- Opowiadanie: Misiek666 - czterech

czterech

Moje pierwsze słowne potyczki.  prosze o wyrozumiałość.

 

Na chwile obecną ubieram w słowa kolejne pomysły.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

czterech

AKT I

początek lata, Berlin

Był wczesny wieczór. Było wyjątkowo ciepło, co jakiś czas miły wiatr przypominał o zbliżającej się nocy. Obserwowaliśmy ludzi, jedni wracali z pracy inni już szykowali się na piątkowe imprezy. Siedzieliśmy we dwóch na Alexander Plac sącząc zimne piwo. Wycieczka po Berlinie miała być początkiem wakacyjnej przygody a zarazem odpoczynkiem przed obroną naszych prac dyplomowych.

Kiedy zaczęło zmierzchać ruszyliśmy powoli na piechotę do naszego hostelu.

Nie mamy nic do jedzenia. – powiedział Marek klepiąc się w czoło. – zaczekaj na mnie w hostelu, skocze tylko do sklepu za rogiem.

Ogarnięty zmęczeniem kiwnąłem głowa na zgodę.

Zamykające drzwi odcięły mnie od miejskiego upału. Miła recepcjonistka pomachała do mnie zza biurka. Lecz w chwili, w której podszedłem do niej by bezpardonowo zacząć ją podrywać z ulicy dobiegły wrzaski ludzi i huk samochodowej kraksy. Spojrzałem szybko za okno przy drzwiach i zobaczyłem jak kilka osób ucieka z kierunku w jakim poszedł mój przyjaciel.

 

* * *

I co? I co dalej? – spytał barman głosem pełnym przejęcia– Nie trzymaj starego człowieka w niepewności.

To nalej jeszcze szklaneczkę zimnej Coca-coli… z cytrynką. – Barman być może stary ale jeszcze nigdy w życiu nikt tak szybko nie podał napoju jak on. Nim skończyłem pełna szklanka stała przed mną. Pociągnąłem łyk. – to gdzie stanęła opowieść?

Wypadek.

Ano tak. To lećmy dalej

 

* * *

Wybiegłem na ulice szukając Marka. Moim oczom ukazał się widok jak z filmu katastroficznego. Samochody porzucone tam gdzie stały, niektóre zastygnięte w miejscu po zderzeniu, ludzie uciekali. A mój druh leżał na chodniku miał poszarpany bark jakby jakieś zwierzę zaatakowało. Chwile przed tym jak rozległo się wycie. Nie byle jakie. Jakby ogromnego psa ale jednocześnie przepełnione radością szaleńca.

Sanitariusz po zapakowaniu mężczyzny poinformował mnie do jakiego szpitala jedzie. W momencie gdy karetka ruszyła zobaczyłem w bramie mnicha w czarnym habicie i kapturze skrywającym twarz. Wtedy dotarło do mnie że widziałem go gdy rozstałem się z przyjacielem.

Godzinę później gdy siedziałem w szpitalu przy nieprzytomnym koledze, poczułem jak powietrze staje się zimne i poczułem, że ktoś nas obserwuje. W pokoju zgasło światło. Wystarczył szybki rzut oka na odbicie w szybie. I … Dostrzegłem go. Mnich tam stał. Metr od mnie… może bliżej.

Do zobaczenia przyjacielu -powiedziałem cicho do śpiącego mężczyzny wstając. Gwałtownie obróciłem się i chwyciłem mnicha za gardo. Pchając go do tyłu aż gruchnął plecami o ścianę.

Masz 5 sekund na wyjaśnienie o co tu chodzi – warknąłem.

Krótkie mrugnięcie oczami i nagle mnich zniknął, by po ułamku sekundy zmaterializować się przy łóżku Marka.

Dla niego to ostatnia podróż. – rozległ się niski głos spod kaptura – chyba że znajdziesz śmiałka na jego miejsce.

Powoli zdjął kaptur skrywający bladą kościstą twarz i długie do ramion czarne włosy.

Podejmiesz wyzwanie? – spytał tym samym głosem..

 

* * *

Widzisz – powiedziałem do barmana, który siedział już koło mnie i słuchał opowieści jak małe, przejęte dziecko – dla przyjaciela robi się wiele.

Wstałem ze stołka i podszedłem do znikających szczątków ostatniego demona. Trąciłem go czubkiem buta tak by całkowicie odwrócił się na plecy, niestety to sprawiło, że nieszczęśnik tylko się szybciej rozpłynął

Teraz Marek cieszy się życiem, a ja… miałem iść do piekła ale Ponury zakombinował tak, że zająłem najwyższy stołek w miejscu gdzie istnieją demony a teraz muszę ich wyłapać z ziemi i posłać je z powrotem – tu zakreśliłem cudzysłów w powietrzy – „do diabła”

Chłopcze, nie wiem co żeś wąchał, palił albo pił, ale idź i zamieniaj zło w dobro – poklepał mnie po ramieniu.

Wychodząc, w progu machnąłem ręką. Pobojowisko, które powstało po walce z kilkoma demonami w ludzkiej skórze zamieniło się w porządek. Następnie przeszedłem jedną przecznice dalej gdzie w zaułku czekał na mnie Ponury. Już nie w habicie ale ubrany w motocyklowe buty, skórzane spodnie i ramoneskę. Nie mógł jednak sobie odpuścić i musiał przypiąć sobie do klapy kurtki dwie srebrne skrzyżowane kosy.

 

 

 

 

 

AKT II

wiosna następnego roku, Berlin

Szkoła była pusta. Dało się jedynie wyczuć aurę demona, na którego miałem zamiar zapolować. Ruszyłem korytarzem, rozglądając się, aż natrafiłem na niego w piwnicy. Wyglądał ohydnie. Cały pogniły szkielet na którym wisiała stara zbroja z imperium rzymskiego. Kiedy mnie zauważył, ruszył w moją stronę z charkotem i pojękiwaniem unosząc coś, co wyglądało jak resztki miecza. Zamachnął się, by mnie zaatakować, ale nie trafił. Pech chciał, że przy drugiej próbie legionista zranił mnie w ramie. Rana szybko przestała krwawić, ale rękaw koszulki smętnie zwisał dalej.

Rozwaliłeś moją ulubioną koszulkę. Tego to ci nie daruje.

Posłałem mu porządne kopnięcie, aż zatoczył się na ścianę. Legionista uderzył o ścianę z dużą siłą, aż szyba w pobliskim oknie zatrzęsła się. Zanim się poruszył podbiegłem do niego i chwyciłem go za zbroje. W tym samym momencie używając swoich paranormalnych zdolności utworzyłem przejście do wymiaru zamieszkałego przez demony. Kiedy upiorny legionista został odesłany z ziemi, chciałem odejść. Przez niewielki ułamek sekundy wyczułem ślad jeszcze jednej aury, tym razem bardziej ludzkiej. Zignorowałem to jednak i wyszedłem z budynku.

Na zewnątrz oślepiły mnie promienie południowego słońca, więc wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni ramoneski przyciemniane okulary i włożyłem je.

Wtedy zauważyłem Ponurego. Nawiasem mówiąc, był to mój najlepszy i jedyny przyjaciel od czasu, gdy stałem się zarządcą Hadesu. Był przeraźliwie chudy i wysoki, miał podkrążone oczy i czarne włosy, które zdawały się pochłaniać światło.

Wstał ze swojego choppera i podszedł powoli do mnie.

– Ile tym razem? – spytał niskim głosem.

– 6 minut – powiedziałem z uśmiechem.

– Stary, nadałeś nowe oblicze wyłapywaniu demonów. Ustanowiłeś nowy rekord. Cały legion demonów w sześć miesięcy, sześć dni i… – spojrzał na zegarek – sześć godzin.

Chwile jeszcze staliśmy pod budynkiem szkoły i paliliśmy, następnie każdy dosiadł swojego motoru i pojechaliśmy do Hard Rock Café świętować pierwszy dzień wiosny nie spodziewając się tego, co miało nadejść wkrótce.

 

* * *

kwietniowy weekend , Berlin

Przez otwarte okna wlewały się ciepłe słoneczne promienie połączone z lekkim chłodem wiosennego przedpołudnia. Z głośników komputera dochodziły charakterystyczne dźwięki zespołu Rammstein. Leżałem na łóżku w samych bokserkach, sącząc coca-colę z puszki i materializując swoją nową moc w postaci czarno szarych strzępków mgły, które ślizgały się po mojej wolnej dłoni. Miałem zamiar skorzystać z odrobiny czasu wolnego i nie przejmować się niczym. Nie miałem nawet siły przejrzeć korespondencji i ulotek, które ostatnio przyszły.

Nagle poczułem dziwną zmianę aury. Wyczuwałem ludzi w promieniu kilkunastu metrów, ale to co nagle poczułem, nie należało ani do istot wiecznych, ani do ludzi, a nawet do istot magicznych. Po chwili ktoś zapukał do drzwi mojej kawalerki. Nie odstawiając puszki z napojem, ruszyłem do drzwi. Kiedy je otworzyłem zobaczyłem niższą od mnie dziewczynę z rudymi włosami do ramion. Ubrana była w za dużą koszulę w kratę, niebieskie spodnie i stare tenisówki. Nie zdążyłem w żaden sposób zareagować, gdyż bez słowa wcisnęła się i od razu przeszła do kuchni obok wejścia.

Yyy… cześć!? – rzuciłem zaskoczony i zamknąłem drzwi. – Kim jesteś i czego tutaj chcesz?

Hej! Mieszkam po drugiej stronie ulicy – rzuciła, przeglądając zawartość lodówki. W końcu wyciągnęła puszeczkę coca-coli i usiadła naprzeciwko mnie przy stole. Odgarnęła grzywkę zakrywająca duże brązowe oczy.

Opowiedz mi, powiedz mi wszystko, co to było i jak mogę się tego nauczyć?

Nagle mnie olśniło. To, co poczułem w szkole to była właśnie ona. To jej ciało chciał zająć legionista. Wiedziałem, że za żadne skarby świata nie mogę jej powiedzieć, ale z drugiej strony ona musiała go widzieć. Całą sytuacje przerwał dźwięk dzwonka do drzwi i przez szparę wsunęły się dwa listy.

Nie teraz i nie tu szepnąłem, podnosząc listy i wskazując drzwi – wieczorem w Tiergarten, a teraz wypad z chaty.

Pff faceci ….. , wszyscy tacy sami – rzuciła wychodząc.

W momencie, gdy zatrzasnąłem za nią drzwi usłyszałem jak w pokoju za moimi plecami z cienia wysunął się Ponury machając jakąś kartką. Okazało się, że jest to zaproszenie na przyjęcie wiosenne do Lucka, które miało odbyć się za niecały miesiąc. W drugiej kopercie dostałem informację, że Gabryś znowu chce się wyręczyć nami w „czymś”. Spotkanie z Gabrielem miało nastąpić za godzinę na Alexander Platz.

To co, będziemy się zbierać na to spotkanie z tym przeklętym archanielskim biurokratą? – rzuciłem do mojego towarzysza. Po drodze coś ci opowiem.

Jaaasne…, ale zamierzasz jechać półnagi na motorze czy się ubierzesz? Bo wiesz, nasz rozmówca z góry, może być troszkę zgorszony. – Mówiąc to niemal się śmiał.

Nie bądź taki cwany. – powiedziałem i wszedłem pod prysznic. Prysznic i ubranie się w czarne dżinsy, glany, t-shirt i ramoneskę zajęło mi niewielką chwilę. Następnie zeszliśmy na ulicę w milczeniu paląc papierosy.

Wsiadając na motor założyłem okulary przeciw słoneczne.

Słuchaj co mam Ci do powiedzenia, bo nie chce mi się powtarzać.

I streściłem mu to, co wyczułem podczas spotkania z upiornym legionistą w szkole i całe przedpołudnie.

Djehuty! Spław młodą póki jeszcze czas. Możemy mieć przez nią problemy.

Tak, tak. Przestań już biadolić jak stara baba.

Co ludzkie to dla ludzi a cała reszta dla nas. – zażartował i pierwszy wjechał na parking.

Zaparkowaliśmy nasze motory przed wejściem do galerii i czekaliśmy aż pojawi się nasz anielski znajomy. Po kwadransie czekania przyszedł. Ubrany w koszulkę polo i spodnie odprasowane w kant. I te jego białe skrzydła.

Rzecz jasna, że te widzieliśmy tylko my trzej. Ludzie ich nie dostrzegali.

Panowie, dorośnijcie wreszcie. Kiedy zaczniecie ubierać się odpowiednio?

A ty – tu zwrócił się do mnie – mógłbyś wreszcie się ostrzyc i ogolić.

Goń się – odwarknąłem. Lubiłem swoje brązowe długie włosy i kilkudniowy zarost. Mów co chciałeś i spadaj. Marnujesz mi weekend. Należy mi się trochę wolnego po tej robocie.

Dobra, chodzi o to, że szef pojechał na wakacje i kazał znaleźć pewien stary zwój, zanim zrobi to Lucyfer.

Popatrzeliśmy po sobie z Ponurym, po czym mój przyjaciel dodał.

Nie jestem zakichanym bibliotekarzem, żeby szukać starych papierów. A Ty ? – spytał i szturchnął mnie w ramię.

To twoja robota Gabryś i twoich aniołków. Ja swoje bagno z demonami ogarnąłem. Wreszcie mam spokój – odparłem , po czym wsiadłem na motor.

Od czasu, gdy umarłem i wygrałem zakład o to, kto będzie władcą świata demonów, byłem pewien dwóch rzeczy. Po pierwsze nigdy nie można ufać aniołom, a po drugie, nie pchaj się w śmierdzące z daleka interesy. Aż do wieczora kręciłem się po mieście, oddając się prostej przyjemności jaka płynęła z jazdy na motorze.

W końcu skierowałem się do parku miejskiego, gdzie miałem się spotkać z dziewczyną. Niestety nigdzie jej nie widziałem. Zmęczony szukaniem pojechałem do domu. W sumie to ona miała sprawę do mnie, a nie ja do niej. Nawet nie wiedziałem jak ma na imię.

Zaparkowałem motor przed domem, ale nie zdążyłem nawet z niego zsiąść, gdy z bramy wybiegła ruda. Cała się trzęsła a z nosa leciała jej stróżka krwi. Wpadła na mnie i przewróciła się na ziemię. Krzyknęła przerażona i od razu skuliła się. W tym samym momencie zobaczyłem, jak z okna ktoś wyrzuca w naszą stronę pustą butelkę. Zdążyłem ją złapać , zanim roztrzaskała się o moją głowę.

Wracaj do domu ty mała szmato!!! – rozległ się pijacki krzyk jakiegoś mężczyzny z otwartego okna – zaraz mnie popamiętasz!

Cóż, mogłem się spodziewać podobnej sytuacji, gdyż dzielnica, w której aktualnie mieszkałem, nie należał do najlepszych. Kiedy dziewczyna mnie rozpoznała, uspokoiła się troszkę. Nie czekając na nic, okryłem ją swoja ramoneską i zaprowadziłem do siebie. Wszedłem do mieszkania razem z dziewczyną i posadziłem ją na kanapie. Następnie usiadłem naprzeciwko niej i przez dłuższą chwilę patrzeliśmy na siebie. Podciągnęła kolana pod brodę i wyszeptała – dziękuję…. . Wyglądała koszmarnie, cała poobijana.

Od czego by tu zacząć – powiedziałem. Nie wiem czemu, ale trzeci już raz „wpadasz” mi w ręce, więc to nie przypadek. Jak ci na imię?

Elizabeth to znaczy … Lisa…

Ok, Lisa nie zamierzam Cię niańczyć. Przynajmniej cały czas. – wziąłem wdech i wyrzuciłem z siebie – I tak będę miał pewnie przechlapane wszędzie, więc co mi tam.

Powiedziałem jej o tym, jak umarłem i zostałem szefem Hadesu, a także o tym, jak sprawy wyglądają w zaświatach.

– W skrócie mówiąc, to ty – tu nakreśliła w powietrzu cudzysłów – sprzątasz po demonach na ziemi, a Anioły i Diabły siedzą gdzie ich miejsce? Tak? – zapytała z niedowierzaniem – Jesteś nienormalny. Zaraz pójdę z tym na policję.

Poderwała się z kanapy. Kiedy przechodziła koło mnie, chwyciłem ja za rękę i przeniosłem nas na granicę między światami. Staliśmy w miejscu zwanym Styks, gdzie płynęła mityczna rzeka o tej samej nazwie. Jak zwykle wszystko było spowite delikatną mgłą i widać było jedynie fragment rzeki i drogę wzdłuż niej.

Lisa stanęła jak wryta otwierając i zamykając usta na zmianę.

Witaj w Styksie lub jak wolisz w miejscu poza czasem i przestrzenią. To jest przejście między zaświatami, zwykłe byty… dusze przechodzą przez skraj tego miejsca do celu swojej wiecznej egzystencji. Tylko dwie osoby korzystają w pełni z tego miejsca i z jedną właśnie rozmawiasz.

Uderzyła się w twarz dla sprawdzenia, czy nie śni. Powoli dochodziło do niej, że nie jest to sen, ale najprawdziwsza prawda. Spojrzała najpierw w jedną stronę drogi, a następnie drugą. Ruszyła powoli w poprzek drogi chcąc podejść bliżej rzeki, ale delikatnie ją powstrzymałem.

– Stój! – powiedziałem. Chciałaś wiedzieć to wiesz. Ale są trzy proste zasady.

– Nie truj już. To jest czadowe – powiedziała – nie wiem, jakie prochy mi dałeś, ale dobre. Takiej fazy to nikt chyba nie miał.

Trochę mnie zirytowała, ale przemilczałem to. Użyłem mocy. Przeniosłem nas ze Styksu prosto do Central Parku w Nowym Jorku. Jeśli sądzisz, że to narkotyki to spytaj się kogokolwiek, o czas i miejsce gdzie jesteśmy. Dziewczyna w ciężkim szoku na widok tej sztuczki podeszła do jakiejś babci siedzącej na pobliskiej ławce. Po krótkiej rozmowie z nią wróciła do mnie z gazetą.

Przepraszam, ale nie co dzień człowiek dowiaduje się tylu … nowych rzeczy – spojrzała mi prosto w oczy. To, co mówiłeś tam, no tam na tej drodze?

Nie ma sprawy, dla mnie sporo rzeczy jest jeszcze nowych.

A co z różnymi językami?

Dobre pytanie. A nawet wyśmienite. Z tym wiąże się pewien haczyk.

Jaki?

Po śmierci nie obowiązuje przekleństwo babilońskie. Rozumiesz wszystkich, bez wyjątku.

Stała jak wryta.

Kiedy weszliśmy do Styksu to twoje życie na ziemi skończyło się. Ze mną było podobnie. Nie do końca wiem jak to działa ale będziesz na razie czymś w rodzaju wolnego ducha, ludzie będą cię widzieć lub nie, zależy czy im na to pozwolisz. Sama będziesz mogła poruszać się tylko po jednym ze światów. Reszta spraw co do twojego istnienia zostanie z grubsza taka sama jak do tej pory. Tylko zawsze zostaniesz z tym samym wyglądem i wiekiem.

Jak zamrożona na zdjęciu?

Tak. -szepnąłem i przeniosłem nas do mojego mieszkanie.

Chcę, żebyś wiedziała jeszcze jedno. Są jeszcze trzy proste zasady. Po pierwsze nikt nie może wiedzieć o tym wszystkim magicznym, po drugie bez mnie nigdzie się nie ruszasz, przynajmniej na razie, po trzecie i najważniejsze nigdy nie opuszczaj drogi, kiedy jesteś w strefie Styksu.

* * *

późny wieczór, Berlin

Kiedy sobie wszystko wyjaśniliśmy, zasnęła na kanapie, przykryta kocem. Upewniwszy się, że nie obudzi się szybciej niż rano, zszedłem przed dom. W tym samym momencie, w którym znalazłem się przed budynkiem, Ponury zatrzymał się przed klatką schodową. Zaczekałem, aż zaparkuje swój motor. W końcu obydwaj usiedliśmy na krawężniku, była przyjemna wiosenna noc, siedzieliśmy tak przez chwilę. Ponury Żniwiarz w końcu przełamał milczenie.

Trochę tu za dużo dziwnych przypadków, co nie?

Ano tak panie dziejaszku. Ledwo jedno skończone a tu nagle… KABUM… Anioły wyskakują z prośbą o pomoc. Lucek się nie wychyla ze swojego ciepłego piekła – zaciągnąłem się papierosem, wskazałem za siebie – i jeszcze ona?

Najlepiej trzymajmy się z boku i improwizujmy. Poza tym odkąd się znamy, dobrze mi wychodzi trzymanie się z tobą – powiedział z uśmiechem.

Jak to?

Zwyczajnie, tyle tysięcy lat nudy a tu nagle bach, trach i się dzieje tyle ciekawych rzeczy.

Moją… naszą ulice wypełnił śmiech mój i Żniwiarza. Kiedy uspokoiliśmy się, puknąłem go końcem buta i wstałem.

Chodź na górę, trzeba się przespać przed jutrem. Poza tym mam już plan jak rozwiązać większość problemów.

Śmierć odgarnął czarne włosy i wytrzeszczył oczy ze zdziwienia.

Jaki?

Zobaczysz na balu u Szatana.

Następne kilka dni minęło spokojnie, nie licząc małego napadu histerii u Lisy na wieść, że mój przyjaciel to nie kto inny jak sam Śmierć, co wywołało wybuch śmiechu u Ponurego. Na dwa dni przed wiosennym balem w Piekle, Ponury Żniwiarz musiał nas opuścić. Stwierdziłem również, że mojej nowej znajomej przyda się rozszerzenie garderoby i zmiana wizerunku na bardziej demoniczny. W końcu mieliśmy iść na przyjęcie do samego Lucyfera. Na zakupy wybraliśmy się do jednego z najlepszych centrów handlowych w Berlinie, KaDeWe. Zaparkowałem motor w bocznej uliczce na tyłach sklepu. Następnie weszliśmy przez wejście dla obsługi. W tym samym momencie podszedł nowy ochroniarz, żeby nas zatrzymać.

Idź i powiedz szefowi, że piekło wzywa – powiedziałem to bez zatrzymywania się. Kiedy wyszliśmy z zaplecza do części sklepowej odwróciłem się do Lisy i po cichu dodałem

„Gwiazdka” nadeszła w tym roku szybciej… Bierz co chcesz.

Dziewczyna patrzyła z przejęciem na to wszystko, co ją otaczało. Było tu wszystko. Od markowych kosmetyków aż do ubrań na każdą okazje najlepszych projektantów. Na ostatnim piętrze była wspaniała restauracja.

Po prawie czterech godzinach mieliśmy już wybrane stroje na bal. Tradycyjnie wybrałem czarny jak węgiel garnitur, białą koszule i krwisto czerwony krawat, ale nie mogłem się powstrzymać i wziąłem jeszcze fez. Moja towarzyszka zaś oprócz długiej sukni, masy błyskotek i sterty kosmetyków, wzięła trochę nowych ciuchów codziennego użytku pasującego do nowego demonicznego wizerunku. Kiedy mieliśmy już iść, coś zaburczało w brzuchu Lisy.

Umieram z głodu. Zakupy są strasznie męczące – zrobiła nieszczęśliwą minę. No tak, była nową istotą wieczną i jeszcze przez jakiś czas miała odczuwać i postrzegać wszystko jak człowiek.

W taki razie zapraszam Panią na kolacje na samej górze – uśmiechnąłem się do niej i poszliśmy coś zjeść.

Kolacja była wyśmienita, każde z nas wybrało sobie ze spiżarni restauracji różne smakołyki. Kiedy siedzieliśmy rozmawiając, śmiejąc się i kończąc jedzenie, podszedł do nas szef ochrony ze swoją ulubioną porcją kawy. Chwile pogawędziliśmy i odprowadził nas do wyjścia. W trakcie rozmowy skomentował, dlaczego mieliśmy przyjemność zrobienia zakupów po godzinach pracy domu handlowego. Wszystko sprowadzało się do sprawy prostej i banalnej – na początku mojej znajomości ze Żniwiarzem ubłagałem go by przedłużył o ponad dwie dekady życie naszego szanownego szefa ochrony, ponieważ groziło mu zejście na raka płuc spowodowanego paleniem. Dzięki temu był winny przysługę, a przysługi były cenniejsze do wszystkiego.

Po wyjściu z budynku ogarnął nas przyjemny chłód nocy. Nie było łatwo, ale jakoś daliśmy radę pomieścić się z zakupami na motorze i ruszyliśmy w kierunku mieszkania w dzielnicy Wedding. Wjechaliśmy właśnie na drogę prowadzącą przez park miejski i w tym samym czasie wydarzyło się kilka rzeczy naraz. Koło nas pojawił się Żniwiarz na motorze, ale nie był jak zwykle spokojny i w dobrym humorze. Złość i zdenerwowanie aż biło od niego. W tym samym czasie pogasła część świateł i z głębi parku dobiegł niski i groźny warkot oszalałego zwierzęcia. Sądząc po głośności, musiało być to coś rozmiarów przynajmniej dorodnego byka.

Na całe szczęście w pobliżu nie było żadnych ludzi ani nikt nie przejeżdżał. Zatrzymaliśmy się na środku drogi i zsiedliśmy z motorów. Śmierć i ja stanęliśmy plecami do siebie, ukrywając między sobą Rudą. Używając mocy, zaczęliśmy z uwagą przyglądać się skrajowi parku. Nagle w odległości około 30 metrów od nas, wyszedł on. Cerber. Wielki piekielny pies Lucyfera. Był wielkości naprawdę dorodnego byka, a jego oczy błyskały czerwono. Zwrócił swój wielki łeb w naszą stronę, wydał niskie głębokie warczenie i zaczął biec. Bez zastanowienia ruszyliśmy naprzeciw bestii, by ją powstrzymać. Niestety Cerber uderzył w nas całym impetem, a masa wielkiego łba powaliła nas na ziemię. Następnie pomknął w kierunku dziewczyny. Lisa pobladła i zaczęła uciekać. Zanim wstałem i zorientowałem się co się dzieje, pies prawie dogonił dziewczynę, po drodze tratując motor Żniwiarza. Nagle dziewczyna potknęła się i upadła a Cerber wykorzystał to i stanął nad nią, uniemożliwiając jej dalszą ucieczkę. Zaczął warczeć.

Szybko, robimy piekielne rodeo – rzucił krótko Ponury i ruszył do motoru. Wyciągnął sznur i rzucił mi, a następnie odbiegł kawałek dalej okrążając bestie. Natomiast ja podszedłem do psa ostrożnie i gdy byłem wystarczająco blisko, wskoczyłem mu na grzbiet zarzucając linę pod pyskiem. Zwierzę zaczęło wierzgać i podskakiwać jak podłączone do prądu. Nagle coś uderzyło w Cerbera i poczułem że spadam, wtedy Śmierć złapał mnie za rękę i pociągnął z powrotem na twardy asfalt.

Leżałem na jezdni obok mojego przyjaciela. Okazało się, że mój drogi kolega otworzył przejście przez Styks wprost do czynnego wulkanu, a uderzanie było spowodowane zderzeniem motoru i piekielnego psa. Przez chwile jeszcze siedzieliśmy na drodze. Powoli adrenalina opadała w nas. Po kilku minutach wstałem i pomogłem wstać Przyjacielowi, w tym samym momencie podeszła do nas Lisa.

Co to miało do cholery być? – rzuciła wzburzona

Pies. Nie widziałaś nigdy psa?

Skoro to był pies to ja jestem pieprzonym króliczkiem wielkanocnym.

W tej samej chwili Śmierć zachichotał.

No tak pies. Tyle, że taki bardziej piekielny i jakby bardziej…. Lucyfera. Aha… i nazywa się Cerber.

Kiedy już rozwiązaliśmy kwestie psa, zebraliśmy rozrzucone zakupy i poszliśmy piechotą do domu, ponieważ jeden motor poleciał razem z Cerberem, a drugi był totalnie zniszczony. Po drodze rozmawialiśmy jeszcze o sytuacji, która miała właśnie miejsce oraz balu wiosennym w piekle i o innych sprawach. Kiedy doszliśmy do mieszkania okazało się, że niedawne zdarzenie nie było jedynym tego wieczoru. Przed wejściem do klatki schodowej stał ojciec Lisy w towarzystwie anioła Rafała i Uriela, którzy schowali skrzydła i wyglądali jak tajni policjanci. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, mężczyzna zaczął mówić podniesionym głosem mówić.

Tak to oni, porwali moją córkę. To ci Bandyci – mówił, kiedy zbliżaliśmy się we trójkę do tego człowieka i aniołów.

Śmierć stanął nieco z tyłu, pilnując by nikt nie zaskoczył nas znienacka, a ja zasłoniłem Rudą.

Co tu się wyprawia? Ta… Kobieta, tam za tobą jest po pierwsze jeszcze niepełnoletnia, a po drugie jest poszukiwana i pójdzie z nami. Nakazuje ci ją oddać. – powiedział Uriel. – Poza tym nie sądziłem, że znajdziesz sobie ludzką maskotkę i to… całkiem ładną.

W tej chwili stwierdziłem, że nie mam nic do stracenia. Użyłem prawie całych swoich mocy. Światła na ulicy zgasły, temperatura spadła o kilka stopni, po metalowych latarniach zaczęły przemykać strzępy mrocznej materii hadesu i niebieskie wyładowania elektryczne, wokół nas pociemniało. Może dla wzmocnienia efektu albo to powiązane było z wyzwoleniem tak wielkiej energii, moje oczy chwilowo zrobiły się całkiem czarne a głos zyskał upiorny dźwięk.

Żaden opierzony pomiot bagienny nie będzie mówił, co ma robić Wielki Władca Hadesu oraz Pan Śmierć!!! – tu zrobiłem kilka kroków ku aniołom : – a ta kobieta jest pod protekcją Ponurego Żniwiarza, Władcy Hadesu oraz sześciuset sześćdziesięciu sześciu legionów demonów. A teraz zabierać mi te zawszone i opierzone tyłki z tego miasta!!!

Tak szybko, jak się to pojawiło, tak samo szybko zniknęło i wróciło do normy. Aniołowie po prostu się rozpłynęli w powietrzu, a facet leżał nieprzytomny z przerażeniem na twarzy.

No no… to mamy zwycięzcę w kategorii zawał miesiąca – powiedział mój przyjaciel z podziwem. – Nigdy mi się nie udało osiągnąć takiego efektu.

Będzie żył. Niedługo wyjdzie z szok powiedziałem, nachylając się nad człowiekiem, ale od razu się cofnąłem. – A po tej gorzelni z otworu paszczowego, to i tak nikt nie uwierzy.

Jak weszliśmy do mieszkania, Lisa rzuciła się na szyje mojego towarzysza i pocałowała go w policzek, po czym przytuliła się do mnie i też pocałowała ale w czubek nosa.

Mój własny Ponury Żniwiarz i Demon – powiedziała słodkim i przyjaznym głosem, a następnie uśmiechnęła się uroczo. – A moim ojcem się nie martwcie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

AKT III

Berlin, jakiś czas później.

W końcu nadszedł dzień balu u szatana. Moja płomiennowłosa koleżanka od samego rana szykowała się w łazience. Wreszcie, kiedy skończyła i stanęła w salonie, widok był oszałamiający. Długa, czarna suknia podkreślająca smukłą talię Lisy. Opadała do ziemi a rozcięcie zaczynające się poniżej uda ukazywało całkiem ładny obraz. Włosy miała upięte dość ciasno i to wszystko przyozdobione delikatną biżuterią. Natomiast ja włożyłem klasyczny garnitur i pstryknięciem palcami sprawiłem, że moje długie włosy zaplotły się w warkocz. Zgarnąłem zaproszenia na bal ze stołu i podałem ramię towarzyszce.

Czy mogę Panią prosić?

Nie powiedziała nic, tylko podeszła z gracją i uśmiechając się, chwyciła mnie pod rękę, po czym przenieśliśmy się na drogę przy Styksie. Mieliśmy tu zaczekać na Ponurego Żniwiarza i jeszcze jednego znajomego. Kiedy się w końcu pojawił, przywitaliśmy się a Śmierć puścił oko do Lisy. W tym samym momencie jak skończyliśmy się witać, rozległ się głos.

A ja to co? Cerber? Nikt się nie przywita ze mną – powiedział wesołym tonem przybysz, podchodząc bliżej nas kocimi ruchami.

To był Azazel. Znaliśmy się jeszcze z czasów kiedy dopiero umarłem i nie byłem jeszcze władcą Hadesu. Ubrany w czarny frak, spod którego wystawał puszysty ogon a na głowie miał opaskę z kocimi uszkami. Na widok Dziewczyny skłonił się nisko.

Witam Panią – powiedział przymilnym głosem i z zawadiackim uśmiechem : nazywam się Azazel i jestem diabłem.

Byliśmy już wszyscy we czwórkę, więc przenieśliśmy się do pałacu Lucyfera. Sala wejściowa, jak i cała reszta były wzorowane na Pałacu Wersalskim.

Przy wejściu podszedł do nas lokaj i ze wszystkimi uprzejmościami pokierował do sali balowej. Po drodze spotkaliśmy innych gości. Między innymi widzieliśmy Kurta Cobaina zawzięcie kłócącego się o coś z Kaligulą, Marilyn Monroe, Krzysztofa Kolumba i kilka innych sław. Kiedy doszliśmy do sali balowej, która wywarła na nas jeszcze większe wrażenie niż pomieszczenie wejściowe i hall, zobaczyliśmy spory tłum. Znani ludzie z kart historii, diabły i oczywiście służba Szatana. W pewnym momencie dostrzegłem w tłumie jednego anioła, który dolewał coś z piersiówki do swojego napoju. Trąciłem Śmierć oraz Diabełka żeby zobaczyli to zjawisko.

Uważajcie na niego, coś mi tu nie pasuje. Oni nigdy nie pchają się bez powodu w takie miejsca.

Nie odpowiedzieli, tylko obaj jakby na zawołanie skinęli głowami ze złowrogim spojrzeniem utkwionym w aniele, ja natomiast zająłem się zabawianiem swojej partnerki. Ponury odłączył się od nas w poszukiwaniu jakiś trunków, a Azazel jak to diabeł od razu zabrał się za podrywanie zgrabnej brunetki o poważnej minie. Nagle muzyka ze spokojnej zmieniła się na bardziej energiczną. W związku z czym nie czekając na nic Lisa pociągnęła mnie na parkiet i zaczęliśmy tańczyć.

Bal trwał już od jakiegoś czasu, było miło i przyjemnie. Może przez przebywanie w piekle, a może coś innego sprawiało, że w świetle ostatnich zajść nie miałem spokoju. Bal przebiegał zbyt płynnie. I tu miałem rację na nieszczęście.

Muzyka nagle ucichła, wszyscy jakby na zawołanie zatrzymali się i stanęli murem wokół mnie i Lisy, a po kilku sekundach przez tłum przebił się Żniwiarz oraz diabeł Azazel. Ten drugi potknął się i upadł, ale szybko podniósł, otrzepał a po wszystkim wyszczerzył jak wariat. Na małym balkoniku górującym nad salą pojawił się władca piekła we własnej osobie, a zaraz za nim po jednej stronie stał archanioł Gabriel, a po drugiej Anioł którego widzieliśmy na samym początku. Szatan rozejrzał się spokojnie po całej sali i zatrzymał swój wzrok na naszej czwórce.

Witajcie. Mam nadzieje że wszyscy bawią się dobrze ? Tłum nie odpowiedział tylko milczał jak zaklęty i oszołomiony. – Czy jest wśród nas Śmierć, Diabeł Azazel i Djehuty?

Goście odsunęli się od nas jak na zawołanie i poczułem, że ktoś odciągnął moją znajomą. Rozejrzałem się i kiedy złapałem spojrzenie Rudej, dałem jej znak, żeby na razie została tam gdzie jest. Przez tłum przedarł się Pan Śmierci stając ramie w ramię ze mną, a w chwile później pojawił się Diabeł, który potknął się o własne nogi i wpadł na nas.

– Tęskniliście? – spytał z zawadiackim uśmiechem na twarzy. Kiedy stanęliśmy we trzech i popatrzyliśmy się na Szatana, ten zamiast dalej swoim zwykłym i uprzejmym tonem, wyprostował się, a następnie z lekkim zdenerwowaniem oraz niezadowoleniem powiedział.

Było tak dobrze. Dogadywaliśmy się z górą, mogliśmy korzystać ze wszystkich uciech ziemi, a wy zaczęliście wprowadzać ten …– tu nakreślił cudzysłów w powietrzu – porządek…

Podczas tej jego litanii niezadowolenia pod naszym adresem dostałem sms'a o treści „Już czas. B.”. Nie czekając na dalszy rozwój wypadków pokazałem treść wiadomości. W tym momencie Lucyfer krzyknął ze swojego balkonu.

Brać ich!!!

Wszyscy zebrani na sali odwrócili się przodem do nas. Na twarzach gości malowało się otępienie i wyraz pewnego transu. Azazel nie zwlekając, rzucił kieliszek z szampanem, który trzymał kobiecie, gdy ta przytrzymywała Lisę. W chwili kiedy ona zajęła się łapaniem kieliszka, przyciągnął naszą koleżankę do siebie, po czym zaczęliśmy uciekać. Tłum podążając za nami pomrukiwał złowrogo. Nikt z nas nawet nie wiedział ile czasu uciekaliśmy i chowaliśmy się przed ścigającymi nas postaciami. W pewnej chwili udało nam się przycupnąć w jakimś pomieszczeniu, które okazało się kuchnią.

Hej! Czy wy przypadkiem nie jesteście jakimiś ważniakami w tym „umarlakowie”? – rzuciła zirytowana Ruda. Czy mam za was myśleć i robić wszystko?

Spojrzeliśmy po sobie i chyba wpadliśmy na pomysł.

Święty Jan? – powiedzieliśmy razem i zgodnie – W sam raz, jest nas akurat czworo – dodał Diabeł.

Udało nam się wrócić do sali głównej bez zwracania na siebie uwagi. Tłum dalej był otępiały i w transie. Stojąc na schodach wejściowych do miejsca gdzie chwile temu jeszcze była jedna z najlepszych imprez, uścisnęliśmy sobie dłonie dodając otuchy i zeszliśmy kilka stopni. Następnie głośno gwizdnąłem, żeby przykuć uwagę wszystkich obecnych w pomieszczeniu osób.

– Mieszkańcy zaświatów. Chodźcie tu, podejdźcie i nastawcie uszu. Jak słowo świętego człowieka głosi, czterech przybędzie – powiedziałem donośnym głosem i w tej samym momencie znikąd pojawili się na balu dużą grupą aniołowie, dumni, wyniośli w idealnie dopasowanych garniturach strosząc swoje skrzydła. Pojawiło się także kilka demonów tych bardziej „cywilizowanych”, przyodzianych w czarne szaty z zasłoniętymi twarzami, a przewodził im Kot Behemot z przekrzywionym na bok małym cylindrem i cygarem w pyszczku.

Śmierć wyczarował sobie niewiarygodnie wielką srebrną kosę bogato zdobioną i stanął koło mnie.

To właśnie czas. To właśnie miejsce. Podróżnicy przybyli by powiedzieć historię o przeszłości i przyszłości – powiedział śmierć mocnym, ale spokojnym głosem.

Wasz czas, bezkarnych uciech i panoszenia się – to był głos Azazela, stojącego po mojej lewej stronie z kieliszkiem absyntu w ręku – kończy się. Od dziś bierzemy pieczę nad ziemią i jej mieszkańcami, a w reszcie krain zapanuje nowy ład.

W tej chwili Lucyfer krzyknął z widocznym na jego twarzy szaleństwem i strachem do wszystkich zgromadzonych:

– Ja… nie… pozwolę na to!!! Powstrzymać ich!!! – po czym kilku diabłów i nawet jakiś anioł rzucili się w naszą stronę. Ale kilkanaście kroków od nas, jakaś niewidzialna siła odrzuciła ich z wielkim impetem do tyłu. Wykorzystała to Lisa, która szybko podeszła do mnie i chwyciła mnie za ręką. Zaczęła sama kończyć to przedstawienie, które zaczęliśmy.

Wierząc w słuszność i prawość naszej decyzji, bierzemy na świadka Stwórcę i pana naszego…

Uroczyście przysięgamy, że jesteśmy Jeźdźcami Apokalipsy i będziemy strzec ładu, porządku oraz nikomu nie czynimy krzywdy. A W dzień sądu ostatecznego każdy będzie sprawiedliwie osądzony – dokończyliśmy razem.

To, co zaczęło się dziać, przeszło wszelkie oczekiwania i wyobrażenia. Okna oraz drzwi otwierały się i zamykały, światło mrugało jakby ktoś je na przemian gasił i zapalał, aż nagle tak jak się niespodziewanie zaczęło, tak też ustało.

Aha! Lucyferku nie gniewaj się za pieska. Troszkę się wściekł więc trzeba było… uspokoić. – rzuciła z uśmiechem Ruda.

Zza naszych pleców rozległ się głos ciepły i miły.

Brawo moi mili, korzystajcie z darów Jeźdźców mądrze i z umiarem. Odwróciliśmy się i ujrzeliśmy postać wyglądającą jak Gandalf z książki The Lord of the rings

Po szybkiej wymianie uprzejmości zostawiliśmy Stwórcę i uczestników balu. Ci stali jak oniemieli cały czas pomimo że już otrząsnęli się y transu. We czwórkę skierowaliśmy się do wyjścia. Kiedy opuściliśmy sale balową podbiegł do mnie Behemot i delikatnie pociągnął za nogawkę spodni. Spojrzałem na niego, a on przyłożył łapki do głowy udając, że ma rogi i pokazał na miejsce, gdzie był gabinet szatana.

– Masz rację futrzaku, odparłem. Też bym chętnie zajął ten gabinet ale to nie dla mnie.

Nim wyszliśmy, przebraliśmy się w wygodniejsze ubrania niż te, które mieliśmy na balu. W holu tuż przed drzwiami wyjściowymi dogonił nas jeden z jego uczestników . Mężczyzną, który nas zatrzymał, okazał się Jim Morrison.

Hej ludziska! – powiedział ze zwariowanym uśmiechem na twarzy , a nie przydałyby się wam jakieś pojazdy? Chodzą słuchy, że nie macie czym wracać do domu, a Lucek ma całkiem fajnie wyposażony garaż .Podziękowaliśmy i szybko pognaliśmy do garażu samego szatana. Ledwie weszliśmy do pomieszczania, a od razu nam się spodobały motory stojące na środku. Dwa niesamowite z namalowanymi płomieniami choppery, czarno-szary harley i błyszczący czerwony ścigacz. Z grzeczności albo dlatego że dziewczyna pierwsza odzyskała władzę nad swoim językiem, zaklepała sobie ścigacza. Dosiedliśmy motorów i mieliśmy już ruszać, kiedy ten sam miły dla ucha głos odezwał się.

Jesteście czymś co ludzie określają mianem gangu… motocyklowego więc mam coś dla was.

Pojawiły się na naszych plecach kurtki ramoneski z dużymi naszywkami „Piekielni Jeźdźcy”.

Dzięki szefie – odpowiedzieliśmy zgodnie.

Skąd wiedzieliście jak to zrobić bez wskazówek zawartych w apokalipsie spisanej przez świętego Jana – spytał Stwórca.

Improwizowaliśmy.

Uruchomiliśmy Motory i ruszyliśmy. Nie wiedząc, co przyniesie nowy dzień ważne, że mieliśmy siebie nawzajem. Ahoj przygodo!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

EPILOG

6 lat po wydarzeniach w Berlinie

Wrzesień dobiegał końca, było jeszcze ciepło, ale na niektórych drzewach liście nabierały jesiennych kolorów. Na polu namiotowym została już tylko jedna młoda para z dzieckiem. Kiedy mężczyzna wstał, żeby dorzucić drewna do ogniska wypadł mu portfel z kieszeni. Podniósł go jego syn, który spostrzegł, że ten upadając otworzył się w miejscu gdzie były zatknięte dwa zdjęcia. Tato czyje zdjęcie masz w portfelu tuż obok zdjęcia Mamy? – spytał mały chłopiec, przysuwając się do ojca.

Mężczyzna spojrzał na zdjęcie przedstawiające mężczyznę z długimi włosami i kilkudniowym zarostem oraz ubranego w skórzaną kurtkę. Zamyślił się i po kilku sekundach odrzekł.

To był mój przyjaciel… i… – zawiesił na moment głos

I jest wkurzony, że mówisz o nim w czasie przeszłym – skończył głos po drugiej stronie ogniska. To byłem ja. Nie zamierzałem straszyć tej rodziny, gdyż owym mężczyzną był mój przyjaciel ze starych czasów, gdy mieszkałem jeszcze w jednym z polskich miast i byłem żyjącym człowiekiem. Przez chwile wszyscy patrzeliśmy na siebie w milczeniu, a potem po przyjacielsku uściskaliśmy się. Mój przyjaciel Marek pokrótce opowiedział swojej żonie i dzieciom o naszej znajomości i jak z jego punktu widzenia wyglądało moje zniknięcie. Następnie opowiedziałem im swoją historie o zaświatach.

A co dalej robiliście? Przecież świat się nie skończył – powiedział Ojciec dzieci

Na razie jeszcze nie ale, czekamy i jesteśmy gotowi.

Co za bzdura! – Powiedziała jego żona i poszła do swojego namiotu, ale dzieciaki i Marek siedzieli z otwartymi buziami z wrażenia.

Pierwszy odzyskał rezolutny chłopiec, który wcześniej zapytał się o zdjęcie.

Co się stało zresztą twoich nowych znajomych i z Kotem Behemotem?

Jeśli twój Tata nie ma nic przeciwko … to mogą wpaść z wizytą – mrugnąłem do mojego starego kumpla, a ten nie wyraził sprzeciwu. Gwizdnąłem głośno. Do ogniska przysunęli się Azazel ubrany jak typowy motocyklista z amerykańskich filmów – tylko ta jego opaska z kocimi uszkami – i Liza w obcisłym skórzanym kombinezonie . Ponury Żniwiarz oczywiście musiał zażartować i napędzić stracha nowo poznanym, więc stanął po cichu za Markiem i dziećmi, którzy początkowo trochę się przestraszyli, ale wszystko skończyło się śmiechem. Nawet żona mojego dawnego kolegi wyszła zobaczyć co się dzieje. Gdy już się przestała na nas gniewać, wspólnie usiedliśmy przy ognisku, śmialiśmy się i rozmawialiśmy.

Nasze spotkanie zakończyła wizyta Kota Behemota, który wyłonił się z płomieni ogniska – zapewne dla większego efektu. Kot podszedł, wręczył mi kopertę, a następnie usiadł koło dzieci.

Cóż moi drodzy… na nas już czas – powiedziałem po przeczytaniu zawartości koperty. – W Luizjanie czekają na nas.

A co z nami? Znów nas zostawisz? – powiedział Marek.

Nigdy was nie zostawiłem… zawsze pamiętam o was – powiedziałem spokojnie – a poza tym jeszcze się spotkamy. I pytaj zawsze o Jeźdźca Djehuty.

Wraz z pozostałymi jeźdźcami odeszliśmy od ogniska, a gdy tylko blask ognia przestał nas dosięgać przenieśliśmy się w inny wymiar zwany Styksem.

 

 

 

THE END

Koniec

Komentarze

Tekstowi przed opublikowaniem przydałaby się jeszcze seria poprawek albo dwie. Ogromna większość błędów to niepoprawny zapis dialogów oraz brak przecinków. Zajrzyj tutaj, bo to nawet nie jest tak, że robisz błędy, tylko stosujesz jakiś dziwny system zapisu dialogów. Jeśli nie będziesz pisał poprawnie, raczej nikt nie przeczyta całego długiego tekstu, a już na pewno nie z chęcią i przyjemnością. Zobacz, ile błędów znalazłem w samym pierwszym fragmencie pierwszego aktu:

 

“czterech” – Pierwszy błąd jeszcze zanim zaczęła się treść. Tytuły piszemy wielką literą. 

 

 “AKT I

początek lata, Berlin” – Jeśli stylizujesz to na didaskalia czy coś w tym stylu, użyj przynajmniej kursywy… Inaczej brak wielkiej litery i kropki dziwnie wygląda.

 

Był wczesny wieczór. Było wyjątkowo ciepło, co jakiś czas miły wiatr przypominał o zbliżającej się nocy.” – Powtórzenie już w pierwszych zdaniach.

 

“Obserwowaliśmy ludzi, jedni wracali z pracy(+,) inni już szykowali się na piątkowe imprezy.”

 

„Siedzieliśmy we dwóch na Alexander Plac sącząc zimne piwo.” – Albo na Placu Aleksandra, albo na Alexanderplatz.

 

„Wycieczka po Berlinie miała być początkiem wakacyjnej przygody(+,) a zarazem odpoczynkiem przed obroną naszych prac dyplomowych.” – Raczej się nie broni nie swoich prac dyplomowych.

 

„Kiedy zaczęło zmierzchać(+,) ruszyliśmy powoli na piechotę do naszego hostelu.”

 

„Nie mamy nic do jedzenia. – powiedział Marek klepiąc się w czoło. – zaczekaj na mnie w hostelu, skocze tylko do sklepu za rogiem.” – Oto poprawny zapis tego akapitu, po poprawieniu pięciu błędów:

– Nie mamy nic do jedzenia – powiedział Marek, klepiąc się w czoło. – Zaczekaj na mnie w hostelu, skoczę tylko do sklepu za rogiem.

 

„Zamykające drzwi odcięły mnie od miejskiego upału.” – Zamykające się drzwi.

 

„Lecz w chwili, w której podszedłem do niej(+,) by bezpardonowo zacząć ją podrywać(+,) z ulicy dobiegły wrzaski ludzi i huk samochodowej kraksy.”

 

„Spojrzałem szybko za okno przy drzwiach i zobaczyłem(+,) jak kilka osób ucieka z kierunku w jakim poszedł mój przyjaciel.”

ironiczny podpis

Miśku666, przeczytałam do trzecich gwiazdek i wskazałam niektóre usterki. Resztą musisz zająć się sam.  

Przykro mi to pisać, ale w obecnym stanie opowiadanie raczej nie nadaje się do czytania.

Przede wszystkim musisz poprawić zapis dialogów – w tej chwili są zupełnie nieczytelne. Zadbaj o poprawną interpunkcję, bo bez niej trudno pojąć sens części zdań, a zdarzają się także całe fragmenty tekstu, kompletnie pozbawione przecinków. Do tego dochodzą różne błędy, literówki, powtórzenia i nie najlepiej skonstruowane zdania. Mam wrażenie, że przyda Ci się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Mam też przeczucie, że zainteresuje Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

O opowiadaniu będę mogła coś powiedzieć dopiero wtedy, gdy sprawisz, że będzie się ono nadawać do czytania.

 

Był wcze­sny wie­czór. Było wy­jąt­ko­wo cie­pło… –> Brzmi to nie najlepiej.

Proponuję: Był wcze­sny, wy­jąt­ko­wo cie­pły wieczór.

 

co jakiś czas miły wiatr przy­po­mi­nał o zbli­ża­ją­cej się nocy. –> W jaki sposób wiatr sygnalizuje nadejście nocy?

 

Ob­ser­wo­wa­li­śmy ludzi, jedni wra­ca­li z pracy inni już szy­ko­wa­li się na piąt­ko­we im­pre­zy. –> Po czym poznać, że ktoś wraca z pracy? Czy ludzie przygotowywali się do imprez na ulicy?

 

Sie­dzie­li­śmy we dwóch na Ale­xan­der Plac są­cząc zimne piwo. –> Sie­dzie­li­śmy we dwóch na Ale­xan­der Plac, są­cząc zimne piwo.

 

Wy­ciecz­ka po Ber­li­nie miała być po­cząt­kiem wa­ka­cyj­nej przy­go­dy a za­ra­zem od­po­czyn­kiem przed obro­ną na­szych prac dy­plo­mo­wych. –> Wy­ciecz­ka po Ber­li­nie miała być po­cząt­kiem wa­ka­cyj­nej przy­go­dy, a za­ra­zem od­po­czyn­kiem przed obro­ną na­szych prac dy­plo­mo­wych.

 

Kiedy za­czę­ło zmierz­chać ru­szy­li­śmy po­wo­li na pie­cho­tę do na­sze­go ho­ste­lu. –> Wystarczy: Kiedy za­czę­ło zmierz­chać ru­szy­li­śmy po­wo­li do na­sze­go ho­ste­lu.

Napisałeś wcześniej, że chłopcy pili piwo, więc zrozumiałe, że nie mogli ruszyć samochodem.

 

Nie mamy nic do je­dze­nia. – po­wie­dział Marek kle­piąc się w czoło. – za­cze­kaj na mnie w ho­ste­lu, sko­cze tylko do skle­pu za ro­giem. –> Brakuje półpauzy rozpoczynającej dialog. Literówka.

Nie mamy nic do je­dze­nia – po­wie­dział Marek, kle­piąc się w czoło. – Za­cze­kaj na mnie w ho­ste­lu, sko­czę tylko do skle­pu za ro­giem.

 

Za­my­ka­ją­ce drzwi od­cię­ły mnie od miej­skie­go upału. –> Za­my­ka­ją­ce się drzwi od­cię­ły mnie od miej­skie­go upału.

 

Miła re­cep­cjo­nist­ka po­ma­cha­ła do mnie zza biur­ka. Lecz w chwi­li, w któ­rej pod­sze­dłem do niej by bez­par­do­no­wo za­cząć pod­ry­wać z ulicy do­bie­gły wrza­ski ludzi i huk sa­mo­cho­do­wej krak­sy. –> Brak przecinków sprawia, że nie mam pewności, co chciałeś powiedzieć – czy bohater chciał podrywać recepcjonistkę z ulicy, czy z ulicy dobiegły hałasy? Jeden zaimek jest zbędny.

Proponuję: Miła re­cep­cjo­nist­ka po­ma­cha­ła do mnie zza biur­ka, lecz kiedy pod­sze­dłem, by bez­par­do­no­wo za­cząć ją pod­ry­wać, z ulicy do­bie­gły wrza­ski ludzi i huk sa­mo­cho­do­wej krak­sy.

 

Spoj­rza­łem szyb­ko za okno przy drzwiach i zo­ba­czy­łem jak kilka osób ucie­ka z kie­run­ku w jakim po­szedł mój przy­ja­ciel. –> Spoj­rza­łem szyb­ko przez okno przy drzwiach i zo­ba­czy­łem jak kilka osób ucie­ka z kie­run­ku, którym po­szedł mój przy­ja­ciel.

By spojrzeć za okno, należy je otworzyć i wychylić się zeń.

 

I co? I co dalej? – spy­tał bar­man gło­sem peł­nym prze­ję­cia– Nie trzy­maj sta­re­go czło­wie­ka w nie­pew­no­ści. –> I co? I co dalej? – spy­tał bar­man gło­sem peł­nym prze­ję­cia. – Nie trzy­maj sta­re­go czło­wie­ka w nie­pew­no­ści.

 

To nalej jesz­cze szkla­necz­kę zim­nej Co­ca-co­li… z cy­tryn­ką. – Bar­man być może stary ale jesz­cze nigdy w życiu nikt tak szyb­ko nie podał na­po­ju jak on. Nim skoń­czy­łem pełna szklan­ka stała przed mną. Po­cią­gną­łem łyk. – to gdzie sta­nę­ła opo­wieść?

Wy­pa­dek.

Ano tak. To lećmy dalej –> Ten fragment powinien wyglądać tak:

To nalej jesz­cze szkla­necz­kę zim­nej co­ca-co­li… z cy­tryn­ką. – Bar­man być może stary ale jesz­cze nigdy w życiu nikt tak szyb­ko nie podał na­po­ju jak on. Nim skoń­czy­łem, pełna szklan­ka stała przed mną. Po­cią­gną­łem łyk. – To gdzie sta­nę­ła opo­wieść?

Wy­pa­dek.

Ano tak. To lećmy dalej.

Nazwy napojów zapisujemy małymi literami.

 

Wy­bie­głem na ulice szu­ka­jąc Marka. –> Literówka.

 

Chwi­le przed tym jak roz­le­gło się wycie. –> Literówka.

 

po­czu­łem jak po­wie­trze staje się zimne i po­czu­łem, że ktoś nas ob­ser­wu­je. –> Powtórzenie.

 

I … Do­strze­głem go.I… do­strze­głem go.

Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Metr od mnie… może bli­żej. –> Metr ode mnie… może bli­żej.

 

Masz 5 se­kund na wy­ja­śnie­nie o co tu cho­dzi – wark­ną­łem. –> Masz pięć se­kund na wy­ja­śnie­nie o co tu cho­dzi – wark­ną­łem.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Krót­kie mru­gnię­cie ocza­mi i nagle mnich znik­nął… –> Krót­kie mru­gnię­cie i nagle mnich znik­nął

Oczy nie mrugają, mrugają powieki.

 

Po­dej­miesz wy­zwa­nie? – spy­tał tym samym gło­sem.. –> Jeśli na końcu zdania miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Właśnie się zorientowałam, że opowiadanie Czterech, było już zamieszczane na tej stronie i to nawet dwukrotnie, w sierpniu 2015 roku. Miśku666, dlaczego po raz trzeci prezentujesz stary tekst? Dlaczego nie zrobiłeś nic, aby opowiadanie dało się czytać bez bólu?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Doczytałam do tej wielkiej białej dziury w tekście. BTW – po co Ci ona?

Fabuła nie wciągnęła. Bohater jest tak hiperwypasiony, że nie ma żadnych problemów. Właściwie z marszu został szefem Hadesu (co to sprawiło? Dlaczego się nadawał?), zna zasady, ale uważa, że go nie dotyczą. Przyjaźni się ze Śmiercią (co w tym facecie jest takiego, że ujęło Żniwiarza?), więc aniołowie mogą mu skoczyć. Lucek zaprasza na imprezy… No, aż nudno się czyta o takim bezproblemowym protagoniście.

Wykonanie bardzo słabe. Interpunkcja kuleje. Wołacze, Miśku, oddzielamy przecinkami od reszty zdania. Zapis dialogów na podstawie ruletki czy rzutów monetą? Literówki, szczególnie w okolicy ogonków polskich liter. Inne też się zdarzają.

– 6 minut – powiedziałem z uśmiechem.

W beletrystyce liczby raczej piszemy słownie. A już w dialogach koniecznie.

Słuchaj co mam Ci do powiedzenia, bo nie chce mi się powtarzać.

Ty, twój, pan itp. w dialogach małą literą. Tylko w listach dużą.

Cała się trzęsła a z nosa leciała jej stróżka krwi.

Sprawdź w słowniku, co znaczy “stróżka”. Możesz się zdziwić.

Babska logika rządzi!

Ja przeczytałem akt I. Słabo to wygląda – popraw ile możesz, zwróć uwagę na interpunkcję i byłozę. Albo przynajmniej wprowadź wskazane Ci błędy, bo aktualnie od tego opowiadania bolą oczy.

Jeśli tekst będzie prezentował się lepiej, wrócę doczytać i zostawię opinię. Tymczasem jednak…

 

…tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Jakaś historia tu jest, ale zarzyna ją wykonanie i wskazane w przez poprzedników elementy techniczne – nie będę więc się za nimi powtarzał. Popraw je, bo z trudem dobrnąłem do końca. Wskazania są w poniższych artykułach:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuje za wszystkie komentarze ;) i konstruktywną krytyke

 

Opowiadanie jest bardzo naiwne i źle napisane :(

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka