- Opowiadanie: Karol123 - Melolontha melolontha

Melolontha melolontha

Moje pierwsze opowiadanie :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Melolontha melolontha

 

Była wiosna, początek maja, dosyć gorąco. Co parę dni na trawę, glebę oraz białe kwiatki i zielone, malutkie listki na drzewach spadał wiosenny deszcz. Miła odmiana, biorąc pod uwagę to, że kwiecień był dość ponury, cały czas lało i ludzie mieli paskudne humory. Majowe docinki ze strony deszczu i chmur były wręcz śmiesznie zadawalające; pozwalały tym bardziej docenić słoneczne południa i ciepłe wieczory.

Bartek kochał wieczory takie jak ten: spokojne, długie, leniwe, z suchym, ciepłym i pachnącym powietrzem oraz nagrzaną glebą. Siedział na trawniku i bawił się z psem – średniej wielkości kundlem o krótkiej, jasnej sierści – który został przygarnięty ze schroniska i któremu nadano imię Apacz. Czteroletni „indiański psi wojownik” rzucił się na chłopca, nakrył go całym ciałem i zaczął lizać po twarzy. Pies ważył teraz dwadzieścia osiem kilogramów, czyli siedem i pół kilograma więcej od momentu zabrania go ze schroniska, a więc nic dziwnego, że chłopiec „utonął” w miękkiej sierści.

Bam!

A więc nadeszło pierwsze uderzenie. W końcu był siódmy maja, godzina dziewiętnasta czterdzieści jeden.

Jednak chłopiec, pochłonięty zabawą z Apaczem – który również niczego nie dostrzegł – nie zwracał uwagi na to, co się wokół niego działo. Gdzieś w oddali (zaledwie parę metrów od trawnika, ale dla chłopca daleko, daleko w oddali) znajdowali się rodzice Bartka i ich sąsiedzi. Wszyscy, a była ich piątka, popijali schłodzone piwa, siedząc na tanich, plastikowych żółtych krzesłach i przy takim samym stole. Nad ich głowami został rozpostarty ogromny parasol – z rodzaju tych, które rozstawia się na brukowanej kostce przed knajpkami, barami i restauracjami, z tą różnicą, że na materiale nie zostały umieszczone duże napisy z nazwami piw, jedynie skromne czerwone kwiaty maku – choć nie padało i nie zanosiło się wcale na deszcz. Parasol został zatknięty w plastikowym zbiorniku wypełnionym wodą. Od początku spotkania, to jest od niespełna godziny, towarzystwo poruszyło same błahe tematy, ale dla Bartka i tak było to bez znaczenia, ponieważ nie przysłuchiwał się rozmowie. Bawił się przecież z psem.

Bam!

Znowu. Znowu ten charakterystyczny odgłos, jednak nikt – piątka sączących piwo dysputantów, Bartek oraz Apacz – nie zwrócił nań uwagi.

Zachodzące słońce, czerwone, krwiste, zalewało niebo – cały horyzont – purpurą, oświetlało w zachwycający sposób rosnący przy drewnianym, pomalowanym na brązowo płocie rząd jodeł i dachówki piętrowego domu Gajewskich – rodziców Bartka – oraz błyszczało w szybach otoczonych białymi ramami.

To był piękny wieczór, poprzedzony pięknym, słonecznym dniem. Ciepło, spokojnie, leniwie – tak jak lubił Bartek.

Bam!

Trzecie uderzenie, które tym razem zyskało atencję.

– Hej! Zaczęło się – rzucił Antoni, machnąwszy opróżnioną do połowy butelkę w stronę miejsca skąd napłynął charakterystyczny dźwięk. Bam! – W końcu jest początek maja. – Uśmiechnął się, pokazując niepełne uzębienie. Był najstarszym spośród zgromadzonych i mieszkał w domu naprzeciwko ulicy, niedbały rzut beretem od miejsca, w którym stał.

– Ooch, znowu to samo – mruknęła pani domu. – Nie lubię ich. Są obrzydliwe.

Antoni roześmiał się i machnął na szybę.

– I nie dają spać – dodał.

– Chłopcy jeszcze nie wrócili? – zapytał Grzegorz żony. – Jeszcze dwadzieścia minut i przyjadą tutaj cali w siniakach od tego paskudztwa – zażartował.

– Ha! – krzyknął Antoni. – Śmiejesz się, Grzesiek, a ja ci powiem, że od tego gówna rzeczywiście idzie nabić siniaka. Szczególnie kiedy jedziesz szybko rowerem i natrafisz na wyjątkowo dużego i twardego skurczybyka.

Bartek miał dwóch braci: jedenastoletniego Daniela i dziewięcioletniego Dominika. On, mając sześć lat, był najmłodszy spośród rodzeństwa. Kiedy jego bracia jeździli na rowerach, on bawił się z psem. Miał własny rower (i od poprzedniego lata nie potrzebował już małych kółek po bokach) i mógł jeździć nim po drodze, o ile w pobliżu znajdowali się rodzice lub jego starsi bracia. Wolał jednak bawić się z psem, leżeć na trawie, wpatrując się w niebo, lub… Właśnie… Lubił robić coś jeszcze, coś, co mógł robić tylko o określonej porze roku, czyli w drugiej połowie wiosny i na samym początku lata. Ta pora właśnie nadeszła, chociaż Bartek jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy.

Barbara ­– jedna z piątki rozmówców, trzydziestosześcioletnia brunetka, która mieszkała w sąsiedztwie, niedaleko, ale trochę dalej niż Antoni – powiedziała wcześniej, że przyszła tylko na chwilę i okazało się to być prawdą, ponieważ jak tylko opróżniła swoje piwo o smaku cytrynowym, pożegnała się z towarzystwem, odlepiła nagie uda od plastikowego krzesła i poczłapała (poczłapała, bo chodziła w niewygodnych klapkach) do domu, do męża, który po ciężkim dniu pracy pragnął jedynie wygodnie rozłożyć się na kanapie, pooglądać telewizję i usnąć z kocem rozłożonym na nogach. A więc z piątki zrobiła się czwórka. Gajewscy – Grzegorz i Paulina, od trzynastu lat małżeństwo, właściciele psa Apacza, żółtych plastikowych krzeseł i parasola w czerwony mak, rodzice Bartka – oraz Nowakowie, Antoni i Maria, miła parka o pospolitym nazwisku.

Patyk poszybował w powietrzu i upadł z cichym chrzęstem na gęsto usypanym żwirze. Ku niezadowoleniu Bartka pies jedynie spojrzał tępo na wyrzucony przedmiot.

– Aport – zawołał. – Dobry pies. Biegnij po patyk.

Apacz przechylił łeb na bok, jakby nie rozumiał albo rozumiał i miał w głębokim poważaniu brudne patyki.

– To nie jest pies do aportowania – rzucił ojciec Bartka, widząc daremne próby syna. – Poza tym jest już za stary, żeby go wyszkolić.

Chłopiec sprawiał wrażenie, jakby nie słyszał swojego taty, i rzucił na żwir kolejny patyk, który nie przyciągnął uwagi Apacza.

– No leć! Aport.

Czerwony półokrąg leżał idealnie na horyzoncie. Słońce zachodziło i nadchodziła pora.

Towarzystwo zgłodniało i Paulina zaproponowała, że przyniesie jakieś ciastka. Wracając z domu, z wściekle pomarańczowym opakowaniem pierników w dłoni, zapaliła światło na ganku, ponieważ promienie górnej części czerwonego półokręgu, który wtapiał się w horyzont, nie były już wystarczające.

Gajewscy i Nowakowie, siedząc pod parasolem, wesoło gawędzili, popijali piwo i wcinali pierniki, kiedy syn tych pierwszych walił w trawnik, tuż przed nosem Apacza, patykiem, który parę minut później miał pełnić zupełnie inną funkcję.

Chrzęstu–chrzęst.

O tej porze roku, kiedy wszystko się zaczynało, patyk był dobry. Cóż, but też był dobry, ale patyk był lepszy. Przynajmniej dla Bartka.

Gajewscy mieszkali na wsi, więc ich dom był całkiem spory, a podwórko wraz z ogródkiem okazałe. Posiadali kilka hektarów sadów. Teraz, kiedy była wiosna, kiedy był ciepły, spokojny wieczór, kiedy zachodziło słońce, mogli na chwilę zapomnieć o pracy. Chociaż nie wszyscy obijali się, popijając piwo, gawędząc z sąsiadami, oglądając mecz albo film, ponieważ…

…gdzieś w oddali było słychać warczenie ciągników i szum opryskiwaczy – dźwięki charakterystyczne na wsi o tej porze roku. Niektórzy jeszcze pracowali.

Kiedy Antoni poruszył temat polityki, a konkretnie kończącej się prezydentury Kwaśniewskiego, uwagę Bartka przyciągnęły latające tu i ówdzie robaczki. Stanowczo odepchnął od siebie psa i zmarszczył czoło oraz brwi, co było oznaką intensywnego myślenia. Gdzie już to widział? Miał tylko sześć lat, więc musiał długo myśleć, aby przypomnieć sobie zeszłoroczne zabawy z patykiem, zgniataniem i wszechobecny dźwięk: bam, bam! Widział wirujące w powietrzu owady – było ich na razie niewiele – i zaczął kojarzyć chaotyczne powietrzne wariacje, obijania się od ściany, okna i wszelkiej maści przedmioty z przednią zabawą, jakiej doświadczył poprzedniej wiosny.

Z każdą minutą było coraz ciemniej, a liczba owadów – powietrznych szaleńców – rosła. Panowie siedzący przy stole wcale nie przejęli się zwiększającą się liczą owadów, Maria była raczej obojętna, a matka Bartka, Paulina, skwitowała pogarszającą się sytuację – niebo wypełnione robalami – pełną dezaprobaty miną. Oznajmiła, że jeśli sytuacja się pogorszy, wróci do domu.

Pięć minut później było już dwukrotnie więcej owadów. Gdzieś wysoko, na wysokości ponad ośmiu tysięcy metrów, wśród rzadkich cirrusów, przelatywał samolot pasażerski – mało widoczny (z powodu wysokości i nadchodzącej nocy), ale jednak – który zmienił decyzję Pauliny. Lubiła oglądać wszystko, co lata (oprócz owadów!), więc postanowiła zostać jeszcze przez krótką chwilę. Krótka chwila – głowa wygięta do tyłu, skupione oczy, czyste powietrze, relaks – szybko minęła i Paulina przypomniała sobie, że znajduje się wśród ohydnych robali, których tak bardzo nienawidziła. Samolot odleciał. Wzdrygnęła się mimo woli. Jeden z nich – ohydnych robali – usiadł na jej białej koszuli z krótkim rękawem i zaczął wędrować w stronę kołnierzyka. Szybko strzepnęła go na ziemię i chętnie przydeptałaby go jednym ze swoich sandałów, ale nie lubiła tego robić. Ten dźwięk… Z kolei Bartek miał inne zdanie na ten temat.

Kiedy robali jeszcze nie było tak wiele, kiedy Bartek nadal próbował sobie przypomnieć, czym są dla niego latające stworzenia, Apacz szurał pyskiem po brukowanej kostce i zjadał robaczki. Jednego po drugim. Chrup, chrup. Z całą pewnością był zadowolony (merdał ogonem) i ku uciesze zebranych nie zadowolił się paroma osobnikami. Antoni nie mógł wytrzymać ze śmiechu, kiedy Apacz wsuwał w siebie niczym odkurzacz leżące na ziemi robaki. Pokazywał palcem psa pozostałym, jakby go nie widzieli. Dopiero co otworzył drugie piwo i przy każdym spazmatycznym ruchu ręki wylewał odrobinę alkoholu na żółty, plastikowy stół.

– Sporo ich leży na ziemi – zauważyła Maria, zdejmując z głowy słomiany kapelusz. Zaczęła nim machać wokół siebie, żeby odpędzić coraz bardziej liczne i natarczywe grono robali.

– Obijają się o okna, ściany… – skwitował Grzegorz. Antoni pewnie nawet nie słyszał pytania; śmiał się tylko.

Zawsze tak było. Rankiem – po nocnych szaleństwach – na ziemi zawsze leżało całe mnóstwo poobijanych, potłuczonych, rannych, a nawet martwych robali. Jednak tym razem miało być inaczej. Już teraz, dziesięć minut od pojawienia się pierwszych osobników, czerwona kostka nabrała brązowych łatek. Na razie cieszyło to psa, który zjadał owady, i Antoniego, który śmiał się z psa zjadającego owady.

Chrup, chrup. W pysku Apacza słychać było jedynie chrzęsty, chrupanie, mlaskanie, a w oczach widać było zadowolenie i ciekawość.

– Zawsze lubił to robić – powiedział Grzegorz.

– Taak – potwierdziła Paulina, śmiejąc się niepewnie, ale wcale nie było jej do śmiechu; nienawidziła robali.

Chrup, chrup. Gdyby Apacz potrafił czytać i przestudiowałby Biblię, mógłby uznać, że jest w Niebie. Nie ludzkim, gdzie wszyscy śpiewają podniosłe pieśni, ale takim normalnym, psim, w którym mógłby biegać i zjadać robaki aż pęknie mu żołądek, a ogon zwariuje z nagromadzenia emocji.

Bartek ciągle siedział na trawie i zastanawiał się, z czym kojarzą mu się brązowe plamki wirujące w powietrzu. Miał na sobie żółtą tanią koszulkę i szorty do kolan. Jak zwykle na wieczór był spocony, brudny i głodny. Zwykle te dwie pierwsze rzeczy mu nie przeszkadzały, a tym razem, przypominając sobie, co się wiąże z robalami, nie myślał także o głodzie.

Chłopiec, słysząc niekontrolowane wybuchy śmiechu Antoniego i dziwnie znajome chrupanie, odwrócił się w stronę tychże dźwięków. I przypomniał sobie. Patrzył na psią krucjatę i słyszał trzaskające pancerze, zgniatane pod naciskiem zębów Apacza i jego łap. Robale wiły się na czerwonej kostce, jednak pies im nie odpuszczał: zgniatał zębami i miażdżył łapami (to drugie zapewne jedynie przez przypadek).

I wtedy Bartek sobie przypomniał.

Zabawa!

Przypomniał sobie, jak rok temu, wiosną, na początku maja, wieczorem, nadleciały pierwsze z nich. Pamiętał. Większość z nich latała, tworzyła powietrzne akrobacje, robiła mniejsze lub większe okręgi, a mniejszość – te robale, które nie miały szczęścia (lub refleksu) – wpadały na ściany, płot, okna, a nawet pikowały wprost na ziemię. Efekty można przewidzieć… Dziesiątki poobijanych robali ze zmasakrowanymi kończynami wiło się na ziemi. A Apacz mógł je bezkarnie zjadać przy „śmiechowym” akompaniamencie Antoniego. Pamiętał, kiedy zgniatał butem, patykiem, a nawet palcem leżące na ziemi, bezbronne owady. Chrup, chrup! Sprawiało mu to czystą radość, błogość spływała na jego serce, dźwięki („chrup, chrup!”) były niesamowicie kojące i dziwnie relaksujące. Cieszył się, kiedy robal pod naciskiem patyka płaszczył się, kiedy jego pancerz pękał, kiedy wnętrzności („białe, dziwne coś” – mówił) wypływało na zewnątrz. Śmiał się, słysząc trzaskające odnóża robaków, ich pękające małe główki i mlaskanie pod butem – działo się tak, kiedy deptał owada tak długo, aż ten zamieniał się w miazgę. Ogólnie rzecz biorąc, Bartkowi, małemu chłopcu o niebieskich, szczerych oczach i niewinnie wyglądającej twarzy, podobało się znęcanie nad owadami.

Teraz, kiedy przypomniał sobie, co wiąże się z powrotem robaków…

Zabawa!

…jego usta ułożyły się w piękny uśmiech, oczy pojaśniały, rysy się wygładziły i zawołał: – Mamo! Mamo, chrabąszcze wróciły!

– To nie powód do radości – zawołała, myśląc jedynie o swoim wstręcie do robaków.

– Chrabąszcze, chrabąszcze, chrabąszcze – wołał uradowany chłopiec. Pobiegł w stronę zadowolonego z nieplanowanej uczty Apacza. Teraz była ich dwójka. Pies zajadał się robactwem, jakby to był kawior, a Bartek tupał szarymi adidasami, próbując trafić w jak największą liczbę chrząszczy. Długie kosmyki brązowych włosów opadły mu czoło i zakryły oczy, więc musiał odgarnąć je dłonią, aby móc kontynuować „zabawę”. Zmiażdżył już pięć dorodnych osobników, ale kolejny, który ze świstem spadł na kostkę, był wręcz ogromny. Przeciętny dorosły chrabąszcz osiąga długość od dwóch i pół do trzech i pół centymetrów, jednak owad, którego za chwilę miała zmiażdżyć gumowa podeszwa buta należącego do sześcioletniego chłopca, miał z pewnością cztery, a może nawet cztery i pół centymetry. Bartek zorientował się, że trafił na „okaz”, więc postanowił delektować się chwilą. Przytrzymał przez chwilę nogę uniesioną w powietrzu, zgiętą w kolanie, chwiejącą się, po to, aby móc uważnie przyjrzeć się swojej ofierze. Chrabąszcz leżał na kostce odwłokiem do góry, bezradnie przebierając w powietrzu odnóżami. Jego tułów był pokryty szarym futerkiem. Oczy – czarne, niesamowicie czarne oczy – w parze z karmelowymi czułkami nadawały brzydalowi (czy chrabąszcz nie jest brzydkim owadem?) dziwnego uroku i niewinności. Przecież oczy robaka powinny być puste, pozbawione emocji, powinny być jedynie narządem wzroku, a nie odzwierciedleniem duszy i kryjących się w niej emocji. A jednak… Robak, choć dla Bartka bezmyślne stworzenie, zdawał się prosić o litość. Chłopiec nie był zły z natury, wychowano go też dobrze, więc już w wieku sześciu lat posiadał w sobie spore pokłady empatii i zrozumienia dla ludzkiego – i nie tylko – cierpienia. Kiedyś nawet próbował uratować pisklę, które wypadło z gniazda, jednak jego starania na nic się zdały. Ptak, kiedy tylko pacnął łepkiem o ziemię, zmarł. Bartek, nie wiedząc, że nosi w tekturowym pudełku martwe zwierzę, szukał gniazda – domu ofiary, której musiał pomóc. A więc Bartek nie był ślepy na krzywdę zwierząt. Jednak sprawa miała się zgoła inaczej, kiedy chodziło o owady: małe, bezrozumne istoty, pokraczne, niektóre jadowite, inne obrzydliwe, będące jedynie tłem dla całego świata zwierząt. Chłopiec patrzył na bezradnie kołyszące się ciało chrabąszcza i widział czarne, smutne oczy, jednak jego noga mimo wszystko opadła na ziemię: powoli, jednostajnym ruchem, tak aby słychać było – jak najwyraźniej i jak najdłużej – dźwięk pękającego pancerza, odgłos łamanych odnóży, chrzęst kruszącego się łepka. Wnętrzności wylały się z robaka, niczym miąższ ze ściskanego w dłoni kiwi. Bartek sycił się dźwiękiem i jednocześnie z sykiem wciągał do płuc świeże powietrze.

– Ten był wyjątkowo duży – zawołał Grzegorz do syna.

– Nie zachęcaj go – ofuknęła go Paulina, a potem zwróciła się do chłopca: – Bartek, przestań dręczyć te robale. Wracamy do domu!

Sześciolatek spojrzał na matkę z wyrzutem.

– Przecież dopiero zacząłem! – krzyknął.

– Jak chcesz. Ja idę. Uważaj, żeby w tych ciemnościach nie porwały cię potwory!

Chłopiec wciągnął do płuc powietrze i rozejrzał się z lękiem, jakby rzeczywiście gdzieś za jego plecami czaił się potwór.

– Jest jeszcze widno – zawołał, wiedząc, że jego mama tylko go straszy ciemnościami i potworami.

Paulina odeszła od żółtych krzeseł, żółtego stolika, małej butelkowej sterty piw, opakowania pierników i ogromnego parasola w kwiaty maku; w połowie drogi do domu przystanęła na chwilę, żeby popatrzeć na lecący na wysokości ośmiu tysięcy metrów samolot, a potem, kiedy samolot się oddalił i słońce zaszło za horyzont, zniknęła za drzwiami. Pomyślała, że chłopcy, starsi bracia Bartka, powinni już wrócić do domu. Mieli zrobić to jeszcze przed zachodem słońca, a była już przecież dwudziesta dwadzieścia. Ciemno. Poza tym te robale, pomyślała Paulina. Zawsze uważała, że są obrzydliwe, jednak teraz, dzisiejszego wieczora, po prostu ich nienawidziła. Nie wiedziała czemu, ale do wstrętu doszła także gniewna niechęć.

Antoni, kiedy przestał się śmiać, narzucił na swoją białą hawajską koszulę w zielono–brązowe palmy cienką ortalionową kurtkę. Grzegorz, któremu także zrobiło się zimno, poszedł w ślady kolegi i założył wcześniej przygotowaną na taką okazję jeansową kurtkę. Maria, nie zważając na robale i chłód, z uśmiechem na ustach, piernikiem w dłoni i butelką przytkniętą do ust, cieszyła się wieczorem.

A robale… Chrabąszcze… One także cieszyły się wieczorem.

 

***

 

Kiedy Bartek z Apaczem zajmowali się dręczeniem chrabąszczy, kiedy Antoni perorował na temat wyjątkowo wysokiej liczbie robali, jaka ma nawiedzić Polskę tego roku, kiedy Grzegorz ze spokojem przytakiwał sąsiadowi i kiedy Maria odłożyła swoje piwo i poszła do domu, żeby dotrzymać towarzystwa Paulinie, dwóch chłopców, dziewięcioletni Dominik i jedenastoletni Daniel, jechało rowerami po wiejskiej drodze. Jeździli od pobocza do pobocza, robili serpentyny i zygzaki, ich ręce nie dotykały kierownicy. Od dłuższego czasu, czyli od kilku godzin, może dwóch, może trzech (właśnie tyle czasu spędzili, jeżdżąc na rowerach), na twarzach mieli przylepiony uśmiech: delikatny, błogi, mimowolny. Jak mogło być inaczej, skoro był piątkowy wieczór, a pogoda dopisywała? Nie, nie dopisywała. Pogoda była idealna: ciepło, z umiarkowanym, łaskoczącym skórę i tarmoszącym włosy wiatrem oraz doskonałym dla człowieka ciśnieniem atmosferycznym. Chłopcy mijali białe od kwiatów jabłonie, polany pokryte zieloną, świeżą trawą i tysiącami żółtych mleczy oraz domy i podwórka (co jakiś czas mieli na ogonie rozeźlone nie wiadomo czym psy). W nozdrzach czuli zapach kwiatów, bzu, koszonej trawy i kiełbasek z grilla. Nic dziwnego, skoro jabłoniowe sady były wszechobecne, na co dziesiątym trawniku rzęziła kosiarka, a wiatr rozwiewał zapach grillowanego mięsa.

– Mówiłeś, że dzisiaj pokażesz, jak jeździsz na tylnym kole! – krzyknął Dominik do brata, który został nieco w tyle.

– Jutro! – zawołał, zrównując swój rower z rowerem brata. – Już późno. Wracamy, nie?

– Chyba tak. A może jeszcze jedno kółko? Pojedziemy na szosę.

– Hmm, to już lepiej przejedźmy się pod las. Widzisz?

– Co?

– Chrabąszcze! Znowu latają. Pamiętasz z zeszłego roku?

– No!

– No właśnie. W okolicach lasu będzie ich więcej.

– I co z tego?

Daniel uśmiechnął się perfidnie.

– Parę dni temu gwizdnąłem Antoniemu zapaliczkę. – Żeby nie być gołosłownym, wyjął z kieszeni krótkich spodenek tanią plastikową zapalniczkę. Była pomarańczowa.

Dominik nic nie odpowiedział.

– Dalej. To tylko dwie minuty drogi w jedną stronę. Za dziesięć minut będziemy w domu.

Dziewięciolatek nie chciał tego robić, nie chciał męczyć chrabąszczy. To była domena Daniela i Bartka – oni lubili miażdżyć robale, wyrywać im kończyny, patrzeć, jak wypływa z nich biała breja. Jednak został przekonany, ponieważ zamiast pojechać do domu, ruszył za bratem do lasu. Nim się obejrzał, trzymał w dłoni jednego, całkiem dorodnego osobnika za odwłok.

– Chwyć go – usłyszał wcześniej. – Nie, nie tak! Za nogi. Albo dupę. Tak, teraz dobrze.

Daniel odpalił kciukiem zapalniczkę i podstawił ją pod ciało miotającego się w powietrzu chrabąszcza, który zapewne nie wiedział, co się dzieje, i jedynie mógł się domyślać, że coś złego. Płomień, początkowo długi na centymetr, potem, kiedy Daniel zwiększył moc, długi na jakieś dwa i pół centymetra, zbliżał się od dołu do ciała owada. Ogień nie dosięgał jeszcze chrabąszcza, jednak wędrujące do góry gorące powietrze przypaliło końcówki szarego futerka. Odnóża podwinęły się wyżej.

Dominik odwrócił wzrok, a Daniel, widząc to, cofnął zapalniczkę.

– Patrz! Masz patrzeć! – krzyknął. – I nie upuść go.

Dominik posłusznie skierował wzrok na męczącego się chrabąszcza i ukuło go poczucie winy. Wiedział, że owad nie tylko będzie przez niego cierpiał, ale także umrze. Patrząc na przypalający robaka płomień, przyłapał się na tym, że jego obrzydzenie i strach były większe niż współczucie dla ofiary.

– Widzisz? – zapytał Daniel, chichocząc. – Widzisz? – powtórzył, ponieważ chłopiec nie odpowiedział.

Chrabąszcz się palił. Dominik, czując ciepło ognia na palcach, odruchowo upuścił owada, który upadł na kępkę trawy. Dziewięciolatek odwrócił się od brata, chrabąszcza i ognia i odszedł kilka kroków dalej, do swojego roweru, gdzie mógł się uspokoić. Daniel, zapatrzony w cichutko skwierczące ciało chrabąszcza, nawet nie zauważył, że został jedynym widzem. Cóż, został także jedynym uczestnikiem pogrzebu, ponieważ z chrabąszcza została tylko kupka popiołu, która leżała na listkach trawy.

W powietrzu, na ziemi, na drzewach – wszędzie – znajdowały się chrząszcze. Słońce zachodziło.

Dominik, czując w żołądku dziwny niepokój (ale jeszcze nie strach), rozejrzał się dookoła i ze zgrozą zauważył, że od momentu zawrócenia rowerów i skierowania się w stronę lasu, to jest od jakichś pięciu minut, liczba chrabąszczy zwiększyła się co najmniej dwukrotnie. Może nawet trzykrotnie. Chłopiec obserwował chaotyczne loty, powietrzne beczki, szalone popisy owadów, patrzył na ich idiotyczne, bezsensowne zachowania. Są głupie, myślał. One są głupie, myślał. One są głupie. Czy trzykrotnie powtórzona myśl nie jest próbą przekonania samego siebie? Niektórzy powiedzą, że tak. Inni – nie. Nieważne, ponieważ Dominik, widząc w chaosie pewną zależność – czarne, smutne oczy, które zerkały na niego, jakby ukradkiem, ale tak naprawdę perfidnie, bezczelnie i bez żadnego wstydu – zmuszały go do tego, aby musiał przekonywać samego siebie, że robale wcale nie są inteligentne i że nie patrzą na niego jak na cel, który trzeba wyeliminować. One są głupie, pomyślał po raz czwarty.

Dominik dostrzegł przez wirujące w powietrzu owady samolot. Chłopiec nosił na głowie kaszkiet z daszkiem, więc nie musiał przystawiać otwartej dłoni do brwi, żeby dobrze widzieć. Samolot leciał wysoko, bardzo wysoko, był ledwo widoczny. Pasażerski, ocenił Dominik. Lubił patrzeć na samoloty, szczególnie podczas zachodów słońca, jednak dziwny niepokojący strach przed chrabąszczami popędzał go, żeby jak najszybciej wrócić do domu. Ten głos mówił mu, że w domu jest bezpiecznie, a na zewnątrz… szczególnie tak blisko lasu – nie.

Daniel nie zwracał uwagi ani na brata, ani na samolot, ani na nic innego; interesowały go jedynie chrabąszcze. Dominik nie wytrzymał.

– Daniel? Jedziemy już?

– Hm?

– Pytam, czy jedziemy. – Po tych słowach nerwowo obejrzał się przez ramię, jakby ktoś stąpał z nożem w dłoni za jego plecami i chciał go zabić.

Jedenastolatek ostatni raz spojrzał na ledwie widoczną kupkę popiołu i skinął głową.

– Jedziemy – powiedział.

I rzeczywiście ruszyli, ujechali nawet dwa kilometry zanim…

Dominik jechał jako pierwszy, pośpiesznie, z dużą prędkością, oddychał nierówno, bał się. Przerażały go chrabąszcze, a było ich przecież coraz więcej. Śmigały mu przed oczami, uderzały w twarz, ramiona, tułów, nogi – wszędzie. Miał wrażenie, że zaczynają latać w grupach, jak samoloty bojowe w szyku… albo coś w tym stylu, pomyślał. Daniel jechał jakieś dwadzieścia metrów za bratem, nie myślał o chrabąszczach, tylko o brzuchu, w którym od kilku godzin nie miał nic oprócz śmietankowego rożka. Zastanawiał się, co zje, kiedy wróci do domu. Nie miał pojęcia, że za jego plecami, w odległości zaledwie stu, może stu pięćdziesięciu metrów, utworzyła się ogromna, drgająca chmura, która szybko i zawzięcie za nim płynęła.

 

 

***

 

Liczba owadów podwoiła się w przeciągu trzech minut, co dla wszystkich – oczywiście oprócz świetnie bawiących się Bartka i Apacza – było zadziwiającym zjawiskiem. Nawet Antoni, który twierdził, że w tym roku chrabąszczy będzie znacznie więcej w porównaniu do poprzednich lat, teatralnie złapał się za głowę i powiedział, szczerze, z niepokojem w głosie, że coś jest nie tak.

– Też tak sądzę. Coś jest nie tak – odparł Grzegorz dwie minuty później, kiedy liczba robali ponownie się zdwoiła. Mężczyźni musieli wstać z krzeseł, ponieważ nie sposób bronić się, siedząc. Chrabąszcze, jakby wściekłe, obijały się o głowy mężczyzn, wpadały pod materiał koszulek, atakowały oczy.

– Jasna cholera! Co jest? – rzucił Antoni, patrząc na zachód.

Grzegorz również patrzył w tamtym kierunku i nie mógł uwierzyć, że widzi coś takiego: ogromną czarną chmurę złożoną z nieskończonej ilości chrabąszczy.

– To jest to, o czym myślę? – zapytał.

Antoni nie odpowiedział.

– Bartek, idziemy do domu. I zabierz ze sobą psa.

– Niee! – zaprotestował. – Jeszcze się bawię.

– Do domu!

Słysząc rozkazujący ton głosu ojca, Bartek niedbale machnął dłonią na kundla, co oznaczało, że pies ma za nim podążać, i ruszył w stronę domu. Szedł tak, aby rozdeptać jak najwięcej chrabąszczy. Nie było to trudne, ponieważ na kostce wręcz roiło się od zgłupiałych i potłuczonych owadów. Podobnie było na schodach i nawet do ganku przez uchylone drzwi wpadło kilka sztuk. Apacz posłusznie dreptał za chłopcem, od czasu do czasu trącając nosem przebierające w powietrzu odnóżami robale.

Grzegorz ponaglił wlokącego się syna i razem wpadli do ganku, a zaraz za nimi Apacz i Antoni.

– Zamknij drzwi – rzucił przez plecy do tego ostatniego.

Nie musiał tego robić, ponieważ Antoni zamknął drzwi i nawet przekręcił klucz w zamku.

Paulina, która zdążyła zapomnieć już o obrzydliwych dla niej chrabąszczach, parzyła herbatę dla siebie i dla Marii. Krzywiła się jedynie, kiedy robale tłukły się o szyby. Kobiety słodko gawędziły w kuchni, nie mając pojęcia, co się dzieje na zewnątrz. Maria pomyślała jedynie, że robali jest wyjątkowo dużo.

Do kuchni wpadli Grzegorz, Apacz, Bartek i Antoni. W tej właśnie kolejności.

– Zamknij wszędzie okna – Grzegorz zwrócił się do żony.

– Myślisz, że siedziałabym sobie tutaj, popijając herbatkę, gdyby choćby jeden z tych robali mógł pałętać się po moim domu? Zamknęłam, jak tylko przyszłam.

– Jadę szukać chłopców.

– Co? Czemu?

– Wyjrzyj przez okno.

Paulina posłusznie podeszła do okna i odchyliła zasłony. Maria, ciekawa z natury, podreptała za Pauliną.

– Hm? Nic nie widzę.

– Ja też nie. Jest już ciemno – uzupełniła Maria.

– Jest ciemno, bo całe niebo jest zakryte chrabąszczami – wytłumaczył Antoni.

– Hm? – mruknęły obydwie kobiety, ponownie odwracając się w stronę okna i przylepiając wzrok w ciemne niebo.

– Och! – Paulina zakryła usta dłońmi, zdawszy sobie sprawę, na co patrzy. – To naprawdę…?

Bartek, wcześniej zadowolony z powrotu chrabąszczy, teraz zaczynał zdawać sobie sprawę, że coś jest nie tak. Rodzice nie podnosili głosu, ale dało się w nim wyczuć zalążek zdenerwowania oraz niepokój – jeszcze nie strach, ale preludium do strachu. A więc coś było nie tak. Uśmiech znikł z twarzy chłopca, a w zamian pojawiło się niezrozumienie oraz przeniesiony przez rodziców niczym wirus niepokój. Maria i Antoni również mieli zlęknione twarze.

– Boże – westchnęła Maria. – Ile ich jest?

Nikt nie odpowiedział. Może nie słyszeli, może nie znali odpowiedzi…

– Daniel i Dominik… Oni gdzieś tam jeżdżą na rowerach – powiedział Grzegorz. – Jadę ich szukać.

Paulina jedynie skinęła głową, Maria nadal wyglądała przez okno, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi, a Bartek, wyraźnie zlękniony, patrzył to na ojca, to na matkę, próbując zrozumieć, co się dzieje.

– Jadę z tobą – zaproponował Antoni i miał nadzieję, że propozycja ta zostanie odrzucona. Tyle robali…

– Nie, zostań. Pilnuj domu. Pomożesz mi tylko w piwnicy. Muszę szybko wyjechać samochodem na zewnątrz. Zamkniesz drzwi, szybko, tak aby żaden z tych skurwieli nie dostał się do środka. A wy – zwrócił się do żony i Marii – upewnijcie się, że wszystkie okna są zamknięte, nie wychodźcie na zewnątrz i wypatrujcie Daniela i Dominika. Może są niedaleko i niedługo się zjawią. – Po dłużej chwili dodał, jakby na pocieszenie: – Chmara jest dosyć wysoko… Jeszcze nie tak blisko domu.

– A więc zmierza w naszą stronę? – zapytała Paulina.

– Są w stanie powybijać szyby? – zapytała Maria.

– Co się dzieje? – wtrącił do tej pory milczący Bartek.

Paulina położyła synowi rękę na ramieniu.

– Nic, spokojnie – zapewniła.

Grzegorz postanowił odpowiedzieć na pierwsze pytanie.

– Jest coraz większa, a więc tak: zbliża się.

Po tych słowach skinął głową do Antoniego i wyszedł z kuchni. Antoni ruszył za nim i obydwaj mężczyźni skierowali się do piwnicy, gdzie w jednym z pomieszczenie stał Volkswagen Polo z 1999. To właśnie nim Grzegorz miał przedzierać się przez rój chrabąszczy, żeby móc znaleźć swoich synów. Tak właściwie nawet nie wiedział, co im grozi, ale wiedział, że niebezpieczeństwo jest realne, ponieważ chmara robali, zapełniająca jedną trzecią nieboskłonu, była czymś nienaturalnym. Wszyscy, nawet Bartek (który wdrapał się na niewysoko osadzony parapet i zobaczył to rozszerzającą się, to ściskającą „chmurę”), wiedzieli, że taka liczba owadów musi być niebezpieczna.

Chłopcy mieli przyczepione do ram rowerów światła, które mogły świecić albo mrugać niczym kierunkowskaz, jednak w takiej sytuacji… Kto wie, gdzie skierują się, mając nad głową – albo co gorsza, wokół siebie – tyle chrabąszczy. To nie tylko tysiące robali obijających się o ciała i wpadających w oczy, ale też chaotyczna ciemność, której mottem mogłoby być: „Nie wiesz, gdzie jesteś? Dobrze! My wam pomożemy (zabłądzić jeszcze bardziej)”.

Grzegorz siedział już w samochodzie, odpalił silnik i czekał, aż Antoni otworzy podwójne drzwi.

Antoni, słysząc dziwny, drżący odgłos tysięcy (może milionów? pewnie tak) owadów, szalejących za drzwiami, wahał się, ociągał i tym samym opóźniał misję ratunkową Grzegorza, który, zniecierpliwiony, wołał: – Szybciej! Szybciej!

Pomyślał, że najpierw pojedzie na drogę główną, gdzie znajdował się sklep – miejsce, w którym mogliby się schronić chłopcy, gdyby akurat tamtędy przejeżdżali i zauważyli rój. Pewnie tak by zrobili, myślał Grzegorz. Do sklepu były około trzy kilometry. Gdyby tam ich nie było, Grzegorz byłby zmuszony do chaotycznego krążenia po okolicy (nie znał ulubionych tras synów, nie wiedział, gdzie najczęściej jeżdżą). A przecież, myślał, Paulina zawsze im mówiła, żeby daleko nie odjeżdżali. Nigdy nie słuchają.

– Otwieraj! – krzyknął do Antoniego, który przy drzwiach piwnicy wyglądał jak Cygan zamierzający się na uszczuplenie zapasów jakiegoś sklepu.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – zaczął. – Słyszysz ten dźwięk? Ich jest tam od cholery! Wydaje mi się nawet, że napierają na drzwi. – Zobaczył minę Grzegorza. – Tak, wiem, że to szaleństwo, ale sam tu podejdź, posłuchaj, dotknij drewna. One napierają na drzwi.

Grzegorz, niecko zlękniony tym, co powiedział sąsiad, już miał opuścić auto i przekonać się, czy chrabąszcze rzeczywiście napierają na drzwi.

– Nie! – krzyknął jednak. – Nie ma czasu. Otwieraj!

Antoni podniósł dłonie do góry, jakby chciał powiedź, że wszystko to, co się być może zdarzy, nie będzie jego winą. Umywam od tego ręce, powiedział Piłat.

– Jak chcesz – mruknął Antoni.

Nie były to drzwi, wrota raczej. Antoni, żeby je otworzyć, musiał odsunąć zasuwkę, pchnąć pierwszą połówkę drzwi i wyciągnąć dwa rygle – górny i dolny – z drugiej połówki. Udało mu się jedynie odsunąć zasuwkę. Gdy naparł dłonią na drewno, nie stało się zupełnie nic. Przylgnął barkiem do drzwi i pchał z całych sił, nogi szurały o beton.

– Ja pierdolę – wyszeptał, kiedy wywalczył jedynie małą szczelinę, przez którą do środka wdarło się kilkanaście sztuk chrabąszczy, które zaczęły nerwowo latać po całym pomieszczeniu.

Antoni odstąpił od drzwi i spojrzał na zdumioną twarz Grzegorza, którą zobaczył w bocznym lusterku. Mężczyzna zgasił silnik i opuścił wnętrze Volkswagena. Jeden z robali, które wpadły do piwnicy, zamierzał przelecieć tuż obok głowy Grzegorza (a może nacierał prosto na nią?), jednak chrabąszcz został trącony dłonią, upadł na beton, a na jego ciało szybko opadł but. Antoni zabił kolejne dwa owady; nie chciał przebywać w jednym pomieszczeniu z CholeraWieCzym. Właśnie tak później nazywał chrabąszcze: CholeraWieCo. W piwnicy było więcej pomieszczeń. To, w którym przebywali, służyło jako garaż, kolejne, znajdujące się za drzwiami z dykty (które nie były zamknięte tylko otwarte na oścież), pełniło funkcję graciarni – domowego wysypiska skarbów–śmieci, dla których nie było miejsca w domu, a i wyrzucić szkoda – i łączyło się ze schodami prowadzącymi na górę i po prawej z kolejnym pomieszczeniem (trzecim i ostatnim): kotłownią, gdzie stał piec. W lecie z oczywistych przyczyn nie było powodu, żeby wchodzić do kotłowni, jednak i do tego pomieszczenia drzwi były uchylone. A więc kilkanaście sztuk chrabąszczy, które zdołały wcisnąć się do piwnicy, rozpierzchły się po wszystkich trzech pomieszczeniach: garażu, graciarni i kotłowni.

– Widziałeś to? – powiedział cicho Antoni, niemal wyszeptał, po tym jak ukatrupił dwa robale. – Cały rój. Nie mogłem ruszyć drzwi.

Grzegorz nie odpowiedział, tylko zapytał:

– I co teraz? Nie wyjadę, cholera nie wyjadę.

Po chwili zaproponował:

– A może… wiesz… wrzucę wsteczny, wcisnę gaz do oporu…

– To nie film ze Stathamem… Widzisz, utknęliśmy tutaj. Nadal nie wierzę, że to robactwo blokuje nam drzwi, bo przecież… jakim cudem?! To… To CholeraWieCo musiałoby mieć jakąś inteligencję, nie? I dlaczego? Jasna cholera, dlaczego? Chyba nie powiesz, że chmara robali upatrzyła sobie nasz dom… przepraszam, twój dom… i postanowiła go otoczyć i nas nie wypuszczać? Ale nieważne. Jesteśmy tutaj, twoi chłopcy na zewnątrz, a robale nie chcą nas wypuścić. Możemy spróbować na górze, frontowymi drzwiami, jeśli chcesz. Ale nawet jeśli zdołasz wyjść na zewnątrz, nic nie zrobisz. Samochód jest tutaj. Chyba pozostaje tylko czekać…

– Co? Nie, nie możemy czekać. Widziałeś tę chmarę. Jest ogromna, niebezpieczna i…

– No właśnie. Nie wiemy co i jak, nawet dlaczego, ale to jest nienaturalne i niebezpieczne. Te robale, przecież sam widziałeś, są agresywne. Nie możemy wyjść na zewnątrz i liczyć, że twoi chłopcy nawiną nam się pod nogi. Przecież w zwykły słoneczny dzień dziesięć osób mogłoby biegać po wsi przez wiele godzin i nie natknąć się na chłopaków. A teraz… Samemu, w tych warunkach… Wiesz, oni sami muszą tutaj trafić. Nawet w aucie niewiele byś zdziałał.

Grzegorz, najwyraźniej nieprzekonany, podszedł do wrót i przystawił do nich ucho. Wibrujący dźwięk.

– Nie musisz sprawdzać… Przecież widziałeś przez szparę. – Zastanowił się przez chwilę i postanowił się upewnić: – Widziałeś, racja?

Grzegorz pokiwał głową.

– Czarno–brązowy migoczący zlepek jednego wielkiego gówna.

– Właśnie, właśnie! Przez chwilę nie wiedziałem, co widzę. A miałem to gówno dwadzieścia centymetrów od twarzy. Myślałem, że te robale runą na mnie jak fala, ale odsunąłem się.

Po tych słowach Antoni jakby odpłynął. Zamyślił się.

– Wiem! – ryknął. – Dzwonimy na policję. I straż. I, kurwa, na pogotowie też.

– Taa? I co im powiemy? Że chrabąszcze zaatakowały mój dom? Wyśmieją.

– A co jeśli inni też dzwonili? Może to nie tylko u nas? A jak ta chmara rozciąga się na parę wsi? Albo… – Antoni przeżegnał się – Jeśli to sięga… nie wiem… całego powiatu albo województwa? Może odbierali już podobne telefony i potraktują nas poważnie?

– Jeśli to sięga tak daleko, to sami mają przed oczami chmurę robali. Więc nie ruszą swoich dup z foteli.

– Ej, ty chcesz uratować swoje dzieciaki czy nie? Ja tylko próbuję pomóc.

– Co ty chrzanisz? Oczywiście, że chcę. Ale… ehh, to jakiś koszmar. Nic nie mogę zrobić. Wiem, że policja nie pomoże. Nawet jeśli nie wyśmieją, nawet jeśli zdecydują się przyjechać, to co zrobią? Zaczną strzelać?

– Nie wiem – bąknął. – Chodźmy może na górę, co?

W momencie, kiedy wypowiedział te słowa, stracił z oczu Grzegorza, a Grzegorz stracił z oczu Antoniego. Pośród ciemności słyszeli jedynie dźwięki, których nie chcieli słyszeć.

Bam!

Bam!

Wiedzieli, co się stało, jednak nie wiedzieli w jaki sposób. W milczeniu po omacku dotarli do graciarni (a tam oczywiście obtłukli sobie nogi, a Antoni nawet dostał od wystającej z półki starej maszyny do szycia pieczątkę, która przez kilka następnych dni miała zmieniać kolor od zielonego aż po brązowy), następnie wspięli się po schodach i dostali się na parter. Po drodze słyszeli jedynie stukanie w szyby, co było dziełem chrabąszczy z zewnątrz, i wirujące powietrze w piwnicy – sprawka robali, które dostały się do środka. Na szczęście żaden z owadów nie dostał się do żadnej innej części domu. A nawet jeśli… Parę chrabąszczy nietrudno zabić, ale chodzi o zwycięstwo moralne, niedopuszczenie wroga na własny teren. Grzegorz przypomniał sobie słowa pewnego komentatora. Meczu nie pamiętał. To był jeden z tych nieważnych meczy, które cichutko brzęczą w tle, kiedy jest się zajętym czymś innym. Ale słowa zapamiętał. Tych punktów nie możemy oddać, ni to powiedział, ni to krzyknął komentator. Głos miał pewny, przekonywujący. Grzegorz wtedy pomyślał: – Co ten pajac gada? Przecież tam w nogę grają… – A potem, kiedy komentator powtórzył wcześniejsze słowa („Tych punktów nie możemy oddać”), przyznał mu rację. Nie dlatego, że miał rację, albo że była w tym jakaś logika, ale dlatego, ponieważ był przekonywujący. A więc Gajewski powtórzył na głos: – Tych punktów nie możemy oddać. – Teraz, kiedy wyszedł z piwnicy i pomyślał, że wygrał chociaż na jednym polu – nie wpuścił żadnego skurwiela do domu (nie licząc piwnicy) – przypomniał sobie tamten mecz i poważnego komentatora o przekonywującym głosie. Postanowił, że nie dopuści, aby choć jeden parszywy robal postawił odnóże w jego domu.

– Tych punktów nie możemy oddać – wysapał do Antoniego, tym samym przypieczętowując swoje postanowienie.

– Hm?

– Żaden tu nie wleci.

Bam!

Bam!

Robale zdawały się kpić z ambicji mężczyzny.

– Nie rozumiem… – zaczął Antoni. – One napierają, czy uderzają?

– Uderzają… Przynajmniej w okna. Na drzwi, jak sam widziałeś, napierały.

Antoni wyobraził sobie chmarę robali (a raczej przypomniał sobie to, co już widział niespełna dziesięć minut wcześniej) napierającą na dom. Jego wyobrażenie niewiele odbiegało od tego, co rzeczywiście działo się na zewnątrz. Z jednej strony domu, tej frontowej, zgromadziła się największa liczba robali. Tak jak mięciutkie ciasto zmienia kształt się w dłoniach kucharza, tak samo chrabąszcze (pod wpływem instynktu? Jakiejś dziwnej żądzy?) zbiły się w pulsującą kupę, który przylgnęła do drzwi prowadzących do piwnicy. Ta wielka bezkształtna masa nie tylko sięgała do bramy, ale też wylewała się na ulicę. Jeśli chodzi o wysokość, zlepek chrabąszczy sięgał pierwszego piętra. Na balkonie został usłany „chrabąszczowy dywan”, który zapewne zostałby doceniony przez Bartka i Apacza. Chłopiec z radością biegłaby po balkonie, słuchając chrzęstu robali, a Apacz wcinałby robale jak kaszankę. Kundel miał swoje ulubione potrawy, jednak każdy, kto go znał, bez namysłu mógłby powiedzieć, że ten pies jest wszystkożerny i zje wszystko, co mu wpadnie do pyska. Niewiadomo więc, czy Apacz rozróżniłby smak chrabąszczy od tego, jaki ma kaszanka. Jednak w obecnej sytuacji to bez znaczenia, ponieważ Apacz nie mógł się dobrać do robali… A robale nie mogły się dobrać do Apacza. Nie mogły, ale napierały na drzwi i uderzały w okna. We wszystkie. Jednak nie był to zmasowany atak, ponieważ, po pierwsze dało się słyszeć jedynie pojedyncze puknięcia (Bam! Bam!), a po drugie, gdyby chrabąszcze rzeczywiście zapragnęłyby poharcować we wnętrzu domu, już by to zrobiły. Przecież ich liczba była niezliczona, a okna… okna to tylko okna. Trochę szkła nie powstrzyma przecież całej armii robali. Antoni, który tak właśnie rozumował, zadrżał i przeklął siebie, że zachciało mu się piwa akurat tego dnia. Tego pechowego dnia, kiedy od zachodu nadleciały chrabąszcze i uwięziły go w domu sąsiada. W domu, w którym z powodu braku prądu było ciemno. Jedynie pobieżna znajomość pomieszczeń i obecność Grzegorza dodawała mu otuchy.

Byli już na korytarzu… Obydwaj zastanawiali się, co teraz należy zrobić, ale żaden z nich się nie odezwał. Dopiero po dłużej chwili Antoni zaproponował, że powinni pójść do kuchni, tam, gdzie zostali Marię i Paulinę.

– Nie, tutaj jesteśmy! – krzyknęła Paulina, słysząc Antoniego. – W salonie – dodała trochę ciszej.

Mężczyźni, powoli, ślamazarnie, bacząc na każdy krok, ruszyli do salonu. Ich wędrówce w ciemności towarzyszyły jedynie dźwięki obijających się o szyby chrabąszczy. Grzegorz nadepnął na czyjąś stopę i usłyszał cichutki odgłos, raczej taki, który wyraża strach i może nawet trochę pretensji, ale nie ból.

– Wybacz – zwrócił się do Marii, zorientowawszy się, że to jej stopa ucierpiała. – Co tu robicie?

– Szukam tych cholernych świeczek – fuknęła Paulina. – Przecież tu były, a teraz, cholera, ich tu nie ma!

– Zaraz, zaraz… a po co tu w wróciliście? – zapytała Maria. – Zapomnieliście kluczyków?

Mężczyźni spojrzeli na siebie. Cóż, nie zobaczyli się, ponieważ było ciemno, ale obydwaj wiedzieli, gdzie stoi ten drugi. Trzeba było przekazać matce dzieci smutne wieści. Antoni ucieszył się, że to nie na nim spoczywa ten obowiązek. Westchnął głośno. W ciemnościach zabrzmiało to jak sapnięcie potwora z horroru, który czai się w kącie i wypatruje swojej pierwszej ofiary. Grzegorz, wiedząc, że jego żona szuka świeczek w szufladzie komody, podszedł tam i wymacał w ciemności jej dłoń.

– Sytuacja jest trochę inna niż sądziliśmy – powiedział tak cicho, że był to niemal szept.

Wiedział, że oczy Pauliny są w tym momencie duże jak pięciozłotówki. Duże ze strachu i nadziei.

– Jak to? – zapytała niepewnie, cicho.

– Nie wyjdziemy…

– Jak to nie wyjdziemy?

– Chodzi o drzwi… one są zablokowane, skarbie. Nie wyjadę teraz samochodem. Nie ma takiej możliwości.

Antoni znalazł w ciemnościach swoją żonę i wyszeptał jej do ucha, że idzie do kuchni i zaraz wróci.

– Nie rozumiem… Co to znaczy zablokowane? Po prostu jedź!

– Nie da się. Nie da się i już. Drzwi są zablokowane, a ja nie wyjadę, choćbym nie wiem jak bardzo chciał.

Natarczywe stukanie w okna nasiliło się jeszcze bardziej. Choć na zewnątrz było już ciemno, wszyscy widzieli ogrom zjawiska. Chmura, którą dostrzegli podczas zachodu słońca, teraz otaczała ich dom i, choć nie atakowała (jedynie „pojedyncze” sztuki stukały w okna; bam! bam!), blokowała drzwi, budziła grozę i sprowadzała na świat pytania: „Och, czemu?”, „Kurwa, co to jest?”, „Jak to możliwe?”. Jednak na niektóre pytania nie można znaleźć racjonalnych odpowiedzi. Trzeba przyjąć do wiadomości, że zorganizowana (a zorganizowana to solidne niedopowiedzenie) grupka chrabąszczy pluje na logikę i domaga się… Właśnie… Czego? Czego w życiu potrzebuje mały żuczek?

Antoni puścił wodze wyobraźni i przed jego oczami pojawił się chrabąszcz z czarną przepaską na oczach, rewolwerem w odnóżu i krzyczącym cienkim, ale rozkazującym głosem: „Opróżnić sejf! Opróżnić ten pierdolony sejf albo rozwalę wam łby tym maleństwem!” Inaczej… Chrabąszcze, ściśnięte, zgromadzone na ulicy losowego dużego miasta, zmęczone, spocone, jednak, mimo wszystko, zadowolone, krzyczą: „Domagamy się naszych praw!”. Nie wiadomo, o jakie prawa chodzi, ale jedno jest pewne: chrabąszcze walczą o nie. Chodzą w kółko z transparentami, nawołują, udzielają wywiadów. Domagamy się naszych praw!, wołają. Wołają głośno, a ich racje muszą być usłyszane, ponieważ w innym wypadku… Chrabąszcz z rewolwerem w odnóżu! Krzyczy: „Wysłuchajcie ich praw! Wysłuchajcie ich pierdolonych praw albo rozwalę wam łby tym maleństwem!”. Albo… Chrząszcz w restauracji. Czego Pan sobie życzy?, pyta kelner. Chrabąszcz patrzy w menu. Na przystawkę, odpowiada, szyjki krabowe. Główne? Hmm… Spróbuję szlachetną solę na szpinaku z sałatką mieszaną w żurawinowym winegret. A na deser jabłko pieczone z miodem. Tego właśnie chcę, mówi. Tego pragnę. A potem wzlatuje w powietrze i zaczyna obijać się o stoliki, gości, kelnerów i okna. Przede wszystkim okna. Tego właśnie chce chrabąszcz.

Jednak pragnienia chrabąszczy z wyobraźni Antoniego nijak miały się do rzeczywistych zachcianek owadów, które oblegały Bogu ducha winny dom. Przecież żaden z chrabąszczy nie krzyczał: „Grzesiek, dawaj hajs! Dawaj ten pieprzony hajs albo rozwalę tobie i twojej żonce łeb tym maleństwem!” Gdyby tak było, nawet Apacz – numer jeden w zabijaniu owadów – nie dałby rady hardemu przestępcy. I znów – cienki, ale pewny głosik: „Apacz, wyskakuj, kurwa, z Pedigree albo…”

Więc o co chodziło? Chmara robali, która potrafi się zorganizować, musi mieć także jakieś cele, ambicje… Musiało o coś chodzić…

– I co teraz? – chlipnęła Paulina. – Co z naszymi dziećmi?

– To tylko chrabąszcze – odparł mężczyzna uspokajająco. Powiedział „tylko”, ale w to nie wierzył. Nie uważał, aby one – chrabąszcze – były „tylko”, ale „aż”. – Tylko chrabąszcze… Nie potrafią zrobić nikomu krzywdy. To tylko owady. Nie gryzą, nie żądlą…

– Ale są ich tysiące – szepnęła Paulina, przytulając się do piersi męża. – Są groźne, naprawdę są. Nie widzisz tego? A nasi chłopcy są tam, na zewnątrz, sami, w ciemnościach, pośród tych cholernych robali.

Może nie gryzą, może nie żądlą… Ale…

„… albo rozwalę wam łeb tym maleństwem!”

… mają moc. Siłę, która wynika z jedności i skrzętnej organizacji. Chociaż organizacja to najpewniej nieodpowiednie słowo. Te owady prawdopodobnie polegały nie na zasadach typu Myśl i Działaj, ale intuicji – głębokiej, tajemniczej, nienaturalnej. Czuj i Działaj.

– Hej!

Wszyscy, oprócz Antoniego, który był krzyczącym, wzdrygnęli się i podskoczyli do góry, Grzegorz i Paulina razem, spleceni rękoma.

– Co, co? – zapytała już uspokojona Maria.

– Gdzie Bartek?

Grzegorz westchnął głęboko.

– Spokojnie – odparły kobiety jednocześnie, Maria nawet trochę pogardliwie, Paulina cicho i bez przekonania. Jakby to ją trzeba było uspokajać, a nie mężczyzn.

– Jest na górze – wyjaśniła Maria. – W łazience. Bał się, to go tam zaprowadziłyśmy. To jedyne pomieszczenie bez okien. A bał się właśnie stukania. A raczej tego, że te robale przedostaną się do domu. Więc uznałyśmy, że pomieszczenie bez okien będzie idealne. A potem zgasło światło. I teraz szukamy świeczek. Przynajmniej dla nas, bo Bartek – he, he, odważny z niego chłopak – zapewnił, że ciemności się nie boi. Robali jedynie.

– Trzeba było zadzwonić na policję – oznajmiła Paulina.

Nikt jej nie odpowiedział.

– Słyszycie?! Trzeba było zadzwonić na policję!

Grzegorz podszedł do żony i położył dłoń na jej ramieniu.

– Tak, może tak trzeba było zrobić… Ale za późno, jesteśmy odcięci od prądu. Może któryś z sąsiadów zadzwonił? – zadumał się.

– A czy któryś z sąsiadów – przerwała ostro Paulina – wie, że nasze dzieci zaginęły? Nie, kurwa, nie. Ktoś mógł jedynie zadzwonić i powiedzieć: „Oo, wielka kupa robali leci mi na dach.” A ci z policji odłożyliby tylko słuchawkę, a pięć lat później śmialiby się: „Hej, pamiętacie tego kolesia, który dzwonił, żeby zgłosić atak chrabąszczy?”, „Ha, ha, ha.” Nie. To musieliśmy być my. Wystarczyło powiedzieć przez słuchawkę, że zaginęło dwóch chłopców. Tyle. A teraz…

Łkając, wtuliła twarz w pierś męża i objęła go za szyję. Grzesiek ujął Paulinę w talii i stali tak w ciemnościach, wśród nieustającego dźwięku uderzania pancerzy o szybę.

 

***

 

Bartek, podobnie jak jego rodzice, przebywał w ciemnościach, jednak był sam, do nikogo się nie przytulał i siedział na kiblu. Chciałby, aby jego mama przyszła i przytuliła go, ale przecież powiedziała, że idzie szukać świeczek. Bała się ciemności. On nie, więc wolał zostać w całkiem bezpiecznym miejscu – jedynym pomieszczeniu, w którym nie było okien. Niektórzy dziwili się, że on – sześciolatek – nie boi się ciemności tak jak większość dzieci w tym wieku. Kiedy tak się dziwili, on wzruszał tylko ramionami. Nie bał się i już. Łazienka była mała, oprócz „tronu” zmieściła jeszcze jedynie umywalkę z niewielką szafką pod spodem. Chłopiec, siedząc na desce koloru niebieskiego (chociaż w takich ciemnościach to bez znaczenia), oparł głowę o drzwi i przyłożył do nich dłonie. Wyglądało to tak, jakby się modlił. Jednak Bartek się nie modlił, ponieważ nawet nie wiedział, że coś może zagrażać jego życiu. Poza tym żaden z bogów najprawdopodobniej nie zechciałby wysłuchać chłopca siedzącego na kiblu. Niektórzy mogliby się nawet zagniewać.

W ciemnym pomieszczeniu Bartek słyszał jedynie swój oddech i stłumiony odgłos rozmowy na dole. Wiedział, że nie może wychodzić na zewnątrz, to znaczy – na podwórko. Tam były robole. Z toalety mógł oczywiście wyjść, ale z powodu tłukących się w okna chrabąszczy, nie chciał tego robić.

Bam! Bam!

Te odgłosy go przerażały. Nic dziwnego; były złowieszcze, nasilały się, groziły, zastraszały. Jesteście w pułapce, mówiły.

Bam! Bam!

Bartka przeszły ciarki po plecach i ramionach, kiedy przypomniał sobie, że jeszcze nie tak dawno, bo niespełna dziesięć minut wcześniej, deptał robale, męcząc i zabijając je. Zbladł nieznacznie, myśląc o chrupiących pancerzach chrabąszczy i dziwnej mazi wypływającej ze zgniecionych i spłaszczonych ciał. Choć wcześniej sprawiało mu to przyjemność, teraz, wiedząc, że za zewnątrz czyha cały rój robali, myśl o uśmiercaniu chrabąszczy wcale nie była mu miła. Nic dziwnego, ponieważ widok nadlatującej z zachodu ogromnej i szeleszczącej chmury był przerażający. Osobliwy, surrealistyczny, nienaturalny, złowieszczy.

Chłopiec zastanawiał się, kiedy owady odlecą. Myśl, że mogłyby zostać na dłużej, wcale nie przyszła mu do głowy. Przecież to naturalne, że biedronka, która usiadła na palcu, wcześniej czy później odleci (i czasami zostawi coś po sobie; coś żółtego). To oczywiste. Kiedy mucha wpadnie do pokoju, pobrzęczy, poobija się o ściany, nawet zdąży zirytować, jednak odleci (albo umrze, wszak muchy nie żyją długo). I tak samo musi być z chrabąszczami… Muszą odlecieć. Inna opcja nie wchodziła w grę.

Bartek nie pojmował, że gigantyczna chmura złożona z oszalałych chrabąszczy to coś niesamowicie nienaturalnego, jednak wiedział (domyślił się z rozmowy rodziców i sąsiadów), że rój jest niebezpieczny (choć z pojedynczymi sztukami mógł się bawić). Chrabąszcze, które mnożyły się i potęgowały, stawały się niebezpieczne, tak samo jak bity pies – wcześniej łagodny, potulny – w końcu gotów jest ugryźć.

Tej wiosny Bartek dopiero zaczął swoją zabawę z małymi chrząszczami, albowiem poprzedniego roku, kiedy miał zdecydowanie więcej czasu na… eksperymentowanie i wymyślanie nowych tortur, po deptaniu, zgniataniu, paleniu, płaszczeniu, odrywaniu odnóży, rzucaniu o ścianę i wielu innych zrealizowanych konceptach, przyszedł nawet czas na przebijanie robali gwoździami. Jednak gwoździe były nieodpowiednie, ponieważ ciała owadów pękały i rozłaziły się pod wpływem nacisku stali, a Bartkowi zależało na precyzyjnym przekłuciu ich na wylot. Zerknąwszy więc po raz ostatni na zmiażdżone ciało chrabąszcza, pobiegł do domu, do pomieszczenia, w którym jego mama trzymała pudełeczko z nićmi i igłami. Igły były idealne – przechodziły przez grube pancerze owadów niczym pocisk wgłębiający się w ciało. Jednak miały też swoje wady, ponieważ ich użycie nie szło w parze z dźwiękiem miłym dla uszu chłopca. Traaach. Lubił, kiedy owady chrzęściły pod jego butami, a igły, niestety, nie przynosiły tej przyjemności.

Wszystko, co dobre, szybko się kończy… I teraz Bartek, zamiast słuchać wydobywającego się spod jego buta dźwięku…

Traaach, traaach

… musiał siedzieć na kiblu pośród ciemności i znosić złowieszczy dźwięk, będący efektem kontaktu chrabąszcz–szkło.

Bam! Bam!

Nie chciał tego, nie rozumiał… Niech przestaną, myślał, ponieważ mimo zamkniętych drzwi, nadal słyszał ten dźwięk. I… I coś jeszcze… Jakby na korytarzu… Szeleszczenie? Dziwny dźwięk…

Serce Bartka zaczęło bić szybciej. Przypominało teraz nasilające się ataki chrabąszczy na okna. Bam, bam.

Chłopiec przystawił dłonie do drzwi, następnie ucho i zaczął nasłuchiwać, mając nadzieję, że to nie jest to, o czym myśli, czyli małe stadko robali, którym udało się zbić szybę i wlecieć do środka. Ale przecież nie słyszał odgłosu brzęczącego szkła…

To na pewno nie człowiek, ocenił chłopiec, marszcząc brwi i przyciskając ucho jeszcze bliżej drzwi. Był bardzo skupiony, próbował wychwycić każdy dźwięk. W tyle, w oddali słyszał tłukące się w okna owady, jednak starał się nie zwracać na nie uwagi. Ważny był dźwięk na korytarzu, który… zbliżał się! To dziwne szeleszczenie…

I chłopiec już wiedział, że to chrabąszcze przedostały się do domu i że będą próbowały wedrzeć się do łazienki. W jaki sposób? Nie miał pojęcia, ale nie obchodziło go to, ponieważ był sam, bez opieki, w ciemności, której wcześniej się nie bał, ale która nagle zaczęła mu doskwierać, a nawet straszyć swoją intensywnością. A chrabąszcze były za drzwiami, tuż, tuż… Słyszał je wyraźnie. Zaraz zaczną się dobijać do drzwi, walić w nie, tłuc swoimi pancerzami o drewno. Wcześniej, na zewnątrz, kiedy ich liczba była… normalna, umiarkowana, a nawet, można rzec, przepisowa, Bartek czuł się bezpiecznie, ale teraz, kiedy zobaczył, jak bardzo jest ich wiele… Chrabąszcze przestały być elementem zabawy. To potwory. Bestie, które pragną… Czego? Bartek nie wiedział i nawet nie potrafił, w przeciwieństwie do Antoniego („Opróżnić sejf! Opróżnić ten pierdolony sejf albo rozwalę wam łby tym maleństwem!”), sobie tego wyobrazić.

Coś uderzyło w drzwi, a Bartek, zaskoczony, niemal spadł z deski na płytki. Jego oddech był nierówny, a serce biło tak szybko, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej i odlecieć – gdzieś tam, w ciemność, u boku złych, złych chrabąszczy – zostawiając chłopca martwego w toalecie, ale przynajmniej pozbawionego strachu. Uderzenie było silne i zaskoczyło sześciolatka na tyle, że nie tylko niemal spadł z deski klozetowej, ale także prawie narobił w portki. Na szczęście zdołał uniknąć obydwu tych… incydentów. Jednak… Łzy popłynęły mu po policzkach, ociekając na brodę i spadając na spodenki i koszulkę. W pierwszym odruchu chciał wołać o pomoc, chciał wołać mamę, jednak – mimo że nie zdołał opanować łez – utrzymał na uwięzi swój krzyk, swoje słowa i wiedział, że dobrze zrobił, ponieważ robale niekoniecznie miały pełne rozeznanie w sytuacji: nie musiały wiedzieć, że on, przestraszony chłopiec, znajduje się w toalecie. To mogło być przecież… kontrolne uderzenie, które miało na celu wymóc krzyk, żeby chrabąszcze wiedziały, że ktoś jest w środku. Cisza, Bartek wydał werdykt. Mimo łez na policzkach, szalejącego pod żebrami zlęknionego serca i drżących dłoni, chłopiec był całkiem opanowany: nie krzyczał, chociaż wiedział, że pół metra dalej znajduje się grupka opętanych robali, nie próbował szaleńczej ucieczki, a jego myśli pozostawały stosunkowo jasne (oczywiście biorąc pod uwagę to, że miał zaledwie sześć lat i że znalazł się w pułapce).

I kolejne uderzenie. Tym razem Bartek, trochę mniej zaskoczony niż wcześniej, jedynie podskoczył na desce. Miał nadzieję, że pacnięcie tyłkiem o plastik wcale nie było tak głośne, jak mu się wydawało, ponieważ wtedy chrabąszcze wiedziałby, że toaleta nie jest pusta, i obrałyby sobie ją za cel, co byłoby bardzo, bardzo złe.

Westchnął głęboko, uświadomiwszy sobie, że on znajduje się w toalecie – pomieszczeniu bez okien – a jego mama i jej przyjaciółka, pani Maria, są gdzieś tam na dole i najprawdopodobniej potrzebują pomocy. Bo przecież, Bartek zaczął dumać, tata i pan Antoni pojechali szukać Daniela i Dominika. Ciekawe, co z nimi? Bo przecież na zewnątrz było bardzo, bardzo niebezpiecznie… A oni tam sami, na rowerach, pośród ciemności… Bartek miał nadzieję, że tata i pan Antoni znajdą jego braci, chociaż pomyślał, że to byłaby to dobra nauczka dla Daniela. Chłopiec lubił swoich braci, szczególnie Dominika, ale Daniel często go irytował i był dla niego niemiły. Dlatego byłby to wyśmienita nauczka. Dobry strach.

Za drzwiami nadal coś się działo, jednak sześciolatek nie wiedział co. Wymacał szparę pod drzwiami i ocenił, że jest zbyt wąska, aby nawet najmniejszy chrabąszcz zdołał się przez nią przecisnąć. Wcześniej, kiedy mama wraz z panią Marią przyprowadziły go do łazienki, posłusznie usiadł na desce klozetowej i obiecał, że przekręci zamek w drzwiach. Przekręcił. A więc chrabąszcze nie miały szans, żeby dostać się do środa. Mimo to Bartek bał się i chciał krzyczeć. Przecież nie na co dzień ma się do czynienia ze zwariowanymi robalami.

Nagle usłyszał dźwięk, który zrzucił ogromy głaz z jego serca, chociaż nie od razu zorientował się, co się dzieje. Usłyszawszy owy dźwięk, przestraszył się, znów kicnął na desce, a potem, kiedy zaczęło przychodzić zrozumienie, uśmiechnął.

– O jacie – zawołał wesoło, po czym wstał i przekręcił zamek w drzwiach. – To byłeś tylko ty – zwrócił się do Apacza, który merdał ogonem i szturchnął chłopca wilgotnym nosem w ramię. – To byłeś tylko ty – powtórzył. Pacnął się w głowę, zrozumiawszy, że szeleszczenie było jedynie dźwiękiem wydawanym przez psie łapy, które uderzały o panele.

Przytulił psa w progu.

– Chodź, Apacz – rzekł. – Mam kryjówkę w łazience. Tam nas nie dorwią.

Pies posłusznie poczłapał za chłopcem do malutkiego pomieszczenia. Bartek ponownie zamknął drzwi i przekręcił zamek. Usiadł na desce, a Apacz – oaza spokoju, senności i stoicyzmu – ułożył się tuż pod jego nogami, położył psyk na wyciągniętych łapach i po paru minutach usnął, jakby wszystko było w porządku. Bartek, słysząc cichutkie pochrapywanie psa, też stał się senny, jednak obiecał sobie, że będzie czuwał, ponieważ chrabąszcze, choć nie wdarły się do domu, nadal były zagrożeniem.

 

 

***

 

Jak tymczasem wyglądała sytuacja na zewnątrz? Wyobrażenia Antoniego Nowaka na ten temat – krotochwile, można by rzec – oczywiście i bez dwóch zdań nie odnosiły się do rzeczywistości. Chrabąszcze nie domagały się swoich praw, pieniędzy czy szyjek krabowych na przystawkę. Żaden robal, dzierżąc w dłoni rewolwer, nie krzyczał, że będzie rozwalał łby swoim maleństwem. Gdyby gęsto otoczone chwastami u swych stóp latarnie nadal świeciły, można by ujrzeć widok, który przeraziłby każdego klaustrofobika: dom tonący w wyglądającej na płynną masie chrabąszczy. Choć latarnie już nie świeciły, choć obecność robali potęgowała mrok, jasność miała jeszcze coś do powiedzenia, ponieważ księżyc odsłaniał poniektóre z tajemnic tej długiej, strasznej nocy. Na przykład sosna, która, wydawałoby się, uginała się pod wpływem wiatru, tak naprawdę została niemal złamana w pół pod ciężarem rzeszy chrabąszczy, które oblepiły drzewo, niczym pszczoły, które lgną do ulu.

„Owadowa ciecz” tworzyła wibrujące fale na wysokości dwóch i pół metra, a więc nie sięgała piętra, chociaż chrabąszcze można było ujrzeć na każdej wysokości: na ziemi, ponad dachem i jeszcze pięćdziesiąt metrów wyżej. Im bliżej twardego gruntu, tym więcej było robali. Przypominały superinteraktywną symulację, która przedstawiała zachowanie cząsteczek w ciałach. W powietrzu owady wirowały, odbijały się od siebie – miały duże pole do popisu. Niżej stawały się powolniejsze, mniej zgrabne. Na ziemi, gdzie tworzyły gęstą masę, były ślamazarne, wolne, pozbawione owadziej chybkości.

Z czasem, kiedy z zachodu nadlatywało coraz więcej owadów (chociaż nie pojawił się już drugi rój choćby przypominający rozmiarami ten pierwszy), „poziom ślamazarności” podnosił się. Chrabąszcze były niczym woda, która wylała z rzeki i która otacza dom, strasząc uwięzionych w środku domowników.

Od frontu, gdzie znajdowały się drzwi do piwnicy, a także mały ogródek, ich liczba była największa. Tłoczyły się na balkonie, niczym pijani studenci na imprezie, napierały na pobielone ściany i okna, ciążyły na małych świerkach. Spora gromada zajęła miejsce na bramie wyjazdowej. Od strony drzwi wejściowych było ich znacznie mniej, chociaż ich liczba ciągle rosła; robale nadlatywały zewsząd. Podwórko, które zostało posypane żwirem, otrzymało kolejną ekstra warstwę: gruby na pół metra dywan, będący oczywiście chrabąszczami. Owady oblepiały nie tylko dom i drzewa, ale także kilka blaszanych garaży i przechowalnię.

Robaki napierały swoimi splątanymi ciałami na szyby na parterze, jednak piętro wyżej nadal w nie uderzały. Rąbały, biły, tłukły. Paręset sztuk chrząszczy wałęsało się po dachu. Te, które latały nad dachem, lądowały, dołączając do swoich towarzyszy.

Tego spektaklu rodzina Gajewskich i Nowaków oczywiście nie mogła oglądać z parteru, ponieważ za szybami były jedynie ciemność oraz stłoczone, zbite w kupę ciała chrabąszczy, splecione, niczym ciała kochanków w pierwszej lepszej książce o kamasutrze.

Owadów było coraz więcej.

Tej nocy nikt nie zachciałby znaleźć się poza domem.

 

***

 

To była długa noc. Od momentu pojawienia się roju minęły dwie godziny, w czasie których Grzegorz i Paulina czterokrotnie zaglądali do łazienki na piętrze, pytając Bartka, czy niczego nie potrzebuje i czy na pewno nie chce zejść na dół, dołączając do reszty.

– Tatooo, zamknij drzwi! – protestował, otulony jasnym światłem latarki. Nie chciał opuszczać bezpiecznej kryjówki, poza tym jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności, a oni – Paulina i Grzegorz – na przemian celowali w niego latarką.

– Dobrze – odparł mężczyzna, opuszczając latarkę w dół. – Ale pamiętaj, żeby stąd nie wychodzić.

– Nie ma mowy, żebym stąd wyszedł.

– A jeśli będziesz chciał do nas dołączyć, kieruj się od razu na dół. Do salonu. Nigdzie indziej.

– Tak, tato.

Apacz ciągle trwał przy chłopcu.

Grzegorz, oczywiście z pomocą Antoniego, chciał ponownie spróbować wyjechać z piwnicy autem, jednak drzwi nadal były zablokowane. Nie zdziwiło to mężczyzn, tego się właśnie spodziewali. Uznali, że warto również zerknąć na drzwi frontowe, jednak i tu nadzieje, choć niewielkie, ulotniły się przy szarpnięciu klamki. Drzwi stawiały opór, jakby został przed nimi ustawiony wielki betonowy blok.

Skupisko chrabąszczy, sięgające wcześniej do okien na parterze, wibrowało już niecały metr od dachu. A więc i przez szyby na piętrze nie było widać nic oprócz splątanych, ściśniętych brązowych ciał owadów.

Maria, zaciągając zasłony na oknach, odgrodziła wszystkich domowników przed oczami chrabąszczy. Nikt nie chciał patrzeć na przyciśnięte do szyb robale. Zrobiła wszystkim herbatę, sobie również, jednak nikt – oprócz Dawida, który siorbał w skupieniu gorący napar – nie wypił nawet łyka.

W salonie, na kanapie z weluru siedziała przytulona do podłużnej poduszki Paulina. Nie płakała, choć była bliska płaczu. Miała zaczerwienione oczy. Ciągle pocieszana przez męża i sąsiadów naprawdę uwierzyła, że chłopcom nic złego się nie stanie. Pewnie się ukryli i kiedy wszystko minie, wrócą do domu. Na pewno tak będzie, przekonywali ją wszyscy, a ona miała nadzieję, że racja leży po ich stronie – tej optymistycznej, wymagającej wiary – a nie jej. Ona bowiem wyobrażała sobie najgorszy scenariusz.

W blasku rozstawionych tu i ówdzie świec, choć blada, przestraszona i z czerwonymi oczami, nadal wyglądała pięknie. Jak zawsze.

 Grzegorz usiadł na kanapie obok Pauliny i zaczął gładzić ją po nodze. Przytuliła się.

Nowakowie kręcili się po domu bez wyraźniejszego celu. Maria nie mogła znaleźć sobie miejsca, myśli przytłaczały, niepokój ciążył na duszy. Nigdy, nawet wtedy, kiedy miała dziewiętnaście lat i utknęła w windzie, która zawisła pomiędzy piętrami, nie bała się tak bardzo.

– Nawet nie widać naszego domu – oznajmiła stojącemu za nią Antoniemu. – A to przecież cholerne paręnaście metrów. Robale przysłoniły świat.

Antoni, kiwając głową i patrząc się na czerń za szybą, milczał. Dopiero potem, po kilku dłuższych chwilach rzucił:

– Ciekawe co z Barbarą…

– Hm? Co z nią?

– Wyszła zanim wszystko się zaczęło. Posiedziała z nami godzinkę, wypiła piwko i poszła sobie. Myślisz, że…

– Taak. Na pewno tak. Przecież mieszka niedaleko. Jak to mówisz? Rzut beretem?

– Rzut beretem stąd to my mieszkamy. Ona trochę dalej, a więc rzut oszczepem.

– Właśnie. Ale i tak blisko. Na pewno jest teraz z Heńkiem w domu.

Wszyscy czekali na coś, co rozjaśni tę noc, liczyli na przełom, na cokolwiek – powrót Dominika i Daniela, odwrót chrabąszczy, czerwononiebieskie światła za oknem, oznaczające przyjazd policji – ale również obawiali się, że stanie się coś złego, coś, co można by określić starym przysłowiem – z deszczu pod rynnę.

 

***

 

Te chrząszcze, które zgromadziły się na dachu, odkryły coś niesamowicie ciekawego. Zaczęły się wspinać po wykonanym z cegły prostopadłościanie, a potem, uświadamiając sobie, że wnętrze prostopadłościanu jest puste, zaczęły wchodzić do środka. Wchodziły do komina.

 

 

***

 

Paulina z całą pewnością nie usnęłaby na kanapie – nie, kiedy jej synowie błądzili pośród burzy owadów – gdyby poprzedniej nocy nie spędziła na czytaniu książek: kryminału od dwudziestej drugiej do pierwszej i taniego romansidła do trzeciej trzydzieści. Choć strach napędzał ją lepiej od dwóch kubków mocnej kawy, choć lęk o życie swoje, męża i trójki synów – w szczególności Daniela i Dominika, ponieważ znajdowali się na zewnątrz – uformował się w ciężki kamień, który osiadł na sercu, i choć panikowała na myśl o otaczających dom owadach, usnęła. Sen był niespokojny, ale spała. Zmęczenie okazało się silniejsze.

Grzegorz, gładząc Paulinę po kasztanowych włosach, przykrył ją żakardowym kocem. Wstał, starając się nie obudzić żony.

Wszyscy, oczywiście oprócz Pauliny, która spała, i Bartka, który nadal uważał, że łazienka to najlepsza – bo najbezpieczniejsza – kryjówka, udali się do kuchni. Usiedli przy stole, na którym stały dwie świeczki. Nie dawały wiele światła, ale wystarczająco, żeby można było prowadzić normalną rozmowę – widzieć swoje twarze, pomieszczenie. W salonie zostały trzy świeczki, Bartek był posiadaczem jednej. Grzegorz zostawił mu pudełko zapałek, na wypadek gdyby płomień zgasł.

– Mamy jakiś plan – zapytała Maria – czy po prostu czekamy?

Antoni wzruszył ramionami.

– Drzwi zablokowane, na policję nie zadzwonimy… Możemy chyba tylko czekać.

– Ale to czekanie – obruszyła się Maria – jest okropne. Mamy tu siedzieć w ciepełku i czekać, kiedy Daniel i Dominik są… tam?

– Niestety, ale to właśnie będziemy robić, ponieważ jesteśmy uwięzieni. I to na dobre. Poza tym – Antoni te słowa skierował do Grzegorza – myślę, że nasza pomoc, jakkolwiek miałaby wyglądać, byłby zbędna. Wiesz, oni musieli znaleźć sobie jakąś kryjówkę. To bystre chłopaki. Nie sądzę, żeby mieli kłopoty. Być może to właśnie my jesteśmy w gorszej sytuacji.

– Dlaczego nasz dom? – zapytał, ignorując wywód Antoniego.

– Hę?

– Są ich tysiące. Setki tysięcy. Otoczyli mój dom, jakby to była mała plastikowa chatka dla lalek.

– Nadal nie rozumiem…

– Są dwie możliwości. Grzegorz podniósł dwa palce do góry: środkowy i wskazujący. – Są ich setki tysięcy i otoczyli dom z jakiegoś konkretnego powodu, którego nie znamy. Warują przy drzwiach, tłuką w szyby. Nie wiem, czy chcą się dostać do środka, ale czegoś z pewnością chcą. To pierwsza możliwość. – W powietrzu został tylko palec wskazujący. – Druga jest… chyba jest straszniejsza. Chrabąszcze nie uwzięły się na mój dom, ale na każdy, na całą okolicę, być może całą wieś, a… a może panoszą się po jeszcze większym obszarze. Wiecie, co to oznacza?

Nowakowie byli skupieni i wyraźnie zastanawiali się nad odpowiedzią, jednak brak zrozumienia sprawiał, że wyglądali jak cielęta, które gapią się na wyryty w ziemi znak zapytania.

– To oznacza – kontynuował – że jest ich znacznie, znacznie więcej, niż myślimy. Są ich miliony. Więcej. Miliardy.

Twarze Marii i Antoniego, choć pomarańczowe w blasku świec, wyraźnie pobladły.

– Cholercia… – mruknął Antoni. – O tym nie pomyślałem.

– Czyli to jakaś plaga? – Maria przygryzła wargę. – Jak w Biblii?

Mężczyźni wzruszyli ramionami. Wszyscy byli skupieni, wyglądali tak, jakby się zastanawiali nad skomplikowanym równaniem matematycznym, które odmieni świat, jednak skupienie jedynie maskowało to, co przeważało w ich duszach – strach. Dłonie nerwowo obracające kubki z jeszcze gorącą i parującą herbatą zdradzały ich emocje.

– Jedno mnie zastanawia – mruknął Antoni. – Załóżmy, że jakoś tu wlezą… Wtoczy się ich tu cała chmara. Otoczą nas, obsaczą. A potem…? Przecież nas nie zjedzą. Nie gryzą, nie mają żądeł, nie są jadowite. Połaskoczą nas?

– Mogą nas przygnieść – rzuciła nieśmiało Maria. – Mogą?

Antoni wyraźnie się zasępił.

– Przygnieść, hę? Może…

– Drzwi stawiały opór… – zafrasował się Grzegorz.

– Rzeczywiście. Chrabąszcze są lekkie, ale jest ich więcej niż monet w skarbcu Sknerusa McKwacza.

Wszystkie okna zostały zamknięte i zakryte zasłonami, jednak zatrważający szelest przenikał do wnętrza domu, ciągle przypominając o obecności chrabąszczy.

Maria siorbnęła łyczek herbaty, Antoni przetarł oczy dłonią – był senny. Przypomniał sobie zimę sprzed parunastu lat, początek lutego, kiedy to utknął swoim białym polonezem w wielkiej hałdzie śniegu. Była to zawierucha stulecia. Śnieg sięgał do ud, jednak nadal padało i nie zanosiło się na poprawę. Na drogach było ślisko – Antoni przekonał się jak bardzo. Choć była to wiejska droga, choć była to noc, Antoni wiedział, że prędzej czy później ktoś się zjawi i wyciągnie go z zaspy. Sam by nie dał rady; koła kręciły się w miejscu. I choć wiedział, że nic mu nie grozi (miał trochę jedzenia, termos z kawą, a ubrany był, jak na wyprawę na Syberię), czuł się jak w pułapce. Spędził na poboczu wiejskiej drogi zaledwie kilka godzin, ponieważ kiedy już świtało, nadszedł ratunek – miejscowi, którzy użyczyli swych rąk, żeby wydobyć poloneza z zaspy. Antoni zapamiętał tamtą noc, zapamiętał ją dobrze. To było dobre wspomnienie. Nie wiedział czemu, ale tak właśnie to zapamiętał: dobrze. Jako małą nieplanową przygodę. Obawiał się, że noc, podczas której on, jego żona i sąsiedzi zostali uwięzieni w domu przez rój chrabąszczy, nie zostanie włożona do tej dobrej szufladki wspomnień. Ani nawet do neutralnej. Być może stanie się coś, myślał, co sprawi, że zapamiętam tę noc, jako najgorszą w moim życiu.

Grzegorz, wystraszony, podskoczył na krześle, słysząc dziwny, niepokojący głos z salonu, jednak po chwili zrozumiał, że to tylko niegłośne pochrapywanie Pauliny.

Szarańcza zjawiła się na ziemi egipskiej i opadła na cały kraj egipski tak licznie, że tak licznej szarańczy nie było dotąd ani nie będzie nigdy – zacytował Antoni, przypomniawszy sobie o zapytaniu swojej żony.

– To z Biblii? – zapytała, choć wiedziała, że tak właśnie jest.

– Mhm. Oczywiście nie słowo w słowo, ale znaczenie jest oczywiste. Ja tam nie wierzę w żadne zsyłane przez Boga plagi, ale niech jedno będzie jasne: raz zdarzyło się w Egipcie, więc i zdarzyć musiało się później. Padło na nas…

– Ale skąd tyle tego się wzięło? – dziwił się Grzegorz.

Maria nagle głośno westchnęła i w kuchni rozległo się głośne, ale krótkie och.

– Co, co? – zaciekawili się mężczyźni.

– Pamiętacie o tej sprawie ze Śląska sprzed paru lat? Chodziło o pszczoły… Nazwali to… – Pstryknęła parokrotnie palcami. – Jakimś balem… Bo wtedy właśnie…

– Czarno–żołtym balem Capote’a! – ryknął Antoni, klasnąwszy dłonią w kolano. – Nazwa wzięła się od czarno–białego balu Capote’a, który miał miejsce, hmm, chyba, zdaje się, pod koniec lat sześćdziesiątych. Taak, to był chyba sześćdziesiąt siódmy albo ósmy… Zebrała się cała śmietanka. Francja–elegancja. Ten, kto nie był zaproszony do Capote’a, trafiał do towarzyskiego lamusa.

– Właśnie, właśnie – podjął Grzegorz. – Parę lat temu… to był chyba dziewięćdziesiąty dziewiąty…?

Zgodne mruknięcie.

– Właśnie. Parę lat temu na Śląsku jacyś bogacze urządzili sobie wystawne przyjęcie, które, oczywiście, nie umywało się do balu Capote’a pod żadnym względem i o którym zapewne nikt by nie usłyszał, gdyby nie pszczoły.

– Pszczoły – bąknęła Maria. – Stąd czarno–żółty bal Capote’a.

– Tak – potwierdził Antoni. – Zebrała się cała śmietanka: przemysłowcy, przedstawiciele wielkich koncernów, aktorki i aktorzy, muzyczne gwiazdki, politycy… I cholera wie kto jeszcze.

– Boże – westchnęła Maria. – Pamiętam tamten dzień. Obudziłam się rano i włączyłam radio. Usłyszałam, że na Śląsku zginęło około czterdziestu osób. Jednak pokąszonych było znacznie więcej. Sześciuset? Tak, chyba tak.

Znów krótkie chrapnięcie z salonu. Paulina spała.

– Ofiary śmiertelne to głównie elita z przyjęcia, z kolei pokąszeni to przypadkowi ludzie w promieniu parunastu kilometrów od Dworu Węgierskiego – uzupełnił Grzegorz. – To właśnie tam odbyło się przyjęcie – dodał mężczyzna, widząc niezrozumienie na twarzach Nowaków. – Były ich tysiące. Oblepiły dworek, tak samo jak teraz otaczają mój dom chrabąszcze. Tylko że pszczoły potrafiły żądlić, a część z obecnych na przyjęciu była uczulona.

– Dlatego jesteśmy w lepszej sytuacji. – Antoni uśmiechnął się ponuro. – Poza tym my znajdujemy się w szczelnie zamkniętym domu, a oni tam, pijani, rozhulani, rozproszyli się po całej posiadłości, okna i drzwi były ciągle otwarte. Nic dziwnego, że pszczoły zrobiły swoje w paręnaście minut i ulotniły się tak samo szybko, jak przyleciały.

– Zrobiły swoje… – mruknęła Maria. – Ciekawe…

– Hm?

– Sporo było teorii spiskowych na ten temat. Trochę tego poczytałam… Na przykład jedna zakładała, że tak naprawdę to nie były pszczoły, a roboty, latające mikroroboty o wyglądzie pszczół, które zostały stworzone przez kogoś bogatego i wpływowego, kogoś, kto chciał zniszczyć swoich wrogów, i które zostały zaprogramowane, żeby zabić konkretnych ludzi.

– Bzdury – bąknął Antoni.

– Wiem, wiem. Przecież znaleziono setki martwych pszczół na terenie Dworu Węgierskiego i poza nim. Były zwykłymi pszczółkami, takimi, jakie je Pan Bóg stworzył. Ponadto nie ma, a tym bardziej wtedy nie było, technologii, które pozwoliłby stworzyć takie pszczoły–roboty. Takie, które latałby, żądliły i potrafiły rozróżnić cele.

– Jakiś debil to wymyślił. – Antoni był sceptykiem.

– Chociaż ta teoria ma jedną mocną stronę: cele. Zginęli tylko wpływowi ludzie. Wiecie, mam na myśli biznesmenów, polityków, właścicieli firm czy tam koncernów albo kompanii… Nie wiem, nie znam się na tym. To właśnie ci ludzie tam zginęli, a osoby im towarzyszące, mniej ważni goście, tacy, którzy mają forsę, ale nie wpływy, muzycy, kelnerzy, kierowcy, itd., byli omijani szerokim łukiem przez pszczoły. Czy to nie dziwne?

– Dziwne – zgodził się Grzegorz.

– Niektórzy – ciągnęła Maria – mówili, że to zemsta pszczół za zło, jakie wielkie koncerny wyrządziły środowisku, i ja, teraz, kiedy zostaliśmy otoczeni przez to paskudztwo, też tak sądzę.

– Coo? – zawył Antoni, a potem, zerknąwszy na okno, zniżył głos, jakby obawiał się, że hałas może zwabić owady do środka. – Bzdura i bełkot szmatławców, które zarabiają na naiwności ludzkiej. Hocki–klocki.

– To jak wyjaśnisz to, że jesteśmy otoczeni przez niezliczoną liczbę robali? Jak wyjaśnisz to, że wtedy, w dziewięćdziesiątym dziewiątym, zginęli sami ważniacy? Szychy, grube ryby. Bogacze, którzy dorobili się, nie dbając o środowisko. Tylko oni.

– Tak? A co z setkami pokąszonych wiele kilometrów od Dworu Węgierskiego?

Maria wzruszyła ramionami.

– Nie wiem. Nie wszystko da się zrozumieć.

– No właśnie. Dlatego, jeśli czegoś nie wiemy, nie powinniśmy wymyślać bajek. Prawda, że zginęli tam tylko, jak to określiłaś, ważniacy, ale to nie znaczy, że to zemsta owadów albo krucjata jakiegoś bogatego popaprańca.

– A jednak stało się. I musiał istnieć jakiś powód…

Maria i Antoni dyskutowali ze sobą jeszcze przez jakiś czas i, pochłonięci obroną własnych stanowisk, nie zauważyli, że każde ich słowo zaprzeczało temu, że Daniel i Dominik mogą wrócić cali i zdrowi do domu.

Paulina ciągle chrapała, chociaż charakterystyczne charczenie docierało do kuchni w postaci bardzo cichego odgłosu, ponieważ mieszało się z docierającym z zewnątrz szeleszczeniem chrabąszczy.

– Och – westchnęła Maria, spojrzawszy na zrezygnowaną twarz Grzegorza. – Chrabąszcze to nie pszczoły. Chłopaki dadzą sobie radę.

– Oczywiście, że tak! – Antoni łupnął pięścią w stół. – Założę się, że tam, gdzie znajdują się twoi chłopcy, nie ma tych parszywych robali. Jak bum–cyk–cyk. Zapalicie?

Zanim Antoni wyjął z kieszeni koszulki zapalniczkę i paczkę papierosów, Maria i Grzegorz, zdawszy sobie sprawę, że tego właśnie im trzeba, potwierdzili, że tak, z wielką chęcią sobie zapalą. Niespełna minutę później cała trójka raczyła się ukraińskimi kiepami, które Antoni kupił nielegalnie na giełdzie. Kuchnia wypełniła się dymem. Maria, choć nie paliła, przyzwyczaiła się do dymu tytoniowego, ponieważ mieszkała przez pół życia pod jednym dachem z nałogowym palaczem. Raczyła się papierosami okazjonalnie. Grzegorz, w którego płucach dym tytoniowy zagościł paręnaście razy w całym jego życiu, ciągle pokasływał. Za popielniczkę służyło im plastikowe pudełko po maślanych ciasteczkach.

– Myślicie – zaczął Grzegorz po paru dłuższych chwilach milczenia – że te dwie sprawy naprawdę mają ze sobą coś wspólnego?

– Ee – zaprzeczył Antoni. – Chrabąszcze nijak mają się do pszczół. To tak, jakby porównywać jamnika z bażantem.

Maria nie wyraziła swojej opinii, nie sądziła nawet, że ją ma. Przecież nawet nie wiedziała, co stało się wtedy, podczas czarno–żółtego balu Capote’a. Dlaczego cały rój pszczół zjawił się znikąd i uczynił Dwór Węgierski sławnym? Nie wiedziała również, dlaczego chrabąszcze obłapiają dom sąsiada, w którym miała nieprzyjemność się znaleźć. Mikroroboty? Nie, na pewno nie. Zemsta? Słodka zemsta owadów wymierzona w największych – jeśli chodzi o Polskę – trucicieli Ziemi? Być może. To bardziej prawdopodobne. Niektóre elementy pasowały, inne nie. Na przykład, dlaczego chrabąszcze miałby mścić się na…

– Och – westchnęła, zrozumiawszy. A przynajmniej wydawało jej się, że zrozumiała, ponieważ nie miała pewności. Jeśli niektóre sprawy się nie wyjaśnią, pomyślała, nie będę mieć pewności nigdy. Jednak odpowiedź, która objawiła się w jej głowie, niczym Jezus swoim uczniom na jeziorze podczas sztormu, była zaskakująco prosta – choć przerażała – i pasowała do wydarzeń sprzed pięciu lat – do nieszczęsnego czarno–żółtego balu, podczas którego zginęło około czterdziestu osób i ponad dziesięć razy więcej zostało rannych (użądlonych). Obawiała się, że ma rację, i bardzo, bardzo nie chciała, aby tym razem sprawy poszły równie źle, co poprzednio.

– Co się stało? – zapytał Grzegorz, wypuściwszy dym z ust.

– Och, nic takiego. Coś mi się przypomniało… Nieważne… Pamiętacie może, kto wtedy zginął? W dziewięćdziesiątym dziewiątym?

Z salonu nie dobiegało już chrapanie. Grzegorz zastanawiał się, czy Paulina się obudziła, czy może po prostu przekręciła na bok. Na boku, jak zauważył podczas trzynastoletniego małżeństwa, nie chrapała. Na plecach – owszem.

– Mhm, sporo ich było… Z czego ćwierć to politycy, jeśli się nie mylę.

– Nie mylisz się – potwierdził Grzegorz, strzepując popiół do plastikowego pudełeczka. – Największą obecną na przyjęciu szychą wśród polityków był minister środowiska. Tokarczuk? Chyba tak… Paru posłów, paru senatorów.

– To prawda. Ale wtedy, w pierwszej połowie dziewięćdziesiątego dziewiątego, to był minister ochrony środowiska i leśnictwa, mam rację? Dopiero potem zmienili… Poza tym zapomniałeś o prezydentach Wrocławia i Katowic.

– Tak właściwie, to co oni tak robili? – zapytała Maria. – Ci połowie i wszyscy inni…

Antoni wzruszył ramionami.

– Może znajomi? Może mieli jakieś sprawy do załatwienia? Cholera ich wie, przecież to politycy.

Nowakowie, wypaliwszy swoje papierosy aż do filtrów, równocześnie wgnietli je w zaimprowizowaną popielniczkę.

Antoni, nie chcąc dłużej rozmawiać o pechowym przyjęciu, które miało miejsce pięć lat temu, zmienił temat, pytając się, czy Bartek na pewno musi siedzieć sam na górze.

– On chce tam być. Mówi, że to najbezpieczniejsze miejsce w domu, bo nie ma okien.

– Hehe, bystry chłopak.

– Poza tym jest z Apaczem.

– Cóż… – Antoni zaśmiał się, trochę fałszywie, bez wesołości. – Może też wleźlibyśmy do kibla? – zażartował.

Grzegorz zdusił papierosa w pudełeczku.

Maria, ciągle trawiąc swoją małą teoryjkę, ale nie chcąc jej ujawniać, postanowiła ciągnąć temat w taki sposób, żeby nikt się nie domyślił, że naprawdę może chodzić o zemstę i że ona w to wierzy.

– A reszta zabitych? Ci bogacze?

– Co z nimi? – zapytał Grzegorz, chociaż tak naprawdę nie obchodzili go politycy. Cały czas myślał o zaginionych synach, którzy nie mieli tyle szczęście co ich brat, ukryty, bezpieczny w domu, w łazience. Musieli czatować gdzieś na zewnątrz. Może są wiele kilometrów od domu, myślał, przecież lubili zapuszczać się na wąskie, nieznane drogi. Może tam nie ma chrabąszczy? Jednak Daniel i Dominik musieli wiedzieć o robactwu otaczającym dom. W innym wypadku by wrócili. Może wracali i, widząc czarno–brązowo–białą bryłę zamiast własnego domu o czystych pobielonych ścianach i czerwonym dachu, musieli zarządzić taktyczny odwrót. Gdzie? Jak najdalej. Może tak właśnie było, dumał. A może nie zdążyli? Jeśli żyją i jeśli są dostatecznie daleko od tego plugastwa, przetrwają tę noc. Przecież jest ciepło, a bez wody tych parę godzin wytrzymają… Poza tym, jeśli oczywiście zdołali oddalić się od roju, mogli zapukać do losowo wybranych drzwi. Przecież nikt nie odmówiłby im pomocy.

– Nic – odparła Maria. – Po prostu zastanawiam się, co tak bardzo mogło rozeźlić te pszczoły.

– Niektóre dzienniki – zaczął Antoni – mówiły, że mogło chodzić o coś w powietrzu, co zdenerwowało owady. Nie wiem, czy to prawda…

– Perfumy? – rzuciła Maria. – A może zapach jakichś dań?

– Nie przesadzajmy. Nie sądzę, żeby istniały takie perfumy czy potrawy, które mogłyby skupić tysiące okolicznych pszczół w jeden wielki rój, który uderzyłby w źródło zapachu. Chociaż ci bogacze mogli sobie pozwolić na jakieś wyrafinowane, może egzotyczne, nie wiem, nie znam się, perfumy. Przecież ten od środowiska, minister, podobno dostał w łapę, i to grube tysiące, za pozwolenie na wycinkę drzew tam, gdzie żyły jakieś zagrożone gatunki czy coś. Nie pamiętam… A Bielicki, ten od węgla, sprzedał jedną ze swoich kopalń Czechom. Bo i po co miał trzymać? Interes podupadał, węgiel przecież coraz mniej opłacalny… Bielicki pozbył się gówna. Nasmrodził, nasmrodził, potem sprzedał i mógł żyć jak książę na zamku. Tylko że on akurat miał pokaźny dworek na Śląsku.

– Ale umarł – skwitowała Maria. – Zabity przez pszczoły.

– Zabity przez pszczoły – potwierdził Antoni.

Grzegorz zmarszczył brwi, nadstawił ucha.

– O co chodzi? – zapytał Antoni.

– Cicho – syknął w odpowiedzi.

Szelest, który wówczas dobiegał tylko z zewnątrz i który był wszechobecny, tak jak dźwięk pracujących silników samochodów w centrum miasta lub gwar ludzi w centrum handlowym albo na lotnisku, urósł w siłę i natężył się, jednak nie dlatego, ponieważ chrabąszczy było coraz więcej. Szelest stał się wyraźniejszy, ponieważ powstało nowe źródło hałasu: salon.

Maria, zrozumiawszy, co się dzieje, zakryła usta dłonią, żeby stłumić krzyk, chociaż nie wiedziała, czemu ma nie robić hałasu, skoro one i tak są już w środku. Antoni, chociaż nie miał zamiaru krzyczeć, mimowolnie jęknął.

Szelest narastał, a więc, myślał Grzegorz, chrabąszcze dopiero wdzierają się do środka albo liczba tych, które są już wewnątrz, rośnie. Kiedy zorientował, co się dzieje, pozostał zaskakująco opanowany. Nie chciał krzyczeć jak Maria i nie jęknął jak Antoni, chociaż to jego żona znajdowała się w salonie, czyli tam, gdzie prawdopodobnie dostały się owady. Jednak opanowanie miało swoje granice, ponieważ w pierwszym odruchu mężczyzna chciał się rzucić ku drzwiom, przebiec przez korytarz, wpaść do salonu, złapać swoją żonę za rękę i uciekać, uciekać jak najdalej. Chociaż walczyć też mógł, ale nie wiedział jak.

Antoni, spojrzawszy na Grzegorza, zadał nieme pytanie.

Jak one, do cholery, się tu dostały?

Kominek, pomyślał Grzegorz. Zbeształ się w myślach za własną głupotę. Robale musiały wejść przez komin. Wystarczyło zamknąć drzwiczki. I może dla pewności przysunąć jakąś szafkę albo komódkę…

Maria sięgnęła po swoją żółtą torebkę i po chwili wyciągnęła z niej dezodorant w spreju, demonstrując go z lekkim uśmiechem na ustach mężczyznom. Nie zrozumieli od razu, jednak widząc dziki błysk w oku Marii, domyślili się, do czego ma służyć dezodorant. Grzegorz wyciągnął rękę i chwycił biało–różową puszkę. Prawie pełna, ocenił. Następnie zgarnął ze stołu zapalniczkę Antoniego, niemal strącając na podłogę swój kubek z herbatą.  

 

***

 

Bartek jako sześcioletnie dziecko był nad wyraz czuły na krzywdę innych – oczywiście nie biorąc pod uwagę owadów, dla których nie miał litości – i rozumiał co to cierpienie. Wiedział, co można robić, a czego nie można. Kiwając się na desce klozetowej, zrozumiał, że znęcanie się nad chrabąszczami zdecydowanie należało do tej drugiej kategorii, a nawet – jeśli założymy istnienie takiej – trzeciej kategorii – najgorszej, tabu – takiej, do której będą się zaliczać rzeczy niepomiernie złe. Od tego dnia, myślał Bartek, wszystko co związane z chrabąszczami jest fu. Nie znał słowa kategoria, ale fu było dostatecznie dobrym określeniem na rzecz, od której miał trzymać się z daleka. Choć odczuwał drobne wyrzuty sumienia i równie niewielkie poczucie winy z powodu rozgniatania chrabąszczy, nie obwiniał się za to, co się stało, choć przeszła mu przez głowę myśl, że chrabąszcze przyszły po niego, żeby go ukarać na zło, jakie wyrządził. Nie obwiniał się, ponieważ nadal nie widział w małych robaczkach istot rozumnych. Jednak wiedział, że są groźne, że mogą zrobić mu coś złego i że są fu.

Bartek, gdyby nie natychmiastowa karma, prawdopodobnie znęcałby się nad chrabąszczami jeszcze kilka sezonów, może nawet – tak jak jego starszy brat Daniel – do jedenastego roku życia. Jednak po tym, co się stało, poprzysiągł sobie – co prawda w miejscu niezbyt odpowiednim do składania przysiąg (przecież ciągle znajdował się w łazience) – że już nigdy w życiu nie skrzywdzi żadnego stworzonka, nawet najmniejszego, no chyba że – przysięga zawierała kruczek – chodziłoby o jego życie. Wtedy musiałby się bronić.

Chłopiec, zsunąwszy z nóg adidasy, ułożył stopy w skarpetkach na miękkim futrze Apacza, który spał snem sprawiedliwego. Wody nie brakowało; zlew i kran były na wyciągnięcie ręki, a więc Bartek nie odczuwał pragnienia. Żeby się napić, musiał jedynie ułożyć dłonie w łódeczkę. Zastanawiał się nad zawołaniem rodziców, żeby przynieśli mu jego plastikowy kubeczek z Kubusiem Puchatkiem, jednak, obawiając się, że krzyk w tej sytuacji może przynieść same szkody, postanowił się powstrzymać. W końcu picie za pomocą dłoni nie było takie złe. Głód, który zaczął odczuwać godzinę wcześniej, skłaniał go do skorzystania z przywileju sześcioletniego dziecka, którym były nielimitowane skargi i żale na niedogodności. Przecież, gdyby tylko zawołał, dostałby nie tylko kubek, który mógłby wypełnić kranówą. Dostałby kubek wypełniony sokiem! A jedzenie? W lodówce znajdowało się jeszcze masło orzechowe, które, choć w małych ilościach – Bartek był pewny, że słoik jest prawie opróżniony – wraz z chlebem tostowym zaspokoiłoby jego głód.

Ciągle rozmyślał o tym, co robił małym chrząszczom zaledwie przed paroma godzinami. I przed rokiem. Nieprzyjemne rzeczy, ocenił. Zajmowanie się od dłuższego czasu jedną kwestią – chrabąszczami – uczyniło go sennym, dlatego postanowił opuścić swoją wartę i poddać się, podobnie jak Apacz, zmęczeniu, Chociaż w wypadku drzemiącego kundla chodziło raczej o psią naturę i zwykłe lenistwo.

Grzegorz, zaglądając wcześniej do syna, zdumiał się, zobaczywszy jak bardzo Apacz jest spokojny. Zastanawiał się, czemu pies nie szczeka, nie wyje, nie skomle, nie warczy, nie kuli ogona… Przecież dom otaczała chmura chrabąszczy, która prawdopodobnie chciała wedrzeć się do środka i, zakładając najgorsze, zabić – chociaż Grzegorz nie wiedział dlaczego i w jaki sposób – wszystkich domowników. Pies powinien szczekać, ocenił.

Jedna świeca, ułożona bezpośrednio na umywalce, wystarczyła, żeby dokładnie oświetlić całą łazienkę. Wszak pomieszczenie było niewielkie. Wosk kapał i zasychał na białej ceramice. Bartkowi podobało się, kiedy długimi zimowymi wieczorami w domu nie było prądu. Wtedy Paulina czytała mu bądź opowiadała straszne – jak dla sześciolatka – historyjki, a świece tworzyły odpowiedni nastrój. Jednak tej nocy Bartek wolałby zwykłe światło, jakie daje żarówka, ponieważ płomień świecy nie tylko przypominał mu o strasznych historyjkach mamy, ale też rzucał na błękitne płytki tajemnicze, niepokojące, igrające z wyobraźnią cienie. Co i rusz miał wrażenie, że do pomieszczenia wlazł obrzydliwy robal albo – o zgrozo – kilka robali. A przecież tylko kręcił głową, wiercił się na desce, machał w powietrzu nogami.

I właśnie wtedy – kiedy po raz kolejny dał się nabrać na podłą sztuczkę wyobraźni, kiedy, poruszywszy głową, zobaczył na ścianie ruszające się coś, zapewne robala – usłyszał krzyk, dobiegający z parteru, gdzie znajdowali się jego rodzice i państwo Nowakowie. Podskoczył na desce. Najpierw uświadomił sobie, że w łazience nie ma żadnego chrabąszcza, że to tylko, po raz kolejny, jego wyobraźnia. Cienie. Tylko cienie. Jednak krzyk był realny i dochodził z dołu. Był prawie na sto procent pewien, że to krzyczała jego mama. Jednocześnie z pojawieniem się gęsiej skórki, włoski przybrały pozycję pionową.

Apacz, który obudził się, gdy tylko usłyszał wrzask, szczeknął niepewnie, jakby nie wiedział, czy kweres był jedynie elementem jego snu, czy też cząstką szalonego, szalonego świata, w którym chrabąszcze stadnie atakowały ludzkie domy. Zaczął plątać się pod nogami chłopca i stukać psykiem w drzwi, dając znać, że chce wyjść na zewnątrz i sprawdzić, co się dzieje. Słyszał nerwowe głosy, dochodzące z dołu, a więc to nie mógł być sen. Jego Pani była w niebezpieczeństwie. Szczeknął parokrotnie, patrząc to na drzwi, to na Bartka.

– Spokojnie – szepnął chłopiec, choć sam był zdenerwowany. – Nie możemy tam wyjść.

Jednak sam miał ochotę popędzić co tchu na dół i sprawdzić, czy jego mamie nic się nie stało.

Apacz słyszał również niepokojące szeleszczenie, które nie dobiegało już tylko z zewnątrz – jak do tej pory – ale także z dołu. Warczał i szczekał na przemian.

Bartek przełknął ślinę i położył spoconą dłoń na klamce.

– Idziemy – powiedział.

 

***

 

Kiedy wszyscy znajdowali się w kuchni (albo łazience) i dyskutowali o czarno–żółtym balu Capote’a, palili papierosy i pili herbatę, Paulina spała na kanapie, przykryta kocem, z głową opartą o zagłówek, i choć miała powody, żeby śnić koszmary, jej drzemka była spokojna i niczym nie zmącona. Pominąwszy oczywiście pobudkę, która przypominała scenę z horroru. Przez sen cały czas słyszała szelest owadów, który dobiegał z zewnątrz, jednak po pewnym czasie nasilił się, jakby był bliżej. I rzeczywiście – kiedy otworzyła oczy, ujrzała zbite w jedno ciało setki, a może nawet tysiące chrabąszczy, które pochylały się nad nią, niczym lekarze doglądający pacjenta przed operacją. Początkowo nie potrafiła określić, co widzi, szczególnie, że w salonie panował półmrok, a jednym źródłem światła było kilka rozstawionych tu i ówdzie świec. Krzyknęła. Przeciągle, przeraźliwie. Przypominało to trochę wrzask nastolatki, która zobaczyła pająka albo ćmę.

Teraz stała tuż przy oknie, plecami dotykała białych firanek. Krzyczała, ponieważ chrabąszcze zbliżały się do niej i przypierały ją do ściany. Krzyk przeszedł w rozpaczliwy ni to jęk, ni to płacz. Nie wiedziała, co przerażało ją bardziej: to, że chrabąszcze najwyraźniej chciały zrobić jej coś złego, czy to, że skupiły się w podłużny wijący się sznur o długości dwóch metrów. Robale, stłoczone, zbite, ułożone w jedność, przypominały ogromnego węża, który za chwilę miał zaatakować są ofiarę. Paulina, choć przerażona, choć świadoma, że prawdopodobnie umrze za kilka chwil (chociaż nie wiedziała, w jaki sposób chrabąszcze mogą ją uśmiercić), zdawała sobie sprawę, że takie ułożenie, taka organizacja owadów (przecież utworzyły ze swoich ciał wielkiego węża!) oznaczały ogromną inteligencję.

Z kominka wylatywały i wychodziły kolejne sztuki, zasilając szeregi swoich kompanów. Niektóre z tych, które dopiero co znalazły się w salonie, dołączały się do dwumetrowego węża, czyniąc go większym i potężniejszym, inne zaczęły rozlatywać się po całym domu, a pozostałe… Pozostałe gromadziły się i zbijały, tworząc kolejne ciało, które zapewne miało utworzyć kolejnego węża. Lub coś innego.

Grzegorz, dzierżąc w lewej dłoni dezodorant i w prawej zapalniczkę, wpadł do salonu niczym sportowiec przekraczający metę. Krzyk Pauliny był przeraźliwy i dlatego bał się, że coś jej się stało. Choć był teraz wyposażony w broń – amatorski mini miotacz ognia – klął w duchu, że stracił cenne sekundy na częściowo przemyślaną akcję. W pierwszym odruchu chciał po prostu wybiec z kuchni. Miał nadzieję, że te sekundy nie okazały się kluczowe, jeśli chodzi o życie Pauliny. Nie wybaczyłby sobie. Biegnąc, naciągnął ścięgno w prawej nodze, jednak, w przypływie strachu i malutkiej dawki adrenaliny, nie poczuł tego. Antoni i Maria byli tuż za nim.

Cała trójka przekroczyła próg salonu. Nagle się zatrzymali (Antoni z małym opóźnieniem, ponieważ wpadł na sąsiada), nie mogąc uwierzyć, że to, co widzą, jest realne. Grzegorz przygotował prowizoryczną broń, nieznacznie unosząc ją do góry – na wysokość twarzy. Pociągnął kciukiem po zapalniczce, wysunął rękę do przodu. Puszkę z dezodorantem trzymał tuż przy twarzy, mając przygotowany palec wskazujący na przycisku. Nie wiedział, jak długi i szeroki będzie płomień, jednak miał nadzieję, że wystarczający, żeby zabić te robale, które dostały się już do środka. Potem będzie mógł zamknąć okap, blokując wejście. Żaden chrabąszcz nie dostanie się już do środka. Jednak dopóki na linii ognia znajdowała się Paulina, Grzegorz nie mógł użyć broni.

W salonie było ciemno. Cztery świeczki – dwie na stoliku przy kanapie (środek pomieszczenia), na której spała Paulina, jedna na małym taborecie przy oknie i wreszcie jedna na małej komódce przy ścianie przeciwległej balkonowi i oknom – nie mogły dostatecznie oświetlić dużego, bo o powierzchni dwudziestu sześciu metrów kwadratowych pomieszczenia.

Paulina zauważyła męża. Grzegorz widział, jak bardzo chciała uciec od chrabąszczy, jednak zbyt bardzo się bała albo nie chciała ryzykować. Dlatego jedynie cofała się w stronę okna, zmniejszając swoje terytorium. Mężczyzna wiedział, że musi ją uratować – stanąć pomiędzy nią, a chrabąszczami.

– Paulina! – krzyknął, doskoczył do niej w paru krokach i odepchnął do tyłu.

„Wąż” miał jakieś siedemdziesiąt–osiemdziesiąt centymetrów w obwodzie, jednak kiedy Grzegorz pojawił się przed Pauliną, rozszerzył się – chrabąszcze powiększyły przestrzeń między sobą, oddalając się od siebie. Chrabąszczowy stwór przypominał teraz kota, który jeży sierść na widok psa. Jednak trwało to zaledwie parę sekund, ponieważ ciało znów powróciło do pierwotnego kształtu.

Paulina złapała męża za przegub, jednak ten uwolnił rękę, chcąc wymierzyć w potwora prowizoryczną bronią.

Tymczasem Nowakowie nadal znajdowali się tuż przy wejściu do salonu, skuleni, przestraszeni, wyraźnie starsi niż wskazywałby na to ich wiek. Antoni spostrzegł, że chrabąszcze, które wlatują przez otwór kominka, tworzą nowe ciało, jednak nie przypominało ono tego pierwszego – węża – ponieważ nie było podłużne, a kuliste. Chrabąszcze, nadlatujące lub dreptające ku kuli, przypominały opiłki żelaza, które przyciąga magnes. Nowe ciało powiększało swoje rozmiary i masę w zaskakująco szybkim tempie; miało już niespełna metr średnicy. Antoni zaklął, uświadamiając sobie, że to on musi ominąć potwora numer dwa – kuliste, tłuste bydlę – i zamknąć drzwiczki kominka. Wahał się jednak, ponieważ kula stawała się coraz większa i blokowała mu drogę.

Te chrabąszcze, które stanowiły głowę węża, wlepiały swoje czarne, psute małe oczka w twarz Grzegorza. Mężczyzna wyciągnął przed siebie zapalniczkę, pociągnął po niej kciukiem i przygotował dezodorant.

– To dobry pomysł? – zapytała szeptem Paulina, tuląc się do Grzegorza i odciągając go do tyłu, chociaż za nimi znajdowało się jedynie okno i parapet.

Wąż miał już metr w obwodzie i jakieś dwa i pół metra długości; górował nad Grzegorzem, mierzącym do niego z dezodorantu. Szeleszczenie przeszło w grzechotanie. Gdyby Gajewscy i Nowakowie nie byli tak przerażeni, doszliby do wniosku, że grzechotanie jest wynikiem obijania się o siebie chrabąszczy, ich brązowych pancerzy.

Maria nadal stała w progu i obserwowała jak jej mąż powoli rusza, żeby ominąć rosnącą kulę i zamknąć kominek, przez który wciąż i wciąż wyłaziły kolejne owady. Im więcej robali znajdowało się w domu, tym mniejsze mieli szanse.

Paulina wcisnęła swoje łopatki w drewniany, pomalowany lakierem parapet, na którym zgrabnie ułożyła się firanka i na którym stały w doniczkach dwie agawy. Bała się, że kiedy Grzegorz zaatakuje –wciśnie guzik, rozpylając dezodorant, który pod wpływem ciepła z zapalniczki zamieni się w morderczy płomień – zaatakują i robale.

W salonie było nad wyraz cicho. Ani Nowakowie, ani Gajewscy nie krzyczeli, jedynie szurali butami po panelach, jednak szuranie i tak tonęło w cichym, ale ostrzegawczym szeleście i grzechotaniu chrabąszczy.

Paulina, chociaż znajdowała się w niebezpieczeństwie, ciągle myślała o swoich synach, którzy znajdowali się na zewnątrz. Zastanawiała się, jak oni, mali chłopcy, mogli przetrwać tam, gdzie w powietrzu krążyły miliony tych obrzydliwych stworzeń, które przyleciały niewiadomo skąd i nie wiadomo po co, skoro zaledwie parę tysięcy sztuk sterroryzowało czwórkę dorosłych ludzi i to w dodatku na ich własnym terenie. Wczepiona w ramię Grzegorza, rzuciła okiem w stronę Nowaków. Maria dygotała ze strachu w progu salonu, jednak Antoni nie stał bezczynnie: powoli zmierzał w stronę kominka, żeby odciąć drogę owadom. Mądrze. Musiał jednak, zauważyła, przedrzeć się przez kolejnego potwora – ogromną kulę. Miała nadzieję, że zanim chrabąszcze skończą się gromadzić, Antoni dopnie swego. Wróciła jednak do bliższego problemu: wąż nadal chwiał się w powietrzu, wlepiając tysiące małych czarnych złowieszczych oczek w nią i jej męża. Mógł zaatakować w każdej chwili, a jego szybkość, Paulina nie miała wątpliwości, musiała być zatrważająca; Grzegorz nie zdążyłby nawet pomyśleć o tym, żeby nacisnąć cholerny przycisk na biało–różowej puszce dezodorantu.

Antoni znajdował się pół metra od rosnącej w siłę – masę i rozmiary – kulę, która przecież mogła go zaatakować, zanim zbliży się do kominka, od którego dzieliło go jeszcze ponad trzy metry. Szedł powoli, spokojnie, wiedział, że pośpiech, choć wskazany, mógł mu też zaszkodzić. Nie stawiał kroków, raczej sunął po podłodze. Zadowolony, że chrząszcze nie reagują, sunął dalej. Był już całkiem niedaleko i wierzył, że uda mu się zatrzasnąć drzwiczki i zakończyć sprawę. Chociaż nie do końca, bo przecież nawet jeśli mu się uda, nadal będą musieli rozprawić się z robalami, które znajdują się wewnątrz domu. Kula jedynie wibrowała, dygotała, pulsowała, szeleściła i grzechotała, jednak nie zrobiła niczego, co przeszkodziłoby Antoniemu w zamknięciu drzwiczek.

– Uda mu się, uda – szeptała Maria i sama nie wiedziała, czy to modlitwa, słowa otuchy, czy wrażenie jakie odniosła, patrząc to na męża, to na kotłowisko chrabąszczy.

Grzegorz trwał z wyprostowanymi ramionami i był gotów na atak. Podobnie jak Paulina zerkał na Antoniego, chcąc zobaczyć, czy uda mu się zablokować wejście. Postanowił, że nie zaatakuje, dopóki Antoni nie opuści okapu, ponieważ nie wiedział, w jaki sposób zachowają się pozostałe chrabąszcze, widząc, że ich towarzysze zostali spaleni. Na razie owady pozostawały bierne. A to przecież mogło się zmienić. Ich inercja i spokój zaciekawiły mężczyznę. Przecież to owady, które non–stop obijają się o coś. A te tutaj, zlepione, trwały w bezruchu, wibrując jedynie.

Cała sytuacja przypominała film – western, do którego zostały zaproszone chrabąszcze, ale nie z normalnego świata, tylko nierealnego, fantasy, w którym te owady były popieprzonymi wariatami atakującymi ludzi i ich domy. Grzegorz pojedynkował się z wężem – na razie jedynie na spojrzenia – a w tle, żeby było ciekawej, Antoni wypełniał arcyważną misję.

Paulina, trzęsąc się ze strachu o swoje, jej męża i zaginionych dzieci życie, zupełnie zapomniała, że w łazience na górze znajduje się Bartek, który przecież mógł usłyszeć krzyk. Zaklęła szpetnie w myślach. A co, pomyślała, jeśli tu zlezie? Jednak jeśli chłopiec okaże rozsądek, zaczeka w łazience, która rzeczywiście była dobrą kryjówką, i pozostanie bezpieczny. Solidne drzwi, brak okien, woda w pakiecie. Co prawda były tam wywietrzniki, jednak żaden chrabąszcz nie przecisnąłby się przez nie. Gorzej, zafrasowała się Paulina, jeśli Bartek nie opuści łazienki, a my zginiemy. Zostanie tam uwięziony, bo przecież chrabąszcze nie opuszczą domu. Jednak na razie należało uporać się z bieżącymi problemami, które rosły i rosły.

Tu i ówdzie latały pojedyncze sztuki, ścinając powietrze i obijając się o meble, ściany, sufit i podłogę.

Antoni był już bardzo blisko i miał wielką ochotę przyspieszyć, zamknąć z hukiem drzwiczki, które zapewne wyeliminowałby parę owadów, przygniatając je, i krzyknąć: „No i co, szmaciarze? Kto tu rządzi?”. Jednak wolał nie ryzykować i nadal szedł – sunął – jednostajnie, powoli, a końcowy okrzyk postanowił zachować dla siebie. Przecież chrabąszcze – te chrabąszcze – bez wątpienia były inteligentne i nie wiadomo, co rozumiały, a czego nie. Być może wpadłby w furię, słysząc obelgę. Antoni znajdował się już tak blisko, że chrabąszcze, które wylatywały lub wyłaziły z kominka, wpadały mu na twarz, ramiona i klatkę piersiową. Musiał mrużyć oczy. Jego stopy w skórzanych sandałach utonęły w jeziorku owadów. Gdyby nie sunął po podłodze, a stawiał zwykłe kroki, rozdeptałby całe mnóstwo chrząszczy. Nie wiedział, czy w takim wypadku wąż i kula nadal pozostałby bierne. Ale… Już, już niedaleko. Musiał się skupić.

– Och, uda mu się – westchnęła Maria.

Grzegorz bał się spuszczać z oczu drgającego potwora, jednak nie mógł się powstrzymać – musiał wiedzieć, czy Antoniemu się udało.

Kula miała już półtora metra średnicy.

Antoni, co parę chwil obracał się za siebie, żeby sprawdzić, czy ubita masa, którą miał za plecami, nie szykuje się, żeby go zaatakować. Nie. A przynajmniej jeszcze nie. Powoli przesuwał stopy po panelach. Okap miał na wyciągnięcie ręki.

Kominek był z zewnątrz obłożony płaskim kamieniem o szarym kolorze, w środku znajdowało się parę kloców drewna, które o tej porze roku pełniły jedynie funkcję dekoracyjną. Obok, w metalowym pojemniku czarny, długi pogrzebacz zachęcał, aby chwycić go w dłonie i uderzyć w sam środek kuli. Albo węża. Antoni otarł pot z czoła i po raz ostatni zerknął przez ramię. Pulsująca, drżąca kula, która grzechotała i grzechotała, i grzechotała. Zerknął na Marię, była przerażona, jednak na jej twarzy malowała się nadzieja – wierzyła w niego, wierzyła, że uda mu się zagrodzić wejście temu obrzydlistwu. Nie miał zamiaru jej zawieść. Kiedy spojrzał na Grzegorza, ten jedynie lekko, prawie niezauważalnie kiwnął głową. Wąż, choć oczy miał wszędzie (był wszak zbudowany z chrabąszczy), łeb miał zwrócony ku Grzegorzowi; to, co działo się przy kominku, było drugorzędne. Chociaż łeb to nie do końca dobre określenie, ponieważ wąż nie miał otworu gębowego, ani, co za tym idzie, języka i kłów. Jednak jeden z końców – ten górujący nad Grzegorzem – był grubszy i szerszy, a to oznaczało, że miał przypominać właśnie głowę płaza.

Paulina zamknęła oczy i wtuliła głowę w bark Grzegorza.

Antoni chwycił za okrągłą gałkę prostokątnych drzwiczek wykonanych ze stali żaroodpornej (mała szybka również była żaroodporna). Nie był pewien, czy usłyszał westchnienie – och – które towarzyszyło mu przez większość życia. To Maria… jednak dlaczego miałaby wzdychać… Nie był pewien, ponieważ coś rąbnęło go w plecy i uderzył głową o ścianę obłożoną szarymi kamieniami. Drzwiczki… drzwiczki chyba pozostały otwarte. Upadł na ziemię, zgniatając sporą ilość chrząszczy. Trzymał się za głowę.

Maria i Paulina wrzasnęły. Nawet nie zauważyły, kiedy ogromna, ciężka kula runęła na Antoniego, przygniatając go do ściany i pozbawiając przytomności. W jednej chwili kula – ociężała, bezwładna, zachowująca się niczym plastelina na słońcu – nagle uniosła się – zawisła jakieś pięć centymetrów nad panelami (był to ułamek sekundy) – i ruszyła z prędkością, jakiej nikt by się nie spodziewał. O ile ktokolwiek zastanawiałby się nad tym, jaką prędkość może osiągnąć kula złożona z chrabąszczy. Stało się – z inercji w działanie.

Wąż, w przeciwieństwie do kuli, nie zmienił swojej postawy: nadal wpatrywał się w zlęknionych Gajewskich.

Maria chciała podbiec do nieprzytomnego męża, jednak kula unosiła się tuż nad nim. Zaczęła opadać.

– Dosyć tego – syknął Grzegorz i nacisnął przycisk.

Potem wszystko potoczyło się szybko.

Płomień – długi na trzydzieści–czterdzieści centymetrów – uderzył prosto w psyk stwora, który, próbując zrobić unik, zatoczył się. Mały płomień, którym Daniel spopielił chrabąszcza o zachodzie słońca, był jedynie preludium do tego, czego miały doznać chrabąszcze od ognia. Dziesiątki płonących chrabąszczy zaczęły oddzielać się od węża i opadać na podłogę. Stwór przypominał budynek, w którym panoszył się ogień i który był u kresu wytrzymałości.

– Zaraz się zawali! – ktoś mógłby zawołać, widząc spadające na ziemię kawałki gruzu.

Z wężem było podobnie – każdy chrabąszcz, który „odklejał się”, powodował, że ciało było słabsze. Jednak owady miały i na to sposób. Kiedy Grzegorz nacierał na stwora, kiedy omiatał go ogniem, kiedy wybijał w nim dziury, ten rozsypał się na tysiąc kawałków – każdy chrabąszcz znów żył własnym życiem. U stóp mężczyzny pozostał pokaźny stosik spopielonych bądź płonących jeszcze owadów.

A potem…

– Och, cholera – jęknęła Paulina.

Rozbite puzzle znów zaczęły przybierać formę kilka metrów dalej, tuż przy kuli, która nadal wisiała nad Antonim. Grzegorz wiedział, że teraz punktowany będzie refleks – musiał być szybszy. Dobiegł do zbierającego się z powrotem do kupy stwora i znów zaatakował ogniem. Starał się dotrzeć wszędzie, jednak głównie skupił się na gębie, choć nie wiedział czemu. Może podświadomie czuł, że to tam zebrały się najinteligentniejsze osobniki, sterujące pozostałymi.

Zwyciężyłby i tym razem, ponieważ osaczył węża – płonęły wszystkie chrabąszcze będące „skórą” (chociaż te w środku pozostawały nietknięte) – który skurczył się i zmniejszył swoje gabaryty o połowę, jednak nie wziął pod uwagę kuli, która powaliła i pozbawiła przytomności Antoniego. Natarła na niego, jak byk na torreadora na arenie. Wściekle, z furią, gwałtownie. Mężczyzna runął na podłogę i przejechał po niej parę metrów. Paulina krzyknęła i dobiegła do męża. Objęła dłońmi jego twarz i z niemałą ulgą zobaczyła, że nic mu nie jest. Grzegorz szybko się pozbierał – stał na nogach i znów był gotów do ataku. Jednak… Nie miał już ani zapalniczki, ani dezodorantu. Obydwa przedmioty przepadły, kiedy zaatakowała go kula.

Jedna ze świec – ta na komódce przy ścianie – pod wpływem podmuchów, jakie tworzyły się za sprawą szalejących owadów, zgasła. Pozostały już tylko trzy zapalone świece; zrobiło się jeszcze ciemniej niż przedtem.

Z chrabąszczy, na które runął Antoni i które zginęły pod wpływem jego ciężaru, wypływała biała, lepka substancja. Pozostałe owady oddaliły się od nieprzytomnego mężczyzny.

Kiedy kula zaatakowała Grzegorza, Maria mogła wreszcie sprawdzić, czy nic się nie stało Antoniemu. Dopadła do niego i zauważyła na jego czole pękniętą skórę i krew, która pokrywała również panele i mieszała się z białą mazią. Mężczyzna stęknął, dochodził do siebie. Drzwiczki, wyszeptał. Maria spojrzała na kominek, którego drzwiczki nadal były otwarte, a chrabąszcze ciągle wyłaziły i wylatywały, wyłaziły i wylatywały. Zamknęłaby je, gdyby nie ponowna interwencja kuli, która podzieliła się na dwie części – na dwie mniejsze kule. Jedna pozostała przy Grzegorzu i Pauliny, żeby ich pilnować, a druga rąbnęła Marię w plecy, tak że upadła, a powietrze wyleciało jej z płuc. Jednak nie straciła przytomności.

Wąż uformował się po raz trzeci; był znacznie mniejszy niż przedtem.

Zapalniczka, zauważył Grzegorz, leżała przy drzwiach balkonowych. Zdecydowanie za daleko, tym bardziej że dezodorant znajdował się na drugim krańcu pokoju – przy komodzie, na której stała zgaszona przez owady świeczka.

Chrabąszcze, które wylatywały z kominka, wczepiały się w węża, czyniąc go większym.

Sytuacja wcale nie była korzystna. Grzegorz i Paulina tulili się do siebie, pilnowani przez jedną z połów kuli, a Antoni i Maria, obolali i leżący na ziemi – przez drugą połowę.

Wtedy ze schodów zbiegł Bartek, a zaraz za nim – Apacz. Obaj przeleźli przez korytarz i zobaczyli osaczonych dorosłych.

– Nie – szepnęła Paulina, bardziej do siebie niż do syna. – Uciekaj na górę! – krzyknęła. – Szybko! Do łazienki!

Bartek, widząc dwie złożone z chrabąszczy kule i takiej samej budowy węża, wcale nie miał zamiaru protestować (chociaż wiedział, że jego rodzice i państwo Nowakowie mają poważne, poważne kłopoty) i chciał uciekać na górę, żeby zabarykadować się w bezpiecznej łazience, jednak płaz był o wiele, wiele szybszy. Dopadł do chłopca, niczym głodny do chleba, osaczył go, jednak nie atakował; wpatrywał się jedynie tysiącem drobnych czarnych oczek, podobnie jak wcześniej w Grzegorza.

– Nie! – krzyknęła Paulina, próbując wyrwać się z objęć męża.

Apacz szczeknął na węża, niepewnie, ciszej niż zwykle to czyni, ze strachem w oczach. Kilka chrabąszczy, które do tej pory latały po pomieszczeniu bez wyraźniejszego celu, zawisło tuż przy psyku zwierzęcia i, napierając na niego, zagoniło do kąta. Apacz, skomląc, dał się przyprzeć do ściany zaledwie kilku owadom. Nie był tchórzem, ale te owady przerażały go, sprawiały, że chciał położyć się na podłodze i schować psyk pod łapami. Bał się o swoich właścicieli, jednak musiał zrobić to, co mu kazano. Do kąta! i nie waż się ruszyć. Zrobił to.

Owady szeleściły, drgały i grzechotały. Wpatrywały się w pechową piątkę, jakby nie wiedziały, z czym mają do czynienia.

Paulina i Grzegorz przeciwko kuli. Antoni i Maria przeciwko kuli. Bartek przeciw wężowi.

I trwali tak, cała piątka, w bezruchu, z szalejącymi sercami w piersiach, nie wiedząc, co się z nimi stanie, dopóki Bartek nie usłyszał w głowie głosu.

Jutro w nocy.

Przeraził się nie na żarty. Spojrzał pytająco na rodziców, jednak ci wyglądali zupełnie tak jak on sam – przestraszeni. Głos był silny, ale Bartek mimo to nie wiedział, skąd dochodzi. Gdzieś w głowie. Głos był potężny i dziwny – głośny i nieludzki. Bartek zorientował się, że to inny język, jednak słowa zrozumiał.

Jutro w nocy.

Jutro w nocy, co? Nie wiedział. Chciało mu się płakać i chciał do mamy. Jednak został osaczony przez dziwnego stwora i w dodatku słyszał głos w głowie. Za dużo jak na jedną noc. Przecież miał zaledwie sześć lat i nigdy w życiu nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo; zawsze miał przy sobie rodziców, którzy mogliby mu pomóc. Teraz nie. Teraz był sam.

I kiedy już usłyszał te słowa – te trzy krótkie słowa – wszystko minęło. Dwie kule i wąż rozsypały się niczym zamki z piasku pod nogami wrzeszczących dzieci. Część chrabąszczy runęła na podłogę, a potem wzleciała; część od razu zawisła w powietrzu. Nie było już przeraźliwego węża ani zadziwiających w swej szybkości i gwałtowności kul; pozostały jedynie chrabąszcze, które wypełniły całe pomieszczenie. Zgasły kolejne dwie świeczki i pozostała zapalona tylko jedna, przez co Gajewscy nie widzieli już twarzy swojego syna, tylko ciemną sylwetkę pośród czarnych unoszących się w powietrzu punkcików.

Paulina wyrwała się z objęć męża i pobiegła do Bartka. Grzegorz ruszył za nią. Nowakowie z otwartymi ustawi obserwowali wirujące w powietrzu owady, które… które zaczęły wylatywać przez kominek! Uciekają, pomyślał Antoni. Nie. Po prostu odchodzą, poprawił się. Paulina wpadła na syna z taką siłą, że obydwoje omal nie opadli na podłogę. Przytuliła go i oboje skulili się na ziemi, próbując w ten sposób uchronić się przed wszechobecnymi owadami. Grzegorz znalazł się przy synu chwilę później.

Po dwóch minutach powietrzny taniec został zakończony: wszystkie chrabąszcze opuściły dom, a cała piątka (razem z Apaczem szóstka) nie była już zagrożona.

Paulina płakała, trochę ze szczęścia (przecież byli cali i zdrowi), trochę z powodu sytuacji, w jakiej została postawiona. Ponadto nadal nie wiedziała, co z Danielem i Dominikiem.

Na podłodze leżało kilkaset sztuk martwych i prawie martwych chrabąszczy. Niektóre zostały spopielone, inne, konając, przebierały w powietrzu odnóżami, jakby chciały wstać i unieść się w powietrze po raz ostatni w życiu.

Bartek też płakał. Przecież miał tylko sześć lat.

Maria wstała, podniosła z ziemi zapaliczkę i zaczęła zapalać zgaszone świeczki. Kiedy przystawiła płomień pod knot ostatniej, zdarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał, a co, jak się później okazało, ucieszyło i równie mocno zmartwiło wszystkich obecnych. Rozległo się przeciągłe dzyyyyyń.

– Co do cholery? – mruknął Antoni, wciąż leżący na podłodze.

I ponownie. Dzyyyyyń!

Ktoś dzwonił do drzwi, uświadomili sobie wszyscy równocześnie.

Grzegorz podbiegł do drzwi frontowych i wyjrzał przez szybę, jednak było ciemno, więc nie zobaczył niczego prócz czerni nocy. Przekręcił dwukrotnie klucz w zamku i ostrożnie i powoli otworzył drzwi. Rzucił się do przodu i przytulił chłopca.

– Nic ci nie jest? – zapytał po chwili.

– Nie – odparł Dominik. – Ale one zabrały Daniela.

 

 

***

 

 

Minęły cztery dni od ataku chrabąszczy na kilka małych, sąsiadujących ze sobą wsi w województwie świętokrzyskim. Choć Nowakowie i Gajewscy przeżyli horror w domu tych ostatnich, tamtej nocy miały miejsce inne, równie przerażające wydarzenia. Na przykład Barbara Borowka – właśnie ta, która sączyła piwo pod parasolem z czerwonymi kwiatami maku na materiale wraz z Antonim, Pauliną, Marią i Grzegorzem i która opuściła towarzystwo zanim z zachodu nadleciał rój chrabąszczy – musiała zmierzyć się z innym, ale równie zapalczywym w walce stadkiem owadów. Choć oznajmiła, że idzie prosto do domu, do męża, zatrzymała się, żeby porozmawiać z sąsiadką, która również poniosła śmierć, jednak bezpośrednią przyczyną nie były chrabąszcze. Można powiedzieć, że pomogły jej umrzeć.

Stopy w klapkach mlaskały po ciepłym asfalcie. Barbara, pokonawszy połowę drogi do domu – było to niecałe sto metrów – myślała, czym tego wieczoru poczęstować męża. Może już będzie upity, myślała. Wtedy szpryca. Jeśli nie, sama naleje mu taniej whiskey i wrzuci kilka tabletek. Nigdy nie czuł różnicy. Truła go powoli, ale skuteczne, ponieważ zaczął uskarżać się na wątrobę. Chociaż to mógł być efekt jego alkoholizmu… Tak czy inaczej, myślała, w końcu wykituje.

Gdyby od razu poszła do domu, żeby wstrzyknąć nieprzytomnemu mężowi szprycę albo dosypać mu kilka pigułek do szklanki, zamiast zatrzymywać się przy płocie starej, bo siedemdziesięciodziewięcioletniej sąsiadki, uniknęła by bolesnej – ale za to szybkiej, oj, bardzo szybkiej – śmierci. Zdążyłby zatrzasnąć drzwi i przekręcić dwukrotnie klucz w zamku. Zdążyłaby zamknąć wszystkie okna. Kominka na szczęście państwo Borowkowie nie mieli. Jednak wolała pogadać z sąsiadką – Janką dla zmarłego już męża, Janiną dla całej reszty ludzkości. Rozmowa była krótka, zaledwie pięciominutowa, jednak to wystarczyło, aby z zachodu zdążyły nadlecieć chrabąszcze. Barbara pożegnała sąsiadkę i ruszyła w stronę domu, mając zachód za plecami. Nie widziała więc ogromnej chmury owadów, która miała unieść ją do góry, najpierw na wysokość pięciu metrów, potem, kiedy pierwsza próba okazała się niewystarczająca – Barbara załamała tylko nogę i trzy palce u lewej ręki oraz obtłukła głowę – na wysokość dwudziestu dwóch metrów. Krzycząc, uderzyła stopami w asfalt. Rozgruchotała kostki, a następnie kolana i biodra. Głowa uderzyła z ogromnym impetem o podłoże, żebra wbiła się w płuca. Nawet nie wiedziała, co się dzieje. Po prostu coś uniosło ją do góry – dwukrotnie – i puściło, żeby mogła upaść na ziemię – dwukrotnie. Za drugim razem umarła.

Mąż Barbary – Heniek dla wszystkich – również by przeżył, gdyby nie leżał nieprzytomny na kanapie. Przecież zauważyłby rój owadów i czym prędzej zaryglował wszystkie okna. Jednak był pijany. Owady wleciały najpierw do domu. Potem, przez otwarte usta mężczyzny – do jego płuc. Heniek, który był podtruwany przez żonę od dwóch miesięcy (przecież wszystko miało wyglądać na zwykły alkoholizm!; nie mógł umrzeć ot tak…), udusił się. Sekcja tak wykazała. W płucach mężczyzny znaleziono kilkadziesiąt sztuk chrząszczy z gatunku melolontha melolontha – chrabąszcz majowy.

Janina, ślamazarnym, wolnym krokiem oddaliła się od płotu. Zamknęła za sobą drzwi, zdjęła buty z grymasem bólu na twarzy, usiadła na bordowym fotelu z szenilu w salonie i włączyła telewizor. Pół godziny przed snem. Zawsze. Czasami – ale rzadko – pozwalała sobie nawet na godzinę telewizji przed snem! Tym razem miały to być zaledwie dwie minuty. Obejrzała jedynie urywek z relacji na temat ataku dziwnego stworzenia nad Bałtykiem. Nikt nie umarł – tyle zdążyła się dowiedzieć. Ponieważ wieczór był ciepły, okno – na swoje nieszczęście – pozostawiła otwarte. Wleciały – oczywiście, że tak, nie mogło być inaczej – chrabąszcze, które utworzyły węża – mniejszego niż ten w domu Gajewskich, ale nadal sporych rozmiarów (metr dwadzieścia długości, sześćdziesiąt centymetrów w obwodzie). Wąż uformował się półtora metra przed fotelem, w którego oparcie wtuliła się zlękniona staruszka. Owady patrzyły na kobietę swoimi mały, czarnymi oczkami i oceniały. Janina, która jeszcze piętnaście lat temu, mając lat sześćdziesiąt cztery, wrzuciła do jeziora worek z czterema mały kociętami i która, mając lat pięćdziesiąt dziewięć, zaciukała niechcianego psa kijem (potem zrobiła z niego pasztet – i zjadła go – a reszki wrzuciła świniom do koryta), umarła tamtej tajemniczej nocy na zawał serca. Chrabąszcze nie musiały nawet unosić jej do góry i opuszać na twardy grunt, aż umrze; nie musiały wlatywać do jej płuc, żeby się udusiła. Wystarczył widok węża utworzonego z setek robali. Janina poczuła na piersi ogromny głaz, żyły jakby skurczyły się, ciało zesztywniało. Umarła w fotelu, mając przed sobą stwora jakiego w życiu nie widziała, a jeszcze dalej – w telewizji – innego, tego, który sterroryzował Bałtyk.

Na terenie kilu wsi podobnych sytuacji było wiele. Zaginęły trzy osoby – w tym jedenastoletni Daniel – a zamordowanych – zamordowanych, bo nikt nie miał wątpliwości, że chrabąszcze zrobiły to z premedytacją, ba, nawet z zimną satysfakcją – zostało osób trzydzieści jeden.

Cztery dni, które minęły od ataku chrząszczy i śmierci trzydziestu jeden osób, nie wystarczyły, żeby ludzie mogli się pozbierać, uwierzyć bądź pogodzić. Przecież to był zmasowany atak owadów!

Cztery dni od agresji, od fantastycznych wydarzeń, od śmierci. Cztery dni od zaginięcia jedenastoletniego Daniela. I dwa dni… dwa dni od momentu jego odnalezienia. Tak, chłopiec odnalazł się – poobijany, zziębnięty, wygłodzony, ale chyba najbardziej przerażony – w lesie. Wpadł, a raczej wtoczył się, wprost na ekipę poszukiwawczą i mamrotał coś o roju i gigantycznym owadzie. Wszyscy mu przytakiwali, że tak, rozumieją, że też widzieli ten rój, bo przecież robale tamtej nocy znalazły się również na ich domach. Uspokajali chłopca. Też je widzieliśmy, mówili.

– Niee – mruknął rozdygotany Daniel. – Ten był duży.

Jednak nic więcej nie powiedział, ponieważ usnął. Dwóch mężczyzn – byli to sąsiedzi Gajewskich, którzy pomagali przy poszukiwaniach – zawiadomili Grzegorza, że ich syn odnalazł się i jest cały i zdrowy, chociaż trochę poobijany i trzeba go nakarmić. Zawieźli go domu, a potem wrócili do pozostałych w lesie; mieli przecież jeszcze do znalezienia dwie pozostałe zaginione osoby: szesnastoletnią dziewczynę i pięćdziesięcioletniego nauczyciela matematyki. Szanse na ich odszukanie malały, jednak jedenastoletni Daniel przyniósł wszystkim nadzieję i siły do dalszego penetrowania lasu, przybocznych rowów, pól, zagajników i innych miejsc, w których mogli by przebywać (może nadal się ukrywali, myśląc, że chrabąszcze nie odleciały?).

Media tej wiosny żyły dwoma wydarzeniami: atakiem chrabąszczy na południowym zachodzie Polski i pojawieniem się dziwnego stwora nad Bałtykiem. Choć owady uśmierciły trzydzieści jeden osób, a potwór, który wyłonił się z morza – Kraken, tak go nazwali – zaledwie jedną, obie te sprawy były równie głośne, przerażające i przyciągały przed telewizory tak samo wielu widzów.

Cóż… Oprócz ataku chrabąszczy i Krakena miał miejsce jeszcze jeden incydent, równie tajemniczy, niespodziewany i przykry w skutkach. Biorąc pod uwagę miejsce katastrofy, nie było możliwości o przypadku. A przynajmniej tak twierdziły media. Chodziło przecież o samolot pasażerski, który rozbił się niedaleko miejsca, w którym pojawił się rój chrabąszczy – dwadzieścia kilometrów od jądra burzy owadów, zaledwie pięć kilometrów od zewnętrznej granicy okręgu.

Paulina nie mogła wiedzieć, że to samolot, który obserwowała podczas zachodu słońca, jednak była pewna, że to właśnie ten. Bo ile samolotów przelatuje między dziewiętnastą trzydzieści a dwudziestą nad tak małą powierzchnią? Tego Paulina również nie wiedziała, ale odpowiedź była bardzo prosta: mało. Prawdopodobnie tylko jeden. Musiał to być więc samolot, który przelatywał nad jej głową, kiedy ta szła do domu, żeby ukryć się przed chrabąszczami – jeszcze nie rojem, ale pojedynczymi, normalnymi osobnikami, które po prostu, jak nakazywał zwyczaj, zaczęły się gromadzić w maju wieczorową porą.

W katastrofie zginęli wszyscy, którzy znaleźni się na pokładzie: pasażerowie, stewardessy i piloci. Łącznie sto dwanaście osób. Nie dało się tego uniknąć, ponieważ kiedy silniki przestały działać (jeszcze tego nie sprawdzono, ale jaki mógł być inny powód katastrofy, jeśli nie niedziałające silniki?) można było zrobić tylko jedno: lądować. Jednak w pobliżu nie było żadnych lotnisk. Tylko wsie, wąskie drogi, niskie zabudowania, pola, lasy. Piloci zachowali rozsądek i skierowali maszynę na rozległą polanę, gdzie nie mógł ucierpieć nikt inny oprócz nich samych i pasażerów.

Po wysłuchaniu czarnych skrzynek miało się okazać, że winnymi katastrofy były… chrabąszcze. Rój, który wleciał wprost w silniki. Było podobnie jak w dwa tysiące dziewiątym roku, kiedy w silniki Airbusa A320 uderzyły ptaki. Tylko że piloci nie mieli na podorędziu rzeki Hudson, na której mogli by wylądować. Kiedy Kapitan Małkiewicz zauważył na niebie rój, zawołał „Chrabąszcze”, tak samo jak w dwa tysiące dziewiątym Sullenberger krzyknął „Ptaki”. I było jasne, że tamtej nocy owady pozbawiły życia nie trzydzieści jeden osób, a sto czterdzieści trzy.

Później zastanawiano się, jak chrząszcze zdołały wznieść się na wysokość sześciu tysięcy metrów. Oczywiście każdy uznałby to za niemożliwe, nawet po przesłuchaniu taśm z czarnej skrzynki, jednak to, co działo się tamtej nocy na ziemi, rozwiało wszelkie wątpliwości. Nikt nie wątpił, że kapitan Małkiewicz kilkanaście minut przed swoją śmiercią powiedział prawdę. „Co to jest?” – słowa do drugiego pilota. „To… to chyba jakiś rój” – odpowiedź. A potem jedno słowo, które przeszło do historii – „Chrabąszcze”.

 

 

***

 

Bartek padał z nóg. Dzień wcale nie było spokojniejszy od pełnej emocji nocy, jednak, na szczęście, chrabąszczy już nie było, jedynie policjanci, potem więcej policjantów, potem ludzie w garniturach, a nawet kombinezonach. Chłopiec nie wiedział, czego ci ludzie chcieli, ale musiał się pogodzić, że przez następnych kilka dni będą jego chlebem powszednim. Ciągle zadawali pytania jego rodzicom, sąsiadom, Danielowi, a nawet jemu – sześciolatkowi. Zajęła się nim jakaś kobieta, która wypytywała go o zajścia minionej nocy. Nie była nachalna. Miła, ocenił Bartek, i ładnie pachnie. A więc udzielał odpowiedzi na wcale nie tak trudne pytania miłej pani, która ładnie pachniała.

Ile ich widziałeś? Owadów?

Otoczyły cały dom. A potem były w środku.

Musiałeś się bardzo bać.

Przytaknięcie.

Wiesz, co to był za gatunek?

Chrabąszcze.

Taak. Mówiłeś też coś o wężu. Pojawił się przed, czy już po pojawieniu się chrabąszczy? A może równocześnie?

Nie. Chrabąszcze były wężem.

Och, rozumiem.

I chociaż nie rozumiała, zadawała kolejne pytania. A Bartek odpowiadał na nie, mając nadzieję, że nie zawiedzie pani, która była dla niego miła i w dodatku ładnie pachniała.

Jego rodzice nie mieli tyle szczęścia, ponieważ byli nachalnie zalewani pytaniami i to nie od jednej osoby. Najpierw powiedzieli wszystko policji, potem poważnym ludziom w garniturach, następnie kolejnej parce, również w garniturach.

Po domu kręcili się jacyś ludzie i wrzucali szczątki potraktowanych dezodorantem owadów do plastikowych woreczków.

Po południu przyszedł Antoni i powiedział, że u niego też byli, jednak nie w takiej ilości. Przecież na jego dom nie natarło stado chrabąszczy i nie zaginął mu syn.

Grupa poszukiwawcza, w której skład wchodziło kilku policjantów i psów policyjnych oraz całe stadko zorganizowanych i chętnych do pomocy sąsiadów, ruszyła, żeby szukać chłopca i dwójkę innych zaginionych. Grzegorz, który też chciał iść, został przekonany przez policjanta ubranego po cywilnemu, że bardziej przyda się tutaj, na miejscu.

– Spójrz na żonę – powiedział. – Musisz się nią zaopiekować. I pilnować synów, którzy są w domu. Będą cię jeszcze wypytywać. Wiem, że to męczące i pewnie, według ciebie, bezcelowe, jednak, uwierz, być może właśnie to pomoże odnaleźć nam twojego syna. Na pewno jest gdzieś niedaleko. Znajdą go.

I Grzegorz został tego dnia w domu, żeby pocieszać wciąż płaczącą Paulinę i żeby odpowiadać ciągle na te same pytania, tylko innym ludziom. W mundurach i w garniturach. Jednak w nocy wraz z Antonim dołączył do grupy poszukiwawczej. I następnego dnia również. Nie spał dwie doby i to go wykończyło. Musiał położyć się spać. I właśnie tej nocy, kiedy leżał w swoim łóżku, zadzwonił telefon. Kolejny. Jednak tym razem to były dobre wiadomości, ponieważ w słuchawce usłyszał głos swojego sąsiada, który oznajmił mu, że mają go, mają Daniela, jest cały i zdrowy, jedynie trochę wygłodniały i poobijany, ale to nic, ponieważ już, już dają mu jeść i już, już wiozą go domu, do matki i ojca.

Jedenastolatek, kiedy zobaczył rodziców, zaczął płakać i mówił, że już nigdy, nigdy w życiu nie podpali żadnego chrabąszcza i nie tylko. Nie tknie już żadnego owada.

Jemu też zadawali pytania.

– Spotkałem go w lesie – mówił. – Miał dwa metry wysokości i mówił do mnie przez myśli. W innym języku, ale go rozumiałem.

Grzegorz i Paulina uwierzyli synowi, chociaż nie potrafili sobie wyobrazić, że gdzieś w lesie znajduje się dwumetrowy robal, który porozumiewa się za pomocą telepatii.

– A potem, kiedy… kiedy skończył ze mną, znaczy się, skończył ze mną rozmawiać, powiedział, że mogę iść. Tak po prostu. I zacząłem biec. Naprawdę, mamo, nie kłamię.

– Wiem, kochanie – uspokoiła go, gładząc po głowie. – Wiem, że nie kłamiesz.

Bartek tym bardziej wiedział, że jego brat  mówi prawdę. Usłyszał przecież głos w głowie, kiedy wąż wpatrywał się w jego oczy.

Jutro.

Wszystko się zgadzało: obcy, ale zrozumiały język, słowa w głowie, drgający głos. Ale to nie wszystko. Bartek wierzył bratu nie tylko dlatego, ponieważ on tak powiedział, ale także z powodu…

– Co ci powiedział? – zapytał Bartek Daniela.

– Myślę, że to samo, co tobie.

Bartek westchnął, był zdziwiony.

– Widziałem cię – rzekł jedenastolatek. – Byłeś tam, zanim on pozwolił mi odejść i zanim znalazła mnie ekipa poszukiwawcza. Widziałem cię – podsumował. A potem, po chwili namysłu, dodał jeszcze: – Dlaczego? Dlaczego, do jasnej cholery, tam polazłeś?

Daniel zazwyczaj nie przeklinał, jednak w tej sytuacji… Kiedy świat stanął na głowie… Czemu, do cholery jasnej, by nie?

– W nocy, sam? Skąd wiedziałeś, co tam będzie?

Bartek zastanowił się przez chwilę.

– Kiedy one tu wleciały, usłyszałem w głowie głos.

Jutro.

– Jutro, usłyszałem, jednak nie wiedziałem, o co chodzi i kto to mówi. Dopiero kolejnej nocy poczułem, że muszę iść do lasu. Nie wiem, czemu. Bałem się. Bardzo się bałem. A tam w lesie, posiusiałem spodnie. – Łzy pociekły po policzkach Bartka. – Było ciemno i myślałem, że się zgubiłem.

– Ale on nie dał by ci się zgubić – stwierdził Daniel, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.

– Chyba nie – chlipnął Bartek. – Naprawdę mnie widziałeś? Dlaczego nic nie powiedziałeś?

– Pięć minut przed tym, jak się pojawiłeś, kazał mi się schować. Wiesz, tam był pagórek, a na nim różne krzaki i takie tam. Powiedział, że mam tam iść i być cicho. Powiedział, że zaraz zobaczę coś, co mnie ucieszy, ale mam być cicho, inaczej… wiesz. On… To… Tobie też To postawiło ultimatum?

– Co?

– Groziło ci? Że… że zrobi ci coś złego, jeśli nie zgodzisz się jego warunki?

– Mhm.

– I zgodziłeś się, tak? Eh, tak. Przecież by cię tu nie było. Tak samo jak mnie. Obaj się zgodziliśmy.

– Mhm.

Daniel spojrzał na brata z podziwem.

– Nadal nie wierzę, że tam polazłeś. Sam, po ciemku. I to jeszcze noc później, po tym jak zaatakował was rój chrabąszczy.

Bartek wzruszył obojętnie ramionami.

– Tata mówił, że one dostały się do środka. – Daniel uważnie, bardzo uważnie spojrzał na brata. – A więc dlaczego cię nie porwały? Tylko dały instrukcję z informacją, jak masz postępować?

– Nie wiem – szepnął.

– Wlazły do środka… – mruknął Daniel. – Mogły robić, co tylko chciały…

– Tak. I zrobiły węża. Co się z tobą działo przez te dwa dni?

– Już mówiłem. Razem z Dominikiem wracaliśmy do domu, a mnie chwyciło coś za koszulkę. Darłem się jak szalony, ale to nie pomagało, ponieważ nadal unosiłem się do góry. W dole został mój rower, który wpadł do rowu…

… i który później znalazła policja, wysłuchawszy relacji średniego z trójki braci.

–… i Dominik, zdziwiony, przestraszony, ale nadal pedałujący. Jego nie chwyciły, więc mógł uciekać. I dobrze zrobił. Zrzuciły mnie w lesie, na jakieś krzaki. Trochę się poobijałem, ale to nic… Błądziłem całą noc, potem połowę następnego dnia, aż napotkałem To. Powiedział… Wiesz, co powiedział… A potem mnie wypuścił. Błąkałem się przez następne… nawet nie wiem ile godzin, aż mnie znaleźli.

Bartek ze zrozumieniem pokiwał głową.

– Teraz ty – rzekł Daniel.

– Co ja? – zapytał zdziwiony Bartek.

– Opowiedz swoją historię.

Chłopiec nabrał powietrza w płuca i westchnął, głośno, przeciągle, jakby był zmęczonym życiem sześćdziesięciolatkiem, a nie młodym, sześcioletnim dzieckiem, które powinno bawić się żołnierzami Action Man albo miniaturowymi ciężarówkami.

– Bawiłem się na trawniku z Apaczem. A potem usłyszałem „Bam”.

 

 

***

 

I Bartek opowiedział bratu o tym, jak wszyscy musieli się schować w domu przed rojem, jak znalazł sobie w łaziance bezpieczną kryjówkę, ale musiał ją opuścić, jak owady wdarły się do środka i przekształciły w węża i dwie kule, jak usłyszał w głowie jedno słowo – jutro – jak chrabąszcze opuściły dom, wylatując przez kominek i wreszcie jak stado robali odkleiło się od pobielonych ścian po to, żeby móc odlecieć i rozproszyć się po całej Polsce, a może nawet Europie. Tego Bartek nie wiedział. Po nocy, kiedy dom Gajewskich był wypełniony chrabąszczami, nadszedł dzień i dom znów był wypełniony, tylko że tym razem nie ogromnym rojem owadów, a małym stadkiem służbowych, którzy zachodzili w głowę, co się stało, dlaczego ci ludzie obwieścili, że chrabąszcze utworzyły z własnych ciał wielkiego węża, i gdzie to się podział ich najstarszy syn.

– Porwały go chrabąszcze – ciągle, z uporem i brakiem cierpliwości tłumaczył Dominik policjantom, którzy niedowierzali jego wersji. Przecież owady nie mogły unieść w powietrze człowieka, nawet jeśli chodziło o jedenastolatka, który, wynikało z opisu i ze zdjęć, był chudziutki jak patyk. Jednak kiedy znaleziono pierwsze zwłoki, a potem kolejne i kolejne, aż doliczono się trzydziestu jeden ciał – rozpłaszczonych na ziemi albo uśmierconych w inny sposób – policja uwierzyła w wersję chłopca. Tak musiało być: bracia wracali do domu z parogodzinnego wypadu na rowerach i jednego z nich chwyciły za materiał koszulki i spodenek chrabąszcze, uniosły go w górę, a następnie – prawdopodobnie – opuściły na asfalt i pozbawiły życia. Przecież tak stało się z aż osiemnastoma ofiarami – zrzuceni na ziemię z dużej wysokości. Jednak policja nie mogła znaleźć ani chłopca, ani jego ciała.

Dominik dokładnie opisał, co zdarzyło się wtedy, o zachodzie słońca, na drodze, kiedy wracali z lasu. Jednego tylko nie wiedział: gdzie chrabąszcze poniosły jego brata. Domyślał się jedynie, że w stronę lasu i to właśnie powiedział policji. Jednak zaznaczył, że tego nie widział i tak mu się tylko wydaje. Dziewięciolatek wyjaśnił także, co się z nim działo przez połowę nocy. Otóż przesiedział kilka godzin na przyczepie w garażu na własnym podwórku. Kiedy dotarł do bramy, jego rodzicie i brat wraz z Nowakami znajdowali się już wewnątrz domu, a chrabąszcze obłapiały budynek, jednak nie było ich na tyle, żeby nie mógł wleźć do garażu przez uchylone drzwi. Oczywiście chciał dostać się do domu, a nie garażu, jednak kiedy tylko zeskoczył z sidełka, ujrzał, że cała ściana frontowa domu była pokryta owadami. Polazł więc do garażu z szarej blachy i przeczekał natarcie. Słyszał jak chrabąszcze odlatują – szeleszczenie intensywniejsze niż dotychczas, a potem oddalające się, coraz bardziej niewyraźne, – i wiedział, że może wrócić do domu, do rodziców, ponieważ był pewien, że na drzwiach frontowych nie znajdzie nawet jednego robala, który mógłby mu nie pozwolić wejść do środka.

Bartek przez cały dzień pałętał się po pomieszczeniach i korytarzach bez większego celu; obserwował policjantów, którzy zadawali pytania, zbierali próbki, robili zdjęcia. Kiedy wyjrzał przez okno, ujrzał nawet dziennikarzy, którzy zrozumieli, że mają przed nosem temat miesiąca, a może nawet roku. Konkurencją było jedynie wydarzenie znad Bałtyku. Ale to nie dla nich – za daleko. Sześciolatek przytulał się co i rusz do płaczącej matki, która walczyła z myślą, że jej syn może nie żyć.

O godzinie dwudziestej pięćdziesiąt trzy Bartek zrozumiał, co miał na myśli głos w jego głowie, mówiący jutro. On – ten głos – chciał, żeby Bartek następnej nocy udał się do lasu. Bartek poczuł się tak, jakby ktoś włożył mu do głowy odpowiedź na wcześniej zadane pytanie. Element, który należało połączyć z innym elementem. Najpierw, w domu, pod czujnym „okiem” węża usłyszał jedno słowo – jutro – a potem, kiedy już leżał w łóżku, zostało ono uzupełnione. Tylko że w jego głowie nie pojawił się ten dziwny, drżący, nieludzki głos; wydawało mu się, że to on sam rozwiązał zagadkę, nawet nie szukając odpowiedzi. Bo nie szukał, nie próbował zrozumieć, co znaczyło to jedno słowo. Chciał zapomnieć. Jednak nie udało mu się, ponieważ leżąc pod rozgrzaną jego własnym ciałem kołderką, zrozumiał.

Las! Chodziło o las.

Jutro i las.

Wiedział, że głos z jego głowy chciał, aby on, Bartek, poszedł do lasu. W zwykłych okolicznościach chłopiec przekręciłby się na drugi bok, próbując zapomnieć o dziwnych myślach, które przychodzą mu do głowy, jednak to nie były zwykłe okoliczności. Czuł, że musi tam pójść. Być może nie było to nawet odczucie, ponieważ Bartek miał wrażenie, że to nie on jest panem swojego własnego ciała. Jakby ktoś nagiął jego wolę, żeby tańczył, jak mu zagrają.

Najciszej jak potrafił, ubrał się, poczłapał na parter, a następnie wymknął z domu. Miał szczęście, że wszyscy spali, chociaż odniósł wrażenie, że ktoś, prawdopodobnie jego tata, nie. Ale to bez znaczenia, ponieważ nikt nie zauważył jego nieobecności.

Bartek chwycił swój malutki, zielony rowerek, którym wyjechał przez skrzypiącą furtkę (syknął, myśląc, że obudził połowę ludzi w promieniu kilkudziesięciu metrów), i skierował się do lasu. To tylko parę kilometrów… Pedałował szybko, drogę rozświetlał mu żółty snop padający z małego reflektora na dynamo. Serce biło mu tak, jak nigdy w życiu, nawet kiedy usłyszał przeraźliwy krzyk matki, a jego osaczył ogromny wąż. Nie wiedział, dlaczego boi się tak bardzo. Może czuł, że zbliża się do czegoś, czego nie widział jeszcze w swoim całym – choć krótkim – życiu.

Kiedy dotarł do ściany lasu, porzucił swój zielony rowerek i zdał się na własne nogi, które miały go nieść przez kolejne trzy kilometry na miękkiej ściółce pomiędzy drzewami i ciemnością. Idąc, płakał. Nie chciał tu być, a jednak szedł dalej i dalej, nie wiedząc, na co może wleźć lub gdzie może spaść. Albo na co upaść. Przecież nie zabrał ze sobą latarki, a noc, choć ciepła, była pochmurna i światło księżyca nie mogło przedrzeć się przez wysokie drzewa, dodając trochę otuchy Bartkowi. W pewnym momencie wiedział, wiedział na sto procent, że zabłądził i że już nigdy nie wydostanie się z lasu. Do celu szedł kierowany przeczuciem, może pozostałościami głosu, który rozbrzmiał w jego głowie zaledwie paręnaście godzin wcześniej. A wyjście z lasu… Nie miał pojęcia, gdzie ono jest.

I nagle usłyszał coś, czego spodziewał się najmniej – głos. Ale nie ten sam, który zadrżał mu w głowie, kiedy hybryda w kształcie węża wiła się na płytkach i osaczała jego drobne ciało. To był głos człowieka. Wielu ludzi. I… i światło.

– Daaa–nieeel! – krzyknął jakiś mężczyzna; znajdował się jakieś pół kilometra od Bartka.

Chłopiec zrozumiał wtedy, że w lesie znajduje się ekipa poszukiwacza, która szuka jego brata.

– Syyy–lwiaa!

Przypomniał sobie także podsłuchaną rozmowę dwóch policjantów, którzy rozprawiali o zaginionych osobach. Trzy. To były trzy osoby, w tym jego brat.

Bardzo, ale to bardzo chciał skierować się w stronę ekipy poszukiwawczej, jednak to coś, co niewyraźnie nadawało w jego głowie, niczym radio w postapokaliptycznym świecie, prowadziło go w innym kierunku. Z każdym krokiem coraz bardziej czuł obecność tajemniczej istoty w swojej głowie. Gdyby był dorosłym człowiekiem, z pewnością uznałby, że zwariował albo zażył coś psychotropowego, jednak był małym dzieckiem, więc, trzęsąc się ze strachu, podążał za głosem. Ekipa poszukiwawcza, nawołujące głosy i drobne światełka latarek zostały daleko w tyle. Bartek – gdyby nie coraz wyraźniejsza obecność głosu w jego głowie – oddalając się od ludzi, czułby zapewne coraz większą samotność.

Nie wiedział, ile wykonał kroków – niezdarnych, bo szedł po ciemku i po niecieszącym się dobrą opinią podłożu, ściółce leśnej – oraz ile czasu minęło od momentu wymknięcia się z cieplutkiego łóżka, zanim nie dotarł do rozjaśnionej światłem księżyca polany – jednak bardzo słabo; niebo przecież przysłaniały chmury – która kryła się pośród drzew: brzóz, sosen, dębów, lip, świerków. Potem to (ile wykonał kroków i ile czasu minęło) już go nie obchodziło, ponieważ zobaczył coś, czego miał nie zapomnieć do końca swojego życia i co miało być tajemnicą – utrzymywaną wraz ze swoim bratem, Danielem. W świetle księżyca sześciolatek ujrzał chrabąszcza – tylko jednego – ale co to był za chrabąszcz! Ogromny, potężny, straszny. Wyglądał jak powiększona wersja małego robaczka.

Bartek, choć nie wiedział, czemu to zrobił, wykonał krok w stronę owada, a potem następny, kolejny i jeszcze jeden, aż znalazł się niecałe trzy metry od dwumetrowego monstrum. Chłopiec wpatrywał się w karmelowe czułki, brązowy pancerz i białe włoski. Miał wrażenie, że czarne oczy owada mogłyby go wchłonąć do środka, gdyby gigant chciał ­– i potrafił – się nachylić ku niemu.

Za owadem, za drzewami znajdował się niewielki pagórek. To tam pięć minut przed zjawieniem się sześciolatka, ukrył się, na rozkaz wielkiego chrabąszcza, Daniel, który, choć przypatrywał się i przysłuchiwał rozmowie, nic nie zrozumiał. Znajdował się zbyt daleko, żeby cokolwiek usłyszeć, jednak potrafił dostrzec jedno: przed obliczem chrabąszcza stał jego najmłodszy brat. Chciał krzyknąć, jednak zapamiętał to, co powiedział mu owad. To była groźba.

Bartek zaczął płakać; nie pamiętał, ile łez wypłynęło z jego oczu poprzedniej nocy, minionego dnia i nocy obecnej. Zbyt wiele.

– Czego ode mnie chcesz? – zabuczał przez nos.

Czarne oczy – tym razem wielkie, a nie małe i liczne – osiadły na postaci chłopca. Chrabąszcz patrzył na niego z góry. Gdyby był człowiekiem i gdyby mógł wyrażać uczucia za pomocą mimiki twarzy… Bartek wiedziałby wtedy, że owad jest zdenerwowany – a zdenerwowany to wielkie niedopowiedzenie.

Chłopiec ponownie usłyszał głos – ten sam: drżący, obcy, niezrozumiały i zrozumiały jednocześnie.

Twoi rodzice żyją.

Twoi bracia żyją.

Ty też żyjesz.

Chwila ciszy, zakłócona jedynie odgłosami lasu. Wiatr ocierał się o gałęzie, tu i ówdzie skrzypiały stare drzewa, gdzieś w oddali płynął strumyk.

Chcesz, aby tak pozostało?

Bartek nie zrozumiał pytania.

Chcesz, aby twoi rodzice i bracia pozostali żywi? Czy ty sam chcesz zachować życie?

Chłopiec energicznie pokiwał głową.

– Chcę – powiedział, cicho, bez przekonania, łamiącym się głosem, poprzez łzy.

Chrabąszcz szurał odnóżami po ściółce, rozgrzebując trawę, ziemię i bluszcz. Bartek miał wrażenie, że karmelowe czułki owada hipnotyzują go. Wiedział, że język, którym potwór komunikował się, nie był językiem, który znał, językiem polskim, a jednak rozumiał go.

Musisz być pewny. Jesteś?

Kiwnięcie głową.

Możemy to zakończyć teraz. Ale ceną jest życie. Twoje ciało pochłonie ta ziemia, ten las. Twoja rodzina umrze we śnie. Tej nocy.

– Nie! Nie. Jestem pewien… chcę żyć. I chcę, żeby mama… żyła. I tata, i Dominik, i Daniel.

Bartek, mówiąc, płakał. Nie mógł złapać powietrza w płuca, jego głos drżał – podobnie jak głos wielkiego chrabąszcza.

Dobrze. Uklęknij więc.

Jednak Bartek nie uklęknął, zamiast tego, ciągłe łkając, zapytał, dlaczego robale zaatakowały jego i jego rodzinę.

– Czego chcecie?! Wypuść mnie! Mamooooo!

Tym razem głos owada nie zadrżał. Grzmiał teraz.

Uklęknij.

Dłonie chłopca opadły na miękką ściółkę, a zaraz za nimi – kolana.

Dobrze.

Czego chcemy?

Minęła bardzo długa chwila, nim Bartek ponownie usłyszał głos w głowie.

Wszystkiego, co przeminęło.

Sprawiedliwość.

Ziemia.

Las.

My.

Potem znów nastąpiła długa chwila, podczas której łzy sześciolatka opadały na trawę, a dwumetrowy chrabąszcz kiwał się na boki, przebierając odnóżami i grzebiąc nimi niezdarnie w ziemi, jakby czegoś szukał.

Uklęknąłeś, szczenię człowieka. Teraz służysz nam.

– N-nam?

Owadom. Zwierzętom. Naturze. Służysz nam i pomożesz nam osiągnąć cel. To, czego doświadczyłeś zeszłej nocy, było próbą, przedsmakiem tego, co potrafimy, preludium do przyszłych wydarzeń.

– Nie rozumiem – jęknął.

Nie musisz. W odpowiedniej chwili damy ci znać. Choć jesteś człowiekiem, uklęknąłeś przede mną, kupując swoje i swojej rodziny życie. Pamiętaj: twoja służba dla nas była ceną. Zgniła dusza, którą chowasz w ciele, nie należy już do ciebie. Jest nasza. Tak samo dusza twojej rodziny. Zapamiętaj moje słowa uważnie: jeśli spróbujesz nas zdradzić – nie wykonać rozkazu, kiedy ten zostanie wydany – umrzesz nie tylko ty. Przyjdziemy po twoją matkę, po…

– Dobrze! Przysięgam! – krzyknął Bartek, a po chwili postanowił się upewnić: – Mam wam pomóc, kiedy wy, chrabąszcze, zaatakujecie świat?

Chrabąszcze… Nie, małe szczenię. Wszyscy. Każde stworzenie powstanie przeciwko człowiekowi.

A teraz idź i pamiętaj wszystko, co usłyszałeś.

 

 

***

 

I Bartek uciekł – ciągle płacząc – i pamiętał to, co powiedział mu dwumetrowy chrabąszcz na rozjaśnionej przez światło księżyca polanie pośród lasu. Pamiętał przez całe życie. Być może zapomniałby o całej historii, gdyby nie niekończące się rozmowy z Danielem, które dotyczyły ich największego strachu: kiedy i co będą musieli zrobić, żeby wielki chrabąszcz nie pozbawił ich życia.

Czas mijał – pełne strachu dni, nasycone niepokojem tygodnie, nerwowe miesiące, znośne lata – aż wszyscy zapomnieli o ataku chrabąszczy (i poprzedzającym go o pięć lat natarciu pszczół zwanym czarno–żółtym balem Capote’a). Nawet ci, którzy byli uczestnikami niefortunnych zdarzeń z siódmego maja, starali się nie wracać do nich ani słowem, ani wspomnieniem. Jedynie Bartek i Daniel… Oni musieli pamiętać.

I nadszedł ten dzień, kiedy musieli spełnić swe zobowiązania – zrobić to, co obiecali. Odwrócić się przeciw sobie, żeby uratować rodzinę.

I zrobili to.

Jednak to już inna historia.

Koniec

Komentarze

Karolu, mam nadzieję, że Twoje opowiadanie będzie miało wielu czytelników, ale musisz też wiedzieć, że dyżurni nie mają obowiązku czytania opowiadań liczących ponad sto tysięcy znaków i że tak długich tekstów nie można nominować do piórka. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja przeczytam jutro, chociażby za sam znajomy tytuł ;)

Annn, było mi trudniej wymyślić tytuł niż napisać to opowiadanie :) Wpadłem na ten pomysł, czytając Narrenturm Sapkowskiego, który nie oszczędzał łaciny.

Jednak przeczytałam jeszcze dziś :) Też wystartowałam na tej stronie z długaśnym tekstem, którego na szczęście już nie ma w opublikowanych, ale nie żałuję, bo dostałam super wskazówki i wiem z czym mam problem. Fajny masz styl i ładnie opisujesz. Czyta się bardzo przyjemnie i szybko, chociaż jak dla mnie tekst dałoby się znacznie skrócić. Można wydobyć z niego to, co najważniejsze, by cały czas coś się działo, coś istotnego. Chociaż, to też zależy co kto lubi i co Ty chcesz osiągnąć.

Ogólnie samo opowiadanie przypadło mi do gustu, fabuła tak sobie. Atak chrabąszczy majowych, teorie spiskowe i obrócenie się natury przeciwko człowiekowi – nie do końca moje klimaty, ale widać, że potrafisz pisać :) Aczkolwiek ja tam się nie znam. Poczekaj na rady ekspertów ;)

Mam odwrotnie :) Tytuł przeważnie wyłania się gdzieś z treści tekstu. Ja to znam trochę łaciny ze studiów. I dobrze, że mi przypomniałeś o Sapkowskim. Muszę dokończyć “Sezon burz” :)

Annn, dzięki za pierwszą pochlebną opinię :) 

Fabuła, rzeczywiście, taka sobie, ale to pewnie dlatego, ponieważ historia powstawała na bieżąco, bez planu i pomysłu na zakończenie. Dopiero później (gdzieś w środku opowiadania) zdałem sobie sprawę, że ta historia pasuje do mojej zaczętej i (jak na razie) porzuconej powieści. Stąd te teorie spiskowe i obrócenie się natury przeciw człowiekowi ;) Stworzyłem też furtkę do kolejnego opowiadania (Kraken, Bałtyk), chociaż nie wiem, czy wykorzystam ten pomysł.

A łaciny nie znam ni hu, hu. Sapkowski mnie uratował, bo ślęczałbym nad tytułem dłużej niż nad opowiadaniem :)

 

Niezły pomysł, ale straszliwie przegadany, szczególnie na początku. Podajesz mnóstwo szczegółów. Czasami są to rzeczy, które każdy wie: że wielki parasol musi mieć coś ciężkiego na dole, żeby wiatr go nie porwał. Czasami niepotrzebnie powtarzasz nieistotne rzeczy: że mebelki były żółte, że Paulina nie znosiła owadów, a Apacz lubił, że Bartek siedział w łazience, jak mieli na imię rodzice… Uważam, że spokojnie można skrócić tekst bez szkody, a nawet z pożytkiem.

Potem, podczas oblężenia robi się ciekawiej, jest zagrożenie, są emocje. Ale końcówka słabo mi przypasowała. Jakaś taka przewidywalna i mało realna, z koncepcją Gai…

Czasami logika gdzieś mi pozgrzytywała.

Z wykonaniem nie jest źle, ale rewelacyjnie też nie. Powtórzenia, czasami literówki.

Gdzieś w oddali (zaledwie parę metrów od trawnika, ale dla chłopca daleko, daleko w oddali) siedzieli rodzice Bartka i ich sąsiedzi. Wszyscy, a była ich piątka, popijali schłodzone piwa, siedząc na tanich, plastikowych żółtych krzesłach i przy takim samym stole.

Powtórzenie.

ponieważ jak tylko opróżniła swoje piwo o smaku cytrynowym, pożegnała się z towarzystwem, odlepiła swoje nagie uda od plastikowego krzesła

Powtórzenie. Zaimki nie są potrzebne tak często, jak się wydaje. Mogła odlepić uda kogoś innego?

Paulina odeszła od żółtych krzeseł, żółtego stolika, małej butelkowej sterty piw, opakowania pierników i ogromnego parasola w słoneczniki;

Jeszcze niedawno był w maki.

Parę lat temu… to był chyba dziewięćdziesiąty dziewiąty…?

Parę lat po ‘99 komórki były już rozpowszechnione, ktoś z zamkniętych powinien mieć.

ponieważ leżąc pod rozgrzaną jego własnym ciałem kołderką, do głowy wpadła mu kolejna myśl,

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to myśl leżała pod kołderką.

Pedałował szybko, drogę rozświetlał mu żółty snop padający z małego reflektora na dynamo.

Bez przesady, sześciolatkom nie kupuje się rowerków z dynamem i światłami. Takie brzdące nie jeżdżą same po ulicach po zmroku.

Babska logika rządzi!

Finkla, dzięki za uwagi :)

Parasol początkowo był w słoneczniki, ale zmieniłem na mak. Nie wiem czemu. W jedynym miejscu przeoczyłem :)

Myślałem nad tym telefonem komórkowym długo i uznałem, że nie, niekoniecznie ktoś powinien go mieć z całej czwórki (sześciolatka nie liczę). Maria i Antoni to parka po pięćdziesiątce, chociaż chyba nie poinformowałem o tym czytelnika… Grzegorz i Paulina są trochę młodsi. Nie wydaje mi się, żeby starzejący się ludzie na wsi podążali z duchem czasu. Przynajmniej ja to tak pamiętam… Moi rodzice nie mieli wtedy komórek… Ale to przecież szczegół.

Jeśli chodzi o dynamo, to tutaj chyba już nic nie poradzę :) Bidulek musiał jakoś dojechać do lasu ;)

To może chociaż wspomnij, może jakaś mała scysja między Marią i Antonim: “A mówił synek, że nam kupi komórkę, ale tobie się nie podobało”. Żeby nie było, że Autor gapa i w ogóle nie pomyślał. ;-)

Może daj małemu księżyc w pełni? Albo może wziąć latarkę (wycyganić od przesłuchującej go pani ;-) ) i dzielnie przykleić taśmą klejącą do roweru.

Babska logika rządzi!

Rzeczywiście, to lepsze rozwiązania :)

Przeczytałam do chwili, gdy chrabąszcze pojawiły się w domu i nie wiem czy jeszcze tu wrócę, bo z każdym akapitem opowieść staje się coraz bardziej nudna, a choć dzieją się rzeczy osobliwe, nie jestem w stanie przebrnąć przez dłużyzny i wielokrotne powtarzanie tych samych informacji. Mnogość wszelkich błędów i usterek znakomicie utrudnia lekturę i również nie zachęca do poznania dalszego ciągu.

 

Była wio­sna, po­czą­tek maja, dosyć go­rą­co. Co parę dni na trawę, glebę oraz białe kwiat­ki i zie­lo­ne, ma­lut­kie list­ki na drze­wach spa­dał wio­sen­ny deszcz. –> Czy wiosną mógł padać inny deszcz? Czy deszcz omijał kwiatki mające inny kolor?

 

Pies ważył teraz dwa­dzie­ścia osiem ki­lo­gra­mów, czyli sie­dem i pół ki­lo­gra­ma wię­cej od mo­men­tu za­bra­nia go ze schro­ni­ska a więc nic dziw­ne­go, że chło­piec „uto­nął” w mięk­kiej sier­ści. –> Jaki jest związek między ciężarem psa, a jego sierścią? Czy może po opuszczeniu schroniska psu urosło ponad siedem kilogramów futra?

 

Trze­cie ude­rze­nie, które tym razem zy­ska­ło aten­cję. –> Czy aby atencja jest tu najwłaściwszym słowem?

 

An­to­ni ro­ze­śmiał się i mach­nął na szybę. –> Co to znaczy machnąć na szybę?

 

jak tylko opróż­ni­ła swoje piwo o smaku cy­try­no­wym… –> Piwa nie można opróżnić. Natomiast można opróżnić butelkę, wypijając zeń piwo.

 

do męża, który po cięż­kim dniu pracy… –> Raczej: …do męża, który po dniu cięż­kiej pracy

 

wy­god­nie roz­ło­żyć się na ka­na­pie, po­oglą­dać te­le­wi­zję i usnąć z kocem roz­ło­żo­nym na no­gach. –> Powtórzenie.

 

Chrzę­stuchrzęst. –> Chrzę­stu-chrzęst.

 

Gdzieś wy­so­ko, na wy­so­ko­ści ponad ośmiu ty­się­cy me­trów wśród rzad­kich cir­ru­sów, prze­la­ty­wał sa­mo­lot pa­sa­żer­ski – mało wi­docz­ny (z po­wo­du wy­so­ko­ści i nad­cho­dzą­cej nocy)… –> Brzmi to fatalnie.

 

Krót­ka chwi­la – głowa wy­gię­ta do tyłu… –> Obawiam się, że głowy wygiąć nie można, można wygiąć szyję. Głowę można odchylić/ przechylić.

 

Dłu­gie ko­smy­ki brą­zo­wych wło­sów opa­dły mu czoło… –> Dłu­gie ko­smy­ki brą­zo­wych wło­sów opa­dły mu na czoło

 

Chra­bąszcz leżał na ko­st­ce od­wło­kiem do góry… –> Żeby chrabąszcz mógł przyjąć pozycję odwłokiem do góry, musiałby stanąć na głowie.

Podejrzewam, że owad leżał na plecach, czyli do góry nogami.

 

– Nie za­chę­caj go – ofuk­nę­ła go Pau­li­na… –> Drugi zaimek jest dość mylący.

 

przy­go­to­wa­ną na taką oka­zję je­an­so­wą kurt­kę. –> …przy­go­to­wa­ną na taką oka­zję dżinsową kurt­kę.

Używamy pisowni spolszczonej.

 

An­to­ni pe­ro­ro­wał na temat wy­jąt­ko­wo wy­so­kiej licz­bie ro­ba­li… –> Literówka.

 

kiedy Maria odło­ży­ła swoje piwo… –> …kiedy Maria odstawiła swoje piwo

Gdyby Maria odłożyła piwo, to wylałoby się ono z butelki.

 

Chłop­cy mi­ja­li białe od kwia­tów ja­bło­nie… –> Jabłonie kwitną na różowo.

 

skie­ro­wał wzrok na mę­czą­ce­go się chra­bąsz­cza i ukuło go po­czu­cie winy. –> …ukłuło go po­czu­cie winy.

Poznaj znaczenie słów ukućukłuć.

 

Chło­piec nosił na gło­wie kasz­kiet z dasz­kiem… –> Sporo masła maślanego – czapkę z reguły nosi się na głowie, a kaszkiet ma daszek z definicji. Gdyby nie miał daszka, nie byłby kaszkietem.

 

w jed­nym z po­miesz­cze­nie stał Volks­wa­gen Polo… –> …w jed­nym z po­miesz­cze­nie stał volks­wa­gen polo

Nazwy pojazdów zapisujemy małymi literami. http://sjp.pwn.pl/zasady/;629431

 

Grze­gorz, niec­ko zlęk­nio­ny tym, co po­wie­dział są­siad… –> Literówka.

 

do­mo­we­go wy­sy­pi­ska skar­bów–śmie­ci… –> …do­mo­we­go wy­sy­pi­ska skar­bów-śmie­ci

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

z kolejnym pomieszczeniem (trzecim i ostatnim): kotłownią, gdzie stał piec. –> Toż to oczywista oczywistość! Gdzie miał stać piec, jak nie w kotłowni?

 

A więc kil­ka­na­ście sztuk chra­bąsz­czy, które zdo­ła­ły wci­snąć się do piw­ni­cy, roz­pierz­chły się… –> …roz­pierz­chło się

 

– Wi­dzia­łeś to? – po­wie­dział cicho An­to­ni… –> Raczej: – Wi­dzia­łeś to? – zapytał cicho An­to­ni

 

spraw­ka ro­ba­li, które do­sta­ły się do środ­ka. Na szczę­ście żaden z owa­dów nie do­stał się… –> Powtórzenie.

 

Tak jak mię­ciut­kie cia­sto zmie­nia kształt się w dło­niach ku­cha­rza… –> Zbędny zaimek.

 

Nie­wia­do­mo więc, czy Apacz… –> Nie­ wia­do­mo więc, czy Apacz

 

Czego Pan sobie życzy?, pyta kel­ner. –> Czego pan sobie życzy? pyta kel­ner.

Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Apacz, wy­ska­kuj, kurwa, z Pe­di­gree albo… –> …Apacz, wy­ska­kuj, kurwa, z pe­di­gree albo

Nazwy karmy też zapisujemy mała literą.

 

„… albo rozwalę wam łeb tym maleństwem!” –> Zbędna spacja po wielokropku.

Ten błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

wzdry­gnę­li się i pod­sko­czy­li do góry… –> Masło maślane. Czy można podskoczyć do dołu?

 

„Oo, wiel­ka kupa ro­ba­li leci mi na dach.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

Ten błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

bę­dą­cy efek­tem kon­tak­tu chra­bąszcz–szkło. –> …bę­dą­cy efek­tem kon­tak­tu chra­bąszcz – szkło.

 

po­my­ślał, że to by­ł­aby to dobra na­ucz­ka dla Da­nie­la. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Dla­te­go byłby to wy­śmie­ni­ta na­ucz­ka. –> Literówka.

 

Usły­szaw­szy owy dźwięk… –> Usły­szaw­szy ów dźwięk

 

Tam nas nie do­rwią. –> Tam nas nie do­rwą.

 

zo­sta­ła nie­mal zła­ma­na w pół… –> …zo­sta­ła nie­mal zła­ma­na wpół

 

ni­czym psz­czo­ły, które lgną do ulu. –> …ni­czym psz­czo­ły, które lgną do ula.

 

od­parł męż­czy­zna, opusz­cza­jąc la­tar­kę w dół. –> Masło maślane. Czy mógł opuścić latarkę w górę?

Wystarczy: …od­parł męż­czy­zna, opusz­cza­jąc la­tar­kę.

 

jed­nak nikt – oprócz Da­wi­da, który sior­bał w sku­pie­niu go­rą­cy napar… –> Kim jest Dawid?

 

odwrót chra­bąsz­czy, czer­wo­no­nie­bie­skie świa­tła… –> …odwrót chra­bąsz­czy, czer­wo­no-­nie­bie­skie świa­tła

 

lęk o życie swoje, męża i trój­ki synów…–> …lęk o życie swoje, męża i trzech synów

 

Są ich setki ty­się­cy i oto­czy­li dom… –> Grzegorz mówi o chrabąszczach, więc: Są ich setki ty­się­cy i oto­czy­ły dom

 

nie zo­sta­nie wło­żo­na do tej do­brej szu­flad­ki wspo­mnień. Ani nawet do neu­tral­nej. –> Dobre były wspomnienia, nie szufladka, więc: …nie zo­sta­nie wło­żo­na do tej szu­flad­ki dobrych wspo­mnień. Ani nawet do neu­tral­nych.

 

zmie­nił temat py­ta­jąc się, czy Bar­tek… –> …zmie­nił temat py­ta­jąc, czy Bar­tek

 

któ­rzy nie mieli tyle szczę­ście co ich brat… –> Literówka.

 

mu­sie­li wie­dzieć o ro­bac­twu ota­cza­ją­cym dom. –> …mu­sie­li wie­dzieć o ro­bac­twie ota­cza­ją­cym dom.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Łoo, matko! Ile się tego nazbierało.

Dzięki za wskazanie błędów, ale nie wiem, czy na chwilę obecną będę poprawiał, skoro tekst i tak nużący. Musiałbym go skrócić o 1/3, usunąć powtórzenia… Może kiedyś zrobię z tego coś, co mogłabyś przeczytać z przyjemnością :)

Ale przynajmniej wiem, na co muszę zacząć zwracać uwagę. Na dużo rzeczy :)

 

Kim jest Dawid? Tak miał się nazywać główny bohater, ale zmieniłem na Bartek. 

Ano, nazbierało się, nie da się ukryć. A to tylko błędy i usterki, które same wlazły mi przed oczy. Do poprawienia i uporządkowania jest znacznie więcej. Karolu, tekst wymaga generalnego remontu, a skrócenie jest chyba najlepszą rzeczą, jaka mogłaby przytrafić się temu opowiadaniu. Mam też wrażenie, że pewnie zainteresuje Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Powodzenia. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poczekam z lekturą na krótszą wersję, ale nawet nie wiedząc o czym jest opowiadanie (no dobra, trochę przeskanowałem) muszę przyznać, że tytuł świetny

Dzięki, zapoznam się z tekstem.

Jak będę gotów (to chyba trochę potrwa), poprawię opowiadanie :)

I jeszcze mam do ciebie jedno pytanie, regulatorzy. Z interpunkcją wszystko było w porządku? Bo nie zauważyłem żadnych przytyków z tej strony (oprócz wielokropka)

 

cobold, dzięki. Też mi się podoba ;)

Nie, Karolu, nie jest ona rewelacyjna, ale interpunkcji nie poprawiam w ogóle. No, może się czasem zdarzyć, że – przy okazji wskazania błędu w zdaniu – dopiszę lub usunę jakiś przecinek. 

Pewnie przyda Ci się link do jednego z działów SJP PWN: https://sjp.pwn.pl/szukaj/przecinek.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ok, rozumiem. Czas na naukę :)

Życzę sukcesów w zdobywaniu wiedzy. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie? Toż to raczej nowela ;)

Przyłączę się do Cobolda w oczekiwaniu na wersję poprawioną… Zbyt szybko wymiękłem. Czytam i czytam wiem, że na razie nie porywa ale trzeba chłopakowi dać szansę, trzeba… a potem już myślę tylko o 144 tysiach…

Jedna rada, mam nadzieje pomocna przy dalszej pracy nad tekstem – generalnie wszystko bez czego tekst spełnia swoje założenia (o ile nie zakłada wymęczenie opisami na śmierć) w aspekcie przesłania/wymowy, czy iście rozrywkowych celu, wszystko co nie zniszczy linii fabularnej i sprawi, że tekst przestanie być logiczny, należy bezwarunkowo wykasować. Wszystko w nadmiarze szkodzi :)

 

Pozdrawiam

Leniwy Czwartkowy Dyżurny

Dzięki za radę ;) Chociaż i tak Finkla i regulatorzy już mnie przekonali, żebym znacznie skrócił tekst. Ale jakoś nie mogę się do tego zabrać. W końcu 144tys znaków ;D

Nowa Fantastyka