- Opowiadanie: slqn - Dzieciak

Dzieciak

Stary fanfik Warhammerowy. Sentyment.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Dzieciak

Pierwszy raz zobaczyłem tego dzieciaka, kiedy próbował podwędzić bukłak wina mojemu kumplowi. Widziałem, jak podkrada się na palcach do pleców Hansa, zajętego doprowadzaniem do ładu swojej stopy, srodze ukaranej za jego lekkomyślność przy przeładowywaniu pistoletu. Smark wyglądał tak zabawnie, skradając się na samym środku drogi, że aż pozwoliłem mu podejść na wyciągnięcie ramienia i już, już sięgnąć po zdobycz, nim poinformowałem Hansa, co się święci. Gdyby zawartością worka nie było zacne wino z winnic Wissenlandu, a okradany nie był Hansem, z którym jak co wieczór to ja będę ten worek opróżniał, pewnie dałbym młodemu więcej czasu, żeby się wykazał. Miał talent. Nawet jeżeli nie do zbójowania, to do błazenady z całą pewnością.

Parę dni później, pod wieczór, przypętał się znowu, psia jego mać. Łaził dookoła mojego namiotu, myśląc, że go nie widzę. Korzystał z tego, że byłem zajęty oliwieniem broni, a ja, nie mając oczu dookoła głowy, musiałem zerkać na plecak i sakiewki częściej, niż miałem ochotę. Zaciskałem zęby, żywiąc tylko nadzieję, że nim dojdziemy do Middenheim stawiać czoła wojskom Archaona, przygarnie tego dzieciaka jakaś baba. Albo zaraza. Byle tylko mieć pewność, że gdy dojdę do celu, moja sakiewka będzie dalej ze mną – perspektywa dotarcia na południe bez funduszy na ostatnią popijawę przed śmiercią przerażała mnie nawet bardziej, niż ten diabeł Archaon i wszystkie jego potwory.

– Ale długi! – Częściowo oświetlona ogniskiem twarz dzieciaka wychynęła zza mojego namiotu, wpatrując się z oślim zachwytem w miecz w moich rękach. – Musi być z was dzielny wojownik!

– Uciekaj, brudasie! – Uniosłem tylko rękę do góry i patrzyłem, jak smark czmycha między namioty. Wiedziałem już wtedy, że wróci. Tacy jak on zawsze wracają, przeklęte, zapchlone sieroty.

Wylałem na szmatkę więcej oliwy. Wcierałem ją w klingę troskliwie, mimo, że po smarowaniu zbroi i całym dniu marszu byłem już jedną nogą w krainie Morra. Ostrze było tanie i kute w pośpiechu, a w paru miejscach zaczynała już toczyć je rdza, ale wiedziałem, że nie potrzebuję nic więcej, by zarąbać nim sobie na żołd. Rąbałem wtedy już przeszło dziesięć lat, całe życie pod sztandarami Ostlandu. Mawiają, że najemnik pyta tylko o cenę, ale to gówno prawda. Wolałbym sprzedać swój miecz orkom, niż Reiklandczykom. Mam swoje zasady i nic nie znaczy dla mnie więcej niż Ostland. Nie, nie ma w tym nic dziwnego ani pokrewnego pustym zapewnieniom szlachciątek pod chorągwią; Ostland to jedyne, co mnie, temu staremu rębajle w życiu zostało. Parę lat temu, zarobiwszy trochę grosza na wojaczkach z Kislevem, ożeniłem się i postawiłem sobie w Wolfenburgu wcale niebrzydką chałupę, a tuż obok mały kram, w którym handlowałem, czym się dało. Nie minął rok, jak wszystko pochłonęły płomienie. Cóż, Ulryk okazał mi jasno, że wybrał mnie do innych celów, a jego wilki pożrą mi wszystko, co nie będzie mieczem, kirysem i kapką kislevskiej wódki na pocieszenie. Nie ma co dyskutować z bogami.

Z zadumy znowu wyrwał mnie ten przybłęda, zasłaniając mi blask ogniska. Uniosłem wzrok tylko na chwilę, by upewnić się, że to ogień nie dogasa, a ten szczeniak stał tuż przede mną, zatrzymawszy się w pół kroku z wyciągniętą w moją stronę brudną łapą. Zamierzyłem się nań drugi raz, w nadziei, że mały ucieknie jak ostatnio. Tym razem jednak cwaniaczek umknął tylko kilka kroków do tyłu i dalej patrzył na rozłożone dookoła mnie elementy zbroi, jakby widział takie dziwy pierwszy raz w życiu.

– To wszystko wasze, panie? – spytał z takim podnieceniem, jakby zbroja zrobiona była ze złota – Jesteście rycerzem i walczycie w zbroi?

– Jasne, rycerzem. – Zerknąłem na miecz i stwierdziłem, że albo skończę robotę teraz, albo usnę nie dokończywszy jej. – A ty to z pewnością imperator Karl Franz.

– Nie, ja jestem Sven – zapaplał smarkacz, rozsiadając się przy ogniu – Mieszkałem tam za lasem, ale pewnego dnia matula kazali mi zabrać Malinę na łańcuch i poszliśmy na południe. Potem poszliśmy do takiej wioski z namiotów, trochę takiej, jak ta, ale cały czas w jednym miejscu. A potem w ogóle to matula umarli, a w mieście takie chłopaki chciały mnie złapać i sprzedać złym ludziom. To uciekłem, a że akurat szli rycerze, to jestem tutaj – zakończył na jednym tchu, po czym uniósł wzrok i sprawdził, jakie wrażenie wywarła na mnie jego opowieść.

– Ech… – Machnąłem ręką i wziąłem się za składanie zbroi. – Chcesz coś do jedzenia, szczeniaku?

– Tak! – Dzieciak zerwał się na równe nogi, i aż zaklaskał w ręce. – Jestem głodny jak… jak wilk Ulryka!

Sięgnąłem do plecaka i rzuciłem mu kawałek chleba.

– A teraz uciekaj. Jestem zajęty.

– Też… chfałwym… wych… łyfewem. – Dzieciak od razu wepchnął do jadaczki wielki kawał chleba, nie ruszając się z miejsca. – Mógłwych wfewy… pokonywać potwory – dodał przełknąwszy – Jak wy, panie. Idziecie bić się do Middenheimu, prawda?

Nie odpowiedziałem. Wciąż wpatrywał się we mnie wielkimi oczyma szczenięcia.

– Matula opowiadali mi o rycerzach. Mówili, że rycerze to bardzo odważni panowie, którzy nie boją się niczego, nawet smoków i czarownic – powiedział, nie odrywając ode mnie wzroku nawet na moment – Są silni i potrafią walczyć nawet z potworami! Jakbym był rycerzem, to złe chłopaki dostałyby ode mnie łomot.

– No pewnie – zarechotałem – Jakbyś był. Ale to, że uciekłeś, pokazuje najlepiej, że nim nie jesteś.

– Wy byście nie uciekli, prawda? – Ośle spojrzenie dzieciaka przeniosło się z moich rąk na twarz – A ile wyście mieli lat, jak zostaliście rycerzem?

– Na pewno więcej niż ty, gnojku. – Wstałem i zacząłem znosić częściowo poskładaną zbroję do namiotu.

– No to znaczy, że możecie mnie wziąć na giermka, panie! – Dzieciak ponownie zaklaskał z radości. Usiadł obok mojego miejsca i z podniecenia zaczął bić bosymi stopami ziemię wokół ogniska. – Bo rycerz, zanim się nauczy na rycerza, to jest giermkiem! Matula mówili!

– Tak? A niby na co ty mi się przydasz? Bo od zjadania chleba mam i swoją gębę.

– Mogę… czyścić zbroję. I opowiadać wam historie. Znam dużo historii, bo matula opowiadali mi je jak wędrowaliśmy. A wy to chyba nie macie nikogo innego do rozmowy? Kiedyś widziałem z wami innych rycerzy. Teraz jesteście sami.

– Zdarzy się czasem taka bitwa, po której wojownik zostanie sam. To nie takie złe. Lepiej zostać samemu, niż się radować u Morra z innymi.

Nie zrozumiał. Patrzył dalej, starając się uzyskać ode mnie więcej wyjaśnień, gdy tymczasem od obrzeży obozu doleciał moich uszu narastający jazgot. Wiedziałem dobrze, co zaraz się wydarzy i z głośnym przekleństwem zająłem ponownie swoje miejsce przy ogniu.

– Rób co chcesz i bądź kim chcesz – powiedziałem dzieciakowi – Ale nigdy, przenigdy nie skończ tak, jak te nieroby.

– Co? – zdziwił się – Jakie nieroby?

Nie musiałem długo czekać. Ledwie wysupłałem z torby pajdę chleba i wziąłem pierwszy kęs, gdy zza najbliższych namiotów zabłysły migotliwe światła pochodni, a jazgot stał się ciężki do wytrzymania. Moim oczom ukazało się kilkoro biczowników podczas ich codziennego obchodu obozowiska, każdy uzbrojony w tęgi kij, brudną szmatę na grzbiecie i gębę pełną żałosnych jęków.

– To kara za grzechy was wszystkich, bezbożne psy! – Zdołałem zrozumieć co wyraźniejsze z nich. – To jedyna droga do zbawienia! Ukorzcie się, a Sigmar nam przebaczy! Porzućcie wszelką nadzieję i czekajcie na śmierć! Tylko w niej wasze grzeszne dusze zaznają ukojenia!

Poczułem jak coś zaciska się wokół mojego pasa. Spojrzałem w dół i zobaczyłem kurczowo obejmującego mnie dzieciaka.

– Boję się. – Usłyszałem przez krzyk szaleńców – Boję się tych ludzi.

– Nie bój się! – Schyliłem się nad nim – To tylko słabi, chorzy głupcy, którym nędza odebrała rozum.

– Ale oni krzyczą… – Chłopiec ścisnął mnie mocniej, wpychając mi twarz pod pachę – O takich strasznych rzeczach.

Zezłościł mnie tymi słowy. Odepchnąłem go.

– I ty chcesz być rycerzem?! – huknąłem, grożąc dzieciakowi palcem – Dupa z ciebie, chłopcze, nie rycerz! Rycerz nie boi się słabych ludzi, którym brakło nadziei. Rycerz jest po to, żeby nawet takie męty mogły żyć w bożym świecie! Bo on ich broni! Przed prawdziwym złem.

Dzieciak wpatrywał się przez chwilę we mnie z przestrachem, przysłaniając umorusaną twarz. Po chwili jednak, walcząc ze sobą, sięgnął do ognia i wydobył z niego płonącą żagiew.

– Nie boję się – powiedział w kierunku oddalającej się już grupy biczowników, i machnął za nimi nowo dobytym orężem – Będę giermkiem rycerza i nie boję się.

Uśmiechnąłem się mimo woli.

– Zuch chłopak. Widzisz, że nie ma się czego bać?

– Tak. – Pokiwał głową z powagą – Widzę.

Odeszła mi ochota na odgonienie go. Przeciwnie; po raz pierwszy, odkąd pojedynczy cios orczego rębaka pozbawił życia mojego ostatniego kompana, miałem do kogo otworzyć usta i z kim przeżuć stary kawał chleba na kolację. Czułem coś jeszcze, coś kompletnie mi nieznanego. Nie miałem nigdy dzieci, ale wyobrażałem sobie, że tym uczuciem obdarzają je ojcowie, gdy te po raz pierwszy pchają swoje tłuste łapki do ojcowskiego warsztatu, do kowadła, do miecza. Nie myślałem, że podziałają na mnie jeszcze jakiekolwiek pochlebstwa, zwłaszcza z ust kogoś takiego jak to cielę, jednak myliłem się. Czułem się przy nim jak bohater. Jak rycerz, którym wierzył, że jestem. Po prawdzie, czy to, że ciosy mojego miecza są za srebro, czyni je mniej potrzebnymi Imperium niż ciosy koncerzy braci zakonnych? Przynajmniej ten dzieciak nie widział w nich nic pośledniejszego.

– Dobra, Simon.

– Sven.

– Sven. Będziesz moim giermkiem. Jutro wstaję wcześnie i idę z resztą mojego zakonu rycerskiego na krucjatę, na której nie możesz mi jeszcze towarzyszyć, boś młody. Potem, kiedy wrócę, nauczę cię trochę robić mieczem, czyścić blachy i reszty rycerskiego rzemiosła. Kto wie, może za parę lat staniemy w szeregu ramię w ramię, obok siebie?

– Z panem rycerzem? – Oczy dzieciaka urosły jeszcze bardziej, po czym wstał, i wykonał dziki taniec radości.

– Będę rycerzem, hurra, będę rycerzem!

– Będziesz, będziesz. – Wstałem od ognia, i pochyliłem się, by wejść do namiotu – Tylko nie drzyj się już tak, bo twój pan idzie spać. Siedź cicho i pilnuj namiotu. Dobrej nocy… mój giermku.

Nazajutrz czekał mnie dzień, którego wolę nie wspominać zbyt dokładnie. Zajadłe były te zielonoskóre ścierwa, które stanęły naszym wojskom na drodze. Nie, żeby jego wysokość hrabia Valmir i reszta moich dzielnych, osieroconych po Ostlandzie braci nie dała rady; po prostu mnie los jasno dał do zrozumienia, że moje stare kości rwą się do wojaczki trochę mniej niż ich posiadacz. Mimo głębokich ran nie skończyłem jednak jak Hans, Piet czy Borys. Byłem dalej na ziemi, a rany w moim wciąż żywym ciele swym bólem zapewniały mnie, jak daleko mi jeszcze do bram Morra.

Pamiętam, że leżałem przed namiotem sióstr shallayanek, podobnie jak wielu innych, dla których zabrakło już miejsca wewnątrz. Zimny deszcz siąpił z szarego nieba, jakby to sama bogini chciała swymi łzami obmyć nasze rany. Myślałem o moim giermku; czy boi się, że nie wracam? Czy czeka? A może zabrał z mojego namiotu, co był w stanie unieść, i właśnie sprzedaje to po ludziach za słodycze?

Moje zęby zacisnęły się odruchowo, gdy poprzez zwykły gwar obozowiska usłyszałem znajome jęki i wrzaski nawiedzonych pokutników. Oddałbym wtedy wiele, by móc nie słuchać zawodzeń tych nierobów, którzy palcem nie kiwnęli dla obrony Imperium, a śmią wykrzykiwać co i rusz w niebo imię Sigmara, jakby sądzili, że może on popierać ich desperacki skowyt o łaskę bardziej, niż moje rany i krew.

Czekałem cierpliwie, aż przejdą i myślałem już, że doczekałem tego momentu, gdy moją uwagę przykuł głośny, radosny okrzyk z tyłu orszaku. Wydał mi się on znajomy.

Podniosłem głowę mimo bólu, a widok, który ujrzałem, przewrotnie wydał mi się aż nazbyt oczywisty.

Na samym ogonie, wymachując osmaloną od ognia żagwią z mojego ogniska, maszerował dzieciak, z chudą piersią obnażoną spod rozdartej koszuliny. Okładał się nieporadnie i wcale nie mocno po poczerniałych od węgla plecach, patrząc z podziwem na kroczących przed nim biczowników, a jego roześmiana gęba raz po raz wykrzykiwała:

– Będę świętym! Będę błogosławionym!

Koniec

Komentarze

No dobra, a gdzie tu fantastyka?

Nie znam uniwersum, więc trudno mi się wypowiadać na ten temat.

Historyjka nawet ciekawa, coś mówi o bohaterach.

Napisana całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Choć nie znam świata w którym dzieje się opisane zdarzenie, to nieźle nakreślone postaci rycerza i chłopca, a nawet pokutników, każą przypuszczać, że dłuższa opowieść mogłaby być całkiem zajmująca.

Wykonanie niezłe, ale zapis dialogów do poprawy.

 

– Ale długi! – częściowo oświetlona ogniskiem twarz dzieciaka wychynęła zza mojego namiotu, wpatrując się z oślim zachwytem w miecz w moich rękach – Musi być z was dzielny wojownik! –> – Ale długi! – Częściowo oświetlona ogniskiem twarz dzieciaka wychynęła zza mojego namiotu, wpatrując się z oślim zachwytem w miecz w moich rękach. – Musi być z was dzielny wojownik!

Źle zapisujesz dialogi. Zajrzyj tutaj: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

za­trzy­maw­szy się wpół kroku… –> …za­trzy­maw­szy się w pół kroku

 

usły­sza­łem przez krzyk tych obłą­ka­nych sza­leń­ców… –> Te słowa – obłąkanyszaleniec – znaczą to samo.

 

jakby to sama bo­gi­nii chcia­ła… –> …jakby to sama bo­gi­ni chcia­ła

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za uwagi.

Chyba masz pecha, że ze swoim tekstem trafiłaś w środek konkursu pocztówkowego i Twoje opowiadanie zaginęło gdzieś w nawałnicy króciaków.

Szkoda, bo moim zdaniem napisałaś całkiem porządne opowiadanie. Co prawda na początku czytania przewróciłam oczami, bo wydawało mi się, że to będzie kolejny tekst opisujący przygody dzielnego mięśniaka z dwiema komórkami mózgowymi, co z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów fascynuje wielu piszących fantasy. Pomyliłam się. Bardzo fajnie nakreśliłaś sylwetki bohaterów, jeszcze lepiej relacje między nimi.

Podobało mi się.

 

EDIT: Poprawiłam czasowniki. Z jakiegoś powodu pisałam do Ciebie w rodzaju męskim. :) Dopiero po komentarzu Pietrka zerknęłam na płeć.

Rzeczywiście, szkoda, że opublikowałaś w tak niefortunnym momencie. Opowiadanie jest naprawdę dobre i szkoda, że raczej odejdzie w niepamięć portalową. Ciekawie nakreśliłaś występujące tu postacie. Każda ma charakter. Najciekawsza jest tu postac chłopca, który ma nawet charakterystyczny styl mówienia. Jest to ważne. Zacna historyjka z potencjałem na coś dłuższego. Uniwersum nie znam, wiec możliwe, że nie zauważyłem jakiś smaczków. 

Opowiadanie jest napisane poprawnie, ale w sposób “dupy nie urywający”. Brak tu poetyzmu czy ładnych metafor. A szkoda, bo w literaturze fantastycznej są zawsze miłe widziane. 

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Ja tu nie widzę żadnego pecha. Jestem kolejnym zadowolonym. Zgłaszam tekst do biblioteki.

Najbardziej urzekłaś mnie przedstawieniem postaci, zwłaszcza poprzez dialogi, które, w moim umyśle, brzmią bardzo realistycznie. Jest tu też trochę prawdy o ludziach, chociaż walczą, no nie wiem, z orkami?

 

W kwestiach technicznych: podpinam się do pani Regulatorzy jeśli chodzi o dialogi. Więcej błędów nie widziałem i postanawiam się poprawić… A może nie? Są tu dużo bieglejsi w korygowaniu smiley

 

Oczywiście zapraszam do mnie.

 

Howgh!

Ach, Warhammer. Setki godzin sesji w świecie mroku, łez i spaczenia. Gdzie królują bogowie Chaosu oraz ich nieczuli odpowiednicy po “dobrej” stronie. Gdzie na niebie świecą dwa księżyce, a w podziemiach biegają szczuroludzie. Ech, nostalgia.

I pewnie ona najbardziej sprawiła, że tekst mi się spodobał. Bo tworzysz dobry, warhammerowy klimat. Zakończenie zwłaszcza przypadło mi do gustu – w uniwersum, które idzie ku nieuchronnej zagładzie, nie mogło być inaczej :)

Postacie może nie są najlepiej rozpisane, ale spodobały mi się. Tekst za to jest nieprzystępny dla tych, co nie znają świata. Oni nie będą wiedzieć, kim jest Archaon, Morr, Sigmar czy Ulryk oraz czemu rycerz rusza na krucjatę. Dajesz spory próg wstępu i nie każdy będzie w stanie go przekroczyć.

Podsumowując: fajerwerki marki Warhammer Fantasy. Nie dla każdego, ale ja je uwielbiam :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Lubię takie klimaty, weteran, zmęczenie, błoto i walka. Krótka fabuła pociągnięta całkiem dobrze, może dialog z małym nie jest wyśmienity, ale da się uchwycić charakterystyczną zależność pomiędzy dzieckiem i starym żołnierzem. Nie pasuje mi tylko pierwszy akapit. Ta historia z bukłakiem wywołała u mnie marszczenie brwi, nie byłem pewny, o co do końca Ci chodzi i cofałem się przy czytaniu. Stylistycznie źle wygląda ten fragment. Za to finał wywołał uśmiech na twarzy :)

Całościowo jestem oczywiście na tak i z przyjemnością daję ostatniego klika do biblioteki.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki. :)

Interesujący tekst, z nieźle zarysowanymi bohaterami. Najlepsze jest tu zdecydowanie przewrotne zakończenie. Kliknąłbym bibliotekę, ale już nie trzeba :)

Fajne, podobało mi się :)

Zakończenie bardzo dobre.

Nowa Fantastyka