- Opowiadanie: Algir - Teoria sztafety

Teoria sztafety

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Teoria sztafety

 

 

 

Po rozwinięciu modelu fizycznego podwójnej helisy DNA i powiększeniu do rozmiaru pozwalającego dostrzec ją gołym okiem, ma ona kształt długiej, koronkowej wstążki (dokładnie takiej, jaką kwiaciarki wiążą bukiety róż a młode dziewczęta spinają włosy przed wyjściem w ciepły, majowy wieczór). Dodatkowo, po rozłożeniu takiej wstążki na płaskiej powierzchni i wyrównaniu dłonią, przesuwając opuszkami palców wzdłuż jej długości, można wyczuć delikatne guzki, oznaczające miejsca połączeń nukleotydów, oraz wgłębienia, gdzie przechowywane są informacje o cechach dziedziczonych. Potrzeba dużej wprawy, aby na jej brzegach wyczuć malutkie, owalne wypustki, oznaczające ilość enzymów niepowtarzalnych, mających decydujące znaczenie przy określeniu liczby genotypowej człowieka, zwanej od nazwiska jej odkrywcy, Liczbą Leibsteina.

 

„Teoria liczb”, Michael Perry (2002 – 2060)

 

 

Będzie to historia człowieka, który przewidział koniec świata, i nie zrobił niczego, by przekazać tę wiedzę innym ludziom. Nazywał się Michael Perry i był moim ojcem.

Tamtego dnia zapytałam tatę, czym zajmuje się w pracy. Miałam wtedy cztery lata, więc jego odpowiedź wydała mi się niezrozumiała.

– Jestem biologiem – odpowiedział z przejęciem. – A dokładnie, specjalistą w dziedzinie biologii molekularnej.

Byłam już starsza, gdy to pytanie znów pojawiło się w naszych rozmowach. Tym razem jednak ojciec się przygotował.

– Zajmuję się badaniem DNA – powiedział ostrożnie. – Wiesz, co to jest DNA?

Przez chwilę patrzył na mnie uważnie, po czym westchnął i wyciągnął z kieszeni marynarki czerwoną, koronkową wstążkę. Trzymając za brzegi wstążki rozwinął ją przed moimi oczami.

– Więc tak… – powiedział. – Ta wstążka jest podobna do modelu fizycznego DNA, zwanego podwójną helisą. Żeby ją zbadać, wystarczy delikatnie chwycić za brzeg, potrzeć palcami aż ogrzeje się w naszych dłoniach, dodać odczynnik, potem ostudzić, tylko powoli, gdyż szybko traci ciepło, znów podgrzać, fluorescencyjnym markerem zaznaczyć kontrast, i na końcu sprawdzić odczyt, delikatnie patrząc pod światło.

Uniósł rozłożoną wstążkę i ustawił w sposób pozwalający spojrzeć poprzez nią na słońce. Świat na chwilę przybrał czerwoną barwę. Przysłoniłam dłonią oczy i powiedziałam:

– Skąd masz tę wstążkę?

– Od twojej mamy. – Tata westchnął i powiedział: – Weroniko, czy zrozumiałaś, o czym mówiłem?

– Dlaczego mama dała ją tylko tobie?

– Zrozumiałaś?

– Dlaczego?

– Więc jednak nie – odpowiedział zrezygnowany i przytulił mnie do siebie. – Może kiedyś się uda…

– Dlaczego mama dała tylko tobie wstążkę? – wymruczałam do jego ucha. – Ja też chcę taką helisę!

Tata odsunął mnie delikatnie od siebie i powiedział:

– Ależ ty też ją dostałaś. – Pogłaskał mnie czule po głowie. – Masz ją we włosach. I w oczach. I w uśmiechu. Dlatego jesteś taka podobna do mamy. – Uśmiechnął się czule. – I troszeczkę do mnie – dodał.

Od tej rozmowy upłynęło wiele lat. Dziś jestem już dorosła i niedawno założyłam własną rodzinę. Mam już córkę, która jest bardzo do mnie podobna, a teraz, wraz z moim mężem, czekam na narodziny drugiego dziecka.

Ojciec mieszka samotnie w naszym starym domu w Illinois. Od śmierci mamy prawie nie wychodzi z domu. Odmierza czas, jaki nam pozostał do końca świata.

 

 

Już nie zdążę opowiedzieć tej historii w zrozumiały sposób. Zostało niewiele czasu, a przede mną jeszcze najważniejsza rozmowa z Ojcem. Być może ostatnia, nie wiem. Muszę się śpieszyć, więc szczątkowa konstrukcja opowieści wydaje się być najodpowiedniejsza. Jest również bardzo wygodna: część faktów jest dla mnie niezrozumiała, a o wielu rzeczach dowiem się dopiero po rozmowie z Ojcem.

Dlatego z czystym sumieniem będę mieszać daty, postacie i zdarzenia. Będę również oszukiwać, żeby nadać całej historii pozorny sens. Taka konstrukcja opowieści ma dodatkową zaletę: nie muszę opisywać szczegółów technicznych, w większości dla mnie niezrozumiałych. Nic nie poradzę, że nie odziedziczyłam po tacie talentów do przedmiotów ścisłych. Dlatego z ulgą mogę omijać większość szczegółów związanych z pracami w laboratorium AIBN. To pierwsze oszustwo, które popełnię w tej opowieści. Mój Alec z pewnością skwitowałby to z uśmiechem: wolno ci, przecież jesteś kobietą.

W przerwach na złapanie oddechu wtrącę fragmenty z książek taty i jego przyjaciół. Dzięki temu będę miała czas na uporządkowanie myśli. Ich kolejność jest zupełnie dowolna, ale ponieważ musiałam je jakoś oznaczyć, każdy fragment zaopatrzyłam w odpowiedni podpis.

Część dat oczywiście zmyśliłam. Oto kolejny fragment:

 

 

Od czasów publikacji Watsona i Cricka (1953 r.), określającej model budowy przestrzennej podwójnej helisy, do pojawienia się pracy A. Leibsteina, wprowadzającej do niego poprawki, upłynęły równo sześćdziesiąt trzy lata. W tym czasie rozwinęły się nowe dziedziny nauki, biotechnologia molekularna i biologia behawioralna. Dynamika ich wzrostu i znaczenie w środowiskach naukowych zostały jednak dość szybko zahamowane, głównie poprzez ograniczenia technologiczne i wzrost nakładów finansowych, koniecznych do prowadzenia szczegółowych badań DNA. Ówczesną sytuację można porównać do nieruchomo zawieszonego wahadła: początek nowego stulecia i związane z tym wyzwania stawiane ludzkości sprzyjały rozwojowi nowej gałęzi nauki, natomiast powstrzymywały ją gigantyczne koszty związane z prowadzeniem badań.

Gdy wydawało się, że biotechnologia molekularna doszła do kresu swoich możliwości poznawczych, na publicznym archiwum preprintów ecu.com, pojawiła się krytyczna praca Azry Leibsteina.

 

„Historia badań genotypowych”, Michael Perry (2002 – 2060)

 

 

Nie mogę pamiętać tej sceny: tata kładzie dłoń na zaokrąglonym brzuchu mamy i delikatnie przytula ją do siebie. Szepczą. Wokół nich puste ściany pokoju w kampusie uniwersyteckim w Baltimore, a jasne światło wpada przez uchylone okno obrysowując ich sylwetki. To jedno z pierwszych bardzo pięknych zmyśleń.

Czekają na mnie. Wybrali już nawet imię: Weronika. Urodzę się za cztery miesiące, a tata przywiezie mnie ze szpitala do ich nowego domu w Lexington. Teraz rozmawiają o przyszłości.

Przed chwilą zamknęły się drzwi za Antonem Crippem, cenionym mikrobiologiem i specjalistą z dziedziny genetyki molekularnej, zawodowo związanym z Amerykańskim Instytutem Badań Naukowych. W czasie tej pierwszej rozmowy Cripp już od trzech lat był asystentem Leibsteina w instytucie AIBN. Do Baltimore przyjechał z propozycją pracy dla mojego taty.

Cripp był sympatycznym, lekko łysiejącym trzydziestolatkiem o pociągłej twarzy, z tworzącą się już powoli siecią zmarszczek wokół oczu i lekko przechyloną w prawo głową (od lat zmagał się z astygmatyzmem). W czasie rozmowy wydawał się być odrobinę spięty, ciągle mrużył oczy i nerwowo poprawiał okulary. Śmierdział tanimi papierosami.

– Michael… – powiedział na wstępie. Zwracał się bezpośrednio do taty, siedząc na krześle przy oknie. Za plecami miał widok na budynki uniwersytetu i słońce, które raziło mamę w oczy. – Wiem, że kontaktowali się z tobą zawodowi rekruterzy, proponując pracę w prywatnych instytutach biotechnologii. Twoja żona wspominała, że z podjęciem decyzji czekasz do ogłoszenia wyników końcowych egzaminów.

– Dokładnie.

– Mam dla ciebie dobrą wiadomość. – Cripp splótł dłonie na kolanach, mocniej przechylił głowę i powiedział: – Zgodnie ze statystykami uczelni stanowych, osiągnąłeś najwyżej notowany wynik na przestrzeni ostatnich siedemnastu lat. Jest to o tyle imponujące, że wcześniej nikomu nie udało się nawet zbliżyć do tego rezultatu.

– Skąd ma pan dostęp do tych danych? Wyniki ostatnich egzaminów nie zostały jeszcze ogłoszone.

– W chwili obecnej to nieistotne. – Cripp zdjął okulary, przetarł je ostrożnie chusteczką i założył ponownie. – Ważniejsza jest kwestia wyboru twojej przyszłej pracy. – Jeszcze raz poprawił okulary i dodał: – Nie ukrywam, również chciałbym złożyć ci ofertę.

– Jakie warunki może pan zaproponować?

– Ponieważ pod względem finansowym nie jesteśmy w stanie przebić propozycji konkurencji, atrakcyjność naszej oferty opiera się głównie na możliwości współpracy z doktorem Azrą Leibsteinem.

– To ma mnie przekonać?

– Tak – powiedział Cripp. – Oferujemy ci szansę rozwoju w stopniu niemożliwym do zrealizowania w innych, prywatnych instytutach.

– Może pan to zapewnić?

– Oczywiście. Poprzedni, najlepszy wynik egzaminów końcowych, należał właśnie do Azry Leibsteina.

Dwa tygodnie później, po oficjalnym ogłoszeniu wyników egzaminów, tata podpisał umowę pozostawioną przez Antona Crippa.

 

 

To dobry moment, żeby opowiedzieć o liczbie Leibsteina. Ponieważ dokładny opis jej odkrycia przekracza moją znajomość biotechnologii, posłużę się oszustwem (podobnie jak tata, gdy opowiadał mi o wstążce). Oszustwo będzie polegało na przekierowaniu twojej uwagi na sferę uczuciową związaną z odkryciem Liczby Leibsteina.

Każdemu zdarza się sytuacja, gdy spotyka osobę inteligentniejszą od siebie. Z każdym wypowiadanym słowem czujemy drżenie ziemi, która rozstępuje się między nami i tą osobą. Skupmy się na sobie: pojawia się niepokój, być może złość, często zazdrość. Rozglądamy się nerwowo, szukając drogi ucieczki. Czasem przechodzimy do myślowej kontrofensywy: Boże, o czym on gada? Jak on wygląda? Czym się podnieca?

Z dużym prawdopodobieństwem liczba Leibsteina takiej osoby jest wyższa od naszej.

Inny przykład: spotykamy człowieka, który osiągnął sukces: zbudował dom za własne pieniądze, opatentował kształt unikatowego śmigełka do suszarki albo potrafi przez piętnaście minut żonglować piłeczką tenisową.

Z pewnością Liczba Leibsteina takiego człowieka jest wyższa od naszej.

Może się również zdarzyć, że spotkamy człowieka, który jest piekielnie inteligentny, nieprzyzwoicie bogaty, ma swój fotel w senacie i wynalazł lek na raka.

Tu mamy pewność: jego Liczba Leibsteina jest dużo wyższa od naszej.

Istotą odkrycia właściwości liczby genotypowej, zwanej od nazwiska odkrywcy Liczbą Leibsteina, jest możliwość określenia przyszłego rozwoju każdego człowieka. Jeżeli w wieku dwudziestu kilku lat osiągniesz jej wartość na poziomie dwudziestu pięciu jednostek obliczeniowych, oznacza to, że świat na ciebie czeka. Możesz być kimkolwiek zechcesz. Wybrać dowolną dziedzinę nauki lub sztuki, a następnie ją zdominować. Podsumowując: możesz rozwijać się w stopniu nieosiągalnym dla innych ludzi.

W wieku dwudziestu lat poziom mojej Liczby Leibsteina wynosił szesnaście jednostek i mieścił się w przedziale średnim dla mojej grupy wiekowej. Tata przyjął to ze zrozumieniem.

 

 

Wbrew późniejszym opracowaniom naukowym, odkrycie znaczenia liczby genotypowej człowieka nie wiązało się z jakąś przełomową myślą lub tytaniczną pracą wykonaną przez Azrę Leibsteina, lecz od spotkania z innym człowiekiem, Joachimem Straussem, emerytowanym kustoszem Austriackiego Muzeum Technicznego. Ich rozmowa była dość spokojna i rzeczowa, ponieważ spotkanie poprzedziła kilkutygodniowa korespondencja mailowa i szereg dyskusji prowadzonych przez komunikator internetowy. Joachim Strauss przywiózł z Austrii kilkanaście szklanych ampułek zawierających próbki organiczne, wszystkie ponumerowane literami alfabetu i zapakowane w staroświeckie pudełeczko wyłożone filcem.

– Ponawiam prośbę o dokonanie badań DNA. – Strauss postawił pudełko na stoliku i uchylił wieczko. Ułożone w rzędzie ampułki połyskiwały mętnym światłem. – Uprzedzając ewentualne pytanie, chcę powiedzieć, że ma to dla mnie olbrzymie znaczenie. Dlatego zwracam się z tą prośbą do pana. Zapłacę każdą rozsądną kwotę.

Azra Leibstein był dość sceptycznie nastawiony do prośby Austriaka.

– Tego typu badania można wykonać w pana ojczyźnie. Dlaczego przyleciał pan w tym celu do USA?

– Amatorsko śledzę postępy nauki, Internet jest nieocenionym źródłem wiedzy w tym zakresie. Na podstawie kilkunastu publikacji i współczynnika cytowalności, zdecydowałem się zwrócić bezpośrednio do pana.

Na zakończenie rozmowy Strauss zadał ostatnie pytanie:

– Dlaczego nie publikuje pan na papierze? Ogranicza się pan tylko do przestrzeni internetowej, a wiele pana prac jest zupełnie nieznanych.

– Jednak panu udało się do mnie dotrzeć – odpowiedział Leibstein. – Panie Strauss, nie wierzę w żadne ograniczenia. Jaki cel ma przeprowadzenie badań?

– Chciałbym poznać różnicę między próbkami.

– Nie rozumiem.

– Proszę znaleźć różnicę. – Strauss zakaszlał i na chwilę przysłonił dłonią usta. – Niestety, nie potrafię jej sprecyzować. Uważam, że musi być jakiś szczegół, różniący poszczególne próbki. Zainwestowałem w poszukiwania własne pieniądze, których mam sporo, i czas, którego mam bardzo mało, gdyż jestem ciężko chory. Proszę poszukać różnic.

Badanie i analiza próbek zajęła sześć tygodni.

Ich kolejne spotkanie zostało zaaranżowane przez komunikator internetowy. Już na początku rozmowy Azra zauważył, że stan zdrowia Straussa znacznie się pogorszył. Austriak był bardzo wyciszony, mówił niewyraźnie.

– Przebadałem dostarczone przez pana próbki – powiedział ostrożnie Leibstein. – Nie uprzedzał mnie pan, że pochodzą od tej samej osoby.

– To nie było istotne. Jak wyglądają wyniki?

– Prześlę do pana dokładny raport i analizy badań.

– Nie potrzebuję dokładnych wyników… – Strauss przestał mówić. Zakaszlał. – Panie Leibstein, przez całe życie zajmowałem się sztuką, nie nauką. Czy znalazł pan różnicę?

– Tak i nie. Na tym etapie nie jestem w stanie tego określić.

– Dlaczego?

– To skomplikowane. Struktura DNA tych tkanek zmieniała się na przestrzeni lat. Najmniejsze zmiany widoczne są w próbce A1.

– Z okresu szwajcarskiego…

– Proszę?

– To nieistotne. Niech pan mówi dalej.

– Największe natomiast w V7.

– Po indeksowaniu dwójki… Proszę kontynuować.

– Panie Strauss, to ciężko wytłumaczyć. Mamy do czynienia ze stałymi zmianami na przestrzeni lat, gdzie odnotowaliśmy punkt kulminacyjny i następnie dość powolny spadek.

– Zgadza się.

– Proszę odpowiedzieć na pytanie: do kogo należały próbki krwi?

Strauss patrzył przez chwilę w ekran komputera, po czym powiedział:

– Gromadziłem je przez dwadzieścia lat, w większości wbrew prawu i zwykłej przyzwoitości. Jak pan doskonale wie, ludzka fascynacja i chęć poznania jest nieograniczona.

– Zgadzam się. Panie Strauss, proszę odpowiedzieć na pytanie.

Austriak westchnął ciężko.

– Dobrze, powiem panu. Próbki zostały pobrane z pamiątek po Albercie Einsteinie.

Johan Strauss zmarł jeszcze w tym samym roku. Siedem miesięcy po jego śmierci Azra Leibstein odkrył przyczynę różnic w strukturach molekularnych badanych próbek.

Wahadło znów zaczęło się poruszać.

 

 

Skoro ogólnie już wiemy, czym jest liczba Leibsteina, przyjrzyjmy się jej odkrywcy. Azra Leibstein należał do młodego pokolenia amerykańskich naukowców i, szczerze mówiąc, był jego najwybitniejszym przedstawicielem. Syn niemieckich emigrantów, szalenie ambitny i pracowity, dzięki wrodzonemu uporowi i talentowi do nauk ścisłych, dość szybko awansował na stanowisko asystenta przy projekcie badań molekularnych, prowadzonych przez Amerykański Instytut Naukowy. W wieku trzydziestu pięciu lat został prowadzącym projektu.

Po spotkaniu ze Straussem całkowicie poświęcił się badaniu struktur molekularnych. Odkrył związek pomiędzy szczególnym układem enzymów niepowtarzalnych, neurocytów i cech dziedziczonych, predysponujących dalszy rozwój człowieka. Był dość próżny, więc z satysfakcją przyjął opinię środowisk naukowych, proponujących w oficjalnym nazewnictwie uznanie nazwiska odkrywcy liczby genotypowej. Tak powstała Liczba Leibsteina.

Wbrew oczekiwaniom Azry Leibsteina, świat naukowy nie upadł przed nim na kolana: odkrycie uznano za dość ważne, ale nie przełomowe. Biorąc pod uwagę młody wiek naukowca, uznano je raczej za ciekawostkę, niż rzecz wartą objęcia osobnym programem badawczym. Po pewnym czasie łagodnie wskazano Leibsteinowi drzwi i doradzono: to bardzo ciekawe, ale proszę zająć się czymś innym.

W tamtym czasie Azra Leibstein jeszcze nie wiedział, że przyczyną takiego obrotu spraw były naciski Amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego. Publikacja wyników badań nad liczbą genotypową nie umknęła uwadze analityków z Fort Meade (siedziby agencji). Uznano, że odkrycie Leibsteina ma wysokie znaczenie dla bezpieczeństwa kraju i jego przyszłości.

Natychmiast uruchomiono program naprawczy, mający na celu utajnienie badań. Pierwszym etapem było zdyskredytowanie znaczenia odkrycia: niemal natychmiast w najważniejszych periodykach naukowych ukazały się prace krytyczne, obnażające słabe strony prowadzonych badań oraz dyskredytujące samego Leibsteina (wśród argumentów pojawiły się nawet określenia typowo pejoratywne: szarlatan, magik). Kolejne ciosy były wymierzane z wręcz chirurgiczną precyzją: pod wpływem nacisków Agencji cofnięto wszystkie granty i państwowe dofinansowania dla projektu oraz pod błahym pozorem (przekroczenie budżetu badań) zwolniono Leibsteina z pracy w Amerykańskim Instytucie Naukowym. Jednocześnie, wykorzystując skomplikowany system nacisków, wysłano czytelny sygnał do wszystkich państwowych i prywatnych instytutów naukowych, że kontynuowanie badań nad liczbą genotypową człowieka może doprowadzić do nieprzyjemnych konsekwencji w postaci cofnięcia wszystkich źródeł finansowania.

W kwietniu dwa tysiące siedemnastego roku Azra Leibstein, zaledwie rok po publikacji wyników badań, został bezrobotnym naukowcem z doklejoną łatką szarlatana i brakiem perspektyw na podjęcie dalszej pracy naukowej. Kiedy uznano, że dzieło zniszczenia jest kompletne, przed drzwiami mieszkania Leibsteina pojawiło się dwóch sympatycznych pracowników Agencji z propozycją pracy dla rządu USA.

W późniejszych rozmowach Azra często wspominał to pierwsze spotkanie. Prowadził je pułkownik Sandurst, trzydziestodwuletni wojskowy pracownik Agencji z współczynnikiem liczby genotypowej na poziomie trzynastu jednostek obliczeniowych.

– Panie Leibstein… – mówił. – W pana obecnej sytuacji jest to jedyna możliwość kontynuowania badań. Do pana dyspozycji zostanie oddany dostęp do najlepszych amerykańskich technologii laboratoryjnych oraz nieograniczony system finansowania.

W pierwszym odruchu Azra chciał posłać Sandursta do diabła (dokładnie takiego zwrotu używał wspominając to spotkanie w przyszłych rozmowach z tatą), natomiast po zastanowieniu, propozycja Agencji wydała się być faktycznie najlepszym rozwiązaniem.

– Co z wynikami badań? – zapytał.

– Niestety, nie będą mogły trafić do oficjalnego obiegu naukowego. Jest to niemożliwe ze względów bezpieczeństwa. Może w przyszłości się to zmieni, ale na tym etapie jest zupełnie wykluczone. Proszę zrozumieć: obecnie ma pan dość ograniczoną możliwość negocjacji.

Azra przystał na propozycję Sandursta. Wprawione w ruch wahadło zaczęło się poruszać z zawrotną szybkością. W ramach Amerykańskiego Instytutu Naukowego utworzono oddzielną jednostkę badawczą z siedzibą w Lexington. Na jej czele stanął Azra Leibstein.

Instytut Amerykańskich Badań Naukowych (w skrócie: AIBN) rozpoczął pracę pod całkowitą kontrolą Agencji, a pułkownik Sandurst został stałym koordynatorem odpowiedzialnym za patrzenie na ręce Azry Leibsteina. W pierwszym roku funkcjonowania prace badawcze pochłonęły trzydzieści siedem milionów dolarów (gros tej kwoty stanowiły wydatki na wyposażenie i pensje pracowników), a w kolejnym ponad pięćdziesiąt. Jak skrupulatnie podliczono, dwadzieścia trzy lata oficjalnego funkcjonowania instytutu pochłonęło z kieszeni amerykańskiego podatnika ponad półtora miliarda dolarów. Ogólnie, była to dość droga zabawa.

Wyniki badań nad liczbą genotypową były oczywiście utajnione i nigdy nie przedostały się do opinii publicznej, natomiast dostęp do najnowocześniejszych technologii umożliwiał prowadzenie dodatkowej, w pełni oficjalnej działalności naukowej. Przy okazji nieocenionej pomocy udzielała Agencja: system nacisków wciąż działał wręcz doskonale. Wkrótce Azra Leibstein stał się uznanym ekspertem w dziedzinie biotechnologii molekularnej, a jego zespół uznawano za jeden z najlepszych na świecie.

Przyczyna sukcesów była oczywista dla wszystkich wtajemniczonych: Azra Leibstein dobierał współpracowników na podstawie wielkości liczby genotypowej konkretnej osoby. Pod jego skrzydłami znaleźli się zarówno młodzi, dobrze rokujący studenci, jak również uznani naukowcy, jak Anton Crip, Walter Stansfield i Sam Bersoni.

W krótkim czasie każdy z nich osiągał status naukowej gwiazdy, skupionej wokół słońca, którym był Azra Leibstein. W maju dwa tysiące osiemnastego roku dołączył do nich mój tata.

 

 

Wielkość liczby genotypowej dorosłego człowieka, nieobciążonego chorobami genetycznymi i posiadającego średni współczynnik inteligencji, zawiera się w przedziale od siedemnastu do dwudziestu trzech jednostek obliczeniowych. Na jej dokładną wartość mają wpływ indywidualne cechy, wynikające z danych genetycznych badanego obiektu (rasa, płeć), oraz elementy nabyte, związane z odbiorem uwarunkowań społeczno-politycznych (indywidualnych dla każdego człowieka).

 

„Historia badań genotypowych”, Michael Perry (2002 – 2060)

 

 

Zdarzył się kiedyś sobotni poranek, gdy natychmiast po obudzeniu, jeszcze w piżamie i z potarganymi włosami, przybiegłam do sypialni rodziców z naręczem zabawek. Długo przestawiałam je na nocnym stoliku, aż pluszowy miś Sebastian, figurki koników (w tym jeden szachowy), powóz księżniczki i motylek o rozkładanych skrzydełkach przyjęły zrozumiały tylko dla mnie porządek. Tata obserwował mnie z rękoma założonymi za głowę. Mama jeszcze spała.

– Opowiedz mi jeszcze o swojej pracy – powiedziałam. – O tej helisie. Tylko bez wstążki.

– Dobrze. Co chcesz wiedzieć?

– Wszystko.

– Nie mamy tyle czasu.

– Ja mam.

– Tylko tak ci się wydaje, kochanie.

– To opowiesz, czy nie?

– Opowiem. – Tata westchnął i poprawił poduszkę. – Opowiem ci o helisie. Helisa to taka książka, w której jest wszystko zapisane, ale nie każdy potrafi ją odczytać. Jest tam opisane całe życie człowieka: zanim się jeszcze urodzi i nim umrze. Jest tam wszystko.

– To smutne.

– Również tak uważam.

– Kto napisał tę książkę?

– Nie wiem. Może Bóg?

 

 

Podjęcie pracy w instytucie AIBN wiązało się z koniecznością przeprowadzki do Lexington. Rodzice wynajęli niewielki dom na przedmieściach Bostonu (kontrakt podpisany z instytutem był bardzo korzystny pod względem finansowym), skąd podróż do pracy samochodem (również wynajętym) trwała nie dłużej niż pół godziny. Znakomite warunki ubezpieczenia i bliskość szpitala św. Patryka sprawiały, że oboje czuli się bardzo komfortowo w nowym otoczeniu.

W tamtym okresie życie moich rodziców zauważalnie przyśpieszyło, nabrało wręcz niewyobrażalnego pędu, i zatrzymało się dopiero w dniu moich urodzin. Początek pracy ojca w instytucie AIBN zbiegł się z intensyfikacją badań nad liczbą genotypową. Zbliżał się właśnie termin zewnętrznego audytu, mający zadecydować o wielkości rządowego dofinansowania, dlatego wszyscy pracowali ze zdwojoną wydajnością.

To nie był dobry okres dla Azry Leibsteina. Zwiększyły się już naciski rządowych ekspertów, związane z wykorzystaniem właściwości liczby genotypowej do celów wojskowych, natomiast prowadzone badania nie dawały zadowalających wyników. W czasie pierwszej rozmowy Azra był bardzo zdenerwowany, wręcz zirytowany obecnością taty w instytucie.

– Michael… – powiedział. – W naszym zespole oczekuję maksymalnego zaangażowania. Oczekuję, że podporządkujesz badaniom inne dziedziny życia.

Wbrew temu, co kiedyś powie mi tata, sekwencjonowanie DNA nie jest działaniem prostym. Jest pracochłonne i niezwykle kosztowne, o czym ojciec przekonał się już pierwszego dnia pracy w instytucie, gdy został skierowany na badania własnego DNA. Był to test, mający potwierdzić jego przydatność dla zespołu. Tata natychmiast po powrocie pochwalił się tym przed mamą.

– Niedługo poznam wartość mojej liczby genotypowej. Ciekawe, prawda?

Mama tylko pokiwała głową ze znudzeniem i wróciła do rozpakowywania kartonów z naszymi rzeczami zabranymi z Baltimore. Od przeprowadzki upłynęło już kilka tygodni, jednak moi rodzice wciąż nie potrafili opanować bałaganu, który powstał w naszym bostońskim mieszkaniu. Wszędzie przewalały się kartonowe pudła, ubrania i różne przedmioty – pamiątki czasów spędzonych na uniwersytecie.

Kilka dni później, w czasie obiadu w restauracji położonej naprzeciw instytutu, Cripp przedstawił wyniki badań. Wartość Liczby Leibsteina wynosiła u taty dwadzieścia sześć jednostek.

– Wynik jest satysfakcjonujący – powiedział Cripp, przechylając głowę. Ostrożnie położył wydruk na stoliku i lawirując między tackami z jedzeniem, przesunął w stronę taty. – Twój współczynnik jest jednym z najwyższych w grupie.

– Świetnie – przytaknął tata. Musiał zadać kolejne pytanie. – Kto ma najwyższy wynik?

– A jak myślisz? – Zaśmiał się Cripp. – Oczywiście, Azra. Wartość jego liczby genotypowej wynosi czterdzieści sześć jednostek. – Anton opuścił wzrok i przez chwilę wpatrywał się blat stołu. – Azra przykłada do tego dużą wagę. Dlatego zostałeś zatrudniony w instytucie.

– Nie rozumiem.

– To proste, tak? Otóż, Azra uważa, że twój poziom liczby genotypowej predysponuje do pracy naukowej. Dlatego będzie starał się przesuwać cię do prowadzenia najważniejszych badań.

– Dlaczego?

– On wierzy, że w przyszłości dokonasz przełomowego odkrycia.

W następnej chwili zadzwonił telefon. To mama prosiła tatę o natychmiastowy powrót do domu. Zbliżała się chwila, na którą czekali od dziewięciu miesięcy.

 

 

Dzięki współpracy z Agencją Bezpieczeństwa Narodowego i innymi komórkami rządowymi, laboratorium AIBN miało stały dopływ materiałów genetycznych do badań. Ze wszystkich stanów spływały próbki, które po zbadaniu, poddawano klasyfikacji. Przypadki szczególne, których wartość Liczby Leibsteina przekraczała dwadzieścia jednostek, poddawane były szczególnej obserwacji. Wyszukiwaniem i akceptacją obiektów do badań zajmowała się oddzielna podgrupa naukowców, dowodzona przez Waltera Stansfielda.

Stansfield był sympatycznym Walijczykiem z zerowym pojęciem o biotechnologii molekularnej. Został zatrudniony na prośbę Leibsteina, który przypadkowo natknął się w sieci na jeden z artykułów Waltera, dotyczący rozwoju współczesnych nauk społecznych. Nastąpił doskonale znany schemat zdarzeń: pracownicy Agencji nielegalnie zdobyli próbkę DNA, która została zbadana w AIBN, a po określeniu wyników, zarządzono natychmiastowy kontakt z Walterem. Jego wynik (dwadzieścia sześć jednostek) był jednym z najwyższych w tej grupie wiekowej i sprawił, że Azra chciał koniecznie dołączyć Waltera do swego zespołu. Ponieważ Stansfield zupełnie się nie interesował badaniami molekularnymi, Azra postanowił wykorzystać go w innej roli: Walter został szefem grupy zajmującej się wyszukiwaniem najciekawszych obiektów do badań. Do jego zadań należało stałe monitorowanie sieci w poszukiwaniu informacji o ludziach wyróżniających się na tle reszty populacji. Odbywało się to często w następujący sposób:

– Wiesz, Azra – mówił Stansfield, zaczepiając Leibsteina na korytarzu laboratorium. Znalazłem bardzo ciekawy przypadek: Jack Bauer, student medycyny. Jego projekt w ogólnokrajowym konkursie technicznym zajął drugie miejsce.

– A kto zajął pierwsze?

– Oszust. Jego praca okazała się kopią starego projektu.

– Dobrze. Poproszę pułkownika o dostarczenie próbek.

Następny etap należał do pracowitych mrówek Sandursta: po dwóch, trzech dniach od wskazania, w laboratorium AIBN pojawiał się hermetycznie zapakowany pojemnik. W najlepszym wypadku zabierał gotową próbkę krwi, pobraną przy okazji standardowych albo zainscenizowanych badań lekarskich. Częściej były to jednak rzeczy wygrzebane z kosza na śmieci: obcięte paznokcie, włosy, zużyte chusteczki i inne równie obrzydliwe rzeczy, które padły łupem agentów Sandursta.

Po zbadaniu każdy przypadek był opisywany, klasyfikowany i zapisywany w bazie obiektów. Takie laboratoryjne Mane, Tekel, Fares. To zabawne, że właśnie teraz używam słów z biblijnej przepowiedni.

W ciągu następnych sześciu lat, po przebadaniu ponad miliona pięciuset próbek, udało się stworzyć bazę danych obejmującą dwadzieścia siedem obiektów będących pod stałą obserwacją Agencji Bezpieczeństwa. Oprócz standardowych danych, takich jak płeć, rasa i wiek obserwowanych osób, znalazło się również miejsce na dane szczegółowe, takie jak profile psychologiczne oraz dane statystyczne, dostarczane przez poszczególne komórki agencji rządowych. Z tej grupy obiektów czternaście zostało znalezionych przez Stansfielda, natomiast pozostałe zostały wykryte podczas standardowych badań DNA. Pierwsze kilka lat wiązało się z badaniami prowadzonymi wręcz na ślepo: przeprowadzano rutynowe badania losowo wybranych próbek. Wraz z pojawieniem się Stansfielda zaczęto większą uwagę przywiązywać do jednostek wyróżniających się swoją działalnością.

W grupie dwudziestu siedmiu obiektów o podwyższonym priorytecie obserwacji zachowań, znajdował się praktycznie cały przekrój społeczeństwa: siedmiu studentów (odpowiednio: prawa, administracji, nauk politycznych, biomechaniki i trzech przyszłych językoznawców), jeden policjant, kilku lekarzy i aż jedenastu naukowców. Każda możliwa okazja była wykorzystywana przez pracowników Agencji na zdobycie próbek. W tajnym magazynie AIBN zalegały sterty pojemników z brudnymi chusteczkami.

Teraz czas na przykrą konieczność: muszę w miarę prosty sposób wyjaśnić technikę prowadzonych badań. Obiecuję, że postaram się być delikatna i jednocześnie nie tak naiwna jak tata.

W czasie badań w instytucie wykorzystywano wysokoprzepustowy system sekwencjonowania, umożliwiający automatyczne tworzenie starterów, niezbędnych do rozpoczęcia procesu amplifikacji i następującej po nim analizy łańcucha DNA. Sekwenatory piątej generacji, wyposażone w układy zawierające sto dziewięćdziesiąt dwie kapilary, były jednym z najnowocześniejszych na świecie (i jednym z najdroższych: wymiana jednego z laserów, których żywotność obliczona była na dwanaście tysięcy godzin, kosztowa ponad pięć tysięcy dolarów). Tak przynajmniej napisał tata w swojej pracy doktorskiej.

Doktorat taty poprzedzał okres żmudnych badań oraz wydanie dwunastu prac naukowych, z których jedna – „Oklaktyzm w ciągach wirowych” – została dość wysoko oceniona i miała przyzwoity współczynnik cytowalności. W artykułach krytycznych wytykano głównie mętne tłumaczenie procesu odkrycia liczby genotypowej i eseistyczny ton prac, szczególnie odczuwalny we „Wstępie do genetyki molekularnej”. Tata nie przejmował się zbytnio negatywnymi opiniami, a jako urodzony humanista z niektórych był nawet po cichu zadowolony – miał święty spokój. Te książki do dziś kurzą się w starym domu w Illinois.

Systemy posiadały kompletny, sterowany komputerowo protokół działania, umożliwiający całkowite zautomatyzowanie procesu syntezy od chwili wprowadzenia próbek do kapilar, poprzez rozdział elektroforetyczny i detekcję fluorescencji, aż do odczytu sekwencji kodu. Jeżeli powyższy opis jest dla ciebie niezrozumiały, oznacza to, że twoja liczba genotypowa jest porównywalna z moją. I większością społeczeństwa.

Podsumowując: cały proces, w zależności od ilości badanych próbek i zadanych parametrów odczytu, trwał od pięciu do siedmiu godzin i kosztowało masę pieniędzy, natomiast wyniki często bywały niezadowalające.

Ze względu na koszt związany z uzyskaniem próbek, ich badaniem i stałą obserwacją Agencji, na prośbę Sandursta postanowiono zawęzić obserwowaną grupę. Naturalnym rozwiązaniem było skupienie się na osobach z najwyższym współczynnikiem liczby genotypowej, oraz przyjęcie założenia, zgodnie z którym należy obserwować ludzi przed czterdziestym rokiem życia. Badania wskazywały, że brak jakiegokolwiek sukcesu przed ukończeniem tego wieku określa dalsze życie człowieka. To ogólnie tłumaczy przyczyny moich życiowych porażek: w wieku trzydzieści dziewięciu lat mam za sobą jedno średnio udane małżeństwo, dwoje dzieci na utrzymaniu, marną pracę kopistki i brak perspektyw na przyszłość (to akurat nie jest nic szczególnego – w roku dwa tysiące sześćdziesiątym dotyczy to wszystkich ludzi).

Dlatego natychmiast skreślono dwóch naukowców (obaj byli już w wieku emerytalnym) oraz kilka osób wiodących spokojne życie bez szans na dalszy rozwój osobisty. Dodatkowo, pracownicy AIBN stracili możliwość śledzenia najciekawszego przypadku: Stiepan Gaworow, niezwykle utalentowany student matematyki, po pięciu latach spędzonych w USA w ramach wymiany między uczelniami, musiał wracać do kraju. Azra przyjął to ze smutkiem: liczba genotypowa Gaworowa wynosiła trzydzieści jeden jednostek i była najwyższa w jego przedziale wiekowym. Zakładano słusznie, że ten młody człowiek w przyszłości może osiągnąć olbrzymi sukces w wybranej przez siebie dziedzinie naukowej.

Po kolejnych trzech latach badań i podsumowaniu kosztów projektu, uzyskane dane nie były optymistyczne. Z porównań kontrolnych wynikało, że Liczba Leibsteina ma minimalny wpływ na rozwój poszczególnych obiektów. Dlatego Sandurst zarządził wzięcie pod lupę przypadków o najwyższej wartości liczby genotypowej.

Pierwszy dotyczył Mary Bigins (1978 – 2037 r.), nauczycielki ze stażem akademickim. Biorąc pod uwagę wiek kobiety w momencie badań (czterdzieści dwa lata), szanse jej dalszego rozwoju uznano za zerowe.

Kolejny dwa obiekty również nie rokowały sukcesu: Mark Berger, trzydziestoletni ginekolog z Pensylwanii i Kenny Older, były pracownik firmy wysyłkowej. Po dokładnym sprawdzeniu okazało się, że pierwszy z nich prowadzi dość spokojne życie, zadowalając się nudną praktyką na oddziale położniczym jednego ze szpitali w Filadelfii, natomiast drugi odbywa karę wieloletniego więzienia za spowodowanie wypadku samochodowego.

Ostatni profil należał do Billy’ego Pearce’a, który okazał się być infantylnym, pryszczatym dwudziestolatkiem z Teksasu. W czasie rozmowy telefonicznej zapytany przez Crippa o plany na przyszłość, chłopiec odpowiedział:

– Nie mam żadnych.

– Możesz to rozwinąć, Billy?

– Niech pan mówi do mnie Nuts. Tak mnie wołają. Nuts.

– Dobrze, Nuts. Czym zamierzasz zajmować się w przyszłości?

– Nie wiem. Lubię czasem patrzeć w gwiazdy.

Po tej rozmowie i uzyskaniu dostępu do wyników badań IQ, Azra uznał Billy'ego za obiekt mało perspektywiczny i nakazał obniżenie priorytetu. Jednym ruchem skreślił chłopca z listy ludzi, którzy w przyszłości mogli osiągnąć potencjalny sukces.

 

 

Azra, czy wierzy pan w możliwość dokonania porównywalnego odkrycia? Czegoś, co znów zadziwi świat? Czy może jednak apogeum swoich możliwości ma pan już za sobą?

Proszę o kolejne pytanie. I proszę o wykreślenie poprzedniego z autoryzacji.

 

Wewnętrzny panel dyskusyjny w laboratorium AIBN (marzec, 2027r.)

 

 

Miałam już dziewięć lat, gdy w ogrodzie naszego domu w Lexington podsłuchałam rozmowę Klubu Nudziarzy. Należał do niego mój tata, Cripp, Stansfield i Bersoni – włoski mikrobiolog z Liczbą Lebsteina na poziomie trzydziestu jednostek, świeżo pozyskany przez Azrę z prywatnego instytutu na Florydzie.

– Więc czym jest ten sukces, o którym ciągle mówicie? – pytał właśnie Bersoni. – I kto może go osiągnąć?

– Wolę słowo: potęga – wtrącił tata.

– Dlaczego?

– Do tego sprowadza się wartość liczby genotypowej. Jej wielkość predysponuje do osiągnięcia wyników przekraczających możliwości innych ludzi.

– Ale to już mamy ustalone – odpowiedział Bersoni. – Jest grupa ludzi, którzy osiągają więcej niż inni.

– Grają w innej lidze – wtrącił Cripp. I poprawił okulary.

 

 

Podsumowanie dwunastu lat badań (w tym dziewięciu z udziałem taty) zwiastowało porażkę całego projektu. Żaden z obserwowanych obiektów nie kwapił się, żeby zaszokować świat. Nikt nie osiągnął spektakularnego sukcesu. Szczerze mówiąc, żaden nawet nie wyróżniał się ponad normę.

W akcie desperacji Cripp zaproponował zbadanie próbek ludzi, których życie wywarło wpływ na historię świata. Poczucie moralnej dwuznaczności tego zbiegu wzrosło przez wyniki badań, które szczerze mówiąc, były koszmarne.

W pierwszej kolejności zbadano pamiątki po wybitnych dowódcach z okresu drugiej wojny światowej. Już po pierwszych badaniach wykryto dość przeciętny poziom ich liczby genotypowej (w skrajnych przypadkach wynoszącej zaledwie dziesięć jednostek). Azra bardzo ubolewał, że ze względu na brak dostępnych próbek, nie mogli poddać badaniom ludzi stojących po drugiej stronie barykady. Następnie zbadano wybitnych naukowców, ku ogólnemu zdziwieniu odkrywając dość niski poziom liczby genotypowej. Wyniki były bardzo niepokojące: w żadnej z przebadanych próbek nie zaobserwowano zwiększonego poziomu liczby genotypowej. Sięgnięto więc głębiej: do próbek zgromadzonych w Krajowym Muzeum Historii i jego stanowych oddziałach. Również bez wymiernych efektów: u żadnego z bohaterów Ameryki nie odkryto większego poziomu Liczby Leibsteina. Był jeszcze plan na dokładne przyjrzenie się DNA amerykańskich prezydentów, ale pomysł został natychmiast zgaszony w zarodku przez Sandursta: nawet ręce Agencji są zbyt krótkie, żeby takie badania przeszły bez echa. Komunikat był bardzo wyraźny: ten kierunek nie będzie kontynuowany.

Postanowiono poszukać innego. Pod koniec roku dwa tysiące trzydziestego pierwszego pojawiła się okazja idealna: zespół międzynarodowych ekspertów związanych z Włoską Akademią Nauk ogłosił wyniki badań nad Całunem Turyńskim. Wśród ekspertyz pojawiła się również analiza badań próbek DNA. Na prośbę Azry ręce Agencji natychmiast sięgnęły po wyniki wszystkich badań. W tym samym czasie Bersoni stworzył algorytm kodujący dla próbek, pozwalający na ich prostą identyfikację. Zakodowana Liczba Leibsteina z Całunu Turyńskiego wyglądała następująco:

 

AGSKJHSAD63703U23WDJK:SJLDLSKDQDWKEP3D22WE3

 

Rzecz trudna do zapamiętania, przynajmniej dla mnie, ale sprawująca się świetnie. Nigdy również nie zdarzył się przypadek, żeby kod genotypowy został powtórzony. Zakodowana wartość liczby genotypowej wynosiła dwadzieścia trzy jednostki obliczeniowe.

W maju dwa tysiące trzydziestego roku wszystkie spojrzenia skupiły się na Antonie Crippie: w czasie rutynowych badań próbek zespołu odkryto gwałtowny wzrost jego liczby genotypowej. Anton przepraszająco rozłożył ręce.

– Naprawdę nie wiem, co się dzieje.

W kolejnych miesiącach poziom jego liczby genotypowej wzrósł do trzydziestu siedmiu jednostek. Cały zespół został zmobilizowany do znalezienia przyczyny tak gwałtownego wzrostu.

– Nad czym teraz pracujesz? – zapytał Azra po obejrzeniu kolejnych wyników badań. Poziom liczby genotypowej Crippa przekroczył czterdzieści jednostek. – Czy jest jakiś problem, który próbujesz rozwikłać?

– Nie, raczej nie. Prowadzę standardowe badania nad próbkami.

– Jakieś wnioski?

– Żadnych nowych.

– Anton, pomyśl! Wzrost liczby genotypowej sugeruje, że w najbliższym czasie powinieneś osiągnąć życiowy sukces.

– Naprawdę nic nie przychodzi mi do głowy. – Anton ze zdenerwowaniem pocierał okulary. – Może jedna rzecz…

– Mów.

– Postanowiłem jeszcze raz przebadać stare próbki.

– Mów dalej…

– Otóż, w żadnej nie zaobserwowano podwyższonego poziomu liczby genotypowej. Poza jedną.

– Tak, wiem. Należała do gen. McAdamsa. Poziom trzydziestu sześciu jednostek.

– Dokładnie. Ale jest coś jeszcze.

– Co takiego?

– Mamy próbkę wcześniejszą. Sprzed Okinawy. Zaledwie jedenaście jednostek.

Anton ponownie wytarł chusteczką okulary.

– I jedną późniejszą z okresu powojennego. Pobraną w szpitalu stanowym. Poziom liczby genotypowej wyniósł osiem jednostek.

– Co to oznacza?

– Że liczba genotypowa jest wielkością zmienną. Wzrasta do chwili osiągnięcia maksimum możliwości danego człowieka, a po spełnieniu, dość szybko się zmniejsza.

Kolejne standardowe badanie próbek wykazało spadek liczby genotypowej Crippa do dwudziestu jednostek.

 

 

Tata nigdy nie potrafił sobie przypomnieć, kto pierwszy użył nazwy: Teoria sztafety. To określenie zupełnie naturalnie pojawiło się w ich rozmowach. Być może będzie to małe oszustwo, ale przyjmijmy, że po raz pierwszy sformułował je Bersoni.

– To wygląda jak przekazywanie pałeczki – powiedział. – Pojawiają się jednostki wybitne, które mają wpływ na życie innych ludzi. Po ich śmierci pojawiają się kolejni i następni…

– To naturalny bieg rzeczy. – Leibstein był wyraźnie znudzony rozmową. – Wystarczy znać historię.

– To sztafeta.

– Nie. To bez sensu.

W tym momencie do rozmowy postanowił wtrącić się tata.

– Poczekaj, Azra… Zastanówmy się na spokojnie.

Leibstein tylko machnął ręką, po czym wyszedł z laboratorium. Przy stole z wirującymi sekwentatorami pozostał tylko Bersoni i tata.

– Myślisz, że dotyczy to wszystkich ludzi? – zapytał Bersoni.

– Na pewno jednostek wybitnych. Gdzieś na poziomie komórkowym pojawia się rodzaj inteligencji, która determinuje przyszłe działania człowieka. Przypomina to działanie według z góry ustalonego planu.

– Jak dokładanie kolejnego kamyka w budowli?

– Dokładnie. Każde wielkie odkrycie prowadzi do następnego. Na fundamentach jednej potęgi budowane są następne.

– Wiesz, dużo o tym myślałem – szepnął Bersoni. Potarł dłonią zmęczone oczy. – Sprawdziłem nawet kolejne wyniki badań zespołu. Przyporządkowałem je do kolejnych wydarzeń.

Bersoni musnął opuszkami palców wyświetlacz tabletu.

– Zobacz. – Wskazał na ekran. – Liczba genotypowa Azry w momencie jego największego odkrycia wynosiła czterdzieści sześć jednostek. Obecnie spadła do dwudziestu siedmiu. Możemy uznać, że jego południk został już osiągnięty. Podobnie Cripp. Osiągnął swoje maksimum i jego liczba genotypowa ustabilizowała się na poziomie dwudziestu kilku jednostek.

– A twoja liczba genotypowa.

– Pozostaje niezmieniona. Jeszcze wszystko przede mną. Uwierz mi: to sztafeta.

– Myślisz, że ktoś nad tym panuje? To wygląda na zaplanowane działanie. Tak jakby każdy człowiek miał z góry określone zadanie.

– Skłaniam się do podobnych wniosków. To naprawdę wygląda, jak działanie jakiejś obcej inteligencji operującej na poziomie ludzkiego genotypu. Pojawia się impuls i człowiek zaczyna przeć do przodu: osiąga jakiś sukces, lub jak wolisz: potęgę, a po jego śmierci pojawia się następny. Często musi upłynąć kilka pokoleń, nim pojawi się kolejny osobnik zdolny do niesienia pałeczki w tej sztafecie. Co o tym myślisz?

– Nie wiem. Bardziej martwi mnie niepewność, dokąd to wszystko zmierza.

 

 

Badanie próbek dostarczonych w maju dwa tysiące trzydziestego drugiego roku zakończyło się dużym sukcesem. Wyselekcjonowano dwa obiekty o podwyższonym poziomie Liczby Leibsteina. Po badaniu kontrolnym okazało się, że klasyfikacja pierwszego przypadku wynikała z błędu pomiarowego (błędu metody), i należało go odrzucić, natomiast wynik obiektu numer dwa wzbudził autentyczne zainteresowanie.

– Frank Edwards, rasa biała – relacjonował Cripp. – Wynik badania kontrolnego to dwadzieścia trzy.

– Co w tym niezwykłego?

– Chłopak ma dziewiętnaście lat. Jego wynik jest najwyższy z odnotowanych w tym przedziale wiekowym.

– Nieźle! – Azra klasnął w dłonie i powiedział: – Warto go obserwować?

– Myślę, że tak. – Cripp poprawił okulary. – Zwiększę priorytet jego profilu w bazie danych.

– Doskonale.

Po upływie sześciu miesięcy obserwacji udało się zdobyć kolejną próbkę od Franka Edwardsa. Została pobrana w czasie badań okresowych na uczelni, gdzie chłopiec rozpoczął naukę na wydziale politologii, a następnie wykradziona przez agentów Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

– Mam wyniki badań! – oznajmił triumfalnie Cripp, stając na środku sali. – Próbka została pobrana przy okazji standardowego badania krwi na obecność wirusa HIV.

Wszyscy z zainteresowaniem popatrzyli na Crippa.

– Dane są bardzo optymistyczne. – Cripp poprawił okulary. – Zanotowaliśmy spory wzrost…

– Anton! – przerwał Azra. – Wynik, wynik!

– Pozytywny. – Cripp uśmiechnął się. – Chłopak jest zdrowy. Natomiast wartość jego liczby genotypowej wzrosła do dwudziestu siedmiu jednostek.

– Nieźle!

– Biorąc pod uwagę, że chłopak ma dopiero dwadzieścia lat, to bardzo dobry wynik.

 

 

Po sześciu miesiącach obserwacji Azra zarządził kontakt z Frankiem Edwardsem. Biorąc pod uwagę wysoki poziom jego liczby genotypowej, chłopiec wydawał się idealnym kandydatem do kontynuowania badań i ewentualnego dołączenia do zespołu. Azra bardzo naciskał, by zakontraktować Edwardsa.

– Porozmawiaj z tym chłopakiem – powiedział do mojego taty. – Spróbuj wybadać jego plany na przyszłość. W tym momencie to najbardziej istotne.

– O czym ty mówisz?

– Wzrost jego liczby genotypowej świadczy, że w przyszłości może osiągnąć wysokie wyniki w wybranej dziedzinie. To idealny obiekt do badań. Wykazanie związku pomiędzy stałym wzrostem liczby genotypowej i sukcesami zawodowymi, może skutkować dla nas zwiększeniem środków na badania. To może być początek badań nad nową gałęzią nauki.

– Azra, to niemoralne. Takie działania są wstępem do eugeniki.

– Nie! Wciąż mówimy o naukowym wykorzystaniu wiedzy. Osoba ze stale wzrastającą liczbą genotypową, odpowiednio ukierunkowana, może przyczynić się rozwoju nauki. To może być olbrzymi skok jakościowy!

– Powiedz, czego ode mnie oczekujesz?

– Chcę, żebyś w rozmowie z Edwardsem zasugerował mu dalsze kształcenie w przedmiotach stricte naukowych.

– Nie oczekuj tego ode mnie. Porozmawiam z nim i tyle.

Następnego dnia tata, wraz z Crippem, polecieli samolotem rejsowym do Illinois. O czternastej zameldowali się w hotelu i po krótkim odpoczynku poszli na obiad. Wybrali małą knajpkę obok hotelu, gdzie po zjedzeniu niezłych steków, zamówili podwójną, mocną kawę.

– Co o tym wszystkim myślisz? – zapytał Cripp.

Ojciec nie odpowiedział. Siedział nieruchomo, wpatrzony przez szybę w przejeżdżające ulicą samochody.

– Jedźmy lepiej na uczelnię.

Na miejscu okazało się, że Frank Edwards, wykorzystując zwolnienie lekarskie, wyjechał na tydzień do domu.

– To nawet lepiej – powiedział Cripp. – Łatwiej będzie się z nim rozmawiało.

– Dlaczego?

– Decyduje poczucie bezpieczeństwa.

– Tak uważasz?

– Tak. Z tobą przecież się udało.

Noc spędzili w hotelu, porannym autobusem pojechali do Edmont. Na miejscu stracili trochę czasu, błąkając się ulicami miasta, aż w końcu udało im się odnaleźć dom Edwardsa. Drzwi otworzył starszy mężczyzna.

– W czym mogę panom pomóc? – zapytał.

– Nazywam się Michael Perry. – Tata uścisnął jego rękę na przywitanie i dodał: – A to Anton Cripp. Przyjechaliśmy z Bostonu. Jesteśmy pracownikami rządowego instytutu biotechnologii molekularnej. Chcielibyśmy porozmawiać z Frankiem Edwardsem.

Mężczyzna zmierzył ich wzrokiem.

– Jestem ojcem Franka – powiedział. – Jaki cel ma ta rozmowa?

Cripp westchnął i poprawił okulary.

– To skomplikowane. Ale z chęcią panu wszystko wytłumaczę.

Pół godziny później siedzieli w salonie domu państwa Edwards, jedząc ciasto owocowe i rozmawiając z rodzicami Franka. Cripp ciągle nerwowo poprawiał okulary, co tata obserwował z rozbawieniem. Zachowywał się dokładnie tak, jak w czasie ich pierwszej rozmowy w Baltimore.

Ponieważ nie mogli opowiedzieć o analizowaniu próbek DNA bez zgody osób, od których były pobierane, jeszcze w samolocie wymyślili historię o prowadzeniu badań statystycznych.

– To, co panowie mówicie, wygląda bardzo podejrzanie. Zastanawiam się nad zgłoszeniem sprawy na policję.

– Bez obaw. Może pan zweryfikować nasze dane dzwoniąc do instytutu lub agencji. Jesteśmy naukowcami. Informacje o nas może pan również bez problemu znaleźć w Internecie.

– Z pewnością to sprawdzę.

– Doskonale. Czy teraz moglibyśmy porozmawiać z pana synem?

– Powinien być za kilka minut. Wyszedł po zakupy.

Kolejne półgodziny spędzili na banalnych rozmowach o rozwoju współczesnej nauki, a gdy ojciec Franka zaczął zadawać dość niewygodne pytania, rozległo się szczęknięcie otwieranych drzwi i kroki w korytarzu. Chwilę później w salonie pojawił się pryszczaty dwudziestolatek o zdecydowanym spojrzeniu. W czasie rozmowy podejrzliwie spoglądał na Crippa.

– Te wyniki w naturalny sposób predysponują pana do podjęcia pracy naukowej. Biorąc pod uwagę, że jest pan bardzo młody, odpowiednie ukierunkowanie pozwoli na osiągnięcie sukcesu w wybranej przez pana dziedzinie.

– Skąd macie panowie dostęp do tych badań? Nie wyrażałem na to zgody.

– To przypadek. – Cripp nerwowo pocierał okulary. – Ale znaczący.

– Chce pan powiedzieć, że na podstawie badań DNA ustalono, że w przyszłości mogę dokonać rzeczy wielkich?

– Niezupełnie. Możesz osiągnąć więcej, niż twoi rówieśnicy. Możesz być sławnym naukowcem.

– Wynaleźć lek na raka?

– Mniej więcej. Pamiętaj, że to również wielka odpowiedzialność.

– Zdaję sobie z tego sprawę. Na szczęście, praca naukowa zupełnie mnie nie interesuje. Mam już sprecyzowane plany na przyszłość, które nie obejmują kariery naukowej.

– Masz dwadzieścia lat. Możesz być kimkolwiek zechcesz.

– Ale ja już wiem doskonale, kim chcę zostać. Mam już sprecyzowany plan na przyszłość. Mam również ambicje, które chciałbym zrealizować.

– W jakiej dziedzinie? – wtrącił mój tata.

– W polityce.

 

 

 

Przez następne kilka lat nie działo się nic szczególnego. Frank Edwards ukończył studia na wydziale politologii (kierunek stosunki międzynarodowe) i następnie kontynuował naukę na uniwersytecie Harvarda (wydział prawa). W tym okresie Edwards dwukrotnie przebywał w szpitalu, dzięki czemu udało się uzyskać kolejne próbki do badań. Wyniki były zaskoczeniem: brak wzrostu liczby genotypowej.

Kolejne badanie udało się przeprowadzić, gdy Edwards podjął pracę w kancelarii prawnej Monts, Bock & Mits. Badanie próbki pobranej przy okazji standardowych badań lekarskich wykazało spadek wartości Liczby Leibsteina do dwudziestu dwóch jednostek. W tej sytuacji zgodnie uznano, że Edwards okres szczytowy ma już za sobą i obniżono priorytet jego profilu do standardowego.

Po dziewiętnastu latach badań i przebadaniu niemal siedmiu milionów próbek, osiągnięte wyniki nie dawały nadziei na możliwość kontynuowania doświadczeń. Po obcięciu rządowych dotacji i grantów, Azra został zmuszony do zwolnienia części zespołu. Kilku pracowników znalazło zatrudnienie w prywatnych instytutach, pozostali zostali umieszczeni w instytutach uniwersyteckich. Przetrwała tylko wąska grupa naukowców, której trzon tworzył Azra, mój tata, Cripp, oraz młody Bersoni.

Z tego powodu spadło również tempo badań. Wcześniej analizowano około trzysta tysięcy próbek rocznie, po zmianach kadrowych wydajność spadła poniżej stu tysięcy. Biorąc pod uwagę naciski Agencji, groźba zupełnego zamknięcia projektu stała się niezwykle realna.

W piątkowy wieczór tata spotkał się z Crippem w jednej z włoskich knajpek blisko instytutu. Zdążyli już zjeść kolację i wypić kilka szklaneczek whisky, kiedy Cripp powiedział:

– Pamiętasz tego chłopaka, Franka Edwardsa?

– Tak. Azra zdecydował o obniżeniu jego priorytetu.

– No właśnie. To duży błąd.

– Anton, jestem zmęczony. O czym ty mówisz?

– Powiem inaczej. – Cripp poprawił okulary i powiedział: – Azra błędnie ocenił jego możliwości. Edwards zrezygnował z pracy w kancelarii adwokackiej i przeniósł się do Illinois, gdzie rozpoczął karierę uniwersytecką. W międzyczasie przez jedną kadencję reprezentował swój okręg wyborczy w senacie stanowym. W maju bieżącego roku zakończył pracę na uniwersytecie. Mamy też wynik badania ostatniej próbki jego krwi, pobranej w czerwcu w Waszyngtonie.

– Jaki wynik?

– Sześćdziesiąt siedem.

– To niemożliwe. Robiłeś badanie kontrolne?

– Tak. Nie ma żadnych wątpliwości.

– Czym teraz zajmuje się Edwards?

– Polityką – powiedział Cripp. – W wyborach stanowych otrzymał sześćdziesiąt procent głosów do Kongresu Stanów Zjednoczonych i w styczniu zostanie zaprzysiężony jako senator z ramienia partii republikańskiej.

 

 

Wniosek jest prosty: Azra okres szczytowy ma już za sobą. Dokonał przełomowego odkrycia, a teraz będzie powoli usuwał się w cień. Tak jak legion tych, którzy byli przed nim.

 

Sam Bersoni (1995 – 2060), rozmowa prywatna z generałem Sandurstem

 

 

W roku dwa tysiące trzydziestym szóstym rozpadł się Klub Nudziarzy. W tamtym czasie nie interesowało mnie to zbytnio (byłam już na studiach, a w domu pojawiałam się co kilka tygodni), natomiast miało duże znaczenie dla przyszłych zdarzeń. Bersoni, którego wartość liczby genotypowej wzrosła do czterdziestu jednostek obliczeniowych, wykopał głęboki dół pod stopami Azry Leibsteina, a następnie zepchnął go na samo dno. W sprawozdaniu dla kongresu z chłodnym wyrachowaniem skrytykował sens istnienia projektu, podważył wyniki badań i w podsumowaniu zakwalifikował cały projekt do zamknięcia. Sandurst, który już zdążył otrzymać nominację generalską, nie miał najmniejszej ochoty na interwencję w obronie Azry Leibsteina. Komisja senacka, złożona z trzech kongresmenów (jednym z nich był Frank Edwards) i wspierana przez stado specjalistów, orzekła bezzasadność kontynuowania całego przedsięwzięcia.

Po dwudziestu trzech latach pracy laboratorium AIBN zostało zamknięte. Jeszcze tego samego dnia w instytucie pojawili się przedstawiciele Amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, zarekwirowali próbki i wyniki badań oraz wyczyścili z dysków twardych wszystkie informacje.

Azra Leibstein w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat został zmuszony do przejścia na wcześniejszą emeryturę. Znów był pariasem wykluczonym poza nawias świata nauki. Nie bez znaczenia były też oskarżenia o koszty projektu: badania liczby genotypowej człowieka kosztowały łącznie ponad półtora miliarda dolarów.

Anton Cripp, dzięki wsparciu Agencji, znalazł pracę w jednym z prywatnych instytutów badań molekularnych. Przed odejściem odbył jeszcze męską rozmowę z Sandurstem, w czasie której musiał żarliwie zapewnić, że żadna z informacji uzyskanych w czasie badań nie zostanie ujawniona.

Stansfield dostał propozycję pracy w jednym z ważnych tygodników naukowych i skwapliwie z niej skorzystał.

Bersoni na kilka lat zniknął z pola widzenia.

A tata wrócił do mamy.

 

 

Ostatniego dnia pracy w instytucie tata wydrukował przygotowaną wcześniej listę kilkunastu osób z przyporządkowanymi wartościami Liczby Leibsteina. Po zastanowieniu, dopisał odręcznie jeszcze jedno nazwisko, i dopiero wtedy lista wydała mu się kompletna. Położył ją na wierzchu kartonu pełnego szpargałów i wyłączył komputer.

Skierował się wprost do gabinetu generała Sandursta. Szedł wąskim, słabo oświetlonym korytarzem, a trzymany w rękach karton ciążył mu niezmiernie. Zatrzymał się przed drzwiami, zapukał i, nie czekając na odpowiedź, wszedł do środka. W delikatnym półmroku, skontrowanym światłem lampki stojącej na biurku, dostrzegł szczupłą sylwetkę generała oraz wiszące na ścianie niewielkie ryciny przedstawiające amerykańskie parki krajobrazowe. Sandurst siedział z rękoma opartymi swobodnie na biurku, a między jego dłońmi stała filiżanka parującej kawy.

– Przykro mi, Michael.

– Niepotrzebnie. Obaj wiemy, że w tej sytuacji jest to tylko kolejna figura retoryczna.

Dalszą rozmowę przerwał dzwonek telefonu. Generał ze złością sięgnął po słuchawkę, potrącona filiżanka zakolebała się na spodeczku, a kawa rozlała na blacie. Sandurst poderwał się na nogi i rozmawiając przez telefon zaczął nerwowo spacerować po gabinecie. Tata skinął głową, położył wydruk na biurku, spojrzał jeszcze na generała, a potem wyszedł.

Szara wykładzina na korytarzu tłumiła jego kroki. Tata był już przy windzie, gdy usłyszał za plecami głos Sandursta. Popatrzył przez ramię.

– Dzięki, Michael… – Generał stał w drzwiach gabinetu. Dwoma palcami przytrzymywał wydruk, z którego kapała rozlana kawa. – Tylko co mam z tym zrobić?

– Nic szczególnego – odpowiedział tata. Wszedł do windy, odwrócił się w stronę pułkownika, a nim zamknęły się drzwi, dodał: – Proszę obserwować tych ludzi w najbliższych latach.

Tamtego dnia tata późno wrócił do domu, a potem jeszcze długo siedział w swoim gabinecie, rozmyślając. Nie pamiętał chwili, gdy w jego dłoniach pojawiła się czerwona wstążka mamy. Ostrożnie uniósł ją do światła. Pod opuszkami palców wyczuwał drobne nierówności. Długo tak siedział, a potem poszedł szukać mamy.

Odnalazł ją na balkonie, patrzyła na gwiazdy. Uśmiechnęła się smutno na jego widok. Tata delikatnie zagarnął jej włosy i związał wstążką.

– Wyglądasz pięknie – powiedział. – Tak jak wtedy…

Mama posmutniała i wtedy po raz pierwszy dostrzegł, że w jej ciemnych włosach pojawiły się pierwsze siwe pasma.

– Ana, wyjedźmy stąd – wyszeptał.

Pieniądze uzyskane ze sprzedaży mieszkania pozwoliły na zakup oraz wyremontowanie starego domu w Illinois. Mama zajęła się pielęgnacją ogrodu, który założyli na tyłach domu. Posadzili kilka jabłoni i gruszy, oraz przygotowali miejsce pod uprawę warzyw. Wtedy byłam już na ostatnim roku uniwersytetu i nie odwiedzałam ich zbyt często. Zanim poznałam mojego przyszłego męża, odwiedzałam ich parę razy w roku. Po ślubie już tylko raz na kilka miesięcy. Żadne z nich nie nalegało na częstsze spotkania. Wierzę, że ostatnie lata, które spędzili razem, były najszczęśliwsze w ich życiu.

 

 

Życie to losowo wybrany fragment z Biblii.

Michael Perry (2002 – 2060), rozmowa prywatna

 

 

Mama zmarła we śnie. Odeszła po cichutku, bez żadnego słowa lub gestu, który mógłby być dla nas pożegnaniem.

W środku nocy tatę obudziło zimno promieniujące z ich łóżka i nie musiał nawet otwierać oczu, by zrozumieć, że został sam. Wydało mu się to czymś prostym i tak naturalnym, jakby jej śmierć była elementem z góry ustalonego planu, realizowanego z bezwzględną stanowczością.

Usiadł na brzegu łóżka i zapalił nocną lampkę. W jej świetle nie było widać twarzy mamy, jedynie zarys jej głowy i jasne włosy, których barwy nie potrafił nigdy określić, aż do dnia, gdy zaczęły pokrywać się siwizną. Z nocnej szafki podniósł obrączkę (mama zawsze zostawiała ją tam przed snem) i założył jej na rękę. Do świtu siedział w fotelu przy oknie i patrzył w niebo, a gdy zrobiło się zupełnie jasno, zadzwonił do mnie.

– Mama umarła – powiedział do słuchawki. – Już jej nie ma.

Usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać. Ojciec nie próbował mnie pocieszać.

– Zimno nie promieniuje, prawda? – zapytał po chwili. – Promieniować może tylko ciepło. To zabawne, że właśnie teraz o tym pomyślałem.

Po pogrzebie ojciec wrócił do pustego domu i przestał odbierać telefony. Przez pierwsze tygodnie po śmierci mamy odwiedzałam go regularnie, lecz widząc, że nie przywiązuje do tego żadnej wagi, wręcz okazuje mi niechęć, zrezygnowałam. Ojciec przyjął to ze zrozumieniem i, być może, z ulgą.

Od maja tata przestał wychodzić z domu w celach innych niż drobne zakupy w pobliskim sklepie. Ogród, kiedyś z takim trudem pielęgnowany przez mamę, zarósł chwastami i dzikimi krzewami. Bluszcz oplótł ściany domu, wdarł się na taras i parapety okien, a gdy zaczął zabierać dostęp do światła, zadzwonił ojciec, prosząc, bym przyjechała. Przez telefon mówił z wysiłkiem, dławiąc się i krztusząc.

W szpitalu spędził trzy tygodnie, gdzie oprócz leczenia jego pękniętego serca, wykonano serię badań i testów. Pielęgniarka była bardzo zdziwiona, że w czasie pobierania krwi ciągle się uśmiechał. Powiedziała nawet o tym lekarzowi prowadzącemu, który zbył ją wzruszeniem ramion.

Przyjechałam ostatniego dnia pobytu taty w szpitalu. Ucieszył się na mój widok, tym bardziej, że dostrzegł w końcu, że jestem w zaawansowanej ciąży. To był również ciężki okres dla mnie: pierwsze sześć lat naszego małżeństwa z Alecem spędziliśmy na podróżach pomiędzy specjalistami i prywatnymi klinikami, z nadzieją wyjaśnienia przyczyn naszej bezdzietności. Nadzieję przywrócił nam dopiero doktor Berger, specjalista z zakresu ginekologii z Pensylwanii, który właśnie opatentował rewelacyjną metodę dystrybucji zarodków w czasie zabiegu in vitro. To dzięki doktorowi Bergerowi mogłam teraz z radością kupować dziecięce ubranka i czekać na wyznaczenie terminu porodu. Świat wydawał się cudowny.

Ustawiłam na szafce niewielki, okrągły tort i zapaliłam świeczkę.

– Wszystkiego najlepszego, tato. – Pocałowałam go w policzek. – No nie patrz tak na mnie! Dziś są twoje urodziny.

Tego dnia tata skończył pięćdziesiąt lat.

 

 

Po kilku tygodniach spędzonych w szpitalu tata powrócił do pustego domu. Ponieważ nie mogłam już często go odwiedzać (do terminu porodu pozostał już tylko miesiąc), dlatego wynajęłam pielęgniarkę, która dwa razy w tygodniu wpadała na pół godziny, by sprawdzać, jak sobie radzi. Dodatkowo, robiła również zakupy, co bardzo ucieszyło ojca, gdyż nie musiał już zupełnie wychodzić z domu. Syn tej pani, Jacob, również go odwiedzał, wykonywał drobne naprawy i, co pewien czas, sprawdzał stan domowej instalacji.

Ojciec wspominał potem, że po śmierci mamy czas zaczął upływać mu dziwnie leniwie. Z początku spędzał go czytając (poznał wszystkie anglojęzyczne biblioteki cyfrowe i większość publicznych preprintów), potem również zaczął pisać. Szło mu to opornie, miał problem ze zrozumieniem nowych definicji (w ostatnich latach nauka nie stała w miejscu), lecz po ich usystematyzowaniu, udało mu się znaleźć równowagę pomiędzy wiedzą pozyskaną w przeciągu wielu lat pracy zawodowej, i tą nową, nabytą poprzez analizowanie najnowszych wydawnictw naukowych.

– Panie Perry – powiedziała kiedyś pielęgniarka. – Pan ciągle pisze.

Skinął jej tylko głową, zbyt był zajęty analizą teorii pól Bersoniego, co do których miał przeczucie, że są zafałszowane. Ojciec powtarzał, że ten rudy Włoch już wcześniej był krytykowany za zbytnie zawężanie metod badawczych przy analizie osi.

Przeglądając cyfrowe publikacje tata nie mógł pozbyć się natarczywego wrażenia, że wciąż obraca się w kręgu starych znajomych. To również wydawało mu się naturalne jak śmierć mamy i to, co zdarzyło się później, czyli jego stopniowa izolacja od świata zewnętrznego.

Zdarzył się też dzień, gdy w gabinecie ojca zadzwonił telefon. Po podniesieniu słuchawki rozległ się smutny głos Antona Crippa.

– Cześć, Michael…

– Cześć. – Tata autentycznie się ucieszył. – Coś się stało? Masz dziwny głos.

– Zmarł Azra Leibstein…

Nastała niezręczna cisza.

– Pogrzeb będzie w jego rodzinnym mieście – kontynuował Cripp. – Przyjedziesz? Będzie też Walter. Pogadamy.

– Raczej nie. To znaczy na pewno: nie.

– Dlaczego?

– Mam za dużo pracy – odpowiedział tata, a potem się rozłączył.

W celu usystematyzowania analizowanych prac naukowych, tata zrobił listę autorów, z którymi się zgadza, lub nie potrafi udowodnić błędu w ich argumentacji. Po zastanowieniu, na pierwszym miejscu umieścił Gaspara – pomimo nieokreślonej antypatii do Francuza, w większości przypadków zgadzał się z jego tezami. Następne miejsce zajął Michels, za przedstawienie rozwiązania (jeszcze nieudowodnionego) hipotezy Riemanna, potem Banks (jego „Ciągłość genotypowa” zrobiła na ojcu duże wrażenie), następne trzy miejsca zajmowali uczeni rosyjscy z grupy Gaworowa. Po zastanowieniu i dokładnej analizie, ojciec uzupełnił listę do dziesięciu nazwisk.

W pełni zadowolony z siebie patrzył na powstałe zestawienie. Każde z nazwisk było mu znajome i czuł, że dobrze zna tych ludzi, lecz wciąż czegoś brakuje, by móc uznać listę za kompletną. Zastanawiał się tylko przez chwilę, a następnie, prawie automatycznie, napisał przy każdym nazwisku odpowiadającą mu wartość Liczby Leibsteina. Teraz lista była kompletna.

W roku dwa tysiące pięćdziesiątym trzecim wypłynął Bersoni, żeby odebrać nagrodę Nobla za przeprowadzenie dowodu teoretycznego możliwości zdalnego badania próbek DNA za pomocą sieci satelitarnej. W praktyce odkrycie to pozwalało na analizę struktury molekularnej dowolnego człowieka na całej kuli ziemskiej. Wymagało również gigantycznych nakładów finansowych, ale tata był przekonany, że jest możliwe.

W następnych latach osoby zaznaczone na liście taty odnosiły kolejne spektakularne sukcesy naukowe. Grupa rosyjskich uczonych skupionych wokół Gaworowa rozwiązała wszystkie problemy milenijne, a pracownicy Amerykańskiego Instytutu Naukowego dokonali praktycznego potwierdzenia teorii Bersoniego. Jack Bauer odebrał nagrodę Nobla za odkrycie skutecznej metody leczenia Alzheimera. Pewien nawrócony kryminalista o nazwisku Older opatentował nowy typ ram karoserii samochodowej, pozwalający na znaczne zmniejszenie strefy zgniotu w czasie wypadku. Doświadczony amerykański kosmonauta, Billy Nuts Pearce, pobił rekord przebywania w przestrzeni kosmicznej.

Po sześciu latach obserwacji ojciec pozwolił sobie na podsumowanie dokonań poszczególnych osób z listy. Przepisał odręcznie na czystej kartce wszystkie nazwiska, do każdego dopisał imponującą liczbę osiągnięć, a potem długo im się przyglądał z rosnącym zaniepokojeniem. Położył przed sobą kolejną czystą kartkę, przedzielił ją pionową linią i po raz ostatni zapisał nazwiska. Po lewej stronie znaleźli się uczeni związani z zachodnim światem nauki, natomiast po prawej naukowcy z Rosji i Chin. Wschód przeciw Zachodowi. Pozorna równowaga. Po namyśle dopisał na dole jedno zdanie: „Kto wprawi w ruch wahadło?”

 

 

Na pięćdziesiąte siódme urodziny ojca przywiozłam dzieciaki i zostaliśmy z nim na cały dzień. Mała Lee miała dopiero trzy miesiące i spokojnie spała, natomiast Anton robił zamieszanie w całym domu. Po południu zaproponowałam wyjście do restauracji, a ojciec przystał na to, by nie sprawiać mi przykrości.

W czasie jazdy samochodem z zaciekawieniem oglądał okolicę. Było to dla niego nowe doznanie, gdyż ostatni raz wychodził z domu w swoje pięćdziesiąte urodziny (ze względu na szpital, nie wspominał ich dobrze). W restauracji usiedliśmy obok wejścia, przez szklaną witrynę ojciec mógł swobodnie obserwować ulicę, spacerujących ludzi i przejeżdżające samochody. Czuł się dziwnie, tęsknił za domem, gdzie czekała wciąż niepotwierdzona teoria Hamsetta, dotycząca przesyłu komórkowego wiązek DNA.

– Co chcesz dostać na urodziny? – zapytałam. – Umówmy się, że będzie to prawie niespodzianka. Potrzebujesz czegoś?

– Tak – odpowiedział bez zastanowienia. – Koniecznie muszę kupić dodatkowy dysk twardy do komputera.

Spojrzałam na niego podejrzliwie.

– Dysk? – Zmarszczyłam brwi. Byłam zawiedziona jego odpowiedzią. – Jesteś pewien?

– Tak.

– Na poprzednie urodziny chciałeś to samo. Kupiłam dysk terabajtowy. Co się z nim stało? Zepsuł się?

– Nie – odpowiedział, a potem z lekko skrywanym wstydem dodał: – Zapełniłem go notatkami.

Tego popołudnia rozmawialiśmy długo i szczerze. W końcu Anton zrobił się senny, a mała Lee dla odmiany przebudziła się z głośnym płaczem, więc zadecydowałam, że musimy wracać do domu.

W czasie drogi powrotnej zaczął padać deszcz. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się przed przejściem dla pieszych, a przed maską samochodu przemknął tłum kolorowo ubranych ludzi. Byli między nimi dorośli i dzieci, nieśli amerykańskie flagi i wymachiwali nimi wesoło.

– Co się dzieje? – zapytał ojciec.

– Trwa konwent wyborczy.

– Nie wiedziałem. Polityka zbytnio mnie nie interesuje.

– Dziwne. Internet i telewizja wprost rzygają informacjami o nadchodzących wyborach.

– Być może nie zwróciłem na to uwagi.

– Jasne.

Nie chciałam już wchodzić do domu, by nie budzić dzieciaków. Ojciec nie nalegał, widocznie również chciał zostać sam. Pożegnaliśmy się serdecznie, po czym tata szybko wrócił do domu, rozprawić się z Hamsettem i jego teorią wiązek.

Siedem miesięcy później Frank Edwards został zaprzysiężony jako pięćdziesiąty siódmy prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Wahadło znów zaczęło się poruszać.

 

 

Błogosławiony, który odczytuje, i którzy słuchają słów Proroctwa, a strzegą tego, co w nim napisane, bo chwila jest bliska.

 

Fragment Apokalipsy św. Jana (Obj. 1:3)

 

 

W ósmą rocznicę śmierci mamy ojciec uświadomił sobie, że nie pamięta już żadnego wypowiadanego przez nią słowa. Niczego wartego zapamiętania, żadnej zdradzonej myśli lub marzenia. Tak, jakby nigdy się do niego nie odzywała. Jakby była tylko kiepsko skonstruowaną postacią kobiecą z kart podrzędnej książki.

Pamiętał jej zapach, kolor włosów, drobne gesty lub sposób, w jaki na niego patrzyła, natomiast nie potrafił przypomnieć sobie barwy jej głosu. Nie pamiętał nawet, jak mówiła, że go kocha lub nienawidzi.

Byłam zdziwiona, gdy zadzwonił w środku nocy.

– Tato – powiedziałam. – Nie mogę teraz do ciebie przyjechać.

– Nie chcę, żebyś przyjeżdżała – odpowiedział spokojnie. – Powiedz tylko, że mnie kochasz.

– Kocham cię.

– Nie tak. Inaczej.

W słuchawce przez chwilę panowała cisza.

– Kocham cię. Bardzo – wyszeptałam. – A teraz już muszę kończyć. Pa!

Potem był już tylko przerywany dźwięk sygnału w słuchawce. Ojciec wrócił do swojego gabinetu, miał ochotę poczytać. Żadna książka nie sprawiała mu jednak satysfakcji, nic nie wzbudzało jego zainteresowania. Przewertował kilka opracowań, przejrzał najnowsze wydawnictwa cyfrowe. Był już bardzo zmęczony, gdy dostrzegł leżącą pod łóżkiem książkę. Sięgnął po nią z przejęciem, uświadamiając sobie, że nie pamięta już zapachu farby drukarskiej. Starł warstwę kurzu zalegającą na okładce i wtedy dostrzegł wytłoczony złotymi literami tytuł: Biblia.

 

 

W ciągu następnych dni ojca pochłonęła religia. Zafascynowany pismami dawnych proroków, stał wraz z nimi na wzgórzu świątynnym, widział, jak Bóg wystawia na próbę Abrahama, i szedł z resztą ludu przez pustynię, wiedziony przez starca i wizję dojrzenia gorejącego krzewu. Widział ukrzyżowanie, a wszystkie jego konsekwencje stały się dla niego zrozumiałe.

Jego umysł zaprzątały kwestie teologiczne, stopniowo wypierając z myśli naukowe podejście do wiary. Zmieniło się również jego osobiste spojrzenie na Boga: przestał kwestionować jego istnienie. Nie próbował zrozumieć.

Pogodził się z nieuchronnym upływem czasu, a informację o śmierci Antona Crippa przyjął z ulgą. To kolejny przyjaciel który umarł ze starości. Nic więcej. Z pewnością jego śmierć była częścią jakiegoś większego planu. Anton już dawno przekazał pałeczkę następnej osobie w sztafecie.

Tata zaczął powoli rozumieć intencje twórcy wielkiego planu, zapisanego w genach wszystkich ludzi.

 

 

Nasza rola w tym konflikcie jest z góry określona przez Boga i wiarę w demokrację. Zaprzęgniemy do walki wszystkie gałęzie nauki. Nie ugniemy się przed…

 

Fragment przemówienia telewizyjnego Franka Edwardsa (1990 – 2060)

 

 

W kwietniu dwa tysiące sześćdziesiątego roku wszystko się zmieniło. Pewnego dnia po prostu zadzwonił telefon. A potem przyjechał pracownik agencji rządowej i długo rozmawiał z tatą na werandzie przed domem. Zaproszony do środka, odmówił. W czasie rozmowy analizował każde słowo wypowiadane przez ojca, oceniał każdy jego gest, a na zakończenie powiedział:

– Jeżeli to nie sprawiałoby panu problemu, chciałbym zaprosić pana na spotkanie.

– W jakim celu?

– Nie mogę tego zdradzić – odpowiedział. – To sprawa o wysokim priorytecie tajności. Mogę jedynie powiedzieć, że dotyczy pana wcześniejszej pracy zawodowej.

– Strasznie pan tajemniczy. – Zaśmiał się tata. – Zdradzi pan mi chociaż, z kim miałbym się spotkać?

– Tak, to oczywiście mogę zrobić. Spotkanie odbędzie się na prośbę generała Waltera Sandursta.

Lot do Bostonu trwał sześć godzin i dłużył się niezmiernie. Tata przyjmował to ze zrozumieniem. Miał już prawie sześćdziesiąt lat, w tym wieku wszystkie godziny wydają się długie. Zameldował się w jednym w podmiejskich hoteli, a następnie, po odświeżeniu i lekkim obiedzie, pojechał taksówką do instytutu.

Na początku miał problem ze znalezieniem wydziału biotechnologii. W ostatnich latach bryła budynku została przebudowana, zyskała nowy, przeszklony front i układ portali wejściowych, nadający jej nowy, industrialny styl. Tata czuł się tu obco.

Spotkanie zostało zaaranżowane w jednej z sal w tylnej części budynku, obok auli i pomieszczeń biurowych. Oprócz taty uczestniczyły w nim jeszcze trzy osoby, z których dwoje, mężczyzna i kobieta, przedstawiło się jako pracownicy naukowi, natomiast ostatni, mężczyzna, był pracownikiem rządowym. W czasie spotkania często wychodził na korytarz z telefonem w ręku, potem zniknął zupełnie.

Ojciec inaczej wyobrażał sobie to spotkanie. W pewnym momencie był na tyle rozdrażniony rozmową, że nabrał ochoty na opuszczenie sali. Najbardziej denerwowały go pytania kobiety z instytutu: były rzeczowe i w pewien sposób męczące. Pytała o szczegóły związane z pracą w zespole Azry, dopytywała o relacje zawodowe, w końcu pokazała wyniki badań i dopytywała się o szczegóły prowadzonych doświadczeń. Dużą uwagę zwracała na aktywność naukową ojca. Dopytywała się, czy aktualnie prowadzi badania w jakiejkolwiek dziedzinie, czy skupia uwagę na jakimś szczególnym problemie lub zagadnieniu. Tata odpowiedział, zgodnie z prawdą, że etap pracy zawodowej uważa za zamknięty.

– Natomiast dużo czytam – powiedział po chwili wahania. – Zwłaszcza książki zajmujące się sferą duchową. Fascynują mnie te bzdury. – Uśmiechnął się. – Podsumowując: w chwili obecnej bardziej zajmują mnie zagadnienia teologiczne, niż nauka.

Cała trójka była wyraźnie zawiedziona odpowiedzią.

– Czy prowadzi pan badania w związku ze swoimi zainteresowaniami?

– Jak pan to sobie wyobraża? – zapytał ojciec ze złością. Był zmęczony i zirytowany ich natarczywością. – Obecny stan nauki nie pozwala na kwestionowanie wiary. Możemy ją akceptować, lub odrzucać. Bez dowodu. – Przetarł dłońmi oczy i powiedział:. – Ta dyskusja stała się zupełnie jałowa. Nie mam ochoty jej kontynuować.

– Dlaczego? – zapytała kobieta. – Nasze pytania są dla pana kłopotliwe?

– Nie. Są po prostu zbędne – odpowiedział z irytacją. – Tracimy czas, mój i państwa.

– Proszę się nie denerwować – wtrącił mężczyzna z agencji rządowej. – To standardowa procedura. Ale… – Zawahał się na chwilę i dodał: – Ma pan zupełną rację. Na tym etapie możemy zakończyć spotkanie.

Ojciec wrócił do hotelu. Był bardzo zmęczony i zły, że zgodził się na przyjazd do Bostonu. Wieczorem ktoś zapukał do drzwi. Gdy tata otworzył, dostrzegł stojącego na progu generała Sandursta. Wpuścił go bez słowa do pokoju.

Generał usiadł na jednym z krzeseł, tata usadowił się na łóżku. Patrzyli na siebie ze znużeniem. W końcu Sandurst powiedział:

– Przepraszam cię. Miałeś rację.

– Nie rozumiem.

– Michael, projekt nigdy się nie skończył.

 

 

Następnego dnia polecieli rządowym samolotem do Bazy Wojskowej Bisco w stanie Nevada. Po wylądowaniu tata został przejęty przez obsługę lotniska, dostał też oficera prowadzącego.

Ten sympatyczny trzydziestolatek pomógł przenieść walizkę ojca do pokoju w garnizonie i zaprowadził do kantyny, gdzie razem wypili mocną kawę i zjedli śniadanie. Następnie udali się do głównego hangaru i zjechali windą w klimatyzowany chłód bunkra przeciwatomowego. Tata z lekkim niepokojem zanurzył się w półmrok betonowych korytarzy, gdzie w słabym świetle lamp jarzeniowych twarze ludzi przypominały porcelanowe maski. Jeszcze nie wiedział, że widok tych szarych ścian i monotonny szum wentylatorów będą mu towarzyszyć do końca życia. Od tej chwili przez kolejne siedem dni, bo już tylko tyle pozostało nam czasu.

W sali centrum dowodzenia, na tle ściany migoczących płaskich ekranów, czekał na niego Bersoni. W ręku trzymał poplamiony kawą wydruk. Przed nim zasiadało kilkudziesięciu analityków i pracowników obsługi technicznej, skupionych blisko siebie niczym w gigantycznej auli uczelni. Panował gwar podniesionych głosów. Bersoni próbował je uciszyć.

– Czy ktoś może mi wyjaśnić, dlaczego się tu znalazłem? – zapytał tata po krótkim przywitaniu.

– Oczywiście. Pamiętasz, za co dostałem nagrodę Nobla w dwa tysiące pięćdziesiątym trzecim roku?

– Tak. Za dowód teoretyczny potwierdzający możliwość zdalnego badania DNA. Rzecz niewyobrażalna.

– Zgadza się – mruknął Bersoni i szeroko rozłożył ręce. – A tu masz zastosowanie praktyczne.

Tata rozejrzał się po ścianach zapełnionych płaskimi ekranami monitorów. Ich jasne światło migotało na jego twarzy.

– Warto było? – zapytał.

– Nie rozumiem.

– To potężne narzędzie. Dlatego milczałeś przez tyle lat.

– Zgadza się. Taka był cena możliwości kontynuowania projektu.

Bersoni stuknął palcem w monitor najbliższego komputera.

– System działa bez zarzutu. Możemy na bieżąco monitorować każdy obiekt. Jakikolwiek wzrost liczby genotypowej lub pojawienie się człowieka z wartością powyżej dwudziestu jednostek jest natychmiast monitorowane. Cały system kosztuje niewyobrażalne pieniądze.

– Więc to nie finanse zadecydowały o zamknięciu AIBN?

– Również, ale w mniejszym stopniu. Azra, Cripp i reszta osiągnęli szczyt swoich możliwości. Ich liczby genotypowe zmalały do standardowych wielkości. Natomiast ja byłem w pełni sił. W przeciągu kilku ostatnich lat, wartość mojej liczby genotypowej wzrosła niemal dwukrotnie…

– I zaczęła spadać po odebraniu nagrody Nobla.

Bersoni ze smutkiem pokiwał głową.

– Zgadza się. Osiągnąłem swój południk.

Rozmawiali na niewielkim podwyższeniu w centrum sali. Bersoni uniósł przybrudzony wydruk.

– Pamiętasz? – zapytał.

Tata popatrzył bez entuzjazmu.

– Jasne. Zostawiłem to Sandurstowi kilka lat temu.

– Zgadza się. Tylko obecnie zmieniły się proporcje.

Bersoni zaprosił ojca do niewielkiego stolika w kącie sali. Na blacie położył zaplamiony wydruk i dołożył inny.

– Przyjrzyj się uważnie. To aktualny stan.

Na drugim wydruku była identycznie ułożona lista nazwisk z odpowiadającą im wartością Liczby Leibsteina. Porównanie wielkości na wydrukach wykazywało olbrzymie różnice.

 

Frank Edwards 45 87

Amadeo Bersoni 34 40

Edward Conelly 35 60

Dan Grass 40 75

Edward Miller 39 70

 

Stiepan Gaworow 47 89

Iosif Bachin 41 63

Bruno Leski 40 59

Siergiej Gans 33 73

Walerij Radnoj 40 92

 

Ostatnie nazwisko było zapisane odręcznie niezbyt wyraźnym pismem taty. Na drugim wydruku zostało również umieszczone w osobnym miejscu.

 

Michael Perry 32 96

 

Bersoni zbliżył się do pochylonego nad wydrukami ojca. Dotknął jego ramienia.

– Nie potrafimy ustalić przyczyny wzrostu wielkości Liczby Leibsteina – powiedział. – Twojej również. Te wyniki są niepojęte dla naszych analityków. W chwili obecnej, gdy napięcie między USA i Federacją Rosyjską jest na najwyższym poziomie od lat, jest to bardzo dziwne zjawisko. Jednak najwyższy niepokój budzi fakt, że po przeciwnych stronach sceny politycznej pojawiły się jednocześnie osoby o porównywalnej wartości Liczby Leibsteina.

– Przecież tak było od zawsze. To zadziwiające, że nie doszliście do żadnych wniosków.

– Wręcz przeciwnie. – Bersoni z trudem przełknął ślinę. – Nasi analitycy uważają, że w najbliższym czasie dojdzie do trzeciej wojny światowej. Nie jesteśmy w stanie tego zatrzymać. Dodatkowo, nie wiemy jaka jest twoja rola w nadchodzących wydarzeniach. Na szczęście dwadzieścia lat temu udało się to przewidzieć…

– Możesz mówić jaśniej?

– Oczywiście. W czasie pracy w AIBN twoja liczba Leibsteina pozostawała bez zmian. Dlatego podjęto decyzję, żeby odsunąć cię od projektu. Żeby trzymać cię w cieniu.

– Po co?

– Nadchodzi twoja zmiana w sztafecie.

 

 

W ciągu następnych dni ojciec błądził jak cień korytarzami schronu, a w każdym z odwiedzanych miejsc czuł się obco. Przeszkadzały mu natrętne spojrzenia innych ludzi, podświadomie odczuwał, że najchętniej wypchnęliby go ze swojego świata. Był dla nich tylko śmiesznym starszym panem w niemodnym garniturze, który zagląda wszystkim przez ramię.

Ostatniego dnia zawyły alarmy, a spojrzenia ludzi wypełnił strach. Tata postanowił sprawdzić, co takiego się wydarzyło.

W sali dowodzenia przed wielkim telebimem przedstawiającym mapę świata, stało kilkunastu wojskowych. Wśród nich wielu analityków w ciemnych garniturach. Bersoni siedział ze zwieszoną głową w kącie sali.

– Weszliśmy pierwszy poziom gotowości bojowej… – mówił rozemocjonowany mężczyzna w garniturze. Analityk. – Prezydent wydał rozkaz odpalenia rakiet międzykontynentalnych. Za kilka sekund Rosjanie przeprowadzą kontratak.

– Jakie prognozy? – zapytał jeden z wojskowych, nie odrywając wzroku od monitora. – Jaka będzie skala zniszczeń?

– W ciągu pierwszej godziny zginie siedemdziesiąt procent populacji. – Analityk otarł pot z czoła i dodał: – W ciągu następnej wszyscy pozostali.

Ojciec pokiwał głową ze zrozumieniem, a następnie przecisnął się przez tłum i grzecznie usiadł przy jednym z pustych biurek. W zamyśleniu spoglądał na czerwone punkty pojawiające się na mapie świata.

Na chwilę przygasło światło i dał się odczuć wstrząs przenikający wnętrze hangaru. Rozległy się piski kobiet i kilka męskich, gniewnych okrzyków.

Na największych ekranie pulsowały rzędy cyfr układu monitorującego liczby genotypowe. Cudowny układ, za który Sam Bersoni odebrał przed laty nagrodę Nobla. Pojawił się kolejny wstrząs i zgasło światło, tym razem na zawsze. Twarze przerażonych ludzi oświetlały pulsujące ekrany monitorów. Bersoni podniósł się z krzesła i usiadł obok ojca. Miał bladą, zmęczoną twarz.

– Już nic się nie zdarzy – wyszeptał. Spojrzał na tatę. – Wciąż czekasz na swoje wielkie odkrycie? – zapytał.

– Cii… Patrz uważnie. Żebyś nie przegapił. To zabawne.

– Dlaczego?

– Za chwilę poznasz moje największe odkrycie.

Migoczące na ekranie cyfry zamarły w ciągu znaków oznaczających znalezienie nowej liczby genotypowej. To zabawne, że w obliczu końca świata zdarzają się takie rzeczy. Tata zerknął na Bersoniego.

– Zdaje się, że twój system wytypował kolejną Liczbę Leibsteina.

– Jaką ma wartość?

– Równo sto jednostek, ale to bez znaczenia – powiedział tata. – To kopia kodu genetycznego będącego już w naszej bazie danych. Od lat mam ten ciąg znaków w pamięci.

– To niemożliwe. – Bersoni pokręcił głową. – Przecież wiesz, że kod genetyczny nie może się powtarzać.

– Wręcz przeciwnie – powiedział ojciec z uśmiechem. – Wszystko układa się w jedną całość. On po prostu do nas powrócił.

– Kto?

– Nazarejczyk.

A potem nastąpił koniec świata.

 

 

Nie mogłam słyszeć ostatnich słów mojego ojca. Nawet nie mam pewności, czy nie umarłam przed nim. Wiem jedno, czas już nie ma żadnego znaczenia. Już nic się nie zdarzy.

Stałam w długiej kolejce ludzi, zmierzających do ostatniego schronu w moim mieście, gdy na odległym horyzoncie pojawił się pierwszy rozbłysk światła. Mała Lee wtuliła się we mnie i spojrzała w tym kierunku, a Anton, stojący dotąd spokojnie obok mnie, mocno ścisnął mnie za rękę.

Potem pojawił się kolejny rozbłysk. I następny. Ludzie zaczęli krzyczeć i modlić się z przejęciem. Wkrótce rozbłysków było tak dużo, że ich oślepiające światło nie pozwalało już patrzeć na niebo. Wtedy poczułam narastające ciepło, stopniowo przenikające moje ciało. I podmuch wiatru na spieczonych ustach. Jeszcze tylko przytuliłam do siebie dzieci i przestałam istnieć.

Fala rozgrzanego powietrza osuszyła łzy na moich policzkach i wypaliła oczy, po czym przeniknęła mnie, doprowadzając krew do wrzenia. Wyzwolona energia porwała moje ciało, rozbiła na najmniejsze fragmenty materii, zmieszała z ciałami moich dzieci, i uniosła ku niebu, niczym czerwoną, dziewczęcą wstążkę, porwaną przez wiatr.

Umarli wszyscy ludzie. Gigantyczne fale uderzeniowe, wywołane tysiącami atomowych eksplozji, wielokrotnie obiegły ziemię, ścierając z niej ślady życia. Rozstąpiły się oceany i na powrót zamknęły, by wraz ze stopionymi lodowcami przykryć większość lądów. Z powierzchni ziemi, niczym z olbrzymich ran, wypływała lawa, zalewając wszystko na swej drodze. Ziemia zapadała się i wypiętrzała, niczym olbrzymie, niezmordowane płuca pochłaniając tlen i wypluwając trujące gazy. Wyzwolona z atomu energia rozrywała kontynenty, przenosiła góry, wyzwalała uśpione dotąd wulkany i na nowo formowała ziemię.

Billy Nuts Pearce obserwował tę agonię z pokładu stacji kosmicznej ISS. Zanim impuls elektromagnetyczny poraził i rozerwał na strzępy stację, Billy widział przemianę ziemi w oślepiającą kulę ognia. Był ostatnim człowiekiem, który zginął w dniu końca świata.

Ustało wszelkie życie.

Ziemia, wytrącona z orbity, pomknęła na spotkanie Słońca.

Lecz ja już nie mogłam tego widzieć. Już mnie nie było. Opowiedział mi o tym Ojciec, gdy po raz pierwszy stanęłam przed jego obliczem.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Ależ to jest dobrze napisane! Gratulacje!

I po raz kolejny na tym portalu mam przekonanie, że autor nie jest debiutantem.

 

P.S. Popraw sobie Alzheimera ;)

 

EDIT SPOJLER: Mam zastrzeżenia do samej logiki prowadzonych badań – to, że liczba zmienia się w ciągu życia i że ma to związek z aktualną formą intelektualną (czy tam inną) badanego, wydawało się jasne już od przypadku Einsteina. Wybitnym mózgowcom zajęło sporo czasu zwerbalizowanie tej obserwacji, a jeszcze więcej wyciągnięcie z niej wniosków. Ale powtarzam, w tym wypadku pułapki logiczne w ogóle nie szkodzą przyjemności wynikającej z lektury tak dobrze napisanego tekstu. Sposób prowadzenia opowieści, gęstość narracji, świetne wstawki metatekstowe (ta wprowadzająca – doskonała – skłoniła mnie do dalszej lektury) i celne, gorzkie zdania – wszystko na “papierowym” poziomie. I długość tekstu też – na potrzeby prezentacji w sieci chyba bezpieczniej byłoby go skrócić w środkowej części.

Faktycznie wyborne, rzadko takie widzę. Na konkurs Science 2017 byłoby (chyba, w temacie biologii nie rozpoznam sprawnie faktów pomiędzy fikcją) w sam raz. Na moje oko opowiadanie zdecydowanie piórkowe, więc nominuję. Pod koniec umknęło ci kilka błędów, kropka przed powiedział i zapis "ciałami moimi dziećmi", tyle zapamiętałam. Piszę z telefonu i nie mogę się w tej chwili rozgadać, dlatego jeszcze wrócę na dodatkowy komentarz. W każdym razie dziękuję za wrażenia!

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Świetne! 

Opowiadanie wciągnęło mnie bez reszty i mimo że to cegła, to przeczytałem migiem. Bardzo satysfakcjonująca lektura. Dziękuję za inteligentną rozrywkę.

 

edit: w kwestii metody doboru ludzi nasunęło mi się skojarzenie z nazistami. W tym sensie opowiadanie budzi niepokój. 

Fajne. Czytało się dobrze, choć zachwytów poprzedników podzielać nie będę.

Na plus z pewnością element science, jego przedstawienie i wiarygodność, dobrze komponujące się z treścią wstawki, w większości również bohaterowie.

Tekst zdaje mi się jednak za długi – analizując fabułę nie jestem przekonany, gdzie wykorzystałeś tyle znaków, a zakończenie zdało mi się takie “lekkie”, nie odzwierciedlające powagi sytuacji. Count jest też trochę na bakier z religią, a to nie pomagało :/

Narracyjny charakter sprawił też, że siadała emocjonalność – śmierć matki zdała mi się jedynie odnotowanym faktem.

Napisane zgrabnie i starannie – tu nie ma się do czego przyczepić.

 

Ode mnie znak jakości, bo opowiadanie, tak czy inaczej, z pewnością zasługuje na uwagę.

 

E: No i usuń zdublowany tytuł i “koniec” ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Biblioteka się należy, co do tego nie mam wątpliwości. Za pomysł, za jego pokazanie – ale z jednym wyjątkiem. Jest nim sposób narracji, który mnie nie przekonał do siebie. Ktoś może uznać to za zbędne czepialstwo, ale relacja zmarłej, jej opowieść skierowana do nie wiadomo kogo (skoro Ziemia została unicestwiona wraz ze wszystkimi ludźmi ) nieco mnie irytowała. Zwłaszcza jej tłumaczenia we fragmencie zaczynającym się zdaniem “Już nie zdążę opowiedzieć tej historii w zrozumiały sposób.” Plus późniejsze słowa przy porównywaniu “mojej” liczby Leibsteina z podawanymi przykładami ludzi sukcesu. Kto i komu w końcu opowiada tę historię? 

Te drobiazgi wpłynęły na mój odbiór tekstu i odebrały nieco satysfakcji z lektury. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Opowiadanie robi wrażenie.

Najpierw podobają mi się wszystkie detale, jakie wtrąca do rozmowy narratorka. Mam wielką słabość do takich rzeczy, choć wiem, że nie wszyscy to lubią :) Budujesz dzięki temu bardzo żywe postacie, każdy z nich wygląda na unikat.

Sama treść jest dobrze ukazaną historią, podobają mi się zapowiedzi pewnych wątków spod końca, które pojawiają się na początku lub na końcu.

Co do warstwy science – moim zdaniem ukazana jest w sposób wystarczający. Czuję tutaj trochę nienaukowego bełkotu pełniącego rolę “dymu i luster”, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Sam motyw z Liczbą Leibsteina wywoływał u mnie mocne skojarzenia z psychohistorią z Cyklu Fundacji Isaaca Asimova, co jest wielkim plusem :)

Zgodzę się jednak z Hrabią – w pewnym miejscach tekst wydawał się za długi. Detale detalami, ale i mnie nużyło.

Technicznie czytało się naprawdę fajnie pomimo długości i niektórych dłużyzn.

Podsumowując: bardzo dobry tekst umiejętnie balansujący między “science” a “fiction”. Piękny koncert fajerwerków tutaj dałeś :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję pięknie za wszystkie komentarze. Z tą historią jest taki problem, że koniecznie chciałem napisać rzecz dziejącą się na przestrzeni wielu lat. Dlatego standardowe opowiadanie wydawało się za krótkie, natomiast pompowanie tekstu do rozmiaru powieści też mijało się z celem (wyszłaby powieść jednego pomysłu – czyli gatunek, którego szczególnie nie lubię). Dlatego dystans do 100k (mikropowieści) wydał mnie się najodpowiedniejszy.

Wybór narracji też nie był prosty. Wybrałem postać stojącą trochę dalej od głównych wydarzeń (z przyczyn warsztatowych, może trochę z lenistwa, żeby uniknąć wchodzenia w szczegóły techniczne), ale związaną emocjonalnie z głównym bohaterem. Kolejnym wyborem była narracja pierwszoosobowa, która wydała mi się najodpowiedniejsza – z oddali, emocjonalnie, tak jak lubię. Do tego dochodzą moje zabawy metatekstem i próby (jeszcze nieudolne, ale się uczę ;)) dialogowania z czytelnikiem. Takie szukanie przejścia przez czwarta ścianę strasznie lubię.

Nie ukrywam też, że zagmatwałem się w samej historii (dość przecież prostej), a potem nie umiałem tego wyprostować, stąd dziury fabularne i nielogiczności. Jeszcze raz dziękuję pięknie za opinie.  

 

Bardzo zacne opowiadanie. Dość długie, ale nieźle napisane i bardzo zajmujące, i choć nasycone różnymi specjalistycznymi terminami, zrozumiałe.

Zastanawiam się tylko, dlaczego w programie prowadzonym przez tyle lat  nie uczestniczyła choćby jedna kobieta?

I, podobnie jak Śniąca, nie mogę dociec, komu nieżyjąca narratorka opowiada historię ojca?

Pominąwszy te drobne zastrzeżenia, muszę przyznać, że lektura Teorii sztafety okazała się szalenie satysfakcjonująca.

 

„Teoria liczb”, Michael Perry (2002-2060) –> „Teoria liczb”, Michael Perry (2002 – 2060)

Ten błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

…upły­nę­ło równo sześć­dzie­siąt trzy lata. –>upły­nę­ły równo sześć­dzie­siąt trzy lata.

 

– Ama­tor­sko śle­dzę po­stę­py nauki, in­ter­net jest nie­oce­nio­nym źró­dłem wie­dzy… –> – Ama­tor­sko śle­dzę po­stę­py nauki, In­ter­net jest nie­oce­nio­nym źró­dłem wie­dzy

http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/b-b-Internet-b-b-czy-b-b-internet-b-b;228.html

 

– Panie Le­ib­ste­in, przez przez całe życie zaj­mo­wa­łem się sztu­ką, nie nauką. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

nie wie­dział, że przy­czy­ną takie ob­ro­tu spraw… –> …nie wie­dział, że przy­czy­ną takiego ob­ro­tu spraw

 

po­ja­wiał się her­me­tycz­nie za­pa­ko­wa­ny po­jem­nik. W naj­lep­szym wy­pad­ku za­bie­rał go­to­wą prób­kę krwi… –> Literówka.

 

Pierw­sze kilka lat wią­za­ło się ba­da­nia­mi pro­wa­dzo­ny­mi… –> Czy nie powinno być: Pierw­sze kilka lat wią­za­ło się z ba­da­nia­mi pro­wa­dzo­ny­mi

 

w in­sty­tu­cie wy­ko­rzy­sty­wa­no wy­so­ko prze­pu­sto­wy sys­tem… –> …w in­sty­tu­cie wy­ko­rzy­sty­wa­no wy­so­koprze­pu­sto­wy sys­tem

 

wy­po­sa­żo­ne w ukła­dy za­wie­ra­ją­ce sto dzie­więć­dzie­siąt dwa ka­pi­la­ry… –> …wy­po­sa­żo­ne w ukła­dy za­wie­ra­ją­ce sto dzie­więć­dzie­siąt dwie ka­pi­la­ry

Kapilara jest rodzaju żeńskiego.

 

i kosz­to­wał masę pie­nie­dzy… –> Literówka.

 

Bio­rąc pod uwagę wiek ko­bie­ty w mo­men­cie badań (42 lata) –> Raczej: Bio­rąc pod uwagę wiek ko­bie­ty w mo­men­cie badań (czterdzieści dwa lata)

 

Po­czu­cie mo­ral­nej dwu­znacz­ność tego zbie­gu wzro­sło… –> Literówka.

 

Gdzieś na po­zio­mie ko­mór­ko­wym po­ja­wia ro­dzaj in­te­li­gen­cji… –> Pewnie miało być: Gdzieś na po­zio­mie ko­mór­ko­wym po­ja­wia się ro­dzaj in­te­li­gen­cji

 

Ba­da­nie pró­bek do­star­czo­nych w maju dwu­ty­sięcz­ne­go trzy­dzie­ste­go dru­gie­go roku… –> Ba­da­nie pró­bek do­star­czo­nych w maju dwa tysiące trzy­dzie­ste­go dru­gie­go roku

 

Wy­ka­za­nie związ­ku po­mię­dzy sta­łym wzrost licz­by ge­no­ty­po­wej… –> Wy­ka­za­nie związ­ku po­mię­dzy sta­łym wzrostem licz­by ge­no­ty­po­wej

 

Ale z chę­cią Panu wszyst­ko wy­tłu­ma­czę. –> Ale z chę­cią panu wszyst­ko wy­tłu­ma­czę.

Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

może pan rów­nież bez pro­ble­mu zna­leźć w in­ter­ne­cie. –> …może pan rów­nież bez pro­ble­mu zna­leźć w In­ter­ne­cie.

 

Na szczę­ście, praca na­uko­wa zu­peł­nie mnie nie in­te­re­su­ję. –> Literówka.

 

Roz­ło­żył ją na biur­ka, roz­pro­sto­wał… –> Literówka.

 

i de­li­kat­nie wo­dził pal­ca­mi wzdłuż jej dłu­go­ści… –> Masło maślane.

 

Tata de­li­kat­nie za­gar­nął jej włosy i spiął wstąż­ką. –> Tata de­li­kat­nie za­gar­nął jej włosy i związał wstąż­ką.

 

dwa razy w ty­go­dniu wpa­da­ła na pół­go­dzi­ny… – …dwa razy w ty­go­dniu wpa­da­ła na pół­ go­dzi­ny

 

– Panie Parry – po­wie­dzia­ła kie­dyś pie­lę­gniar­ka. –> Literówka.

 

za od­kry­cie sku­tecz­nej me­to­dy le­cze­nia Alz­cha­ime­ra. –> …za od­kry­cie sku­tecz­nej me­to­dy le­cze­nia Alz­he­ime­ra.

 

Tata ro­zej­rzał się ścia­nach za­peł­nio­nych pła­ski­mi ekra­na­mi mo­ni­to­rów. – Pewnie miało być: Tata ro­zej­rzał się po ścia­nach za­peł­nio­nych pła­ski­mi ekra­na­mi mo­ni­to­rów.

 

– Nie po­tra­fi­my usta­lić przy­czy­ny wzro­stu wiel­ko­ści Licz­by Le­ib­ste­ina. – po­wie­dział. –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Cu­dow­ne układ, za który Ama­deo Ber­so­ni ode­brał przed laty na­gro­dę Nobla. –> Literówka.

 

Wy­zwo­lo­na ener­gia po­rwa­ła moje ciało, roz­bi­ła na naj­mniej­sze frag­men­ty ma­te­rii, zmie­sza­ła z cia­ła­mi moimi dzieć­mi… –> …zmie­sza­ła z cia­ła­mi moich dzieci

 

Zie­mia, wy­trą­co­na z or­bi­ty, po­mknę­ła na spo­tka­nie słoń­ca. –> Zie­mia, wy­trą­co­na z or­bi­ty, po­mknę­ła na spo­tka­nie Słoń­ca.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na pewno ciekawy tekst. Spodobało mi się przedstawienie świata – to kneblowanie naukowców, manipulowanie wszystkimi… Nie mogę się pozbyć wrażenia, że ściemniałeś w sprawach genetyki. Jeśli tata tak dziecku tłumaczy genetykę, to nie dziwota, że mała nic nie kuma.

W końcu nie wyjaśniasz, co właściwie mówi liczba Leibsteina. Jak należy ją interpretować? Skąd bohater wiedział, którym ludziom nie zmaleje? Dlaczego doprowadzenie do końca świata to taki sukces?

Trochę mi się mylili ci wszyscy naukowcy.

koniecznych do prowadzeniem szczegółowych badań DNA.

Coś się posypawszy. Masz jeszcze kilka literówek itp. drobiazgów.

Babska logika rządzi!

Pozwoliłem sobie edytować tekst i poprawić błędy wskazane w komentarzach – dziękuję. Fabularnie już raczej nic nie zmienię, bo to wymagałoby zapomnienia, a potem napisania tego opowiadania jeszcze raz, ale inaczej.

Finkla, o genetyce ściemniałem, ale z honorem: zmyśliłem większość pojęć i wszystkie tytuły książek (szczególnie jestem zadowolony z Oklaktyzmu w ciągach wirowych ;) )

Bardzo się cieszę, Algirze, że sobie pozwoliłeś, bo to znaczy, że uwagi okazały się przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Chyba nieprecyzyjnie się wyraziłam – z genetyką miałam wrażenie, że blefujesz. O ile ściemnianie w SF jest zrozumiałe, to nad pokerową twarzą możesz popracować. ;-)

Ale tak tylko marudzę, wiem, że cholernie trudno coś dobrze zmyślać w słabo znanej dziedzinie.

Babska logika rządzi!

Bardzo zacne dzieło. Świetny styl i lekkie pióro. Za blef naukowy należy się szacunek. Ja uwierzyłem. Najbardziej cenię sobie opowiadania z pomysłem. To ma pomysł, bardzo dobre wykonanie i zwyczajnie wciąga. Więcej, ma nawet swoją teorię naukową (nieistotne, że całkowicie wymyśloną). Dostrzegam też coś bliskiego mi w samej koncepcji (troszkę) – sztafaż science-fiction podlany religijnym sosem w finale. 

Ps. Dwa teksty s-f dodane jednego dnia o Apokalipsie to nie może być przypadek. To proroctwo ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jestem jeszcze w trakcie czytania, ale już rzuciła mi się w oczy jedna nieścisłość, której nie chciałbym później przegapić:

 

“Mam wyniki badań! – oznajmił triumfalnie Cripp, stając na środku sali. – Próbka została pobrana przy okazji standardowego badania krwi na obecność wirusa HIV.

Wszyscy z zainteresowaniem popatrzyli na Crippa.

– Dane są bardzo optymistyczne. – Cripp poprawił okulary. – Zanotowaliśmy spory wzrost…

– Anton! – przerwał Azra. – Wynik, wynik!

Pozytywny. – Cripp uśmiechnął się. – Chłopak jest zdrowy. Natomiast wartość jego liczby genotypowej wzrosła do dwudziestu siedmiu jednostek.“

 

Jeśli test na obecność wirus HIV jest pozytywny, to znaczy, że chłopak jest chory.

Co do opowiadania wypowiem się po przeczytaniu całości.

EDIT:

Muszę stwierdzić, że pióro masz naprawdę lekkie, mimo długości czytało się świetnie – samemu nie znalazłem dłużyzn o których mowa we wcześniejszych komentarzach. Pomysł też zdecydowanie intrygujący. Czas poświęcony na lekturę uważam za dobrze spędzony.

Teraz małe zgrzyty:

  1. Właściwie to i sama Liczba jaki i działania naukowców właściwie nie miały znaczenia. Stwierdzili “Ten człowiek coś osiągnie” i w sumie tyle. Dopóki jeszcze była teoria, że po osiągnięciu celu życia liczba spada to miało jakiś sens – po odkryciu, że liczba bardziej jest sinusoidą to Liczbą można było sprawdzić, czy ktoś jest na dobrym tropie w badaniach/polityce.
  2. Zakończenie średnio mi się podoba – ale to może być tylko moja subiektywna niechęć do całkowitej apokalipsy. Raz oglądałem dobry film z szatanem w roli głównego antagonisty, który zakończył się słowami Apokalipsy, że nastał Raj. Po świetnym początki i środku liczyłem na ciekawsze zakończenie.
  3. Tak jak przedmówcy nie rozumiem komu opowiada to narratorka. Skoro już bawimy się w metateksty możnaby coś napomknąć, że bohaterka opowiada historię nowo przybyłem do Raju/Zaświatów, którzy nie za bardzo wiedzą co się zdało.

Po za tym dalej nie poprawiłeś błędu dostrzeżonym przez Naz w końcówce.

Ale jak mówię – pomimo zgrzytów, opowiadanie mi się bardzo podobało.

Przyszłam na bardziej merytoryczny komentarz niż pisany na kolanie na telefonie w samochodzie.

 

cobold podrzucił twoje opowiadanie do wątku z nominacjami, wpadłam tutaj, zobaczyłam ponad 80 tys. znaków i pomyślałam sobie: o nie, cegła, a tu wieczór… Ale już pierwszy fragment obiecał mi wiele i nie puścił do końca, tak że nawet nie zauważyłam, kiedy doszłam do finału. Wstawki, stylizowane na wtrącenia z różnych źródeł, nadawały fantastycznych smaczków opowieści. Lubię, jak ktoś kreuje na tym, co jest – na sentencjach, nauce, wizjach postępu i tutaj wszystko było. Odnosiło się wrażenie, że to lektura dla inteligentnego czytelnika, nawet jeśli bzdura stała tu na bzdurze ;D Nie zauważyłam, żeby opowiadanie było przegadane i nie gryzło mnie takie a nie inne przedstawienie straty i śmierci, bo nie widziałam tu miejsca na ckliwości. W blef naukowy uwierzyłam po części, ale zupełnie nie mogłam się zorientować, gdzie jest ściema, a gdzie fakty ;) Watek liczby L oczarował. Zakończenie bardzo mi odpowiadało, nadało całości pewnej egzystencjalnej lekkości. Taką fantastykę chciałabym czytać znacznie częściej, niż mi się zdarza. Chciałabym, by teksty właśnie tak mnie oczarowywały i sprytnie oszukiwały. W stylu, w jakim tekst jest napisany, także tkwi lekkość – choć dużo nauki, czy też pseudonauki, ilość nie przytłaczała, bo bawiłeś się tym, jak podawane są informacje i prowadzona akcja. Czasem brakowało mi didaskaliów, niektóre dialogi są bardzo obfite, a skąpe w przerywniki i w przypomnienia, kto co mówi. Niektóre postacie są mało charakterystyczne. Może ktoś uzna to za ignorancję, ale w ogóle mnie nie obchodzi, do kogo narratorka mówi, bo przekonała mnie sama opowieść. Jak dla mnie mówi do mnie i IMO jest to usprawiedliwione.

 

No i fakt, że czytam pierwszy raz tekst jakiejś osoby i jest tak dobrze napisany, skłania mnie do tego samego wniosku, co cobolda. 

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

w ogóle mnie nie obchodzi, do kogo narratorka mówi, bo przekonała mnie sama opowieść. Jak dla mnie mówi do mnie

podpisuję się –

 

cobold

Chyba mamy dodatnie sprzężenie zwrotne. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki za ciepłe słowa, to bardzo pomaga, daje kopa do pisania. Prokrastynacji mówimy zdecydowane: nie! ;)

Pytanie mam: czy mogę brać udział w konkursie thorgalowym? Nie wiem, czy jest tu jakiś limit dodawanych tekstów (np raz w miesiącu) albo konieczność dłuższej aktywności na forum ?

Możesz, nie krępuj się.

Nie ma ograniczeń na częstotliwość publikacji, chociaż czasami by się przydały, bo niektórzy wrzucają kilka dziennie.

Nie znam założeń konkursu thorgalowego. Ale jeśli organizatorzy nic nie wspominają o stażu (a wątpię, żeby wspominali, bo i czemu ograniczać), to śmiało.

Babska logika rządzi!

Podobnie jak Natan zwróciłam uwagę na błąd przy raporcie wyników badań HIV. Niemniej to chyba jedyne, do czego mogłabym się rzeczywiście przyczepić. Zgodzę się z Count, że w moim odczuciu, choć czytało się płynnie i przyjemnie, momentami opowiadanie wydawało się przydługie, kilka elementów zdawało się powtarzać i wracać, nie posuwając niczego znacząco do przodu. Bardzo podobał mi się pomysł skrzyżowania nauki z religią, szkoda tylko, że w sumie nie dowiedzieliśmy się, jakie właściwie znaczenie miała mieć liczba Liebsteina. Bo cóż z tego, że w ostatniej chwili okazało się, że wrócił Jezus? 

Gratulacje na pewno należą się za estetykę językową tekstu (bardzo ładne, plastyczne opisy) oraz dobrą, wiarygodną konstrukcję świata wraz z bardzo logicznymi, wiarygodnymi badaniami naukowymi, ich procesami i rezultatami. Chwilami zastanawiałam się, czy taka liczba naprawdę może istnieć i marzyłam sobie, że u mnie na pewno jest bardzo wysoka i zostanę wybitną pisarką (haha). 

Podsumowując, nie licząc kilku bardzo drobnych potknięć, bardzo dobry tekst. Największa w sumie szkoda dla niego to ta pomyłka z HIV, która bardzo silnie wybiła mnie z rytmu lektury. No, ale każdemu zdarzają się wpadki, a całokształt jest zadowalający. Miejsce w bibliotece jak najbardziej zasłużone. Mam nadzieję przeczytać więcej Twoich tekstów :)

Ciekawe :)

Zastępowanie słowa “tak” słowem “dokładnie” doprowadza mnie do białej gorączki.

Raczej “liczba L…”, zamiast “Liczba L…”

Jestem nieco zawiedziony finałem. Chrystus zstępujący na kapeluszach grzybów atomowych… Wolałbym bardziej naukowe zakończenie, bo nagle cały ten naukowy szum o kant biodra można rozbić. Poza tym nienawidzę takiego okrutnego boga. Ale to bardzo subiektywna opinia.

Tyle krytyki.

Bardzo fajny pomysł, świetnie napisana historia. Czułem się, jakbym czytał scenariusz filmu dokumentalnego dla telewizji popularnonaukowej. Brzmi bardzo wiarygodnie (poza finałem, hrrr wrrr).

Dla tego tekstu dużo czasu poświęciłem na research – Boże błogosław biblioteki cyfrowe! – bo bardzo chciałem się głęboko zakotwiczyć w realiach. Po kilku tygodniach stwierdziłem: olać to!, liczy się opowieść, więc zacząłem zmyślać. To jest problem: pisać o sprawach, o których nie mam zielonego pojęcia. Można przekopać tonę materiałów, a i tak znajdzie się ktoś, kto ma większą wiedzę i zakwestionuje batystowe majtki ;) Ale obalamy mit pt.: piszę fantastykę, bo nie chce mnie się grzebać w źródłach. Też trzeba szukać, nie wystarczy wyobraźnia. 

 

Ten problem mam od dłuższego czasu: nie można wszystkiego polizać, dotknąć, albo odczuć na własnej skórze. Trzeba zmyślać, nie ma na to sposobu. Niech więc chociaż będzie to zmyślenie niemal prawdziwe. Trzeba próbować.

 

Dla mnie to też było nowe przeżycie: zwykle skupiam się na emocjach, zlewając sztafaż (Jak zobaczycie w internecie ogłoszenie: Kupię świat do wykorzystania, to będę ja), i fabułę, bo uważam, że ma znaczenie trzeciorzędne. Dla mnie liczą się postaci, a w tym tekście zostały przytłoczone przez realia. Nie przyłożyłem się i to widać, stąd słuszne opinie o bohaterach (dzięki!).

 

Kilka osób w komentarzach napisało, że nie wie, do kogo narratorka mówi, ale kilka również wspomniało, że gada bezpośrednio do nich: dla mnie, jako autora, jest to cudny odbiór tego, co piszę. Bo to ja gadam ;) Dziękuję.

 

Na początek technikalia:

 

„cześć faktów jest dla mnie niezrozumiała” – część

 

„do pojawienia się pracy A. Leibsteina , wprowadzającej do niego” – zbędna spacja

 

„Wbrew późniejszym opracowaniom naukowym, odkrycie znaczenia liczby genotypowej człowieka nie wiązało się z jakąś przełomową myślą lub tytaniczną pracą wykonaną przez Azrę Leibsteina, lecz od spotkania z innym człowiekiem, Joachimem Straussem, emerytowanym kustoszem Austriackiego Muzeum Technicznego.” – to zdanie jest niegramatyczne

 

„która została natychmiast zbadana w AIBN, a po określeniu wyników, zarządzono natychmiastowy kontakt z Walterem.”

 

„Dlatego natychmiast skreślono dwójkę naukowców (obaj byli już w wieku emerytalnym)” – dwóch naukowców, skoro to byli mężczyźni (obaj”)

 

„Ostatni profil należał do Billego Pearce” → Billy’ego Pearce’a

 

„Miałam już dziewięć lat, gdy w ogrodzie naszego domu w Lexington[-,] podsłuchałam rozmowę Klubu Nudziarzy.”

 

„– Myślę, że tak[+.] – Cripp poprawił okulary.”

 

„odbył jeszcze męska rozmowę z Sandurstem” – męską

 

„Generał ze złością sięgnął po słuchawkę, a potrącona filiżanka zakolebała się na spodeczku, a kawa rozlała na blacie.” – koślawe zdanie przez to podwójne „a”

 

„Życie to losowo wybrany fragment z biblii.” – A nie Biblii wielką literą?

 

„Ponieważ nie mogłam już często go odwiedzać (do terminu porodu pozostał już tylko miesiąc), dlatego wynajęłam pielęgniarkę…” – Zdanie źle zbudowane. Albo ponieważ nie mogłam, to wynajęłam, albo Nie mogłam, dlatego wynajęłam.

 

„co pewien czas, sprawdzał stan domowej instalacji.” – Co to jest domowa instalacja? ;)

 

„dysk terrabajtowy” – o ile to nie jakaś nowa jednostka, to terabajtowy przez jedno t

 

„W końcu Anton zrobił się senny, a mała Lee dla odmiany przebudziła się z głośnym płaczem, więc zadecydowałam, że musimy wracać do domu.

W czasie drogi powrotnej, sennej i leniwej, zaczął padać deszcz.”

 

„tłum kolorowo ubranych ludzi. Byli między nimi dorośli i dzieci, nieśli kolorowe flagi i wymachiwali nimi wesoło.”

 

„Internet i telewizja wprost rzyga informacjami” – rzygają

 

„…nie pamięta już żadnego wypowiadanego przez nią słowa. Niczego wartego zapamiętania, żadnej wypowiedzianej myśli lub marzenia.”

 

„– Kocham cię. Bardzo[-.] – wyszeptałam.”

 

„– Strasznie pan tajemniczy[-.]Zzaśmiał się tata. – Zdradzi pan mi chociaż, z kim miałbym się spotkać[-.+?]

Ewentualnie wtrącenie w innym szyku: Tata zaśmiał się. Wtedy zdanie mogłoby zaczynać się wielką literą.

 

„Oprócz taty uczestniczyło w nim jeszcze trzy osoby” – uczestniczyły

 

„Dużą uwagę zwracała na aktywność naukowa ojca.” – naukową

 

„– Nie. Są po prostu zbędne[-.] – odpowiedział z irytacją.”

 

„– To standardowa procedura. Ale…[+spacja]– Zawahał się na chwilę i dodał:”

 

„– Jakie prognozy[+?] – zapytał jeden z wojskowych”

 

 

Teraz tak… Nie jestem do końca usatysfakcjonowana lekturą. Zaczęłam trochę niechętnie (o, jaka cegła), ale początek mnie zainteresował, wciągnął. Spodobał mi się pomysł, byłam ciekawa, do czego to wszystko prowadzi. Na początku spodobało mi się też to, że opowieść jest z perspektywy córki (te rodzinne fragmenty są przyjemne, ciepłe). Potem jednak przyszło rozwinięcie… i szło… i szło… i szło… i to wszystko takie suche mi się wydawało, na pewnym etapie po prostu mnie znużyło. Po dobrym początku nastąpił przestój, przez jakiś czas tak niewiele się działo, że naprawdę nie rozumiem, czemu aż tyle słów na opisanie tego zostało zużyte. Pod koniec znowu przyspieszyliśmy, pojawiła się obietnica rozwiązania, czegoś ciekawego… No i znowu dupa, bo – przynajmniej dla mnie – zakończenie nie jest satysfakcjonujące. Nagłe pojawienie się zwiększonej liczby dla Nazarejczyka tylko wywołało moje wzruszenie ramion. Nie rozumiem przy tym, czemu niby liczba L. głównego bohatera tak nagle szaleńczo wzrosła, zważywszy na to, że… on niczego nie dokonał. Powiedział kilku osobom które mogły akurat być w zasięgu słuchu, że Jezus powrócił. I tyle. No nie, przepraszam, ale nie trafia to do mnie.

Generalnie rzecz biorąc, masz całkiem fajny styl, czyta się. Także jak nie ta historia, to na pewno inna też się ludziom spodoba. Tylko że a) za długie to. Przynajmniej środek powinien zostać skondensowany. Myślę, że jakby tekst miał 60.000 a nie 80.000 znaków, to byłby przyjęty gorąco jak świeża bułeczka… no, może chleb, zważywszy na rozmiar; b) mimo wszystko też zgrzyta mi to, że poznajemy opowieść z perspektywy córki – na początku to było fajne, ale potem przestało bo córka nie odgrywa w tym wszystkim praktycznie żadnej roli no i nie bardzo ma komu to opowiadać (a na pewno nie ma powodu by podejrzewać, ze zabraknie jej czasu na należyte poprowadzenie opowieści, skoro już nie żyje i, domyślnie, jest w jakimś Raju); c) zakończenie mnie nie kupiło. Jakoś rozwiązanie wszystkiego Jezusem niczego, jak dla mnie, nie rozwiązuje. Co sobie w tej sztafecie ludzie przekazywali przez wieki, tak właściwie? Nie wiadomo. Czym była liczba Liebsteina? Nie wiadomo. Wysadzamy wszystko, kończymy świat, koniec opowieści, a czytelnik zostaje z poważnym niedosytem, nawet jeśli fajnie mu się czytało.

Innymi słowy – kupuję Twój wkład science w to fiction, nie znam się na tym i nie wiem, co jest wiarygodne, a co nie, ale po prostu to kupuję. Nie kupuję natomiast kończenie tego wszystkiego religią. Nie pasuje mi i już.

 

Trochę bez związku, ale mam jeszcze jedną obserwację – podobało mi się to, że ludzie odnalezieni przez badaczy i wymienieni w pierwszej połowie tekstu zostali też przywołani później jako ci, którzy osiągnęli to, siamto i owo. Fajnie, jak postać, która raz się pojawia, wraca też później, to domyka klamrę.

 

Podsumowując – czytało mi się fajnie, ale szereg zgrzytów sprawił, że lektury jako całości nie mogę uznać za do końca satysfakcjonującą. Ale za to chętnie przeczytałabym kiedyś coś innego Twojego autorstwa ;)

(Wybacz, jeśli moja wypowiedź jest chaotyczna.)

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dziękuję za opinię – wskazane błędy poprawiłem. Dziękuję.

 

Joseheim, jeżeli masz chwilę, to pogadajmy ;) Wskazałaś dwa zdania, z których jedno jest niegramatyczne…

Wbrew późniejszym opracowaniom naukowym, odkrycie znaczenia liczby genotypowej człowieka nie wiązało się z jakąś przełomową myślą lub tytaniczną pracą wykonaną przez Azrę Leibsteina, lecz od spotkania z innym człowiekiem, Joachimem Straussem, emerytowanym kustoszem Austriackiego Muzeum Technicznego.

… a drugie koślawe.

Generał ze złością sięgnął po słuchawkę, a potrącona filiżanka zakolebała się na spodeczku, a kawa rozlała na blacie.

Dlaczego? Tzn. oboje wiemy dlaczego, ale napisałem je celowo w takiej formie. Czy podczas czytania to autentycznie wypala oczy? W pierwszym kiedyś długo kombinowałem, jak to połączyć (nie wiązało --> od spotkania), efekt jest kiepski, ale byłem pewny, że powinno… W drugim zdaniu podwójne a to też celowa robota – w jakimś przedwojennym eseju widziałem podobny zabieg, wydał mnie się fajny warsztatowo i warty zapamiętania. Więc w ramach polepszania warsztatu – zapamiętałem ;)

 

 

 

 

 

 

Nie wiem jak innym, ale mnie to podwójne “a” ubodło mocno. Przydałby się jakiś gramatyczny kozak, ale w moim odczuciu to pierwsze “a” jest nie tylko zbędne, ale wręcz nieprawidłowe. Powinno być po prostu: “Generał ze złością sięgnął po słuchawkę, potrącona filiżanka zakolebała się na spodeczku, a kawa rozlała na blacie.” Nie ma powodu, by to pierwsze “a” tam stało. Ewentualnie:

“Generał ze złością sięgnął po słuchawkę, a potrącona filiżanka zakolebała się na spodeczku. Kawa rozlała się na blacie.”

 

Co do pierwszego zdania natomiast, to przeczytaj je sobie na głos ;) Odkrycie nie wiązało się z czym? Nie z myślą, a ze spotkaniem. Bo teraz masz, że “wiązało się od spotkania”, co zdecydowanie jest bez sensu ;) Zdanie wygląda, jakbyś planował wsadzić tam inny czasownik, niż wiązanie, ewentualnie jakbyś je przerabiał i nie sprawdził dokładnie po zmianach.

 

 

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Te pierwsze zdanie nie grało mi od początku, ale koniecznie chciałem je przemycić ;). Pomyślę i poprawię. Te podwójne a już poprawiłem. Dzięki.

 

Pytanie było bardziej ogólne; z interpunkcją i gramatyką nie wygram (interpunkcja to dla mnie strasznie ciężki temat; znaki przestankowe wciąż stawiam na wyczucie), natomiast lubię grzebać przy sprawach warsztatowych, szukać bardziej skomplikowanych form np. zapisu dialogów, lub zdań bardziej złożonych niż zwykle ;) Na końcu oczywiście się zapętlam i wychodzą błędy (jak te wskazane przez Ciebie). Ktoś tak jeszcze ma? ;)

 

Wszyscy, tylko nikt się nie przyzna ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Co oznacza “delikatnie patrzeć”? Przypomina mi się sesja rpg i deklaracja gracza “podchodzę do drzwi i lekko patrzę”. Wyobrażam sobie, że chodzi o ostrożne obchodzenie się z obiektem badań, ale sformułowanie nie przypadło mi do gustu.

 

przez chwilę wpatrywał się [w] blat stołu

The Tables Have Eyes. Dobry pomysł na horror.

 

siedmiu studentów (odpowiednio: prawa, administracji, nauk politycznych, biomechaniki i dwóch przyszłych językoznawców)

1 – P; 2 – A; 3 – NP; 4 – B; 5,6 – J; 7 – ? : D

 

Jeżeli powyższy opis jest dla ciebie niezrozumiały, oznacza to, że twoja liczba genotypowa jest porównywalna z moją. I większością społeczeństwa.

Ogólnie spodobał mi się sposób prowadzenia narracji przez córkę głównego bohatera, natomiast ten fragment do mnie nie trafił. To, że – być może – znam więcej władców renesansowej Rumunii niż Ty, nie świadczy o tym, że jestem inteligentniejszy, to samo odniósłbym do znajomości procedur laboratoryjnych. Niby tekst tłumaczy, że wysoka liczba genotypowa wiąże się z sukcesem w dziedzinie, w której dana osoba jest aktywna, a tu nagle okazuje się, że trzeba mieć predyspozycje do Milionerów ;). Powiedzmy, że to niedopatrzenie narratorki, która nie do końca zrozumiała teorię : P. 

 

dostrzegł szczupłą sylwetkę pułkownika

Chyba generała? Czy powiesił sobie na ścianie zdjęcie w dawnym mundurze? Swoją drogą bardzo fajny zabieg z awansem Sandursta, pokazujący upływ czasu.

 

Przykro mi, Anton.

Nie wiem, czy to błąd czy nie – pułkownik rozmawiał wtedy z Crippem, czy z ojcem narratorki? Przez to scena jest dla mnie trochę niejasna.

 

odwiedzałam ich parę razy w roku. Po ślubie już tylko raz na kilka miesięcy.

Nie podoba mi się to porównanie. Parę razy w roku – to znaczy niewiele więcej niż dwa. Mówiąc raz na kilka miesięcy, odbieram to jako częściej niż raz na pół roku. Nie wyczuwam zmiany częstotliwości.

 

Alecem

Ta forma odmiany budzi moją nieufność, ale nie znalazłem jednoznacznego potwierdzenia, że jest nieprawidłowa.

 

problemy milienijne

milenijne?

 

To garść drobiazgów, w najbliższym czasie postaram się zamieścić merytoryczny komentarz.

 

 

 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki za komentarz. Na forum nie ma powiadomień, a ta złota gwiazdka mi umknęła ;)

Własne teksty można poprawiać w nieskończoność – za chwilę poprawię błędy wskazane przez Ciebie. Dzięki!

Czytało się wybornie. Bardzo fajny pomysł, świetne wykonanie.

Podziwiam za wymyślenie teorii naukowej i ogromną znajomość tych wszystkich pojęć. Ja z biologii, fizyki i chemii zawsze miałem dwóje, dlatego wyrażam głębokie poważanie za wiedzę. I za zmyślne uniki, które brakującą wiedzę miały ukryć.

Właściwie to wszystkie te pomysły na przyszłe odkrycia mnie zadziwiły. Szczególnie ten z satelitą i DNA. 

Jednak zakończenie nie przypadło mi do gustu. Apokalipsa… Nie tego się spodziewałem. No chyba że coś mi umknęło? 

Ogólnie: świetne wykonanie, mimo prawie 100k znaków przeczytałem bardzo szybko, bez zgrzytów, ciekawy pomysł, fajnie wykreowana wizja przyszłości. Koniec mi się nie spodobał, mam też pewne trudności z połapaniem się, co tak naprawę wiedział Michael Perry i skąd to wiedział.

 

 

Weszliśmy pierwszy poziom gotowości bojowej

Chyba miało być wszczęliśmy.

Komentarz merytoryczny będzie krótki :P. Tak jak już napisałem – spodobał mi się sposób prowadzenia narracji przez córkę głównego bohatera. Myślę, że to bardzo fajna metoda wprowadzania czytelników-laików w nową tematykę, pozwalająca stopniowo przekazywać wiedzę. Fragmenty pisane kursywą też przypadły mi do gustu. Nie obyło się bez marginalnych usterek, ale w tekście tej objętości trudno, by ich nie było. Prawdę mówiąc cała ta liczba L z początku nie wydała mi się jakimś niesamowicie głębokim pomysłem na opowiadanie, ale jednak pobudziła ciekawość i po chwili refleksji dostrzegłem jej właściwe znaczenie : ). Czasem lubimy szufladkować siebie i innych na rozmaite sposoby, a w dobie rozwoju genetyki nie sposób uniknąć pytań o wrodzone predyspozycje do osiągnięcia sukcesu. I tu już stajemy o krok od pytania, które mądrze zadał rudy Włoch Bersoni:

Więc czym jest ten sukces, o którym ciągle mówicie? – pytał właśnie Bersoni. – I kto może go osiągnąć?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Należał do niego mój tata, Cripp, Stansfield i Bersoni – włoski mikrobiolog z Liczbą Leibsteina na poziomie trzydziestu jednostek

 Literówka się uchowała.

Grupa rosyjskich uczonych skupionych wokół Gaworowa rozwiązała wszystkie problemy milenijne

 Rozpykanie wszystkich różnorodnych problemów milenijnych (no dobra bez Poincare i Riemanna) przez jeden zespół matematyków wydało mi się trochę przegięte.

W roku dwa tysiące pięćdziesiątym trzecim wypłynął Bersoni, żeby odebrać nagrodę Nobla za przeprowadzenie dowodu teoretycznego możliwości zdalnego badania próbek DNA za pomocą sieci satelitarnej. W praktyce odkrycie to pozwalało na analizę struktury molekularnej dowolnego człowieka na całej kuli ziemskiej. Wymagało również gigantycznych nakładów finansowych, ale tata był przekonany, że jest możliwe.

Czy Nobla nie dają tylko za teorie, które zostały już potwierdzone doświadczalnie?

 

Bardzo dobre opowiadanie. Tekst czytało się bardzo płynnie, pomimo długości. Lubię takie klimaty naukowej zagwostki, kiedy naukowcy sobie siedzą i kminią. Ciekawy pomysł z tą Liczbą Leibsteina i przeplataniem tekstu zmyślonymi cytatami. Widać, że opowiadanie jest przemyślane. Wydaje mi się, że tekst mógłby być krótszy, bo momentami trochę się dłuży. Skręt w stronę metafizyki na końcu z jednej strony pomysłowy, z drugiej nie do końca mi pasował. Zbyt duży kontrast w stosunku do reszty tekstu.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

W końcu opowiadanie, które ma szansę pozostać dłuższym niż moje pod nim wodolejstwo.^^

W dodatku jest to – a raczej byłoby, gdyby nie totalnie zaskakujące i w tym zaskoczeniu totalnie rozczarowujące zakończenie – opowiadanie ciut bardziej niż rewelacyjne.

Nie jestem entuzjastą fantastyki naukowej, ale teksty takie jak Twój lubię. Fakt, przy fragmencie “Jeżeli powyższy opis jest dla ciebie niezrozumiały, oznacza to, że twoja liczba genotypowa jest porównywalna z moją. I większością społeczeństwa.” przyszło mi tylko smętnie pokiwać głową, ale generalnie nie miałem problemu z nadążeniem za wszystkimi niuansami opowieści. Szło mi to nawet na tyle dobrze, że tu i tam wyłapałem pewne zgrzyty, jak choćby to, że Cripp dokonuje przełomowego odkrycia na podstawie próbek generała McAdamsa, ale przyznaje się do tego i dzieli swoimi rewelacjami dopiero, kiedy przypadek ujawnia gwałtowny wzrost jego LL (wybacz skrótowość). Abstrahując już od tego, że cokolwiek zaskakujące było dla mnie, iż odkrycia “szczytowej formy” dokonano przypadkiem, i to latach mega kosztownych badań, w zachowaniu Crippa zupełnie brakło mi logiki. Szczególnie, że pewne konkretne wnioski z jego badań dało się już wyciągnąć (i wyciągnięto od razu).

Generalnie jednak koncept z LL uważam za niezwykle interesujący – wręcz zajmujący – a sposób narracji bardzo mi podszedł; mimo ogromnych gabarytów opowiadania, niezwykłej drobiazgowości oraz zalewu szczegółów, naukowych i – prawdopodobnie – pseudonaukowych (klasyczne fiction) wywodów, z jednocześnie co najwyżej niezerową dynamiką akcji, udało Ci się utrzymać moje zainteresowanie do samego końca. No, niemal do samego. Gdzieś w okolicach Nazaretu, albo i trochę wcześniej nawet, wszystko już siadło. Ale o tym za chwilę.

Generalnie coś mi ostatnio wchodzą te obyczajówki.

Pomijając wciąż dość liczne literówki i inne drobiazgi natury technicznej, w sumie nieistotne w końcowej ocenie, oraz drobne błędy merytoryczne, jak na przykład nazwanie Sandursta pułkownikiem w chwilę po tym, gdy wspominasz, że dorobił się już generalskich gwiazdek (scena, kiedy Perry zostawia mu kartkę i idzie do windy) – również nieliczne i w zasadzie bezznaczeniowe – nie sposób nie przyznać, że opowiadanie naprawdę imponuje rozmachem, wykonaniem i dwupoziomem (gówniany neologizm, wiem): raz, że wysokim literackim poziomem tekstu w ogóle, a dwa, że równie wysokim poziomem wiedzy autora. Wszystko przedstawione jest tak, że gdybym z góry nie wiedział, że LL to Sci-Fi, może nawet uwierzyłbym, iż piszesz o czymś, na czym naprawę doskonale się znasz. Szacuken.

Problem jednak polega na tym, że tekst im wyżej wywindowany, tym boleśniej zalicza glebę, gdy się jednak potknie i spadnie. A “Teoria” – której sens został, generalnie, zupełnie podważony przez finał – już nawet nie tyle się potknęła, będąc już na najwyższym piętrze, co po prostu sama skoczyła. W moim odczuciu było to spektakularne samobójstwo.

Rzecz pierwsza, to totalny dla mnie absurd założenia, że ktokolwiek na tym świecie – nawet psychopaci, bo oni raczej nie mają skłonności autodestrukcyjnych (potrzebne źródło, tudzież opinia – czy to potwierdzająca, czy negująca – kogoś kompetentnego) – byłby zdolny do naciśnięcia czerwonego guzika, mając pełną świadomość, że prowadzi to do całkowitego unicestwienia wszystkiego, łącznie z nim samym i jego rodziną (o pierdółkach, niemniej dla takich osób z pewnością istotnych, typu władza, którą posiada i wszystkie płynące z tej władzy profity, nie wspominam nawet), a za motywację takiego działania wyłącznie chęć “dojebania tym cholernym Ruskom” – bo trochę tak to właśnie wygląda.

Atomówki to broń służąca tylko i wyłącznie po to, żeby jej nigdy nie użyć – tak przynajmniej wygląda to dzisiaj, kiedy ten złom ma każdy, kto cokolwiek znaczy na arenie międzynarodowej (tudzież odwrotnie – każdy, kto cokolwiek znaczy, znaczy cokolwiek, bo ma atomówki. A ma je po to, żeby coś znaczyć i żeby inni wiedzieli, że je ma, i że może ich użyć, ale już niekoniecznie po to, żeby ich faktycznie użyć). W to przynajmniej wierzę. Choć z drugiej strony, patrząc na współczesną politykę…

Tak czy inaczej nie kupuję motywu nuklearnej apokalipsy w ogóle, a w wydaniu a’la Kryzys Kubański szczególnie. I to mnie ubodło mocno, zwłaszcza że pojawiło się tak zupełnie znikąd, bez uprzedzenia, przybierając cechy znienawidzonego przeze mnie serdecznie Deus Ex Machina.

Co jednak jeszcze bardziej ubodło, to Deus Ex Machina w wydaniu absolutnie dosłownym. Nie, żebym miał coś do Jezusa czy Boga w ogóle, ale przekreślenie jednym twistem naprawdę dobrego, misternie konstruowanego i mega realistycznego Sci-Fi, by zrobić z niego bardzo słabo umotywowane, a przez to zupełnie, ale to zupełnie nieprzekonujące fantasy (zastanawiałem się, dlaczego kwestii Całunu, raz poruszonej i bez wątpienia ważnej, tak nagle i bez stosownego wyjaśnienia urwałeś łeb, i, prawdę mówiąc, nadal nie jest to dla mnie jasne), w moim odczuciu było strzałem w coś, czego z pewnością nie chciałbyś sobie odstrzelić. W dodatku strzałem z broni dużego kalibru, oddanym z bliska i celnie – a więc śmiertelnym.

Dodatkowo zazgrzytało mi, że narratorka okazuje się być martwa i – co zazgrzytało mi o wiele bardziej – opowiadać historię Michaela innym, z jej perspektywy, też przecież martwym ludziom. Czyli albo nikomu w zasadzie, albo bytom, które również stanęły przed Ojcem i zapewne też dysponują jakimś rodzajem wszechwiedzy. Dobra, może to i nieistotne. Ale w jakiś sposób irytujące.

No i skąd, w takim wypadku, cały przytoczony poniżej akapit?

Już nie zdążę opowiedzieć tej historii w zrozumiały sposób. Zostało niewiele czasu, a przede mną jeszcze najważniejsza rozmowa z Ojcem. Być może ostatnia, nie wiem. Muszę się śpieszyć, więc szczątkowa konstrukcja opowieści wydaje się być najodpowiedniejsza. Jest również bardzo wygodna: część faktów jest dla mnie niezrozumiała, a o wielu rzeczach dowiem się dopiero po rozmowie z Ojcem.

Co ją tak goni?

 

Podsumowując, choć oczarowany, to jednak nie odchodzę stąd usatysfakcjonowany.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki za komentarze ;)

Cień Burzy, ładnie poszedłeś ;) Dzięki!

Słuchajcie, ogólnie pisanie jest proste: trzeba mieć trochę wolnego czasu i pomysł; dobrze, jeżeli w parze z pomysłem idzie jakieś przygotowanie warsztatowe. Nieśmiertelne: Wiesz, co trzeba robić, żeby wystąpić w Carnegie Hall? Trzeba ćwiczyć. No to ćwiczę ;) Łapię jakiś pomysł i trochę obracam go w głowie. Potem się przygotowuję: dużo czytam, szukam w internetach, przeglądam biblioteki cyfrowe. Gdy jestem gotowy, zabieram się do pisania.

W tym przypadku na początek wybrałem narratora, co nie było łatwe, bo kombinowałem z wieloma (Michael, Cripp, Azra). W końcu wyszło, że muszę postawić obserwatora zupełnie z boku, bo inaczej pogubię się w szczegółach technicznych. Padło na Weronikę. Zabawne, że najbardziej obawiałem się zarzutów, że kobieta tak nie myśli, ale na szczęście nikt o tym nie wspomniał. Naprawdę nie zawracałem sobie głowy, do kogo ona mówi – do dziś nie wiem. Wiem, do kogo ja chce mówić: do czytelników. Kilka komentarzy potwierdza, że prawie się udało – dla mnie to cudowne odczucie, bo takie miałem zamierzenie: trochę pogadać.

Ta historia od początku miała się tak skończyć, bo takie miało być życie bohatera: od technologii do boskości. To moja porażka, bo większość osób tego nie kupuje; faktycznie, to może się nie skleja za dobrze, ale to tylko moja wina: mogłem to zrobić lepiej. Po prostu warsztat nie nadążył za pomysłem.

Z zakończeniami jest ten problem, że tylko nieliczne, często: jedno na parę lat, nadążają za nadziejami rozbudzonymi początkiem tekstu. To zmora wszystkich autorów, zwłaszcza w tekstach “jednego pomysłu” (do takich należy “Teoria..”): kończymy czytać i myślimy: Aha… Co to było?

No więc szukam; biorę do ręki ostatnio czytane zbiory opowiadań i szukam takiego zakończenia, które zrobiło na mnie wrażenie. Znajduję: Pasażerowie, Ludzie piasku i popiołu, Historia twojego życia, Wypalić chrom. Z polskich autorów: nikogo, odkąd Huberath postawił ostatnią kropkę w Karze większej.

A więc kiepskie zakończenia to plaga. Dziś mi też się nie udało, ale będę próbował ;) Dobrze, że ktoś to piętnuje, bo to oznacza, że czytelnicy nie dają się robić w konia tekstami tłuczonymi na ilość, pompowanymi do wymaganej objętości, trzaskanymi na ostatnią chwilę, byle zdążyć do terminu.

 

To tekst ćwiczeniowy, ale napisany z maksymalnym zaangażowaniem. Cieszę, że się spodobał pomimo tego zakończenia. Dzięki!

 

Od czego by tu zacząć…

A niech będzie, że od końca. Skończyłam czytać z uśmiechem, to znaczy zadowoleniem i satysfakcją. Generalnie im dalej w las, tym moje zadowolenie rosło. Początek z pewnością mnie zaciekawił, dalej czytałam z dużym zainteresowaniem (i kilkoma ale, o których za chwilę), a później, od momentu gdy projekt się kończy, zrobiło się naprawdę bardzo, bardzo dobrze. Przeniosłeś akcent na ludzi, pokazałeś w końcu jakoś bardziej głównego bohatera, a przy tym opowieść jakoś się wygładziła. Super, druga część naprawdę, według mnie, wypadła rewelacyjnie.

Zakończenie też niezmiernie mi się spodobało, to postawienie obok siebie nauki i religii. Według mnie wcale nie było kiepskie, przeciwnie, wiele elementów zagrało wręcz świetnie – nawiązanie do wstążki, piękny opis ginącej Ziemi i Billy Nuts :) Właściwie to chyba nawet w którymś momencie poczułam ciarki. Serio, zakończenia bym się nie czepiała ;) No, może tylko trochę musiałam przymknąć oko na niezbyt dużą wiarygodność takiej totalnej wojny i rozpierduchy ;)

Czepiłabym się za to całej tej części, w której opisujesz przebieg projektu. Wydaje mi się, że nadałoby się to do skrócenia i uporządkowania, bo czytając odnosiłam wrażenie, że badacze kręcą się w kółko, ja razem z nimi, autor chyba też, tracąc przy tym nieco orientacji ;) Weźmy na przykład ten fragment:

 

– Porozmawiaj z tym chłopakiem – powiedział do mojego taty. – Spróbuj wybadać jego plany na przyszłość. W tym momencie to najbardziej istotne.

– O czym ty mówisz?

– Wzrost jego liczby genotypowej świadczy, że w przyszłości może osiągnąć wysokie wyniki w wybranej dziedzinie. To idealny obiekt do badań. Wykazanie związku pomiędzy stałym wzrostem liczby genotypowej i sukcesami zawodowymi, może skutkować dla nas zwiększeniem środków na badania. To może być początek badań nad nową gałęzią nauki.

– Azra, to niemoralne. Takie działania są wstępem do eugeniki.

 

Rozmowa ma miejsce bliżej już końca niż początku projektu, Azra wypowiada coś, co wszyscy już wiedzą, nakłania bohatera do działań, jakie zespół nie raz już podejmował, a ten przeciwstawia się i oburza, jakby zetknął się z tymi rewelacjami po raz pierwszy.

Coś mi tez nie gra z tymi datami w nawiasach.

 

W krótkim czasie każdy z nich osiągał status naukowej gwiazdy, skupionej wokół słońca, którym był Azra Leibstein. W maju dwa tysiące osiemnastego roku dołączył do nich mój tata.

 

Michael Perry (2002 – 2060)

 

Z nawiasów wynika, że ojciec w 2018 miałby 16 lat. Chyba ciut za szybko? 

 

I podobnie z Edwardsem:

Badanie próbek dostarczonych w maju dwa tysiące trzydziestego drugiego roku zakończyło się dużym sukcesem (…)

– Biorąc pod uwagę, że chłopak ma dopiero dwadzieścia lat, to bardzo dobry wynik.

 

Franka Edwardsa (1990 – 2060)

 

Z baboli rzucił mi się w oczy jeszcze ten wynik pozytywny HIV, widziałam, że ktoś wyżej już zwrócił na to uwagę, i jedno zdanie, które też wypunktowała chyba joseheim. Czas najwyższy popoprawiać ;)

 

Co do piórka – waham się jeszcze, bo są rzeczy, które według mnie można by dopracować, z drugie strony, generalnie przyjemność z lektury miałam naprawdę bardzo dużą. 

Sorry, Winnetou, jestem na nie.

Fabuła niezła, opowiadasz ciekawą historię, narratorkę wybrałeś nietuzinkową…

Ale odnoszę wrażenie, że stronę naukową można było rozegrać lepiej. A pisanie SF zobowiązuje.

Nie wyjaśniasz, jak należy interpretować liczbę L. Że posiadacz wysokiej odniesie sukces w wybranej dziedzinie, to trochę mało. IQ prawie by się do tego nadawało. Więc o czym ona świadczy? O farcie w życiu (tjaaa, zwłaszcza Jezus miał z górki), o wpływie na historię, o mistycznym przeznaczeniu i przepowiedni, o potencjale, o stopniu jego realizacji? Dlaczego akurat maks wynosi 100? Jest wyrażona w procentach? Piszesz o naukowcach, a oni musieli sobie takie rzeczy wyjaśnić. No, ale to bym jeszcze jakoś łyknęła.

Gorzej, że umieściłeś ten znacznik w DNA i kazałeś mu się zmieniać. Wolę wierzyć, że kod genetyczny osobnika jest w miarę stabilny i na wiele sposobów chroniony przed mutacjami. A tu od czasu do czasu coś przeskakuje w każdej komórce ciała. W absolutnie każdej, wliczając kości i neurony. No, dobra, krwinki można pominąć.

Jeszcze gorzej, że dla fabuły potrzebowałeś, aby liczbę L. dało się poznać na odległość. Zdecydowałeś się na satelity. Wyobraźmy sobie, że idzie sobie taki ludzik ulicą, szamie kanapkę z szynką i sałatą, posmarował się kremem z wyciągiem z na przykład aloesu, ma dżinsy i skórzaną kurtkę, nad głową latają mu komary. Czyje DNA analizujemy: pszenicy, sałaty, świni, krowy, bawełny, komara, aloesu? A co z florą bakteryjną? Co z kocią sierścią na koszulce, resztą śliny osoby, która człowieka pocałowała? To mi najbardziej zgrzytało.

Było blisko, reszta elementów w porządku.

Babska logika rządzi!

Finkla, ale przecież Bersoni za te satelity dostał Nobla ;) Szwedzi nie mogli się tak bardzo pomylić, zresztą dowód teoretyczny został potwierdzony badaniami AIN (nie mam pod ręką linków do preprintów, ale jak znajdę, to podeślę). Mam też u siebie na dysku kopię tajnego raportu CIA, który to potwierdza, ale z oczywistych względów nie mogę go upublicznić. Musisz mi wierzyć na słowo ;)

No dobra, wystarczy mi link do noblowskiego wykładu Bersoniego. Może mi wytłumaczy, jak to działa. To musi być gdzieś na youtubie. ;-)

Babska logika rządzi!

Znalazłem linki, niestety treść jest w suahili i dodatkowo zabezpieczona kluczem 128 bitowym – ale to nie problem: obliczyłem, że na moim kalkulatorze rozkodowanie zajmie 37 lat. Będziemy już wtedy sławni (dzięki powieściom) i bogaci (dzięki tantiemom), więc założymy spółkę (F&A i synowie Muska), pchniemy na orbitę kilka satelitów, udowodnimy teorię Bersoniego, a świat po raz drugi padnie na kolana (za pierwszym razem padnie po przeczytaniu debiutanckich powieści). Wchodzisz w to? Kapitał początkowy spółki ustalamy na poziomie kosztu zakupu baterii (paluszków) do kalkulatora.  

Mogę wejść, ale mój kalkulator jest na światło, więc ładuję się za frajer. ;-)

Babska logika rządzi!

Ok, podoba mi się ten pomysł: wykorzystać odnawialne źródło energii. Od razu widać, że masz doskonały zmysł biznesowy. Problem może być czas oczekiwania na wynik (37 lat), bo chociaż będziemy wtedy sławni i bogaci, to warto być jeszcze młodym.

Nie martw się, pomyślałem również o tym: mając twój kalkulator, dysponujemy darmowym zasilaniem. Trzeba tylko zaprojektować komory kriogeniczne, w których przeczekamy ze 20 lat, aż kalkulator rozszyfruje klucz bitowy. Tylko wiesz, nie szalej – na razie to projekt budżetowy, więc musimy oszczędzać na materiale. W grę wchodzi karton, blacha falista i części od starych pralek. Ostatecznie, mogę poświęcić telewizor marki Neptun (jest już stary, ale kolory: żyleta). Szczegóły dopracujemy w trakcie.

O, super! Dysponuję starą, zepsutą pralką. ;-)

Babska logika rządzi!

Pomysł na Liczbę Leibsteina jest dla mnie najmocniejszym elementem tekstu, ale po przeczytaniu całości miałam jednak uczucie niewykorzystanego potencjału. Momentami było przegadane, retrospekcja córki bardziej psuła niż pomagała, a metafizyka w finale totalnie zepsuła dla mnie odbiór całego opowiadania. Gdyby nie końcówka, jeszcze bym się wahała nad TAKiem, ale to jednak był dla mnie taki gwoździk do trumny ;) A szkoda, bo przy odpowiedniej redakcji, mogłoby z tego tekstu powstać coś naprawdę wyśmienitego.

Tylko nie "Tęcza"!

Doceniam Twój wkład pracy, Algier. W życiu nie napisałbym tak kobylastego tekstu. I dziękuję Ci bardzo za ciekawą lekturę. ;)

Nowa Fantastyka