- Opowiadanie: Karol123 - Stare Drzewo

Stare Drzewo

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Stare Drzewo

Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię.

 

***

 

Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę.

 

***

 

A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre.

 

***

 

A zasadziwszy ogród w Eden na wschodzie, Pan Bóg umieścił tam człowieka, którego ulepił.

 

***

 

Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał. A przy tym Pan Bóg dał człowiekowi taki rozkaz: «Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania; ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz.

 

***

 

Szatanowi nie spodobało się to, co ujrzał. Uwiódł więc człowieka: włożył w jego serce nienawiść, a na oczy położył chciwość. I człowiek stracił uznanie w oczach Boga. Nie mógł więcej podziwiać drzewa, z którego zjadł owoc.

Bóg przeklął dzień, w którym Szatan omotał serce człowieka.

Postanowił, że to, co stworzył, zniszczy po trzech tysiącach okrążeń Ziemi wokół swojej gwiazdy.

 

***

 

Trzy tysiące okrążeń Ziemi wokół Słońca później. Ameryka Południowa, pustynia, wioska plemienia bez nazwy.

Ziemia drgała, pękała i wyrzucała z siebie magmę.

Szaman plemienia bez nazwy wyszedł ze swojego szałasu i spojrzał na przerażonych ludzi: wojowników, starców, kobiety, dzieci. Nawet niemowlęta wiedziały, że dzieje się coś złego, ponieważ wyły głośniej niż pękała ziemia. Szaman – stary już, osiemdziesięcioletni, bez zębów, o czarnych oczach – westchnął głośno. Nie mógł zrozumieć, dlaczego On, który pojawia się w jego snach, chce zniszczyć wszystko to, co stworzył, wszystko to, co piękne. Nie mógł zrozumieć, tym bardziej że nigdy mu nie uchybił. Jego plemię też nie. Brali z ziemi to, co pozwalał zebrać. Zabijali zwierzęta dla mięsa, ale tylko tyle, żeby przetrwać.

Nawet nie wiedział, kiedy do głowy przyszła mu bluźniercza myśl. A gdyby tak…? A gdyby tak powiedzieć nie? Miał osiemdziesiąt lat i nic do stracenia, ale pozostali… Pięć godzin przed końcem świata wiedział, co musi zrobić. Postanowił, że przeciwstawi się istocie z jego snów – przeciwstawi się Bogu.

Westchnął.

Poczłapał do najgęstszego skupiska ludzi i ogłosił, że jest w stanie powstrzymać koniec świata, jednak nie wie, czy to dobry pomysł, ponieważ coś wyższego od nich może się zagniewać. Usłyszał od jednego z wojowników, że to coś już jest rozsierdzone i gorzej być nie może.

Milczał przez chwilę. Całe plemię patrzyło na starego mężczyznę ubranego w skórę pantery.

– Dobrze więc – zaskrzypiał głos Szamana. – Zbierzcie się wszyscy przy Starym Drzewie, nim zajdzie słońce.

Nikt – nawet Szaman ani wódz plemienia – nie wiedział, że Stare Drzewo było drzewem, z którego Ewa zerwała owoc i oddała swoją duszę i dusze swoich potomków w ręce Diabła. Nie wiedzieli tego, ale czuli moc, która parowała z liści, która pełzała po twardej jak skała korze, która wiła się na gałęziach, która wołała z korzeni i która świeciła na owocach. Czuli to i dlatego czcili Stare Drzewo.

Nadszedł zachód słońca. Cztery godziny do końca świata.

Ziemia drżała, drzewa trzaskały i łamały się, małe kamyczki podskakiwały na twardym gruncie. Ptaki krążyły po niebie, ponieważ wiedziały, że nie ma miejsca, w którym można by się schronić. Nie było na Ziemi takiego wulkanu, który nie wypluwałby magmy. Na każdym morzu i oceanie panował sztorm. Wiatr nigdy dotąd nie był szybszy ani gwałtowniejszy. Nawet Słońce przybrało dziwny fioletowy kolor.

Jedynie w okolicy Starego Drzewa było spokojnie.

Całe plemię na czele z Szamanem i wodzem zebrało się właśnie tam – pod najbardziej sędziwym i potężnym drzewem na Ziemi.

Choć ich świat rozpadał się na kawałki, nie czuli strachu. W wiosce – owszem. Ale nie przy Starym Drzewie. Czuli się tam błogo, radośnie, szczęśliwie.

Usiedli, krzyżując nogi. Była ich prawie setka. Utworzyli półokrąg przy Starym Drzewie.

Szaman również usiadł, jednak nie współtworzył półokręgu; znajdował się przy samym pniu.

Stare Drzewo było jedynym przedstawicielem swojego rodzaju; na Ziemi nie rosło żadne inne podobne drzewo. Szaman, gdyby wiedział, jakie gatunki rosną w Europie, zapewne dostrzegłby, że sześćdziesięciometrowy kolos, przy którym siedział, przypomina koronę dębu skrzyżowaną z koroną wierzby płaczącej. A pień – wysoki, gruby, potężny – skojarzyłby z rosnącymi w Ameryce Północnej sekwojami.

Wódz polecił Szamanowi, żeby rozpoczął rytuał. Osiemdziesięciolatek ponuro skinął głową, wiedząc, że Bóg patrzy nieprzychylnym okiem.

Szaman spojrzał w górę – na liście, które przypominały te u jabłoni, i owoce, fioletowe, podłużne, długości banana – i zaczął mamrotać słowa zaklęcia. Źrenice powędrowały do góry. Przekrwione białka przeraziłyby niejedno dziecko, gdyby Szaman nie siedział twarzą do pnia.

Wstał, podszedł do drzewa, wyjął ze skórzanej pochwy kamienny nóż i oderwał od pnia kawałek kory, który wsadził sobie do ust. Powinien go pogryźć, ale kora była nienaturalnie twarda, a on nie miał już zębów. Przełknął więc tylko. Dotknął zgrzybiałą dłonią o zrogowaciałej skórze pnia i westchnął, oddając życie.

Wszyscy domyślili się, że Szaman wetknął wszystkie grzechy świata do Starego Drzewa.

Bóg, gdyby nie był wszystkowiedzący, zdumiałby się. Staruszek okazał mądrość. Wielką mądrość.

Ziemia przestała drgać, choć blizny – pęknięcia – pozostały. Fiolet na Słońcu ustąpił miejsca żółci i czerwieni. Morza i oceany spokorniały; nie były już wzburzone. Wiatr ucichł.

Koniec świata został przełożony.

Kiedy Stare Drzewo zostanie zniszczone, świat umrze.

 

***

 

Szatan był wściekły. Musiał wymyślić inny sposób na wytępienie ludzkości.

 

***

 

Cztery tysiące lat później. Siedem od momentu, kiedy Bóg stworzył niebo i ziemię.

W Ameryce Południowej nie ostał żaden człowiek. Drzewo zniszczyło cały kontynent. Usychało i degenerowało wszystko wokół. Szaman nigdy by nie przepuszczał, że skoncentrowane winy całej ludzkości w jednym miejscu będą miały taką moc.

 

***

 

Japonia. Siedziba OMAT. Pomieszczenie, gdzie wszystko było białe: ściany, stół, krzesła, nawet uniformy pracowników.

Jedenaście spoconych osób: ośmiu mężczyzn i trzy kobiety.

Do pomieszczenia weszła kolejna osoba, również w białym stroju. Był to mężczyzna, Japończyk. W ręku trzymał kartkę.

– Ile? – zapytał po angielsku jeden z czekających.

Japończyk z kartką w ręku popatrzył na zgromadzonych.

– Do końca świata pozostało dwa tysiące sześćset lat. Z hakiem.

 

***

 

Jedną z osób w białych strojach w OMAT był Szatan. Nie mógł uwierzyć, że zostało jeszcze tyle czasu. Czekał zbyt długo. Czekał cierpliwie, ale… Musiał przyspieszyć cały proces.

Można było to zrobić w jeden sposób: ściąć Stare Drzewo. Jednak nikt – ani człowiek, ani on, Szatan – nie mógł dostać się do obszaru nazwanego Strefą. Tak został nazwany obszar skażony przez grzechy (emitowane przez drzewo) ludzkości. Strefa obejmowała całą Amerykę Południową, ale z każdym dniem poszerzała swój zasięg.

Szatan, chcąc zniszczyć ludzi, musiał wymyślić sposób na ścięcie drzewa.

 

***

 

Polska. Okolice Sandomierza. Tereny skażone przez wybuch elektrowni atomowej.

Szatan, to podśpiewując to pogwizdując, szedł po asfaltowej drodze, po której od sześciu lat nie przejechał żaden samochód. Ujrzał przed sobą dom – niski, niezadbany, ponury.

Ciągle gwiżdżąc, wyjął z czarnej skórzanej walizki strzykawkę ze szprycą. Zamocował igłę, upewnił się, że w zbiorniczku nie ma powietrza, które mogłyby zabić cel.

Raźnym krokiem podszedł do drzwi i zapukał dwukrotnie.

Chociaż skażone tereny zostały ewakuowane, wiedział, że w jednym z domów znajdzie osobę odpowiednią do swojej wyprawy. Swojego wybawcę.

Nikt się nie odzywał. To oczywiste, pomyślał Szatan i wlazł do środka. Drzwi prowadziły prosto do kuchni. Kurz, brud, smród. Może się pomylił? Może nikogo tu nie ma?

– Czego? – rozległ się niepewny, przestraszony głos. – Kto tu?

– Szatan – odparł zgodnie z prawdą Szatan. – Możesz się pokazać?

Z głębiej umieszczonego pomieszczenia wylazł mężczyzna – około czterdziestoletni, brudny, w podartym swetrze, brodaty – i zapytał ponownie:

– Czego?

– Mam propozycję nie do odrzucenia – rzekł Szatan, szczerząc białe zęby i wyciągając z kieszeni szprycę.

 

***

 

Izydor Feliks został teleportowany. Przynajmniej tak mu powiedział facet z czarną walizką. Ten, który miał dla niego propozycję nie do odrzucenia. Wstrzyknął mu szprycę, która uczyniła z niego potulnego baranka, który – przez całą kolejną dobę – będzie tańczył, jak mu zagrają. A facet z czarną walizką chciał, aby Izydor potańczył w Ameryce Południowej. Konkretniej? Przy zrujnowanym, cuchnącym, zgniłym Starym Drzewie. Właśnie tam.

Dlaczego on? Dlaczego Izydor Feliks spod Sandomierza, który przeżył wybuch elektrowni atomowej i który spędził sześć lat na napromieniowanym obszarze? Ponieważ był uodporniony! Przynajmniej według Szatana. Logika wskazywała na to, że osoba taka jak Izydor Feliks powinna umrzeć jeszcze szybciej niż zwykła, nienapromieniowana osoba. Jednak Szatan wiedział, że grzechy, które zniszczyły jeden z kontynentów, działają trochę inaczej niż promieniowanie. Czy nałogowy palacz nie da sobie lepiej rady podczas pożaru niż normalna osoba? Czy nie będzie lepiej znosił dymu? Oczywiście, że tak. I Szatan o tym wiedział. Dlatego szukał kogoś takiego jak Izydor – osoby napromieniowanej, bardziej odpornej. Izydor mógł więc zapuścić się do Ameryki Południowej i ściąć drzewo. Oczywiście nawet najbardziej uodpornionej osobie nie udałoby się to bez kombinezonu ochronnego i ekspresowego środka lokomocji – teleportacji. Szatan umiał to robić. Przenosić siebie i innych gdzie tylko chciał. Ktoś, kto chciałby polecieć tam samolotem, zapewne umarłby jeszcze na pokładzie. Samolot zostałby zestrzelony przez wojsko. Gdyby takiej osobie udało się wyskoczyć z samolotu jeszcze przed jego zestrzeleniem, ta osoba musiałaby wytrzymać moc miliardów grzechów, kołysząc się w powietrzu na spadochronie. Potem długa, długa wędrówka do drzewa. I ścięcie. Nie, nikt by tego nie wytrzymał. Tylko Szatan miał dostęp do drzewa.

Przeteleportował Izydora w miejsce położone pięćdziesiąt metrów od Starego Drzewa.

– Śpiesz się – szepnął mu wcześniej do ucha, już po wstrzyknięciu szprycy w żyłę.

Izydor Feliks – potulny i posłuszny, chętny do wykonywania rozkazów – zamierzał się śpieszyć. Zamierzał, jak powiedział Szatan, ściąć to cholerne drzewo, które trzyma ten świat w kupie.

***

 

Bóg obserwował Szatana i Izydora Feliksa. Świat miał upaść cztery tysiące lat wcześniej. Nie zamierzał więc reagować. Jeśli im się uda – niechaj tak będzie. Niech nastąpi koniec świata. Bóg odwrócił wzrok.

 

***

 

Izydor miał ochotę wymiotować, jednak miał na sobie kombinezon ochronny – biały. Teleportacja to coś, czego już nigdy nie chciał w życiu doświadczyć. Jeśli mu się uda – jeśli zetnie drzewo – rzeczywiście: już nigdy nie będzie się musiał teleportować. Nie zrobi w życiu już niczego. A nawet jeśli mu się nie uda, jeśli padnie trupem zabity przez emitujące z drzewa grzechy… Wiadomo… Też niczego już nie zrobi… Będzie trupem tuż przy Starym Drzewie.

 

***

 

Rosja. Otyły mężczyzna wrzeszczał. Wołał przełożonego.

– Czego się drzesz?

– Tu, na ekran! – Machnął dłonią.

Obraz z satelity pokazywał Stare Drzewo a tuż przy nim…

– Przybliż!

… a tuż przy nim mężczyznę w kombinezonie ochronnym i z piłą spalinową.

– Och, cholera.

 

***

 

Szatan uciekł z Ziemi. Przeniósł się do niematerialnego świata. Śmiał się i czekał.

 

***

 

Izydor Feliks był spocony. Ciążył mu nie tylko kombinezon i piła, ale też grzechy. Miliardy grzechów, które zostały wetknięte przez Szamana w Stare Drzewo.

– Marnie wygląda – sapnął mężczyzna. – Gorzej ode mnie. – Ryknął śmiechem.

Rzeczywiście. Stare Drzewo nie wyglądało tak, jak w momencie, kiedy zasadził je Bóg, albo kiedy Szaman odprawiał rytuał. Drzewo było chore. Uschnięte, z małą ilością liści, bez owoców, z kruchymi gałęziami. Kora sczerniała.

Izydor Feliks też wyglądał marnie. Czerwone żyłki na oku, krew cieknąca z nosa, wypadające włosy i zęby.

Jednak nie był na tyle zdegenerowany, żeby nie podołać zadaniu. Uruchomił piłę spalinową. Przytknął ją do pnia i zagłębił w korze.

 

***

 

Szatan rechotał, kiedy Stare Drzewo runęło.

Zaklęcie Szamana przestało działać.

Ziemia zadrżała.

 

Koniec

Komentarze

Całkiem fajny pomysł z tym drzewem. Wolałbym co prawda tę historię w formie pełnoskalowego opowiadania, nie szorcika, ale co tam. Taki był twój zamiar, to niech będzie.

Nie wiem tylko dlaczego Szatan tak bardzo upiera się, by wykończyć ludzkość, przecież wtedy nie będzie miał nic do roboty ;-) 

I jeszcze: Nie pasuje mi, że najbardziej odporny na skażenie grzechem jest jakiś napromieniowany koleś. Bo co ma radioaktywność do pola grzechowego? Może lepiej jakiś superczysty święty, albo odwrotnie – obmierzły nadgrzesznik? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, dzięki za opinię.

Niekoniecznie nie będzie miał nic do roboty. Może coś namąci w innych światach, hm? ;) 

Z napromieniowaniem mogłem lepiej wyjaśnić, co mi po glowie chodziło. A chodziło o to, że ktoś, kto doznał bólu, ktoś, kto jest już degenerowany, oprze się mocy, jaka działa w Strefie. Pomysł przyszedł mi do głowy, kiedy pomyślałem o palaczach papierosów i książce S. Kinga Pod Kopułą. Na końcu książki wybuchł pożar i jedyną osobą, która oddychała w miarę sprawnie pośród dymu, był właśnie nałogowy palacz. Stąd pomysł na napromieniowanego człowieka, który lepiej poradzi sobie w Strefie niż inni. Ale może rzeczywiście Szatan powinien był wstrzyknąć szprycę jakiemuś księdzu? ;)

Pomysł ciekawy. Tylko nie zgadza mi się wygnanie z Raju z plemieniem beztrosko żyjącym przy korzeniach drzewa. Nie dziwota, że Szaman taki cwany. ;-)

Końcówka mi się nie bardzo spodobała. No, wysłannik osiąga swój cel, ale jakby nic z tego nie wynikało, o żadnych skutkach nie piszesz.

sześćdziesięciometrowy kolos, przy którym siedział, przypomina dąb skrzyżowany z wierzbą płaczącą. A pień – wysoki, gruby, potężny – skojarzyłby z rosnącymi w Ameryce Północnej Sekwojami.

Jeśli pień sekwoi, to pod jakim względem drzewo jest podobne do dębu i wierzby? Ma bazie w żołędziowych czapeczkach?

Szaman spojrzał w górę – na liście, które przypominały te u jabłoni,

A skąd szaman wiedział, jak wyglądają liście jabłoni?

Babska logika rządzi!

Finkla, uznałem, że nie ma sensu opisywać tego, jak żywioły niszczą planetę. Dlatego tylko krótkie zdanie na koniec: Ziemia zadrżała. Czyli Szatan dopiął swego przy drugim podejściu ;)

Chodziło o ułożenie gałęzi i to, jak bardzo są rozłożyste. Dopiszę.

Przypominały te u jabłoni, ale nie jemu tylko mnie :) Napisałem to jako narrator. Ale teraz, kiedy o tym wspomniałaś, nabrałem wątpliwości, czy tak można… Czy mogę w teksie pisać, że jakaś rzecz coś przypominała?

 

No tak, dopiął swego, ale w tym nie żadnego zaskoczenia, żadnego BUM! Kombinował, aż mu się udało.

Hmmm. A dąb i wierzba mają podobnie ułożone gałęzie? Dąb ma potężne konary, a wierzba albo płacząca, albo rosochata… Ale nie znam się zbytnio na drzewach.

Oczywiście, że możesz przedstawiać sprawę okiem wszechwiedzącego narratora. Ale jeśli w tym samym zdaniu piszesz, na co patrzy szaman, to jego punkt widzenia aż się narzuca.

Babska logika rządzi!

Ot i cała historia. Wysiłki Szatana, żeby zniszczyć świat :)

Stare Drzewo widziałem tak: kształt korony dębu, z tą różnicą, że gałęzie były bardziej rozległe – rozchodziły się na wszystkie strony, w dół też, wzdłuż pnia, jak u wierzby płaczącej. A pień wyglądał jak ten, które mają sekwoje.

O tym nie pomyślałem :)

 

Pomysł ciekawy, jak już zauważono przede mną. Z napromieniowaniem miałam problem podobny jak Thargone. Wyjaśniłeś w komentarzu, z zastrzeżeniem, że może nie dość wyraźnie wytłumaczyłeś. Zastrzeżenie słuszne. ;)

Dobrze się to opowiadanie czytało, chociaż zakończenie zostawiło mnie z głupią miną. Najpierw stworzenie świata, Bóg, Szatan, wielki mądry szaman, a na koniec Izydor z piłą spalinową.

Chociaż… Czemu nie?

Przekazanie grzechów Wielkiemu Drzewu przypomina nieco zwyczaj z kozłem ofiarnym.

Przeczytałam bez większej przykrości, ale też miałam pewne wątpliwości, które w jakiejś mierze wyjaśniły dopiero Twoje komentarze. Natomiast nie zrozumiałam scenki w Rosji.

 

sko­ja­rzył­by z ro­sną­cy­mi w Ame­ry­ce Pół­noc­nej Se­kwo­ja­mi. –> Dlaczego wielka litera?

 

męż­czy­zna – około czter­dzie­sto­let­ni, brud­ny, po­dar­tym swe­trem, bro­da­ty… –> …męż­czy­zna – około czter­dzie­sto­let­ni, brud­ny, w podartym swetrze, bro­da­ty…

Chyba że mężczyzna niósł podarty sweter w rękach.

 

Tu, na ekran!Raczej: Tu, na ekranie!

 

… a tuż przy nim męż­czy­znę z kom­bi­ne­zo­nem ochron­nym i piłą spa­li­no­wą. –> Zbędna spacja po wielokropku. Mężczyzna miał kombinezon na sobie, więc: …a tuż przy nim męż­czy­znę w kombinezonie ochron­nym i z piłą spa­li­no­wą.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, scenka w Rosji tak naprawdę niczego nie wniosła, ale napisałem ten krótki fragmencik, żeby pokazać, że ludzie obserwują Stare Drzewo przez satelity. 24/7. Dla porządku i bezpieczeństwa. Patrzą w ekrany i patrzą, i patrzą, wszystko jest w porządku, a tu nagle taki Izydor spod Sandomierza pojawia się znikąd z piłą spalinową :) Troszkę się zdziwili :)

 

Tu, na ekran (patrz)!

Coś takiego miałem na myśli…

 

Dzięki za wskazanie błędów ;)

 

 

OK, Karolu. Przyjmuję do wiadomości. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pomysł tu jest, wykonanie w wielu miejscach sprawne, ale niekiedy szwankuje – jak choćby w miejscu, gdzie Szatan tłumaczy logikę wyboru Izydora, czy na początku, gdy nie chcesz zdradzać imienia Szamana, stąd ocierasz się mocno o powtórzenie.

Koniec końców tekst nie wywołał we mnie jakiś mocniejszych odczuć. Ot, ciekawa historyjka z pomysłem.

Podsumowując: okej, ale bez fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan, imienia Szatana nie chciałem zdradzić, bo miał on symbolizować zło w najczystszej postaci. A imiona typu Lucyfer, Belzebub albo Boruta wskazują na konkretne osoby (czy tam demony, nie wiem). Mogłem nazywać go Diabłem albo Kusicielem ale jakoś mi te słowa nie pasowały…

Cieszy mnie, że okej. Jak na początek to bardzo motywujące, nawet jesli nie było  fajerwerków ;)

Mi chodziło o imię Szamana :) Jak widzisz nawet Tobie się źle przeczytało, gdy oba słowa znalazły się obok siebie :) A do tego strona dołożyła swoje, dzieląc słowo między dwie linijki :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Rzeczywiście, można się pomylić :)

Religijny wątek utrzymany w ciekawej konwencji stylistycznej. Przyznaję, że jest to ciekawe, ale brakuje mi lepszej podbudowy dla niektórych scen. Przede wszystkim ten napromieniowany Izydor nie pasuje mi na "number one" akcji. Ta dwunastka w białych strojach też nie do końca wiadomo skąd. Mieli symbolizować dwunastu apostołów, czy to przypadek? Brak mi do pełni szczęścia lepszego i bardziej przemyślanego spięcia wszystkich scen, ale i tak wyszło naprawdę dobrze.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki za opinię.

Dwunastka to liczba przypadkowa. Zupełnie bez znaczenia ;)

Nowa Fantastyka