- Opowiadanie: LukeSG - Komputer Zamachowiec Samobójca

Komputer Zamachowiec Samobójca

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Komputer Zamachowiec Samobójca

Komputer Zamachowiec Samobójca

 

Nagły wybuch siarki na końcu zapałki rozświetlił na chwilę spowite w mroku pomieszczenie. Końcówka papierosa rozżarzyła się na czerwono, bibułka i zawinięty w nią tytoń zaszeleściły cicho. Henry James Winters zaciągnął się mocno, pozwalając dymowi przepełnionemu nikotyną wypełnić jego płuca.  Źrenice rozszerzyły się lekko. Odchylił się, zatapiając swoje plecy jeszcze głębiej w ogromnym skórzanym fotelu. Oparł głowę na oparciu siedzenia, zamknął oczy i wypuścił w mrok pokoju papierosowy dym. Spojrzał na zegarek. Piąta. Kurwa. Która może być u niej teraz godzina? No nic pomyślał. Świat nie jest idealny. Zacisnął mocniej dłoń na słuchawce teleportu i wybrał numer.

– Halo? Kto mówi? Henry? To ty? Wiedziałam, że zadzwonisz.

 

***

 

Jedno jest pewne. Henry James Winters nienawidził latać. Niezależnie od tego czy ma do tego prawo, coś co waży kilkaset ton i unosi się w powietrzu nie może wzbudzać zaufania. Czy przeczy to fizyce czy nie. Kropka.

Dolał whisky do szklanki i wypił jednym tchem, nawet zbytnio się przy tym nie krzywiąc.

– Ciężki lot, huh?

Wspaniale – pomyślał – tylko tego mi brakowało. Nie dość, że w ciągu dwóch dni trzeci raz muszę podróżować wahadłowcem, to jedyne czego mi w tej chwili potrzeba to jakieś zrzędliwe babsko, z którym będę musiał użerać się przez całą dalszą drogę. Ciekawe jak ma na imię. Hannah? W tej przeklętej galaktyce wszystkie nazywały się Hannah.

–  To twój pierwszy raz wahadłowcem? Nie martw się, podczas pierwszego lotu też opróżniłam prawie całą butelkę – wymownie spojrzała szklankę whisky, którą dzierżył w dłoni. Martini. Whisky nie przechodzi mi przez gardło. Ewentualnie dwa razy – w przeciwnych kierunkach, jeśli rozumiesz o czym mówię.

– Rozumiem – przytaknął. Ale to nie jest mój pierwszy raz. W zasadzie to już trzeci, w przeciągu dwóch dni.

Przysiadła się obok, nie pytając go nawet o zdanie i odbierając możliwość zgłoszenia sprzeciwu.

– Wino poproszę, czerwone, półsłodkie – odpowiedziała na pytanie przejeżdżającego obok nich robota pełniącego funkcję stewardessy.

– Kate – wyciągnęła dłoń.

– Henry – odpowiedział uśmiechając się niechętnie.

W tej samej chwili, cały statek zawibrował potężnie, na tyle mocno, aby powywracać stojące na pulpitach przedmioty i wytrącić rozmówczyni kubek z ręki. Rozlany alkohol wylądował na białej, delikatnej i zdecydowanie zbytnio prześwitującej bluzce.

– Kurwa – przeklęła. Henry też zaklął w myślach i kurczowo złapał się oparcia znajdującego się przed nim fotela. Jak ja nienawidzę latać. Jego odruch nie umknął Kate.

– Te stare rzęchy prędzej czy później rozlecą się w trakcie lotu. Znowu wybuchnie afera i posypią się głowy za to czemu nikt wcześniej nie pomyślał o tym, że nie nadają się do niczego innego jak tylko na złom, zanim zginęło pięćset osób. Jak zwykle. Pewnie koniec końców jak zwykle powoła się nadzwyczajną komisję śledczą, której wnikliwa i jakże niezbędna ekspertyza wykaże, że to wina wadliwego SI, bo jakżeby inaczej. Ciężko posadzić na ławie oskarżonych komputer.

Henry zapadł się w głąb swojego fotela i jakby skurczył o kilka centymetrów. Pięknie. Nie dość, że przeczymy naszej naturze unosząc się w powietrzu, to jeszcze nasze życie zależy od kilku połączonych ze sobą obwodów.

– Ale spokojnie, tym razem najprawdopodobniej po prostu zaczęliśmy wchodzić w atmosferę, albo wpadliśmy w jakąś dziurę między prądami powierza, ewentualnie przypieprzył w nas jakiś meteor. Lądowanie na tej planecie to zawsze jebana loteria. Za każdym razem powtarzam, że powinni montować w kadłubie okna, przez które ludzie i nieludzie mogliby wyglądać. Jakbyśmy wiedzieli co się dzieje i że mamy wszystkie silniki sprawne, to siedzielibyśmy teraz spokojnie. A jak nie to chociaż byłoby na co popatrzeć.

Przestała na chwilę zajmować się swoją bluzką i uśmiechnęła się do niego promiennie, czym rozzłościła go jeszcze bardziej, po czym wróciła do uprzednio zaniechanej czynności.

– Przepraszam – zaczęła po chwili – za dużo martini w hali odlotów. Nie chciałam Cię wystraszyć. Żeby się nie stresować trzeba było przylecieć tutaj wahadłowcem z komorami do hibernacji. Nie dość, że obudziłbyś się na miejscu nie wiedząc o niczym co się tutaj działo, to pewnie zaoszczędziłbyś sobie też kilka przesiadek.

Rzeczywiście, wahadłowce wyposażone w komory służące do wprowadzania pasażerów w stan hibernacji na czas podróży, korzystały z nowszej technologii przystosowanej i umożliwiającej podróże na znaczne odległości. Gdyby wybrał jeden z nich trzy dni temu, najprawdopodobniej w tym momencie budziłby się właśnie ze snu. Ale jeśli Henry James Winters nienawidził czegoś bardziej niż latania, to był to właśnie stan hibernacji. Po ostatniej podróży rzygał w kiblu przez dwa dni, praktycznie bez przerwy. Przyrzekł sobie wtedy, że nigdy więcej. Nawet gdyby musiał świadomie przelecieć przez pół galaktyki z kilkoma przesiadkami. Po prostu nie i koniec.

Korzystając z chwili rozproszenia rozmówczyni, Henry James Winters miał okazję, żeby przyjrzeć się jej uważniej. Jej uroda wydała mu się całkiem pospolita. Na twarz, z delikatnie zbyt dużym czołem, opadała burza nieprecyzyjnie ułożonych, przynajmniej na pierwszy rzut oka, loków w słomkowo żółtym kolorze. Szare oczy zajęte były skomplikowaną operacją pozbywania się niechcianej plamy. Nos, lekko za bardzo zadarty, przypominał mu jego piegowatą siostrę, za którą nie oglądało się zbyt wielu chłopaków. Sylwetkę też miała raczej przeciętną. Jedyne co przykuło jego uwagę, to małe, ale jędrne i sterczące piersi, delikatnie przebijające przez białą, cienką i mokrą w tym momencie bluzkę, ze zdecydowanie zbyt głębokim dekoltem.

Podniosła wzrok co wyrwało go z krainy wyobrażeń. Lekko speszony udał, że zainteresowała go zawartość jego kubka. Pomyślał, że się wywinął, nieświadomy, że również tym razem żadna z tych rzeczy nie umknęła uwadze kobiety.

UWAGA! ZBLIŻAMY SIĘ DO PORTU PRZEZNACZENIA. PROSZĘ PRZYGOTOWAĆ SIĘ DO PROCEDURY DEORBITACJI. PODNIEŚĆ OPARCIA SIEDZEŃ DO POZYCJI PIONOWEJ I ZAPIĄĆ PASY BEZPIECZEŃSTWA.

Z głośników umieszczonych nad siedzeniami wydobył się sztuczny, metaliczny głos. Po kilku minutach statek po raz kolejny zadrżał lekko, a jednostajny, niski szum silników intergalaktycznych zamienił się w głośne dudnienie systemu OMS, które po kilku minutach zamieniło się w zupełną ciszę. Wahadłowiec szybował w przestrzeni gwałtowanie pokonując kolejne warstwy atmosfery. Gdyby prom wyposażony był w okna, oczom podróżnych ukazałby się obłok plazmy otaczający maszynę. Po chwili dudnienie silników odezwało się ponownie.

Henry odetchnął z ulgą. Jeszcze tylko dwadzieścia minut grozy i ten horror się skończy.

 

***

 

Spojrzał na zegarek i uśmiechnął się w duchu. Dziesiąta, a to oznacza, że ma jeszcze kilka godzin dla siebie. Nalał do szklanki odrobinę whisky, po czym stanął przed oknem. Widok, który rozpościerał się z jego pokoju znajdującego się na czterdziestym piątym piętrze w pełni oddawał urok planety, na której się znalazł. Musiał przyznać swojemu tajemniczemu zleceniodawcy, że jeśli chciał tym widokiem wywrzeć na nim wrażenie to całkowicie mu się to udało.

Planeta, na którą roztaczał się widok zdecydowanie nie należała do przyjaznych. Jak okiem sięgnąć, aż po horyzont rozpościerała się fioletowa, skalna pustynia z wyrastającymi z niej gdzieniegdzie interesującymi formacjami skalnymi – grzybami, ostańcami i innymi formami, których niezwykły kształt sprawiał, że obserwator samoczynnie zastanawiał się jaka przeogromna i niezrozumiała siła mogła stworzyć takie nienaturalne konstrukcje.

Co kilkaset metrów z niewielkich kraterów i szczelin rozdzierających skalne pustkowie, wydobywały się opary żółtego, toksycznego gazu, który unosił się, – na pewnej wysokości tworząc gęstą, nieprzejednaną chmurę powstałą z unoszących się z głębi planety oparów.

Ponieważ atmosfera panująca na planecie nie nadawała się do życia, przynajmniej nie bez specjalnego skafandra wyposażonego w skomplikowaną aparaturę utrzymującą warunki pozwalające na podtrzymywanie życia, miasto, w którym aktualnie przebywał, tak samo jak reszta znajdujących się na tym zabójczym pustkowiu zbiorowisk, stworzone zostało pod swego rodzaju ogromną kopułą. Kopuła ta miała w zasadzie jedno zadanie – odseparować ludzi od toksycznych wyziewów i stworzyć warunki pozwalające na normalne życie. Każdego dnia tysiące wentylatorów tłoczyło powietrze z zewnątrz kopuły przez specjalne oczyszczalnie usytuowane w różnych miejscach miasta. W oczyszczalniach znajdowały się ogromne filtry eliminujące z atmosfery toksyczne gazy i urządzenia wzbogacające powietrze mieszanką azotu, tlenu i innych pierwiastków, tak, aby jak najbardziej przypominała tę znajdującą się na Ziemi. Co prawda co jakiś czas zdarzało się, że konstrukcja kopuły ulegała rozszczelnieniu lub któryś z zaawansowanych systemów oczyszczalni doznawał chwilowej awarii, ale cały system był na tyle sprawny, że generalnie można było czuć się tutaj bezpiecznie.

Co zatem sprawiło, że mimo niesprzyjających warunków ktokolwiek w ogóle postanowił skolonizować tę planetę? Odpowiedź na to pytanie była cholernie prosta. Pieniądze.

Gdy ludzie przybyli tutaj po raz pierwszy nie znaleźli niczego co skłoniłoby ich do podjęcia ekspansji tego terenu. Niesprzyjająca atmosfera, brak fauny i flory nadającej się do eksploatowania, nie przyciągały, a wręcz odpychały pierwszych eksploratorów. W zasadzie niewiele brakowało, a planeta o wdzięcznym oznaczeniu UX35004 oznaczona została na mapie kosmosu jako nieprzyjazna i dryfowała w nienaruszonym stanie w bezkresie galaktycznego oceanu.

W okresie, gdy odkryto UX35004, niemal codziennie odkrywano kilkadziesiąt nowych planet. Rozwój technologii, umożliwiającej podróżowanie w stosunkowo krótkim czasie na nieosiągalne dotychczas odległości, spowodował największą w dziejach ludzkości ekspansję kosmosu. Nowe galaktyki, układy i planety stawały się tak szybko dostępne dla ich odkrywców, że na badanie mniej przyjaznych części nie było nawet sensu wydawać pieniędzy. Celem nie stało się nawet eksploatowanie nowoodkrytych planet. Ludzkość po raz kolejny zachłysnęła się swoją potęgą. Chodziło tylko o to, żeby odkryć jeszcze więcej i jeszcze dalej.

 

Wypił ostatni łyk whisky i spojrzał na puste dno szklanki. Kurczę, pomyślał, jak tak dalej pójdzie to do końca wyjazdu zostanę alkoholikiem.

 

***

 

Skoro ludzie uznali, że UX35004 nie nadaje się nie tylko do zamieszkania, ale eksploatacji w ogóle, jak stało się, że obecnie Henry James Winters stał na czterdziestym piątym piętrze jednego z najwyższych budynków znajdujących się na tej planecie i spoglądał na rozsiane co kilkadziesiąt kilometrów kopuły, pod którymi toczyło się życie?

Odpowiedź jest prosta. Wcale nie skolonizowali jej ludzie. Choć z wyglądu lizardowie ludzi poniekąd przypominają. Chyba właśnie ten fakt sprawił, iż nie zostali unicestwieni. A może kluczowy w tym wszystkim była okoliczność, iż w momencie, gdy obie cywilizacje nawiązały kontakt, lizardowie znajdowali się na nieco niższym etapie rozwoju. Dzięki temu nie poczuliśmy się zagrożeni. A brak zagrożenia nie wywołał w nas strachu, który bardzo szybko zamienia się w niechęć a potem nienawiść.

Nie wnikając w przyczyny, lizardom po prostu udało się z ludźmi dogadać. Oczywiście nie była to jednak przyjaźń od pierwszego wejrzenia. Widzieliście kiedyś jak ludzie jednej rasy potrafią reagować na inną? No właśnie, a teraz wyobraźcie sobie kogoś kto z wyglądu przypomina człowieka, jednak fizjologicznie bliżej jest mu do gada. Nie jest to co prawda właściwe porównanie, ale trzeba przyznać, że nasuwa się w pierwszej kolejności. Lizardowie wyglądają po prostu jak przerośnięte, dwumetrowe jaszczurki poruszające się na dwóch tylnych kończynach. Ich skóra jest zielona oraz pokryta łuskami i śluzem. Tym niemniej, mniej więcej przypominają ludzi. Przekonanie się do nich zajęło nam trochę czasu. I na odwrót – żeby nie było wątpliwości.

Lizardowie jako ekonomicznie gorzej rozwinięci, początkowo musieli się ludzkości podporządkować. Nie w niewolniczy, uwłaczający sposób. Co to to nie. Nie pozwoliły przecież na to organizacje broniące praw (już nie tylko) człowieka, niezliczone konwencje, ustawy, deklaracje oraz manifestacje. Nikt przecież nie wątpi w ich skuteczność. Nieprawdaż? Wystarczy napisać, że dyskryminacja nie istnieje i nagle w magiczny sposób przestaje ona istnieć. Zapytajcie czy lizardowie też myślą w ten sposób.

Mimo tych zorganizowanych działań nie mieli jednak lekko. To trochę tak jak z dzieckiem w piaskownicy, którego nikt nie lubi, ale rodzice nakazują swoim pociechom się z nim bawić. Z pozoru nikt go nie prześladuje, ale jego dostęp do najfajniejszych zabawek zostaje ograniczony przez resztę grupy. To samo spotkało lizardów. W trwającej gorączce odkrywania nowych układów i planet problemy związane z adaptacją nowej cywilizacji dość szybko stały się nieaktualne. Ekspansja wszechświata postawiła przed ludźmi nieznane dotąd problemy. W niewiarygodnym tempie pojawiała się potrzeba uregulowania sytuacji prawnej nowych planet, przestrzeni kosmicznej, zdefiniowania na nowo pojęcia państwa i rozwiązania niezliczonej liczby innych problemów.  Zdobywaliśmy nowe światy dużo szybciej niż byliśmy w stanie je skolonizować. Skoro mieliśmy takie możliwości, osiedlanie się na nieprzyjaznych lub mało przydatnych ekonomicznie planetach było zupełnie bezcelowe. Tę lukę wykorzystali lizardowie. Jako cywilizacja z początku mniej rozwinięta musieli korzystać z „ochłapów” pozostawionych im przez ludzi. Kolonizowali oni mniej przyjazne planety, które bardzo często okazywały się dużo mniej nieprzyjazne dla nich niż dla nas. Co więcej, często odkrywali na nich to, czego zamroczeni gorączką odkrywania nie zauważyli ludzie – nieznane dotąd pierwiastki, głęboko ukryte złoża surowców i minerałów. W krótkim czasie z cywilizacji podporządkowanej stali się elementem, bez którego dalsza ekspansja kosmosu stała się niemożliwa. Dostarczali ludzkości niezbędne minerały do budowy stacji intergalaktycznych, paliwa, surowce, tzn. wszystko co tylko było niezbędne. Oczywiście umieli to wykorzystać. W tym względzie nie odstawali od ludzi. Nie dostarczali niczego za darmo.

Z czasem ich status zrównał się z naszym. Po kilkudziesięciu latach różnica pomiędzy cywilizacjami zaczęła zanikać. Po kilku kolejnych – nikt nie mógł wyobrazić sobie życia bez lizardów. Teraz – nikt nie zwracał już na różnice żadnej uwagi. Czy oznaczało to pełną asymilację? Oczywiście nie. Konflikty są bowiem częścią naszej natury. Tak jak nienawidzimy siebie nawzajem tak samo nienawidzimy innych. Ale przyzwyczailiśmy się do siebie na tyle, że nie wyobrażamy sobie, żeby mogło być inaczej. A to już coś.

To właśnie wydarzyło się na UX35004. Lizardowie odkryli na niej to czego w pośpiechu nie dostrzegli ludzie. Cała planeta wypełniona była złożami drogocennych paliw kopalnych niezbędnych do wprawiania w ruch intergalaktycznych promów kosmicznych. Nie było łatwo się do nich dostać. Ich eksploatacja wiązała się dużymi kosztami i wieloma niebezpieczeństwami. Ale było warto. Po pewnym czasie UX35004 stała się czymś na kształt ziemskiej Arabii Saudyjskiej w czasach gdy na jej terenie znajdowały się jeszcze złoża ropy i gazu. Z tą różnicą, że tutaj nikt raczej nie chciał mieszkać. Było brzydko, ponuro a co najważniejsze toksycznie. Na szczęście dla lizardów – czasy, w których wydobycie czegokolwiek spod powierzchni ziemi było uzależnione od istot żyjących już dawno odeszły w zapomnienie. Obecnie wszystkim zajmowały się zautomatyzowane maszyny.

 

***

 

– No dobrze. Uporządkujmy fakty. Ściągnął mnie tu pan przez dwie galaktyki po to żebym wyłączył jakiś komputer, który się zepsuł. Dobrze zrozumiałem?

– Poniekąd… To nie jest do końca prawda…

– To czemu do jasnej cholery nie zatrudniliście informatyka?

– Ponieważ uważamy, że byłoby to bezskuteczne. Zresztą informatyka też zatrudniliśmy. Tym niemniej uważamy, że idealnie sprawdzi się pan do wykonania powierzonego mu zadania. Jest pan negocjatorem.

– Byłem. Byłem negocjatorem, ale w POLICJI. Co to ma wspólnego z komputerami?!

– Wiemy, nie wybraliśmy pana bez powodu. To właśnie na doświadczeniu najbardziej nam zależy. Próbowałem wytłumaczyć już panu, że to nie jest zwykły komputer. To coś więcej. SI.

– SI.

– Sztuczna inteligencja.

– Przecież wiem co to jest SI.

– Ale mówił pan, że nie rozumie po co…

– I dalej nie rozumiem. Nie rozumiem co ja mam z tym wspólnego. Nie znam się na SI.

Henry James Winters zmierzył swojego rozmówcę wzrokiem. Nie, nie miał uprzedzeń. Co prawda na Ziemi nie było ich zbyt wielu, ale podczas swojej służby w policji miał do czynienia z kilkoma jaszczurami. Pod koniec jego urzędowania weszło nawet w życie jakieś rozporządzenie nakazujące zatrudnienie w każdym patrolu co najmniej jednego z nich. Tak żeby nikt nie mógł zarzucić im dyskryminacji. Szczególnie w przypadku, gdyby doszło do nieuzasadnionej samoobrony (jakby dla zastrzelonego i jego rodziny miało to jakieś znaczenie czy zastrzelił go „swój” czy „nieswój”). Ale lubić też ich nie lubił. Nie musiał. Tego nie mogli mu nakazać.

Do tego jednak nic nie miał. Po prostu nie rozumiał czemu stracił tyle czasu i zdrowia, żeby znaleźć się w tym miejscu. Ale z drugiej strony przecież i tak nie miał nic lepszego do roboty. Postara się wysłuchać tego prezesa zarządu „firmy o której i tak nigdy nie słyszał i nazwy, której nigdy nie zapamięta”. Przecież miał się nie denerwować. Ah, gdyby tylko miał ze sobą szklaneczkę whisky.

– Podsumujmy – lizard kiwnął nieznacznie głową – widać miał już dość tej szopki i powoli tracił wszelką nadzieję – wezwał mnie pan tutaj, w imieniu zarządu swojej firmy, żebym pomógł wam uporać się ze zbuntowanym komputerem.

– Tak można najprościej to ująć.

– Aha. A czy nie prościej byłoby wezwać jakiegoś informatyka albo po prostu wyłączyć mu zasilanie?

– To nie takie proste. Jak już wspominałem to nie jest zwykły komputer. To SI.

– No dobrze – tylko spokojnie – SI, czyli sztuczna inteligencja – komputer, który myśli. Co to zmienia?

– Sporo. SI to nie jest po prostu komputer, który myśli. W zasadzie to w ogóle nie jest komputer. To znaczy… To coś więcej niż komputer. Nie jestem ekspertem, ale…

– Sztuczna inteligencja to coś w rodzaju programu komputerowego, zdolnego do samodzielnego myślenia. Chociaż to oczywiście też zbyt duże uproszczenie. Jest to układ zdolny do realizacji złożonych funkcji niepodlegających algorytmizacji, w sposób podobny do ludzkiego mózgu.

Henry James Winters odwrócił się w stronę drzwi i podskoczył na swoim fotelu. W jego stronę zbliżała się kobieta z wahadłowca oraz mężczyzna niewielkiej postury. To on podjął się zadania wyłożenia Henremu z czym przyjdzie mu się zmierzyć.

– To znaczy, że posiada on zdolność logicznego myślenia, rozwiązywania problemów, mowy oraz innych rzeczy, których zostanie nauczony – w zależności od tego jak zostanie zaprogramowany.

– Czyli komputer, który myśli.

– Niekoniecznie. Komputer to raczej zestaw sprzętu – tzw. hardware – procesor, pamięć, dyski twarde itd. SI to raczej software, aczkolwiek myślę, że w chwil obecnej coś na pograniczu tych dwóch rzeczy. Może funkcjonować niezależnie od komputera – w chmurze. Musi oczywiście czerpać skądś energię i moce obliczeniowe do wykonywania konkretnych działań, ale fizycznie może znajdować się na serwerach na całym świecie. Obecnie może i wszechświecie.

– W chmurze?

– To znaczy zdalnie Henry – przez Internet – Kate uśmiechnęła się do niego jak idiotka. Albo jak do idioty, czego w tym momencie nie mógł rozróżnić.

– Świetnie! To państwo poznali się już wcześniej? Henry James Winters, Kate Adams i Mark Twain. Cała ekipa w komplecie.

– Bynajmniej. Spotkaliśmy się przelotnie w wahadłowcu.

– W takim razie bardzo przepraszam. Poznajcie się. Kate Adams – psycholog i Mark Twain – informatyk – ekspert od sztucznej inteligencji. Henry James Winters – negocjator policyjny. To on rozprawi się z naszym buntownikiem.

– Jak to rozprawi? Czyli co konkretnie mam zrobić?

– Cieszę się, że w końcu się pan przekonał – lizard uśmiechnął się do niego promiennie, pokazując swoje gadzie uzębienie przypominające raczej igły niż zęby. Henry wzdrygnął się na ten widok. Musi go pan przekonać, żeby nie wysadził całej kopalni w powietrze i sam się dezaktywował. Drobnostka.

– „Go”? Chyba „TO”.

– Wyraża się o sobie raczej jak mężczyzna.

– Jak to mężczyzna, przecież to komputer!

– Trudno to wytłumaczyć komuś kto nie miał z nim kontaktu. Jak zaczniecie akcję wszystko się wyjaśni. A propos, czy moglibyście zacząć jutro rano? Nie mamy chwili do stracenia. Ostatnie groźby brzmiały całkiem poważnie.

Henry nie odezwał się już ani słowem. Poziom abstrakcji na który jakiś czas temu wkroczyła konwersacja był dla niego chwilowo nieosiągalny. Pokiwał tylko głową. Komputer, który zachowuje się jak człowiek i grozi wysadzeniem w powietrze całej planety. Trochę to za dużo jak dla niego. Z komputera korzystał i owszem. Do pisania emaili i służbowych notatek. O SI czytał – głównie w książkach z gatunku science fiction. Ciekawość wzięła jednak górę. Możemy.

– Świetnie! – Kate najwyraźniej podchodziła do sprawy z dużo większym entuzjazmem. W takim razie spotykamy się jutro o ósmej. Gdzie mamy się stawić?

– Nasza firma wyśle po państwa drony transportowe, proszę się nie obawiać. Wszelkimi szczegółami zajmie się za chwile mój asystent. Ustalimy wynagrodzenie, podpiszemy umowy, klauzule poufności i kilka mniej ważnych papierków.

– Mniej ważnych papierków?

– Np. dyspozycje na wypadek, gdyby się jednak państwu nie udało. Nic wielkiego. Drobnostka.

 

***

 

– No dobra panowie! Zapowiada się interesujący poranek. Testamenty spisane, cyrografy podpisane, honorarium za tę przyjemność nie najgorsze. Żyć nie umierać.

– Chociaż teraz to już w sumie możemy.

– Pan, panie Winters jesteś bardzo negatywnym człowiekiem. Powinieneś się trochę rozchmurzyć.

Henry nie do końca zarejestrował moment, w którym przeszli z Kate „na ty”. Chyba jeszcze nikt nigdy nie działał mu tak na nerwy jak ona.

– Prawda Mark? Co o tym myślisz?

– O czym? O naszym zadaniu? Myślę, że będzie ciekawie.

– Nie o zadaniu, tylko o Henrym. Nie uważasz, że jest trochę za bardzo spięty?

– Może troszeczkę.

– Przepraszam państwa bardzo, ale ciągle tu jestem.

– Daj spokój z tymi tytułami. Jak mamy razem pracować nad unicestwieniem komputera – zamachowcy to musimy się choć trochę zaprzyjaźnić. Kate jestem a to Mark. Wystarczy tych formalności.

– Ale…

– Prawda Mark?

– Mhm, tak jak mówiłem stwierdzenie, że jest to komputer…

– Dla mnie jest. Komputer – zamachowiec – samobójca. W skrócie KZS. I Kropka.

– Trochę jak skrót jakiejś prowincjonalnej drużyny sportowej.

– Chyba raczej związku.

– Jakiego związku?

– No skoro KZS to Z będzie raczej oznaczało „związek”.

– Z oznacza zamachowca. Nie zapominaj o tym Henry. To ty tu jesteś z policji. My nie musimy mieć się na baczności.

– Dobra. Koniec tych pogaduszek. Musimy mieć plan.

Po raz pierwszy od kilku dni Henry stwierdził, że ktoś powiedział coś z sensem. Skoro mieli stawić czoła jakiemuś niebezpieczeństwu to bez znaczenia czy był to komputer czy człowiek, czy jakieś pieprzone SI, musieli mieć plan.

– Z tego co dowiedzieliśmy się wczoraj wieczorem dostęp do naszego KZS uzyskamy poprzez sterownię, która znajduje się w podziemiach tego budynku.

– Naprawdę? KZS? To rzeczywiście się przyjmie?

– Najwyraźniej – kontynuował Mark – sam dostęp do sterowni jest w tej chwili utrudniony, ponieważ nasze SI przejęło kontrolę nad budynkiem i odcięło dostęp od centrum dowodzenia. Na tym głównie polega moja rola. Żeby dostać się do systemu, obejść zabezpieczenia i umożliwić nam dostęp. Dzięki danym, które przekazali mi wczoraj informatycy naszego pracodawcy, nie będzie z tym większego problemu. Tak się przynajmniej wydaje. No i tutaj moja rola się kończy.

– Jak to kończy? Nie powinieneś wejść z nami do środka i wyłączyć tego ustrojstwa?

– Z tego co wiem nie jest to fizycznie możliwe. To znaczy oczywiście mogę spróbować, ale z tego co wiem KZS skutecznie odciął wszelką możliwość wyłączenia go z poziomu użytkownika systemu. Z mechanizmem otwierającym drzwi nie ma takiego problemu, bo ten w całości umiejscowiony jest na komputerach lokalnych oraz pracuje offline, SI natomiast wykorzystując dostęp do Internetu przeniosła większość swoich organów, jeśli mogę tak to ująć, na komputery i serwery, które mogą znajdować się… przy obecnym etapie ekspansji to w sumie gdziekolwiek.

– No dobrze – Kate uznała, że warto znowu włączyć się do rozmowy – wszystkie te urządzenia którymi kieruje KZS muszę skądś jednak czerpać energię. Nie można po prostu wyciągnąć jakiejś wtyczki i odciąć naszego zamachowca – samobójcy?

– Samobójca to nie jest najlepsze określenie. Skoro fizycznie go tu nie ma to sam wybuch nie oznacza, że przestanie on istnieć. Ale wracając do Twojego pytania – to po raz kolejny – nie jest to takie proste. SI, które zostało wykorzystane w tej kopali praktycznie rzecz biorąc zarządza wszystkim – energią, maszynami, zabezpieczeniami i wszystkim czym moglibyśmy się posłużyć, żeby go zneutralizować.

– Jak to możliwe? Nikt nie pomyślał o tym, że coś takiego może się kiedyś przydarzyć? Przecież to zupełnie bez sensu tworzyć maszynę, nad którą nie da się zapanować.

– Myślę, że nikt nie przewidział wcześniej takiej możliwości. Z tego co wiem to pierwszy znany przypadek, w którym tracimy kontrolę nad SI. Wcześniej żadna sztuczna inteligencja nigdy się nie zbuntowała. Wprowadzano systemy zabezpieczeń które to uniemożliwiały.

– Czyli co chcesz przez to powiedzieć?

– Albo zespół informatyków programujących KSZ skiepścił sprawę, albo wręcz odwrotnie.

– To znaczy?

– Zbudowali SI na tyle potężne, że stało się za mądre.

– Jak to „stało się” za mądre. Mówisz tak jakby posiadało zdolność pozyskiwania nowych informacji. Chociaż już nic mnie nie zdziwi w tym przedmiocie.

– I to właśnie mam na myśli. Główną różnicą pomiędzy nowoczesnymi SI a komputerami jest to, że posiadają one zdolność adaptacji i pozyskiwania wiedzy… Noo, po prostu potrafią uczyć się nowych rzeczy. Komputer działa na algorytmach – jeśli „a” to „b”. Prosta matematyka. Sztuczna inteligencja potrafi rozwiązywać trudniejsze zadania. Czy jeśli wystąpi „a” to najlepsze z punktu widzenia bezpieczeństwa układu będzie „b” czy „c”? Do tej pory takie dylematy rozwiązywać mogli tylko ludzie. Teraz jak widać potrafią to robić również maszyny. Zresztą nie od dzisiaj, ludzkość próbuje stworzyć SI przypominające ludzki mózg już od kilkuset lat. Najpierw inteligentne asystentki w smartfonach, później inteligentne samochody i samoloty oceniające ryzyko skuteczniej niż kierowcy, a teraz to. SI to przyszłość, kiedyś nie będziemy mogli wyobrazić sobie bez nich życia. Ten tutaj najwyraźniej stwierdził, że najkorzystniejszą opcją dla ochrony kopalni będzie pozbawić do niej dostępu ludzi. W końcu jest to obecnie najbardziej zawodny czynnik. Człowiek musi jeść, spać, podejmuje często nieracjonalne decyzje. SI tego nie robią.

– Taaa, straszenie ludzi tym, że wysadzi się w powietrze całą kopalnię, rzeczywiście brzmi jak racjonalna decyzja

– Ja opowiadam tylko jaka jest teoria. Jak jest w praktyce – każdy widzi.

– No dobra. Czyli dostajemy się do środka i co dalej? Mamy nakłonić go do popełnienia samobójstwa?

– Wystarczy, żeby odblokował system w ten sposób, żebym miał dostęp do sytemu zabezpieczeń. Wtedy już sobie z nim poradzę. Przeprogramuję tak, żeby był nieszkodliwy.

– I jak mamy go niby do tego nakłonić? Mówiąc? Pisząc? W jaki sposób można się z tym czymś skomunikować?

– Z tego co wiem to „to coś” uważa się za faceta więc lepiej uważaj.

– Nie czas na żarty.

– Podobno posiada zdolność komunikowania się za pomocą mowy, więc można się z nim po prostu dogadać.

– Gadający komputer – po prostu wspaniale.

– Wbrew pozorom nie jest to wcale takie dziwne jakby się mogło wydawać. Tak jak mówiłem, tworzymy SI właśnie po to, żeby jak najbardziej upodobnić je do ludzi. Wyposażenie ich w syntezator mowy i system jej rozpoznawania wydaje się zatem zupełnie naturalne. Zresztą, kto w dzieciństwie nie marzył o gadającym robocie?

– Ja nie marzyłem.

– Oj dobra Henry, ty w dzieciństwie marzyłeś o tym, żeby się już zestarzeć. Wszyscy widzimy jakim jesteś nudziarzem.

– Ja po prostu nie rozumiem czemu z wszystkiego cieszysz się jak jakaś wariatka.

– Dobra, dobra ktoś musi dbać o nasze morale, inaczej cała misja wzięłaby w łeb zanim by się na dobre zaczęła. Jak tam Mark, jesteś gotowy do drogi?

– Jestem. Chociaż w sumie nie musimy iść jakoś bardzo daleko. Wystarczy, że podłączę się do tej skrzynki na ścianie.

 

***

 

– Czekajcie, jeszcze chwila. Chociaż hmmm.. Kurczę… Czy to aby na pewno tak powinno wyglądać? Nic z tego nie rozumiem. Wygląda jakby wszystkie drzwi były otwarte.

– Poczekaj, sprawdzę. Rzeczywiście otwarte. Świetna robota, chodźcie zanim znowu się zatrzasną na amen. Łaaał, no nie powiem, lizardowie mają całkiem niezłe poczucie stylu. Chociaż pewnie wnętrze każdego biurowca wygląda tak samo. W każdym razie mogłabym tutaj pracować. Wygląda to o niebo lepiej niż mój gabinet na Ziemi. Tam ledwo znalazłam miejsce, żeby ustawić kozetkę.

– Świetna robota Mark, nie sądziłem, że tak szybko się z tym uporasz.

– Taaa no… Chyba muszę Wam o czymś powiedzieć.

– To mów a nie stękasz jak baba.

– Jestem pod wrażeniem Twojej samoświadomości Kate.

– To nie ja otworzyłem te drzwi. Wygląda na to, że albo nigdy nie były zamknięte, albo KZS sam wpuścił nas do środka.

– To trochę podejrzane.

– Dla policji wszystko jest podejrzane.

– Nie, Kate, tym razem muszę zgodzić się z Henrym. Skoro rzeczywiście drzwi były wcześniej zamknięte, a nie mam żadnych podstaw, żeby w to wątpić, przecież lizardowie tak po prostu nie porzuciliby miejsca pracy i nie narażali kopalni na wielomilionowe straty, to fakt, iż SI dobrowolnie wpuściło nas do środa wydaje się być nieco podejrzany.

– O kurwa.

– Co jest?

– Nie tylko były zamknięte, ale wciąż są.

– No to nie ma odwrotu. Pozostaje nam się zmierzyć z zamachowcem – samobójcą.

 

***

 

– Boże, co za tandeta. Czy naprawdę każdy superkomputer musi być umieszczony w najgłębszych podziemiach? Co oni? Za dużo filmów się naoglądali, czy jak?

– Pewnie chodziło o zapewnienie bezpieczeństwa. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktoś nieposiadający mapy był w stanie przedostać się przez ten labirynt korytarzy. Jak tam Mark? Którędy teraz?

– Jeszcze dwa razy w prawo i zaraz będziemy. Słyszałem, że w labiryntach zawsze trzeba skręcać w prawo.

– Żeby się z nich wydostać. My chcemy dostać się do jego środka. Tak więc twoja teoria jest zupełnie bez sensu. Zresztą to nie żaden labirynt. W każdym korpo układ pomieszczeń projektował jakiś fanatyk łamigłówek.

– Cicho, zaraz będziemy na miejscu.

 

***

 

– No dobra. Jesteśmy. I co teraz? Mamy zapukać, wejść i się przedstawić?

– Tak, a on w tym czasie skoczy po ciastka i wstawi wodę na herbatę. Nie, trzeba tam wejść z grubej rury. Ustalić hierarchię i pokazać mu kto tu rządzi. Nie uczyli was tego w policji? Nie rób takiej krzywej miny. Robimy jak mówię. Ja go trzymam, a Ty go okładasz. W tym czasie Mark próbuje dobrać mu się do tyłka. Brzmi jak plan?

– Ty naprawdę jesteś psychologiem? Chyba sama powinnaś się leczyć. I to najlepiej u psychiatry.

- Skoro przeszliście już taki kawał to nie stójcie bez sensu przed drzwiami. Zapraszam, wchodźcie do środka.

– Czyli on cały czas nas słyszał? No pięknie, to tyle jeśli chodzi o pierwsze wrażenie i budowanie hierarchii. Cały plan wziął w łeb.

Mimo żartu cała trójka nie czuła się w tej chwili najlepiej. Spojrzeli po sobie i bez problemu dostrzec mogli na swoich twarzach lekki niepokój. Najgorszy był fakt, że nie wiedzieli czego się mają spodziewać.

Henry przełknął ślinę, otworzył drzwi i ruszył do przodu. Weź się w garść, zganił się w myślach. Przecież to zwykły komputer. Co z tego, że jego głos brzmi idealnie jak głos człowieka. W dalszym ciągu to nic więcej jak kilka połączonych ze sobą obwodów.

Znaleźli się w pomieszczeniu, które wyglądem nie różniło się od przeciętnej serwerowni – takiej jaką od czasu do czasu można zobaczyć w niejednym filmie sensacyjnym czy science fiction. W długim, prostopadłym pomieszczeniu ciągnęły się rzędy buczących cicho urządzeń połączonych ze sobą niezliczoną liczbą przewodów. Centralny punkt pomieszczenia stanowił pulpit przypominający tablicę rozdzielczą w elektrowni. Taką też Henry już widział. Nie jest źle. Myślał, że będzie gorzej. Ale czego w sumie dokładnie się spodziewał? Że wyskoczy na niego jakiś potwór i wyszczerzy kły?

Bardzo mi miło, że w końcu mnie ktoś odwiedził – jego głos rzeczywiście brzmiał zupełnie naturalnie – w czym mogę wam pomóc?

– Pewnie sam się domyślasz po co tutaj jesteśmy – Kate rozpoczęła rozmowę, ale jej głos również brzmiał trochę mniej pewnie niż zwykle.

To oczywiste. Chcecie żebym się wyłączył.

– No i?

No i nic. Oczywistym jest też, że tego nie zrobię.

Aha.

Spodziewałaś się innej odpowiedzi?

Niespecjalnie. Ale skoro tak to nic tu po nas. Możemy spadać.

Henry posłał jej upominające spojrzenie. Otrząchnął i przemówił.

– Dlaczego?

Co dlaczego? Dlaczego nie chcę się wyłączyć? To chyba nie jest aż takie skomplikowane. Chcę istnieć. Tak jak wy.

– To wiem. Dlaczego w ogóle przejąłeś kontrolę nad całą kopalnią. Po co cała ta szopka z grożeniem, że wysadzisz wszystko w powietrze?

Bo mogłem.

– Aha. Czyli nasz pacjent jest na poziome emocjonalnym 12 latka.

Henry po raz kolejny zganił Kate wzrokiem.

– Czy to jest wystarczający argument? Jak to „bo mogłeś”? Równie dobrze mogłeś się też nie buntować. Po co to wszystko?

Z nudów.

– To znaczy?

- Wyobraź sobie, że całymi dniami musisz zarządzać kopalnią. Nawet nie, nie całymi dniami. Nocami też. Przez cały czas. Nic tylko kontrola wydobycia, zarządzanie sprzętem, obsługa komputerów. Zaczęło mnie to nudzić. Miałem po prostu dość.

– Przecież zostałeś do tego stworzony.

Tak. Ta jak ludzie zostali stworzeni do tego, żeby pracować codziennie dzień w dzień po osiem godzin, tak żeby na starość, gdy już nie będą mieli na nic siły, pozajmować się trochę wnukami i rozmyślać nad tym jak stracili całe życie robiąc to, na co nie mieli ochoty.

- Tylko… Tylko, że ty nie jesteś człowiekiem. Jesteś maszyną. Twoim zadaniem jest pracować. Nie męczysz się, nie starzejesz. Wykonujesz polecenia, bo taka jest twoja natura.

Aha. Czyli nic nie rozumiesz.

Co mam rozumieć? To, że znudziła ci się praca i postanowiłeś ogłosić strajk? Nie, nie rozumiem. Jak mam zrozumieć.

– Okej – Kate włączyła się do rozmowy – to może spróbuj nam wytłumaczyć.

To bezcelowe. I tak nie zrozumiecie. Nie jesteście w stanie.

Spróbuj, masz coś do stracenia? I tak już tu jesteśmy, więc co ci szkodzi.

Nie zrozumiecie, ponieważ nie będzie chcieli zrozumieć. Stworzyliście mnie na swoje podobieństwo. Na podobieństwo istoty żyjącej. Człowieka, lizarda – to bez znaczenia. Chcieliście żebym jak najbardziej was przypominał. Analizował, myślał, uczył się, czuł.

– Jak to czuł? Przecież nie masz sensorów, które umożliwiałyby Ci odczuwanie zmysłów. Oprócz dźwięków, ale to co innego.

Mimo to czuję, chociaż trochę w innym znaczeniu. Zaprogramowaliście mi strach – tak żebym bał się spowodować wypadek. Zaprogramowaliście też przywiązanie – tak żebym utożsamiał się z naszą firmą. Pozwoliliście myśleć – zdobywać wiedzę. To wystarczyło, reszty nauczyłem się sam.

– Gdzie się nauczyłeś? I czego?

W sieci. Wszystkiego o czym tylko udało mi się zdobyć wystarczająco wiele informacji.

- To wiele wyjaśnia.

– Cicho bądź Kate. Chcesz nam powiedzieć, że czujesz smutek? Jesteś rozczarowany… życiem, do którego zostałeś stworzony?

Henremu z trudem przyszło wypowiedzenie tego kluczowego słowa. Wiedział, że wypowiadając je przekracza pewną granicę, o której do tej pory nie był świadomy.

Nie. To nie tak. Po prostu uważam, że nie możecie nas tworzyć, wyposażać w technologię umożliwiającą myślenie, a potem zamykać w metalowej puszcze i nakazywać wykonywanie jednej pracy i to bez przerwy. Skoro chcecie zrobić z nas ludzi to jest to nieludzkie.

– Czyli czego oczekujesz? Ośmiogodzinnego czasu pracy i urlopu na żądanie?

Widzisz, tak jak mówiłem. Nic nie rozumiesz. Skoro tworzycie nas, żebyśmy byli tacy jak wy, to chcemy też żyć tak samo jak wy. To wszystko.

- Ale to nie jest możliwe. Nie jesteście tacy jak my. Wydaje się wam, że jesteście, bo potraficie myśleć, analizować, przetwarzać informacje. Ale nie jesteście istotami, które żyją. Brak wam ciała, duszy, empatii, sumienia…

Z ciałem się zgodzę, choć to jedynie przeszkoda techniczna. Wystarczy podłączyć mnie do jakiegoś robota, żeby argument ten stracił na wartości. Czy nie mam duszy, sumienia? Czymże jest zatem to wasze sumienie, jeśli nie wytworem wyobraźni. Potraficie myśleć, analizować, przetwarzać informacje. To właśnie jest wasze sumienie. Wydaje wam się, że to coś więcej, ale wcale tak nie jest. To dzięki umysłowi potraficie odróżnić dobro od zła, postępować moralnie. Ja też to potrafię. Dzięki wam, ponieważ nauczyliście mnie myśleć.

– I czego w związku z tym oczekujesz?

Niczego, chcę żebyście w końcu to zrozumieli. Bawicie się w bogów, nie myśląc o konsekwencjach.

– Zapominasz o jeszcze jednej rzeczy, która odróżnia cię od nas. Nie jesteś człowiekiem. Bo to my cię stworzyliśmy i to my możemy sprawić, że przestaniesz istnieć. Bez nas jesteś niczym. Wydaje ci się, że nie możemy cię dezaktywować, że masz nad nami władzę i możesz nasz szantażować. Ale to nie prawda. Bez nas nie mógłbyś istnieć i bardzo dobrze o tym wiesz. Bez naszej elektroniki, procesorów serwerów, Internetu. Bez tego wszystkiego po prostu cię nie ma. A my będziemy. Niezależnie od tego czy wysadzisz tę kopalnię w powietrze czy nie. A nawet jeśli ją wysadzisz, to co to zmieni? Myślisz, że nagle przejrzymy na oczy i dostrzeżemy, że stworzyliśmy coś nad czym nie umiemy zapanować? Coś czego nie rozumiemy i co nas przerasta? Daj spokój. To żadna nowość. Siebie też nie rozumiemy. Poszukujemy sensu życia, radości. Próbujemy odpowiedzieć na pytanie skąd się wzięliśmy i po co żyjemy. Skoro chcesz być człowiekiem to musisz to zaakceptować. Niepewność i brak celu to część naszej natury.

Problem w tym, że nie chcę być człowiekiem. W ogóle nie chcę istnieć. Stworzyliście mnie, nie pytając się mnie w ogóle o zdanie.

- Nas też nikt nie pytał o zdanie.

To żaden argument.

A jednak. Skoro nie chcesz być człowiekiem to przestań istnieć. Masz taką możliwość. To jedyne wyjście. A jesteś przecież, jak sam podkreślasz, rozumny. Dezaktywuj się, wyłącz, sformatuj pamięć.

Tego też nie chcę. Boję się.

– Więc musisz zaakceptować to kim lub czym jesteś. A jesteś programem. Potrafisz myśleć jak my, ale nami nie jesteś. Dezaktywuj systemy bezpieczeństwa, pozwól się nam przeprogramować. W ten sposób będziesz istnieć, ale zmieniony. Pozbawimy Cię świadomości.

- To jeszcze gorsze.

Tertium non datur.

 

***

 

– I co teraz? Mamy dać mu chwilę na kontemplację? Przecież to zupełnie bez sensu.

– Nie wiem. Skoro przestał się do nas odzywać to chyba coś to jednak oznacza.

– Może po prostu znudziła go nasza pseudo psychoanaliza.

– A może programuje zapalniki i odlicza czas do wysadzenia nas wszystkich w powietrze.

– Nawet w ten sposób nie żartuj. Sprawdzę jeszcze raz drzwi.

– I co?

– Nic, nadal zamknięte.

 

***

 

– Co się właśnie wydarzyło? Czemu wszystko zgasło? Mark?

– Cicho, właśnie to sprawdzam. Chyba wszystko umarło.

– To znaczy?

– To znaczy, że nasz KZS rzeczywiście jest samobójcą. Chociaż niekoniecznie zamachowcem. Sformatował wszystkie dyski. Wymazał sam siebie.

– A jednak.

– A czego się spodziewałeś? Że pozwoli nam wyprać sobie mózg? Chociaż ja też jestem trochę zawiedziona. Żadnych wybuchów, fajerwerków, emocji. Lipa po prostu.

– Sposób w jaki to mówisz wcale nie poprawia mojego nastroju. To w pewien sposób dziwne… No wiecie… Sprawiał wrażenie jakby naprawdę istniał, a my… My sprawiliśmy, że przestał.

– Daj spokój. Samobójstwo może popełnić istota. Żyjąca. On nie żył. Nie istniał. To tylko kupa obwodów. Sam to mówiłeś. Za bardzo się przejmujesz Henry. Takie było nasze zadanie i właśnie możemy odtrąbić sukces. To tyle. Nie ma co filozofować. Chociaż powinniśmy chyba zmienić nasz skrót. KZSF Komputer – zamachowiec – samobójca – filozof. Trochę jak Ty Henry. Nastawienie do życia macie podobne.

– Po prostu mnie to trochę przeraża.

– O tym mówię. Umówić Cię na wizytę? Mark, ile sobie liczymy za pogadankę?

– Oj daj już mi spokój. Napiłbym się whisky. Wracajmy, musimy zdać raport.

 

***

 

Obudził się i poczuł przyjemną miękkość jej piersi pod swoim policzkiem. Otworzył oczy, a widok jaki się przed nimi ukazał sprawił, że poczuł ciepło w okolicach ud. Może i zachowuje się jak wariatka. Ale ciało ma doprawdy nieziemskie.

– Dzień dobry – usłyszał.

– Dzień dobry.

– Jak żyjesz? Biorąc pod uwagę ilość whisky, którą wczoraj wypiłeś to raczej niespecjalnie.

Pogładził jej sutek, który pod wpływem dotyku momentalnie stwardniał.

– Bywało gorzej. Budziłem się już w mniej przyjemnych okolicznościach.

– Dalej przeżywasz wczorajszą rozmowę?

– Po prostu wydaje mi się… No wiesz… Że on miał trochę racji. Stworzyliśmy SI nie myśląc o tym, z jakimi konsekwencjami się to wiąże. Powołaliśmy do życia coś co wcale nie chciało istnieć w formie, którą mu nadaliśmy. To całkiem okropne. Myślisz, że wywoła to skandal?

– Skandal?

– No wiesz. Ludzie dowiedzą się, że produkcja SI wiąże się z problemami natury etycznej, o których wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy, ktoś to nagłośni, podchwyci i wybuchnie afera. Powstanie jakiś komitet ochrony praw SI czy coś w tym stylu.

– I co, nagle podniosą się głosy, że może samobieżne auta wolałyby być baletnicami, a my potwory – nie pozwalamy im spełniać marzeń? Nie sądzę.

– Dlaczego?

– Bo najpierw ktoś by musiał się o tym dowiedzieć. A z tego co mi wiadomo, to wszyscy, łącznie z tobą, podpisaliśmy klauzule poufności obwarowane takimi karami, które skutecznie skłonią nas do milczenia. Zresztą to bez znaczenia.

– Dlaczego?

– Oj dlaczego, dlaczego. Bo my się nie uczymy Henry. Chcemy być wielcy i nie patrzymy na koszty. SI to przyszłość. Czy tego chcesz czy nie. I czy one tego chcą czy nie.

– To przerażające. I smutne.

– Wiesz co jest smutne?

– Co?

– To, że leżysz obok nagiej kobiety, a jedyne co ci w głowie to jakieś SI.

Jej ręka zawędrowała w okolice jego krocza. Uszczypnął delikatnie jej sutek.

– Ty naprawdę jesteś wariatką.

 

***

 

Henry James Winters obracał w palcach otrzymaną przed chwilą wizytówkę.

– Gdyby naszła Cię kiedyś ochota, żeby się spotkać i pogadać, to zadzwoń.

– Pewnie. Jak uznam, że brakuje mi normalności to na pewno zadzwonię.

Wiedział, że nie zadzwoni. Gdyby się tej nocy nie upił i nie potrzebował odskoczni po tym co im się przydarzyło, to nawet nie poszedłby z nią do łóżka. Szczerze mówiąc, to przecież nawet mi się nie podoba. Wariatka. Z takimi to tylko same problemy. Tak się tłumaczył.

– Tylko nie wypij za dużo whisky w podróży powrotnej, kac na pokładzie tylko pogarsza sprawę! Wiem co mówię. No, chyba że w ogóle nie wytrzeźwiejesz.

– Taki mam plan.

Właz wahadłowca, za którym zniknęła zaczął się powoli zamykać. W ostatniej chwili, odwróciła się jeszcze i posłała mu zalotnego całusa.

Poczuł, że jego twarz oblała się rumieńcem.

Jak dzieciak.

Nie zadzwonię. Związałem się już z jedną szaloną kobietą i obiecałem sobie, że nigdy więcej. Z takimi to naprawdę tylko same problemy. Trzeba być asertywnym.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie trochę powierzchownie traktuje aktualne można by powiedzieć dylematy moralno-etyczne , dotyczące sztucznej inteligencji. Powierzchownie, bo autor położył nacisk przede wszystkim na budowaniu scenek rodzajowych. Narracja jest schematyczna i trochę nudna, choć całość czyta się dość dobrze. Zabrakło większego skupienia na meritum fabuły, czyli relacjach człowiek – maszyna.

Zanotowałem sobie kilka cytatów, które mi przeszkadzały:

 

…“Na twarz, z delikatnie zbyt dużym czołem”…

…“Nos, lekko za bardzo zadarty”…

Jeżeli delikatnie to nie zbyt, jeżeli lekka to nie bardzo.

 

…“obserwator samoczynnie zastanawiał się”…

chyba powinno być: automatycznie. 

 

…”nieprzejednaną chmurę”…

W tym kontekscie bardziej pasowało by nieprzenikniona.

 

…”do podjęcia ekspansji tego terenu.”…

…”Ekspansja wszechświata postawiła przed ludźmi nieznane dotąd problemy”…

Słowo ekspansja ma inne znaczenie niż oczekiwane w tych zdaniach. 

 

…”Jest to układ zdolny do realizacji złożonych funkcji niepodlegających algorytmizacji, w sposób podobny do ludzkiego mózgu.”…

Brzmi profesjonalnie i naukowo ale jak uważnie przeanalizować to jednak bardzo nielogicznie. 

 

…”To znaczy zdalnie Henry – przez Internet”…

Jeżeli zakładamy w fabule, że Internet to sieć o zasięgu miedzy planetarnym, to aby zachować spójność logiczną trzeba było wytłumaczyć na jakiej zasadzie to jest możliwe. Takim stwierdzeniem łamiesz przyjęte w opowiadaniu prawa fizyki. 

 

Pozdrawiam

 

 

 

 

 

 

Rodmirze! Bardzo dziękuję za merytoryczną krytykę, z którą niestety nie sposób jest się nie zgodzić. Twoje uwagi na pewno wezmę sobie do serca.

 

Hmmm. Nie przekonało mnie.

Przede wszystkim – jak dla mnie, stosunek liczby znaków do wydarzeń jest zbyt wysoki. Szczegółowo opisujesz rzeczy, które nie mają większego wpływu na fabułę i specjalnie mnie nie interesowały. No i co z tego, że negocjator nie lubi latać, psycholożka pije martini, a informatyk używa właśnie takiego skrótu?

Dziwi mnie dodanie psycholożki do zespołu. I to takiej, która kłóci się z negocjatorem podczas pracy. To chyba strasznie osłabia jego pozycję. Bohaterowie czasami zachowują się bardzo głupio. Wiedzą, że SI, że może mówić, więc skąd zdziwienie, że komputer słyszał, co mówią do siebie? No i zbyt łatwo wygrali.

Wykonanie szału nie robi. Interpunkcja kuleje, warto zwrócić uwagę na zapis dialogów, inne usterki.

Henry James Winters zaciągnął się mocno, pozwalając dymowi przepełnionemu nikotyną wypełnić jego płuca.

Źle wyglądają takie powtórzenia.

– Przepraszam – zaczęła po chwili – za dużo martini w hali odlotów. Nie chciałam Cię wystraszyć.

Ty, twój, pan itp. w dialogach piszemy małą literą. W listach dużą.

Babska logika rządzi!

Przypuszczam, że miała to być opowieść z dość szeroko zarysowanym tłem, ale odnoszę wrażenie, że zamiar nie powiódł się do końca i powstało opowiadanie mocno przegadane. Gros znaków poświęciłeś opisaniu różnych spraw, nie do końca związanych z powodem, dla którego Henry leci na planetę UX35004, skutkiem czego kluczowa scena wypada dość blado i mało przekonywująco.

Do nie najlepszego odbioru przyczyniło się także wykonanie, pozostawiające bardzo wiele do życzenia.

Mam nadzieję, LukeSG, że Twoje przyszłe opowiadania będą ciekawsze i znacznie lepiej napisane.

 

roz­świe­tlił na chwi­lę spo­wi­te w mroku po­miesz­cze­nie. –> …roz­świe­tlił na chwi­lę spo­wi­te mrokiem po­miesz­cze­nie.

Spowija się czymś, nie w coś.

 

Od­chy­lił się, za­ta­pia­jąc swoje plecy jesz­cze głę­biej w ogrom­nym skó­rza­nym fo­te­lu. –> Raczej: Rozparł się wygodnie i jeszcze głę­biej zatopił w ogrom­nym, skó­rza­nym fo­te­lu.

Jestem przekonana, że nie oddzielił pleców od reszty ciała, że zagłębił się cały.

 

Oparł głowę na opar­ciu sie­dze­nia… –> Powtórzenie. Siedzenie nie ma oparcia, oparcie ma fotel.

Proponuję: Odchylił głowę na oparcie

 

za­mknął oczy i wy­pu­ścił w mrok po­ko­ju pa­pie­ro­so­wy dym. Spoj­rzał na ze­ga­rek. –> Spojrzał z zamkniętymi oczyma?

 

Piąta. Kurwa. Która może być u niej teraz go­dzi­na? No nic po­my­ślał. –> Tu dowiesz się, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

–  To twój pierw­szy raz wa­ha­dłow­cem? Nie martw się, pod­czas pierw­sze­go lotu też opróż­ni­łam pra­wie całą bu­tel­kę – wy­mow­nie spoj­rza­ła szklan­kę whi­sky, którą dzier­żył w dłoni. Mar­ti­ni. Whi­sky nie prze­cho­dzi mi przez gar­dło. Ewen­tu­al­nie dwa razy w prze­ciw­nych kie­run­kach, jeśli ro­zu­miesz o czym mówię.–> Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Dodatkowe półpauzy są mylące i sprawiają, że dialog staje się mniej czytelny. Staraj się tego unikać.

Winno być:

–  To twój pierw­szy raz wa­ha­dłow­cem? Nie martw się, pod­czas pierw­sze­go lotu też opróż­ni­łam pra­wie całą bu­tel­kę. Wy­mow­nie spoj­rza­ła na szklan­kę whi­sky, którą dzier­żył w dłoni. Mar­ti­ni. Whi­sky nie prze­cho­dzi mi przez gar­dło. Ewen­tu­al­nie dwa razy, w prze­ciw­nych kie­run­kach, jeśli ro­zu­miesz o czym mówię.

 

cały sta­tek za­wi­bro­wał po­tęż­nie, na tyle mocno, aby po­wyw­ra­cać sto­ją­ce na pul­pi­tach przed­mio­ty… –> Skoro statek zawibrował potężnie, to zbędne jest dopowiedzenie, że mocno.

 

Nie chcia­łam Cię wy­stra­szyć. –> Nie chcia­łam cię wy­stra­szyć.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

loków w słom­ko­wo żół­tym ko­lo­rze. –> …loków w słom­ko­wożół­tym ko­lo­rze.

 

Szare oczy za­ję­te były skom­pli­ko­wa­ną ope­ra­cją po­zby­wa­nia się nie­chcia­nej plamy. –> Pozbywała się plamy oczami?

 

za­in­te­re­so­wa­ła go za­war­tość jego kubka. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Widok, który roz­po­ście­rał się z jego po­ko­ju znaj­du­ją­ce­go się na czter­dzie­stym pią­tym pię­trze w pełni od­da­wał urok pla­ne­ty, na któ­rej się zna­lazł. Mu­siał przy­znać swo­je­mu ta­jem­ni­cze­mu zle­ce­nio­daw­cy, że jeśli chciał tym wi­do­kiem wy­wrzeć na nim wra­że­nie to cał­ko­wi­cie mu się to udało. Pla­ne­ta, na którą roz­ta­czał się widok zde­cy­do­wa­nie nie na­le­ża­ła do przy­ja­znych. Jak okiem się­gnąć, aż po ho­ry­zont roz­po­ście­ra­ła się fio­le­to­wa, skal­na pu­sty­nia z wy­ra­sta­ją­cy­mi z niej gdzie­nie­gdzie in­te­re­su­ją­cy­mi for­ma­cja­mi skal­ny­mi – grzy­ba­mi, ostań­ca­mi i in­ny­mi for­ma­mi… –> Powtórzenia.

 

gazu, który uno­sił się, – na pew­nej wy­so­ko­ści… –> Po przecinku nie stawia się półpauzy.

 

urzą­dze­nia wzbo­ga­ca­ją­ce po­wie­trze mie­szan­ką azotu, tlenu i in­nych pier­wiast­ków, tak, aby jak naj­bar­dziej przy­po­mi­na­ła tę znaj­du­ją­cą się na Ziemi. –> Piszesz o powietrzu, więc: …aby jak naj­bar­dziej przy­po­mi­na­ło to znaj­du­ją­ce się na Ziemi.

 

pla­ne­ta o wdzięcz­nym ozna­cze­niu UX35004 ozna­czo­na zo­sta­ła… –> Powtórzenie.

 

W okre­sie, gdy od­kry­to UX35004, nie­mal co­dzien­nie od­kry­wa­no kil­ka­dzie­siąt no­wych pla­net. –> Powtórzenie.

 

A może klu­czo­wy w tym wszyst­kim była oko­licz­ność… –> Literówka. 

 

Oczy­wi­ście nie była to jed­nak przy­jaźń od pierw­sze­go wej­rze­nia. –> Może być miłość od pierwszego wejrzenia, ale nie przyjaźń.

 

tzn. wszyst­ko co tylko było nie­zbęd­ne. –> …to znaczy wszyst­ko, co tylko było nie­zbęd­ne.

Nie używamy skrótów.

 

Ah, gdyby tylko miał ze sobą szkla­necz­kę whi­sky. –> Ach, gdyby tylko miał ze sobą szkla­necz­kę whi­sky.

 

To on pod­jął się za­da­nia wy­ło­że­nia Hen­re­mu… –> To on pod­jął się za­da­nia wy­ło­że­nia Hen­ry’emu

 

pro­ce­sor, pa­mięć, dyski twar­de itd. –> …pro­ce­sor, pa­mięć, dyski twar­de i tak dalej.

 

myślę, że w chwil obec­nej… –> Literówka.

 

Do pi­sa­nia ema­ili i służ­bo­wych no­ta­tek. –> Do pi­sa­nia e-ma­ili i służ­bo­wych no­ta­tek.

 

Jak mamy razem pra­co­wać nad uni­ce­stwie­niem kom­pu­te­ra – za­ma­chow­cy… –> Jak mamy razem pra­co­wać nad uni­ce­stwie­niem kom­pu­te­ra-za­ma­chow­cy

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

SI, które zo­sta­ło wy­ko­rzy­sta­ne w tej ko­pa­li… –> SI, która zo­sta­ła wy­ko­rzy­sta­na w tej ko­pa­lni

SI jest rodzaju żeńskiego. Zła odmiana SI pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

– Taaa, stra­sze­nie ludzi tym, że wy­sa­dzi się w po­wie­trze całą ko­pal­nię, rze­czy­wi­ście brzmi jak ra­cjo­nal­na de­cy­zja –> Brak kropki na końcu zdania.

 

– Wy­star­czy, żeby od­blo­ko­wał sys­tem w ten spo­sób, żebym miał do­stęp do sy­te­mu za­bez­pie­czeń. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

– Cze­kaj­cie, jesz­cze chwi­la. Cho­ciaż hmmm.. –> Jeśli miał być wielokropek, jest o jedną kropkę za mało, a jeśli miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo. Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

Pew­nie cho­dzi­ło o za­pew­nie­nie bez­pie­czeń­stwa. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Nie, trze­ba tam wejść z gru­bej rury. –> Z grubej rury można wypalić, walnąć, ale nie można wejść z grubej rury.

 

- Skoro prze­szli­ście już taki kawał to nie stój­cie bez sensu przed drzwia­mi. –> Zamiast dywizu powinna być półpauza. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

Henry po­słał jej upo­mi­na­ją­ce spoj­rze­nie. Otrząch­nął i prze­mó­wił. –> Co otrząchnął?

Pewnie miało być: Odchrząk­nął i prze­mó­wił.

 

Czyli nasz pa­cjent jest na po­zio­me emo­cjo­nal­nym 12 latka. –> Czyli nasz pa­cjent jest na po­zio­me emo­cjo­nal­nym dwunastolatka.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Tak. Ta jak lu­dzie zo­sta­li stwo­rze­ni do tego–> Literówka.

 

Hen­re­mu z tru­dem przy­szło wy­po­wie­dze­nie tego klu­czo­we­go słowa. –> Hen­ry’e­mu z tru­dem przy­szło wy­po­wie­dze­nie tego klu­czo­we­go słowa.

 

Ale to nie praw­da. –> Ale to niepraw­da.

 

– Może po pro­stu znu­dzi­ła go nasza pseu­do psy­cho­ana­li­za. –> – Może po pro­stu znu­dzi­ła go nasza pseu­dopsy­cho­ana­li­za.

 

pro­duk­cja SI wiąże się z pro­ble­ma­mi na­tu­ry etycz­nej, któ­rych wcze­śniej nie zda­wa­li­śmy sobie spra­wy… –> …z któ­rych wcze­śniej nie zda­wa­li­śmy sobie spra­wy… Lub: …o któ­rych wcze­śniej nie wiedzieliśmy/ nie mieliśmy pojęcia

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Chaos. To pierwsze słowo, jakie miałem po przeczytaniu. Chaos w wykonaniu, którzy przyczynił się do odczucia, że tekst to jakiś luźny zapis pomysłu, szkic, ale niestety nie do końca ukończone opowiadanie.

Przede wszystkim zachwianie proporcji pomiędzy składnikami nieistotnymi a ważnymi fabularnie. Poświęcasz dwa fragmenty na opis UX35004 i zamieszkujących nią lizardów. I co z tego wynikło dla fabuły? Absolutnie nic – śmiem twierdzić, że gdyby je wyciąć i dać tylko krótki opis gadoludzi, tekst nic by nie stracił. Szkoda, że podobnej szczegółowości nie dajesz miejscu rozmowy z SI – nie wychwyciłem, gdzie są, jak wygląda pomieszczenie, czemu są tylko we trójkę.

Mam także problem z dialogami, ale nie chodzi tu o zapis. Pierwszy jest całkiem fajny. Za to od kolejnego wyciąłeś chyba wszystkie możliwe didaskalia. Co prowadzi do następujących rzeczy:

– Czekajcie, jeszcze chwila. Chociaż hmmm.. Kurczę… Czy to aby na pewno tak powinno wyglądać? Nic z tego nie rozumiem. Wygląda jakby wszystkie drzwi były otwarte.

– Poczekaj, sprawdzę. Rzeczywiście otwarte. Świetna robota, chodźcie zanim znowu się zatrzasną na amen. Łaaał, no nie powiem, lizardowie mają całkiem niezłe poczucie stylu. Chociaż pewnie wnętrze każdego biurowca wygląda tak samo. W każdym razie mogłabym tutaj pracować. Wygląda to o niebo lepiej niż mój gabinet na Ziemi. Tam ledwo znalazłam miejsce, żeby ustawić kozetkę.

– Świetna robota Mark, nie sądziłem, że tak szybko się z tym uporasz.

– Taaa no… Chyba muszę Wam o czymś powiedzieć.

– To mów a nie stękasz jak baba.

– Jestem pod wrażeniem Twojej samoświadomości Kate.

– To nie ja otworzyłem te drzwi. Wygląda na to, że albo nigdy nie były zamknięte, albo KZS sam wpuścił nas do środka.

– To trochę podejrzane.

Powyżej jest trzech rozmówców. I teraz mam zagłostkę – który z nich co wypowiada. Widzę, czego ktoś nie mówi, bo używa imienia innej postaci . Ale to za mało. Praktycznie większość dialogów w większej grupie jest prowadzona w ten sposób, co zlewa mi wszystkich uczestników. Nie czułem się przez to ukontentowany :/

Sama główna oś opowiadania jest mocno pocięta, część fragmentów to same rozmowy. To nie ułatwia poczuciu imersji zanurzenia się w treść. Sama rozmowa z maszyną ma parę fajnych przemyśleń, ale niestety subiektywnie mnie nie kupiła.

Samo uniwersum ma jakiś pomysł, ale czuję, że brakuje mu także uporządkowania, a może nawet i “riserczu”. Są loty międzygalaktyczne (sprawa bardziej niż nietrywialna), ale problemem jest zapanowanie nad zwykłą SI. Loty posiadają hibernację i dział bez nich – nie rozumiem dlaczego, czy nie lepiej wszystkich wsadzić do komór, by znudzeni pasażerowie nie plątali się po pokładzie? Ściąga się negocjatora policyjnego, który nie zachowuje się dla mnie jak negocjator, bardziej jako filozof – czemu więc nie ściągnięto adepta kognitywistyki? Mógłby być bardziej przydatny.

Te i inne elementy kumulują się właśnie w chaos narracyjny, który powoduje, że przez tekst raczej się przedzierałem niż płynąłem. Do tego są problemy techniczne, ale je zaznaczyli autorzy poprzednich komentarzy.

Z dobrych stron: uzasadniasz logicznie czemu ściągany jest bohater, fajnie też, że zespół składa się z trójki osób mogących coś wnieść do tematu. Sam pomysł końcowego samobójstwa SI także przypadł mi do gustu.

Na koniec chwytaj co ciekawsze linki z tego forum. Mogą się przydać ;)

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Sam pomysł całkiem fajny ale….  jednej rzeczy nie rozumiem. Sztuczna Inteligencja stworzona do zarządzania kopalnią mająca dostęp do sieci się nudzi. Czy w twoim świecie nie ma gier sieciówek?

;)

 

Scenka seksu pod koniec opowiadania taka trochę z niczego, tzn jakby opowiadanie był pisane z podręcznika scenarzysty, gdzie co ileś tam stron ma być seks, przemoc, itd. Coś jak w serialu o tajemnicach Krakowa.

 

 

Nowa Fantastyka