­prze­ciw bar­ma­na skrzęt­nie pu­cu­ją­ce­go ladę… –> Raczej: Przy szynkwasie, na­prze­ciw karczmarza/ oberżysty skrzęt­nie pu­cu­ją­ce­go ladę

 

Mag zmarsz­czył brwi, wstrzy­mu­jąc się wpół picia. –> Mag zmarsz­czył brwi, wstrzy­mu­jąc się w pół łyku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wszelkie uwagi. Dobrze jest dowiedzieć się, co umknęło mi w trakcie pisania. Wszystkie poprawki zostały już naniesione i będę się pilnować, żeby podobne błędy nie pojawiały się w przyszłości. Zwłaszcza ten nieszczęsny brak podmiotów.

Co do przewidywalności – na pewno zbyt zaskakująco nie jest, chociaż pisząc to, raczej nie skupiałam się na tym, by takie było. Stawiałam głównie na sarkazm i humor – co nie oznacza, że mi się udało. :)

Tak czy inaczej – dziękuję!

A ja już znam ten tekst z grupy fejsbukowej i nadal mi się podoba :) Cikawa jestem, czy więcej członków grupy przybędzie teraz na łamy portalu NF… 

Ale wracając do samego tekstu, zgadzam się, że to tylko scenka, ale mnie akurat bawi i uważam, że jest fajnie napisana pomimo błędów. 

Scenka przyjemnie napisana, ale właśnie – tylko scenka. Parę żartów fajnych, parę scen wymuszonych. Ot, wprawka. Teraz czas na coś większego ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Za dużo na dowcip, za mało na soczysty short.

Humor owszem jest, ale trochę to wszystko wyświechtane. Gdzieś już to było: magowie z chowańcami, karczma z oprychami, farsa bijatyki.

Dobrze posługujesz się słowem, teraz wystarczy tylko rozszerzyć spektrum wyobraźni :)

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Pierwszy akapit imho nietrafiony, w założeniu dowcipny, w rzeczywistości jednak nudny – “ta knajpa nie różniła się niczym od tysiąca innych, o których wszyscy czytaliśmy w tanich powieściach fantasy”. (BTW tak mi się skojarzyło, że nikt tak nudno nie pisze w powieściach i opowiadaniach o knajpach, jak Jacek Komuda, a przecież to pisarz z sukcesami).

Z niewyjaśnionych powodów w tawernie nastała cisza

Przecież nawet w opowiadaniu powody owe są wyjaśnione.

Moja rada – nie każde zdanie musi być dowcipem. Dowcip jest śmieszny, jeśli wybija się ponad powierzchnię, a jeśli wszystko jest opowiedziane jako jeden dowcip, to wtedy śmieszne nie jest nic.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Widzę, że to Twój debiut tutaj, więc napiszę coś od siebie.

Wiele utworów w tym stylu zawiera scenkę w knajpie, kończącą się mordobiciem. Zazwyczaj występuje tam głupi/zły osiłek i ktoś mądry, ale słaby fizycznie. Kanon bajek mówi, że wygrywa ten mądry, ale najlepszy jest twist, w którym to ten głupi/zły jest górą. Tak też jest u Ciebie. 

Takie sceny, okraszone knajackim humorem, dobrze się sprzedają, ale… czytelnik zna dziesiątki takich scenek i aby go zainteresować, trzeba przede wszystkim dobrze znać realia środowiska, które się opisuje. Inaczej wychodzą błędy, o których np. pisze Regulatorzy. Sam humor tu nie wystarczy.

Kiedyś napisałem taką scenkę i byłem zachwycony. Po jakimś czasie przeczytałem i nie było już tak zabawnie. Gdy wróciłem do lektury trzeci raz, to się okazało, że to grafomania. 

Moja skromna rada: napisz to w stu słowach, a być może wyjdzie z tego coś, co wyróżni ten utwór wśród wielu innych. 

Mnie się podobało :)

Znam tylko pięć liter ;)

Ładnie napisana sztampa. :)

Scenka, która mogłaby posłużyć jako punkt wyjścia do większej historii, bo na pełnoprawne opowiadanie, to za mało tu treści.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Przyjemna, lekka, fajnie napisana historyjka. Niestety bez porządnej puenty, która rozbawiłaby na koniec. No i pomysł nieco oklepany. Ogólnie na plus, ale mogłoby to być coś więcej.

Sceny w karczmach są już tak oklepane, że trudno napisać coś oryginalnego. Tym razem te nie wyszło, ale za to całkiem nieźle napisane. I tak jakby wyrwane w z obszerniejszego tekstu. Potencjał jest :)

F.S

Taka sobie scenka, chociaż przyjemna w czytaniu. W ostatecznej wersji opka warto wyjaśnić, skąd nagle wzięła się ta Eleanor. Bo na razie nie wiadomo, czy to dziewczyna, siostra, a może córka Mistrza?

Nowa Fantastyka