- Opowiadanie: TarWojn - Wszystko za życie

Wszystko za życie

Opowiadanie w klimacie mrocznego fantasy osadzone w realiach kultury i techniki XIX wieku – czyli co by było gdyby elfy chodzily w cylindrach i melonikach, krasnoludy strzelały z rewolwerów, a orki napadały podróżnych z czarnoprochowcami. Posypane szczyptą filozofii. 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Wszystko za życie

 

– I co jeszcze nam powiesz elfiku? – kpiarskim tonem wysapał Hugo odkładając na bok brudną szmatę i niewielki pistolet kapiszonowy. – Że wam się to nie nudzi, to ja się zawsze dziwię, jak was słyszę. Za każdym razem ta sama gadka. Zawsze to samo. Już te orki z lasów miały by więcej do powiedzenia, gdyby umiały mówić po ludzku.

Siedząca naprzeciwko osoba uniosła głowę jakby miała wygłosić dłuższą przemowę, lecz najwyraźniej rozmyśliła się. Z powrotem utkwiła spojrzenie w płomieniach ogniska i wyszeptała jakby do siebie:

– Część z nich umie.

– Thomas, daj mi tę butelkę, bo za mało wypiłem i nie rozumiem co tam mruczy ten elfiak – burknął Hugo do półleżącego obok towarzysza.

 Ten bezceremonialnie wpatrzony w złotowłosą kobietę nawet nie zareagował.

– Thomas! Whisky!

Dopiero teraz mechanicznie sięgnął po butelkę i nawet nie spoglądając na Hugo wyciągnął ją w jego stronę.

Złotowłosa dotychczas zamyślona i oparta o elfa drgnęła przebudzona. Odgarnęła opadające jej na twarz proste kosmyki włosów. Ruchem tym odsłoniła regularne rysy, lekko zadarty nosek i duże ciemnobłękitne oczy oraz charakterystyczne, lekko szpiczaste końcówki uszu. Była średniego wzrostu. Wysmukłe nogi podkurczyła pod siebie. Rozpięty podróżny, szary żakiet odsłaniał gorset, który z lekka podkreślał kształtne piersi i idealną talię.

Prawie każdy z siedmiu zgromadzonych nad ogniskiem mężczyzn co chwila badał pożądliwym spojrzeniem każdy cal jej ciała, lecz w przeciwieństwie do Thomasa próbowali zachować choć pozory kultury.

– Uriel – odezwał się w stronę elfa jeden z nich noszący na głowie szary melonik – powiedz mi co to zmieni? Co z tego będziesz miał ty, ja, oni czy mieszkańcy Imperium i innych krain?

– Po co to ciągniesz Milo? Przecież to jasne, że stalibyśmy się nędzarzami, tak jak te elfy. O to im chodzi. Im samym nie chce się wysilić i dlatego chcą, żeby inni tak jak oni żyli po lasach – wtrącił się Hugo.

– I ja, i ty, i inni mieszkańcy północnych krain będziecie mieli spokój ducha. Moralne poczucie doskonałości. Albo przynajmniej dążenia do niej. Oczywiście będziesz musiał zmienić zajęcie. Możesz przecież handlować czymkolwiek innym. Wzbogacić się można na wiele innych sposobów – prawie wyrecytował Uriel.

– Lecz ten jest najszybszy – odparł Milo Tylor.

– Lecz i najniebezpieczniejszy.

– Tak samo jak inne. Już nie pamiętam kiedy sam łapałem niewolników. Od kilkunastu lat tylko kupuję ich od miejscowych plemion orków. To znacznie ułatwia sprawę.

– Tak! Wyłapią wszystko co się rusza i może pracować, bądź zadowolić w łóżku najdziwniejsze zachcianki – po raz kolejny wtrącił się Hugo, z perwersyjną przyjemnością akcentując ostatnie słowa.

– Mają wszystkich. Najwięcej swoich współplemieńców. Ale czasami zdarza się, że porwą skądś jakichś ludzi lub krasnoludów. Raz pamiętam kupiliśmy od nich nawet kilku elfów z twojego szczepu Lalehet. Co prawda sprzedać ich potem można było tylko w koloniach, ale za to za jaką cenę! Zwłaszcza takie elfki idą na targu za niezłe sumki. – Dotychczas milczący, leżący na wznak mężczyzna dołączył do rozmowy.

– Ciekawe ile byśmy zyskali za twoją żonkę? – Westchnął Thomas, ale ton jego głosu wskazywał, że nieprędko by się rozstał z taką zdobyczą.

– Dosyć! – warknął Milo Tylor, po czym zwrócił się powrotem do Uriela. – Taki już jest ten świat. Z resztą… dla niewolników jest to też jakaś szansa. Tutaj nic dobrego na nich nie czeka. Choroby, głód, nieustanne wojny plemienne. Jako słudzy, mają zapewnione jedzenie, dach nad głową. Nikt ich nie zabije. Po iluś latach nawet mogą wykupić sobie wolność.

– To prawda, ale czy sam byś wybrał niewolę na ich miejscu? – odparł elf.

– Spójrz na to z tej strony. Plemiona orków zawsze ze sobą walczyły. Dawniej zabijali się, a teraz odkąd kupujemy od nich niewolników przestali się mordować z taką pasją. Pokonanych jedynie łapią w niewolę i sprzedają.

– Nic nie zmieniliście. Jedynie daliście im kolejny powód do wzajemnych walk.

– Jesteś idealistą. Tak jak twoi bracia z twojego całego szczepu Lalehet. Orki nie są idealistami. Są brutalni. Bezmyślni. Okrutni. Być może znajdziesz kiedyś jakiegoś, który różniłby się od innych, ale ja takiego jeszcze nie spotkałem. Owszem czasami udają takich, ale nigdy nie zmienili swojej natury – odezwał się mężczyzna, który przed kilkoma minutami dosiadł się do rozmawiających.

– Widzisz go? To Horst Radke. Słynny na całe wybrzeże. Przed siedmioma laty na jego tartak napadła banda orków. Zabili mu żonę, synów, a córkę porwali. Horst przeżył. Nigdy nikomu nie powiedział jak, ani co dokładnie się wydarzyło tamtego dnia. Od tamtej pory przeszedł wszerz i wzdłuż całe wybrzeże. Zapuszczał się w głąb lądu na całe tygodnie. Spotkał się z każdym handlarzem niewolników, ale do dziś nie odnalazł swojej córki. – Milo przedstawił nowoprzybyłego.

Zapadło milczenie, przerwane po chwili przez Tylora

– Raz prawie mu się udało. Cztery lata temu odnalazł plemię, które więziło jego córkę, lecz zanim zebrał ludzi, aby ją odbić jej już tam nie było.

– Teraz mścisz się na oprawcach swojej rodziny? – Spytała się nieco zaspanym głosem elfka.

– Nie. Nie… Tu nie chodzi o zemstę, sprawiedliwość lub ratunek. Ja po prostu nie znam innego życia. To jest moje życie – odparł Horst.

Ponownie zapadło milczenie. Tym razem znacznie dłuższe.

– Już po północy – westchnął Milo Tylor spoglądając na niewielki zegarek na srebrnym łańcuszku. – Nie chlejcie już zbyt dużo. Jutro mamy spotkanie z wodzem tutejszego plemienia. Lepiej być czujnym i w pełni sił. Z tymi zielonoskórymi nigdy nic nie wiadomo. Dokończymy rozmowę w drodze elfie.

 

 

 

 

Ur-Zak był typowym przedstawicielem swojego gatunku. Niewiele wyższy od człowieka. Potężnie zbudowany, ale z zachowaniem proporcji. Gdyby nie zielonkawo-brunatny odcień skóry, grube, szare włosy i nieco toporne rysy twarzy można by go wziąć za portowego osiłka. Odziany był w skórzane ozdobne spodnie oraz kamizelkę upstrzoną koralikami i frędzelkami. Na głowę naciągnął nieco za duży czarny cylinder. Opierał się o odtylcowy karabin. Był to najnowszy krzyk techniki, będący na wyposażeniu tylko części oddziałów armii imperialnej. Ur-Zak musiał czerpać naprawdę duże zyski, skoro posiadał tak drogocenną broń, na tym zapomnianym przez bogów zakątku świata.

Wokół wodza siedziało kilkunastu wojowników. Uzbrojeni przeważnie w karabiny kapiszonowe, lecz kilku z nich wciąż miało przy sobie stare czarnoprochowce. W przeciwieństwie do beznamiętnego wyrazu twarzy Ur-Zaka jego towarzysze bez przerwy wymieniali między sobą krótkie zdania i wybuchali śmiechem. Szczególne zainteresowanie wzbudziła piękna elfka. Choć nie mniejszym cieszyła się towarzysząca karawanie kupieckiej obozowa prostytutka, której najwidoczniej to nie przeszkadzało, a wręcz ochoczo odpowiadała na coraz śmielsze propozycje.

– Rozumiem wielki wodzu, że przygotowałeś dla mnie tak dużo niewolników i szanuję twój trud, ale nie mam pięćdziesięciu karabinów o które prosisz. Mogę dać jedynie trzydzieści. Dorzucę do tego jeszcze pięć pistoletów. – Po raz kolejny Milo Tylor próbował przechylić szalę na swoją korzyść.

– Wróć jak będziesz miał pół setki karabinów, albo bierz dziś tylko czterdziestu niewolników – odparł niewzruszenie Ur-Zak.

– Wodzu wielu z tych co zostaną tutaj umrze. Pozwól mi wziąć wszystkich, a za cztery tygodnie tygodnie, jak tutaj wrócę przyniosę dla ciebie dodatkowe dwie dziesiątki karabinów.

– Nie. Wszystko robimy dzisiaj. Ile karabinów dzisiaj, tylu niewolników dzisiaj.

– Wodzu, musisz przecież…

Uriel przestał zwracać uwagę na coraz bardziej monotonne targi. Podniósł się z ziemi i ruszył przed siebie.

– Gdzie idziesz? – spytała się elfka podziwiając rozległy widok rozciągający się u podnóża pagórka.

– Zejdę do ich wioski Leilo. Może spotkam tam jakichś naszych pobratymców. Kto wie może mają tu jakąś placówkę w pobliżu.

– Pozwól że dołączę do ciebie. Lepiej nie poruszać się wśród orków samemu – odezwał się stojący w pobliżu Horst Radke.

Uriel skinął głową nic nie mówiąc.

– Tylko nie głoś im proroctw, nie ma na to czasu – Leila rzuciła ze śmiechem za odchodzącymi.

 

 

 

– Daj mi ją. I trzydzieści karabinów. A ja ci dam wszystkich pięćdziesięciu niewolników. I dobijemy targu.

Leila uświadomiła sobie, że toczona rozmowa od jakiegoś czasu dotyczy bezpośrednio niej. Odwróciła się. Nie myliła się. Ur-Zak wskazywał w jej kierunku wyciągniętym ramieniem. Równocześnie przyciszonym głosem tłumaczył coś Milo Tylorowi.

– Nie zgadzam się. Ona jest z nami, a tamten elf jest jej mężem. Nie oddał by ci jej bez walki, a sam wiesz jak niebezpieczne bywają elfy. Zwłaszcza że nigdy nie wiesz czy nie posiadają mocy. A ten wygląda mi na czarownika. – Zaoponował Milo.

– On jest ze szczepu Lalehet. Halachowie to słabeusze. Znamy ich. Zakładają swoje siedziby wśród naszych plemion. Nie robią nic innego tylko nauczają swoich wierzeń. Nie są tak silni jak inni, ani nie władają taką mocą. – Odparł wódz orków.

– Jest on moim gościem. Również twoim. Honor nie pozwala ich skrzywdzić.

– A na czym my się zajmujemy, jak nie krzywdzeniem innych? Ja jestem drapieżnikiem. Ty jesteś padlinożercą. Ja poluję. Ty pożywiasz się na tym co ja zdobyłem. Nas nie obowiązują zasady słabych.

– Mimo to ty nie sprzedajesz swoich współplemieńców. Ta para elfów podróżowała ze mną od trzech dni i są pod moją ochroną. Owszem bogacę się kosztem innych, ale stawiam granice. Kręgi. Oni są wewnątrz mojego kręgu. Nie stanie się im nic złego.

– Pamiętaj, że to ja tutaj decyduję, kto jest chroniony, a kto nie! – warknął zniecierpliwiony Ur–Zak.

– Jak możesz o tym decydować, skoro nawet siebie nie jesteś w stanie ochronić. Zanim sięgniesz po swój karabin, wpakuję w ciebie kilka kul z tego pistoletu. Widziałeś wcześniej takie? Pewnie że nie. Najnowsze dzieło krasnoludzkich rusznikarzy. Rewolwer. Bez ładowania oddaje pięć strzałów.

Zapadła chwila ciszy. Człowiek i ork w napięciu spoglądali za siebie niczym zahipnotyzowani.

– Daję ci trzydzieści karabinów i biorę dwudziestu pięciu niewolników. To więcej niż sam oczekiwałeś. Za cztery tygodnie wrócę tu z większą ilością broni. Wtedy przekażesz mi pozostałych więźniów. O elfce zapomnijmy. Nie jest warta wzajemnej walki. – Przerwał milczenie Milo.

– Zgoda – wyrzucił z siebie Ur–Zak spoglądając ukradkiem na Leilę.

 

 

 

Uriel i Horst po przejściu dwustu metrów wkroczyli między skarlałe drzewka i krzewy niewielkiego zagajnika, przez który prowadziła ścieżka do wioski orków. Dotychczas maszerowali w milczeniu, podziwiając otaczającą ich przyrodę. Poskręcane gałęzie wystrzeliwały z morza złoto szarych traw, pnąc się na dwa, czasami trzy metry w kierunku błękitnego nieba. Prawie pozbawione liści kikuty sprawiały wrażenie chorych i nienaturalnych. Mimo ponurego i odpychającego wyglądu taka formacja roślinna była charakterystyczna dla tej okolicy. Posępny obraz równoważył wesoły świergot setek ptaków przemykających pośród gęstwiny.

– Ciągle mam nadzieję, że ją odnajdę – westchnął Horst.

– Moją córkę – dodał po chwili nie doczekawszy się odpowiedzi.

– Jak długo masz zamiar gonić jej cień? – odezwał się w końcu Uriel. – Mówisz o niej, bo nie chcesz zapomnieć. Dlatego też poszukujesz jej, mimo że doskonale zdajesz sobie sprawę, że jej nie odnajdziesz. Robisz to wszystko, bo nie chcesz o niej zapomnieć.

Horst Radke zamilkł. Widocznie nie spodziewał się takiej odpowiedzi.

– Tak. Boję się o niej przestać myśleć. Boję się zapomnieć. Nie zdołałem jej uratować, ale w ten sposób mogę sprawić, żeby nie była martwa. Żeby żyła we mnie. To ostatnie co mi zostało.

– Ty tak uważasz, ale czy to jest prawda? Czy rzeczywiście nie masz innej drogi?

– Tego nigdy się nie dowiem. A co ty byś zrobił na moim miejscu? – po chwili namysłu zapytał Horst.

– My elfy Lalehet poświęcamy się wyższemu dobru. Dobru obiektywnemu. Nie czynimy różnicy między orkami, ludźmi, krasnoludami, elfami. Dla nas wszyscy są równi. Nie rozróżniamy pomiędzy naszymi i obcymi. Kiedy widzimy, że złudna nadzieja nie pozwala nam dążyć do większego dobra, odrzucamy ją. Nie przywiązujemy się do ulotnych rzeczy czy istot, które mogą umrzeć, przeminąć. Dla nas najważniejsze są wieczne idee.

– Wy Halahowie nigdy nie zrozumiecie w pełni ludzi, ani my was. To właśnie przywiązanie, miłość do innych popycha nas do wielkich, wspaniałych rzeczy. Potem dopiero ubieramy to w pięknie brzmiące słowa.

Po trzystu metrach zagajnik kończył się i pojawiły się pierwsze chaty. W większości lepianki kryte strzechą. Tylko nieliczne w całości wykonane z bali drzew i kryte niechlujnie wykonanym gontem. Wokół zabudowań biegały owłosione świnie, przypominające dziki. Kilka wychudzonych krów leniwie wałęsało się między domami. Osada robiła wrażenie w miarę bogatej, ale bardzo niechlujnej. Niczym garść srebrnych monet rozrzucona w błocie.

– Od razu widać, że nie mieli do tej pory za dużo kontaktów z cywilizacją. – Skomentował Uriel.

– Też tak myślę. Przydało by się tutaj kilku twoich współplemieńców. – Stwierdził Hrost.

– Tak. Dużo tu do zrobienia. Ale jak na orki, całkiem nieźle sobie tu radzą.

– Tak się zastanawiam, co wy elfy Lalehet macie z tego pomagania innym rasom? Nigdy niczego nie osiągnęliście. Nie zbudowaliście w przeciwieństwie do innych elfów wielkiego państwa. Żyjecie po pustkowiach. Uczycie innych. Tworzycie cywilizacje innych narodów. Ale nie robicie nic dla siebie.

– A co wy ludzie, czy to cesarscy, czy imperialni, czy inni macie ze swoich państw? Dokonań innych waszych współplemieńców? Nic. To nie ty siedzisz na tronie, nie ty władasz. Nie ty tworzyłeś waszą kulturę, ani nie ty budowałeś miast starych ziem. Również nic nie posiadasz, ani niczego nie dokonałeś, mimo że uważasz się za praktyczniejszego ode mnie i mojej rasy.

Odpowiedź Hrosta została przerwana przez zgiełkliwą grupę małych orcząt, które okrążyły ich z każdej strony. Dzikie wrzaski, powoli przemieniły się w okrzyk wojenny. Poleciały pierwsze kamienie. Mimo że napastnicy byli zbyt mali by poważnie zranić miotanymi pociskami, Uriel i towarzyszący mu Radke szybko schronili się pod niskim dachem jednej z chat.

– Zaraz strzelę na postrach. – Oznajmił zirytowanym głosem Uriel sięgając po swój pistolet kapiszonowy.

– Nie! Tylko rozjuszysz stare orki – syknął ostrzegawczo Hrost. – Zaczekaj, zaraz im się to znudzi, albo ktoś to przerwie.

Prawie w tej samej chwili z jednej z chat wypadły trzy orczyce i krzycząc pobiegły w stronę agresywnych dzieci. Te w momencie rzuciły się do ucieczki. Zielonoskóre mruknęły coś niewyraźnie do człowieka i elfa, po czym zawróciły z powrotem.

– Wracajmy. – Zawyrokował Uriel. – Chyba nie jesteśmy to zbyt mile widziani.

– Masz rację.

Kiedy opuszczali skupisko domków i lepianek minęła ich grupa niosących wodę orczyc. Były prawie nagie, lecz ich krępa i niesymetryczna budowa nie była nawet trochę podniecająca. Część z nich wywoływała nawet uczucie obrzydzenia.

– Niewolnictwo to straszna choroba. Popatrz na nią. Mogła by być twoją zaginioną córką. A jest tu trzymana przez to plemię, zmuszana pewnie nie tylko do samej pracy – westchnął Uriel wskazując głową na idącą na końcu młodą ludzką dziewczynę.

Nie mogła mieć więcej niż osiemnaście lat. Czarnowłosa, o uroczej twarzy, którą niestety szpecił źle zrośnięty złamany nos. Nie miała na sobie nic więcej poza szeroką przepaską na biodrach, sięgającą połowy ud. Jej dopiero nabierające kształtów ciało nosiło ślady zadrapań i sińców. Stawiała ostrożne kroki z lekko pochyloną głową, uważając by nie rozlać wody z wiaderek.

– To ona – wyszeptał Horst Radke.

 

 

 

– Musicie jak najszybciej stąd uciekać. Ur-Zakowi spodobała się Leila.

Po wypowiedzeniu ostatniego słowa Milo Tylor wypuścił przez usta pokaźny kłąb dymu. Stał oparty o pień rozłożystego drzewa, trzymając w lewej dłoni długie cygaro. Wyciągnął je do elfa, pytająco przekrzywiając głowę.

– Co się stało? Nic jej nie jest? Gdzie jest Leila? – niespokojnie zapytał Uriel.

– W obozie. Na razie bezpieczna. Ale musicie jak najszybciej opuścić to miejsce.

Elf odebrał cygaro od Milo. Zaciągnął się.

– Sprawy trochę się skomplikowały. Jak byliśmy na dole w wiosce, Horst odnalazł swoją zaginioną córkę. Rachelę.

Tylor zaskoczony nic nie odpowiedział.

– A przynajmniej tak mu się wydaje, że to ona. Po tylu latach, mógł się pomylić.

– Albo stracić rozum – dopowiedział Milo.

– Nie wydaje mi się. W prawdzie ledwo go znam, ale nie sądzę żeby był szalony. Ale powiedz, jakie niebezpieczeństwo grozi ze strony Ur-Zaka? Wiesz co planuje?

– Nie, nie wiem. Chciał kupić twoją żonę. Oferował bardzo dużo. Może będzie próbował ją zdobyć siłą. Może nie. Jeżeli zaatakuje, będę musiał was wydać. Nie mogę poświęcić życia wszystkich moich pracowników. Mojej karawany. Jest nas za mało, żeby stawić skuteczny opór.

– Rozumiem.

– Chyba że jesteś jednym z tych obdarowanych? Znasz arkana magiczne, albo twoja żona? – Bardziej z zaciekawieniem niż nadzieją spytał Milo.

– Nie. Odejdziemy jeszcze dziś. Zaraz po zapadnięciu ciemności. A teraz pozwól, pójdę porozmawiać z Leilą.

 

„Zlotowłosa za czarnowłosą. Na nic innego się nie zgadzam.” Słowa Ur-Zaka dudniły niczym niekończące się echo pod czaszką Horsta Radke. Dwa krótkie zdania,  dwukrotnie powtórzone przez wodza orków nie cichły. Opanowały umysł. Ich brzmienie potęgowało się z każdą chwilą. Dwa krótkie zdania, które zamykały myśli Horsta w niekończącej się pętli. Pętli, której nie dało się rozerwać, ani przeciąć.

Milo od razu zgodził się negocjować wykup córki Radkego, mimo że zdawał sobie sprawę czym może grozić ponowna wizyta u Ur-Zaka. Wódz przyjął ich z dystansem i wyczuwalną wrogością. Jednak kiedy usłyszał z czym przychodzą nie ukrywał złośliwej radości. Złożył tylko jedną ofertę, po czym kazał wyprowadzić Milo i Horsta ze swojego domu.

Atak na wioskę i próba zbrojnego odbicia dziewczyny był samobójstwem. W karawanie podróżowało piętnastu ludzi, z czego jedna to prostytutka nie potrafiąca walczyć, a wioskę zamieszkiwało ponad trzysta orków.

Zostać samemu na miejscu. Potem zakraść się do wioski i uciec z dziewczyną. To też nie było realne. Najbliższe osiedla ludzkie znajdowały się co najmniej tydzień drogi stąd, a Rachela wyglądała na bardzo osłabioną. Zanim by do nich dotarli orki wytropiły by ich i zamordowały.

Wrócić na wybrzeże. Pożyczyć pieniądze od Milo. Zwerbować najemników. Czy jednak kiedy powróci jego córka dalej tu będzie? Już raz tak zrobił. Wycofał się. Wrócił po kilkunastu dniach z oddziałem żołnierzy i milicji, ale jej nie było. Została przekazana innemu plemieniu. Drugi raz nie popełni tego samego błędu. Nie opuści córki.

Horst spojrzał przed siebie. Sto metrów przed nim kręcili się po obozie członkowie karawany. Wśród nich stała rozmawiając z Milo i Urielem Leila. Elfka była jedyną szansą na odzyskanie córki.

Już tej nocy, za kilka godzin. Uriel i Leila, kiedy tylko oddalą się od obozu zostaną zaskoczeni przez orki. Ur–Zak posiądzie złotowłosą elfkę, a jemu zwróci Rachelę. Problemem może być tylko Milo, który domyśli się za jaką cenę uwolniono dziewczynę. To jednak dla Horsta nie było teraz najważniejsze. Myślał tylko o jednym. Jeszcze dziś odzyska Rachelę.

 

 

 

Uriel postąpił jeszcze kilka kroków na przód. Stanął niepewnie na dygocących nogach. Świat wirował mu przed oczami. Blask księżyca rozmazał się i zapadł w ciemność. Huk wystrzału powoli oddalał się odbijany przez kolejne zbocza wzgórz. Elf osunął się na ziemię.

Z wysokich traw podniosła się grupa kilkunastu orków. Czterech z nich błyskawicznie podbiegło do zastygłej w bezruchu Leili. Pozostali z wymierzoną bronią skierowali się do trzeciej stojącej na ścieżce osoby.

– Co z nim robimy? – niepewnie odezwał się jeden z zielonoskórych.

– To chyba ten ich wódz. Milo – odpowiedział inny. – Ur-Zak chyba nie byłby zadowolony gdybyśmy go zabili.

– Obawiam się, że nie będziecie mieli innego wyboru, jeżeli nie zostawicie Leili – odezwał się Milo Tylor, podnosząc w górę swój rewolwer.

– To nie twoja sprawa. Nie trzeba było z nimi tak daleko iść. Trzeba było zostać z drugą kobietą w obozie – warknął kolejny z orków.

– Zginie wielu z was zanim mnie powalicie. Nie warto. Ur-Zakowi powiecie, że nie znaleźliście elfów.

– Jesteśmy orkami. Nie boimy się śmierci. Jesteśmy wojownikami. Odejdź stąd, bo nie chcemy ciebie zabijać.

– Uciekaj! – krzyknął Milo.

Jego palec zacisnął się na spuście. Kula w obłokach dymu wyskoczyła z lufy, tnąc powietrze ugodziła w biodro najbliższego orka. Nacięty pocisk wyrwał kawał mięsa, od razu powalając napastnika. Niemal równocześnie z przeciwnej strony rozbłysło kilka karabinów w głuchej kanonadzie. Milo Tylor nie celując wystrzelił jeszcze pozostałe cztery kule, zanim padł martwy.

– Nic się jej nie stało? – zachrypiał jeden z orków wskazując na przyciśniętą do ziemi przez dwóch swoich pobratymców Leilę.

– Calusieńka. Wódz będzie miał czego używać – zarechotali.

– Więc wracajmy. Uzekowi przyda się pomoc wiedźmy. Paskudnie oberwał.

 

Cztery dni później karawana rozbiła się na postój nad średniej wielkości rzeką. Pozbawionych przywódcy najemników łączył już tylko jeden cel. Dotrzeć do najbliższego miasta i sprzedać wszystkich niewolników jakich posiadali. Kiedy znaleźli ciało Milo naszpikowane kulami, szybko doszli do wniosku, że został zamordowany przez orki. To dlaczego oni jeszcze żyją, pozostawało dla nich zagadką, podobnie jak tajemnicze zniknięcie dwójki elfów. Nie tracąc ani chwili czasu, opuścili okolice wioski zielonoskórych i ruszyli w stronę wybrzeża.

Horst Radke wpatrzony w cierpiące oczy Racheli zdawał się nie dostrzegać stojących przed nim Thomasa i Hugo. To były ostatnie godziny jakie miał spędzić z córką. Umierała.

Trucizna przeżerała ją od środka. Poprzedni dzień spędziła leżąc w wozie. Nie była już w stanie utrzymać się na nogach. A teraz, od godziny przestała rozpoznawać jego twarz. Majaczyła.

„Przybyłeś. Nie zostawiłeś mnie. Nie wiem jak dużo musiałeś dokonać by mnie odnaleźć, ale jest to pewnie wspaniała opowieść. Opowiadałabym ją twoim wnukom.” Powtarzała Rachela zanim straciła świadomość. Niestety nigdy nie będzie miała dzieci. Wioskowa wiedźma podała jej truciznę. Odebrała jej życie. Rachela była niewolnicą Ur-Zaka, który po tym jak się nią znudził i przekazał ją jednemu ze swoich wojowników. Kiedy odkryła, że urodzi mu dziecko, przerażona udała się kilkanaście dni temu do szamanki plemiennej. Wiedziała, że po spłodzeniu mieszańca nie przeżyje ani ona, ani dziecko. Orczyce rozszarpały by ją przy pierwszej okazji. Wiedźma dała jej truciznę. Jednak nie tą o którą prosiła. Silniejszą.

– Horst – po raz kolejny odezwał się Hugo. – Mamy kłopoty. Leila tu jest. Mówi, że uciekła orkom.

 

Mimo pokrywającego ją od stóp do głowy brudu i kurzu oraz aż nazbyt widocznego zmęczenia, elfka w dalszym ciągu sprawiała niesamowite wrażenie. Coś się jednak w niej zmieniło. Zniknął ten ledwo uchwytny radosny uśmiech, tak dla niej charakterystyczny. Zastąpił go zacięty, mogący uchodzić za bezlitosny wyraz twarzy.

– Ścigają cię dalej? Jak daleko są? – zapytał Horst, próbując ukryć zmieszanie i zaskoczenie.

Leila odwróciła się od rozmawiających z nią pięciu mężczyzn do nadchodzącego Radke.

– Jakieś kilka godzin drogi za mną. Musicie bezzwłocznie ruszać naprzód. Są głodni zemsty.

– Co się stało? jak zdołałaś im uciec? – w dalszym ciągu nie dowierzając dopytywał się Horst.

– Kiedy zaprowadzili mnie do ich wodza, zaczekałam aż będziemy sami. Zakułam go sztyletem. Potem sprawiłam, że jego straż przestała widzieć. To było najtrudniejsze. Tak, jestem magiem, choć niezbyt biegłym w sztuce. Ich również zabiłam. Potem wymknęłam się z wioski. Pościg wyruszył pewnie dopiero z rana. Potrafię biec całymi godzinami. Dlatego jeszcze mnie nie złapali. Ale musimy ruszać stąd jak najszybciej. Orki dotrą tu jeszcze jej nocy. Jeśli chcecie przeżyć musicie wypuścić więźniów i pozostawić wozy.

– Znasz arkana? – W głosie Hrosta przebijała nadzieja. – Chodź za mną. Szybko.

Kiedy stanęli nad Rachelą, Leila pochyliła się nad nią. W skupieniu badała każdy cal jej ciała. Po chwili zatrzymała swoje dłonie na brzuchu chorej. Podniosła oczy na Hrosta.

– Nosi w sobie drugie życie. Mieszańca.

– Wiem.

– Nie jestem w stanie pomóc jej ani dziecku. Zbyt wiele narządów zostało uszkodzonych. A moja wiedza jest niewielka. Umrze za kilka godzin.

– Tak – westchnął zrezygnowany Hrost.

– Przynajmniej mogliście się pożegnać. Wasi bogowie byli dla was łaskawi. Ja nie mogłam nawet powiedzieć „Żegnaj”. Wiele zawdzięczamy Milo Tylorowi. Thomas i Hugo mówili, że wykupił twoją córkę, a kiedy próbował mnie ratować został zabity.

– Tak. Był bohaterem. Tym się od nas różnił. 

Koniec

Komentarze

Jest to moja pierwsza przygoda z pisaniem opowiadań, więc będę wdzięczny za każdą krytykę i zwrócenie uwagi na ew. błędy :) 

Najpierw minusy: interpunkcja.

 

Ten (,) bezceremonialnie wpatrzony w złotowłosą kobietę (,) nawet nie zareagował. 

Złotowłosa (,) dotychczas zamyślona i oparta o elfa (,) drgnęła przebudzona.

To niby nic takiego, ale w całym tekście są setki brakujących przecinków. Uparcie nie oddzielasz wtrąceń, co w przypadku bardziej złożonych zdań, przeszkadza w czytaniu. Oczywiście, rzecz jest do ogarnięcia, zwłaszcza, że nie masz kłopotów z samym stylem, czy budowaniem zdań. 

Dalej – dialogi. Ogólnie w porządku, ale wszyscy – handlarze, najemnicy, ludzie, elfy, nawet orki, mówią w zasadzie tak samo. Nie mówię tu oczywiście o jakiejś, typowej dla fantasy, stylizacji archaizmami, a o wprowadzeniu pewnych cech charakterystycznych do wypowiedzi poszczególnych postaci – czasami nie potrafiłem stwierdzić, czy mówi Horst, czy Milo.

 

Teraz spojler

 

I jeszcze jedno – zakończenie, które sprawiło wrażenie zbyt pośpiesznego. Chyba przede wszystkim zabrakło mi konfrontacji (niekoniecznie walki, to można rozegrać na wiele sposobów) Horst – Leila. Czyn Horsta, nawet jeśli pozostał nieodkryty, powinien nieść jakieś konsekwencje. Samo spojrzenie w oczy, było nie było, ofierze zdradliwej machinacji, powinno nieść nielichy ładunek emocjonalny. U ciebie tego zabrakło. 

Ale ogólnie, to jak na debiut – całkiem całkiem. Niezłe wykonanie (poza wspomnianą interpunkcją i kilkoma literówkami) jest fabuła, jest pomysł na świat (może nie jakiś rewelacyjnie oryginalny, ale zawsze), no i jest potencjał. Jestem pewien, że kolejne teksty będą coraz lepsze!

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Zgadzam się, że jest potencjał. Nie jestem dobrą odbiorczynią takich tekstów, bo po prostu nie rozumiem, po co używać takich przeniesionych prosto z Tolkiena elfów czy orków, jeśli nie niosą oni w sobie innej jakości niż skonfliktowane plemiona ludzi. Zastąpiłabyś tu tych elfów jednymi, orków innymi ludźmi i byłoby to samo. Nie za bardzo zauważyłam tu też ten XIX wiek. Mam wrażenie, że potraktowałaś go jako odmienną dekorację i w pewnym momencie o nim zapomniałaś. ;)

Czy Leila brała udział w negocjacjach z Ur-Zakiem? W tekście tego nie widzę. Jeśli nie, to nie rozumiem, dlaczego po prostu nie schowała się gdzieś przez wzrokiem orków – doświadczeni bohaterowie mogli się chyba domyślić, że widok atrakcyjnej elfki może spowodować kłopoty.

To, co mi się podoba, to gorzkie zakończenie. Owszem, sam finał jest nieco nazbyt pośpieszny, ale taki brak zwycięstwa którejkolwiek ze stron dobrze tu pasuje. I właściwie to mnie przekonuje (oraz to, że to Twój debiut) że można się będzie spodziewać Twoich naprawdę dobrych tekstów.

Zdaje się, że ten rodzaj fantasy nazywa się steampunkiem.

Bardzo fajny pomysł na konflikt – dobrze zarysowane sprzeczne cele różnych postaci.

Nie bardzo mi się podobały początkowe dialogi – miałam wrażenie, że bohaterowie nie mówią do siebie (bo oni już to wszystko wiedzą), tylko do czytelnika.

Interpunkcja leży i kwiczy.

W prawdzie ledwo go znam,

W tym przypadku: wprawdzie.

Kula w obłokach dymu wyskoczyła z lufy, tnąc powietrze ugodziła w biodro najbliższego orka. Nacięty pocisk wyrwał kawał mięsa,

Powtórzenie. BTW, przecinek po “powierze”.

Zakułam go sztyletem.

W kajdany? ;-)

Babska logika rządzi!

Przyciągnął mnie tytuł, bo taki sam ma jeden z moich ulubionych filmów :)

Całkiem fajne opowiadanie. Mnie nie przeszkadza czerpanie z Tolkiena, bo go bardzo lubię. Ciekawa historia, ładnie opisana i dobre dialogi :)

 

Niespecjalnie podoba mi się czas, w którym dzieje się ta opowieść. XIX wiek jest zbyt bliski naszym czasom, bym mogła bez oporu wyobrazić sobie wioski orków, obok których żyją elfy, krasnoludy i ludzie. Podejrzewam, że wybór padł na tak późny wiek, by uprawdopodobnić handel bronią, ale, moim zdaniem, to chyba nie był dobry pomysł.

Sama opowieść niespecjalnie przypadła mi go gustu, już to z przyczyny wyłożonej wyżej, już to z powodu sporego skomplikowania sytuacji i nazbyt nagłego jej rozwiązania, że nie wspomnę o wykonaniu pozostawiającym sporo do życzenia

 

TarWojn, byłoby dobrze podjąć decyzję co do Twojej płci – w profilu bowiem jesteś kobietą, natomiast w komentarzu wypowiadasz się jako mężczyzna. ;)

 

Już te orki z lasów miały by wię­cej do po­wie­dze­nia… –> Już te orki z lasów miałyby wię­cej do po­wie­dze­nia

 

– Uriel – ode­zwał się w stro­nę elfa… –> – Uriel – ode­zwał się do elfa

Mówimy do kogoś, nie w czyjąś stronę.

 

Z resz­tą… dla nie­wol­ni­ków jest to też jakaś szan­sa. –> Zresz­tą… dla nie­wol­ni­ków jest to też jakaś szan­sa.

 

– Teraz mścisz się na opraw­cach swo­jej ro­dzi­ny? – Spy­ta­ła się nieco za­spa­nym gło­sem elfka. –>

– Teraz mścisz się na opraw­cach swo­jej ro­dzi­ny? – spy­ta­ła nieco za­spa­nym gło­sem elfka.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

W prze­ci­wień­stwie do bez­na­mięt­ne­go wy­ra­zu twa­rzy Ur-Za­ka jego to­wa­rzy­sze bez prze­rwy wy­mie­nia­li mię­dzy sobą krót­kie zda­nia i wy­bu­cha­li śmie­chem. –> Jaki jest związek między czyimś beznamiętnym wyrazem twarzy, a rozmowami i wybuchami śmiechu innych?

 

a za czte­ry ty­go­dnie ty­go­dnie, jak tutaj wrócę… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

– Gdzie idziesz? – spy­ta­ła się elfka… –> – Gdzie idziesz? – spy­ta­ła elfka

 

Leila uświa­do­mi­ła sobie, że to­czo­na roz­mo­wa od ja­kie­goś czasu do­ty­czy bez­po­śred­nio niej. –> …do­ty­czy bez­po­śred­nio jej.

 

– A na czym my się zaj­mu­je­my, jak nie krzyw­dze­niem in­nych? –> – A czym my się zaj­mu­je­my, jak nie krzyw­dze­niem in­nych?

 

Ty po­ży­wiasz się na tym co ja zdo­by­łem. –> Ty po­ży­wiasz się tym, co ja zdo­by­łem.

 

Po­skrę­ca­ne ga­łę­zie wy­strze­li­wa­ły z morza złoto sza­rych traw… –> Po­skrę­ca­ne ga­łę­zie wy­strze­li­wa­ły z morza złoto-sza­rych traw

 

Tylko nie­licz­ne w ca­ło­ści wy­ko­na­ne z bali drzew… –> Masło maślane. Czy bale mogą być inne, nie drewniane?

 

nie ty bu­do­wa­łeś miast sta­rych ziem. –> Co to znaczy?

 

Te w mo­men­cie rzu­ci­ły się do uciecz­ki. –> Raczej: Te natychmiast rzu­ci­ły się do uciecz­ki.

 

po czym za­wró­ci­ły z po­wro­tem. –> Masło maślane. Czy można zawrócić inaczej?

 

– Chyba nie je­ste­śmy to zbyt mile wi­dzia­ni. –> Literówka.

 

W praw­dzie ledwo go znam…–> Wpraw­dzie ledwo go znam

 

Zlo­to­wło­sa za czar­no­wło­są. Na nic in­ne­go się nie zga­dzam.” –> Literówka.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszym ciągu tekstu.

 

Uriel po­stą­pił jesz­cze kilka kro­ków na przód. –> Uriel po­stą­pił jesz­cze kilka kro­ków naprzód.

 

Or­czy­ce roz­szar­pa­ły by ją przy pierw­szej oka­zji. –> Or­czy­ce roz­szar­pa­łyby ją przy pierw­szej oka­zji.

 

Wiedź­ma dała jej tru­ci­znę. Jed­nak nie o którą pro­si­ła. –> Raczej: Wiedź­ma dała jej tru­ci­znę, jed­nak nie o którą pro­si­ła.

 

Za­ku­łam go szty­le­tem. –> Za­kłu­łam go szty­le­tem.

Poznaj znaczenie słów zakućzakłuć.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za przychylny odbiór opowiadania oraz za pracę nad moimi błędami :) szczególnie “regulatorzy” – będę wiedział na co zwracać uwagę następnym razem. Interpunkcja to chyba pięta achillesowa mojej radosnej twórczości.

Co do szybkiego zakończenia, to chyba brakuje mi jeszcze wyczucia, bo obawiałem się, żeby go nie rozwlec za bardzo i dlatego takie krótkie.

@regulatorzy Profil poprawiony. Dzięki za zwrócenie uwagi.

Cieszę się, TarWojnie, że uznałeś uwagi za przydatne i pozostaję z nadzieją, że Twoje kolejne opowiadania będą coraz lepsze. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo fajny pomysł na historię i konflikt. Tylko ta urwana końcówka – gdzieś we mnie tli się chęć poznania ciągu dalszego. Zwłaszcza, ze wątek Horst – Leila pozostał niedokończony. 

Uniwersum zarysowane ciekawie, choć zgodzę się z poprzednikami – słabo widać ten XIX wiek. Ale też rozumiem, że akcja dzieje się na obrzeżach cywilizacji, toteż  ciężko by znaleźć uzasadnienie dla większej scenografii.

Technicznie jest co najwyżej średnio. Interpunkcja szaleje i to o nią najbardziej się potykałem.

Podsumowując: fabuła mocna, scenografia przyzwoita, technicznie średnio. Jedno BUM i kilka mniejszych eksplozji – i tyle.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Całkiem nieźle poprowadzona fabuła, zgadzam się z Finklą, początek trochę zbyt drewniany. W drugiej połowie trochę się rozkręciłeś i końcówka jest naprawdę dobra, może finał zbyt szybki i robi z opowiadania bardziej fragment, niż zamkniętą całość, ale i tak jestem zadowolony z lektury.

Dialog, w którym wrzucasz informacje na temat świata płynnie wplotłeś w tekst, a infodumpy wcale nie łatwo jest umieścić tak, by nie znużyć czytelnika, zwłaszcza w krótkim opowiadaniu, więc za to oddzielny plus :)

Dobry debiut, pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Przyjrzałabym się przecinkom, ale czytało się dobrze :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka