- Opowiadanie: MPJ 78 - Legendy brokowskie - Strzały w lesie

Legendy brokowskie - Strzały w lesie

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Legendy brokowskie - Strzały w lesie

 Wszystko zaczęło się od historii, jaką opowiadał Piotrek. Brzmiała ona mniej więcej tak. Zima w czasie wojny, Niemcy schwytali dwie Żydówki. Obrabowali je ze wszystkiego, nawet buty im zabrali, po czym nocą zaprowadzili do lasu koło Laskowizny i w tajemnicy rozstrzelali. Rano zaś kazali miejscowym je pogrzebać tam gdzie je zabito. Dziś ich duchy straszą nocami, zwłaszcza zimą gdy jest mróz i śnieg. Mogą to potwierdzić wszyscy wracający pieszo z pasterki. Piotrek zna sporo tego typu historii, i świetnie je opowiada. Gdyby jednak ktoś chciał je zweryfikować, może natknąć się na pewne problemy. W przypadku tej opowieści trudno znaleźć kogoś, kto wracałby z pasterki pieszo. Od dobrego ćwierć wieku mieszkańcy Laskowizny wracają z tej mszy swoimi samochodami a nie spacerując po lesie.

Znalazł się jednak ktoś, kto potraktował tę opowieść bardzo poważnie i postanowił zadbać o upamiętnienie zabitych kobiet. Przeprowadził własne badania. Ustalił jednak niewiele. Pod koniec tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego albo na początku tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego do Laskowizny przybyły dwie kobiety handlujące drobnymi przedmiotami codziennego użytku. Zostały we wsi na noc. Po zachodzie słońca pojawili się jacyś uzbrojeni ludzie, którzy je zabrali i wyprowadzili do lasu. Tam też je obrabowano i zabito. Z dokumentów jakie posiada IPN wynika, iż władza ludowa z miejsca uznała, że odpowiedzialność ponoszą „reakcyjni bandyci” zwani obecnie żołnierzami wyklętymi. Miejscowi, którzy pierwsi byli rankiem na miejscu zdarzenia, na długo przed milicjantami, twierdzili, iż widzieli na śniegu obok ciał, ślady opon samochodowych. Żaden z operujących w okolicy oddziałów antykomunistycznej partyzantki nie mógł się poszczycić posiadaniem auta. Człowiek ten szukając informacji trafił w końcu na mnie:

– Dzień dobry. Panie Marku, podobno pan może mi pomóc.

– Dzień dobry, a w czym problem?

– Piotrek opowiedział mi pewną historię. – Wysłuchałem streszczenia sprawy.

– Czego pan oczekuje ode mnie?

– Jakby pan poszperał, popytał, ustalił kim były te kobiety… – Zawiesił na chwilę głos. – Pan podobno potrafi ustalić różne rzeczy, pasjonuje się miejscową historią. Może panu jako miejscowemu, ktoś powie coś więcej?

– Zobaczymy, co da się zrobić – powiedziałem wymijająco.

– Wierzę, że panu się uda.

– Niczego nie obiecuję. Zaznaczy mi pan na mapie, gdzie je znaleziono. Poszukam, popytam, jak da mi pan maila do siebie, to za parę dni napiszę, czego się dowiedziałem.

 

Gdy rozmówca opuścił dom, zacząłem się zastanawiać jak rozgryźć problem. Od miejscowych nie dowiem się niczego więcej. Ci, którzy wówczas byli naocznymi świadkami, dziś już w większości nie żyją. Pozostało wykorzystać znajomość z pewną specjalistką od wiedzy tajemnej. Zanim się do niej wybrałem zaopatrzyłem się w niezbędne wyposażenie.

 

– Witaj, Danusiu.

– Cześć, Maruś. Widzę, że masz do mnie jakiś interes.

– Skąd te przypuszczenia? – Przekomarzam się z nią.

– W innym przypadku nie przybyłbyś z bombonierką pod pachą i butelką domowego wina w ręku.

– No faktycznie mam pewien problem. – Streszczam jej całą historię.

– Kiepsko – stwierdza krótko.

– Dlaczego? 

– Bo brak mi podstawowych danych.

– Przerzucisz mnie w czasie tak jak poprzednio i coś wywęszę. Z błędem na starych mapach, oraz z pieskami w Kaczkowie poszło przecież gładko.

– Maruś, tylko widzisz, w przypadku map wiedziałam, że sporządzał je Marco Beneventano, więc było łatwo posłać cię w odpowiedni czas i miejsce.

– Z psim problemem też tak było? – pytam niepewnie.

– W tamtym przypadku już wcześniej, parę razy podchodziłam do tematu. Jeszcze za czasów jak tu były Prusy Południowe ustaliłam, jaką rolę pełnił w tej sprawie Michał Malinowski, tak więc posłałam cię dokładnie tam, gdzie trzeba.

– To wyślesz mnie kilka razy i dzięki temu namierzę właściwy czas, miejsce i ludzi.

– Mogłabym to zrobić, ale takie podróże nie mogą się odbywać codziennie. Niezbędne są półroczne przerwy.

– Dlaczego?

– Bo umysł chrononauty może trwale odłączyć się od ciała i zostać zawieszony gdzieś w czasie, a ciało pozostanie w stanie wegetatywnym.

– Straszysz mnie, tym że zostanę warzywem.?

– Niestety, już to kiedyś przerabiałam, a ciebie byłoby szkoda. – Znacząco spojrzała na kieliszek swojskiego wina.

– Da się coś ustalić twoimi metodami? – Patrzę na nią wzrokiem słodkiego szczeniaczka.

– Mamy miejsce. Możemy spróbować odczytać, czy coś odcisnęło piętno na tamtejszym genius loci. – Jej mina sugerowała, że intensywnie nad czymś myśli.

– Duchu opiekuńczym miejsca? – Staram się upewnić.

– Tak. Czasem gwałtowne zdarzenia, silne emocje, potrafi on przechwycić i utrwalić. Nie jest to jednak metoda pewna. Jeśli te kobiety zabito w innym miejscu, a tam tylko samochodem dowieziono ciała, może nie zadziałać.

– To jak, spróbujemy?

– Możemy zrobić eksperyment jutro wieczorem, ale tym razem sam wybierzesz obiekt skoku.

– To znaczy?

– Będę zajęta aktywowaniem wspomnień związanych z tym miejscem. Nie zdążę wybrać ci ani człowieka, ani czasu początku podróży optymalnego do zrozumienia całego zdarzenia. Ustawię początek skoku na mniej więcej osiem godzin przed zdarzeniem utrwalonym przez genius loci. Ty zaś, kiedy dam ci znak, wypijesz napar i będziesz miał pół minuty na wybranie nosiciela.

– Jak to się robi?

– Po prostu będziesz musiał skupić wzrok i myśli na jednym z uczestników zdarzenia.

– Łatwizna. Wskoczę w jedną z tych kobiet i będę wiedział wszystko.

– Można i tak, ale odradzam.

– Jakieś komplikacje?

– Powiedzmy, że przy różnicy płci pomiędzy chrononautą a „gospodarzem” mogą wystąpić różne efekty uboczne. – Jej mina sugerowała, iż lepiej tego nie próbować.

– Będę o tym pamiętał.

 

Wieczorem stanęliśmy na skrzyżowaniu leśnych dróg. Danusia na chwilę przymknęła oczy i oświadczyła.

– To chyba tu.

– Mapa się zgadza, jesteśmy na miejscu. – Uspokoiłem bardziej siebie niż ją.

– Zaczynamy.

Sprawnie rozstawiła trójnóg, umieściła na nim miedzianą misę, wysypała jakąś mieszankę, podpaliła. Gdy ogień z wolna zaczął pochłaniać zioła, zaczęła cicho nucić i tańczyć. Dym snuł się powoli, przybierając jakieś kształty. Z czasem dało się rozpoznać w nich ludzi, jakiś samochód terenowy, konie. Mgliste istoty przenikały się mieszały, ktoś jakby klęczał, ktoś inny leżał. Dało się rozpoznać mundury, broń, Mirowska skinęła głową w moją stronę. Szybko wypiłem miksturę i skoncentrowałem się na kimś, kto mierzył z rewolweru do klęczącej postaci. Tuż przed chwilą, w której porwał mnie wir i ciemność wiedziałem, że popełniłem błąd. Kobiety zabito zimą, a żołnierz, którego wybrałem nie miał na sobie żadnych ciepłych ubrań.

 

– Panie poruczniku, nic się panu nie stało? – Otworzyłem oczy, nade mną stał żołnierz. Założona na bakier furażerka miała naszywkę – proporczyk 201 Ochotniczego Pułku Szwoleżerów.

– Przysnąłem – odpowiedział mój „gospodarz”.

 

Zamiast w zimę przełomu roku tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego i piątego przerzuciło mnie w sierpniowe dni roku tysiąc dziewięćset dwudziestego. Dzielę ciało z porucznikiem Teodorem Tukalskim. Dowodzony przez niego szwadron szwoleżerów i batalion 50 pułku piechoty z Dubna broni przed bolszewikami linii Bugu, a konkretnie tego, co zostało z brokowskiego mostu. Eksplozje pocisków artyleryjskich, i terkot karabinów maszynowych świadczą o tym, że nie jest to zadanie łatwe.

– Panie poruczniku, dowódca wzywa.

– Już idę.

– Kilka minut później melduję się u majora Matczyńskiego, dowodzącego tu obroną.

– Przejrzałem pański plan i mam pewne wątpliwości.

– Czemuż to? Przecież wczoraj podporucznik Skawiński na czele plutonu szwoleżerów zrobił udany wypad na Grabownicę.

– No właśnie z tego powodu. Czerwoni będą się pilnowali, straci pan efekt zaskoczenia.

– Liczę, że oni doszli do dokładnie takich samych wniosków i nie będą się spodziewać kolejnego wypadu.

– Ryzyko jest znaczne, a ludzi chce pan poprowadzić dużo.

– Skawiński poszedł jedynie z plutonem szwoleżerów. Wypad miał udany, ale szczupłość sił sprawiła, iż Rosjan jedynie zmieszał i wziął „języka”. Dziś pewnie znów się zebrali. Ja chciałbym zupełnie rozbić te bataliony 11 Dywizji Strzelców, co wedle jeńców podeszły do Laskowiźny.

– Ciężko będzie ich zaskoczyć na drodze z Broku do Laskowizny, tak czy inaczej, muszą się dobrze pilnować.

– Nie pójdę tamtędy. Wieczorem przemaszeruję z moją grupą w dół Bugu, przeprawię się brodem na wysokości zatopionego parowca, potem ruszę lasami, koło tej leśniczówki na Jelenim Dole, obejdę wieś od północy dopiero wówczas zaatakuję. Z tego kierunku czerwoni nie będą się spodziewali ataku.

– Kawał drogi ma pan do pokonania. Major po raz kolejny odmierzał cyrklem odległość na mapie. – Nocą to będzie ze trzy godziny marszu.

– Wiem ale jeśli mi się uda będziemy mieć parę dni spokoju, zanim bolszewicy podciągną tu nowe jednostki. Morale wzrośnie. – Tukalski nęcił.

– Poruczniku dostaje pan moje pozwolenie na wykonanie wypadu zaczepnego.

– Tak jest! – Teodor zasalutował.

 

Marsz przed bojem był niezwykłym przeżyciem. Noc z roku tysiąc dziewięćset dwudziestego lat różni się od obecnych. Dziś nad miastami z daleka widać specyficzną poświatę stworzoną przez uliczne latarnie i okna domów. W roku dwudziestym nic takiego nie dało się dostrzec, a mrok nocy był głębszy niż współcześnie. Maszerujący szwoleżerowie i piechurzy radzili sobie w tych ciemnościach niczym koty. Było im tym łatwiej, iż mieli miejscowych przewodników, wściekłych na bolszewików z powodu rabunku, zwanego kolektywizacją inwentarza.

Zegarek porucznika wskazywał pierwszą w nocy, gdy oddział dotarł na skraj lasu. Żołnierze zajmowali pozycje wyjściowe obserwując obozowisko Rosjan. Ci ostatni byli zbyt liczni, by pomieścić się w domach i stodołach Laskowizny, toteż większość z nich nocowała przy ogniskach. Bez wątpienia, oprócz piechoty, musiała obozować tu i czerwona jazda, ponieważ na łąkach była więcej niż setka koni.

– Gotuj się. – Komenda przeleciała po szeregach polskiej piechoty.

– Dużo ich, panie poruczniku – wyszeptał któryś z żołnierzy.

– Za chwilę będzie ich mniej – odrzekł z kawaleryjską fantazją Tukalski. – Cel pal!

– W obozowisko bolszewików jakby piorun uderzył. Okrzyki bólu, zrywający się z legowisk żołnierze, przewracane kozły z bronią, ogniska, które jedni chcieli zasypać, by zniknąć w ciemnościach a inni podsycali, by oświetlić teren.

– Szable w dłoń! Za mną! – Tukalski na czele plutonu szwoleżerów ruszył do szarży.

– Bagnet na broń! Do ataku! – Krzyczeli podoficerowie piechoty.

 Polacy porwani przykładem swojego dowódcy ruszyli z impetem w bój. Tego było za wiele dla Rosjan. Nie byli w stanie zorganizować obrony. Tylko gdzieniegdzie pojedynczy sołdaci podejmowali walkę, ginąc od polskich szabli i bagnetów. Reszta albo uciekała na złamanie karku, albo poddawała się do niewoli. W przeciągu kwadransa było po wszystkim.

Zwycięzcy szybko zbierali się do odwrotu, wyłapywali konie, zbierano jeńców w kolumnę, zaprzęgano perszerony do wozów taborowych, na których składano zdobyte karabiny, amunicję, prowiant. Należało się spieszyć i wrócić na południowy brzeg Bugu, zanim Rosjanie ściągną tu posiłki. Oglądałem to wszystko z zainteresowaniem. Czułem dumę mojego gospodarza z sukcesu, zdobyta broń przyda się w dalszej walce, w setce jeńców, ma przecież nie tylko zwykłych sołdatów jest i komisarz polityczny i pokombat, czyli zastępca dowódcy batalionu.

– Przygotować się do wymarszu. Na czele dwie sekcje szwoleżerów, za nimi pluton piechoty, kolumna jeńców i wozy taborowe w osłonie kolejnego plutonu, na tyłach ostatni pluton piechoty, w tylnej straży reszta moich szwoleżerów. – Wydał dyspozycje porucznik.

– Tak jest.

 

Jeszcze nie świtało, ale letnia noc przechodziła w szarówkę. Kolumna szybkim marszem pokonywała las. Na skraju drogi klęczał jakiś bolszewik, a polski żołnierz krzykiem starał się zmusić go do dalszego marszu.

– Co się dzieje? – Porucznik Tukalski z tylną strażą właśnie przybył na miejsce.

– Ścierwo, nie chce dalej iść. – Krótko, acz soczyście raportował piechociarz.

– Ranny?

– Ależ skąd panie poruczniku.

– Zlitujcie się pany, ja nogę skręcił.

– Teraz to mówisz łobuzie! – Krzyczał strzelec. – Nie mogłeś o tym powiedzieć jak wozy nas mijały?

– Ty krzyczał, ja się bał – odrzekł bolszewik.

– Ja cię zaraz bagnetem popieszczę suczy synu, to się bać przestaniesz. – Polski piechur denerwował się coraz bardziej.

– Żołnierzu dołączcie do kolumny, my się tym zajmiemy – porucznik chciał uspokoić sytuację.

– Tak jest.

– Co z tą nogą?– Spytał mój gospodarz, zsiadając z konia.

– Zwichnięta panie.

Bolszewik zmienił pozycję, teraz klęczał tylko na jednym kolanie. Nagle zrozumiałem, co jest nie tak. Rosjanin miał za sobą gęste krzaki. Odkąd pilnujący go strzelec ruszył w ślad za oddalającym się odziałem, nikt do niego nie celował. Szwoleżerowie na czas marszu mieli karabiny przewieszone przez plecy. Na dodatek choć mówił, że skręcił nogę to jedną ręką trzymał się za brzuch, a drugą powoli kierował do wysokiej cholewy buta. Bez udziału mojego gospodarza, wyciągnąłem rewolwer z kabury, odwodząc kurek. W oczach bolszewika błysnęła wściekłość. Gwałtownie szarpnął ręką, gdy nacisnąłem spust. Pocisk targnął jego ciałem nim zakończył ruch. Dzięki temu ostrze rzuconego noża o kilka centymetrów minęło mojego gospodarza. Echo mnożyło odgłos strzału, poczułem zaskoczenie porucznika, rozwojem sytuacji, gdy wir ciemności wyciągnął mnie z przeszłości.

 

– Maruś, jak ci poszło? – Danuta była pełna troski.

– Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, kogoś nawet zastrzeliłem, ale o tych kobietach nic więcej nie wiem, bo wiesz, wylądowałem w roku dwudziestym a nie czterdziestym czwartym.

– Obawiałam się tego.

– Co się stało?

– No cóż, duchy opiekuńcze, tak jak ludzie, czasem mieszają ze sobą i mylą różne zdarzenia. 

Koniec

Komentarze

MPJ, usuń kropkę z tytułu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

ok

 

Przecinki!

OK, jest jakaś historyjka, ale niespecjalnie mnie porwała. Może dlatego, że nie przepadam za wojną, a historię XX wieku uważam za jedną wielką, krwawą jatkę. A może poszło o bohatera, który nie dowiedział się, jak to w końcu było? Tylko jako turysta pooglądał inny świat, coś tam zmienił i wrócił do domu.

– Skąd te przypuszczenie?

To przypuszczenie albo te przypuszczenia.

Babska logika rządzi!

Ze zrozumieniem podchodzę do tego, że duchy też mają zawodną pamięć i mogą mylić zdarzenia, jednak po skończonej lekturze miałam wrażenie, że dostałam nie to danie, które zamówiłam – zamiast opowieści o losie wspomnianych na początku kobiet, przeczytałam opis potyczki Polaków z bolszewikami.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

– Jakby pan poszperał, popytał, ustalił kim były te kobiety… – zawiesił na chwilę głos. –> – Jakby pan poszperał, popytał, ustalił kim były te kobiety… – Zawiesił na chwilę głos.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi.

 

– Po pro­stu bę­dziesz mu­siał się sku­pić wzrok i myśli na jed­nym z uczest­ni­ków zda­rze­nia. –> – Po pro­stu bę­dziesz mu­siał sku­pić wzrok i myśli na jed­nym z uczest­ni­ków zda­rze­nia.

 

Eks­plo­zje po­ci­sków ar­ty­le­ryj­skich,ter­kot ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych świad­czy o tym… –> Piszesz o dwóch czynnikach, więc: Eks­plo­zje po­ci­sków ar­ty­le­ryj­skich i ter­kot ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych świad­czą o tym

 

Ja chciał­bym zu­peł­nie roz­bić te ba­ta­lio­ny 11 Dy­wi­zji Strzel­ców, co wedle jeń­ców po­de­szły do La­sko­wiź­ny. –> Ja chciał­bym zu­peł­nie roz­bić te ba­ta­lio­ny Jedenastej Dy­wi­zji Strzel­ców, co wedle jeń­ców po­de­szły do La­sko­wizny.

 

– Cięż­ko bę­dzie ich za­sko­czyć na dro­dze z Broku do La­sko­wi­zy… –> Literówka.

 

Marsz przed bojem był nie­zwy­kłym prze­ży­ciem. Noc sprzed pra­wie stu lat… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Ko­men­da prze­le­cia­ła sze­re­gach pol­skiej pie­cho­ty. –> Ko­men­da prze­le­cia­ła w/ po sze­re­gach pol­skiej pie­cho­ty.

 

– Po­la­cy po­rwa­ni przy­kła­dem swo­je­go do­wód­cy ru­szy­li z im­pe­tem w bój. –> Zbędna półpauza. To już nie jest dialog.

 

Zwy­cięz­cy szyb­ko zbie­ra­li się do od­wro­tu, wy­ła­py­wa­li konie, zbie­ra­no jeń­ców w ko­lum­nę, za­przę­ga­no konie do wozów ta­bo­ro­wych… –> Powtórzenia.

 

Na skra­ju drogi klę­czał jakiś bol­sze­wik, a pol­ski żoł­nierz krzy­kiem sta­rał się zmu­sić do dal­sze­go mar­szu. –> …sta­rał się zmu­sić go do dal­sze­go mar­szu.

 

Bez udzia­łu mo­je­go go­spo­da­rza, wy­szar­pa­łem re­wol­wer z ka­bu­ry, od­wo­dząc kurek. W oczach bol­sze­wi­ka bły­snę­ła wście­kłość. Gwał­tow­nie szarp­nął ręką… –> Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Spodobał mi się motyw z początku, śledztwa nad dawno zapomnianą zbrodnią. Dlatego trochę szkoda mi się zrobiło, że opowiadanie potoczyło się w zupełnie innym kierunku i nawet nie dotknęło tej tajemnicy. Bo choć doceniam wejście w skórę żołnierzy z 1920 roku, tamtejsze walki mi nawet przypadły do gustu, to sprawa morderstwa w lesie zapowiadała się na ciekawszą.

A może jest tu jakiś haczyk fabularny, którego nie dostrzegłem?

Podsumowując: fajny początek, ale potem zmienia kierunek na ciekawy, ale niestety nie ten, jaki obiecało. Pomija też rozwiązanie zagadki, które w pewnym sensie obiecało na początku. Ten zawód sprawił, że do końca nie czuję się usatysfakcjonowany koncertem fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jest pomysł i jest wykonanie, które go nieco przytłoczyło. Zaczyna się na tyle nieźle, by zaciekawić, a potem mamy dyskusję na temat metody przenoszenia w czasie, spisaną za pomocą dość drętwych i nienaturalnych dialogów. A potem dostajemy historię inną od zapowiedzianej, scenkę z wojny 1919-1921, okraszoną narracyjnym chaosem (fragmenty narracji, zaczynające się jak dialog, wprowadzają zamieszanie).

Więc zapowiadało się w porządku, ale ostatecznie jednak mnie rozczarowało.

Nie spodobał mi się już pierwszy fragment.

Wszystko zaczęło się od historii jaką opowiadał Piotrek. Brzmiała ona mniej więcej tak. Zima w czasie wojny, Niemcy schwytali dwie Żydówki. Obrabowali je ze wszystkiego, nawet buty im zabrali, po czym nocą zaprowadzili do lasu koło Laskowizny i w tajemnicy rozstrzelali. Rano zaś kazali miejscowym je pogrzebać tam gdzie je zabito.

Niemcy, którzy zabierają buty? Możliwe, choć bardziej Rosjanie kojarzą mi się z grabieniem nawet sznurówek. W tajemnicy je rozstrzelali, ale już rano kazali ciała pochować. Szybko tajemnica przestała nią być.

Później gmatwasz coś z IPNem, reakcyjnymi bandytami, żołnierzami wyklętymi a Niemcy już się nie pojawiają. Powiem Ci, że nie zrozumiałem tego zamysłu.

I dalej.

Ci, którzy wówczas byli naocznymi świadkami, dziś już w większości nie żyją. Pozostało wykorzystać znajomość z pewną specjalistką od wiedzy tajemnej.

Przepraszam, ale będę trochę sarkastyczny. Wiadomo przecież, że jak świadkowie nie żyją, to korzystamy z wiedzy tajemnej. Ja nie neguję tego pomysłu, ale to nie jest “normalna” rzecz Autorze, ludziom zazwyczaj nie przychodzi na myśl jako drugie rozwiązanie, korzystanie w wiedzy tajemnej. Należało to jakoś umotywować.

Zupełnie niezrozumiały jest dla mnie pomysł “pomyłki” przy teleportacji. Muszę przyznać, że pierwszy raz czytałem opowiadanie, które zaczęło się jednym, a skończyło zupełnie innym tematem. :) Nie mającego żadnego, ale to żadnego związku z zabitymi Żydówkami. :)

Warsztatowo jest przyzwoicie, choć dialogi kuleją.

– Witaj Danusiu.

– Cześć Maruś. Widzę, że masz do mnie jakiś interes.

– Skąd te przypuszczenie? – Przekomarzam się z nią.

– W innym przypadku nie przybyłbyś z bombonierką pod pachą i butelką domowego wina w ręku.

– No faktycznie mam pewien problem. – Streszczam jej całą historię.

– Kiepsko – stwierdza krótko.

– Dlaczego? – Drążę temat.

– Bo brak mi podstawowych danych.

Te streszczenia, stwierdzenia, drążenia i brak danych brzmią niestety sztywno.

 

Podsumowując, nie przekonałeś mnie tym opowiadaniem. Głównie z powodu rozjechanej fabuły i szwankujących dialogów.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

 Wszystko zaczęło się od historii[+,] jaką opowiadał Piotrek.

Masz w zdaniu dwa orzeczenia, więc musisz je rozdzielić przecinkiem.

 

Brzmiała ona mniej więcej tak. Zima w czasie wojny, Niemcy schwytali dwie Żydówki.

Nie lepiej wyglądałoby: zimą, w czasie wojny, Niemcy…?

 

– Zobaczymy, co da się zrobić – mówię wymijająco.

Powiedziałem. Nie widzę potrzeby zmieniać tutaj czas.

 

Zaznaczy mi pan na mapie[+,] gdzie je znaleziono.

 

Poszukam[+,] popytam, jak da mi pan maila do siebie, to za parę dni napiszę, czego się dowiedziałem.

 

– Witaj[+,] Danusiu.

– Cześć[+,] Maruś.

Wołacze, MPJu, oddzielamy przecinkami od reszty zdania. Chociaż ten drugi przykład to nie wołacz, to poniekąd “Maruś” spełnia jego funkcję. :p

 

– No faktycznie mam pewien problem. – Streszczam jej całą historię.

– Kiepsko – stwierdza krótko.

– Dlaczego? – Drążę temat.

Ostatnie didaskalia nic nie wnoszą.

 

ustaliłam, jaką w tym rolę pełnił w tej sprawie Michał Malinowski,

Jedno z tych.

 

Straszysz mnie, tym że zostanę warzywem.?

Dym snuł się powoli[+,] przybierając jakieś kształty.

Przejrzałem pański plan i ma pewne wątpliwości.

Literówka.

 

Ja chciałbym zupełnie rozbić te bataliony 11 Dywizji Strzelców

Jedenastej.

 

Dużo ich[+,] panie poruczniku

Spytał mój gospodarz[+,] zsiadając z konia.

No cóż[+,] duchy opiekuńcze, tak jak ludzie, czasem mieszają ze sobą i mylą różne zdarzenia.

 

To już któraś Twoja legenda, którą mam okazję czytać i całkiem mi się podobało to wymieszanie fantastyki, historii i militariów. Chociaż jednak zaczynasz od wątku dwóch Żydówek, to później kompletnie go ignorujesz, popychając historię w zupełnie inną stronę. Zaskoczenie i owszem, jest, ale po co w takim razie było wprowadzać tamte kobiety, skoro nijak nie domykasz ich historii? Opowiadanie staje się przez to niespójne. Wydaje mi się, że trochę pospieszyłeś się z publikacją tego tekstu i nie dopracowałeś go do końca. Gdyby nie fakt, że wszystko urywa się niepozamykane, głosowałbym na bibliotekę.

 

 

 

Wskazane błędy skorygowałem. Poza 11 Dywizją Strzelców, choć szukałem nigdzie nie znalazłem zapisu Jedenasta Dywizja Strzelców. Numer jednostki wszędzie jest zapisywany cyframi. Dotyczy to również pułków i batalionów specjalnych.

 

Ocha. Założeniem tego opowiadania było, iż duchy mogą pewne zdarzenie mieszać tak samo jak to się zdarza ludziom. Dlatego podczas wywoływania obrazów zdarzeń pomieszały się postaci z egzekucji kobiet anno domini czterdzieści cztery i zastrzelenie kombinującego bolszewika w roku dwudziestym. Poza tym we wcześniejszych opowiadaniach wszystko szło łatwo prosto i przyjemnie więc tu powinny pojawić się komplikacje. W końcu w życiu nie zawsze wszystko nam się udaje.

 

Drakon, zauważ iż opowieści Piotrka od początku określałem jako trudnoweryfikowalne. Czyli inaczej rzecz ujmując nieco ściemnione. Co do sięgania po wiedzę tajemną, to zarówno w samym opowiadaniu dałem wspomnienia z innych opowiadań gdzie kwestia ta jest szerzej rozwinięta. Dałem też linki do tych opowiadań w opisie. ;)

Wskazane błędy skorygowałem. Poza 11 Dywizją Strzelców, choć szukałem nigdzie nie znalazłem zapisu Jedenasta Dywizja Strzelców. Numer jednostki wszędzie jest zapisywany cyframi. Dotyczy to również pułków i batalionów specjalnych.

Tyle że w opowiadaniu słowa te padają w dialogu. Ciekawa jestem, jak wypowiadający tę kwestię artykułuje “11”.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podłączam się do wypowiedzi Reg.

Babska logika rządzi!

Ciekawość łączy ludzi. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ok. zażyłyście mnie laugh

 

No dobrze a co by było gdyby to był rozkaz?

 

Bo tak na chłopski rozum, rozkaz to specyficzna forma dialogu w której jedna strona mówi  np.  

– Celem operacji “X” jest zniszczenie 11 dywizji “niebieskich”

– Tak jest.  – Odpowiada jej strona druga.

 

 

 

 

Rozkaz też jest wypowiadany słowami, więc napisałabym:

– Celem operacji iks jest zniszczenie jedenastej dywizji niebieskich.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

– Celem operacji “X” jest zniszczenie 11 dywizji “niebieskich”

Jedenastu? Jedenastej? Jedenaście? :p

O, nie przyszło mi do głowy, że niebiescy mogli mieć jedenaście dywizji. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Też się zastanawiałam, czy w rozkazie było “jedenastej” czy “jedenastu”. :-)

Jednak wydawaj rozkazy słowami.

Babska logika rządzi!

Ok. Darcon łapie wyjaśnienia.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Wracając do tematu masa literatury dotyczącej kampanii wrześniowej zawiera fragmenty komunikacji za pomocą juzów tzn aparatów Hugensa. To są często de facto dialogi i tam zawsze numery dywizji i brygad podawane są cyframi. 

MPJ 78, zapytałeś pytanie, a ja odpowiedziałam. Co zrobisz z tą wiedzą, zależy wyłącznie od Ciebie. Tak samo z opowiadaniem – jest Twoje i wyłącznie od Twojej decyzji zależy, jakimi słowami będzie napisane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tyle że ta 11 Dywizja Strzelców to nazwa konkretnej bolszewickiej jednostki. Czy w takim razie, skoro zapis ma być słowny, to nie powinno być “jedenastej dywizji strzelców”? tzn znikają duże litery?

Nie, duże litery zostają. A czy jeśli komuś podajesz adres przez telefon, to ulica i miasto będą małymi, tylko dlatego, że numer ulicy jest słownie?

Babska logika rządzi!

Niestety nieszczególnie przypadł mi do gustu ten tekst. Nie przepadam za wojną i jakoś tematyka mnie nie porwała. Ogólnie jestem zdziwiona, że główny bohater tak doskonale się orientował we wszystkim. Zwłaszcza, że miał trafić gdzieś w czasach II wojny, a w rzeczywistości wylądował w I. I ogólnie mam takie odczucie, że tekst został napisany dla samego faktu napisania kolejnego odcinka “Legend brokowskich”. Odczucie moje jest takie, że poza interesującym początkiem, później wszystko się rozmywa i w sumie nie wiadomo po co, dlaczego…

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

W opowiadaniach ze skokami w czasie, bohater uzyskuje dostęp do pamięci swoich ”gospodarzy” stąd znajomość realiów miejsca w którym się znalazł. Opisałem to w “Opętanym kartografie” i z lenistwa nie powtórzyłem tutaj. 

 

 

Wiesz, nie czytałam wszystkich części, stąd ta niewiedza.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Przyzwyczaiłam się do tych twoich legend i z ciekawością zajrzałam do tej. Nawet została mi w pamięci historia z pieskami i babcią :) Odważnie podszedłeś do tematu, wspominając o żołnierzach wyklętych i domniemanej zbrodni. Szwankuje jeszcze to i owo – dialogi bohatera z Danusią brzmią dla mnie znacznie mniej naturalnie niż całkiem udane rozmowy walczących. Resztę wytknęli ci wcześniej komentujący :)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Te dialogi z założenia mają być lekkie i niezbyt poważne, coś jak przekomarzanie się dobrych znajomych. Popracuje nad nimi. 

Nowa Fantastyka