- Opowiadanie: maciekzolnowski - Atak krwiożerczego trawnika

Atak krwiożerczego trawnika

Tekst na Halloween. I tyle tytułem wprowadzenia. Życzę strasznych wrażeń!

 

https://niedobreliterki.wordpress.com/2018/06/29/trawnik-we-krwi-by-maciej-zolnowski/

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Atak krwiożerczego trawnika

 

Na samo wspomnienia bajecznego piękna gór odczuwam nostalgię, która nie pozwala mi spać. Mówię o krainie tak niedostępnej i dzikiej, że człowieka tubylcy uważają za stworzenie mityczne. To właśnie stamtąd, dokładnie rok temu w Halloween, napłynęła wiadomość o śmierci mojego dalekiego krewnego. Śmierć człowieka, a zwłaszcza śmierć kogoś z tak zwanej rodziny, nie jest niczym, z czego powinniśmy się cieszyć. Niemniej świadomość, że odziedziczyłem dom w górach wraz z atrakcyjną działką napawała mnie dumą, radością i dawała tak zwanego kopa w dupę. Wujek nie miał innych (poza mną) bliskich, choć prawdę mówiąc nasze wzajemne relacje nie należały do wzorowych (ani nawet do poprawnych). Raz do roku, na Boże Narodzenie, posyłałem wujowi kartkę z gotowymi już, wydrukowanymi życzeniami zdrowia, szczęścia, wygranej w totka i tak dalej. I nawet jej nie podpisywałem, bo mi się zwyczajnie nie chciało. A teraz musiałem już tylko pozałatwiać formalności związane z pochówkiem hojnego krewniaka. I szlus.

Wskoczyłem więc niezwłocznie do auta (mego wehikułu miejsca oraz czasu) i pogrzałem z całych sił w kierunku południa, by móc (już po czterech godzinach jazdy) paść w objęcia bezkresnych połonin. To w tej jakby malowanej scenerii, o starannie wykonturowanych grzbietach i wymuskanych zboczach, miałem się wkrótce poczuć jak u siebie w domu i prawie tak jak baca lub juhas jakiś. Zawsze przecież marzyłem o tym, by zamieszkać gdzieś wysoko w górach i przebywać w nich z dala od chorej, wszechobecnej cywilizacji i problemów, jakie tworzy. I teraz wreszcie nadarzyła się ku temu całkiem znośna okazja.

Pamiętam, że niejakie wrażenie wywarła na mnie zimna i – chyba właśnie od tego zimna – aż wpieniona knieja, która stanowiła finalny etap mojej, nieco nużącej podróży. Dwie godziny przez nią grzałem i… Być może był to jedynie efekt przemęczenia, gdy siedzi się non stop za kółkiem, ale mógłbym przysiąc, że w jednym ustronnym miejscu ujrzałem złowieszcze, błędne ogniki, których raczej wolałbym nie oglądać. Lecz nagły i niespodziewany pisk opon oddalił mnie od ogników i pozwolił skupić się na czymś innym. Oto bowiem na środku drogi, pośród niewielkiej, przelotnej mgiełki, stał sobie dziad z długą brodą. Mój pojazd znajdował się tuż przed nim, a spod kół kłębił się siwy dym. Chwała Bogu, że udało mi się szybko wyhamować i go nie potrącić.

 

– Życie wam niemiłe, dziadku? – wykrzyknąłem już po części rozgniewany, a po części zszokowany całą sytuacją.

 

Ale starzec nic nie odpowiedział, tylko podszedł do auta i spokojnie przez jego boczną szybę, palcem wskazującym, nakazał milczenie. Wyglądał nie tyle na niewystraszonego, co raczej na skupionego i zatroskanego do tego stopnia, że aż to jego zasmucenie i zadumanie ubrało się w słowa i do mnie przemówiło:

 

– Tam się dziwne rzeczy dzieją. Zawróć, póki jeszcze możesz!

 

Chciałem mu coś odpowiedzieć, ale zanim się obejrzałem, już go nie było, a wraz z nim zanikła także lokalna, mała mgiełka, pośród której cały czas brodził i w którą ostatecznie wsiąkł. A przepadł równie nagle, co się pojawił.

Oczywiście zignorowałem te złowieszcze ostrzeżenia tajemniczego jegomościa, gdyż lubowałem się w tych prostych, męskich decyzjach, zaczynających się od słów: „no, to w drogę”. Telepiąc się przez gonitwę galopujących myśli oraz różne atawizmy, ścigałem się z nadciągającą nieubłaganie burzową nocą. Wbrew złym przeczuciom, obeszło się na szczęście bez błądzenia po okolicy i w porę zdążyłem dobić do mety (i to w dodatku: przed zapadnięciem zmroku). Nie znoszę, prawdę mówiąc, takich eskapad i nie mam za grosz szacunku do kierowców, lekkomyślnie preferujących nocną jazdę od tej bezpiecznej, dziennej. Dlatego odczułem wyraźną ulgę, gdy znalazłem się wreszcie u kresu podróży. W końcu mogłem usłyszeć ten charakterystyczny, chrapliwy dźwięk silnika (gaszonego po dłuższej niż zwykle pracy). Potem zarejestrowałem już tylko błogą ciszę, która zdała mi się być aż nazbyt głucha, bym ją mógł usłyszeć. Lecz grzmot pioruna, poprzedzony nagłym porywem wichru, obudził mnie z tego letargu. To burza, nadciągająca właśnie od strony upiornego lasu, dawała o sobie znać. Postanowiłem, że rozpakuję się jutro z samego rana, a teraz udam się do pobliskiej knajpy na grzane piwo. Spytałem tylko przypadkowego kogoś o drogę i pognałem we wskazanym kierunku.

Odniosłem wrażenie, że sioło to było całkowicie wymarłe: ci jego nieliczni mieszkańcy, co się po nocy pałętali, snuli się jak duchy. I dopiero wejście do lokalu (a właściwie – do tandetnej speluny) częściowo zatarło to moje pierwsze doznanie. Gdy stanąłem w drzwiach, rozmowy natychmiast ucichły, ale tylko na moment, bo po chwili, zrobiło się tak samo gwarno i klimatycznie, co przedtem. Usiadłem przy barze, złożyłem zamówienie i zacząłem się rozglądać. Nic, tylko wszędzie takie same poroża – trofea odbytych i uwieńczonych sukcesem polowań – i te czerwone od przepicia twarze zmęczonych ludzi, po których już na pierwszy rzut oka było widać, czym się głównie zajmowali. Słowem – taki ambientowy melanż wiejsko-łowiecki. Dostałem w końcu swojego grzańca i teraz dopiero zaważyłem, że dwóch, niezbyt sympatycznych i ubranych na roboczo, cwaniaczków mi się przygląda. Zaraz też jeden z drugim poczęli się naradzać i głupkowato do siebie uśmiechać. Jak nic, gadają o mnie – pomyślałem. Wziąłem głęboki łyk ciepłego napoju i zamknąłem oczy, a gdy je otworzyłem – ich już nie było. I to dobrze, gdyż nie miałem ochoty być tutaj przez nikogo obserwowany. To ja miałem kaprys, aby – że tak to ujmę – nacieszyć swe oczy rustykalnością i góralskim folklorem. I oczywiście na jednym piwku się nie skończyło.

Tymczasem dwa wspomniane typy spod ciemnej gwiazdy wdarły mi się na posesję i poczęły dobierać do auta. Nie wiem, na co liczyli – nie miałem tam nic cennego – ale tak czy owak musieli się uwijać szybko, gdyż mogłem wrócić w każdej chwili i ich nakryć. I kiedy tak w pocie czoła „pracowali”, wnet od strony lasu, a na krańcu łączki pojawiła się tuż ponad ziemią niewielka mgiełka, która poczęła się z wolna do nich przybliżać. A kiedy była już na tyle blisko, by móc objawić im swą niszczycielską moc, nie było dla nich żadnego ratunku. Pojedyncze źdźbła stały się ostre jak brzytwa, a oni wpadli w obracające się tryby, utkane z trawy i przez samą trawę i wyrastające niejako spod ziemi. Gdyby tylko ktoś mógł z ukrycia obserwować taką masakrę (rozrywane i miażdżone na strzępy ludzkie ciała, jakieś czerwone czapeczki, jakby skrzacie – wreszcie także – zieleń zbrukaną krwią niedoszłych złodziei), to musiałby uznać samego siebie za wariata lub – w najlepszym razie – za człowieka z nadmiernie pobudzoną wyobraźnią. Tej nocy jednak nikt nic nie widział ani nie słyszał. Ja natomiast zastałem dom i jego obejście w najlepszym porządku. Przy czym – wypadałoby tutaj uwzględnić mój stan, wskazujący na lekkie spożycie orzeźwiającego i parzącego w język trunku, który to stan (jak mniemam) nie miał owej nocy nic a nic do rzeczy. I pamiętam, że byłem mile zaskoczony, gdy do mnie dotarło wreszcie, iż oto z dnia na dzień stałem się posiadaczem chaty, a na dodatek – tak czystej i schludnie urządzonej.

Tymczasem mijały dni. Oszczędzę sobie ich opisu i przejdę od razu do wizyty miejscowego proboszcza, która miała miejsce w drugim tygodniu mego pobytu. Tego dnia pastwiłem się nad nabiałem… I akurat znajdowałem się w jadalni (w towarzystwie Śnieżki, siedmiu kosmitów i ósmego pasażera Nostromo, dokonujących wspólnie gwałtu na ciszy), gdy przez jej opasłe okno zauważyłem wpłynięcie pobożnego gościa w przestwór mej ogrodowej zieleni. Brnął ten ojczulek doprawdy dzielnie, potykając się o kłęby przydomowej trawy – aż nabrałem wielgachnej ochoty, by ją w końcu skosić. I podobnie, jak za poprzednim razem, tak i teraz – naprzód pojawił się nad ziemią niewielki obłok, który zgęstniał, stężał i następnie rzucił się agresywnie w kierunku księdza, dobrodzieja. Ja sobie naiwnie myślałem, że to kroczy za nim jakiś duch albo inny przenajświętszy Stróż. A tymczasem, pasterz miejscowej owczarni, a mój gość, dosłownie aż pozieleniał i zbladł ze strachu, gdy ujrzał, to co ujrzał, i zajarzył, co się święci. Szalony mój trawnik, z siłą iście diaboliczną, zwalił wielebnego na murawę, po czym odwrócił do góry nogami i zaczął go zuchwale wcinać. Nigdy nie zapomnę tego żałosnego widoku: przerażony swym położeniem pleban, przebierający w powietrzu nogami (niczym żuczek leżący na grzbiecie i niemogący się podnieść). Nie zdążyłem nawet zareagować i poskromić chlorofilowe moce czarcie (to znaczy zlać to cholerne zielsko zimną wodą albo coś w tym guście). I tak, jak za poprzednim razem, tak i teraz – wyrafinowana machina z trawy dokonała morderstwa, połączonego z konsumpcją (albo – jak kto woli – dokonała konsumpcji jako aktu zbrodni). Na nic się zdały poszukiwania księdza przez miejscowych parafian, przeczesywanie całej wsi oraz lasu, wizyty śledczych z pobliskiej komendy. Był człowiek, nie ma człowieka. Nie ma ciała, nie ma zbrodni. Amen!

Nie było innego wyjścia i musiałem pójść z trawką na układ. A ona mi się z tych wszystkich brzydkich rzeczy zwierzyła. I ustaliliśmy jak dorosły z dojrzałą, że będę ją regularnie „nawoził”, dbał o nią, i że nigdy nie dopuszczę, by urosła powyżej pewnej, z góry określonej wysokości, po osiągnięciu której robi się zwyczajnie nieprzyjemna i z lekka „wrednawa”. („Rym do” trawa niezamierzony.) I dałem jej nawet swoje słowo, a moje słowo bardzo dużo znaczy. Daję słowo! Usłyszawszy to, ma bezimienna bohaterka, którą od tej pory będę nazywał trawką… Marysią (dajmy na to), odwzajemniła mi się wspaniałym tańcem w blasku księżyca, do którego także i ja zostałem zaproszony. I oto więc, siedząc sobie na jakimś zapyziałym, plastikowym krześle, niesiony przez jej romantycznie rozfalowane kłosy, poszybowałem wnet – na prawo, na lewo, a to w górę, a to w dół, do przodu, do tyłu (i tak: raz po raz). Jazda była doprawdy przednia i mógłbym przysiąc, że towarzyszyła nam nawet jakaś dyskretna muzyczka.

Od tamtej pory wszystko układa się świetnie, a nasza przyjaźń kiełkuje i kwitnie. Ja – pilnuję, aby trawka zanadto nie urosła, a ona – gwarantuje mi spokój i taneczne doznania. Raz tylko (że tak to ujmę) „dałem ciała” z mleczarką, a więc z osobą miejscową, którą przecież ludzie we wsi znali, i której by na pewno poszukiwali, w razie jej zaginięcia. Niemniej jednak postanowiłem raz tylko zaryzykować i „dokarmić” Marychę lokalnym mięskiem, o śnieżnobiałym kolorze skóry. Ja natomiast zdołałem się zadowolić świeżym i jeszcze ciepłym mlekiem, niezbrukanym rozbryzgującą się wszędzie dokoła posoką:

 

– Chlip-chlip – on.

– Chrum-chrum – ona (zielona).

 

Od tamtej pory pilnowałem własnego nosa i byłem szczęśliwy, szczęśliwy naprawdę. Nie wychodziłem za dużo. Dbałem o chatkę. Zająłem się także agroturystyką – gościłem różne tam Kółka Przyjaciół Zieleni: młodzież, z którą wspólnie dbaliśmy o mój zaczarowany trawnik. I Was również, Drodzy Moi, serdecznie zapraszam. Wszyscy obcy (zwłaszcza obcy) są u mnie zawsze mile widziani…

No więc, jak mówiłem, byłem i nadal jestem szczęśliwy. I tylko czasem, gdy wieje silny wiatr, a przez okno zagląda do mnie trupio blady księżyc, budzę się w nocy wystraszony i zlany potem, gdyż śni mi się krwawa zemsta nieskoszonego trawnika.  

 

Koniec

Komentarze

Ciekawa końcówka, choć nie do końca lubię taki styl. Zwłaszcza pierwszy akapit mi się nie podoba. Nagromadzenie powtórzeń jest tam takie, że niemal odrzuca. W dalszej części tekstu jest ich trochę mniej i luźny styl pozwala ich nie zauważać, ale na początku to nie działa tak, jak powinno.

Siódmy akapit od końca, ten o śmierci złodziei, nie pasuje do pierwszoosobowej narracji. Główny bohater ani nie był świadkiem opisywanych przez siebie wydarzeń, ani na tamtym etapie nie poznał swojego trawnika od tej strony, więc nie mógł przypuszczać, że taka sytuacja może w ogóle mieć miejsce.

 

“ostatni dom na skraju wsi i na antypodach jako tako ucywilizowanego” – Antypody to teren położony na przeciwległej, najbardziej w linii prostej oddalonej części ziemii. Skoro chatka była ciągle na tym samym kontynencie i kraju, to nie mogła być na jego antypodach.

 

“Wszystko zaczęło się jakiś rok temu, a dokładnie podczas Halloween, obchodzonych u nas w Polsce w sposób bardziej romantyczny” – “Obchodzonego”.

 

“Ot, raz na ruski rok, jak to się nieraz mówi, posyłałem wujowi kartkę z okazji Świąt Bożego Narodzenia” – Co roku na Boże Narodzenie to po prostu raz na rok. Ruski rok czy ruski miesiąc mają niesprecyzowaną długość, ale większą od zwykłego roku i miesiąca.

 

“kartkę z okazji Świąt Bożego Narodzenia z gotowymi już, wydrukowanymi albo wygrawerowanymi, życzeniami zdrowia, szczęścia, wygranej w totka i tak dalej…” – Pierwszy raz słyszę, że można grawerować na papierze.

 

“Odniosłem wrażenie, że sioło to jest całkowicie wymarłe:” – “Było”.

 

“Nic, tylko wszędzie to samo poroże” – “Takie same poroża”.

 

“To w tej(,) jakby malowanej(,) scenerii, o starannie wykonturowanych grzbietach i wymuskanych zboczach, miałem się wkrótce poczuć(,) jak u siebie w domu, a prawie tak jak baca lub juhas jakiś, jak „swojak”.” – Pierwszych dwóch zaznaczonych przecinków można, a trzeciego trzeba się pozbyć.

 

“by zamieszkać gdzieś wysoko w górach i przebywać w nich – na stałe lub też czasowo” – Jak gdzieś zamieszkasz, to raczej jednak przebywasz tam na stałe, a nie czasowo.

 

“a z dala od chorej, wszechobecnej, zgniłej cywilizacji i od problemów, jakie ona tworzy.” – Niepotrzebne drugie “od”.

 

“Dwie godziny przez nią grzałem, a jak! I – być może był to jedynie efekt przemęczenia, gdy siedzi się non stop za kółkiem, ale – mógłbym przysiąc, że w jednym, takim ustronnym, miejscu ujrzałem złowieszcze, błędne ogniki, których raczej wolałbym nie oglądać.” – Strasznie przekomplikowane zdanie z mnóstwem przecinków i myślników.

 

“Telepiąc się przez gonitwę swych galopujących myśli” – Wiadomo, że nie czyichś myśli.

 

“Wbrew swym złym przeczuciom” – Wiadomo, że nie czyimś.

 

“Potem zarejestrowałem już tylko błogą ciszę, która zdała mi się być aż nazbyt głucha, bym ją mógł teraz zauważyć.” – Zauważyć ciszę?

ironiczny podpis

Dzięki za naprawdę cenne uwagi! :)

Zmęczyło mnie to opowiadanie. Powtórzeń dużo za dużo. Składniowo często płyniesz, gubiąc logikę zdań. Nadużywasz wielopoziomowych konstrukcji i znaków interpunkcyjnych (myślników, dwukropków i średników; mam też wrażenie, że nie zawsze używasz ich zgodnie z przeznaczeniem). Używasz zwrotów do czytelnika i wyrażeń dość swobodnych – z jednej strony nasuwa się konwencja baśni (za górami, za lasami) z drugiej gawędy, tylko jakoś nie do końca się to wszystko klei, a gdy podlewasz to jeszcze bardzo “malowniczym” słownictwem (wykonturowany, wymuskany, romantyczny, archaiczny itp.) w bardzo dużym stężeniu to wprowadza to zamęt i dość szybko zaczyna nużyć. Nie wiem też dlaczego oddzielasz akapity dużymi przerwami.

Podsumowując, dla mnie opowiadanie cierpi na nadmiar użytych środków. Wystarczyłoby ich na obdzielenie co najmniej kilku tekstów ;)

 

Kilka błędów z początku tekstu:

 

Słowem[+,] strach, co ma wielkie oczy[+,] teraz był kolorem, który ma, to[+,] co ma

 

I było tam coś jeszcze – coś, co znajdowało się – jak byśmy powiedzieli – na granicy światów: pomiędzy ponurym lasem a prawie wymarłym siołem, przypominającym skansen pełen starszych, a nawet bardzo już sędziwych i schorowanych ludzi. – Składniowy bałagan, układ myślników i dwukropek sugerują, że na końcu zdania czytelnik dowie się a jakie coś chodzi, trochę jakbyś urwał zdanie bez zapowiedzianej informacji.

 

Tym czymś był dom: ot, dom jak dom, normalnie; nieco zapyziały, archaiczny, zaniedbały; – raczej zaniedbany

 

bliskich, choć prawdę mówiąc nasze wzajemne relacje nie należały do wzorowych, ani nawet do poprawnych. –– skoro wysyłali sobie kartki to dlaczego ich stosunki nie były poprawne? twoje zdanie sugeruje, że relacje były raczej napięte

 

miałem się wkrótce poczuć, jak u siebie w domu, a prawie tak jak baca lub juhas jakiś, jak „swojak”.sugeruje przeciwstawność, której w zdaniu nie ma

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Kojarzysz “Święty granat ręczny” Monty Pythona? A konkretnie “Księgę Uzbrojenia”? Przyszło mi to do głowy, gdy czytałam pierwszy akapit Twojego opowiadania, z tymi natrętnymi powtórzeniami.

Mój podstawowy problem z tym tekstem jest taki, że nie do końca wiem, czy miał on być na poważnie, czy nie. Podejrzewam, że jednak nie bardzo, ale niestety, nie jest specjalnie zabawny. Świetnie napisała to Dogsdumpling – użyłeś za dużo rozmaitych środków, aby zachować spójność. Przez to opowiadanie zrobiło się nużące, niekonsekwentne, chaotyczne.

No i “kopa w dupę”, a nie “kopa w…”.

Dajesz mi kopa w dupę i już poprawiam, co należy. ;))

Taaak, Monty Pythona – stare, dobre czasy… Już drugi raz ktoś odsyła mnie do “Świętego… ręcznego”.

Tekst jest oczywiście na żarty. 

 

Dzięki!

M

Sporo powtórzeń, oczywiście celowych, ale wydaje mi się że nadużyłeś tego zabiegu.

Wielokrotnie złożone zdania nie ułatwiają czytania.

Akapity! Przynajmniej kilka.

Nawet… mi się podobało. Miałem trudności z przebrnięciem przez początek, ale potem historia zaskoczyła i doczytałem zaciekawiony.

Tekst może nie jest odkrywczy, może nie tryska jakimiś wybuchami dowcipu, ale jest jakiś taki… sympatyczny i swojski.

Także, w sumie na plus.

 

Edit. Pierwszy akapit wydaje mi się zbędny, bo prawdziwa historia zaczyna się od drugiego. Pierwszy można by jakoś rozbić po tekście.

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Końcówka najciekawsza – układ z morderczą trawą, opis koegzystencji z oną ożywioną zieleniną to najciekawsza strona tekstu. Podobnie jak Zaltha, także mnie spodobał się swojski styl całego tekstu.

Jednak ością w gardle stoi pierwszy akapit, podręcznikowy przypadek byłozy. Co gorsza, gdyby go wywalić, czuję, że tekst sporo by zyskał, a nawet zachęcił do czytania, bo tak źle napisany wstęp jest jak brzydki szyld baru – w środku jest znacznie lepiej, ale pierwsze wrażenie zostaje i nie chce odejść.

Później także mam wrażenie, że nadużywasz zabiegu celowości powtórzeń. Część zdań jest zwyczajnie przekombinowana i ich uproszczenie poprawiłoby płynność. Ogólnie to chyba celowałeś w luźną gadkę opowiadacza jakiejś historii, ale język mówiony to nie do końca język literacki. O ile tam uszłyby wszelkie powtórzenia czy dziwna składnia, tak w opowiadaniu na dłuższą drogę męczą. Może gdyby więc skrócić tekst, bardziej zadziałały by te środki stylistyczne?

No i także zdziwił mnie fragment o złodziejach – niby pierwszoosobowa narracja, ale bohater doskonale wszystko wie. Od kogo? Tego nie wiemy. A warto by moim zdaniem zostawić jakieś wskazówki.

Podsumowując: fabułą nie jest zła, ale użyta forma męczy, a pierwszy akapit robi złą wizytówkę utworowi. Brak fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Niezły pomysł na krwiożerczy trawnik.

Ale jako horror słabo się sprawdziło – przedstawiasz historię z perspektywy faceta, który nawet przez moment nie był zagrożony.

Tak, też się zastanawiałam, skąd dowiedział się o tych złodziejach. A przy okazji – ten opis odziera historię z tajemnicy – gdyby pomęczyć Czytelnika niepewnością dłużej – efekt mógłby być ciekawy, IMO. Rodzący się strach, podejrzenia wsi wobec bohatera, opowieści ojca sołtysa, że coś takiego zdarzało się już dawniej, kiedy bohatera jeszcze na świecie nie było…

Straszliwa byłoza na początku. I po co Ci odstępy między akapitami?

Babska logika rządzi!

Miło mi, NoWhereMan. :)

Dzięki Finkla. Postaram się poprawić, co tylko będę mógł. Masz rację, że to opowiadanie nie sprawdza się jako horror i właśnie akcja ze złodziejami odziera historię z tajemnicy. Zastanowię się, jak to poprawić.

A co do Twojego pytania, skąd facet dowiedział się o masakrze włamywaczy, to powiem tak: zakładam, że trawka mu się zwierzyła ze swych złych czynów. Trochę to takie naciągane założenie, ale jakieś jest. 

 

Dzięki Zalth, pozdrawiam! 

Byłoby nieźle, gdyby nie liczne, nie wiem czemu służące, powtórzenia.

Podoba mi się pomysł, bo choć wiele razy już opisywano różne, często nawiedzone, domy otrzymane w spadku, to o krwiożerczym trawniku przeczytałam pierwszy raz.

Rozumiem że trawnik zajął się złodziejami, ale dlaczego rzucił się na księdza? Co trawnikowi zawiniła mleczarka?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oni nic nie zawinili. Tutaj mamy podobną historię, co w (klasycznym już) “Ataku krwiożerczych donatów”. Nie ważne, kto i co; ważne jest po prostu mięcho, dużo mięcha. 

Miło “usłyszeć” Twój głos, Reg., pod dłuższej przerwie. ;) Dzięki!

Nigdy nie sądziłem, że Monty Pythona będzie dla mnie aż tak ważny (tzn. formotwórczy) – i to w sposób niezamierzony, nieuświadomiony.

Dziękuję, Maćku. Mnie również jest miło. 

I pozwolę sobie zauważyć, że to Ty decydujesz o długości przerw. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Melduję, że (w miarę możliwości) poprawiłem wszystko, co było do poprawienia. I jeśli coś jeszcze Was w tym tekście boli i rzuca się w oczy, to piszcie, proszę, śmiało. Mądrych i dobrych rad nigdy za wiele!

Koniecznie muszę zmienić początek na bardziej… intrygujący. Zobaczę, co da się zrobić. Zastanawiam się również nad ewentualnymi błędami interpunkcyjnymi… (Zdania są często długie i zawiłe, a w związku z czym łatwo o pomyłkę.) Ktoś mi coś podpowie?

1. Skoro tubylcy uważają człowieka za stworzenie mityczne, to znaczy, że krewny głównego bohatera był stworzeniem mitycznym (i ten zjedzony ksiądz pewnie także).

 

2. "Wyglądał nie tyle na niewystraszonego, co raczej na skupionego i zatroskanego (…)"

 

Bo każdy prawdziwy mężczyzna musi wyglądać na niewystraszonego, kiedy najeżdża na niego samochód. (I wykluczone jest, żeby taki niewystraszony człowiek był jednocześnie skupiony lub zatroskany).

Marcinie, muszę Ci powiedzieć, że logik z Ciebie i filozof. Ale w sumie to… masz racę! Thx! 

Sposób narracji na początku zwiastuje jakąś typową straszną historię na serio, a potem nagle zmienia się na luzacki. Nie wiem, czy to zamierzony zabieg. Sam pomysł na krwiożerczy trawnik niezły, ale zabrakło przy tym trochę pomysłu na bardziej rozbudowaną fabułę – jest trawnik, zjada nieszczęśników, bohater trzyma z nim sztampę i tyle.

“(…)zabrakło przy tym trochę pomysłu na bardziej rozbudowaną fabułę”. Ano zabrakło; już Finkla mi to wypominała. Podsunęła nawet swoje środki zaradcze. Może kiedyś jeszcze powrócę do morderczego trawnika, bo teraz zajmuję się samobójstwami w górach i coś nowego się kroi (coś mi się roi). Dzięki Zygfryd89! :)

Jak dla mnie, to bardzo sympatyczny tekst. Pomysł może nie powalający, ale zaskakujący. Przyznam się, że dałeś mi do myślenia, bo w sumie mieszkam w górach i nie zdążyłam skosić trawnika przed zimą, a tu Święta za pasem i kolęda…

No to koś ten trawnik, bo lada moment będzie zima! :) A tak na poważnie, to dzięki. Cieszę się, że tekst odebrałeś jako sympatyczny.

Dzięki Zygfryd89! Masz rację: tekst rozpada się wyraźnie na dwie części: realistyczną i fantastyczną, poważną i rozrywkową. Polecam przy okazji dziełko Stephena Kinga “The Lawnmower Man” (gdzie podobny motyw został wykorzystany). 

Nowa Fantastyka