- Opowiadanie: Rodmir - Obserwator

Obserwator

Pojawił się w losowym miejscu jak duch. Otrząsnął z mgły, otrzepał z chłodu i nagi ruszył przed siebie. Pod gołymi stopami chrzęścił iglasty dywan suchej ściółki. Nad głową szumiał sięgający nieba sosnowy las. Słońce przywitało go czerwoną tarczą na jaśniejącym wschodzie. Na zachód uciekała w popłochu ciemność mijającej nocy.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Użytkownicy II

Oceny

Obserwator

 

Pojawił się w losowym miejscu jak duch. Otrząsnął z mgły, otrzepał z chłodu i nagi ruszył przed siebie. Pod gołymi stopami chrzęścił iglasty dywan suchej ściółki. Nad głową szumiał sięgający nieba sosnowy las. Słońce przywitało go czerwoną tarczą na jaśniejącym wschodzie. Na zachód uciekała w popłochu ciemność mijającej nocy.

Nie znał, nie mógł znać okolicy. Każde wybrzuszenie ziemi, każde drzewo i każdy krzak był obcym tworem nie mającym nic, co mogłoby mu pomóc w odnalezieniu drogi. Nie wiedział nawet jakiej szuka drogi. Po prostu szedł przed siebie, szedł mijając napotykane przeszkody, mijając szary, obcy i wrogi świat nowego wcielenia.

Nie miał imienia. Zastanawiał się czy warto go mieć. Czy znowu musi wysilać się i wymyślać. Na razie nie było żadnego zaczepienia, nic co pomogłoby mu zrozumieć kontekst w jakim się znalazł. Żadnej konkretnej przesłanki, żadnej idei, najmniejszej informacji jak się przystosować, jak ukryć się w tłumie tubylców, autochtonów, którzy na pewno gdzieś tu są i żyją w swoim krótkim trwaniu, w swojej bezwzględnej walce o przetrwanie. Kątem oka zauważył ciemną wstęgę gładkiej, ciągnącej się między zarośniętymi pagórkami przestrzeni. Skręcił w tamtą stronę by przyjrzeć się temu tworowi. Być może był to pierwszy przejaw tutejszej inteligencji.

Gładka, bitumiczna droga przecinała las na dwie części. Na wschodzie zakręcała łagodnym łukiem w prawo, na zachodzie ciągnęła się aż po horyzont znikając za wybrzuszeniem terenu. Skręcił w lewo. Zakręt intrygował swoją nieobliczalnością. Za nim przecież mogło być cokolwiek, może spotka coś, co pozwoli mu zrozumieć ten świat. Z niemałym zdziwieniem oglądał swoje nowe wcielenie. Miał dwie nogi, tułów, ręce i sporą głowę wypełnioną zwojami mózgowymi. Między nogami coś mu dyndało, jakby trzecia noga, tyle że mała i niezbyt funkcjonalna. Zamknięta w genach atawistyczna wiedza uaktywniła się. Czyżby to był organ rozrodczy? Dotknął tej sflaczałej części ciała potwierdzając jej funkcję. Penis. Poczuł instynktownie, że musi go ukryć, że noszenie się z nim na wierzchu nie będzie mile widziane. Niestety na razie nie miał nic, co by mu w tym pomogło. Musiał zdać się na los i czekać na rozwój sytuacji. Na domiar złego jego ciało zaczynało się buntować. Było mu zimno i czuł dziwne ruchy trzewi. Być może należało coś zjeść i coś wypić. Ogrzać się i odpocząć. Wyglądało, że tym razem nie będzie łatwo. Ciało było bezbronne. Nie miało żadnych naturalnych elementów defensywnych. Mógł liczyć jedynie na mózg, który bez przerwy przetwarzał i analizował odbieraną przez ciało lawinę intensywnych bodźców. To było coś. Gigantyczny, ultraszybki komputer na pokładzie i to do tego bez żadnych sztucznych elementów zewnętrznych. Czuł jego potencjał. Moc obliczeniową, kreatywność która bez przerwy podsuwała mu nowe pomysły i cele.

W dali za zakrętem zauważył jakąś konstrukcję. Nie przypominała mu nic, co do tej pory widział. Przy drodze, na cienkich filarach wzniesiono zadaszenie. Pod nim w niewielkim oddaleniu od jezdni stał prostokątny budynek. Z okien sączyło się żółte, elektryczne światło. Zszedł z drogi i ruszył skrajem lasu. Nie chciał by ktoś go zobaczył w tym stanie. Wolał unikać tubylców, przynajmniej póki nie będzie miał pewności, że nie odbiega wyglądem od ich oczekiwań. Na placu przed budynkiem stał metalowy jak mu się zdawało pojazd. Wiedział, że to środek lokomocji bo miał koła. Taka konstrukcja znana była powszechnie i często wykorzystywana do redukcji tarcia. Koła się toczą dzięki czemu znacznie mniej potrzeba energii by unoszący się na nich pojazd poruszyć z miejsca. Podszedł do niego od strony drzew i bez problemu otworzył umieszczony z tyłu pojemnik na bagaż.

Posiadał wciąż swoje zdolności telekinetyczne. Wystarczyła chwila koncentracji by rozpoznać konstrukcję prostego, wewnętrznego zamka. Prawie bezgłośnie odsunął zapadkę i wieko metalowej skrytki uniosło się do góry. Zajrzał do środka. W niewielkiej, skórzanej torbie znalazł ubranie. Wyglądało dziwacznie, ale idealnie pasowało do jego ciała. Na nogi naciągnął odzież spodnią, na ramiona górną. Szybko odkrył zastosowanie małych krążków z tworzywa sztucznego i zapiął za ich pomocą wierzchnią odzież. Od razu poczuł się lepiej. Ciało zostało okryte. Chłód powietrza odizolowany od nagiej skóry.

Chwilę zastanawiał się co dalej. Może spróbować uruchomić pojazd i ruszyć, a może wstąpić do budynku i spróbować porozumieć się z siedzącą tam istotą. Zauważył ją już wcześniej, ale starał się by go nie zobaczyła. Warto byłoby poznać ich sposób komunikacji. Bez tego trudno mu będzie egzystować w tym świecie. Musiał się asymilować, wtopić w tłum, zniknąć zlewając się z otoczeniem. Ciało było słabe, śmiertelne. Łatwo było je uszkodzić, a przecież wyróżniając się nawet tylko zachowaniem narażał je na najgorsze. Tutaj, w środowisku kontrolowanym mógł poeksperymentować. Najwyżej zostanie potraktowany jak ktoś bez obycia, a w najgorszym przypadku jak ktoś upośledzony umysłowo. Przecież w każdym społeczeństwie zdarzają się jednostki odbiegające od średniej, zarówno wyglądem jak i zachowaniem.

Nie bał się. Uczucie lęku było mu obce, czuł tylko intrygujący dreszczyk emocji. Coś co zawsze towarzyszyło mu w jego wędrówkach. Ciekawość miała w sobie coś podniecającego, coś co kazało mu wciąż ryzykować, ruszać w nieznane. Emocje dawały znać o sobie. Pojawił się stres, ale logika nakazywała działać wbrew instynktowi i przełamywać obawy. Musiał działać. Tylko dynamiczne działanie, kreatywność i umiejętności dostosowawcze mogły przynieść mu sukces.

Otworzył drzwi i wszedł do środka. W jasno oświetlonym pomieszczeniu wypełnionym po brzegi półkami z towarem stał młody mężczyzna. Z pozoru spokojny ale w rzeczywistości tak samo spięty jak on. – Boi się – pomyślał. – Boi się choć nie ma czego.

Sprzedawca nerwowo uśmiechnął się do przybysza i uważnie go obejrzał. Wyraźnie widać było jak jego wzrok skanuje sylwetkę gościa. Starał się wyciągnąć z tego zachowania jak najwięcej wniosków. Może nie ubrał się tak jak to wymagały tutejsze zwyczaje. Mężczyzna ubrany był jednak podobnie. Te same niebieskie spodnie, bliźniacza, gruba bluza. Czekał aż spróbuje się skomunikować. Nie wiedział jednak, która część ciała odpowiada za komunikację. Nie miał pojęcia jak nawiązać kontakt. Tylko obserwacja tubylca mogła mu pomóc wyciągnąć odpowiednie wnioski i uzyskać niezbędną wiedzę na ten temat.

Ku jego zaskoczeniu tubylec wydał z siebie szereg dźwięków. Płynęły z ust. Odpowiednie ruchy mięśni twarzy i języka nadawały powietrzu modulacje niosącą zapewne konkretne treści. Na razie nie miał pojęcia jak je interpretować, ale mógł je naśladować. Powtórzył. Mężczyzna uniósł wargi pokazując białe zęby. To był na pewno znaczący gest, ale co wyrażał nie miał pojęcia. Powtórzył gest ryzykując, że nie będzie dobrze zrozumiany.

W tym czasie jego wewnętrzny zmysł telepatyczny skanował myśli nieznajomego. Tworzył słownik pojęć i gestów. Potrzebował więcej informacji, więcej danych. Powtórzył jeszcze raz wypowiedzianą wcześniej przez sprzedawcę frazę:

– Dobry wieczór. Czym mogę służyć?

Wciąż nie brzmiało to zbyt dobrze. Nieprzyzwyczajone mięśnie z oporem  wykonywały rozkazy płynące z mózgu. Potrzebował czasu bez względu na to, czy stojący przed nim mężczyzna coś z jego bełkotu zrozumie czy nie. Powoli zaczynały docierać do niego znaczenia wypowiadanych słów. Młodzieniec mówił:

– Aaeudfe Pn sbie… cza jatPen Purta… czy jest Pan pijany?

– Przepraszam. Niech się nie gniewa. Taka noc, że chce śmiać – odpowiedział powtarzając wcześniej zaobserwowany grymas ust. Domyślał się, że oznacza wyraz dobrego nastroju i życzliwości – uśmiech.

– Czym mogę służyć? – powtórnie zapytał sprzedawca.

– Zabłądziłem, może mi powiedzieć, gdzie jest.

Mężczyzna wykrzywił usta w geście zdumienia i niedowierzania. Prawdopodobnie zaczął przypuszczać, że ma do czynienia z obcokrajowcem, bo zmienił ton i sposób mówienia. Teraz nie mówił już tonem lekkiego znudzenia ale wolno, mocno akcentując sylaby:

– Jest Pan na sta-cji pa-liw.  Nie-da-le-ko Ry-biej Wo-li. Jest Pan pie-szo, czy sa-mo-cho-dem?

– Pieszo jest – odpowiedział starając się poprawnie wymawiać słowa. Naśladował rozmówcę. – Dzię-kuje Pa-nu. Te-raz wie gdzie jest.

– Czy mogę jeszcze w czymś pomóc?

– Nie. Dziękuje. Już idzie – mówiąc to odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku wyjścia.

Po drodze dyskretnie zabrał z półki kilka opakowań z żywnością. Jego ciało coraz bardziej domagało się uzupełnienia zużytej energii. Jak tylko znalazł się w półmroku drzew odpakował zabrane ze stacji słodycze. Czarne batoniki szybko zniknęły w jego trzewiach. Od razu poczuł się lepiej. Ruszył wzdłuż drogi obserwując przejeżdżające obok samochody. Instynktownie unikał kontaktu. Logika podpowiadała, że nie warto narażać się na zapamiętanie. Wciąż przecież wyróżniał się. Facet ze stacji na pewno go zapamiętał. Kto wie, czy na wszelki wypadek nie powiadomił tutejszych stróżów bezpieczeństwa publicznego. Zdarzały mu się już takie historie.

Po niemal godzinnym marszu dotarł do skraju miasteczka. Tuż przy drodze ciągnęły się rzędem niewielkie parterowe budynki. Dalej było ich jeszcze więcej, a i ruch na jezdni zrobił się większy. Widział też w dali ludzi, którzy co jakiś czas przechodzili przez ulicę. Podkradł się do pierwszego budynku i ostrożnie przeskoczył druciane ogrodzenie. Wyczuł, że budynek jest pusty. Mieszkańcy musieli wyjść stosunkowo niedawno, bo wyczuwał jeszcze ich charakterystyczne aury. Było ich troje. Osoba taka jak on – mężczyzna, osoba nieco odmienna płciowo – kobieta oraz jeszcze niedojrzały osobnik płci żeńskiej – dziecko – dziewczynka.

Bez problemu otworzył drzwi. Prosty system zasuwy nie mógł mu przeszkodzić w tej czynności. Szukał przede wszystkim odzieży i nowej tożsamości. W pokoju na górze, na jednej ze ścian zobaczył portret. Patrzyła z niego sympatyczna twarz o łagodnym i miłym spojrzeniu.  Wydała mu się na tyle interesująca, że za pomocą swoich mimetystycznych zdolności przekształcił swoje rysy twarzy, tak by się upodobnić do mężczyzny z portretu. Poczuł na czole bujne włosy, a na brodzie twardy zarost. Pod portretem znalazł napis. Nachylił się i głośno przeczytał:

– Jezus  Chrystus z Nazaretu.

Domyślił się, że tak nazywa się postać ze zdjęcia.  Postanowił, że będzie to jego nowa tożsamość.

Kręcąc się po mieszkaniu zastanawiał się czy postać, za którą zamierzał się podawać była kimś znanym na tym świecie. Miał nadzieje, że nie. Logicznie rzecz biorąc we własnym domu raczej wiesza się portrety rodzinne: ojca, dziadka, może wujka. Wolał tę opcję. Chciał być kimś zupełnie anonimowym. Ostrożnie opuścił dom. Nie chciał by ktoś skojarzył jego obecność z nową postacią w jaką się wcielił. By nie zostać rozpoznany musiał jak najszybciej opuścić miasteczko. W innym mieście czy wsi nikt nie będzie znał jakiegoś Jezusa.

Okrążył miasteczko idąc wzdłuż jego peryferii. Minął kilka ciemnych ulic, kilka domów i zarośniętych sadów. Wszedł znowu w głąb lasu. Zaczynało mu się tu podobać. Szczególnie upodobał sobie te wielkie, niemal monumentalne rośliny o charakterystycznych kształtach liści. Poza tym uświadomił sobie, że czuje zapachy i to bardzo intensywnie. To co docierało do jego nozdrzy miało charakter naturalnej woni pochodzącej z otoczenia. Czuł coś co przypominało mu jego rodzimą planetę:, delikatny, słodkawy i jednocześnie nieco ziemisty zapach gnijących liści. Las był wilgotny, przepełniony szumem drgających na wietrze roślin. Słyszał szeleszczącą pod stopami ściółkę i trzaskające od czasu do czasu uschłe fragmenty połamanych gałęzi. Było w tym coś magicznego. Niestety z każdym krokiem jego nowe ciało słabło. Nie mógł uwierzyć, że jest takie słabe i mało wytrzymałe. Czuł znużenie i coraz głębszą potrzebę odpoczynku. Na jednej z mijanych polanek  zauważył w oddali światło. Skręcił w tamta stronę w nadziei, że będzie mógł znaleźć tam chwilę odpoczynku.

Żółty, migoczący promyk światła z trudem przebijał się przez materiał zasłony wiszącej w oknie niewielkiej leśniczówki. Podszedł do okna i ostrożnie zajrzał do środka. Niestety jego oczy zbierały za mało światła by mógł wzrokiem przeniknąć ciemności. Delikatnie zapukał w szybę. Po chwili z prawej strony otworzyły się drzwi, w których pojawił się stary mężczyzna. Uniósł  nad głowę archaiczna lampę i z ciekawością przyjrzał się intruzowi.

– Kogo tam diabli niosą? – zapytał unosząc brwi w grymasie zaskoczenia. – Jest tam kto?

– Dobry wieczór. Zabłądziłem, czy mogę wejść na chwilę i się ogrzać?

Mężczyzna z niezadowoleniem pokręcił głowa i już miał zlekceważyć nieznajomego, gdy jego wzrok padł na dziwnie znajoma fizjonomię. Przyjrzał się jeszcze raz i nogi ugięły mu się w kolanach.

– Jezu Maryja! – jęknął i opadł na kolana. Lampa z brzękiem opadła na ziemię i zgasła. Zrobiło się zupełnie ciemno.

– Czy pan mnie zna? – zapytał klęczącego. – Proszę wstać. Jest mokro i zimno.

Złapał staruszka za łokieć i pomógł mu się podnieść.

– Mogę wejść? – powtórzył pytanie.

Starzec z trudem trzymał się na nogach. Wyciągnął z kieszeni pudełko zapałek i po kilku próbach ponownie zapalił lampę. Zgarbiony, jakby zapadły w sobie podszedł do drzwi, ręką wskazał wnętrze domu i cicho poprosił do środka.

– Gość w dom Bóg… – zająknął się i zamilkł.

Mieszkanie było skromne. Na drewnianej podłodze leżał stary, spłowiały dywan, na którym z trudem można było dostrzec pozostałości czerwonego wzoru. Kilka mebli, łóżko i zaniedbany aneks kuchenny, w którym stała stara, węglowa kuchnia. Starzec wskazał stół i stojące przy nim krzesło. Postawił przed gościem szklankę parującej herbaty i usiadł obok.

– Pan z daleka? – zapytał.

– Z daleka. Z nieba. – Przybysz wskazał palcem na powałę.

Staruszek jeszcze bardziej pobladł i tak jakby się w sobie skurczył. Zapadł się w krzesło i smutno opuścił głowę.

– Bo pan mi kogoś bardzo przypomina. Ale przecież to niemożliwe, prawda?

– A kogo panu przypominam? Może jakiegoś znajomego z sąsiedniego miasteczka? Jestem krewnym Budzikowskich. – Szybko odnalazł w pamięci nazwisko właściciela domu, w którym przybrał nową postać.

– Budzikowskich… – wolno powtórzył mężczyzna ale nie wyglądał na usatysfakcjonowanego. – Nie, raczej kogoś innego… – w końcu się zdecydował – Przypomina pan Jezusa.

– No oczywiście. Nazywam się Jezus Chrystus – wypowiedział przybrane nazwisko. Jestem krewnym Budzikowskich. Przyjechałem do nich w odwiedziny ale nie zastałem nikogo w domu więc postanowiłem trochę się przejść po lesie, no i zabłądziłem.

– Ach tak. – Pokiwał ze zrozumieniem i sięgnął po swoją szklankę herbaty. – Powiem szczerze. Tylko niech Pan się nie obrazi. To dość dziwne nazwisko.

– Hmm, ale dlaczego? – Zaczynał rozumieć, że postać z portretu nie była przeciętnym mieszkańcem tej planety.

Musiał nieopatrznie wcielić się w jakiegoś bohatera, albo polityka. Niestety było już trochę za późno na zmiany. Zbyt wiele się już wydarzyło. Chwilę myślał jak wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji.

– Niech pan się nie przejmuje, to tylko podobieństwo. Ot taki kaprys losu. Zapuściłem brodę i wąsy, trochę schudłem. Wiele osób mi mówi, że jestem podobny do bohatera.

– Bohatera? – Uśmiechnął się mężczyzna – ale czemu nosi pan jego nazwisko?

– Proszę mi wybaczyć, od czasu do czasu pozwalam sobie na żarcik. – Uśmiechnął się w podobny sposób jak jego rozmówca.

Nadal nie rozgryzł jeszcze tych wszystkich gestów i min jakie ci ludzie używają na co dzień. Było to dość skomplikowane i trudne, ale coraz lepiej sobie radził.

Spróbował podanego mu przez mężczyznę napoju. Smakował całkiem przyzwoicie. Gorący płyn przyjemnie rozgrzewał wychłodzone ciało.

– Pan tu mieszka? Czym się pan się zajmuje? – zapytał by przerwać nieco krępującą ciszę.

– Tak, to mój dom, stara leśniczówka. Byłem kiedyś gajowym. Teraz jestem na emeryturze.

– Sam pan tak mieszka? Daje pan sobie radę?

– A co mam zrobić? Dzieci wyjechały za granicę, żona umarła…

– Przepraszam. Nie chciałem pana urazić.

– Nie szkodzi. Przyzwyczajony jestem. Nawet tak wolę. Nie lubię ludzi. Dobrze się czuje w samotności.

– A jednak Pan mnie wpuścił.

– Bo…

– Bo przypominam prawdziwego Jezusa?

– Tak. Bardzo pan przypomina.. Nawet w pewnej chwili myślałem, że mnie nawiedził Bóg.

– Bóg? Nie rozumiem. – zająknął się, bo uświadomił sobie, że może wkraczać na niebezpieczne, nieznane mu wody.

Nic nie wiedział o tutejszych ludziach, ich kulturze, tradycjach. Mógł nieświadomie łamać jakieś tabu. Mężczyzna spojrzał mu w oczy i z lekkim grymasem niedowierzania powiedział:

– Tak, tak. Jest pan bardzo podobny.

– Przepraszam, że poczuł się pan zawiedziony.

– Głupiec ze mnie – zaśmiał się gajowy i wstał odsuwając z piskiem krzesło. – Napije się Pan? Mam tu przednią nalewkę z jeżyny.

Przybysz nic nie odpowiedział tylko nieznacznie kiwną głowa. Nie chciał odmawiać gospodarzowi. Nie wiedział czy się nie obrazi. Może to tutejsza tradycja. Warto ją poznać. Przecież w gruncie rzeczy po to tu był. Mężczyzna postawił na stole dwa małe naczynia szklane i nalał do każdego z nich, gęstego, czerwonego płynu. Podniósł kieliszek do ust i do tego samego zachęcił gościa.

– Na zdrowie! – powiedział wychylając całą zawartość.

Płyn był słodki i mocno rozgrzewał. Bardziej niż herbata. Czuł w nim wyraźny posmak jakiegoś specyficznego związku chemicznego. Smakował, nawet bardzo. Odstawił pusty kieliszek i podziękował.

– Dobre prawda? – Gospodarza otarł usta ręką i również odstawił naczynie. – Jeszcze po jednym?

– Nie, nie! – zaprotestował przybysz. Dziękuję. Ja już muszę iść.  I tak za dużo czasu panu zabrałem, kłopotu narobiłem.

– Nic z tych rzeczy! – Machnął ręką nalewając trunek. Panie, ja tu sam jak palec. Rzadko mam okazję pogadać.

Wychylili ponownie kieliszki. Gęsty sok miło rozlewał się ciepłem po żołądku. Wchodził też do głowy. Poczuł jak jego procesy myślowe zaczynają dryfować w niebezpiecznych kierunkach. Płyn miał niezwykłe właściwości odprężające. Nagle staruszek wstał, zakaszlał i ochrypłym głosem zaśpiewał:

– Oj dana, oj dana. Oj dana, oj dana…

Z lekkim zaskoczeniem przyjął te dźwięki. Było w nich coś wciągającego. Poczuł rytm i głęboko ukrytą tęsknotę do przeszłości. Gajowy śpiewał, może raczej nucił. Było to coś niezwykle osobistego, coś co przywoływało w jego głowie dawne obrazy z młodości.

– To ten płyn – pomyślał, dotykając krawędzi kieliszka.

Wstał, uniósł do góry ręce i jakby chcąc stanąć w parze z gospodarzem zakręcił nimi wokół głowy. Starzec podskoczył, tupnął i przyklasnął.

– Oj dana, oj dana. Oj dana, oj dana…

Nagle zamarł. Schylił się i z grymasem bólu przysiadł na krześle.

– Panie, to już nie te czasy, kiedy się po remizach tańcowało. Teraz to rwie w krzyżu, strzela w kolanach no i w płucach dusi – zakaszlał i splunął siarczyście do wyjętej z kieszeni chusteczki. – Ciało stare, nie wytrzymuje już trudów życia. Przyjdzie niedługo kości złożyć.

Przybysz usiadł i słuchał. Alkohol już nie szumiał. To spotkanie dało mu sporo do myślenia. Człowiek starzeje się i umiera. Proces ten nazywany przez nich życiem jest ograniczony w czasie. Oni pojawiają się i znikają jak każdy żywy organizm i nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że mają świadomość taką samą jak on. Jak to możliwe, że świadoma istota żyje w tak prymitywnej powłoce? Jakimi torami musiała pójść ewolucja, jak bardzo trudne warunki musiały wystąpić, by w tym ciele narodziła się świadomość?

Starzec nadal siedział na krześle i masował nadwyrężone kolano. Uśmiechał się mimo dyskomfortu jaki odczuwał.

– Na mnie już czas – powtórzył przybysz. – Dziękuje za nalewkę, dziękuje za gościnę. Niestety nie mam za bardzo jak się odwdzięczyć.

– Nie szkodzi – machnął ręka gospodarz. – Cieszę się, że mogłem pomóc. Dobrej nocy.

Obaj podeszli do drzwi. Stanęli na przeciwko siebie i chwile milczeli.

– Dobrej nocy – powtórzył gość.  

Wyciągnął rękę i ostrożnie położył na ramieniu gospodarza. Ścisnął i koncentrując myśli wyemitował przez nią krótki impuls energii.

– Dobrej nocy.

 

Za progiem ponownie przywitała go chłodna noc jesiennego lasu. Gajowy patrzył jeszcze przez chwile jak odchodzi, po czym zniknął za zamykanymi drzwiami. Ruszył przed siebie, miał jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. Pod nogami szeleściły liście i mlaskało rozbijane butami błoto. Nad głową wisiały ciężkie chmury, włosy mokły pod strugami chłodnego deszczu.

 

Cebulowa stała przed zieleniakiem i niecierpliwie rozglądała się po rynku szukając swojej znajomej. Umówiła się z nią na zakupy, a właściwie na ploteczki. To była chyba jedyna osoba, z którą mogła tak beztrosko i szczerze pogadać. Spóźniała się. – Cholera może ją stary nie puścił?. Miała męża pijaka, który jak tylko sobie co nieco popił, robił jej awantury. Nie raz przyłaziła z siniakiem na policzku, albo z przetrąconą ręką. Zresztą jej mąż też nie był świętym. Lubił wypić ale przynajmniej jej nie lał. Zresztą, tylko by spróbował. Też potrafiła użyć siły. – Jest! Zobaczyła przyjaciółkę idącą po drugiej stronie ulicy. Miała w ręku wypchaną zakupami reklamówkę.

– Niech będzie pochwalony!- zawołała jeszcze z daleka.

– A na wieki… – odpowiedziała przebiegając przez jezdnię.

– Co tak długo? Stary się znowu zbiesił?

– Nie! Śpi jak dziecko. Zatrzymała mnie Kulicka. No wiesz ta od piekarza. Słuchaj! Podobno jej znajomej sam Jezus się ukazał.

– No co ty gadasz? Jezus?

– Nie inaczej. Od rana u księdza na plebanii kobiety się zbierają. Modlą się i śpiewają.  Ta znajoma klęczy od świtu i nic nie mówi tylko patrzy na krucyfiks.

– A dlaczego nie w kościele tylko w plebanii?

– Bo ten cud podobno koło plebanii był. Piekarzowa gadała, że ta kobieta szła rano do pracy, a że jeździ aż do Gąsek bo tam w Biedronce robi, to musi wychodzić jeszcze za ciemnicy…

– Mówże  kobieto wreszcie o co chodzi?

– Już, już…  Ciemno było. Patrzy, a tu przez płot jakiś facet skacze. Najpierw myślała, że to jakiś złodziej, no bo przez płot i to od plebanii. Narobiła krzyku i już miała uciekać, gdy ten rękę podniósł i mówi do niej takim anielskim głosem, żeby się nie bała. Przygląda mu się, a to sam Jezus Nazareński. Ta sama twarz, te same ruchy i głos. Przestraszyła się jeszcze bardziej. Uklęknęła i modlić się zaczyna, a on głowy jej dotyka i prosi żeby wstała. Bała się oczy podnieść, a on ją do góry ciągnie. Wstań mówi, zimno jest.

– I co dalej?

– A nic. Podobno zemdlała, a jak się ocknęła nikogo już nie było. Poleciała zaraz do księdza, ale on ją tylko wyśmiał i do domu wypędził. Dopiero jak wróciła z pracy wieść po miasteczku się rozniosła.  

– Ale żeby Jezus przez płot skakał?

– Właśnie! To samo proboszcz mówił.

– Zaczekaj! Przebiorę się i pójdziemy zobaczyć.

Po niecałej godzinie obie dotarły do plebanii. Był to skromny domek zbudowany jeszcze przed wojną w pobliżu kościoła. Otaczał go spory sad ogrodzony murem z cegły. Już przy furcie stała grupka ludzi. Mężczyźni cicho rozmawiali paląc papierosy, a kobiety nuciły jakąś pieśń religijną. Z trudem przepchały się do środka. Tuż za ogrodem, zaraz przy budynku sam proboszcz stał i mówił coś do zgromadzonych. Gdy podeszły bliżej, usłyszały jego lekko zirytowany głos:

– Nie róbmy zbiegowiska! Kochani na razie nic nie wiadomo. Proszę idźcie do domów. Tak jak mówiłem, sprawę skieruję do Kurii. Zapraszam dzisiaj na szesnastą do kościoła na msze.

– Proszę księdza! – Zawołała jedna z kobiet stojących w tłumie. –  Dlaczego Jezus skakał przez płot?

– Nie wiem kochana pani. Nic nie wiem! Nie wiadomo czy to w ogóle był Jezus. Może tylko człowiek podobny wyglądem  

– Czy policja coś znalazła?

– Proszę pani! – zirytował się na dobre – Nic nie wiem. Powtarzam, jak coś się wyjaśni to ogłoszę z ambony, a teraz proszę już iść do domów. Musimy z wikariuszem omówić sprawy parafialne.

Dopiero teraz kobiety zauważyły stojącego za księdzem młodziana w sutannie. Młody ksiądz co chwila ponaglał proboszcza, by ten już kończył. Wreszcie obaj odwrócili się i zniknęli za ciężkimi drzwiami domu. Ludzie powoli zaczęli się rozchodzić.

– Pani Jagodzińska! – Zawołała Cebulowa do starszej kobiety idącej o lasce. –  Co tu się stało?

– Pani złota – zatrzymała się staruszka. – Cud. Istny cud. Dziś rano na plebanii objawił się sam Jezus.

– Jezus Maria! Jezus?

– Nie Maria. Jezus!

– No słyszę przecież, że Jezus. Jak to się stało?

– Modlińska szła do roboty. Patrzy, a tu przez ten płot jakiś facet skacze. Narobiła wrzasku, ale niepotrzebnie, bo to sam Jezus Chrystus był.

– Chryste! Sam Jezus?

– No przecież mówię, że Jezus.

– No i co?

– Skoczył na nią i za włosy złapał. Ona krzyżem się położyła i modlić się zaczyna. A Jezus trzyma ją za włosy i mówi: Wstań niewiasto, błogosławię ci.

– Boże! I co dalej było.

– Zamroczyło ją. Jakieś gwiazdy zobaczyła. Myślała, że do nieba sam Jezus ją zabiera, ale jak się ocknęła nikogo już nie było.

– To teraz Modlińska świętą chyba zostanie.

– A juści. Tylko, że to puszczalska jakich mało.

– No ale sam Syn Boży…

– Właśnie kumo. Człowiek codziennie do kościoła lata, na tace daje, modli się, księdzu komżę wyszywa, a tu ci taka – ściszyła głos – szmata Jezusa spotyka. Niesprawiedliwość na tym świecie jest i nawet sam Jezus tego nie zmieni.

– A może to Szatan był?

– Tfu! Nie bluźnij bo grzeszysz kobieto!

 

Na okazałym podwórzu plebanii zostały tylko we dwójkę. Ludzie się rozeszli. Proboszcz zamknął w domu. Z ciekawości podeszły do muru, który kobieta pokazywała wcześniej. Na ziemi oprócz żółtych liści i nieco zdeptanej trawy nic nie znalazły. Dopiero gdy Cebulowa wspięła się na palce i popatrzyła na szczyt muru, dostrzegła powiewającą na wietrze niebieską nitkę. Delikatnie ją podniosła i pokazała przyjaciółce.

– Popatrz. On tu był.

 

Stary gajowy z rzadka zaglądał do miasta. Miał swoje lata, choroby i smutki. Zakupy robił we wsi, a i to rzadko bo nie miał za dużo pieniędzy i potrzeb. Chleb, masło, czasem kawałek słoniny czy kiełbasy. Do miasta chodził na kufelek piwa. Nie duży ale chłodny i świeży. Znano go tu, bo nie jednemu strzelbą groził, nie jednego po lesie ganiał i za kłusownictwo skarżył. Ale szanowano go. Był uczciwym i sprawiedliwym człowiekiem. Nikomu krzywdy nie zrobił, a i pomógł jak trzeba było. A to drzewa na opał taniej sprzedał, a to przymknął oko na chodzenie po rezerwacie. Miał swoja ulubioną knajpę. “Pod kuflem” się nazywała. Znana była z tego, że zawsze w niej piwa dobrego można było się napić, a właściciel nigdy nikomu nie odmówił. Mieściła się na ulicy Rymarskiej, niedaleko kościoła. Wystarczyło skręcić z szosy w prawo, przejść kilka kroków wzdłuż domów i wejść przez ogromne, dębowe drzwi do środka.

Jak zwykle panował tu półmrok i lekki zaduch od tytoniowego dymu. Mężczyzna siadł przy szynkwasie i poprosił o kufel jasnego. Stary, znajomy Barman bez słowa nalał i z trzaskiem postawił przed nim kufel.

– Co tam? – zagadał do Barmana.

– Sensacja panie Gajowy. Sensacja na całe miasto.

– A co? Cielak z dwoma głowami się urodził?  

– Ha! ha! Wolne żarty panie. Cud!

– Cud?

– Cud! I to jaki.

– Jaki cud?

– Modlińska. Wie pan? – Znacząco pokiwał głową – ta …

– Modlińska?  Mariola? Ta cizia?

– Właśnie. Podobno ukazał się jej sam Jezus.

– Jezus? Kiedy?

– Dziś rano. Tak się przestraszyła, że na chodnik jak trup padła i wstać nie mogła. On, znaczy się Jezus rękę jej podał i wstać kazał.

– Jezus Modlińskiej? – przestał słuchać Barmana. Gadał jeszcze coś ale on już nic nie słyszał. – Jezus. Czy ten sam, co do niego przyszedł? Czy to możliwe, że był to Jezus? Prawdziwy, najprawdziwszy Syn Boży? Odstawił niedopity kufel i wstał. Kręciło mu się nieco w głowie. Sam nie wiedział czy od piwa, czy po usłyszanej od Barmana historii. Podszedł do wiszącego na ścianie krzyża. Uklęknął i zaczął  się modlić.

Do Baru wszedł starszy mężczyzna. Zdjął kapelusz i rozpiął przemoczony płaszcz. Rzucił okiem na klęczącego i zatrzymał jak wmurowany.

– Co tu się dzieje? – powiedział na głos – Co tu się dzieje?

 

Całe miasteczko ogarnęła jakaś dziwna aura zadumy i euforii. Po barach i sklepach wrzało jak w ulach. Mówiło się coraz głośniej już nie o jednym a kilku cudach. Zaczęło się na plebanii, potem w leśniczówce u starego Gajowego, a teraz co drugi objawiał kolejna sensację. Michalska, żona fryzjera w oknie w zakładzie zobaczyła najświętsza panienkę ułożoną z kurzu i starych włosów. Machoniowa potknęła się na wystającym korzeniu i upadła tak, że wstać nie mogła, ale pomodliła się do Jezusa i ból jej minął jak ręka odjął. W szkole odnalazły się wreszcie po wielu latach dwa zgubione krucyfiksy, a starszy sierżant Kupyś z tutejszej policji pierwszy raz od piętnastu lat poszedł do kościoła. Tylko ksiądz i jego wikary zamknęli się na plebanii i nosa stamtąd nie wystawiali, tak jakby bali się tej epidemii cudów.

Wieczorem do Podgajów przybyła specjalna delegacja z Kurii. Na czele jej stał sam biskup Alojzy Grudka. Jego wielebność, jak tylko wyszedł ze swojego Nissana od razu udał się na miejsce objawienia i wraz z towarzyszącymi mu dziekanami dokładnie obejrzał cudowny mur. Wszyscy trzej długo rozmawiali, a może się modlili. Dopiero po godzinie zniknęli w czeluściach plebanii. Gospodyni Proboszcza doniosła, że wszyscy wraz z księdzem długo do późnej nocy przy stole siedzieli i modlili się w intencji cudów i tutejszych parafian.

Nazajutrz buchnęła kolejna sensacja. Budzikowska wezwała policję. Okazało się, że było u niej prawdopodobnie włamanie. Wraz z mężem znaleźli na posadzce i dywanie jednego z pokoi liczne ślady stóp. Kształt i wielkość idealnie pasowały do śladów z ogrodu na plebanii. Już wieczorem, tuż po tym jak policja zbadała dywan, jakiś obcy kupił go za niemałą sumkę i wywiózł z miasta. Mówiło się po cichu, że był to sam biskup Grudka.

 

Mijał drugi dzień jak pojawił się na tej planecie. Póki co nie szło mu najlepiej. Najpierw niezręcznie przybrał postać jakiegoś tutejszego bohatera, potem śmiertelnie przestraszył jakąś kobietę skacząc z muru. A miał przecież być ostrożny, anonimowy, cichy i szybki. Jak na razie tylko te dwie ostatnie rzeczy jako tako mu wychodziły. Zdawał sobie sprawę, że ta misja nie będzie łatwa, ale nie sądził, że będzie aż tak trudno. Na wszelki wypadek postarał się o nowe ubranie. W jakimś śmietniku natknął się na stary garnitur. Nie wyglądał może najlepiej i nie pachniał najwykwintniej, ale na razie nie miał lepszego pomysłu. Miasto mu się podobało. Tutejsi mieszkańcy również. Analizował architekturę, technologie, skanował mózgi tubylcom. Miał coraz więcej informacji. Wreszcie odgadł kim był Jezus Chrystus. Co prawda nie do końca rozumiał specyficzny stosunek ludzi do niego, ale przynajmniej wiedział, że w tym wcieleniu nie będzie anonimowy. Niestety zbyt wiele zużył energii na głupoty i na razie kolejna przemiana nie wchodziła w rachubę.

Zaszył się w jakimś niewielkim ogrodzie i czekał aż się ściemni. Wieczorem wyszedł na ulice. Było chłodno i nieprzyjemnie. Jego ciało znowu zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Wiedział, że musi coś zjeść i coś wypić. Na razie nie miał pomysłu jak to zrobić. Dopiero gdzieś na peryferiach miasteczka zauważył budynek, z którego biło kolorowe światło i słychać było rytmiczną muzykę. Przed wejściem stała grupka ludzi. Przeważnie młodzi chłopcy i kilka dziewczyn. Jego wygląd nie zachęcał do kontaktów, ale postanowił spróbować. Podszedł do stojącego na skraju grupy mężczyzny.

– Cześć. Jak masz na imię? – Tamten zaskoczony pytaniem odruchowo odpowiedział:

– Michał.

– Słuchaj Michał – kontynuował ściszając głos – potrzebuje pomocy.

Chłopak przerwał zabawę ze smartfonem i spojrzał na nieznajomego. W jego oczach pojawiło się zaniepokojenie. Widać było jak spręża mięśnie, skupia się na tym co właśnie usłyszał.

– Odwal się! – syknął zirytowany i cofnął się dwa kroki do tyłu. – Nie mam kasy. Sam chciałbym wejść – wskazał głową w kierunku wejścia.

– Nie chodzi mi o pieniądze. Szukam świątyni. No wiesz. Miejsca kultu religijnego.

– Jakiego miejsca? – Zdziwił się lustrując jego wygląd.

– Budynku, gdzie odprawia się rytuały. – Skanował myśli chłopaka ale nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa. Tak jakby chłopak był zupełnie z innego świata.

– Co ty Satanista? – uśmiechnął się ironicznie i jeszcze bardziej wycofał. – Chłopaki jakiś chuj mnie zaczepia! – krzyknął do kolegów stojących obok.

Grupka mężczyzn odwróciła się i wolno zbliżyła do rozmawiających. Stanęli wokół nich i drwiąco się uśmiechali.

– Ej ty! – ddezwał się najwyższy. – Chcesz w mordę?

– Poczekaj! – przerwał mu nagabywany chłopak. – Niech się wytłumaczy.

– Właśnie kutasie. Skąd jesteś?. Z jakiej wsi buraku przylazłeś na naszą impre? Kto cię tu prosił?

– Gadaj! – krzyknął inny osiłek i krąg się zacisnął.

– Gadaj! Gadaj! – odezwały się kolejne głosy.

Spokojnie skupił myśli. Nie miał zamiaru z nikim wchodzić w jakieś przepychanki. Wyraźnie ci ludzie byli pod wpływem środków odurzających i nie była to na pewno nalewka Gajowego. Ostrożnie zaczął przesuwać się w kierunku krawędzi chodnika. Podniósł ręce w geście uspakajającym i wolno powiedział:

– Nie czyń bliźniemu, co tobie niemiłe.

Chłopaki parsknęli śmiechem. Trochę to ich rozbroiło. Napięcie zeszło z ich twarzy.

– Ale debil.

– Czubek z domu wariatów.

– Pojebaniec!

– Fuck off!

Jak z rękawa posypały się obelgi i szyderstwa. Krąg się rozluźnił, rozszczelnił. Atmosfera zmieniał się na bardziej pozytywną. Nagle w krąg chłopaków wdarła się jakaś dziewczyna. Roztrąciła chłopaków i stanęła przed nieznajomym. Spojrzała mu w oczy.

– Pojebało was! – krzyknęła na kolegów. – Nie widzicie kto to jest? Popatrzcie uważnie!

– Czego się Kaśka czepiasz? – przerwał jej najwyższy. – To jakiś popapraniec. Niech spierdala.

– Zostawcie go! – krzyknęła. – Przecież to…

– Twój narzeczony? – ryknęli śmiechem.

– To… To…

– Srooo! – warknął chłopak, od którego zaczęła się awantura. – Chodźcie chłopaki, Zostawcie popaprańca. Chodź Kaśka. Zostaw tego przybłędę. A ty – zwrócił się do nieznajomego – Spieprzaj póki mamy dobry humor.

Dziewczyna wciąż patrzyła na nieznajomego. Wyglądała jak zahipnotyzowana. W pewnym momencie nie zwracając uwagi na oddalających się przyjaciół i ich wołania złapała bezdomnego za rękę i pociągnęła za sobą.

– Biegnij za mną! No chodź do cholery! – Szarpnęła go. – Szybciej!

– Stój! Gdzie idziesz? Panowie on ją porywa!!!

Zrobił się szum i harmider. Stojący pod dyskoteką ludzie zaczęli krzyczeć.

– Łapać go!

– Za nim!

Dziewczyna biegła przodem. Nie zastanawiała się co robi. Po prostu biegła wciąż trzymając go za rękę. On biegł za nią. W przeciwieństwie do niej, zastanawiał się i nie mógł zrozumieć dlaczego to robi. Mijali kolejne domy, ulice, ogrody. W pewnym momencie dziewczyna zatrzymała się i obejrzała za siebie. W dali wciąż słychać było hałas pościgu. Gdzieś za zakrętem biegła grupa krzyczących chłopaków. Ludzie z ciekawości wychodzili na ulicę by sprawdzić co się dzieje. Ponownie ruszyła, a on za nią. Skręciła w wąską uliczkę pnącą się pod górę. Na jej końcu rozciągał się obszar działek pracowniczych.

Znała ten teren doskonale. Jej dziadek miał tam działkę. Nie trudno było ukryć nieznajomego w jednym z domków i na to liczyła. Gdy dobiegli do ogrodzenia, skręciła w lewo. Ogrodzenie ciągnęło się ponad kilometr w tym kierunku. Gdzieś w połowie powinna być dziura w siatce. Miała tylko nadzieje, że jeszcze jej nie załatali. Zauważyła ją gdy dobiegli do wydeptanej za sprawą dziury ścieżki. Widocznie dziura była na tyle popularna, że ludzie wydeptali kawał trawy. Szybko prześlizgnęli się przez pordzewiałe druty ogrodzenia i dalej wąską alejką poszli w głąb ogrodu.

O tej porze nie było tu nikogo. Gęsto porośnięty teren dawał idealną osłonę. Szła prawie po omacku, ale pewnie dążyła do celu, a był nim niewielki, ale wygodny domek kempingowy. idąc przyglądała się mijanym co chwila, zawieszonym przy furtkach ciemnym tabliczkom z numerami. Przy sto czterdziestym siódmym stanęła i zerknęła w głąb działki upewniając się czy to właściwy ogródek. Wszystko się zgadzało. Działka była strasznie zarośnięta i zaniedbana, ale domek stał nienaruszony. Pół metra od furtki, tuż przy siatce zagrzebała znalezionym w pobliżu patykiem. Doskonale wiedziała, gdzie dziadek chował klucze. Zostawiał je tu na wszelki wypadek gdyby zapomniał wziąć z domu. Był roztargniony i często zapominał o różnych, nawet ważnych sprawach. Zmarł cztery miesiące temu.

Nie mieli praw do działki, ale w tej sytuacji było to jedyne wyjścia. Z ziemi wyłoniło się złote wieczko słoika, potem reszta szklanego naczynia. Nie bez trudu odkręciła pokrywkę i wyciągnęła parę kluczy: jeden do furtki, drugi do domku.  Na szczęście nie wymieniono jeszcze zamków. Klucz udało się włożyć i przekręcić. Furtka ze zgrzytem ustąpiła i oboje weszli do środka. Energicznym krokiem pokonała przestrzeń porośniętą chwastami.

Nie było łatwo bo rabatki zarosły, a pod nogami piętrzyły się krecie kopce. Potykali się na nierównościach ale dotarli na miejsce. Budynek jak na standardy działkowe był dość okazały. Miał betonową podmurówkę z niewielką piwniczką, parter i poddasze. Po werandzie wciąż pięły się pędy gęstych winorośli.

tworzyła drzwi. Wciągnęła go do środka i zapaliła małą lampkę elektryczną. Bateria jeszcze działała. Rozejrzała się po wnętrzu szukając lampy naftowej. Dziadek wolał ją od lamp elektrycznych. Mimo, że miał możliwość nie założył w domu elektryki. Stała na jednej z szafek. Zapaliła i od razu pomieszczenie wypełniło się żółtawym, lekko migoczącym światłem.  Wskazała na sofę, a sama usiadła na  krzesełku stojącym przy stole.

Chwilę przyglądała się nieznajomemu, po czym spytała:

– Czy ty jesteś tym, no… tym samym… tym samym człowiekiem, którego spotkał Gajowy?

– Tak.

– Tym samym, który… który przeskoczył przez mur na plebanii?

– Tak.

– Czy ty jesteś… Czy pan jest Jezusem?

Uśmiechnął się. Rozpoznała go. Skojarzyła fakty, pozbierała relacje. Była tak samo jak on zdezorientowana.

– Jeżeli myślisz o tym Jezusie, to nie. Jestem tylko podobny.

– Podobny!?  – Niemal krzyknęła, ale zaraz się uspokoiła. – A ten cud w leśniczówce?

– Jaki cud?

– Jaki cud? –  Uzdrowienie Gajowego.

– Uzdrowienie?

– Dziadek ledwie chodził, a teraz lata od domu do domu jak młodzieniaszek i wszystkim pokazuje swoje uzdrowienie. Sama widziałam, jak dokazywał w karczmie. Wypił chyba skrzynkę piwa i skakał po stołach, aż policję wezwano. Gdy go zabierali krzyczał, że go sam Jezus uzdrowił.

Mężczyzna uśmiechnął się i zaprzeczył ruchem głowy.

– Staruszek wypił to i skakał.

– Wypił ale jeszcze kilka dni temu córka przywiozła go ze szpitala. W mieście mówili, że nie długo pociągnie.

– Kasiu – zwrócił się do niej po imieniu. – Pomyśl, czy ja mógłbym być… prawdziwym Jezusem? Czy wyglądam na syna bożego? Wcielenie najwyższego?

– Tak – przerwała mu jednym słowem. – Tak.

 

Obudził się tuż po świcie. Dziewczyny nie było. Musiała wyjść jak go zmorzył sen. Był wciąż zmęczony, głodny i spragniony. Za oknem wiało i siąpił nieprzyjemny deszcz. Zastanawiał się, czy dziewczyna sprowadzi tu kogoś. Było takie ryzyko. Wczoraj wyczuwał w niej współczucie i chęć pomagania, ale dzisiaj mogło zdarzyć się wszystko. Może przyjdzie ze swoimi kolegami, może z policją, a może z samym Biskupem. Tak naprawdę powinien się zebrać i odejść. Chyba nie miał tu więcej nic do roboty. A jednak intrygowała go ta społeczności i stosunki tu panujące. Wahał się.

Rozejrzał po wnętrzu. Na stoliku nadal świeciła się zapalona wczoraj lampka. Podszedł do niej i zdmuchnął płomień. Zajrzał do szafek, ale nic szczególnego tam nie znalazł. Nie było tu żadnego jedzenia, a nawet jeżeli było, zapewne już od dawna nie nadawało się do spożycia. Na poddaszu znalazł sypialnie. Stały tam dwa łóżka i wielka szafa. Znalazł kilka czystych i wygodnych ubrań. Wracając na dół zauważył jeszcze jedne drzwi. Zajrzał do środka. Była to mała łazienka z muszlą i skromnym prysznicem. Nie zastanawiał się. Zrzucił śmierdzące ciuchy i odkręcił kurki.

Woda była przeraźliwie zimna, ale nie robiło to na nim wrażenia. Umył ciało i założył znalezione na górze ubranie. Parę wygodnych, czarnych spodni i ciepły, wełniany sweter w kolorze khaki. Czekał. Dopiero koło południa ponownie zaskrzypiała metalowa furtka. Wyjrzał przez okno. Na szczęście dziewczyna była sama. Patrzył jak idzie zgrabnie omijając kałuże i nierówności terenu. Dzisiaj wyglądała inaczej. Miała inną fryzurę, włosy spięte i zaczesane do tyłu. Gdyby nie wiedział, że to ona, pewnie by jej nie poznał. Miała na sobie krótką, brązową kurtkę, spod której widać było czarną spódniczkę sięgającą kolan. Otworzyła drzwi i śmiało weszła do środka.

– Dzień dobry! –uśmiechnęła się. – Widzę, że pan już wstał. O i przebrał się.

– Przepraszam, że grzebałem w szafie.

– Spoko – znowu się uśmiechnęła. – Sama miałam zaproponować.  Przyniosłam coś do jedzenia.

Wyjęła z torby bochenek chleba, kawał kiełbasy i pudełko herbaty.

– Jeżeli pan chce, zrobię szybko śniadanie. Mamy tu kuchenkę gazową. – Wskazała metalowy mebel stojący przy oknie.

Nie czekając na odpowiedź włączyła gaz i nastawiła wodę na herbatę. Z szafki wyjęła patelnię i już po chwili pokój zaczął się wypełniać aromatami smażonego mięsa.

– Nie miałaś przeze mnie kłopotów? – zapytał.

– Nie. Co prawda miasto zwariowało. Wszędzie mnie szukali. Nawet policja, ale jak tylko wróciłam i powiedziałam, że pan przestraszył się pogoni i uciekł do lasu, to się uspokoiło.

– Nie przestraszyłem się pogoni – przerwał jej.

– Wiem, ale co miałam powiedzieć? Tutaj na razie jest pan bezpieczny. Nikt nie wpadnie, że schowałam pana w domku dziadka.

– Mogą cię śledzić.

– Nie mnie – zaśmiała się głośno. Znam tu tajne przejścia. – Mrugnęła okiem. –  Ok. Śniadanie gotowe.

Postawiła przed nim talerz ze skwiercząca kiełbasą i kubek parującej herbaty.

– Proszę jeść póki gorące.

Niezręcznie chwycił sztućce i ugryzł pierwszy kęs. Jego ciało niemal oszalało czując te smaki i aromaty. Dziewczyna z przyjemnością patrzyła jak połyka duże kawałki. Jej błękitne oczy promieniały z każdym kęsem i każdym łykiem.

– Widzę, że był pan głodny jak wilk. Najadał się pan?

– Tak. Dziękuje. Dlaczego to robisz?

– Cóż. Przecież powiedziano: głodnych nakarm, spragnionych napój.

– Nie znam się na żartach – uśmiechnął się. – Pytam poważnie.  

Zarumieniła się i trochę spoważniała. Wstała i podeszła do okna.

– Proszę zobaczyć jak dziś strasznie wieje. Zimno jest, a zapowiadają pod koniec tygodnia mróz.

– Nie lubisz chłodu?

– Nikt nie lubi. – Uspokoiła się . – Wolę lato. Jest ciepło, można się opalać. A pan woli zimę?

Zimę? A zimę. – Przypomniał sobie specyficzne położenie tej planety i nachylenie jej osi względem słońca. – Nie. Jest mi to obojętne. Każda pora jest dobra. Każda pora ma swój niepowtarzalny urok.

– Zima jest brzydka, jesień też – zrobiła pauzę i nieśmiało zapytała: – A właściwie to kim pan jest?

– Królestwo moje nie jest z tego świata – zacytował. Dziewczyna zbladła. – Nazywają mnie Jezusem Chrystusem, Jezusem z Nazaretu. – Jeszcze bardziej zbladła. Uśmiechnął się. – Jestem człowiekiem, mężczyzną,  synem mojego ojca. To co we mnie jest święte, pochodzi jedynie z twojej, waszej, ich wyobraźni. Nie bój się. Nie chcę nikogo skrzywdzić.

– Proszę pana – wzburzyła się. – Ja pana tutaj karmię, chronię, a pan mi mówi, że nie jest pan nikim nadzwyczajnym. Myli się pan. Jest pan nadzwyczajny. – Usiadła i zakryła twarz dłońmi.

– Nadzwyczajny? – zapytał jakby samego siebie. – Nadzwyczajny, wyjątkowy, niepowtarzalny, unikalny, święty, a może po prostu interesujący, intrygujący, tajemniczy, pociągający. – Ten ostatni epitet wymówił ciszej i z lekkim zmieszaniem.

Nie do końca wiedział jaka wieloznaczność ukrywała się pod tym pojęciem. Metaforyczność ich języka była niewiarygodnie rozbudowana. Wciąż zastanawiał się dlaczego w procesie rozwoju, natura stworzyła tak skomplikowane pod względem psychiki istoty. To był ewenement w skali całej galaktyki, a może i całego wszechświata. Język skomplikowany, pełen wieloznaczności, aluzji i podtekstów. Nikt tu nie mówił wprost. Cała komunikacja odbywała się na zasadzie podświadomej analizy semantyki, która za każdym razem była relatywna względem kontekstu. To coś więcej niż zwykła komunikacja, to cały rytuał składany w hołdzie wzajemnym relacjom. Milczała. Może jego iluzja nie była taka powierzchowna, może trafiła głęboko.

– Niech pan powie chociaż jakie jest pana prawdziwe imię – poprosiła niezręcznie sięgając po swoją herbatę. – Proszę.

– Nie mam imienia. Naprawdę. Jeżeli chcesz możesz mi nadać dowolne.

– Czemu nie chce mi pan powiedzieć? Przecież to tylko imię.

– Nie gniewaj się. Jesteś bardzo miła, ale nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej. Po prostu takie są fakty.

– Ukrywa się pan? – Nie dawała mu spokoju – Ucieka przed kimś? Co pan tu robi?

– Jestem takim samym bezdomnym jak wiele innych na całym świecie.

Uświadomił sobie, że ten kierunek będzie najlepszy by zniechęcić ją do siebie. Wyczuwał u niej jakąś inną, całkiem nową dla niego nić emocjonalną. To było coś pomiędzy strachem, a euforią, coś co kazało jej tu być, pomagać mu wbrew jakiemukolwiek rozsądkowi. Czuł, że się boi, ale nie był to strach. Czuł, że ją pociąga, ale to nie była miłość. Jego ciało wyłapywało sygnały, ale nie potrafiło prawidłowo ich interpretować. Zaczynał się gubić w nadmiarze informacji. Nie rozumiał co tu jest rzeczywiste, a co iluzoryczne. Brakowało mu klucza do rozszyfrowania tej zagadki.

Dziewczyna milczała. Może uwierzyła i była teraz rozczarowana, ale nie wyczuwał u niej takich emocji. Raczej była smutna i nieprzekonana. Bawiła się kosmykiem włosów spoglądając bezmyślnie w sufit.

– Wie pan – zagadnęła. Ja myślę, że jednak nie jest pan zwykłym człowiekiem. Jest pan… – przerwała.

– Kasiu – odezwał się najcieplej jak tylko potrafił. – Nie smuć się. Nie umiem ci wszystkiego wytłumaczyć, nie umiem być takim jakim chcieliby wszyscy, ale powiem ci w tajemnicy. Nie jesteście sami.

 

Dziewczyna musiała wracać do domu, do rodziców. Obiecała wrócić wieczorem i przynieść coś do jedzenia. Postanowił jeszcze zostać. Jeszcze chwilę, bo kontakt z tą dziewczyną dostarczał mu niezwykłych danych. Warto było zaryzykować i posłuchać co ma do powiedzenia. Przecież właśnie dlatego tu był. Wiatr nieco się uspokoił. Wyglądało, że mimo późnej jesieni wypogadza się. Chwilami nawet wyglądało słońce. Znalazł w jednej z szuflad kawałek kartki i długopis. Usiadł i napisał krótką wiadomość. Schował ją do kieszeni licząc, że uda mu się ją niepostrzeżenie podrzucić Katarzynie.

 

W pokoju na pierwszym piętrze siedziało dwóch policjantów. Starszy rangą sierżant, komendant posterunku Jan Zawadzki oraz jego zastępca Krzysztof Pokuska. Obaj pochłonięci pracą milczeli. Dopiero jak zadźwięczał sygnał telefonu odłożyli papiery. Pokuska odebrał połączenie i przez dłuższą chwilę słuchał przekazywanej wiadomości.

– Chyba go mamy panie Komendancie – powiedział odkładając słuchawkę.

– Kogo? – zapytał komendant.

– No tego naszego domniemanego Jezusa.

– A tego. Gdzie?

– Dzwonił proboszcz. Powiedział, że jakiś osobnik kręci się koło kościoła i dziwnie się zachowuje.

– A konkretnie co robi? – zapytał  ponownie.

– Ksiądz mówił, że wlazł na krzyż przy bramie i nie chce zejść. Prosił byśmy interweniowali.

– Dobra, Zadzwoń do Bronka. Niech przyjeżdża z drabiną, a my jedziemy na miejsce.

Wyszli z komendy i wsiedli do radiowozu. Stary wysłużony Opel pognał na sygnale wprost na ulicę św. Rocha, gdzie znajdował się kościół. Po chwili również, tyle, że z drugiej strony miasteczka ruszył na sygnale wóz strażacki. Obu pojazdom zajęło tylko kilka minut by dotrzeć do celu. Komendant wysiadł z samochodu i od razu poszedł sprawdzić sytuację. Pokuska został by omówić ewentualną akcję ze strażakami.

Przy bramie czekał już ksiądz z wikarym. Obaj lekko zdezorientowani i poirytowani. Zaprowadzili Zawadzkiego na miejsce zdarzenia. Faktycznie. Na szczycie ogromnego,  prawie sześciometrowego krzyża siedział jakiś człowiek. Był półnagi.

– Długo tak siedzi? –zapytał księdza.

– Trudno powiedzieć. Wikary zauważył go jakieś pół godziny temu. Od razu po mnie posłał. Próbowaliśmy rozmawiać, namówić by zszedł, ale ten chuligan tylko się śmieje i bluźni.  Panie komendancie to profanacja miejsca świętego. Proszę coś z tym zrobić.

– Spokojnie proszę ojca. Zaraz się nim zajmiemy.

Podszedł do krzyża i zadarł głowę do góry próbując zidentyfikować wandala. Niestety było już zbyt ciemno, by rozpoznać rysy mężczyzny.

– Halo! Obywatelu! Proszę natychmiast zejść na dół – zawołał nie bardzo wierząc w skuteczność swojej interwencji. – Może Pan sobie krzywdę zrobić! Proszę zejść, to nic nikomu się nie stanie.

Nieszczęśnik milczał. Jego twarz skrytą w półmroku rozświetlały tylko dwa białe punkty połyskujących gałek ocznych. Trzymał się kurczowo belki i przywarty do niej całym ciałem drżał jak w febrze.

– Słyszy mnie Pan!? – zawołał jeszcze raz spoglądając jednocześnie w kierunku bramy, gdzie pojawili się strażacy z drabiną.

– Panowie! – Zatrzymał ich gestem dłoni – poczekajcie chwilę. Nie chcę go przestraszyć. Jeszcze nam gotów spaść na ziemię i się połamać. Panie Pokuska, niech Pan z nim pogada. Przecież był pan na kursie negocjatorów.

Zastępca komendanta podszedł do krzyża i uważnie zlustrował siedzącego na górze człowieka.

– Kto to jest? – zapytał szeptem Komendanta.

– Nie mam pojęcia. Jest za ciemno by rozpoznać twarz.

– Spróbuje z nim pogadać. Proszę Pana! – krzyknął. – Słyszy mnie pan? Co się stało? Jak możemy panu pomóc?

Mężczyzna na górze nadal milczał. Zmienił jedynie pozycję, przesuwając się w prawo. Siedział teraz na ramieniu krzyża i beztrosko machał nogami.

– Jak ma pan na imię? – zapytał Pokuska przypominając sobie, że pierwszą rzeczą w negocjacjach z samobójcami jest zyskanie ich zaufania. Jak pan ma na imię? – powtórzył głośniej i z większym naciskiem. Ja jestem Krzysiek.

Dopiero teraz mężczyzna spojrzał w dół i szeroko się uśmiechnął.

– A dzień dobry, dzień dobry! – zawołał zachrypniętym głosem.  – Ładną mamy pogodę nieprawdaż?

Policjant zaskoczony reakcją delikwenta nieco się odsunął i podszedł do komendanta.

– Ciężka sprawa cholera. To jakiś wariat. Trzeba wezwać pogotowie.

– Dobra. Próbuj dalej. Ja pogadam ze szpitalem i strażakami.

– Proszę pana! – Znowu zwrócił się do mężczyzny siedzącego na krzyżu. – Jak ma pan na imię?

– Jezus! – zawołał i ponownie beztrosko pomachał nogami.  

– Wcześniej też tak mówił – odezwał się ksiądz.

– A co jeszcze mówił?

– Jakieś dyrdymały, że go Bóg nawiedził. Nie mogłem tego słuchać, bo bluźnił niemiłosiernie.

– Dziękuje. – Panie Jezus! – Krzyknął ponownie do człowieka na krzyżu. Co pan tam robi?

A dziękuję. Dobrze! – odpowiedział mężczyzna zapewne nie rozumiejąc do końca pytania.

– Co Pan tam robi? – powtórzył głośniej Pokuska.

– Znudziło mi się wisieć, więc pomyślałem, że fajnie będzie trochę posiedzieć.

– Rozumiem. Jak długo Pan będzie siedzieć? Nie lepiej zejść na dół?

– A to zależy już od panów. Posiedzę sobie jeszcze chwilkę. Nie bądź pan Rzymianinem.  

– Kim? Nie słyszę!

– Legionistą!!!

– Jestem z policji. Proszę zejść. Podstawimy panu drabinę.

– Drabinę!?

– Tak! Drabinę!

– A po co mi drabina?

– Żeby zejść.

– Mogę zejść?

– Oczywiście. Może pan zejść, a nawet pan musi.

– Ja zejdę, a wy mnie znowu do krzyża przybijecie..

– Nikt pana nie będzie przybijał.

Gdzieś w oddali usłyszeli charakterystyczny dźwięk pogotowia jadącego na sygnale, który jednak zaraz ucichł. Mężczyzna przesunął się teraz na prawą stronę, wstał i balansując ciałem na belce patrzył gdzieś w niebo.

– Spadnie pan! – Krzyknął przerażony wikary, który odruchowo schował się za plecy proboszcza zasłaniając oczy.

– Nie spadnę! – mówiąc to odbił się od belki jak od trampoliny, zrobił salto w powietrzu i ponownie opadł na ramię krzyża.

Drewno aż jęknęło pod wywołanym obciążeniem. Komendant nie wytrzymał i zawołał strażaków, którzy sprawnie rozłożyli pod krzyżem poduszkę powietrzną. Pod bramą pojawili się również pielęgniarze w białych kitlach, niosący nosze i przygotowany kaftan bezpieczeństwa.

– Niech pan skacze! – zawołali chórem strażacy.  

– Skacz Pan! – powtórzył komendant.

Mężczyzna zamiast skakać, spokojnie usiadł na belce. Po czym najspokojniej w świecie zsunął się po krzyżu na dół. Mijając figurę Chrystusa zatrzymał się na chwile i powiedział do niej:  

– Widziałem cię bratku. Widziałem w mojej leśniczówce.

 

Katarzyna nerwowo spoglądała na wyświetlacz komórki. Umówiła się z przyjaciółką, a jej wciąż nie było. – Jeżeli nie przyjdzie, to nigdy jej nie wybaczę – myślała sprawdzając setny raz która jest godzina. Spóźniała się już dobre piętnaście minut. – Jeżeli zaraz nie przyjdzie to będę miała przechlapane. W końcu, na rogu ulicy zastukały czyjeś buty.

– Co tak długo?

– Przestań. Dobrze, że w ogóle jestem. Ojciec się wściekł. Wymyślił sobie, że w mieście zboczeniec grasuje.

– Zboczeniec?

– Cholera! No ten co niby cię porwał.

– Pojebało cię. To nie jest żaden zboczeniec.

– A co może Jezus?

– Może Jezus. Nigdy nic nie wiadomo.

– Pieprzysz.

– Przyniosłaś?

– Tak. – Podała dziewczynie torbę.

– To ta, o którą prosiłam?

– Ta do cholery! Tylko nie wiem po co ci teraz ta sukienka.

– Nie pytaj. Mam misję. Muszę, po prostu muszę coś zrobić.

– Kuźwa, jak się Janek dowie, to cie zabije.

– Niby dlaczego?

– Sukienka, rozumiem, ale te pończochy i seksowna bielizna?

– A jeżeli to dla niego?

– Dla Janka?

– A dla kogo? Tylko nie piśnij nikomu słowa. Bo jak się ktoś dowie to będzie niezła draka.

– Spoko. A gumki masz?

– Po co?

– No jak to?

– Ty myślisz, że jak jest seksowna bielizna to od razu będzie seks?

– Tak.

– Głupia jesteś… Dzięki. Pamiętaj nikomu nic nie mów.

Kaśka odwróciła się i ruszyła w kierunku domu. Zanim jednak skręciła w swoją ulicę, kilkakrotnie oglądała się, czy aby przyjaciółka ją nie obserwuje. Mając taką  pewność zamiast w Kilińskiego skręciła w ks. Skorupki, która prowadziła prosto do ogródków działkowych.  

 

U “Matejki” jak zwykle było wesoło. Młodzież okupowała bar zamawiając drink za drinkiem, tylko Janek, zwany tu “Czarnym” siedział ponury w kącie i popijał piwo. Był wściekły na Kaskę. Jak mogła go tak zostawić. Polazła gdzieś i to z kim? Z jakimś pieprzonym przybłędą. Co do cholery w ogóle dzieje się w tym mieście. Wszystkich popierdoliło. Normalnie zbiorowa histeria. Rozumiem jeszcze te mohery, ale Gajowy, no i jeszcze jego dziewczyna Kaska?  Co do cholery policja robi. Jak nie potrzebna to wszędzie się wpierdalają, a jak zboczka łapać trzeba, to kurwa cicho siedzą w komisariacie. A może by tak jeszcze raz iść na policję. Może coś nowego wiedzą. Nie, bez sensu. Przecież jej nikt nie porwał. Lata gdzieś po mieście, albo się w domu przed nim schowała. Znam jej matkę. Gotowa kłamać jak najęta byle się córeczce przypodobać.

Nagle w progu knajpy pojawił się jego kumpel “Brudny”. Rozejrzał się po sali, a gdy zlokalizował Czarnego, od razu podszedł i usiadł przy stole.

– Co jest? – zapytał Czarny.

– A co kurwa ma być? Zbieraj chłopaków, trzeba twoją dupę ratować.  

– O co ci kurwa biega? Wyrażaj się fiucie jaśniej.

– O Kaśkę!

– O Kaśkę?

– No przecież nie o twoją!

– Co się stało?

– Chyba wiem gdzie jest i z kim.

– Powiesz wreszcie o co chodzi, czy mam cię pierdolnąć?

– Ok. Słuchaj. Godzinę temu stara wysłała mnie po jajka.

– Chyba twoje? – mimo złości zakpił.

– Nie przerywaj kurwa, bo nigdy nie skończę.

– Nawijaj.

– Idę do Biedronki, a tam kolejka do kasy jak do spowiedzi. Wkurwiłem się, bo nie będę stał jak kutas w kolejce po kilka jajek. Pierdolnąłem jajka na półkę i poleciałem na bazarek. Mam tam taką znajomą.

– Kurwa.  Może mi jeszcze swój życiorys opowiesz?

– Jeb się i słuchaj! Kupuję te jajka, a tam nagle przylatuje taka jedna Rubińska. Głupia pizda, ale znam ją bo to sąsiadka. Już mam iść, a ona do tej przekupki, że Jezusa widziała. Tamta się dopytuje o co chodzi, a Rubińska nawija:

-Szłam sobie kochana jak zwykle rano do moich królików by je nakarmić,  gdy nagle coś mnie tknęło. Patrzę ja kochana w okno takiej jednej altanki, a tam, ktoś wygląda. Zdziwiłam się trochę, ale nic nie mówię, no bo przecież wyglądanie przez okno nie jest niczym złym. Przyglądam się jednak uważniej i jak mi się nagle włos na głowie nie zjeży, jak mnie ciarki nie przejdą…  Nie uwierzysz Pani. Przyglądam się coraz bardziej, a tam w oknie sam Jezus stoi. Kropka w kropkę jak na obrazku świętym.

– Brudny, a gdzie tu puenta? Co ma kilof do łopaty?

– Stary! Nie kumasz? Przyćmiło cię po tym piwie? Naprawdę nie rozumiesz o co chodzi z tym Jezusem?

– Kurwa nie! I co mi zrobisz?

– Człowieku! Pamiętasz z kim Kaśka uciekła wczoraj spod klubu?

– Jak mam nie pamiętać?

– I kto to był?

O kurwa! Jezus! – Zerwał się i nie czekając na przyjaciela podbiegł do baru, gdzie siedzieli pozostali kumple.

– Zbierać się! idziemy!

– Gdzie?  Oburzył się jeden z kolegów.

– Dupę moją ratować! – wrzasnął czarny.

– A co, hemoroidy masz? – wszyscy ryknęli śmiechem.

– Kaskę kutasie. Kaśkę! – Zerwali się ze stołków i już o nic nie pytając wybiegli z baru.

 

Powoli zapadał zmrok. Chłód listopadowej nocy dawał się Kaście mocno we znaki. Miała na sobie jedynie bieliznę, suknie balową i płaszcz, który nie dawał zbyt wiele ochrony przed chłodem. Mimo tego szła pewnie i szybko w kierunku działki dziadka. Nie do końca zdawało sobie sprawę co robi. Coś ją opętało, coś kazało jej robić rzeczy, które nie do końca rozumiała. Przebrała się. Chciała być kobietą. Najwspanialszą, najpiękniejszą, najseksowniejszą ze wszystkich. Dla niego, dla jednego faceta, którego poznała zaledwie wczoraj. Nic o nim nie wiedziała, a jednak gotowa była mu się oddać tylko po to,  by zaspokoić swój atawistyczny, niezwykle głęboki pęd ku wielkości. Tak, chciała być wielka, sławna, podziwiana, kochana. Pragnęła złożyć swoje ciało na ołtarzu własnego egoizmu. Poświęcić je po to by zdobyć coś, czego nikt inny nie ma. Zdobyć Jezusa. Wierzyła, naprawdę szczerze wierzyła, że ten chudy, brodaty młodzieniec jest najprawdziwszym Jezusem z Nazaretu i ponownie zstąpił z nieba na ziemię by sądzić żywych i umarłych. Jak wspaniale byłoby mieć takiego chłopaka, co tam chłopaka – męża. To jest dopiero pierwsza dama. Nie jakaś tam prezydentowa, czy premierowa, ale sama jezusowa.  Pierwsza dama na ziemi i niebie.

W jej prostej logice osiągnięcie tego celu było stosunkowo łatwe. Wystarczyło tylko zdobyć faceta. A jak się zdobywa każdego faceta?

– Seksapil, to nasza broń kobieca, Seksapil…. nuciła cicho przechodząc przez dziurę w płocie.

Czuła wielki ciężar odpowiedzialności. Prawdopodobnie będzie pierwszą kobieta, która zaspokoi chuć samego Boga. Na samą myśl czuła podniecenie. Jej ciało nawet na tym chłodzie było gorące. Przemieniało się z uśpionego, zimnego sopla lodu w gorącą otchłań wulkanicznej gardzieli. 

Zrobiło się zupełnie ciemno, ale nie na tyle by w szarości mroku nie dostrzec świateł w głębi ogrodu działkowego. Wydawało jej się nawet, że słyszy jakieś śpiewy. Poczuła gorąco na twarzy i lęk w sercu. Czyżby to On. On przecież wie, że idę, że moje ciało czeka na jego dotyk. – Może sprowadził chóry anielskie na moją cześć, może grają tam fanfary trąb niebieskich, może świat kłania się u moich stóp, a on przy mnie, a on na mnie, a on we mnie.

Śpiew słychać było coraz wyraźniej. Widać też było coraz wyraźniej jakieś światła. Zatrzymała się i przez chwile nasłuchiwała. – To brzmi jak procesja. Kurwa! Czyżby!?

Wokół działki dziadka stało kilkanaście kobiet z gromnicami i cicho odmawiało różaniec. Co jakiś czas przerywały by zanucić jakiś psalm. Nie miała szans przedostać się niepostrzeżenie do środka. – Stały te krowy i zawodziły. – Stały i zawodziły jak jakieś pieprzone świry. Ukryła się w krzakach czekała na rozwój sytuacji, ale nic się nie działo. Kobiety wciąż, raz za razem powtarzały tą samą modlitwę. Starała się przebić wzrokiem ciemności i dostrzec choćby cokolwiek w obrębie działki. Niestety blask gromnic raził oczy i nie pozwalał nic wypatrzeć.

 

Ferajna Czarnego biegła ulicami miasta. Widać było, że się spieszyli. Na czele pędził Czarny. Spocony, zmęczony ale niesiony wściekłością bez trudu pokonywał kolejne skrzyżowania. Przed działkami zatrzymali się. Czarny z trudem usiłował przypomnieć sobie gdzie była ta jej działka. To było chyba gdzieś na środku. Był tam tylko jeden raz. Pamięta mały ale okazały domek w głębi zadbanego ogrodu. Nie było czasu. Przeskoczył przez bramę i pobiegli główna aleją w kierunku centrum ogrodu. Na szczęście dostrzegł w dali jakieś światła. To pewnie ona. To pewnie światło w jej domku.

– Oni tam są!. – Oni tam to robią!  – krzyknął jak wściekły i ruszył sprintem w kierunku blasku.

Dopiero jakieś dwieście metrów przed migoczącymi w ciemności światłami zorientował się, że to coś zupełnie innego. Zatrzymał się, a wraz z nim reszta biegnących. Zaskoczeni stali bez ruchu i jak oniemieli patrzyli na grupkę kobiet odmawiających różaniec. W końcu podeszli bliżej. Czarny zauważył Kaśkę. Stała z łzami w oczach, z bezradnie opuszczonymi rękami.

– Kasiu! – odezwał się pierwszy.

Spojrzała na niego. W jej oczach zobaczył lęk, zawód i jakąś dziwną nutę ulgi.

– Janek! – Objęli się  i pocałowali. Po policzkach spłynęły dwie pary łez.

Janek wyjął z jej ręki mały zwitek papieru. Ostrożnie rozprostował kartkę i przeczytał: “Janek cię kocha” .

 

Szedł jakąś kręta drogą przecinającą rozległe pola. Ziemia była nasączona wodą. Było ślisko i grząsko. Zapadający szybko zmrok dawał mu osłonę. Nie przejmował się deszczem. Choć cały był przemoczony i zmarznięty czuł spokój. Tam z tyłu zostały emocje, wielkie namiętności, tu była cisza i czas na analizę danych. – Ludzie to niezwykłe istoty – myślał. Bardzo niestabilne emocjonalnie, podatne na sugestie, mało precyzyjne i na dodatek bardzo egoistyczne. Tu nad interesem grupy, społeczeństwa zawsze bierze górę interes własny. Własne, mocno rozbudowane ego. Ambicje i chęć wodzenia prymu, wyróżniania się, bycia lepszym ale niekoniecznie w sensie pozytywnym. Do tego ten strach, który permanentnie towarzyszy każdej jednostce, komplikujący nawet najprostsze sprawy.

W oddali zobaczył światła jakiejś wioski. Było coraz ciemniej, a on coraz bardziej zmęczony. Musiał wykonać swoją misję.

Koniec

Komentarze

Witaj!

Długie to to, to też podchodzę na raty

Jak narazie podoba mi się pomysł i perspektywa głównego bohatera. Gorzej z wykonaniem.

Kilka uwag:

1. Źle zapisujesz dialogi. Gdzie się podziały myślniki przed kwestiami?

2. Akapity bryły. Brrrr… Koniecznie podziel akapity na mniejsze.

3. Zaczątki byłozy, na szczęście nie ma tego aż tak dużo (momentami za dużo "był", "było" itp. obok siebie) np: "Działka była strasznie zarośnięta i zaniedbana, ale domek stał nienaruszony. Pół metra od furtki, tuż przy siatce zagrzebała znalezionym w pobliżu patykiem. Doskonale wiedziała, gdzie dziadek chował klucze. Były tu schowane zapasowe, tak na wszelki wypadek gdyby zapomniał wziąć z domu. Był roztargniony i często zapominał o różnych, nawet ważnych sprawach."

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Jak dla mnie, za niski współczynnik wydarzeń do liczby znaków. Tekst długi, ale w końcu nie dowiedziałam się, co właściwie jest celem głównego bohatera. To wszystko wygląda na wprowadzenie.

Wykonanie mogło być lepsze. Skąd taki nieortodoksyjny zapis dialogów? Interpunkcja mocno niedomaga. Trafiają się literówki.

Czy Pan mnie zna?

Ty, twój, pan itp. w dialogach piszemy małą literą. W listach dużą. Jeśli ludzie rozmawiają z Bogiem, to też można Pana pisać dużą, ale powyższy przypadek akurat się nie łapie do tego wyjątku.

Gęsty sok miło rozlewał się ciepłem po żołądku. Wchodził też do głowy. Poczuł jak jego procesy myślowe zaczynają dryfować w niebezpiecznych kierunkach.

Co jest podmiotem w ostatnim zdaniu i dlaczego sok? Btw, przecinek po “poczuł”.

Można uparcie unikać nazywania protagonisty, ale do tego trzeba mieć niezły warsztat.

Babska logika rządzi!

Dzięki. bardzo słuszne uwagi. Wezmę sobie je do serca. :-) 

A myślniki zjadł mi tutejszy edytor. :-)

Na początku ściana tekstu. Ale, O.K. Czytam dalej, bo zainteresowało mnie dobre słownictwo i klimat.

Dotarłem do pierwszych dialogów i zapis mnie zniechęcił.

Dobry pomysł, ale warsztat położył opowiadanie. Z trudnością można się połapać w wydarzeniach. Aż się prosi o akapity.

Tutaj jest o zapisie dialogów. http://www.fantastyka.pl/loza/14

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Rodmirze zawsze możesz najpierw opowiadanie (domyślnie jest tak zaznaczone) zapisac w kopiach roboczych na portalu i zibaczyć jak wygląda. Później klikasz edytuj i poprawiasz :-) Możesz też skorzystać z funkcji betalisty i poprosić kogoś z portalowiczów o pomoc przed publikacją. ;-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki, własnie takich konkretnych uwag potrzebowałem. Fajnie jest skonfrontować się z czytelnikami. Dzięki za link aporpo`s dialogów. Rewelacyjny. 

Nie ma sprawy, tylko zalinkowałem. :)

Poprawisz w edytorze myślniki – chętnie doczytam. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Pozwoliłem sobie, co nieco poprawić. Pozdrawiam. 

O wiele lepiej. Zostały jeszcze niedoróbki w niektórych miejscach, ale przynajmniej da się czytać.

Nawet ciekawe opowiadanko.

Gdzieś przeczytałem, że gdyby Jezus urodził się w obecnych czasach, to mu by się nie udało. Coś w tym jest. :)

 

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

No, przybijanie do krzyża wyszło z mody. Najwyżej dożywocie by dostał… Ale to musiałby jakiś większy przekręt zrobić.

Babska logika rządzi!

Prędzej by doatał kulkę w łeb po cichu od Amerykańców, żeby nie mieszał za bardzo :-) Oni tak mają, że niewygodnych sprzątają.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Jest tu pomysł, ale kładą go różne rzeczy.

Najpierw są wady technicznie tekstu. A to zagubiony “enter” rozcina linię w pół, a to źle zapisany dialog – trochę jest tych grud, o które się potykałem, czytając.

Potem jest problem przepływu tekstu. Jak to określiła Finkla: “niski współczynnik wydarzeń do liczby znaków”. Początek dłuży się niemiłosiernie, bo rozpisujesz się na temat pierwszych czynów tajemniczego mężczyzny zaraz po przybyciu. Wbrew pozorom niewiele to mówi mi, czytelnikowi, natomiast szalenie nudzi, bo czemu mam znać każdą myśl postaci? Dałoby radę przyspieszyć, wycinając zbędne przysłówki, przymiotniki czy nawet zdania. Jak tutaj:

Nie znał, nie mógł znać okolicy. Każde wybrzuszenie ziemi, każde drzewo i każdy krzak był obcym tworem nie mającym nic, co mogłoby mu pomóc w odnalezieniu drogi. Nie wiedział nawet jakiej szuka drogi. Po prostu szedł przed siebie, szedł mijając napotykane przeszkody, mijając szary, obcy i wrogi świat nowego wcielenia.

Pierwsze zdanie zbyteczne, bo po treści innych domyślam się, że jest tu pierwszy raz. Potem dokonujesz nawet powtórzenia (”drogi”), bo próbujesz brzmieć poetycko. A to trudna sztuka. Lepiej na początek pisać prościej i bezpośredniej, a przez to płynniej.

Podsumowując: jest tu pomysł, ale wykonanie go ubiło. Brak fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo dobre opowiadanie, przeczytałem jednym tchem, a to przecież 60k znaków. Podoba mi się praktycznie wszystko, pomysł na obcego, który dostosowuje się do naszego świata, reakcje otoczenia, z fajnymi, wyrazistymi postaciami. Podoba mi się w końcu sama fabuła i akcja, może nie w kosmicznym tempie, ale wciągająca. Przede wszystkim punkt za solidne, psychologiczne “rozdzielenie” kosmity od tubylców, tu widać, kto jest kto.

Czytałem wczoraj wieczorem, dzisiaj pamiętam wszyściutko, co nie wcale nie zdarza mi się zbyt często. Jestem bardzo usatysfakcjonowany z lektury.

Finko, Zalthcie i NoManie, jestem rozczarowany Waszym brakiem punktów do biblioteki. Mam wrażenie, że zmieniacie się z czytelników w korektorów. Mam też nadzieję, że to nie jest rodzaj pewnej “fali”, gdzie debiutant z marszu nie może wejść do biblioteki.

Najbardziej rozczarowałeś mnie Ty, krajanie, NoManie, walisz do biblioteki wszystko jak leci ludzi z portalu, a dobre teksty potrafisz odrzucić.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

<Rozkładam ręce>

Cóż mogę powiedzieć? Dla mnie wykonanie zabiło tekst. Przedzierałem się z trudnością przez dłużyzny, grudy do wychwycenia w trakcie pisania dodatkowo dołożyły swoje. Po prostu tekst mnie nie kupił – a jeśli jest naprawdę dobry, to i bez mego głosu do biblioteki się dostanie, bo żadną wyrocznią się nie czuję.

A żeby zadać kłam twemu twierdzeniu, drogi Darconie, zobacz proszę na tekst Nemerissa, Issandera (tak, był już na portalu, ale długo nie publikował, nie znałem go), Mr.Marasa czy Algira. Jeśli coś spełnia moje kryteria – dostaje mój głos. Nie ważne, czy jest to stary wyjadacz czy nowicjusz.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Potwierdzam. Jako debiutant w sumie trafiłem do biblioteki i z rozpędu mam nominację. Także przy udziale NoWhereMana. Mój tekst akurat nie przypasowal Darconowi. Jak widać to zależy od wielu czynników. A w tekst Radomira dopiero się wgryzam. Pomysł przypomina trochę filnowego "Starmana" i "Człowieka, który spadł na Ziemię". Ale to tylko pierwsze wrażenie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

@NWM: Proszę: ¯\_(ツ)_/¯

 

@Darcon: Hmm… Chyba nie widziałeś pierwotnej wersji. Chwała Autorowi, że poprawił i dostał klika. :)

Mam też nadzieję, że to nie jest rodzaj pewnej “fali”, gdzie debiutant z marszu nie może wejść do biblioteki. – Hę? Ostatnio nominowałem opowiadanie debiutanta do “piórka”, gdzie OGÓLNIE drugi raz kogoś nominowałem (TEŻ DEBIUTANTA).

Nikt nie będzie mi mówił jak mam żyć. ;)

Pozdro!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Serio Zalth? Jestem naprawdę zaszczycony.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Poprzedni dostał srebro, więc bez presji. ;)

Sorki za offtop, Radomirze. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Darconie, każdy ma własne kryteria i nie mów ludziom, jak mają klikać.

Dla mnie było za bardzo rozwlekle na Bibliotekę. Do tego multum drobnych błędzików (albo jeden paskudny ortograf) też kładzie tekst. Za to liczba wcześniejszych publikacji nie ma znaczenia.

Babska logika rządzi!

Powiedz Finklo, gdzie napisałem, jak masz klikać? Mówienie komuś, co ma robić, a bycie rozczarowanym to dwa różne pojęcia. Pierwsze dotyczyłoby Ciebie, drugie dotyczy mnie. Pozwolisz, że zachowam własne odczucia?

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Bycie rozczarowanym implikuje komunikat, że tak nie powinno być, że źle się zachowaliśmy…

Babska logika rządzi!

Cieszę się, że dochodzimy (chyba) do wspólnego wniosku, że nic Ci jednak nie kazałem. ;)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Przyszłam zobaczyć, o co ten cały raban :) 

 

Miejscami tekst strasznie przegadany, dużo też w nim zbędnych powtórzeń, zwłaszcza na początku.

Interpunkcja kuleje mocno. 

Zapis “Pan” w dialogach nadal nie jest poprawiony. 

Sporo literówek.

 

Przybysz nic nie odpowiedział(+,) tylko nieznacznie kiwną głowa. – brakujący przecinek, plus literówki

 

Zadziwia mnie, jak łatwo bohater znalazł idealnie pasujące ubranie, czuję zapach deus ex machina. 

 

Żółty, migoczący promyk światła z trudem przebijał się przez materiał zasłony wiszącej w oknie niewielkiej leśniczówki. Podszedł do okna i ostrożnie zajrzał do środka. Niestety jego oczy zbierały za mało światła by mógł wzrokiem przeniknąć ciemności. – nie łapię tego. Światło świeci się w środku pomieszczenia, do którego zagląda przybysz. Jakich ciemności nie mógł więc przeniknąć wzrokiem? 

 

Czym się pan się zajmuje? – o jedno się za dużo

 

– Nie, nie! – zaprotestował przybysz. Dziękuję. Ja już muszę iść.  I tak za dużo czasu panu zabrałem, kłopotu narobiłem.

– Nic z tych rzeczy! – Machnął ręką nalewając trunek. Panie, ja tu sam jak palec. Rzadko mam okazję pogadać.

W tym i kilku innych miejscach siadł zapis dialogów – brak rozdzielenia narracji od kwestii postaci.

 

Cholera może ją stary nie puścił?. – w kilku innych miejscach jest ten sam błąd – dwa znaki interpunkcyjne na raz. 

 

Na okazałym podwórzu plebanii zostały tylko we dwójkę. – jak zostały, to we dwie – rodzaj żeński. 

 

Stary, znajomy Barman bez słowa nalał i z trzaskiem postawił przed nim kufel.

– Co tam? – zagadał do Barmana.

– Sensacja(+,) panie Gajowy.

Tu plus w kilku innych miejscach (też komendant, proboszcz) nazwę profesji zapisujesz wielką literą, jakby to było nazwisko. Tak się nie robi. 

 

Mimo, że miał możliwość nie założył w domu elektryki. Stała na jednej z szafek. – przykład tego, jak gubisz podmiot. Niby wiadomo, o co chodzi, ale brzmi śmiesznie, że elektryka stała na szafce. 

 

Jestem takim samym bezdomnym jak wiele innych na całym świecie. – wielu

 

Ja zejdę, a wy mnie znowu do krzyża przybijecie.. – wielokropek to trzy kropki, nie dwie – jedna Ci tu gdzieś się zawieruszyła. 

 

Jak mogła go tak zostawić. Polazła gdzieś i to z kim? Z jakimś pieprzonym przybłędą. Co do cholery w ogóle dzieje się w tym mieście. Wszystkich popierdoliło. Normalnie zbiorowa histeria. Rozumiem jeszcze te mohery, ale Gajowy, no i jeszcze jego dziewczyna Kaska?  Co do cholery policja robi. Jak nie potrzebna to wszędzie się wpierdalają, a jak zboczka łapać trzeba, to kurwa cicho siedzą w komisariacie. A może by tak jeszcze raz iść na policję. Może coś nowego wiedzą. Nie, bez sensu. Przecież jej nikt nie porwał. Lata gdzieś po mieście, albo się w domu przed nim schowała. Znam jej matkę. Gotowa kłamać jak najęta byle się córeczce przypodobać.

Nie wiem, czy ten fragment to część narracji, czy przytoczone myśli Janka, bo zmieszane formy i brak ewentualnego wyróżnienia myśli nie dają jednoznacznej odpowiedzi. Wypadałoby się na coś zdecydować i odpowiednio to zapisać. Poza tym część zdań to ewidentnie pytania, czyli przydałyby się pytajniki zamiast kropek na ich końcach. Dla zobrazowania: 

– wulgaryzmy, których w pozostałych częściach narracji nie ma, wskazują na myśli,

Rozumiem jeszcze te mohery  – pierwsza osoba czasownika wskazuje na myśli,

jeszcze jego dziewczyna Kaska – określenie jego dziewczyna wskazuje na narrację – nikt w myślach nie mówi o swojej jego.

 

 

Sam pomysł na przybysza z kosmosu z tajemniczą misją (zbierania danych i obserwacji tubylców?) i jego rola jako Jezusa coś w sobie ma. Jednak uważam, że można to było napisać lepiej. Bez zbędnego słowotoku (zwłaszcza na początku) i lepiej dbając o technikalia.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuje bardzo za pochwały i dobrą krytykę “Śniąca” .

Przeczytałam i zastanawiam się, o czym jest Obserwator – czy o perypetiach kosmity, który jakimś sposobem znalazł się w opisanym miasteczku, czy raczej o owym miasteczku i jego mieszkańcach.

Jeśli to drugie, to nie wyszedłeś poza stereotypy – starsi w dużej mierze uzależnieni od kościoła, rozmodleni i zachwyceni „cudem”, a młodzież bluzgająca, sfrustrowana i agresywna, kiedy nie może wejść na dyskotekę. Wiem, że przedstawiłeś zaledwie kilkoro mieszkańców, ale postawiłeś ich w takich sytuacjach, że wnioski nasunęły mi się same.

Jeśli jednak jest to opowieść o kosmicie, to dlaczego nie wyjaśniłeś, skąd i po co przybył na Ziemię. Zachodzę też w głowę, dlaczego obca cywilizacja deleguje zwiadowcę i nie wyposaża go w choćby podstawowe wiadomości o miejscu, do którego ma dotrzeć? Znajduję tylko jedną odpowiedź – aby mogła się wydarzyć opisana „komedia pomyłek”.

Do nie najlepszego odbioru przyczyniło się też fatalne wykonanie – masa błędów, powtórzeń, literówek i innych usterek, że o potraktowanej po macoszemu interpunkcji nie wspomnę, skutecznie utrudniała czytanie i sprawiła, że lektury Obserwatora nie mogę uznać za satysfakcjonującą.

 

każde drze­wo i każdy krzak był obcym two­rem nie ma­ją­cym nic… –> …każde drze­wo i każdy krzak był obcym two­rem niema­ją­cym nic

 

Nie miał imie­nia. Za­sta­na­wiał się czy warto go mieć. –> Imię jest rodzaju nijakiego, więc: Za­sta­na­wiał się czy warto je mieć.

 

i wieko me­ta­lo­wej skryt­ki unio­sło się do góry. –> Masło maślane. Czy mogło podnieść się do dołu?

 

Na nogi na­cią­gnął odzież spodnią, na ra­mio­na górną. –> Rozumiem, że odzież spodnia, to bielizna, więc na nogi pewnie naciągnął kalesony, ale co to jest odzież górna?

 

lo­gi­ka na­ka­zy­wa­ła dzia­łać wbrew in­stynk­to­wi i prze­ła­my­wać obawy. Mu­siał dzia­łać. Tylko dy­na­micz­ne dzia­ła­nie… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Może nie ubrał się tak jak to wy­ma­ga­ły tu­tej­sze zwy­cza­je. –> Może nie ubrał się tak jak tego wy­ma­ga­ły tu­tej­sze zwy­cza­je.

 

Te same nie­bie­skie spodnie, bliź­nia­cza, gruba bluza. –> Takie same nie­bie­skie spodnie, bliź­nia­cza, gruba bluza.

Chyba że było ich dwóch w jednych spodniach?

 

Od­po­wied­nie ruchy mię­śni twa­rzy i ję­zy­ka nada­wa­ły po­wie­trzu mo­du­la­cje nio­są­cą za­pew­ne kon­kret­ne tre­ści. –> Literówka.

 

– Aaeud­fe Pn sbie… cza jat­Pen Purta… czy jest Pan pi­ja­ny? –> – Aaeud­fe Pn sbie… cza jat­Pen Purta… czy jest pan pi­ja­ny?

Zwroty grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Męż­czy­zna wy­krzy­wił usta w ge­ście zdu­mie­nia i nie­do­wie­rza­nia. –> Męż­czy­zna wy­krzy­wił usta w grymasie zdu­mie­nia i nie­do­wie­rza­nia.

Gesty wykonuje się rękami.

 

bo zmie­nił ton i spo­sób mó­wie­nia. Teraz nie mówił już tonem lek­kie­go znu­dze­nia… –> Powtórzenia.

 

Wy­czuł, że bu­dy­nek jest pusty. Miesz­kań­cy mu­sie­li wyjść sto­sun­ko­wo nie­daw­no, bo wy­czu­wał jesz­cze… –> Powtórzenie.

 

za po­mo­cą swo­ich mi­me­ty­stycz­nych zdol­no­ści prze­kształ­cił swoje rysy twa­rzy… –> Zbędne zaimki.

Proponuję: …za po­mo­cą mi­me­tycz­nych zdol­no­ści prze­kształ­cił rysy twa­rzy

 

Nie chciał by ktoś sko­ja­rzył jego obec­ność z nową po­sta­cią w jaką się wcie­lił. –> …w którą się wcie­lił.

 

opu­ścić mia­stecz­ko. W innym mie­ście czy wsi nikt nie bę­dzie znał ja­kie­goś Je­zu­sa.

Okrą­żył mia­stecz­ko… –> Powtórzenia.

 

Za­czy­na­ło mu się tu po­do­bać. Szcze­gól­nie upodo­bał sobie… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Czuł coś co przy­po­mi­na­ło mu jego ro­dzi­mą pla­ne­tę:, –> Po dwukropku nie stawiamy przecinka.

 

jego nowe ciało sła­bło. Nie mógł uwie­rzyć, że jest takie słabe… –> Powtórzenie.

 

Czuł znu­że­nie i coraz głęb­szą po­trze­bę od­po­czyn­ku. –> Raczej: Czuł znu­że­nie i coraz większą po­trze­bę od­po­czyn­ku.

Można mieć potrzeby większe lub mniejsze, ale chyba nie głębsze i płytsze.

 

Na jed­nej z mi­ja­nych po­la­nek  za­uwa­żył w od­da­li świa­tło. –> Skoro mijał polankę, czyli małą polanę, zauważone światełko musiało być blisko, nie w oddali.

 

Skrę­cił w tamta stro­nę w na­dziei, że bę­dzie mógł zna­leźć tam chwi­lę od­po­czyn­ku. –> Literówka. Powtórzenie.

 

wi­szą­cej w oknie nie­wiel­kiej le­śni­czów­ki. Pod­szedł do okna i ostroż­nie zaj­rzał do środ­ka. –> Powtórzenie.

 

wzrok padł na dziw­nie zna­jo­ma fi­zjo­no­mię. –> Literówka.

 

nogi ugię­ły mu się w ko­la­nach.

– Jezu Ma­ry­ja! – jęk­nął i opadł na ko­la­na. Lampa z brzę­kiem opa­dła na zie­mię i zga­sła. –> Powtórzenia.

 

Za­padł się w krze­sło i smut­no opu­ścił głowę. –> Jak można zapaść się w krzesło?

 

Nadal nie roz­gryzł jesz­cze tych wszyst­kich ge­stów i min jakie ci lu­dzie uży­wa­ją na co dzień. –> Nadal nie roz­gryzł jesz­cze tych wszyst­kich ge­stów i min, jakich ci lu­dzie uży­wa­ją na co dzień.

 

– Tak. Bar­dzo pan przy­po­mi­na.. –> Jeśli miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli miał być wielokropek, brakuje jednej kropki. Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

Przy­bysz nic nie od­po­wie­dział tylko nie­znacz­nie kiwną głowa. –> Przy­bysz nic nie od­po­wie­dział, tylko nie­znacz­nie kiwnął głową.

 

Wstał, uniósł do góry ręce… –> Masło maślane.

 

– Niech bę­dzie po­chwa­lo­ny!- za­wo­ła­ła jesz­cze z da­le­ka. –> Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Tak jak mó­wi­łem, spra­wę skie­ru­ję do Kurii. –> Tak jak mó­wi­łem, spra­wę skie­ru­ję do kurii. Nadużywasz wielkich liter.

 

Może tylko czło­wiek po­dob­ny wy­glą­dem  –> Brak kropki na końcu zdania.

 

Czło­wiek co­dzien­nie do ko­ścio­ła lata, na tace daje… –> Literówka.

 

Znano go tu, bo nie jed­ne­mu strzel­bą gro­ził, nie jed­ne­go po lesie ga­niał… –> Znano go tu, bo niejed­ne­mu strzel­bą gro­ził, niejed­ne­go po lesie ga­niał

 

A to drze­wa na opał ta­niej sprze­dał… –> A to drewno na opał ta­niej sprze­dał

 

Miał swoja ulu­bio­ną knaj­pę. “Pod ku­flem” się na­zy­wa­ła. –> “Pod Ku­flem” się na­zy­wa­ła.

 

– Zna­czą­co po­ki­wał głową – ta … –> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Od­sta­wił nie­do­pi­ty kufel i wstał. –> Od­sta­wił nie­do­pi­te piwo i wstał. Lub: Odstawił kufel z niedopitym piwem i wstał.

 

Do Baru wszedł star­szy męż­czy­zna. –> Do baru wszedł star­szy męż­czy­zna.

 

Rzu­cił okiem na klę­czą­ce­go i za­trzy­mał jak wmu­ro­wa­ny. –> Rzu­cił okiem na klę­czą­ce­go i za­trzy­mał się jak wmu­ro­wa­ny.

 

a teraz co drugi ob­ja­wiał ko­lej­na sen­sa­cję. –> Literówka.

 

Ma­cho­nio­wa po­tknę­ła się na wy­sta­ją­cym ko­rze­niu… –> Jeśli nazwisko kobiety pochodzi od nazwy drzewa, to: Ma­ho­nio­wa po­tknę­ła się na wy­sta­ją­cym ko­rze­niu

 

jak tylko wy­szedł ze swo­je­go Nis­sa­na… –> …jak tylko wy­szedł ze swo­je­go nis­sa­na

Nazwy pojazdów zapisujemy małymi literami.

 

Wie­czo­rem wy­szedł na ulice. –> Literówka.

 

po­trze­bu­je po­mo­cy. –> Literówka.

 

syk­nął zi­ry­to­wa­ny i cof­nął się dwa kroki do tyłu. –> Masło maślane. Czy istniała możliwość, by cofnął się do przodu?

 

– Co ty Sa­ta­ni­sta? –> – Co ty, sa­ta­ni­sta?

 

– Ej ty! – dde­zwał się naj­wyż­szy. –> – Ej, ty! – odezwał się najwyższy.

 

At­mos­fe­ra zmie­niał się na bar­dziej po­zy­tyw­ną. –> Literówka.

 

Nagle w krąg chło­pa­ków wdar­ła się jakaś dziew­czy­na. Roz­trą­ci­ła chło­pa­ków… –> Powtórzenie.

Wydaje mi się, że dziewczyna najpierw powinna roztrącić chłopaków, a potem się wedrzeć w ich krąg.

 

Nie trud­no było ukryć nie­zna­jo­me­go… –> Nietrud­no było ukryć nie­zna­jo­me­go

 

Gdy do­bie­gli do ogro­dze­nia, skrę­ci­ła w lewo. Ogro­dze­nie cią­gnę­ło się… –> Powtórzenie.

 

Za­uwa­ży­ła ją gdy do­bie­gli do wy­dep­ta­nej za spra­wą dziu­ry ścież­ki. –> Czy dobrze rozumiem, że dziura wydeptała ścieżkę???

 

ale wy­god­ny domek kem­pin­go­wy. idąc przy­glą­da­ła się… –> Postawiwszy kropkę, nowe zdanie rozpoczynamy wielka literą.

 

ale w tej sy­tu­acji było to je­dy­ne wyj­ścia. –> Literówka.

 

two­rzy­ła drzwi. Wciągnęła go do środka –> Czy robiła drzwi?

Pewnie miało być: Otwo­rzy­ła drzwi.

 

W mie­ście mó­wi­li, że nie długo po­cią­gnie. –> Raczej: W mie­ście mó­wi­li, że długo nie po­cią­gnie.

 

Czy wy­glą­dam na syna bo­że­go? Wcie­le­nie naj­wyż­sze­go? –> Czy wy­glą­dam na Syna Bo­że­go? Wcie­le­nie Naj­wyż­sze­go?

 

Na pod­da­szu zna­lazł sy­pial­nie. –> Literówka.

 

– Dzień dobry! –uśmiech­nę­ła się. –> Brak spacji po półpauzie.

 

Uspo­ko­iła się . –> Zbędna spacja przed kropką.

 

Dziew­czy­na mu­sia­ła wra­cać do domu, do ro­dzi­ców. Obie­ca­ła wró­cić wie­czo­rem… –> Powtórzenie.

Czy taka duża dziewczynana pewno musiała wracać do rodziców, a nie do szkoły, albo do pracy?

 

Stary wy­słu­żo­ny Opel po­gnał na sy­gna­le… –> Stary wy­słu­żo­ny opel po­gnał na sy­gna­le

 

– Długo tak sie­dzi? –za­py­tał księ­dza. –> Brak spacji po półpauzie.

 

Pod­szedł do krzy­ża i za­darł głowę do góry… –> Masło maślane. Nie można zadrzeć głowy do dołu.

 

Trzy­mał się kur­czo­wo belki i przy­war­ty do niej całym cia­łem drżał jak w fe­brze. –> Raczej: Trzy­mał się kur­czo­wo belki i, przy­war­łszy do niej całym cia­łem, drżał jak w fe­brze.

 

za­trzy­mał się na chwi­le i po­wie­dział… –> Literówka.

 

– Kuźwa, jak się Janek dowie, to cie za­bi­je. –> Literówka.

 

Był wście­kły na Kaskę. –> Literówka.

 

Jak nie po­trzeb­na to wszę­dzie się wpier­da­la­ją… –> Jak niepo­trzeb­na, to wszę­dzie się wpier­da­la­ją

 

Miała na sobie je­dy­nie bie­li­znę, suk­nie ba­lo­wą… –> Literówka.

 

czy pre­mie­ro­wa, ale sama je­zu­so­wa. –> …czy pre­mie­ro­wa, ale sama Je­zu­so­wa.

 

– Sek­sa­pil, to nasza broń ko­bie­ca, Sek­sa­pil…. –> – Sek­sa­pil, to nasza broń ko­bie­ca, sek­sa­pil

Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Praw­do­po­dob­nie bę­dzie pierw­szą ko­bie­ta… –> Literówka.

 

może grają tam fan­fa­ry trąb nie­bie­skich… –> Trąby mogą grać fanfary, ale obawiam się, że fanfary nie mogą grać trąb.

 

Śpiew sły­chać było coraz wy­raź­niej. Widać też było coraz wy­raź­niej ja­kieś świa­tła. –> Powtórzenia.

 

Za­trzy­ma­ła się i przez chwi­le na­słu­chi­wa­ła. –> Literówka.

 

Stała z łzami w oczach… –> Stała ze łzami w oczach

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne, podobało się. Trochę literówek, kilka błędów, ale o tym już pisali komentujący wcześniej. 

Nowa Fantastyka